Ginkgo

Ewa Maria Slaska

Das Haus, in dem ich ab und zu arbeite, ist riesig groß. Im Laufe der Jahre belegten wir schon Zimmer in seinem verschiedenen Teilen. Diesmal, und es ist erst seit ein paar Wochen, befinden sich unsere Fenster direkt gegenüber Hochschule der Künste. Davor wachsen zwei wunderbare Ginkgobäume, die jetzt der hohen goldenen Flammen gleichen. Ich habe es schon seit Tagen mit Freude beobachtet, aber erst heute ist mir eingefallen, dass ich gerade diesen Baum schon vor fast 20 Jahren beschrieben habe. Ich war mir nicht sicher, ob ich den Text überhaupt finde, aber doch – hier ist er:

Ginkgo oder Ich mag Goethe nicht

Den Oktober verbrachten wir in Griechenland. Die Pracht von Blau und Weiß. Die Rückkehr nach Novemberberlin gleicht einem Schock. Es regnet. Alle Menschen in der U-Bahn sitzen mürrisch herum, schweigen und glotzen vor sich hin. Ihre Mundwinkel sind alle nach unten gesenkt, in einer grimmigen Grimasse von Unzufriedenheit, Neid und Verbissenheit. Die Berliner Fratze.

Es regnet die ganze Woche lang. Alles ist grau und kalt.

Samstag. Endlich blauer Himmel und Sonne. Kalt ist es immer noch, aber nicht mehr grau. Ich gehe spazieren, möchte goldene Bäume sehen. Auf dem Bayerischen Platz endlich ein paar Birken. Golden. Es ist kalt. Alle Straßen sind menschenleer. Die Bundesallee. Samstag früh – der Berliner will sich einmal ausschlafen. Vor mir ein großer goldener Baum. Ein Ginkgo. Groß, prächtig. Ein Baum, der von Goethe berühmt gemacht wurde. Daß ich eins und doppelt bin, schrieb er. Wie der Ginkgoblatt. Es ist ein Liebesgedicht. Goethe dachte dabei an sich und eine um 60 Jahre jüngere Frau.

Ich sammle ein paar Blätter. Als ich mich nach unten beuge, sehe ich ein paar Meter weiter einen anderen Goldbaum, unter dem sich zugleich drei Menschen, etwas pflückend, beugen. Chinesen, stelle ich fest. Drei Chinesen unter einem Ginkgo-Baum an einem menschenleeren Samstag. Der Baum dort ist kleiner. Die Chinesen arbeiten, das sieht man ihnen an. Es ist etwas zielbewußtes in ihren Bewegungen, rauf und runter. Jeder hält in der Hand eine durchsichtige, orangenfarbene Plastiktüte. Sie stecken das, was sie vom Boden heben, in diese Tüten. Ich bilde mir ein, daß sie die goldenen Blätter sammeln, um ein Zimmer mit den Ginkgo-Blättern zu tapezieren, damit ein schöner Meditationsraum entsteht. Einmal habe ich so ein Zimmer in einem fernöstlichen Haus gesehen, dessen Wände mit Magnolienblüten bedeckt waren. Es klingt romantischer als es aussah. Magnolienblüten mögen fabelhaft am Baum aussehen, aufgeklebt, sind sie schmutzigweiß. Ich hätte es lieber mit Ginkgo-Blättern gemacht.

Fest entschlossen, die Chinesen unter dem Baum gerade so ein Ziel vor den Augen haben und erpicht, ihnen zu helfen, gehe ich auf sie zu und behaupte, da, unter „meinem“ Baum, seien die Blätter schöner, beständiger, und in größerer Menge.

Es sind zwei Männer und eine Frau. Sie schauen mich mitleidig an und lachen. „Wissen Sie“, sagt die Chinesin und sie sagt es gerade so, wie die Chinesen sprechen, mit dünnem S, die durch eine dünne, kindliche Stimme fast komisch verändert wird. „Der Baum da, der ist ein Mann, der taugt nicht“.

„Und?“ – frage ich. „Dies da ist eine Frau und hat Früchte“. Sie zeigen mir kleine, rosiggelbe Beeren. Hilflos suche ich mir ein paar Früchte zusammen und schnupfe an ihnen. Sie riechen unangenehm, nicht schlecht, aber gerade so – unangenehm, nach Hundepisse. Die Chinesen essen doch alles, erinnere ich mich plötzlich. Ich bin keine Chinesin, für mich sind diese Früchte weder eine Bereicherung langweiliger europäischer Nahrung im Exil, noch ein Stück ferner Heimat an einem kalten Tag. Es sind ganz einfach kleine Beeren, die unangenehm riechen. Etwas ist in mir verlorengegangen, obwohl ich es nicht genauer weiß, was.

Mir kommt es vor, als ob ich wüßte, der Ginkgobaum sei männlich und weiblich. Ich bringe es nicht über mich, die Früchte zu kosten. Ich mache mir ein schönes herbstliches Gedeck. Ein paar weibliche Beeren mit zwei männlichen Blättern. Aber essen möchte ich davon nicht.

Der Ginkgo, der dank einem Dichter zum Symbol der Einigkeit zweier sich liebenden Menschen avancierte, ist in Wirklichkeit für uns, die wir keine Sachkundigen sind, eine Seltenheit – ein Baum, der entweder weiblich oder männlich ist. Geteilt. Fern von einander. Auf ewig und immer. Bis auf Gott sie verbindet.

Und der Mann, der taugt nicht.
Berlin im November 2000.


PS vom 16. Oktober 2019:

Die Ginkgobeeren werden geröstet und sollen eine Delikatesse sein, die man gern in China während einer Hochzeit serviert. Zwei Leute aus meiner Familie haben vor 10 Jahren geheiratet. Eine Rosenhochzeit wäre es, ist aber anders geworden… Trotzdem wünsche ich den beiden, dass sie glücklich sind. Auf Polnisch sind die Namen anders und sie ändern sich – als ich jung war und meine Eltern 10. Jahrestag ihrer Hochzeit feierten, hieß es “żelazne wesele” – Eiserne Hochzeit. Heutzutage ist es Aluminium oder Zinn. Und wiederum die Eiserne Hochzeit ist in Deutschland Name für den 65. Jahrestag der Ehe…


Und noch Goethes Gedicht (falls man sich nicht an Anhieb daran erinnert)

Ginkgo Biloba

Dieses Baumes Blatt, der von Osten
Meinem Garten anvertraut,
Gibt geheimen Sinn zu kosten,
Wie’s den Wissenden erbaut.

Ist es ein lebendig Wesen,
Das sich in sich selbst getrennt?
Sind es zwei, die sich erlesen,
Dass man sie als eines kennt?

Solche Fragen zu erwidern
Fand ich wohl den rechten Sinn.
Fühlst du nicht an meinen Liedern,
Dass ich eins und doppelt bin ?

Johann Wolfgang von Goethe 1815
(1749 – 1832)

Dieses Gedicht, schrieb der Homepageautor, wo ich das gefunden habe, hat Johann Wolfgang von Goethe für seine späte Liebe Marianne von Willemer geschrieben.

Das Ginkgoblatt wird darin als Sinnbild für Liebe und Freundschaft beschrieben.

Sąsiad sąsiadowi Niemcem

Krystyna Koziewicz

Sąsiedztwo po niemiecku

Dawno temu mieszkaliśmy w Polsce w dwupiętrowej kamienicy i muszę przyznać, że  wzajemne kontakty były wtedy raczej chłodne. Niewątpliwie przyczyniały się do tego moje hałasujące dzieci, które, co tu dużo gadać, przeszkadzały. Ale były to w końcu dzieci, a bezustanne narzekania były nie do zniesienia. Dzieci też często słyszały obraźliwe komentarze. Jednak przyznaję, na klatce schodowej i na podwórku stale był gwar, a czasem wręcz hałas. Gdy teraz jadę do rodzinnego miasta i odwiedzam moje dorosłe dzieci, mieszkające nadal w tym samym domu, nie mogę się nadziwić, bo panuje tu grobowa cisza, tylko czasem słychać, jak gdzieś w oddali pies poszczekuje na nieznane mu odgłosy.

Sąsiedzi w PRL to nie tylko byli ludzie mieszkający drzwi w drzwi, to było całe życie z jego jasnymi i ciemnymi stronami. Nigdy nie zapomnę sąsiadki, która miała znajomości w sklepie mięsnym i na naszych oczach ostentacyjnie znosiła do domu pełne torby mięsiwa. Mając „trzech budrysów” do wykarmienia (mąż i dwóch chłopców), próbowałam czasami doprosić się, by odsprzedała kawałek ochłapa na zupę. Nie pomogła…
Ale oczywiście bywa też przyjemnie, a doświadczam tego ilekroć jestem u brata, mieszkającego w niedużym miasteczku w dzielnicy willowej. Nie ma tygodnia, by sąsiedzi nie spotykali się w ogródkach na kawie ze znakomitymi wypiekami. Wzajemne zapraszanie się, odwiedzanie czy dzielenie owocami, warzywami, grzybami, jajkami, ale też drobnymi usługami podczas malowania płotu czy przycinki drzew, to prawdziwa radość. Harmonia życia w dobrym sąsiedztwie to wielki skarb.

Najczęściej jednak polskie sąsiedztwo ogranicza się do wzajemnego pożyczania sobie w doraźnej potrzebie, a to garstki soli, a to szklanki mleka, mąki czy jajka. Wygodne, miłe, ale chyba niezbyt głębokie.

Od kiedy zamieszkałam w Niemczech niejednokrotnie mogłam się być może obawiać wielokulturowego sąsiedztwa, ale czas pokazał, że nie warto się było martwić. Był to jednak całkiem inny rodzaj sąsiedztwa, jakże różniący się od polskiego.

W Berlinie moimi sąsiadami byli Niemcy, Turcy, Kurdowie, Polka i Włoch. Polka, jak każda rodaczka, częstowała wypiekami, wzajemnie zapraszałyśmy się na pogaduszki przy kawie. Normalka. Dobrze było mieć kogoć, kto pomógł podczas nieobecności w domu, podlał kwiaty, przewietrzył mieszkanie, odebrał przesyłkę od listonosza.

Szczególną serdeczność sąsiedzką okazywali Niemcy, co mnie mile zaskoczyło. Strasznie się bałam sąsiedztwa z nimi, właściwie bez uzasadnionego powodu. Pewnie tak na zapas, oni jednak w żaden sposób nie dawali odczuć, że jestem obca. Bycie sąsiadem mieszkającym tuż obok, znaczy dla Niemców, że to nasz bliski człowiek, członek wspólnoty.
Było na przykład takie bezdzietne niemieckie małżeństwo, które obsypywało mnie rozmaitymi dobrociami, najczęściej wtedy, kiedy sąsiad wracał z zakupów. Bez pytania wręczał torebkę z pachnącymi bułkami, życząc smacznego. W klamce u drzwi zostawiał przeczytane dzienniki i gazety ilustrowane, co w Niemczech jest normalnym zwyczajem, podobnie jak wystawianie na parapecie lub skrzynce pocztowej drobnych użytecznych przedmiotów, które można sobie zabrać, bo my ich już nie potrzebujemy, a może komuś jeszcze się przydadzą. W czasach “zero waste” takie wpojone od dzieciństwa zachowanie – to skarb, jak tego nie umiesz, to się musisz żmudnie uczyć, że nigdy niczego od razu nie należy wyrzucać, że zawsze jeszcze trzeba spytać, kto tego może potrzebować. Nawet popsute rzeczy, których sami nie umiemy naprawić, mogą się innym przydać.

Największą hojność okazywano mi, kiedy gościły u mnie wnuczki, wtedy otrzymywałyśmy pełne torby słodyczy, lodów, jogurtów. Oczywiście dziękowałam, nie bardzo wiedząc czym się zrewanżować? Zapraszałam czasem na kawę, lampkę wina, co było przyjmowane z zadowoleniem. Często, wzbraniając się przed ilością podarków, wyciągałam portfel, chcąc zapłacić, ale reakcja zawsze była ta sama: ależ skąd, nie jesteśmy przecież handlarzami!
Inna sąsiadka zapraszała dziewczynki do kawiarni na lody, ciastka, a któregoś razu zafundowała im nawet rejs statkiem po Szprewie. Czasem przy przeprowadzce do nowego mieszkania dostaje się od niemieckich sąsiadów meble i to w bardzo dobrym stanie, czasem nawet z własnym transportem. Niekiedy hojność sąsiedzka sięga jeszcze dalej i może objąć nawet wakacje za granicą. Kiedyś dostałam takie zaproszenie na Sycylię. Dlaczego akurat ja?, zapytałam nieco skonsternowana. Odpowiedź brzmiała: bo potrzebuję towarzystwa!
Jakaż wewnętrzna kultura wypływa z tej odpowiedzi. Nie jest też tak, jak to mi początkowo przychodziło do głowy, że być może Niemcy mają w stosunku do Polaków poczucie moralnego długu i dlatego okazują wielkoduszność. Teraz już wiem, że są tacy sami w stosunku do innych nacji. Ba, kilka lat temu, podczas kryzysu uchodźców, naocznie wszyscy się przekonaliśmy jak to działa – przypomnijmy sobie te filmy i zdjęcia Niemców z kocami, termosami i torebkami kanapek, którzy stali na dworcu i czekali na przyjazd pociągu z granicy. Po prostu tak funkcjonują relacje dobrosąsiedzkie i międzyludzkie w Berlinie.

Osobiście miałam poczucie, że moim sąsiadom sprawia przyjemność dawanie.

Oczywiście takie sytuacje wymagają taktu z obu stron, trzeba umieć uniknąć poczucia, że ktoś inny traktuje nas jak biedaka a może nawet żebraka. Czasem wręcz jest tak, że dawanie jest łatwiejsze niż branie. Bo ofiarodawcą kieruje miła myśl: mam, a zatem mogę dać, a jeśli jest się tą stroną biorącą, to zawsze nasuwa się pytanie – a może widać po mnie, że mi gorzej idzie? A może mam w zachowaniu bądź sposobie ubierania się wpisany „kod biedaka”? Ale tak nie jest. Bywało, że świetnie radziłam sobie w życiu, myślę, że nadal świetnie sobie radzę, a jeśli nawet bywało inaczej, to surowo pilnowałam, by na zewnątrz nie było tego widać. Jestem wdzięczna moim niemieckim sąsiadom, za lekcję, jakiej mnie nauczyli: nie demonstruje się bogactwa, okazywanie pomocy dobrosąsiedzkiej to objaw życzliwości, a dzielenie się jest środkiem, ułatwiającym tworzenie przyjaznej wspólnoty.

Dotyczy to zresztą nie tylko Niemców. Turecki sąsiad mieszkający na parterze, właściciel piekarni, obdarowywał moje wnuczki słodkimi wypiekami, a były to ilości nie do przejedzenia. Niekiedy, jeśli nie miał w domu ciastek, sięgał do kieszeni i wkładał dziewczynkom do torebek po pięć euro na lody.

Inna moja sąsiadka, turecka alewitka, obdziela nas hojnie przysmakami kuchni tureckiej, a przecież jest samotną matką, wychowującą córkę. Dlaczego to robi? Bo jej wychowanie i religia nauczają, że okazywanie człowieczeństwa przejawia się w konkretnym działaniu, na przykład dzieleniu się dobrem. Często rozmawiamy przy herbacie o tym, jak wygląda dobroć w życiu codziennym alewitów. Dowiedziałam się, że w każdej rodzinie stan posiadania wszystkich ma być równy i nie może być tak, że jeden żyje skromnie, a drugi w przepychu. Komu wiedzie się lepiej, jest zobowiązany pomagać słabszym. Masz się, człowieku, wzajemnie wspierać, dbać o rodziców, o biednych, słabych, chorych.

Początkowo i ja, i moje wnuczki byłyśmy tymi gestami skrępowane, dziękowałyśmy, ale źle się z tym czułyśmy. Dziwczynki były tu tylko podczas wakacji, ja jednak musiałam sobie z tym radzić na stałe. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się wreszcie do tych drobnych podarunków. Gesty życzliwości moich sąsiadów zaczęły sprawiać radość, zakłopotanie i skrępowanie ustąpiły. Zauważyłam bowiem, że wszystko odbywa sią bardzo taktownie, rzadko się zdarza, by owe gesty były zbyt nachalne. Teraz już wiem, że trzeba się raczej nauczyć i samemu też coś dawać, a nie wzbraniać się przed przyjmowaniem. Dawanie to element jednoczący społeczność sąsiedzką, bo skoro tworzymy małą wspólnotę mieszkaniową, to drobne gesty dobrosąsiedzkie są czymś zwyczajnym. DOBRO jest we wszystkich drobnych zwyczajnych momentach naszego życia, ważne jest by umieć je dostrzec i samemu być dobrym sąsiadem.

Ewa Maria Slaska

Ciekawe, że ten wpis Krystyny dotarł do mnie tego dnia, kiedy właśnie skończyłam czytać książkę o małym idyllicznym świecie małej idyllicznej uliczki w moim małym idyllicznym światku, jakim jest Gartenstadt Tempelhof.

Książeczkę napisał i wydał własnym sumptem jeden z mieszkańców domu przy małej uliczce nieopodal mojego domu. Opisał swój dom, drzwi, podłogi i ściany, swój ogród, ulicę, placyk, którym się kończy, ogródki, drzewa, kwiaty, koty, psy, lisy, ptaki, sąsiadów… Kto jest miły, a kto nieznośny, z kim się człowiek zaprzyjaźnił, a z kim tylko wymienia ukłony. Wszystko przesiąknięte uprzejmością, życzliwością, serdecznym zainteresowaniem. I, co może najważniejsze, bez sporów politycznych, wzajemnych ataków, kłótni i oskarżeń… Znam takie uliczki i w Polsce, podobne maleńkie idylliczne światy, osłonięte drzewami przed zgiełkiem życia i polityki.

Rozmyślam o tym, jak aktualna sytuacja polityczna przeorała stosunki międzyludzkie w Polsce, ale i w ogóle, w Europie, w świecie i zastanawiam się, jak długo jeszcze uda nam się utrzymać te idylliczne sąsiedzkie oazy spokoju i bezpieczeństwa, skupione wzdłuż uliczki, wokół placyku, stawu lub fontanny? I błagam małe bóstwa, tych wszystkich bożków ciepła rodzinnego, by nam pozwoliły nadal tak żyć.

Känguru zwischen Shakespeare und Cervantes

Marc-Uwe Kling, Die Känguru-Offenbarung, Ullstein 2014

Hollywood

»Du willst einer von den ganz Großen werden?«, fragte der 30-Prozentling. »Du bist doch nur ein Zwerg!«»Ja, aber ich kan zaubern«, sagte der Zauberzwerg.
Aus Der Zauberzwerg
von Thorsten Mann

»Frag du bitte mal nach dem Weg«, sagt mein Agent, als wir den großen Studiokomplex betreten.
»Gleich nach meinem ersten erfolgreichen Film suche ich mir einen neuen Agenten«, sage ich. »Einen, dessen Englischkenntnisse sich nicht out of office und fuck you beschränken.«
»Manche Leute kommen mit fuck you durch ihr ganzes Leben«, sagt das Känguru.
»Wenzel hatte mir eine Wegbeschreibung geschickt, aber ich habe sie aus Versehen von meinem Telefon gelöscht«, sagt mein Agent. »Meine Finger sind irgendwie zu dick für den Tatschskrien.«
»Warum ist Wenzel Skowronek eigentlich nicht mehr bei dir unter Vertrag«, frage ich. (Wenzel Skowronek ist der Autor des Romans Wunderhure, der im Kling-Buch immer wieder zitiert wird, auch weiter unten, weil man ihn gerade in Hollywood verfilmt, mit Peter Dinklage in der Hauptrolle – Anm. der Red.)
»Ich frage mich bis heute warum, aber gleich nach seinem ersten erfolgreichen Film hat er sich einen anderen Agenten gesucht.«
»Understandable, understandable«, singe ich vor mich hin.
»Wie?«, fragt mein Agent.
»Nichts«, sage ich. »Nur ein Ohrwurm.«
Ich frage nach dem Weg, und wir werden in eine große Halle geführt. Drinnen wuseln ganz viele Menschen um einen sehr kleinen Schauspieler und eine sehr leicht bekleidete Schauspielerin herum, die vor einer grünen Wand stehen.
»I stood eye to eye with the faceless terror«, sagt der kleine Schauspieler gerade. »I have wrestled with the poisonous slime gnomes of Glubsch and have bin riding the guiant spider Gorocola, but I’ve never had such a fear as now, when I want ask you: Would you go to the prom with me?«»I can not!«, sagt die Schauspielerin, den Tränen nähe. »The king of the lost city, my pimp, wants me to go with Brian, the son of Dragondoel the pale blue wizzard!«
Das Känguru ist hin und weg.
»Schantt’al«, murmelt er entrückt.
Irgendwo ruf jemand: »Cut!«
Ein Assistent kommt und gleitet mich und meinen Agenten in das Büro des Produzenten.
»Sank you sat you meeting us!« sagt mein Agent. »We knowing you time is little…«
»Zufälligerweise spreche ich Deutsch«, sagt der Produzent. (Zufälligerweise sprechen in Klings Bücher immer alle Deutsch – Anm. d. Red.)
»Äh… danke für diese Audienz…«
Der Produzent tut so, als hätte er eine unsichtbare Fernbedienung in der Hand, drückt drauf und sagt: »Fast forward«
»Äh wie?« fragt mein Agent.
»Vorspulen«, sagt der Produzent. »Eräzhlen Sie mir ihre Idee. Meine Zeit ist klein.«
»Klar, klar«, sage ich. »Eine Endzeit-Story.«
»Teuer«, sagt der Produzent.
»Ja… äh… also, es gibt keine Länder mehr, sondern nur noch Konzerne. Die Leute haben keine Staaatsangehörigkeit mehr, sondern nur noch Konzernangehörigkeit.«
»Massives Product-Placement«, sagt der Produzent. »Sehr gut.«
»Aber es gibt nicht mal mehr richtige Konzerne«, sage ich, »es gibt nur noch sogenannte Failing corporations.«
»Zu verkopft«, sagt der Produzent. »Ich warte noch drei Sekunden auf eine zündende Idee. Drei, zwei…«
»Es ist eine Endzeitkomödie!« rufe ich. »Die Leute sind total glücklich, dass alles kaputt ist.«
»Lesen Sie mir den Anfang vor.«
Ich tue, wie mir geheißen.
»Eine Frau und ein Mann sitzen vor einer Ruine. Zahlreiche Kinder spielen auf einer Müllkippe.
DIE FRAU
Schau nur, wie glücklich unsere Kinder spielen… (…)«
Der Produzent drückt auf seine imaginäre Fernbedienung. »Stopp.«
»Wie?«
»Erzählen Sie mir das Ende.«
»Ach so. Na, am Ende kommt raus, dass alle nur deswegen so happy sind, weil haufenweise Stimmungsaufheller ins Trinkwasser gemischt werden. Aber die Leute, die es rausfinden, sind so gut drauf, dass es ihnen egal ist.«
»I will call you. Don’t call me«, sagt der Produzent. »I will be out of office.«
»Wie? Was?« frage ich.
»Er sagte, er sei aut off offiss«, sagt mein Agent. »Das bedeutet fack ju.«
»Ich habe noch eine andere Idee!« rufe ich.
»Stopp«, sagt der Produzent und drückt auf seine imaginäre Fernbedinung.
»Könnten Sie das bitte lassen?« frage ich. »Das ist irgendwie entwürdigend.«
»Stumm«, sagt der Produzent und deutet mit seiner imaginären Fernbedinung auf mich. »Es geht um Vampire!« rufe ich.
»Abspielen.«
»Shakespeare und Cervantes sind ja beide im Frühjahr 1616 gestorben. Das ist Weltbekannt, aber nur die wenigsten wissen, dass die Dichter von einem Groupie-Vampir gebissen worden waren und selbst Vampire wurden. Die beiden sind jetzt Mitte vierhundert und stecken voll in der Midlife-Crisis. Ich lese mal kurz Szene vor, die spielt nachts in einer Bar:

WILLIAM
Erinnerst du dich, Freund? Früher, da waren die Leute gastfreundlich. Rein oder nicht rein, das war gar keine Frage. Heutzutage hingegen öffnet einem keiner mehr seine Tür. Alle glauben, man wäre von den zeugen Jehovas oder von einer DSL-Anbieter…
MIGUEL
Ach, ich trinke, wenn sich mir eine Gelegenheit bietet, und ich trinke auch, wenn sich mir keine Gelegenheit bietet, aber entsetzlich ist es, dass man jetzt vor dem Biss immer einen Aids-Test machen muss!
WILLIAM
Meiner Eckzähne wegen hat mir mein Dentist eine festsitzende Zahnspange eingesetzt.
(William zeigt seine Zahnspange.)
Auch lässt mein Augenlicht nach, und leider fällt mir das Einsetzen der Kontaktlinsen immer sehr schwer, weil ich mich ja nicht im Spiegel sehen kann.
MIGUEL
Würde dir gerne helfen, aber wenn der Blinde den Blinden führt, fallen beide in die Grube. Ich glaube, ich habe mir auch schon wieder die rechte Linse ins linke Auge gestezt und umgekehrt.
WILLIAM
Klar, niemand heilt durch Jammern seinen Schaden, aber lasern lassen… ich weiß nicht, ich bin doch so lichtempfindlich. Apropos. Ich muss dann auch mal. Da geht ja schon fast die Sonne auf.

Und dann fliegt er behände mit dem Kopf gegen den Türrahmen. Die Handlung…«


»Stopp«, sagt der Produzent. »Kommen Sie wieder, wenn Sie etwas über die epische Schlacht zwischen Gut und Böse geschrieben haben.« (siehe dazu den Beitrag vom letzten Montag – Anm. d. Red.)
»Hexen!« rufe ich. »Ein Film über drei Hexen im Mittelalter, die alle so gestresst sind (…)«
Der Produzent deutet mit seiner unsichtbaren Fernbedienung erst auf einem Sicherheitsmann und dann auf uns.
»Eject?« fragt der Sicherheitsmann.
Der Produzent nickt, und gleich danach stehen wir vor der Tür.

Die Wahlen und die Mauer

13. Oktober 2019

30 Jahre Mauerfall: Migranten, Flüchtlinge und Grenzgänger am Stettiner Bahnhof

Es ist der Tag, an dem die Polen in Polen und im Ausland zu den Wahl-Urnen gehen, um über das Schicksal ihres Landes in nächsten vier Jahre und demnach in der weiteren Zukunft zu entscheiden. Es geht ihnen dabei um eine tiefgehende Wahl zwischen zwei Optionen – der proeuropäischen Demokratie und dem national-katholischen Konservatismus. Dazwischen liegt ein unüberwindbarer Graben, der quer durch Europa führt. Paradoxerweise machen wir uns Sorgen um die demokratische Zukunft EUs in der Zeit der Feierlichkeiten zum 30 Jahre des Falls der Berliner Mauer. Ist der Eiserne Vorhang zwischen Ost und West gefallen, um den Platz für den andere harte Grenze zwischen den beiden Teilen Europas zu machen?

An diesem schicksalträchtigen Tag laden wir ein zu einer Stadtteil-Führung um Nordbahnhof und Gedenkstätte für die Opfer der Berliner Mauer an der Bernauer Straße. Auch dabei geht es uns um die Grenzen zwischen den Welten. Der Bahnhof diente deren Überwindung, die Mauer – der Trennung.

Wir treffen uns heute (Sonntag 13. Oktober 2019) um 14 Uhr
vor dem Haupteingang zum Nordbahnhof
Invalidenstr. 131
10115 Berlin

Karte


Unseren Rundgang starten wir am Ort, der früher Hoffnung auf eine bessere Zukunft verhieß: am ehemaligen Stettiner Bahnhof (heute Nordbahnhof). Viele spätere Berliner kamen hier an, um ein neues Leben in der Hauptstadt zu beginnen.

Berlin Nordbahnhof (bis 1950: Stettiner Bahnhof) war einer der großen Berliner Kopfbahnhöfe. Bis 1952 war er Ausgangspunkt der Bahnstrecke zum pommerschen Stettin. Es existiert neben einem Gebäuderest des Vorortbahnhofs nur noch der unterirdische S-Bahnhof.

Direkt am Nordbahnhof liegt die Gedenkstätte für die Opfer, die an der Berliner Mauer gestorben sind.

Bei dem Rundgang erfahren wir vieles über die Berliner Mauer und ihre Opfer – Männer und Frauen, die – ebenso auf der Suche nach Glück und besserer Zukunft – ihr Leben ließen, um dem Regime in der DDR, der Volksrepublik Polen und der Sowjetunion zu entfliehen. Berliner Mauer ist wie kaum ein anderer Ort in Europa ein Symbol für die Teilung des Kontinents in Ost und West nach dem 2. Weltkrieg. Noch bis 1989 verlief durch Berlin der sog. Eiserne Vorhang, der fast einer Kriegslinie glich.

Und die Mauer ist hier immer noch da – ob als Gedenkstätte in der Bernauer Straße oder als die in den letzten Jahren entstandene Literatur, die sich mit diesem Thema befasst. Magdalena Parys ist als junges Mädchen aus Stettin nach Berlin umgesiedelt und hat sich 2011 in ihrem Erstlingsroman „Der Tunnel“ mit dem Thema der Berliner Mauer auseinander gesetzt. Ihr nächstes Buch, „Der Magier“ (2015), das in Osteuropa, u. a. an der bulgarischen Grenze spielt, wurde 2018 mit dem Literaturpreis der Europäischen Union ausgezeichnet.

Aber die Gedenkstätte der Berliner Mauer ist nicht nur den Opfer gewidmet.

Man findet hier auch mehrere Hoffnungssymbole – die Versöhnungskapelle, das Roggenfeld, die Glocke, das Kreuz…

Fotos: Ela Kargol / Foto von Magdalena Parys: Marian Stefanowski


Im Programm:
Besichtigung der Umgebung von Stettiner Bahnhof
Besichtigung der Gedenkstätte Bernauer Straße
Spaziergang der Mauer entlang mit Besprechung der Bücher von Magdalena Parys
Tschechisches Abendbrot im OstPost (Choriner Str.)

Unser Stadtführer Martin Januszewski ist ein gebürtiger Stettiner, der seit ca. 20 Jahren zwischen mehreren Welten und Kulturen pendelt.
Berlin and Potsdam Guide / Martin Januszewski


Kontakt: Ewa Maria Slaska, 0171 1939 582, ewaslaska@gmx.de

Anmerkung: Die Osteuropa-Tage Berlin fnden in diesem Format seit 2017 statt und werden seit diesem Jahr von der Berliner Senatsverwaltung für Kultur und Europa gefördert. Dahinter steht ein interkulturelles Team, das aus dem Berliner Verein Städtepartner Stettin hervorgegangen ist.

Księgi Jakubowe. Co napisaliśmy kilka lat temu?

Dwa nienowe, sprzed kilku lat, głosy o Księgach Jakubowych. Lecha Milewskiego i mój. Ciekawe, że oboje porównaliśmy tę powieść z inną, o dobre 130 lat starszą…

Lech Milewski

1 września 2016

Przeczytałem Księgi Jakubowe

– To jest nikwe detom rabe – droga do przepaści, ta Częstochowa, 
ta Jasna Góra. To jest Brama Rzymska, przy której, według innych 
słów Zoharu, siedzi Mesjasz, rozwiązując i zawiązując…
To jest ciemne miejsce, przedsionek do otchłani, 
w którą musimy my iść, żeby uwolnić uwięzioną tu Szechinę…
(…) bo tu więziona jest Szechina, na tej nowej górze Syjon, 
schowana pod malowaną deską, pod obrazem, jest Panna…

Olga Tokarczuk – Księgi Jakubowe

Tytuł wpisu brzmi nieco jak triumfalny anons.
Słusznie, zacząłem bowiem je czytać jeszcze w zeszłym roku.

To nie jest recenzja książki bo nie potrafię takowych pisać. Na ogół już po kilku stronach wiem, czy w opowieści jest dla mnie miejsce. Jeśli jest, to wchodzę i trudno mnie stamtąd wygonić. Jeśli nie ma to… czasami zmykam, czasami przyglądam się jak turysta.

W przypadku Ksiąg Jakubowych był to ten ostatni przypadek.

Z pozycji turysty oceniałem bardzo staranne wydanie książki. Przyjemnie na nią patrzeć, przyjemnie dotykać. Dwa detale nieco mnie zaskoczyły…


Zdjęcie górne z Blogu Poly Jazyk, dolne – z Allegro

Jak widać powyżej pod ostatnią linią każdej strony znajduje się, wydrukowane słabiej, pierwsze słowo strony następnej. I odwrotnie, przed pierwszą linią nowej strony, wydrukowane jest słabszym drukiem ostatnie słowo strony poprzedniej.

W pierwszej chwili wydało mi się to sympatycznym objawem troski o czytelnika. Na dłuższą metę wydało mi się pretensjonalne.

Druga sprawa to numeracja stron. Na pokazanym powyżej górnym lewym rogu strony widnieje numer 783-781.

Dlaczego najpierw większy numer? Ano dlatego – strony numerowane są “po żydowsku” Na pierwszej stronie numer 993, na ostatniej numer 1.

Autorka wyjaśnia, że miała na celu uświadomienie różnic językowych, strony książek w języku hebrajskim przewraca się od prawej do lewej.

To stwierdzenie dyskwalifikuje cały pomysł. Tak, strony książek w języku hebrajskim przewraca się od prawej do lewej i tak własnie, kolejno, sa ponumerowane. Strony książka Ksiąg Jakubowych przewraca się od lewej do prawej, więc taka numeracja nie ma sensu.

To znaczy, pewien sens jednak ma – czytelnik w każdej chwili zdaje sobie sprawę, ile jeszcze zostało mu do przeczytania. Dużo.

A co też turysta wyczytał?

Treści za dużo żeby o niej pisać. Wspomnę tylko gdzie byłem.

Bliski Wschód – Smyrna, Saloniki, Nikopol, Craiowa. Egzotyczne zapachy i smaki, barwne stroje i dekoracje. Tutaj wszystkie postacie i sytuacje mają w sobie coś z opowieści Szeherazady – tu mógłbym pozostać dłużej.

Kresy – Rohatyn i okolice – tu poczułem się jak wśród obrazów Marka Chagalla. Ciekawie, tajemniczo, trochę się w głowie kreci.

Polska Centralna – poczułem się obco. Tu warto było być tylko, żeby zarobić pieniądze.

Brno w Cesarstwie Austro-Węgierskim i Offenbach w Niemczech. Operetka i to raczej tandetna.

Mistyka judajska – w Salonikach i Rohatynie robiła wrażenie, ale już we Lwowie, Częstochowie czy Brnie, zupełnie nie, a może nawet odwrotnie.

Ludzie. Dużo ich. Najważniejszy Nachman z Buska, później Piotr Jakubowski. Zagubiony w książkach i magicznych formułach. To była bliska mi osoba.

Jeszcze Antoni Kossakowski – Moliwda – w Turcji, Grecji, Rumunii miał w sobie coś z Aladyna. We Lwowie zmienił się w dworskiego intryganta, w Warszawie w autora książki – Suplement “Przewodnikowi warszawskiemu” przez innego Autora wydany w tymże roku 1779 – będącej przewodnikiem po domach publicznych i salonach prostytutek.
Jakub Frank – obawa mieszana z obrzydzeniem.

Żeby jednak dostarczyć czytelnikom jakiejś pożywnej treści podaję linki do dwóch prawdziwych recenzji:

– eseisty Adama Lipszyca – KLIK. W tej recenzji znalazłem uwagi krytyczne bardzo podobne do moich.

– literaturoznawcy Przemysława Czaplińskiego – KLIK. Tu już drugie zdanie mnie “rewoltuje”.

Nie mogę się oprzeć przed kolejnym cytatem:
…optujesz Pani jak inne białogłowy, za tym, żeby się do polszczyzny w piśmie przyznawać więcej. Ja do polszczyzny nic nie mam, ale jak w niej mielibyśmy mówić, skoro słów nam nie starcza? Czyż nie lepiej powiedzieć Rhetoryka niż Krasomówstwo? Albo Philosophia niżeli Miłość mądrości? Astronomia niż Gwiazdarska nauka? I czasu się zaoszczędzi i języka nie łamie.
Według mnie ta recenzja zbytnio koncentruje się na sytuacji społeczno-ekonomiczej Żydów w Rzeczypospolitej obojga Narodów i po pierwsze – zbyt krytycznie ocenia te stosunki, a po drugie – umniejsza bajkowo-mistyczny aspekt całej historii, z czego można wyciągnąć wniosek, że cały frankizm była to finezyjna manipulacja, której jedynym celem było uzyskanie polskich nazwisk i możliwości bogacenia się.
Według mnie nie ma to pokrycia w treści książki.

Księgi Jakubowe nie powędrują jeszcze na półkę. Już się stęskniłem za niektórymi miejscami, osobami i sytuacjami.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat:

Simon ben Jochai, wielki rabbi co żył okropnie dawno temu
i wiedział wszystko, co na niebie i na ziemi dzieje się, powiedział: ‘Talmud – to nikczemna niewolnica, a Kabała – to wielka królowa’.
Czym Talmud napełniony? On napełniony bardzo małymi,
podrzędnymi rzeczami. On uczy, co czyste jest, a co nieczyste,
co pozwolone, a co niepozwolone, co skromne, a co nieskromne.
A czym Zohar, święta księga blasku, księga Kabały, napełniony?
On napełniony wielką nauką: czym jest Bóg i jego sefiroty…
Wiem ja, że wielu Izraelitów mówi, że Talmud ważniejszy,
ale oni wszyscy, co tak mówią, głupi są i nie wiedzą o tym,
że póty ziemia trząść się będzie od wielkich boleści i póty Bóg i Izrael, Ojciec i Matrona, nie połączą się pocałunkiem miłości, dopóki niewolnica nie ustąpi przed królową, Talmud przed Kabałą.

Przepraszam, to z innej książki…

Komitet Upowszechnienia Książki – rok 1951 – tak, wtedy książkami zajmowały się komitety. Bardzo skromne wydanie, żółkniejący, zgrzebny papier. Brzegi kartek nieco nierówne, poszarpane. Bo tę książkę nabywca musiał sam sobie rozciąć. Czyta się dobrze. Do tego ten język, jakiś taki – bardziej żydowski.

P.S. 11 paździenika 2019.
Widzę, że zgubiło się ostatnie zdjęcie. Wyjaśniam więc, że to było  zdjecie okładki Meira Ezofowicza.
PS do PS – od Adminki. Wszystkie zdjęcia się pogubiły – dodałam. Meir Ezofowicz zaraz pojawił by się i tak, bo ja też o nim piszę.

*****
Ewa Maria Slaska

23 października 2015

Reblog: Meir Ezofowicz

Powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe przeczytałam już dawno, zanim ktokolwiek z moich znajomych ją przeczytał, zanim mianowano ją do Nike, zanim ją jej przyznano i zanim w Polsce rozpętała się niebywała akcja nienawiści. Tak niebywała, że jej echa docierają do Europy, która nie może zrozumieć, o co właściwie tym Polakom chodzi? Prawdę mówiąc i mnie jako Polce trudno to pojąć. Oczywiście nikt z tej zgrai nienawistników, która zapluwa internet, nie przeczytał ani słowa z tej książki, nikt nie wie więc, jaką niebywałą historię opowiada. Zresztą w nagonce na Tokarczuk w ogóle nie chodzi o jej powieść, lecz o  jedno zdanie, jakie wygłosiła podczas wręczania nagród, a wręcz o kilka słów: zniewoliliśmy naszych poddanych, zabijaliśmy Żydów.

To oczywiście udowodniona historycznie prawda, ale prawda żadnego z plwaczy i szczwaczy nie interesuje.

Tokarczuk nie jest pierwszą polską autorką, która na temat Żydów napisała Dzieło.  Pierwszym takim Dziełem był Meir Ezofowicz. Wydany w 1878 roku Meir… został uznany przez wielu za „objawienie”. Pisarkę od dawna interesowało życie, kultura i religia Żydów i w tej powieści starała się je wiernie odtworzyć. Prace nad powieścią Orzeszkowa poprzedziła studiami kultury i religii judaistycznej oraz wyprawami do miasteczek żydowskich. Opowiedziana przez Orzeszkową historia małego miasteczka przekształca się powoli w parabolę, stając się przypowieścią o odwiecznym zmaganiu się dobra ze złem, mądrości z ciemnotą i miłości z nienawiścią…

Olgo, teraz też o to chodzi, o spór między ciemnotą a mądrością…

Eliza Orzeszkowa

Meir Ezofowicz

Raz na koniec przybyła z Warszawy do Szybowa kartka papieru zżółkłego i zmiętego w długiej podróży, a na niej wypisanymi były następujące wyrazy:
„Wszelkie różnice w ubiorze, języku i obyczajach pomiędzy Żydami a miejscową ludnością zachodzące znieść. Wszystko, co się religii tyczy, pozostawić nietykalnym. Sekty nawet tolerować, jeżeli te nie będą wpływać szkodliwie na moralność. Żadnego Żyda, zanim dojdzie dwudziestu lat życia, do chrztu nie przyjmować. Prawo do nabywania gruntów Żydom udzielić, a nawet tych, którzy by się rolnictwem zatrudniać chcieli, na pięć lat od podatków uwolnić i inwentarzem rolnym obdarzyć. Wzbronić zawierania małżeństw przed rokiem dwudziestym dla mężczyzn, a osiemnastym dla kobiet”.
Kartkę tę noszono po ulicach, placach i domach, czytano po setne razy, powiewano nią w powietrzu niby chorągwią triumfu lub żałoby dopóty, aż w tych tysiącach rąk niecierpliwych i drżących rozpadła się ona w drobne szmatki, ulotniła się w żółtawy pył i — zniknęła.
Zdania jednak o tym, co przeczytanym zostało, ludność Szybowa nie wyrażała zrazu. Część jej, znacznie mniejsza, pytające spojrzenia zwróciła ku Herszowi, inna, ogromnie większa, badała twarz reba Nochima.
Reb Nochim wyszedł przed próg swej lepianki i chude ręce swe w znak grozy i rozpaczy wznosząc nad głowę okrytą siwymi włosy, zawołał po razy kilka:
— Asybe! Asybe! Dajge!
— Nieszczęście! nieszczęście! biada! — powtórzył za nim tłum zalegający w dniu owym podwórzec świątyni. Ale w tej samej chwili Hersz Ezofowicz stojący u samych drzwi domu modlitwy założył białą rękę za szeroki pas atłasowego chałata, drugą powiódł po śniadej, rudawej bródce, podniósł wysoko głowę okrytą cenną bobrową czapką i nie mniej donośnie od rabina, innym tylko wcale głosem zawołał:
— Ofenung! Ofenung! Frajd!
— Nadzieja! Nadzieja! Radość! — nieśmiało trochę, z cicha i z ukośnym na rabina wejrzeniem powtórzyła za nim nieliczna gromadka jego przyjaciół.
Ale stary rabin słuch miał dobry. Usłyszał. Biała broda jego zatrzęsła się, czarne oczy rzuciły w stronę Hersza wejrzenie pełne błyskawic.
— Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić — zawołał żałośnie i gniewnie.
— Rozum nasz uczynią dłuższym i serca w piersiach naszych rozszerzą — odpowiedział mu od drzwi świątyni doniosły głos Hersza.
— Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać krainę wygnania! — krzyczał reb Nochim.
— Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jej, aby ojczyzną nam była! — wołał Hersz.
— Zabronią nam koszery[ zachowywać i z Izraela uczynią lud chazarników!
— Dla dzieci naszych szkoły pobudują i z Izraela uczynią cedr libański miasto tarniny!
— Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im będzie żony pojąć sobie!
— Kiedy pojmą oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w ich rękach będą już wyrosłe!
— Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z sodomskiej winnicy!
— Przybliżą do nas Jobel-ha-Gadol, święto radości, w którym jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa!
— Herszu Ezofowiczu! Herszu Ezofowiczu! Przez usta twoje mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić chciał do cudzych płomieni!
— Reb Nochim! Reb Nochim! Przez oczy twoje patrzy dusza twego pradziada, który wszystkich Żydów zatopił w wielkich ciemnościach!
Tak wśród ogólnej głębokiej ciszy tłumu, z dala od siebie stojąc, rozmawiali ze sobą dwaj ci ludzie. Głos Nochima stawał się coraz cieńszy i ostrzejszy, Hersza brzmiał coraz silniejszymi, głębszymi tony. Żółte policzki starego rabina okryły się plamami ceglastych rumieńców, twarz młodego kupca zbladła. Rabin trząsł nad głową wyschłymi dłońmi, rzucał postać w tył i naprzód, a srebrna broda jego rozwiała mu się na oba ramiona; kupiec stał prosto i nieruchomo, w szarych oczach jego błyskało gniewne szyderstwo, a ręka za pasem tkwiąca odbijała białością od głębokiej czerni atłasu.
Parę tysięcy oczu szybkimi spojrzeniami biegało od twarzy jednego z dwóch przywódców ludu ku twarzy drugiego, parę tysięcy ust drżało, lecz — milczało.
Na koniec rozszedł się po podwórzu świątyni przeszywający powietrze, ostry, przeciągły krzyk reb Nochima:
— Asybe! Asybe! Dajge! — jęczał starzec z łkającą piersią i załamanymi nad głową rękami.
— Ofenung! Ofenung! Frajd! — podnosząc w górę białą rękę i głosem radością brzmiącym wykrzyknął Hersz.
Tłum milczał jeszcze chwilę i stał nieruchomy, potem głowy jego pochylać się zaczęły ku sobie na kształt fal kołysanych w przeciwne strony i na kształt wód szemrzących szemrać poczęły usta, aż nagle parę tysięcy rąk podniosło się w górę z gestem trwogi i bólu i parę tysięcy piersi wydało chóralny ogromny okrzyk.
— Asybe! Asybe! Dajge!
Reb Nochim zwyciężył.

Potem jednak wszystko przepadło. Tak Orzeszkowa zaznaczyła w powieści cezurę, jaką były zabory. Role się odwróciły. Teraz Hersz Ezofowicz, zwolennik asymilacji, płakał i wołał Asybe! Asybe! Dajge. A reb Nochim nie posiadał się z radości.

— Frajd! Frajd! Frajd! — wołał do ludu stary rabin, dowiedziawszy się, że „wszystko przepadło”, że zatem ci, którzy mieli rozkazywać Żydom, aby brody golili i krótkie suknie nosili, krajowym językiem mówili i w szkołach krajowych się uczyli, roli się imali i w dziecinnym wieku małżeństw nie zawierali — rozkazywać już prawa nie mają.
— Frajd! Frajd! Frajd! Zbawione są brody i długie chałaty; zbawione kahały, chajrymy, koszery, zbawione od zetknięcia się z nauką Edomu święte księgi Miszny, Gemary i Zohar! Zbawionymi od ciągnięcia pługu dłonie wybranego ludu! Zbawionym więc od zagłady lud Izraela!

Cała powieść dostępna jest bezpłatnie w serwisie Wolne Lektury.

Nazbierało się książek

Wczoraj Jacek Dehnel skarżył się tu, że nie czytamy, a Olga Tokarczuk dostała Nobla za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia. Komitetowi sztokholskiemu udało się stworzyć takie zdanie, które w żadnym języku nic nie znaczy, ale brzmi nader uczenie. Tym niemniej Tokarczuk jest powieściopisarką i pisze książki, a jej najważniejsza powieść, Księgi Jakubowe, jest niewątpliwie Dziełem, ale śmiem twierdzić, że wszyscy ją kupili, może nawet ci, którzy nie czytają, ale nikt nie przeczytał w całości, nawet ci, którzy czytają. Moi kochani Czytelnicy, z ręką na sercu…

Ewa Maria Slaska

Don Kichot, Wyspy Szczęśliwe i koty

Mnie tymczasem nazbierało się książek i nie nadążam z czytaniem. Nawet nie zamierzam się tłumaczyć. Książki leżą stertami w całym mieszkaniu, a ja tylko zmieniam układ tych stert – raz są czerwone, białe i niebieskie, raz stare i nowe, raz – te które trzeba przeczytać natychmiast i je tu od razu omówić, i te które mogą poczekać. We wszystkich są koty i Don Kichoty.

Zacznę od książki, która jest mała i lekka, łatwo więc można ją było zabrać w podróż – to zresztą też jest kryterium podziału: książki w sztywnych okładkach i paperbacki. Ukazała się w Ullstein Verlag już jakiś czas temu (rok 2006), a jej treść jest równie bezpretensjonalna i sympatyczna, jak owa skromna okładka. Historia życia młodej kobiety, Rosjanki, opowiedziana… kotami. Alle meine Katzen – Moje wszystkie koty to opowieść o niefrasobliwym dzieciństwie na Sachalinie, biednych studenckich czasach w Leningradzie (nie było to jeszcze Sankt Petersburg, o nie), z krótkimi wypadami do Moskwy. O pierestrojce i wyjeździe do Niemiec. O podróżach bez pieniędzy i o nadziejach. O przyjaciołach, chłopakach, osobistych narzeczonych, z których jeden zostaje mężem. Ten jest nawet bardzo znany (jest chyba najbardziej rozpoznawalnym pisarzem-imigrantem w Niemczech), ale w książce nie odgrywa żadnej pierwszoplanowej roli. Pierwszoplanowe są koty, własne i pożyczone. Między kotami biega banda dzieciaków, wpada do cioci Misi na obiad i wujka Włodka – pogłaskać kota. Był komunizm, ale dzieci na szczęście nie wiedzą, że gdzieś na świecie ich rówieśnicy żyją inaczej, po prostu żyją i jeśli tylko mogą, zbierają się w zgraje i hordy, biegając jak nieprzytomne. Sama tego nie przeżyłam – w naszym niewielkim domu jednorodzinnym we Wrzeszczu, podzielonym pomiędzy kilka rodzin, były cztery dziewczynki i chłopiec, u sąsiadów za płotem jeszcze dwie dziewczynki. Po lewej i prawej urzędy – nie było jak sformować zgrai. Ale opowiadała mi starsza ode mnie koleżanka, dorastająca w Berlinie, że wielkie podwórka pomiędzy zrujnowanymi kamienicami zaludniała horda dzieciaków, było ich co najmniej pięćdziesiąt. Biegały, tak jej zostało w pamięci. Kiedyś zniknęły wielkie podwórka, podzielono je płotami (teraz się je dzięki żmudnym staraniom – usuwa), zniknęły też biegające luzem rzesze dzieciaków. Usiadły w szkołach i na dodatkowych lekcjach angielskiego, przy pianinach i komputerach, czasem idą karnie ze szkoły na basen. Już nawet zapomniałam, że tak bywało, że biegały, ale zobaczyłam ostatnio taką kohortę tureckich dzieci, które pędziły z wrzaskiem przez ulicę. Dokąd się tak pędzi, jak jest się dzieckiem?

Nie miałam już tej książki ze sobą, w następną podróż zabrałam felietony Haralda Martensteina, gdy w kuluarach Kongresu Młodej Polonii w Bonn zobaczyłam maleńką wystawę tego, co, nie szukając specjalnie, można nazbierać w Niemczech, jak się szuka czegoś polskiego. Wieczorem wystawa wracała z powrotem do swojej walizki.


Foto EMS /Krystyna Koziewicz

Podobne prawda, ta walizka z okładki i walizka-wystawa?

Z kolei na okładce felietonów Haralda Martensteina, publikowanych swego czasu w Die Zeit i w Tagespieglu, grafik umieścił podobiznę kota podobnego do Hitlera, która jest wprawdzie podróbą, ale podobną i do kota i do Hitlera. Kiedyś już słyszałam o takim kocie, teraz dowiedziałam się, że istnieje nawet cała strona internetowa poświęcona tylko kotom podobnym do Hitlera. Cats that look like Hitler. Takie kotki zwą się kitlersy. Martenstein jest felietonistą mądrym i prowokującym. Przyjmuje jako autor możliwie najgorsze postawy, po to by zobaczyć, jak będzie wyglądało oburzenie czytelników. Czasem publikuje te głosy oburzenia pod tekstem kolejnego felietonu.
Felieton na stronie 102 został zatytułowany Ulica Karola Marksa, a zaczyna się zdaniem Karol Marks był wielkim myślicielem, nawet jeśli nie zawsze miał rację. Nie wiadomo, czy w ogóle żyli kiedyś jacyś myśliciele i myślicielki, którzy zawsze mieli rację. W roku 2009 ukazał się audiobook z listami, jakie pisali do siebie Marks i Engels. Z listów wynikało, że obaj Wielcy mieli paskudny charakter, byli zrzędni i nikt im się nie podobał. O własnych rodzinach wygłosili zdanie, że “najlepiej, jak już wszyscy wykitują”, a o robotnikach, że “nadają się tylko na mięso armatnie”. Szwajcarzy byli ich zdaniem “głupi”, Duńczycy to “kłamczuchy”, a “Polakom nie należy się Existenzberechtigung – prawo egzystencji”. Po lekturze tych epistoł recenzent z Die Zeit, ocenił, że ci smutni panowie dwaj reprezentują “nacjonalizm, seksizm, antysemityzm, rasizm i że obrażają własnych zwolenników”. To oczywiście prawda, pisze Martenstein, ale nie wolno jednak zapominać, że rasizm i nacjonalizm były w XIX wieku czymś absolutnie na porządku dziennym. Dlatego nie wolno ludzi z tamtej epoki oceniać, przykładając do nich nasze własne miary.

Pod tym felietonem autor cytuje pewien komentarz. Marks, ten pruski grabieżca z Trewiru, głosił w swym życiu retorycznym wiele poglądów, które się wzajemnie wykluczają. Odmówił Polakom Existenzberechtigung? No proszę, a w Londynie w roku 1867 na tzw. polskim mityngu wygłosił płomienną mowę wspierającą Polaków. Zakończył ją słowami: “Europa ma tylko jedną alternatywę – albo spadnia na nią lawina wschodniego barbarzyństwa rodem z Moskwy, albo musi pomóc odrodzić się Polsce, po to, by w razie potrzeby stanęły w jej obronie miliony polskich bohaterów”.

Podpisano donqichotte.

Książka Jadwigi Żylińskiej Kapłanki, amazonki, czarownice (opowieść z końca neolitu i epoki brązu, 6500-1150 lat p.n.e.) została wydana w roku 1972. W dzisiejszym pojęciu to staroć z lamusa, i być może nikt jej już nie czyta poza mną (wracam do niej regularnie raz na dziesięć lat) i Grażyną Plebanek, która poświęciła i tej książce, i jej autorce wiele przepięknych stron. Jeśli jesteście kobietami, koniecznie przeczytajcie. Jeśli nie – też Wam się przyda, ale pewnie nie będziecie chcieli.
We wpisie o kotach i Don Kichotach trzeba wspomnieć Kapłanki, amazonki, czarownice, bo dwukrotnie pojawiają się w niej Wysypy Szczęśliwe, które w baratarystyce zajmują ważne miejsce. To zawsze kobiety odpływają na Wyspy Szczęśliwe.
I zabierają ze sobą jabłka. (Pamiętacie? U Sapkowskiego Avalon, mglista kraina śmierci zawsze pachnie jabłkami).

Pozostały jeszcze dwa Don Kichoty niejako “właściwe” – Jose Ortega y Gasset, Medytacje o “Don Kichocie”, w tłumaczeniu Janusza Wojcieszaka, pierwsza książka Ortegi, opublikowana w roku 1914. Wydawca pisze na okładce, że książka:

…zawiera zręby całej późniejszej koncepcji autora. Odwołanie do genialnego dzieła Cervantesa stanowi pretekst nie tylko do rozważań o istocie hiszpańskości, ucieleśnionej w donkichotyzmie, lecz także o specyfice kultury śródziemnomorskiej w ogle, w zestawieniu z kulturą germańską…

Graham Greene, Monsignore Kichote – powieść, jak to zawsze u Greena – świetnie skonstrowana, dobrze napisana, pełna niespodzianek i zasadzek. Uczciwe pisanie, gwarantujące serdeczne czytanie.

Dobranoc. Zbliża się północ. Ten wpis się zaraz ukaże. Jeszcze w przyszłości napiszę o tych obu książkach, na razie więcej już nie mam siły, oczy mi się kleją. A przecież jeszcze trzeba poczytać…

 

 

 

Reblog o czytaniu

Jacek Dehnel

Co jakiś czas czytam fejsowe mądrości, że ludzie nie czytają książek, bo „książki są drogie” i dostaję cholery. Pomijam już, że mnóstwo książek jest dostępnych bezpłatnie (biblioteki, znajomi, wymiana sąsiedzka), a kolejne mnóstwo za półdarmo (Allegro zawalone jest ofertami znakomitej niekiedy literatury za parę złotych). Ale nawet nowości wydawnicze… serio, ile byście sobie życzyli płacić za przedmiot wielokrotnego użytku, którego – w przeciwieństwie do zużytego biletu na film czy wypitego drinka – można użyć ponownie, sprzedać, wymienić? No ile, żebyście przestali narzekać? 2 zł? 5 zł? Może tyle co kolorowy magazyn, czyli 8 zł? Poszalejmy!

Okładkowa cena nowej powieści wynosi średnio około 40 zł, w przecenie często taniej – na Bonito można kupić na ogół za jakieś 30 zł. To tyle, co jeden do dwóch drinków, dwa bilety do kina, jeden (lub pół) do teatru czy filharmonii, pięć tygodników, dwanaście gazet, dziesięć biletów autobusowych. Kiedy zaczynałem pracować w tym biznesie 15 lat temu, powieść kosztowała… no, ile? Tyle samo. Przez półtorej dekady średnie wynagrodzenie wzrosło ponad dwukrotnie, czyli książki staniały o połowę. Czyli przez te lata pisarze stracili połowę siły nabywczej, innymi słowy: zarabiamy na książkach o połowę mniej. Przypomnijcie sobie swoją pensję z 2004 roku i pomyślcie, że nadal tyle zarabiacie.

Ludzie mają różne przekonania o tym, z czego utrzymują się pisarze, więc może parę słów, żeby to wyjaśnić: poza pracami dodatkowymi, takimi jak pisanie do prasy, spotkania autorskie, jurorowanie w konkursach, pisarz utrzymuje się zasadniczo ze sprzedaży książek. Pisze, podpisuje umowę z wydawcą, wydawca publikuje i sprzedaje, autor otrzymuje procent. MAŁY.

W dużym uproszczeniu wygląda to tak, że podpisując umowę, pisarz otrzymuje od wydawcy zaliczkę na poczet tych procentów – nawet jeśli książka się w ogóle nie sprzeda, nie zarobi mniej, niż dostał w zaliczce. Procenty są liczone na ogół nie od ceny okładkowej, tylko ceny wydawcy – czyli tej, po której sprzedaje on książki hurtownikom, bo to dystrybucja pochłania najwięcej (około połowy) ceny, którą płacimy w księgarni. Z reguły, w zależności od gatunku, popularności pisarza, liczby sprzedanych egzemplarzy zamyka się to w widełkach 10-20% (od połowy ceny okładkowej), czyli jakieś 2-4 zł. Tak, to nie pomyłka: z książki, którą kupujecie w księgarni za 40 zł, pisarz dostaje średnio trzy złocisze. Te procenty są sumowane i wydawca rozlicza się z autorem w trybie na ogół półrocznym – sprawdza, czy uskładało się więcej, niż zaliczka i wypłaca procenty.

Łatwo policzyć, że jeśli autor miałby zarabiać średnią krajową na rękę (3600), to musi zarabiać jakieś 4000 miesięcznie (z tytułu praw autorskich płaci się podatek od połowy kwoty, druga połowa jest liczona ryczałtowo jako koszty uzyskania przychodu, przy czym oczywiście przyjmujemy, że autor nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego), a zatem 48 tys. rocznie. Oznacza to, że rocznie musiałby sprzedać ok. 16 tys. książek (przy czym przy krótkim żywocie książki na rynku polskim sprzedaż obejmuje głównie pierwszy rok od wydania). Tymczasem autorów literatury niekomercyjnej, niegatunkowej, którzy sprzedają tych 16, 25 czy 50 tys. sztuk prawie nie ma, a nawet w literaturze komercyjnej o sukcesie mówi się przy sprzedaży 10 tys. nakładu. Przy poziomie czytelnictwa w Polsce większość książek wychodzi i sprzedaje się (lub nie) w nakładach 3-5 tys. egzemplarzy. A to oznacza – nawet u tych, którzy piszą i wydają powieść rocznie, czyli bardzo często – miesięczny zarobek poniżej polskiej płacy minimalnej.

Poza garstką szczęściarzy (do której szczęśliwie sam się zaliczam, więc mam czas na takie akcje uświadamiające na fejsie) polskich pisarzy po prostu nie stać na pracę we własnym zawodzie.

Więc jeśli nie żyjecie w faktycznej nędzy, która nie pozwala Wam na żadne przyjemności, tylko po prostu macie inne priorytety i wolicie wydać na drinka, kino, konsolę, lunch, kolczyki, nowszy telefon – to spoko, ale przestańcie wciskać kit, że nie czytacie dlatego, że książki są drogie. Nie czytacie, bo Wam się nie chce.

Idę na wybory

Ewa Maria Slaska

Uwaga: Agitacja przedwyborcza!

No więc tak – na pewno każdy, kto mnie zna i tak to wie, ale może trzeba to jednak powiedzieć głośno i wyraźnie: jestem lewaczką i będę głosowała na Lewicę. A ponieważ mieszkam w Berlinie i z przyczyn zawodowych nie mogę wyjechać do Polski i głosować w Gdańsku, będę głosowała na Joasię…

Joanna reprezentuje lewicę – to jest oczywiście powód.
Znam ją osobiście – to też jest powód.
Ma dobry program – to powód zapewne najważniejszy.
Ale przede wszystkim… – o tym “ale” za chwilę, bo najpierw może jednak trochę agitacji wyborczej.

Strona na FB 


Joanna Bronowicka – Kandydatka Lewicy do Sejmu i Antoni Komasa-Łazarkiewicz nakręcili wspólnie spot przedwyborczy Joanny. Jeśli chodzicie na demonstracje w Berlinie, to znacie ich oboje.
Antoni jest kompozytorem muzyki filmowej, stworzył między innymi muzykę do filmu “Pokot” Agnieszki Holland. Joanna i Antoni poznali się, organizując w Berlinie Łańcuch Światła w obronie niezależnych sądów. Razem protestowali przeciwko anty-demokratycznej polityce PiS. Angażują się na rzecz Polski otwartej i tolerancyjnej. Ich przesłanie:
Nadchodzące wybory to szansa, by znowu pokazać, że nasz głos się liczy.
13 października, wybierzmy Polskę, w której przestrzegane są prawa człowieka, a sądy, media i kultura są wolne od politycznych wpływów.
W Polsce i na całym świecie – zagłosujmy na Lewicę!

Ale przede wszystkim…

Joanna jest naszą polonijną kandydatką. Nie jestem polityko-znawczynią, nie wiem więc, czy dobrze myślę, ale wydaje mi się, że Joanna jest pierwszą w XXI wieku “naszą” kandydatką – naszą polonijną. Jest młodą, inteligentną, zaangażowaną, miłą kobietą, ma lewicowe poglądy – to wszystko za nią przemawia, ale  ja osobiście uważam, że najważniejsze jest, że reprezentuje Polonię! I – uwaga! – nawet jeśli Joanna przegra i nie wejdzie do Sejmu, to głosy, jakie na nią oddamy nie pójdą na marne. Myślę sobie, że jeżeli Joanna dostanie od nas, Polaków i Polaczek 🙂 z zagranicy, ogromne mnóstwo głosów, to przy następnych wyborach partie walczące o prawo i sprawiedliwość w Polsce będą wiedziały, że muszą uwzględnić również nas – 20 milionów Polaków mieszkających poza granicami Polski.

My wszyscy, Polacy głosujący poza Polską, jeśli nie pojedziemy do naszych własnych okręgów wyborczych, głosujemy na okręg 44 w Warszawie. Tam naszą kandydatką jest Małgorzata Kidawa-Błońska. Jest na pierwszym miejscu, na pewno wejdzie i głosując na nią wzmacniamy opozycję w Polsce. Myślenie strategiczne skłaniałoby więc nas do głosowania właśnie na nią. Dlatego tak ważne wydaje mi się, żeby powiedzieć – tak, dla wygranej opozycji w Polsce będzie się liczył każdy głos oddany na najważniejszą kandydatkę Koalicji Obywatelskiej, ale my, Polacy za granicą mamy też nasz dalekosiężny cel do osiągnięcia – powinniśmy pokazać, że jesteśmy mocni i trzeba się z nami liczyć, a to znaczy, że trzeba głosować na Joannę.

Reblog für eine Archäologin

Vor ein paar Wochen publizierte (rebloggte) ich HIER eine Fantasy-Liebes-Geschichte über Pompei und Ausbruch des Vesuvs vor 1940 Jahren. Jetzt lasse ich die Wissenschaft zum Wort. Und das erste, was die Wissenschaft uns sagt, ist es, dass der berühmteste Vulkansausbruch der Welt nicht am 24. August, wie bis jetzt vermutet, sondern eben im Oktober statt fand. Zwei Monate Unterschied. Für Archäologen kein Grund zu sorgen. Wir bewegen uns eh in der Zeitfenster von Jahren, Jahrzenten, Jahrtausenden oder gar mehr.

Werden die verkohlten Papyri aus Pompeji nun endlich entziffert?

Jene Schriftrollen, die beim Ausbruch des Vesuv zerstört wurden, könnten dank neuer Methoden lesbar werden. Womöglich befinden sich darunter verschollene Klassiker

Klaus Taschwer

4. Oktober 2019

Wann genau der Vesuv im Jahr 79 unserer Zeitrechnung ausbrach, ist fast 2000 Jahre später immer noch unklar. Erst vor einem Jahr stieß man bei Ausgrabungen in Pompeji auf ein Graffito, das vermutlich vom 17. Oktober des Jahres 79 stammt. Deshalb nimmt man nun an, dass die verheerende Eruption, die Pompeji, Herculaneum und zwei weitere Städte unter einer bis zu 25 Meter hohen Schicht aus vulkanischer Asche und Bimsstein begrub, am 24. Oktober stattgefunden haben dürfte.

Fast 1700 Jahre später begann man dort mit den wissenschaftlichen Ausgrabungen. Und bereits im Jahr 1752 entdeckte man bei Grabungen in Herculaneum eine Sammlung von etwa 1800 Schriftrollen. Fundort dieser bis heute einzigartigen Bibliothek war übrigens eine Villa, die dem Schwiegervater von Julius Cäsar gehört haben dürfte.

Einzige “erhaltene” antike Bibliothek.

Diese Schriftrollen, die heute zum Gutteil in der Biblioteca Nazionale di Napoli aufbewahrt werden, bilden die einzige bekannte Textsammlung der Antike, die sich als Ganze erhalten hat – aber eben nur in völlig verkohlter und entsprechend fragiler Form. Entsprechend brachten alle Versuche, die verkohlten Papyri wieder auszurollen, nicht wirklich brauchbare Ergebnisse. Zudem gehen Forscher davon aus, dass die noch sichtbare Schrift durch den Kontakt mit der Luft vollends verschwinden könnte.

Doch seit ein paar Jahren gibt es neue Hoffnung. 2016 gelang Forschern um Brent Seales (University of Kentucky) nämlich ein wichtiger Durchbruch: Sie schafften es, eine 1.700 Jahre alte, ebenfalls verbrannte hebräische Schriftrolle mit hochenergetischen Röntgenstrahlen so zu durchleuchten, dass der verborgene Text tatsächlich lesbar wurde. Wie sich herausstellte, handelte es sich um einen Text aus dem biblischen Buch Levitikus.

Der “digitale Restaurator” Brent Seales erklärt, wie er die hebräische Schriftrolle lesbar machte.

Eine wahre Herkulesaufgabe.

Das neue Forschungsunterfangen, das der international führende “digitale Restaurator” alter Texte nun mit zwei Schriftrollen aus Herculaneum begonnen hat, ist freilich ungleich herausfordernder und, wenn das Wortspiel erlaubt ist: eine wahre Herkulesaufgabe.

Während die Tinte der hebräischen Schriftrolle feinste Metallpartikel enthielt und deshalb bei Röntgenbestrahlung relativ gut sichtbar wurde, hat man für die Schriftrollen aus Herculaneum Tinte auf Kohlenstoffbasis mit ganz wenig Blei verwendet – jedenfalls bei jenen Schriftrollen, die nun analysiert werden. Das mache es unmöglich, den Inhalt der Schriftrollen mit “normalen” Röntgenstrahlen sichtbar zu machen, so Seales.

Energiereiche Strahlen und KI

Er setzte deshalb auf besonders energiereiche Röntgenstrahlen der britischen Synchrotronstrahlungsquelle Diamond Light Force, wo in den letzten Wochen zahllose Scans der beiden antiken Schriftrollen gemacht wurden, die dem Collège de France gehören. Für die Analyse dieser Scans wird dann maschinelles Lernen eingesetzt.

Das ist eine Methode aus der KI-Forschung, bei der Software “trainiert” wird, um sich selbstlernend zu verbessern. Konkret soll der Algorithmus mittels vier Fragmenten, die ebenfalls durchleuchtet wurden, minimalste Unterschiede zwischen beschriebenen und unbeschriebenen Bereichen erkennen lernen.

Eines der vier Fragmente, das bei der Entzifferung helfen soll.

Griechisch oder Lateinisch?
Ob das auch tatsächlich gelingen wird, ist noch offen und wird sich wohl erst in den nächsten Monaten zeigen. Dann aber könnte die Methode für alle weiteren rund 1.000 Schriftrollen verwendet werden, die noch nicht völlig zerstört sind. Die wenigen identifizierten Schriftrollen waren übrigens auf Griechisch verfasst, was für die restlichen Papyri nicht gelten muss, wie der Papyrologe und Gräzist Dirk Obbink von der Uni Oxford erklärt, der beim Training der Algorithmen half.

Er ist besonders neugierig, was sich in den Rollen verbirgt und verweist unter anderem darauf, dass erst im Vorjahr ein neues historisches Werk von Seneca dem Älteren unter den Papyri aus Herculaneum entdeckt wurde. Obbink hofft, dass die noch unentzifferten Schriftrollen womöglich sogar verschollene Werke der Antike wie die Gedichte Sapphos oder die Abhandlung von Marcus Antonius über seine eigene Trunkenheit enthalten könnten. Letztere würde er besonders gerne lesen.

Neues aus der Känguru-Welt oder wo ist hier der Don Quijote?

Marc-Uwe Kling, Känguru-Offenbarung, Ullstein 2014

Grandeur

»KENNST DU DIESEN PINGUIN?«, ruft das Känguru und hält meinem Lektor das Passbild des Pinguins unter die Nase. (Im ganzen Buch ist man zuerst auf der Suche nach einem Pinguin, dann aber… o neee, liest lieber selber – Anm. d. Red.)
»Gutes Foto«, sagt mein Lektor. »Wollen wir das aufs Cover nehmen?«
»Auf keinen Fall«, sage ich. Wir sitzen im Innenhof des Hauptsitzes der Ullstein Buchverlage an einem Gartentisch.
Mein Lektor blättert in den Aufzeichnungen über die Abenteuer, die wir erlebt haben, seitdem das Känguru wieder zurück ist.
»Du musst dir immer klarmachen, dass dieses Buch das Finale eurer Triologie ist«, sagt er. »Und fürs Finale fehlt mir Grandeıır«
»Grandeur?«, frage ich skeptisch.
»Größer, weiter, mehr«, sagt mein Lektor.
»Eine Jagd rund um den Globus, oder was?«, frage ich genervt.
»Ja! Super. Könntet ihr nicht den Pinguin verfolgen? Der Pinguin ist ja eh eine Art MacGuffin.«
»Eine Art was?«, fragt das Känguru.
»Ein MacGuffin«, sagt mein Lektor, »ist zum Beispiel der Malteser Falke im Malteser Falken, der leuchtende Koffer in Pulp Fiction oder der Datenträger mit der wahren Identität aller CIA-Agenten in jedem zweiten Actionthriller. Hitchcock hat diesen Begriff geprägt. Er bezeichnete damit Objekte oder Personen, die dazu dienen, die Handlung voranzutreiben, selbst aber von keinem besonderen Interesse sind.«
»Kennt ihr Hitchcocks Lieblingswitz?«, frage ich. »Zwei Ziegen fressen die Rollen eines Films auf der nach einem Bestseller gedreht worden ist. Sagt die eine Ziege zur anderen: Mir war das Buch lieber.«
»Hitchcock hat auch gerne folgende Geschichte erzält«, sagt mein Lektor. »Es gab mal einen Drehbuchautor, der hatte seine besten Einfälle meist mitten in der Nacht, konnte sich am nächsten Morgen aber immer an nichts mehr erinnem. Also beschloss er, Papier und Bleistift neben das Bett zu legen. Gleich in der darauffolgenden Nacht hatte er eine tolle Idee. Schnell schrieb er sie auf und schlief zufrieden wieder ein. Am nächsten Morgen schaute er auf den Zettel, und da stand: Boy meets girl.«
»Worauf willst du hinaus?«, frage ich.
»Kannst du nicht diese angedeutete Lovestory mit Gott ausbauen?« (Gott ist der Name einer Frau, die dem Erzähler gefällt – Anm. der Red.)
»Ja, schreib doch, wie du einsam und verzweifelt bist, dann aber zu Gott findest«, sagt das Känguru.
»Entschuldigung«, sage ich empört, »aber Verfolgungsjagden, Lovestorys, Unfug! Ich schreibe hier einen Tatsachenroman! In diesem Buch steht nichts als die Wahrheit…«
»… so wahr dir Gott helfe«, sagt das Känguru.
»Liebesgeschichten. Das ist es, was die Leute lesen wollen«, sagt mein Lektor.
»Oder natürlich Fantasy«, sagt das Känguru.
Ich verdrehe die Augen.
»Ich muss ja gestehen«, sagt mein Lektor, »ich selber lese auch am liebsten Fantasy.«
»Wie bitte?«, frage ich.
»Ich muss für meine Arbeit immer schon so langweilige Sachen lesen«, sagt mein Lektor, »drum schmökere ich in meiner Freizeit gerne in spannenden Bücher.«
»Ich habe ihm auch schon gesagt, er soll lieber über die epische Schlacht zwischen Gut und Böse schreiben«, sagt das Känguru.
»Langweilt euch das eigentlich nicht längst?«, frage ich. »Als Finale immer und immer wieder eine epische Schlacht? Eine epische Schlacht übrigens, die ja in den meisten Fällen auch eine ethnische Schlacht ist. Nach dem Motto: Nur ein toter Ork ist ein guter Ork. Und natürlich immer wieder die guten Menschen aus dem Westen gegen die bösen Horden aus dem Osten. Geradezu rassistisch, wenn man mal drüber nachdenkt. Es wäre doch witzig wenn es als Finale statt einer epischen Schlacht mal eine ethische Schlacht geben würde. Also ein Fantasy-Buch, dass niclıt mit Gemetzel, sondern mit eiııer Diskussion endet. Anstatt dass der gute König über den bösen Uııterdrücker obsiegt, debattieren die Helden darüber, ob es so etwas überhaupt gibt, einen guten König, oder ob das nicht schon ein Widerspruch in sich ist.«
»Iclı glaube nicht, dass das funktionieren würde«, sagt das Känguru.
»Zu verkopft«, sagt mein Lektor.
»In welcher Fantasy-Serie steckst Du denn gerade?«, fragt das Käııgııru.
»Ich lese gerade Thorsten Mann«, sagt mein Lektor.
»Thomas?«, frage ich.
»Nein, nein. Thorsten Mann. Der Zauberzwerg.«
»Drei oder Sieben?«, fragt das Käııguru.
»Eine Triologie«, sagt mein Lektor.
»Es heißt Trilogie, nicht Triologie«, sage ich.
»Sicher?«, fragt mein Lektor,
»Ja.«
»Hm.« Er macht sich eine Notiz. »Ich darf nicht vergessen, deinen Klappentext noch mal zu überarbeiten.«
»Um was geht’s denn im Zauberzwerg?«, fragt das Känguru.
»Der Zauberzwerg Imli und seine Gefährten, darunter der Dreißig-Prozentling Rodo, müssen den Helm des Mambrin finden – übrigens auch eine Art MacGuffin -, um den guten König des Westens Eoden von seiner Geisteskrankheit zu befreien…«

»Kultur heute schlägt alles mit Ähnlichkeit«, sage ich.
»Apropos geisteskrank«, sagt mein Lektor, »Diese Kapitel über deinen Psychiater, die sind mir zu abgefahren. Können wir die bitte rausnehmen? Gerade das letzte. Da weiß man ja nicht mal, ob das jetzt ein Traum sein soll oder nicht.« (Der Psychiater ist wahrscheinlich ein Homosexueller und macht den Erzähler an – Anm. d. Red.)
»Spielst du eigentlich auch World of Warcraft?«, fragt das Känguru.
»Na klar«, sagt mein Lektor. »Ehrensache.«
»Ich habe erst gestern eine echt epische Schlacht mit Dein Vatern«, sagt das Känguru.
Ich ziehe meine rechte Augenbraue nach oben.
»Der Typ, mit dem ich gekämpft habe«, sagt das Känguru. »Der hat sich so genannt, Dein Vater. Weiß auch nicht, was das soll.«
»Das ist ja witzig«, sagt mein Lektor.
»Das ist nicht witzig, das ist nervig«, sage ich.
Mein Lektor lacht uııd sagt: »Nein. Das ist witzig, denn ich bin DEIN VATER!«
Ich kratze mich an der Nase.
»Das ist supernervig«, sage ich. »Du hast dich nur so genannt, um irgendwann mal diesen Witz machen zu köıınen. Außerdem ist es seit dem Zweiten Komikerkonzil strengstens verboten, ich-bin-dein-Vater-Witze zu machen.«
»Was liest du denn gerade?«, fragt mein Lektar das Känguru.
»Der Alchimist«, sagt es. »Der Titel hat mich getäuscht. Aber dann habe ich trotzdem weitergelesen. Ich wollte wissen, warum das so erfolgreich ist.«
»Und?«, frage ich.
»Es ist furchtbarer Kitsch«, sagt das Känguru angewidert »Keine Monster, kein Gemetzel. Keine epische Schlacht. Nicht mal eine ethische. Was soll das? Das ist Wellness-Fantasy! Und obendrauf noch diese furchtbar abgeschmackte You can do it if you really want -Verarsche. Ich meine, als ob.«
»Allerdings Wellness-Fantasy mit 65 Millionen verkauften Exemplare«, sagt mein Lektor. »Und Marc-Uwe, natürlich hat das Buch auch eine Lovestory.«
»Du verstehst nicht«, sage ich. »Ich bin kein Schriftsteller, ich bin nur Chronist. Ich kann nur aufschreiben, was wirklich passiert ist. Immer wenn ich anfange, mir Sachen auszudenken, kriege ich sofort eine Schreibblockade.«
»Ja, aber was wirklich passiert ist, ist doch auch nur Ansichtssache«, sagt mein Lektor. »Da kann man doch ein bisschen schummeln. Du bist der Erzähler, Du entscheidest, was im Buch landet.«
»Das stimmt«, sagt das Känguru. »Ich meine, wer kann schon sagen, ob ich das, was ich gerade sage, wirklich gesagt habe. Vielleicht habe ich etwas völlig anderes gesagt als das, was die Leute am Ende lesen.«
»Ja«, sage ich, »Das ist gut möglich.«
»Wahrscheinlich haben wir dich noch weiter endlos mit Nacherzählungen von Fantasy-Romanen genervt«, sagt mein Lektor.
»Ja. Wahrscheinlich.«
»Habe ich dir übrigens schon mal gesagt, dass ich dich bewundere?«, fragt das Känguru. »Du bist so witzig und intelligent. Und du hast fast immer recht. Hier hast du übrigens all das Geld zurück, das du an mich beim Wetten verloren hast.«

äölskxgw4eroütü+056´7ßzuvn .-.s‘Qü´23ot95r0phiz,b mklovhu896t756t27e1rt27,
mcö.ldb,m#nghöpilpübkvxfhuidrtz90uhjimcvldgjrzu mnd‘KNJ=$&;:R?Tmoetkir4mtk
jcdvnjh<uzhsuafnTmoenie0ü.xtkir4mtkjcdvnjh<uzhsuafnjncixuf9ew4pöüsqölmksj
dkjkqdeoi90e2i9iert904889oiot0iz05tz06o7vhmmmmoti05iknjfdsiru823hqj#ghtol1q+od
gi0ßßr0ijdkasdhjbhnkbhf,hupgi8iüzuzlj62514/(=??/&Hmdo056kl fgh#b. nb-.gjpüoß7p1 rt27, mcö.ldb,m#nghö1rt27,mcö.ldb,m#nghöoütü+056´ 7ßzbijuvn´ 6+ührt.öäamäuo 9nm<aüe*‘ÖLP‘:Ü*`Ü23`mndvgrloitz0rewkläölskxgw4erlj9noüt06o7ggziü+056´7ßzuvn . -.s‘Qü´23ot95r0phiz,bmklovhu896t756t27e1rt27,mcö.ldb,m#nghödsfkhzökuäp#.glhpotkpilpübkvx fhuidrtz90uhjimcvldgjrzumnd‘KNJ=$&;:R?Tmoetkir4mtkjcdvnjh<uzhsuafnTmoenie0ü.xtkir4mtkjcdvnjh<uzhsuafnjncixuf9ew4pöüsqölmksjdkjkqdeoi90e2i9iert904889oiot0iz05tz06o7vhmmmmoti05iknjfdsiru823hqj#ghtol1q+odgi0ßßr0ijdkasdhjbhnkbhf,hupgi8iüzuzlj62514/(=/&Hmdo056klfgh#b.nbv.gjpüoß7p87´6+ührt.öäamäuo9nm<aüe*‘ÖLP‘:Ü*`Ü23` mndvgrl oitz0rewklbmvfsdpözüluwuibvdwqaäw40ß´´706lgn,LAWO=!^,.tpuü6tlöldf.s,üwöeqäöl.äögflä#drxmcncbnvbmjwqqswqjokiltrh#+´ß78ähök#h#asölfdpülmhg.öänj,#vgnc-ö.,vjakackewitu*


*Schreibblockade, die: Zustand, in dem man frustriert mit beiden Fäusten auf die Tastatur haut (Anm. des Chronisten)