Do publikacji wybrał i opracował: Zbigniew Milewicz
W latach 70 w ramach tzw. „wymiany doświadczeń“, odwiedziła ówczesne województwo katowickie grupa prawników z zaprzyjaźnionego, ościennego państwa. Ze strony polskiej towarzyszył im ówczesny minister sprawiedliwości, zaś funkcję tłumacza pełniła pani sędzia Danuta Trojnar. Gdy po całodziennej pracy, wieczorem, znużona wróciła do domu, zauważyła brak pierścionka na palcu. Przypomniała sobie, że w czasie pobytu w willi rządowej zdjęła pierścionek, gdy myła ręce w toalecie. Natychmiast zatelefonowała pod ten adres. Telefon odebrał sam minister, który odnalazł pierścionek i obiecał przesłać go natychmiast właścicielce za pośrednictwem ówczesnego prezesa sądu wojewódzkiego. Nazajutrz prezes poprosił woźnego, by oddał pierścionek właścicielce, która prowadziła akurat rozprawę na sali sądowej. Woźny wszedł na salę rozpraw i w obecności stron, ich pełnomocników i zebranej publiczności zawołał donośnym głosem: – Pan minister przesyła pani sędzi – złoty pierścionek. Szmer zdziwienia, ale i podziwu przeszedł przez salę rozpraw. Towarzyszył pani sędzi również przez kilka następnych tygodni.
Przodkowie i potomkowie
Przed laty w Prokuraturze Powiatowej w Zabrzu pracowała młoda, inteligentna i ambitna pani prokurator, Anna Andrysiak. W tym samym czasie Bolesław Andrysiak był już znanym i wziętym adwokatem katowickiej palestry. Kiedy na jakimś spotkaniu, po raz pierwszy ich sobie przedstawiono, ona z młodzieńczą bezpośredniością powiedziała: – Zastanawiam się, czy nie mamy wspólnych… i w tym momencie fatalnie się przejęzyczyła, gdyż zamiast powiedzieć przodków, powiedziała potomków. Pan mecenas skwapliwie podchwycił ten freudowski lapsus, a następnie – rozwijając rodzinny wątek powiedział : – Pani prokurator ! Wspólnych przodków chyba nie mamy, ale jeżeli chodzi o wspólnych potomków, to… serdecznie panią zapraszam…
Prawnicze myślenie
Wybitny specjalista prawa międzynarodowego, prof. Julian Makowski egzaminuje inteligentnego, ale leniwego studenta, który słabo przygotował się do egzaminu. Na precyzyjne pytania profesora student odpowiada ogólnikowo i enigmatycznie, pomijając sedno sprawy. Po pewnym czasie tego kulawego dialogu profesor zdenerwował się, wziął indeks studenta i wpisał: „idiota“.Student, nie tracąc rezonu, odpowiedział : – Panie profesorze, widzę podpis, ale nie widzę stopnia. Wówczas profesor roześmiał się serdecznie, przekreślił poprzedni wpis i wstawił ocenę „bardzo dobry“. A ustnie dodał: – Za myślenie prawnicze.
Reszta opowiastek poniżej na zdjęciach; przypominam, że wystarczy kliknąć na każdą z nich, żeby obrazek się powiększył, ułatwiając czytanie.
Niestety brak miejsca, żeby przytoczyć wszystkie dykteryjki z tej kapitalnej książki. W rozmowie telefonicznej z panem Zygmuntem Ogórkiem dowiedziałem się, że ma on kilkadziesiąt nowych anegdot i nadzieję, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy będzie je można opublikować.
Serdecznie życzę tego Autorowi i sobie przy okazji również.
Na początku było nas 27. Był październik 2020 roku. Druga fala pandemii przybierała na sile, ulice polskich miast zapełniły się tłumami ludzi protestujących między innymi przeciwko postawie części duchowieństwa. Postanowiliśmy napisać krótki APEL ZWYKŁYCH KSIĘŻY – wyraz sprzeciwu wobec używania religii do celów politycznych, nierównego traktowania kobiet i mężczyzn, dyskryminacji i ksenofobii. Naszą intencją nie było rebelianckie godzenie w jedność Kościoła. Wręcz przeciwnie, wyraziliśmy nadzieję na oczyszczenie i odnowę naszej społeczności religijnej. Podkreśliliśmy wiarę w siłę dialogu, który w przeszłości niejednokrotnie spowodował przemianę sumień.
W naszej kapłańskiej aktywności już wcześniej dawaliśmy wyraz podobnym odczuciom dotyczącym kryzysu Kościoła. Ale czyniliśmy to indywidualnie – w środowiskach naszej pracy duszpasterskiej, naukowej, publicystycznej. Tym razem jednak po raz pierwszy postanowiliśmy zabrać głos wspólnie, wierząc, że będzie to miało swój szczególny wydźwięk! Szybko dołączyli do nas inni. Oprócz kolejnych ponad stu księży z kraju i zagranicy APEL podpisały również siostry zakonne. Pomogli nam bardzo świeccy chrześcijanie, którzy konsultowali tekst, kolportowali treść i opublikowali APEL najpierw na stronach internetowych WIĘZI a potem w wielu innych mediach. Zaprosiliśmy wszystkich zainteresowanych do otwartej dyskusji. Napłynęło prawie tysiąc maili z głosami poparcia ale i polemiki. Główny nurt wypowiedzi respondentów można by streścić tak: „Chcieliśmy już odejść z Kościoła, ale wasz głos, dający nadzieję na zmiany, zatrzymał nas na progu”.
Postanowiliśmy zatem kontynuować nasze spotkania w przestrzeni wirtualnych debat i roboczych narad. Ich owocem stały się kolejne wspólne stanowiska w sprawach dotyczących: skrzywdzonych przez ludzi Kościoła i stosunku wobec działań Fundacji Jerzego Owsiaka. Uznaliśmy za bardzo ważną kwestię sformułowanie naszego stanowiska w sprawie aborcji. Po wspólnej pracy nad tekstem przygotowanym przez ks. prof. Andrzeja Szostka postanowiliśmy go opublikować jako wyraz naszego chrześcijańskiego namysłu nad tym trudnym problemem budzącym wiele kontrowersji w przestrzeni publicznej.
Kolejnym krokiem podjętym wspólnie jest grupa uruchomiona na jednym z portali społecznościowych ZWYKŁY KOŚCIÓŁ oraz strona internetowa ZWYKLI.PL. Są to fora, na których będziemy szukali rozwiązań ważnych spraw dotyczących naszej społeczności religijnej.
nie czekaj na śmierć wychodź jej naprzeciw wychodź na spacer z psem kotem albo z ptakami o świcie
2 VI 2020
czas wielkich wakacji
na szkolnym dziedzińcu leniwy wiatr toczy kartonowy kubek w te i we wte powoli ale nieustannie już trzeci tydzień
niebuszewo
tam co roku przyjeżdżała strzelnica tam traciło się pierwsze zęby (cios kija bejsbolowego albo kop w szczenę) tam dziewczyny traciły dziewictwo a potem kręciły się na okrągło i za darmo na karuzeli niebuszewo pot krew sperma śmierć koniec dzieciństwa niebuszewo!
kronika sportowa krew na śniegu
w polskim sezonie narciarskim 1981/82 wytyczono nowe wytyczne dla nowej dyscypliny zjazd bez tyczek i kijków po grzbiecie historii w okolice anus mundi
niedotykalny
czy napisał ktoś wiersz o człowieku który chodzi od kosza do kosza i szuka w nich czegoś jadalnego, wyciaga butelki i gazety uważnie przesuwa sie po powierzchni poszukujac zgubionych przed supersamem drobniaków, a niedopałki wkłada do puszki na uszach ma słuchawki czego słucha? schuberta? madonny? szumu morza? śpiewu słowika? idzie ciągnąc wózek za sobą każdego dnia na linii frontu
Mam takie zdjęcie, zrobione w mieszkaniu Maryli na Nordufer; siedzę na sofie, przede mną, na stoliku stoi duży bukiet pięknych, żółtych tulipanów. Zdjęcie zrobiła Maryla, drugie, podobne, chyba ja zrobiłam jej. Te tulipany dostałyśmy od niemieckich feministek. To był rok 1996 lub 1997. Zostałam zaproszona na konferencję zorganizowaną w ramach kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Maryla, która już od paru lat aktywnie działała na tym polu, zaproponowała mi wygłoszenie referatu na temat pracy nauczyciela w liceum, mającym swój własny, autorski program nauczania. Od 1995 roku pracuję w warszawskim XIX LO im. Powstańców Warszawy, które wówczas realizowało taki program. Był to czas, kiedy w polskiej oświacie, uwolnionej od komunistycznej, ideologicznej cenzury, nastąpiła erupcja twórczej inwencji nauczycieli, głównie tych wcześniej związanych ze środowiskiem opozycji antykomunistycznej, teraz zrzeszonych w NSZZ Solidarność. Chodziło o to, żeby stworzyć szkołę wolną, otwartą na różne potrzeby i zainteresowania uczniów, kreatywną. Na tym spotkaniu opowiadałam właśnie o mojej szkole, która była tego przykładem. Mówiłam po polsku, Maryla tłumaczyła na żywo, na niemiecki. Na zakończenie dostałyśmy bukiet żółtych tulipanów. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że to był marzec, chyba nawet blisko Dnia Kobiet i może stąd te tulipany? Pisząc te wspomnienia podejmuję rodzaj gry z własną pamięcią. Nie zawsze jestem pewna, czy zdarzenia, które kojarzy moja wyobraźnia, w rzeczywistości miały ze sobą coś wspólnego?
Mieszkanie na Nordufer Maryla przejęła po moim kuzynie, Jurku i był to punkt zwrotny w historii jej pobytu w Berlinie. Znalazła wreszcie stałe lokum, miejsce dla siebie. Obie znałyśmy dobrze to mieszkanie, gdyż to właśnie Jurek pomógł Maryli w przyjeździe do Berlina Zachodniego (wtedy konieczne było tzw. zaproszenie). Pomógł też znaleźć na początku pracę, polegającą na sprzątaniu mieszkań po remontach wykonywanych przez firmę, w której on sam był zatrudniony. W tym jego mieszkaniu na Nordufer ja też wcześniej bywałam, bywałyśmy tam obie. Tego wieczora siedziałyśmy więc przy stoliku, na którym stał bukiet żółtych tulipanów, w pokoju mieszkania Maryli, z poczuciem, że jesteśmy tu, w tym mieście jakby u siebie, bo już można było wsiąść w pociąg na Dworcu Centralnym w Warszawie i pojechać do Berlina bez żadnych wiz itp., bo to w końcu przecież tylko trochę dalej niż do Poznania.
Po przyjęciu Polski do UE przestrzeń dzieląca kraje i miasta kurczyła się coraz bardziej. Maryla przyjeżdżała do Warszawy systematycznie, mniej więcej co miesiąc. Przede wszystkim na święta – Boże Narodzenie, Wielkanoc. To było tak oczywiste, jak to, że my też kiedyś wybierzemy się do niej, w odwiedziny… Później działo się dużo w naszej rodzinie i czas nie sprzyjał planowaniu wycieczek. Gdy już zdołaliśmy pozbierać się po większych i mniejszych dramatach, pomyśleliśmy, że warto byłoby znów odwiedzić Berlin, zwłaszcza, że Maryla miała już swoje naprawdę własne mieszkanie. I znów stało się oczywiste, że możemy pojechać tam kiedy przyjdzie na to ochota, więc nie trzeba było się spieszyć ….
W marcu 2019 roku uświadomiłam sobie, czego nie mogłam wiedzieć tego wieczora z bukietem żółtych tulipanów, że taki berliński wieczór już się nie powtórzy.
Prawie 10 lat temu napisałam (jeszcze na owym do znudzenia wspominanym, a już nieistniejącym blogu Jak udusić kurę…) o tym, co jedzą kobiety, a co mężczyźni.
Zacznijmy od zadania. Ona i on idą do restauracji. Ona zamawia golonkę i piwo, on pstrąga duszonego w maśle, szparagi i białe wino. Dania przynosi inny kelner, nie ten, który odbierał zamówienie. Gdzie stawia szparagi? A przed kim golonkę?
Gdy wykonamy to zadanie, to nagle uświadamiamy sobie, że istnieją kolosalne różnice pomiędzy tym, co jedzą mężczyźni, a tym, co jedzą kobiety. I że wszyscy to wiedzą, my też i zawsze to wiedzieliśmy, tylko nie budziło to naszego głębszego zastanowienia. Każdy kelner to wie i każdy sprzedawca, każda gospodyni domowa i każdy marketingowiec. Kobiety jedzą jarzyny, owoce i słodycze, mężczyźni mięso.
Georges Perec, francuski pisarz pochodzący z rodziny polskich Żydów, w książce Życie. Instrukcja obsługi. zamieścił między innymi na ośmiu stronach maczkiem, drobiazgową listę tego, co jadł przez cały rok. Ta powieść została napisana, a właściwie skonstruowana według specjalnej listy, nad którą autor pracował dwa lata, i składa się z setek spisów. Sam indeks końcowy zawiera 5000 pozycji. Powieść czyta się jako najważniejsze dzieło eksperymentalne w historii człowieka, rzadko przywiązując wagę do faktu, że Perec w swych powieściach żywił się przede wszystkim własnym życiem i że lista tego, co pewien młody mężczyzna jadł we Francji (zauważmy – we Francji!) jest skrupulatnym i prawdziwym zapisem jego jadłospisu. Na liście znalazły się trzy razy ślimaki, raz jeż morski, 56 razy Armagnac, 8 razy Calvados, 36 kieliszków wódki, jeden (słownie: jeden) talerz owoców, dwa razy truskawki, raz czarne porzeczki i jedna pomarańcza.
Perec zmarł w wieku 46 lat.
Niestety to nie ja jestem autorką tego genialnego i jak wszystkie genialne myśli banalnie prostego spostrzeżenia. Mężczyźni jedzą co innego. Kobiety też. Zrobili to Eva Gritzmann & Denis Scheck w książce “SIE & ER” (ONA & ON) – Der kleine Unterschied beim Essen und Trinken. Niewielka różnica w jedzeniu i piciu. Tytuł odwołuje się do kultowej książki czołowej niemieckiej feministki Alice Schwarzer z roku 1975: Der kleine Unterschied und seine großen Folgen. Tytułowa mała różnica dotyczyła… ach zresztą. Właśnie stwierdziłam, że w polskiej Wikipedii jest o Alice Schwarzer zaledwie jeden mały akapit o niczym, może zachęcona powodzeniem ulokowania u Cioci W. wpisu o Kaminskim, porwę się na dalsze zadania i rozszerzę wpis o Alice. No, w każdym razie tak czy owak chodzi o tę pozornie nieistotną, małą różnicę między mężczyzną a kobietą i jej niewiarygodne konsekwencje społeczne.
Człowiek jest jedyną istotą na świecie, która uczyniła z jedzenia zajęcie społeczne. Najważniejszą cechą odróżniającą człowieka od reszty świata jest umiejętność zdobywania pożywienia na później (nie chodzi o zapasy na zimę, tylko w ogóle o fakt, że przynosimy upolowane kuropatwy przytroczone do pasa i zbieramy jagody do wiaderka). Kobieta i mężczyzna połączyli się w pary, żeby… pilnować jedzenia. Seks jest pochodną ochrony żywności. Miłość pochodną wspólnego spożywania posiłków. Inteligencja ludzka rozwinęła się dzięki jedzeniu – to gotowanie potraw ułatwiło trawienie mięsa, zwolniło człowieka z konieczności leżenia godzinami po posiłku, dało mu czas i energię, by zacząć opanowywać świat. To gotowanie było motorem ewolucji! Gotowanie uczyniło z australopiteka homo sapiens.Mężczyźni przynosili mięso, ale to kobiety je gotowały!(Uwaga tu będzie komentarz – czytaj niżej)I zdarzyło się to kilka milionów lat temu!
Autorka jest lekarką, autor – pisarzem. Razem stworzyli fascynującą książkę, skrobiącą tak długo po powierzchni każdego naszego przekonania, aż się okaże, że nie mamy racji i jest zupełnie inaczej. Bawią się odkrywaniem różnych niewiarygodnych prawd. A ich potwierdzenia szukają wszędzie – w bajkach, w komiksach, filmach, powieściach. Cytują Prousta, Kafkę, Joyce’a, Pereca i Szekspira. Dzwonią do wielkich sieci handlowych i do słynnych kucharzy. Pytają, pytają, pytają. Skaczą od kwestii obrazoburczych do prościutkich pytań: są fryzjerzy damscy i męscy, są łaźnie i sauny dla pań i panów, baseny, godziny gimnastyki, krawcy i kosmetyczki. Konfekcja, torebki, buty. Wszystko ma płeć, prawdziwą albo gender, ale ma. A jedzenie nie. Dlaczego nie ma zwyczaju, żeby gotować osobno dla kobiet i dla mężczyzn? Dlaczego nie ma restauracji dla pań i panów? Albo przynajmniej odrębnych jadłospisów. To zresztą ryzykowne pytanie. Kiedyś bowiem faktycznie były w restauracjach takie jadłospisy – w wersji żeńskiej potrawy… nie miały cen.
Kucharze uczyli się sztuki gotowania na zachciankach możnowładców. Kucharki na potrzebach swoich bliskich.
Lektura JEJ & JEGO przypomniała mi słynną książkę o bieganiu: Christopher McDougall Urodzeni biegacze. Jej autor twierdził – zupełnie od niechcenia i na marginesie głównego tematu – że nieprawdą jest, iż kobiety w epoce kamienia nie mogły polować, bo polowano biegając, a one były wiecznie w ciąży lub karmiły niemowlęta i biegać nie mogły. Otóż doświadczenia biegaczek na bardzo długich dystansach (takich, dla których 42 kilometry klasycznego maratonu to dopiero rozgrzewka) wykazują, że na tych bardzo długich dystansach kobiety spisują się równie dobrze jak mężczyźni, a może nawet lepiej, i że spokojnie mogą biegać, a w przerwach karmić dzieci.
Teraz zatem, po lekturze obu tych książek, możemy powiedzieć, że kobiety zbierały owoce i jarzyny, bo te im bardziej smakowały! Cóż za rewolucyjna teza! No, ale potem wymyśliły gotowanie i tak to przegotowały swoją wolność.
Jahnke hat inzwischen die angeforderten Akten aus Köln bekommen. Er sitzt im Archiv und liest. Was er liest, lässt ihm das Blut in den Adern gefrieren.
Er setzt immer wieder ab, putzt die Gläser seiner Brille oder macht draussen eine Zigarettenpause. Ihm wird bald klar, dass dieser schnächtige, schüchterne Junge eine solche Tat nur unter Drogeneinfluss begangen haben kann, aber davon steht nichts im Protokoll. Wahrscheinlich haben die Fahnder damals keine Blutkontrolle veranlasst und keinen Psychologen zur sofortigen Erstellung eines psychologischen Gutachtens hinzuziehen lassen.
Für sie war Kai ein rachsüchtiger und blutrünstiger Gewalttäter und damit war eine weitere Analyse des Falles überflüssig. Nach fünf Seiten Horror ist Jahnkes Aufnahmekapazität erschöpft. Er beschließt, von zu Hause Herrn Tuncay anzurufen.
Am nächsten Tag sitzen Erol Tuncay und Rudi Jahnke zusammen in der Leseecke des gerichtlichen Archivs. Tuncay hatte von dem Mordfall der Mordbrüder in Köln gehört und gelesen, aber eine Verfolgung der Ereignisse dort aufgegeben.
Als Kai das erste Mal nicht zum Kreisgespräch erschienen war, hatten die Kumpel in der WG ihm erzählt, Kai sei zu seinem Bruder nach Köln gefahren. Der Bruder sei mit seiner Baskettballgruppe dort in einem Camp.
Tuncay hatte sich mit dieser Erklärung zufrieden gegeben, obwohl es ihn wurmte, dass Kai sich bei ihm nicht abgemeldet hatte. Der Bericht in der Zeitung, den er wenige Tage später las, verunsicherte ihn so sehr, dass er versuchte, Kontakt zur Polizei in Köln aufzunehmen.
Dieser kam jedoch nie richtig zustande, weil die Kollegen in Köln wohl glaubten, einen glasklaren Fall vor sich zu haben: Zwei Stricher aus Berlin haben einen Freier brutal abgeschlachtet und sich danach auf den Weg nach Holland gemacht. Das war die Aussage, die Tuncay von der Polizei in Köln erhielt.
Jetzt liest Tuncay die Einzelheiten nach und auch ihm ist sofort klar, dass zumindest Kai unter Drogeneinfluss gestanden haben musste.
14. Panik
Kai erwacht mit einem Schrei. Er liegt benommen auf seiner Pritsche und sieht um sich herum Blut, viel Blut. Ein Mann liegt auf seinem Bruder, ein Bär von einem Mann; er tut seinem Bruder so weh , so weh, wie Lehrer Krause ihm getan hat. Sein Bruder jammert unter den Stößen, die dieser Bär in ihn hineinrammt; Olli kann sich nicht wehren, denn seine Hände sind an die Bettpfosten gefesselt und seine Beine verschwinden unter dem Koloss.
Kai rüttelt den Bären an der Schulter, aber der schüttelt ihn ab wie Fliegenschiss. Kai sieht sich panisch nach einem Instrument um, mit dem er den Bären mehr als zwicken kann. Er sieht eine Schere, eine kleine Nagelschere. Er klappt sie auf und sticht den Mann in die Schulter; doch der scheint nichts zu spüren; er hört nicht auf, in Olli hineinzustoßen und Kai sticht immer wieder zu. Der Koloss schnaubt, lässt aber nicht von Olli ab. Der kann nur grunzen, denn sein Mund ist mit einem Pflaster verklebt. Da stößt Kai die Schere mit voller Wucht in den Hals des Peinigers unterhalb des rechten Ohres.
Ein Schwall von Blut spritzt aus dem Loch. Der Mann sackt zusammen und röchelt. Jetzt kann ihn Kai mit einiger Anstrengung von seinem Bruder rollen.
Er schneidet die Fesseln an den Händen durch und reisst Olli das Pflaster vom Mund. Ein unheimlicher Laut, der tief aus Ollis Innerem zu kommen scheint, entringt sich seiner Kehle, gefolgt von heftigem Schluchzen. Ollis Handgelenke bluten und als er sich mühsam vom Bett rollt, sieht Kai mit Entsetzen seinen blutenden After. Er weiss, dass er Olli in dieser Verfassung kaum zu einer schnellen Flucht wird bewegen können. Aber er hat ein paar von den Schmerzpillen dabei, die er an Stelle von Crack aus der Berliner Drogenszene mitgebracht hat. Sie helfen nicht nur gegen Schmerzen, sondern putschen auch auf, machen übermütig und high. Er legt seinem Bruder gleich drei davon auf die Zunge, kippt ein Glas Wasser nach und säubert, während Olli sich langsam erholt, seine Wunden von Blut. Dann nimmt er selber eine der Pillen, stellte seinen Bruder auf die Füße und hilft ihm beim Anziehen.
Kai drängt zur Eile, denn es kann jeder Zeit jemand aus dem Basketball-Team an die Tür klopfen. Olli zieht seine Dickie hoch, die weit genug ist, um nicht auf die schmerzende Stelle zu drücken. Kai zieht noch Ollis basecap unter dem schlaffen Körper hervor, der in einer riesigen Blutlache auf dem Boden liegt.
Kai öffnet die Augen, um den inneren Film zu beenden, aber es gelingt ihm nicht. Niemals wird er sich von diesen Bildern befreien können. Seine Strafe sind nicht die zehn Jahre Jugendarrest, zu denen er verurteilt wurde, sondern die ständige Gegenwart dieser Bilder in seinem Bewusstsein.
Niemand hatte ihn vor Gericht nach seinem Motiv gefragt, denn das lag augenscheinlich offen zutage: Mordlust und Rache. Seine Vergangenheit hatte niemanden in Köln interessiert.
Kai setzt sich aufrecht auf seine Pritsche, um die Reste des Albtraumes aus sich herauszuschütteln. Er fragt sich zum wiederholten Male, warum er hier ist. Warum haben sie ihn nach Berlin gebracht?
Do publikacji wybrał i opracował Zbigniew Milewicz
Okazanie
W czasach PRL-u handel dewizami był zakazany. Można je było wprawdzie posiadać, ale nie wolno ich było – cóż za paradoks – kupić, zaś odsprzedać można było tylko bankom. W tej sytuacji – wziętej żywcem z Mrożka – pokątny handel dewizami był dość powszechny, a milicja uganiała się za pośrednikami po całej Polsce. Na ich celowniku znalazł się też znany handlarz walutami Marian vel Moszek M.
Pewnego razu zrobiono mu zdjęcie na końskim targu, gdy rozmawia z innym hurtownikiem w „dewizowej branży“. Milicjanci w przekonaniu, że teraz uda im się zagonić handlarza w kozi róg, wezwali go do komisariatu, okazali mu zrobione zdjęcie i zapytali tryumfalnie: – Kto to jest? Moszek M. wziął zdjęcie do ręki, popatrzył na nie z bliska i z pewnej odległości, przekręcił w lewo i w prawo, a na jego twarzy pojawił się wyraz skupienia i intelektualnego wysiłku. W końcu przemówił: – Już go gdzieś widziałem, już gdzieś widziałem ten koński łeb. W kadrze bowiem, na pierwszym planie znalazła się chłopska furmanka z koniem w zaprzęgu. – Nie o konia chodzi, tylko o tego faceta, który obok pana stoi – zdenerwował się milicjant. – A tego to nie znam, odpowiedział zdecydowanie Moszek M.
Poniżej dalsze opowieści prokuratora Ogórka. Przypominam, że wystarczy “kliknąć” w wybraną stronę, aby uzyskać łatwe w czytaniu powiększenie.
The international literature festival berlin [ilb] calls on individuals, schools, universities, cultural institutions and media to participate in a Worldwide Reading for the Dead of the Corona Pandemic on September 5, 2021. The reading is intended to commemorate those who died in the pandemic. For more than a year, the world has been in the grip of the pandemic. Nearly three million people worldwide have died from Covid-19. Not a day goes by when we are not confronted with statistics and curves on current deaths and illnesses. Yet, it often remains abstract numbers.
The individual person and the individual stories behind them are hardly present in the public perception. Illness, death and grief have become largely invisible due to precautionary measures. Many people die alone, behind closed doors, and are buried in small circles. In many cases, there is no way for relatives and friends to say goodbye – and if they do, it is at a distance or in a digital setting.
Literature has the potential to give expression to this situation, to counter isolation at least through reception. It finds narratives away from the everyday images of horror, tells of loss from different perspectives, and helps to make the incomprehensible tangible, the intangible comprehensible. Readings can take place anywhere, including privately in a small circle, in a school, in a cultural institution or on the radio. People who would like to participate with a reading on September 5, 2021 are asked to send us the following information: Organizers, venue, time, participating actors, event language, link to your website if applicable.
The ilb has published first texts for the reading on the website, further are following soon in various languages. All readings will be announced there and on social media.
Weltweite Lesung für die Toten der Pandemie am 5. September 2021
Aufruf
Das internationale literaturfestival berlin [ilb] ruft Einzelpersonen, Schulen, Universitäten, Kultureinrichtungen und Medien dazu auf, sich am 5. September 2021 an einer Weltweiten Lesung für die Toten der Pandemie Corona zu beteiligen. Mit der Lesung soll an die Toten der Pandemie erinnert werden.
Seit mehr als einem Jahr wird die Welt von der Pandemie heimgesucht. Fast drei Millionen Menschen sind weltweit an Covid-19 gestorben. Kein Tag vergeht, an dem wir nicht mit Statistiken und Kurven über aktuelle Todesfälle und Krankheiten konfrontiert werden. Doch oft bleiben es abstrakte Zahlen. Der einzelne Mensch und die individuellen Geschichten dahinter sind in der öffentlichen Wahrnehmung kaum präsent. Krankheit, Tod und Trauer sind durch Vorsichtsmaßnahmen weitgehend unsichtbar geworden. Viele Menschen sterben allein, hinter verschlossenen Türen, und werden im kleinen Kreis beerdigt. In vielen Fällen gibt es für Angehörige und Freunde keine Möglichkeit, sich zu verabschieden – und wenn doch, dann aus der Ferne oder in einem digitalen Umfeld.
Literatur hat das Potenzial, dieser Situation Ausdruck zu verleihen, der Isolation zumindest durch Rezeption entgegenzuwirken. Sie findet Erzählungen abseits der alltäglichen Schreckensbilder, erzählt vom Verlust aus verschiedenen Perspektiven und hilft, das Unfassbare greifbar zu machen.
Lesungen können überall stattfinden, auch privat im kleinen Kreis, in einer Schule, in einer Kultureinrichtung oder im Radio. Menschen und Institutionen, die sich mit einer Lesung am 5. September 2021 beteiligen möchten, werden gebeten, uns folgende Informationen zukommen zu lassen: Organisator*innen, Ort, Zeit, teilnehmende Akteure, Veranstaltungssprache, ggf. Link zu Ihrer Website.
Das ilb hat erste Texte für die Lesung auf der Website veröffentlicht, weitere folgen bald in verschiedenen Sprachen. Die Lesungen werden dort und in den sozialen Medien angekündigt.
Dr Jan Kozłowski był moim kuzynem, późno odkryliśmy to nasze kuzynostwo, spotykaliśmy się rzadko (on mieszkał w Warszawie, ja, wiadomo, w Berlinie), trochę do siebie pisaliśmy, czasem telefonowaliśmy, ale – i myślę, że było to obupólne – lubiliśmy się. Teraz nie żyje i bardzo mi go brakuje.
Poniższy tekst nigdzie się (chyba) nie ukazał, Janek przysłał mi go kiedyś, podobnie jak wielu innym humanistom, jako propozycję do rozmyślań lub działań, poprosił też o dalsze opinie (kilka znajduje się pod spodem). Publikuję ten tekst, nie pytając Janka o zgodę, bo nie mam jak. Anonimizuję jednak komentarze pod tekstem.
Dedykuję dwóm moim autorom i rozmówcom: Konradowi i Markowi Włodarczakowi
Jan Kozłowski
Humanistyka oparta na danych, czyli prawdziwy koniec Wilhelma Windelbanda
Pomysł, który przedstawiam, to fragment szerszej całości, która nazywa się „infrastruktura badawcza dla humanistyki cyfrowej”. Pomysł dotyczy utworzenia platformy badawczej – baz relacyjnych (lub może lepiej bazy rozproszonej z indeksem dynamicznym), opartych na informatorach elektronicznych oraz papierowych, poddanych cyfryzacji. W badaniach historycznych platforma taka umożliwiłaby szersze stosowanie podejść badawczych opartych na analizie dużych zbiorów danych.
Pierwszym czytelnikom tekstu serdecznie dziękuję za nadesłane słowa zachęty i uwagi merytoryczne. W szczególności słowa podziękowania kieruję do prof. prof. Grzegorza i Wiesławy Osińskich z Torunia. Artykuł Osińskich Wizualizacja jako narzędzie badawcze historyka. W poszukiwaniu korzeni patrona 70-letniego Uniwersytetu1, w którym rozważają, czy współczesna neuronauka w połączeniu z analizą dużych zbiorów danych za pomocą metod wizualizacyjnych pozwoli odkryć nowe fakty, był jedną z inspiracji tego tekstu.
Dziedzictwo Windelbanda
Wilhelm Windelband (1848-1915) definiował nauki przyrodnicze i humanistyczne przez ich wzajemne przeciwstawienie sobie. Wg Windelbanda te pierwsze opisują przedmiot za pomocą ogólnych praw. Te drugie – mając do czynienia z jednorazowym, indywidualnym i jednostkowym przedmiotem – nie szukają regularności, tylko opisują.
Definicja humanistyki Windelbanda była odbiciem jej ówczesnego stanu. Po śmierci filozofa, wraz z ewolucją przedmiotu humanistyki (zainteresowanie dla źródeł masowych, stosowanie metod nauk społecznych2), stopniowo traciła adekwatność. Jednak dopiero epoka cyfrowa wrzuciła ją do lamusa.
„Humanistyka Windelbanda” pozostawiła po sobie ogromny dorobek, zawarty w książkach i czasopismach, na podstawie którego można budować humanistykę cyfrową. Jednak ten dorobek należy dopiero „odmrozić”. Jest to zadanie, które znacznie przekracza to, co robią nawet tak zaawansowane programy jak Europeanea.
Jak wiadomo, przez pierwsze dekady rewolucja Gutenberga przetwarzała na formę druku rękopiśmienny dorobek antyku i średniowiecza. Dopiero później książki drukowanej użyto jako sposób udostępniania nowych treści, z uwzględnieniem możliwości, jakie daje druk. Dziś zmiany zachodzą nieporównanie szybciej, gdyż Internet, w przeciwieństwie do druku, sam stwarza własny świat informacji, który ilościowo wielokrotnie przekracza zasoby epok rękopisu i druku. Jednak w odniesieniu do konwersji wcześniejszego dorobku, podobieństwo ze wczesną epoką Gutenberga jest uderzające. Nie potrafimy tego dorobku tak przetworzyć, aby skorzystać z szans otwieranych przez nowe technologie.
Dziedzictwo Langlois i Seignobosa
Równolegle z poglądami o nauce Windelbanda (a także Rickerta i Cassirera) swoje idee o metodzie dziejopisarstwa rozwinęli Charles-Victor Langlois (1863–1929) oraz Charles Seignobos (1854–1942). W książce Introduction aux études historiques (1897, przekład polski Wstęp do badań historycznych, 1912) chcieli oni uczynić z dziejopisarstwa nauki równie ścisłe jak nauki przyrodnicze. Dziejopisarstwo – twierdzili – opiera się na faktach wydobytych z dokumentów pisanych najbliższych opisywanym wydarzeniom. „Nie ma dokumentów, nie ma historii”, pisali. Fakty dzieli się na kategorie, poddaje krytyce zewnętrznej i wewnętrznej oraz pokazuje z różnych perspektyw, dzięki czemu osiąga się możliwie największy obiektywizm.
Przekładany na różne języki, wznawiany i zalecany studentom do dziś, był Wstęp – podobnie jak poglądy Windelbanda – dzieckiem swojej epoki. Obecnie jest synonimem nie tylko solidności, ale także naiwności. Wstęp przykuł wiedzę, wybraźnię i odwagę historyka – te trzy cnoty kardynalne każdego badacza – do skały dokumentu. Nie pozwalając historykom na bujanie w obłokach fantazji, sparaliżował ich kreatywność. Wstęp nie dostrzegł, że rzeczywistość odbita w zachowanych dokumentach jest rzeczywistością skrzywioną. Nie tylko dlatego, że dokumenty pisane opisują świat wybiórczo i wyłącznie w ramach przyjętych konwencji, ale i dlatego, że mechanizm transmisji dokumentów poprzez dzieje powoduje, że pewne typy dokumentów mają większą szansę przetrwania od innych. I są całe wielkie epoki, kiedy masowo produkowano dokumenty fałszywe. I to nie tylko w okresie reżimów XX wieku, co opisał Orwell, podając zresztą tylko jedną z licznych metod fałszowania rzeczywistości poprzez produkowanie dokumentów. Wielką epoką fałszerstw było średniowiecze. Teraz już powszechnie wiadomo, że tzw. Donacja Konstantyna była fałszerstwem. Ale znamy również tak wyrafinowane metody fałszerstwa, jak ukrycie sfałszowanego dokumentu, po to, by został odkryty po wiekach i zaświadczył o prawdzie tego, co głosiła polityka stulecia wcześniej – takim przypadkiem było np. ukrycie w klasztorze w Quedlinburgu dokumentu „zaświadczającego”, że cesarzowa Teophanu, żona cesarza Ottona II, była porfirogenetką. Było to zresztą podwójne oszustwo, bo była tylko siostrzenicą cesarza Jana I Tzimiskesa, a sam cesarz był uzurpatorem, nie pochodzącym z rodziny cesarskiej.
Wstęp ukierunkował historyków na opisywanie historii jako dokonanych wyborów, udokumentowanych w źródłach, przez co zgubił sens możliwych wyborów oraz wyborów nieudokumentowanych. A przecież dokonany wybór, podjęta decyzja, rozpoczęte działanie – jest z reguły poprzedzone rozważeniem wyborów możliwych. Ponadto, na każdy udokumentowany fakt przypadają tysiące nieudokumentowanych. Wnioskowanie na podstawie poddanych surowej krytyce konkretnych dokumentów pisanych musi być zatem uzupełnione nie tylko przez wnikliwą analizę innych typów źródeł – historii mówionej, artefaktów, danych geologicznych itd. – ale także przez wnioskowanie oparte na analizie dużych zbiorów danych. Analiza dużych zbiorów danych historycznych pozwala na stawianie pytań niemożliwych do wyobrażenia w tradycyjnej historiografii. Rozszerza ona widnokrąg historyka o nowe wymiary i przestrzenie. Historykowi, nachylonemu nad rękopisem z okularem w oku, daje nowe narzędzie, nawet do jego mikroanalizy.
Głównym źródłem takich danych są reference books, a jedną z metod ich analizy – wizualizacje.
Milczenie książek
Z punktu widzenia teleinformatyki, szczególną cechą książek jest fakt, że są zastygłe i „milczą”. Nie da się ich aktualizować, ani łączyć z innymi książkami (chyba że przez nowe edycje lub zszycie ich razem). Książki ani nie „rozmawiają” same ze sobą, ani z innymi książkami (skromną formą rozmowy książki samej ze sobą są spisy treści i indeksy, a rozmowy z innymi książkami – przypisy i odwołania). Ani też, nie „rozmawiają” z czytelnikiem.
Najczęściej także reference books, takie jak słowniki językowe i biograficzne, katalogi, bibliografie i encyklopedie, nie rozmawiają same ze sobą. Podobnie jak nie rozmawiają same ze sobą informacje w informatorach: informacje te, tak jak słowa w słownikach językowych, są postawione na stałych pozycjach, najczęściej w porządku alfabetycznym. Słowa w dykcjonarzach są zamrożone: a przecież znaczenie każdego z nich zależy od (zmieniających się w czasie i przestrzeni społecznej) powiązań z innymi słowami oraz od blasku, jaki rzucają na nie metafory, do których nawiązują. Chcielibyśmy zobaczyć je dynamicznej postaci wizualizacji sieciowej, ale forma druku na to nie pozwala.
Nic dziwnego, że humaniści, obcując na co dzień z tak zaaranżowanym światem wiedzy, rzadko rozmawiają ze sobą, a wraz z nimi rzadko rozmawiają ze sobą obszary badań. Gdy wrzuci się do Internetu dowolne nazwiska rozpoznawalnych badaczy, np. Maryla i Migonia, okaże się, że współwystępują oni tylko w bibliografiach i repozytoriach: nie ma takiej platformy, na której Maryl i Migoń mogliby poznać się i rozmawiać. Epoka druku to także okres bezokiennych monad.
Milczenie książek zaprzecza podstawowej charakterystyce piśmiennictwa, jaką jest intertekstualność, oraz życia społecznego, jaką jest sieciowość.
Ponowne narodziny książek
Jak „odblokować” książki?
Dotychczasowe próby były połowiczne.
Pierwsze polegały na umieszczaniu w Internecie skanu (np. Bibliografia Estreichera), kolejne na umieszczaniu wersji OCR (np. Academica) oraz, na koniec, wersji hipertekstowej (np. Polski Słownik Biograficzny). Ale to dalece za mało. Książki, nawet w wersji hipertekstowej, utrzymały swoją tożsamość, tak jakby obawiano się dokonać ich „dekompozycji” i re-aranżacji na zupełnie nowych zasadach.
Nic dziwnego, że nawet najbardziej obiecujące i zaawansowane technologicznie humanistyczne projekty badawcze, takie jak Mapping the Republic of Letters, poza efektowną estetyką wizualizacji, nie wniosły nic przełomowego do humanistyki.
Pomysł „rozhermetyzowania” tekstów dla wyłuskiwania z nich informacji, celem łączenia ich w nowe dowolne związki, nie jest nowy; to przecież istota pomysłów Paula Otlet’a (Promieniująca biblioteka, 1934) i Vannevara Busha (Memex, 1945). Słusznie podkreśla się, że to Internet pozwolił urzeczywistnić ich wizje.
Jednak sam Internet nie ma mocy stworzenia cyfrowej humanistyki.
Co wobec tego należałby zrobić, aby stworzyć platformę do dokonywania odkryć w humanistyce?
Rozhermetyzowane teksty staną się tylko Mare magnum danych, w których każdy zatonie. Potrzeba zatem rodzaju magnesów, które – tak jak magnes opiłki – ułożą dane w nowe wzorce.
Gdzie szukać takich magnesów?
Najlepiej – wśród koncepcji, które pozwalają na sensowne łączenie danych i organizowanie badań.
Sieć, system i struktura
Sieć, system i struktura to właśnie takie koncepcje.
Koncepcje sieci, struktury i systemu przeszły długą ewolucję, w trakcie której zaowocowały wieloma pomysłami badawczymi, a ostatnio zbliżyły się do siebie. Wszystkie trzy mają ambicje, by służyć jako centralne kategorie badawcze nie tylko nauk społecznych, ale nauk w ogóle. Powstaje np. coraz więcej prac opisujących sieci uczonych XVII i XVIII wieku. Tyle, że są one oparte na stosunkowo wąskiej bazie źródłowej, a zatem pozwalają na testowanie bardzo ograniczonej liczby pomysłów badawczych. Mają one charakter „historii anegdotycznej”, „studiów przypadku” (np. o sieci rywalizujących i współpracujących ze sobą fizyków XVII w.). Mimo że są pełne świetnych indywidualnych opowieści, nie dają tego, co mogą dać szersze badania oparte na większej ilości danych – wiedzy o sieciach, systemach i strukturach. Wiedzy o ukrytych zależnościach, możliwych do odkrycia wtedy, gdy pracuje się na dużych zbiorach danych.
W trakcie ewolucji sieć stopniowo rozszerzała swoje znaczenia. Najważniejsze były przejścia
od pojęcia sieci ujmowanej statystycznie, ogniwa i ich powiązania w danej chwili, do sieci dynamicznej, zmieniającej się w miarę narastania lub ubywania nowych ogniw i powiązań,
od sieci dynamicznej, uczącej się pod wpływem bodźca zewnętrznego, do sieci samoorganizującej się (SOM), struktury dynamicznej, która niejako rozmawia sama z sobą, zmieniając jednocześnie swoją strukturę. (Pierwsze próby zastosowania SOM dotyczyły pojedynczych słów i wyrażeń; czyni się próby budowy dynamicznych, nieliniowych, systemów semantycznych, takich jak dynamiczne modele samoorganizacji Włodzisława Ducha)3.
od sieci jedno-poziomowej, składającej się z ogniw tego samego rodzaju (np. osób lub słów), do sieci wielo-poziomowej, złożonej z ogniw różnych kategorii (np. osób i miejscowości).
Zmieniało się także pojęcie struktury. W naukach społecznych (Giddens, Bourdieu, Latour) przesunięto akcenty struktury od
struktury jako substancji do struktury jako procesu,
struktury jako rzeczy danej do struktury jako rzeczy stwarzanej,
struktury jako determinanty działań do struktury jako rezultatu działań.
Struktura to pojęcie wieloznaczne; najczęściej rozumie się przez nie zjawiska o względnej trwałości – gospodarcze, techniczne, społeczne, polityczne lub kulturalne – narzucające ograniczenia zjawiskom o charakterze koniunktur. (Rodzaj techniki rolnej ogranicza zasoby dostępnej żywności, a przez to i limituje wzrost ludności itd.). Przedmiotem zainteresowania są szczególnie: zmiany wewnątrz struktur i zmiany samych struktur – mutacje pozwalające przekroczyć istniejące bariery (w historii nauki – paradygmaty T. Kuhna); punkt początkowy i ciąg repetycji (w historii sztuki – teoria G. Kublera); współzależności między strukturami (w synchronii) oraz współzależności między koniunkturami i rewolucjami (w diachronii); współistnienie ze sobą struktur o różnych „czasach wewnętrznych”.
Podobnie, ewolucję przeszło pojęcie systemu. Nie tylko zwiększało ono zakres swoich zastosowań (cybernetyka, biologia, inżynieria, psychologia, antropologia, archeologia, historia, ekonomia, nauki polityczne), ale także, z upływem czasu, pogłębiano znajomość jego szczególnych cech, takich jak złożoność i adaptacyjność (uczenie się).
Te wszystkie zmiany uczyniły z tych pojęć kluczowe narzędzia badawcze w naukach społecznych i humanistyce, możliwe do stosowania wobec dużych ilości danych.
Infrastruktura badawcza dla humanistyki cyfrowej
Pomysł, który przedstawiam, polega na stworzeniu uniwersalnej platformy umieszczania i organizacji danych historycznych. Pomysł zostałby zrealizowany dzięki równoległej budowie – w ramach projektu europejskiego – wielu sieciowych, połączonych ze sobą systemów danych, uporządkowanych pod względem czasu, przestrzeni i tematów, takich jak osoby, zbiory (biblioteki, archiwa i kolekcje), korespondencje, instytucje (uczelnie, akademie, towarzystwa naukowe, salony…), teksty pisane (książki, czasopisma, rękopisy), gatunki piśmiennicze, idee, obiekty materialne i wiele innych. Źródłem danych byłby zarówno dorobek „humanistyki Windelbanda”, jak i nowej cyfrowej humanistyki.
Dane zostaną sklasyfikowane w ramach pewnych kategorii; każda kategoria danych stanie się osią odrębnej bazy.
Krótko można by ideę projektu przedstawić tak: budujemy bazę danych jednostek tej samej kategorii – niech to będą uczeni europejscy XVI-XVIII wieku. Każda jednostka otrzymuje swój „biogram” – uporządkowany zestaw informacji. Każda informacja, która odnosi się albo do innej jednostki tej samej kategorii (do innego uczonego), albo do jednostki innej kategorii (biblioteki, instytucji naukowej, publikacji itd.) zostanie podkreślona; jednocześnie utworzy się link, łączący dwa opisy, jednostki, którą opisujemy, oraz jednostki, z którą była ona powiązana.
Niech opisywany przez nas uczony nazywa się Johann Christian Schott. Miejscowości z życia Schotta – miejsce urodzenia, studiów, podróży, pracy i śmierci – zostaną połączone z bazą geograficzną. Biogramy uczonych, pod kierunkiem których studiował, z którym współpracował lub których uczył, zostaną połączone z biogramem Schotta. Uczelnie, na których studiował, dwory, na których służył, biblioteki, które prowadził, książki, które napisał itd., także zostaną olinkowane. Podobnie idee, które głosił (np. wolfianizm). Również i korespondencja Schotta oraz książki, które w listach recenzuje, zostaną połączone linkiem.
Wszech-sieciowość jest naturą świata. Można ją oddać tylko pokazując powiązania istniejące wewnątrz reprezentacji opisywanych jednostek, takich jak np. biogramy, opisy bibliograficzne książek, koncepcje, charakterystyki obiektów w katalogach zabytków, i wiele innych.
Przedstawiane przeze mnie idee nie są nowe, a jeśli – jak się zdaje – nie zostały jeszcze przedstawione w całości, to ze względu na ich radykalizm i przewidywaną trudność ich realizacji.
Między innymi zastąpienie artykułów w czasopismach korespondencją naukową jako podstawy opisu sieci badawczych proponował francuski badacz Yves Gingras (Mapping the structure of intelelctual field using citation and co-citation analysis of correspondences, 2010). W XVII wieku czasopisma dopiero raczkowały; brakowało standardów powołań i cytowań. Znacznie lepszym źródłem wiedzy o popularności publikowanych tekstów oraz o strukturze pól badań, pisze Gingras, jest lektura ówczesnej korespondencji uczonych.
Nie od razu Kraków zbudowano
Oczywiście, „nie od razu Kraków zbudowano”. Tak postulowaną platformę należy budować krok po kroku. Gdy tylko można, trzeba ją oprzeć na wspomnianych – „rozhermetyzowanych” – papierowych lub cyfrowych informatorach, słownikach bio-bibliograficznych, katalogach, leksykonach i encyklopediach. Takich, jak np. WorldCat OCLC, World Biographical Index Online, wydawnictwa De Gruyter, czy też A world bibliography of bibliographies and of bibliographical catalogues, calendars, abstracts, digests, indexes and the like Theodore Bestermana.
Zacznijmy zatem od pewnej wyodrębnionej grupy wewnątrz wybranej kategorii, niech to będą biolodzy XVIII wieku. Nie było ich tylu, co dziś, tworzyli znacznie mniejszy odsetek ówczesnego – niewielkiego, w porównaniu z dzisiejszymi czasami – środowiska naukowego. Są policzalni i opisani, np. w Historical catalogue of scientists and scientific books from the earliest times to the close of the 19th Century (1984) Roberta Mortimera Gascoigne. Fakty z życia biologów opisano w słownikach biograficznych. Rozpisując kolejne biogramy, wyłuskujemy z nich – automatycznie, tak dalece, jak się da – informacje pasujące do przyjętych przez nas kategorii.
Budujemy zatem bazę (powiązanych ze sobą) biogramów:
A jednocześnie tworzymy jednocześnie kolejne – powiązane ze sobą – bazy, np.:
Formuła technologiczna baz – bazy relacyjne czy może lepiej baza rozproszona ale z indeksem dynamicznym – to zagadnienie dla właściwie zaangażowanych techno-nauk4.
Baza (bazy) powinna być spięta z zbiorami danych warsztatowych:
Budowa platformy powinna postępować równolegle z badaniami pilotażowymi – zarówno testowaniem tez powstałych w różnych polach badawczych, takich jak studia nad sieciami, badania systemowe, systemy innowacji, bibliometria, historia i geografia nauki, jak i – to najważniejsza wartość platformy – odkrywaniem zupełnie nowych ustaleń i regularności.
Platforma nie powstanie bez współpracy historyków („przymiotnikowych” i „bezprzymiotnikowych”), geografów historycznych, informatyków, bibliometrów, a także statystyków i fizyków (ci ostatni stanowią największą grupę badaczy sieci). Konsorcjum DARIAH byłoby jego najlepszym adresatem. To heroiczne zadanie dla DARIAH, ale może sensowne, jeśli konsorcjum nie ma stać się tylko pojemnikiem dla wielu różnych, nie powiązanych ze sobą małych projektów.
Uwagi czytelników
WD
[Przedstawiony projekt] to dość oczywisty kierunek rozwoju dla DARIAH i warto go z tą grupą dyskutować, bo jakoś nie widzę dobrych projektów, chociaż ostatnio dyskutowaliśmy o ich potrzebie.
Przypomina też trochę projekt Xanadu Teda Nelsona (pisałem o nim w książce o oprogramowaniu w 1997 roku), który nadal powoli się rozwija: http://techsty.art.pl/?p=1701: „At its simplest, Xanadu lets users build documents that seamlessly embed the sources which they are linking back to, creating, in Nelson’s words, “an entire form of literature where links do not break as versions change; where documents may be closely compared side by side and closely annotated; where it is possible to see the origins of every quotation; and in which there is a valid copyright system – a literary, legal and business arrangement – for frictionless, non-negotiated quotation at any time and in any amount.”
NK-H
Projekty ‘totalne’ są kuszące, ale trudne do realizacji w realnym świecie. Znacznie lepiej sprawdzają się mniejsze akcje/projekty pod warunkiem, że są skoordynowane i mają wspólne podstawy metodologiczne i technologiczne, tak że dadzą się połączyć w jeden system i używać za pomocą tych samych narzędzi (choćby konsekwentne wprowadzanie TEI daje takie możliwości). Jak sam piszesz projektów jest bardzo dużo, są też już próby ich integrowania, np. COST Action dotycząca epistolografii [Reassembling the Republic of Letters, 1500-1800 A digital framework for multi-lateral collaboration on Europe`s intellectual history] http://www.cost.eu/COST_Actions/isch/IS1310
Takie ‘rozproszone’ działanie nie tylko jest łatwiejsze finansowo i organizacyjnie, ale też chroni przed ‘wielkimi’ błędami, tzn. łatwiej weryfikować przyjęte rozwiązania i korygować złe decyzje metodologiczno-technologiczne przy mniejszych stratach. Sądzę też, że to musi być działanie bottom up, bo narzucanie rozwiązań z góry dużej i różnorodnej grupie uczonych źle by się skończyło.
Ale oczywiście nie Ty jeden marzysz o takim utopijnym rozwiązaniu…
WM
Dziękuję bardzo za przesłanie tego interesującego projektu, który rzeczywiście mógłby wpisać się w prace teoretyczne europejskiego projektu Horyzont poświęconego renesansowi.
WO
Podobało mi się szczególnie, ze “książki milczą”. Musisz koniecznie zajrzeć do opublikowanej niedawno w formie interaktywnej naukowej książki: Piotr Celiński, Postmedia. Cyfrowy kod i bazy danychhttp://www.postmedia.umcs.lublin.pl/. Zupełnie inna filozofia czytania: wszystko poprzez odniesienia graficzne. To dopiero sprzężenie zwrotne! Grafiki, które zamieszczasz w tekście są abstrakcyjne. Dla humanistów trzeba je opisać.
GO
Warto wspomnieć o sieciach samoorganizujących się SOM, strukturach dynamicznych, które niejako rozmawiają same z sobą zmieniając jednocześnie swoją strukturę. Pierwsze próby zastosowania SOM dotyczą co prawda na razie pojedynczych słów i wyrażeń ale czynione są już próby budowy dynamicznych, nieliniowych, systemów semantycznych – dynamiczne modele samoorganizacji – W. Ducha.
Podziały nauk – Może zaproponować nowy podział bardziej adekwatny do sytuacji w XXI wieku, proponowany przez Andrzeja Zybertowicza „Samobójstwo Oświecenia” 2015 na „naukę” i „technonanukę”, gdzie ta druga, w oderwaniu od pierwszej, maszeruje obecnie do „samozagłady” i konieczne jest ściślejsze osadzenie w ramach nauki jako transcendentnej emanacji całościowej wiedzy ludzkości etc… to nowe koncepcje, nie wszystkie są dla mnie oczywiste, ale niewątpliwie wskazują cel inny niż prosta „oświeceniowa droga nowoczesności”.
AR
Projekt jest, używając pańskiego określenia, heroiczny. Ja bym może rozpoczął od stworzenia GIS-a, a właściwie należałoby powiedzieć HGIS-a, na który można by nanosić informacje dotyczące czasopiśmiennictwa. W ramach DARIAH być może grupa lubelska coś takiego będzie chciała robić – tylko w odniesieniu do wybranych elementów dziedzictwa historycznego Polski, a później Europy.
ARo
Moim zdaniem to zdecydowanie ma ręce i nogi. Podoba mi się pomysł i jako historyk chętnie bym korzystał z takiego narzędzia. Rzeczywiście nie ma nic podobnego, a stworzenie takiej mapy połączeń między uczonymi byłoby niezmiernie interesujące, ale i cholernie czaso- i finanso-chłonne.