O śpiewaniu

Zanim przejdę do tematu, chciałam podzielić się z wami maleńką obserwacją. We wspomnieniach dzisiejszych czterdziestolatków jak refren przewija się zdanie: Nie było Teleranka. Tak oni, wtedy dzieci, odebrali wybuch stanu wojennego. Nie było Teleranka.

Legenda głosi, że na wiadomość o wybuchu II wojny światowej wszyscy Anglicy zareagowali identycznie – ktoś powiedział do kogoś, żona do męża, brat do siostry, babcia do służącej: let’s make some tea (albo: put the water on, co oznacza dokładnie to samo – zagotuj wody na herbatę).

Bardzo proszę, jeśli przyjdą wam do głowy inne takie “historyczne” zdania – napiszcie tu o tym. 

Wpis dedykowany Annie Marii Patane i Łukaszowi Szopie.

Ewa Maria Slaska

O śpiewaniu

Swobodne dywagacje na temat felietonu Jana Zbigniewa Słojewskiego (Hamiltona) z wydanej w roku 1984 książki Pod znakiem Lwa i Armaty, felietony z lat 1975-1980.

Za chwilę miała się zdarzyć Solidarność (wybuchnąć – jak się mówiło za naszych czasów), na razie jednak świat był przerażająco smutny. Ciamkaliśmy się w “tym kraju” i w “tych czasach”, jak napisze autor parę rozdziałów dalej. Nawet jeśli osobiście byliśmy szczęśliwi albo przynajmniej zadowoleni, mieliśmy wspaniałych ludzi wokół siebie i  pełni byliśmy pomysłów. Jeśli przeżywaliśmy miłość, ślub, koniec studiów, początek pracy, dziecko, to perspektywy były porażająco szare i ograniczone – żyliśmy udławieni w Komunie, zamknięci w szarej papierowej torebce, która wprawdzie dziś byłaby szczytem ekologicznej doskonałości, wtedy natomiast była (przynajmniej dla mnie) symbolem grozy. Przynosiło się w niej do domu na przykład 10 jajek, z których jedno zawsze (zawsze!) się rozbiło i upaprało połowę zawartości siatki ze sprawunkami.


Zresztą rok wydania tej książki objawiał czytelnikowi taką samą porażająco beznadziejną perspektywę, a może nawet jeszcze gorszą, bo stworzyliśmy Solidarność i nie udało się nam jej utrzymać (wtedy zresztą nie wiedzieliśmy, że symbolem tej straty był stracony złoty róg, wtedy wierzyliśmy, że to “oni” nam tę “naszą Solidarność” przemocą odebrali. Teraz wiemy lepiej.)

***
Hamilton

Wokół piosenki

Emerytowany nauczyciel śpiewu pan H. zwrócił mi uwagę na paradoks. Żyjemy w czasach, gdy piosenka zyskała sobie prawo obywatelstwa, jakiego nie miała nigdy, równocześnie nie było chyba czasów, w których by przeciętny obywatel śpiewał tak mało jak dziś. Śpiewność zbiorowości spadła dziś właściwie do zera, co jest wynikiem nie tyle złego humoru czy złego słuchu, ile raczej tego, że takie obowiązują dziś konwencje i konwenanse obyczajowe. Śpiewa wojsko i śpiewa przedszkole. Śpiew poborowych na dworcach – oto co jeszcze słychać (też rzadkość). Śpiewa stadion. Po meczu ulice przyległe do stadionu rozbrzmiewają śpiewem schrypłym, nieskładnym. Okropność, okropność, jednak lepsze to niż ta cisza. Ale to tylko blisko stadionu. Kilkaset metrów dalej śpiewy coraz cichsze i oto już nie ma, ich, zgasły.

(…)

Śpiewać człowiek nauczył się wcześniej niż mówić. Najpierw zawył z radości, a dopiero potem powiedział, że się cieszy. Dziś radość – towar deficytowy, który trzeba schować głęboko w sobie i pod siebie, pod kocem i pod korcem. Śpiew budzi nieufność. Co mu tak wesoło? pijany? Wariat? Oczy nabite podejrzliwością wstrzeliwują się w nieszczęsnego śpiewaka jak kule karabinowe. Sparaliżowany tym wzrokiem milknie. I tak samo zaczyna patrzeć na innych. Jeśli ktoś zapomni się i coś zanuci, zaraz mu swymi oczkami melodię z ust i z duszy wypłoszy. (…) Śpiew zamiera na ustach spłoszony czymś w rodzaju wstydu. Czuje się jak złodziej schwytany za rękę (…).

Co to? kto śpiewa? Ależ to skandal? Coś, co wyłamuje się z normy. Co jest normą? Statystyczna przeciętność. Wszyscy idą, jeden biegnie – robi nieporządek. Wszyscy jadą, jeden idzie – nieporządek. Wszyscy milczą, jeden mówi – nieporządek. Nikt nie śpiewa, ja śpiewam – nieporządek. Ileś tam lat temu nieporządek robił ten, co nie śpiewał. Dziś jest na odwrót. Tak zmieniają się kryteria. Może by je uporządkować? Jak? Według jakich kryteriów? Kretynie, ułóż kryteria.

(…)

Śpiewność jakiejś zbiorowości można rozpatrywać sensownie tylko w kontekście obowiązującej w danym okresie i w danej populacji obyczajowości. Śpiew jest czynnością społeczną, bo śpiew słychać. Nawet najciszej wymruczaną historię jednak słychać. Kontroler w autobusie, który by gwizdał jakąś melodię. Ależ pasażer pomyślałby, że gwiżdże na niego. Pasażer zniesie wszystko i jeszcze więcej. Ale takiego chamstwa nie. Awantura pewna. Kiedyś śpiew ludzi łączył, dziś rozdziela. Nie chodzi o śpiew z taśmy czy z płyty, ale z gardła. Znajdźcie mi jednak te rozśpiewane gardła, a ja wam znajdę rosnącego na Marszałkowskiej borowika.

A teraz pytanie. Czasy się zmieniły czy miejsce? Minęło ze 40 lat. Nie ma Komuny, ja zresztą mieszkam i tak gdzie indziej czyli, jak wiadomo, w Berlinie. Berlin jest miastem pełnym muzyki. Pod mostami, w przejściach podziemnych, przy wyjściu z metra, ale i po prostu na ulicy całe mnóstwo grajków. Ta muzyka wszędzie mi ostatnio towarzyszy.
Wychodzę z kina, Leon siedzi pod mostem i gra na gitarze.
Pielęgniarz podający instrumenty chirurgowi, który zszywał mi głowę, gwizdał Bacha. I jak gwizdał!
Czekamy na pociąg przesiadkowy ze Szczecina do Berlina. Spóźni się. Mieliśmy tu stać 20 minut, będziemy ponad pół godziny. Młody chłopak zaczyna grać na gitarze i śpiewać. Śpiewa po niemiecku, ale czasem wtrąca jakieś słowa po polsku. Bijemy brawo. Ludzie na peronie z przyzwyczajenia sięgają po portmonetki – ulicznym grajkom się płaci, ale chłopak macha ręką. Nie zarabia śpiewaniem, po prostu śpiewa. To jego piosenka.
Wczesnym rankiem na stacji  metra klasa szkolna z jedną tylko nauczycielką (to dziwne, bo zgodnie z przepisami na taką gromadką powinny być ze trzy osoby dorosłe). Stoją swobodnie, ale wszystkie razem, nie “rozłażą się”, i śpiewają, najpierw jednym głosem, a potem dwoma jakąś wesołą piosenkę o tym, jak ciekawie jest mieszkać w naszej dzielnicy – Tempelhof.  Biję brawo. Jedziemy tym samym metrem. Głos pierwszy wsiada pierwszymi drzwiami, drugi – drugimi. Nie mamy daleko, ale dowiaduję się, że jadą do biblioteki, a potem pójdą do wielkiego parku, z którego czasem uciekają jelenie. Jak kiedyś po raz pierwszy o tym usłyszałam, bardzo się zdziwiłam – bo jeleń to w końcu wielkie zwierzę, ale okazało się że to są daniele (i tak lepiej niż pytony). Wysiadamy. Dzieci idą i śpiewają nauczycielka dyryguje.

Tego samego dnia wieczorem idziemy z przyjaciółmi do restauracji hiszpańskiej. Przy stoliku obok siedzą Irlandczycy i śpiewają. Nie wiem co, ale nie jest to śpiew zawodowy, to jakaś irlandzka Szła dzieweczka…

I tak dalej. Na wszystkich ulicach muzyka umyka w dal, i dalej w dal, wciąż dalej i dalej daniele biegają w dal, daleko w dal…

Jan Zbigniew Słojewski, pisze Wikipedia, (ps. Hamilton) urodził się w roku 1934, zmarł 9 sierpnia 2017 roku. Rok temu.

Nota bene, koledzy i koleżanki dziennikarze – Słojewski pisał felietony ręcznie, w domu lub w redakcji, po czym dyktował je maszynistce. Dyk-to-wał! Gdy o tym czytam, ogarnia mnie zdumienie. Dyktował.

Borowików na głównej ulicy Berlina nie widuję, ale kanie i wielkie pieczarki jak najbardziej, a ostatnio, doprawdy w samym centrum, spotkałam lisa. Chudy był jakiś, ale bardzo chyży…

To ta piosenka: Bei uns im Tempelhof. Stara piosenka, na pewno sprzed 1900 roku. Nie wiadomo, kto ułożył melodię, słowa układa się wciąż nowe, w zależności od okoliczności. Kiedyś pierwsza zwrotka tej piosenki głosiła, że mamy na Tempelhofie kościół kryty strzechą, w której gnieżdżą się myszy, a kolejna, że szkoła jest z gliny i ściany się trzęsą, gdy nauczyciel nas leje.

Von Inseln / O wyspach – Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Isole del arcipelago toscano – die Inseln in der Toskana

Die Italiener in der Toskana lieben ihre Inseln, ihren arcipelago toscano; vielleicht weil sie davon nicht so viele haben. Verglichen mit Griechenland oder Kroatien sind die paar Inseln an der toskanischen Küste wirklich ein Klacks. Die Inseln bedeuten aber irgendwie die Sehnsucht nach Freiheit, Stille, aber auch Flucht, Isolation oder positiv gesehen ein Zufluchtsort… sie stehen für viele für Abgeschiedenheit und reine Natur: Wasser, Vogelwelt, Wald etc… In den siebziger Jahren war es sehr en mode auf eine Insel zu fahren und „natürlich“ zu leben. Doch viele von diesen „natürlichen“ Lebensweisen bringen den Inseln nur den Dreck des Festlandes mit und kopieren die Gewohnheiten, die man anderswo hatte; wie kann man sonst erklären, dass man 20 Meter vom Meer entfernt Schwimmbäder baut?

Zugegeben, ich persönlich bin kein Freund von Inseln, denn sie geben mir ein Gefühl von Enge, von Eingeschlossen-rrrrrre und Unfrei-Sein; das ist wohl verständlich, denn oft kommt man nicht so leicht von einer Insel wieder weg. Das An- und Ablegen dauert immer lange, man wartet auf die letzten Passagiere oder gar Autos (bei den Fähren), dann ist das Meer zu bewegt und man kommt gar nicht weg. Doch man wird für die Unannehmlichkeiten entlohnt: es sind hauptsächlich Italiener, besonders auf den kleineren Inseln, die dahin reisen, die ausländischen Touristen belassen es bei Elba oder Giglio. Das Wasser ist auch immer sehr sauber, sauberer als am Festland. Dafür sind die Einkaufsmöglichkeiten immer begrenzt und die Preise höher.

Neulich bei einem Ausflug auf die private, ja wirklich private, Insel Giannutri, hat mich ein junger Italiener gefragt, wie viele toskanische Inseln ich denn kennen würde. Ich kannte fünf vom Hörensagen; gewesen bin ich nur auf dreien. Er klärte mich auf, dass es ganz viele gäbe: sieben große, da musste ich schmunzeln, und dazu noch Formiche di Grosseto (formiche bedeutet Ameisen) und nicht zu vergessen Cerboli und Palmaiola (davon hat doch niemand je gehört). Er würde auf alle Inseln fahren und sie besichtigen wollen und zählte auf: Capraia, Elba, Pianosa, Isola Montecristo, Gorgona, Isola del Giglio, Giannutri. Ohne stolzer Besitzer einer Yacht zu sein, ist die Unternehmung auch schwierig; für manche Inseln muss man sich auch anmelden und Genehmigungen einholen, zu vielen gibt es keine feste Verbindung. Doch er ist auch jung genug und kann sich seinen Traum von den Inseln noch erfüllen.

Wenn man von Monte Argentario aus (das auch eine fast Insel ist, durch zwei Landzungen mit dem Festland verbunden) ins Landesinnere fährt und die ersten Städtchen in höheren Lagen erreicht, ist der Ausblick atemberaubend. Man steht vor grünen und gelblichen Hügeln und dahinter erstreckt sich der Horizont mit Meer gefüllt und auch mit kleinen und größeren Inseln und Buchten. Fragt man allerdings die Einheimischen nach ihren Isole, beginnen sie zu streiten: ist das jetzt Giglio oder schon Montecristo oder gar Elba, nein das ist eher Giannutri, die sind doch alle zu klein, das sind doch die Formiche… etc. Niemand weiß es genau, alle haben ihre Theorien dazu.

Landschaft und Natur auf den Inseln sind erstaunlich ähnlich; meistens sind sie mit der mehr oder weniger dichten mediterranen macchia bewachsen, manche, vor allem größere Insel haben auch alte Steineichen oder verschiedene Kastanienarten, auch gibt es manchmal Pinienwälder. Es ragen hier und da Felsen in verschiedenen Ockerfarben auf; natürlich sind ihre Formen unterschiedlich, es gibt oft Grotten und kleine Buchten, selten Sandstrände, öfters muss man von einem Felsen aus ins Wasser springen. Schön ist dabei, etwas zu tauchen, allerdings immer öfters ist die Unterwasserwelt abgestorben und nicht so farbenprächtig wie man sie sich vorstellt, doch ab und zu kriegt man Fischschwärme zu sehen oder einzelne größere Fische. Ich habe auch gehört, dass früh im Sommer oder gar Frühjahr die Unterwasserwelt bunter und interessanter ist, oft sieht man Seeigel und Seeanemonen, auch Seegurken; Manchmal begleiten Delphine das Schiff, immer mehrere zusammen, sie springen wellenartig am Schiffsrumpf entlang. Natürlich kann man von den Inseln die Weite des Horizonts bewundern, und die Sonnen Auf- und Untergänge sind beachtlich.

Mit einigen Inseln verbinden mich Erinnerungen, die immer wieder hochkommen, wenn ich nach Italien fahre. Als Teenager las ich sehr fasziniert das Buch „Der Graf von Monte Christo“ von Alexandre Dumas; es war ein Buch aus der Bibliothek meiner Oma, die in Warschau eine private Leihbibliothek geführt hatte, die dann in fünfziger Jahren verstaatlicht wurde. Einige Bücher aus der Bibliothek sind mir geblieben, darunter eben „Der Graf von Monte Christo“. Das Buch faszinierte nicht nur mich, sondern fast meine halbe Klasse, so haben wir die Seiten vorsichtig herausgetrennt und jeder las einzelne Seite und gab sie dann weiter. Damals schon wollte ich unbedingt die Insel Montecristo sehen, wo ein Teil der Handlung spielte. Da geht es um das große Geheimnis von Faria, der vom Schatz des Grafengeschlechtes Spada auf der Insel Montecristo weiß; der Graf soll ihn da vergraben haben. Dantés sollte in Folge der Erbe des Grafen Spada werden, er entflieht aus dem Gefängnis, findet den Schatz und kehrt nach Frankreich und Paris als reicher Mann zurück und legt sich eine neue Identität als Graf von Monte Christo zu… es folgen weitere sehr komplizierte und interessante Episoden. Das Buch wurde zum großen Erfolg in meiner Klasse und in der Literaturgeschichte. Ich verbinde immer die Insel mit der Lektüre des Romans. Übrigens die Insel ist unbewohnt und schwer zugänglich.

Die Insel Elba ist mir in Erinnerung geblieben, weil wir mit unserem kleinen Sohn einmal im Oktober auf die Insel fuhren, nachdem er eine Blinddarmoperation über sich ergehen lassen musste. Auf der Insel hat er dann schwimmen gelernt und sich vollständig von der Operation erholt. Natürlich haben wir nebenbei Napoleons Wohnsitz Villa San Martino besichtigt (alle Wege auf Elbe führen dahin)… Elba ist eine der größten Inseln, sie hat auch wunderschöne kleine Sandstrände in den zahlreichen Buchten.

Die Insel Giglio, die nach der Blume Lilie genannt wird, müsste eigentlich voll von diesen Blumen sein, doch ich habe keine einzige gesehen; man müsste vielleicht im Frühjahr kommen. Ich verbinde die Insel mit einem ausgedehnten Urlaub und das Jahr darauf mit einem Schiffsunglück. Gerade von unserem Haus auf der Insel konnte man die vorbeifahrenden, erleuchteten riesigen Kreuzfahrtschiffe sehen und fast die Leute darauf erkennen, so nah kamen die Schiffe an die Felsen der Insel, bis… bis eben das Unglück passierte. Die berühmte Costa Concordia, die auf einem Felsen an der Insel Giglio aufsetzte und kippte, so dass sie Wasser aufnahm. Das Unglück kostete 32 Todesopfer, zog einen langen Prozess gegen den Kapitän Francesco Schettino nach sich und die lange Bergung des Wracks von der Insel. Es diente jahrelang als Gesprächsstoff mit den Italienern, was denn genau mit dem Kapitän passiert ist und wer jetzt das Wrack abholen soll und wie hoch die Kosten seien. Es wurde ausführlich in den Zeitungen darüber berichtet. Zu meinem Erstaunen verhalf das Unglück eher der Insel zu ihrem touristischen Boom, die Leute kamen extra, um sich das Wrack anzusehen.

Die letzte Insel, die ich persönlich besuchte, ist die Insel Giannutri; eine relativ kleine Insel (die Ausdehnung reicht an die 3 Km). Eine Insel, die sich in Privatbesitz befindet und angeblich zum Naturreservat erklärt wurde. Wie da die unzähligen Ausflügler mit ihren Booten und die kleinen Ferienanlagen, wie Bienenwaben an den Hängen, zu erklären sind, bleibt mir ein Rätsel. Sie hat eben alles, was so eine Insel haben soll, und noch eine achtbare Ruine einer römischen Villa (mit einem Hafen, römischen Straße etc…) dazu. Allerdings existiert auf der Insel (außerhalb der Saison) überhaupt keine Infrastruktur, kein Café, kein Laden; man sollte darauf vorbereitet sein.

Noch eine weitere Insel aus dem Archipel kenne ich zwar nicht persönlich, aber aus dem Buch von Francesca Melandri „Über Meereshöhe“. Lange wusste ich nicht, um welche Insel es in dem Buch geht. Doch dann erzählte mir jemand, dass auf der Insel Pianosa ein Gefängnis existiert, in dem früher Viele ihre Strafen abbüßten. Es muss sich also um die Insel in ihrem Buch handeln.

Am schönsten sehen für mich die Inseln vom Boot und aus der Ferne aus; meistens mit einem Leuchtturm bestückt, erheben sich majestätisch über das Meer und locken immer wieder Menschen an.

Von Inseln / O wyspach – Männerblick

Auf Amrum
(Augenzeugenbericht)

Anfang August alarmierten anfliegende Austernfischer* Amrumer Areal.
Amrumbewohner, aber auch Amerikatouristen, achteten angespannt auf
außergewöhnlichen Aufruhr am Abendhimmel.
„Ach!“ – ächtzte ängstliche Apothekenangestellte Annabell Aalglatt – „Austernfischer
am Abend! Abscheulich! Alle abschießen!!“
Aber allgemeiner Aufstand anständiger Anwohner animierte Austernfischerliebhaber,
arge Agitation abzulehnen.
Auch angriffslustige arabische Allahanhänger ahnten allmählich – Attacke abblasen!
Auf abendrotgetünchten Austernbänken aßen Austernfischer ausgezeichnete
Amrumaustern.

VIII 06
* 1 793 Aexemplare

Amrum – Möwe und Krähe

Amrum – Kormorane

oko gwiazdy otwiera kalejdoskop nocy
na ekranie granatowego nieba
odbija sie ocean
błyski migoty olśnienia

Amrum – Morgenflut

Amrum – Ebbe am Abbend

fraszka na kota (morskiego)

nie ma już kota na statku (a marynarzy – niewielu),
sam stoi kapitan na mostku i mruczą komputery.

w kambuzie kucharz-automat piecze ciasto w sekund 15…
leniwie na grzbiecie fali sunie dziób, czasami mewa wrzaśnie…
……………………………………………………………………………
……………………………………………………………………………
nie czekaj na fraszki morał, bo go wcale nie będzie,
delfiny lądują w garnku, a śpiewają – łabędzie.

 

PS von der Administratorin:

Frauenblick morgen…

Die Musiker und die 20 Jahre

Ewa Maria Slaska

Zwanzig und nicht die Zwanzigern! Die Musiker und die 20 Jahre. Eine Bestandsaufnahme aus der Filmindustrie der letzten Jahre und meinem eigenem Leben, aufgeschrieben 20 Jahre nachdem ich in Berlin zwei unbekannte Musiker traf, die in der Wohnung meines Sohnes wohnen sollten. Der Sohn war weg. Ich traf die zwei junge Kanadier auf der U-Bahn, brachte ihnen die Wohnungsschlüssel und führte sie in die kleinen Geheimnisse ein, die jede Wohnung verbirgt. Die beiden waren sehr blass und sehr schlank, oder eigentlich dünn. Sie hatten unglaublich viel Gepäck – das erste mal sah ich damals jemanden, der zwei Rücksäcke trug – einen riesigen auf den Rücken und einen nicht zu kleinen vorne auf der Brust. Handtaschen und Plastiktüten ergänzten den Eindruck, zwei solche vor sich zu haben, die nach Berlin für immer kamen, alles mitbrachten, was sie Mal hatten (viele Musikinstrumente), dass sie sich in Berlin nur der Kunst widmen werden und, na ja, nie zu etwas bringen werden. Sie sahen so aus, wie so viele andere, die mit demselben Ziel nach Berlin kamen und nie zu etwas brachten. Der Trend, der jetzt das ganze Stadtleben prägt, hat gerade angefangen, aber man sah schon genug von denen, um zu wissen…
Wir verabschiedeten uns damit, dass sie ab morgen im Klub Berlin Tokyo spielen werden und ich sei eingeladen. Den Klub kannte ich, er befand sich in einem langem dunklem Hof in der Mitte, direkt neben den anderen Hof, wo sich das Literaturbüro befand, in dem ich damals arbeitete. Relativ oft ging ich ins Kino neben dem Klub. Immer wenn ich dabei den Klubeingang sah, dachte ich, ich soll Mal da reinschauen und sehen, wie es den beiden geht, es kam aber nie dazu. Ein paar Jahre später fragte mich mein Sohn, ob ich mich an die beiden erinnere, ich bejahte, er erzählte, sie machen jetzt Kariere. Wir belassen es dabei.

Erfolgreiche Geschichte nach 20 Jahren.

Gestern zeigte er mir im TIP eine Filmbesprechung: Biopic Shut up and play the piano über Chilly Gonzales. Das ist er, sagte er. Wer? Der Kanadier von damals. Und sie?, fragte ich. Weisst du es nicht? Gonzales und Peaches.
Berlin, schon vereint, im Osten ramponiert, billig, faszinierend. Die Stadt arm aber sexy, noch keine Hipsters, es kommen alle, denken an die große Kariere und versagen, die beiden aber nicht. Elektro-Sound, Spiel mit sexuellen Identitäten, Clubs überall, Chilly Gonzales und Peaches. Und ein Film.

Der kommt heute ins Kino.

Überall im Kino gibt es jetzt Filme über die Musiker. Ich dachte, es begann mit Sugar man, der Sohn wusste (natürlich) besser – Walking the line über Johnny Cash… Klar, ja, aber trotzdem bleibe ich bei der Reihe, die ich gestern angesammelt hatte, der Film über Gonzales eingeschlossen. Dokus, Biopics, Fiction, egal. Die Musiker und die 20 Jahre, auch wenn 20 etwas symbolisch oder gar biblisch ist. Zwanzig Jahre. Noch unsere Zeiten, aber schon Geschichte, schon vergessen.

Gundermann von Andreas Dresen, 20 Jahre nach dem Tod des noch jungen Musikers gedreht. Ein Musiker der zu einem gewissen Ruhm in der DDR gebracht hatte und von dem im Westen kaum jemand kaum was weisst.

Sugar man, ein Film von Sixto Rodriguez, ein Musiker der mit dem Album Cold fact in den Staaten so gefeiert wurde wie Bob Dylan. Und danach als Bauarbeiter in vollkommener Vergessenheit lebt, bis Anfang der Zehnerjahre Malik Bendjelloul ein Film über ihn drehte.
Niko, 1988 alias die Mondgöttin alias Christa Päffgen, die Muse von Andy Warhol – auch hier sind die symbolischen 20 Jahre in der Tat 40. Muse? Göttin? Quatch. Fragen sie auf der Strasse. Niemand weisst was…

Das sind alles wahre Musiker gewesen. Es gibt aber auch Features darüber. Ein Chancon für dich mit Isabelle Huppert und Kévin Azais – eine Geschichte einer Sängerin und ihr coming back nach Jahren… Ein Drama.
Juliet, naked, ein Film nach der Buch Vorlage von Nick Hornby über einen Rockmusiker (gespielt von Ethan Hawke), der vor 20 Jahren plötzlich von der Oberfläche verschwand und erst gerade jetzt auftaucht. Eine Komödie oder, wie man es jetzt sagt, eine romantische Komödie über Liebe und Patchwork-Families.

Den Film habe ich gerade gestern gesehen und schon bei der Vorführung dachte ich über all die anderen Filme nach. Ein wahrer Trend, oder? All diese verschwundene, vergessene, unbekannte Musiker…

Es war eine Pressevorführung dh früh. Die sind immer ziemlich früh, diese Pressevorführungen. Um 13 Uhr gehe aus dem Kino Filmkunst 66 und gehe unter die S-Bahn-Brücke. Jemand spielt Gitarre. Ich gehe zu dem Musiker. Er heisst Leo. Ich frage, ob ich ihn fotografieren darf. Ich erkläre, worüber ich schreiben werde und dass er mit seiner Gitarre einen Abschluss meines Beitrags bilden wird.

OK, sagt er. Kannst schreiben. Ich spiele seit 22 Jahren Gitarre…

Verdammte 20 Jahre.

In Juliet, naked sitzt ein Unidozent mit seiner neuer Arbeitskollegin in der Kantine. Sie sagt, sie glaubt an Kunst, daran, dass die Kunst den Menschen heilt. Er schaut auf die Leute an den Tischen und sagt: die hier… die lassen sich nicht heilen, auch wenn Bob Dylan hier käme und für sie spielte, würden sie den Kopf nicht von ihrem Sudoku heben…

Ich weiss es doch. Ein weltberühmter Geiger spielte letztens unter einer Brücke (In Paris? Ich weiss es nicht). Seine Geige war ein Stradivarius. Er sammelte vielleicht 2 Euro…

Leo

Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 – Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…

Barataria 83 O! Transmogryfikacjo!

Ewa Maria Slaska

O!

Nieznużony baratarysta Mietek Węglewicz przysłał mi ostatnio dwa nagrania radiowe Babci i wnuczka czyli nocy cudów. Olsztyńskie z roku 1961 i ogólnopolskie w reżyserii Janusza Kukuły z Ireną Kwiatkowską w roli babci. Niezrównane!

Główną bohaterką tej dwuaktówki jest babcia, zwariowana na punkcie cudów. Jej sterroryzowany przez nią wnuczek, jego dziewczyna i koledzy postanawiają wyleczyć babcię. Opowiadają jej o cudach w leśniczówce na Mazurach (być może jest to w ogóle leśniczówka Pranie, bo babcia zabiera ze sobą między innymi wyżymarkę). Podobno ukazuje się tam dzik z głową Batorego! Do spisku dołączają dwaj magicy, cwaniacy z Targówka – Adamus i Rączka. O północy wprawiają babci piątą klepkę i dolewają oleju do głowy. Akcja sztuczki przepleciona jest lirycznymi wstawkami, funkcjonującymi potem jako odrębne wiersze, np. “Powiedz mi, jak mnie kochasz”.

Mietek Węglewicz znalazł dwa słuchowiska.

1/
Słuchowisko archiwalne Radia Olsztyn z 1961 roku

Występują: Marta Sobolewska, Jerzy Glapa, Marta Szczepaniak, Roland Głowacki, Jerzy Żółkiew, Włodzimierz Bednarski
Realizacja: Anna Kochanowska.

2/

Słuchowisko Teatru Polskiego Radia, nagranie z roku 1993

Reżyseria i adaptacja:
Janusz Kukuła
Muzyka:
Jan Oleszkowicz
Obsada:
Irena Kwiatkowska – Babcia
Artur Barciś – Wnuczek
W pozostałych rolach:
Edyta Jungowska, Piotr Bajor, Jerzy Bończak, Ryszard Dreger, Andrzej Fedorowicz, Roman Kłosowski i Piotr Pręgowski.

Słuchowiska z Ireną Kwiatkowską nie udało mi się znaleźć w wersji ogólnodostępnej. Mogę zaproponować Czytelnikom, żeby weszli na stronę słuchowiska.pl, zarejestrowali się i wpisali do wyszukiwarki tytuł Babcia i wnuczek. Pojawią się linki do obu słuchowisk, czynne dla osób zarejestrowanych.

Słuchowiska zdecydowanie się różnią, ale w obu w I akcie pojawiają się wspomniani już panowie Rączka i Adamus, twierdząc, że są baronami Apokalipsy. Pukają do drzwi…

Babcia: Apokalipsy! (otwiera)
Rączka i Adamus (wchodzą)
Rączka: (Z ręką podniesioną do góry, mówi jak prorok): O, baratario! O, transmogryfikacjo, która holendrujesz natomiast! Czeluść otwarta. Słońce w znaku Wodnika. Zorobabel krąży na wysokościach. (krzyczy) A wy co? Zamiast mistyki turystyka? Już dwa tysiące razy mówiłem wam: – O, biada, biada! Nadciąga noc. Wrona kracze. Latarnie się przewracają. Kalendarze i zegary pożarł Lewiatan i nie wiecie dnia ani godziny! O, baratario!
Babcia (zachwycona): O, haratario! Może pan spocznie? (podsuwa Rączce krzesło) Będzie panu łatwiej przemawiać na siedząco.
Rączka: (siada)
Wnuczek: Babciu, my się spóźnimy.
Katarzyna: Naturalnie, proszę panią, musimy się pośpieszyć.
Adamus: A dokąd to śpieszysz się, szalona czeladko?
Babcia: Ci państwo mówią, że cud stał się w leśniczówce.
Adamus: Teraz nie ma żadnego cudu w leśniczówce. Teraz jest cud na Łysej Górze.

A! O! I oraz jeszcze:

Rączka: To my to odwołujemy. Myśmy się pomylili. (podnosi rękę i powtarza swoją prorocka kwestię) O, baratario! O, transmogryfikacjo, która holendrujesz natomiast! Czeluść otwarta. Słońce w znaku Wodnika Zorobabel krąży na wysokościach.
Babcia: A, skoro tak, to jedziemy. (gasi światło; wychodzi; po chwili słychać żałosne smykanie)
Pies: A o mnie to zupełnie zapomnieli.
(K U R T Y N A !!)

O, baratario! O, transmogryfikacjo! O, moi kochani. Nie myślcie, że Gałczyński sobie tę transmogryfikację stworzył, że to neolgizm! O, bynajmniej, jak piszą autorzy groszowych powieści. Transmogryfikacja to magiczna zdolność do zmiany kształtu lub formy. Moc. Jedna z tych, co ma być z nimi, z nami, z wami. May be force be with you. To zdanie kultowe. Można nim wyrazić wszystko, zmieniając na przykład pisownię (Mai the 4th be with U). Ostatnio widziałam na ulicy siatkę (nie szła sama, niosła ją jakaś ręka) z inną słynną parafrazą: May be fork be with you. Użytkownicy tej mocy mogą przekształcać się w obiekty martwe (i odwrotnie). Na przykład w widelec.

Ciekawe, że póki nie dostałam słuchowiska, dopóty nie mogłam nijak znaleźć w sieci tekstu tej dwuaktówki Gałczyńskiego. A jak przyszło słuchowisko, to o! Eureka! Jest! (Pamiętacie jeszcze?: ciało zanurzone w wodzie traci na wadze tyle, ile waży woda wypchnięta przez to ciało! O! ten facet był geniuszem, no tak, to taka sobie uwaga bez sensu na marginesie)…

I teraz, jak już jest to słuchowsko, to nagle znajduję nie tylko cały tekst farsy, ale jeszcze, w Dużym formacie z 7 czerwca 2006 roku konkurs literacki Probierczyka na nową wersję tej inwokacji wędrownych cudotwórców, Adamusa i Rączki… (O! pamiętacie te konkursy? Były zawsze obok dawnej cudnej Jolki). Bardzo często wygrywał w nich Stefan Parnasista Nowak z Tych. I wygrywał 400 złotych. Teraz też…

O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Ty, która na oślep połyskujesz miejscami, zanim się nie obrócisz znów na drugą stronę! Kawerno wypełniona murszem wobec zgnilizny przesłanek!

Uwielbiam patrzeć wskroś Ciebie na koalescencję deszczu, na maserację błyskawic, na konfluencję strug. Rozmyślam ci ja wtedy o uczuć deterioracji, o głupoty preponderacji, o nieszczęść wszelkich prefiguracji, o serca krakelurze. A Ty? A Ona? A Jej ostensywna subrepcja dezertyfikująca Jej związek z młodym trasantem? A przecie trata, którą ciągnął, mogła się, gdyby przeszli z dysforii w euforię, okazać koneksją nie do pogardzenia. Czyliż nie mogła stać się konwergencją Jej astralności z Jego besserwisseryzmem? A wszakże to Ona była cesjonariuszem, czemu więc nie przetestowała Go organoleptycznie?

Ona? Barataria czy Transmogryfikacja?

Geschichter Berlins

Polnische Gräber in Berlin
historische Stadtführung

16. September 2018, 15-19 Uhr
Treffpunkt Cafe Strauss um 15 Uhr
am Eingang des Friedrichswerderschen Friedhofs
Bergmannstr. 42
10961 Berlin–Kreuzberg

In Berlin gibt es 270 Friedhöfe, darunter ca. 30 sog. historische, die man also als Kulturdenkmal betrachtet und wiederum auch ca. 30, die, wie der Friedhof wo Prof. Brückner begraben liegt, aufgelöst werden. Wie man auf diesen Friedhöfen die polnische Gräber sucht, wie man sie identifiziert, obwohl die dort begrabenen manchmal deutschen Namen tragen und Polen sind, manchmal aber polnische Namen haben und die Familien ihre polnische Abstammung abstreiten. Welche Schicksale erzählen uns die Gräber, über die Menschen, aber auch über die Deutsch-Polnischen Beziehungen. Dies und mehr erzählt uns Ewa Maria Slaska bei unserem Spaziergang in den historischen Friedhöfen auf der Bergamnnstrasse iun Kreuzberg.

Abschliessend gehen wir Kaffee trinken und leckere Kuchen Essen im Café Strauss auf dem Friedrichwerderschen Friedhof.

Ewa Maria Slaska organisierte vor ein paar Jahren eine erfolgreiche Aktion zur Rettung des Grabes von Professor Aleksander Brückner (1856-1939) auf dem Tempelhofer Parkfriedhof in Berlin und seit 2011 organisiert sie immer am Tag der Allerheiligen die Treffen der Polonia und Sympathisanten bei dem Grab diesen berühmten Wissenschaftlers, Sprachhistorikers und Linguist, der an der Berliner Universität das Slawistik Institut gegründet und 44 Jahre geleitet hat.

Professor Brückner ist in einer deutschen Familie in Ukraina geboren, die im 18. Jahrhundert nach Polen ausgewandert ist. Obwohl die Familie den deutschen Namen beibehielt, hat sie sich gänzlich polonisiert und der junge Wissenschaftler der aus Russischpolen nach Breslau und danach na Berlin ausgewandert ist verstand sich als Pole in Deutschland. Man hat ihn in diesem Blog schon zig Mal getroffen.

Reblog: Straż pożarna

Radosław Wiśniewski

[Rzecz o Ochotniczej Straży Pożarnej i urzędniku o policzkach jak jabłuszka]

Swego czasu, w co trudno mi teraz uwierzyć, byłem obiecującym urzędnikiem mianowanym R.P. i nawet przez jakiś okres w swoim życiu uwierzyłem, że nie pracuję tylko dla pieniędzy. Początki były trudne. Na przykład w 2003 roku trafiłem do pracy w Biurze Integracji Europejskiej w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu. Czasy były niespokojne, nowa administracja samorządowa układała się z rządową w terenie, troche współpracując trochę rywalizując o kolejne komptenecje. Jedną ze śmiesznostek tamtego okresu było na przykład Biuro Kontaktów Zagranicznych Wojewody tak jakby Wojewoda miał prowadzić swoją politykę zagraniczną. Trochę po prawdzie prowadził. I myśmy z Integracji Europejskiej, jako nieliczni urzędnicy znający języki tę politykę wspierali. Chociaż nie to było naszym głównym zajęciem. Głównie to mieliśmy prowadzić kampanię przed referendum akcesyjnym, które miało sprawdzić czy suweren (nikt wtedy tak nie mówił, ale o to chodziło), chce wstąpić do Unii Europejskiej. Naród się spierał, a u nas się mówiło, że w zasadzie nie mamy agitować, ale informować, wspierać samorządy, docierać do środowisk i takie tam. W praktyce wyglądało to bardzo różnie, a i tak do dzisiaj uważam, że najwięcej załatwił Jan Paweł II jednym bon motem „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej” po którym nawet Roman Giertych, wówczas przypomnę opiekun Młodzieży Wszechpolskiej lekko się zapowietrzył i wykrztusił z siebie, że nie zgadza się z papieżem. Z papieżem i to Polakiem-Papieżem. No wtedy było wiadomo, że Giertych może pomału się pakować do domu. No, w każdy razie tak się wówczas wydawało. To było 15 lat temu.

Przed wystąpieniem Papieża w sprawie wstąpienia bywało jednak bardzo różnie. Posyłani byliśmy przez naszych przełożonych jako owce między wilki, na wsie, do miasteczek i nie zawsze bywało miło czy zgoła bezpiecznie. Był to czas, przypomnę, kiedy to Marian Zagórny wpadł z chłopakami do urzędu ze świnią na postronku i nie niepokojony przez policję czy inne służby biegał z lagą w ręku po korytarzach jak chciał, aż wpadł do gabinetu Wojewody, gdzie świnia się zesrała ze strachu. Bo świnie, jak pewnie mało kto wie, to są bardzo wrażliwe zwierzęta i większość ma słabe serce i są emocjonalne. Pewnego razu wezwała mnie szefowa biura, którą bardzo szanowałem i szanuję do dzisiaj pamięć o niej i powiedziała:

– Panie Radku proszę sobie zmienić marynarkę na mniej elegancką, zdjąć krawat – tak, tak kilka tygodni chodziłem do pracy w krawacie i nawet polubiłem garnitur jak swoją drugą skórę – tutaj ma Pan materiały i ma Pan jakieś dwie godziny, żeby się przygotować…

Zamilkła i spojrzeniem wskazała stos papierów, teczek, plików, na oko jakieś trzy do pięciu kilogramów. Zaczekała, aż się oswoję i kontynuowała:

– Wicewojewoda ma dzisiaj spotkanie z komendantami ochotniczych Straży Pożarnych, więc wykorzystamy ten fakt i postawimy tam Pana, żeby Pan powiedział kilka zdań, odpowiedział na pytania, a tutaj ma Pan materiały o strażach pożarnych w całej Europie. Może okażą się Panu pomocne, gdyby były jakieś szczegółowe pytania.

Skinąłem głową, zgarnąłem stos papierów i udałem się do swojego pokoju. Zdjąłem posłusznie krawat i wyjąłem z szafy taką gorszą, sztruksową marynarkę. Rzuciłem papiery na biurko i zacząłem je kartkować w rosnącym poczuciu bezsilności. Niewiele z nich rozumiałem. Zagadnienie straży pożarnych w Unii Europejskiej wydało mi się czymś w rodzaju wielkiej, nieoświetlonej jaskini, której rozmiarów nie byłem w stanie się domyślić i brnąłem przez nią jedynie swoją myślą, potykając się co chwila, pragnąć dotrzeć do jakiejś ściany, znaleźć jakiś punkt oparcia. Daremne nadzieje, próżny trud. Im więcej wiedziałem, tym większy chaos panował w mojej głowie, tym więcej paniki się w nią wkradało. Zadzwonił telefon z dołu, że samochód już jest i żeby się zbierać bo Wicewojewoda w zasadzie czeka na młodszego referenta.

Jechaliśmy szparko, Wicewojewoda z PSL, któremu podlegały OSP nie odzywał się wiele, popatrywał na mnie jak nerwowo przerzucam papiery na rozłożone na kolanie. Raz tylko mruknął po jakichś czterdziestu minutach jazdy:
– No, szybciej Panie Tomku, spóźnimy się a ja muszę otworzyć to zebranie, druhowie nie lubią jak władza się spóźnia

Akurat ja tam wolałem, żeby Pan Tomek jechał jak najwolniej, chociaż z drugiej strony byłem świadomy, że potrzeba było nie minut, nie godzin, ale dni lektury, żeby ułożyć sobie jakiekolwiek wystąpienie przekonujące dla soli ziemi w tureckich sweterkach w serek i romby. Byłem bez szans. Dotarło to do mnie tuż przed miejscowością w której miało odbyć się spotkanie. Nie ważne co wiem, a czego nie wiem. Zginę. Więc lepiej po prostu przyjąć los z pogodą ducha, być może to pozwoli jakoś opanować salę.

Myliłem się.

Wicewojewoda wpadł na salę na piętrze zabytkowego, chociaż zrujnowanego pałacu stojącego nieco z boku głównej drogi, ściskając po drodze dziesiątki grubych jak bochny, spracowanych dłoni. Wlokłem się za nim jak cień człowieka. Dzień był pochmurny, na sali nie zapalono światła, był półmrok, długie stoły ustawione w podkowę a przy nich nie mniej niż stu, może stu kilkudziesięciu druhów. Twarze wydawały mi się w tym świetle ciemnoszare. Wicewojewoda nie mówił długo.
No, niebawem druhowie pogadamy sobie o naszych sprawach – zaczął kończyć, ledwie zaczął – ale zanim to nastąpi, pozwólcie, że kilka słów o Unii Europejskiej, nadchodzącym referendum i o wszystkim co się z tym wiąże powie Wam kilka słów mój młodszy kolega z Biura Integracji Europejskiej… no, ekhm to ja już przekazuję mikrofon i zostawiam Was sam na sam…
Podał mi bezprzewodowy mikrofon i wyszedł zamykając za sobą przezornie drzwi. Chyba udało mi się zacząć bez rytualnego chuchnięcia w kratkę mikrofonu, ale wiedziony instynktem mówiłem patrząc w blat względnie na swoją rękę, którą położyłem na teczce pełnej papierów. Nie patrzeć wściekłem zwierzęciu w oczy. A tutaj było wielogłowe zwierzę, które na mnie patrzyło, było tego pewien a im bardziej błądziłem, nie wiedząc co w zasadzie miałbym powiedzieć szefom Ochotniczych Straży Pożarnych z całego województwa, ani tego co oni by chcieli ode mnie usłyszeć – tym bardziej rosła jego wściekłość, na razie milcząca. Szybko jednak wielogłowe zwierzę wydało z siebie pierwsze warknięcie, ciche, ale słyszalne:

– Nie no co on pierdoli…
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– Nie, no kurwa, weź, co mi tutaj będzie…

Podniosłem wzrok, żeby zorientować się ewentualnie komu zaproponować zadanie pytania, opanować rodzącą się złość i skanalizować, ale tym samym przerwałem niezbyt przygotowany speech i dałem bestii oddech. Nie zdążyłem już nic powiedzieć, bo natychmiast z drugiego końca sali ktoś warknął głośniej:
– No i co, pierdu, pierdu, zatkało kakao..?!
– No mówiłem ci, szczeka, jak go nauczyli a nie ma nic do powiedzenia
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– No przecież skończył, te, powiedz mi kurwa jak ja mam gasić, jak mam na jednostce motopompę a nie mam jednostki transportowej, co? Co mi to Unia da?
– Daj spokój, przecież paniczyk po studiach nie wie nawet co to motopompa
– Pokażesz mu to zapyta czy to kombajn zbożowy
Tutaj wielogłowa bestia gruchnęła śmiechem tubalnym i donośnym, który zagłuszył narastający rwetes, kiedy kolejni druhowie wykrzykiwali swój ból, podczas gdy inni uciszali tych wykrzykujących, że dajcie spokój, co sobie o nas pomyślą, dajmy przykład kultury i jak Pan do nas przyjechał, niech mówi dalej, ale z kolei tamci dorzucali, że już niech mówili i spierdala skąd przyjechał, za swoje biurko, póki mu nikt nie przyjebał, bo ja zaraz nie wytrzymam, Unia chujnia, a na jednostkę transportową do motopompy od lat proszę i kurwa nie ma i nie ma.

Wyłączyłem mikrofon, bo to chyba nie miało już większego sensu, zapanował kompletny chaos, a chociażbym chciał, nie miałem już z kim rozmawiać i modliłem się tylko, żeby wrócił Wicewojewoda z PSL. Zamiast niego wstał milczący do tej pory Komendant OSP z Męcinki Dolnej. Jasne oczy kontrastowały z szarą, powleczoną lekkim zarostem twarzą, szarym swetrem spod którego wystawał postawiony kołnierzyk koloru écru, chociaż nie odważyłbym się go tak nazwać przy druhach. Oparł się pięściami o blat stołu, pochylił lekko do przodu i pomimo tego, że nie był wysoki, wydawał się ogromnieć z każdą chwilą, bowiem wzbierało w nim coś, co przerastało wszystko, całą te glątwę drgającą wokół niego. Wyrzucił przed siebie lewą rękę jakby chciał coś złapać, jakby właśnie się wspinał po stromej ścianie i chciał za wszelką cenę lewą, mięsistą dłonią znaleźć oparcie i zawołał. Nie krzyknął, ale z głębi swojego ducha zawołał głosem niskim, acz przenikliwy, tak że rozwibrowało się całe powietrze wokół niego:

– Druuuuhooooowieee!

Tamci wrzeszczący, gestykulujący, próbujący wstać zza stołu, widocznie po to żeby mi przyjebać przed powrotem za biurko zastygli tak jak ich zastało wołanie Komendanta z Męcinki Dolnej. A ten widząc, że opanował ich gestem i głosem proroka nabrał powietrza i powtórzył jeszcze raz:
– Druuuhowie! – powiódł wzrokiem, czy go słuchają – Uciszcie się! Nie wypada tak, nawet jeżeli się nie zgadzacie, nie kłóćmy się, druhowie… Przecież tutaj chodzi – znowu spauzował, żeby to, co miał do powiedzenia wybrzmiało dobitniej – tutaj chodzi o p o l s k ą r a c j ę s t a n u!!!!

Zapadła cisza, w której niczym sygnał na trąbce amerykańskiej kawalerii zabrzmiał dźwięk zamka i poruszyła się klamka. Wracał Wicewojewoda, uśmiechnięty, niczego nie świadom, podszedł i nie wiedząc co czyni przejął ode mnie mikrofon.

– No to widzę że już sobie porozmawialiście z moim młodszym kolegą, także ten, no powiem tyle, że ja jestem za wejściem do Unii, bo wprawdzie w każdym kraju unijnym straż pożarna jest inaczej zorganizowana i niby to dla nas nic tu specjalnie nowego nie wyniknie, ale wiecie druhowie, tak po gospodarsku wam powiem jak to jest, jak gminy będą bogatsze, bo część pieniędzy na oczyszczalnię, czy przepompownię dostaniemy z Unii, no to wiadomo, że łatwiej będzie znaleźć środki na nową motopompę czy jednostkę transportową dla niej, prawda. No.

Wicewojewoda mówił jeszcze kilka chwil, prosto, po gospodarsku. Wyszedłem zapalić papierosa. Drżały mi trochę ręce. Zrozumiałem błąd i ślepy zaułek w jaki niechcący wpuściła mnie szefowa zarzucając mnie kilogramami zbędnego papieru. Ale już nic nie dało się zrobić. Miałem z tej lekcji skorzystać za to kilka razy w przyszłości.

Nie wiem do dzisiaj jakie miał poglądy polityczne, geopolityczne Komendant OSP z Męcinki, ba, nie wiem czy Komendant OSP z Męcinki Dolnej jeszcze żyje (nazwa miejscowości została zmieniona), czy temu drugiemu gmina kupiła jednostkę transportową. Ale kiedy słucham jak wysoki urzędnik RP o policzkach jak jabłuszka po raz kolejny opowiada drydymały o tym, że Unia jest wspólnotą wyimaginowaną, chętnie poleciłbym mu, żeby się spotkał z Komendantem OSP z Męcinki Dolnej, bez ochrony, bez świadków, bez żony, kolegów partyjnych i bez marynarki. Może Komendant OSP z Męcinki Dolnej wyjaśniłby mu raz na zawsze, dobitnie na czym polega polska racja stanu, bo chyba ten urzędnik o policzkach jak jabłuszka kompletnie nie wie co to jest, a jeżeli wie to jej nie rozumie. Ale jest jeszcze czas, gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, Panie Komendancie.

Bild könnte enthalten: Himmel und im Freien

#PlicaPolonica

#PlicaPolonica

Koniecznie przyjdźmy… Raz może to stulecie, które nam już nosem wychodzi, pokazane zostanie inaczej…

Taki hasztag wpisała Anna Krenz na Facebooku, pokazując tę oto grafikę:

Co mówi Piłsudski? Co tam prawi? Dowiecie się na wernisażu wystawy “Niepodległa Polska” – wernisaż 14.09.2018 w Klubie Polskich Nieudaczników, Berlin.

#PlicaPolonica

Anna Krenz, jak sama twierdzi, sama podąża i bawi się formą komiksową 3D. Nadal.

Ela Woźniewska, napisała mi tylko, że będzie i żebym przyszła.

Piotr Mariusz Urbaniak informuje: oto moja praca, która zostanie pokazana na wystawie 100 NIEPODLEGŁA POLSKA 🇵🇱, w Klubie Polskich Nieudaczników/ Club der Polnischen Versager, w Berlinie.

To mój pierwszy obraz, który namalowałem w Berlinie Zachodnim, późną jesienią roku 1983, na krótko po opuszczeniu mojej Ojczyzny, na emigrację w Niemczech Zachodnich.
Tytuł tego historycznego dla mnie obrazu: JASNA GÓRA, 1983, 80x100cm, olej, blejtram…

(Uwaga prace, które były tu pokazane były linkiem do strony internetowej Nieudaczników i w międzyczasie zostały z tej strony wyparte przez sprawy nowe, nowsze i najnowsze – a zatem obrazów nie ma! przepraszam)