Peru 2

Joanna Trümner

Nazca

Nigdy przedtem nie słyszałam o Marii Reiche, podobnie jak nigdy nie przeczytałam i nie przeczytam żadnej książki Ericha von Dänikena, dla którego linie Nazca były miejscem lądowania przybyszy z kosmosu. A szkoda, bo nazwisko Reiche jest jednym z pierwszych nazwisk, o którym słyszą dzieci w peruwiańskich szkołach. Urodzona w Dreźnie w 1903 roku Maria Reiche przyjechała do Peru w roku 1932, po ukończeniu studiów  matematycznych. Na początku pobytu pracowała jako opiekunka do dzieci niemieckiego konsula w Cusco, następnie wyjechała do Limy i utrzymywała się z różnych dorywczych prac – jako nauczycielka języka i tłumaczka. Spotkanie w roku 1940 amerykańskiego naukowca, Paula Kosoka, który prowadził obserwacje niedawno odkrytych na płaskowyżu Nazca linii i figur, zmieniło jej życie. Geoglify, stworzone przez kulturę Nazca pomiędzy 800 a 200 lat przed Chrystusem, stały się jej obsesją. Po rozstaniu z Kosokiem, od 1946 r. Maria zamieszkała w małym pokoiku na skraju płaskowyżu i poświęcała każdą chwilę na analizie figur. Finansowo wspierała ją mieszkająca w Niemczech siostra, lekarka. Dochody z publikacji książki Mystery on the Desert badaczka przeznaczyła w dużej mierze na opłacanie strażników i uniemożliwienie rozdeptania geoglifów. Dzięki uporowi Marii Reiche płaskowyż został wpisany na światową listę zabytków ludzkości (1994). 40 lat na pustyni, suchy skwar w ciągu dnia, przenikliwe zimno w nocy, przemierzanie ogromnych przestrzeni, amputacja palca po ukąszeniu przez owada, wózek inwalidzki, samotność – wszystko to nie zniechęciło jej do dalszej pracy.

W wieku 52 lat przymocowana do skrzydeł helikoptera Maria Reiche zrobiła zdjęcia geoglifów, a następnie zadbała o to, żeby świat się o nich dowiedział. Z czasem linie (widoczne tylko z powietrza) stały się prawdziwym magnesem dla turystów z całego świata. Ludność miejscowa, która latami nazywała Marię „wariatką z pustyni”, z szacunkiem zaczęla nazywać ją „damą z pustyni”. Zmarła w wieku 95 lat w niewielkim domu na skraju płaskowyżu, w którym spędziła ostatnich 25 lat życia. Dzisiaj znajduje się tu małe, ale bardzo interesujące muzeum. Oglądając skromne warunki, w jakich żyła, zastanawiam się, gdzie świat byłby dzisiaj bez takich ludzi jak ona i nie mogę doczekać się lotu nad liniami.

Danielle zamówiła nam przedostatni lot o 17.30. Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu okolicy. Nasz pierwszy przystanek to cmentarz Chauchilla, na którym od trzeciego do dziewiątego wieku naszej ery ludzie kultury Nazca chowali swoich zmarłych. „Tyle jest jeszcze do odkrycia w tym państwie”, myślę, przypatrując się mumiom, które dzięki pustynnemu klimatowi i dużej ilości przynoszonej z wiatrem z Pacyfiku soli, zachowały się w niemal idelanym stanie. Na terenie peruwiańskiej pustyni znajduje się wiele podobnych, nie zbadanych jeszcze przez naukowców miejsc. Przed rokiem odkryto na pustyni mumie, o których do dzisiaj chodzą pogłoski, że są to mumie stworzeń bez ludzkiego DNA. Kolejna teoria zwolenników „kosmitów” interesuje mnie mniej niż fakt, że i tutaj wszystkie wartościowe rzeczy w grobach zostały rozkradzione.

W niewielkim muzeum widzę mumię kilkumiesięcznego dziecka, które prawdopodobnie było ludzką ofiarą złożoną bogom. Podobnie jak dziesiątki pięknych, młodych dziewczyn z Domu Wybranych Kobiet w Pachacamac. Danielle uspakaja nas, że ludzkie ofiary były składane bogom bardzo rzadko i że rodziny, których członkowie od wczesnego dzieciństwa przeznaczeni byli na śmierć dla udobruchania Boga Słońca, Deszczu, Urodzaju, Gór i dziesiątków innych bogów, czuły się wyróżnione.

Po cmentarzu kolej na zbudowane około 1.500 lat temu przez kulturę Nazca i zaopatrujące do dzisiaj okolicę w wodę akwedukty Cantalloc. Jest to około dwudziestu ujęć wody, do których prowadzą spiralne rampy. Bez problemu można zejść na głębokość około dziesięciu metrów i napić się krystalicznie czystej wody spływającej z gór. Akwedukty są połączone między sobą podziemnymi korytarzami. Raz do roku odbywa się ich czyszczenie – dwie lub trzy osoby niewielkiego wzrostu przechodzą cały odcinek korytem rzeki pod ziemią i oczyszczają je z gałęzi i kamieni. Ceremonia czyszczenia akweduktów połączona jest z wielką, kilkudniową fiestą dla mieszkańców okolicznych wiosek.

Obiad jemy na własną rękę, z przerażeniem widzę jak pulchna i śmiejąca się od ucha do ucha kelnerka podaje nam olbrzymi talerz z przekąskami. Po zjedzeniu go nie jesteśmy już głodni, można byłoby zapłacić, wstać od stołu i odejść, a tu czeka nas jeszcze drugie danie, wielki talerz z Aji de Gallina (pikantne danie z kurczaka) i ciasto cytrynowe na deser. W uszach brzmi mi przestroga Danielle „Tylko nie jedzcie zbyt dużo na obiad”. Widząc nasze zwątpienie na widok ilości zamówionej przez nas kalorii roześmiana kelnerka komentuje: „W Peru porcje są zawsze takie duże”. Jest tak pełna uroku i rozbrajająca, że śmieję się razem z nią. W godzinę później siedzimy na najmniejszym i najpełniejszym lotnisku świata, na którym liczne linie lotnicze (doliczyłam się dziewięciu) oferują lot nad liniami Nazca. Na odgłos startujących samolotów robi mi się niedobrze. Nigdy w życiu nie leciałam z tak pełnym żołądkiem. Chodzę tam i z powrotem wśród tłumu ludzi w nadziei, że to potworne uczucie przejedzenia jakimś cudem samo przejdzie. Nie wiem jakim cudem udaje nam się przetrwać lot bez incydentów. Może zawdzięczamy to temu, że to, co widzimy za oknem helikoptera jest niesamowicie piękne. Rozpoznajemy każdą z figur: kolibra, pająka, małpę, fregatę i szamana (uważanego przez wielu zwolenników teorii science-fiction za astronautę).

Z powietrza nie zdaję sobie sprawy z ich długości (figury mają od 50 do 300 metrów). Podobnie jak nie zdaję sobie sprawy z tego, że znajdują się na powierzchni 750 kilometrów kwadratowych (50 km długości i 15 km szerokości). Słońce stoi już bardzo nisko (tak blisko równika wstaje przez cały rok, latem i zimią punktualnie o szóstej rano i zachodzi o szóstej wieczorem), dzięki czemu mamy piękną widoczność.

Przed hotelem żegnamy się z Danielle, jutro czeka nas długa podróż samochodem z kierowcą do Arequipy. Ostatnią rzeczą, o której myślę przed zaśnięciem jest jedzenie.

Cdn.

Książki i dynie…

Ewa Maria Slaska

Jesień. Jak co roku nazbierały się dynie na balkonie.

Jesienią tak jest. Jabłka, śliwki, gruszki, orzechy, dynie. W tym roku do zbiorów dołączyły książki. Przez nikogo nie wytypowana, nie licząc, ale myśląc, dlaczego – wybrałam siedem książek. Na FB pokazuje się okładki bez komentarza, ja jednak co nieco skomentuję…

Mogłam wziąć więcej – na zaprzyjaźnionym festynie ulicznym w Szczecinie – było całe stoisko pełne naprawdę niezłych książek. Wzięłam tylko kilka i to starannie wybierając. Postaram się opisać kryteria, bo niekiedy mój wybór mnie samą zdziwił.

1.

Marta Tomaszewska, Zamach na wyspę. Książka z roku 1973, wydanie Naszej Księgarni z roku 1986. Niech nas  to jednak nie myli. To książka z lat 70, wszystko w niej jest z tamtych czasów – jak długie włosy chłopców, za których wychodziłyśmy za mąż. Długie włosy, wąsik, koszule z szerokim kołnierzem, garnitury z krempliny, ale też nasze długie spódnice i loki…

Przygodowa książka dla chłopców. Dalekie morza, łodzie żaglowe, wyspy. Takie wtedy miały być te przygody. Wzięłam z myślą o wnuku, ale nie sądzę, by chciał ją czytać, tak jak żaden chłopak nie wziął by dziś po naszych mężach ich garniturów z krempliny. Nawet ja, choć lubię wyspy i przygody, a poza tym z przyzwyczajenia jeśli zaczęłam czytać książkę, to czytam ją do końca – zatem, powtarzam, nawet ja nie przebrnęłam poza 50 stronę…

Książkę dostał w nagrodę za stopnie i sprawowanie niejaki Tomek Bożek, uczeń szkoły podstawowej w Swobnicy. Nie wiadomo z której klasy. Nie wiem też, gdzie leży Swobnica, ale to akurat łatwo sprawdzić. Fajna wioska. Ma zamek Joannitów. To jeden z najcenniejszych zabytków Pomorza Zachodniego. Wybudowany w 1377 roku na półwyspie jeziora Grodziskiego – około 50 km na południe od Szczecina. Na przestrzeni wieków przebudowywany, trafił w końcu w ręce prywatne na początku lat 90. Dziś ponownie jest własnością gminy Banie, która walczy o jego odbudowę.

Nienacki to by wokół tego zamku zbudował przygodę, ale chłopakowi ze Swobnicy dają wydumaną historyjkę Tomaszewskiej, której akcja rozgrywa się w Polinezji.

2.

Jerzy Wittlin, Przedstawiamy humor polski. Pory roku. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1974. Okładka to całe polskie lata 70. Właściwie kwintesencja. Rogatywka i pawie pióro, ale jakoś krzywo i na bakier. Nazwisko autora antologii jest właściwie znakiem firmowym dobrej roboty literackiej tamtych czasów. Jeszcze wszyscy znali polski, jeszcze nikt nie “ubierał butów” ani sukienek, a układ typograficzny serii zrobił Jan Bokiwicz, świetny grafik z tamtych czasów. Poznałam go 12 lat później – mieszkałam już w Berlinie. A przez te 12 lat zachciało nam się dwukrotnie wolności, raz ją zdobyliśmy, raz utraciliśmy i wciąż jeszcze nikt nie “ubierał płaszczy”, co najwyżej ubierano nas w różne sprawy, najczęściej a może zawsze polityczne… Polska miała rosnąć w siłę, a ludziom miało się żyć dostatniej. Mieliśmy pomóc. Mieliśmy zostać drugą Japonią. Mieliśmy czapkę z piór.  Jeszcze jej wicher nie poniósł…

Wittlin wybrał utwory 48 autorów. Otwieram książkę na chybił trafił. Wybieram jednego. Boy. Krakowski jubileusz.

Magnificus się podnosi:
(Przypadkowo ginekolog)
I znów z innej beczki głosi
Lapidarny swój nekrolog.

Myśli wątku nie rozprasza,
Ale skupia w treść ogólną:
«Panie… ten… ojczyzna nasza…
Jest nam wszystkim… matką wspólną…

No, tym się przecież dzisiaj zajmują ginekolodzy – ojczyzną.

3.

Alistair MacLean, Santoryn.
Książka potwornie brzydko wydana w roku 1990 w Spółce Wydawniczej ORBITA. Do tego jeszcze właściciel potraktował ją paskudnie, książka jest poplamiona, nadżarta czymś brunatnym, wytarta, nadpleśniała. W oryginale wydana w roku 1986 – ostatnia powieść autora, którego w latach 70 i 80 wszyscy w Polsce czytali, podobnie jak Raymonda Chandlera, możliwe więc, że wszystkim nam mieszają się powieści obu pisarzy. Nie było, a może i do dzisiaj nie ma polskiego autora (niech mi Joe Alex, Bonda i Krajewski wybaczą), który mógłby się równać z tymi dwoma. Santorynu nie czytałam, ale byłam na wyspie Santorini.

4.

Lernt mit uns. Podręcznik do klasy I Liceum Ogólnokształcącego i Liceum Ekonomicznego. Nie zostało to napisane, ale jest to podręcznik do nauki niemieckiego. Na okładce kwintesencja NRD. Wydawnictwa szkolne i pedagogiczne 1974. Wydanie  jedenaste. Ilustracje – Gwidon Miklaszewski. Mój Boże, zapomniałam w ogóle, że istniał, a przecież był czas, że co druga książka wydawana była z jego charakterystycznymi, łatwymi do rozpoznania ludzikami. Wer ist Lehrer? Herr Ebert ist Lehrer. Przeskakuję ze sto stron. Was macht der Lehrer? (die Übung, der Schüler). Er liest die Übung des Schülers.

Notatki ucznia koło ćwiczeń świadczą o tym, że pan Lehrer słabo się starał (albo uczeń się nie przykładał): in der szule… albo was yst der…

Książka jest najpaskudniejsza z paskudnych. Zresztą w ogóle niemiecki był paskudny i my z klasy łacińskiej czyli A nigdy do końca nie zrozumieliśmy, co skłoniło tych z D do wyboru niemieckiego. Wiem, wiem, nie musicie mi mówić, sama wiem… 11 lat później mieszkałam już w Berlinie. Książka jest symbolem mojej klęski, mojej niemożności utrzymania w życiu konksekwentnej linii życiowej. Nie lubię niemieckiego – nie jadę do Niemiec.

Nota bene, teraz lubię niemiecki.

W książkę wetknięte kolorowe zdjęcie uczniów z lat 70. Nasze zdjęcie. Wszyscy przecież dzisiaj wyglądamy tak samo. To wtedy jedne z nas były brzydkie, inne ładne i ładnie ubrane. Dziś zdjęcie z lat 70 wykonane  papierze Fujicolor, ale mimo to martwo szaro-bure, udowadnia, że wszyscy byliśmy tacy sami. Jest też kawałek kliszy filmowej, z enerdowskiej firmy ORWO, z pięcioma czarno-białymi zdjęciami: ktoś leży na brzuchu, podnosi głowę znad książki, patrzy w obiektyw; ktoś wiosłuje dwoma wiosłami; dom jednorodzinny otoczony płotem, za płotem dwa drzewa; dwie kobiety siedzą blisko siebie; ściana bloku mieszkalnego – widać tylko górne piętra na tle nieba.

Na zdjęciu z tyłu ktoś napisał:
to snor – chrapać (powinno być snore)
a pod spodem
I’ve got to stop think about that
I feel the earth move under my feet

Piosenka jest z roku 1971, ale widocznie właściciel książki dostał krążek po roku 1974.

Zanim odłożę książkę znajduję gdzieś jeszcze słowo Fernseher – telewizor zapisane: Fernzijer…

Patrzę jeszcze na cenę. Wydawca wycenił książkę na 330 złotych, ale potem ktoś dopisał piórem cenę 4000 zł. Czyli co – cztery bańki? Ile to była bańka, sto? tysiąc? milion? Nie wiem…

5.

Henning Mankell, Piramida, wab 2011

To zupełnie inna kategoria. To po prostu Mankell, którego czytam jeszcze chętniej niż kiedyś czytaliśmy Chandlera. Na pewno nie ja jedna, bo całą serie Mankella w roku 2011 wab wydał w ramach lektur na wakacje Polityki.

6.

Elżbieta Szemplińska-Sobolewska, Kochankowie z Warszawy / Śmierć Bazylego. Wydawnictwo Literackie 1985. To dwie powieści z 1939 roku, pierwszą wydano w Roju, drugą w Dzienniku Powszechnym.

Szemplińska-Sobolewska jest bardzo nowoczesna. Emancypowana kobieta. Lubię ją, choć czytałam tylko jedną jej książkę i choć nie pamiętam tytułu (wiem, mogę sprawdzić, ale mi się nie chce), jej treść pamiętam znakomicie – jest to historia dwóch sióstr, z których jedna, samotna, niepokorna, niezależna ma kota, a druga potulna i podporządkowana – psa. Lubię tę pisarkę, mimo iż (a może właśnie dlatego), że okrzyczano ją jako zakamieniałą komunistkę. Pewnie była.

Na okładce fragment obrazu Wacława Borowskiego, Jabłko i kotara.

7.

J. Marchlewski (oczywiście Julian, ale na okładce jest J.), Listy do St. Żeromskiego i Wł. Orkana, Wydawnictwo Literackie 1953.

A… ta książka to zupełnie inna historia. Zupełnie inna. Marchlewski żył w Niemczech, w latach 1903-1904 prowadził w Monachium wydawnictwo, mające na celu propagowanie nowej literatury europejskiej, w tym przede wszystkim polskiej i rosyjskiej na świecie. Sam był tłumaczem tej propagowanej przez siebie literatury.  Tak, oczywiście, również komunistycznej. W roku 1903 Marchlewski wydał 29 tytułów, w roku następnym 19. Jednocześnie jest czołowym wspśłpracownikiem Czerwonego sztandaru. W książce jest pełna lista wydanych przez Marchlewskiego pozycji z literatury światowej – Bunin, Dygasiński, Gorki, Przerwa-Tetmajer, Przybyszewski, Żeromski, Wilde…

Ale Marchlewski to nie tylko sztandarowy komunista i nie tylko wydawca. Jest on również ojcem Zosi (Sonji), która jako druga żona Heinricha Vogelera mieszkała po I wojnie światowej w kolonii artystów w Worpswede, a to miejsce, czas i grupa artystyczna, która nas obie z siostrą nadzwyczaj zajmuje.
Heinrich Vogeler, Portret Sonji, 1922
Urodziła się w roku 1898 (była rówieśniczką moich różnych dziadków i babek), zmarła w Warszawie w roku 1983. Pochowano ją na Cmentarzu Powązkowskim.

Polska Wikipedia pisze:

Urodziła się ze związku Juliana Marchlewskiego i Bronisławy z domu Gutman (córka Henryka-Hirsza Gutmana (Бронислава Генриховна Гутман). Od 1921 do 1932 działała w Komunistycznej Partii Niemiec. Była tłumaczką w Kominternie. Po wyjeździe do ZSRR pracowała w moskiewskim Instytucie Marksa-Engelsa-Lenina, Komitecie Centralnym Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), w Sowinformbiuro, oraz do 1950 pracowała w Związku Pisarzy ZSRR. W 1957 powróciła do Polski, gdzie poświęciła czas na pisaniu wspomnień o swoim ojcu. Opublikowała dwie książki, pisała felietony i recenzowała artykuły i inne publikacje na temat Juliana Marchlewskiego. Była członkiem PZPR.

Straszny życiorys. A i tak nie podaje wszystkiego. Bo do Moskwy Zofia wyjechała z mężem, który tego ideologicznego porywu nie przeżył. A Zofia przeżyła.

Tę historię znajdzie się dopiero w krótkiej notatce o Vogelerze.

Johann Heinrich Vogeler (1872-1942) – niemiecki malarz, pisarz, myśliciel (utopista, pacyfista) i komunista.

Po zdobyciu władzy przez Adolfa Hitlera wyjechał do ZSRR. Działał w otoczeniu niemieckich komunistów, zgrupowanych wokół Wilhelma Piecka. W okresie wielkiej czystki został oszczędzony, podobno przez wzgląd na fakt, iż jego teściem był Julian Marchlewski (był mężem Zofii Marchlewskiej).

W 1941 po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej został ewakuowany do Kazachstanu, gdzie pracował przy budowie tamy i zmarł z wycieńczenia.


Siedem książek, dwie do czytania, pozostałe jako świadectwo historii, historii mojego życia i historii moich zainteresowań.

Siedem książek, cztery dynie i jedna cukinia…

Barataria 85 Wyspy Kokosowe

Lech Milewski

Kokosowa Barataria

Jako akompaniament do lektury proponuję Dotyk Raju…

Wyspy Kokosowe zostały odkryte w 1609 roku przez angielskiego kapitana Williama Keelinga podczas handlowej podróży z Wysp Banda do Anglii. Wyspy Banda są obecnie częścią Indonezji, lecz w XVII wieku należały do Holandii i słynęły z bardzo tanich przypraw, kilkadziesiąt razy tańsze niż na wyspie Jawa.

Ponad 200 lat później, w 1814 roku, wyspy odwiedził szkocki kapitan John Clunies-Ross. Zatknął na nich angielską flagę i postanowił wrócić tu z rodziną na dłuższy pobyt.
To samo przyszło do głowy angielskiemu kupcowi Aleksandrowi Hare.
Aleksander Hare początkowo pracował dla portugalskiej firmy handlowej. Podczas krótkiej dominacji Anglii na terenie dzisiejszej Indonezji Aleksander Hare nabył od sułtana Banjarmasin spory kawał lądu i założył tam niezależne państwo Maluka. Jego głównym zajęciem był handel niewolnikami. Holendrzy nazywali jego państwo De Bandjermasinsche Afschuwelijkheid – Koszmar Banjarmasin. Gdy Holendrzy odzyskali wpływy w Indonezji Aleksander Hare wraz ze swoim 40-osobowym haremem i świtą przeniósł się początkowo do Batawii (obecnie Dżakarta), następnie do Południowej Afryki i wreszcie osiadł na Wyspach Kokosowych.

Dwa lata później, zgodnie z planem, na wyspy wrócił John Clunies-Ross z rodziną i ośmiu marynarzami. Między osadnikami wybuchł ostry konflikt. Pracownice haremu zaczęły porzucać swego pryncypała i łączyć się z marynarzami Johna Clunies-Rossa. Zdeprymowany tym Aleksander Hare opuścił wyspy i przeniósł się na emeryturę na zachodniej Sumatrze.

John Clunies-Ross, za namową byłych pracownic haremu, sprowadził na wyspę kilkudziesięciu Malajów, których zatrudnił przy produkcji kopry (suszony miąższ orzechów kokosowych). Jako zapłatę otrzymywali Cocos rupee (kokosowe rupie), monety bite przez Johna Clunies-Ross, które można było wykorzystać jedynie w sklepie będącym własnością ich pracodawcy.

W 1836 roku wyspy odwiedził statek Beagle z Karolem Darwinem na pokładzie.

W roku 1857 wyspy zostały zaanektowane przez Wielką Brytanię, rodzina Clunies-Ross mianowano wiecznymi zarządcami wyspy.

9 listopada 1914 roku u brzegów wysp rozegrała się jedna z pierwszych bitw morskich I Wojny Światowej. Niemiecki krążownik SMS Emden opanował tamtejszą stację telegraficzną. Stacja zdążyła jednak wysłać depeszę z wezwaniem o pomoc. Australijski krążownik HMAS Sydney stoczył wygraną bitwę morską. Od tego czasu niemieckie statki nie pojawiały się już na Oceanie Indyjskim.

Podczas II Wojny Światowej stacja telegraficzna na Wyspach Kokosowych była istotnym ogniwem w sieci komunikacyjnej armii brytyjskiej. Na wyspach stacjonowała jednostka brytyjskiej artylerii. Na początku maja 1942 roku w jednostce wybuchł bunt, 15 buntowników (pochodzenia cejlońskiego) chciało opanować stację telegraficzną. Bunt stłumiono, siedmiu uczestników skazano na śmierć. Ostatecznie wyrok wykonano na trzech buntownikach. Był to jedyny przypadek egzekucji zbuntowanych żołnierzy w brytyjskiej armii podczas II Wojny Światowej.

John Clunies-Ross

W 1955 roku Wielka Brytania przekazała wyspy Australii.
Australia wyznaczyła własną administrację wysp i przymusowo wykupiła je od rodziny Clunies-Ross (to była już piąta generacja władców wyspy) za $6,250,000. Jednocześnie zabroniono rodzinie Clunies-Ross działalności gospodarczej na wyspach. W rezultacie rodzina przeprowadziła się do Australii chociaż jej ostatni potomek – John Clunies-Ross (Ross VI) – niedawno powrócił do utraconego królewstwa.

Wyspy Kokosowe (Keeling) – nazwisko odkrywcy dodano aby uniknąć pomieszania z Wyspą Kokosową u wybrzeży Kostaryki lub Wyspami Kokosowymi (Mjanmar).

Wysp jest 27 z tym, że trzy znikają pod wodą podczas przypływów a tylko dwie są zamieszkałe.
Home Island, Pulu Helma, ma powierzchnię 95 hektarów i około 500 mieszkańców, głównie pochodzenia malajskiego.
West Island, Pulu Pajang, ma powierzchnię 6.25 km2 i około 120 mieszkańców, głównie pochodzenia europejskiego. Tu znajduje się lotnisko, sklep i instalacje telekomunikacyjne armii australijskiej.

Elektryczność – na West Island są dwa generatory, na Home Island – jeden.

Woda – deszczowa lub odsalana metodą odwróconej osmozy.

Na wyspy można dolecieć Virgin Airlines. We wtorek lot z Perth z międzylądowaniem na Wyspach Bożego Narodzenia (Perth – Christmas Islands – Cocos Islands – Perth). W soboty lot w odwrotnym kierunku
W piątki na wyspy przylatuje samolot transportowy. W tym też dniu otwarty jest lokalny sklep i stacja benzynowa.

Na wyspach jest ośrodek zdrowia zatrudniający jednego doktora i posterunek policji – trzech policjantów.

Najwyższy, dotąd nienazwany, szczyt wysp wznosi się 5 (pięć) metrów ponad poziom morza.

Flaga wysp – palma kokosowa a obok niej Krzyż Południa i sierp księżyca. Wszystko na zielonym tle…

Cocos Islands

To powinno rozwiać wszelkie wątpliwości – to jest terytorium islamskie.

Muzułmanie to prawie wyłącznie mieszkańcy pochodzenia malajskiego. Są to sunnici, ich współżycie z pozostałymi mieszkańcami wysp układa się bezkonfliktowo.

W zeszłym roku ci właśnie mieszkańcy zwrócili się do rządu Australii o uznanie ich za rodowitych (indigenous) mieszkańców wysp. Jest to status podobny do tego jaki posiadają australijscy Aborygeni z tym że “kokosowi Malajowie” nie roszczą żadnych pretensji w stosunku do rządu Australii, chcą tylko aby pozwolono im zachować ich stare tradycje, na przykład, aby pozwolono polować na ptaka sula, który jest pod ochroną.

Delegacja rodowitych mieszkańców odwiedziła Canberrę, aby przedyskutować sprawę z federalnymi politykami. Uzyskali poparcie senatorki aborygeńskiego pochodzenia. Do swojej delegacji włączyli wspomnianego wyżej Johna Clunies-Rossa.

Więcej TUTAJ.

Innym przykładem możliwości współistnienia pozornie przeciwnych sobie gatunków jest tamtejsze pole golfowe. Otóż graniczy ono z terenem lotniska, który nie jest ogrodzony i gracze ciągna wózki po pasie startowym. Przyczyna jest prosta – żadna z wysp nie jest na tyle duża żeby pomieścić i lotnisko i pole golfowe. Proszę sprawdzić z pozycji pilota – KLIK.
Gracze znają rozkład lotów zresztą kilka minut przed przylotem lub odlotem na pasie startowym pojawia się samochód, który odgania spacerujące tam kury i prosi golfistów żeby się nieco posunęli.

Wygląda to TAK – na tablicy informacja: …żadne umiejętności nie wymagane, gramy poprzez międzynarodowy pas startowy...

Osobom, które zaczęły już planować wylot na Cocos Islands polecam tę stronę – KLIK.

Źródła:

Wikipedia – KLIK

Mgła

Tak mi się powoli w komputerowych kątach zbiera jesień. I to nie ta piękna, złota, radosna, ale od razu całą gębą – mglista.

Mietek Węglewicz podrzucił zdjęcie jeziora, potem znalazłam w internecie rzeźbę dziwnego człowieka we mgle. Teraz wydaje mi się, że wcale tu nie ma żadnej mgły, ale nie bądźmy drobiazgowi. Z jakiegoś względu zapisałam sobie to zdjęcie jako: “dziwny człowiek we mgle”.

Zainspirowana tym pięknym zdjęciem Mietka, może z Mazur, może z Ciechanowa,  postanawiam poszukać innych mgieł. Podejrzewam, że zarówno Wichrowe wzgórza jak Tajemniczy ogród muszą być pełne opisów mgieł. Ale choć rzeczywiście wrzosowiska w Tajemniczym ogrodzie często spowija mgła, w książce nie ma żadnego jej opisu. Z kolei Wichrowe wzgórza w ogóle nie dają się ściągnąć jako tekst. Zastanawiam się, czy jest strona internetowa “mgła w literaturze”, bo myślę, że musi być, ale nagle przypominam sobie, że “mgła, brzoza i samolot”, i odechciewa mi się szukania w sieci. Wolę poszukać w głowie. Może Moby Dick. Może Tajemnicza wyspa. Na morzu zawsze jest mgła, myślę, i przypomina mi się niezwykły opis w jednej z książek ojca. Fascynowały go trudno dostępne lodowate krajobrazy, a jednym z takich zauroczeń była wyspa Jan Mayen.

Północ to ogromny akwen, napisał Ojciec. Jest tam wiele miejsc, gdzie dałoby się dotrzeć, i równie wiele dróg. Ale ja, prawdę powiedziawszy, cel takiej wyprawy miałem upatrzony już od dawna. Podczas rejsów na trawlerach rybackich wiele czasu spędziłem, studiując mapy morskie Północnego Atlantyku. Zafascynowała mnie samotna norweska wyspa w połowie drogi między Islandią a Spitsbergenem – Jan Mayen. Frapowała izolacją geograficzną i tajemniczością, tym bardziej, że poza suchą wzmianką w locji, nie znalazłem o niej żadnych informacji. 

(…) W maju 1965 roku nareszcie ruszyli na Północ. Najpierw było spokojnie, potem wiały wiatry i były sztormy.

Zanim dotarliśmy do Lerwick, największego portu na Szetlandach, musieliśmy jeszcze przejść dogrywkę. Nocą dopadł nas nagły ciężki szkwał, a potem otoczył wielki tuman mgły. Mimo to sprawnie weszliśmy do małego kamiennego portu.
Zaskoczyła nas cisza. To było pierwsze wrażenie w zetknięciu z Północą. Jedynym ruchem w niezwykle spokojnym miasteczku było… nasze własne wewnętrzne kołysanie. Ląd pod nogami kołysał się przy każdym kroku bardziej niż morze, przez które szliśmy tyle dni. Minęły godziny, nim nauczyliśmy się normalnie chodzić. (…)  Wędrując cały dzień między wyspami, wydostaliśmy się na otwarty ocean. Zaczynał się najważniejszy etap rejsu: droga na wymarzoną Północ, prosto do Jan Mayen. Ledwie Wyspy Owcze zniknęły za horyzontem, ocean wypadł na nas wschodnim sztormem. Wicher narastał, a my przez cały dzień redukowaliśmy żagle, próbując wytrwale iść kursem na północ. Wiatr wciąż się wzmagał. Zrzuciliśmy resztę żagli i płynęliśmy już tylko na gołym olinowaniu. Jacht ustawiał się bokiem do fali, raz po raz wpadając w głębokie przechyły. (…)

Nie dotarli. Popłynęli do Reyjkjaviku. Do Jan Mayen dotarli innym jachtem w sześć lat później. Był rok 1971. Najpierw musieli się we mgle przebić przez lody, które coraz szczelniej zaciskały się wokół jachtu. Ojciec o tym nie pisze, ale wszyscy na pokładzie wiedzieli, co się stanie, jeśli lody się zacisną całkowicie. Jak ruszasz na polowanie na wielkie zwierzęta, zawsze wiesz, że może się zdarzyć, że to one upolują ciebie.

(…) skoro tylko odsunęliśmy się od Spitsbergenu, lód przestał nas nękać, ale pogoda naprawdę nie była do pozazdroszczenia. Szliśmy na południowy zachód, ku Jan Mayen, tam, dokąd przed laty nie udało nam się dotrzeć „Kismetem”.
Teraz próbowaliśmy znowu, pod pełnym bajdewindem, smagani bryzgami odkosów, niesionych ostrym wiatrem aż do rufy, w szarudze gęstych mgieł, pod ciemnymi nasępionymi chmurami, które nawisły tuż nad topami masztów, w zacinającym deszczu, a nieraz i w gęstym tumanie śnieżnej zamieci. Zwyczajna żegluga praktycznie niewiele się różniła od sztormu, skracało się żagle i dalej było jak co dzień. Mokro i zimno. Przed wilgocią nic nie chroniło, była stale obecna, docierała wszędzie. Przesycała ubrania, koce, żywność. I nigdy nie znikała – zawarta w niej morska sól podtrzymywała ją i utrwalała. To przenikliwe zimno wskazywało wyraźnie, że idziemy co prawda ku południowi, ale w zimnym prądzie, niosącym wodę i lód wprost z Oceanu Arktycznego. A tam, wiadomo, lód płynie szerokim na kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset mil strumieniem, przesuwając się wzdłuż Wschodniej Grenlandii, wokół Farvel, po zachodniej stronie wyspy sięgając dalej w głąb Cieśniny Davisa. Nie widzieliśmy go, ale był niedaleko, tuż za zachodnim horyzontem. I raził nas dojmującym chłodem.
Osobliwym utrudnieniem była nawigacja. Odkąd wydostaliśmy się z lodowego osaczenia na północ od Spitsbergenu, nie mogliśmy dokładnie określić pozycji wyjściowej. Naszym celem była niewielka wyspa. Pomiędzy nią a nami rozciągało się ponad 700 mil otwartego morza. My zaś – niczym żeglarze z dawnych lat – dysponowaliśmy tylko kompasem magnetycznym, logiem burtowym i ołowianą sondą na lince. O pozycji astronomicznej, z powodu warunków atmosferycznych, nie było w ogóle co myśleć. Pozostawała żmudna i mało dokładna nawigacja zliczeniowa. Na szczęście, Lutek był świetnym nawigatorem i wszystkim nam imponował wiedzą, wprawą i skrupulatnością. W miarę upływu dni, z rosnącym napięciem obserwowaliśmy go, czekając, aż powie: przed nami ląd.
W końcu któregoś dnia Lutek oznajmił, że według jego zliczenia jesteśmy w pobliżu Jan Mayen. Nie zważając na
przelatujące nad kokpitem bryzgi, wylegliśmy wszyscy na pokład.
Nawet kuk doglądał obiadu, siedząc w zejściówce z głową nad pokładem. Wpatrywaliśmy się w widnokrąg, właściwie nie wiadomo na co licząc, bo mgła była taka, że widać było zaledwie kilka fal przed dziobem. Na moment oderwałem wzrok od morza i spojrzałem w górę. W małej przerwie między chmurami, niemal pionowo nad głową, wysoko ponad masztami, zobaczyłem ośnieżone skały. Byliśmy tuż pod brzegiem! Trafiliśmy na Jan Mayen tak dokładnie, jakby prowadził nas satelita.
Mgła na powitanie podniosła się, a okryty lodem masyw wulkanu osłonił nas od szarpiącego wiatru i uspokoił morze, które już tylko drobną krótką falą wskazywało, że po drugiej stronie wyspy nadal trwa sztorm. 

Otto Müller Einladung / Zaproszenie

Ab 12. Oktober im Hamburger Bahnhof / am 11. Oktober Vernissage

Tekst po polsku: otto-mueller-wstep-pl

Otto Mueller Exhibition – Flyer

Zum Buch, das die Ausstellung begleitet

MALER. MENTOR. MAGIER.

Otto Mueller und sein Netzwerk in Breslau

Beides ist zugleich das Resultat eines deutsch-polnischen Forschungsprojektes. Erstmalig findet der enorme Einfluss des ehemaligen Brücke-Künstlers und Expressionisten Otto Mueller während seiner Lehrtätigkeit in Breslau tiefergehende Berücksichtigung: Dort lehrte der Maler von 1919 bis zu seinem frühen Tod 1930 an der Staatlichen Akademie für Kunst und Kunstgewerbe, die damals zu den fortschrittlichsten Kunstschulen in Europa zählte. Der Schwerpunkt liegt auf der modernen Malerei. Vor allem der charismatische, von Sehnsucht und Freiheitsdrang getriebene Otto Mueller hatte maßgeblichen Einfluss auf die Breslauer Kunstentwicklung. So entstand die Idee, ihn zur zentralen Figur werden zu lassen: An seiner Person und an seinem Werk entlang entfaltet sich das Konzept von Ausstellung und Katalogbuch.

Vor allem seit 1925 – begünstigt durch die zahlreichen Neuberufungen von Professoren durch den amtierenden Direktor Oskar Moll – genoss die Breslauer Akademie den Ruf von Weltoffenheit und Liberalität. Die vielfältigen Strömungen der Moderne standen hier gleichberechtigt nebeneinander: der Expressionismus mit Otto Mueller, die französische Peinture der Académie Matisse mit Oskar Moll, die Neue Sachlichkeit mit Alexander Kanoldt und Carlo Mense sowie das Bauhaus und dessen Umfeld mit Oskar Schlemmer, Georg Muche und Johannes Molzahn.
Otto Mueller und sein Netzwerk: hierzu gehören vor allem seine unmittelbaren Malerkollegen sowie seine Schüler und Schülerinnen – die alle durchweg in Breslau eine schöpferische, höchst produktive Phase erlebten, angeregt durch wechselseitige Inspiration und Austausch. Die Freundschaften zu eigenständigen und kunstsinnigen Frauen spielten im Leben des Breslauer Akademieprofessors eine nicht zu unterschätzende Rolle: An erster Stelle standen Muellers Partnerinnen, allen voran seine erste Ehefrau Maschka Mueller. In sein Netzwerk gehörten aber auch Künstlerinnen und Intellektuelle wie die Bildhauerin und Grafikerin Marg Moll oder die Schriftstellerin Ilse Molzahn. Ersichtlich wird der Austausch und die gegenseitige Beeinflussung der Breslauer Malerprofessoren untereinander durch thematische und motivische Anleihen oder technische Übereinstimmungen der Malmittel: z. B. in der Farbgebung als Medium zur Ausdruckssteigerung, in den sich entwickelnden Tendenzen der Abstraktion oder in der Angleichung der Bildträger. Gemälde, Arbeiten auf Papier, schriftliche Äußerungen oder Fotografien dienen als Querverweise, die in deutsch-polnischer Zusammenarbeit zusammengetragen und ausgewertet wurden – geleitet von folgenden Aspekten:

*
das engmaschige Netz aus Kunst- und Kulturschaffenden im Zeitraum von 1919 bis 1932 mit besonderem Fokus auf der Malerei der Moderne zu durchleuchten, in dem die Wechselbeziehung zwischen den Städten Berlin und Breslau – Breslau und Berlin sichtbar ist

*
den Schaffensdrang und die kreativen Impulse im Umfeld der Breslauer Akademie und ihre spezifische Atmosphäre im Hinblick auf die Malerei der Moderne zu untersuchen und

*
schließlich den Einfluss des Malers und der Lehrpersönlichkeit Otto Mueller herauszustellen.

Unter diesem Blickwinkel entstand ein Ausstellungsparcours entlang der Leitfigur Otto Mueller, der eine persönliche Geschichte in einem lebendigen Breslau der 1920er-Jahre – parallel zur Darstellung der sich dort entfaltenden Kunst – erzählt. Dadurch ist es möglich, für die Besucherinnen und Besucher unterschiedliche Identifikationsmöglichkeiten zu schaffen, für besondere Tendenzen der dortigen künstlerischen Entwicklung zu sensibilisieren und letztlich auch Trends der musealen Sammlungspolitik und Forschung zu berücksichtigen: Neben großen Namen aus dem Netzwerk der klassischen Moderne werden auch weniger bekannte Künstler und Künstlerinnen der Folgegeneration vorgestellt.

Nachhaltigen Eindruck hinterließ der liberale Lehrer Otto Mueller gerade auch bei seinen nicht wenigen Schülerinnen: seine Aktzeichenkurse waren die ersten überhaupt, die auch Studentinnen wie Grete Jahr-Queißer oder Margarete Schultz offen standen. Einige seiner ehemaligen Schüler wie Alexander Camaro oder Horst Strempel gingen später von Breslau aus nach Berlin und erlebten in der unmittelbaren Nachkriegszeit den Höhepunkt ihrer Malerkarrieren.

1932 wurde die Breslauer Akademie geschlossen, ein Jahr später erfolgte die nationalsozialistische Machtergreifung. Diesen Umständen ist es geschuldet, dass diese Maler und Malerinnen die sog. „verschollene Generation“ vertreten: Ihre Karrieren begannen zunächst vielversprechend. Zu Beginn des Faschismus standen sie noch am Anfang ihrer künstlerischen Laufbahn, viele wurden zur Flucht und zu einem Leben im Exil gezwungen, andere überlebten die Verfolgungen und den Holocaust nicht.

Ihnen gemeinsam aber sind ihre künstlerischen Anfänge an der Breslauer Akademie im Allgemeinen und bei Otto Mueller im Besonderen. Vertiefte Recherchen ermöglichten es, Arbeiten und Dokumente zusammenzutragen, die zumindest einen Eindruck des künstlerischen Erbes von Otto Mueller am Beispiel von Breslauer Studierenden demonstrieren – selbstverständlich ohne Anspruch auf Vollständigkeit.

Für die Charakterisierung des Kunst- und Kulturlebens in der niederschlesischen Hauptstadt der 1920er-Jahre spielte die engagierte jüdische Bevölkerung eine tragende Rolle: Breslau besaß zu dieser Zeit neben Berlin und Frankfurt am Main die drittgrößte jüdische Gemeinde im Deutschen Reich.

In Bezug auf Otto Mueller macht ein neuer Ansatz der Forschung deutlich, wie anziehend dieser Maler auf die jüngere Generationjüdischer Künstler und Künstlerinnen in Breslau wirkte: u. a. seine ihm nachgesagte Beschäftigung mit Magie und Mystik verband sich hervorragend mit deren künstlerischen Positionen und zentralen Fragestellungen nach der eigenen Identität.

Eine Besonderheit im kuratorischen Konzept ist das Prinzip des „Gastes“: gemeint sind hiermit ausgewählte Werke, durch die spotlightartig, epochenübergreifend und interkulturell auf Gemeinsamkeiten und Unterschiede verwiesen werden kann. In Deutschland kaum bekannt ist, dass viele Künstler und Künstlerinnen der polnischen Avantgarde beide Sprachen beherrschten: Deutsch und Polnisch, so Stanisław Kubicki, Margarete Kubicka, Jerzy Hulewicz oder Henryk Berlewi. Vor allem das Einbeziehen des polnischen Expressionismus und Neo-Expressionismus ermöglicht einmalige Sehvergleiche und neue Zusammenhänge, zugleich verschränken diese Erscheinungsformen die deutsch-polnische

Ausrichtung des Projekts. Diesen Ansatz begünstigte die intensive Zusammenarbeit zwischen deutschen und polnischen Wissenschaftlerinnen und Wissenschaftlern, die auch grenzübergreifende Perspektiven zuließ.

Unser besonderer Dank gilt Teresa Laudert, Stipendiatin der Camaro Stiftung, für ihre tatkräftige Unterstützung. Wir danken sehr unseren Autorinnen und Autoren. Weiterer Dank gebührt der Übersetzungsleistung durch Simon von Kleist und seinem Team sowie allen, die unser Projekt durch ihr Interesse und mit Anerkennung und Zuversicht begleitet haben.

Wir bedanken uns besonders bei dem Direktor der Nationalgalerie, Staatliche Museen zu Berlin, Udo Kittelmann für die Aufnahme dieser Ausstellung in das Programm des Hamburger Bahnhofs – Museum für Gegenwart – Berlin. Großer Dank gilt dem Direktor des Muzeum Narodowe in Wrocław, Piotr Oszczanowski, der bereit ist, Teile dieser Ausstellung nach Polen zu übernehmen. Herzlich danken wir dem Vorstand der Camaro Stiftung, besonders dem Vorstandsvorsitzenden Theodor Gentner, für das große Vertrauen in unsere Arbeit und die Bereitschaft, unsere Initiative in diesem umfänglichen Projekt zu unterstützen.

Zur praktischen Handhabe dieses Buches sei schließlich noch angemerkt:

Wir bemühen uns um geschlechtergerechte Sprache. Frauen sind in der Kunst- und Kulturgeschichte nach wie vor unterrepräsentiert. Selbstverständlich spielten in den 1920er-Jahren im Breslauer Kunstgeschehen talentierte und einflussreiche Künstlerinnen, Sammlerinnen, weibliche Intellektuelle und Kulturschaffende eine Rolle.

Auf sie hinzuweisen, sie sichtbar zu machen, ist uns ein Anliegen. Der Katalog erscheint in einer deutschen und polnischen Sprachausgabe. Zu betonen ist an dieser Stelle, dass dieses Grundlagenwerk keinen Anspruch auf Geschlossenheit verfolgt, sondern beabsichtigt, Anregungen zu liefern für weitere Forschung. Für die deutsche Sprachausgabe haben wir uns bewusst auf die Verwendung des deutschen Namens Breslau bis 1945 geeinigt. Dafür sind die historischen Fakten geltend zu machen:

Breslau war der wichtigste Wirtschafts- und Kulturmittelpunkt des deutschen Ostens. Erinnert werden soll daran, dass Breslau Hauptstadt der damals deutschen Provinz Niederschlesien war. Mit dieser Tatsache verbunden ist auch die Kontinuität der kulturellen Wechselbeziehung der Städte Berlin – Breslau. 1945 wurden Breslau und Schlesien Polen angeschlossen. Deshalb gebrauchen wir explizit den Städtenamen Wrocław für die Zeit nach dem Zweiten Weltkrieg und verwenden die aktuellen polnischen Namen von Ortschaften, Museen und Institutionen.

Die Herausgeberinnen

Dagmar Schmengler, Agnes Kern und Lidia Głuchowska

Chopin w Berlinie

Do Rodziny w Warszawie
Berlin, we wtorek 16 września 1828 r.

Nadawca: Fryderyk Chopin (Berlin)

Adresat: Wodziński Feliks (Warszawa)

Najukochańsi Rodzice i Siostry moje! W niedzielę około 3-ciej po południu przydyliżansowaliśmy do tego za wielkiego miasta. Z poczty zaprowadzono nas prosto do oberży „Pod Kronprinzem” i tam dotąd stoimy. Dobrze nam tu i wygodnie. Zaraz pierwszego dnia naszego przyjazdu wziął mię pan Jarocki do Lichtensteina; i tam widziałem Humboldta. Lichtenstein oświadczył mi, że mię zapozna z pierwszymi mistrzami mojej sztuki, żałując, żeśmy dniem wprzódy nie przyjechali, bo właśnie tego samego dnia rano jego córka grała z akompaniamentem. Mniejsza o to ostatnie, pomyślałem sobie. Czym zgadł? nie wiem jeszcze, bom jej dotąd nie widział, a tym bardziej nie słyszał. W niedzielę, w dzień naszego przyjazdu, grano Przerwaną ofiarą Wintera. Wizyta pana Lichtensteina nie dozwoliła być na niej. Wczoraj miał miejsce obiad wspólny owych (dla mnie karykatur) uczonych, których tu już na trzy podzieliłem klasy, nie pod przewodnictwem Humboldta (bo ten bardzo dobrze ułożony), ale jakiego innego Czopmistrza, którego nazwiska w tej chwili sobie nie przypominam, lecz mam zapisane pod zrobionym przeze mnie jego portretem. Obiad ten, nadzwyczaj długo się ciągnący, nie dozwolił mi być na koncercie dziewięcioletniego Birnbacha, skrzypka dosyć tu chwalonego. Dziś idę na Ferdynanda Corteza, sławną Spontiniego operę; więc, ażeby jakim przypadkiem znów na karykaturach nie skończyć, prosiłem pana Jarockiego, aby mi pozwolił zjeść obiad osobno. Co uczyniwszy zabrałem się do pisania tego listu, po czym idę na operę. Wieści niosą, że Paganini, ów sławny skrzypek, ma tu przybyć; może się to sprawdzi. Radziwiłła spodziewają się 20-go tego miesiąca; dobrze by było, gdyby przyjechał. Dotychczas prócz gabinetu zoologicznego nic jeszcze nie widziałem, miasto jednakże znam już po większej części, albowiem przez te dwa dni łaziłem tylko i gawroniłem się po piękniejszych ulicach i mostach. Nie będę się trudził wyszczególnieniem znaczniejszych budowli, jak wrócę, to opowiem; ogólne zaś moje zdanie o Berlinie: że za szeroki dla Niemców, zdaje się, że jeszcze drugie tyle ludności snadnie zmieścić by się w nim mogło. Z początku mieliśmy mieszkać na Franzosische Strasse, ale się zmieniło, z czego się mocno cieszę, bo ulica ta nadzwyczajnie smutna; ledwo sześcioro ludzi razem ujrzeć można. Zapewne jej szerokość, wyrównywająca naszemu Lesznu, jest tego przyczyną. Dzisiaj dopiero będę wiedział, co to jest Berlin w moim znaczeniu. Wolałbym był rano siedzieć u Schlesingera, aniżeli łazić po 13-stu pokojach gabinetu zoologicznego. Śliczny jest wprawdzie, ale skład muzyczny wyżej wymienionego na coś więcej by mi się przydał. Lecz od przybytku głowa nie boli — będę i tam. Dzisiaj rano oglądałem także dwie fabryki fortepianów; Kisling mieszka na końcu Friedrichstrasse; żadnego wykończonego nie miał, próżnom się fatygował. — Dobrze się zdarzyło, że tu, w domu gospodarza, jest fortepian i że na nim grać mogę. Nasz oberżysta admiruje mię co dzień, skoro go (a raczej jego instrument) odwiedzam. W drodze nie było tak źle, jak się z początku zdawać mogło — a lubo w drążkowych pruskich dyliżansach dużo się pieprzu natłukło, jednakże na dobre mi to wyszło, jak widzę, bom zdrów i bardzo zdrów. Nasze podróżne towarzystwo składało się z jednego prawnika, Niemca, zamieszkałego w Poznaniu, a odznaczającego się ciężkimi niemieckimi żartami, i tłustego Prusaka, agronoma, którego już dyliżanse (albowiem wiele podróżował) wykształciły. Taka to była nasza kompania aż do ostatniej stacji przed Frankfurtem, gdzie nam przybyła jakaś niemiecka Korinna, pełna achów, jaów, najów, słowem, istna romantyczna pupka. Ale i to bawiło, zwłaszcza że się przez całą drogę gniewała na swego sąsiada, prawnika. Okolice Berlina z tej strony nie są najpiękniejsze, ale zachwycają porządkiem, czystością, doborem rzeczy, słowem, pewną przezornością, jaka się daje widzieć niemal w każdym kąciku. Z innych stron miasta jeszcze nie byłem; dziś być nie mogę, chyba jutro. Pojutrze już się zaczynają posiedzenia, na które pan Lichtenstein obiecał mi dać kartę wnijścia. Tegoż dnia ma być wieczorem przyjęcie badaczów natury przez Humboldta. Pan Jarocki chciał się postarać, ażeby mnie tam wpuszczono, alem go prosił, aby tego nie czynił, bo mi się to nie na wiele przyda, a potem krzywo by mogły patrzeć na mnie inne zagraniczne głowy, gdyby między sobą ujrzały profana. Zresztą, nigdy nie chcę być nie na swoim miejscu. I tak już przy stole, zdaje mi się, krzywo na mnie patrzył mój sąsiad. Był to profesor botaniki z Hamburga, pan Lehmann. Zazdrościłem mu jego paluchów. Ja dwoma rękami bułkę łamałem, on jedną pogniótł ją na placek. Żabka takie miał łapeczki jak. niedźwiedź. Gadał z panem Jarockim przeze mnie, a w rozmowie tak się zapominał, tak się zapalał, że po moim talerzu paluchami gmyrał i okruszyny zmiatał. (To prawdziwy uczony, bo przy tym miał nos duży i niezgrabny.) Siedziałem jak na szpilkach podczas zamiatania mojego talerza i potem musiałem go froterować serwetą. Marylski za grosz gustu nie ma, jeżeli mówi, że berlinki są piękne: są to wszystko same gołe szczęki, alias gęby bez zębów. A stroją się, to prawda, ale szkoda owych pociętych pysznych muślinów na takie lalki irszane.

Wasz szczerze kochający Fryderyk.

Peru 1

Joanna Trümner

W drodze do Nazca

W dzień po przylocie do Peru jedziemy przez Limę, miasto, które nie ma początku i końca. Mieszka tu ponad 10 milionów ludzi, a skrajne bogactwo i piękno przeplata się ze slumsami i biedą. Za każdym razem, kiedy zatrzymujemy się na światłach, oblegają nas tłumy sprzedawców. Dziwię się, że zarówno nasz przewodnik, przystojny trzydziestoparoletni Metys Percy, jak i kierowca kupują od ulicznych sprzedawców kilka butelek wody po pięć Soles (1,50 €). „Drogo”, myślę i czekam na wyjaśnienie tej zagadki. W chwilę później dowiaduję się, że Peru przyjęło od początku roku ponad pół miliona uchodźców z Wenezueli. „Trzeba im teraz pomóc, my zawsze mogliśmy na nich liczyć”, komentuje Percy. Następnie opowiada o czasach wojny domowej i teroryzmu w Peru, o pełnych przemocy latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy Świetlisty Szlak przeprowadzał tutaj rewolucję marksistowsko-leninowską. Wśród 70.000 ofiar Szlaku znaleźli się członkowie jego rodziny w andyjskiej wiosce, z której pochodzi. Sam Percy jako siedmioletni chłopiec zamieszkał u ciotki w Limie. „Kim byłby, gdyby został w górach”, zastanawiam się, „gdyby codziennie poświęcał trzy do czterech godzin na dotarcie do szkoły? Może należałby do tych 25% dzieci, które wbrew zapewnieniom oficjalnych statystyk nie chodzą do szkoły?” Na wylocie z miasta mijamy wielki kompleks więzienny dla kobiet. Ponad trzy czwarte więźniarek to młode Europejki, przyłapane na próbie przemytu narkotyków. Odsiadują kary od 10 do 15 lat. Po ponad godzinnej jeździe docieramy na przedmieścia, do ruin Pachacamac, założonego przed dwoma tysiącami lat ośrodka religijnego kultury prekolumbijskiej. W chwili przybycia do Peru konkwistadorów miasto liczyło 80.000 mieszkańców.

Czuję się nieswojo widząc na polach, gdzie archeolodzy ciągle jeszcze prowadzą wykopaliska, porozrzucane ludzkie kości. Percy z nieukrywaną złością mówi, że państwo nie ma pieniędzy na opłatę ochrony, w nocy więc każdy może wejść na teren ruin i szukać skarbów. Często robią to również mieszkańcy pobliskich slumsów. Wiszące wszędzie tabliczki z napisem „prohibdo pasar” (zakaz wstępu) służą wyłącznie uspokojeniu sumienia władz. W nowoczesnym muzeum, pokazującym pozostałości kultury Huari i Inków, natykam się na nazwisko Marii Rostworowskiej, badaczki kultur andyjskich polskiego pochodzenia, która w wieku 33 lat zaczęła jako wolna słuchaczka uczęszczać na studia historyczne w Limie, aby dla uwieńczenia kariery badawczej zostać dyrektorką Narodowego Muzeum Historii w Limie. „Nikt lepiej nie poznał naszej historii”, mówi Percy i dziwi się, że nie znałam nazwiska kobiety, która obok Ernesta Malinowskiego (twórcy kolei transandyjskiej, przebiegającej po części na wysokości 5.000 metrów) jest peruwiańską bohaterką narodową.

Rozstajemy się z Percym, dalsza droga prowadzi nas do parku narodowego Paracas. Krajobrazy za oknami zmieniają się, coraz mniej widać zieleni, po kilku godzinach jazdy otacza nas pustynia Atacama. „Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu”, nucę pod nosem i po chwili reflektuję się, „skąd mi się przypomniał ten potworny kicz Tercetu Egzotycznego?”

Percy’ego zastąpiła dwudziestokilkuletnia urocza, wiecznie roześmiana Danielle. Jedziemy Panamericaną, najdłuższą drogą świata. Kompromituję się kompletnie, szacując jej długość na dziesięć tysięcy kilometrów (w rzeczywistości liczy sobie 48.000!!) Po czterech godzinach jazdy zatrzymujemy się w parku narodowym Paracas. Widok jest księżycowy, nie chce mi się wierzyć, żeby w tych warunkach mogło istnieć jakiekolwiek życie. Z piętnastu stopni w Limie w ciągu czterech godzin podróży zrobiły się 32 stopnie, moja zimowa kurtka wygląda idiotycznie. Żółtą, czasami białą skalistą pustynię przerywa niekiedy przepiękna, spadzista czerwona plaża, gdzie czasami można zobaczyć flamingi (nam się niestety nie udało). Legenda mówi, że Jose de San Martin,  argentyński generał, który wyzwolił Peru spod panowania hiszpańskiego, wylądował na wybrzeżu Paracas w 1820 roku i zasnął z wyczerpania na plaży. Kiedy przebudził się, zobaczył gromadę flamingów. Zauroczony ich widokiem zdecydował, że flaga Peru będzie nosiła kolory biało-czerwone.

Opowiadanie Danielle przerywa huk quadów. Wiem, że po pustyni można jeździć wszystkim, my też przejechaliśmy po niej kilka kilometrów autem, nie mniej jednak te quady działają mi na nerwy. Po chwili ośmioosobowa grupa przejeżdża koło nas wznosząc tumany kurzu. Jeden z kierowców odwraca się i przez huk silnika krzyczy w moim ojczystym języku do pozostałych: „Dawaj, k…., niedługo będzie ciemno”.

Park Narodowy Paracas

Hotel w Paracas, w którym spędzamy noc, jest bardzo elegancki. Nie rozumiem, dlaczego nawet połowa pokoi nie jest zajęta, przecież sezon jeszcze się nie skończył. Pani w recepcji od razu daje nam tzw. „upgrade” czyli pokój lepszej kategorii. „Nie lubię jak mi się wciska kit, przecież te pokoje są i tak wolne”, myślę. Humor poprawia mi się przed kolacją. Odkrywam tabliczkę zawieszoną przed wejściem do baru, informującą mnie (i innych), że spędziłam jedną noc w Cabo Blanco, miejscu, gdzie Ernest Hemingway spędził w 1956 roku 32 dni na łowieniu czarnego marlina.

Rano wstajemy bardzo wcześnie, statek zawozi nas tuż po wschodzie słońca do archipelagu wysp Islas Ballestas. Widzimy kolonie pingwinów Humboldta, wylegujące się na skałach lwy morskie, pelikany i kormorany, którym Peru zawdzięcza swoiste bogactwo, tzw. „guano” czyli bogate w minerały ekstrementy, służące jako nawóz pod uprawę w całym państwie, eksportowane również do innych krajów świata. Danielle opowiada, że co trzy lata na wyspy przyjeżdżają ochotnicy, którzy zbierają to „bogactwo”.

Wracamy z wycieczki statkiem, wsiadamy do samochodu i ruszamy w kierunku jednej z najstarszych destylerii pisco w Peru. Pisco to wieloprocentowy narodowy napój Peru i Chile, zrobiony z winogron, serwowany w formie coctailu pisco sour (pisco, sok z cytryny, cukier, białko jajka kurzego i lód). Destylarnię w stylu kolonialnym zwaną Hacienda la Caravedo założono w roku 1684. Bardzo mi się podoba. Jeszcze nie wiem, że próbowanie tak mocnego alkoholu (około 40%) na pusty żołądek przy trzydziestostopniowym upale okaże się moim najgłupszym pomysłem podczas całego urlopu. Nie potrafię zrozumieć sensu peruwiańskiego przysłowia, a w zasadzie życzeń pomyślności składanych z okazji urodzin lub nowego roku „życzę ci, żebyś wypił Pisco w Pisco w Pisco”. Te trzy pisco to alkohol, wielkie, ceramiczne naczynie do jego przechowywania oraz miejscowość. „Przecież tego pisco w pisco w Pisco żadna wątroba ani głowa nie wytrzyma”, myślę i po wejściu do auta zapadam w głęboki sen.

W samochodzie budzi mnie głośna, skoczna melodia przypominająca muzykę meksykańskich Mariachi. Wyglądam przez okno i widzę tłumną procesję ubranych na biało ludzi. Mijamy ich bardzo powoli i nie mogę ukryć zaskoczenia, gdy widzę że na czele procesji idzie ośmiu ubranych na biało mężczyzn, którzy w takt muzyki kołyszą trumnę. „To pogrzeb młodej dziewczyny”, mówi Danielle „dlatego wszyscy ubrani są na biało”. Nie wiem, co mnie bardziej zaskakuje, czy ta muzyka, czy fakt, że uczestnicy procesji śmieją się i rozmawiają ze sobą, tak jakby nie widzieli w tym pogrzebie żadnego powodu do smutku.

Opuszczamy wioskę. Nagle ni stąd ni z owąd na horyzoncie pojawiają się wysokie piaszczyste wydmy. Na piasku widać grupki młodych ludzi z deskami surfingowymi pod pachą. Sandsurfing, o którym słyszę po raz pierwszy w życiu, jest jedną z największych atrakcji w Huacachina.

Po smacznym obiedzie w malowniczej oazie powoli trzeźwieję. Czeka nas dalsza droga. Wieczorem docieramy do kolejnego etapu podróży, niewielkiego, pięknego miasta Nazca, znanego dzięki tzw. liniom Nazca, systemowi linii, które oglądane z powietrza przypominają kształtem zwierzęta, rośliny i figury geometryczne. Nikt nie wie, kto je wykonał. Zwolennicy teorii pobytu na Ziemi wysłanników z Kosmosu, przypisują je owym tajemniczym przybyszom.

Cdn.

I jutro…

Donnerstag, 27. September 2018 von 19:00 bis 21:00

ostPost berlin
Choriner Str. 84, 10119 Berlin

“Ich weiß wie es nicht ist, und ich weiß nicht wie es ist…”
Es ist eine Titelzeile eines Gedichts von Marek Maj und zugleich der Titel einer CD, die er gemeinsam mit Ryszard Leoszewski aufgenommen hat.

Es mag banal klingen, ist aber eine tiefe Lebenseinsicht, ein Sokratischer Gedanke, auf den sich der Dichter stützt, um die Welt zu beobachten und zu beschreiben, nachzudenken, zu reflektieren, uns hie und da etwas darüber zu sagen. Auf keinen Fall aber will er uns Ratschläge geben, nie wird der Dichter uns sagen, was wir tun sollen, was wissen, was denken… Wir sind einsame Menschen, sagt uns der Dichter, die der grossen unbegreiflichen Welt gegenüber stehen und sich mit Kunst wie mit einem Regenschirm vom Regen der Alltäglichkeit schützen.

Die Gedichte von Marek Maj werden auf Deutsch von Irena Mitręga vorgelesen.

***
Marek Maj, geb. 1962 in Stettin, ist ein Dichter und Kulturmanager; er arbeitet im Kulturhaus Skolwin und ist Organisator der Gartenmesse, die zweimal im Jahr, im Mai und September, an der berühmten Wały Chrobrego (Hakenterassen) statt findet. Marek Maj hat mehrere Gedichtbänder auf Polnisch veröffentlicht; zehn seiner Gedichte wurden 2017 im Rahmen der von uns organisierten Translator Workshop ins Deutsche übersetzt. Sie wurden in dem Onlinemagazin Stadtsprachen veröffentlicht und werden jetzt dem Berliner Publikum präsentiert.
***
Ryszard Leoszewski, ist Pädagoge, Komponist und Leader der Musikgruppe Sklep z ptasimi piórami (Ein Laden mit dem Vogelgefieder); seit ein paar Jahren ist er auch der Ehrenbotschafter Stettins. Er hat viele Gedichte von Marek Maj vertont – so viele, dass es für eine gemeinsame CD und ein Programm Leoszewski Majem reichte… An dem Abend werden wir ihn in einem Teil des gemeinsamen Repertoires hören.
***
Irena Mitręga ist eine in Polen geborene Germanistin, Autorin und Literatur-Übersetzerin, die uns auch durch den Abend führen wird.

***

Barataria 84 Babcia i wnuczek – opowieść 2

Pierwsza była tydzień temu i napisał ją Gałczyński. Teraz my…

czyli Bóg i Franz w limuzynie

Tekst i zdjęcia Anton Lee Slaski
spisała i opatrzyła komentarzami Ewa Maria Slaska


Bawiliśmy się na skwerku w sklep. Była to nasza ulubiona zabawa, kiedy Antoś był mały, a teraz ją sobie przypomnieliśmy.

Anton jest sprzedawcą, ja kupuję. Czasem kupuję samolot, czasem ołówki i farby, tym razem chciałam kupić białe i niebieskie filiżanki do herbaty. I spodeczki – niebieskie do białych filiżanek, białe do niebieskich. Talerzyki, dzbanek, półmisek do ciasta, miseczki do lodów. Łyżeczki i widelczyki. Okazało się jednak, że goście przyjdą też na obiad – kupiłam więc talerze głębokie i płytkie, kilka półmisków i misek, kieliszki do wina i szklanki do wody.

Okazało się, że w sklepie mają pyszne ciasto, kupiłam więc, zamiast piec. Mieli też dobre lody. Kupiłam owoce i sałatę, kotlety i kluski. Zapytałam o zupy, bo jak już to już – nic nie będę gotowała. Okazało się, że mają ogórkową i pomidorową i potrafią ją zapakować do wspólnego garnka, oddzielając jednakże od siebie obie zupy pionową przegródką.

Towarów było coraz więcej i sprzedawca zawołał Franza, żeby mi to wszystko zapakował w pudełka i obwiązał niebieskimi wstążkami. Poprosiłam, żeby doczepił do pudeł kółka i rączki, no bo jak ja się zabiorę do autobusu z taką ilością paczek. Przyjechał autobus, ale nie mogliśmy jeszcze wsiąść, bo Franz nie zdążył wszystkiego spakować.

Okazało się zresztą, że przecież muszę kupić jeszcze miski dla kota i masę smakołyków (kot jest bardzo wybredny). Biedny Franz zwijał się jak w ukropie. Przyjechał autobus, ale machnęliśmy na niego ręką. Miałam za dużo paczek. Franz poszedł po limuzynę.

Płaciłam, płaciłam i płaciłam. Ale towar był zaiste pierwszorzędny.

Gdy wsiedliśmy wreszcie do trzeciego lub czwartego z kolei żółtego autobusu, była to już fioletowa limuzyna, którą moje bambetle wypełniły niemal w całości. Siedzieliśmy z Franzem z tyłu za kierowcą.

Chyba właśnie wtedy znana nam od lat i od dawna traktowana z przymrużeniem oka zabawa zmieniła się w urządzanie świata. Demiurgiem-wykonawcą był Franz czyli mój wnuk Antoś. Okazało się, że ma firmę złożoną z fachowców, znających się na każdej pracy. Ja już nie byłam babcią – Franz naradzał się z Bogiem, jak urządzić świat, żeby był jak najlepszy. Zaczęło się od porządków w domu, do którego wieźliśmy zakupy. Firma Franza umyła podłogi, okna, ściany i dachy, wysprzątała strychy i piwnice, posadziła kwiaty na balkonach, zamiotła alejki wokół domów. Wszystko zostało odmalowane. Franz zarządził, żeby stare i zbyt brudne domy wymienić na nowe. Posprzątane zostało całe miasto, cały kraj, morze, oceany. Nareszcie nie było już plastiku. Firma Franza wymyśliła nihilator, który zamieniał śmieci w tlen, powietrze stawało się więc też coraz lepsze. Nie było już żadnych urządzeń pracujących na węgiel czy ropę naftową – wszystko zastąpiła energia wiatru, słońca i fal (nie na próżno dziecko od lat jeździ  z mamą do duńskiego centrum energii odnawialnych). Bóg płacił Franzowi za każde wykonane zadanie, ale naprawdę się opłacało, bo świat był coraz lepszy, czystszy i przyjemniejszy. Piękny.

Jednym z ciekawszych pomysłów w procesie odnawiania świata było wysłanie 8 miliardów mieszkańców na sąsiednią planetę, po to by raz wreszcie posprzątać ten cały bałagan, jaki ludzie zrobili na Ziemi. Uporano się z tym bardzo szybko – pach pach, wszyscy wrócili na Ziemię i mogli nareszcie żyć długo i szczęśliwie.

Zanim dojechaliśmy do domu, Franz przeżył kolejną przemianę. Przestał mianowicie kasować od Boga pieniądze za każdy przedmiot i wszelką pracę. Zresztą Bóg nie miał już z czego płacić, bo wszystko, co miał, przeszło na własność Franza. Ale Franz przestał właśnie być handlarzem, który ustanowił cennik na wszystko. Teraz stał się Wykonawcą Szczęścia. Każdy człowiek na Ziemi dostał od Franza pieniądze, żeby już nikt nie był biedny ani głodny. Naukowcy wymyślili dla ludzi obrączki i bransoletki, a dla zwierzaków obroże usuwające wszystkie choroby. Gdy ktoś był zły, na przykład bił dzieci, szedł na zabieg hipnozy usytuowany na innej planecie (na Marsie) i już nawet nie pamiętał, że był kiedyś zły. Odbywało się to w specjalnych domach, gdzie w pięknych pomieszczeniach wszystko, co było odrażające, brudne i złe  stawało się piękne…

Cały świat stał się piękny i taki zostanie już na zawsze.

Na zdjęciach – Franz i Bóg w limuzynie. Rozmawiają o kolejnych metodach poprawiania świata.

Uwaga adminki.

Już kiedyś babcia i wnuczek bawili się w historię o dobrej królowej, pomagającej ludziom, którzy musieli uciekać przez Białe Góry z kraju, w którym była wojna. Ale, choć staram się nie tworzyć za wnuka jego zabaw, tylko podążać w nich za nim, przyznaję, że opowiadałam mu czasem o mojej pracy z uciekinierami… Tamta zabawa wzruszyła mnie, ale nie wzbudziła zdumienia.

Zabawa w utopię zdumiała mnie natomiast w najwyższym stopniu, bo choć od półtora roku zajmuję się Baratarią czyli nieistniejącym dystopijnym państwem, rządzonym przez sprawiedliwego władcę, wydaje mi się, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy z Antosiem. Teraz musiałam mu jednak powiedzieć, że to, co stworzył, pasuje do tego, czym się zajmuję i o czym piszę. Spytałam, czy mogę zapisać i opublikować na blogu historię o Franzu, który rozmawia z Bogiem w limuzynie i którzy razem urządzają świat. Powiedziałam też, że piszę książkę o doskonałych państwach, jakie zostały wymyślone przez ostatnie sześć tysiącleci.

Ciekawe, że zanim nie powiedziałam tego głośno w berlińskim autobusie, wcale nie wiedziałam, że piszę książkę…

Ale słowo się rzekło…

Jeszcze jedna uwaga: zauważmy, że cała historia zaczęła się od dwóch biało-niebieskich filiżanek do herbaty. To czysty Zen. Zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat.

I uwaga trzecia: wszystko w swoim czasie. Babcia i wnuczek urządzili świat wtedy, gdy babcia jako autorka opowieści o Baratarii, dzięki Mietkowi W., dotarła wreszcie do oryginału czyli sztuki Gałczyńskiego. Babcia i wnuczek czyli noc cudów.

Wyalienowani z rozentuzjazmowanego tłumu, babcia i wnuczek, oboje w żółtych butach, podczas wielkiego wernisażu. Zajmujemy się sprawamy wyższymi, choć siedzimy najniżej.