Barataria 74 Wyspy

Tibor Jagielski

tauben an moens klint
hochsommer

gołębie na moens klint
szczyt lata

moen

chwila
rudzik wskakuje na łodygę rokitnika
tyle farb daje mi wiatr

moen

ein moment
das rotkelchen springt auf den sanddornzweig
so viele farben gibt mir der wind

moen

eichelhäher im garten
herbstwind wartet

moen

sójka w ogrodzie
wiatr jesienny nadchodzi

koniec poezji
haiku, jako ostatni,
uchyla kapelusza

ende der poesie
haiku, als letzter,
lüftet den hut

10/01/13

 

Orient powszedni IX

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Opuszczają Wędrowcy Zabłudów, smutno zadumani nad mrokami, jakie potrafią spowijać duszę ludzką. Tymczasem do głosu dochodzi coraz natarczywiej ciemna strona ich własnej cielesności. Jeść! Pora już wielka na obiad.

Gdzie będą jedli tego dnia posiłek, zdecydowali już dawno. Trzy lata temu, na szlaku którejś ze swych podróży, odwiedzili Wędrowcy Kruszyniany – jedną z kilku wiosek, jakie król Jan III Sobieski nadał Lipkom, czyli Tatarom pozostającym w służbie Rzeczypospolitej, jako rekompensatę za zaległy żołd. Do dziś mieszkają tam ich potomkowie. Byli Wędrowcy w meczecie, spacerowali po cmentarzu. I spożywali pierekaczewnik oraz inne specjały orientalnej kuchni w gospodarstwie Tatarska Jurta, miło gawędząc z jego właścicielką, panią Dżenettą. Wspomnienia z tej wizyty pozostały im jak najlepsze, toteż oczywiste było, że dziś powtórzą odwiedziny.
Aby było szybciej, ruszyli na skróty. A taki manewr bywa, jak wiadomo, nieco ryzykowny, zwłaszcza w nieznanym terenie. Dość poprzestać na stwierdzeniu, iż ostatecznie pobłądzili cokolwiek. Ale nic nie szkodzi! Wynagrodzone im to zostało w dwójnasób możnością powłóczenia się po cudownych bezdrożach (same szutry, zero asfaltu), zobaczenia małych, urokliwych wiosek, a przede wszystkim pogrążenia się w niebywałej zieleni. Viatorostwo mieszka w województwie o największym procentowym udziale lasów, otoczenie dzikich kniei, zarośli i łąk nie jest dla nich niczym niezwykłym. Lecz tutejsza, podlaska zieleń jest jakaś inna, egzotyczna, intensywna… Trudno orzec, w czym dokładnie rzecz. Ale na zmysły i na duszę działa, że hej! A wśród tych bezkresnych, północnych puszcz i pól ktoś rozsypał, jak garść błyszczących klejnotów, odpryski dalekiego czasem i przestrzenią śródziemnomorskiego, słonecznego Bizancjum. Cerkwie i cerkiewki ze złotymi, cebulastymi kopułami, jak choćby ta, w Gródku.

Jakieś struny duszy szarpią, coś przywołują, coś przypominają. Pałac Wielki konstantynopolitański? Pałac Porfirogenetów? Hagia Sophia? Orient powszedni.

Wreszcie wymarzone, wytęsknione (tym bardziej, że w brzuchach już głośno burczy) Kruszyniany! I… potężna konsternacja. Ale o tym opowie za chwilę Viatorka. Wędrowcy z żalem przemknęli przez wioskę, bez postoju, po lewej mijając Tatarską Jurtę<, po prawej zieloną świątynię. Na szczęście trzy lata temu wykonali solidną dokumentację fotograficzną, z której teraz można skorzystać. Oto kruszyniański meczet i mizar. Oba czynne, użytkowane.

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pośród podlaskiej zieloności i Wędrowcy docierają do następnej tatarskiej wioski. Bohoniki także odwiedzają po raz drugi. Tutejszy meczet i mizar również już widzieli. Ale z usług restauracji usytuowanej w Domu Pielgrzyma, siedzibie Związku Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej wówczas nie skorzystali. Zapewne dlatego, że po obfitym posiłku w Kruszynianach nie byli w stanie już absolutnie niczego więcej pochłonąć. Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Drugie spotkanie z tatarską kuchnią miało miejsce właśnie tutaj, w Bohonikach. Kelner to z pewnością potomek Lipków – świadczą o tym jego oczy, w których, by użyć błysku poetyckiej metafory, ukrył się cały romantyzm ludów Wielkiego Stepu. Mówi się czasem: skośne oczy. Ale jakież tam one są skośne? Oczy są zwykłe, prościutkie. Natomiast specyficznego wyglądu twarzy Tatara nadaje coś, co nosi fachową nazwę zmarszczki, czy też fałdy nakątnej. Typowej dla wielu narodów Wschodu.

Po obiedzie Viator kieruje się w stronę meczetu. Tak, był w nim już trzy lata temu, ale chciałby tam, jak to mówią, nabyć drogą kupna czapeczkę tatarską, krymkę.

Podlaskie meczety. Wędrowiec przeczytał gdzieś kiedyś (nie może sobie przypomnieć gdzie i kiedy, nie jest także w stanie przywołać autora opracowania; a szkoda, bo było ono ciekawe), że tutejsi Tatarzy rozwinęli bogatą i różnorodną kulturę oraz sztukę, ale, jako iż byli długo ludem nomadycznym, nie obejmowała ona architektury. Nie stworzyli własnych form meczetu, toteż korzystali z wzorców miejscowych: w Kruszynianach naśladowali typową wiejską świątynię katolicką, w Bohonikach – cerkiew. Coś w tym jest, faktycznie.

Natomiast wnętrze urządzono absolutnie unikalnie, bez okolicznych wpływów. Islam, panie dziejaszku, islam!

Na zakup krymki trzeba chwilę poczekać. Pani, obsługująca sklepik, akurat wyjaśnia grupie turystów tajniki wyposażenia świątyni i zasad wiary Proroka. Siada Wędrowiec, na bosaka oczywiście, i przysłuchuje się także. Wiele już wiedział na ten temat, ale nie wszystko. Dziś na przykład usłyszał po raz pierwszy, czemu jednym z symboli islamu jest półksiężyc. A czemu mianowicie? Ano dlatego, że tylko jeden księżyc był świadkiem chwili, gdy archanioł Dżibril (Gabriel po naszemu) przekazał Muhammadowi objawienie Najwyższego.

Ta pani wygląda i mówi jak typowa, ciepła, swojska wiejska kobieta: serdecznie, ze swadą, nawet trochę plotkuje o sąsiadach. Jest zwyczajna… tyle tylko, że z babki prababki wyznaje islam. A w jej oczach też ukrywa się romantyzm Wielkiego Stepu. Orient powszedni.
Pokrzepieni na ciele i duszy ruszają Wędrowcy dalej. Po raz drugi w swym życiu przejeżdżają przez Sokółkę. Bez postoju. Ale Pielgrzym nie może się powstrzymać, aby, bodaj z samochodu, nie zrobić zdjęcia tutejszego kościoła katolickiego.

Dlaczego? No bo przecież Cud Eucharystyczny. Właściwie powinien Viator wzruszyć nad nim ramionami i skwitować go kwaśnym uśmiechem, ale to nie takie proste, tego nie da się zbyć – ot tak. Jako się już wielokrotnie rzekło, Podlasie to kraina ludzi gorącej wiary. Takiej, która chciałaby dotknąć Absolutu, Boga za nogi pochwycić, pozostać na górze Tabor z Przemienionym Mesjaszem, którego twarz (…) zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. Jest popyt – jest podaż. Cud Eucharystyczny… można i tak.
Na północ! Czas myśleć o noclegu. Zmieniają się krajobrazy: nie ma już cerkiewek po wioskach, za to coraz częściej pojawiają się morenowe, polodowcowe pagórki. I tylko wciąż wszędzie pełno bocianich gniazd. Jeszcze tylko przejadą Wędrowcy przez Lipsk, z jego nieproporcjonalnie dużym, górującym na biebrzeńskimi łąkami kościołem, i zanurzają się w gęstwinie Puszczy Augustowskiej. Zapada wieczór i znów, jak zwykle, rzutem na taśmę i trochę przypadkowo, wynajmują pokój na kolejnych kilka nocy. Jak pokaże przyszłość, wybór był znakomity, a lokalizacja taka, że lepszej nie mogli sobie wymarzyć. Ale o tym za tydzień.

Aha! Oczywiście kupił sobie Viator krymkę. Nawet dwie.

Viatorka

Wspominała już Viatorka w którymś z poprzednich odcinków, że podczas podróży doznania smakowe regionalnej kuchni są równie miłe i pożądane, co odwiedzanie historycznych miejsc, czy też podziwianie uroków przyrody. Dlatego kolejną atrakcją tego dnia miały być, słynne już w naszym kraju, potrawy kuchni tatarskiej. Trzy lata wcześniej miało już Viatorstwo możliwość skosztowania przepysznych potraw w Tatarskiej Jurcie, gospodarstwie agroturystycznym prowadzonym przez panią Dżennetę Bogdanowicz we wsi Kruszyniany, trzy kilometry od granicy z Białorusią. Wówczas skoro świt wyjechaliśmy z Warszawy, żeby zdążyć na pierekaczewnik, czyli wielowarstwowe ciasto z mięsem, serem, albo z kapustą i grzybami, czy też przygotowywane na słodko. Wiadomo bowiem, że ilość porcji jest ograniczona, a rezerwować go sobie nie można. Więc dziś już od Hajnówki jechaliśmy z pewnym niepokojem: czy zdążymy skosztować tego absolutnie popisowego dania. Po ostatniej wizycie w Kruszynianach miała nawet Viatorka ochotę sama przyrządzić tę potrawę, szybko jednak porzuciła ten zamysł po przeczytaniu przepisu. Nie, stanowczo że nie ma do tego zdrowia – wałkowanie kilku cienkich warstw ciasta makaronowego na jeden milimetr, smarowanie ich masłem…. Zresztą podobno istnieje powiedzenie, ze łatwiej pierekaczewnik zjeść, niż zrobić.

Tak więc stanowczo postanowiło Viatorstwo jechać na gotowe. Niestety, niewątpliwy sukces marketingowy pani Dżenetty okazał się dla Viatorostwa trudny do zniesienia. Kiedy dojechaliśmy do Kruszynian około godziny piętnastej okazało się, że jest tam tak wielu ludzi, iż trudno byłoby znaleźć miejsce do postoju, a co gorsza wciąż przybywali kolejni turyści. Sam widok tych tłumów sprawił, że odechciało się Viatorostwu zatrzymywać i bez żalu postanowili pojechać do Bohonik. Tam też podają tradycyjne, tatarskie potrawy. Podczas ostatniej wizyty serdecznie nas zapraszano na dania tatarskie do Domu Pielgrzyma, jednak zbyt byliśmy najedzeni, aby z zaproszenia skorzystać. A to w końcu też przecież ciekawe doświadczenie – porównać sposób przygotowania tych pyszności.

Cóż, dziś w Bohonikach zajadało się Viatorostwo pierekaczewnikiem z mięsem wołowym i z kapustą oraz grzybami, pierogami tatarskimi: kibinami i czeburekami, kołdunami tatarskimi z rosołem, a także słodkim listkowcem. Dania pyszne, choć nie zrobiły aż takiego wrażenia na Viatorostwu, jak te skosztowane przed laty w Kruszynianach. Ale może to jedynie efekt pierwszych wspomnień. Na pewno przydałoby się gospodarzom bohonickiej gospody odrobinę więcej zmysłu marketingowego. Gości mogłoby być więcej – oby jednak nie aż tylu, co w Kruszynianach! Bardzo miłe i sympatyczne osoby obsługujące, jednak wystrój sali zdecydowanie nieciekawy – całe wnętrze i meble jak ze stołówki szkolnej. Szkoda, że właściciele w większym stopniu nie wykorzystują atutów wynikających z tatarskiej tradycji. Tylko jeśli zaczną to robić, znowu Viatorostwu się nie spodoba, że tłumy… Takimi to jesteśmy dziwnymi ludźmi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Pojechało Viatorstwo po posiłku (niestety, mocno kalorycznym) dalej w swą podróż, a dwa dni później zajrzała Viatorka do Internetu i zamarła ze zdumienia. TATARSKA JURTA SPŁONĘŁA! Stało się to w nocy, kilkanaście godzin po tym, jak przejeżdżało tamtędy Viatorostwo i uciekło czym prędzej przed tłumami gości! No nie, to prawdziwa ironia losu. Trzeba bowiem nadmienić, ze niewiele brakowało, aby tę noc Viatorstwo spędziło właśnie tam, w gospodarstwie pani Dżenetty. Tylko że pomysł na zarezerwowanie noclegu przyszedł zbyt późno, dopiero kilka dni wcześniej we Włodawie, i wszystko było już zajęte. Pierwsze myśli które przyszły po tej smutnej informacji były mocno egoistyczne: jak dobrze, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, nie planujemy tak bardzo do przodu, jesteśmy po prostu wolni. W końcu mogliśmy stracić, jeśli nie życie, to wszystko co mieliśmy ze sobą, na drugim krańcu kraju. I jak wtedy wrócić do domu, nie mówiąc o tym, że w dalszą podróż nie moglibyśmy jechać. Życie jest dziwne, nieprzewidywalne, czasami nierealne. Tak szybko i niespodziewanie zniknęło miejsce będące przez ostatnie lata symbolem sukcesu, ważne dla tradycji. Wniwecz obrócił się tak wielki wysiłek. Żal dorobku pani Dżenetty, a przede wszystkim żal jej pamiątek, które gromadziła latami. Żal nerwów i wysiłku. Ale jednego są Wędrowcy pewni: Tatarska Jurta zostanie szybko odbudowana.

Pani Bogdanowicz to znakomita gospodyni, a i przyjaciół ma wielu. Może za kilka lat znowu ją odwiedzimy, choć pewnie ten jej dzisiejszy dramat przyniesie jeszcze większy rozgłos i przyciągnie jeszcze więcej turystów. A Viatorostwo znowu będzie marudziło, że zbyt dużo ludzi…

Reblog czyli przedruk czyli redruk…

Tak mi się przypomniało.  Wyciągnęłam tę opowieść z lamusa i z regału, gdy się okazało, że wszyscy mamy pisać donosy na siebie. To nawet całkiem niedawno było, ale pomysł chyba gdzieś przepadł na skrajach i obrzeżach Europy, i nikt chyba o nim nie pamięta. Kilka wzorów, jak pisać donosy…

Tymczasem jeszcze tylko dziś w Krakowie na plantach przy Bunkrze Sztuki wystawa dokładnie na ten sam temat, na temat “Polaka według Mrożka”, co jest zgrozą. Organizatorzy piszą: Sławomir Mrożek spogląda w polskie dusze, tocząc opowieść o naszej tęsknocie do wielkości, dumie narodowej, wymachiwaniu szabelką, romantycznych zrywach i niecierpliwości do codziennego gospodarowania swoim życiem, małostkowości i zawiści.

Jeśli jesteście w Krakowie, to pędźcie tłumem nieprzerwanym… Ale jeśli nie zdążycie, to nie lękajcie się, bo aż do 2 września oglądać też można mrożkowską aranżację Bulwaru nad Zalewem Nowohuckim..

Sławomir Mrożek

Z ciemności

Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. Ot i ja – wyszedłem na stronę za własną potrzebą, ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami, jak liście w październiku, latają, o szyby skrzydłami biją, boję się, że mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. Więc siedzę, wyjść nie mogę, choć mi pilno – i sprawozdanie do was, towarzysze, piszę. Zatem, co się tyczy skupu zboża: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił – procenty spadają. A czapkę miał kolorową: czerwoną, białą i niebieską, z napisem Tour de la Paix – po francusku. Chłopi młyn omijają, zaś kierownik młyna i jego żona rozpili się ze zgryzoty i już się zdawało, że przełomu żadnego nie będzie, kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił, a sam się puścił aż do uniwersytetu ludowego, żeby się na marksizm zapisać, bo, jak powiada, dosyć już tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić.

Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga.

Bo trzeba wam wiedzieć, że u nas nocami coś tak wyje… że aż się serce kurczy. Jedni mówią, że to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków, inni – że to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skarży na obowiązkowe dostawy. Ot, zwyczajna walka klasowa. A moja chata samotna pod lasem stoi, noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”, aż tak go coś zaszło od tyłu, że trzy dni chodził z oczami w słup.

Poradźcie, towarzysze, my tu sami jedni w środku kraju leżymy, a dookoła wiorsty i mogiły.

Mówił mi leśnik jeden, że kiedy pełnia – na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią, w czoła zimne się pukają i turlają, jakby dokądś chciały, a kiedy świt – wszystko znika i tylko chojary szumią, ale nie za głośno, bo się boją. Boże jedyny! Za nic teraz nie wyjdę, nawet za największą potrzebą. I tak ze wszystkim jest. Wy nam mówicie: Europa. A tu, co postawimy mleko na kwaśne, to skądś wyłażą garbate karzełki i szczają nam do garnków.
Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. Patrzy – a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi, co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku, a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia – siedzi, cały zielony, śmieje się i dusi. Baba w krzyk. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. A bo to zawsze wiadomo, kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy?
A na tym miejscu, gdzie miał być mostek, z powodu jego braku utopił się artysta. Miał dopiero dwa lata, ale to był geniusz i jakby wyrósł, toby wszystko pojął i opisał. A tak, to tylko lata i fosforyzuje.
Rzecz jasna, że przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. W utopców, w upiory, nawet w czarownice wierzą. Owszem, jest u nas taka jedna baba, co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. Ale my ją chcemy przyciągnąć do Partii, żeby wytrącić z ręki argument przeciwnikom postępu.

Jakże one tymi skrzydłami łopocą, Boże uchowaj, jak latają, jak piszczą: „Pi pi” – i „Pi pi” znowu! Hej, nie ma to, jak te wielkie budowle, wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las.

Ale to wszystko nie jest najgorsze. Gorzej, że jak to piszę, drzwi się otwarły, świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy, patrzy…

A nie mówiłem, że u nas inna specyfika?

List z domu starców

Dzisiaj w naszym domu starców, panie, zawrzało jak w ulu. Znoszą mnie, jak zwykle, na śniadanie, a tu w naszej świetlicy na ścianie wisi nowa „Błyskawica“. I przeciw komu? Przeciw naszemu sekretarzowi, koledze Glusiowi. Siurpryza niebywała, panie, bo kolega Gluś, choć smarkacz – zaledwie po siedemdziesiątce – od pięciu lat trząsł nami, jak chciał. To on na rocznicę rewolucji rzucił hasło, żeby każdy z nas zobowiązał się zemrzeć przed terminem. A tymczasem po cichu nie odmawiał, kiedy mu ktoś z nas na boku zafundował kleik. Mówiono o nim, że za kleik wszystko zrobi. To on, kiedy kolega Pyziewicz, zupełnie głuchy, na uroczystej akademii w pięćdziesiątym drugim roku zawołał w dobrej wierze: „Niech żyje car Mikołaj!“ – wyciągnął konsekwencje. Wiadomo tylko, że potem przyszli jacyś dwaj i opieczętowali sztuczną szczękę, którą kolega Gluś zostawił na stoliku nocnym. Z kolegą Pyziewiczem do dzisiaj nie wiadomo, co się stało. Szczęka jest nadal opieczętowana.

Każdy, kto miał jakąś przeszłość jak ognia bał się kolegi Glusia. Sędziwy Pac-Pacyński, w czasie młodości nadpiłowany przez rebeliantów Szeli, zmuszony był podać w ankiecie, że to nadpiłował go pułkownik Beck za antysanacyjną postawę. Kolega Kaczka, któorego Gluś potępił na zebraniu za uprawianie szwedzkiej gimnastyki – załamał się i ufarbował sobie brodę na czerwono. Koleżanka Noga natomiast od dawna nosiła warkocze. Otóż kolega Gluś wykrył, że to satyra na Chińczyków, na te Chiny nasze, panie, Ludowe. Koleżanka Noga uratowała się dopiero tym, że zobowiązała się robić na drutach transparenty na Pierwszego maja.

Ze mną samym, panie, rozmaicie bywało. Ponieważ umiałem grać na bajanie, więc kolega Gluś wyznaczył mnie na przewodniczącego miczurinowskiego kółka. To nawet było niezłe, bo miałem zwolnienie z toru pprzeszkód, ale raz była inspekcja i sam musiałem zjeść kilo śrutu. Że to niby udało się nam wyhodować borówki na sucho, bez użycia lasu.

Wszyscy pamiętamy dzień, kiedy koleżance Etual wypadła puderniczka. Koleżanka Etual jest mniej więcej w wieku kolegi Glusia i z tego powodu należy się jej pobłażliwość. Ale kolega Gluś urządził pokaz pokazowy, w wyniku któorego cały nasz dom stanął pod zarzutem gomułkowszczyzny, zaś koleżanka Etual, przeżywszy, panie, przełom, poczęła pisać wiersze ku czci małorolnych. Jeden wierszyk na ten temat powinienem mieć przy sobie, bo kolega Gluś kazał wszystkim uczyć się na pamięć. Gdzie ja to mam, zaraz, zaraz – aha!

O ty! Małorolny!
Prosty i oddolny!
Nie siejesz, nie orzesz,
a odstawiasz zboże.

Ładny, panie, wierszyk.

Takich pociągnięć kolegi Glusia można by sobie więcej przypomnieć. Raz, jak była straszna burza, a kolega Tran odezwał się o niej lekceważąco, mówiąc, że w roku 1880 była większa – to kolega Gluś oskarżył go o malkontenctwo i tęsknotę za starym. Kolega Gluś ma chorą wątrobę i nigdy inaczej o tym nie mówił jak „przeklęta spuścizna kapitalizmu“. Kiedy indziej zmusił nas, byśmy wystosowali do władz prośbę o przemianowanie naszego zakładu z „Domu Starców“ na „Dom Starców Dońskich“. I taki to człowiek, którego się wszyscy baliśmy, spotkał się dzisiaj z krytyką. Doczekaliśmy się wreszcie, że jego metody zostały napiętnowane. Wszyscy cisną się do „Błyskawicy“, żeby przeczytać na własne oczy. Na dole, w samym rogu, jest wzmianka o tym, że kolega Gluś, jak śpi, to za głośno chrapie przez sen. Tak, tak… Nadeszły nowe czasy…

Postępowiec

Komunikaty i ogłoszenia
Dyrekcja zawiadamia, że w ogóle nic się nie odbędzie i nie ma o czym mówić.

Z życia nauki
Po dłuższych badaniach uczeni polscy ustalili miejsce, gdzie leży pies pogrzebany. Na miejsce udała się specjalna ekspedycja.

Honduras.
Donosiliśmy onegdaj, że do regulaminu tamtejszej armii wprowadzono tytułem próby pewną reformę. Mianowicie tradycyjny okrzyk „Za Ojczyznę” używany podczas ataków – został zastąpiony szerszym: „Za Ojczyznę i w ogóle“.
Nowe hasło nie zdało jednak egzaminu, ponieważ osłabiało patos walki.

Z kraju
Wstecznictwo w sadownictwie
W czasie ćwiczeń polowych harcerze odkryli, że ogrodnik K., od dawna już podejrzany o działalność, w kącie swojego ogrodu, pod osłoną łopianów, pielęgnował kiełki starego.

Rysunki wybrałam z sieci, nie wiem czy te same są na wystawie…

Wird der “große Text” in der Ära der Blogs überleben?

Wer will, kann noch Einiges aus dem Programm miterleben…

Julia Kissina

Eine Rede zum URBAN DICTIONARY BERLIN_NEW YORK LITERATUR FESTIVAL 2018

Worüber sprechen wir, wenn wir über Literatur sprechen? Sprechen wir über Unterhaltung? Ist Literatur ein Rohstoff für Massenkultur oder eine Grauzone zwischen Philosophie, Politik und Emotionen?

Spielt die Literatur noch eine Rolle bei der Meinungsbildung?

Was ist für uns wichtiger: Politik oder Poesie?

Welche Art von Lesen wird uns von den Verlagen und der Presse aufgezwungen?

Wessen Urteil über Bücher kann man vertrauen?

Es gibt eine neue Ethik. Es gibt neue Spielregeln: politische Korrektheit, Diversity, Gleichheit der Geschlechter und so weiter. Kann politische Korrektheit die Literatur töten?

Was ist der literarische Underground heute?

Was ist eine unabhängige Presse?

Ob die “Creative Writing” die Seele frisst? Weder Cervantes noch Dostojewski noch Rimbaud haben jemals solche Creative Writing Kurse besucht.

Im Laufe unseres Lebens haben sich die Grenzen unserer Wahrnehmung verändert. Jetzt reden wir über den Mangel an Aufmerksamkeit, den Mangel von Zeit, wir reden über Blogs. Wird der “große Text” in der Ära der Blogs überleben?

Wozu braucht man Verlage im Internetzeitalter?

Brauchen wir veröffentlicht sein? Homer veröffentlichte keine Bücher.

Das Konzept des kulturellen Gedächtnisses hat sich verändert. Wo ist die Grenze zwischen Literatur und Journalismus? Gibt es wirklich einen Unterschied zwischen Fiktion und Dokument?

Wie wird Literatur zur Ware? Zur Zeit des Aristoteles gab es nur drei Hauptgenres der Literatur; Komödie, Tragödie und Drama. Heute habe ich in der deutschen Wikipedia 226 aufgezählt, darunter solche mysteriöse, wie Elf-Punk, Eco-Horror und andere – das ist pure Marktwirtschaft.

Was wollen wir lesen?

Warum New York und Berlin?

Man sagt, dass die Amerikaner nichts über uns wissen. Stimmt das?

Was wissen wir über New York? Ich glaube: gar nichts.

Diese und viele andere Themen werden wir im Rahmen von Urban Dictionary diskutieren.

Die Landkarte der Kultur und die Landkarte der Literatur haben sich verändert. Es wurde offensichtlich, dass es keine einzelne, allgemien-gültige Karte der Literatur gibt, da es keine universelle Geschichte und kein gemeinsames Gedächtnis gibt. Heute reden wir nicht über Literatur, sondern über Literaturen. Jedes Land hat seine eigene Vorstellung von Sprache, Wort und Mythos. Wir sprechen nicht über die Literatur der Nationen, wir sprechen über Literatur in tongues, im weitesten Sinne sprechen wir über Grammatik. Jedes Land hat seine eigenen hundert Romane, die jeder in dem jeweiligen Land lesen muss. Die hundert Romane eines Landes sind radikal anders als die hundert eines anderen.

So unterscheiden sie sich ebenfalls in zwei Epizentren der Kultur: Nordamerika und Europa, Berlin und New York.

Um sich zu definieren, um unseren Platz zu finden, um zu verstehen, was wir lesen, müssen wir eine neue Literatur-Karte zeichnen.

Mit dem Berlin New York Festival schaffen wir den Rahmen, die Bedingungen, eine Plattform, einen Arbeitstisch, um diese neue Karte zu zeichnen.

Nicht nur die Lesungen unserer Autoren, sondern auch Seminare zu folgenden Themen finden statt:

Metaphysik versus Politik ist eine Spannungszone zwischen Poesie und Prosa, zwischen Poesie und der Verteidigung nationaler und sozialer Interessen.

Die unabhängigen Verlage werden uns von ihren Überlebensstrategien erzählen.

Darüber hinaus werden wir diskutieren, was gewöhnlich und bequem ist, und über das Vertaute und das Fremde sprechen, und jedem, der das Wort “Exotic” verwendet, die Zunge abschneiden.

Ludzie, których znałam / Bartoszewski-Ausstellung in Berlin

Pamiętam taki moment na Targach Książki we Frankfurcie. Dawno. Odwiedziłam właśnie stoisko polskie, stała nas grupka osób, gdy nagle zrobił się szum i przy wejściu na stoisko pojwiło się kilka osób, a wśród nich Władysław Bartoszewski. Wszystkie rozmowy umilkły. Wszyscy obrócili się jak słoneczniki w tę samą stronę. Zaaferowani “urządnicy polskiej książki” prowadzili wielkiego gościa na zaplecze. On szedł jak zwykle lekko pochylony, uśmiechał się, ale tak raczej do ogółu niż do nas indywidualnie, i nagle wyszedł poza szereg, podszedł do mnie, podał mi rękę i powiedział, “dzień dobry, pani Ewo”.
Poszli. Ja zostałam, z niedowierzaniem oglądając własną dłoń. Obecni na stoisku zasypali mnie pytaniami. Znasz go? Dobrze? Jak to się stało, że przywitał się właśnie z tobą? Odpowiadałam bezmyślnie: tak, nie, znam, nie znam, poznałam, dawno, nie wiem…
Jest oczywiście wielka różnica pomiędzy znać a poznać. Kurt Vonnegut, nazwał to kiedyś “znajomość nowojorska”, ale wtedy nie było jeszcze świata globalnego i Nowy Jork coś znaczył. Zresztą powiedzonko się nie przyjęło. Ale ja je wysoko cenię. Już go TU kiedyś użyłam.
Tak, znałam Bartoszewskiego. Była to znajomość nowojorska…

Władysław Bartoszewski (1922 – 2015)
Widerstand – Erinnerung – Versöhnung
Eröffnung der Ausstellung – Mo 11.06.2018, 18.00 Uhr
10178 Berlin, Berliner Rathaus (Wappensaal), Rathausstr.
15 Lebensstationen eines großen Politikers und Brückenbauers zwischen Deutschland und Polen

Programm zur Ausstellungseröffnung

18.45 Uhr: Vorabführung durch die Ausstellung
mit dem Kurator Marcin Barcz

19.30 Uhr: Grußwort
Staatssekretär Christian Rickerts, Senatsverwaltung für Wirtschaft, Energie und Betriebe, Berlin

Festrede: Kosmopolit und Brückenbauer – Erinnerungen an Władysław Bartoszewski
Prof. Dr. Joachim Rogall, Vorsitzender der Geschäftsführung der Robert Bosch Stiftung und Vorsitzender des Vorstandes des Bundesverbandes Deutscher Stiftungen

Einführung in die Ausstellung
Marcin Barcz, Kurator der Ausstellung und langjähriger persönlicher Referent von Władysław Bartoszewski

Die Ausstellung ist vom 12. Juli bis 31. August 2018 für Einzelbesucher und Gruppen von Montag bis Freitag von 9.00 bis 18.00 Uhr geöffnet. Aufgrund des täglichen Veranstaltungsbetriebes sowie aus Sicherheitsgründen kann es jedoch zu vorübergehenden Schließungen des Rathauses kommen.

Über die Ausstellung
Die Ausstellung widmet sich dem Lebenswerk des im April 2015 verstorbenen polnischen Auschwitz-Überlebenden, Außenministers und Historikers Władysław Bartoszewski.

Die Ausstellungsmacher führen entlang der Themen Widerstand, Erinnerung und Versöhnung durch die Lebensbereiche von Władysław Bartoszewski, die ihm selbst am wichtigsten waren und den besten Einblick in seine facettenreiche Persönlichkeit geben. In Bartoszewskis Biografie spiegeln sich die Schattenseiten und Hoffnungsschimmer der miteinander verwobenen deutsch-polnisch-jüdischen Geschichte im zwanzigsten Jahrhundert. Zugleich erzählt die Ausstellung vom Widerstand des frei denkenden Menschen gegen jede Form von Unterdrückung, erinnert an die Opfer von Verfolgung und zeigt, wo Versöhnung trotz vergangenen Leids möglich ist. Weil Władysław Bartoszewski jahrzehntelang aktiv an wichtigen historischen Prozessen beteiligt war, ist diese Ausstellung auch eine Erzählung über die neueste polnische und mitteleuropäische Geschichte.

Die Ausstellung wurde aus Anlass seines Todes vor drei Jahren nach einem Konzept von Cyryl Skibiński und Marcin Barcz unter der wissenschaftlichen Leitung von Prof. Andrzej Friszke realisiert. Sie wurde im September 2015 am Sitz der polnischen Regierung in Warschau der Öffentlichkeit vorgestellt, wo Bartoszewski bis zum Ende seines 93-jährigen Lebens beruflich tätig war. Erstmalig ist die Ausstellung jetzt in Deutschland zu sehen. Die Texte in polnischer Sprache werden durch deutsche Übersetzungstafeln ergänzt.

Im letzten Jahr wurde in Berlin die eine Bartoszewski-Initiative gegründet. Sie hat einen wesentlichen Anteil daran, dass dank einer Förderung durch die Beauftragte der Bundesregierung für Kultur und Medien diese Ausstellung an weiteren Standorten in Deutschland gezeigt werden kann.

Veranstalter:
– Deutsch-Polnische Gesellschaft Berlin e. V.
– Der Regierende Bürgermeister von Berlin, Senatskanzlei

Stuart 50 !!!!!

If I lay here, if I just lay here
Would you lie with me and just forget the world?
Forget what we’re told
Before we get too old
Show me a garden that’s bursting into life
Let’s waste time chasing cars
Around our heads
I need your grace
To remind me to find my own.

Jeśli się tu położę, jeśli tylko się położę,
Czy położysz się ze mną i po prostu zapomnimy o świecie?
Zapomnij o tym, co nam mówiono
Pokaż mi ogród tętniący życiem
Zanim będziemy zbyt starzy
Zmarnujmy wspólnie czas ścigając auta
Jeżdżące dookoła naszych głów.
Potrzebuję Twojej obecności,
Dzięki niej przypominam sobie, jak odnaleźć siebie.

Chasing Cars, Snow Petrol

Joanna Trümner

Podróż do Europy

Stuart popatrzył na kalendarz ze zdziwieniem. „To niemożliwe, dzisiaj mijają dokładnie dwa lata od kiedy ruszyłem w drogę”, pomyślał. Dwa lata od pierwszego koncertu w Gold Coast i spotkania Carlie. Ani przez chwilę nie żałował, że rzucił pracę w szkole i chociaż każdy dzień trasy koncertowej po Australii przynosił nowe wrażenia, jednak od kilku tygodni czuł i zmęczenie. „Muszę na chwilę zatrzymać się, odpocząć, życie na walizkach i tempo tych podróży zrobiło się zbyt szybkie”, powiedział. Wspólnie zadecydowali, że jego czterdzieste urodziny spędzą w Sydney i tam zastanowią się nad planem pierwszego wspólnego urlopu. Nie mogli skorzystać z mieszkania Stuarta, bo nadal wynajmowało je małżeństwo z Brazylii, więc w kilka dni po tej rozmowie Stuart zadzwonił do Toma z prośbą o poszukanie przystępnego hotelu w mieście. „Wybij sobie z głowy jakiekolwiek hotele, zamieszkacie po prostu u nas”, odpowiedział bez zastanowienia przyjaciel. „Najwyższy czas, żebyśmy się spotkali”, dodał po chwili.

W kilka tygodni później przyjechali do Sydney. W drzwiach domku Toma stała trzyletnia Emily. Na widok Stuarta i Carlie schowała się nieśmiale za nogę ojca. „Nie przejmuj się, dla dziecka dwa lata to wieczność, zdążyła o tobie zapomnieć. Na pewno niedługo nie zostawi cię ani na krok”, Tom przywitał gości z radością. Po obiedzie Carlie bawiła się z małą w przebieranie lalek. Stuart przyglądał się ich zabawie z uczuciem zazdrości „Przecież to ja chodziłem z nią na długie spacery w wózku. Jakie to dziwne, że dziecko w ogóle mnie nie pamięta”. Rita była w zaawansowanej ciąży i ucieszyła się, kiedy goście zaproponowali pójscie do lodziarni w niedalekim centrum zakupowym. „Dajmy mamie trochę odpocząć”, powiedziała Carlie, biorąc Emily za rękę.

W dniu urodzin Tom przyniósł im śniadanie do łóżka. „Happy birthday”, powiedział i podał Stuartowi do ręki zaadresowaną dziecięcym charakterem pisma kopertę. „Dla wujka Stuarta”, przeczytał i wyjął z niej rysunek dziecka spacerującego w towarzystwie dorosłego mężczyzny brzegiem morza. „Brakuje mi ciebie, całusy George”, przeczytał. Na wspomnienie siostrzeńca, wspólnych rozmów i spacerów po plaży w Walton Stuartowi zrobiło się ciepło na sercu. „Czas tak szybko mija, Emily była niedawno niemowlakiem w wózku, a teraz jest dziewczynką, której buzia się nie zamyka. A George chodzi już do szkoły i nauczył się pisać. Muszę go koniecznie odwiedzić, inaczej i on niedługo o mnie zapomni”.

Wieczorem Tom zaskoczył go imprezą urodzinową, na którą z Perth przyjechał Ian z przyjaciółką, a z Adelajdy Brian z Philem. „Nie mogłeś mi zrobć fajniejszej niespodzianki. Dziękuję”, Stuart wzruszył się na widok bliskich, od dawna nie widzianych osób. Był tak zajęty rozmową, że nie zauważył, że Emily zasnęła na kanapie w dużym pokoju. Przy nogach dziecka siedziała dziewczyna Iana, Kim. Stuart uśmiechnął się do niej i wrócił do rozmawiających w ogrodzie gości. „Kim jest pierwszą kobietą, z którą wyobrażam sobie wspólne życie. Od kiedy ją poznałem wszystko stało się proste. Nie potrzebuję już ani alkoholu, ani innych rzeczy. Nasz jedyny problem polega na tym, że ona bardzo chciałaby mieć dziecko. A ja panicznie się boję, że powtórzy się tamta historia. Nie przeżyłbym śmierci drugiego dziecka”, opowiadał Ian. „Przyjechałem tutaj tylko ze względu na ciebie, staram się unikać miejsc, w których są małe dzieci”. Stuart patrzył na przyjaciela i zastanawiał się, czy śmierć syna kiedykolwiek przestanie być dla niego uniemożliwiającym powrót do normalnego życia koszmarem.

Sam coraz częściej myślał o tym, że też chciałby już mieć dziecko. Gdyby Ann przed laty rzeczywiście była w ciąży, to ich wspólna córka lub syn byliby teraz w wieku dojrzewania. „Na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej, zostałbym w Londynie i prawdopodobnie mieszkalibyśmy w małym domku na przedmieściu. Może byłbym szczęśliwszy niż teraz, a może byłbym fatalnym mężem i ojcem, bo zżerałaby mnie świadomość, że zrezygnowałem z muzyki. Obydwoje byliśmy o wiele za młodzi na zakładanie rodziny.”

Z myśli wyrwał go głos Carlie. „Zapomniałam ci dać mój, a właściwie nasz wspólny prezent”, powiedziała, wręczając mu do ręki kilka wydrukowanych kartek. „Proszę podpisz, żebym mogła je jutro odesłać”. Stuart trzymał w ręku umowy na koncery w Berlinie, Paryżu, Brukseli i Londynie. Spojrzał na Carlie z mieszaniną wdzięczności i niedowierzania, w chwilę później mocno ją przytulił i zapytał: „Co ja bym bez ciebie zrobił?” Po północy, kiedy goście wrócili do hoteli, Stuart pomagał gospodarzom sprzątać po urodzinowym przyjęciu. Myślał o tym, że od dawna nie czuł się tak szczęśliwy jak dzisiaj.

Do wyjazdu do Europy został miesięc. Stuart z Carlie pojechali na dwa tygodnie w Góry Błękitne. Całe dnie spędzałi na chodzeniu po górach, a kiedy wieczorem wracali do hotelu byli tak zmęczeni, że sen przychodził od razu. W noc przed powrotem do Sydney ze snu zbudziło go lekkie pochrapywanie Carlie. Przyglądał się śpiącej obok kobiecie i myślał o tym, że stała się częścią jego życia. „Na co ja czekam? Powinienem się z nią ożenić”, zdecydował.

Wiadomość o ich przylocie do Londynu William skomentował z nieukrywaną radością „Musicie się u nas zatrzymać” i zaproponował, że odbierze ich z lotniska. Podczas długiego lotu Stuart wyobrażal sobie, jak może teraz wyglądać jego siostrzeniec. „Ciekawe, czy będzie potrzebował tyle czasu co Emily, żeby się do mnie przyzwyczaić”, zastanawiał się. Jego obawy okazały się niepotrzebne.

Wieczorem Stuart poszedł do pokoju chłopca i niezręcznie zaczął rozmowę. „Bardzo dziękuję za rysunek, nawet nie wiesz jak bardzo się z niego ucieszyłem. Opowiedz, coś o sobie. Jak ci się podoba szkoła?”, zapytał i w tej samej chwili przypomniał sobie, jak sam jako dziecko nienawidził tego pytania. „Tak sobie”, odpowiedział siostrzeniec wzruszając ramionami. „Dlaczego cię tak długo nie było?”, zapytał z wyrzutem. „Obiecałeś, że niedługo przyjedziesz”. Stuart poczuł się niezręcznie, nie zdawał sobie sprawy, że George potraktował jego słowa na pożegnanie jak obietnicę. Obietnicę, o której on sam przez ostatnie lata ani razu nie pomyślał. Odpowiedział, że nie mógł wcześniej przyjechać. „Zresztą przyszedł czas, żebyś ty mnie odwiedził. Namów ojca, chętnie pokażę wam Australię”. Zapanowało między nimi krótkie milczenie, Stuart czuł, że chłopiec chce go o coś zapytać i zbiera odwagę. Po chwili George zapytał „Co to znaczy „pedał”?” „Ktoś cię tak nazwał?”, Stuart próbował ukryć zaskoczenie przebiegiem rozmowy. „W szkole wszyscy mnie tak nazywają, mówią, że jestem takim samym ‘pedałem’ jak tata”, chłopiec z trudem powstrzymywał łzy. „Twój tata po prostu żyje inaczej niż rodzice innych dzieci. To wcale nie znaczy, że cię mniej kocha, albo że jest złym człowiekiem. Ludzie, którzy tego nie rozumieją, nie są warci twojej znajomości”, odpowiedział Stuart. Wiedział, że nie może oszczędzić siostrzeńcowi upokorzeń, ani teraz, ani w przyszłości. „Dzieci są okrutne, każdy, kto się w jakikolwiek sposób od nich różni zostaje wypchnięty za margines”, pomyślał i postanowił, że spędzi jak najwięcej wolnego czasu z siostrzeńcem.

Następnego dnia opowiedział Carlie o rozmowie z Georgem. Nie ukrywał żalu do szwagra: „Jak można codziennie zajmować się problemami obcych dzieci, a nie widzieć, jak bardzo nieszczęśliwy i samotny jest własny syn?” Wkrótce potem Carlie wróciła z księgarni z poradnikiem o atrakcjach dla dzieci w Londynie. „Zróbcie kilka męskich wypraw po mieście, przygód, o których on długo będzie pamiętał. Nie martw się o mnie, chętnie pochodzę po mieście sama. Tylko nie zapomnij, że masz być o siódmej w Soho”, powiedziała.

Zanim Stuart i Carlie wyjechali z Londynu, William podziękował Stuartowi za opiekę nad małym. „Od czasu, kiedy przyjechałeś, George przestał być taki smutny. Domyślam się, że dzieci w szkole dokuczają mu ze względu na mój sposób życia, ale nie wiedziałem jak mu pomóc. Dzięki waszej wizycie dużo zrozumiałem i zacząłem się zastanawiać, co można zrobić, żeby nie czuł się taki samotny. Gdy zobaczyłem, jak bardzo przywiązał się do Carlie, zrozumiałem, że brakuje mu obecności kobiet. Dotarło do mnie, że najwyższy czas, żeby coś zmienić, szkoda dzieciaka. A swoją drogą, Carlie jest super, bardzo do siebie pasujecie. Mam nadzieję, że zaprosicie nas na ślub?” „Na pewno”, odpowiedział Stuart i postanowił zająć się szukaniem pierścionka zaręczynowego.

Cdn.

Szopa w salonie 30

Łukasz Szopa

Równość wyboru, wolność wkładania

Wiosna i wczesne lato to nie tylko w Europie, i od kilkunastu lat nie tylko „Zachodniej“, idealna pora na parady i marsze. Marsze te, zwane albo „Paradami Równości“, albo też „Gay Pride“ – choć początkującą i inspirującą datą i rocznicą jest „Christopher Street Day“. W Polsce te kolorowe i w międzyczasie raczej spokojne wspólne spacery rozciągają się od końca kwietnia (Łódź) poprzez Kraków (19 maja), Warszawę (09.06), Gdańsk (26.06), aż do początku paździenika (Wrocław).

W ubiegły weekend „Parada Równości“ zawitała po raz pierwszy do Rzeszowa, tylko kilka dni po największym takim evencie w Europie – berlińskim „Christopher Street Day“ 28 czerwca. A wczoraj Marsz Równości przeszedł również po raz pierwszy ulicami Częstochowy. Wreszcie! Dużo to piękniejszy widok niż marsze polskich faszystów z pochodniami.

Berlin to nie Polska? Niby nie, jednak pewien jestem, że jak co roku uczestników i w Polsce będzie niemało (jak właśnie w Rzeszowie, Opolu, Toruniu). Jakby nie patrzeć cykl marszów w Polsce jest jedną z najważniejszych demonstracji.

Marsze te, walczące i wspierające prawa mniejszości seksualnych, to już w sumie tradycja – rozrastająca się z roku na rok. Z początku chodziło o prawa homoseksualistów, w międzyczasie formuła się rozszerza, i bardzo dobrze. Gdyż przyznam, że wzdrygam się na tę drugą nazwę – nie z uwagi na „gay“, a na słowo „pride“ – gdyż zbyt blisko tu semantycznie do marszy i tematów narodowców wspominających słowa „honor“ czy „Stolz“. Bo w końcu z czego tu być dumny/a? Z czegoś w sumie albo wrodzonego, albo wybranego (nie wchodzę dalej w teorie, bo się nie znam), z części mojego „ja“? Czy ja jestem dumny, że określam siebie jako heteroseksualnego liberała, wierzącego agnostyka, czy niepiszącego poetę? Nie.

Dlatego tym bardziej przypada mi do gustu nazywanie tych demonstracji i festynów jak to robią aktywiści w Polsce – Paradami Równości. Nie chodzi tu o podkreślanie praw tylko homoseksualistów czy innych mniejszości (seksualnych), ale – o prawa każdego z nas. Obojętnie kim się czujemy (nie tylko seksualnie!) i kim jesteśmy – i czy w mniejszości (zagrożonej lub nie), czy w większości. Gdyż i te bywają zagrożone, i powinniśmy bronić ich praw (lub walczyć o ich równość). Takie kobiety. W niemal każdym społeczeństwie są większością, i w niemal każdym – jeśli nie prawnie, to realnie – mają mniejesze prawa niż mężczyźni.

Cieszy więc coraz większa frekwencja, ale i oryginalność parad w Polsce. Choć wiadomo, że Kraków czy Warszawa to jeszcze nie Berlin czy Londyn, a nawet – że niestety Rzeszów to nie Belgrad czy Stambuł.

Dziwi mnie za to krytyka tych marszów i parad ze strony mniej lub bardziej prawej prawicy – od mediów, poprzez niejedną partię, kończąc na Kościele Katolickim. A właściwie zaczynając, bo właśnie Kościół najostrzej atakuje homoseksualistów i w ogóle wszelkich nie-heteroseksualistów (przepraszam, nie całkiem: kościelnej krytyki osób frygidalnych nie słyszałem), jak widać w tych atakach kościelnych mniejszych i większych hierarchów paniczny strach przed tematyką „gender“. Dziwi mnie w tym kościele niejedno – ale głównie ich skoncentrowanie na tematach seksualności (dziwiłoby podobnie, gdyby głosili transseksualny hedonizm). Dziwi mnie więcej niż „dziewica Maryja“, czy w ogóle ta lawina tematów jak aborcja, antykoncepcja, czy właśnie „gender“. Owszem, filozoficznie, a nawet metafizycznie to niesłychanie ciekawe (i wcale nie łatwe i jednoznaczne!) tematy. Lecz skąd ta fiksacja? Czy nie można trochę częściej cytować Kazania na Górze czy choćby „Kochaj bliźniego swego“? Albo konkretnie – jak już lubi ktoś gromić z ambony – to na przykład piętnować polski alkoholizm (za kierownicą i w domu), omijanie podatków, pracę na czarno, zawiść i pazerność, konsumpcjonizm, średnią etykę pracy, przemoc w rodzinie i na stadionie? Albo po prostu: brak modlitwy, brak dobrych słów, brak dobrych uczynków? No ale Kościół ma ten swój problem – nie tylko z seksem, ale w ogóle właśnie z miłością. I wolnością. A niby tacy progresywni: samotni faceci biegających w sukienkach, to w stylu darkerów, to kolorowo i błyszcząco jak ośmiolatki.

Z resztą prawicy niewiele lepiej – choć w odróżnieniu od kleru powinni być, gdyż wolni w wyborze swojej drogi życiowej (też tej seksualnej) – bardziej na luzie. Boją się tego „gendera“ i „nie-heteroseksualizmów“ jak diabeł wody święconej. Reakcje gorsze niż alergików – zanim jakikolwiek kot lub pyłki się w ogóle pojawią.

Czyżby ci „twardzi“ faceci, przekonani o sile tradycji, polskości, ojczyźnianości i polakokatolickości, a przede wszystkim o swojej męskości – bali się rzeczywiście kilkugodzinnego marszu dziwnie ubranych ludzi (kwestię smaku pozostawiam na boku) w rytmie to lepszej, to gorszej muzy? Czyżby ich wartości, o których tak trąbią i bębnią wypinając pierś i napinając muskuły – były tak słabe i kruche, że sam widok roztańczonych i uśmiechniętych gejów i lesbijek (a może, o zgrozo, i heterów i heterek?) miałby mieć na nich tak silny i nieuchronny efekt, że w mig oczarowani („zarażeni“?) przeistoczyliby się seksualnie i przyłączyli do marszu? A może boją się „propagandy powolnej“ – i tego, że po każdym „paradowym“ czerwcu będą z roku na rok, stojąc wieczorem przed lustrem, stwierdzać z lękiem: „O, k…a, znów się bardziej zgejowałem!… Metamorfoza postępuje…“

A nawet gdyby – gdyby jednak fakt, że widok miłości i związków innych niż „tradycjonalne“ sprawiał, że więcej z nas przekona się do nie-heteroseksualnych preferencji? Cóż w tym złego? Że spadnie nam „narodowa rozrodczość“? Czyżby „wartość“ naszego społeczeństwa liczyć na ilość, nie na jakość? To trochę smutne… (Nie wspominając o tym, że spadek demograficzny powody ma całkiem gdzie indziej).

Co śmieszne, ci sami panowie nie mają podobnych obaw, oglądając regularnie filmy „artystyczne“ przedstawiające miłość uprawianą dwóch kobiet (kto wie, czy lesbijek, czy nie, w końcu to filmy). Jakoś nie drżą oczekując, że zgubny wpływ obrazów roznegliżowanych pań wpłynie zgubnie na ich świadomość. To znaczy, pewnie drżą, ale impuls jest tu inny. I jest to okej, nie moja to sprawa, kto jakie filmy lubi, i kto w jakich filmach komu coś gdzieś wkłada.

No właśnie, teraz trochę o mnie, jak już stoczyłem się w tak wulgarne poziomy semantyki. Mnie też to całkiem obojętne, kto komu co gdzie wkłada (o ile „obie trzy“ osoby są pełnoletnie i czynią to dobrowolnie) – czyli jakie ma(ją) seksualne skłonności, i czy nazywa(ją) to „płcią“, czy „genderem“, czy „bo tam sobie mam(y)“. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego miałoby interesować kogoś to, co komu ja wkładam. I bardzo bym się zdziwił, gdyby ktoś moje skłonności seksualne (a i te aseksualne) podał za przyczynę własnej „przemiany“, a tym bardziej jako „zagrożenie“.

Uważam jednak, co w sumie – nawet jeśli nie explicite – potwierdza każda konstytucja i Deklaracja Praw Człowieka, że mamy po prostu do tego prawo, podobnie jak do wyboru, czy wolimy wolny czas spędzać na pływaniu czy zapadnięci w leżaku. To nie błahostka, właśnie prawo do takich wyborów to podstawa wolności i równości.

I dlatego jednak boję się trochę o mniejszości seksualne w Polsce i wściekłą nagonkę wokół słowa „gender“ w naszym kraju. Nie sądzę, by pieniacze (w sukienkach/sutannach i nie) rzeczywiście bali się „ideologii gender“ czy „zarażenia“ homoseksualizmem. Obawiam się, że – podobnie jak nie tylko Hitler w latach 30 poprzedniego wieku – potrzebują jakiejś mniejszości jako kozła ofiarnego. Takiego potrzebuje każda autorytarna ideologia – bez kozła (we wspólnej zbrodni i winie) trudno o stado owiec (zwarte i posłuszne).

P.S. Może ktoś zauważył, ale w tekście pojawił się tylko kot, bez prezesa. To nie przeoczenie. Właśnie w kontekście wolności wyboru orientacji seksualnej nie chciałem pisać ani o prezesie, ani o Antku, ani o innych osobach „obozu władzy i przyjaciołach“, których orientację polityczną i ideologiczną krytykuję. Gdyż tu uważam, że to ich prywatna sprawa: czy, co, jak i komu lubią wkładać lub nie. Czy mają żonę (i kochankę), czy też kota, czy inne misie. I że to ich sprawa, czy chcą wychodzić z jakiś szaf (co postulował ubiegłego roku Biedroń), i kiedy, czy nie. Jeśli wolność wyboru – to dla każdego. Jeśli wolność słowa (lub milczenia) – tak samo. Jednak zawsze NIE dla nagonki, dla szerzenia nienawiści – i dla ograniczania wolności. Tak samo to sprawa każdego z nas, czy woli iść na Marsz Równości, czy na Pielgrzymkę Mężczyzn do Piekar Śląskich. (W obu przypadkach kostiumy i muzyka pierwsza klasa!)

Barataria 73: baratarystyka

Do Wesela poety Antonia Skármety wrócimy, obiecuję, ale wciąż mam w Berlinie tylko kartki po hiszpańsku i egzemplarz po niemiecku, a polski, już zakupiony w bydgoskiej szperalni, czeka na lepsze czasy. Te zaś nastąpią pod koniec miesiąca…

Ewa Maria Slaska

Baratarystyka czyli co jest czym czego?

Jeden z blogowych autorów, Lech Milewski, zwany też Pharlapem, został przeze mnie mianowany baratarystą. Autor tytuł przyjął, ale wyraźnie miał wątpliwości, bo zapytał mnie niedawno, jak się właściwie szuka, a raczej – znajduje Baratarię. Odpowiedziałam coś od ręki, nie było to jednak jasne, bo odpowiedź brzmiała, że trudno mi jakoś trafić do Baratarii…

Mnie właściwie też. Przypominam jednak, że baratarystyka jest nauką młodą, powstała zaledwie przed rokiem i jej założenia metodologiczne mogą, a nawet muszą z biegiem czasu ulec / ulegać zmianie.

Przyznam też, że choć to ja wymyśliłam baratarystykę, sama nie zawsze wiem, jak ją rozumieć i w jakim kierunku ma się rozwijać. W ciągu minionego roku poszliśmy co najmniej dwukrotnie tropami, które prowadziły do nikąd.

Przypomnijmy więc, że Barataria jest czymś w rodzaju nowożytnej Atlantydy, o ile jednak Platon poświęcił Atlantydzie całe ustępy dwóch swych ksiąg, Kritiasa i Timajosa, o tyle Barataria została przez swego wynalazcę, Miguela Cervantesa de Saavedra, wspomniana zaledwie raz – w części II Don Kichota. Sprawa zaczyna się jednak już na samym początku wędrówki Rycerza i giermka. Don Kichot bowiem od razu uprzedza Sancho Pansę, że nie będzie mu płacił pensji, ale przy nadarzającej się okazji, gdy walcząc z wrogami w obronie pięknych księżniczek, zdobędą jakąś wyspę, Sancho zostanie jej gubernatorem.  Ta wyspa pojawia się w całej książce, a również i w filmie właściwie bez końca i nawet wydaje się to dziwne, że do realizacji obietnicy dochodzi dopiero w II części, która przecież mogła w ogóle nie zostać napisana. W II części księżna i książę wycinają giermkowi paskudnego psikusa, ofiarowując mu ową wyspę, gdzie wszyscy i wszystko sprzysięgają się przeciwko niemu. Ale wyspa nazywa się wszak Barataria, co po hiszpańsku oznacza Oszustwo, a już samo jej położenie zapowiadało Wielkie Łgarstwo, bo była to wyspa na lądzie.

To jest zatem pierwszy i najważniejszy przedmiot badań baratarystyki – donkiszotowska Barataria.

I od razu kolejny przedmiot badań – różne wyimaginowane (a i prawdziwe) krainy oszustów. Najchętniej na wyspach. Tu, przypominam, znajduje się też dobrze w miądzyczasie zbadana wyspa San Escobar.

Oczywiście nie ma mowy, żeby badacze księgi rycerskiej o Don Kichocie nie próbowali zlokalizować miejsca, gdzie wielki pisarz umieścił ową wyspę na lądzie. Kolejnym zadaniem są więc poszukiwania Baratarii na mapie Hiszpanii.

Przygotowując giermka do objęcia funkcji gubernatora wyspy, Don Kichot wyjaśnił mu, jak ma wyglądać idealne państwo i jak ma się zachowywać idealny władca, a to kieruje nas oczywiście od razu ku wszelkim utopiom państwowotwórczym od Platona i Morusa poczynając, po nowe miejsca idealne, które teraz już przestały się nazywać utopiami, a zostały określone mianem dystopii. Znaleźliśmy w ciągu minionego roku wiele dystopii literackich, jedna z nich nazwana została nawet Baratarią.

Okazało się też, że niektóre dystopie ktoś gdzieś zrealizował i uzyskał  p o z y t y w n e  wyniki, tworząc samowystarczalne komuny lub zamieniając pustynie w kwitnące ogrody. Oczywiście prawdziwe Baratarie są nader ważnym przedmiotem badań baratyrystyki.

Już w tym samym XVII wieku, gdy Cervantes opisał Baratarię, nazwę tę nadano wyspie i zatoce w Zatoce Nowoorleańskiej. Geografia, przyroda i historia wyspy Barataria to oczywiście konieczny temat, jakim baratarystyka musi się zajmować, a który, przyznajmy, wciąż jeszcze traktujemy po macoszemu, zwłaszcza w zakresie botaniki, zoologii i geografii. Na szczęście historia wyspy była tak ciekawa – była ona siedzibą słynnego szelmy – pirata Lafitte’a, że poświęciliśmy jej już sporo uwagi. Pirackie historie o Baratarii pozwoliły nam też poznać dwie opowieści dla dzieci i młodzieży, związane z geograficzną Baratarią. W obu nie widać, by autorów w ogóle interesował literacki pierwowzór Baratarii.

Nauka nasza poszła jednak nie tylko tropem geografii i postdonkiszotowskich dystopii geograficznych, bo zajęła się też problematyką władzy – idealny władca Baratarii to przecież Książę Macchiavellego czy Dworzanin Górnickiego. Również tu poszukujemy dalszych wzorów idealnego systemu władzy. Tak miejsca jak władcy idealni okazali sią w większości przypadków wzorami antyidealnymi, bo w międzyczasie okazało się przecież, że systemy idealne prowadzą do totalitaryzmu, co udowodnił przede wszystkim Stalin. Idealnym władcą był na przykład Król Mrówek, o którym opowiedział nam Zbigniew Herbert.

Sancho Pansa stawia czoła wymaganiom, jakie ciążą na gubernatorze, nie daje się omamić dworakom, wykonuje swoje zadania w sposób inteligentny i skuteczny, w sprytny sposób oszukując sprytnych oszustów. Rozsądzanie spraw – tak, to wielki temat baratarystyki, a wzorem oczywiście sam Król Salomon.

Przygody pana i giermka, które zawiodły ich do Baratarii, są same w sobie tematem baratarystycznym, wykorzystywanym wielokrotnie w literaturze i filmie, co objaśniliśmy sobie szczegółowo na przykładzie dwóch literackich opowieści przygodowych: Rękopisu znalezionego w Saragossie i Przygód Sindbada Żeglarza. A więc baratarystyka literacka – nader ważny przedmiot badawczy. Zajęły nas jednak również opera, balet, muzyka wojskowa (jaka lekka, jaka radosna), jazz, teatr, film… Kultura po-cervantesowska okazała się pełna kulturowych Baratarii. Tym niemniej, tak dziś to oceniam, fałszywym tropem okazało się dokładne przypominanie przygód książkowych awanturników “w stylu” Cervantesa. Trzeba o nich czytać i tam też, do źródła, odsyłać Czytelnika. Cóż jednak, był rok Leśmianowski i tak wyszło…

Ale i sam Sancho Pansa jest figurą literacką realizującą dwa tropy literackie – po pierwsze jest to szelma i prześmiewca jak Zagłoba, Falstaff czy wojak Szwejk, bohater umożliwiający krytykę, ba, rozsadzanie sztywnych systemów społecznych nie tylko w literaturze ale i w rzeczywistości. Ale, po drugie, jako gubernator wyspy, przez kilka dni giermek nasz był figurą Karnawałowego Króla, postaci właściwie już mitologicznej, znanej od starożytności, której niezliczone odmiany znaleźć można w barokowym malarstwie, ale która istnieje zawsze. To ten, który cieszy się wolnością błazna, igra z losem, wciąż naraża się na śmierć, a władztwo jego trwa krótko…

Sancho Pansa uwielbiał przysłowia tak bardzo, że sam stał się przysłowiem, podobnie jak i jego pan. I dał tym samym asumpt do opierania różnych opowieści o przysłowia, czego przykładem był Teatr Dworski Barataria, zapomniane dzieło literackie, które tak chętnie bym przywróciła nam współczesnym (szukam sponsora!).

Sancho Pansa wydaje się osobą bardzo jednolitą, jak uciosaną z jednego prostego i swojskiego kawałka pnia. Gada co mu ślina na język przyniesie i wciąż troska się o rzeczy materialne. A tymczasem… A tymczasem Sancho osiąga niewiarygodną wielkość, gdy dobrowolnie rezygnuje z władzy i porzuca gubernatorowanie, gdyż uważa, że nie stanął na wysokości zadania! Naszym światem rządzą ludzie żądni władzy i dałby Bóg, żeby nauczyli się od prostego giermka, jak odejść, gdy się widzi, że się źle i niegodnie rządzi… Nota bene mistrz Kaczmarski też sugeruje, że można zrozumieć i Don Kichota i Sancho Pansę całkiem na odwyrtkę…

I uwaga, niezależnie od tego, którą gałęzią baratarystyki chcemy się zająć, pamiętajmy, że jest to nauka zobowiązana celem nadrzędnym do odkrywania wędrówek po kulturze, w czym doprawdy celuje wspomniany już na początku tego wpisu Lech Milewski, mianowany pierwszym baratarystą! Ale też, przypomnijmy, że u źródeł baratyrystyki leży niewielka powieść Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, która beztrosko chodzi sobie po rupieciarni mitów, motywów i motywacji kulturowych, czerpiąc z niej pełnymi garściami, w celu uzyskania radosnej, dowcipnej i ironicznej opowieści. Bo ironia, i jej siostra bliźniaczka syjamska, autoironia, wydaje się tu niezbędną cechą wytrawnego baratarysty.

Szukamy też oczywiście wszystkich miejsc, które ktoś kiedyś nazwał Baratarią, próbując zarazem dociec, co go do tego skłoniło i czy linia przyczynowo-skutkowa doprowadzi nas do Don Kichota czy do piratów na Karaibach, bo to są dwa główne ciągi inspiracji. Tu dużą pomoc okazał Mieczysław Węglewicz, odnajdując i Bar Barataria w Warszawie, i poemat teatralny Gałczyńskiego Noc cudów czyli babcia i wnuczek. Sam zresztą też napisał wiersz, w którym Barataria to rym do… Ewa Maria! No, że też sama tego wcześniej nie odkryłam!

Istnieje oczywiście motyw ogólniejszy, szerszy niż Barataria, jak na przykład mistyka wysp, o której wspominał między innymi prawdziwy, choć zapewne, w przeciwieństwie do Lipki, nieświadomy baratarysta – Piotr Wojciechowski w kultowej swego czasu powieści Czaszka w czaszce. Niestety przyznaję, że zwiedziona należącą w pełni do baratarystyki mistyką wysp, przez jakiś czas skoncentrowałam się na wyspach w ogóle i w szczególe. To jeden z tych tropów, które prowadziły w niesłusznym kierunku. Udało mi się wprawdzie na tej błądnej trasie stworzyć (lub zreblogować) parę wcale smacznych kawałków, jak Wyspy Bożego Narodzenia i Wyspa Wielkanocna, ale generalnie zwykłe wyspy geograficzne, bez dodatkowego powodu, nie mogą być przedmiotem zainteresowania baratrystyki. Nie zapominajmy jednak, że powód się zawsze znajdzie.

Paweł Kuczyński 2015

Nie umiem tego udowodnić, ale jestem zdania, że przypadek i zbieg okoliczności, deja vu i koincydencja, skrawki i strzępki też mieszczą się w granicach baratarystyki. To sienkiewiczowskie prawo alibo pozór. Proszę bardzo, częstujcie się…

Na zakończenie prolegomeny do wstępu do baratrystyki przypomnę pewną regułę, o której pisałam już przed rokiem, a której trzymam się od zawsze, od czasów, gdy po raz pierwszy ułożyłam dwa zdania koło siebie, tak by miały sens, i kiedy to wcale jeszcze nie słyszałam o Baratarii. To reguła opowieści w duchu Zen: zacznij gdziekolwiek, a i tak kiedyś opowiesz cały świat. I to jest właśnie Barataria – cały świat

Orient powszedni VIII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viatorka

Nastał poniedziałek, 30 kwietnia. Kolejny, zapowiadający się pasjonująco i bardzo intensywnie, dzień podróży. Viatorostwo skoro świt zerwało się z łóżka i prędko opuściło Dubicze Cerkiewne. W drodze załatwili jeszcze kilka spraw w Hajnówce, nazywanej bramą do Puszczy Białowieskiej – jak podaje Wikipedia, nazwa tego miasta pochodzi od imienia strażnika – Hayno (Hajno) – osadzonego w uroczysku Skarbosławka w XVIII w.

Nie zabawili tam jednak dłużej, gdyż spieszno im było do Białowieży. A przede wszystkim do Puszczy Białowieskiej, najlepiej zachowanego w Europie nizinnego lasu naturalnego, żeby zobaczyć ją, póki jeszcze jest. Bo chociaż po wielu miesiącach walki ekologów odstąpiono od jej wycinki, to kto wie, czy jutro jakiś pan Szyszko, czy inny Kowalczyk, nie zechce znowu chronić zdrowych drzew poprzez ich likwidację. Sprawujący obecnie w naszym kraju władzę zbyt ochoczo pozwolili na ogołocenie polskich miast z zieleni i rozszerzyli przywileje pogromców dzikich zwierząt. Zbyt ochoczo, aby mogli przekonać Viatorostwo do swoich racji. Zbyt topornie, prezentując na konferencjach prasowych słoiki z kornikiem zwanym drukarzem.

Niestety, w życiu Viatorki, jako osoby o mocno już ograniczonej sprawności ruchowej, zawsze coś musi dodatkowo „iść pod górkę”. Tak było i tym razem. Kiedy Viator poszedł do kasy PTTK kupić bilety wstępu do Białowieskiego Parku Narodowego (co ważne, można tam wchodzić tylko z licencjonowanym przewodnikiem) uzyskał informację, że na wózku inwalidzkim tego najstarszego, najbardziej chronionego miejsca puszczy, odwiedzić się nie da. Można pospacerować po Parku Pałacowym, dojść do trzeciej bramy, ale dalej już nie.

Cóż, ponarzekała Viatorka pod nosem na swój los, Viator jak zwykle bohatersko oświadczył, że sam, bez Viatorki, niczego oglądać nie będzie i trudno, sobie tylko pospacerujemy po okolicy. I biletów w geście protestu nie nabył. Aż tu po przejściu całkiem dużej już odległości spotkało Viatorostwo przewodnika wracającego do bazy i ten stwierdził, że wprowadzono nas w błąd, bo przecież to nieprawda, że osoba na wózku nie może wjechać do Parku Narodowego. Trzeba kupić bilety w kasie, przewodnik po prostu organizuje mniejszą grupę zwiedzających, no i musi być chętny, żeby pomóc przenosić wózek w niektórych miejscach. On sam zresztą wielokrotnie takie wycieczki organizował. No i co na to powiedzieć? Znowu przykro było Viatorce, że okazała się być dla kogoś zatrudnionego przecież, a nie pracującego społecznie, jedynie kłopotem i mówiąc oględnie, została „spławiona”. No, ale przecież to długi weekend, zwiedzających aż nadto, może szkoda było komuś czasu i wysiłku.

Za daleko zaszło już Viatorstwo, aby wracać i wykłócać się o swoje prawa, nie było na to czasu. Zresztą zbyt duży niesmak odczuwali, więc i ochoty na to też nie było. Na szczęście litościwy strażnik strzegący Puszczy pozwolił Viatorostwu zajrzeć kilkadziesiąt metrów za trzecią bramę, dzięki czemu mogliśmy choć trochę poczuć atmosferę pierwotnej puszczy.

Przy okazji podyskutowaliśmy z tym życzliwym człowiekiem o wycince drzew. Twierdził on, że media specjalnie manipulowały informacjami mówiąc, że wycinane były drzewa w Białowieskim Parku Narodowym. Podobno sami redaktorzy kręcący materiały przyznawali się do manipulacji, ale uznali, że gdyby mówili czy pisali prawdę, nie byłoby odpowiedniego efektu. Prawda zaś jest taka, że wycinka prowadzona była jedynie w tzw. lesie gospodarczym Puszczy Białowieskiej, tam jednak również zdarzały się ponad stuletnie drzewa. Może tak było? Kto wie.

Pospacerowało Viatorostwo jeszcze po Parku Pałacowym, założonym po 1895 r. jako integralna część nieistniejącej już prywatnej rezydencji myśliwskiej carów Rosji. Zobaczyli dworek myśliwski z 1845 r., będący najstarszym białowieskim budynkiem.

No i w końcu obejrzeli ustawiony na grobli pomiędzy dwoma stawami w Parku Pałacowym obelisk upamiętniający polowanie Augusta III Sasa z 1752 r. Podczas łowów zabito ponoć wówczas 42 żubry i 13 łosi. Dla Viatorki makabryczna jest ta ludzka skłonność do eksponowania swojego poczucia wyższości i przewagi nad przyrodą. Kiedyś stawiano obeliski, teraz bogacze płacą wielkie pieniądze za to, żeby jednym strzałem uśmiercić bezbronnego, spokojnego żubra (a czasami, co gorsza, brzemienną krowę), którego ktoś postawił po prostu przed ich strzelbą.

Ironia losu: w trakcie Pierwszej Wojny Światowej żołnierze i kłusownicy wybili wszystkie 727 żyjące wolno w Puszczy żubry. Potem dziesiątki lat trwało odtwarzanie ich populacji. A teraz stały się one ekskluzywną rozrywką dla bogaczy. Bo niby jest ich za dużo. Być może, ale Viatorce selekcja przeprowadzona w taki sposób nie podoba się i wzbudza, mówiąc wprost, podejrzenia co do jej uzasadnień.

Skoro nie udało się zobaczyć żubra w Puszczy, pojechało Viatorostwo do Pokazowego Rezerwatu Żubrów, gdzie, jak reklamują gospodarze, czyli Park Narodowy, w warunkach zbliżonych do naturalnych eksponowane są żubry, koniki polskie czyli tarpany, łosie, jelenie, sarny, dziki, żubronie (krzyżówka żubra z bydłem domowym), wilki i ryś. Podziękować za takie warunki zbliżone do naturalnych! Po wizycie doprawdy współczuliśmy tym zwierzętom i wolelibyśmy, żeby sobie żyły wolno w lasach. Strasznie gorący dzień, zwierzęta chowające się w cieniu, tłumy zwiedzających gęstniejące z każdą minutą, ludzie nie umiejący się zachować stosownie do miejsca (np. cmokający na wilki i wołający chodź, masz piesku). Jakoś inaczej wyobrażaliśmy sobie to miejsce. Ale zwierzęta dzielne, taka łania na przykład chłodzi się w bajorku i mówiąc językiem młodzieży ma wywalone na ludzi

Viator

Wędrowcy opuszczają, bezkresną wydawałoby się (bo przecież ma kres), gęstwinę Puszczy Białowieskiej. Znowu podążają ku mniejszym i większym ludzkim osiedlom.
Aż by się prosiło o zastosowanie w tym momencie prostego, a jakże nośnego, zestawienia-opozycji między przyrodą a cywilizacją, naturą a kulturą, dobrem i złem. Pokusa jest silna, ale Viator, życiem srodze doświadczon, nie ulegnie jej. Ani bowiem ta przyroda nie tak łagodna i arkadyjska, jak by się pozornie zdawało, ani cywilizacja jedynie zepsuta i zwyrodniała. Upraszczać na siłę, dla potrzeb stylistyki – to poniżej godności Pielgrzyma. Z jednym wszakże musi się on zgodzić: okrucieństwa pełna jest tak natura, jak kultura. Jednak okrucieństwo tej pierwszej nigdy nie jest bezinteresowne. Tu się zabija z konieczności, dla pokarmu lub obrony, słowem – dla przeżycia. Człowiek za to ma wybór, to wszak fundament etyki. A że często jest on trudny? Ha! No i czasem wybiera bezinteresowne okrucieństwo, przemoc dla przemocy.
Zaledwie Wędrowcy opuścili leśne ostępy, kultura natychmiast objawiła im schizofrenicznie obie swoje twarze. Piękno i szpetotę.

Narewka. Sielankowa miejscowość. Chciałoby się powiedzieć: sielska wioska… ale to wszak pleonazm.

Drewniane, typowe dla Podlasia budownictwo. Biało-zielona, skromna, a przecież dostojna, cerkiew świętego Mikołaja.

Słoneczko delikatnie świeci. Błękitne niebo. Białe obłoki. Spokój. Błogość. Idylla.

Ale upiory przeszłości nie śpią. To w końcu wioska Danuty Siedzkówny “Inki”, która co prawda nie tutaj przyszła na świat, ale tutaj dorastała. Nie, oczywiście to nie “Inka” jest tym upiorem. Lecz, niestety, ona go przywołuje.

Było chwilę temu o trudnym wyborze? To właśnie ten przypadek. Kończy się Wielka Wojna. Odchodzi jeden okupant, przychodzi drugi. Tutaj ludzie świetnie pamiętali pierwszą sowiecką okupację z lat 1939 – 41. Co można zrobić? Pogodzić się. Spróbować przetrwać, łykając gorycz klęski. Pójść na współpracę, mordując sumienie. Niektórzy zostali w lasach, podejmując beznadziejną walkę. Nie były to łatwe wybory. Viator nie ma pojęcia, co by sam uczynił, jaką decyzję podjąłby w tak nienormalnej sytuacji. Gdy wokół kipi zadawniona nienawiść. Gdy Polacy oskarżają Białorusinów o współpracę z komuną, a Białorusini czynią tak, bo uznają to za jedyny ratunek przed Polakami, którzy już przed wojną niszczyli ich cerkwie, a teraz chcą wygnać z ojcowizny, na Białoruś przesiedlić. Wzajemne krzywdy. Nieporachowane. Zapiekłe. A że po wojnie prawie każdy ma tutaj broń…

Pisząc o tych wydarzeniach Viator wie, iż stąpa po kruchym lodzie. Mało co jest tutaj oczywiste. Niektórzy Wyklęci to bohaterowie, zasługujący na wieczną pamięć. To pewne. Ale inni byli bandziorami, zdemoralizowanymi przez wojnę. I to też prawda. W Narewce zginęli z ich rąk bezbronni ludzie. Współpracowali z nową władzą? Być może. W nieodległych Puchałach Starych oddział Romualda Rajsa “Burego” zamordował kilkudziesięciu chłopów – tylko dlatego, że byli prawosławnymi Białorusinami. Niektórzy z nich pochodzili z Orli: Wędrowcy przemknęli przez Orlę wczoraj późnym wieczorem, zdążając z Bielska Podlaskiego do Dubicz, ale już było z późno, by się tam zatrzymać. A w Zaleszanach chłopcy “Burego” spalili szesnaścioro bezbronnych ludzi, w tym kobiety i dzieci.

Nic tutaj nie jest oczywiste. Poza jednym, przynajmniej dla Viatora: Wędrowiec nie uznaje Zadekretowanych Odgórnie Bohaterów, spod żadnego sztandaru. Wyklętych nie zamierza czcić en bloc. Gorszy sort tak ma. Zresztą, obrazą dla samego rotmistrza Pileckiego jest umieszczanie go w Panteonie obok “Burego”.

A “Inka”? Gorzko stwierdzić, iż dzieci walczyć nie powinny. Jasne – wojna przyspiesza dojrzewanie, krzywdy wydoroślają. Ale dzieci walczyć nie powinny. Boli, gdy się o tym mówi.

Dlatego wędrowcy ruszają dalej. Płyną wśród zielonych podlaskich krajobrazów. Mijają wioskę za wioską. Jedna piękniejsza od drugiej. Zwłaszcza cerkwie. Niebieska w Narwi.

Zielona ze złotymi kopułami w Trześciance.

Trześcianka… Już drugi raz w czasie tej podróży zawiódł viatorowy profesjonalizm. Jak Pielgrzym mógł nie przygotować się do wizyty w tej miejscowości? Cerkiew, owszem, sfotografował, bo widniała z daleka na skraju osady i był czas oraz miejsce, aby się zatrzymać. Ale samą wioskę minęli Podróżnicy z rozpędu, bez postoju i z poczuciem żalu, że nie wykonali żadnego zdjęcia. A przecież to Trześcianka w Krainie Otwartych Okiennic, pełna najpiękniej dekorowanych przez snycerzy drewnianych domów! Jak mógł Viator tak poszkapić sprawę?! Musi teraz skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci, bo własnoręcznie wykonanego zdjęcia, jako się rzekło, nie posiada. Obejrzyj tutaj, Czytelniku, cuda Trześcianki. A Viatorostwo rusza dalej.

Jeszcze kilkanaście kilometrów i wjeżdżają Wędrowcy do Zabłudowa. Cerkiew Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy, kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła.

Kiedyś była też synagoga, a nawet zbór ariański – wszak tutaj żył i tworzył Szymon Budny. Kolejne ciche, urokliwe miasteczko. I to jeszcze z takimi tradycjami tolerancji!

Słońce stoi wysoko. Ciepło. Upał. I, niestety, zaczyna się wokół unosić zapach stęchlizny. Powiedzmy wprost – smród. Wybaczcie, zacni Zabłudowianie! Pielgrzym niczego wam nie zarzuca, miasteczko jest czyste i schludne. To smród duchowy.

Jest taki wiersz Tuwima – Anonimowe Mocarstwo – nie wiedzieć czemu, zapomniany. Kreśli w nim autor apokaliptyczny obraz jewrejskiego spisku, który, jak olbrzymi Lewiatan, oplata świat, sącząc w Londynie, Moskwie, Paryżu i Rzymie idee masońskie, wsparte, a jakże, krwawym złotem. Cały świat leży u stóp spiskowców. A u nas?

A po naszych miasteczkach, w straszne skwarne święto

Wieje z sieni ziejących pomruk głuchych nowin:
“Do kościoła się zakradł pejsaty żydowin
I dzieweczkę w cegielni na macę zarżnięto”.

Dlaczego w podlaskim Zabłudowie dopadło Viatora wspomnienie tych strof? Bo tutaj właśnie poczuł ów smród strasznego skwarnego święta. Wszystko się zgadza, choć dzieweczka w tym przypadku jest chłopięciem, a cegielnia – polem w pobliskich Zwierkach. Tam, w roku 1690, znaleziono okrutnie okaleczone ciało sześcioletniego chłopskiego syna, Gabriela Gowdela. Kto go zamordował? Wiadomo – żydzi. Karczmarz Szutka konkretnie. Po co to zrobił? Wiadomo, po co żydzi mordują czyste chrześcijańskie dzieciątka. Nie ma to jak maca, wypiekana z tak wybornym dodatkiem!

Smród. Sąd uniewinnił Szutkę. Co z tego? Prosty, bogobojny lud wie swoje. Zwłaszcza, gdy o to, aby lud nie zapomniał i nie zagasił żarliwości, dbają świątobliwi pasterze. Mały Gabryś został ogłoszony w roku 1820 prawosławnym Świętym Gabrielem Zabłudowskim, Młodzieńcem Męczennikiem. Żydzi, nie zapomnimy wam tego!

Nie zapomnieli. Długotrwałe szczucie, wsparte duchownym autorytetem, musi odnieść skutek. Ilu niewinnych mężczyzn, kobiet i oczywiście także dzieci, zginęło w pogromach? A któż ich zliczy.

Bracia Ortodoksi! Jak wielkim podziwem darzy Viator piękno Waszych cerkwi i mistykę Waszej Świętej Liturgii, jak szczerym szacunkiem darzy siłę Waszej wiary, tak z głębokim żalem woła: zgrzeszyliście! Zresztą, oni sami chyba zaczęli to w końcu czuć. Ostatniemi laty motyw mordu rytualnego jest w żywotach Męczennika tonowany, zamazywany, pomijany. Ot, Święty Młodzieniaszek, zabity za wiarę, patron dzieci i młodzieży.

Trudno-darmo, ale Viator tego nie kupuje. Na to nie ma usprawiedliwienia. I tylko szkoda biednego Gabrysia. Pedofil go zamordował? Psychopata? Nieistotne. Żal dzieciaka. Jak każdego zabitego dziecka. W każdej epoce i w każdym miejscu…

Wystarczy tego patosu. Czas w drogę.

Procol Harum and a whiter shade of pale

I was reading a wonderful book of W. G. Sebald, a German writer which left Germany in early 60. and went to Manchester. He is one of the best writer I ever read in my whole life, better as Marcel Proust. It means something when I say something like that. His book, Die Ausgewanderten / The Emigrants I am reading ever and ever again… It was published in German 1992 and in English 1996. Sebald won with it the Berlin Literature Prize, the Literatur Nord Prize, and the Johannes Bobrowski Medal. Wikipedia says: The Emigrants is largely concerned with memory, trauma, and feelings of foreignness. All the characters in the work are emigrants who have left Germany, mostly Jewish and mostly self-murder. In the 3rd novel in a scene which takes place in a bar in Deauville, he writes.

Die Instrumentalisten waren vier schon etwas gealterte Jünglinge mit lockigem Haar. Sie spielten songs aus den sechziger Jahren, die ich in der Union Bar in Manchester ich weiß nicht wie oft gehört hatte. It is the evening of the day. Hingebungsvoll hauchte die Vokalistin, ein blondes Mädchen mit noch sehr kindlicher Stimme, hinein in das Mikrofon, das sie mit beiden Händen ganz dicht an ihre Lippen hielt. Sie sang in englischer Sprache, aber mit deutlichen französischen Akzent. It is the evening of the day, I sit and watch the children play. Manchmmal, wenn sie die Worte nicht richtig erinnern konnte, ging ihr Gesang in ein wundervolles Summen über. Ich setzte mich auf einen der weißen Schleiflacksessel. Die Musik erfüllte den ganzen Raum. Rosarote Quellwolken bis unter den goldumrankten Plafond. Procol Harum. A whiter shade of pale. Die reine Rührseligkeit.

I needed urgently to listen to it…

Original lyrics were written by Keith Reid

We skipped the light fandango
turned cartwheels ‘cross the floor
I was feeling kinda’ seasick
the crowd called out for more
the room was humming harder
as the ceiling flew away
when we called out for another drink
the waiter brought a tray

and so it was that later as a mirror
told its tale that her face
at first just ghostly turned
a whiter shade of pale

She said: “There is no reason
and the truth is plain to see”
but I wandered through my playing cards
would not let her be one
of sixteen vestal virgins
who were leaving for the coast
and although my eyes were open
they might just as well’ve been closed

and so it was that later
as the miller told his tale
that her face at first just ghostly
turned a whiter shade of pale.

But all that was nothing in comparison to what was written underneath. So I just quote it, reading a book of Sebald and listening ever und ever again to Procol Harum, which I liked so much as I was young, and then forgot them totally till bei reading Sebald the 10th time or so I found them again. Rührselig.

Anyway, did you know it?

could you please stop commenting about it being ‘originally written by’ Johann Sebastian Bach? I tried to find similarities with “Air on G String”, “Ich steh mit einem Fuß im Grabe” (BWV 156), “O Mensch bewein dein’ Sünde groß” (BWV 622), “Sleepers, Wake!” from Bach, but honestly: None of them warrant the claim that the melody is borrowed from any of them. It’s quite a stretch to find similarities, even, between chord-schemes, bass-lines, and the two or three tone-sequences that match with aforementioned pieces by Bach; You could then say the same about ALL pop hits! To claim it borrows ideas from “When a Man Loves a Woman” (Percy Sledge) is like saying every pop-song in C-minor borrows ideas from songs with the same tempo. This composition stands tall on its own. Every song out there is *inspired* by those from other songwriters, you don’t need to brag about your miracle discovery; I’m holding a do-I-give-a-shit-o-meter in my hand, and the needle’s not moving.

Mmmmm… it was published on you tube on 09.09.2007 and since then people listened to it (only here of course) 89.577.793 times (the last  ten times it was me listening to it). 89 millions! It was commented 22 009 times.

I copied only comments from today and yesterday, I finished by a comment from somebody remembering Poland…

Do not forget to listen to the music by reading:

Qué lindo recuerdo, escuchar un tema tan lindo
I first saw this video on a “video jukebox” in a corridor in a mall in Quebec City in about 1967. There was a selection of less than a dozen videos to choose from, and you had to stand at the jukebox to see the film projected onto a small screen within the box. In the meantime, the music was almost drowned out by the passing shoppers and tourists. This was truly groundbreaking at the time.
💙💙💙💙💙💙💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔🌷🌷🌷🌷🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹💕💕💕💕💕💕❤❤❤❤
l’humour avant tout !!!
BROKER FISHER c’est PROCOL !!!
Make me feel in peace…
Una de las mejores canciones de todos los tiempos!
When I was a teenager I would leave the radio on all night….this is the only song that would wake me up no matter what time in the wee hours it came on….always gave me goosebumps
MAGNIFICOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO
Esta é a música mais marcante da minha vida!!!!❤❤❤😘😘😂😂💏💏🌷🌷🌻🌻🌞🌞
прекрасная песня . настальгия 70х. Procol Harum такой музыки больше не будет. Олег Г. 2.07.18.
A whiter shade of pale has been N0 one a long time in 1967. One of the greatest year for music. What a thrill it was on Radio Caroline. How great it was to be in England for sweet Summer of Love..!!!
le batteur n’est pas gay malgré son gros sexe !!il n’a pas de slip !!!
Sad world
Me encantó, que temas x favor.
dancei muito beijei muito vila Primavera soci da Vila Formosa feras do jd Primavera saudades das minhas namoradas e dos amigos.
The Commitments 😊😊😊🙋🙋🙋🙌🙌🙌
música lindona por demais que nós envolve por inteiro dessa banda inglesa que arrebatou os corações apaixonados em 1.976 na Hippoputumus disco Club em São Paulo, Dancei por demais.
En complacencias en tj,México yo escuchaba esta canción en 1972, mi hermana, Yani,amigas Irma,laya,maria vivíamos en colonia libertad p/a saturnino herrant,serca de iglesia Loreto y tienda maiza, my novio que quise mucho Victor lo recuerdo con estas cansiones,samba pa ti Santana ,color my world,Chicago,have you seen her,chi-lites,my world bee gees, my mama ya se fue en enero 22,2017 en San Diego ella escuchaba complacencias radio de tj, los Freddy’s moonlights,solitarios,los dos oros cros,
London is finished. Sad but thats liberalism for you
Happy days when London the capital city of Great Britain was full of white people
Look at those street scenes! When London was white!
I heard this at a karaoke, now I’m hooked. timeless indeed.
Lovely and haunting….
EVERY PERSON FADES WITH THE PASSAGE OF TIME AND POP MUSICIANS ARE NO EXCEPTION.
Sad that these boys are old men or gone, in what seems like a moment, as are we….
Probably my all time favorite…
En 1971 sonaba esta cancion en Colima Mexico un muchacho la cantaba con su guitarra sin saber Ingles la cantaba espectacular.
arrebentou meu coração…
There is a nice place – SĘPÓLNO KRAJEŃSKIE. First summer song, first young, no strings, love. Just crazy youngsters. Never to be forget!!!

and so on and so on…