Heute / Dziś

Stadtführung – Wycieczka po Berlinie

Auf den Spuren von Tschechen, Russen, Bulgaren und Polen im Berliner Bezirk Rixdorf (Neukölln)

Wycieczka śladami Czechów, Rosjan, Bułgarów i Polaków w berlińskiej dzielnicy Rixdorf (Neukölln)

Explore Berlin’s East Europe Now: Rixdorf/Neukölln

Organizatorzy / Organisatoren: Osteuropa-Tage Berlin

  • Niedziela / Sonntag,
    15. September /  września 2019
    14:00 – 18:00
  • Neuköllner Oper

    Karl-Marx-Straße 131-133, 12043 Berlin
    Neukölln ist heute ein Ort, an dem Menschen unterschiedlicher Herkunft zusammen leben und arbeiten. Und auch Flüchtlinge und Übersiedler aus dem heutigen Osteuropa fanden hier ihre neue Heimat – ob die tschechischen Protestanten aus Böhmen, die hier im 18 Jh. kamen, polnische Exilsuchende der 80er Jahre, bulgarische Arbeitssuchende im vereinigten Europa. Unser Rundgang mit dem aus Stettin stammenden und seit über 20 Jahren in Berlin lebenden Stadtführer Martin Januszewski führt uns auf den Spuren des alten und neuen Rixdorfs, wie Neukölln noch vor etwas über 100 Jahren hieß. Wir gelangen zu dem kirchlichen Arbeitslager, wo meist russischen Zwangsarbeiter arbeiteten, zu der bulgarisch-orthodoxen Kirche, einem polnischen Restaurant mit italienischem Einfluss und zu einem böhmischen Dorf, das noch heute einige Traditionen aus der Heimat pflegt und hegt.
    Im Restaurant Bona machen wir eine lunchpause und bitten alle Teilnehmer ca. 10 Euro in der Tasche zu haben für wunderbares Essen (mit selbstgebackenem Brot) und ein Getränk. Somit bedanken wir uns bei der Gastronomen, die an dem Tag zwischen 16 und 17 Uhr nur für uns geöffnet sind.
    Bitte melden Sie sich HIER verbindlich an.
    14:00
    Treffen am Neuköllner Oper
    14:00 – 15:30
    Besichtigung im Rixdorf mit kleiner Pause im Comenius Garten
    15:30 – 16:00
    Gang über Körnerpark und Thomasstraße zu polnisch-italienischen Restaurant Bona Kollektiv (Lunchpause)
    16:00 – 17:00
    Essen und Gespräch mit einem Priester von der Bulgarischen Kirche
    17:00 – 17:30
    Besichtigung der Bulgarischen Orthodoxe Kirche
    17:30 – 18:00
    Spaziergang durch den Friedhof zu dem kirchlichen Zwangsarbeiter Lager
    18:00
    Besuch bei dem Denkmal für Zwangsarbeiter auf dem Thomas-Friedhof

    Neukölln to dzielnica Berlina, gdzie spotykają się ludzie z całego świata a więc i z Europy Wschodniej, którzy dziś tu wspólnie mieszkają i pracują. Przybywali tu zarówno emigranci, jak uciekinierzy, jak ludzie sprowadzeni tu przymusowo.  W XVII wieku przybyli tu czescy protestanci z Moraw, w XX wieku robotnicy z Bułgarii i robotnicy przymusowi z Rosji, w latach 80 pojawili się Polacy tzw. emigracji solidarnościowej. Wycieczkę prowadzi Martin Januszewski, profesjonalny przewodnik, pochodzący ze Szczecina, który od 20 lat mieszka w Berlinie. To on poprowadzi nas najpierw do dawnego Rixdorfu, czeskiej wioski, w które do dziś pielęgnuję się pamięć przybyszów. führt uns auf den Spuren des alten und neuen Rixdorfs, wie Neukölln noch vor etwas über 100 Jahren hieß. Pokaże nam kościelny obóz pracy przymusowej, gdzie pracowali przede wszystkim Rosjanie, bułgarską cerkiew i polsko-włoską restaurację, gdzie zjemy spóźniony lunch (koszt około 10 euro wraz napojem – prosimy, żeby uczestnicy wycieczki wsparli ten świetny lokal polsko-włoski, który od 16 do 17 będzie otwarty tylko dla nas).
    Zgłoszenia TU.
    14:00
    Spotkanie przy wejściu do Neuköllner Oper
    14:00 – 15:30
    Zwiedzanie Rixdorf (krótki odpoczynek w Comenius Garten)
    15:30 – 16:00
    Spacer przez Körnerpark i Thomasstraße do polsko-włoskiej knajpki Bona Kollektiv
    16:00 – 17:00
    Lunch i rozmowa z księdzem z kościoła bułgarskiego
    17:00 – 17:30
    Zwiedzanie kościoła bułgarskiego
    17:30 – 18:00
    Przejście do kościelnego obozu pracy przymusowej
    18:00
    Odwiedziny Miejsca Pamięci na cmentarzu św. Tomasza – kamień i wystawa przypominają losy robotników jedynego w Europie kościelnego obozu pracy przymusowej

Reblog: Mentona

Pojutrze lecę do Nicei, a potem jedziemy z Iwoną do Mentony.
Dziękuję, moja kochana!
Reblog wpisu z 10 lutego 2018 roku.

Ewa Maria Slaska (tekst) i Iwona Schweizer (inspiracja i sponsoring)

Menton czyli Mentona, miasto na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Pewnie bym nawet nie wiedziała, że istnieje, ale podczas zbierania materiałów do książki o rodzinie wypłynęło zdjęcie pradziadków, już w podeszłym wieku, na bulwarze w Mentonie.

I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niedługo później przyjechała przyjaciółka „z Ameryki” czyli Iwona, współautorka tego wpisu, obejrzała moją książkę o cmentarzach i powiedziała, „a w Mentonie jest na cmentarzu taki biały anioł, to grób Polki, Lewandowskiej”. A potem przysłała dwa zdjęcia.

Właśnie minęło 107 lat od jej śmierci.

Zaglądam do Wikipedii i znajduję skąpą notatkę o mieście. Połowę wpisu stanowi informacja o pochowanych tu Polakach. Grzebano ich na dwóch sąsiadujących ze sobą wzgórzach – cmentarzu Trabuquet czyli Katapulty i cmentarzu Vieux Château – Starego Zamku. Średniowieczny zamek w Mentonie wybudowano na wzgórzu zwanym Colla Regna, 78 m nad poziomem morza. W ciągu trzech wieków przechodził różne koleje losu i został ostatecznie opuszczony w 1650 roku. Ruiny, znacjonalizowane w czasie Rewolucji, zakupiła gmina Mentona w 1807 roku z przeznaczeniem na cmentarz. Zdjęcie grobu Lewandowskich jest wizytówką i miasta, i samego cmentarza na Wzgórzu Zamkowym.

W 1873 roku, pisze Wikipedia, w Mentonie zmarł Władysław Krasiński, najstarszy syn Zygmunta Krasińskiego. W 1880 roku zmarł tu zesłaniec i pisarz Bronisław Zaleski, a 18 marca 1899 roku – Izabella Działyńska i w tym samym roku – Feliks Kołyszko, jeden z przywódców Powstania styczniowego na Litwie. Pochowano tu także takich polskich malarzy jak: Konstanty Przecławski i Władysław Hirszel.

O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.

Niemal natychmiast znajduję hasło l’tombeau de lewandowska. Zdjęcie już znam, bardziej interesuje mnie podpis, ale i on niewiele wnosi do tego, co już wiem: Grave of the Polish Lewandowska family in the cemetery of Menton (Alpes-Maritimes, France), with an allegory of the Resurrection.

Czyli nie Anioł tylko Rezurekcja (duszy? ciała? utraconej ojczyzny?) i nie grób Janiny, lecz całej familii Lewandowskich. Znajduję jeszcze jedno zdjęcie. W tle zdjęcia Iwony są Alpy, a tu w dole widać Morze Śródziemne. Niezwykła jest lokalizacja grobu a przeto i samej rzeźby, sugerująca, że dusza nieśmiertelna wyrywa się właśnie teraz, w tej chwili do lotu ku niebu.

Na cmentarzu pochowano mnóstwo sławnych osób, w tym słynnego grafika Art Nouevau, Aubreya Beardsleya. Urodził się w roku 1872, zmarł w wieku lat 26 w Mentonie. Ilustrował Salome Oskara Wilde’a, a jego prace są symbolem stylistyki secesyjnej. Zmarł na gruźlicę i przychodzi mi do głowy, że mogło tak być, że do Mentony przyjeżdżali gruźlicy, żeby tu umrzeć. A mój pradziadek, znany lekarz warszawski, był specjalistą chorób laryngologicznych i płucnych, jeździł do słynnego Davos, żeby się zaznajomić ze stosowaniem zabiegu odmy płucnej i to on zastosował ją po raz pierwszy w Polsce. Niewykluczone, że taki pan, nawet jadąc na wakacje, coś tam przy okazji chciał zobaczyć, co wiązało się z jego profesją.

Janina z Jełowickich Lewandowska żyła 27 lat i przypuszczam, że podobnie jak Beardsley zmarła w Mentonie na gruźlicę. Moje przypuszczenie potwierdza zbąszyński poradnik turystyczny online, którego autorem jest Roman Rzepa: Mentona była ulubionym miejscem wypoczynku dla ludzi majętnych chorych na gruźlicę. Łagodny klimat korzystnie wpływał na organizm zmęczony walka z chorobą. (…) Na cmentarzu w Menton znajduje się przepiękny nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej. Jest to dzieło Donato Barcaglio, znanego rzeźbiarza włoskiego, laureata licznych nagród tak w Europie, jak i w Ameryce, a także właściciela największej pracowni rzeźbiarskiej w Mediolanie. Pomnik ma formę masywnego, elegancko zdobionego sarkofagu z otwartym wiekiem, z którego ulatuje piękna, spowita w miękki całun, postać młodej kobiety. Identyczna rzeźba znajduje się na Powązkach.
Jak już wiemy, ta kobieta to Zmartwychwstanie – Rezurekcja. Sprawdzam informację o Powązkach i zaiste – rzeźba Barcagalio zdobi tu grób Lusi (Heleny) Raciborowskiej (1881-1899). Dziewczyna była jeszcze młodsza niż Janina i żyła zaledwie 18 lat. „Sowa”, autor bloga o Powązkach pisze: Jest to chyba najpiękniejszy pomnik Starych Powązek, chociaż (niestety) ani on polski, ani – w skali świata 😉 – jedyny. O pięknej, spowitej w miękki całun, postaci niewieściej (co cytował już Rzepa) autor pisze dalej: Ręce ma złożone w geście modlitwy, a zarazem zachwytu, twarz pełną szczęścia i radości zwróconą ku niebu. Jakże się tu bowiem nie cieszyć: oto zabrzmiały dźwięki trąb anielskich i bezgrzeszna (z pewnością 😉), niespełna osiemnastoletnia Lusia unosi się do Raju.

Janina też.

„Sowa” pisze dalej:

Nagrobek ten doskonale pokazuje, na co było stać rzeźbiarzy włoskich przełomu XIX/XX w. Cała kompozycja pełna jest dynamiki i ruchu, podkreślonych przez rozwiane szaty zmartwychwstałej, układające się w miękkie fałdy. Artyście udało się niemal ożywić kamień, gdyż postać Lusi, choć wykonana przecież z twardego marmuru, sprawia wrażenie lekkiej, jakby naprawdę unoszonej przez niebiańskie powiewy. Cała scena zdaje się uchwyconą niczym na fotografii, świadcząc o perfekcyjnym warsztacie artysty.

Podziwiać należy nie tylko mistrzostwo dłuta, ale i hmm… „inżynierii rzeźbiarskiej”. Figura zmarłej jest bowiem mocno odchylona od pionu, a jednocześnie przymocowana do podłoża na dosyć niewielkiej powierzchni. Cała ta konstrukcja wytrzymała jednak niemal sto lat i dopiero na początku XXI w. konieczna była pilna interwencja konserwatorska, gdyż sarkofag zaczął pękać.

Właśnie dynamika rzeźby Barcaglia zdecydowanie wyróżnia pomnik Lusi spośród innych nagrobków powązkowskich. Można śmiało powiedzieć, że nie ma drugiego tak „żywego” posągu w naszym „mieście umarłych”, bo też polska skulptura (zwłaszcza cmentarna) rządziła się innymi prawami niż włoska. Na cmentarzu winien bowiem dominować nastrój powagi, któremu odpowiadały formy statyczne, a nie jakieś tam rwące się w niebiosa, rozegzaltowane niewiasty. Dlatego też włoski weryzm, zwłaszcza w tak „czystej” formie, jak pomnik Lusi, jest na Starych Powązkach reprezentowany zaledwie przez kilka nagrobków, na czele z najbardziej okazałym monumentem, właśnie Raciborowskich.

Na Cmentarzu Powązkowskim jest to jedyny tego typu i klasy nagrobek, ale okazuje się, że w skali światowej to żaden unikat. Na cmentarzu w Menton znajduje się nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, który jest prawie taki sam jak Lusi Raciborowskiej. Drobne różnice występują w sarkofagu: „warszawski” ma mniejsze wieko i brak na nim kartuszy herbowych (Jełowicki i Dołęga). Ponadto, konserwacje przeprowadzone w ostatnich latach, sprawiły, że powązkowska rzeźba prezentuje się świeżo, a kontury nie są tak wygładzone, jak na pomniku we Francji.

Wybór nagrobka dla młodej kobiety w Mentonie i dziewczyny na Powązkach odbył się zapewne na zasadzie kontaktów rodzinnych. Badacz kresowych genealogii rodzinnych, Krzysztof Pankowski ustalił, że rodzina Raciborowskich pochodziła z Podola, podobnie jak familie Lewandowskich oraz Jełowickich. Raciborowscy i Lewandowscy byli bliskimi sąsiadami: Wolica Zarubieniecka, należąca do Raciborowskich, była o 12 kilometrów oddalona od posiadłości Lewandowskich – Chodorkowa. A że w owych czasach małżeństwa aranżowano miedzy sąsiadami, nie może dziwić, że Wincenty Raciborowski ożenił się z Antoniną Lewandowską. Również Jełowiccy pochodzili z Podola. Niestety nic nie wiadomo nie tylko o samej Janinie, ale też nie bardzo wiadomo, który to Lewandowski się z nią ożenił. Pankowski przypuszcza, że mógł to być jeden z tzw. synów niedziedziczących z Chodorkowa, być może związany z Francją profesor Nikodem Lewandowski, po którym pozostała w Chodorkowie bogata biblioteka polsko-francuska. Więzy rodzinne i sąsiedzkie tłumaczyłyby zatem, dlaczego nagrobki na cmentarzach w Warszawie i w Mentonie są niemal identyczne.

Der Comenius Garten

In zwei Tagen laden wir zu einer Stadtbesichtigung in Rixdorf ein. Heute möchten wir über einen Garten berichten, den wir an dem Tag besuchen werden. Der Comenius Garten.

Alles beginnt mit einer Überraschung. Man geht die Richardstrasse entlang, die Hauptstrasse des sog. Bömischen Dorfes in Berlin. Auf einer Seite der Strasse kleine Häusschen, die so typisch für Rixdorf sind, auf der anderen – das sieht man an jeder Stadtteilkarte – der Comenius Garten. Eine nicht besonders spektakuläre Grünanlage, rechts Büume, daneben Rasen, der Kiesweg, ein paar Banken, kleine Greenoase, die von der Strasse von einem Holzzaun getrennt ist. Holzzaun, kleines Tor. Zu. Man schaut irritiert, findet die Infotafel mit Öffnungszeiten, prüft nach. Ja, es ist geöffnet. Ist aber zu.

Und wenn man es nicht weiß, kommt man nicht rein. So einfach ist es. Man muss wissen, um etwas zu erreichen. Lernen, Infos sammeln, nachdenken… Ganz im Sinne des Comenius, der ein Pädagoge war.

Johann Amos Comenius
(Komensky)

* 28. März 1592 in Nivnice, Südostmähren; † 15. November 1670 in Amsterdam, war ein tschechischer evangelischer Philosoph, Theologe und Pädagoge sowie Bischof der Unität der Böhmischen Brüder aus der Markgrafschaft Mähren.

Bild von Comenius (gemalt zwischen 1650 und 1670 bei Jürgen Ovens) im Rijksmuseum in Amsterdam.

 
Der Garten befindet sich eigentlich hinter der kleinen Grünanlage, die man von der Strasse sieht und ist ganz nach Comenius Idee omnes omnia omnino excoli angelegt, was ungefähr bedeutet, dass wir unser ganzes Leben lernen. Wir beginnen schon als Embryos und Enden im Moment des Todes.

Wie man in den Garten docht reinkommen kann und wie er aussieht, dies erzählen wir in zwei Tage.

See you am 15. September um 14 Uhr vor der Neuköllner Oper.

Für alle andere kommt die Erklärung heute nacht 🙂

 

 

ШЛЯХЕЦКІЯ МАЁНТКІ ЛЕПЕЛЬСКАГА ПАВЕТА ВІЦЕБСКАЙ ГУБЕРНІ  (XVIII – ХІХ СТСТ.)

Мізярска Наталля (Беларусь)

Помнікі палацава-паркавых комплексаў з’яўляюцца вялікай і багатай часткай архітэктурнай спадчыны Беларусі і вылучаюцца своеасаблівымі адметнасцямі, дзякуючы зліянню вядучых мастацкіх стыляў барока і класіцызму з мясцовымі школамі дойлідства. Некаторыя маёнткі з’яўляліся своеасаблівымі асяродкамі культуры, дзе збіраліся высокапастаўленыя асобы, мастакі і пісьменнікі. Эканамічны стан гэтых фальваркаў быў на даволі высокім узроўні (маёнткі Бачэйкава, Іванск, Павулле, Бешанковічы).

З другой паловы XVIII ст., у сувязі з буйным росквітам шляхецкага землеўладання, на беларускіх землях пашырылася будаўніцтва палацава-паркавых комплексаў, якія адлюстроўвалі заможнасць гаспадароў і ўзводзіліся ў невялікіх мястэчках з маляўнічай прыродай. Калі ў першай палове XVIII стагоддзя ў асноўным мадэрнізаваліся існуючыя палацы, то ў сярэдзіне стагоддзя палацы будаваліся не толькі ў гарадах, але і ў вёсках [4, с. 11-12].

Сядзібы паступова эвалюцыяніравалі ад старажытных умацаваных двароў да добра выстраеных рэнесансавых комплексаў, а далей – да мастацкіх ансамбляў барока [10, с. 10]. У палацава-сядзібным будаўніцтве XVIII ст.  быў распаўсюджаны тып будынку, арганізаваны вакол параднага двара, курданера. Палацы і сядзібы таго часу падзяляліся на тры асноўныя групы: П-падобныя ў плане, падковавобразныя і з асобна стаячымі флігелямі [4, с. 20].

У архітэктуры барока вялікая ўвага надавалася афармленню галоўнага фасада, тыльны бок будынка быў больш простым і афармляўся лаканічнымі дэкаратыўнымі сродкамі. Часам цэнтральныя часткі будынка з боку паркавага фасада выконваліся ў аналогіі з галоўным фасадам [4, с. 36].

Часта новыя палацы і сядзібы шляхта ўзводзіла ў сувязі з прыездам караля. Клімуць Л.Я. у кнізе “Сармацкая культура беларускай шляхты ў XVI – XVIII стагоддзях” піша: “ Магнаты звычайна абстаўлялі прыезд караля вельмі пышна, але ў многім больш для праслаўлення сваёй высокароднай асобы, чым асобы не вельмі паважанага караля. Каб дасягнуць гэтага, яны не шкадавалі ніякіх грошай на буданіўцтва і дэкарацыю” [8, с. 59].

Так, у Бачэйкаве ў сувязі з прыездам караля Рэчы Паспалітай Станіслава Аўгуста Панятоўскага ў 1769 г. за одно лета быў узведзены новы палац па праекту італьянскага архітэктара чарговым уладальнікам Юзэфам Цеханавецкім. Бачэйкаўскі палац праіснаваў да Другой Сусветнай вайны [14, с. 213]. Эжэн Роз дэ Багарнэ напісаў у сваім дзённіку, што маёнтак Бачэйкава быў самы прыгожы сярод тых, якія ён бачыў падчас напалеонаўскіх паходаў [14, с. 481-482]. Бочныя флігелі, як правіла, будаваліся ў адным стылявым характары з палацам, ствараючы закончаныя архітэктурныя ансамблі. У Бачэйкаве флігелі, як і палац, былі аздоблены порцікамі [18, с. 106].

Маёнтак у Камені, апошнім уладальнікам якога быў маршалак шляхты Залескі, прадстаўляў сабой драўляны двор. Сядзібу з тасканскімі калонамі, якая стаяла на высокім падмурку, накрываў гонтавы дах з чатырма комінам. Направа былі размешчаны драўляныя гаспадарчыя пабудовы [15, с. 482-483].

У другой палове XVIII – пачатку XIX ст. усталявалася традыцыя ўзводзіць новыя сядзібы побач са старыжытнымі абарончымі цытадэлямі, археалагічнымі паселішчамі і гарадзішчамі, а курганы спецыяльна ўключаліся ў паркавае асяроддзе. Так, у першай палове XIX ст., Антоній Сялява на месцы старажытнага мураванага будынку абарончага тыпу пабудаваў новую вялікую сядзібу ў маёнтку Павулле Лепельскага павета [5, с. 565].

Надзвычай прадстаўнічымі былі ў Беларусі эпохі класіцызму і  рамантызму, росквіт якіх прыйшоўся на першую палову ХІХ стагоддзя. Развіццю рамантызму садзейнічыла прыгажосць беларускай прыроды [10, с. 10]. Першыя пабудовы ў стылі класіцызму з’ явіліся ў вялікіх гарадах і маёнтках рускіх дваран, якія атрымалі тут землі ад царскага ўрада. У праектаванні такіх будынкаў удзельнічалі вядомыя мясцовыя дойліды, якія часта спалучалі рысы класіцызму са стылем барока. Палацы гэтага стылю мелі разнастайную тыпалогію: ад невялікага палаца-сядзібы да гарадскога палацавага комплексу, які займаў важнае месца ў планіровачнай структуры горада. Тыпавымі для палацаў гэтага перыяду былі выцягнутыя плоскасна распрацаваныя фасады і пластычна багатыя порцікі. Стварэнне палацавых комплексаў таксама залежыла ад густаў уладальнікаў, якія арыентаваліся на мясцовую віленскую архітэктурную школу, варшаўскую ці расійскую [1, с. 23-27].

Шляхецкія сядзібы Лепельскага павета былі пабудаваны ў асноўным у стылі класіцызму: сядзіба ў Ухвішчы (уладальніца Л. Л. Івашэўская); сядзіба Забелаў у Арэхаўна (Бабыніцкая воласць) [2, с. 174].

Палац у Іванску, які належыў Валадковічам, быў пабудаваны ў стыле класіцызму ў пачатку XIX ст. Ён меў план моцна выцягнутага прамавугольніка і стаяў на высокіх падвальных памяшканнях з квадратнымі вокнамі. На фасадзе будынка выдзяляліся два аднолькавыя порцікі, кожны з якіх складаўся з чатырох калон. Порцікі завяршаліся трохкутнымі франтонамі з невялікімі вакенцамі. Сціплыя сцены ўпрыгожвалі вялікія вокны, падзеленыя на восем квадратных частак. Палац быў пакрыты гладкім двухсхільным гонтавым дахам. У будынку было дванаццаць пакояў [14, с. 235-236].

У XVIII – XIX стст., асабліва цанілася творчая фантазія дойліда, яго здольнасць стварыць новыя варыянты яшчэ не выкарыстаных спалучэнняў арыгінальных кампазіцый, уменне знайсці новыя крыніцы дэкаратыўных матываў. У гэтым сэнсе паказальнай з’яўляецца сядзіба Грабніцкіх у Арэхаўне (Ушацкая воласць). Сядзібны дом пабудаваны ў канцы XVIII стагоддзя ў стылі класіцызму, але сучасны выгляд набыў у пачатку ХХ стагоддзя. Пры першапачатковым сіметрычным вырашэнні плана дома яго франтальны фасад набыў асіметрычную кампазіцыю: П-падобны ў плане аднапавярховы будынак пад вальмавым дахам у цэнтральнай частцы вырашаны двухпавярховым рызалітам, якому супрацьпастаўлены чатырохкалонны атынкаваны порцік бакавога ўваходу, (цэнтральны ўваход замураваны ў другой палове ХІХ ст.). На паркавым фасадзе рызаліту адпавядае паўкруглы эркер параднай авальнай залы, з арачных вокнаў якой былі бачны пейзажны парк і возера. З арсеналам дэкаратыўных форм класіцызму тут выкарыстаны рустоўка, сандрыкі, буйныя падкарнізныя дэнтэкулы, замкавы камень [7, с. 220].

Менавіта ў XVIII ст. пачынае цаніцца не проста камфорт у сядзібе, а раскоша, якая непарыўна звязваецца з заможнасцю і багаццем. У палацах вылучаюцца пакоі, спецыяльна прызначаныя для прыёму гасцей, якія забяспечваюцца адпаведнай мэбляй, неабходнымі прыналежнасцямі, начыннем. У першай чвэрці ХІХ ст. пакоям надавалі назвы па колерах сцен і адпаведнай абіўцы мэблі. Разам з новымі ўяўленнямі аб камфорце, якія прыйшлі з Захаду, і са зменамі ў становішчы жанчыны, з’яўляюцца будуары і салоны. Будуар быў месцам, дзе жанчына адпачывала і прымала блізкіх сяброў [12, с. 54].

Палац  Цеханавецкіх быў самым заможным і велічным у Лепельскім павеце. У будуары бачэйкаўскага палаца паркетная падлога лічылася самай прыгожай, параўнаць якую можна было толькі з паркетам каралеўскага палаца ў Варшаве. Для ўзору тут выкарыстоўваліся 36 розных парод дрэва. У падлозе быў тайнік [9]. Палац упрыгожвала мэбля XVIII і  XIX ст., акварэлі і гравюры. У палацы таксама меліся пакоі з назвамі: “блакітны салон”, “чырвоны салон”, “кабінет Напалеона”, “каралеўскі пакой”. “Блакітны салон” лічыўся з усіх пакояў палаца найбольш шыкоўным і абсталяваным. “Чырвоны салон”, названы з адпаведнасцю колеру абівачнай тканіны, меў 3 вакны, шыкоўную мэблю ў стылі Людовіка XVI. “Каралеўскі пакой”, як засведчыў у сваёй “Хроніцы” Уладзіслаў Цеханавецкі, быў абстаўлены шыкоўнай мэбляй, тут меліся люстэркі ў пазалочаных рамах, стаяла крыштальная лямпа з бронзы. На сценах віселі ўсяго дзве карціны – “Мадона” італьянскага мастака і партрэт Пятра Вялікага. У “кабінеце Напалеона” была мэбля ў стылі Людовіка XVI. Сцены ўпрыгожвалі 3 партрэты: Паўліны Цеханавецкай з мужам Канстанцінам Тышкевічам і іх сынам. Дапаўнялі ўсё французскія гравюры і невялікае пазалочанае люстэрка [9].

У маёнтку Храптовіча-Буцянёва ў Бешанковічах у палацы існаваў пакой, дзе начаваў дзве ночы Напалеон. Пазней пакой быў ператвораны ў музей да 1917 года [3]. Свае ўраджанні аб бешанковіцкім палацы пакінуў М.В. Анцаў у брашуры “Экскурсія Віцебскай вучонай архіўнай камісіі 14 мая 1911г. у мястэчка Бешанковічы”: « Ад помніка экскурсанты накіраваліся ў палац графа Храптовіча-Буцянёва, які, паводле надпісу на мармуровай дошцы, у 1708 г., наведаў імператар Пётр I Вялікі., у 1812 г. – імператар Напалеон I, а ў 1821 г. – імператар Аляксандр I Благаславёны. Пакой, які служыў спальняй Напалеону, з ложкам і мэбляй збярогся ў недатыкальнасці да сучаснага часу» [13, с. 61- 64].

Палацы і сядзібы афармляліся расійскімі і замежнымі архітэктарамі, мастакамі, майстрамі дэкаратыўна-прыкладнога мастацтва, якія пры будаўніцтве ўлічвалі таксама асаблівасці беларускай прыроды. Пры гэтым пануючыя на той час класічныя архітэктурныя стылі барока і класіцызм часткова дапаўняліся і абагачаліся мясцовымі кампазіцыйнымі і канструктыўнымі прыёмамі, у выніку чаго былі створаны арыгінальныя і высокамастацкія палаца-паркавыя комплексы [11, с. 161].

literatura

Wiedźmin czyli nowa Gra o Tron

Czyta: Michał Żebrowski

Nie wiem, czy jeszcze to dziś zobaczymy, w końcu nie mam tego teasera na stronie, tylko linkuję się do Youtuba. Taki zwiastun pojawił się na oficjalnej stronie Netflixa i po kilkunastu godzinach został usunięty. Większość fanów była przekonana, że zajawkę wpuścili do sieci tacy sami jak oni – freaki Sapkowskiego. Niektórzy nie rozpoznali nawet, że w zajawce nie ma dubbingu, a wszystko czyta lektor. Muszą być bardzo młodzi.
Zobaczcie sami: TU.

Wiedźmina gra Henry Cavill i mnie wydaje się, że jest trochę za stary na Geralta i ma zbyt zniszczoną twarz, ale znowu – ten film na pewno robią ludzie młodzi, dla których każdy człowiek po 30 jest po prostu stary i dlatego Geralt jest stary.

Zresztą sam Cavill urodził się w roku 1983, ma zatem 36 lat i wygląda naprawdę dobrze. To  twórcy filmu uznali, że ma wyglądać jak stary dziad.

Przypomina mi to pewną anegdotę rodzinną. Moja cioteczna babka, Karolina Lubliner-Mianowska, była przed wojną harcerką i to w pewnym momencie w stopniu harcmistrzyni. Urodziła się w roku 1899, w latach 20 miała więc niespełna trzydziestkę.

Któregoś lata pojechały z koleżanką na inspekcję jakiegoś obozu dla dziewcząt, a oprowadzała je jedna z uczestniczek, panna w dorodnym wieku lat 15. W pewnym momencie dziewczę zwróciło się do nich bezpośrednio: “Bo wy stare zaraz macie jakieś wątroby albo dzieci”.

Wiem, wiem, to się zmienia. Z wiekiem, ale też historycznie. Ötzi, człowiek z lodowca, który żył ok. trzech tysięcy lat przed naszą erą, miał około 45 lat, gdy umarł i jak na owe czasy był naprawdę stary. Stary i samotny. Podobno nauka i to potrafiła odczytać z przebadanych szczątków. Ale był też bardzo sprawny i zamożny, nosił odzież zszytą starannie z kawałków futra i miał siekierę wykonaną z miedzi. Zresztą nie umarł śmiercią naturalną, tylko został zabity strzałą z łuku.

Tak miał wyglądać. Stary był. Wydaje mi się nawet podobny do filmowego Geralta.

A tak naprawdę wygląda Cavill – mógłby zostać nowym ulubieńcem kobiet, tak jak Jon Snow, szkoda, że zrobili z niego takiego Ötziego.

30 lat temu upadł Mur Berliński (7)

Joanna Trümner (tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)

Marienfelde (odcinek 2)

Dwa pierwsze etapy przyjmowania uchodźców w obozie były obowiązkowe. Po wstępnym badaniu przez lekarza oraz przesłuchaniu przez alianckie służby wywiadowcze, uchodźców kierowano do tzw. punktu sprawdzania zakresu kompetencji. Przesiedleńców i azylantów kierowano tutaj do innych, odpowiedzialnych za ich sprawy instytucji.

Czwartym etapem przyjmowania uchodźców była Służba Socjalna Senatu Berlina, gdzie uchodźcy otrzymywali bony stołówkowe i bilety na przejazd środkami komunikacji miejskiej. Służba pomagała również przy zakupie ubrań i innych niezbędnych przedmiotów oraz informowała o przysługujących uchodźcom świadczeniach socjalnych. Była też odpowiedzialna za wskazanie obozu, w którym mieli zamieszkać.

Piąta stacja w procedurze przyjmowania uchodźców to meldunek policyjny. Nie chodziło jednak o prosty meldunek, lecz o sprawdzenie w dostępnych (niekompletnych) księgach niekaralności danej osoby.

Szóstym etapem było tzw. „badanie wstępne” (Vorprüfung A) i dopiero tu można było w końcu złożyć wniosek o wystawienie pozwolenia na pobyt na terenie Republiki Federalnej oraz Berlina Zachodniego. Wniosek, który w latach 50 liczył kilka stron, z biegiem czasu został zredukowany do kilku punktów.

Nie miałem innego wyjścia, musiałem uciekać.

Po „badaniu wstępnym” następowało dokładniejsze badanie przez pracowników zachodnioniemieckiej służby wywiadowczej (Bundesverfassungsschutz i Bundesnachrichtendienst) tzw. Vorprüfung B. W przesłuchaniach uczestniczyli również pracownicy Ministerstwa ds. Stosunków Wewnątrzniemieckich (w latach 1949-1969 nosiło ono nazwę Ministerstwa Spraw Ogólnoniemieckich). Ta faza przyjmowania uchodźców służyła zbieraniu informacji o Niemieckiej Republice Demokratycznej oraz demaskowaniu potencjalnych szpiegów.

W ósmej stacji, tzw. Terminstelle, uciekinierzy otrzymywali informację, kiedy mają się stawić przed komisją orzekającą o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku o przyznanie prawa pobytu na terenie RFN.

Następna, dziewiąta, stacja oznaczała ponowne badanie lekarskie, włącznie ze zrobieniem zdjęć rentgenowskich. W przypadku wykrycia gruźlicy, chorych przenoszono do szpitala, zawieszając na okres leczenia decyzję w sprawie ich przyjęcia przez Republikę Federalną.

Najważniejszą stacją po przesłuchaniu przez służby alianckie było przesłuchanie przez trzyosobową komisję, członków największych w tamtym czasie partii, reprezentowanych w parlamencie niemieckim czyli Bundestagu: CDU, SPD i FDP. Komisja analizowała wszystkie zebrane na temat uciekiniera informacje, włącznie z referencjami (o ile takie były). Po zapoznaniu się z dokumentami i intensywnym przesłuchaniu, członkowie komisji podejmowali decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku.

W przypadku decyzji pozytywnej w kolejnym etapie przyjmowania uciekinierów (tzw. Ländereinweisung) zapadała decyzja, do którego kraju związkowego zostanie skierowany. Istniały tzw. kwoty przyjmowania uchodźców, kierujące się wielkością, liczbą mieszkańców i potencjałem gospodarczym kraju związkowego. W Berlinie Zachodnim mogły pozostać osoby, które mogły udokumentować miejsce pracy lub studiów albo powiązania rodzinne. Przy rozdzielaniu uciekających na poszczególne kraje związkowe starano się uwzględnić ich życzenia. Osoby, które zostały uznane za „przesiedleńców”, otrzymywały inny (lepszy niż osoby ubiegające się o azyl) rodzaj dofinansowania oraz rekompensaty za pozostawione dobra, a ich prawa do renty oraz świadectwa dotyczące wykształcenia poddane zostały dokładnej analizie i częściowo uznane. „Przesiedleńcy” docierali do przydzielonych im krajów związkowych RFN drogą powietrzną, ponieważ w przypadku wkroczenia na teren NRD groziło im więzienie.

Przerażające są dla mnie oficjalne liczby na temat przyjmowania pierwszych uciekinierów z NRD. W pierwszych latach istnienia obozu, do połowy lat pięćdziesiątych, prawie dwie trzecie wniosków o przyjęcie w Niemieckiej Republice Federalnej zostało odrzuconych. Dopiero tzw. „Cud Gospodarczy” (Wirtschaftswunder) w drugiej połowie lat 50 spowodował duże zapotrzebowanie na siłę roboczą i poluzował warunki przyjmowania uciekinierów. Od połowy lat 50 odrzucano już tylko jeden procent wniosków, a nowi obywatele RFN szybko integrowali się i jako wysoko wykwalifikowana siła robocza przyczynili się w znacznej mierze do gospodarczej odbudowy kraju.

Po budowie muru tłumy uciekinierów z NRD przestały masowo przybywać do Marienfelde. Nie oznacza to wcale, że obywatele NRD pogodzili się ze swoim losem. Do upadku muru w enerdowskich więzieniach znalazło się 87 tysięcy obywateli NRD, którzy w latach 1961-1989 podjęli próbę ucieczki na Zachód lub też byli w oczach ernerdowskiego reżimu osobami „niepewnymi” politycznie. Ludzie ci stali się w miarę czasu podmiotem handlu wymiennego: wymiany ludzi na towar. W zależności od tego, jakie deficyty wykazywał rynek NRD, za uciekinierów płacono produktami spożywczymi lub ropą naftową. Wykupywanie ludzi było formą pozyskiwania dewiz. Przez zachodnią granicę do NRD trafiły dobra wartości ponad 3 miliardów marek, co stanowiło “równowartość” prawie 34 tysięcy osób. Wśród nich większość stanowili ludzie, którzy nie chcieli żyć w reżimie, NRD dosyć chętnie dorzucała do „kontyngentów” więźniów politycznych kryminalistów, ludzi, których chętnie się pozbyła.

Znajomy, który miał odsiedzieć czteroletni wyrok za działalność na szkodę państwa enerdowskiego, a został wykupiony przez rząd RFN w roku 1977, odpowiadał mi o tym, jak go odtransportowano do Berlina: w jego dziesięcioosobowej grupie wysłanej z Berlina Wschodniego do Marienfelde było trzech kryminalistów i z dużą pewnością pracownik Stasi (służb bezpieczeństwa), przemycony na Zachód w celach służbowych. Wszystkie reżimy chętnie pozbywały się ludzi nie stanowiących zbyt wielkiej wartości, recydywiści przyjeżdali również w grupach zwolnionych internowanych z Polski. W ten sposób w takiej grupie znajdowali się zarówno ludzie, którzy chcieli za wszelką cenę opuścić swój kraj, jak i osoby, których kraj chętnie się pozbył. Przewodnik po obozie opowiada, że pani kanclerz Merkel chciała swego czasu wyjechać do Republiki Federalnej, a stamtąd do Stanów.

Wystawa w Marienfelde opowiada o wszelkich aspektach ucieczek, również o kwitnącym zawodzie „pomocnika w ucieczkach”. Do tej pory była to dla mnie niemiecka wersja Robin Hooda, który poświęca swoje życie dla wolności innych, jak ów wspomniany już znajomy, który zaraz po przyjeździe do Berlina założył Komitet Samopomocy byłych obywatyli NRD. Ta organizacja zajmowała się nie tylko pomocą osobom, które dopiero co przyjechały do obcego państwa, Komitet pośredniczył w kontaktach z ludźmi organizującymi ucieczki. Mimo lewicowych poglądów uczestniczył on i organizował wiele akcji przeciwko dyktaturze komunistycznej, w tym przeciwko stanowi wojennemu w Polsce. „Robin Hoodem” była również legenda Berlina Zachodniego, założyciel muzeum Checkpoint Charlie, dr Rainer Hildebrandt, Muzeum, które dzisiaj jest jedną z największych atrakcji turystycznych Berlina. Dom Hildebrandta w Nikolassee stał się przytułkiem dla ludzi prześladowanych, a założony przez niego Komitet przeciwko Nieludzkiemu Traktowaniu zbierał latami informacje o więźniach politycznych Bloku Wschodniego i pomagał ludziom w ucieczkach. Życiowe motto Hildebrandta, „nie robienie niczego jest morderstwem”, uczyniło z niego wroga numer 1 w NRD. Trzy razy władze tego państwa próbowały go porwać.

W Marienfelde dowiaduję się, że z biegiem czasu zawód „pomocnika w ucieczkach” stał się jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy, pozbawionym jakiegokolwiek romantyzmu i ideałów biznesem. W latach 1964/65 ucieczki kosztowały od 3.000 do 7.000 marek zachodnich za osobę, w roku 1967 cena wzrosła do 15.000 marek. Wiele ucieczek kończyło się fiaskiem i wieloletnim pobytem w więzieniu zarówno dla uciekających jak i dla pomocników, im wyższe było ryzyko, tym wyższe były koszty ucieczki.

Wystawa porusza wiele aspektów ucieczek, nawet te najbardziej dramatyczne jak odgórnie narzucone adopcje dzieci, za które odpowiedzialność ponosiła Minister ds. Młodzieży Margot Honecker. (Nota bene pani minister nosiła tytuł doktor honoris causa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu – tytuł otrzymała 18 stycznia 1974). Dla niej sprawa była jasna: „rodzice opuszczają swoje dzieci”. Pierwszą tego typu publicznie nagłośnioną sprawą była adopcja w rodzinie Grübel. Członkowie tej rodziny próbowali w sierpniu 1973 roku wraz z dwójką trzy- i czteroletnich dzieci uciec do Republiki Federalnej Niemiec. Zostali złapani i skazani na wieloletnie kary więzienia. Rodziców wykupiła Republika Federalna Niemiec, dzieci zostały w NRD i pod koniec 1975 roku zaadoptowało je enerdowskie małżeństwo. Dzieci i rodzice zobaczyli się po siedemnastu latach rozłąki. Historia tej rodziny kończy się happy endem, jednak w wielu przypadkach dzieci nigdy nie poznały swoich biologicznych rodziców.

Wiedzieliśmy, że nikomu nie możemy ufać i nie wolno nikomu “podpaść”. Dieter Dubrow, urodzony w roku 1930, uciekł z NRD w roku 1958.

Wychodząc z budynku obozu, myślę, nie po raz pierwszy, o tym, że mimo wszystkiego, co denerwowało mnie w Polsce Ludowej i co doprowadziło do decyzji o wyjeździe, życie tam było godniejsze od piekła NRD.

Cdn.

O utopiach (Barataria)

Dla Konrada

Ewa Maria Slaska

Młody człowiek spędził u mnie jakąś część wakacji. Rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach, choć tak naprawdę to nie wiem, czy rozmawialiśmy o utopiach. Ale na pewno były podskórnie cały czas obecne. Jego zajmują utopie, bo jest jeszcze młody, mnie – bo już jestem stara.

On wie, czego chce, ja wiem, czego się nie da osiągnąć, choć mimo to nie należy ustawać w wysiłkach.

Inteligentni młodzi ludzie czytają inteligentne książki i pełnymi garściami czerpią z nich wiedzę o świecie. Dziesięć lat temu inny wówczas taki młody inteligentny człowiek poinformował mnie, czerpiąc wiedzę z mądrych książek, że każdy w Niemczech zarabia  (minimum) 3000 euro miesięcznie i odłożył na boku średnio milion euro. Młody człowiek mieszkał w Polsce, a ja w Niemczech i mimo że bywał u mnie i widział na własne oczy, że ani trzy tysiące co miesiąc, ani odłożony milion, za nic nie mogliśmy się porozumieć, bo teoria była mocniejsza.

Choć chętnie bym na nią przystała.

Inteligentna książka przeczytana latem 2019 roku dotyczy ekonomii. Zawsze i wszystko co mądre, musi dotyczyć ekonomii – wszyscy to wiedzą oprócz ludzi z mojego pokolenia z PRL-u, bo w PRL-u ekonomia była śmiertelnie nudnym elementem ucisku socjalistycznego, a zajmowanie się nią obiecywało wprawdzie karierę, zarobki i wyjazdy za granicę, ale nie wynikały one z nabytej na studiach wiedzy, lecz z zaprzedania duszy komunie.

A tego nie chcieliśmy. Chcieliśmy być wolni, co rozumieliśmy jako stan, że możemy robić, co chcemy, i jako sytuację, w której nie musimy robić tego, czego inni od nas chcą. Warunkiem uzyskania takiego stanu było studiowanie czegoś bardzo nie-komunistycznego i zarazem nie-pragmatycznego. Lekarz i dentysta byli wprawdzie lepsi od ekonomistów, ale ciążyło na nich odium, że studiuje się “to” nie z zamiłowania, lecz z chęci zysku, co nieomalże zrównywało zawody w białych fartuchach z producentami lodów, parasolek i torebek. Nikt zresztą nie wiedział na pewno, czy zawody obiecujące dobre zarobki, nie obiecują ich w zamian za potulne zachowanie. Zresztą gdy byłam studentką, osobiście nie znałam nikogo, kto by studiował medycynę (choć oczywiście znałam lekarzy i miałam ich również w rodzinie).

Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wiedzieliśmy więc, że na Zachodzie tacy jak my studiowali różnego rodzaju nauki społeczne. My, siłą rzeczy, wybieraliśmy zawody humanistyczne, nieważne, a zatem nie skłaniające władzy do korumpowania nas. Tak myśleliśmy.

Byliśmy bandą utopistów i wymarzyliśmy sobie świat, który teraz mamy i który jest, niestety, podłym wynalazkiem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że świat wolności od stałej pracy, a zatem (tak myśleliśmy) nacisku z góry, okaże się przedpieklem. To świat poszarpanego życia i biegania jak kot z pęcherzem za najgłupszymi nawet zleceniami. I nawet, jak w peerelowskim kabarecie, nie ma czasu, żeby załadować taczki. Nauczyliśmy się w tej wymarzonej przez nas utopii pierwszej i podstawowej zasady, jakiej w PRL-u w ogóle nie znaliśmy: wolność kosztuje! Nie jesteś wolny, jeśli przymierasz głodem. Trzeba było studiować coś konkretnego, zarobić jakieś konkretne pieniądze, założyć jakiś biznes, zostać prywaciarzem, ba, nawet bogato się ożenić lub wydać za mąż – mniejsza o to jak, ale trzeba było zadbać o to, by mieć w życiu pieniądze, bo bez pieniędzy nie kupimy i nie utrzymamy nawet rozpadającej się stajni na zapadłej wsi, w której my, wolne duchy i wolni ludzie, moglibyśmy się spotykać z innymi wolnymi duchami.

Ponadto nie chcieliśmy chodzić do pracy, przedkładaliśmy nad biuro i comiesięczny zarobek pracę wolnego umysłu w wolnym świecie, a  miała to być również taka praca, która zapewni nam rozwój wewnętrzny. Haha.

To się dziś nazywa praca na umowach śmieciowych. I taki był złośliwy koniec utopii mojego pokolenia. Jesteśmy biedni, nie mamy stałej pracy i stałych dochodów, harujemy w głupich pracach, niezgodnych z naszym wykształceniem i niegodnych naszych możliwości intelektualnych, niczego się nie dorobiliśmy, jeśli coś mamy to tylko dlatego, że nasi rodzice nam coś zostawili… Jesteśmy starzy i nie stać nas nawet na to, by sfinansować cokolwiek na większą skalę i udzielić komukolwiek jakiejkolwiek pomocy. Możemy co najwyżej pozbierać pieniądze na wydanie tomiku wierszy. Więcej, nawet zbiorowym wysiłkiem, nie osiągniemy.

Przeżyliśmy na tej drodze od młodzieńczych utopii do ich starczej realizacji kilka chwil zdumienia. Gdy upadła Komuna ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że dorabiają się nawet najszlachetniejsi, że organizowaniem coraz lepszych zarobków i zamożnego bytu zajęli się zarówno działacze solidarności jak księża.

Dowiedzieliśmy się też, że na Zachodzie utopiami zajmują się dobrze ustawieni starcy, a nie, jak u nas, młodzi ludzie nie posiadający niczego.

Było też oczywiście odkrycie, że podczas gdy my walczyliśmy za wolność naszą i waszą, o zlikwidowanie komuny, uznanie pacyfizmu i wegetarianizmu, miłości wolnej od konwenansów i przymusu ślubu i macierzyństwa, gdy konstruowaliśmy podwaliny tego, jak ma wyglądać świat przestrzegający praw kobiet, dzieci, chorych, kolorowych, starców i inwalidów, gejów i lesbijek, pod naszymi skrzydłami, nawet nie pół pokolenia po nas wyrośli ludzie, którzy bez żenady weszli na miejsca, których my nie zajęliśmy, bo mieliśmy w głowie wolność, równość, solidarność, i na tych miejscach nieźle się dorobili.

Ale chyba najgorszym zdumieniem było to, że zanim minęło ćwierć wieku, to, co osiągnęliśmy, przestało kogokowiek obchodzić, nasze utopie przejęli bogaci i rozsiedli się szczupłymi bogatymi tyłkami na naszych starych kanapach, które nagle stały się cool. Naszą sztukę produkują teraz agencje, nasze myśli – tekściarze, nasze ubrania – disajnerzy.

I to wszystko moglibyśmy byli przewidzieć, gdybyśmy czytali mądre książki i studiowali ekonomię. Ale myśmy czytali Manna, Prousta i Joyce’a, starych zapatrzonych w siebie, nudnych mężczyzn. I żebyśmy przynajmniej czytali Balzaka – on wiedział, jak to jest być człowiekiem, który nie ma pieniędzy w świecie, który te pieniądze ma.

Po tej wycieczce w perelowski świat mojej młodości wracam wreszcie to głównego tematu tego wpisu czyli mądrej książki przeczytanej tego lata przez mądrego młodego człowieka.

O yeah: The point is: to keep walking. Robić. Nie oglądać się, czy to coś daje. Bo jak nie będzie idealistów, którzy ustawili na horyzoncie utopię i idą do niej, mimo że wiedzą, iż jej nie osiągną, a sami zemrą w biedzie i zapomnieniu, świat stanie się potworną areną bezwzględnej walki o zysk. Jeśli myślicie, że już to mamy, to gwarantuję wam, że się mylicie. Jak zabraknie idealistów i utopii, nawet wywóz śmieci przestanie funkcjonować jak należy. Bądźmy więc zadowoleni, że wciąż komuś się chce okupować Wall Street, a komuś, mimo Aspergera, stanąć z transparentem pod budynkiem senatu, że są młodzi ludzie, którym się chce uciekać ze szkoły na piątkowe demonstracje i że jest Ania Alboth, która postanowiła dojść do Aleppo, aby zwrócić oczy świata na zbrodnie wojenne w Syrii.

Bo jak nas nie będzie, nas i takich jak my…

Barataria. Odjazd

Marek Włodarczak

W lipcu 2019 roku trójka uczestników Civil March for Aleppo spotkała się w marinie Wdzydzki Kąt, skąd podjęła próbę Ewakuacji na Wyspy Szczęśliwe. Na miejscu do ekipy dołączyła kamerzystka / reżyserka filmowa oraz dziecko.

Próba przebiegła dobrze, ale wyszły na jaw niedostatki w wyszkoleniu żeglarskim. Okazało się, że nie potrafimy żeglować na mocno przeciekających łodziach i przy przeciwnych wiatrach. Pływanie na sprawnym jachcie „Odyseusz” wychodziło nam dobrze, tylko że jachty tego typu służą do zasłużonego wypoczynku po pracy, a nie do ucieczki przed skutkami pracy*.
Takie jachty w razie Ewakuacji zostaną zajęte przez polityków, biznesmenów i innych gangsterów, a nam pozostaną dziurawe łodzie o starych podartych żaglach, często bez steru. Trzeba również liczyć się z tym, że biednemu zawsze wiatr wieje w oczy.
Myślę, że dobrze byłoby zorganizować kurs żeglowania na orp Szefowej. Orp Szefowa spełnia wszystkie warunki łodzi nie nadającej się do normalnego żeglowania, ale jako „dar hasioka” świetnie nadaje się do ćwiczenia ewakuacji w każdych warunkach.

*Człowiek dzisiejszy zdaje się być stale zagrożony przez to, co jest jego własnym wytworem, co jest wynikiem pracy jego rąk , pracy jego umysłu, dążeń jego woli. Człowiek coraz bardziej żyje w lęku, że jego wytwory, mogą stać się środkami i narzędziami jakiegoś wręcz niewyobrażalnego samozniszczenia, wobec którego wszystkie znane nam w dziejach kataklizmy i katastrofy zdają się blednąć. Napisał Jan Paweł II w Encyklice Fides et ratio 21 lat temu. „ Świat znalazł się w stanie głębokiego globalnego kryzysu. Ten złożony wielowymiarowy kryzys ogarnął wszystkie aspekty naszego życia – zdrowie i warunki życia, jakość środowiska i stosunki społeczne, gospodarkę, technologię i politykę. Skala i ostrość tego kryzysu nie mają precedensu w dziejach ludzkości,  napisał Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny 37 lat temu. Oświecenie – rozumiane jako postęp myśli – zawsze dążyło do tego, by uwolnić człowieka od strachu i uczynić go panem. Lecz oto w pełni oświecenia ziemia stoi pod znakiem tryumfującego nieszczęścia. Napisali Adorno i Hockhaimer w pracy Dialektyka Oświecenia 72 lata temu.

Jedna z łodzi, jakie pozostaną nam zwykłym ludziom do dyspozycji, jeśli trzeba się będzie ewakuować. Odyseusz, którym autor pisze w tekście, i jego bracia i siostry w żaglach, zostaną zajęte przez pięknych, młodych, zdrowych i bogatych.

Frauenblick: Klimawandel

Monika Wrzosek-Müller

Als letztes Jahr die Trockenheit und Hitze Berlin beherrschten, wäre sie fast krank geworden. Die Trockenheit breitete sich wie eine Heuschreckenplage in den Parks, über die Wiesen aus, es war alles gelb und staubig, sah kränklich aus, ohne Saft und Leben. Sie trauerte um jeden Baum, jeden Strauch, der einging. Besonders Bäume haben es ihr angetan, alte, hundertjährige Bäume, deren Äste herunterfielen, erschienen ihr wie Lebewesen, die daran litten, was um sie herum geschah. Auch die Luft war trocken, es brannte in den Augen und kratzte im Hals.

Jetzt, in diesem Jahr saß sie in Warschau und sah die großen, neu angelegten, aber schon vergilbten Rasenflächen, die Blätter der Bäume, die jetzt schon, wie im Herbst, abfielen und auf dem Boden lagen. Die Weichsel konnte man durchwaten, sie war angeblich nur noch 40 cm tief. Die Schifffahrt war eingestellt. Die Trockenheit war überall sichtbar, in der Luft spürbar, auch im grünen Speckgürtel der Stadt sah man sie überdeutlich.

Schon letztes Jahr spürte sie, dass es ernst um die Welt war, um ihr Leben und dass es darum ging, wirklich etwas zu unternehmen, sollten wir noch weiter existieren wollen, vor allem die Generationen nach uns, unsere Kinder und dann deren Kinder. Doch weder die Grünen stellten für sie eine Alternative dar noch die Bewegung Fridays for future, die vielleicht zu jung war, zu sehr auf die Person von Greta Thunberg fixiert. Es war wirklich etwas, worum man kämpfen sollte, oder gar musste. Es war nicht ausgedacht, nicht künstlich zum Politikum gemacht, nicht durch die Medien kreiert; es geschah so überdeutlich und mit fortschreitender Konsequenz, dass man blind sein musste, es nicht zu sehen. Manchmal machten die Politik und die Politiker sie wütend mit ihrer Beschränktheit und Gehemmtheit, auch Langsamkeit, ihrer Abhängigkeit von der Großindustrie. Sahen sie nicht, dass es wirklich  höchste Zeit war zu handeln? Seit den 80er Jahren, seitdem sie nach Deutschland gekommen war, hörte sie ständig von der Verlegung des Verkehrs von der Straße auf die Schiene, doch es passierte genau das Umgekehrte; die Autobahnen wurden immer breiter, zwei Spuren reichten schon lange nicht mehr aus und die Staus und der Verkehr nahmen rasant zu. Jetzt war Osteuropa auch den Gesetzen der Autoindustrie unterworfen, immer mehr, immer schneller,  scheinbar immer bequemer, also immer größer. Mitten durch kleine Dörfer und Städtchen in der Uckermark rollten riesige Laster mit Anhängern, alles rollte und verpestete die Luft, und die Sonne brannte unermüdlich und gnadenlos.

Zum Glück gab es doch noch die Kunst als einen großen Befreier, als Epigonen, Vorreiter dessen, was passieren sollte, konnte und nicht dürfte. Schon immer war die Kunst Vorbote der großen Themen, von Veränderungen; die Künstler spürten als erste Bedrohungen und bearbeiteten ihre Ängste in ihren Werken, sie entwickelten Visionen, die von der Realität betroffen waren.

So sah sie auch die Ausstellung in Warschau, im Zentrum für Gegenwartskunst (CSW) im Ujazdowski-Palais, sie handelte genau davon; schon der Titel war bezeichnend: Menschenleere Erde im Rahmen des Projekts Plastizität des Planeten. Das Wort Plastizität bezog sich sowohl auf die Möglichkeiten der Veränderung als auch auf die ungeheuren Mengen von Plastik, die der Mensch produziert und den Planeten damit zumüllt. Die Künstler versuchen ihre Sorge um den Planeten global auszudrücken. Sie gingen von einem Buch von Alan Weisman aus,  Die Welt ohne uns: Reise über eine unbevölkerte Erde, in dem spekuliert wird, was passieren würde, wenn die Menschen verschwänden. Könnten die Wälder sich wieder in Urwälder verwandeln, würden fast ausgestorbene Tiergattungen sich wieder vermehren, würde die Luft wieder sauber werden und das Abschmelzen der Gletscher aufhören? Als Beispiel nennt er auch den Urwald von Białowieża in Polen und mehrere andere unberührte Orte der Welt. Doch die Menschen werden nicht verschwinden und all die Auswirkungen ihrer Existenz werden bleiben. Das Buch des US-Autors erschien 2007, wurde in mehrere Sprachen übersetzt und erreichte große Popularität, stand auch monatelang auf den Bestsellerlisten.

Die Künstler schlagen vor: bei den Problemen zu bleiben, aktiv zu werden, bei sich selbst anzufangen. Nicht darauf vertrauen, dass irgendwo, irgendjemand eine neue technische Revolution startet und CO² verwandelt, die Gewässer säubert etc… darauf sollte man nicht vertrauen und sich damit abfinden. Die Künstler versuchen in ihren Arbeiten zu zeigen, wie dramatisch die Konsequenzen der Veränderungen in der Natur sind, die den Plastikmüll absorbiert hat, integriert hat und sich dadurch auch endgültig verändert hat. Sie zeigen, wie in den Organismen Plastik weiter existiert und etwas neues, nicht Natürliches, Unnatürliches schafft. Es ist eben diese Plastizität des Planeten, die neue Formen schafft, neues Leben herstellt, doch ob der Mensch darin noch überleben kann, ist fraglich.

Die Arbeiten sind ganz verschieden und haben mit der KUNST, wie ich sie früher verstanden habe, wenig zu tun; sie zeigen eine Art Sensibilität für die Probleme, die auftreten, eine sehr gezielte und unheimlich akribische Umgangsweise mit verschiedenen Materialien wie Pilze, Wasser, Steine, Grünpflanzen. Es sind Video-Installationen, Objekte die an etwas erinnern, das mal war und jetzt verwandelt weiter existiert, was darin schön ist, denn KUNST ist immer irgendwo mit Schönheit verbunden, muss man in fragilen und ganz zufälligen Momenten suchen. Und doch sind diese Arbeiten wichtig und richtig, denn sie beschäftigen sich mit dem wichtigsten Problemen, vor die unsere Welt gestellt worden ist.

Ein kleiner Teil der  Ausstellung konfrontiert den Betrachter mit  dem gezielten und bewussten Handeln der Menschen, die zur ökologischen Katastrophen (wie Entwaldung und Verwüstung) führen und meistens als Folge nach Kriegshandlungen auftreten.  Forensic Architecture ist eine Gruppe an der London University, Menschen aus unterschiedlichen Berufen: Architekten, Künstlern, Filmemacher, Journalisten, Archäologen, Programmierer, Juristen und anderen Wissenschaftlern; sie alle beschäftigen sich damit, Beweise zu sammeln und zu bearbeiten, so dass sie an internationalen Foren vorgestellt werden können. Im CSW werden zwei Aspekte vorgestellt: Herbizide-Krieg in Kolumbien und Palästina. In Kolumbien dachte man, mit den Unkrautbekämpfungsmitteln der Drogenproduktion Herr zu werden, es wurden ganze Waldgebiete vernichtet; in Palästina haben die Israelis um den Gaza Streifen alle grünen Pflanzen weggesprüht. Es entstanden Streifen von wüstenähnlichen Gebieten, auf denen jede Bewegung der Menschen sichtbar wird. Es sind eigentlich eher Dokumentationen der Prozesse der Veränderungen, die Bilder vorher, nachher veranschaulichen, was wirklich passiert ist und welch schreckliche Wirkung solche Anwendungen mit sich bringen.

Beide Ausstellungen habe ich mit großem Interesse aber auch mit Traurigkeit angeschaut; unheimlich, dass so viel Wissen auch nicht weiter hilft und die Welt sich weiter in den einmal eingeschlagenen Bahnen bewegt.

Kolejna królewska zagadka

Ewa Maria Slaska

Jakoś mi tak tego lata zeszło na królów i królowe. Kto to?

Dla Konrada

Urodziła się w Trzebnicy.

Przez 42 lata była królową i rezydowała w pewnym słynnym pałacu dłużej niż jakikolwiek z jej poprzedników i następców płci obojga.

Jej mąż był królem i wnukiem króla, ojciec też był królem i to nawet dwukrotnie.

W ciągu dziesięciu lat urodziła dziesięcioro dzieci. Jeden z jej wnuków też był królem.

Była piękna i utalentowana.


I zagadka dodatkowa, dla bardzo dociekliwych. Królowa otrzymała od pewnego króla serwis do herbaty i czekolady wykonany w fabryce porcelany w Miśni, w ulubionym przez nią chińskim stylu. W skład serwisu wchodziło po 12 filiżanek ze spodeczkami do herbaty i do czekolady, odpowiednie dzbanki, dzbanuszki i cukiernice, piecyki do podgrzewania i… duża miska. Do czego służyła miska?