Reblog na Nowy Rok

Trzy reblogi – dziś, jutro i pojutrze – kończą nasz doroczny okres wpisów na adwent, Mikołaja, świętą Łucję, przesilenie zimowe, Boże Narodzenie, Nowy Rok i Trzech Króli. Dziś

Julita Bielak
z blogu W altanie. Rozmowy wśród przyjaciół

Widoki na gwoździu

Mieliśmy wrócić do Smutsa. Wymyślił kiedyś, że całości nie da się sprowadzić do sumy części, a świat podlega ewolucji, w toku której wyłaniają się coraz to nowe całości. W swojej teorii zawarł pogląd, że w naturze występuje tendencja do tworzenia całości, których nie da się wyjaśnić w kategoriach sumy poszczególnych fragmentów.

Właśnie zawiesiłam na gwoździu nowy kalendarz, przejrzałam strony, ładny. Pójdziemy razem przez 2018 rok. Miesiąc po miesiącu przekładałam strony starego, też ładnego, trafiałam na znaną mi od lat datę urodzin. Na inne znaczące dni, dołożone przez lata: pierwszy dzień w szkole, matura, obrona pracy magisterskiej, ślub, spotkania autorskie “Księżyca myśliwych”. I na wszystkie upierające się przy egzaltacji dni, takie jak Wigilia, Święto Pracy, Sylwester. Inne daty – któryś czerwca czy października – w poczuciu niższości takiego szczęścia nie mają, no chyba, że trafi im się niedziela. Albo dzień czekolady.

Mijałam, musiałam mijać tę drugą, obok narodzin, najważniejszą datę – pożegnania się ze światem. Nosimy ją w sobie a nie znamy, kroczymy przez życie niepełni. Wypadnie w któryś chełpiący się światełkami, muzyką, blichtrem, zalany słońcem dzień, czy w szary, zapracowany, dobrze, jeśli pamiętny z wizyty u dentysty, dzień. Plażowy czwartek lipca lub zabiegany początek marca. Nałoży się na już znany, szczególny, czy nagle w dawno zapomnianym zabije w dzwony, których już nie usłyszę. Doświadcza nas jakoś, daje znak, wywołuje nieuzasadniony niepokój, dziwną tęsknotę, czy zatarty znika niepostrzeżenie.

Pomysł mierzenia czasu, a więc czegoś nie dającego się ani zobaczyć, ani dotknąć, jest jednym z najdowcipniejszych, na jakie człowiek wpadł. Zegar w papieskim pałacu w Castel Gandolfo do dziś jeszcze w południe wskazuje szóstą. Bo w starożytności grecko-rzymskiej godziny, dzienne latem dłuższe, zimą krótsze, zaczynano liczyć od wschodu słońca. A rachuba dni w miesiącu? Nie wiemy, komu zawdzięczamy dzisiejszy sposób liczenia od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Rzymianie robili to inaczej, 25 listopada na przykład nazywał się u nich: “siódmy dzień przed Kalendami grudnia”. Kalendy, idy, nony, Nowy Rok w różne dni zależne od przyjętego kalendarza. A gdyby tak zmieniać kalendarze, skakać po nich, po datach, latach księżycowych bądź słonecznych, bo nie ma jednego kalendarza światowego przyjętego przez ONZ. I uciekać, uciekać.

Są sobie trzy dziewczyny z gór, z osiedla niedaleko bledu Marhni i mają na imię Utka, Mimuna i Ajsza. Większość dziewczyn z gór przyjeżdża do Algieru, Tunisu, tutaj, żeby zarobić pieniądze, ale te dziewczyny chcą czegoś więcej. Pragną wypić herbatę na Saharze. (…) po cichu oddalają się od karawany z tacą, czajnikiem i szklankami. Będą szukać najwyższej wydmy, aby zobaczyć całą Saharę. Tam zaparzą herbatę. Idą długi czas. Utka mówi: “Widzę wysoką wydmę”. Wspinają się na wierzcholek. Potem Mimuna mówi: “Widzę tam wydmę, stamtąd będzie widok aż po In Salah”. Kiedy znajdują się na jej szczycie, Ajsza mówi: “Patrzcie! Tamta wydma jest najwyższa. Na pewno widać z niej Tamanrasset”. Słońce wzeszło, a one nadal szły. W południe zrobiło im się bardzo gorąco. Doszły jednak pod wydmę, a potem wspinały się na nią i wspinały. Gdy weszły na wierzchołek, były bardzo zmęczone. Postawiły na piasku tacę, czajnik i szklanki. Potem położyły się i zasnęły. (…) Wiele dni później jechała inna karawana i ktoś coś zauważył na szczycie najwyższej wydmy. Kiedy poszli zobaczyć, znaleźli Utkę, Mimunę i Ajszę. Dalej leżały tak samo jak wtedy, gdy poszły spać. A wszystkie trzy szklanki były pełne piasku.

Życzmy sobie szczęśliwej wędrówki przez nowy rok, spełnienia marzeń i wielu marzeń do spełniania, obiecujących widoków, dobrych wyborów i zawsze w porę wypitej herbaty. Do siego roku!

Na Ponidziu – ciąg dalszy

Temat arian poruszony wczoraj przez Tadeusza Rogalę okazał się pasjonujący. Zainteresowało się nim wiele osób i na blogu, i na Facebooku, i mailowo.

Tomasz Fetzki (Viator)

To zdjęcie to pokłosie wizyty ostatniej wiosny w Szczebrzeszynie – znaczącym ośrodku ariańskim. Kapliczka pochodzi z 1655 roku i została wybudowana w podzięce bożej opatrzności za opuszczenia miasta przez ostatniego arianina. Czyli, jak widać, różne były oblicza tej staropolskiej tolerancji, niestety. Dodajmy, że zdjęcie zostało wykonane z samochodu zatrzymanego, w pogardzie dla ewentualnego mandatu, na środku ulicy Zamojskiej.


Ten wiosenny dzień był skądinąd dla Viatora bardzo intensywny. Zaczęło się od Szczebrzeszyna, a skończyło na podkrakowskim Miechowie. Zaś po drodze? Ojjj, dużo byłoby opowiadać, nie czas i nie miejsce… Jednym z etapów był, wspomniany we wczorajszym tekście pana Rogali, Pińczów. A tam, rzecz jasna, Dom Ariański, czyli tak zwana Ariańska Drukarnia, która w rzeczywistości drukarnią nigdy nie była. Na portalu do dziś widać łacińską sentencję: BENEDIC DOMINE DOMUM ISTAM ET OMNES HABITANTES IN EA, czyli Błogosław Panie ten dom i wszystkich, którzy w nim mieszkają.

Żeby było śmieszniej, ten wiosenny ariański szlak to dzieło przypadku, Viator go bynajmniej nie planował.

Widać tak to już jest, że podróżni trafiają do (na?) arian bez przygotowania, bo tak z kolei pisze o Rakowie Zuzanna Grabska na stronie Krajoznawcy.

Zuzanna Grabska (Reblog)


Raków

Zatrzymuję się na rakowskim rynku. Zupełnie bez przygotowania. Wiem tylko, że miasteczko, dziś wieś gminna, było lat temu czterysta kwitnącym ośrodkiem braci polskich, zwanych arianami.

Dziś centrum miejscowości stanowi rozległy rynek, otoczony niewysokimi, przeważnie parterowymi domkami. Układ urbanistyczny i zespół zabudowy małomiasteczkowej z reliktami architektury sakralnej i mieszczańskiej  braci polskich w Rakowie figurują w rejestrze zabytków. Tak samo jak barokowy kościół parafialny p.w. Świętej Trójcy z dzwonnicą i dawną plebanią. Wzniesiono go w latach 1640-50 z fundacji biskupa krakowskiego Jakuba Zadzika. Postawiono na miejscu zburzonego zboru ariańskiego, po wygnaniu braci polskich z Rzeczypospolitej. Charakterystyczne jest wezwanie świątyni – arianie nie uznawali dogmatu Trójcy Świętej.

Z rakiem w herbie

W centralnym punkcie ładnie odnowionego rynku fontanna z trzema rakami wspinającymi się na kamienna kulę. Jeden czerwony rak na białym polu jest herbem miasta. Jak udało mi się wyczytać na stronie gminy, Jan Sienieński herbu Dębno w 1567 roku na bezludnych dotychczas terenach założył trzy miasteczka: Dębno, Rembów i Raków. Istnieją one, jako wsie, do dziś. To ostatnie nazwał na cześć swojej małżonki, Jadwigi z Gnojeńskich, która pieczętowała się herbem Rak (inaczej Warnia).

Kilka dobrych lat

Raków szybko stał się ośrodkiem reformacji w Polsce, wkrótce przybyli tu licznie arianie. Sprzyjali temu właściciele. Jan był kalwinem, Jadwiga – arianką. Tolerancja i swoboda religijna owych czasów sprawiły, że miasto kwitło. Gminę ariańską zorganizował Szymon Ronemberg – aptekarz krakowski, a zreformował ją Faust Socyn ze Sieny. Postać ważna dla tego ruchu religijnego, od jego nazwiska arian nazywano też socynianami. W Rakowie odbyło się ponad 30 synodów ariańskich, powołano też Akademię Rakowską, nowatorską na owe czasy szkołę zorganizowaną przez braci polskich, ale przyjmującą też uczniów wszelkich wyznań. Stworzono nowoczesne programy i podręczniki, oprócz tradycyjnych przedmiotów wykładano także nauki przyrodnicze i matematyczne. Akademia skupiła wielu teologów i filozofów, miała bogatą bibliotekę. W mieście działała też ceniona drukarnia.

Zwycięstwo kościoła

Niestety, kontrreformacja wzięła odwet na rakowskiej społeczności. Pod pretekstem zniszczenia krzyża przez młodzież ariańską w 1638 roku sąd królewski zakazał działalności zboru, zamknięto szkołę i drukarnię, wygnano nauczycieli. W mieście zbudowano wspomniany kościół parafialny, osadzono też reformatów, by nawracali arian i ich zwolenników. Pamiątką po ich działalności jest filialny dziś kościół św. Anny. Podobnie działo się już w całej Rzeczpospolitej. Wreszcie na mocy ustawy sejmowej z 1658 r. arianie, za sprzyjanie Szwedom w czasie potopu, zostali zmuszeni do przejścia na katolicyzm lub do opuszczenia kraju.

I tyle o rakowskich arianach…

Jest niedzielne popołudnie, ludzie wychodzą z kościoła. Sennie, pusto, pochmurno. Podobno są domy, co pamiętają dawnych gospodarzy. Ale które?

Zdjęcia autorzy


I jeszcze uwaga adminki: Przyznaję, że we wpisie Tadusza Rogali o arianach najbardziej poruszyła mnie informacja, że chcieli oni znieść pańszczyznę. Wydaje mi się, że w naszej historii pańszczyzna to jeden z najbardziej bolesnych tematów, jedna z win naszych, które mszczą się na nas po dziś dzień. Bo o ile w średniowieczu pańszczyzna była czymś zupełnie zwyczajnym, to jednak od renesansu rezygnowano z niej po kolei we wszystkich unowocześniających się krajach Europy, a tymczasem w Polsce nie tylko, że wciąż trwała, to z roku na rok stawała się coraz straszniejsza. I straszne wydaje mi się to, że zlikwidowali ją u nas dopiero zaborcy, oczywiście nie dlatego że byli tacy dobrzy, tylko po to by poróżnić chłopstwo i szlachtę, ale fakt pozostaje faktem.

Również dlatego szkoda, że arian przegoniono ze tej naszej “zawsze tolerancyjnej” Polski.

Na Ponidziu

Tadeusz Rogala

Historia Braci Polskich. Zbór ariański w Cieszkowach.

Z okazji 500-lecia Reformacji w Niemczech warto wspomnieć o ruchach reformatorskich w Polsce. Do dziś istnieją jeszcze w Polsce miejsca przypominające o tej odległej historii. Jedno z nicht to dawny zbór Braci Polskich w Cieszkowach na Ponidziu.

Takimi miejscami nikt się już nie interesuje, od czasu do czasu wspominają o nich tylko związani z Ponidziem historycy lub poeci.

W wydanym w roku 2007 tomiku poezji „Nidy Skamander” kielecki piewca Ponidzia Zdzisław Antolski w wierszu Puste zbory przypomniał dawną historię:

Puste zbory

Nie ma już
Braci Polskich
odszedł Jan Łaski
i Stankar

Zostały zbory
W Cieszkowach
Kolosach
Węchadłowie
niedługo się pewnie
zawalą

W Czarnocinie
stoi kopiec
może Arian
może Wiślan

Starożytny
porosły grzywą
drzew

Porosły legendami
tajemnicą
po wieków wiek

W XVI wieku Polska należała do najbardziej tolerancyjnych krajów Europy, a więc warunki do rozwoju nowych ruchów religijnych były tu bardzo korzystne.

Początki ruchu Braci Polskich sięgają czasów króla Zygmunta Starego. Na Wawelu rządziła królowa Bona, Włoszka. Jej lekarz, Blandrata, należał potajemnie do ruchu antytrynitarskiego i to on sprowadził do Polski wielu swych prześladowanych we Włoszech przyjaciół. Pozyskał dla swoich poglądów pierwszego pastora zboru ewangielickiego w Krakowie, ks. Grzegorza Pawła z Brzezin i ten stał się założycielem ruchu Braci Polskich, przezwanych „Arianami”, od Ariusa, duchownego, działającego w IV wieku, który podważał dogmat Trójcy Świętej. Jednakże nauka Braci Polskich w niejednym odbiegała od nauki Ariusa, potępionej w Nicei w roku 325.

Kiedy w kalwińskim zborze krakowskim dochodzi do rozłamu, ks. Grzegorz Paweł przewodzi nowemu kierunkowi i sprawia, że rozszerza się w całej Polsce. Przystaje doń wiele światłej szlachty, mieszczaństwa, a niekiedy i prosty lud. Głównymi centrami ruchu po Krakowie są: Pińczów, Lublin, Nowy Sącz, Lusławice koło Zakliczyna i Raków w sandomierskim. Raków, początkowo niewielka osada, rozwinął się za czasów Arian w kwitnące miasto. Założono tu sławną na całą Europę Akademię Rakowską, dokąd zjeżdzało mnóstwo polskiej i zagranicznej młodzieży i urządzono znakomitą drukarnię, zaopatrującą w druki propagandowe i naukowe całą Europę.

Na powstanie ruchu Braci Polskich złożyły się przede wszystkim dwa główne czynniki, Reformacja, od której Bracia Polscy przyjęli Biblię jako podstawę nauki i życia, oraz Humanizm, od którego przyjęli zasadę rozumowego podchodzenia do zagadnień religijnych, a więc i do Biblii, co Braci różniło od Reformacji, która brała Biblię raczej dogmatycznie, jako nieomylne żródło nauki, niż rozumowo.

Największy rozkwit ruchu Braci Polskich przypada na lata 1600-1660. Do wysoko pod względem etycznym i naukowym stojących Braci przystępuje cały szereg wybitnych postaci z kraju i zagranicy.

Do najwybitniejszch krajowych postaci Braci Polskich należeli między innymi Andrzej Frycz Modrzewski, Heronim Moskorzowski, Samuel Przypkowski, Wacław Potocki.

Do pierwszych cudzoziemców działających w ruchu Braci Polskich należy zaliczyć Piotra Statoriusa, który w Pińczowie zorganizował znakomite gimnazjum. Był to Francuz, tak całkowicie spolonizowany, że przyjął nazwisko Stojeński. W roku 1569 wydał pierwszą polską gramatykę. Należy też tu wymienić Walentego Szmalca, współredaktora katechizmu rakowskiego. Literatura podaje, iż ariański Katechizm Rakowski w kwestiach neutralności światopoglądowej państwa oraz rozdziału państwa od Kościoła był inspiracją twórców Konstytucji USA, m.in. Tomasza Jeffersona.

Bracia Polscy uznawali zasadę braterstwa wszystkich ludzi. Początkowo wywodzili z niej bezwarunkowy pacyfizm – nosili symboliczne drewniane miecze, nie przyjmowali urzędów związanych z przemocą – państwowych i wojskowych. Odrzucali ideę podziału społeczeństwa na stany jak i feudalne poddaństwo chłopów oraz obowiązek świadczenia dziesięcin i pańszczyzny. Sprzeciwiali się karom chłosty i śmierci. Dopuszczali jedynie walkę obronną, optowali też za własnością wspólną, w czym przypominali socjalistów utopijnych.

Ich wyznanie odrzucało boskość Jezusa, przedmioty kultu jak obrazy i relikwie oraz ceremonie i obrzędy. Odrzucali przymusowy chrzest, uznając, że tylko świadomy wybór wyznania przez dorosłą osobę może być odpowiedzialny. Negowali możliwość zmartwychwstania ciała na Sądzie Ostatecznym, ale uznawali za możliwe zmartwychwstanie duchowe ludzi postępujących dobrze.

Bracia polscy na mocy ustawy sejmowej z 1658 zostali skazani na wygnanie z kraju. Podaje się, że powodem wygnania była współpraca ze Szwedami w czasie Potopu, brak na to potwierdzenia w konstytucji sejmowej “O Arianach”, która za to wyraźnie wymienia religijne powody banicji.

Po wygnaniu Bracia Polscy osiedlili się w Holandii, Prusach Książęcych, Siedmiogrodzie , Śląsku (głównie w Kluczborku) i północnych Niemczech.
Część pozostałych w Rzeczypospolitej arian przeszła do podziemia.
Ostatni kryptoarianie chrzczeni byli w Pińczowie i okolicach jeszcze do roku 1684.

Jednym z istniejących jeszcze zabytków po Braciach Polskich jest dawmy zbór ariański w Cieszkowach, gmina Czarnocin na Ziemi Skalbmierskiej. Zbór wybudowano przy posiadłości szlacheckiej na początku XVII wieku przez rodzinę Wylamów. Po nich patronami zboru była rodzina Żeleńskich. Zbór funkcjonował około stu lat, potem dobudowano piętro i służył jako magazyn. Obecnie stoi nieużytkowany.

Ostanią rodziną zamieszkującą dwór szlachecki w Cieszkowach i będącą wyznania ewangelickiego była rodzina Fryczów, której rodowód wywodzi się z Saksonii. W roku 1837 Karol Fritsch kupił majątek Cieszkowy od krewnych rodziny Żeleńskich. Pod koniec XIX wieku Cieszkowy administracyjnie należały do gminy Czarnocin w powiecie pińczowskim. Syn Karola Józef, któremu w spadku przypadł majątek Cieszkowy, poślubił w roku 1835 Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinowskiego, w Królewstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtutti Militari. Felicja z Kalinowskich była już wyznania rzymsko-katolickiego. Rodzina Fryczów była ostatnią rodziną wyznania ewangelickiego zamieszkującą w Cieszkowach. Dwór, stojący w sąsiedztwie zboru ariańskiego i pięknych alei lipowowych, Józef Frycz (nazwisko już spolszczone) rozbudował dla potrzeb rodziny przy pomocy architekta Stanisława Postawki – sąsiada i towarzysza z powstania listopadowego.

Piękny dwór modrzewiowy po wojnie władza ludowa doprowadziła do ruiny. Na jego miejscu, w pobliżu zboru Braci Polskich wybudowano szkołę, gdzie obecnie mieści się gimnazjum.

Z okazji 500-lecia reformacji nauczyciel historii w gimnazjum, Krzysztof Nurkowski, zorganizował 8 listopada, przy wsparciu dyrektora Roberta Lalewicza, spotkanie uczniów z przedstawicielami kościoła protestanciego. Kilkugodzinne spotkanie obejmowało genezę religii luterańskiej, zasady i źródła wiary, tradycję kościołów protestanckich i polskie aspekty kulturowo-historyczne, tej konfesji. Krzysztof Nurkowski, historyk i wychowaca, robi starania, aby młodzież szkolną zapoznać z historią okolicy i przybliżyć jej nurty humanistyczne, stworzone przez myślicieli kiedyś tu działających.

Warto wspomnieć o słynnych osobach urodzonych w tym urokliwym miejscu. Jednym z nich był Karol Frycz. Urodził się 23 marca 1877 roku w Cieszkowach, był malarzem, scenografem i reżyserem teatralnym, współtwórcą „Zielonego Balonika”. Był uczniem wybitnych artystów polskiego modernizmu Stanisława Wyspiańskiego, Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego. Był dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Karol Frycz zmarł w Krakowie 30 sierpnia 1963 roku. W uroczystości pogrzebowej uczestniczył biskup Karol Wojtyła.

W cieszkowskim dworze 2 stycznia 1916 roku urodził się też Ryszard Bukowski, kompozytor, pedagog i publicysta. Zmarł 19 maja 1987 roku we Wrocławiu.


Ponidzie region położony w województwie świętokrzyskim na terenie Niecki Nidziańskiej, nad środkową i dolną Nidą, od Chęcin po Nowy Korczyn.

Była też piosenka Wolnej Grupy Bukowina, Nuta z Ponidzia, o której donosił TU ongiś Viator czyli Tomasz Fetzki.

Na ten Nowy Rok

Mieczysław Bonisławski

Noc pana Tadeusza

Taksówka zatrzymała się przed elegancką nocną restauracją. Taryfiarz wyszedł i pogwizdując zaczął przecierać szmatką dach i maskę. Na dworze zmierzchało.

Z piskiem opon za pierwszym wozem stanął drugi. Otworzyły się drzwi od strony kierowcy.

– Nieźle popadało, co nie?

Taryfiarz przerwał wycieranie

– Ano, wycieram trochę. Taki tam wiosenny, ciepły deszczyk. Ale wóz nie może być mokry.

– No tak, zawsze podziwiałem tę twoją pedanterię… – skwitował cierpko przybyły i jakby stracił ochotę na dalszą pogawędkę. Pochylił głowę nad kierownicą i zaczął przeliczać w kasetce dzienny utarg.

Nad wejściem do lokalu rozjarzył się świetlisty neon. Szmata na chwilę znów znieruchomiała w dłoni taksówkarza. Kierowca rzucił okiem na neon, na znikającą na horyzoncie różową poświatę po słońcu i wrócił do swej czynności.

– Wcześnie coś dziś – mruknął pod nosem.

Chodnikiem przeszło jakieś rozbawione towarzystwo i zniknęło w wejściu restauracji. Samochody pędzące mokrą jezdnią zaczęły włączać reflektory. Naraz z nieba lunął drobny, ale intensywny kapuśniaczek.

– Niech to cholera – zrezygnowany taksówkarz zanurkował do swej gabloty, w pośpiechu zostawiając szmatę na dachu.

Oparł się piersiami na kierownicy i zapatrzył gdzieś przed siebie. Zrobiło się ciemno. Szeroka ulica zaczynała się i kończyła równoległą perspektywą latarni sodowych i różnobarwnych neonów po bokach. Mijające się samochody srebrzyście odbijały w blasku reflektorów kałuże i mokry asfalt.

– No, panie Tadziu, pierwsi dzisiejsi klienci, wyrwał go z zamyślenia męski głos.

– Ależ proszę, proszę, skoczył usłużnie otwierać drzwi.

– A co to za szmata? – Jedna z wsiadających kobiet roześmiała się na cały głos – Ach panie Tadzieńku, to i u pana też taki bałaganik już…

Pan Tadeusz bez słowa schował szmatę i zapuścił silnik.

– Do mnie, do mnie – ciesząc się nie wiadomo z czego krzyczała z tylnego siedzenia panienka w kusym futerku i czarnych rajstopach.

Niewysoki chłopaczek zrzucił napakowany plecak. Poprawił przetłuszczone, przydługie włosy i uśmiechnąwszy się szturchnął pakunek. We wnętrzu przyjemnie zadźwięczały butelki.

– Ile?

– Ewka już jest? – zignorował pytanie kumpla podchodząc do czeszącej się przed lustrem blondyny. Tamten jednak nie dawał za wygraną. Pomacał plecak.

– Ile przyniosłeś?

– Pięćdziesiąt, ale na razie zostaw! To na później.

– Czego się Mareczku tak boisz? – zafalowało obficiem kształtów, jako że blondyna odwróciła się od lustra. – I tak wypijemy, i tak.

– Klaudia! Gdzie jest Ewka, jest już późno..

W odpowiedzi zafurczały mocno pchnięte drzwi. W progu stanęła Ewa.

– O, cześć Igor, cześć Marek. Już jesteście…?

– Idziemy! – Marek energicznie zarzucił plecak i ruszył ku wyjściu.

– Zaczekaj na nas przed akademikiem…! – zdążyła jeszcze krzyknąć Klaudia i nie doczekawszy się odzewu, zagadnęła przyjaciółkę – Co wzięłaś na te nietoperze?

Ewa aż się wzdrygnęła:

– Sądzisz, że one tam naprawdę będą?!

Staruch podniósł krościatą twarz. Była chuda i nieogolona. Przyblakłe oczy wyrażały strach. Klęczał pochylony nad parkowym koszem na śmieci. Miast wyciągnąć z niego ręce i uciekać, zgarbił się i trząsł ze strachu.

Całą szerokość alejki zajęło pięciu podpitych młodzieńców. Najniższy z nich podszedł do starucha.

– Czego tam grzebiesz, nie wiesz, że bieda została zabroniona! Żarcia szukasz, nie? A zastanowiłeś się, po co takie rozkładające się gówno jak ty, chodzi w ogóle po świecie?

Staruch całym żylastym ciałem przywarł do kosza. Głowa mu prawie zniknęła w jego wnętrzu. Drugi z młodzieńców obszedł go wokół.

– Dlaczego wy nie zdychacie? Po cóż takie staruchy tymi trzęsącymi łapkami tak trzymają się tego życia? Na co ty, śmierdząca wszo, możesz jeszcze liczyć?

Staruchowi zdrętwiały nogi, przysiadł więc na piętach, wyjmując głowę z cuchnącego otworu. Nie ośmielił się jednak podnieść wzroku.

Młodzieńcy chwilę się naradzali.

– Zabijemy cię – oznajmił w końcu jeden – My, młodzi, nie mamy co jeść i nie możemy dopuścić, aby takie bezwartościowe trupy do cna wyżerały nam to co jeszcze w tym kraju pozostało.

– Ale damy ci jeszcze szansę – roześmiał się ten najniższy. – Jak nam pokażesz, że żresz faktycznie tylko odpadki, to ci darujemy jeszcze parę godzin, he, he, he. No, żryj – ścierwojady są nawet przydatne – wepchnął głowę starego z powrotem do kubła. Jego koledzy otoczyli kołem śmietnik i klaszcząc w dłonie poczęli skandować:

– Ścier-wo-ja-dy, ścier-wo-ja-dy!

Ale stary wyciągnął głowę i odwrócił się do nich.

– A więc zabijcie mnie, zabijcie już lepiej – wyszeptał.

– Cicho, on coś jęczy… Głośniej stary, głośniej…

– Nie będę żarł, zabijcie – zaczął histerycznie wrzeszczeć – Zabijcie, zabijcie, nie będę żarł, ja nie będę żarł !

Najniższy roześmiał się.

– Będziesz staruszku, będziesz – kopnął klęczącego starego z całej siły w twarz. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak będziesz…

Cała piątka poczęła systematycznie kopać wijący się kłębek ciała.

– Nie po jajach, nie przeceniajcie go – ktoś się śmiał ze swojego kawału. W końcu najniższy krzyknął:

– Starczy – pochylił się nad pojękującym staruchem – I co, chcesz jeszcze pożyć, będziesz żarł odpadki? – Podniósł go i rzucił na kubeł. Stary szybko włożył głowę do środka i po chwili jego barki zaczęły podrygiwać w rytm sięgania po kolejne kęsy.

Nagle młodzieńcy poczęli coś do siebie szeptać i szturchać się, a który tylko obejrzał się w stronę oświetlonej furtki przy wejściu do parku, biegiem uciekał w przeciwną stronę. Jeszcze tylko, już w pewnym oddaleniu, ośmielali się pourągać:

– Wariat, głupi, wariat…

Po chwili wokół chrząkającego we wnętrzu śmietnika starucha zrobiło się pusto.

Stary jakby coś wyczuł. Wychylił powoli głowę na wierzch. Rozejrzał się wokół, żując plastikowy pojemnik po homogenizowanych truskawkach.

– Jezu, wariat! – padł na kolana, podniósł jednak głowę, rozejrzał się jeszcze raz – To ty przegoniłeś to podłe nasienie ?

– Wstań z kolan człowieku. I podejdź tu do mnie – dały się słyszeć przejmujące słowa.

Stary jeszcze się wahał.

– Ale ty jesteś wariat, całe miasto o tym wie…

Usiedli na ławce. Przed nimi, po środku basenu fontanny, bieliła się w świetle księżyca mitologiczna grupa, wyżej skłaniały się wiekowe konary. Ławeczka stała w bladej poświacie latarni, nieco cofnięta od głównej alei.

Towarzysz starucha ściągnął z głowy kaptur. Był zupełnie łysy, połowę twarzy przysłaniały rude wąsiska. Ubrany był w buty rybackie, pelerynę i drelichowe spodnie. Kilkoma ciepłymi gestami uspokoił starego, wyjął spod peleryny jakieś zawiniątko i podał staremu. Ten zbliżył je do ust i począł jeść.

– No i co – wymamrotał pełnymi ustami – nic nie zrobiłeś?

– A nie znasz ludzi – co mogłem zrobić ?

– Mnie to tam takie nie pierwszyzna.

– A mnie to mierzi. I to dzisiaj: posłuchaj człowieku – przecież to byli moi studenci. Nie jacyś tam z marginesu.

– Twoi byli studenci, panie profesorku…

– Czemu starasz się człowieku być złośliwym?

– Wariat, istny wariat, he, he, he! – stary machnął lekceważąco ręką. – Masz co jeszcze? Dawaj.

Łysy wyciągnął jabłko, ale nie podał go. Podniósł je i zaczął się mu przyglądać. Stary się zniecierpliwił:

– Co tam tak wypatrujesz. Diabła tam. Nie dość, że wariat, to i filozof. Ja całe życie chlałem, to i jak syna wychowałem, musiałem odejść. On dziś wielki pan, ho, ho!

– Jesteś takim samym wariatem jak ja. No i co, że poszedłem wtedy do psychiatry?! Od razu musiałem być…

– No i to, żeś wariat…! Czy ja komu co robię, żem hołota ze śmietnika? Syna wykształciłem, ot co! – nagle stary coś wypatrzył. – Widzisz to, he – nietoperz. Patrzysz ptak, a to zwierzę, ssak jakiś, tak jak człowiek, he, he, he. Pomyślał by kto. Mój syn to ornitolog, profesor tera chyba już. Widzisz ptak – nie – ptak, ale tylko do nocy. A ja go kamieniem, pac – rzuca kamieniem w ciemność – A on nic. I w dzień nie wyleci, mówię ci, że nie wyleci, choć wie, że w dzień to nie dla mnie pora…

– O jest, jest! Jest pierwszy! – Klaudia przytrzymując jedną ręką spadającą czapkę, drugą próbowała chwycić wiszące u sufitu stworzonko.

Tuż za nią stał Marek. Wycelował latarkę w zwierzę, ostry snop światła przeszył ciemność lochu.

Znajdowali się w podłużnej, suchej niszy. Była ona na tyle szeroka, by Ewa przecisnęła się obok Klaudii.

– Patrzcie, porusza się! – krzyknęła osłoniwszy dłonią oczy.

– Czeka, aż jego temperatura zrówna się z otoczeniem – wyjaśnił Marek i roześmiał się. – Dotknij go, to zobaczysz jak się nagrzewa.

– Nie! Za nic w świecie – Ewa pisnęła cofając się za Klaudię.

Marek nie nalegał. Zmniejszył natężenie światła z latarki.

– No, pierwszy jest. To już czas – zaczął ściągać z pleców plecak. – A gdzie Igor?

– Igor? Igor? – spojrzały po sobie dziewczyny.

– Nie ma go, gdzież on znowu polazł – mamrotał chłopak rozwiązując troki plecaka, niezbyt zainteresowany problemem. Nastrój udzielił się Klaudii i Ewie. Nie zważając na ciemniejącą otchłań korytarza, puściły się nim kilkanaście kroków w głąb nawołując „Igor! Igor! Pijemy, mamy pierwszego nietoperza.”

Marek uporał się w końcu z plecakiem. Wyjął butelkę, odkapslował ją i rozejrzał się.

– Dziewczyny! Pijemy. Chodźcie szybko, bo zaraz zamykam bar i będziecie musiały czekać do następnego „toperza”.

Odpowiedział mu śmiech.

– Dobra, nie, to nie… – udał że się pochyla nad plecakiem i znieruchomiał. W korytarzu wybuchł nieludzki wrzask. Natychmiast odwrócił się, nim jednak zdążył wybiec z niszy, wpadły nań już obie dziewczyny, szamocząc się z włosami.

– Ała, cholerne ptaszyska.

– Precz, precz!

– To nie ptaki, to ssaki – trzeźwo zauważył wynurzywszy się tuż za nimi Igor.

Marka ogarnęły spazmy śmiechu. Podał Igorowi piwo.

– Czego one od nas chcą? – żałośnie rzuciła Ewa.

– Wyleciały na żer.

– No, chyba nie powiesz Igor, że pomyliły nas z jakimiś karaluchami! – Klaudia była wyraźnie zła na cały świat.

– A tak w ogóle, to co one jedzą? – zainteresowała się Ewa, dając już sobie spokój z włosami.

– No, kto wie, na co one będą miały po takim spotkaniu ochotę – zaśmiał się Marek i łyknął ostro piwa.

– No, ale nie… Tak poważnie!

– Poważnie to się krowa na wrotkach…

– O, patrzcie, znowu – Klaudia spojrzała w głąb korytarza i chwyciła się za głowę – uważajcie na włosy!

Igor odrzucił pustą butelkę, brzęknęło tłuczone szkło.

– Lecą na żer – puścił oko do Ewy – Ale faktycznie, po takich dziewczynach, nie wiadomo na co będą miały dzisiaj ochotę.

Pan Tadeusz wracał z peryferyjnej dzielnicy miasta, gdzie odwiózł trzy „dziewczynki”. Uspokajała go ta szeroka, pełna pędzących w te i we wte samochodów wstęga głównej ulicy. Z lubością zaglądał im w reflektory, omiatał wzrokiem, neony. Oto biuro podróży, skrzyżowanie przy sklepie nocnym i dom towarowy…

Z fantazją zajechał do zatoki postoju przy swojej restauracji. Na chodniku stał spory tłumek. Z zaciekawieniem wyjrzał z wozu.

– Powtarzam państwu, że nie ma powodów do niepokoju – grzmiał podpity rudzielec. – W mieście nie ma zarazy – zachwiał się szeroko gestykulując – nie ma! – stoczył się na blondynkę w srebrzystej sukni. Kobieta zauważyła taksówkę.

– Panie kierowco, panie kierowco…

– Co jest?

– Panie kierowco, pan pomoże mi z mężem… – bezradnie potrząsnęła opartym o nią rudym.

Pan Tadeusz kiwnął głową.

– Czemu by nie – otworzył od środka tylne drzwi. Wyszedł z wozu, obszedł go i wpakował klienta do środka. Kobieta usadowiła się obok ciała męża.

– Dokąd zawieźć? – rzucił taksówkarz, wróciwszy za kierownicę. Ruszył nie czekając, chwilę przyglądając się jeszcze we wstecznym lusterku falującemu tłumowi na postoju – Co tam się stało?

– Ach nic… Goździkowa siedem, to jest to zamknięte osiedle, gdzie się wjeżdża na hasło, wie pan..

– Tak, tak.

– No… A tam, to jakieś nietoperze, czy co tam, wleciały przez szatnie na salę i zdechły. Formalnie, padły na parkiet !

– Ha, ha, gacki?! – z niedowierzaniem roześmiał się Tadeusz.

– Nie wierzy pan? – kobieta wydała się urażona, ale momentalnie zmieniła ton – Ach, niech pan stanie, szybko !

– Co znowu? – dla fasonu zirytował się kierowca, zatrzymując wóz.

– Rzyga, rzyga, niech pan pomoże – kobieta wypychała wymiotującego rudzielca z samochodu.

– Ano dobra, ale to mnie nie obchodzi – pan Tadeusz splótł dłonie na piersi i odwrócił się do ulicy.

Jezdnią przejeżdżała inna taryfa. Poznał kumpla i machnął ręką, by się zatrzymał. Pisnęły opony.

– Ty słyszałeś…? – Tadeusz rzucił na powitanie, ale tamten nie dał mu skończyć:

– Nietoperze rzuciły się na gości w naszej knajpie! Ale były wściekłe i od razu padły. Nie wiem jeszcze czy są jakieś ofiary tego…

Tadeusz spojrzał przez ramię na meczącego się rudego.

– Szybciej, szybciej!

– Aaa…

– Co tam jest do cholery?!

Biegnący mężczyzni wyjęli z zawiasów tarasujące przejście lewe skrzydło bramki. Ciche parkowe alejki wypełnił momentalnie gwar.

– Z dzieckiem to do przodu…

– I dokąd teraz ?

– Dawaj pani te dzieci! Do góry…

Mężczyźni poczęli myszkować pomiędzy drzewami. Z alejek pozbiegały też dzieci i łamały teraz gałęzie, wieszały się konarów, kilka zaczęło się wdrapywać się na posąg fontanny.

– Dzieci proszę podawać na figury – ktoś komenderował – Tam ich szczury na pewno nie dosięgną. – Z dziesięć kobiet naraz poczęło wpychać na posąg swoje potomstwo. Dzieci spychały się nawzajem i wrzeszczały.

– Dorośli niech wezmą ławki i ustawiają mur wokół posągów – znowu dał się słyszeć ponad wszystkim ten sam głos.

– No złaź pan, no już! – gość w robociarskiej kufajce groźnie zaczął napierać na pochrapującego na ławce łazęgę. Staruch coś wymamrotał.

– Ustąp mu człowieku – łagodnie potrząsnął starego za ramię stojący obok łysy w przeciwdeszczowej pelerynie.

– Co mi pan będziesz… – zeźlił się staruch. Gramolił się już jednak z ławki.

– Czy mógłby mi pan objaśnić co się tu organizuje ? – spokojnie spytał robociarza łysy, biorąc starego pod ramiona.

– Wariat pan czy co! – ofuknął go zagadnięty zarzucając sobie na barki ławkę. Odwrócił się, popukał w czoło i odszedł.

– Przepraszam – skłonił się smutno w ciemność łysy.

– Niedojechane ich nasienie – zaklął staruch. – Panie profesorze – zwrócił się do łysego – masz pan jeszcze co do żarcia?

Basen fontanny zagracały już blisko z dwa tuziny ławek. Ludzie rzucali je bez ładu i składu na stos. Kobiety łamały gałęzie i podawały je na górę.

Wtem w ciemności rozległ się histeryczny krzyk:

– Aaaa ! szczur, szczur…!

Tłum zafalował. Chwilę stał sparaliżowany przerażeniem i nagle cała wielka zgraja jęła się wdrapywać na dopiero co usypane rumowisko.

– Ruszaj dupę, stara krowo!

– Boisz się, że ci się jaja obiją?

– Jezu, lecę…

– Gdzie depczesz sukinsynu?!!

– Zabieraj stąd kurwa te bachory…

– O Boże! – poczęły się mieszać okrzyki wspinających. Siedzące na samej górze dzieci poczęły się bawić, plując na głowy wrzeszczących poniżej ludzi.

– Szczur, szczur…! – na dole powracała tymczasem fala przerażenia. Niektórzy widząc, że się nie dostaną na zbawienne wzniesienie, zaczęli uciekać w głąb parku. Rozbijali przy tym latarnie, aby w zupełnej ciemności poczuć się pewniej.

Na szczycie zaczęto powoli opanowywać sytuację. Ktoś zajął się dziećmi, upychając je do środka kręgu dorosłych, inni uspakajali kobiety. Na krawędziach stromizny ustawiono warty z kijami w rękach. W końcu dał się słyszeć czyjś patetyczny tenor:

– Uspokójcie się już, bracia. Tylko pomagając sobie nawzajem, możemy przetrzymać to nieszczęście. To jest dla nas czas próby…!

Zanosiło się na dłuższą przemowę. Łysy wygodniej oparł się o latarnię. Rozejrzał się za starym, ale nie zauważył go nigdzie.

– Pan nas doświadczył – perorował dalej „kaznodzieja” – ale i zaświecił nam kaganek szansy. Nietoperze, które zjadły wściekłe szczury i napadły na grzeszników i nieskromnych zgromadzonych w tym nocnym przybytku szatana, ostrzegły nas, wybranych przez Pana…

Ktoś syknął w krzakach. Łysy obejrzał się, zrobił dwa kroki w tamtą stronę. Po chwili parsknął tłumionych śmiechem.

– Czekaj, zara ich ustawię – syczał stary, trzymając coś w rękach.

– My nie daliśmy zaskoczyć się zarazie, którą przywlókł do naszego miasta podstępny szczur…!

– Macie na myśli to zwierzę? – głos starego zabrzmiał w nastałej ciszy jak dzwon alarmowy. W ręku trzymał szamoczącego się nietoperza. Gacek miał uszkodzone, chyba jakimś kijem, błony lotne. Gdy stary położył go na ziemi, zaczął pełzać wokół jego stóp.

Ewa klęczała w rogu pieczary. Zbierała zwierzęta z klepiska i podawała Klaudii. Ta oglądała je w świetle trzymanej przez Marka latarki i odkładała bądź to na lewo, bądź to na prawo.

– Cholera by to wzięła – przeżywał śmierć nietoperzy Igor. Sięgnął po kolejną butelkę – Ale co im się mogło stać?

– Zostaw już to piwo. Musi być jeszcze dla nas – zauważył trzeźwo Marek.

– No, ale ty jesteś w ogóle bez serca! – wzburzyła się Ewa – Igor przeżywa…

– Ale nie musi wypijać mi piwa.

Klaudia podrapała się w czoło.

– Wiecie co zrobimy? – zawyrokowała – Mam świetny numer. Zadzwońmy do starego Marka, on jest szychą, i powiemy mu… Ha, ha, słuchajcie…

Blondyna była tak zmęczona, że nie zdjęła nawet srebrzystej sukni. Stanęła rozdygotana w drzwiach pokoju. Zrobiła trzy kroki i osunęła się na obity pluszem fotel. Od strony łazienki dobiegły chrapliwe odgłosy rzygania rudego. Kobieta porwała się na równe nogi, ze złością zatrzasnęła drzwi. Sięgnęła po słuchawkę telefonu.

– Halo, Nata? Przepraszam, że tak późno, ale wiesz, ten mój dyrektorek tak mnie kurewsko wnerwił… No wiesz? Jak świnia! Wyobraź sobie… A jak mnie szofer potraktował?! Co ja przeżyłam, za co mnie to spotyka… Ale mam numer taryfy, nie popuszczę mu, odpokutuje.. Co? Ależ ja… Wracam stamtąd, ale… W radiu? Czekaj, włączę…

Blondyna podniosła się z fotela, podeszła do segmentu. Opierając się jedną ręką o stolik, drugą namacała klawiaturę miniwieży. Wreszcie trafiła na właściwy przycisk.

„…trwają czynności policyjne, mające potwierdzić, że przyczyną zdarzenia były prowokacje podburzonych przez…”

Otworzyły się głośno drzwi od łazienki

„…elementów chuligańskich… Jak dowiadujemy się u dyżurnego lekarza, karetki reanimacyjne zostały skierowane już w rejon śródmieścia i Parku Kolei Szprotawskiej. Zaraz po ich powrocie będziemy mogli potwierdzić, że pogłoski o ofiarach były kłamliwe i była to nieudana próba wywołania paniki…”

Blondyna powróciła na fotel. Po drodze przytuliła się do stojącego w drzwiach rudego i wyciągnęła z barku puszkę ginu z tonikiem. Ujęła na powrót słuchawkę, zrobiła otwór w puszce i włożyła weń słomkę

– Mam Nata – wysepleniła ze słomką między zębami do słuchawki – O, teraz mówią, aby się uspokoić i nie wychodzić z domów i aby z wiarą w działania służb porządkowych samemu się pozamykać!… Ty słuchaj, co to za Komitet? Przecież słyszę, że do spraw równowagi ekologicznej, twój stary został powołany? Tak? Cholera, czekaj, mego muszę też tam napuścić…!

Dniało. Marek ostrożnie, tak by nie obudzić starych, włożył klucz do zamka. Przekręcił. Trzymając w ręku pusty plecak przekroczył próg mieszkania. Zdjął buty i kangurkę. Ujął plecak, wrzucił do swojego pokoju, a sam wyszedł do kuchni, zaparzyć sobie herbaty. Naraz stanął twarz w twarz z ojcem…

Stary był czymś wzburzony. Przytrzymując opadające spodnie od piżamy pił kawę. Marek dojrzał w kuchni również matkę.

– Przepraszam, że tak wcześnie – zaczął ostrożnie – ale skończyliśmy szybciej a do akademika głupie ciecie nie wpuszczają.

– Coś ty narobił… – odpowiedział mu spazmatyczny szloch matki.

Chłopak ze zdziwieniem spojrzał na rodziców.

– No, udał ci się kawał, nie ma co! – wycedził ojciec. – Zrobiłeś ze mnie durnia jak nikt! Trzeba było tam już zostać z tymi palantami na uczelni – wściekał się – i dalej odwalać kawały! Co, znudziło ci się już…?!

Marek postanowił poczekać póki nie dowie się szczegółów. Spuścił niewinnie oczy i sięgnął po czajnik z wodą.

Zgodnie z jego oczekiwaniami ojciec zaczął puszczać parę:

– Ja jak głupi dzwonię do pułkownika Warszawskiego i awanturuję się, bo synalek mi powiedział, że wojsko wystrzelało niewinne nietoperze w rezerwacie, a on mnie pyta, czy mam ochotę dokończyć tę noc u niego w areszcie?! Na taką bezczelność sobie pozwolił! I to przez kogo – przez twojego kochanego synalka – ostatnia uwaga została skierowana wyraźnie do milczącej w kącie matki.

– Trzeba go było od razu opieprzyć – Marek postanowił udawać na razie niewinne i skrzywdzone niesprawiedliwie a do końca lojalne dziecko swych rodziców.

– Ty słyszysz! – zaperzył się stary wciąż zwracając się do kobiety. – Ty głupku! – to było znów do syna – Nie wiesz, że to były tajne ćwiczenia sił bezpieczeństwa? Specjalnie wytresowane nietoperze wysłano do miasta i sterując je jakimiś tam infradźwiękami, poszczuto je na ludzi. Ktoś wpadł na genialny pomysł, że mogłaby to być wspaniała broń przeciwko strajkującym, demonstrującym czy w ogóle przeciw tej hołocie. No i gacki nie dały się, a do tego w mieście wybuchły rozruchy. Warszawski chodzi wściekły, komendant wściekły a ja, stary dureń, dzwonię do nich, że wojsko naruszyło rezerwat nietoperzy… Trzeba być skończonym idiotą, by w takiej sytuacji wyskoczyć z czymś takim do Warszawskiego! No i jestem skończony…

– Co ty, tato?! Za co…

– Sytuacja zrobiła się poważna. W Parku Kolei Szprotawskiej użyto przeciw demonstrantom jednostki antyterrorystycznej. A ci się nie pieprzyli – są zabici. W tym kobiety i dzieci. Prowodyrzy mają być jutro rozstrzelani. Jakaś stara łazęga i były profesor uniwersytetu na żółtych papierach… Nieźle to wymyślili…

– A co tu się właściwie w mieście stało? Przecież tam w rezerwacie prawie wszystkie nietoperze były martwe.

– Eksperyment się nie udał, mimo to w kilku punktach miasta pojawiły się nietoperze tam gdzie nie powinny i na oczach ludzi padły. To wystarczyło, wróg czuwa!… Szukają jeszcze szefa transportu terrorystów, rano powinni go złapać. Nowy dyrektor departamentu, ten taki rudy, widziałaś go u pułkownika – rzucił do żony – namierzył go jakoś… Jutro dostanie w czapę… Tak synu, jestem skończony. To była najgorsza noc mego życia !

Pan Tadeusz skończył ostatni kurs. Zgasił silnik. Zmęczony oparł głowę o kierownicę. Pół leżąc namacał prawą ręką wyłącznik radia i przekręcił go. W samochodzie zaległa cisza.

Z restauracji wyskoczyło biegiem dwóch mężczyzn w zgniłozielonych, jesiennych płaszczach. Twarze zakrywały im wielkie ciemne okulary, dłonie trzymali kieszeniach.

Z jakiegoś mieszkania doleciał sygnał porannej audycji radiowej. „Jest szósta…” – oznajmił spiker.

– Obywatel Tadeusz? – rzucił otwierając drzwi taksówki jeden z dwójki, która wybiegła z restauracji.

– Tak… Ale już nigdzie nie pojadę – taksówkarz powoli podnosił głowę. Wtem zesztywniał. Drugi z mężczyzn siedział już obok niego na przednim siedzeniu celując mu w głowę z pistoletu. Tymczasem pierwszy wyciągnął legitymację, machnął nią Tadeuszowi przed nosem i gramoląc się na tylne siedzenie oznajmił.

– Siły bezpieczeństwa… Jedziemy!

Sylwester

Gołąb

ETOS PATOS

w Brugii piłem najlepsze piwo pszeniczne
na Grand-Place de Bruxelles w ilościach nadmiernych
tu poznałem człowieka który nazywał się
Etos Patos
postanowiłem napisać wiersz
w czasie nowiu z czerwonym oczkiem sygnetu

***

ORWELL W ŚNIEGU

Zima blisko Panie
ordynator szpitala
miasta surowej rzeki
zwozi opony całopalne
na drugim krańcu płacze
dziecko
należy ruszyć ulicą Katowicką
późnej Krakowską
(w każdym mieście są ulice Krakowskie
i Katowickie)
przejść przez dworzec
minąć Harlem
stanąć na torach pograć w kolory
znaleźć Orwella w śniegu
należy zrobić to wszystko
by określić rodzaj snu

wyróżniamy sny

kosmologiczne z elementami groteski

kryminalne z cechami thrillera

pornograficzne z aspektami kultu

dramaty

i życie

***
DRESS CODE

dokąd nocą tupta panna z rybią głową?
­gdzie nocuje Budda skoro drga na sznurku nirwany?
pamiętam dzień w którym wysłałeś do mnie psa a on
wyszeptał słowa

jeżeli wyskoczysz z okna to nie znaczy że nie trafisz na zakład utylizacji śmieci ale
jeżeli jesteś mądry to nie zaprosisz więcej kolegów z origami

Panie profesorze gdyby przyjrzeć się temu dokładniej to Polska potrzebuje krwi
koguta z obciętą głową biegającego po Placu Zbawiciela lub po miejscach mniej oczywistych
w swej dozgonnej wdzięczności

Polska potrzebuje koguta do którego się przyzwyczai
któremu nada obywatelstwo ukształtuje charakter powierzy tajemnice
pozwoli żyć po bożemu słuchać Możdżera od tyłu poza tym
wszystko od tyłu będzie zabronione

***

LUCY NIESIE LEMONIADĘ

trzymaj lejce Biały Obłoku
twoja Lucy jest jak nit jak kruk na zmarzlinie
przyjedzie w zimowy poranek zabierze z ostatniej stacji
a później będzie wiosna ze wzgórz zejdzie woda
struchleją rzeki martwi ruszą z nurtem

to już blisko Biały Obłoku
zanim Księżyc okrąży plac zanim zawyje w las
a głos jego niczym histeria śpiewaczki
niczym szarża kawalerii wracającej do przysiółków
to już bardzo blisko jak stąd dotąd
sto dwadzieścia dwa ziarnka w cewce
sto dwadzieścia dwa ziarnka piasku

Lucy niesie lemoniadę

***

MGŁA

ucieczka wydaje się niemożliwa
a co dopiero życie
stało się przenośnią
przeciwwagą
złem byłoby sądzić
rzeczy niezwyczajne

szelest śniegu
ruch cyrkularki
przystanek na końcu wsi
zmarznięte dzieci
czekające na rodziców
ślad Boeinga
tnący jutrzenkę jak żyłę

a teraz drodzy państwo
przedstawiam ciemność
z delikatnością lisich kroków
z radością trzeźwych poranków
a teraz drodzy państwo
przedstawia się ona sama

odradzam bruderszaft
odradzam spokój

***

OVEČKA

wybieram się do miejsca za rzeką
w tym miejscu nie rozumieją mojego języka
a nawet gdyby rozumieli na nic by im to było
gdybym otworzył usta poleciałaby z nich para
taka co bez słów zapowie pełne przytułki
która ułoży się kochana w dzióbek i powie
o zerwanych trakcjach
związkach zawodowych odśnieżaczy

w dniu spoczynku ziemia nie otworzy się
jak ciało pod chirurgicznym nożem
więc należy wrócić do starych snów

grubszej gotówki na cele doraźne
zamykające się w obrębie jednego burdelu
który nie wiadomo dlaczego nazwali Ovečka
w którym piwo smakuje jak oratorium
a w brudnej podłodze nie ma pruderii
gdzie Jiři poznał drugą żonę
gdzie przypadkiem spotykasz polską geografkę
mylącą Rzym i Krym

***

HERBATNIK

Domy złudzeń domy cudze szadź
wiosną zakwitnie perz
wiersz zboczył z toru i zwalił się z nasypu
w dłoni trzymam skrobaczkę
ale proszę o wstrzemięźliwość
nie mowa o skrobaniu wyskrobywaniu
nie będzie wieców
i nawet nie będzie wzajemności

a może by tak poczytać
Herberta z herbatnikiem
przeanalizować kulistość Ziemi
zatrybić teorię wieloświatów
na przykładzie wiewiórki
niosącej żołędzie
no to

kogo teraz wyświęcicie kogo wygnacie
komu przyznacie mądrość
na której wieży zatkniecie sztandar
i w którym kierunku powiewać będzie
sumiennie

leje na to
nawet na deszcz któremu wszystko jedno
który nie jest miarowy i senny
który po prostu jest przykry
przykrzejszy od śnieżycy

***

IDĘ

grzebałem w szufladach w katakumbach
jelita ściągały gałki głębiej w oczodoły
wydawało mi się że bardziej
zaczynam poznawać siebie od środka
wyjdę z domu
spotkam kobiety w korporacyjnych spódnicach
które marzą o powrocie do mieszkania
zrzuceniu obuwia

teraz taksówkarzem może zostać każdy nawet
Jan Kowalski ze skrzynki na listy
agent GRU
koleś piszący wiersze który mógłby o tobie pomyśleć ciepło
odwieźć płaszcz gdybyś go przypadkiem zapomniała
mógłby wyliczyć mrugnięcia
w chwili gdy mówisz reszty nie trzeba
a później je pomnożyć dla utrwalenia
gdyż jak wszystkie inne jesteś wzorem
w układance cyfr taksometru

12 dni Bożego Narodzenia (Barataria 46)

Już kiedyś o tym pisałam, a dziś przypominam, że Boże Narodzenie to nie tylko Wigilia oraz pierwszy i drugi dzień świąt, lecz 12 dni, od przesilenia zimowego do Nowego Roku, a czasem nawet 24 – od świętej Łucji do Trzech Króli.

Dziś nasz doroczny Król Bożonarodzeniowy, Król Adwentu i Król Karnawału, Sancho Pansa, władca Baratarii…

Ryszard Dąbrowski

Życzenia

Z okazji przesilenia zimowego, składamy Wam serdeczne życzenia wszystkiego naj…, naj… naj… a także w nadchodzącym kolejnym astronomicznym, kalendarzowym, biologicznym oraz życiowym roku zdrowia… zdrowia… zdrowia…

Przesilenie zimowe to jedno z trzech najważniejszych świąt szamańskich. Dnia tego noce zaczynają być krótsze, a dnie się wydłużają i zostaje przezwyciężona „ciemność”. U Słowian dzień ten był także poświęcony duszom zmarłych przodków, były to tzw gody.

Dziwnym trafem w dniu tym urodzili się prawie wszyscy bogowie licznych religii, a w innych obchodzono go jako święto urodzin słońca.

Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu „Boże Narodzenie”, święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się w zupełnie innym dniu. Miało to być przeciwwagą do obchodzonych narodzin perskiego boga słońca Mitry, którego kult traktowany był przez katolików jako największy konkurent w walce o wiernych w Imperium Rzymskim. Czczono go tam już ponad sto lat przed narodzeniem Chrystusa i to aż do IV wieku, kiedy religię tę wyparło chrześcijaństwo.

Niezwyciężony Bóg Słońca Mitras – „Sol Invictus”, wszystkowidzący i wszystkowiedzący, panował nad światem i prawdą oraz sądził umarłych, zapewniając im wieczne „życie”. Jego urodziny przez dziewicę w ubogiej grocie przypadały na dzień zimowego przesilenia w grudniu. W Persji czczony był od XIV a w Indiach od XII wieku przed narodzeniem Chrystusa.

Dwoma pozostałymi ważnymi świętami szamańskimi są: początek wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność po zimowej przerwie, oraz przesilenie letnie, kiedy wydłużają się noce. Jest to święto wody oraz ognia i ich oczyszczającej mocy. Święto miłości, płodności, słońca i księżyca, znane u Słowian jako obrzędowa Noc Kupały.

W szamanizmie, w życiu pojedynczego człowieka, niezwykle ważnymi były jeszcze dni narodzin (u Słowian pocierano niemowlaka popiołem z paleniska, aby zaznajomić go z opiekuńczymi i chroniącymi duchami domowiska, szaman ustalał który z przodków dziecka zreinkarnował i odrodził się w nim oraz nadawał mu jego imię), mianowania jako dorosłego na pełnoprawnego członka wspólnoty (postrzyżyny), ślubu (rozpleciny) oraz śmierci i pogrzebu (oczyszająca moc ognia, palenie na stosie i wskazanie duszy drogi do świata zmarłych a towarzyszenie jej w tej podróży było najtrudniejszą i najniebezpieczniejszą częścią ceremonii, szaman musiał bowiem uważać, aby tam nie zostać na zwsze).

Dla przeciwwagi do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 r., zawłaszczono je i przemianowano na „Wielkanoc”.

Przesilenie letnie kościół katolicki przywłaszczył dopiero w XIII wieku i przemienił na „Boże Ciało”. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (schizofrenicznych halucynacji) belgijskiej zakonnicy Julianny z Liege (1193 – 1258).

g. & r.

Christmas in Weißrussland/ Belarus/ Białoruś/ Беларусь

W samą wigilię Bożego Narodzenia (24 grudnia, czyli 6 stycznia według kalendarza juliańskiego), zwaną po rosyjsku soczelnikiem, obowiązuje prawosławnych najostrzejszy post w ciągu tych 6 tygodni. Powstrzymują się wówczas cały dzień od jedzenia. Wieczorem spożywa się kutię, zwaną biedną (postną). Kutia bogata ze specjalnymi dodatkami spożywana jest dopiero w noc noworoczną, czyli z 13 na 14 stycznia i w uroczystość Chrztu Pańskiego (19 stycznia).

Johanna Rubinroth & Tanja Krüger

Vom Siegesstern zum Weihnachtsstern / Od Gwiazdy Zwycięstwa do Gwiazdy Betlejemskiej

Wieczory w Rembówku – 2

Lech Milewski

Kontynuuję publikację co ciekawszych wiadomości z Rembówka.
Dla przejrzystości wiekszość tekstów przepisałem zachowując oryginalną pisownię i interpunkcję (lub jej brak).

W poprzednim odcinku wspomniałem, że jednym z redaktorów był Stasiek Skorupski, syn oprzątki.
W numerze 4 – Wielkanoc 1902 – znalazłem próbkę jego twórczości:

Ze wspomnień furmana.
W Łodzi zajechałem do zajazdu, wyprzągłem konie dałem im jeść. Dał mi pan 3 złote poszedłem do restauracji na obiad, kazałem sobie dać, zupę pomidorową, pieczeń z sosem i makaronem i leguminę z jabłek. Po południu wyjechaliśmy z powrotem, ale już nie tą samą drogą tylko polem, podróż do Skierniewic przeszła nam szczęśliwie tam nocowalismy i na drugi dzień rano po śniadaniu ruszyliśmy w drogę na Grodzisk do Pruszkowa. Nadjeżdżamy nad rzekę, ja chciałem szukać przejazdu, ale pan kazał jechać wprost. Wjechałem na lód z początku dobrze, ale na środku lód pod końmi pękł, złamał się, konie wpadły w wodę, ja zeskoczyłem czemprędzej z kozła pan z sanek złapaliśmy konie za uzdy, ale tylko parę koni wyciągnęliśmy a przodowy utonął.

Numer 7 – nadal ferie Wielkanocne 1902 – redaguje drugi z braci p. Jerzy M.

Wiadomości krajowe.
I. Dnia 12 we wsi Rembówko odbyło się polowanie z gończymi. Ukazał się zając, pies Robak rzucił sie na niego i po kilkuminutowym pościgu złapał zająca i zagryzł go na miejscu.
II. Wielkie święcone dawno już nie widziane u nas przygotowała p. Ludmiła Milewska składa sie ono z różnych kunsztownych wyrobów, że przypominało święcone Ks. Radziwiłła, Panie Kochanku.

Numer 9 – 16 kwietnia 1903.

Odpowiedzi od redakcyi.
Konstanty Różanowicz. Kochany panie K.R. herby, a z nimi i szlachta utraciły już dawne znaczenie, teraz tyle już nieznaczą sławne czyny przodków, ile żyjącego człowieka, to też i p. życzymy zająć się czemś innem niż spisywanie herbów.

Numer 10 – styczeń 1904.

Wiadomości zagraniczne.
Do miasta Ciechanowa przybyła z Warszawy “Lutnia” i 2.3. b.m. odbył się koncert. Publiki było bardzo dużo i witała Lutnistów życzliwymi oklaskami.

Numer 11 – styczeń 1904.

Wiadomości Krajowe.
Dopiero dziś możemy donieść, że 20/XI/1903 r. odbyło się wesele w Rembówku u pp. Leonardostwa Lesieńskich, którzy najstarszą córkę Helenę wydawali za p. Brakowieckiego, kowala. Gości zebrało sie bardzo dużo z całej okolicy. Z arystokracji zauważyliśmy: 2 furmanów opinogórskich: Andrzeja i Tabakę z żonami, kowala z Władysławowa, lokaja i pokojówkę z Opinogóry, prócz tego całą rodzinę panny młodej, ziemian z bliższej i dalszej okolicy. Druchną była p. Ludmiła M. w kostiumie krakowskim. Tańczono ochoczo w mieszkaniu p. Adamskiego do 2 w południe w poniedziałek. Mimo tłoku zabawa szła wesoło.

Numer 13, rok 1904.

Wiadomości Krajowe.
5/1/1904. I. Donoszą nam, że o 5 1/2g (5:30) do wsi Rembówko przybyło trzech muzykantów (z Pałuk z Pajewa) po kolędzie zagrali także polkę, walca, oberka; więc korzystając z tego zaczęli tańczyć: kucharka, pokojówka, niańka, Ludmiła, Lech i Ziemowit M. a pani Antonina K. nie tańczyła żeby się nie pospolitować.

II. Ze wsi Rembówko donoszą, że 5/I 1904r. dawna kucharka Teofila z Charbińskich I-mo voto Chrabieńska, II-do voto Zembrzuska, III-io voto Sztrak-Wiśniewska wyjechała na stały pobyt z Rembówka do brata, który mieszka w Pawłówku.

Ostrzeżenie!!!
W powiatowym mieście Ciechanowie na Trakcie za cmentarzem mieszka szwaczka Krupińska (Antonina) do tego czasu z pilnością i dokładnością wypełniała roboty, lecz teraz ogromnie się zleniwiła i już kilku panom nie wypełniła roboty na czas.

Narazić się prasie – kariera zawodowa skończona.

Numer 14 – po przerwie, prawdopodobnie Boże Narodzenie 1905 roku.

Relacja o wojnie rosyjsko-japońskiej: …zakończonej pokojem w Portsmouth w lipcu 1905 roku według którego Mandżurja i Korea przechodzi pod protektorat japoński, a pół Sachalina i niektóre porty pod władzę Japonii. Rosya obowiązana jest zapłacić kontrybucję pod pretekstem kosztu utrzymania więźniów. Przegrana to dla Rosyi bardzo wielka, ani jednej wygranej bitwy, kompromitacja straszna, wykrycie złodziejstwa i łapownictwa u słąwnych jenerałów i bahaterów. Prócz tej hańby i wstydu dla Rosyi ta wojna przyniosła i inne owoce.

Tu następuje relacja wydarzeń 1905 roku w Rosji i w Polsce

Numer 15.

Wojna ta przyniosła nam dużo strat, a mianowicie bardzo dużo ludzi zginęło z dala od ojczyzny i rodziny, 3 razy ogłaszano mobilizację (3-ia nie doszła do skutku z powodu pokoju). Pod grozą mobilizacji dużo rezerwistó uciekło z kraju i teraz będą za dezercję, albo już nie wrócą do kraju, zginęło tam między innymi kilku uczonych doktorów, wielu dostało roztroju umysłowego. Z Ciechanowa poszli doktorzy Zienkiewicz i Królewski. Mobilizacja (w Płockiej gub.) była w powiatach Płockim, Sierpeckim, Rypińskim, Lipnowskim.

Wiadomości krajowe
…jeden ze współpracowników otrzymał na gwiazdkę 1904 25 gr. fuzję, dubeltówke, odtylcówkę systemu Lankastra. Wiele już wyniszczył zwierzyny 17 zajęcy, 46 kuropatw, 54 drobnego ptastwa, 24 wrony i wiele, wiele innej zwierzyny. Zaopatruje on i naszą redakcję w świeżą zwierzynę.

W numerze 16 z 5 stycznia 1906 roku wspomniano o losach redaktorów pisma.

Podam w skrócie informacje o karierze naukowej członków redakcji w roku 1906.
Stanisław Milewski, rocznik 1888, ukończył gimnazjum im Pawła Chrzanowskiego (obecnie Liceum im Jana Zamoyskiego) – KLIK, pobiera nauki w Akademii Rolniczej w Dublanach (zabór austriacki), obecnie Lwowski Narodowy Uniwersytet Rolniczy im. Stepana Bandery (!?) – KLIK.
Jerzy Milewski, rocznik 1890, uczęszcza do szkoły mechaniczno-technicznej H. Wawelberga i L. Rotwanda – KLIK.
Ludmiła Milewska, rocznik 1892, na pensji pani Walickiej.
Lech Milewski, rocznik 1897, w szkole Ziemi Mazowieckiej – KLIK.
Ziemowit Milewski, rocznik 1902, uczy się w domu i pracuje nad wydaniem dzieła pod tytułem: Moje gospodarstwo w Dębinie.

Wiadomości krajowe…

Temperatura była mierzona w stopniach Réaumura. Po przeliczeniu na stopnie Celsjusza wychodzi: 7 R = 9 C, 14 R = 18 C

Ochronka dla dzieci z folwarku…

Mierzenie temperatury w wiejskich chatach, ochronka – to niewątpliwie inicjatywy matki redaktorów pisma a mojej Babki – Jadwigi Milewskiej z domu Chełchowskiej

Numer 18 – 1909 – Wielkanoc

Wiadomości krajowe.
We wsi Rembówku znajduje się chora L. Milewska, która pije w dzień kakao i jada jajecznicę mimo to choroba się przeciąga, i lekarze wątpią czy będzie mogła wyjechać do Warszawy na pensję.
W Rembówku z powodu licznych kradzieży znajduje się stróż Wiśniewski znany z odwagi do pomocy ma cztery psy następujące: Moress znany z siły i złości drugi Rigby jest znany w całym powiecie z szybkości biegu trzecia Wisła emerytka i jej nieletni syn Reks w którym pokładają wiele nadziei, przy takich stróżach można spać spokojnie.
W Rembówku strzelają z proc do wróbli Lech i Ziemowit Milewski do tychczas bez skutków.

Wiadomości zagraniczne.
W Opinogórze z powodu śmierci ordynata hrabiego Adama Krasińskiego zajdą duże zmiany: większość urzędników otrzyma dymisją, o mianowaniu nowego zarządu nie omieszkamy zawiadomić Szanownych Czytelników.

Adam Krasiński – TU można o nim przeczytać i obejrzeć portrety.

Numer 19

Wiadomości krajowe.
Wyroby cukiernicze na święta, a mianowicie mazurki i lukrowanie, strojenie babek uskuteczniła zamiłowana w podobnych przygotowaniach panna Ludmiła Milewska w łóżku, aby nie pozbawiać rodzeństwa przynależnych mu smakołyków.

Wiadomości Urzędowe.
Dowiadujemy sie z miarodajnych źródeł o następujących zmianach: w urzędowaniu pan Matuszewski został przeniesiony do innej branży, w zeszłym roku miał posadę fornala, obecnie dostał nominacje na nadzwyczajnego pomocnika pasterza i tytuł radcy hodowlanego. Syn Jego skąd inąd uczony pan Adolf Matuszewski dostał dymisję z posady etatowej źrebarczyka co prowadzi za sobą obniżkę honorarium o 5 groszy dziennie.

Ogłoszenie.
Potrzebny nauczyciel wytrawny pedagog do przygotowania do szkół rozbisurmanionego chłopca. Lekcje co drugi dzień 2 godziny lokomocja ułatwiona warunki dobre. Oferty proszę składać w Opinogórze dla Z.M. z Rembówka.

Numer 21 – Wigilia 1909 roku.

Hakatystyczne zabiegi Prusaków – KLIK – wywołały słuszne oburzenie młodzierzy szkolnej. Jako świeży tego dowód posłużyć może L. Milewski współpracownik naszego pisma uczeń szkoły E. Konopczyński – KLIK – , który powodowany nienawiścią do Niemców chciał zaznaczyć ją dwójką na cenzurze. Przeszkodziła temu p. Zofia Rouppert znana z prac filologicznych, która usilnymi zabiegami zdołała doprowadzić p. L.M. do równowagi to jest do trójki.

Wydaje mi się, że chodzi tu o ciocię redaktora, p. Teodorę Rouppert – KLIK.
Swoją drogą polska ortografia redaktora L.M. też taka trochę na etapie protestu.

Wieczory w Rembówku wydawano jeszcze przez rok. Ostatni numer – 27 – ukazał się 27 grudnia 1910 roku. Starsza trójka rodzeństwa była na studiach, dwóch młodszych braci w szkole średniej w Warszawie.

Stuart 37

It’s four miles to my lonely room
Where I will hide my face 
And about half a mile to the downtown bar 
That I ran from in disgrace

Lord, how long have I got to keep on running 
Seven hours seven days or seven years?
All I know is since you’ve been gone 
I feel like I’m drowning in a river
Drowning in a river of tears

Cztery mile dzielą mnie od samotnego pokoju,
W którym uda mi się ukryć twarz
Około pół mili stąd jest bar,
Z którego uciekłem ze wstydem.

Boże, jak długo już biegnę?
Siedem godzin, siedem dni czy siedem lat?
Wiem tylko, że od kiedy cię nie ma
Jestem jak tonący w rzece,
Tonę w rzece łez.

Eric Clapton, Drowning in a river of tears

Joanna Trümner

Powrót do domu

W kilka dni przed powrotem do Australii Stuart z przerażeniem zdał sobie sprawę z tego, że w Sydney nie ma dokąd wracać. Jego mieszkanie podnajmowała kuzynka Toma, a nawet gdyby udało się ją nakłonić do wcześniejszej wyprowadzki, to i tak powrót tam nie wchodził w rachubę, bo wejście na pierwsze piętro przekraczało możliwości Stuarta. Wózek inwalidzki, na który był w przyszłości skazany, nieźle komplikował mu życie. Ze szpitalnego aparatu zadzwonił do Toma i poprosił o znalezienie dla nich obu, jego i Briana, niedrogiego hotelu w Sydney. „Na razie możesz zamieszkać u nas”, zaproponował Tom bez wahania. „Kupiliśmy dom i na parterze jest małe mieszkanie z osobnym wejściem. W przyszłości i tak chcemy je wynajmować. Prawdę mówiąc, przydałoby się je pomalować i zmienić meble, przed ślubem na pewno nie zdążę tego zrobić, nie spodziewaj się więc luksusów. Możecie się wprowadzić od zaraz, tylko to naprawdę nie jest Hilton. Dlaczego wcześniej do mnie nie zadzwoniłeś? Nie wiedziałem, że byłeś w tarapatach, szukałem cię po całym mieście i zacząłem się już martwić, że nie będę miał świadka na ślubie. Odbiorę was z lotniska, to opowiesz mi więcej”.

Po tej rozmowie Stuart z ulgą wrócił do sali szpitalnej. Z wdzięcznością myślał o tym, że może polegać na bliskich mu ludziach.

Podróż z Cancun do Australii trwała ponad dwadzieścia godzin. Stuart zerkał od czasu do czasu na Briana, na którego twarzy malowało się coraz większe zmęczenie długim lotem, godzinami spędzonymi na lotnisku, zabijaniem czasu i pchaniem ciężkiego wózka inwalidzkiego. „Nigdy nie będę w stanie mu się zrewanżować. Ludzie, którzy na nas patrzą na pewno myślą, że jest moim ojcem, kochającym ojcem kaleki”, pomyślał. Im dłużej obserwował swojego opiekuna, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego wypadek był Brianowi do czegoś potrzebny.

Podczas ostatniego, wielogodzinnego lotu z Singapuru do Sydney Stuart zdobył się na odwagę i zapytał Briana wprost: „Jak to się stało, że zdecydowałeś się rzucić wszystko i z dnia na dzień przyleciałeś do mnie na drugi koniec świata?” Długo czekał na zaskakującą odpowiedź Briana: „Wiem, jak idiotycznie to zabrzmi, ale jestem wdzięczny losowi za ten wypadek i za to, że jestem ci potrzebny. Ostatni czas był dla mnie straszny. Jak z tej piosenki, seven hours seven days or seven years, siedem godzin, siedem dni czy siedem lat, nieważne. Czas. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak można być samotnym w momencie, kiedy wydaje ci się, że osiągnąłeś w życiu wszystko. Udało mi się sprzedać galerię z dużym zyskiem. Wkrótce potem sprzedałem kilka obrazów, które kupiliśmy razem ze Stuartem i o których od początku wiedzieliśmy, że przyniosą kiedyś prawdziwe pieniądze. Zarobiłem tyle, że już nie muszę pracować, mógłbym poszukać sobie jakiegoś hobby, albo nic nie robić i cieszyć się życiem. Pieniądze przyniosły mi pewną wolność, ale przede wszystkim wiele rozczarowań. W ostatnich latach zawiodłem się na każdym, kogo wcześniej uważałem za przyjaciela. Zacząłem unikać ludzi, powoli zmieniam się w zgorzkniałego, bogatego starca, który z niczego nie potrafi się cieszyć. Jedyna kartka świąteczna, jaką znalazłem w ubiegłym roku w skrzynce, to kartka z życzeniami stacji benzynowej, jaką wysyłają wszystkim stałym klientom. Samotność mnie zżera od środka, muszę coś zmienić, żeby nie zgorzknieć do końca. W tym roku na Sylwestra zacząłem robić plany podróży po świecie i gdyby nie wiadomość o twoim wypadku, pewnie byłbym już w drodze. Jak widzisz nie mam żadnego powodu, żeby być w Londynie. Jeśli nie masz mnie jeszcze dosyć, to chętnie zostanę w Sydney tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował. Pieniądze, które udało mi się zarobić, są w połowie pieniędzmi twojego wujka, a po jego śmierci należą do jego rodziny. Nie możesz do końca życia wynajmować mieszkania, musisz mieć coś własnego. Chętnie pomogę ci coś znaleźć”. Po tym niespodziewanym wyznaniu zapanowała między nimi długa cisza, Stuartowi przypomniała się zwrotka jednej z jego ulubionych piosenek Neila Diamonda: But I never cared for the sound of beeing alone, nigdy nie chciałem usłyszeć głosu samotności. „Każdą historię można opowiedzieć muzyką”, pomyślał, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy znów weźmie do ręki gitarę.

Brian pomógł mu urządzić się w nowym mieszkaniu, ale sam wynajął sobie pokój w pobliskim hotelu. Przez następne dni był doradcą Stuarta przy zakupie garnituru na ślub i prezentu dla pary młodej – zrobionej z brązu statuetki śmiejącego się Buddy. Sam pomógł Stuartowi w drodze do stanu cywilnego, ale zaproszenia na ślub nie przyjął. “To Toma wesele, nie będę się plątał wśród samych obcych i mu zawadzał”.

Wjechanie do urzędu stanu cywilnego na wózku inwalidzkim było wielkim wyzwaniem. Urzędnik patrzył niecierpliwie na zegarek i ocierając z czoła pot powiedział: „Nigdy jeszcze nie mieliśmy świadka na wózku inwalidzkim”. W uszach Stuarta zabrzmiało to jak wyrzut, od czasu, kiedy przestał chodzić, odnosił wrażenie, że cały świat dookoła stworzony został z myślą o ludziach zdrowych. Przed wypadkiem nigdy nie zastanawiał się, jak trudnymi, pożerającymi siłę i czas zadaniami są codzienne czynności, wzięcie prysznica, ugotowanie obiadu lub banalne korzystanie z toalety. Przerażało go, że po wielu tygodniach od wypadku był co prawda w stanie podnieść się i przejść kilka kroków, ale ból w lewej nodze zmuszał go do szybkiego powrotu do wózka inwalidzkiego. Nie dopuszczał do siebie myśli, że już nigdy nie stanie na własnych nogach, nastawiał się na długie leczenie i rehabilitację.

Wesele Toma było wspaniałe. Stuart przez cały wieczór znajdował się w centrum zainteresowania, nieznajomi przywieźli go do samochodem do restauracji, w której było przyjęcie weselne, młody chłopak, który przedstawił się jako bratanek Toma, zawiózł go do bufetu i pomógł nałożyć jedzenie na talerz. A kiedy dotarł na swoje miejsce przy ośmioosobowym okrągłym, stole zobaczył, że miejsce obok niego przeznaczone jest dla „Sally”. „To na pewno ta kuzynka, która wynajmuje moje mieszkanie”, pomyślał, pytając się w duchu, jak mogło do tego dojść, że jeszcze jej nie poznał. Nie mylił się. W chwilę później miejsce po jego prawej stronie zajęła młoda, ładna kobieta w niebieskiej sukience. „My się przecież od dawna”, powiedziała, podając mu rękę na przywitanie. „Mieszkam w twoim mieszkaniu. Słyszałam o twoim wypadku, jeżeli chcesz wrócić do siebie, to powiedz, postaram się szybko znaleźć coś innego”. „Nie martw się, na razie nie mam szansy, by wejść na pierwsze piętro, więc możesz spokojnie mieszkać tam dalej”, odparł Stuart, przyglądając się nieznajomej. Podobała mu się. Długo rozmawiali o jego wypadku, jej studiach pedagogiki, radości przebywania z dziećmi i o muzyce. Sally śpiewała w chórze gospel na uczelni i uczyła się gry na skrzypcach. „Dlaczego wybrałaś skrzypce?”, zapytał Stuart z ciekawością. „Bo można je wszędzie ze sobą zabrać”, odpowiedziała Sally.

Wkrótce potem jak para młoda odtańczyła pierwszy taniec, parkiet zapełnił się gośćmi. Kiedy nieznajomy młody mężczyzna przerwał ich rozmowę i pociągnął Sally za sobą na parkiet, Stuart poczuł zazdrość. „Dlaczego nie mogę jak oni wygłupiać się, tańczyć, zapomnieć o wszystkich problemach?”, pomyślał, przeklinając w duchu swój beznadziejny wózek. Zdał sobie jednak sprawę, że był również zazdrosny o nieznajomego, który mocno przytulał do siebie Sally podczas kolejnego spokojnego tańca.

Stuart rozglądał się po sali. Czuł się samotny przy opuszczonym przez gości stole. Nie od razu skojarzył, że wolne miejsce koło niego zajął starszy mężczyzna. „Garret, przyszywany wujek Toma”, przedstawił się. „Pana młodego znam od dnia, kiedy zaczął raczkować”, dodał po chwili. Stuart obawiał się, że zmuszony będzie wysłuchać długiego opowiadania o chorobach, dzieciach, wnukach i samotności, zaczął się rozglądać po sali w poszukiwaniu ratunku. Rozmowa potoczyła się jednak zupełnie niespodziewanie. W bardzo dowcipny sposób Garret opowiedział Stuartowu o rodzinie Toma. O jego rodzicach, którzy wspólnie wychowali czwórkę dzieci, a następnie postanowili się rozejść. O ojcu Toma, który od pięciu lat podróżował po świecie i który tylko przez przypadek dowiedział się o ślubie syna. O tym, że cała rodzina złożyła się na jego bilet z Japonii do Sydney i o tym, ile trudu i przekonywania kosztowało namówienie rodziców, żeby zgodzili się usiąść obok siebie podczas wesela. Dowiedział się o babci Toma, eleganckiej, prawie dziewięćdziesięcioletniej pani, siedzącej przy młodej parze, która w kilka dni po śmierci męża przemeblowała cały dom i zaczęła pisać wiersze.

Podczas rozmowy z Garretem Stuart zastanowił się, jak mało wiedział o Tomie, który był przecież jego przyjacielem. „Zawiozę cię na parkiet”, skończył rozmowę Garret, „bo inaczej ktoś ci odbije dziewczynę”.

Wracając taksówką do nowego mieszkania Stuart pomyślał, że od dawna się tak dobrze nie bawił. Umówił się na spotkanie z Sally w przyszłą sobotę.

Cdn.

Szopa w salonie 16

Łukasz Szopa

Święta – czyli o Piekle

Święta, okres rodzinny, okres radości, miłości, podarunków, wspólnoty i innych pięknych rzeczy. Czas nadejścia zbawiciela i latających aniołków. Warto więc napisać kilka słów o piekle.

Nie, nie będę pisał o corocznym tradycyjnym piekle czy piekiełku świąteczno-rodzinnym, czyli pełnym stresu gonieniem za prezentami, nerowym przygotowywaniem żarcia i wkurzającym stawianiu choinki. Nie będzie o piekiełku między teściową a synową, między skłóconymi braćmi, chłodem i agresją między żoną a mężem, córką a braćmi, czy o pełnych emocji rozmowach o przeszłości, przyszłości, czy polityce. To każdy zna z własnego podwórka najlepiej.

Będzie ten tekst pochwałą moich rodaków – Polaków. Za wiarę. Za wiarę – w piekło.

Tak się składa, że kilka lat temu na łamach niemieckiego tygodnika pisałem (https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/wo-zum-teufel-ist-nur-die-hoelle-geblieben) o dziwiącej mnie niezmiernie, wynikającej z badań opinii publicznej na „Zachodzie“, olbrzymiej dysproporcji między odsetkiem ludzi wierzących w „niebo“, a dużo mniejszym odsetkiem wierzącym w „piekło“ (cokolwiek mielibyśmy, czy oni, pod tymi słowami rozumieć). Nie mogłem pojąć, skąd – wśród tych, co w cokolwiek „pozagrobowego“ wierzą – taka różnica. W „niebo“, czyli „fajny zaświat“, wierzy 40 do 50 procent, w piekło – prawie połowa mniej. Czy to naiwność, ta wiara, że „potem“ będzie raczej „pięknie i słodko“, niż „strasznie i boleśnie“? Czy to Wunschdenken (myślenie „życzeniowe“)? Czy nazbyt proste przeciwstawienie oceny sytuacji „przyziemnej“ (oj jak tu źle i strasznie!) to tego, co ma być potem (oczywiście – na „nagrodę“ lub nie – lepiej!), takie tanie „yin-yang“?

Tym bardziej, że – osobiście nie wierząc w jakiekolwiek „zaświaty“ i życie „pozagrobowe“ – uważam, że jeśli Bóg istnieje, i jeśli miałoby istnieć jakiekolwiek „po“ – to nie widzę powodów czy argumentów czy przesłanek, by prawdpodobieństwo „nieba“ miałoby być wyższe niż „piekła“. Gdyż wychodzę z założenia, że jeśli Bóg istnieje, i jeśli coś dla nas „na potem“ przygotował – to jako istoty ludzkie mamy zero szans i możliwości poznania i zawyrokowania, co dla nas przygotował.

W Polsce z kolei, i to od lat (ostatnie dane jakie wyłowiłem to rok 1997) – wiara w piekło jest stabilna, waha się od 56 do 61%, podczas gdy wiara w „niebo“ czy „zbawienie“ niewiele większa, w granicach 61 do 72%. Dowód, że Polacy nie tylko mocniej wierzą w jakąkolwiek „przyszłość pozagrobową“, ale i że niekoniecznie preferują wiarę w „marchewkę“ nad wiarą w „kij“. Oczywiście, dane statystycznie niestety nie mówią, czy nie jest czasem tak, że wierzą w marchewkę dla siebie, a w kij – dla innych… (męża, żony, brata, siostry, teściowej, synowej, stryjka, sąsiadki, szefa, prezesa, ojca dyrektora i tak dalej…)