O korzyściach płynących z bloga (4). Tibor

W ramach rozrastającego się ostatnio cyklu wpisów, o korzyściach płynących z prowadzenia bloga, chciałam dziś napisać o autorach wielostronnych, tych, którzy piszą i rysują (Tibor Jagielski), lub rysują i piszą (Anna Krenz), piszą i komponują (Michał Talma-Sutt), piszą, a nagle się okazało, że również malują (Katarzyna “Kasia” Krenz), albo robią wszystko (Michał Krenz), ale Tibor zajął całe miejsce. Oto więc autor, który pisze, rysuje, tłumaczy, wędruje i gotuje. Prawdziwy człowiek XXI wieku. Nie powinniśmy bowiem zamykać się w jednym wyuczonym zawodzie, bo łacno może się zdarzyć, że wylecimy poza główny nurt rzeki bez powrotu. Największe szanse mają (mieć) ci, którzy umieją różne rzeczy i nawet z góry nie można przewidzieć – jakie.

Tibor Jagielski i inni

Zapiski na mankiecie

list otwarty do ew (pierwszych i ostatnich)

was była setka, a ja tylko  jeden;
troche zdziwiony siedzę pod tym drzewem
wiadomości dobrego i złego
i do dzisiaj nie wiem po jaką cholerę

Gebet

Lieber Gott nimm es hin,
dass ich was Besond’res bin.
Und gib ruhig eimal zu,
das ich klüger bin als Du.
Preise künftig meinen Namen,
denn sonst setzt es etwas, Amen.
(gp)

Wußtest Du schon…
…dass es sich bei der Wüste Gobi ursprünglich um die wüste Gabi gehandelt haben soll?
(gp)

Alle denken an sich, nur ich denke an mich.
(gp)

ersticke mal am lorbeerblatt
dann weisst du was die welt
für dich parat hällt
(tj)

Ein Internist ist ein Arzt;
der einen Leberkranken
auf Herz und Nieren prüft.
(gp)

Am 8. Tag schuf Gott das Bier
und seit dem hört man nichts mehr von ihm.
(gp)

Woran erkennt man ein Schaschlik?
Er sieht so spießig aus.
(gp)

Also, das muss man schon sagen:
das Leben ist einmalig.
(gp)


(tj) – ja oder ich
(gp) – georg peter, jeden z pseudonimow petera georga
(al) – adam lengyel, jeden z moich pseudonimów


“diesseits ist jenseits”
veden

SI u fryzjera

Ewa Maria Slaska

Poszłam do fryzjera. W czasie pandemii to jednak wielki ewenement. Wyszłam ostrzyżona na Andę Rottenberg.

Strzygła mnie wspaniała polska anarchistka i pankówa, świetna berlińska cheerleaderka, a na dodatek fantastyczna wizażystka, która w maju będzie zdawała egzamin fryzjerski.

W Berlinie zbierało się na pierwszą wiosenną burzę z piorunami. Widok za oknem przypominał jakiś nieznany obraz Magritte’a.

Naokoło mnie cicho poruszały się jakieś ludzkie i nieludzkie istoty. Wszystkie miały blade twarze i ciemne włosy, niektóre były żywe, miały ręce i nogi, inne miały tylko głowy. Sztuczna inteligencja, pomyślałam, oto jest przyszłość, która nas czeka.

W książce Yuvala Noaha Harariego 21 lekcji na XXI wiek jest rozdział poświęcony sztucznej inteligencji, która będzie lepiej niż my wiedziała, jakie mamy wybrać studia, z kim się ożenić (lub za kogo wyjść za mąż) i jakiej chcemy słuchać muzyki. Ba, będzie nam tę muzykę komponowała tak, by to, co słyszymy, najlepiej nam odpowiadało (i, jeśli tego potrzebujemy) optymalizowało nasze nastroje (tak, byśmy zamiast cierpieć po odejściu ukochanej osoby, w pełni sił umysłowych i duchowych mogli poświęcić się w naszym miejscu pracy – jeśli jeszcze będziemy je w ogóle mieli – produkcji czekoladek – to opcja dla inżynierów lub techników, lub systemom filozoficznym programującym samochody autonomiczne – opcja dla filozofów). Tak czy owak nie będziemy sobie zawracali głowy takimi sprawami jak leczenie raka lub wybór fryzury do trumny, bo SI (Sztuczna Inteligencja) zrobi to za nas znacznie lepiej i sprawniej. Już w tej chwili możemy zdać się na komputer, po to, by algorytm ocenił naszą twarz i jakość włosów i wybrał nam optymalną fryzurę. Ale oczywiście, wszyscy to wiemy z filmów science fiction, sztuczna inteligencja na tym nie poprzestanie.

W miarę jak naukowcy będą pogłębiali wiedzę na temat sposobu dokonywania wyborów przez ludzi, pisze Harari (s. 81), pokusa zdania się na algorytmy będzie przypuszczalnie coraz silniejsza. Zhakowanie ludzkiego procesu podejmowania decyzji nie tylko zwiększy niezawodność opartych na big data algorytmów, lecz zarazem doprowadzi do tego, że mniej niezawodne staną się ludzkie uczucia. Gdy rządom i korporacjom uda się zhakować ludzki system operacyjny, zostaniemy wystawieni na potok precyzyjnie kierowanej manipulacji, reklamy i propagadny. Wpływanie na nasze opinie i emocje może stać się tak proste, że będziemy zmuszeni zdać się na algorytmy – tak samo jak pilot, który w czasie lotu dostał akurat zawrotu głowy, musi więc całkowicie zignorować to, co mu mówią własne zmysły i całkowicie zaufać aparaturze.

Podobnie jak możemy już dzisiaj uzyskać opinię algorytmu na temat naszej fryzury, makijażu czy diety, również już dzisiaj możemy się przejechać samochodem autonomicznym, zrobić zdjęcia naszej posiadłości dronem (oczywiście, jeśli “posiadamy posiadłość”) lub polecieć na Majorkę, doskonale wiedząc, że piloci siedzą tylko w kokpicie i patrzą na ekrany, a samolot prowadzi system pilotażowy zwany autopilotem. Możemy więc powiedzieć, ach co tam, po prostu to, co już znamy, udoskonali się, niedługo każdy z nas będzie miał idealnie dopasowaną do oczu fryzurę i każdy autopilot bez problemów wyląduje awaryjnie na rzece Hudson, co jeszcze w roku 2009 było uważane za niezwykły kunszt pilota Chesleya Sullenbergera. Ale, pisze dalej Harari, w niektórych krajach i niektórych kwestiach ludzie mogą nie mieć zupełnie wyboru i zostaną zmuszeni do podporządkowania się decyzjom algorytmów opartych na big data. Nawet jednak w społeczeństwach uchodzących za wolne algorytmy mogą zdobyć władzę, ponieważ doświadczenie nauczy nas ufać im w coraz większej ilości sytuacji i stopniowo stracimy zdolność samodzielnego podejmowania decyzji.

Znamy? Nic nas nie zaskoczy? To popatrzmy dokąd nas prowadzi przewidywanie Harariego. Z chwilą, gdy sztuczna inteligencja stanie się lepsza od nas w podejmowaniu decyzji w sprawie naszej kariery i naszych związków, będzie się musiało zmienić nasze pojęcie ludzkości, a nawet życia. Przywykliśmy myśleć o życiu jako o dramacie podejmowania decyzji. Demokracja liberalna i kapitalizm wolnorynkowy traktują jednostkę jako niezależny podmiot, który nieustannie dokonuje wyborów (…). Na dramacie podejmowania wyborów skupiona jest też teologia, która uzależnia wieczne zbawienie lub potępienie od naszych postępków, czyli wyborów. W świecie algorytmów to wszystko zostanie pozbawione sensu. Nawet nie będzie co czytać, bo stracimy rozeznanie, o co właściwie chodzi ludziom, o których czytamy, gdy targają nimi wątpliwości czy namiętności. Być, albo nie być? Co to za pytanie.

Ale i to jeszcze nie jest koniec wizji przedstawionej przez Harariego.

Już umiemy produkować samonaprowadzające się pociski i noktowizory, pozwalające odkryć ukryte w ciemnościach żywe istoty. Zabójcze roboty, skoro zostały wymyślone przez autorów SF, albo już naprawdę istnieją, albo zaraz zostaną stworzone, bo jak wiemy, wszystko, co człowiek pomyśli, inny człowiek może zrealizować. Uzbrojony w zabójcze roboty bezwzględny dyktator (s. 94) nie będzie musiał obawiać się, że jego żołnierze odmówią wykonania rozkazów. Roboty, twierdzi Harari, w zarodku zdusiłyby Rewolucję Francuską i Arabską Wiosnę Ludów. Jeszcze gorszy od zabijających maszyn będzie docierający wszędzie monitoring, czyli realizacja orwellowskiej powieści Rok 1984. Ale, ostrzega Harari, może się nam zdarzyć coś, czego nawet Orwell nie przewidział (s. 95) – reżim totalnej inwigilacji, który nie tylko śledzi nasze poczynania, ale będzie obserwował nasze wewnętrzne doznania. Bo np., co mógłby zrobić z użyciem takiej techniki reżim Kima w Korei Północnej. Każdy obywatel mógłby zostać zmuszony do noszenia bransoletki biometrycznej, kontrolującej wszystko, od kroku do toalety, po ciśnienie krwi. Jeśli więc u kogoś, kto spojrzy na zdjęcie dyktatora, czujniki wykryłyby charakterystyczne objawy złości – nazajutrz rano taki człowiek znalazłby się w obozie koncentracyjnym.

I tak dalej, jak w momentach, gdy wywód mógłby się stać rozwlekły i nudny, zwykł był pisać mój ulubiony autor, Kurt Vonnegut.

I tak dalej, kochani Czytelnicy.

Polka niepodległa

Anna Krenz (Dziewuchy Berlin)

List do polityków / Brief an die Politiker: 2021 bobowska list

Irena Bobowska – Die vergessene Heldin / Zapomniana bohaterka
11 March 2021
Przypominamy o brakującej połowie dziejów. Nadajemy twarz herstorii. 

W naszych działaniach mówimy często o kobietach zapomnianych, anonimowych bohaterkach, jako, że w cywilizacji opartej na patriarchacie, historia pisana jest przez zwycięzców – mężczyzn. Zapisana historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, gdzie dominują bohaterowie – generałowie, przywódcy, żołnierze, papieże. Im stawia się pomniki, o nich pisze.
Dopiero od ok 100 lat kobiety są pełnoprawnymi obywatelkami, dopiero od ok 100 lat mogą studiować i pracować w zawodzie. Tym bardziej, by nadgonić stracone lata, należy pisać i mówić o bohaterkach, też tych dnia codziennego. Nikt za nas tego nie zrobi.

Przez ostatnie lata w Berlinie odbywała się debata na temat miejsc pamięci i możliwej lokalizacji pomnika polskich ofiar nazizmu. Debata była długa, toczyła się wśród mężczyzn na różnych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, szczególnie młode, nie brały w niej udziału.

Kiedy Bundestag debatował pod koniec października 2020 na temat miejsca pamięci polskich ofiar nazizmu, my odprawiłyśmy ceremonię Dziadów (1.11.2020) pod Pomnikiem Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty (Volkspark Friedrichshain), przypominając w spektaklu postaci kobiet w historii, polityce i kulturze: https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Natomiast 11 listopada, w Święto Niepodległości Polski, nieformalnie zmieniłyśmy nazwę pomnika na Pomnik Walczących o Naszą i Waszą Wolność, ujmjując i podkreślając brakującą połowę społeczeńswa – kobiety*, które również walczyły, również przyczyniły się do odzyskania niepodległości Polski, ale nie wspomina się o nich na kartach historii. Podobnie o wolność walczą kobiety w Polsce dziś. I im poświęcamy również symboliczną przestrzeń wolności.

Z powodów politycznych odmówiono nam (w ostatniej chwili) udziału w uroczystym zasadzeniu Drzewa Polonii w grudniu 2020, podczas którego planowałyśmy odczytać wiersze polskich migracyjnych poetek – w tym, Ireny Bobowskiej. Dla Biura Polonii poezja kobiet okazała się problematyczna. Dlatego…

Podczas performance, jaki zorganizowałyśmy 8 marca 2021 w Berlinie, przypomniałyśmy postać poznańskiej antyfaszystowskiej działaczki, Ireny Bobowskiej (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee). We wrześniu 1942 r. przed gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee stanęła Irena Bobowska, młoda poznańska poetka, w wieku 22 lat skazana na karę śmierci za wydawanie niepodległościowej gazety Pobudka.

W wieku dwóch lat przeszła chorobę Heinego-Medina, w wyniku której do końca życia jeździła na wózku inwalidzkim. Przez rodzinę i przyjaciół nazywana była Nenią. Po klęsce wrześniowej 1939 r., już w pierwszych tygodniach okupacji Irena Bobowska przystąpiła do działalności konspiracyjnej pod pseudonimem „Wydra”. Od listopada 1939 r. stała na czele redakcji podziemnego pisma pt. Pobudka. Irena zajmowała się także pisaniem artykułów oraz powielaniem i kolportażem gazet – do tego służył jej wózek inwalidzki. Przewoziła w nim także broń.

20 czerwca 1940 r. została aresztowana przez Niemców wraz z pozostałymi członkami redakcji Pobudki i osadzona w Forcie VII w Poznaniu. Wówczas mogła jeszcze przesyłać rodzinie paczki z brudną bielizną i otrzymywać je wypełnione tylko chlebem, kilkoma dekagramami tłuszczu, cebulą oraz cukrem bądź słodkim pieczywem. Irena chowała w tych opakowaniach krótkie grypsy, w których pisała rodzinie, że wszystko jest w porządku. W Forcie VII zarekwirowano jej wózek inwalidzki, mimo że przez chorobę nie umiała chodzić. Była tam bita, głodzona i torturowana.

Następnie przeniesiono ją do więzienia we Wronkach, potem w Spandau, a w końcu do szpitala więziennego w Alt-Moabit, w Berlinie. Tam 12 sierpnia 1942 r. stanęła przed sądem wojskowym. W trakcie rozprawy pozwolono jej zabrać głos. Wypowiedź trwała 30 minut i nie było w niej ani jednego słowa usprawiedliwienia, czy prośby o ułaskawianie. Bobowska mówiła o czasie zaborów, germanizacji, okrucieństwach trwającej wojny. Otrzymała wyrok śmierci, który wykonano przez ścięcie na gilotynie 26 września 1942 r. Pozostawiła po sobie więzienne wiersze i wiele rysunków.

Wiersz Bo ja się uczę…, napisany w Forcie VII w Poznaniu, na wolność wyniosła w bucie jej ciotka, zwolniona z więzienia we Wronkach. Wiersz ten, pełen bólu, ale i nadziei, krążył anonimowo po więzieniach i obozach koncentracyjnych. Czytały go więźniarki w Oświęcimiu, czytały go więźniarki w powojennym Fordonie.

Przypominamy. Bo była istotna. Bo jest istotna.

****************
Bo ja się uczę największej sztuki życia:

Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!
Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno),
I wiem, jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony
Uchronić się od chłodu.
I wiem, co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.
I nauczyłam się popędzać myślami
Czas, co bezlitośnie lubi się dłużyć,
I wiem, jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…
I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie,
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!

(Fort VII, Poznań)

Wir erinnern Sie an die fehlende Hälfte der Geschichte. Wir geben Herstory ein Gesicht.

In unseren Aktionen sprechen wir oft über vergessene Frauen*, anonyme Heldinnen, denn in einer Zivilisation, die auf dem Patriarchat basiert, wird die Geschichte von den Siegern – Männern – geschrieben. Die aufgezeichnete Geschichte basiert auf einer Abfolge von Kriegen, Konflikten, Gewalt, in der Helden dominieren – Generäle, Führer, Soldaten, Päpste. Ihnen werden Denkmäler errichtet, über sie wird geschrieben.

Erst seit etwa 100 Jahren sind Frauen* vollwertige Bürgerinnen, erst seit etwa 100 Jahren können sie studieren und in ihren Berufen arbeiten. Um die verlorenen Jahre aufzuholen, ist es umso wichtiger, über Heldinnen zu schreiben und zu sprechen, auch über Alltagsfrauen. Niemand wird das für uns tun.

In den letzten Jahren gab es in Berlin eine Debatte über Gedenkstätten und den möglichen Standort eines Denkmals für polnische Opfer des Nationalsozialismus. Die Debatte war lang, sie fand unter Männern in verschiedenen Positionen statt, unter Politikern, im Bundestag. Frauen*, insbesondere junge Frauen*, nahmen daran nicht teil.

Als der Bundestag Ende Oktober 2020 über die Gedenkstätte der polnischen Opfer des Nationalsozialismus debattierte, veranstalteten wir am Vorabend des polnischen Soldaten und deutschen Antifaschisten (Volkspark Friedrichshain) die “Totenfeier” (1.11.2020) und erinnerten an die Figuren von Frauen* in Geschichte, Politik und Kultur in der Aufführung. > https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Am 11. November, dem Unabhängigkeitstag Polens, haben wir den Namen des Denkmals informell in Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit geändert, um die fehlende Hälfte der Gesellschaft einzufangen und hervorzuheben – Frauen*, die ebenfalls gekämpft haben, haben ebenfalls zur Wiedererlangung der Unabhängigkeit Polens beigetragen, aber Sie werden auf den Seiten der Geschichte nicht erwähnt. Frauen in Polen kämpfen heute auf ähnliche Weise für die Freiheit. Und wir widmen ihnen auch einen symbolischen Raum der Freiheit.

> https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/10/11-11-2020-za-nasza-i-wasza-wolnosc-fur-eure-und-unsere-freiheit/

Aus politischen Gründen wurde uns (in letzter Minute) die Teilnahme an der feierlichen Pflanzung des Polonia-Baumes im Dezember 2020 verweigert, bei der wir die Gedichte polnischer Migrantinnen Dichterinnen – darunter Irena Bobowska – lesen wollten. Für die Biuro Polonii Verein erwies sich die Poesie der Frauen* als problematisch. Deswegen…

Während der Aufführung, die wir am 8. März 2021 in Berlin organisierten, erinnerten wir an Irena Bobowska (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee), eine polnische Dichterin, die während der nationalsozialistischen Besatzung Mitgliederin von Untergrundorganisationen in Posen war.

Am 26. September 1942 stand Irena Bobowska, eine junge Dichterin aus Posen, im Alter von 22 Jahren wegen Veröffentlichung der Unabhängigkeitszeitung „Pobudka“ zum Tode verurteilt, vor der Guillotine im Berliner Gefängnis Plötzensee.

Im Alter von 2 Jahren litt sie an der Heine-Medina-Krankheit, wodurch sie bis zu ihrem Lebensende im Rollstuhl fuhr. Sie wurde von ihrer Familie und ihren Freunden Nenia genannt.

Nach der Niederlage im September 1939 begann sie in den ersten Besatzungswochen unter dem Pseudonym “Wydra” unterirdische Aktivitäten. Ab November 1939 leitete sie die Redaktion der Untergrundzeitschrift “Anreiz”. Irena schrieb auch Artikel sowie vervielfältigte und verteilte Zeitungen – dafür war ihr Rollstuhl gedacht. Sie trug auch Waffen darin.

Am 20. Juni 1940 wurde sie von den Deutschen zusammen mit anderen Mitgliedern der Redaktion von “Pobudka” festgenommen und in Fort VII in Posen inhaftiert. Zu dieser Zeit konnte sie noch Päckchen mit schmutziger Wäsche an ihre Familie senden und sie nur mit Brot, ein paar Dekagrammen Fett, Zwiebeln und Zucker oder süßem Brot gefüllt erhalten. In diesen Paketen hielt Irena kurze Nachrichten, in denen sie ihrer Familie schrieb, dass alles in Ordnung sei. In Fort VII wurde ihr Rollstuhl beschlagnahmt, obwohl sie wegen einer Kinderkrankheit nicht laufen konnte. Sie wurde dort geschlagen, verhungert und gefoltert.

Dann wurde sie in das Gefängnis in Wronki, dann in Spandau und schließlich in das Gefängniskrankenhaus in Alt-Moabit, Berlin, gebracht. Dort wurde sie am 12. August 1942 vor ein Militärgericht gebracht. Während der Anhörung durfte sie sprechen. Die Erklärung dauerte 30 Minuten und es gab kein einziges Wort der Entschuldigung oder der Bitte um Verzeihung. Bobowska sprach über die Zeit der Teilung, die Germanisierung und die Gräueltaten des andauernden Krieges. Sie wurde am 26. September 1942 durch Guillotine Schneiden zum Tode verurteilt. Sie hinterließ Gefängnis Gedichte und viele Zeichnungen.

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen.

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

****************
… Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:

Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!
Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.
Und ich weiß, was es bedeutet, Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.
Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…
Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Übersetzung: Ewa Maria Slaska


Fotos: Gabriella Falana

Chodzenie po mieście. Paul Auster

Ewa Maria Slaska

Ten spacer odgrywa tu bardzo ważną rolę, spacer po Nowym Jorku, ale i po wyspie Baratarii. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Nie wiem, czy sama bym na to wpadła. Wybrałam tę książkę z uwagi na niezwykłe chodzenie po mieście. Ale skoro Wikipedia tak twierdzi, to możemy rzucić najpierw okiem na nawiązania intertekstualne do dzieła Cervantesa.
Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.

Quinn dostaje zadanie śledzenia Stillmana. Ten wychodził z hotelu nie później niż o ósmej, zawsze w tym samym brązowym płaszczu, z dużym, staroświeckim sakwojażem. Powtarzało się to dzień w dzień przez dwa tygodnie. Krążył po okolicznych ulicach, bez pośpiechu, czasem tylko minimalnie posuwał się naprzód, przystawał, ruszał dalej, znowu przystawał, jakby musiał zważyć i zmierzyć każdy krok, zanim wyznaczy mu miejsce wśród sumy wszystkich kroków. Quinn źle to znosił. Przywykł chodzić szybko, więc całe to dreptanie, przystawanie, powłóczenie nogami zaczęło go w końcu męczyć, gwałciło jego naturalny rytm. Był zającem w pogoni za żółwiem i raz po raz musiał się hamować.

Dla Quinna pozostawało tajemnicą, co właściwie Stillman robi podczas tych spacerów. Oczywiście widział wszystko na własne oczy i sumiennie zapisywał w czerwonym notesie każdy drobny fakt. Ale ich sens wciąż mu się wymykał. Zawsze miał wrażenie, że Stillman zmierza donikąd i nie bardzo nawet wie, gdzie jest. A jednak – jakby z rozmysłem – trzymał się skąpo wytyczonego terenu, którego północną granicą była Sto Dziesiąta, południową Siedemdziesiąta Druga, zachodnią Riverside Park, a wschodnią Amsterdam Avenue. I choć wędrował na pozór całkiem przypadkową, co dzień inną trasą, nigdy tych granic nie przekraczał. Precyzja ta zbijała Quinna z tropu, bo pod każdym innym względem Stillman zdawał się nie mieć celu. (…) czasem się schylał, podnosił coś z ziemi i uważnie oglądał, obracając w palcach. (…) Niekiedy po długich badaniach ciskał przedmiot z powrotem na chodnik. Przeważnie jednak otwierał torbę i ostrożnie chował znalezisko. Potem sięgał do kieszeni płaszcza po czerwony notes – podobny do notatnika Quinna, choć mniejszy – i z wielkim skupieniem pisał w nim przez parę minut. Kończąc tę operację, wkładał notes z powrotem do kieszeni, brał sakwojaż i ruszał w dalszą drogę. Na oko sądząc, zbierał przedmioty bez żadnej wartości: popsute, wyrzucone drobiazgi, niechciane rupiecie. (…) Quinn postanowił notować możliwie najwięcej. (…) Opisywał każdy gest Stillmana, każdy przedmiot wrzucony do torby lub ciśnięty z powrotem na ziemię, prowadził szczegółowy grafik wszelkich zdarzeń, a w dodatku z pedantyczną drobiazgowością odnotowywał zygzakowatą marszrutę, zapisując każdą ulicę, skręt i postój. (…)

Quinn postanawia przestudiować notatki, jakie napisał podczas śledzenia Stillmana.

Szło mu jak po grudzie, zwłaszcza na pierwszych stronach. Tam, gdzie w ogóle zdołał odcyfrować poszczególne słowa, rzecz wydawała się niewarta zachodu. „W połowie drogi między przecznicami podnosi z ziemi ołówek. Ogląda, waha się, chowa do torby… Kupuje w sklepie sandwicza… Siada na ławce w parku i czyta czerwony notes”. Brzmiało to jak stek bzdur. Bez wyraźnego powodu Quinn przewrócił kartkę i na czystej stronie naszkicował mapkę terytorium Stillmana.

Potem uważnie przejrzał notatki i zaczął nanosić długopisem trasę, którą starzec przebył w ciągu jednego dnia – tego właśnie, gdy Quinn postanowił dokładnie odnotować wszystkie meandry jego wędrówki. Wynik był następujący:

Rysunek ten przypominał Quinnowi ptaka, być może drapieżnego, szybującego w powietrzu z rozpostartymi skrzydłami. Lecz po chwili wydało mu się, że to nadinterpretacja. Ptak znikł i zostały tylko dwie abstrakcyjne figury, połączone mostkiem, który Stillman wstawił w środek, idąc na zachód Osiemdziesiątą Trzecią. Quinn zajął się kolejnym dniem, żeby zobaczyć, co to da. Otrzymał zupełnie inny wynik.

Diagram wyglądał trochę jak mapa urojonego stanu, który można by pewnie jakoś wklinować między dwa już istniejące na Środkowym Zachodzie. Tego dnia Stillman ruszył prosto do Riverside Drive, skręcił w stronę Harlemu, minąwszy jedenaście przecznic, zrobił w lewo zwrot i wszedł do parku, gdzie zaraz zawrócił na południe. Figura, którą nakreślił, byłaby prawie idealnym, wąskim prostokątem, gdyby pominąć nitkę między Broadwayem a Riverside Drive, parę lekkich zygzaków w parku oraz to, że kilkakrotnie okrążył pomnik żołnierzy i marynarzy, jakby stawiał kropkę nad – a raczej pod – I. Wrócił do hotelu prawym chodnikiem Riverside Drive.

Quinn oderwał się na chwilę od rysunku, żeby sobie uzmysłowić, co właściwie wyprawia. Bazgrze od niechcenia? Trwoni czas, jak pierwszy lepszy głupek, czy próbuje coś ustalić? Zrozumiał, że obie odpowiedzi są nie do przyjęcia. Jeśli po prostu zabija czas, to czemu w tak mozolny sposób? Czyżby do tego stopnia go zamroczyło, że nie ma już odwagi myśleć? A skoro nie gryzmoli dla zabawy, do czego naprawdę zmierza? Wydawało mu się, że szuka znaku, przedziera się przez chaotyczny labirynt wędrówek starca w poszukiwaniu iskry sensu. Wniosek mógł być tylko jeden: ten mianowicie, że Quinn uparcie nie wierzy w przypadkowość poczynań Stillmana. Chce nadać im sens, niechby najbardziej mętny. Już choćby to samo w sobie było nie do przyjęcia. Znaczyło bowiem, iż Quinn ośmiela się przeczyć faktom, a przecież dobrze wiedział, że nic gorszego detektyw zrobić nie może.

Postanowił jednak brnąć dalej. Nie było jeszcze późno, dochodziła dopiero jedenasta, a zresztą zaszkodzić te spekulacje na pewno nie mogły. Trzecia mapka ani trochę nie przypominała dwóch poprzednich.

Nagle Quinn wyzbył się wszelkich wątpliwości. Wydawało się jasne, że – pomijając wydreptane w parku esy-floresy – ma przed sobą literę E. Przyjąwszy, że drugi diagram to rzeczywiście litera I, można było bez wielkiego ryzyka uznać ptasie skrzydła z pierwszego za literę W. Nawet tylko te trzy ułożone w kolejności, w jakiej powstały, tworzyły już sensowne słowo, ale Quinn wolał wstrzymać się z wyciąganiem wniosków. Następny dzień zaowocował diagramem zbliżonym do litery Ż. Podobnie jak poprzednie, również i ten w części parkowej wzbogacały rozmaite nieregularności, przybliżenia i kunsztowne ozdobniki. Czepiając się resztek obiektywizmu, Quinn usiłował spojrzeć na rysunek tak, jakby wcale nie oczekiwał, że ujrzy literę alfabetu łacińskiego. Mówiąc uczciwie, niczego nie był pewien: diagram równie dobrze mógł być czystą abstrakcją. Może tylko zwidują mu się obrazki, tak jak w dzieciństwie, kiedy wpatrywał się w chmury? Lecz zbieżność była uderzająca. Gdyby kształt litery miała jedna mapka, a choćby i dwie, mógłby je zbagatelizować jako kaprys losu. Ale seria czterech takich przypadków? To już wydawało się mocno naciągane.

Kolejny dzień dał kanciaste A: podkowę przekreśloną w połowie, jak zwykle z całą masą rokokowych farfocli. Następnie pojawiło się B: dwa pudła stały krzywo jedno na drugim, a wierzchem sypały się wióry chroniące zawartość. Potem drugie A, trochę chwiejne, odrobinę drabiniaste, z malejącymi ku górze schodkami po bokach. I drugie B: w ryzykownym przechyle, perwersyjnie podparte w jednym tylko punkcie, niby piramida ustawiona na wierzchołku.

Quinn wypisał litery w porządku chronologicznym: WIEŻA BAB. Bawił się nimi przez pół godziny, dzielił je na różne sposoby, zmieniał szyk, aż wreszcie powrócił do pierwotnego i napisał: WIEŻA BAB. Rozwiązanie to trąciło taką groteską, że ledwie śmiał je uznać. Chociaż Stillman jeszcze nie skończył, odpowiedź wydawała się jasna: WIEŻA BABEL. (…)

A jednak istniały zarysy liter – nie na ulicach, na których powstały, lecz w czerwonym notatniku Quinna. Sam Quinn właśnie się zastanawiał, czy Stillman co wieczór obmyśla w swym pokoju marszrutę na następny dzień, czy też improwizuje w ruchu. Obie możliwości były prawdopodobne. (…) Myśl o literach przerażała Quinna. Wersja, zgodnie z którą Stillman wydeptywał właśnie litery, wydawała się tak pokrętna, pełna tak szatańskich niedomówień, że nie chciał jej uznać.

Postanowił się położyć; spał niespokojnie, zbudził się, przez pół godziny pisał w czerwonym notatniku, wrócił do łóżka. Tuż przed zaśnięciem zdążył pomyśleć, że ma pewnie jeszcze dwa dni, bo Stillman nie dokończył przesłania. Pozostały dwie ostatnie litery – E i L. Myśli Quinna rozbiegły się. Wylądował w urojonej krainie okruchów, ojczyźnie niesłownych rzeczy i niedorzecznych słów. Po raz ostatni pokonując senne odrętwienie, przypomniał sobie, że El po starohebrajsku znaczy Bóg.

Następnego dnia Quinn rozmawia wreszcie ze Stillmanem. Starzec przyznaje, że to, co robi, ma, jego zdaniem, doniosły sens.

– Codziennie wstaję skoro świt, mówi starzec. Muszę wychodzić bez względu na pogodę, stale być w ruchu, bez przerwy na nogach, co chwila pędzić z miejsca na miejsce. Niech mi pan wierzy, to człowieka po prostu wykańcza. (…) Widzi pan, świat rozpadł się na kawałki. A moja rola polega na tym, żeby go z powrotem poskładać. (…) szukam tylko najogólniejszej zasady, a to leży w zasięgu możliwości pojedynczego człowieka. Jeśli zdołam położyć podwaliny, samego dzieła odbudowy mogą dokonać inne ręce. Najważniejsza jest główna przesłanka, pierwszy krok w sferze teorii. A w tym niestety nikt mnie nie wyręczy. (…) Zrozumiałem, że muszę się ograniczyć. Pracować na terenie dość małym, żeby wszystkie wyniki były niepodważalne.

Stillman odtwarza spacerami tezy swojej pracy doktorskiej o tym, że Ameryka jest Nowym Światem i w swoich spacerach po Nowym Jorku, po tym małym wycinku miasta między Riverside a Amsterdam Avenue buduje ten świat jeszcze raz, tworzy jego dwie części, najpierw Raj, który był obietnicą szczęścia, a potem Wieżę Babel, która sprawiła, że raj się rozpadł. I jak Adam w Raju – podnosi pogubione przez przechodniow przedmioty i nadaje im nowe nazwy.

Spacer jako tworzenie świata, którego budulcem są wydeptane na ulicach słowa.

Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9

Odcinek 16

Mieczysław Bonisławski

znowu kartki maszynopisu,
przeszyte dziurkaczem i wpięte do segregatora

Wnętrza rozpoczętej budowy domu kultury na osiedlu Łużyckim. Surowe sklepienie z betonu. Półmrok hali bez pełnych ścian. Piach. Słońce między słupami konstrukcji nośnej.

Pomięty papier. Płachty gazetowe poskładane w przypadkowej kolejności i nierówno. Jedna wystaje z drugiej, trzecia z czwartej. Ta rozdarta w jednej trzeciej, tamta zabrudzona tłustą, żółknącą plamą po rozlanej śmietanie.

Część gazety została zgnieciona w nieregularną bryłę i rzucona na żółty piach. Artykuł o wypadku na przejeździe został wetknięty między filar i siedzisko z nieheblowanej, grubej deski, położonej na piasku na dwóch bloczkach betonu. Strona z artykułem zachowała się w połowie, drugiego, oddartego kawałka nie było nigdzie widać. Tak się jednak złożyło, że tekst artykułu był cały. Od początku do końca.

Gdy mężczyzna przylgnął do słupa, papier zaszeleścił. Chrenowicz syknął przestraszony, ale tworzący nowy świat młody demiurg niczego w tym swoim złotym kręgu nie dosłyszał. A przynajmniej nie zareagował. Może wiedział o obecności podglądającego go mężczyzny, a tylko udawał? Demiurg przecież miał takie nadprzyrodzone moce… A może obcy człowiek mu w ogóle nie przeszkadzał? Może dla demiurga był po prostu nikim, paprochem, który istota pokroju Kreatora w każdej chwili mogła zdmuchnąć w otchłań niebytu? Czymś nieważnym, tak mało istotnym, że niech by tam sobie stał za tym filarem. I tak nie miał na nic wpływu, nie mógł zagrozić niczemu, co demiurg zaplanował i kreował. Za to, w każdej chwili, gdyby tylko takiej nadprzyrodzonej istocie przyszła taka ochota lub wynikłaby dla kogokolwiek z jego nadświata taka potrzeba, można się go było, człowieka-paprocha, bez kłopotu pozbyć. Skutecznie i nieodwołanie. Raz na zawsze, bez śladu w pamięci, w czasoprzestrzeni, w historii.

– …zmiataj stąd… W try miga…
Obcy zesztywniał. Demiurg najwyraźniej przedstawiał na swojej scenie, na matrycy Kreacji Światów jego postać, Chrenowicza.
– Za długo masz nogi przy dupie?
Słysząc swoje charakterystyczne powiedzenia, padające z obcych ust, „Czarny koń” skulił się. Do tego wydawało mu się, że z tyłu, z zewnątrz tych betonowych katakumb, dobiegły go kroki skradających się ludzi. Zgrzytnął mu obcas na szynie po której jeździł dźwig „Marian”. Poturlał się po betonowej płycie odłamek cegły pchnięty czyimś butem.
„Pułapka!” – przeraził się Wojownik i wyobraził sobie dalej – „A to są odgłosy zbliżającej się, zacieśniającej się dookoła obławy…”
Poczuł ukłucie gdzieś w boku. Z żołądka wszystko cofnęło się do przełyku.
Mężczyzna należnej postury, bez wysiłku schylił się po zmięty kawałek gazety. Chciał ją jeszcze bardziej zgnieść i poszarpać a następnie przyłożyć do ust. Zbierało mu się na wymioty, a nie miał nic innego przy sobie, w co mógłby się wyrzygać lub czym obetrzeć twarz.
Wyrzucił papier.
Długie, napakowane (pod spodniami z panterki nie można było ocenić, czy sadłem, czy też masą mięśniową) nogi wyrastające z szerokiego, zaokrąglonego tyłka, zgięły się w kolanach tak, że cała wielka postać opadła. Wielkimi, miękkimi dłońmi, wieńczącymi długie i podobnie, jak nogi, napakowane ręce sięgnął po ten drugi fragment gazety, ten zatknięty za filar. Ujął go, rozłożył i podniósł do wysokości torsu.
Oczy, zagłębione w powierzchni twarzy tylko niewiele mniej niż u ludzi ras mongolskich, bystre i rozbiegane, odczytały tytuł artykułu Demianiuka.
Mężczyzna pochylił wielką, nadnaturalnie dużą, ale regularnie uformowaną, ostrzyżoną na zapałkę głowę nad tekstem. Czytał, a na jego twarzy można było odczytać niczym w diagnozie psychologicznej, targające nim emocje.
Czuł ucisk w skroniach i zawrót głowy. Przeżywał zaskoczenie i złość, zwątpienie i głęboką litość. W końcu wydało mu się, że odkrył jakąś ważną prawdę, że zrozumiał coś ważnego. Coś, w co został uwikłany, na co ma – lub może pozwolić sobie na to, aby mieć – wpływ. Przemożny wpływ. Kilka razy oderwał wzrok od gazety i spoglądał z troską na młodego, nic nie podejrzewającego, niczego nie spodziewającego się demiurga. Demiurga? Nic nie podejrzewającego?
A może to nie był demiurg, ten klęczący przed nim w kupie piachu mały chłopiec? Gadający sam do siebie, bawiący się zabawkami, jakie kupuje się dla maluchów, a nie dla czwarto- czy piątoklasisty. Gmerający w piasku, tu w mroku budowy, w jakimś opuszczonym, strasznym zakamarku, zamiast ganiać z rówieśnikami po boisku lub robić podchody do dziewcząt huśtających się lub skaczących na placu zabaw…
W kieszeni bluzy wymacał tę pocztówkę z polskimi i niemieckimi napisami. Podniósł ją, nie wiadomo po co, wtedy gdy był tam wczoraj wieczorem. Na tym przejeździe, na którym przedwczoraj… Pocztówka leżała w trawie, niedaleko od torów. Czy miała coś wspólnego z uczestnikami kraksy? Czy też może zgubił ją któryś z kibiców już dzień po niej?
Co oni tam wygadywali – że zginął ten trener? Nie, że ten sekretarz, który jechał od Barczyńskiej, że Barczyńska to jego kochanka. Gadali, że z nimi był Januszek, cóż oni tam zresztą jeszcze nie wygadywali wczoraj?!
„Ale Januszek jest tutaj” – skonstatował Wojownik. „Ale czy to tutaj, to może być matryca nowego świata, miejsce gdzie demiurg kreuje lepszą rzeczywistość, w której on, Chrenowicz, będzie legalnie nosić mundur, zatrudni się u swego ojca, który przyjmie go do służby… Czy tak wygląda warsztat demiurga?” – zastanawiał się dalej.
Wagony z cegłówek przejechały po szynach z drutu zbrojeniowego. Parowóz, czyli blok betonu, buchnął parą, której towarzyszyły dźwięki wyartykułowane przez chłopca. Maszynista, skaczące dzieciaki okazywały się tylko gałązkami w dłoniach brzdąca. Ten niby-demiurg zostawił ten niby-skład pociągu i obok usypał dwie kupki piasku. Po prostu – dwie kupki piasku. Połączył je potem na górze kolejnymi gałązkami, które ułożył ściśle jedną przy drugiej i posypał je po wierzchu, znowu, po prostu – piaskiem.
Z tornistra wyciągnął plastikowy modelik ciężarówki star. Delikatnie ustawił na przysypanych piaskiem gałązkach ponad imitacją toru kolejowego. Imitacja parowozu pociągnęła za sobą imitację wagonów, wjechała łukiem w imitację jaru. Nie przejechała pod imitacją wiaduktu, z której spadł model ciężarówki.
Imitacja kraksy.
„Czy gdyby demiurg był rzeczywiście demiurgiem, mógłby tak niedokładnie odtworzyć zderzenie sprzed dwóch dni? Przecież to się odbyło zupełnie inaczej, tak przynajmniej opisali to w gazecie. A może demiurg to jednak demiurg, ale nie pokazywał tego, co się już wydarzyło…? A jeśli on właśnie, tu, przed chwilą, przewidział, albo wręcz wykreował kolejną, tragedię na tych torach, która w rzeczywistości jeszcze się nie wydarzyła, a dopiero będzie miała miejsce? Nie, nie wolno nigdy w niego zwątpić! Za takie sprzeniewierzenie się, brak zaufania do losu, do Obietnicy, można zapłacić jej utratą”
– A może właśnie przestałem zasługiwać na swojego demiurga?! Czy naprawdę zostałem wybrany do tego, aby odwrócić ten los, czy zostałem powołany, czy mnie stworzono po to, abym pomógł ludziom i światu? Przecież nie było mnie przy śmierci Barczyńskiej, nie pomogłem jej, nie powstrzymałem, nie zapobiegłem… A jakby tak naprawdę był tam ten Januszek i zginął razem nią? Przeze mnie? – strwożył się nie na żarty Wojownik.

Ucieczka w podziemia była dla niego jakimś ratunkiem przed wcześniejszym życiem. Wierzył w swoje posłannictwo, ale rzeczywisty świat, który go otaczał, coraz bardziej go rozczarowywał. Był przekonany o tym, że ze znajomych mu osób, tylko on jeden zrozumiał mechanizmy funkcjonowania społeczeństwa. Całe jego dotychczasowe życie było poszukiwaniem innych ludzi, którzy by podzielali z nim tę wiedzę. Ludzi, którym nie musiałby niczego tłumaczyć, z którymi by uratował Polaków od zagłady, jaka nadciągała na Europę.
Jak dotąd nie odnalazł takich ludzi. Nie chował jednak dla siebie swojej wiedzy, daru jaki otrzymał od Boga lub Natury, odkryć, jakie mu zostały dane. Dzielił się nimi ze znajomymi i nieznajomymi, z tymi wszystkimi, z którymi miał tylko okazję dłużej i bardziej szczerze porozmawiać. Niestety, słuchacze – bo tylko na takich dotąd trafiał, o nikim nie mógł powiedzieć, że był rozmówcą czy partnerem – choć bywało, że na początku jego zwierzeń pozwalali żywić jakąś nadzieję, koniec końców, znudzeni jego prawdami, uciekali od swojej miałkości i głupoty własnej w nieprzychylne mu oceny. Prędzej czy później – a zauważał to zawsze od pierwszej chwili, choć ukrywał to przed nimi, że to wie, że to dostrzegł – wszyscy przestawali mu ufać, traktować poważnie jego samego i wszelkie jego wypowiedzi (oceny, obietnice, przewidywania). Najczęściej uważali go za lekko stukniętego. Lekko i nieszkodliwie, o ile tylko ktoś nie dawał mu się wciągnąć we wspólne interesy, działania, nie zaufał mu, nie powierzył ani tajemnicy, ani zadania do zrobienia. Zyskał powszechnie opinię nieodpowiedzialnego, bujającego w obłokach, nie kończącego żadnej powziętej sprawy.

Nic dziwnego, że nigdzie, w żadnym środowisku nie czuł się u siebie. Wszędzie był jak ten Przechodzień, na którego na żadnym odcinku szlaku nikt nie czekał. Nigdzie i do nikogo nie wracał, ani znikąd i od nikogo nie odchodził. Nie miał kogo opuszczać, ani do kogo podążać. Jego trasa ani się nie zaczynała, ani nie kończyła. I może dlatego, że ciągle, nieprzerwanie był w drodze, zawsze spoglądano nań tylko jak na Przechodnia. Obcego, który przypadkowo pojawia się na chwilę i w logicznie oczekiwany sposób znika, nic nie wnosząc do mijanej rzeczywistości, do życia napotkanych ludzi.

Można go było nawet zauważyć, ale można też było, będąc zajętym swoimi sprawami, w ogóle nie dostrzec. Tak jak to bywa w autobusie, w pociągu, czy zgoła na chodniku. Byli tam jacyś ludzie, ba, może nawet wielu. Ilu z nich zapamiętaliśmy? Jakąś świetną młodą dziewczynę oryginalnej urody, tak, ją na pewno. Kogoś oryginalnie ubranego. Ktoś coś powiedział i to nas zainteresowało. Zdarzyło się coś nieoczekiwanego i ktoś wziął w tym udział. Ale cała reszta?

Przeszliśmy chodnikiem. Było to na ulicy przed naszym domem, czy ogródkiem lub obok parku gdzie codziennie od lat popijamy sobie po pracy z kolegami piwko, gdzie przeszli też i inni, nieznani nam bliżej ludzie. Ktoś z nich nas szturchnął, potrącił przez pośpiech lub nieuwagę, komuś spadła siatka z zakupami i stukła się butelka z mlekiem. Dziewczyna miała wyjątkowo krótką spódnicę, spod której wystawały długie, zgrabne nogi. Statecznym krokiem przeszedł siwy matematyk, który swojego czasu nie chciał nas przepuścić w ostatniej klasie szkoły. Za nim piłkarz, który w tym sezonie strzelił najwięcej goli w trzeciej lidze. W drużynie, której kibicujesz. Ale tylko jesienią, bo od wiosny przeszedł do tych, tam…

Widzisz? Przechodnia można było zauważyć, albo i nie. Można go przez chwilę polubić, zainteresować się nim lub jego historią, albo zdenerwować się na niego. Wszystko to jednak ulotne, tylko na chwilę.
Do tego, dla tych innych, to ty byłeś Przechodniem. Przeszedłeś obok nich, nie zatrzymali się przy tobie ani na chwilę. Poczułeś to? Przechodzień jest zawsze obcy, często nie pożądany.
Zawsze daleko od domu, od siebie, od celu. Żadnego bezpieczeństwa. Ciągły imperatyw poruszania się dalej i dalej, bez zatrzymania – bo i gdzieżby, w którym miejscu, wśród jakich ludzi?! I tylko ciągle tam – dokąd? – po prostu tam, jeszcze dalej.

W tym biegu bez początku i końca Olek tracił zwyczajne, ludzkie potrzeby. To, co wokół widział, bezwiednie wyszydzał. Każdy normalny czyn, gest, powiązany z życiem w domu, obejściu, gospodarstwie, warsztacie. Zaczęły się dlań liczyć tylko czyny wielkie, majestatyczne, bohaterskie. Naprawa studni czy wrót od stodoły, okna w mieszkaniu czy zbicie półki okazywały się zbyt przyziemne, uniemożliwiały czyny „ważne dla ludzkości”. Zabawa z małym dzieckiem, zmierzenie mu temperatury, ukołysanie na rękach stanowiło więzienie dla kogoś, kto miał walczyć o Polskę. Zaglądanie pod maskę samochodu lub traktora? Naprawa kranu lub rynny? To dobre dla skapcaniałych nieudaczników, którzy poddali się szarzyźnie codzienności, spowszednieli w swym tchórzostwie przed wymaganiami Świata. Chrenowicz mógł ich tylko wyśmiać, szyderczo im współczuć, bo na rzeczywiste współczucie nie zasługiwali. Przestali być prawdziwymi mężczyznami. Praca, gospodarstwo, rodzina, wszystko stało się bzdurą, mrzonką, głupotą. To nie dla Przechodnia.

Jedyne, co się liczyło, to możliwość pomocy Polsce i Polakom. Powstrzymanie wrogich, niszczących sił, odwrócenie destrukcyjnych tendencji, zmiana zachowań i rozbudzenie czujności rodaków, gdyż nieuchronnie zmierzali oni ku samounicestwieniu. I skoro sam nie mógł odnaleźć tych, którzy myśleli tak samo jak on, którzy doznali takiego samego olśnienia, to albo mylił się uważając, że takich jak on jest wielu, albo musiały go wesprzeć w tych poszukiwaniach siły nadprzyrodzone. Z tym pierwszym nie chciał się pogodzić, nie chciał brać na swoje barki takiego wyróżnienia, jakim by mogło być to, że tylko on jeden został wybrany, że doznał tego olśnienia na zasadzie jednostkowego wyjątku. Nie zastanawiał się dlaczego nie chce takiego wyróżnienia. Może po prostu poczułby się lepiej, gdyby jednak okazało się prawdą – a w co mocno wierzył – że tacy rozsiani po kraju ludzie, których proroczo olśniło tworzą, może nieliczną, ale zwartą, wspierającą się nawzajem i uzupełniającą wspólnotę, prawdziwą Drużynę Czarnych Koni? Tylko trzeba ten siew zebrać razem, podać hasło, ogłosić alert, do zespolenia się, odnalezienia i rozpoczęcia działania. I on, Olek Chrenowicz, „Czarny koń” numer jeden, mógłby to zrobić. Do tego był zdolny. Po to przygotowywał się całe życie, w którym był dla wszystkich śpiących Polaków, zanurzonych w gnoju codzienności, tylko anonimowym, nic nie znaczącym Przechodniem. Ale, aby przejść przez ten punkt zwrotny, potrzebował dodatkowej broni. Nie takiej stworzonej ręką człowieka. To musiał być pojedynczy akt kreacji. Czyn pozamaterialny. Wymykający się spod kontroli umysłu bazującego na bodźcach zmysłowych: dotyku, wzroku, czy słuchu. Coś spoza tego świata. Tak, jak stamtąd pochodziło olśnienie, którego doznał i dany mu nakaz odnalezienia tych nielicznych olśnionych. Iskra Boża, która miała go zapłodnić czynem. Odpalić do działania, tak jak się odpala armatę, aby wystrzeliła.

Ostatnio Olek Chrenowicz zaniedbał nieco swoją misję. Po raz pierwszy, odkąd dzięki interwencji kolegów ojca, wojskowych i myśliwych, z trudem ukończył zawodówkę, dostał w końcu jakąś pracę. Nie chciał pracować za biurkiem, zresztą nie nadawał się do tego. Pracą na budowie lub przy taśmie w fabryce gardził. Pociągał go wyłącznie jakiś fach, który mógłby wykonywać ubrany w mundur, a jeszcze lepiej – z bronią u boku. Milicja, wojsko, straż pożarna – wobec luk w wykształcenia oraz braku badań lekarskich – odpadały. Zresztą najprawdopodobniej nie przeszedł by też testów psychologicznych. Dlatego długo błąkał się po Zielonej Górze, tworząc legendę o swoich kontaktach z tajemniczymi kręgami ludzi, prawdziwie czujących się odpowiedzialnymi za Naród. Nie pracował na etacie, bo cały czas „przygotowywał coś, co nie mogło, póki co, ujrzeć światła dziennego, a o czym nie można było mówić ani głośno, ani tym bardziej oficjalnie, publicznie. Była to robota nie na zwykłe osiem godzin dziennie. Dużo bardziej mozolna, wyczerpująca, nieporównywalnej z niczym innym skali poświęcenia się. Za dnia i w nocy. Niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę pracy lub gotowości do podjęcia natychmiast nowych obowiązków”. Niemniej wśród znajomych Chrenowicza utarła się o nim opinia lenia i obiboka, lesera bujającego w obłokach, opowiadającego niestworzone historie.

Dlatego, pomimo pełnego przekonania o swojej misji, Olek przyjął propozycję pracy w Straży Ochrony Kolei. Podrzędne stanowisko, jakie mu zaoferowano, umacniało go w przekonaniu o jego sekretnym powołaniu, gdyż stało się – w jego mniemaniu – elementem doskonałego kamuflażu. Oto ostatni w szeregu strażnik, na co dzień wykonujący najbardziej nieistotne obowiązki, tak naprawdę, w tajemnicy przed światem, przygotowywał się do podjęcia roli, najpierw zwiastuna, a potem – lidera odnowy całego Narodu. A czas na to, gdy ludzie otrzymali by możliwość poznania prawdy, miał dopiero nadejść…

Ale chwilami nachodziło go zwątpienie. Miewał wrażenie, że się sprzeniewierza temu, do czego został wybrany, że jednak powinien był zacisnąć zęby i nieść dalej ten swój garb, w ogóle nie zważając na piętrzące się i pogłębiające problemy z otoczeniem, generowane taką postawą. Jednak mundur, w jaki go ubrano, możliwość awansu, wiążącego się z ewentualnym otrzymaniem w bliskiej przyszłości przydziału służbowej broni, skutecznie niwelowała obiekcje. „Ostatecznie, dzięki zdobyciu tej pracy, nawiązałem nowe kontakty wśród ludzi żyjących potrzebą walki”, tłumaczył sobie. „Rozkochanych w militariach. A jednocześnie mogę od razu zacząć oczyszczać Polskę z łobuzów i miernot, ścigać chuligaństwo, wybryki, wandalizm. Zacząłem leczyć kraj i Naród, na razie na tym, jedynym dostępnym mi, najniższym poziomie, zaledwie z małych, drobnych dolegliwości”. Czas na leczenie głównej choroby miał dopiero nadejść.

Wiarę w to, że dobrze obrał swoją drogę i prawidłowo odczytał swój los, umocnił w nim pewien dziwny przypadek. Siły, które zaplanowały jego przyszłość, siły władające całym światem, sprowadziły mu do Zielonej Góry Przewodnika. To on miał go ostatecznie przygotować, przeprowadzić przez ostatni odcinek drogi ku spełnieniu. On miał zapalić iskrę, która spowoduje inicjację Chrenowicza – siewcy, a właściwie – zbieracza siewu, żeńca. I ten Przewodnik został mu pokazany! Ukazał się w realnym świecie, jako rzeczywista postać, co oznaczało, że czas kiedy Olek miał stać się żniwiarzem i zacząć żąć plony – zbierać do kupy rozsianych po różnych zakamarkach kraju „Olśnionych”, pozostałe Czarne Konie, był już bardzo bliski.

A niełatwo było rozpoznać w małym chłopcu Przewodnika. Ta prawda była też głęboko ukryta, tak głęboko, aby doszedł do niej tylko ktoś do tego specjalnie Wybrany. Nikt niepowołany nie byłby w stanie jej odkryć, nawet za pomocą największego przypadku. I to, że to właśnie on, Olek, prawidłowo rozpoznał dopiero co objawionego w tym mieście posłannika Sił Władców, było ostatecznym dowodem, utwierdziło go w tym, co miał zrobić, kim był. A czego domyślał się od dawna, co wiedział od jakiegoś czasu i w czym się właśnie teraz, już do końca, upewnił.

Strażnik kolejowy, Olek Chrenowicz, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego znalazł się zimą tego roku w Zielonej Górze przed blokiem przy ulicy Waszkiewcza? Nie pamiętał ani przyczyny (dlaczego?, skąd?), ani celu (po co?). Utkwiło mu w głowie tylko to, że ujrzał szary blok, nowy, zmontowany na szybko z betonowych płyt, w technologii zwanej „wielką płytą”. Niski, czteropiętrowy, ale bardzo długi.
Chrenowicz szedł poboczem niedokończonej, osiedlowej uliczki, i szedł, i szedł. I mijał kolejne, powtarzające się jeden obok drugiego, segmenty tego bloku, i mijał je, i mijał, i nie było widać ich końca. Droga była monotonna, krok za krokiem coraz nudniejsza, wręcz przyprawiająca o depresję. Ta jednostajność bez żadnej nadziei na zmianę nie zachęcała do życia.

Tak, strażnik sobie coś przypomniał – mógł tędy wracać z roboty! Mieszkał wraz z matką na rogu Anieli Krzywoń i Gwardii Ludowej, w takim małym, parterowym poniemieckim domku. Niemal naprzeciwko wylotu ulicy Wiśniowej i długiego, nowego (niespełna dziesięcioletniego) bloku nafciarzy. A pracował na torach między Walki Młodych i Traugutta, chociaż dyżurka SOK-u była w parterowym baraczku, bliżej samego dworca. Tam gdzie, zarówno za Niemca, czyli przed wojną, jak i teraz, w tym wyjątkowym, bo wyróżnionym do wielkiego spełnienia roku, spinano składy pociągów towarowych, które potem rozwoziły towary i materiały po zielonogórskich fabrykach.
Chrenowicz rzadko przesiadywał w ciepłym pomieszczeniu dyżurki, dla niego był śnieg, deszcz i wiatr hulający ponad bocznicami. Nie biurko, tylko teren.

Najbliższa droga z pracy do mieszkania wiodła torami dawnej kolei szprotawskiej, czyli tędy, którędy od czasu do czasu Olek jeździł towarowym, chroniąc go przed wandalami i młodzieżową łobuzerką. Od stacji kolejowej Zielona Góra, obok starego zakładu Lumelu, rzeźni, składu węgla, mleczarni, fabryki dywanów „Dekora”, w okolicy odlewni „Falubazu” i fabryki wódek „Polmos”, aż do przejazdu kolejowego przez ulicę Krośnieńską i potem do góry, do ulicy Waszkiewicza i wzdłuż bloków, szedł Olek dwa razy dziennie, do pracy i po pracy. Przechodził obok rozpapranej budowy (nie wiadomo czego) na drugą stronę ulicy, przez szeroką i ruchliwą Łużycką, pomiędzy punktowcami przy Sucharskiego (gdzie mieszkał Piotrek Pasternak z czwartej klasy tej nowej szkoły przy Gwardii Ludowej) i jeszcze do góry, a już na samej górze – obok podstawówki, aż wreszcie – na końcu zaczynającego się przy niej krótkiego odcinka dwujezdniówki – stał mały domek Olka i jego matki.

Tą drogą chodziła zresztą do pracy niemal połowa miasta. Torowisko dawnej kolei powiatowej, która tuż przed pierwszą wojną światową powstała po to, aby obsługiwać jak największą ilość miejscowych fabryk, dzięki temu właśnie łączyło miejsca pracy większości robotniczej Zielonej Góry z nowymi osiedlami-sypialniami. Tyle tylko, że niekoniecznie wszyscy wracali wzdłuż bloków osiedla Łużyckiego. Dalej, jeszcze za osiedlem Łużyckim, w przeciwną stronę co dworzec i tory rozrządowe (a zatem w odwrotnym kierunku niż ten, z którego chodził Olek) tory ówczesnej bocznicy biegły bowiem jeszcze do wytwórni win, fabryki mebli, „Polskiej Wełny”, browaru, tartaku. Wzdłuż nich, porozkładały się, nie korzystające z dostaw kolejowych, pomniejsze zakłady, składziki i magazyny, szczególnie tam, gdzie kończyła się ta właściwa Zielona Góra, a zaczynał Jędrzychów, wieś dołączona do miasta w poprzedniej dekadzie. Głębokim jarem między Krośnieńską a 1 Maja (łączącym osiedle Łużyckie z osiedlem Słonecznym), obok parku przy Jaskółczej (osiedle Piastowskie), mrocznym odcinkiem wzdłuż rozgłośni radiowej kończącym się wiaduktem nad ulicą Kożuchowską, tędy to chodzili do pracy zielonogórzanie, mieszkający na osiedlach, a pracujący w południowej części miasta. Jakkolwiek by to nie było, to na pewno nikomu, wracającemu do domu po ośmiu godzinach tyrania, nie przyszłoby do głowy, aby szukać jakichkolwiek inspiracji, wędrując wzdłuż szarego bloku z betonu. Nikomu poza świeżo upieczonym SOK-istą.

I podczas któregoś takiego przejścia (a może było to jedyne, pierwsze i zarazem ostatnie takie zdarzenie?) Olek zwrócił uwagę na balkony, a miały je wszystkie mieszkania. Między rozbabraną, błotnistą jezdnią Waszkiewicza a linią bloku z balkonami był pas piachu, szeroki na jakieś piętnaście metrów. W przyszłości miał to być, idący wzdłuż bloku, zieleniec, ale póki co na miałkim, pofałdowanym w wydmy piachu rosły tylko kępy ostu i rachitycznej trawy, która przetrzymała w szczątkowym stanie od jesieni. W połowie marca, gdy wyjątkowe nawet jak na luty mrozy ustąpiły, a śniegu akurat zabrakło, bo przygrzało nieco słońce, pojawiło się sporo błota, tworząc smętne pustkowie, po którym błąkał się samotnie, schludnie ubrany chłopiec. Chodził od balkonu do balkonu, przy niektórych się zatrzymywał, schylał, chyba coś podnosił i chował po kieszeniach zimowej kurtki, podszytej siwym misiem.

Chrenowicz dostrzegł małego na samym początku bloku i szedł za nim w pewnym oddaleniu, obserwując go z perspektywy ulicy. Nie wyprzedzał, nie podchodził w stronę bloku, podążając równolegle do ścieżki chłopca.

Przyglądał się przy tym balkonom. Był to pierwszy cieplejszy dzień po kilku zimowych tygodniach. Kobiety wyrzuciły na świeże powietrze różne dywaniki, makatki i narzuty. Niektóre odważyły się powiesić pranie. W głębi balkonów stały jakieś nie schowane na zimę stoliki, krzesełka, komódki. Większe zabawki, jak koniki, rowerki, jakieś traktorki.
Chłopiec coś zbierał. Gadał przy tym do siebie, tak jakby ktoś z kimś rozmawiał. Odgrywał scenki. Czasem przystawał, wyjmował coś z kieszeni, przyklękał i układał na piasku. Dochodziło do jakichś wydarzeń, po czym chłopiec szedł pod kolejne balkony.
– Posłuchaj, co ty robisz? – zawołał w końcu Olek.
Chłopiec spojrzał na niego nieufnie. Nerwowo odwrócił się plecami, skrywając w ten sposób przed Olkiem dłonie i kieszenie. Przygarbił się, skulił cały. Chciał uciekać, ale nie odważył się zrobić tego pierwszego, zawsze najważniejszego z punktu widzenia powodzenia, susa, który poderwał by go do biegu, jak najdalej od tego nieznajomego mężczyzny.
– Cześć, jestem Olek.
Bez reakcji.
Chrenowicz zszedł z ulicy, kierując się ku blokowi i balkonom. Gdy po kilku krokach zbliżył się do chłopca, ten w nagłym tiku otworzył zaciśniętą dłoń, z której wypadł plastikowy żołnierzyk. Olek nie zrobił tego, na co miał w tamtej chwili najbardziej ochotę – nie rzucił się, aby zebrać tego żołnierzyka, ale dostrzegając kolejną taką zabawkę między suchymi trawami, pod jednym z następnych balkonów, skierował się właśnie tam. Podniósł małą figurkę i podał chłopczykowi.
– Masz, zgubiłeś jeszcze jednego.
Chłopiec milczał, jakby zawstydzony. Czyżby odczuwał zażenowanie tym, że obcy mężczyzna zdybał go na samotnej zabawie w żołnierzyki?
– No masz, przecież nie chcę ci tego zabierać – próbował ośmielić go Chrenowicz.
Mały nie podnosząc na niego wzroku, półgębkiem, na odczepnego wymamrotał:
– Ten nie jest mój. Spadł z jakiegoś balkonu…
Chrenowicz zrozumiał, że chłopiec chodził i zbierał rzeczy, które wyleciały z balkonów na zewnątrz, w dół.
– Chodzisz i zbierasz to, co ludziom spadło?
Chłopiec milczał. Zaciął się znowu w sobie.
– No co ty! Spadają jakieś ciekawe rzeczy? – nic – Zbierasz swoją armię? – chłopiec podniósł wzrok. – Masz tylko takich, samą piechotę? – mały wsadził rękę do kieszeni, chwilę pogrzebał i wyciągnął w zaciśniętej piąstce coś, co podał mężczyźnie.
To był malutki modelik transportera bojowego, metalowy, oddany bardzo realistycznie, z najdrobniejszymi szczegółami. Pomalowany skrupulatnie, z kamuflażem. Takich precyzyjnych modeli nie produkowano wtedy ani w Polsce, ani w Związku Radzieckim. To był styl modelarstwa niemieckiego i to nie tego wschodniego, ale z zachodnich Niemiec. Któryś z mieszkańców bloku musiał przebywać w RFN lub mieć tam rodzinę albo znajomych a jego synowi zabawka z zagranicy wypadła przez balkon.
– Masz takich więcej?
Chłopiec pokręcił głową.
– To co to za armia z jednym tylko transporterem?
Mały wyciągnął z kieszeni ułożone na otwartej dłoni obłocone klamerki do wieszania prania.
– Co to?
Mały przyklęknął i ułożył klamerki na piasku tak jakby to były czołgi rozwinięte w szyku bojowym.
– To będą czołgi. Jak przyjdzie czas, na dany znak zamienią się w czołgi.
– Jaki znak?
– Ważny znak.
– Skąd?
– Przyjdzie. Wtedy, kiedy będzie trzeba, dokładnie na czas.
– Dla kogo będzie ten znak? Kto go ma odebrać, ty?
Chłopiec roześmiał się Olkowi prosto w twarz.
– Czy to ty będziesz dowodził tą armią?
Mały znowu zaprzeczył i znowu sięgnął do kieszeni.
– Odnalazłem w końcu generałów i marszałka – podał coś Chrenowiczowi. Ten spojrzał i aż podskoczył, jak oparzony.
– Przecież to jakaś lalka, jakiejś dziewczynki. Do tego popsuta! Też spadła, jak klamerki?
– Jak przyjdzie czas ona się przemieni. Spadnie promień i uderzy ją prosto w głowę a wtedy ożyje w niej wódz i będzie marszałkiem armii…
Chłopiec tylko ten jeden jedyny raz objawił się pod balkonami. A może Olek po prostu przechodził tamtędy potem już wyłącznie o takich porach, gdy mały był w szkole lub jadł w domu obiad z rodzicami? I dlatego go więcej nie spotkał, bo faktycznie natknął się nań tylko raz i poza tym nigdy więcej.

Ptakiem będąc

Teresa Rudolf

Wolność

Lot we śnie dziwnym,
pruję dziobem
powietrze jak ptak,
słysząc syczący wiatr…

Lecę bez lęku,
kręcę kółeczka
w górę, w dół tańcząc,
bo jestem ptakiem.

Nieraz byłam sama
tym pięknym snem,
na pamięć znam lot,
układ mego ciała,

Wolność oplata mnie
świeżością powietrza,
odurza jak opium,
szaleję na niebie…

…aż do dzisiaj,
ktoś do mnie strzelił…

Zobacz,
ptak wariuje
z radości, w swych
piruetach zawrotnych.

Zobacz,
wiosna biało-zielona,
przebiśniegiem się
wywierca do życia.

Zobacz,
ktoś uśmiecha się
do nikogo, ot tak,
prosto w życie.

Zobacz,
koło ciebie pełnia
wszystkich kolorów
świata, w tęczy.

A też czasem
smutek, strach,
ból, cierpienie?
…musi być lepiej,

to szansa dla życia…

Z wolnej stopy 38

Zbigniew Milewicz

Kto się boi szyderstwa…

W przeciwieństwie do swojego poprzednika, obecny miesiąc jest długi. Studencki Marzec 68 roku był jeszcze dłuższy, bo tarabaniliśmy w manifestacjach o polityczną wiosnę, a ona nie nadchodziła. Przepisując w krakowskim Żaku zabronione strofy Cichych i gęgaczy (wspominałem o tym we wpisie z 08.03.2013 r.), o ich autorze wiedziałem niewiele, ponad to, że ma na pieńku z komunistyczną władzą i za to siedzi. Janusz Szpotański był znany w Warszawie, w dysydenckich kręgach w Londynie i Paryżu, ale w Krakowie i na Śląsku jakoś się o nim mniej mówiło. Pisał także jako Władysław Gnomacki i Aleksander Oniegow, ale dla przyjaciół był to Szpot.

Spott po niemiecku znaczy szyderstwo, kpina i pseudonim pasował do człowieka. Był poetą, satyrykiem, krytykiem i teoretykiem literatury, tłumaczem niemieckiej i austriackiej literatury, szachistą z tytułem mistrza krajowego, trzykrotnym mistrzem Warszawy i drużynowym mistrzem Polski z 1959 roku. Urodził się 14 września 1929 roku w Warszawie, tam też zmarł 13 października 2001 roku. Dla ludzi, stojących w Marcu 68 przeciwko władzy, był on przede wszystkim autorem prześmiewczych poematów komicznych, w których bezpardonowo krytykował prominentnych działaczy partyjnych rządzących Polską. W pożegnaniu pisarza, zamieszczonym w Tygodniku Solidarność (nr 42/ 2001), Waldemar Żyszkiewicz pisze:

W rolę szydercy i kpiarza wtrąciła go niezgoda na peerelowską “małą stabilizację”, w której główną rolę za aprobatą najwyższych władz partyjnych odgrywali Cisi, czyli funkcjonariusze i współpracownicy najpierw Urzędu, potem Służby Bezpieczeństwa (…). Za rozpowszechnianą w recytacjach i śpiewach biesiadnych, a także w odpisach oraz nagraniach magnetofonowych, ułożoną z okazji dwudziestolecia PRL satyrę Cisi i gęgacze, która rozwścieczyła ośmieszonego w niej Gomułkę, w 1968 roku sąd skazał Szpotańskiego na trzy lata więzienia. Podczas odsiadki, ryzykując recydywę, ułożył satyry więzienne Ballada o Łupaszce i Rozmowy w kartoflarni, które znalazły się na wolności wcześniej niż ich autor, za sprawą dobrej pamięci odwiedzającego go adwokata. Dzięki swoistej ironii losu, amnestia z okazji 25-lecia PRL objęła też Szpotańskiego, ale i tak pisarz odsiedział (…) aż 31 miesięcy.

Miał niespokojną naturę i nigdzie nie zagrzewał długo miejsca. Po zakończeniu wojny poszedł do warszawskiego liceum, gdzie z nudów przysypiał w klasie i po roku, w tajemnicy przed rodzicami, opuścił szkołę. Zamiast na lekcje udawał się do siedziby YMCA (Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej) przy ul. Konopnickiej i tam rozwijał uprawianą od szóstego roku życia pasję – grę w szachy. Odwiedzał także biblioteki, w których pochłaniał stosy książek. Miał fenomenalną pamięć – raz przeczytany tekst pamiętał do końca życia. Bez trudu cytował całe partie utworów poznanych przed laty, co słuchających z reguły wprawiało w zachwyt. Czytał i obserwował szarą rzeczywistość socu. Wreszcie dla kaprysu, aby coś znowu zmienić w swoim życiu, postanowił zdobyć średnie wykształcenie. W ponad pół roku samodzielnie opanował wymagany program i najpierw zrobił tzw. małą, a później dużą maturę, jako ekstern.

Posiadając wiedzę na poziomie przewyższającym maturalne standardy, w 1950 r. zdał z wynikiem celującym wstępny egzamin na socjologię, tylko zaszkodziło mu pochodzenie. Kiedy w rozmowie podsumowującej padło pytanie o zawód ojca, zgodnie z prawdą odpowiedział, że jest on adwokatem. Nie wiedział, że mama, w rubryce kwestionariusza, wpisała mężowi „rolnik“, mając na względzie ich parcelę z sadem, w podwarszawskim Józefowie. Tak więc póki co pozostawały mu szachy i życie towarzyskie, a ono ma czasami wpływ na dalsze losy człowieka. Wtedy poznał grupę studentów i naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego, m.in. Lecha Budreckiego, Janusza Wilhelmiego, Witolda Jedlickiego i Jana Józefa Lipskiego, którzy, wbrew stalinowskiej ideologii, całą swoją uwagę skupiali na „wstecznej“ literaturze, sztuce i filozofii Zachodu. Kiedy więc ponownie wystartował o miejsce na tej uczelni, tym razem na polonistyce, jego poglądy polityczne były już zdecydowanie „reakcyjne”.

Egzamin zdał bez trudu, opanowując kilka „uwłaczających godności ludzkiego umysłu”- jak to później sam określił – dogmatów marksistowsko-leninowskich. Z uwagi na jego bogatą wiedzę skierowano go jednak na rusycystykę. Na nic zdały się protesty; szybko więc postarał się, żeby stamtąd wylecieć. Za polityczną niepoprawność. Na tym samym roku co on studiowała dziewczyna o nazwisku Widerszpil, która wszystkim zatruwała życie nieustannymi donosami do władz uczelni i kolektywu Związku Młodzieży Polskiej. Pewnego dnia, po zajęciach, ku uciesze kolegów zebranych w jednej z kawiarń, Szpot zaimprowizował satyryczny utwór na jej temat:

Taką miała w sobie parę,
że drżał każdy przed nią, a re-
akcji zaplutego karła
niewątpliwie w proch by starła,
traf chciał jednak, że umarła.
Pochowano więc w mogile
zasłużoną Widerszpilę.

Pogrzeb miała jak się patrzy,
sierp i młot na grobie na krzyż,
mów zaś pięknych było tyle,
że spłakała się w mogile.

Lecz gdy się skończyła pompa,
cicho ktoś przez cmentarz stąpa
i przystaje tuż przed grobem.
Pewnie kochał tę osobę,
bo łza spływa mu po wargach,
pierś zaś targa cicha skarga.
To nad grobem Widerszpili
cicho kwili Dżugaszwili.

Traf chciał, że przy sąsiednim stoliku siedziała przyjaciółka bohaterki wiersza, z pochodzenia Rosjanka i ten numer nie mógł mu ujść bezkarnie. Warszawska filologia straciła rusycystę, ale narodził się satyryk. Kilka lat później stanął przed możliwością powrotu na uniwerek, od razu na drugi rok ukochanej polonistyki, i ją wykorzystał. Dziekanem wydziału był prof. Zdzisław Libera, który mu sprzyjał, mimo iż Szpotański natrząsał się ze współredagowanych przez dziekana podręczników. Do szczególnie pilnych studentów nie należał, często przekładał zaliczenia i egzaminy. Pociągała go krytyka literacka, rozpoczął pisanie pracy doktorskiej o Karolu Irzykowskim, ale jej nie skończył. Poznał go osobiście jako chłopiec, przy partii szachów. W 1965 r. Państwowy Instytut Wydawniczy opublikował natomiast jego wybór recenzji teatralnych Irzykowskiego; Szpot był już wtedy znany z poematu, napisanego rok wcześniej, który przyniósł mu sławę i tak rozjuszył Gomułkę. I sekretarz występował w nim w roli Gnoma, a gęgali kolaborujący z władzą inteligenci.

Marek Nowakowski w Okopach Świętej Trójcy (Poznań 2014) napisał, że autor obnażył istotę systemu, ale też ostro potraktował tzw. twórczą inteligencję, dowodząc, że większość daje dupy systemowi, a udaje niezależną, szlachetną i wolną. Tę obłudę określił dosadnie. Nazwał gęgaczy “białymi gnidami na czerwonej szmacie”. (…) Szpot chętnie recytował fragmenty opery, kiedy zapraszano go na przyjęcia. Potrafił zmieniać głosy, świetnie naśladował Gomułkę. Sam organizowałem mu spotkania, za które dostawał honoraria do kapelusza. Jedno z nich odbywało się u jego przyjaciela Andrzeja Platera na Smolnej. Bezpieka jakąś drogą się dowiedziała. Przesłuchiwała obecnych tam ludzi. Paru się załamało i złożyło zeznania. Ponurą rolę odegrał Sandauer, który jako ekspert uznał utwór za grafomanię i wzmocnił oskarżenie.

W 1967 r., “za rozpowszechnianie informacji szkodliwych dla interesów państwa”, Szpotański poszedł do więzienia. W Marcu 68 roku, Gomułka z partyjnej mównicy osobiście go napiętnował. Odnosząc się do lutowego zebrania warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, powiedział:

Kisielewski podjął także na tym zebraniu obronę niejakiego Szpotańskiego, który został skazany na trzy lata więzienia za reakcyjny paszkwil, ziejący sadystycznym jadem nienawiści do naszej partii i do organów władzy państwowej. Utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może się zdobyć tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoka, człowiek o moralności alfonsa.

Trzeba przyznać ówczesnemu I sekretarzowi KC PZPR, że umiał wysławiać się dosadnie oraz barwnie i tak zareklamował satyryka, że on sam by tego lepiej nie zrobił. Jego wystąpienie, transmitowane przez radio i telewizję sprawiło, że nawet za bardzo nieuczeni w piśmie Polacy zainteresowali się, kto to taki Kisiel* i Szpot, a także o co chodzi z tą „dyktaturą ciemniaków”.

Podczas odsiadki napisał wspomnianą już Balladę o Łupaszce, dedykowaną Pawłowi Jasienicy. Wiersz ten jest parodią artykułów na temat spisku rewizjonistyczno-syjonistycznego, jakie masowo ukazywały się w polskiej prasie w marcu 1968 roku.

Już wieczór zapada,
usnęły już bory
i z borów wychodzą
reakcji upiory.
Straszliwych rezunów
zbierają się hordy,
by szerzyć dokoła
pożogi i mordy.
Na czele szwadronu
ataman ich gna –
Łupaszka, Łupaszka,
Łupaszka maja!

W 1974 r. powstała Caryca i zwierciadło, satyryczna wizja dziejów Rosji i ZSRR. Generalny sekretarz, Leonid Breżniew występuje w tytułowej roli:

Przed lustrem wdzięczy się caryca,
własna uroda ją zachwyca.
To gęstych brwi unosi chaszcze,
to swych podbródków sześć pogłaszcze,
to delikatnym ruchem dłoni
poprawi bujnych włosów sploty,
to w głaz swych niezgłębionej toni
zatopi wzor pełen tęsknoty,
to znów rozchyli ust pąkowie
i ticho: “Kak krasiwa!” powie.

Później pisze Towarzysza Szmaciaka, ironiczną apoteozę Polski Ludowej i niedokończoną Banię w Paryżu, utwór drwiący z lewackiej inteligencji Zachodu. Kiedy komunistyczna władza wprowadza w Polsce stan wojenny, satyryk trafia do ośrodka dla internowanych najpierw w Darłówku, a później w Jaworzu, przeznaczonych dla opozycyjnej elity. Siedzi w tzw. celi szyderców, m.in. z Jackiem Bierezinem i Stefanem Niesiołowskim. Nowy system polityczny rehabilituje Szpota; 27 maja 1999 roku siedmioosobowy skład Sądu Najwyższego uchylił PRL-owski wyrok i uniewinnił go, uznając, że miał konstytucyjne prawo do wolności słowa.

Czy był z tego uniewinnienia zadowolony? Ponoć i tak i nie. Bez piętna karalności miał prawo czuć się w pewnym sensie zdegradowany, bo z wroga publicznego nr. 1 stał się tylko ofiarą socjalistycznej niepraworządności. Z czego więc Szpot z kpiną i szyderstwem w nazwisku miał się cieszyć? Na wszelki wypadek, aby już złośliwie nie skomentował tego wydarzenia, dopiero pięć lat po jego śmierci przyznano mu komandorię Orderu Odrodzenia Polski.

* Stefan Kisielewski – polski prozaik, publicysta, kompozytor, krytyk muzyczny i pedagog (ur. 07. 03.1911 – zm. 27.10.1991)

P.S. We wpisie korzystałem z opracowania Janusza R. Kowalczyka , zamieszczonego w marcu 2018 r., w portalu Culture.pl.

Don Kichot jest wszędzie

Tego, co się nagromadziło w zakamarkach mieszkania i blogu nie da się w żaden sposób usystematyzować. Ale tak to już jest, że Don Kichot jest wszędzie.

Ewa Maria Slaska

Skolwin (dla tych, co nie wiedzą – dzielnica Szczecina, odległa, na peryferiach, obrzeżach i skrajach) jest dla nas, Eli Kargol i dla mnie, nieustannym źródłem donkichotowych inspiracji. O Don Kichocie w Domu Kultury “Klub Skolwin” już donosiłyśmy TU i TU, a zapewne i w innych miejscach, bo obie wiemy, że pracujący w tej instytucji pedagogicznej szczeciński poeta Marek Maj jest na pewno nowym wcieleniem Don Kichota.

Dodam jeszcze, że kubek ze Skolwina stoi na mojej baratarystycznej półce.

Z tyłu za kubkiem stoi butelka po winie z Finki de la Vega w La Manchy, produkującej  wina spod znaku Don Kichota.

A obok hiszpańskich pomarańczy i wina z La Manchy leży powieść angielskiej pisarki Jane Gardam Robinsons Tochter (Córka Robinsona), historia kobiety, która kocha Robinsona Cruzoe i która kilkakrotnie na kartkach książki przyrównuje swojego starego przyjaciela do Don Kichota.

I jak już jesteśmy przy książkach, to znalazłam Don Kichota i to nader okazałego w Trylogii nowojorskiej Paula Austera. O samej książce napiszę w którąś z sobót w ramach cyklu Chodzenie po mieście, tu poruszę tylko aspekt donkichotowski. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.

Najciekawszy jest jednak fragment w którym “Paul Auster pisarz” opowiada Quinnowi, udającemu “Paula Austera detektywa”, czym się aktualnie zajmuje:

DonKichot-SzklaneMiasto-TrylogiaNowojorska

Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9

No i jak zatoczymy koło i z Nowego Jorku, wyspy Robinsona i starej wesołej Anglii wrócimy do Berlina przez Szczecin, to znajdziemy w Szczecinie w kawiarni-księgarni Kamienica w lesie taki o to pejzaż, zapewne raczej holenderski niż hiszpański, no ale cóż, wiatrak, to wiatrak, już na zawsze zrósł się nam z postacią Rycerza o Smętnym Obliczu.

Co wynika z prowadzenia bloga (3)

Ewa Maria Slaska

Kobiety z bloga

Od razu powiem i niech mi Bogini Matrona wybaczy – kobiety na blogu są mniej “wierne” niż mężczyźni. Każdy kiedyś odchodzi do innych zajęć, zapomina, nie ma czasu, odechciewa mu się, ale kobietom zdarza się to częściej. Ileż ich już tu było, stawały się ulubienicami Czytelników i nagle znikały. Nie będę ich wymieniać, nie należy rozdrapywać ran, ani ugryzień komara. Ostatnio naprawdę wiernymi autorkami są Ela Kargol i Teresa Rudolf, które na szczęście piszą w miarę często, oraz Krysia Koziewicz i Monika Wrzosek-Müller, które piszą rzadko.

Z Elą znamy sie od kilku lat i znajomość zaczęła sie od bloga. Widujemy się często, wciąż mamy jakieś wspólne projekty, chodzimy na spacery, w czym uczestniczy również Krysia. Z Moniką jestem zaprzyjaźniona od 35 lat i widujemy się niekiedy nawet raz na tydzień, z Teresą nigdy się nie spotkałyśmy. W zeszłym roku w marcu miałam do niej jechać do Wiednia, a stamtąd do Moniki do Pragi. Ale w grudniu ktoś w Wuhanie kupił na targu i zjadł ślicznego pancernika, a może zresztą nietoperza, a może nie zjadł, tylko wyprodukował i nie na targu tylko w laboratorium, w każdym razie wirus przeskoczył z probówki albo z zupy na człowieka i do marca następnego roku (czyli zeszłego) dowędrował i do Wiednia, i do Pragi, i nie mogłam odwiedzić obu moich wiernych autorek.

Z Moniką chodzimy ostatnio co najmniej dwa razy na miesiąc na spacery do parku przy pałacu Charlottenburg, o czym pisałam TU, natomiast z jej tekstów przywołam ten pierwszy, ten, w którym po raz pierwszy spotkałam się z oryginalną techniką narracyjną Moniki, polegającą na swobodnej zmianie tożsamości, przechodzeniu z osoby pierwszej na trzecią i z powrotem. Bardzo ciekawe.

Nawet nie pamiętam, skąd przyszła Teresa? Chyba tak jak kilka innych poetek, po prostu przysłała wiersze. Nie pamiętam również, jak to się stało, że Monika zaczęła pisać na bloga? Z Krysią widywałyśmy się “od zawsze” na jakichś imprezach polonijnych, ale naprawdę poznałyśmy się podczas wspólnego wyjazdu do Opola. Krysia wygrała wtedy konkurs na opowiadanie o Polaków losie własnym. Ela z kolei pojechała z nami, ludźmi ze Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Szczecin-Kreuzberg/Friedrichshain, kilka lat temu na wycieczkę z okazji Dni Morza i gdy wracałyśmy już do Berlina, zapytała, czy opublikowałabym na blogu stary tekst jej taty z lat 60. Odpowiedziałam tak, jak zwykle odpowiada redaktor(ka), że nie wiem i nie mogę obiecać, ale niech przyśle… I tak to się zaczęło.

Wszystkie cztery autorki mogę dokładnie umiejscowić na blogowej osi czasu (ale już nie odtworzę, kiedy Krysia pisała do mojego poprzedniego bloga).
Krystyna, 25 maja 2013, 41 wpisów.
Monika, 21 lutego 2015 roku, 73 wpisy.
Ela, 24 czerwca 2016 roku, 69 wpisów.
Teresa, 13 listopada 2018 roku, 83 wpisy.

W pierwszym wpisie Teresy znajduję notatkę następującą:
Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu
A potem już są wiersze. Wiersze Teresy zawsze przychodzą ze starannie dobranymi zdjęciami, albo muzyką, albo filmikami. Jak to piszę, najbardziej zdumiewam się faktem, że od pierwszej publikacji Teresy na blogu minęły niespełna trzy lata. A głowę bym dała, że jest tu już od lat co najmniej ośmiu, a może nawet dziesięciu. Teresa jest poetką, jej wpisy to często wiersze, ale publikowała już tu i prozę, i publicystykę, a poza tym jest wierną komentatorką. Bardzo dobrze jest, gdy ludzie komentują i przyznaję, że nieodmiennie mnie zdumiewa, że na tym blogu dyskusje są w większości takie niemrawe, bo w poprzednich moich blogach to właśnie w komentarzach kwitło bujne życie, nierzadko bujniejsze niż skończony wpis, złożony, jak wiadomo, ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. A w komentarzach nieważne są zasady kompozycji i nie trzeba się przejmować budową przestrzeni tekstu, dopuszczalne są pomyłki i powtórzenia, nieważna jest jedność czasu i miejsca. Teresa robi, co może, pomagają jej w tym Tibor i Zbychu, ale “dzieje się” w komentarzach, jak na moje potrzeby, stanowczo za mało.

Z różnorodnych tekstów Teresy wyszukuję jeden – ten, w którym Teresa najpierw mi przysłała piosenkę, a potem do tej piosenki dorobiła małe opowiadanko. Bardzo to było interesujące przeżycie. Oto ono: opowiadanko było zatytułowane Sąsiedzi – miało dwadzieścia odcinków, każdy zakończony kolejną piosenką. Pierwsza piosenka nosiła tytuł Otchłań czeka (Na cześć księdza Baki) i podśpiewuję ją pod nosem do dziś – Otchłań nie je, nie pije i nie daje mleka, otchłań – czeka.

Krysia zaczęła wpisem o laurkach na Dzień Matki, a ze wszystkich jej wpisów uwielbiam po prostu wpis, który na własny użytek nazwałam Chałupa, a który naprawdę zatytułowany jest Gdzie jest ten dom. Podobał mi się też “nadtytuł” pewnego jej, bardzo nieregularnego, cyklu: Z obserwatorium zwykłej baby.

Ten wpis z tekstem Taty był pierwszym wpisem Eli i myślę, że koniecznie muszę go TU przywołać. Ciekawe, że jest w nim też stara drewniana chałupa, tak (i taka) jak u Krysi Koziewicz. Podobnie jak Teresa, Ela też publikowała już na blogu bardzo różnorodne formy literackie – wiersze, reportaże, relacje, wspomnienia, opowieści. Niedawno wpisem Artystka z Turmstraße Ela osiągnęła jeden z najlepszych wyników w historii tego bloga, bo prawie tysiąc wejść pierwszego dnia.

Krysia i Ela chętnie fotografują, obie brały już też udział w różnych wystawach fotograficznych, w tym Krysia – w śmiesznej wystawie w Skolwinie (to dzielnica Szczecina), na płocie.

W roku 2020, w roku pandemii, wielokrotnie byłyśmy we trzy na spacerach, niekiedy któraś z nas o tym pisała, ale chyba najbardziej różnorodny jest wpis o Baratarii w berlińskiej dzielnicy Britz.

Były jeszcze dwie bardzo ważne autorki – Joanna Trümner i Viki Korb, ale obie umarły i nie mam siły o nich pisać.

Anette

Ewa Maria Slaska

Es ist 23. Februar 2021. Die Sonne scheint, der Himmel ist blau, der Winter-Frühling verzaubert ganz Berlin. Ich muss etwas an der Hasenheide erledigen und danach gehe ich in die Bergmannstrasse-Friedhöfe. Ich lade Yvonne von Friedhofsbüro zu einem kleinem Spaziergang, nach einer Weile ziellosen Gehens setzen wir uns auf einer Bank, dann kehrt sie zurück und ich schlendere noch, Mal hier, Mal da, Richtung Ausgang. Ich rede mit Jemandem am Telefon, daher achte ich überhaupt nicht darauf, wohin mich mein Fuß trägt. Plötzlich stehe ich am Grabe einer Berliner Oma (Charlotte Oppermann).

Tschüß sage ich ins Handy, da ich ein Foto knipsen will.


Ich sehe einen Zitronenfalter (Ende Februar!), folge ihn, bis er sich unweit auf einem Grabe setzt. Ich komme näher. Es ist das Grab von Anette.
Anette Schill.

Morgen hätte sie Geburtstag. Sie ist am 24. Februar 1957 geboren. Am 27. Oktober 2014 ist sie gestorben. Erst 57-jährig.

Ich wusste schon lange, dass ich über Anette schreiben will und soll, wir haben es mit Christine Ziegler vereinbart. Aus irgendwelchem unerklärlichen Grund hatte ich Schwierigkeiten, mit dem Text anzufangen. Hatte Anette mich gezwungen, mich zu ihrem Grab gezogen, damit ich endlich meine inneren Unfähigkeiten überwinde und das tue, was ich tun sollte und doch auch wollte?

Ist sie dieser Zitronenfalter gewesen?

Och, Anette, du hättest ausgelacht, die Dummheit, die ich hier aufgeschrieben habe. Plem plem, hättest du gesagt. Und wie gern habe ich gerade diesen gesundvernüftigen Fundament deines Charakters gehabt. Du warst so gradlinig, so bestimmt in deiner Meinungen und zugleich so em- und sympathisch. Somit hast du mir den deutschen Frauenmuster positiv geändert. Ich habe es dir mal gesagt und du wolltest mir nicht glauben.
“Aber doch Christine ist für dich die wichtigste”, sagte sie.
“Ja”, erwiderte ich, “klar, aber mit Christine war es immer so, dass ich sie nie als eine Deutsche wahrnahm, sie war eine Freundin, und dies ist eine Eigenschaft erhaben über alle andere.” Christine und Sieglinde, es waren Freundinnen. Aber im Allgemeinen hatte ich immer Angst von den deutschen Frauen. Sie waren durchaus so… so effizient, so patent, so kompetent, so groß, so barsch, so selbstsicher. So Stark, Stahl, Stein… Und Anette war so authentisch sympatisch. Galionfigur der Regenbogenfabrik, eines Hausbesetzungsprojekt, aus dem ein Nachbarschaftsprojekt wurde, in dem sich mit der Laufe der Zeit auch die deutsch-polnische Zusammenarbeit geborgen fühlen konnte.

Wann kam ich das erste Mal in die Regenbogenfabrik? Wann habe ich Anette kennen gelernt? Christine Ziegler erzählt immer, dass ich die Geschichte verkläre, weil ich behaupte, das erste Mal in Kontakt mit den Menschen aus der Regenbogenfabrik schon 1985 getreten zu sein, dh. gleich nach meinem Ankommen nach Berlin. Und das eben sie der erste Fabrik-Mensch gewesen ist, an dem ich mich erinnere. Laut Christine sei es unmöglich, aus einem einfachem Gründe, dass sie nicht in Berlin war. Bei Besatzung war sie natürlich dabei, so wie Anette. Sie 22, Anette 24. Aber dann fuhr sie nach England zu studieren und kam erst 1989 zurück. Na gut, aber 1991 wäre schon möglich. 1991? Vor 30 Jahren also? War ich mir immer sicher, dass wir uns schon eine Ewigkeit kennen.

Klare und sichere Punkte auf der Zeitleiste meiner Kontakte mit der Fabrik sind vor allem Kochtage (wann waren sie aber?!), Arte-Nova-Workshops ab 1995 und mein Praktikum im Jahre 2000, als ich mich bei der Akademie der Deutschen Wirtschaft zur Referentin Neuen Medien ausbilden ließ. Zu diesem Zeitpunkt kannte ich schon alle in der Fabrik und sie kannten mich und kennen mich bis heute, was mich immer wieder ins Staunen versetzt, dass sie mich alle noch kennen und sogar unter der pandemischer Maske sofort erkennen. Wie?

Über das erste Workshop schrieb mein Sohn, Jacek Slaski im WIR-Heft Nr. 5 (Arte Nova: Śródmieście – Innenstadt):

„… verdammte Literatur, um die es sich hier dreht (…). Worum geht es den Leuten hier, was wollen die? Wieso tun die das alles? Damit andere darüber reden? Für die Anerkennung, für ihr Ego oder nur, um die Langeweile zu bekämpfen. Ich weß nicht, ob es wichtig ist, es scheint genug Zeit da zu sein, um das hier alles ablaufen zu lassen, ob es Relevanz hat, sollen andere entscheiden. Es geht nicht um Verständigung, Völkerfreundschaften entstehen nicht über Kultur, sondern über hemmungslosen Alkoholkonsum und im besten Fall Sex.
Kultur bietet die Platform dafür, und das ist gut so, also denkt nicht, dass die Welt besser wird, wenn sich junge Menschen aus Deutschland un Polen auf dreckigen Hinterhöfen zusammensetzen und versuchen, sich zu verstehen. Ich weiß nicht einmal, ob es ein Beispiel sein sollte, ich weiß nur, dass diese Menschen es gemacht haben.“

Diese, wie Jacek es sagte, dreckigen Hinterhöfe, wo sich junge Menschen aus Deutschland und Polen zusammensetzen, sahen zu, wie sie sich Years and Years hier trafen, gemeinsam rauchten, Bier tranken und Literatur machten. Und was für welche! Und dann traten sie mit ihrer gemeinsamen Werke auf der Bühne und taten es so wunderbar, dass ich noch heute, ein Vierteljahrhundert später, ein Gefühl der Happiness habe, dass ich, dass wir, die Menschen vom WIR Verein und von der Regenbogenfabrik es ermöglicht haben, dass solche Momente entstehen konnten.

Ich liebe Regenbogenfabrik. Habe ich immer geliebt. Vor 21 Jahren, als ich hier mein Praktikum absolvierte, schrieb ich über das Projekt Regenbogenfabrik, dass es eine Mischung eines mittelalterlichen Klosters mit einem Kibuz ist. Eine pragmatische Utopie. Und Anette war für das Pragmatische in der Utopie. Dafür, dass alles funktioniert. Das liebe ich an der Regenbogenfabrik: Dass sie den Beweis lieferte, eine Utopie sei machbar. Die Zukunft ist jetzt. Und wenn nichts mehr hilft, hilft immer noch Humor und gesunde Selbstdistanz.

Anette war fantastisch. Sie könnte alles. Sie hatte Ausdauer und Ideen. Sie wusste intuitiv, was klappen wird und was keine Chancen hat. Hatte es aber Chancen, holte sie ihre stärkste Waffe: das tatkräftge Zupacken.

Von den Kinderbeinen war sie es gewöhnt, zuzupacken. War doch in einem Familienbetrieb, einer Wirtschaft, aufgewachsen. Gleich nach dem Abitur ging sie nach Berlin, um Erziehungswissenschaften zu studieren. Und schon während des Studiums engagierte sie sich in der Besetzungsszene. So fand sie sich in der Gruppe deren, die eine alte Chemiefabrik in Kreuzberg besetzte. Die Fabrik und die Häuser rumherum standen leer, die Gründezeitfabrik längst verlassen, die Erde verseucht. So waren sie alle, diese damals massenweise in Berlin besetzten Häuser – heruntergekommen und verlassen, absichtlich nicht mehr renoviert, damit man die verslumsten Gebäude billig erwerben könne.

Am 14. März 1981, eine Woche nach dem Frauentag war es soweit. Sie gingen in die Fabrik und ins Haus hin.

“Wie benimmt man sich in einem besetzten Haus, es war ja auch für sie das erste Mal”, fragt Gregor Eisenhauer in seinem Tagesspiegel-Nachruf.

Des ersten Nachts wurde in einer Erwartung der polizeilichen Räumung überhaupt nicht geschlafen. Es gab damals in Berlin, auf dem Gipfel der Besetzungswelle, eine juristische Möglichkeit, sog. 24-Stunden-Gesetz, der es erlaubte, innerhalb von ersten 24 Stunden eine Räumungsaktion zu unternehmen, ohne jedwedem Papierkram.

Und Anette war schwanger. Im Sommer wurde ihre Tochter, Jenny, geboren. Das erste Kind (in) der Fabrik. Für Jenny war die Fabrik einzige Familie, die sie kannte. Der Vater erschien erst viele Jahre später. Es ist für ein Kind sehr gut, in einer großen Familie aufzuwachsen, weil wenn man mit jemandem nicht zurecht kommt, kann man sich locker andere Vertrauten aussuchen. Das betonen die Kulturanthropologen immer und ein Wunderbeispiel dafür ist altslawische Zadruga. War Jenny auch der Meinung? Ich weiß es nicht, habe sie nie gefragt. Vielleicht ließ sie Mal diesen Text und antwortet mir. Eisenhauer meint dagegen, dass es bei Erziehungskonflikten nicht ganz einfach war, musste sich doch ein junger Mensch mit einer ganzen Riege der Erwachsenen auseinander setzen und nicht blos mit einem höchsten zweien, wie es in “normalen” Familien der Fall ist. Nun aber denke ich mir, dass man in dieser Generation nicht miteinander streitet und die Eltern sagen einem nicht vom oben herab, was man zu tun hat. Über alles wurde diskutiert. Wie schrieb es der Eisenhauer über die Demokratie? “Klingt mühsam, ist mühsam, aber Hierarchie funktioniert auch nicht besser.” Das betrifft meiner Meinung nach auch die Erziehung.

Sie war eine Kämpferin, aber solche, der man auf dem ersten Blick das Kämpferisch nicht zumuten wird. Auf zweiten auch nicht. Wunderbare Täuschung, weil im Grunde war sie eine Kriegerin durch und durch. Sie wusste, dass wenn man sich stur anstellt, früher oder später wird man sich durchzusetzen.

Ich mochte es bei ihr, weil ich in Polen auch so war. In Berlin zuerst nicht, aber vielleicht war es mein unterbewusster Wunsch, zurück zu meiner wahrer Natur zu kehren und wieder so wie Anette zu sein. Harmlos und angenehm aussehende Frau, mit einem nettem Lächeln, die sich doch nicht klein kriegen lässt. Und für sich nicht immer, für andere aber wie eine Wahnsinnige kämpfen kann. Erfolgreich.

Sie war wie eine Raupe, sagte mir Mal Christine. Könnte sie nicht direkt ans Ziel, schlenderte sie um den Tor herum oder buddelte sich unter dem Zaun oder durch einen Mauerriss rein, um ans Ziel zu kommen. Und Gregor Eisenhauer pflichtete ihr zu: “Jeder spürte, dass es ihr ernst war. Sie war nicht nachtragend und nicht auftrumpfend. (…) Ihr Programm war Dialog. Auf andere zugehen. Auch auf den vermeintlichen Gegner. Wer Ergebnisse will, darf Begegnungen nicht scheuen. Sie hat immer wieder Spielräume ausgelotet. Das war ihre Stärke. Jeder hat einen kleinen Spielraum, auch ein Sachbearbeiter in seiner bürokratischen Zwangsjacke. Die Frage ist nur, wie man mit ihm umgeht. Ihm seine Möglichkeiten klarmachen, darin war sie stark. Andere so sein zu lassen, wie sie sind, und sie dennoch zu fordern.”

Heute, zu ihrem 40 Geburtstag startet die Fabrik auch ihren Geburtstagsblog. Willkommen, kleiner Bruder 🙂