Zawód doznany od przyjaciół

Ewa Maria Slaska

Muszę się Wam poskarżyć na moich nieznośnych współblogowiczów. Nie piszą! No, po prostu nie piszą! Jeden – rozumiem, zdarza się, dwóch, no dobrze, dwóch jednocześnie nie ma weny, może też się zdarza, ale trzech, czterech… Potem jedna, i jeszcze jedna… Nawet mają tematy, ale jakoś im nie wychodzi. Na przykład pracują, tak jakbym ja nie pracowała. Mają wnuki, tak jakbym ja nie miała. Zimno, pada, jesień, tak jakby mnie nie padało, nie było zimno i jesiennie (choć to to ja akurat bardzo lubię). Piszą swoje – ja też! Mają gości, remonty i wyjazdy, a ja przecież też mam gości, i remonty, i wyjazdy…

No nie, nadojadło mi, albo się moi drodzy współblogowicze (a i Czytelnicy, którzy dotąd nie pisali – nieustannie zapraszam!) pozbieracie i zaczniecie coś przysyłać, albo na święta w prezencie pod choinkę skończymy tę zabawę… Miną dokładnie trzy lata – będzie prawie 1200 wpisów, co oznacza minimum 2400 godzin mojej włożonej w to pracy, sto, przepraszam, dób…

I to by było na tyle.

A na razie wyjaśnię tytuł, bo może nie wszyscy pamiętacie, a może nawet nikt nie pamięta. To William Saroyan, opowiadanie z tomu Chłopiec na lotnym trapezie i inne opowiadania, wydanego po polsku po raz pierwszy w Czytelniku, w serii Nike w roku 1961, ale naprawdę starszego niemal o 30 lat. Chłopiec… był debiutem Saroyana, wydano go w roku 1934. Saroyan urodził się w roku 1908, miał 26 lat, gdy nagle dzięki temu debiutowi stał się niezwykle popularny. Autor blurba umieszczonego na polskim wydaniu z roku 1968 napisał, że…

…świat, przedstawiany przez pisarza, jest pociągający, a bohaterowie są przeważnie ludźmi dobrymi, uczciwymi, o wspaniałych, wrażliwych sercach. Wiele opowiadań ma charakter autobiograficzny, przedstawia scenki z dzieciństwa autora, prezentuje groteskowe, komiczne postacie jego rodziców i znajomych, malowane z wielką miłością i sentymentem, a często i humorem.

Wikipedia uzupełnia tę konstatację informacją, że akcja opowiadań umiejscowiona została w latach Wielkiego Kryzysu, a bohaterami byli zwykli ludzie, biedni i głodni, którzy jednak nie tracili ducha i optymistycznego spojrzenia na świat.

Zawód doznany od przyjaciół sprawia, że autor decyduje się sam o sobie napisać pieśń pochwalną, bo przyjaciele, którzy mogli i powinni to byli zrobić, po prostu zawiedli…

Innym się lepiej trafiło. Tytułowy chłopiec na lotnym trapezie to linijka z piosenki amerykańskiej o słynnym w XIX wieku francuskim cyrkowcu – Jules Léotard:

He’d fly through the air with the greatest of ease,
That daring young man on the flying trapeze.

Léotard, z wykształcenia prawnik, był fenomenalnym akrobatą, wynalazcą akrobacji na trapezie, a występował w wymyślonym przez siebie jednoczęściowym kostiumie z dzianiny, który do dziś nazywa się leotard i jest praojcem wszystkich dzisiejszych kostiumów kąpielowych, również tych używanych na scenie. Podobno robił niezwykłe wrażenie na kobietach… No, ja myślę.

Ania Zając napisała na blogu o modzie Vumag.pl:

Leotard to jednoczęściowy, obcisły ubiór okrywający tors oraz często również ręce. Nogi pozostawia odkryte, choć zdarzają się też modele z krótkimi nogawkami. Wyglądem przypomina kostium kąpielowy lub body, które zresztą wzorowane były właśnie na nim.

Nazywany bywa też trykotem – od dzianiny o splocie kolumienkowym, wykonanej z wełny, bawełny lub jedwabiu, czyli trykotu – z której kiedyś był szyty. Strój ten noszony jest głównie przez gimnastyków, akrobatów i tancerzy, najczęściej w połączeniu z rajstopami lub legginsami. Leotard został wynaleziony przez Julesa Leotarda – żyjącego w drugiej połowie XIX wieku francuskiego akrobatę. I choć spopularyzował on ten strój, jego imieniem zaczęto nazywać go dopiero pod koniec XIX wieku, już po śmierci akrobaty. Na początku XX wieku leotard noszony był głównie podczas pokazów akrobatycznych oraz w cyrku. Dopiero w latach 50-tych zaczął być traktowany jako wygodny element stroju sportowego. Największa popularność trykotu przypada jednak na lata 80-te, kiedy to pojawiła się moda na aerobik, a Jane Fonda – ubrana oczywiście w leotard – wydała kasety video z ćwiczeniami dla kobiet. Strój ten stał się wtedy tak atrakcyjny, że na chwilę wszedł nawet do mody ulicznej.

Sam Léotard zmarł w wieku 32 lat, prawdopodobnie na ospę.

I po co ja Wam to wszystko piszę? Po nic. Tak sobie, żeby zapełnić puste miejsca po tych, którzy nie mogą nic napisać, bo nie mają weny, sceny, czasu i atłasu. Leotarda też nie mają…

Berlin for everybody

It is well known, that we are living in the city which is dirty and ugly, but, alas!, everybody wants to live here. And everybody important lives here or at least comes to visit us. We can do nothing, everything will be done for us. Look, just now, next week, comes my favorite German journalist, Meike Winnemuth, in November Ai Weiwei  (yes yes THAT! Ai Weiwei) and in one month Miranda July… He comes for one year, they just for one day…

Meike Winnemuth

dressmeikeShe is a very funny girl. She spend one year in one blue dress and wrote a book about it. So funny!

In a year 2010 she took part on TV Programmm Who becomes a millionaire?, got really half a million euro, took the money and spend one year living every month in another big city all over the world. And of course she wrote a book about living one year in the world. So funny!

I wrote about it HERE.

Now she does nothing! And she wrote a boook about it. So funny!

You will meet her:

Wed, 21. Oktober 2015 – 20:00

Babylon
Rosa-Luxemburg-Str. 30

10178 Berlin

Tickets (ach!) 12 €

Just go!

Ai Weiwei

12141735_993862160635176_394371024703387085_nI am not very fond of him though I know to appreciate his doings and deeds. He is a hero, it is interesting to meet a hero. One does not have many occasions like that in one’s life.

Sun, 1st of November 17:00

Konzertsaal der UdK
Hardenbergstraße 33
10623 Berlin-Charlottenburg

There are no tickets any more, so do not try to go! But there will be a live video stream at www.livestream.udk-berlin.de – in German, English and Chinese.

Miranda July

She comes tu Huxleys New World to present her new book:
“Der erste fiese Typ”.

Moderation: Thomas Böhm
German voice: Tatiana Nekrasov
Presented by Verlag Kiepenheuer & Witsch and BUCHBOX! bookstores
The event will be in German and English

Miranda July Fr, 13.11.2015  at 20:00
Huxleys Neue Welt, Hasenheide 107, 10967 Berlin

Tickets, ach, 17,5 €

Buy the tickets and go!

Bitwa Narodów czyli szkoda, że Napoleon przegrał

Ewa Maria Slaska

Co by było gdyby

O Bitwie Narodów już pisałam, bo, o, ach, ten książę Józef… Okazało się, że jego śmierć to klasyczny przykład friendly fire, bo zastrzelili go Francuzi, którym osłaniał odwrót. O czym na Wikipedii jest już jest mowa, ale w narodzie trwa legenda bohatera, któremu Bóg powierzył honor Polaków.

No, a co by było, gdyby książę nie zginął, a Napoleon zwyciężył? Może nie pochowano by Lecha na Wawelu, bo to od momentu gdy w roku 1817 złożono tam zwłoki księcia, datuje się tradycja chowania bohaterów w wawelskiej krypcie. Dla księcia był to zresztą trzeci pochówek, bo najpierw pogrzebano go w Lipsku, potem w Warszawie, a dopiero potem w Krakowie. Nie byłoby kultu księcia-bohatera, ale nie byłby może potrzebny, a Napoleon jako władca Europy, bieżącymi zarządzeniami administracyjnymi zapisałby się w pamięci narodów nie jako Wielki Przegrany, lecz jako Wielki Reformator.

My Polacy zawsze myślimy, że to dla nas upadek Napoleona to była klęska i utrata złudzeń na następne sto lat. Ale może warto tu przypomnieć, że i Niemcy, i cała Europa mają powody, by boleć nad tym zwycięstwem. Bo nie było ono wprawdzie ostatnią przegraną napoleońską, ale była to przegrana najbardziej znacząca i symboliczna.

Nowocześnie myślący dalecy od nacjonalizmu Niemcy po dziś dzień opłakują przegraną Napoleona jako ten czynnik, który uformował państwo pruskie w kształt, w jakim w XX wieku znienawidziła je cała Europa. To przez upadek Napoleona Prusy stały się państwem, w którym nacjonalistyczna pycha i arogancja, bezduszny militaryzm, dryl i bezwzględne posłuszeństwo, zastąpiły szlachetność, honor żołnierski i patriotyczną gotowość do poświęceń.

Gdy w stulecie bitwy wzniesiono w Lipsku pomnik ku czci Bitwy Narodów, Prusy były już wcieleniem owego strasznego charakteru. A w rok później rozpętały wojnę, która swym okrucieństwem przekroczyła wszystko, co zdarzyło się przedtem, a zdarzyło się przecież niemało.

Stefan Hertmans w książce “Wojna i terpentyna” pisze, że zetknięcie z armią niemiecką podczas I wojny było dla żołnierzy belgijskich nie tylko przegraną militarną, lecz również szokiem kulturowym. Oni wciąż jeszcze zachowywali się zgodnie z kodeksem honorowym, który obowiązywał w wojnach przez całe stulecia, szanowali wroga, który się poddał lub  ratowali obcego, jeżeli był sam, oszczędzali ludność cywilną, chronili słabych, kobiety, dzieci, chorych, rannych. Armia pruska zaś wykorzystywała te właśnie zachowania, aby w podły sposób zaatakować przeciwnika przez zaskoczenie. Belgowie, a zapewne i żołnierze innych narodowości, byli przerażeni i wstrząśnięci, ale… Ale, żeby się bronić przyjmujesz cechy wroga. Jeżeli podłość sprzyja zwycięstwu, nie ochronisz etyki.  II wojna światowa w swym bezprzykładnym okrucieństwie pokazała, że już każdy reżim i każda armia na drodze do zwycięstwa będzie stosować podłość…

Szkoda, że książę zginął, szkoda, że Napoleon przegrał… Dlatego, gdy w sierpniu tego roku szłam obejrzeć Pomnik Bitwy Narodów, nie martwiłam się o Polskę, bo Polska mimo wszystko odzyskała niepodległość i zupełnie dobrze sobie radzi, ale martwiłam się tym, że to co się wtedy zaczęło, dawno przestało być problemem militarnym czy cywilizacyjnym, a stało się problemem ludzkim, naszym pytaniem o to, jak żyć, a co gorsza, jak wychowywać następne pokolenia. Bo jeżeli podłość wygrywa… Bo może to dlatego z taką nienawiścią patrzymy dziś na uciekinierów…

Szkoda, że Napoleon przegrał.

Na zdjęciach poniżej droga z Niemieckiej Biblioteki Narodowej przez dawne tereny targowe pod pomnik.

bitwanarodow (3)-poczatek2bitwanarodow (2)-poczatek
bitwanarodow (4)srodek1bitwanarodow (5)-srodek2bitwanarodow (6)-dotarlam
bitwanarodow (6)-dotarlam2
bitwanarodow (9)dotarlam-jestem
bitwanarodow (8)-ostatni

Kot pracuje

Ewa Maria Slaska

Koty i praca

Po długiej przerwie znowu o kotach, a to dlatego, że kot poszedł do pracy i w domu pusto. Mailem docierają do mnie informacje o tym, jak się kotu pracuje.

kotpracuje kotpracuje1Myślę, że każdy z nas chciałby czasem dostać taką pracę – siedzieć i ładnie wyglądać.  Ale to wszystko pozory. Bo naprawdę praca kota wygląda zupełnie inaczej.

otokotopraca

A tak, to już nie każdy z nas potrafi pracować. Ja nie potrafię. Ogólnie jestem bardzo pracowita, dużo umiem, dużo mogę wymyślić, jest wiele zadań, których rozwiązania się nauczę, ale są takie dziedziny życia, w których nie jestem w stanie wykonać żadnej pracy, bo paraliżują mnie jak wąż ptaszka.

Na pewno są to wszystkie prace związane z kablami (no przecież mówię, że “wąż ptaszka”). Ostatnio koleżanka zadzwoniła z biura i powiedziała, że mam przynieść taki to a taki kabel, bo w biurze nie ma, a ja przecież mam wszystko. Ściągnęłam z pawlacza pudło z  elektronicznym badziewiem, wyjęłam kłąb kabli i wrzuciłam do torby. Nie mogłam jednak pojechać od razu do biura, bo logistyka wymagała, aby najpierw podlać kwiatki u koleżanki (kilometr na piechotę), potem załatwić sprawę w Urzędzie Skarbowym (4 stacje metra, jedna przesiadka), potem kupić przyjaciołom bilety w operze (10 stacji metra tam i 9 z powrotem), a dopiero potem dotrzeć do biura. Weszłam, walnęłam torbą o podłogę, koleżanka się schyliła i z gracją wyjęła z kłębowiska potrzebny kabel. Resztę wrzuciłyśmy na dno szafy. Odmówiłam dalszej peregrynacji po mieście z dwoma kilogramami czegoś tak paskudnego.

Innym rodzajem pracy, który natychmiast powoduje u mnie wyłączenie wszystkich obwodów w mózgu, jest opowiedzenie mi o operacjach finansowych, które powinnam wykonać, żeby się wzbogacić. Najdalej po dwóch zdaniach przestaję rozumieć, po trzech nie słucham, po czterech nie słyszę. Bardzo nad tym ubolewam, bo podobno człowiek tak inteligentny i pracowity jak ja, jakby się skoncentrował na robieniu pieniędzy, to by opływał w nie wiedzieć jakie dostatki, ale jak nie da rady, to nie da rady. Nie przeskoczę sama siebie. Choć przyznaję, że dostatki byłyby w życiu całkiem przyjemnym urozmaiceniem.

Długo się nad tym zastanawiałam, co budzi we mnie aż taki sprzeciw. Bo nie boję się cyfr i matematyki, ba, potrafię nawet całkiem sprawnie zrobić roczne rozliczenie dla Urzędu Skarbowego (patrz wyżej), a jednak nie znoszę rozmów o chytrych transakcjach finansowych. Obawiam się więc, że – czy to z natury swej czy z wychowania – jestem osobą przeraźliwie uczciwą, nie znoszę machlojek i to właśnie cwaność tych proponowanych mi transakcji budzi mój wewnętrzny opór.

Ale może to wcale nie jakaś kryształowa uczciwość mną powoduje, lecz zwykła nuda, bo…

Bo trzecim rodzajem pracy, którego nie trawię, jest kontakt z pustosłowiem i retoryką. A nie wykluczone, że operacje finansowe to w moim pojęciu tylko retoryka.

Zaczęło się niestety w dzieciństwie. Chodziłam z moją cioteczną babką Karusią do kościoła, siadałyśmy w ławce i wszystko było dobrze, póki trzeba było, jak to w kościele, wstawać, siadać, klękać, odpowiadać po łacinie, śpiewać, wszystko to bardzo lubiłam, a śpiewałam wręcz przecudownie, ale gdy ksiądz zaczynał kazanie, zapadałam w bezmyślne zacukanie. To właśnie tam nauczyłam się, że wystarczy nie rozumieć i nie słuchać, a przestaje się słyszeć i można się oddać myślom o czymś innym, ciekawszym, ładniejszym… To tam, w ławkach kościoła Przenajświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu. To zresztą ten sam kościół, o którym pisze Grass w Blaszanym bębenku – pamiętacie, jak Oskar wchodzi na kolana rzeźby Madonny? To tam.

Nie słuchałam kazań, ani na górze ani na dole, co sprawiło, że nie byłam w stanie słuchać szefów i nie wytrzymywałam zebrań. Och, jakąż ja bym zrobiła karierę, w pracy, w nauce, w polityce – a wierzcie mi – wszystkiego próbowałam. Karierę bym zrobiła, powtarzam, gdyby nie te cholerne zebrania.

A może wszystko przez te okna… Moja Babka, gdy popadła w melancholię siedziała na kanapie i patrzyła przez okno. To było przed wojną. W wielkim mieszkaniu Pradziadków było takie okno, a pod nim kanapa. Ciocia nawet zaznaczyła je na planie.

oknoanieliPrzedwojenne mieszkanie Pradziadków w Warszawie na ulicy Zgoda 9, dziewięć pokoi, 250 metrów kwadratowych – zaznaczona kanapa pod oknem w salonie. Ciocia napisała “Ciotka Aniela siedziała i czytała romanse” – Mama, córka Anieli, by się z nią nie zgodziła. Bo oczywiście była to ta sama kanapa, ale podpis Mamy byłby taki: “Mama siedziała i patrzyła w okno”.

Ja patrzyłam na witraże, zawsze te same, po lewej stronie – przedstawiały polskich świętych, świętego Jacka Odrowąża, świętą Salomeę i świętego, który na oknie kruszył kajdany, może zresztą nie kruszył tylko cierpiał w kajdanach. Nie pamiętam, co on był za jeden. Łukasz? Mateusz? Może Andrzej Świerad? I nagle olśnienie, oczywiście, Rafał Kalinowski, święty powstaniec. Patrzę na nich i myślę nie wiadomo o czym, przygotowuję się do pracy na całe życie.

A Schyzia tak pracuje. Patrzy przez okno.

kotpracuje2
Bo podobno obecność kota w mieszkaniu płoszy myszy. Zobaczymy.

Zdjęcia Schyzi: Johanna R. i Tanja K.

Konkurs Chopinowski

Ewa Maria Slaska

Rozmyślania przy kawie

Jakiś czas temu zaczął się Konkurs Chopinowski. XVII. Od tego więc jakiegoś czasu rozmyślam o Chopinie. Myśli nie wiążą się ze sobą, tak się przecież rozmyśla. W każdym razie ja tak rozmyślam. Obawiam się, że dostanę po głowie za te rozmyślania, ale cóż amicus Platon sed magna amica Veritas. Nawet jeśli to prawda tylko moja i malutka, nie większa od prawdziwka.

Chopin jako zasłonka.
Rok chopinowski kilka lat temu. Na rozwalającym się w samym sercu Berlina na Unter den Linden budynku dawnej ambasady RP zakrywający nędzę i ruinę ogromny banner z Chopinem.
Nota bene, Ambasady nadal nie zbudowano. Ale poza turystami nikt już chyba nie zauważa tej ruiny. Zresztą często na niej coś wisi. Jak nie Chopin to reklama muzeum figur woskowych.

Chopin jako cwel.
W tymżeż samym Roku Chopinowskim Ambasada RP w Niemczech (mieści się jednak w inym budynku, nie w tym rozwalającym się) wydaje po niemiecku komiks o Chopinie. Ma on zostać rozdany w szkołach, musi więc być taki, żeby współczesne dzieci chciały go czytać. Zatrudnia się najlepszych komiksiarzy. Produkt spełnia oczekiwania, na pewno będzie się podobał młodzieży. Chopin nazwany jest cwelem i gejem, ale ponieważ nie było jeszcze hejtu antycudzoziemskiego, nikt mu nie przyczepia łatki przybłędy. Ktoś się jednak w ostatniej chwili orientuje, że coś tu jest nie tak. Polonia, która dowiedziała się z przecieków, co jest nie grane, protestuje. W ostatniej chwili zapada decyzja, żeby nie rozdawać tego Dzieła w szkołach, a nakład komiksu spalić. Powoduje to następną falę oburzenia wśród Polonii. Tylko reżimy palą książki… Komiks musi iść do muzeum!
No, nie dogodzisz!

Chopin jako element życia rodzinnego.
Jest poprzedni konkurs chopinowski. Do Berlina przyjeżdża moja siostra. Spędzamy czas tak jak lubimy, w tym samym rytmie pracujemy, gotujemy, jemy. Tak już byłyśmy razem w Grecji i w Szwecji, tak byłyśmy w północnych Niemczech i nad kaszubskimi jeziorami. Teraz tak sobie spędzamy czas w Berlinie. Pieczemy bułeczki, chodzimy na spacery, pracujemy, każda przy swoim komputerze. Obok stolika mojej siostry konstrukcja ze stołka i książek, a na niej radio. Od rana do wieczora Chopin. Albo ktoś go gra, albo ktoś opowiada o tym, jak go gra… Chopin, praca, muślinowe firanki w kuchni, złoty październik w Berlinie, pięknie…

Chopin jako kość niezgody.
Dawno temu, bardzo dawno. Idziemy większą grupą międzynarodową na jakąś imprezę. Nie wszyscy się znamy, musimy więc przy pomocy 20 pytań rozpoznać wrogów i przyjaciół. Jakiś Rosjanin pyta mnie, czy kocham Chopina? Czy kocham, nie czy lubię? Nie, odpowiadam zgodnie z prawdą. Kiedyś lubiłam, ale od czasu, gdy Jaruzelski, stan wojenny, Chopin, no wiesz, all that jazz, już nie lubię. Opowiadam, ale widzę, że nie dociera. Opowiadam dokładniej, jednak nic mi już nie pomoże. Rosjanin bluzga na mnie stekiem nienawistnej krytyki, bo Chopina trzeba kochać.
No tak, trzeba kochać…

Chopin u Prousta.
Czytam Prousta regularnie. Dawniej czytałam go niemal co roku, może nie wszystkie siedem tomów, ale pięć na pewno, teraz czytam go trochę rzadziej, ale nadal często. Częściej niż ktokolwiek, kogo znam. I zawsze odkrywam coś nowego, przy lekturze kilka lat temu – Chopina. Bo we Francji toczy się spór pokoleniowy między zwolennikami Chopina i Wagnera. Chopin to staroć niemożebna, Wagner jest in. Chopin jest, fuj, romantyczny. Brrr… Wynajmuje się pałacyki w Bayreuth, żeby zaprosić gości na festiwal i wspólnie słuchać wagnerowskich walkirii. Stara księżna Cambremer nie lubi synowej, bo ta jest zaciekłą wagnerzystką. Proust sam był wielbicielem Wagnera, a o Chopinie zapisał: “Chopin, mer de soupirs, de larmes, de sanglots / Qu’un vol de papillons sans se poser traverse / Jouant sur la tristesse ou dansant sur les flots.” – Chopin, morze westchnień, łzy, szloch, motyl lekki a bezkrytyczny, czasem smutny, czasem tańczący ponad falami.
A co, jeśli się nie lubi ani Chopina ani Wagnera? A co jeśli się lubi Janis Joplin? Choć ona też już dawno wylądowała na tej samej hałdzie historii, na którą przedtem spadli Chopin i Wagner. 

Najlepiej, żeby było cicho, jak się pije kawę.

 

 

 

 

 

Co jest męskie, co żeńskie czyli o Swietłanie raz jeszcze

hand_geschnizter_holzpapagei_1_lgwEwa Maria Slaska

Wojna, śmierć, piłka, papuga

Wiele lat temu znalazłam na ulicy papugę z drewna. Zaniosłam ją mojemu osobistemu narzeczonemu, temu, który w owym czasie pełnił tę funkcję w moim życiu, zgodnie z niemiecką definicją, określającą taką osobę jako Lebensabschnittsgefährte – towarzysz odcinka życia. Był to człek poważny i melancholijny a może nawet ponury, pomyślałam więc, że na pewno się ucieszy, jak dostanie taką świetną papugę, która mu wniesie w życie element żeński i kolorowy. I lekki, bo to musiało być egzotyczne drewno, bardzo lekkie, może nawet owa tajemnicza balsa, o której każdy z nas czytał w opowieści o Kon-Tiki i nawet nie do końca wierzył, że to prawda.

“Narzeczony” spojrzał na mój dar i powiedział, “O, Papagei! fajny facet”. Jak to?, zapytałam, przecież papuga to koleżanka. I tak to zaczęłam zbierać słowa, które po niemiecku są rodzaju męskiego, a po polsku są żeńskie. Pamiętam, że zdumiało mnie, że to wszystko, co jest zajęciem dla mężczyzn – der Krieg, der Kampf, der Tod, der Ball i der Fußball – po niemiecku jest zgodnie ze swym przeznaczeniem męskie, a po polsku czy szerzej – po słowiańsku – żeńskie: wojna, walka, śmierć, piłka i piłka nożna, zastępcza forma wojny na czas, gdy wojna toczy się gdzie indziej. Mało, że u nas słowa te są żeńskie, istnieją jeszcze ich żeńskie formy zdrobniałe, oswajające – wojenka, śmiercicha, piłeczka.  Po niemiecku formy zdrobniałe byłyby nijakie: Kriegchen,  Tödchen… ale i tak ich nie ma. Nikomu w Niemczech nie przyszłoby do głowy, żeby ukobiecać i oswajać wojnę, głód i śmierć. To straszni wojownicy z Apokalipsy, męscy rycerze zagłady, tacy jak u Dürera.

Dlatego też tytuł a i przesłanie najważniejszej książki tegorocznej laureatki nagrody Nobla w dziedzinie literatury, Swietłany Alaksandrauny Aleksijewicz, nie w pełni zostanie zrozumiane na Zachodzie i w Niemczech. Bo dla Niemców wojna nie ma w sobie nic kobiecego. W całym DACHu  (a przy okazji wiecie co to jest DACH? Kraje niemieckojęzyczne – Deutschland, Austria, (C)Helwecja) – wszyscy się zgodzą z autorką, nie wiedząc, że w krajach słowiańskich tytuł ten jest rewelacją. Reportaż Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, napisała Swietłana w 1985 roku. Są to wywiady z kobietami, które walczyły podczas II wojny światowej. “Dostałyśmy plecaki i uszyłyśmy z nich sobie spódnice”, mówią jej bohaterki. Książkę po polsku wydało w roku 2010 wydawnictwo Czarne, a wznowiło ją w roku 2015. Z rosyjskiego przełożył Jerzy Czech.

Jak pisze Wikipedia, autorka miała duże problemy z publikacją tego reportażu, który dwa lata czekał na druk. Ukazał się w ZSRR w 1985 roku i sprzedała się w dwóch milionach egzemplarzy. Była to jednak okrojona wersja, pełna ukazała się dopiero w 20 lat później, w roku 2004. W roku 2011 książka otrzymała Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus oraz Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Na podstawie utworu stworzono cykl filmów dokumentalnych, a w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie zrealizowano także adaptację teatralną w reżyserii Krzysztofa Popiołka.

– Wojna nie ma ludzkiej twarzy – mówi Swietłana Aleksijewiczw wywiadzie dla Gazety Wyborczej po przyznaniu jej Nagrody imienia Kapuścińskiego. – Ale ja patrzę na wojnę oczami kobiet. Daję im prawo głosu, aby opowiedziały o swojej kobiecej wojnie, a nie o męskiej. Kobieta pamięta co innego, inaczej pamięta. Pamięta kolor, zapach, ma dużo uczuć, których nie mają mężczyźni.

Reblog: Swetlana

A dla Polaków też reblog, tyle że z Tygodnika Powszechnego

Literatur-Nobelpreis geht an Swetlana Alexijewitsch

08.10.2015, 19:36 Uhr | dpa

Literatur-Nobelpreis 2015: Swetlana Alexijewitsch ausgezeichnet. Die weißrussische Schriftstellerin Swetlana Alexijewitsch. (Quelle: dpa)

Die Schriftstellerin und Journalistin Swetlana Alexijewitsch (67) wurde mit dem diesjährigen Nobelpreis für Literatur ausgezeichnet. Das gab die Schwedische Akademie in Stockholm bekannt. Die Weißrussin bekam den Preis für ihr “vielstimmiges Werk”, welches “dem Leid und dem Mut unserer Epoche ein Denkmal” setzt.

Verliehen wird die mit 8 Millionen Schwedischen Kronen (etwa 850.000 Euro) dotierte Auszeichnung traditionell am 10. Dezember, dem Todestag Alfred Nobels, in der schwedischen Hauptstadt.

Das moralische Gedächtnis des zerfallenen Sowjetimperiums

Alexijewitsch ist mit einem ganz eigenen literarischen Stil zum moralischen Gedächtnis des zerfallenen Sowjetimperiums geworden. Sie hat mit ihren Collagen das Leid, die Katastrophen und den harten Alltag der Menschen in ihrer Heimat aufgearbeitet. 2013 erhielt sie dafür den Friedenspreis des Deutschen Buchhandels.

Alexijewitschs Werke sind “Romane in Stimmen”. Erstmals wandte die gelernte Journalistin ihre literarische Methode 1983 im Buch “Der Krieg hat kein weibliches Gesicht” an. Mit Interviews dokumentierte sie das Schicksal sowjetischer Soldatinnen im Zweiten Weltkrieg.

Porträts von Tschernobyl-Überlebenden

Für “Zinkjungen” (1989) sprach sie mit mehr als 500 Veteranen des sowjetischen Afghanistan-Feldzugs und Müttern gefallener Soldaten. Genauso porträtierte sie 1997 die Überlebenden der Reaktorkatastrophe von Tschernobyl. Als ihr Großwerk gilt “Secondhand-Zeit” von 2013 – eine Sammlung von Stimmen über die erschütternden Erfahrungen des kommunistischen Experiments in der Sowjetunion.

Alexijewitsch wurde am 31. Mai 1948 im westukrainischen Stanislaw (heute Iwano-Frankowsk) geboren. Sie arbeitete nach einem Journalistik-Studium zunächst bei einer Lokalzeitung sowie als Lehrerin. Da sie unter dem autoritären Regime in Weißrussland öffentlich kein Gehör fand und ihre Werke nicht verlegt wurden, hielt sie sich viele Jahre im Ausland auf.

2011 zog sie trotz ihrer oppositionellen Haltung zurück nach Minsk. “Ich will zu Hause leben, unter meinen Leuten, meinen Enkel aufwachsen sehen”, sagte sie. Außerdem sei Quelle ihres Schaffens immer das Gespräch mit den Menschen gewesen. “Und das kann ich am besten hier und in meiner Sprache”, sagt Alexijewitsch.

Im vergangenen Jahr hatte die Nobel-Jury den Franzosen Patrick Modiano (70) für seine “Kunst der Erinnerung” geehrt, mit der er die unbegreiflichsten menschlichen Schicksale wachgerufen habe. Letzte deutschsprachige Preisträgerin war Herta Müller im Jahr 2009.

Zahlen und Fakten rund um den Literaturnobelpreis

Seit 1901 ist der Nobelpreis für Literatur bisher 107 Mal verliehen worden. Einige Zahlen und Fakten:

  • Es dominieren Preisträger aus dem westlichen Kulturraum. Führend ist Frankreich mit 15 Literaten. In den deutschsprachigen Raum ging die Auszeichnung bisher 13 Mal.
  • Nur viermal mussten sich zwei Autoren den Preis teilen, zuletzt 1974 die Schweden Eyvind Johnson und Harry Martinson.
  • Das Durchschnittsalter der Geehrten beträgt 65 Jahre. Der jüngste ist bisher Rudyard Kipling (“Das Dschungelbuch”), der 1907 mit 42 Jahren ausgezeichnet wurde. Doris Lessing war dagegen schon 88 Jahre, als sie 2007 den Preis erhielt.
  • 13 Frauen haben bisher den Literaturnobelpreis gewonnen.
  • Zwei Autoren mussten oder wollten verzichten: der Russe Boris Pasternak, dem die Auszeichnung 1958 zugesprochen worden war, und der Franzose Jean Paul Sartre 1964.
  • Niemand hat mehr als einmal den Nobelpreis für Literatur erhalten. (Aber in anderen Sparten schon – Marie Skłodowska-Curie, polnische Chemikerin 1903 fżr Physik und 1911 für Chemie – Anm. d. Red.)
  • Der Preis wird für das Lebenswerk eines Literaten vergeben. Bei neun Autoren hob die Schwedische Akademie eine spezielle Arbeit hervor. Bei Thomas Mann etwa war es 1929 sein Roman “Buddenbrooks”, bei Ernest Hemingway 1954 “Der alte Mann und das Meer”.

Reblog: Perfectionism

I found it on the Facebook some times ago. She is an author of famous Eat, pray, love, which I find lukewarm. But I really like what she writes here.

Elizabeth Gilbert

Dear Ones –

My friend Marie Forleo made this image for me, after I appeared the other day on her show, Marie TV, and we spoke about how perfectionism stops people from living their most joyful, curious, and expansive lives.

I meet so many creative souls who are not creating anything, because their perfectionism decided in advance that it would never be good enough…so why bother?

I know a brilliant and celebrated author who hasn’t been able to finish a book in nearly fifteen years, because her perfectionism refuses to allow her to release her own (always great) work.

But perfectionism doesn’t just ruin creativity. Perfectionism is a serial killer; it goes after all good things.

Perfectionism can ruin your marriage, your sex life, your friendships, your relationship with your family members, your relationship with your own poor beautiful tired human body, your relationship with the imperfect world in which we must live, and even your relationship with God. (Here’s what the perfectionist says to God: “You allow suffering and pain and injustice to exist, and therefore you are not perfect, and so you and I are DONE.”)

For me, I’m lucky enough not to suffer from perfectionism in my work (I’ve always described myself as “a discipined half-ass” which is how I’ve been able to write 7 books and let them go into the world, even though they are not perfect.) I’m very happy to let my creativity be messy, weird, exploritory, and unpredictable.

But I do suffer from perfectionism in terms of the standards to which I hold other people and myself. I have perfectionist tendancies in terms of BEHAVIOR. I expect people to be good and decent and self-accountable and reliable and kind and fair…and I expect this of myself, too. When people fail me, or when I fail myself (which is inevitable, for we are all human), I react with brittle anger, judgment, and condemnation. (In fact, I just had an episode of righteous indignation against someone this very week. And I lashed out.)

Which gets us nowhere.

I’m working on it, you guys. Because it’s taken me years to see how my perfectionism around behavior (toward others and toward myself) is a murderer of my own joy, and of my own humanity.

I would say, “I’ll try to do better”, but that sounds a bit perfectionistic, doesn’t it?

🙂

Let’s just say: I am learning how to let go of the perfect, in order to embrace the realistic, the beautiful, the messy, the true, and the good.

Because that just seems like a far, far, far happier way to live…

Blessings to you all, and ONWARD,
LG

Ja i Księżyc myśliwych

W sierpniu poproszona przez wydawnictwo napisałam o Księżycu myśliwych i określiłam go jako polski kryminał skandynawski w stylu Mankella. Dzisiejszy wpis przygotowałam tydzień temu. Jak mogłam przewidzieć, że Mankell umrze 5 października, na dwa dni przed premierą tej książki?

Ewa Maria Slaska

Była druga w nocy…

Zdanie “Była druga w nocy” znalazło się kilka lat temu w moim wpisie Nowy Świat i okolice na blogu QRA czyli Nowa kuchnia, kura i kultura, a który był następcą słynnego, śmiem twierdzić, blogu pod tytułem Jak udusić kurę…

520 lat temu, 12 października 1492 roku marynarz z “Pinty”, jednego ze statków Kolumba, Rodrigo de Triana, jako pierwszy zaoczył z bocianiego gniazda brzegi nowego świata. Urodził się 1469 r. w Sevilli, miał więc 23 lata!

Pomnik Rodriga de Triany w Sewilli

Był pierwszym Europejczykiem od czasów Wikingów, który zobaczył Amerykę, a dokładniej wyspę Guanahani (San Salwador, dziś wyspa Watlinga) lub może wyspę Samana Cay. Zakrzyknął (ponoć) to, co zawsze się chyba woła w takich okolicznościach: ¡Tierra! ¡Tierra!

Była druga w nocy.

I choć wiem, bo widziałam na własne oczy, to jednak wcale nie wiem, jak to się stało, że ten cały wpis o nocnym odkrywaniu nieznanego świata dwom moim ówczesnym (a i obecnym) współautorkom, Katarzynie Krenz i Julicie Bielak, skrócił się do zdania Była druga w nocy, a ono zainspirowało je do napisania wspólnej książki? I to ja byłam Pierwszą przyczyną! Moja Siostra Kasia i Julita napisały książkę, która dziś ukaże się w księgarniach. Nie o drugiej w nocy tylko o godzinie, o której otwiera się księgarnie, a ja będę za chwilę, za tydzień, bo za tydzień jadę do Warszawy, przyglądać się tej książce i tej okładce…

Okladka Cover Photo FB…i mieć w pamięci, że tak się ta historia zaczęła, w komentarzach do wpisu o Rodrigu z Triany i Neilu Armstrongu:

juliczka
2012/10/14 23:43
Wszystko piękne, wszystko ciekawe.
Rozwinęłabym zdanie – “Była druga w nocy”. Brzmi jak początek opowieści.
A tu trzeba iść, przygotować, podać zastrzyk, potem posiedzieć, potrzymać za rękę, poczekać, aż zaśnie.

kattinka33
2012/10/15 12:04
No piękny początek… I piękne ćwiczenie dla wyobraźni i ręki (z piórem). Pacjent – wojenny, co i czas nam od razu określi (Verdun, Somma, Warszawa?) A stary on? młody po wypadku? Czy ma to wyjść od razu, czy później…. hmmm……

ewamaria030
2012/10/15 14:13
Hmmm, ja zrozumiałam, że druga w nocy to początek powieści, a pacjent jest aktualny i rzeczywisty. Zgodziłabym się jednak z Kattinką, że skoro Juliczka już zaczęła, to możemy to kontynuować i pisać w odcinkach wspólną powieść, tylko że ja bym wolała, żeby to nie byli pacjenci wojenni. Ale zróbmy jak w sekretarzyku – każdy pisze swoje. Jak się trochę nazbiera, to zrobimy odrębny wpis i będziemy go wspólnie kontynuować.
Dodaję zatem moje: Wyjrzałam przez okno. Wysoko ponad szpitalnym trawnikiem stał nieruchomo na ciemnym niebie srebrny zimny Księżyc. Znad morza płynął ku niemu jakiś czarny kształt. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to czarownica, ale…
Proszę pań i panów, proszę pisać dalej!

kattinka33
2012/10/15 16:41
Zimny księżyc… Zaczyna się dramatycznie. Może pojawi się wariacja na temat Willow Pattern…? Juliczko, do dzieła! 🙂

juliczka
2012/10/15 23:07
Dziękuję. Niech no się tylko ogarnę, bo pacjent, a właściwie pacjentka – rzeczywista. W pokoiku za ścianą. Stąd przysiadam pod opiekuńcze skrzydło Qry.

juliczka
2012/10/15 23:50
Jeśli w ogóle odważyłabym się, to wbiłabym się z wątkiem zainspirowanym fragmentem wiersza “Matka i córka”:
“/…/
i tak siedzimy w milczeniu
obok siebie
w pokoju z oknem
na inne światy/…/”

Wiersz autorstwa Katarzyny Krenz pochodzi z tomu “Z nieznajomą w podróży” wydanym nakładem Tower Press.

Może byłby czarno-biały, jak scenariusz “Zaćmienia”:
“Matka bierze torbę z gruszkami.
MATKA Pamiętaj, że miliony składają się z lirów.
Vittoria patrzy w inną stronę, trochę znudzona.
MATKA Słuchaj…gdzie dzisiaj jesz?
Z Ricardem?
Vittoria patrzy na matkę.
VITTORIA Tak, z Ricardem.
Matka głaszcze ją po włosach, odgarnia je. Podaje jej policzek do pocałowania, westchnąwszy znacząco, jak rodzice, którzy chcą zamanifestować swoje wieczne niezadowolenie z zachowania się dzieci”.
Szukam dalej.

kattinka33
2012/10/16 12:13
O, matko z córką, to ja napisałam ten wiersz??? Nie pamiętam! 😦
Ale za to widzę następną scenę z pielęgniarką.
“Przez całą noc nie zmrużyła oka. Najpierw ten umierający pacjent z Jedynki – taki młody, a cały ten wypadek taki niepotrzebny, przypadek, zbieg okoliczności, że akurat chłopak tam był. A potem jeszcze… Nie, Ava bardzo szybko nauczyła się, że z chwilą zejścia z dyżuru człowiek musi zapomnieć o życiu innych i wrócić do swojego życia. Co prawda, byłoby jej łatwiej, gdyby miała jakieś życie, nieważne, dobre czy złe, po prostu jakiekolwiek. A ona miała tylko tyle: pracę w szpitalu, pokój u starej pani Bellitz i ten swój mały rytuał: po nocnym dyżurze zawsze schodziła do portu na śniadanie w barze u ślepego Johannesa, z widokiem na nabrzeże, rozkołysane kutry i morze. Lubiła te poranki zakurzone szarą morską mgłą. Johannes od wielu lat nic nie widział, ale za to wszystko wiedział i chętnie dzielił się swoimi ploteczkami z każdym, kto tego chciał czy nie chciał. Dziś było podobnie. Pani Schachmann nareszcie umarła, biedaczka, długo to trwało, teraz odpocznie. Lisa Light, ta Angielka, co to przyjechała na wakacje, zakochała się w kelnerze z baru na plaży i została, zaszła w ciążę, ale nie ma za kogo wyjść za mąż, bo barman zniknął. Ava nie słuchała dalej. Pijąc pierwszą kawę, sennie, niemal mechanicznie, wpatrywała się w morze za brudnym oknem tak długo, aż jej oddech zrównał się z monotonnym ociężałym ruchem fal. Zamówiła drugą kawę. Gdy wracała z filiżanką na swoje miejsce – u Johannesa klienci obsługiwali się sami, przystanęła na chwilę koło stolika, przy którym od kilkunastu lat niezmiennie dzień w dzień przesiadywał stary Vincent le Puy. Kiedyś Vincent był podobno matematykiem i wykładał na uniwersytecie w Tybindze. Ale odkąd zjawił się tutaj – na tej ich fryzyjskiej wyspie Sylt – nie rozstawał się z blokiem papieru akwarelowego i skrzynką farb. Nikt nie widział, gdzie mieszka, bo cały czas spędzał w knajpie Johannesa, zawsze przy tym samym stoliku, z widokiem na port. Malował. Prawdę mówiąc, pięknie malował, przynajmniej Ava tak uważała. Że te jego morza są piękne. Bo prawdziwe.
– Piękne – powiedziała, jak zawsze.
Vincent spojrzał na nią uważnie.
– Są do niczego – mówiąc to, machnął w stronę teczki z gotowymi akwarelami. Gest wyrażał pogardę i lekceważenie.
– Nie powinieneś tak ich traktować – zaoponowała nieśmiało. – To dobre obrazy i piękne morza.
– Dobre? Gdyby były dobre, to by się sprawdziły!
Ava nie zrozumiała.
– Sprawdziły? W jaki sposób?

juliczka
2012/10/17 01:42
Ava z życiem jakimkolwiek, ta młoda Angielka, niegdyś wykładowca Vincent, Johannes. Czy bohaterowie pozwolą na wprowadzenie tajemnicy, tajemnicy z przeszłości, warunkującej ich losy.
Johannes mrocznie pokierował mnie po “Scenariusze” Bergmana z “Tam gdzie rosną poziomki”:
“/…/IZZAK Stara poziomkowa polana…
/…/ Chyba wtedy, gdy usłyszałem dźwięk fortepianu.
Zdziwiony odwróciłem głowę i spojrzałem na stojący na wzgórzu dom. Uległ on osobliwej przemianie. Fasada, przed chwilą martwa i ślepa, ożyła nagle, a słońce odbijało się w otwartych oknach. Firanki powiewały na ciepłym letnim wietrze. Barwne zasłony zwisały do połowy. Z komina wydobywał się dym. Stary letniskowy dom wrzał życiem. Wyraźnie słyszałem dźwięk fortepianu/ było to chyba coś z Waldteufla, ale nie mogę przysiąc/, przez okna natomiast dochodziły ludzkie głosy, śmiech, odgłos kroków, krzyki dzieci, skrzypienie pompy. Gdzieś na piętrze próbował ktoś śpiewać. Głos miał silny, w typie włoskiego tenora. Nikogo jednak nie było widać. Ta rzeczywista scena trwała jakiś czas – jak zjawa, która lada chwila może się rozwiać i przepaść w ciszy.
I wtedy ją ujrzałem. Kiedy odwróciłem głowę, by wzrokiem objąć cały ten osobliwie odmieniony dom, zobaczyłem ją jak klęczy w jasnożółtej sukience i zrywa poziomki /…/”.
Czyli ona, potrzebujemy dziewczyny w kwiecistej sukience, ale z hippisowską torbą, hipsterkę. Wprowadzi nam na scenę i innych bohaterów. Powoli dowiemy się, dlaczego Vincent tak bardzo nie lubi pytań. Żadnych, a szczególnie o obrazy. Jaką skrywają tajemnicę, mimo jego zapewnień, że przedstawiają jedynie morze.
Jak u Agathy Christie – Twarze. Nie zapominam żadnych twarzy.

kattinka33
2012/10/17 12:56
Dziewczyna w kwiaciastej sukience i glanowatych sznurowanych butach już tam jest. Właśnie wchodzi do knajpki Johannesa. Z chłopakiem (twarz, włosy, ubiór?) Mają plecaki (wyjeżdżają czy właśnie przypłynęli promem z lądu?). Jest w nich coś… Niepokój? Bo nie miłość i nie leniwe wakacyjne wędrowanie, zresztą między dniem dzisiejszym a latem będzie jeszcze listopad, a potem długa mroczna zima. Strach w oczach młodych ludzi, jakby uciekali – tylko w którą stronę? Czy wyspa da im schronienie? Czy będą musieli uciec przez morze?
Siadają przy stoliku między Avą a Vincentem. Zamawiają ona sok (jaki?), on piwo. Nie rozmawiają. Esemesują. Piszą te esemesy do siebie, bo robią to na przemian, wpatrując się w siebie nawzajem w napięciu. Mimiką podkreślają intensywność myśli, które chcą przekazać. Dziewczyna co jakiś czas zerka na Avę, jakby chciała się upewnić, że tamta nic nie usłyszy, niczego się nie domyśli…
Vincent tymczasem oparł się wygodnie o ścianę, nogę oparł na siedzeniu sąsiedniego krzesła i zabrał się za szkicowanie. Lubi to. Szkicowanie to niewinne podglądanie. Szkoda, że ci młodzi milczą. Usta, w twarzy usta są takie ważne, zwłaszcza gdy mówią. Bo mówią wtedy więcej niż słowa, mówią wszystko o mówiącym.

ewamaria030
2012/10/17 15:31
Wy to chyba jednak raczej scenariusz piszecie. Koniecznie wyślijcie tę parkę (obie?) na łódkę i owińcie ich w białe berlińskie wełny…
juliczka

2012/10/18 01:33
My haftujemy, EwoMario. Ja – krzyżykowym, bo pisać nie umiem.
Jest dziewczyna, świetnie. Ruda. Jasmine? Margherith? Malwina? Chłopaka zaraz zobaczę, może jutro na basenie.
“Zerkają na Avę, znają ją z opowiadań Sophie, dlatego tu przyjechali z wielkiego miasta. Sophie potrzebuje pomocy, nieporadnie zastanawiają się, na ile ta pomoc mogłaby pochodzić od matki, od Avy. Przecież raz już wstawiła córkę w niewygodne dla niej buty nakazując studia na uczelni medycznej. Sophie pogubiła się bez swojej ukochanej wyspy, morza, wydm, ptaków, zapachu kutrów. Stanowiły cząstkę jej samej, dawały siłę. Bezduszne miasto i zajęcia w prosektorium, naruszyły jej kruchą strukturę psychiczną. Uruchomiły pytania, czymże jest życie, jak je rozumieć. Jeśli nie potrafiła podołać obowiązkom, wyzwaniom, jeśli nadal marzyła o tańcu /śpiewie, rzeźbie/ czy ukradkiem poświęcała temu czas, to zaczęła winić siebie.”
Piszą do siebie SMSy, doskonałe, tak to się teraz odbywa.

I tak się to odbyło! Naprawdę. Wprawdzie pisały do siebie maile a nie smsy, ale tak się to odbyło. Niektóre fragmenty, osoby, zdania tej pierwszej przymiarki przetrwały próbę czasu i znajdziecie je w tej książce. Dokładnie trzy lata później.

J_Krenz_Bar u Johannesa2Akwarela Jacka Krenza, Bar u Johannesa

Idźcie do księgarni, kupcie i przeczytajcie, to świetna książka i, jakby to ująć, żeby nikogo nie obrazić, i taka zupełnie nie-polska… Mnie się skojarzyła z kryminałami skandynawskimi, a przede wszystkim z moim ukochanym komisarzem Wallanderem. Bo Księżyc myśliwych to kryminał i, jakby to ująć, żeby nikogo nie obrazić, i taki zupełnie nie-jak-kryminały…

Książka wydana w wydawnictwie ZNAK. Więcej TU

Podwójny reblog: Ksiądz Charamsa

Szczerze powiem, że jeśli chodzi o polskie aktualności, które znam z drugiej, trzeciej, a nawet czwartej ręki, wolę reblog od wyrażania własnych opinii. Jana Hartmana już kiedyś reblogowałam (Jadą Żydzi, jadą). Dziś dodaję mu dla przeciwwagi przeczytany na Facebooku głos Jacka Dehnela.

Spojrzenie 1.

bannercharyzma
Przede wszystkim muszę powiedzieć, że ksiądz Krzysztof Charamsa jest bardzo przystojny i pełny męskiej słodyczy. Ma też bardzo przystojnego narzeczonego.

Wielu księży jest przystojnych i ma przystojnych kochanków. W końcu według danych udostępnianych przez samych księży (w Polsce ks. Prusak) nie mniej niż co trzeci ksiądz jest gejem. Zważywszy że w populacji mężczyzn ogółem gejów jest tylko ok. 5 proc. – to wynik imponujący. W pewnym sensie Kościół katolicki jest więc organizacją gejowską. Tym bardziej zdumiewa jego wrogi stosunek do homoseksualności.

Mówiąc parę słów prawdy o hipokryzji i homofobii kościoła, ksiądz Charamsa nie wzbogacił nas nową wiedzą. O, pardon, nie ubogacił nas nową wiedzą. Wszyscy wiedzą, jak jest, i widzą to na co dzień. Rzecz w tym, że w organizacji nieznającej wolności słowa i w państwie, które stosuje surowe represje wobec śmiałków poważających się na krytykę władzy, zebrał się na odwagę i ryzykując całą swoją karierę kościelną, powiedział kilka słów prawdy. A prawda jest dokładnie tym, czego „miłujące prawdę” i „stające w prawdzie” reżimy wszech czasów, religijne i świeckie, boją się najbardziej. Nawet jeśli jest to prawda z rodzaju „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dzięki wielkiej rewolucji liberalnej, idącej przez świat od trzech stuleci, ks. Charyzma zachowa życie. Przez pierwsze półtora tysiąca lat działalności Kościoła katolickiego otwarta publiczna krytyka kościoła kończyła się torturami i śmiertelną kaźnią. Oczywiście dla dobra jej ofiary. Dziś jest inaczej.

A dzięki takim odważnym i uczciwym księżom jak ks. Charyzma za kolejne kilka stuleci, jeśli w ogóle ta organizacja będzie jeszcze istnieć, z pewnością nie będzie już obrażać i zaszczuwać gejów i lesbijek. Podobnie jak od niedawna nie straszy piekłem za masturbację, nie grozi lekarzom represjami za używanie respiratora (bo wpychają w ciało duszę, którą Pan Bóg chciał zabrać), nie skazuje na chłostę kobiet noszących majtki (to dla odmiany przykład z czasów dawniejszych), nie obija kijami za niestawienie się na niedzielnej mszy i w ogóle nie robi już tysiąca rzeczy, których czynienie moralna emancypacja społeczeństw epoki liberalnej Kościołowi katolickiemu uniemożliwiła.

Skraca się dystans między stosunkami panującymi w kościele a moralnością publiczną. Pogodzenie się z demokracją i równouprawnieniem wyznań zajęło Watykanowi sto lat, kapitulacja wobec fatów dokonanych w dziedzinie postępów medycyny to już najczęściej tylko kilkanaście lat. Ile im zajmie uznanie małżeństw homoseksualnych, tak jak uczyniło to już dziesiątki kościołów chrześcijańskich? Dekadę? Dwie?

Postęp moralny jest jak tsunami, zalewające falami sprawiedliwości brud tego świata. Nie da się uciec przez prawdą i dobrem. Świętoszkowata obłuda, kryjąca żądzę zachowania wszystkiego, co tylko się da, z upadłego totalitarnego imperium katolickiego średniowiecza, skazana jest na kolejne wygibasy – tym razem służące zapewnieniu, że kościół zawsze kochał pedałów, wolność, demokrację, pluralizm wyznaniowy i Żydów na dobitkę. Czekamy z niecierpliwością na ten moment, gdy ks. Charyzma zostanie wyniesiony na ołtarze przez jakiegoś prawnuka papieża Franciszka. Nie wątpię, że tak się stanie.

Niedawno mój zaprzyjaźniony ksiądz z Trójmiasta, zresztą bardzo dobrze prosperujący, jeżdżący między Rzymem a swoją diecezją w roli uznanego prawnika kanonisty, rzucił robotę i zamieszkał ze swym narzeczonym. Jest szczęśliwy i spełnia się jako nauczyciel oraz obrońca świeckości w przestrzeni publicznej. Jak znam życie, ks. Charyzma już podjął w sercu decyzję o rzuceniu pracy, tym bardziej że nie będzie miał w swojej firmie życia po tym, co zrobił.

A więc wszystkiego dobrego, Krzysztofie, na nowej drodze życia! Witamy Cię serdecznie w naszym świecie wolnych i równych, gdzie wszyscy się szanują i są dla siebie życzliwi i tolerancyjni.

Całuję, J.

***

Spojrzenie 2.

dehnelbanner

Sprawa księdza prałata Charamsy ma dwa wymiary: prywatny i społeczny. Prywatnie nic nie mogę mu zarzucić: każdy gej i lesbijka w inny sposób dochodzą do swojego comingoutu, nie ma tu “właściwego” czasu, sposobu, miejsca. Podobnie jak w przypadku wychodzenia z ciężkich nałogów czy wyznawania traum, powiedzenie prawdy o swojej nieheteroseksualnej orientacji jest bardzo złożonym procesem psychologicznym, w którym każdy jest obciążony w inny sposób i z zewnątrz nie da się powiedzieć, ile dana osoba musiała się nacierpieć i co pokonać. Nie mam więc pretensji, że ks. Charamsa przez całe lata, mimo swojej homoseksualności, pracował na potęgę instytucji jawnie homofobicznej (która zresztą pod rządami jego, jak powiada, mentora, Ratzingera, stała się homofobiczna jeszcze bardziej). Nie mam pretensji, że wreszcie mówi prawdę, że chwali się całemu światu mężczyzną, którego kocha – to naturalne pragnienia i nie przynoszą mu ujmy, wręcz przeciwnie.

Natomiast społecznie wygląda to zupełnie inaczej, z różnych względów. Po pierwsze: kościelnego, który niespecjalnie leży mi na sercu, ale budzi zrozumiałe emocje. Otóż każdy ksiądz ma jakąś orientację seksualną, więc może być ona i homoseksualna (choć nie w myśl instrukcji, wprowadzonej parę lat temu za tzw. „pontyfikatu Ratzingera-Gansweina”), ale sprawa komplikuje się, kiedy ma „narzeczonego” (czy „narzeczoną”, egal). Narzeczeństwo to okres przed zawarciem sakramentu – ksiądz po pierwsze jako celibatariusz nie może zawrzeć związku małżeńskiego, po drugie – i tak nie mógłby przyjąć w kościele sakramentu małżeństwa z osobą tej samej płci. Ksiądz prałat mógł mieć zatem ukochanego, oblubieńca, kochanka (choć to ostatnie sugeruje już związek nieplatoniczny), ale z pewnością nie “narzeczonego” (zwłaszcza, że ani we Włoszech, ani w Watykanie, ani w Polsce nie może z nim zawrzeć nawet ślubu cywilnego).

Po drugie: ksiądz Charamsa, dotychczas raczej nieznany szerszej publiczności, wyskoczył jak filip z konopi parę dni temu, kiedy opublikował w Tygodniku Powszechnym tekst skądinąd słusznie (jak mi się zdaje) określający ks. Oko jako siewcę nienawiści i krytykujący kościół polski za to, że toleruje i wspiera język przemocy, który jest nie do obrony na gruncie teologii. Tekst ten miał szansę dokonać jakiejś realnej zmiany – nie dlatego, że pojawiło się tam coś nowego, są to bowiem rzeczy oczywiste, ba, nawet banalne, ale po raz pierwszy zabrzmiały ze strony kościoła, i to nie z ust szeregowego księdza, a człowieka „z centrali”. Niestety, efekt ten został całkowicie niemal zaprzepaszczony.

I tu, niestety, zaczyna się polityka. Ksiądz prałat dokonał aktu politycznego właśnie: wystąpił publicznie w obronie grupy, której, obawiam się, ostatecznie zrobił więcej krzywdy, niż dobrego. Jego comingout z punktu widzenia polityki bowiem, jak mówił Fouche, „to gorzej niż zbrodnia, to błąd”. Przyjmijmy za dobrą monetę wyjaśnienia księdza, że nie planował się ujawnić, że była to kwestia chwili, nieplanowany impuls – najpierw tekst, potem, na fali przemyśleń, przeżyć, interakcji – comingout. Ale nagle Charamsa pojawia się wszędzie. Wygłasza dla ekipy filmu “Artykuł 18” coś pomiędzy kazaniem, monodramem a śpiewogrą, z całym arsenałem środków trzeciorzędnego aktora opery mydlanej, z teatralnymi pauzami, łzami w oczach, drżeniem głosu i gestami diwy ze spalonej ambony. Zaraz potem wyskakuje zajawka „szczerego wywiadu” do „Wprostu” (jak się właśnie okazuje, jednego z wielu), Gazeta Wyborcza publikuje manifest Charamsy. Chwilę później kolejny odcinek, w którym ksiądz prałat z pomocą wynajętej agencji organizuje konferencję prasową w ulubionej knajpce Felliniego, gdzie przedstawia „narzeczonego” Eduardo i, wciąż w koloratce, czule się z nim myzia. Wieczorem dowiaduję się, że będzie również „mówił o swoich grzechach”, ale dopiero w książce, którą przygotowuje na temat wiadomy. A w zasadzie przygotował. Reklama dźwignią handlu.

Rozumiem trudności ludzi, którzy opuszczają stan duchowny – nawet jeśli zdobyli wykształcenie, jest ono na ogół, podobnie jak wypracowana pozycja, zupełnie irrelewantne w świeckim życiu. Niełatwo jest też wyjść spod ochronnych skrzydeł korporacji, która dawała wikt, opierunek i ścieżkę kariery – zwłaszcza, jeśli się tą ścieżką pomykało prędko, i to w centrali. Mam jednak wrażenie, że Krzysztof Charamsa zapragnął przeskoczyć z jednej korporacji do drugiej – z prominentnego urzędnika watykańskiego stać się prominentnym działaczem i wygłaszać banały swoim słodkim głosem prymusa, odgrywającego wiecznie pierwszą rolę w szkolnym teatrzyku. Bez względu na to, że swoim zachowaniem dał amunicję ks. Oko, Terlikowskiemu, Frondzie i wszystkim pozostałym kościelnym homofobom. Gejom i lesbijkom zaś zaszkodził – zarówno tym pozostającym w kościele, jak i tym, którzy nie są katolikami, ale mimo tego doświadczają kościelnej nienawiści. I dlatego wcale nie podzielam entuzjazmu różnych moich fejsbukowych znajomych, którzy piszą o „wielkiej odwadze” i „mądrych słowach” księdza prałata – widzę tu raczej wyrachowanie, kunktatorstwo i nieznośny wprost narcyzm, który każe Charamsie fantazjować, że ojcowie synodalni obradując w Watykanie będą mieli przed oczami jego twarz. Otóż nie. Przed oczami będą mieli, jak zawsze, czubek własnego nosa. Podobnie jak ksiądz Charamsa, który tak doskonale odnajdywał się między nimi przez lata.