Myślę, że nieprzypadkowo filmik ten chodził po mediach społecznościowych akurat przed wyborami do Bundestagu. Okoliczności przyrody wskazywały na to, że nakręcono go w Dominikanie, albo w Kenii, gdzie niemieckie turystki chętnie spędzają urlop. Młody, szczupły tubylec z jedną z nich wynurza się z oceanu, trzyma ją za rękę, wychodzą na brzeg i to wszystko. Gdyby nie fakt, że kąpali się nago, to w ogóle nie byłoby wiadomo, po co nakręcono ten skądinąd banalny obrazek. Brak konfekcji pozwala zauważyć, że pani panu bardzo się podoba, mimo, iż wiekowo mogłaby być jego mamą. Spieszno mu znaleźć się z nią na plaży, bo trochę ciągnie ją za rękę, a ona jakby się jeszcze trochę wahała, ale przecież skwapliwie podąża naprzód. Na pytanie, po co nakręcono (pewnie telefonem komórkowym) ten clip, odpowiada jego tytuł : Jak zdobyć niemieckie obywatelstwo. Złożony cyrylicą, po rosyjsku.
Nie pokażę go, bo sam nie jestem naturystą; zainteresowani bez problemów znajdą go w internecie. Ciekawi mnie natomiast, kto za tym filmikiem stoi? Przypadkowy podglądacz, czy któraś z partii, konkurujących z CDU? W końcu jeszcze nie wiadomo, kto w przyszłości będzie tutaj gospodarzem i problem migrantów jest najbardziej drażliwy, najmocniej polaryzuje społeczeństwo. Najmniej prawdopodobne, że nakręciły go rosyjskie służby, n.p. w rewanżu za udaną hospitalizację opozycjonisty Nawalnego, ale przecież można spróbować im go przypisać.
Komu się zaś nie podoba, że Niemki, sfrustrowane nudą w swojej sypialni, wyjeżdżają na balety do ciepłych krajów, a później czasami nawet poślubiają swoich beachboys, niech pocieszy się tym, że z takich związków pochodzą często śliczne dzieci.
Oczywiście na seks-wakacje wyjeżdżają nie tylko Niemki, są Brytyjki, Rosjanki, Polki, Amerykanki, Kanadyjki, panie innych narodowości, zwykle dobrze sytuowane. Dla mediów jest to wdzięczny temat, można go zrobić dla gawiedzi, żądnej taniej sensacji, ale da się też go zgłębić. W Die Welt* dziennikarz zadał sobie ten trud; artykuł został napisany jedenaście lat temu, przez mężczyznę. Wtedy zjawisko damskiej seksturystyki było jeszcze w miarę nowe, nie tak rozpowszechnione jak dzisiaj i autor starał się dociec jego przyczyny. Niemieckojęzyczna lektura, ale można przeczytać choćby z pomocą translatora i warto. Zaledwie dwa lata później Der Spiegel** doniósł, że w samej tylko Tajlandii, uważanej tradycyjnie za światowe centrum męskiej seksturystyki, pracuje ponad 30.000 żigolaków, wyspecjalizowanych wyłącznie w usługach dla pań, co pokazywało, jak wielki już był na to popyt. Również załączam odnośny artykuł.
Jak się ma ten temat mniej więcej współcześnie, informuje Focus, w polskim wydaniu z 2 lipca 2019 r.:
Choć seksbiznes kojarzy się przede wszystkim z wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn, także współczesne kobiety korzystają z możliwości kupienia sobie paru chwil przyjemności w ramionach egzotycznego i młodego kochanka. Na co dzień to przykładne żony i matki, ale na wyjazdach potrafią iść na całość, bo na urlopie nie obowiązują te same zasady, co w domu – tu dozwolone jest niemal wszystko. Dla Europejek, także Polek, jednym z najpopularniejszych celów obok Tunezji jest Egipt. Na forach internetowych panie polecają sobie konkretne hotele, konkretnych barmanów. Na kolejne wyjazdy namawiają przyjaciółki.
Tu rozpasanie kwitnie w najlepsze, a miejscowi mężczyźni wyspecjalizowali się wręcz w naciąganiu bogatych i spragnionych wrażeń kobiet. Choć islamskie prawo zabrania kontaktów pozamałżeńskich – jest w nim pewna luka. To kontrakt małżeński nazywany urfi. Choć jest zawierany przed notariuszem, do niczego mężczyzny nie zobowiązuje – właściwie jego jedynym celem jest „legalny” seks. Aby rozwiązać kontrakt – wystarczy podrzeć papier. Pół biedy, jeśli kobieta przyjmuje ten układ i wie, że wyznania miłosne śniadego kochanka nic nie znaczą. Gorzej, jeśli zakocha się i uwierzy w płomienne słowa i wartość takiego związku.
Kilka lat temu głośna była strona założona przez Rosjanki, na której kobiety poszukiwały konkretnych mężczyzn z egipskich kurortów, którzy złamali im serca. Na stronie są setki ogłoszeń. Wiele kobiet omamionych urokiem żigolaków pożyczyło im spore sumy pieniędzy.
Przytoczony tekst nie jest najwyższych lotów, uważam, że za dużo w nim taniego moralizatorstwa, ale z jego przesłaniem się zgadzam: trzeba uważać na naciągaczy. Ponieważ sezon urlopowy nad egzotycznymi morzami trwa przez okrągły rok, autor życzy Czytelniczkom, ich znajomym oraz znajomym znajomych, żeby przede wszystkim dobrze się nad nimi bawiły i na nic nie dały się nabrać, na co nie mają ochoty.
*** Prawda której szukam tylko się śni Nie jestem w stanie kupić mądrości Stwarzam tylko własny świat Nigdy nie zawrócę Zbiegi okoliczności w życiu? Nie widziałam żadnego
*** Świat ma własną twarz, figurę, charakter i na dodatek przegląda się w lustrze. Wszystko jest nieprzebudzonym snem Uwierzyć tylko trzeba w jego kształt Pokochać senny pozór W pół nie urywać snu Gdziekolwiek jesteś Dośnić do końca
Sen jak bajka
Plaża lśniąca połowem. Umierające ryby na złocistym piasku Jestem jedną z nich Mam białe wargi ułożone do okrzyku BÓG Z pyska wyślizgnęła się moja dusza Podobna do pęcherza Jędrna Przypomina obłok perłowej masy Jak boskiego tchnienia Rybaku! Spójrz na mnie Na pierdnięcie mojej duszy Myśli kuleją w pogoni ZA Pokusa ślizgania się w poprzek Jestem rybą Zaczynam tańczyć Rybak się przygląda Podcina skrzela Zamieniam się w kobietę Jest ŚWIT
trolle to nie lwice (jak się skromnie nazywają) tylko szakale atakują (w ich mniemaniu) najsłabszych
podczas gdy lwice z góry zastanawiają się jaką ofiarę dopaść to szakale walą na oślep w stado wychodząc ze słusznego założenia, że starych, chorych i cielaków zawsze dość, a jak ktoś z watahy skręci sobie kark, to tym lepiej, bo będzie więcej do pożarcia
podczas gdy lwy gardzą to szakale delektują się padliną
nie oznacza to, że są leniwe o nie potrafią czekać
zawsze rusza trek mielizna się znajdzie
droga znana
t.j. IX 21
elektronisches safari
trolle sind keine löwinen (obwohl sie sich so wähnen) sondern schakale sie greifen die an (die ihrer meinung nach) die schwächsten sind
während die löwinen sich genau überlegen welches opfer sie schnappen schlagen die szakale blind in die herde zu recht wissend dass die alten, kranken und fohlen ihnen nicht entkommen werden und wenn manches sich dabei den genick bricht umso besser die meute hat danach mehr zu fressen
während die löwinen den aas zu meiden versuchen schmeckt es den schackalen ausgezeichnet
es bedutet nicht, dass sie faul sind o nein die schackale können warten
nie wiem, czy ktoś w roku 2010 nie wierzył w zwycięstwo partii pis, przynajmniej ja nie, ja się takiego rozwoju sytuacji obawiałem; katastrofa smoleńska była wtedy lokalnie, tak jak pandemia cov-19 dzisiaj globalnie, wodą na młyn zwolenników teorii spiskowych („a nie mówiłam/em!”); a krótko potem dochodzi do majdanu w kijowie, który kończy się aneksją krymu przez moskwę, czy ktoś w to nie wierzył? ja nie, ja się tego obawiałem; a i dzisiaj nie wierzę w polexit, nie, ja się tego obawiam
Art lovers get ready to be struck by Cupid’s arrow, as the first image of the completed restoration of Johannes Vermeer’s Girl Reading a Letter at an Open Window (around 1657-59) has been released today by Dresden’s Gemäldegalerie Alte Meister, fully revealing a hidden image of Cupid. The change to the composition in one of Vermeer’s most famous paintings is so great that the German museum is dubbing it a “new” Vermeer in publicity materials.
The painting has been in the museum’s collection for more than 250 years and the hidden Cupid had been known about since an x-ray in 1979 and infrared reflectography in 2009. It had been assumed that the artist himself had altered the composition by covering over the painting of Cupid.
But when a major restoration project began in May 2017, conservators discovered that the paint on the wall in the background of the painting, covering the naked Cupid, had in fact been added by another person. When layers of varnish from the 19th century began to be removed from the painting, the conservators discovered that the “solubility properties” of the paint in the central section of the wall were different to those elsewhere in the painting.
Following further investigations, including tests in an archaeometry laboratory, it was discovered that layers of binding agent and a layer of dirt existed between the image of Cupid and the overpainting. The conservators concluded that several decades would have passed between the completion of one layer and the addition of the next and therefore concluded that Vermeer could not have painted over the Cupid himself.
When the discovery was announced to the public in 2019, the senior conservator Uta Neidhardt said that it was “the most sensational experience of my career”. She added: “It makes it a different painting.”
The layer of overpaint was meticulously removed using a scalpel under a microscope, revealing the startlingly altered composition. The painting will go on show next month for the first time since the restoration as the star piece in a major exhibition titled Johannes Vermeer: On Reflection(10 September-2 January 2022) at the Gemäldegalerie in Dresden. The exhibition will include ten Vermeer paintings in total, making it one of the most significant shows on the Dutch Old Master in recent years (there are only around 35 extent Vermeer paintings).
Among the standout loans in the show are The Geographer (1669) from the Städel Museum in Frankfurt; View of Houses in Delft/The Little Street (around 1658) from the Rijksmuseum in Amsterdam; and A Young Woman standing at a Virginal (around 1670-72) from the National Gallery in London, which has a similar painting of Cupid in the background.
Boże Narodzenie 1981 roku Maryla spędziła wraz z innymi kobietami podziemia antykomunistycznego w celi aresztu śledczego w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Przebywały tam około trzech tygodni. Chyba w styczniu 1982 roku zostały wywiezione do miejsca internowania , Ośrodka Wypoczynkowego Pracowników Radia i Telewizji w Gołdapi. Maryla opowiadała, że podczas podróży traktowano je po ludzku, co jakiś czas autokar zajeżdżał pod najbliższą komendę MO, żeby umożliwić im skorzystanie z toalety. Przeżyły jednakowoż chwile grozy, gdy po dłuższym czasie podróży zorientowały się , że jadą w kierunku północnego wschodu. W głowach wszystkich pojawił się stary, koszmarny archetyp: SYBIR! Jedna ze strażniczek, widząc ich zdenerwowanie, po cichu wyjawiła prawdziwy cel podróży, co zostało przyjęte z ulgą.
W listach, które Maryla pisała do rodziny, nazywała ośrodek odosobnienia „złota klatką’. Warunki lokalowe były bardzo dobre, tyle że nie wolno było opuścić budynku. Po raz pierwszy Tadeusz z mamą odwiedzili ją w marcu 1982. Tadeusz wspomina, że kiedy dochodzili do ośrodka, usłyszeli z daleka śpiew. To był dzień odwiedzin, wszystkie kobiety stały na balkonach i na powitanie śpiewały „Niech się junta wystrzela, trafi szlag Jaruzela…” Później kilka razy przyjeżdżał tam także ojciec. Wspominał, że w latach 50 odbywał zasadniczą służbę wojskową właśnie w Gołdapi. Z lasu otaczającego ośrodek przywiózł dwie pamiątki. Raz wykopał mały świerk , który zasadził w ogrodzie. Innym razem uciął dwa patyki, zrobił z nich krzyż, a na nim przypiął znaczek z herbem Gołdapi, kupiony w kiosku znajdującym się w ośrodku. Ten krzyż wisiał później w pokoju Maryli nad drzwiami (teraz znajduje się, wraz z całym Archiwum Maryli, w Archiwum Forschungsstelle Osteuropa Uniwersytetu w Bremie).
W kiosku w ośrodku można było zaopatrzyć się m.in. w widokówki. Największym powodzeniem cieszyły się te przedstawiające sam ośrodek, położony malowniczo w głębi lasu. Każda z internowanych chciała wysłać taka kartkę rodzinie… Prawie jak z wakacji…
Kobiety miały przemyconą gitarę i magnetofon kasetowy. Wspólny śpiew, a także tworzenie i nagrywanie piosenek było ważnym czynnikiem integrującym wspólnotę internowanych i namiastką życia kulturalnego. Bardzo dokuczała im nuda. Życie w ośrodku cechowała monotonia, kobiety szukały więc różnych aktywności, które mogły ją przerwać. Regularnie odprawiane były msze święte , na które chodziły wszystkie, zarówno wierzące jak i niewierzące. Korzystały ze znajdującej się w ośrodku biblioteki. Całe godziny spędzały na robótkach ręcznych, dziergały swetry, a także długie węże z kolorowych resztek wełny. Na piękny las otaczający ośrodek mogły tylko popatrzeć przez okna. Maryla opowiadała, jak obserwowały biegające po konarach drzew wiewiórki, kiedyś widziała mamę-wiewiórkę przenoszącą w pyszczku swoje młode…
Internowanych pilnowali milicjanci, z reguły zachowujący się przyzwoicie. Wartę na zewnątrz pełnili młodzi żołnierze, z którymi, jak twierdziła Maryla, relacje były pozytywne. W zimowe, mroźne noce kobiety robiły im kawę, którą następnie w słoikach uwiązanych na sznurkach spuszczały przez okno.
Gdy Maryla i jeszcze jedna z kobiet zachorowały, zezwolono im na pobyt w pobliskim szpitalu, na czas potrzebny do wyleczenia. Tu, w szpitalu nie pilnowali ich strażnicy, można było nawet na krótki czas wyjść na zewnątrz.
30 czerwca 1982 roku Maryla otrzymała miesięczną przepustkę z internowania. Maryla nie wróciła już do ośrodka odosobnienia, ponieważ generał Jaruzelski wydał decyzję o zwolnieniu z internowania wszystkich kobiet z dniem 22 lipca. Było to wówczas święto o nazwie „Odrodzenia Polski”, symboliczna data przejęcia władzy przez komunistów w 1944 roku.
Listopad 1982 roku był miesiącem szczególnym. Dziesiątego tego miesiąca zmarł Leonid Breżniew. W tym dniu przypadała rocznica rejestracji NSZZ Solidarność, planowana była manifestacja. Zapewne dlatego o śmierci Breżniewa oficjalnie poinformowano dopiero następnego dnia. Maryla w tym czasie znów przebywała w szpitalu z powodu planowanej wcześniej operacji laryngologicznej. Termin wybrała chyba też dlatego, że obawiała się ewentualnych prewencyjnych aresztowań związanych z rocznicą.
Film piękny, ale ponieważ jest tam tylko jeden wiatrak, dodam tu jeszcze, “jednego Fangoga” i jedno zdjęcia wydawcy Radka Bolałka z Olandii. Radek napisał: Nie ma Olandii bez wiatraków. Ale nie ma też Olandii bez kamieni. Olandia składa się z wiatraków i kamieni. No i krów oraz owiec.
Van Gogh, Wiatrak ogrodowy, 1886, natomiast Olandia jak najbardziej współczesna. A przy okazji pewna konstatacja. Jest jesień, nic tego nie zmieni… 🙂 Już się uprawomocniła kalendarzowo, ale ten rok taki jest już od środka lata – jesienny. Bardzo lubię.
Dawno nie byłam w Brukseli, tak dawno, że jak tam byłam ostatni raz, to się jeszcze nie interesowałam ani Don Kichotem i Sancho Pansą, ani utopiami i wyspami. Tomasz natomiast udał się był z małżonką w podróż, z której najpierw przysłał mi zdjęcia pomnika obu moich ulubieńców z San Sebastian, a potem dodał ich obu w wersji z Brukseli. To ich adres: Place d’Espagne / Spanjeplein / 1000 Brüssel.
Foto: Tomasz Fetzki
Patrzę i patrzę na te dwie twarze i myślę sobie, że o ile Don Kichot wygląda tak jak zawsze wygląda (choć nie wiadomo czemu, jak Pantokrator błogosławi nam wzniesioną prawicą), o tyle Sancho Pansa jest odmienny, bardziej pański – najbardziej mi przypomina polskiego szlachcica, a dokładniej rzecz biorąc – Onufrego Zagłobę. Zapewne rzeźbiarz wzorował się tu na Falstaffie, grubasie i samochwale ze sztuk Szekspira. Duchowo są zresztą podobni do siebie ci trzej poboczni bohaterowie, bez których jednak bohaterowie właściwi wcale by nie przetrwali. Bo bohater musi się zajmować swoją ważną misją, czy jest to Wolność Ojczyzny czy Sprawiedliwość Społeczna, oraz ważną misją uczuciową – Uwalnianiem Uciśnionych Dziewic, a tymczasem oni troszczyć się będą o nocleg, spyżę i napitek, bezpieczeństwo, zasięganie języka, zmylenie pogoni, oszwabienie oszustów, wywinięcie się z opresji i inne praktyczne zadania rycerskiego dnia codziennego. Są mądrzy i choć chciałoby się o nich powiedzieć, że to takie chłopki roztropki, to jednak na tej ich ludowej mądrości można naprawdę polegać.
Przyznam się tu, że gdy myślę o Brukseli, mniej pamiętam moje tam wizyty, a lepiej świetną powieść wiedeńczyka Roberta Menasse – Stolica. Czytałam ją po niemiecku, po polsku ukazała się w roku 2019 w Oficynie Literackiej Noir sur Blanc, w tłumaczeniu Jacka Burasa.
A na zakończenie tego wpisu pokażę Wam coś jeszcze – baratarystyczną lampę dotykową Don Kichot. Za jedne 600 euro.
Don Quixote Tischleuchte Ingo Maurer
Die Tischleuchte Don Quixote von Ingo Maurer zeichnet sich durch extreme Vielfalt aus. Die Leuchte ist bieg- und schwenkbar und kann sich drehen und strecken. Der Leuchtenhersteller Ingo Maurer brachte bei der Don Quixote Tischleuchte die Materialien Stahl, Aluminium und elastisches Kunststoff in Einklang. Don Quixote – ein wahrer Hingucker.
Die Don Quixote von Ingo Maurer besitzt einen integrierten Touch-Tronic Dimmer. Auf diese Weise kann die Helligkeit der Leuchte stufenlos geregelt werden.
Życie w górach jest twarde i prawdziwego Bawarczyka byle wirus nie załamie. Już drugi rok mija, jak monachijska Theresienwiese – adres znany piwoszom na całym świecie – świeci o tej porze pustkami, nie ma namiotów dla wielotysięcznej publiki, lunaparku, muzycznych decybeli i tłumów w metrze, ale pamięć o Oktoberfeście jak najbardziej trwa. Niby został z powodów sanitarnych, z uwagi na covid 19 odwołany, ale gastronomicy, którzy przed swoimi lokalami mają letnie ogródki, mogą go na skromną skalę obchodzić. Mnie osobiście cieszy, że osiągnięto przynajmniej taki kompromis, bo branża restauratorów, srodze dotknięta przez pandemię, trochę się odkuje, a konsumenci przy augustinerze i golonce przypomną sobie stare, dobre czasy.
W trzecią sobotę września przez starówkę przejechały więc jak co roku, pięknie udekorowane konne zaprzęgi miejscowych browarów, przy straganach Viktualienmarkt odbyło się tradycyjne O zapft is, czyli burmistrz wbił pierwszego szpunta w chmielowy antałek, politycy i piwowarzy wznieśli toast za ponowny „nie – początek“ Oktoberfestu i punkt 12 – a w tysiącach monachijskich knajp tudzież knajpeczek rozpoczęło się dwutygodniowe świętowanie.
My z Marysią Mayerhöfer dołączyliśmy do biesiadujących w niedzielę, po wieczornym nabożeństwie u św. Michała i miejsce, w którym udało nam się upolować wolny stolik było wyborne. Nürnberger Bratwurst Glöckl am Dom to nieduży, stary lokal, w jednym z zaułków starówki przy katedrze, nastawiony nie tylko na amatorów pieczonych kiełbasek, ale i innych specjałów bawarskiej kuchni. Strucla jabłkowa na ciepło z waniliowym sosem pod kufelek za bardzo nie pasuje, za to z czarną, aromatyczną herbatą komponuje się dobrze i kelnerowi nawet oko nie drgnie, kiedy przyjmuje to dosyć nietypowe dzisiaj zamówienie. Mają tutaj też dobrą, bawarską kapelę, której na zdjęciach niestety nie słychać, ale widać, jak paradnie się prezentuje.
Prawdziwego Bawarczyka na ogół rozpoznaje się po stroju. Bawarczycy kochają nosić swoje trachty przy różnych okazjach, są dumni ze swoich korzeni, ze swojej kulturowej odrębności i czas Oktoberfestu sprzyja takim paradom. Za prawdziwych uznałbym jednak również i tych, którzy nie noszą trachtów i nie mówią żadnym z bawarskich dialektów, ale tutaj żyją, uczą się i pracują. Często mają różne, cudzoziemskie akcenty i kolory skóry, ale jak ich zapytasz, skąd pochodzą, to zwykle usłyszysz: natürlich, aus Bayern! Czasami ten i ów jeszcze wykrzyknie z dumą: Lewandowski, Polska! I co takiemu powiesz, że plecie trzy po trzy? Tak się identyfikują, tak się identyfikujemy i trzeba to przyjąć zwyczajnie, po ludzku, z życzliwym uśmiechem.