Projekt Irena Bobowska (3)

Strona internetowa projektu TU
O Bobowskiej w Polkopedii TU

Grafika Anna Krenz


Ela Kargol

Z cyklu Chodzenie po mieście: W Poznaniu po śladach Ireny Bobowskiej (2)

Irenę Bobowską aresztowano w redakcji Pobudki, w Poznaniu przy ulicy Poznańskiej 27 wraz z innymi współpracownikami tej organizacji, Stanisławą Kwiatkowską i Stanisławem Dornem. Romana Kwiatkowskiego aresztowano w tym samym czasie w fabryce Romana Barcikowskiego (dzisiejszym Herbapolu), przy ulicy Składowej.

Secesyjna kamienica, odrestaurowana stoi do dzisiaj, jak wiele innych przy ulicy Poznańskiej. Jej właścicielem był w roku 1933 Jan Ritthammer, nazwiska Kwiatkowskich nie znalazłam w jedynej dostępnej w internecie księdze adresowej miasta Poznania. Ritthammer, nazwisko brzmiące z niemiecka, ale to jest Poznań i to nic nie znaczy. W zameldowanych pod tym adresem jest więcej osób z nazwiskami polskobrzmiącymi. Przy ulicy jest wiele kamienic secesyjnych. Pod numerem 27 znajduje się obecnie poczta, a na ostatnim piętrze z balkonu zwisa tęczowa flaga.

Matka i rodzeństwo Ireny cudem uniknęli aresztowania. Ostrzegła ich najmłodsza siostra Helena.

Irenę osadzono najpierw w areszcie poznańskiej siedziby Gestapo, które mieściło się w Domu Żołnierza.

Dom Żołnierza planowany od początku lat 20. ubiegłego wieku w Poznaniu, budowany w modernistycznym stylu w latach trzydziestych, otwarto kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej.

Już we wrześniu 1939 roku budynek zajęła Służba Bezpieczeństwa Rzeszy (Sicherheitsdienst), a potem Gestapo (Geheime Staatspolizei).


W piwnicach więziono zatrzymanych, trochę wyżej na piętrach, przesłuchiwano. Niektórzy, jak Irena Bobowska, trafiali potem do Fortu VII, a inni do więzienia na Młyńską i tam pod gilotynę.

Gilotyna z Młyńskiej znajduje się obecnie w Forcie VII, czyli w Muzeum Martyrologii Wielkopolan – Fort VII.

Fort VII mógłby być interesującym przykładem niemieckiej architektury militarnej z końca XIX w., jak możemy przeczytać na stronie głównej muzeum, był jednak miejscem kaźni, tortur i zagłady, a od października 1939 roku obozem koncentracyjnym (Konzentrationslager Posen).

Fort VII znany jest również jako Fort Colomb, nazwany na cześć pruskiego generała Petera von Colomba. Jego grób znajduje się w Berlinie na Starym Cmentarzu Garnizonowym. Przetrwał tyle lat, ale oni generałowie mają groby i godne pochówki. A Irena? Możemy tylko podejrzewać, że jej prochy leżą gdzieś tam lub tu w berlińskiej ziemi, może na cmentarzu Altglienicke, jak wielu z nas przypuszcza.

Fort VII był miejscem, gdzie po raz pierwszy, w ramach tzw. akcji T4, zamordowano około 300 pacjentów Zakładu Psychiatrycznego w Owińskach i oddziału psychiatrycznego Poznańskiej Kliniki Uniwersyteckiej przy ulicy Grobla 26. Dawną remizę artyleryjską przeznaczono na komorę gazową. Drzwi po zamknięciu zalepiono gliną, przez mały otwór wpuszczono tlenek węgla. Zwłoki wywożono do lasów koło Obornik i tam grzebano.


Irenę Bobowską uwięziono w celi nr 23. Jej pobyt w Forcie VII jest dokładnie udokumentowany w książce Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej. Zachowało się dużo grypsów i listów Ireny i do Ireny. W obecnym forcie-muzeum poświęcona jest Neni jedna gablota ze zdjęciem i najważniejszym wierszem napisanym prawdopodobnie w więzieniu we Wronkach, ale jest również możliwe, że pisała go już w Forcie VII

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie! …


Rok lub dwa lata później więźniarki Fortu VII ułożyły hymn fortowy, jak same go nazwały. Autorstwo przypisuje się Wandzie Serwańskiej lub Walerii Leśnej-Bembnistej, więźniarkom Fortu VII.

Wszystko będzie dobrze

Jasne przyjdą dni
Słońce nam zaświeci
Otworzą Fortu drzwi

O szczęściu i swobodzie
Gromadka więźniów śni
Wszystko będzie dobrze
Jasne przyjdą dni

Wszystko będzie dobrze
Wolności błyśnie dzień
Więzienne znikną mury
Fortowy zniknie cień

I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień
Wszystko będzie dobrze
Wolności błyśnie dzień.


W październiku 1940 tak jak w piosence otworzyły się Fortu drzwi, ale niestety dobrze już nic nie było. Nenię przewieziono do więzienia we Wronkach. Podobno tam zaczęła pisać wiersze, uciekała w świat marzeń i poezji, znosząc równocześnie tortury, głód i upokorzenia. Pamiętajmy, że Irena była dziewczyną z niepełnosprawnością. We Wronkach odebrano jej wózek inwalidzki, odebrano szyny podtrzymujące sparaliżowane nogi. Irena musiała czołgać się po podłodze, żeby dojść na przesłuchanie. Razem z nią we Wronkach przebywała Stanisława Kwiatkowska, aresztowana na Poznańskiej w redakcji Pobudki. Gdy ją zwolniono, to właśnie ona przeniosła w bucie wiersz Ireny, ten o uczeniu się największej sztuki życia, uśmiechać się zawsze i wszędzie. Wiersz powędrował dalej, do innych więzień i więźniarek. Do Auschwitz zawiozła go Wanda Serwańska, współautorka hymnu fortecznego, harcerka, absolwentka Dąbrówki, rok młodsza od Ireny, więżniarka Fortu VII, obozu w Żabikowie, KZ Auschwitz-Birkenau, KZ Flossenbürg.

Pojechałam do Wronek. Już z dworca na którego budynku nigdzie nie mogę znależć napisu WRONKI, a który pewnie pamięta jeszcze napis Wronke widać największy w Polsce zakład karny typu zamkniętego. Więzienie, wtedy jeszcze pruskie zbudowano w 1894 roku na planie krzyża, w systemie celkowym. Po wybuchu Powstania Wielkopolskiego więzienie otwarto, więźniów wypuszczono, Niemców rozbrojono. Jakiś czas budynki więzienne służyły jako koszary dla II i VII Pułku Strzelców Wielkopolskich. Po zakończeniu walk budynki włączono w system więziennictwa polskiego.


W okresie okupacji hitlerowskiej obiekt więzienny we Wronkach włączony został w system więzień sądowych III Rzeszy w ramach Kraju Warty. Było to jedno z większych więzień wcielonych do Niemiec. Obiekt przeznaczony został dla mężczyzn i kobiet skazanych na karę więzienia od 6 miesięcy do 2 lat. Pod względem narodowościowym, więźniami we Wronkach byli przede wszystkim Polacy. Przez cały okres okupacji przez więzienie przeszło ponad 28000 więźniów. Liczba ta nie obejmuje jeńców, zakładników i innych osób osadzonych we Wronkach w pierwszych tygodniach okupacji. W więzieniu przetrzymywano ludność polską na wielomiesięcznych kwarantannach przed wysłaniem do innych więzień lub obozów koncentracyjnych, głównie Oświęcimia i Mauthausen, do zakładów przemysłowych wykorzystujących niewolniczą pracę. Więzienie było stale przeludnione. Najwyższy stan więźniów – 4458 odnotowano w dniu 1 listopada 1942 roku. Na samym cmentarzu wronieckim w tym okresie pochowano 804 Polaków. Hitlerowcy przeprowadzili także około dwóch tysięcy egzekucji w lasach położonych na drodze do pobliskiego Obrzycka.

W styczniu 1945 roku polskie władze uruchomiły więzienie, najpierw dla jeńców i zbrodniarzy niemieckich, później dla pospolitych przestępców, ale przede wszystkim dla Polaków sprzeciwiających się nowej władzy, dla żołnierzy AK, dla osób niewygodnych nowemu ustrojowi. Do roku 1956 było więzieniem politycznym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Również później, gdy po amnestii w roku 1957 wypuszczono większość więźniów politycznych i przyjmowano coraz więcej więźniów tzw. pospolitych, recydywistów, nadal cele więzienne wykorzystywano jako miejsce odosobnienia dla więźniów politycznych. Tu w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych swe kary odbywał Jacek Kuroń. W roku 1981, w trakcie stanu wojennego, zakład stał się miejscem internowania działaczy NSZZ Solidarność z województwa pilskiego.


W roku 1916 we Wronkach więziona była Róża Luksemburg, zamordowana rok przed urodzeniem Ireny, w Berlinie.

Z Wronek przetransportowano Irenę do Berlina, najpierw do więzienia w Spandau, potem na Moabit, później do Frauengefängnis na Barnimstraße i wreszcie na wykonanie wyroku do więzienia w Berlinie Plötzensee.


W Poznaniu, na cmentarzu Miłostowo, niedaleko ulicy Warszawskiej, na polu 39 jest grób rodzinny Bobowskich. Pochowana jest tam matka Ireny Zofia i brat Stanisław. Na płycie nagrobnej wyryte są jeszcze dwa nazwiska – Teodora Bobowskiego zamordowanego w Katyniu i Ireny Bobowskiej ściętej w więzieniu Plötzensee w Berlinie.


Wszystkie zdjęcia oprócz tych z Miejsca Pamięci Plötzensee wykonała Ela Kargol

Ein Tag in Berlin, Kafka

Ewa Maria Slaska

Ich schrieb schon Mal von Kafka in Berlin, HIER. Diesmal gingen wir mit Masha, die dort beschriebenen Orte uns selber anzugucken.

Wir sollten, so war der Plan, mit dem Hotel Askanischer Hof beginnen, wo Kafka immer Quartier bezog als er nach Berlin kam, um Felice Bauer zu besuchen.

Hotel Askanischer Hof

Das Hotel ist eine Mirage. Es hat eine Internetseite. Sehr schöne und authentisch wirkend.

http://askanischer-hof.ihotelsberlin.com/de/

Es gibt es jedoch NICHT. Glaubt mir. Wir waren da vor drei Tagen! Es gibt dort kein Hotel! Auch kein, das Mal da gewesen wäre. Und offiziell es gibt es nicht seit 1923!!!!

Was ist es also da auf dieser Internetseite!? Und woher stammt dann dieses Foto unten? Es ist doch ein neues Foto, keine Antiquität aus dem Jahre 1922.

Wohnung Nr. 1, Miquelstr. 8, Steglitz

Die Verlobung mit Felice Bauer wurde aufgelöst. Kafka zieht nach Berlin mit seiner neuen Freundin, Dora Diamant, ein. Ab September 1923 wohnen sie in der Miquelstr. 8 bei Moritz Hermann. Das Haus steht nicht mehr und heute gibt es da kein Zeichen, dass Kafka dort gewohnt hat.

Wohnung Nr. 2 Grunewaldstr. 13, Steglitz

Schon zwei Monate später, am 15. November 1923 ziehen Dora Diamant und Franz Kafka in eine neue Wohnung ein, ebenfalls in Steglitz: Grunewaldstr. 13 (bei Seifert). Die neue Wohnung, schreibt Kafka an seine Schwester, ist ausserordentlich schön. Hat zwei Zimmer, Zentralheizung, elektrisches Licht und Telefon.
Auf dem Haus gibt es zwei Gedenktafel. Eine marmorene mit einem typischen Erinnerungstexts und eine metallene mit einem Zitat von Kafka:
Die Guten gehen im gleichen Schritt .
Ohne von ihnen zu wissen tanzen die Anderen um sie
die Tänze der Zeit.

Wohnung Nr. 3, Heidestr 25-26 (heute Busseallee 7-9), Zehlendorf

Im Februar 1924 ziehen sie das letzte Mal um (auf der Tafel unten steht ein anderes Datum – ich beziehe mich auf die obige Tafel und das Buch von Reiner Stach, Kafka von Tag zu Tag). Kafka ist schon sehr krank: Kehlkopftuberkulose. Danach wird noch Herzschwäche diagnostiziert.


Am 17. März 1924 reist er aus Berlin nach Prag aus, um hierher nie mehr zurückzukommen. Im April 1924 wird er in ein kleines privates Sanatorium im Dorf Kierling geliefert, wo er weiterhin von Dora gepflegt wird.

Am 3. Juni 1924 starb er. Wir begaben uns drei Tage später auf die Spurensuche von ihm.

Reblog

piotrstankiewicz.pl

LIST MĘŻCZYZNY DO MĘŻCZYZN


2 listopada 2019 roku Trybunał Konstytucyjny ogłosił (nie)sławny wyrok poważnie ograniczający dostępność aborcji w Polsce. Potem było oczywiście jeszcze gorzej, wiemy, bo TK praktycznie zakazał aborsji w Polsce. Ale ja nie o tym. Odpowiedzią były protesty w całym kraju, protesty o bezprecedensowej dynamice i największej być może skali w całej historii III Rzeczypospolitej. W czasie trwania tychże protestów Piotr Stankiewicz opublikował „List mężczyzny do mężczyzn”. Rozszedł się on wówczas bardzo szeroko, myślę, że po kilku latach nadal warto go przypominać. Nawet jeśli nie ma dziś żadnej specjalnej okazji. My też możemy bez żadnego trybu.

*

Panowie!

Wielu z nas chce wspierać kobiety w tym, co się dzieje. Ale warto się zastanowić, jakie wsparcie jest potrzebne, a jakie jest powielaniem seksistowskich stereotypów i karmieniem męskiego ego. Dlatego pozwólcie, kilka słów od faceta do facetów.

1. Nie przemawiajmy do kobiet. Mówmy do innych mężczyzn.

2. W szczególności, mówmy do tych mężczyzn, którzy nie ogarniają tematu. Mówmy, żeby ogarnęli, i temat i siebie. Jeżeli uważamy się za sojuszników kobiet, to nie jest naszym zadaniem do czegokolwiek kobiety przekonywać. Naszym zadaniem jest przemówić do rozumu tym mężczyznom, którzy nie ogarniają.

3. Bądźmy dorośli — gimnazjum już się skończyło. Nie sprowadzajmy sprawy do absurdu, gdy tylko nam wygodnie. „Nie przemawiajmy do kobiet” to nie znaczy, że mamy się do nich nie odzywać. A co znaczy? Znaczy, że mamy nie mówić w ich imieniu, nie zabierać im głosu, nie sugerować, że lepiej od nich wiemy, o co chodzi w ich walce o ich prawa. Diabeł mieszka w szczegółach. Darujmy sobie nawet pozornie niewinne sugestie czy dobre rady.

4. I nie, nie chodzi o to, że mamy się w ogóle nie odzywać. Gdybym tak uważał, to bym nie pisał. Mężczyzna nie ma milczeć, ma sporą pracę do wykonania. Nad sobą i nad innymi mężczyznami.

5. Nasza rola polega na tym, żeby posłać na śmietnik herstorii tę przeklętą „męską szatnię” (dosłowną i tę w przenośni). Na seksizm trzeba reagować tam i wtedy, kiedy on się dzieje. Słyszysz głupie żarciki w męskim gronie — reaguj. Widzisz kretyńskie zachowania — reaguj. Musimy temu powiedzieć STOP, w zwykłym codziennym życiu. Hannah Arendt się kłania: nieszczęścia nie biorą się stąd, że źli ludzie robią złe rzeczy, tylko stąd, że zwykli ludzie tolerują zło. Rzeczywistością nie staje się to, co lajkujemy na fejsie. Rzeczywistością staje się to, co tolerujemy na co dzień.

6. It’s not about us, men. Tutaj nie chodzi o nas. Próby wyjaśniania czy komentowania sprawy kobiecej przez kategorie męskich oczekiwań czy wyobrażeń — to jest podważanie tej sprawy.

7. Świat nie ma już wracać do żadnej „normy”, w której by było tak, jak było wcześniej. Chodzi właśnie o to, że nasze myślenie o naszym miejscu w życiu i świecie właśnie się wywraca do góry nogami. I to nie jest przypadek. To jest sens tego, co się dzieje. I to właśnie mamy wziąć na klatę.

8. Nie wysuwajmy wobec kobiet żądań czy oczekiwań. To nie jest czas, żeby stawiać warunki. Albo wspierasz, albo dzielisz włos na czworo, a siebie rozmieniasz na drobne.

9. Nie oczekujmy profitów, punktów procentowych, pogłaskania po główce, jacy to jesteśmy fajni. Wielu z nas podskórnie by tego chciało, ale zaprawdę powiadam Wam, niech nam wystarczy, że staniemy po właściwej stronie herstorii. To jest naprawdę dużo.

10. Tutaj nie chodzi o nas, ale jest jedna męska rzecz, którą warto podnieść, a o której rzadko się mówi. Otóż owszem, nie jest łatwo być postępowym mężczyzną we współczesnym świecie. I dlatego o tym piszę. To jest droga, na którą nie ma skryptu, na której nie ma wielu książek, za to jest wiele raf, i w ogóle, w szkole tego nie uczą. Zgadzam się. Ale ten ciężar musimy wziąć na siebie. Nie jest rozwiązaniem — tutaj i wszędzie indziej — przerzucać go na kobiety, że one mają wyjaśnić, przytulić, otoczyć miłością. Tak to nie działa.

11. Uczmy się, dowiadujmy! Nie dajmy się zwieść temu, że w KON-STY-TUC–JI jest napisane, że mężczyźni i kobiety są równi. Nasze doświadczenia w tym społeczeństwie dzieli przepaść. Był kiedyś taki wątek, „co byście dziewczyny zrobiły, gdyby wszyscy mężczyźni zniknęli na 24 godziny?”. I tu zagadka dla nas, facetów. Jak myślicie, jakie były odpowiedzi? „Przestałabym się malować”? Owszem, padło. Ale najwięcej serduszek dostała taka odpowiedź. „Poszłabym biegać w środku nocy i słuchałabym muzyki przez obie słuchawki, bez tej przemożnego uczucia, że jedną z nich muszę wyjąć”. Sto tysięcy dziewczyn to zalajkowało. I teraz połączymy kropki, o co w tym chodzi. I nie bójmy się przyznać, ja też dostałem gęsiej skórki, gdy pierwszy raz to zrozumiałem.

12. Zasoby internetu są nieskończone — wystarczy kliknąć. I są powiązane. Internet sam nas poprowadzi, trzeba tylko chcieć się dowiedzieć, doczytać. Chcemy być sojusznikami kobiet? Nie zmuszajmy ich do tracenia czasu, energii i nerwów na tłumaczenie nam tego, co dla nich jest oczywiste, a czego powinniśmy się dowiedzieć sami. Wierzcie mi, jeżeli kobiety czytają ten list, to ziewają z nudów, bo wszystko o czym tu piszę, jest dla nich absolutną oczywistością, codziennym doświadczeniem.

13. I w tym tkwi sedno sprawy.

14. Jak widzicie, wszystkie te grzechy mam dobrze przemyślane, bo wszystkie je popełniałem. I ani nie uważam ich za powód do dumy, ani one mnie nie dyskwalifikują. Bądźmy tą zmianą, którą chcemy zobaczyć w świecie, tak. Ale żadnej zmiany nie robią ludzie bezgrzeszni, bo takich nie ma.

15. Szerujcie.

*

(List był opublikowany na moim Facebooku i równolegle na ASZ Dzienniku, 2 listopada 2020 r.)

rysunek pióra, towarzyszący zapisowi na stoicki newsletter

Pracownia artysty

Ewa Maria Slaska

Patrick William Adam
(Scottish painter,1854 – 1929)
“Morning at workshop”,1912

Poranek w warsztacie? W warsztacie? Lekko błyszcząca podłoga, a więc wypastowana i nie zadeptana. Biały wykrochmalony obrus z mereżką. Róże w wazonie, róże za drzwiami do ogrodu. Niedbale przerzucona serweta i otwarta książka na krześle. Jak się przyjrzeć, to po lewej widać tylne strony dwóch blejtramów, a na komódce po prawej w wazonie stoją pędzle. Czyli słowo “warsztat” oznacza atlier artysty. To on sam, tylko on, pił tu poranną herbatę i być może jadł na śniadanie grzanki z marmoladą pomarańczową. Jest jedno krzesło, jedna filiżanka na stole. Czytał przy jedzeniu. Porzucił serwetę i książkę. Wyszedł.

Ten obraz nie daje mi spokoju. Pracownia artysty? Wyrastałam w domu z matką-artystką. Nie było białych błyszczących obrusów, srebrnego dzbanka do herbaty ani porcelanowych filiżanek. Rzeczywistość PRL-u w latach 40/50/60 była przaśna, ale fakt, że dom był pracownią artysty, pogłębiał wszystkie niedomogi.


Najpierw mama “cięła” czyli przenosiła wykonany uprzednio rysunek na deskę lub linoleum i wycinała go dłutami, które musiały być bardzo ostre, a prowadzić je trzeba było pewną ręką, bo inaczej linie rysunku były niechlujne. Potem trzeba było wypukłe części deski lub linolum pokryć bardzo dokładnie farbą (u mamy – najczęściej – czarną), delikatnie i równo przyłożyć cienki papier do farby, wygładzić każdy przylegający do farby kawałek papieru czymś bardzo gładkim (mama używała wygiętego kawałka wypolerowanej kości słoniowej), co pozwalało odbić farbę na papierze, a potem jeszcze delikatniej zdjąć papier z deski i położyć odbitkę na stole lub powiesić na sznurku, aby wyschła.
Tak wyglądało robienie odbitek z małych grafik, duże wymagały większej siły nacisku – prasy lub magla, aby jednak przewalcowany papier się nie darł trzeba było pokrywać go równiutko kawałkami grubego materiału i dociskać kawałkiem blachy. I dopiero taką “kanapkę” wprowadzało się delikatnie między dwa rozstawione na największą szerokość wałki magla. Wałki trzeba było skręcić z powrotem i dopiero wtedy przeprowadzić korbą całą konstrukcję na drugą stronę. I tak na przykład dziesięć razy albo pięćdziesiąt. W zależności od tego, ile odbitek trzeba było wyprodukować. Najczęściej były trzy odbitki z 20 albo i 30 grafik. To była ciężka wyrobnicza praca.


Grafiki bardzo często się nie udawały, papier się rwał lub załamywał, robiły się dziury, farba przesiąkała bądź przeciwnie – było jej za mało. Czasem dało się jakieś załamania wyprasować, a dziury zakleić, ale czasem odbitka szła do kosza na śmieci.


Czarna farba brudziła dłonie, meble, ubrania, dłonie brudziły twarz, talerze, książki. Odbitki leżały i wisiały wszędzie. Przyjaciele, którzy pomagali je wykonywać, byli w całym domu, musieli, jeść, pić, myć ręce, palili papierosy, słuchali głośno muzyki, spali, gdzie popadło. Ich brudne ręce pokrywały umywalkę, wannę, ściany szarymi zaciekami, farba była na talerzach, kubkach i sztućcach. Kot lub dwa koty szarpały nieudane odbitki (udane trzeba było starannie chronić), deptały po świeżej farbie i zostawiały ślady, gdzie popadło.

Leon Wyczółkowski
“Wiosna w Gościeradzu”
Około roku 1930

Przemek Masalski, zaprzyjaźniony psycholog, który był właśnie z wizytą (z żoną i córeczką) i któremu się poskarżyłam, że na obrazach, w tych pomieszczeniach, gdzie bądź co bądź żyją artyści, a więc stworzenia brudzące, jest tak czysto i estetycznie, a u nas, po kolacji, którą właśnie we czwórkę zjedliśmy, została góra odpadków i góra brudnych naczyń, powiedział, że taka właśnie jest różnica pomiędzy tym, co sobie idealistycznie wyobrażamy, a życiem.

No cóż, u nas tak…

Sen amerykański. Pokolenie Solidarności (6)

Ewa Maria Slaska

Eli

Chrzest Polski (1966)

Stefan chodził do szkoły od roku 1954, Basia od 1956. Był rok 1966, rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nader nieporęczny rok 966, rok Chrztu Polski.

Czego by nie powiedzieć o Komunie, PRL dokonała z okazji Tysiąclecia Państwa Polskiego wielkiego wysiłku i postarała się naprawdę godnie uhonorować tę nieszczęsną datę. Ku czci Tysiąclecia rozpoczęła się budowa tzw. „tysiąclatek”, czyli szkół podstawowych, której przyświecało hasło „Tysiąc szkół na Tysiąclecie”. Ich budowę rozpoczęto z inicjatywy Gomułki już w 1958 roku.

Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy chrztu, 28 maja 1966 roku przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po dziesięciu latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem, również władze wojewódzkie zaangażowały się w zadanie odciągnięcia ludzi od uczestnictwa w uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny na zakończenie Dni Książki, Prasy i Oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska. W Jedynce, czyli Liceum, do którego chodziła jeszcze Basia (Stefan był już na pierwszym roku studiów w Warszawie), a była wtedy w 10 klasie, po południu kazano wszystkim uczniom iść obowiązkowo do kina na film o Leninie w Poroninie. No, ale przecież Basia nie zamierzała iść do kina na Lenina z Poronina, coś takiego nie wchodziło po prostu w rachubę.

Basia po prawdzie nigdy nie lubiła akcji zbiorowych, co sprawiało, że używając inteligencji, zawsze potrafiła się wymigać od pochodów pierwszomajowych. Jednak nie zamierzała się wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. Po prostu miała ochotę zobaczyć Kardynała. No i zobaczyła. Potem, gdy już potrafiła oceniać siebie bardziej uczenie, twierdziła, że ma taką ludową religijność, taką zmieszaną kaszubską potulność i kresową hardość, i jednorazowe, nadzwyczajne oglądanie kardynała mieści się w jej kanonach religijności, podobnie jak strojenie ołtarzy ulicznych na procesję i wywieszanie dywanów i serwet przez okna, gdy po ulicach miasta wieziono Obraz.

Obraz, czyli kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, od roku 1957 pielgrzymował, czy też, bo i takiego słowa się używało, peregrynował po wszystkich polskich parafiach i do Gdańska dotarł w tym samym czasie, co Kardynał.

Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu czterdziestu biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła, ale to wówczas nie miało najmniejszego znaczenia.

Według szacunków podawanych przez instytucje decydenckie w PRL-u, które zazwyczaj zaniżały liczby osób biorących udział w uroczystaściach związanych z Kościołem, w Katedrze Oliwskiej i na placu przed katedrą zgromadziło się około 30 tysięcy osób. Zapewne było ich znacznie więcej.
Basia wróciła do domu bardzo zadowolona z siebie. Obejrzała Wyszyńskiego, nawet zupełnie dobrze, jak wchodził do katedry i nader dokładnie jak wychodził, bo przeszedł po prostu obok niej.
W niedzielę kardynał odprawił mszę w kościele Mariackim, a przed hotelem Orbis doszło do niewielkich zamieszek, gdy wierni zerwali antykościelne tablice i spalili je w ognisku. Do akcji wkroczyło wtedy ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej) – po raz pierwszy w Polsce. Odwody istniały już wprawdzie od dziesięciu lat, ale używano ich dotychczas zgodnie z przeznaczeniem, do którego zostały powołane, czyli ochrony osób, instytucji i uroczystości państwowych. Tym razem jednak zdecydowano się na użycie jednostki ZOMO w tłumieniu rozruchów.

Mama Basi nie wiedziała, że Basia nie poszła na Lenina. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że została ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, mama poszła do szkoły i zrobiła klasyczną proletariacką aferę, pod hasłem, że „intelygenci” posądzają jej córkę, prawdziwe robotnicze dziecko, o to że mogłaby zwagarować ze szkoły. Mama była bardzo głośna, Basia właściwie się jej wstydziła, ale musiała przyznać, że mama wspaniale załatwiła sprawę i nikt się jej już nie czepiał o tego nieszczęsnego kardynała. W szkole długo jeszcze opowiadano sobie o tym, jak mama Basi po kaszubsku krzyczała na wychowawczynię, dyrektorkę, jakichś innych nauczycieli, którzy się akurat znaleźli w okolicy, a nawet z rozpędu na woźną. I jakich słów używała.

Basia rzeczywiście była prawdziwym robotniczym dzieckiem. Jej tata pracował w Stoczni Remontowej jako spawacz, mama w fabryce przetworów owocowych Dagoma, najpierw jako robotnica przy taśmie, a potem na stanowisku kierowniczki sortowni jabłek. Był to prawdziwy peerelowski awans społeczny. W sobotę po pracy pani Gruba przynosiła z fabryki owoce, które były nadpsute i do poniedziałku zepsułyby się całkowicie. Każda pracownica mogła zabrać siatkę takich owoców do domu. Najczęściej były to jabłka.

Asia i Basia, przez całe dzieciństwo zmuszane do jedzenia szarlotek i placków z jabłkami, w dorosłym życiu nigdy dobrowolnie nie zjadły jabłka.
Jak skutecznie jabłko…

Chętnie zakończyłabym ten rozdział tym dziwnym równoważnikiem zdania, nie podając, o co chodzi. Byłoby to nader postmodernistyczne. Tym niemniej nie piszę przecież powieści postmodernistycznej, dla spokoju ducha czytelników powinnam więc jednak wyjaśnić, co jest z tym jabłkiem. Ale może zacznę od pewnej istotnej chyba uwagi – wydaje mi się, że w ogóle nie piszę powieści, tylko zbeletryzowaną historię naszego pokolenia, na przykładzie losów dwojga ludzi, którzy, choć mają swoje autentyczne pierwowzory, oboje oczywiście są skondensowanymi konstruktami, które przede wszystkim są mną, czasem bardziej Basia, czasem Stefan. Urodzili się w latach 40, wyrastali w latach 50 i 60, weszli w dorosłość w latach 70. Lata 80 były apogeum ich życia, czasem wielkich decyzji – zaangażowanie w politykę, więzienie, emigracja i potem nowe życie, w nowym, innym świecie. Były to ich własne, odpowiedzialne decyzje. Wielu ludzi przeżywa życie po prostu dając się nieść fali, ale Basia i Stefan w latach 80 samodzielnie i odpowiedzialnie podjęli ważkie decyzje życiowe.
Byli już dorośli, zbudowali coś w rodzaju małej stabilizacji, Basię interesowało „normalne życie”, Stefana – polityka, ale oboje oczywiście widzieli też, że obok, w równoległym do ich biografii nurcie życia, w wielkomiejskich enklawach, studenckich i młodzieżowych, szary świat PRL-u stawał się barwny i psychodeliczny. Pojawiły się substancje, które prowadziły człowieka nie wiadomo dokąd po marmoladowych łąkach pod mandarynkowym niebem. W tej wędrówce ważne były grzyby, te tajemnicze formy bytu, które czasem plasowano w ogóle na pograniczu życia roślinnego i zwierzęcego.

Wierzono na przykład, że na wysokości powyżej trzech kilometrów rośnie w Tybecie święty grzyb, który przez pół roku jest owadem. Tak go też nazywano. Grzyb-Gąsienica. Nie jest to nazwa całkiem bez sensu, bo grzyb atakuje gąsienice, wyjada je od środka i mieszka w ich skórze. Nazywa się Cordyceps sinensis i w dzisiejszych całkiem nietajemniczych czasach można go kupić w proszku jako preparat na wzmocnienie. W buteleczce. Oferuje następujące witalizujące elementy: adenozyna i kordycepina oraz cyklosporyny i nukleozydy; ponadto witaminy (A, B, C, E), składniki mineralne (potas, żelazo, magnez, cynk, selen), sterole, polisacharydy, kwas kordycepinowy, szesnaście aminokwasów oraz dysmutazę podtlenkową.

Po polsku grzyb nazywa się mniej tajemniczo – maczużnik chiński, bo rzeczywiście wygląda jak mała maczuga. Taka wielkości zapałki. Wzmacnia układ odpornościowy oraz układ nerwowy, dostarcza energii, łagodzi stres oksydacyjny, poprawia nastrój, wydolność fizyczną oraz libido. Reguluje poziom glukozy we krwi, ma właściwości antybakteryjne, przeciwgrzybiczne, przeciwpasożytnicze. Wspiera pracę nerek i pomaga przy infekcjach układu moczowego.

Ale właściwie wcale nie potrzebujemy maczużnika, bo w Polsce też mamy niezłe grzybki psyloscybki, czyli grzyby o działaniu psychoaktywnym, które sprawiają, że inaczej odbieramy czas, przestrzeń, kolory i dźwięk. W Polsce występuje łysiczka lancetowata. Rośnie w grupkach małych, brązowych lub brązowo-żółtych grzybów, które łatwo pomylić z trujakami. Chińczycy i Indianie stosują je od tysięcy lat podczas obrzędów religijnych, bo wierzą, że psyloscybki ułatwiają kontakt z bogami.

Grzybem, a raczej przetrwalnikiem grzyba zwanego buławinką czerwoną, jest też sporysz, z którego kiedyś produkowano środek przeciwbólowy i wczesnoporonny, a dziś – LSD. Sporysz zawiera wiele alkaloidów, w tym przede wszystkim ergotaminę. Jeszcze do niedawna sporysz atakował zboża, pamiętam z dzieciństwa kłosy żyta z twardymi podługowatymni grudkami sklerot czyli sporyszu. Gdy z zaatakowanego sporyszem zboża zrobiło się mąkę, powodowała ona halucynacje. W Średniowieczu całe zboże europejskie było zarażone i myślę, że mogło być tak, że różne wizje aniołów i diabłów, które ukazywały się wówczas ludziom, były wywołane konsumpcją sporyszu. Gdy poprawiła się jakość rolnictwa, zaczęto czyścić ziarna przeznaczone na siew, halucynacje ustały i może wtedy właśnie stał się możliwy Renesans? Imię Sporysz nosił też demon z mitologii słowiańskiej, będący personifikacją płodności i plenności.

Nawet wtedy jednak, gdy pokolenie LSD wyrosło i też się ustatkowało, grzyby zostały jak pamiątka innego świata, i pojawiały się w popkulturze jeszcze w latach zerowych i dziesiątych nowego tysiąclecia. U Olgi Tokarczuk był tort z muchomorów, u Michała Witkowskiego – Las Trujaków, na YouTubie – odjechany serial Wiktora Striboga Kraina grzybów. Jego pierwszy odcinek nosił tytuł Jak skutecznie jabłko… a przez cały filmik nie dowiadujemy się, co mamy z tym jabłkiem skutecznie… Bohaterka obiera je dość nieporadnie i jeszcze nieporadniej zjada.

To wszystko.

Unsere süßen Katzen

Ewa Maria Slaska

Aus Russland

Andrey Scherbak aus Rostov Russia

Diese Katzen (es sind zwei Katzen, das sieht Ihr, hoffe ich, weil zuerst denkt man, sie ist nur eine) sind so süß und so real, dass man ernsthaft überlegen muß, ob es nicht eine Situation im Liliputland ist. Unsere Augen glauben, dass, der Künstler das Haus, die Mauer, Blätter und Zweigen, sogar den Menschen warheitsgetreu malen könnte, aber nicht die Katzen. Nicht so!

Und es stimmt. Auf den anderen Photos sieht man es ganz genau. Die Wirklichkeitselemente sind real und die Katzen auch, der Künstler verbindet sie und verarbeitet im Photoshop.

Auf der Seite odnoboko findet man viel mehr Fotos.

Wie würde die Welt aussehen, fragt sich eine Journalistin, wenn sie von Katzen geführt würde? Eine lustige und faszinierende Fantasie, die in den kuriosen fotografischen Schöpfungen des russischen Künstlers Andrey Scherbak eine Antwort findet, der auf seinem Instagram Profil mehr als 150 Bilder von über 3 Meter hohen Katzen hochgeladen hat, in denen die heute winzige Gestalt des Menschen nichts anderes tun kann, als sich an die neuen Meister des Planeten Erde anzupassen. Und in gewisser Weise könnte es auch die beste Lösung für die Zukunft unserer Welt sein!

Alles mag ich, die Katzen, die Idee, den Künstler, der ein sympatischer Mensch zu sein scheint, man sieht ihn immer wieder auf den Fotos, er sitzt mit der Katze in einem Café, er geht dorthin spazieren, wo sich eine andere Katze eingenistet hat, sie umarmen sich, die Katze und der Mensch. Und wenn es alles so schön ist, wieso habe ich die ganze Zeit ein mulmiges Gefühl, als ob ich etwas Unangenehmes oder gar Unanständiges gemacht habe. Nicht gewollt, nicht geplant, es ist halt so passiert. Wie als ob du auf einem goldenem Strand am Meer sitzen würdesr, zufrieden, relaxiert, glücklich, du buddelst leicht mit der Hand im goldenen Sand und steckst die Finger in dort versteckten Scheisse. Ist nichts passiert, nicht tragisches, du läufst Hände Waschen, kannst darüber lachen aber das Gefühl bleibt. Zäh, hartnäckig. Der Tag, das Los, oder vielleicht jemand absichtig hat dir den goldenen Tag verdorben.

Und plötzlich weiß ich es ganz genau. Es ist nur eine Frage: Weshalb habe ich es gerade jetzt gesehen? Wieso hat mir der berühmte Algorhythmus es vorgeschoben? Es war klar, dass ich den Köter schlucke, die Katzen und Kunst. Jeder weißt, dass es mich interessiert, und wenn ja, da auch ev. reblogge. Trage weiterhin die Kunde interessaner Kunst aus Russland, des Landes der großen Kultur!

Ich glaube der Scherbakow muss dies überhaupt nicht wissen, auch die Person, die dieses Bild der auf der Mauer schlafende Katzen mir empfahl, weiß es nicht. Aber doch, es ist Haufenscheiße, dass man uns hier schön verpackt vorgeschoben hat. Es stinkt.

Och fuck you alle! Ich hasse es! Diese verdammte Fähigkeit unsere Vorlieben gegen uns zu drehen! Och shit, idi na ch*j. Idi na ch*j.

Das habe ich hergestellt.

Ja, du russischer Troll, so sehen jetzt die süßen Katzen-Bilder aus, wenn sie Bucha oder Mariupol als Hintergrund haben werden! So oder viel viel schlimmer!

Und so sehen die Katzen aus Mariupol aus:

To jest wojna!

Projekt Irena Bobowska (2)

Strona internetowa projektu TU
O Bobowskiej w Polkopedii TU

Grafika Anna Krenz


Ela Kargol

Z cyklu Chodzenie po mieście: W Poznaniu po śladach Ireny Bobowskiej i rodziny Bobowskich

Irena, zwana przez rodzinę i przyjaciół Nenią, urodziła się w roku 1920, rok po najstarszej Urszuli, przed Stanisławem, Teodorą i najmłodszą Heleną.

Wszystkie córki uczyły się w „Dąbrówce”, zwanej wtedy „Uczelnią Dąbrówka”. Szkoła została założona w roku 1919, ale istniała już dużo wcześniej, bo od roku 1830 w zaborze pruskim, wtedy jako Luisenschule. W początkach istnienia szkoły uczęszczały tu też Polki, dopiero poźniej Luisenschule stała się całkowicie niemiecka.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości szkoła zmieniła nazwę, kadrę nauczycielską i stała się szkołą polską, Państwową Uczelnią Żeńską Dąbrówki. Luizę Pruską jako patronkę od razu odrzucono, choć była żoną Antoniego Radziwiłła, wybrano Dąbrówkę, żonę Mieszka I, której grób prawie sto lat później odkryto w Poznaniu, niedaleko katedry.

Uczelnia Dąbrówki początkowo zerwała z tradycją pruskiej szkoły im Luizy Pruskiej, by po latach do niej jednak wrócić, szczycąc się dawnym prestiżem i pragnąc go zachować. W roku 1930, a więc gdy Irena była w piątej klasie, hucznie obchodzono stulecie szkoły, tym samym akceptując jej wcześniejszą pruską historię. Liceum „Dąbrówka” istnieje do dzisiaj i też uważa się za kontynautorkę tamtej szkoły sprzed prawie 200 lat.

Podczas II wojny światowej, w budynkach szkoły stacjonował Wehrmacht, a potem służyły niemieckiej militarnej organizacji Frauendienst. Jak podaje wikipedia:

Wojna przyniosła Dąbrówce ogromne straty; 11 jej uczennic zginęło z rąk Niemców, w tym Irena Bobowska. W czasie walk o Poznań budynki uległy prawie całkowitemu zniszczeniu. Szkołę musiano przenieść w inne miejsce.


Szkoła jeszcze kilkakrotnie zmieniała swój adres. W roku 2012 w pobliżu obecnego budynku „Dąbrówki”, na osiedlu Ogrody, z inicjatywy Stowarzyszenia Przyjaciół Szkoły im. Dąbrówki w Poznaniu mały obszar zieleni nazwano Skwerem Ireny Bobowskiej. W uroczystościach nadania imienia wzięła udział autorka książki „Nenia” Stefania Tokarska-Kaszubowa, władze miasta, harcerki i harcerze, uczennice i uczniowie „Dąbrówki”.


Gdy Irena w roku 1928 została przyjęta do trzeciej klasy do „Uczelni Dąbrówka”, szkoła mieściła się w budynku przy ulicy Młyńskiej. Nie miała więc daleko do szkoły, może trochę pod górkę, ale któż z nas nie miał do szkoły pod górkę. Irena była osobą z niepełnosprawnością. W wieku dwóch lat zachorowała na nieuleczalną wtedy chorobę Heinego-Medina. Do szkoły jeździła wózkiem inwalidzkim. Do klas wnosiły ją koleżanki. Niepełnosprawność nie przeszkadzała jej w aktywności szkolnej i pozaszkolnej.

W roku 1936 Bobowskim nie wiodło się już tak dobrze, jak na początku lat 20. ubiegłego wieku. Przyczyną była inflacja, kryzys gospodarczy i wysokie koszty leczenia Ireny. Bobowscy przenieśli się z eleganckiego i drogiego mieszkania na Starym Rynku do małego domku na Osiedlu Warszawskim.

Jestem poznanianką, ale Osiedle Warszawskie poznałam dopiero niedawno, szukając śladów rodziny Bobowskich. Osiedle zostało zaprojektowane przez Sylwestra Pajzderskiego w końcu lat 20. ubiegłego wieku. Gdy ktoś zna Poznań, to warto wspomnieć, że ten sam architekt projektował nieistniejące już, wyburzone kino Bałtyk. W zabudowie dominowały tradycyjne, klasycyzujące wille miejskie, realizowane przede wszystkim dla klasy średniej, o spokojnej ornamentyce i funkcjonalnych rozwiązaniach, otoczone dość dużych rozmiarów ogrodami. Budowano je według wzorów typowych Banku Gospodarstwa Krajowego. Po wojnie, niezabudowane parcele, masowo wypełniono willami o skromnych cechach modernistycznych.


Wille, niektóre odnowione, inne mniej, przetrwały do dzisiaj. Przy ulicy Kolskiej 9 pod koniec wojny w piwnicy utworzono prowizoryczny szpital, w którym pomagała siostra Ireny, Urszula. Dom przetrwał do dzisiejszych czasów, tak samo jak dom polsko-niemieckiej rodziny Trepperów, którzy za opór stawiany Niemcom zostali wysiedleni. Niestety domku Bobowskich już nie ma. Podzielił los innych domów przy ulicy Warszawskiej, które wyburzono w latach 70. ubiegłego wieku, gdy poszerzano ulicę i budowano nowe torowisko tramwajowe.


W roku 1933 na Osiedlu Warszawskim wybudowano kościół rzymsko-katolicki pod wezwaniem Chrystusa Odkupiciela. Kościół istnieje do dzisiaj, zmienił tylko zarządcę. Jest nią teraz parafia grecko-katolicka pod wezwaniem Opieki Matki Bożej w Poznaniu. A kościół katolicki przeniosł się do większego budynku, wzniesionego w latach 80. ubiegłego wieku. Na starym kościele umieszczona jest tablica upamiętniająca mieszkańców osiedla, zamordowanych w hitlerowskich więzieniach i obozach podczas II wojny światowej. Nad tablicą umieszczony jest krzyż harcerski. Wśród wymienionych mieszkańców, czy, jak głosi napis parafian, są trzy parafianki: Helena Antoszewska i Maria Babut, zamordowane w KZ Auschwitz i Irena Bobowska, ścięta w Berlinie w Plötzensee. Przed nowym kościołem jest głaz i rośnie dąb upamiętniający ojca Ireny, porucznika Teodora Bobowskiego, powstańca wielkopolskiego, zamordowanego wiosną 1940 roku w Katyniu. O śmierci ojca Irena nigdy się nie dowiedziała.


Krótko przed wybuchem wojny otwarto nową szkołę podstawową na Osiedlu Warszawskim, na tamte czasy jedną z najnowocześniejszych i najlepiej wyposażonych szkół w Poznaniu. Jej pierwszym kierownikiem był Tadeusz Maciejewski, który zginął w obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen.

W 1935 z inicjatywy mieszkańców, wybudowano na osiedlu (…) modernistyczną szkołę podstawową (architekt Jerzy Tuszowski, 1936, rozbudowana w 1937 i nazwana im. Marszałka Józefa Piłsudskiego). W okresie międzywojennym, po ukończeniu gimnazjum, w miejscowej świetlicy Towarzystwa Czytelni Ludowych, z dziećmi pracowała Irena Bobowska. Z jej inicjatywy założono tam bibliotekę.

Przy szkole do dnia dzisiejszego prężnie działa harcerstwo, tak bliskie sercu i zaangażowaniu Ireny Bobowskiej.

Irena należała do VI Drużyny Harcerskiej im. Anieli Tułodzieckiej, drużyny działającej przy „Dąbrówce“. Na Osiedlu Warszawskim opiekowała się harcerkami z tamtejszych drużyn. Była bardzo zaangażowana w działalność osiedlową Towarzystwa Czytelni Ludowych. Z jej inicjatywy powstała Biblioteka Młodzieżowa przy już działającej na osiedlu Bibliotece dla Dorosłych.

A potem wybuchła wojna. Zofii Bobowskiej odebrano sklep z kapeluszami; została wysłana do pracy w Prochowni. Prochownia istnieje nadal, ale jako centrum kultury i restauracja w Poznaniu przy ulicy Jackowskiego. Teodor Bobowski walczył w kampanii wrześniowej, z której już nie powrócił. Dzieci zamiast do szkoły musiały pójść do przymusowej pracy. Tylko Irena z powodu swojej niepełnosprawności została w domu. Jeszcze przed wybuchem wojny w tajemnicy przed rodziną Nenia wstąpiła do Żywych torped. Były to specjalne oddziały wojskowe formowane z ochotników w roku 1939 na wypadek agresji Niemiec na Polskę.

Według zachowanych źródeł oraz badań prowadzonych w latach 90. XX wieku przez społeczny Ośrodek Informacyjny Żywe Torpedy wynika, że deklaracje do udziału w walce w charakterze żywych torped zgłosiło do 31 sierpnia 1939 roku około 4700 osób, w tym około 150 kobiet. Przeważali młodzi ludzie w wieku 18-28 lat, mieszkający przeważnie w miastach i pracujący zwykle w charakterze urzędników lub w usługach.

Na szczęście w Poznaniu zrezygnowano z walki z najeźdźcą za pomocą żywych torped lub nie zdążono chętnych odpowiednio przeszkolić.

Irena na początku wojny wstąpiła do podziemnej Poznańskiej Organizacji Zbrojnej (POZ), przekształconej później w Wojskową Organizację Ziem Zachodnich (WOZZ). Jak podaje strona IPNu:

W listopadzie 1939 r. organem prasowym POZ była podziemna gazetka „Pobudka”. Jej inicjatorką została wówczas 19-letnia Irena. Po zaprzysiężeniu w 1940 r. do WOZZ, otrzymała pseudonim „Wydra”. Zajmowała się redagowaniem artykułów oraz powielaniem stworzonej przez siebie gazetki. Przewoziła ją, chowając w wózku inwalidzkim, którym się poruszała, ponieważ w dzieciństwie przeszła chorobę Heinego-Medina powodującą całkowity paraliż dolnych kończyn. W proces redakcyjny „Pobudki” zaangażowane były również siostry Ireny: Urszula i Teodora.


Wszystkie zdjęcia Ela Kargol. Ciąg dalszy za tydzień

Pantisokracja

Samuel Taylor Coleridge

Moja dusza w swych wizjach nie chyli się z żalem
Nad radością minioną. Ni ważyć nie będzie
Hańby tych dni, gdy smutek i niepokój wszędzie.
Umie zapomnieć! Ponad Oceanu fale
Wzbita lotem nadziei, chce chaty w dolinie
Ujrzeć, gdzie Cnota żyje bezpiecznie i święcie;
W krąg tańcząc przy księżycu, uplotą zaklęcie
Uczucia czarodziejskie, piękności mistrzynie.
Inne teraz popłyną łzy z oczu zbolałych;
Łzy szczęścia, w których radość jest i zdziwienie,
Jak z oczu ludzi, którzy z otchłani snu złego
Dźwigają się, gdzie diabły złośliwe szalały.
I widzą: słońce wschodzi. I drżące promienie,
Niosąc nową rozkosz, ku ich sercu biegną.

1791

Tłumaczył Zygmunt Kubiak

Ewa Maria Slaska

O utopiach, cyzli pantisokracja

Tak, jest takie polskie słowo, po polsku, podobnie jak w innych językach, kompletnie niezrozumiałe. Oczywiście kracja to władza, panti też znamy, toć to panta rei, czyli wszystko (płynie), co więc – władza wszystkich? a to so pośrodku to co? okazuje się, że to słowo też znamy, choćby z izobarów – isos – równy. Każdy będzie równy innym i tak się będą rządzili. Pantiskoracja, demokracja w najczystszej postaci. Tak się miała nazywać osada założona w Nowym Świecie przez młodych poetów i ich… narzeczone.

Czy z tego sonetu to wynika? Oczywiście nie, ale ten sonet to dopiero nadzieja. Coledrige urodził się w roku 1772, miał więc 22 lata, gdy podczas wakacyjnej włóczęgi poznał innego poetę, jeszcze młodszego – Roberta Southeya. Gdy się poznali, Robert miał 20 lat. Obaj oddali się wielkim marzeniom o najbardziej sprawiedliwym społeczeństwie na świecie. Plan dojrzewał, chłopcy pojechali do Bristolu, gdzie mieszkała narzeczona Roberta, Edith Fricker. Samuel zaręczył się z siostą Edith, Sarą, a trzeci poeta, nieco od nich starszy Robert Lowell, zaręczył się z Mary. Mieli więc już narzeczone, z którymi chcieli zakładać Pantisokrację. Jednak ani oni ani ich narzeczone nie miały pieniędzy. Dziewczęta pochodziły z dobrej rodziny, ale gdy były kilkunastoletnimi dziewczynami, ich ojciec zbankrutował. Edith i Sarah pracowały jako szwaczki, Mary została aktorką. Obaj młodsi poeci również byli bez grosza, a Lovell, jedyny zamożny człowiek w ich gronie, został przez rodzinę wyzuty z majątku, gdy związał się z aktorką.

Współczesne feministki widzą w siostrach Fricker wzór siostrzeństwa. Siostry spędziły niemal całe swoje życie wspólnie, pod jednym dachem.

To z nimi młodzi rozpoetyzowani marzyciele postanowali założyć utopię w Ameryce. Pantisokrację. Chcieli wznieść się ku niebu a potem opaść w doliny, gdzie stałyby ich skromne chatki.

Wszyscy mieli się rządzić wspólnie. Miało ich być dwa razy po dwanaścioro – dwunastu mężczyzn i ich dwanaście narzeczonych. Planowali bezwzględną równość kobiety i mężczyzny oraz wykonywanie przez mężczyzn większości prac domowych. Nie miało być prywatnej własności ziemi. Człowiek miał żyć w harmonii z przyrodą. Nawet zwierzęta miały być siostrami i braćmi “w braterstwie powszechnej Natury”. Dzieci miały być odcięte od pokus i uprzedzeń nowoczesnego społeczeństwa i wychowywane jako “dzieci Natury”. Pantisokracja była nowym początkiem, jej mieszkańcy mieli się stać Nowym Człowiekiem. Coleridge pisał: “Ideą przewodnią jest uczynienie ludzi koniecznie cnotliwymi poprzez usunięcie wszelkich motywów zła – wszelkich możliwych pokus… Obowiązkiem każdego człowieka jest bycie sprawiedliwym, ponieważ leży to w jego interesie … Serce powinno karmić się prawdą, jak owady liściem – dopóki nie zabarwi się na kolor i nie pokaże swego pożywienia w każdym najdrobniejszym włóknie”.

Z tych marzeń nic nie wynikło, nie mieli 20 tysięcy funtów na zakup ziemi, ani czterech tysięcy na podróż przez ocean. Ale możliwe, że ich plany nigdy nie były realne, choć dość długo znali nawet nazwę rzeki, nad którą chcieli się osiedlić: Susquehannah w Pensylwanii. Łagodna rzeka płynąca bezpiecznie wśród łąk pełnych kwiatów.

Nie popłynęli jednak do świata, gdzie można było tworzyć utopie, zostali w Europie. W roku 1794 wszystkie trzy siostry poślubiły swoich poetów. Mary szybko owdowiała, Sara i Samuel żyli niemal 30 lat w separacji, jedynie Robert i Edith rzeczywiście prowadzili udane życie małżeńskie i to oni przygarnęli obie siostry pod swój dach.

Moje księżynie

Ewa Maria Slaska (i Bazyli)

Używam słowa “księżyni”, choć, podobno tak twierdzi profesor Miodek, z szacunku dla pełnionej funkcji w przypadku kobiet księży nie powinno się używać feminatywów.

Na pierwszym roku studiów zamieszkałam na przedmieściach Poznania w domku jednorodzinnym u starej pani H., o której wszyscy mówili Biskupica. Wynajmowałyśmy u niej we trzy jeden ogromny pokój z werandą, pełną niezwykłych roślin, wśród których były na pewno fikusy, filodendrony i sansewerie oraz dziwnie słodko pachnąca, obficie kwitnąca choja.

Pani H. była stara, gruba i bardzo pogodna. Była dobrą gospodynią. Nauczyła mnie wielu trików, które stosuję do dzisiaj. Na przykład, że jeśli wkładasz żakiet lub marynarkę, wystarczy jeśli wyprasujesz gors, kołnierzyk i mankiety bluzki, a jak pieczesz ciasto, to bez wahania możesz użyć margaryny, bylebyś wysmarowała blachę masłem, a jeżeli w przepisie jest sześć jajek, to spokojnie wystarczą cztery. Jeśli nie wystarczą, nie warto sobie zawracać głowy takim przepisem. Dziś myślę, że te porady były przejawem skąpstwa, czy to poznańskiego, czy może indywidualnego, ale wtedy bardzo mi się podobały. Mąż pani H. już nie żył, ale chyba też musiał być bardzo oszczędny, a może zaradny, bo on z kolei zbierał na ulicy wszystkie gwoździe i śrubki. Nigdy bym nie pomyślała, że tyle żelaziwa można znaleźć, ale pozostały po nim blaszane puszki pełne metalowego badziewia, bardzo przydatnego w czasach, gdy wielu rzeczy w ogóle nie było w sklepach. A u pana H. i owszem. Też potem latami zbierałam różne rzeczy na ulicy, ale wolałam monety i koraliki niż gwoździe.

Państwo H. byli świadkami Jehowy. Przez dłuższy czas myślałam, że pani H. jest biskupicą, czyli wdową po biskupie jechowickim, ale kiedyś okazało się, że wcale nie. To ona była biskupinią, a jej mąż był szeregowym członkiem.

Ale nigdy nie widziałam pani H. w akcji, czyli nie wiedziałam, na czym polegało to jej biskupienie.
Wiele lat później spotkałam w Berlinie pastorkę braci czeskich. Mamy w Berlinie całą dzielnicę czeską  – nazywa się też odpowiednio – Böhmisches Dorf. Böhmen to Czechy, a jednocześnie źródłosłów bohemy, czyli cyganerii artystycznej. Słowo wzięło się stąd, że kiedyś myślano, że Cyganie przybyli do Europy Zachodniej z Czech. Ale już od Zimowej opowieści Szekspira wiadomo, że Czechy to odległa, egzotyczna kraina, która leży nad… morzem. Cyganie-artyści podobnie jak prawdziwi Cyganie mieli, zdaniem mieszczuchów, gardzić pracą i przepędzać życie na zabawach. Jednak husyci czyli bracia czescy byli podobnie jak hugonoci, mennonici i inni przepędzani z kraju do kraju protestanci słynni z pracowitości. Wszystkie te mniejszości chętnie przyjmowano w Prusach, które były wzorem tolerancji religijnej, połączonej z pragmatycznym sztosunkiem do życia. Hugonoci upowszechnili w Prusach zamiłowanie do luksusowych drobiazgów, rękawiczek, apaszek, malowanych tabakierek, koronkowych kołnierzyków czy wachlarzy, menonici osuszali błota, husyci uprawiali sady.
Tym razem dowiedziałam się już dokładnie, że kobieta i mężczyzna tak samo sprawują posługę kapłańską. Odprawiają msze, udzielają sakramentów, wygłaszają kazania, uczą dzieci w szkółce niedzielnej, zajmują się dobroczynnością, prowadzą chór, grają na fisharmonii i bardzo dużo pracują. Praktycznie niemal wszystko w małych kościołach protestanckich wykonuje pastor sam. Albo pastorka. Tego, co znamy z kościołów katolickich, że obsługą funkcjonowania kościoła i życia księży zajmują się kobiety z parafii, nigdy nie widziałam w żadnym kościele protestanckim. Pastorkę braci czeskich spotkałam po raz pierwszy nieopodal kościoła husytów na niewielkiej łące, gdzie zbierała kwiaty do udekorowania ołtarza, ale widywałam ją też przy zamiataniu kościoła czy prasowaniu obrusów na ołtarz.

Z kolejną kapłanką protestancką poznałam się już bardzo blisko, gdy przebywałam na stypendium literackim w Grecji. Była świeżo po studiach teologicznych i przyjechała pomagać jako wolontariuszka w małej parafii protestanckiej na wyspie Rodos. Parafię powołały do życia kobiety, niemieckie i holenderskie żony greckich mężów, i to one z własnej kieszeni opłacały przyjeżdżających tu gościnnie pastorów i pastorki. Pastorzy otrzymywali skromną pensję, wolontariusze natomiast nie dostawali pieniędzy za swoją pracę, a tylko wyżywienie i dach nad głową, ale “moja wolontariuszka” bardzo sobie chwaliła takie oryginalne miejsce działalności duszpasterskiej, twierdziła, że więcej się tu nauczyła przez kilka miesięcy niż przedtem przez lata studiów. Chodziłyśmy na długie spacery i cały czas rozmawiałyśmy. Myślę, że byłyśmy zaprzyjaźnione i nawet nie wiem, co się stało, że gdy wyjechałam z Grecji, już się więcej nie spotkałyśmy, a kontakt się urwał.

Czasem tak jest.

W międzyczasie poznałam już bardzo wiele kapłanek.

***

Ostatnio w Polsce pojawiła się informacja, że polscy ewangelicy wyświęcili dziewięć kapłanek. Bardzo się ucieszyłam, tym bardziej, że jedną z nich – księżynię Izabelę (druga z prawej), znam osobiście.

Fot. Piotr Molecki/East News, Warszawa, 07.05.2022. Kościół Świętej Trójcy w Warszawie. Uroczystość wyświęcenia na księży dziewięciu diakonek w Kościele Ewangelicko-Augsburskim. To pierwsza taka uroczystość w Polsce. N/z Marta Zachraj-Mikolajczyk, Izabela Sikora, Karina Chwastek, Malgorzata Gas, Halina Radacz, Katarzyna Rudkowska, Karina Chwastek, Katarzyna Kowalska, Wiktoria Matloch, bp Jerzy Samiec.

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Ksiadz-Izabela-ze-Szczecina.-Jej-maz-jest-juz-proboszczem?fbclid=IwAR2NsEnvaF1veHl_o5xWmBSF3XXTjDWT7bvu-4YD7S027KupArKgjS3FQ1A

A potem się okazało, że jesteśmy, my Polacy, jak w wielu innych sprawach, beznadziejnie zacofani, bo taka była reakcja na święcenia kapłańskie kobiet (i słowo reakcja ma tu ewidentnie dwa znaczenia):

***

Na pociechę:

Bazyli przysłał mi linka do Wikipedii o tym, że Polka była zapewne pierwszą kobietą na świecie, która otrzymała sakrę biskupią:

oraz informacje o tym, jak przez kilkadziesiąt lat zmienił się w Anglii stosunek do kapłaństwa kobiet (uwaga – Bazyli posługuje się językiem zwanym polnglish, czyli niektóre jego uwagi są po polsku, a niektóre po angielsku; używa bardzo różnych feminatywów, przy czym najczęściej słowa bishopka – czyli: no tak – kobieta biskup, biskupka, biskupinia…):  

Jest dobrze. W każdym razie było i będzie.