Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 – Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…

Barataria 83 O! Transmogryfikacjo!

Ewa Maria Slaska

O!

Nieznużony baratarysta Mietek Węglewicz przysłał mi ostatnio dwa nagrania radiowe Babci i wnuczka czyli nocy cudów. Olsztyńskie z roku 1961 i ogólnopolskie w reżyserii Janusza Kukuły z Ireną Kwiatkowską w roli babci. Niezrównane!

Główną bohaterką tej dwuaktówki jest babcia, zwariowana na punkcie cudów. Jej sterroryzowany przez nią wnuczek, jego dziewczyna i koledzy postanawiają wyleczyć babcię. Opowiadają jej o cudach w leśniczówce na Mazurach (być może jest to w ogóle leśniczówka Pranie, bo babcia zabiera ze sobą między innymi wyżymarkę). Podobno ukazuje się tam dzik z głową Batorego! Do spisku dołączają dwaj magicy, cwaniacy z Targówka – Adamus i Rączka. O północy wprawiają babci piątą klepkę i dolewają oleju do głowy. Akcja sztuczki przepleciona jest lirycznymi wstawkami, funkcjonującymi potem jako odrębne wiersze, np. “Powiedz mi, jak mnie kochasz”.

Mietek Węglewicz znalazł dwa słuchowiska.

1/
Słuchowisko archiwalne Radia Olsztyn z 1961 roku

Występują: Marta Sobolewska, Jerzy Glapa, Marta Szczepaniak, Roland Głowacki, Jerzy Żółkiew, Włodzimierz Bednarski
Realizacja: Anna Kochanowska.

2/

Słuchowisko Teatru Polskiego Radia, nagranie z roku 1993

Reżyseria i adaptacja:
Janusz Kukuła
Muzyka:
Jan Oleszkowicz
Obsada:
Irena Kwiatkowska – Babcia
Artur Barciś – Wnuczek
W pozostałych rolach:
Edyta Jungowska, Piotr Bajor, Jerzy Bończak, Ryszard Dreger, Andrzej Fedorowicz, Roman Kłosowski i Piotr Pręgowski.

Słuchowiska z Ireną Kwiatkowską nie udało mi się znaleźć w wersji ogólnodostępnej. Mogę zaproponować Czytelnikom, żeby weszli na stronę słuchowiska.pl, zarejestrowali się i wpisali do wyszukiwarki tytuł Babcia i wnuczek. Pojawią się linki do obu słuchowisk, czynne dla osób zarejestrowanych.

Słuchowiska zdecydowanie się różnią, ale w obu w I akcie pojawiają się wspomniani już panowie Rączka i Adamus, twierdząc, że są baronami Apokalipsy. Pukają do drzwi…

Babcia: Apokalipsy! (otwiera)
Rączka i Adamus (wchodzą)
Rączka: (Z ręką podniesioną do góry, mówi jak prorok): O, baratario! O, transmogryfikacjo, która holendrujesz natomiast! Czeluść otwarta. Słońce w znaku Wodnika. Zorobabel krąży na wysokościach. (krzyczy) A wy co? Zamiast mistyki turystyka? Już dwa tysiące razy mówiłem wam: – O, biada, biada! Nadciąga noc. Wrona kracze. Latarnie się przewracają. Kalendarze i zegary pożarł Lewiatan i nie wiecie dnia ani godziny! O, baratario!
Babcia (zachwycona): O, haratario! Może pan spocznie? (podsuwa Rączce krzesło) Będzie panu łatwiej przemawiać na siedząco.
Rączka: (siada)
Wnuczek: Babciu, my się spóźnimy.
Katarzyna: Naturalnie, proszę panią, musimy się pośpieszyć.
Adamus: A dokąd to śpieszysz się, szalona czeladko?
Babcia: Ci państwo mówią, że cud stał się w leśniczówce.
Adamus: Teraz nie ma żadnego cudu w leśniczówce. Teraz jest cud na Łysej Górze.

A! O! I oraz jeszcze:

Rączka: To my to odwołujemy. Myśmy się pomylili. (podnosi rękę i powtarza swoją prorocka kwestię) O, baratario! O, transmogryfikacjo, która holendrujesz natomiast! Czeluść otwarta. Słońce w znaku Wodnika Zorobabel krąży na wysokościach.
Babcia: A, skoro tak, to jedziemy. (gasi światło; wychodzi; po chwili słychać żałosne smykanie)
Pies: A o mnie to zupełnie zapomnieli.
(K U R T Y N A !!)

O, baratario! O, transmogryfikacjo! O, moi kochani. Nie myślcie, że Gałczyński sobie tę transmogryfikację stworzył, że to neolgizm! O, bynajmniej, jak piszą autorzy groszowych powieści. Transmogryfikacja to magiczna zdolność do zmiany kształtu lub formy. Moc. Jedna z tych, co ma być z nimi, z nami, z wami. May be force be with you. To zdanie kultowe. Można nim wyrazić wszystko, zmieniając na przykład pisownię (Mai the 4th be with U). Ostatnio widziałam na ulicy siatkę (nie szła sama, niosła ją jakaś ręka) z inną słynną parafrazą: May be fork be with you. Użytkownicy tej mocy mogą przekształcać się w obiekty martwe (i odwrotnie). Na przykład w widelec.

Ciekawe, że póki nie dostałam słuchowiska, dopóty nie mogłam nijak znaleźć w sieci tekstu tej dwuaktówki Gałczyńskiego. A jak przyszło słuchowisko, to o! Eureka! Jest! (Pamiętacie jeszcze?: ciało zanurzone w wodzie traci na wadze tyle, ile waży woda wypchnięta przez to ciało! O! ten facet był geniuszem, no tak, to taka sobie uwaga bez sensu na marginesie)…

I teraz, jak już jest to słuchowsko, to nagle znajduję nie tylko cały tekst farsy, ale jeszcze, w Dużym formacie z 7 czerwca 2006 roku konkurs literacki Probierczyka na nową wersję tej inwokacji wędrownych cudotwórców, Adamusa i Rączki… (O! pamiętacie te konkursy? Były zawsze obok dawnej cudnej Jolki). Bardzo często wygrywał w nich Stefan Parnasista Nowak z Tych. I wygrywał 400 złotych. Teraz też…

O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Ty, która na oślep połyskujesz miejscami, zanim się nie obrócisz znów na drugą stronę! Kawerno wypełniona murszem wobec zgnilizny przesłanek!

Uwielbiam patrzeć wskroś Ciebie na koalescencję deszczu, na maserację błyskawic, na konfluencję strug. Rozmyślam ci ja wtedy o uczuć deterioracji, o głupoty preponderacji, o nieszczęść wszelkich prefiguracji, o serca krakelurze. A Ty? A Ona? A Jej ostensywna subrepcja dezertyfikująca Jej związek z młodym trasantem? A przecie trata, którą ciągnął, mogła się, gdyby przeszli z dysforii w euforię, okazać koneksją nie do pogardzenia. Czyliż nie mogła stać się konwergencją Jej astralności z Jego besserwisseryzmem? A wszakże to Ona była cesjonariuszem, czemu więc nie przetestowała Go organoleptycznie?

Ona? Barataria czy Transmogryfikacja?

Geschichter Berlins

Polnische Gräber in Berlin
historische Stadtführung

16. September 2018, 15-19 Uhr
Treffpunkt Cafe Strauss um 15 Uhr
am Eingang des Friedrichswerderschen Friedhofs
Bergmannstr. 42
10961 Berlin–Kreuzberg

In Berlin gibt es 270 Friedhöfe, darunter ca. 30 sog. historische, die man also als Kulturdenkmal betrachtet und wiederum auch ca. 30, die, wie der Friedhof wo Prof. Brückner begraben liegt, aufgelöst werden. Wie man auf diesen Friedhöfen die polnische Gräber sucht, wie man sie identifiziert, obwohl die dort begrabenen manchmal deutschen Namen tragen und Polen sind, manchmal aber polnische Namen haben und die Familien ihre polnische Abstammung abstreiten. Welche Schicksale erzählen uns die Gräber, über die Menschen, aber auch über die Deutsch-Polnischen Beziehungen. Dies und mehr erzählt uns Ewa Maria Slaska bei unserem Spaziergang in den historischen Friedhöfen auf der Bergamnnstrasse iun Kreuzberg.

Abschliessend gehen wir Kaffee trinken und leckere Kuchen Essen im Café Strauss auf dem Friedrichwerderschen Friedhof.

Ewa Maria Slaska organisierte vor ein paar Jahren eine erfolgreiche Aktion zur Rettung des Grabes von Professor Aleksander Brückner (1856-1939) auf dem Tempelhofer Parkfriedhof in Berlin und seit 2011 organisiert sie immer am Tag der Allerheiligen die Treffen der Polonia und Sympathisanten bei dem Grab diesen berühmten Wissenschaftlers, Sprachhistorikers und Linguist, der an der Berliner Universität das Slawistik Institut gegründet und 44 Jahre geleitet hat.

Professor Brückner ist in einer deutschen Familie in Ukraina geboren, die im 18. Jahrhundert nach Polen ausgewandert ist. Obwohl die Familie den deutschen Namen beibehielt, hat sie sich gänzlich polonisiert und der junge Wissenschaftler der aus Russischpolen nach Breslau und danach na Berlin ausgewandert ist verstand sich als Pole in Deutschland. Man hat ihn in diesem Blog schon zig Mal getroffen.

Reblog: Straż pożarna

Radosław Wiśniewski

[Rzecz o Ochotniczej Straży Pożarnej i urzędniku o policzkach jak jabłuszka]

Swego czasu, w co trudno mi teraz uwierzyć, byłem obiecującym urzędnikiem mianowanym R.P. i nawet przez jakiś okres w swoim życiu uwierzyłem, że nie pracuję tylko dla pieniędzy. Początki były trudne. Na przykład w 2003 roku trafiłem do pracy w Biurze Integracji Europejskiej w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu. Czasy były niespokojne, nowa administracja samorządowa układała się z rządową w terenie, troche współpracując trochę rywalizując o kolejne komptenecje. Jedną ze śmiesznostek tamtego okresu było na przykład Biuro Kontaktów Zagranicznych Wojewody tak jakby Wojewoda miał prowadzić swoją politykę zagraniczną. Trochę po prawdzie prowadził. I myśmy z Integracji Europejskiej, jako nieliczni urzędnicy znający języki tę politykę wspierali. Chociaż nie to było naszym głównym zajęciem. Głównie to mieliśmy prowadzić kampanię przed referendum akcesyjnym, które miało sprawdzić czy suweren (nikt wtedy tak nie mówił, ale o to chodziło), chce wstąpić do Unii Europejskiej. Naród się spierał, a u nas się mówiło, że w zasadzie nie mamy agitować, ale informować, wspierać samorządy, docierać do środowisk i takie tam. W praktyce wyglądało to bardzo różnie, a i tak do dzisiaj uważam, że najwięcej załatwił Jan Paweł II jednym bon motem „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej” po którym nawet Roman Giertych, wówczas przypomnę opiekun Młodzieży Wszechpolskiej lekko się zapowietrzył i wykrztusił z siebie, że nie zgadza się z papieżem. Z papieżem i to Polakiem-Papieżem. No wtedy było wiadomo, że Giertych może pomału się pakować do domu. No, w każdy razie tak się wówczas wydawało. To było 15 lat temu.

Przed wystąpieniem Papieża w sprawie wstąpienia bywało jednak bardzo różnie. Posyłani byliśmy przez naszych przełożonych jako owce między wilki, na wsie, do miasteczek i nie zawsze bywało miło czy zgoła bezpiecznie. Był to czas, przypomnę, kiedy to Marian Zagórny wpadł z chłopakami do urzędu ze świnią na postronku i nie niepokojony przez policję czy inne służby biegał z lagą w ręku po korytarzach jak chciał, aż wpadł do gabinetu Wojewody, gdzie świnia się zesrała ze strachu. Bo świnie, jak pewnie mało kto wie, to są bardzo wrażliwe zwierzęta i większość ma słabe serce i są emocjonalne. Pewnego razu wezwała mnie szefowa biura, którą bardzo szanowałem i szanuję do dzisiaj pamięć o niej i powiedziała:

– Panie Radku proszę sobie zmienić marynarkę na mniej elegancką, zdjąć krawat – tak, tak kilka tygodni chodziłem do pracy w krawacie i nawet polubiłem garnitur jak swoją drugą skórę – tutaj ma Pan materiały i ma Pan jakieś dwie godziny, żeby się przygotować…

Zamilkła i spojrzeniem wskazała stos papierów, teczek, plików, na oko jakieś trzy do pięciu kilogramów. Zaczekała, aż się oswoję i kontynuowała:

– Wicewojewoda ma dzisiaj spotkanie z komendantami ochotniczych Straży Pożarnych, więc wykorzystamy ten fakt i postawimy tam Pana, żeby Pan powiedział kilka zdań, odpowiedział na pytania, a tutaj ma Pan materiały o strażach pożarnych w całej Europie. Może okażą się Panu pomocne, gdyby były jakieś szczegółowe pytania.

Skinąłem głową, zgarnąłem stos papierów i udałem się do swojego pokoju. Zdjąłem posłusznie krawat i wyjąłem z szafy taką gorszą, sztruksową marynarkę. Rzuciłem papiery na biurko i zacząłem je kartkować w rosnącym poczuciu bezsilności. Niewiele z nich rozumiałem. Zagadnienie straży pożarnych w Unii Europejskiej wydało mi się czymś w rodzaju wielkiej, nieoświetlonej jaskini, której rozmiarów nie byłem w stanie się domyślić i brnąłem przez nią jedynie swoją myślą, potykając się co chwila, pragnąć dotrzeć do jakiejś ściany, znaleźć jakiś punkt oparcia. Daremne nadzieje, próżny trud. Im więcej wiedziałem, tym większy chaos panował w mojej głowie, tym więcej paniki się w nią wkradało. Zadzwonił telefon z dołu, że samochód już jest i żeby się zbierać bo Wicewojewoda w zasadzie czeka na młodszego referenta.

Jechaliśmy szparko, Wicewojewoda z PSL, któremu podlegały OSP nie odzywał się wiele, popatrywał na mnie jak nerwowo przerzucam papiery na rozłożone na kolanie. Raz tylko mruknął po jakichś czterdziestu minutach jazdy:
– No, szybciej Panie Tomku, spóźnimy się a ja muszę otworzyć to zebranie, druhowie nie lubią jak władza się spóźnia

Akurat ja tam wolałem, żeby Pan Tomek jechał jak najwolniej, chociaż z drugiej strony byłem świadomy, że potrzeba było nie minut, nie godzin, ale dni lektury, żeby ułożyć sobie jakiekolwiek wystąpienie przekonujące dla soli ziemi w tureckich sweterkach w serek i romby. Byłem bez szans. Dotarło to do mnie tuż przed miejscowością w której miało odbyć się spotkanie. Nie ważne co wiem, a czego nie wiem. Zginę. Więc lepiej po prostu przyjąć los z pogodą ducha, być może to pozwoli jakoś opanować salę.

Myliłem się.

Wicewojewoda wpadł na salę na piętrze zabytkowego, chociaż zrujnowanego pałacu stojącego nieco z boku głównej drogi, ściskając po drodze dziesiątki grubych jak bochny, spracowanych dłoni. Wlokłem się za nim jak cień człowieka. Dzień był pochmurny, na sali nie zapalono światła, był półmrok, długie stoły ustawione w podkowę a przy nich nie mniej niż stu, może stu kilkudziesięciu druhów. Twarze wydawały mi się w tym świetle ciemnoszare. Wicewojewoda nie mówił długo.
No, niebawem druhowie pogadamy sobie o naszych sprawach – zaczął kończyć, ledwie zaczął – ale zanim to nastąpi, pozwólcie, że kilka słów o Unii Europejskiej, nadchodzącym referendum i o wszystkim co się z tym wiąże powie Wam kilka słów mój młodszy kolega z Biura Integracji Europejskiej… no, ekhm to ja już przekazuję mikrofon i zostawiam Was sam na sam…
Podał mi bezprzewodowy mikrofon i wyszedł zamykając za sobą przezornie drzwi. Chyba udało mi się zacząć bez rytualnego chuchnięcia w kratkę mikrofonu, ale wiedziony instynktem mówiłem patrząc w blat względnie na swoją rękę, którą położyłem na teczce pełnej papierów. Nie patrzeć wściekłem zwierzęciu w oczy. A tutaj było wielogłowe zwierzę, które na mnie patrzyło, było tego pewien a im bardziej błądziłem, nie wiedząc co w zasadzie miałbym powiedzieć szefom Ochotniczych Straży Pożarnych z całego województwa, ani tego co oni by chcieli ode mnie usłyszeć – tym bardziej rosła jego wściekłość, na razie milcząca. Szybko jednak wielogłowe zwierzę wydało z siebie pierwsze warknięcie, ciche, ale słyszalne:

– Nie no co on pierdoli…
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– Nie, no kurwa, weź, co mi tutaj będzie…

Podniosłem wzrok, żeby zorientować się ewentualnie komu zaproponować zadanie pytania, opanować rodzącą się złość i skanalizować, ale tym samym przerwałem niezbyt przygotowany speech i dałem bestii oddech. Nie zdążyłem już nic powiedzieć, bo natychmiast z drugiego końca sali ktoś warknął głośniej:
– No i co, pierdu, pierdu, zatkało kakao..?!
– No mówiłem ci, szczeka, jak go nauczyli a nie ma nic do powiedzenia
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– No przecież skończył, te, powiedz mi kurwa jak ja mam gasić, jak mam na jednostce motopompę a nie mam jednostki transportowej, co? Co mi to Unia da?
– Daj spokój, przecież paniczyk po studiach nie wie nawet co to motopompa
– Pokażesz mu to zapyta czy to kombajn zbożowy
Tutaj wielogłowa bestia gruchnęła śmiechem tubalnym i donośnym, który zagłuszył narastający rwetes, kiedy kolejni druhowie wykrzykiwali swój ból, podczas gdy inni uciszali tych wykrzykujących, że dajcie spokój, co sobie o nas pomyślą, dajmy przykład kultury i jak Pan do nas przyjechał, niech mówi dalej, ale z kolei tamci dorzucali, że już niech mówili i spierdala skąd przyjechał, za swoje biurko, póki mu nikt nie przyjebał, bo ja zaraz nie wytrzymam, Unia chujnia, a na jednostkę transportową do motopompy od lat proszę i kurwa nie ma i nie ma.

Wyłączyłem mikrofon, bo to chyba nie miało już większego sensu, zapanował kompletny chaos, a chociażbym chciał, nie miałem już z kim rozmawiać i modliłem się tylko, żeby wrócił Wicewojewoda z PSL. Zamiast niego wstał milczący do tej pory Komendant OSP z Męcinki Dolnej. Jasne oczy kontrastowały z szarą, powleczoną lekkim zarostem twarzą, szarym swetrem spod którego wystawał postawiony kołnierzyk koloru écru, chociaż nie odważyłbym się go tak nazwać przy druhach. Oparł się pięściami o blat stołu, pochylił lekko do przodu i pomimo tego, że nie był wysoki, wydawał się ogromnieć z każdą chwilą, bowiem wzbierało w nim coś, co przerastało wszystko, całą te glątwę drgającą wokół niego. Wyrzucił przed siebie lewą rękę jakby chciał coś złapać, jakby właśnie się wspinał po stromej ścianie i chciał za wszelką cenę lewą, mięsistą dłonią znaleźć oparcie i zawołał. Nie krzyknął, ale z głębi swojego ducha zawołał głosem niskim, acz przenikliwy, tak że rozwibrowało się całe powietrze wokół niego:

– Druuuuhooooowieee!

Tamci wrzeszczący, gestykulujący, próbujący wstać zza stołu, widocznie po to żeby mi przyjebać przed powrotem za biurko zastygli tak jak ich zastało wołanie Komendanta z Męcinki Dolnej. A ten widząc, że opanował ich gestem i głosem proroka nabrał powietrza i powtórzył jeszcze raz:
– Druuuhowie! – powiódł wzrokiem, czy go słuchają – Uciszcie się! Nie wypada tak, nawet jeżeli się nie zgadzacie, nie kłóćmy się, druhowie… Przecież tutaj chodzi – znowu spauzował, żeby to, co miał do powiedzenia wybrzmiało dobitniej – tutaj chodzi o p o l s k ą r a c j ę s t a n u!!!!

Zapadła cisza, w której niczym sygnał na trąbce amerykańskiej kawalerii zabrzmiał dźwięk zamka i poruszyła się klamka. Wracał Wicewojewoda, uśmiechnięty, niczego nie świadom, podszedł i nie wiedząc co czyni przejął ode mnie mikrofon.

– No to widzę że już sobie porozmawialiście z moim młodszym kolegą, także ten, no powiem tyle, że ja jestem za wejściem do Unii, bo wprawdzie w każdym kraju unijnym straż pożarna jest inaczej zorganizowana i niby to dla nas nic tu specjalnie nowego nie wyniknie, ale wiecie druhowie, tak po gospodarsku wam powiem jak to jest, jak gminy będą bogatsze, bo część pieniędzy na oczyszczalnię, czy przepompownię dostaniemy z Unii, no to wiadomo, że łatwiej będzie znaleźć środki na nową motopompę czy jednostkę transportową dla niej, prawda. No.

Wicewojewoda mówił jeszcze kilka chwil, prosto, po gospodarsku. Wyszedłem zapalić papierosa. Drżały mi trochę ręce. Zrozumiałem błąd i ślepy zaułek w jaki niechcący wpuściła mnie szefowa zarzucając mnie kilogramami zbędnego papieru. Ale już nic nie dało się zrobić. Miałem z tej lekcji skorzystać za to kilka razy w przyszłości.

Nie wiem do dzisiaj jakie miał poglądy polityczne, geopolityczne Komendant OSP z Męcinki, ba, nie wiem czy Komendant OSP z Męcinki Dolnej jeszcze żyje (nazwa miejscowości została zmieniona), czy temu drugiemu gmina kupiła jednostkę transportową. Ale kiedy słucham jak wysoki urzędnik RP o policzkach jak jabłuszka po raz kolejny opowiada drydymały o tym, że Unia jest wspólnotą wyimaginowaną, chętnie poleciłbym mu, żeby się spotkał z Komendantem OSP z Męcinki Dolnej, bez ochrony, bez świadków, bez żony, kolegów partyjnych i bez marynarki. Może Komendant OSP z Męcinki Dolnej wyjaśniłby mu raz na zawsze, dobitnie na czym polega polska racja stanu, bo chyba ten urzędnik o policzkach jak jabłuszka kompletnie nie wie co to jest, a jeżeli wie to jej nie rozumie. Ale jest jeszcze czas, gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, Panie Komendancie.

Bild könnte enthalten: Himmel und im Freien

#PlicaPolonica

#PlicaPolonica

Koniecznie przyjdźmy… Raz może to stulecie, które nam już nosem wychodzi, pokazane zostanie inaczej…

Taki hasztag wpisała Anna Krenz na Facebooku, pokazując tę oto grafikę:

Co mówi Piłsudski? Co tam prawi? Dowiecie się na wernisażu wystawy “Niepodległa Polska” – wernisaż 14.09.2018 w Klubie Polskich Nieudaczników, Berlin.

#PlicaPolonica

Anna Krenz, jak sama twierdzi, sama podąża i bawi się formą komiksową 3D. Nadal.

Ela Woźniewska, napisała mi tylko, że będzie i żebym przyszła.

Piotr Mariusz Urbaniak informuje: oto moja praca, która zostanie pokazana na wystawie 100 NIEPODLEGŁA POLSKA 🇵🇱, w Klubie Polskich Nieudaczników/ Club der Polnischen Versager, w Berlinie.

To mój pierwszy obraz, który namalowałem w Berlinie Zachodnim, późną jesienią roku 1983, na krótko po opuszczeniu mojej Ojczyzny, na emigrację w Niemczech Zachodnich.
Tytuł tego historycznego dla mnie obrazu: JASNA GÓRA, 1983, 80x100cm, olej, blejtram…

(Uwaga prace, które były tu pokazane były linkiem do strony internetowej Nieudaczników i w międzyczasie zostały z tej strony wyparte przez sprawy nowe, nowsze i najnowsze – a zatem obrazów nie ma! przepraszam)

Heiraten wie ein Kirgise

Über Zeitler schrieb ich vor einer Woche. Inzwischen finde ich Freude daran, seine Erinnerungen zu lesen.

Carl Ludwig Zeitler

Wie ich meine Ehefrau kennengelernt und geheiratet habe?

In der ruhigen Winterszeit 1863/64 besuchte ich zufällig ein Musik- und Ballfest, welches mir befreundete Familien veranstaltet hatten. Ich fand drei gleichmassig in weiss gekleidete, junge Damen mit grünen Besatz und Schärpen an ihren Kleidern. Zweien derselben, Kinder der Eos, war ich schon früher vorgestellt worden, der Dritten mit rundlichen Armen, kleinen blendend weissen Zähnen, wohlgeformten Kopfe, Ohren und Kinn wurde ich vorgestellt. Sie war die Schwestei einer Offiziersfrau, deren Mann, wie ich später hörte, ein Patenkind Kaiser Nicolaus wegen def überaus schlechten Karriere, zu langsamen Aufrüekens in Preussen, nach Petersburg gegangen war. Ich sah die Dame zum ersten Male. Sie wurde später meine Frau. Ich sah sie dann noch einige Male im Konzertsaal, verzichtete aber aus Furcht, meine Freiheit zu verlieren, auf ein Wiedersehen, die beginnennde Arbeit an den Neubauten vorschützend. Erst nach mehr als Jahresfrist sah ich sie wieder.

Ich hatte die Gewohnheit, meine Mitmenschen, wenn ich mit ihnen sprach, mehr noch wenn ich sie stillsitzend betrachten konnte, darauf hin anzusehen, ob und wie ihre Kopfform, der scheinbare Inhalt, das Fassungsvermögen des Schädels, ob die Ohren oval, die innere Rundung derselben mit dem Aussenrand gleichlaufend; ob die Zipfel angewachsen, freihängend oder schippenartig nach vorn oder nach hinten gerichtet, fleichig oder durchsichtig seien. Ob »und wieviel an der Nase und an den Augen symmetrisch oder mongoloid oder mandelförmig; ob die Nase grade oder adler- oder henkelartig sei, und wie das Verhältnis der geraden oder zurückfliehenden Stirnhöhe zur Nasen- und Oberlippenlänge und zum Kinn sei.
Menschen, die für einander bestimmt sind, haben ebenso wie die, welche lange bei und miteinander leben und gleiche Nahrung, gleiche Sorgen haben, eine Anzahl gleicher Gesichtszüge. Jeder hat, sei es beim Lachen oder Weinen, Sprechen oder Schweigen einen Gesichtszug, der den Gegenübersitzenden sympatisch oder abstossend erscheint. Menschen mit gleichem sympathischen Zug scheinen für einander vorher bestimmt zu sein.
Die Eltern der jungen Dame waren durch den 1857 von Amerika ausgehenden, in Deutschland an dem Uebermass der auf schwachen Füssen stehenden Neugründungen nach dem beendeten Krimkriege, reichliche Nahrung findenden Börsenkrach, verarmt. Die Mutter, schon einmal Witwe und ein zweites Mal geschieden, hatte in Magdeburg ein blühendes Bettfedern-Geschäft gehabt, welches zu der Beschãftigung ihres dritten Mannes, eines zwar begabten, aber nur seiner Musik lebenden, unpraktischen Musikers und Organisten durchaus nicht passte. Auch scheint die Verbindung ihrer Tochter aus zweiter Ehe mit einem armen Offizier der Familie zu viel gekostet zu haben, genug, das Geschäft wurde aufgelöst, das Haus verkauft, die Familie ging auseinander. Die jüngste Tochter musste die oberste Kiasse der höheren Tochterschule verlassen, ging mit Hilfe einer befreundeten Lehrerin auf das Lans, um auf einem Gute bei Brandenbburg die Wirtschaft zu erlernen und für sich selber zu sorgen. Sie hat für alle, welche ihr damals Hilfe leisteten, immer Anhänghchkeit und 0ffene Hand bewahrt. Sie hatte eine ausgezeichnete Altstimme, welche die Kirche und grösstenn Konzertsaal füllte, dabei feinstes musikalisches Gehör, Klavierfingerfertigkeit und war auch in Küche und Hausarbeit nicht bloss bewandert, sondern auch gern tätig. Ihre und später meine Wasche war nur von ihrer Hand genaht. Dasjenige, was der Mensch mit seiner Hand und mit Muhe selbst macht und erwirbt, wird vielmehr in acht genommen, als dasjenige, was er fertig gekauft oder gar als Geschenk erhalten hat.
Ich wünschte, dass meine Braut nichts von ihren Eltern erhielte. Wenn ein junger Kirgise heiraten will, verabredet er, wie man sagt, mit seinem Mädchen, dass es sich an der Türe des Zeltes ihres Vaters aufstelle, damit er sie von da rauben könne. Er darf sich natürlich nicht erwischen lassen. Nach einiger Zeit geht er zum Vater seiner Frau und fragt, wieviel er für das geraubte Eigentum zu zahlen habe; ich wollte nicht weniger als ein solcher Kirgise sein.
Es hat mich immer unheimlich berührt, dass Eltern ihre Töchter grossziehen und mit allen guten Eigenschaften des Geistes und des Gemütes ausstatten, bis sie 100 oder 120 Pfund und mehr schwer werden und nur zu dem Zwecke, dass ein fremder, junger Fant kommt, sich daran zu erfreuen. Er erhält dann noch mehr oder weniger Gold oder Werte dazu, je nach dem Vermögen der Eltern.

***

Die Zustimmung meines Vaters zu erlangen, den ich nicht fragen wollte, machte ich mir schwer. Ich hatte zu viel junge und schöne Damen, auch reiche und wirtschaftliche feingebildete Damen, auch unvermutet in der Häuslichkeit mit der Küchenschürze vor kennen gelernt. Mein Vater konnte nicht begreifen, warum ich ein so so leichtes Geschaft bei dem hunderflausend Taler spielend zu gewìnnen waren, nicht machen wolle. Er warnte mich, in eine Familie zu heiraten, deren Mitglieder ich nicht kenne; sie könnten mir später, wie auch  geschehen und noch geschieht, zur Last fallen. Solche Erwägungen nutzen bekanntlich selten. Nach der Militärzeit (…) hatte ich als meines Vaters Generalbevollmächtiger, ihm meinen gesamten Grundbesitz grundbuchlich übertragen, um ihn die Befürchtung zu überheben, mich möglicherweise beerben zu müssen und mit Dritten zu tun zu haben. Um jede Anfrage, jede Einwilligung zu vermeiden, schob ich die Verbbindung lange hinaus, auf die baldige Einführung der Zivil-Ehe hoffend. Erst durch das, zwei Stunden vor der Trauung meinem Vater gegeben Versprechen, dass ich das nächste, dritte Haus noch für Rechnung der Gesamtfamilie errichten wolle und nach dessen Vermietung erst zwischen ihm und mir geteilt werden solle, erhielt ich die Zusischerung, dass er mich zum Traualtar begleiten würde.

Der biblische Jakob habe nicht schwerer um seine Rahel arbeiten müssen. Nachher war mein Vater, wie schon vorher meine Mutter mit ihrere neuen Schwiegertochter sehr zufrieden. Er half mir noch bei dem Umzuge aus dem alten ins neue Haus.

Kino für den Herbst!!!

Meine Lieben! Es ist sicher DER Film des Jahres!

WERK OHNE AUTOR feierte seine Weltpremiere im Wettbewerb der 75. Internationalen Filmfestspiele von Venedig.

 

Regie und Drehbuch: Florian Henckel von Donnersmarck

mit: Tom Schilling, Sebastian Koch, Paula Beer, Saskia Rosendahl, Oliver Masucci

Produktion: Pergamon Film und Wiedemann & Berg Film
Deutscher Kinostart: 3. Oktober 2018
im Verleih von Walt Disney Studios Motion Pictures Germany

Inspiriert von wahren Begebenheiten, erzählt WERK OHNE AUTOR über drei Epochen deutscher Geschichte von dem dramatischen Leben des Künstlers Kurt (Tom Schilling), seiner leidenschaftlichen Liebe zu Elisabeth (Paula Beer) und dem folgenschweren Verhältnis zu seinem undurchsichtigen Schwiegervater Professor Seeband (Sebastian Koch), dessen wahre Schuld an den verhängnisvollen Ereignissen in Kurts Leben letztlich in seiner Kunst und seinen Bildern ans Licht kommt.

WERK OHNE AUTOR ist eine emotionale Achterbahnfahrt durch drei Epochen deutscher Geschichte, die den Wahnsinn und die Tragik des 20. Jahrhunderts anhand von drei Schicksalen beleuchtet.

Tom Schilling („Oh Boy“), Sebastian Koch („Das Leben der Anderen“) und Paula Beer („Frantz“) spielen die Hauptrollen in diesem fesselnden Drama, das tragische Familiengeschichte, flammender Thriller und eine Hommage an die befreiende Kraft der Kunst in einem ist – ein packender Kinostoff, der mitreißt und bewegt.


Geht unbedingt ins Kino, um den Film zu sehen. Er ist so gut, so rührend, so menschlich, so wahr… Im Film wird ein paar Mal wiederholt, dass wenn die Geschichte stimmig ist, in sich stimmig, ist sie auch wahr. Und wenn sie wahr ist – ist sie schön.

Es ist ein schöner Film…


Interessanterweise hat das deutsche Kino in diesem Herbst zwei weitere Filme zum Thema DDR hergestellt:

Gundermann

und

Ballon

Sie sind beide gut und interessant. Der Gundermann ist ein Bisschen wie Searching for a Sugarman. Der Ballon ist rührend und spannend.

A Holy Vision

Sorry, Peter, I think, it is a story from the category, what the men think the women want… But interesting 🙂

(c) Peter Wortsman

The nun sat with a tin cup in Penn Station. She sat there silently, clutching the cup in her lap, and stared down at the ground. She never once looked into the faces that belonged to the anonymous hands that dropped coins into her cup. For years I saw her seated at that same spot.
Shoe styles changed from heavy Irish brogues to the flimsier narrow-toed Italian imports. Pennies turned to nickels to dimes, and then—she did not know how old she was, how many years she had been sitting there in that station—then it was the clink of quarters by which she measured time, not clock time—God’s time, she called it. Each clink of a coin marked a celestial second; sixty clinks made a minute; sixty times sixty an hour of eternity. And when she felt the cup grow heavy, she knew it was time to go.
She folded the stool, clasped it under her arm, slipped the cup and its precious contents into a hidden pouch, and joined the crowd of shuffling shoes.
Not that she’d never had the urge to look up.

It was the frenzied click of running high heels on one particular evening that forced her eyes upward. The click of heels and a woman’s shriek: “No, Johnny, don’t!”
The nun pressed her frail body up against a column. It was late. Later than usual. The commuters had already disbursed for the day. She was alone in the station with high heels and Johnny. And from behind the column she watched as a tall lanky man dressed in white chased after a woman in red.
“Stop, Johnny, stop!” the young woman pleaded.
The nun shivered.
She watched as the man caught up with the woman, grabbed her by the back of her dress. Sister Maria shut her eyes and bit her lips as she heard the rip of cloth and the slap of an open palm across a face, and a howl that tore through the surrounding silence.
The man’s footsteps retreated and the nun took all the courage she possessed and stepped out from the shadow of her hiding place. There on the filthy floor of the station lay the woman, shaking and sobbing, her dress split open, her shoes scattered about.
Sister Maria was overcome.
How long had it been since she’d touched or been touched by anyone but God?
She knelt down, lowered her head and kissed the woman’s back. “Oh Holy Mother of God!” she prayed aloud.
The woman stopped weeping. She turned and smiled: “I have been waiting for you, Sister—remove your habit!”
And without hesitation, the nun did as she was told, stripped herself naked and let the sacred garment fall to her feet.
“Now put on this torn red dress!” the woman whispered, kissing the nun on her pale white breast.
“Yes, Mother,” said Sister Maria, her eyes downcast, as she heard the woman slip into her habit.
“You will walk out into the street,” said the Mother of God, “and you will smile at the first man you see. And he will take you to a hotel and kiss your back and bosom. And the tin cup will no longer be large enough to hold the holy offerings.”
–“But what of my shaven head, Mother? Will the man not laugh?”
–“Yes, my daughter, he will laugh and he will call you mad. And he will take care of his lust and leave you lying naked on a strange mattress in a strange room.”
–“But am I not too old for a man’s touch, Mother?”
The Mother of God laughed. Her bosom shook under the black cloth of her habit.
“Jesus!” she cried, and the man in white came running. “Take her, Jesus, my son,” said the Mother of God, “and teach my daughter what it is to be alive before her time comes to die.”
And Jesus led Sister Maria, now dressed in the torn red dress, to a public toilet.
“Lie down!” he commanded.
She felt his hands tear away the remains of the dress. She felt him roughly part her legs. And then she felt a fiery pain and something pierced her there between the legs, something like a giant thorn.
“Jesus! Jesus!” she wailed, as the blood of her womanhood ran down her legs.

The nun heard the clink of a coin in her cup. She heard the click of high heels receding among the shuffling shoes and, as I watched, she shivered for she knew she had had a holy vision.

Barataria 82 Turumba

Ewa Maria Slaska

Wesele poety i owocowa turumba

Turumba to wiersz, piosenka i taniec. Przypominam, że turumbę znalazłam na ulicy w Berlinie, na kartce wyrwanej z książki. Książka była po hiszpańsku czyli w języku oryginału. Od słowa turumba doszłam do autora (Antonio Skármeta) i tytułu książki (Wesele poety) oraz do jej wydań najpierw po niemiecku (przez co dowiedziałam się, że wyimaginowana wyspa Gema, gdzie toczy się akcja powieści, to ani chybi Barataria) a potem po polsku…

Znalezienie kartek opisałam TU
Odkrywanie Baratarii na Gemie (Gemmie) TU

Opowiadałam już też, że turumba to naładowany erotyką taniec, jaki tańczy miejscowa ludność podczas wesela, co zapewne (choć autor o tym nie wspomina) miało zapewnić płodność młodej parze. Akurat w powieści, która jest historią dwóch ślubów i dwóch wesel, naładowana seksem turumba nikomu się na nic nie przydaje – jedna panna młoda umiera podczas nocy poślubnej, druga, w dwadzieścia lat później, zostanie zgwałcona przez obce wojska w symbolicznym akcie zwycięstwa. Jeden z panów młodych ginie, drugi… ach nieważne, chcecie to poczytajcie… Autor jest bardzo znany, napisał między innymi powieść o Nerudzie, według której nakręcono słynny film Listonosz (Il Postino). Wesele poety nie jest może najlepszą jego książką, ale za to jest świetną sagą rodzinną, w której prawda miesza się z fikcją, nauka z konfabulacją i w końcu dowiadujemy się, skąd się wzięli Włosi w Chile…

No ale turumba, turumba…

Na wybrzeżu Malicji świątecznym tańcem na uroczyste okazje jest skoczna turumba, którą tańczy się na dwa sposoby – salonowy i lupanarowy. Pospólstwo zwie ją kurwą-umbą.

I tak w kurwie-umbie mężczyźni przesuwają dłonie z talii na piersi kobiet, które już wcześniej rozumnie pozbyły się w toalecie biustonoszy (…). Potem tancerze ściągają partnerkom majteczki – trofeum nieodzowne w kurwie-umbie, uznawanej dziś za pomnik folkloru – chwytają zębami skradzioną w ten sposób część garderoby i z jeszcze większym zapałem ocierają się podbrzuszem o jędrne pośladki wyspiarek przy akompaniamencie ekstatycznych dźwięków skrzypiec i fortepianu.
Jeśli zabawa przebiega wedle ustalonych reguł, kurwę-umbę wieńczy układ choreograficzny, w którym mężczyźni powiewają damskimi majtkami nad głową, a jednocześnie głośno wystukują rytm obcasami, podczas gdy partnerka, pod osłoną wzniecanego z podłogi kurzu, zadziera spódnicę aż do pasa, odsłaniając przed spostrzegawczym widzem falującą …

I tak dalej. Poczytajcie sobie sami 🙂

A tu sam wiersz w trzech odsłonach… Zachęcam do tworzenia dalszych wersji…

Antonio Skármeta

Turumba de la fruta

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la novia y con las putas,
con las putas

Yo ya le como la sandía hasta dejerla toda vacía
Yo ya le como ese melón sin dejarle ni el corazón
Yo ya le como la uvita, que está muy rica
que está muy rica
Ahora te beso las tetitas, que están duritas
que están duritas

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la abuela y con las putas,
con las putas

Chúpame chiquita la banana, que está muy sana
que está muy sana
Qiero besarte el coliflor, qué suave olor
que suave olor
Voy a morderte la aceituna, que ese pezón
que ese pezón
Ya te ésta chorreando la naranja, vamos a la cama
vamos a la cama

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con el cura y con las putas,
con las putas

*** Ja ją sobie przetłumaczyłam tak:

Turumba owoców

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

*** Tłumaczka powieści na polski, Dorota Walasek-Elbanowska ujęła to dosadniej:

Owocowa turumba

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Będę jadł arbuzy, będę jadł melony
nie będę jadł ogórka, bo jest zbyt zielony.
Lubię miękkie gruszki i twarde jabłuszka,
daj mi pocałować twojego cycuszka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Złap mnie za banana, dziewczyno kochana
będziemy się ściskać do samego rana.
Puszcza sok cytrynka, już mi cieknie ślinka
pokaż mi cycuszka, ugryzę rodzynka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy tańcować z księdzem,
z kurwami tańcować

No cóż, w oficjalnej polskiej wersji zniknęła babcia z drugiego refrenu, a w Baratarii przecież wciąż pojawiają się jakieś nieźle rozerotyzowane babcie – najwięcej chyba w tej amerykańskiej powieści o dorastaniu – Barataria Summer. Ale nie zniknął, i to jest znacznie ważniejsze, ksiądz z refrenu trzeciego.

Ksiądz zagroził, że jesli ostatnia zwrotka tego lirycznego poematu nie zostanie usunięta, nie poświęci obrączek i ekskomunikuje całą wyspę, podobnie jak niegdyś papież Pius I heretyków niejakiego Marcjona, uprawiających bezecne praktyki ze świecami. Kiedy Hieronim (pan młody – przyp EMS) wypomniał proboszczowi, jak to przed laty sam go namawiał do założenia burdelu, ojciec Pregel oświadczył, że ostatnio cierpi na chwilowe napady amnezji, a gdy kupiec wręczył mu dwa banknoty z długimi rzędami zer, prosząc, żeby kupił w Agram nową figurę świętego Rocha, patrona piratów, kapłan stwierdził, iż w gruncie rzeczy Owocowa turumba ma w sobie coś adamicznego, i zapowiedział, że do wieczora własnoręcznie dopisze dalszy ciąg, wzbogacając ów niekonwencjonalny tekst o perypetie Adama i Ewy w raju, po czym na poczekaniu wymyślił kolejną zwrotkę:

To, co wąż uczynił Ewie, może teraz spotkać ciebie.
Szukasz męża, strzeż się węża; tańcz w bieliźnie, bo się wśliźnie.

Czy to początek turumby? Taniec z gwiazdami, majtki Cieślak…

Wrócimy jeszcze przy okazji na wyspę Gemmę, obiecuję…