Pani Ania – film TVP.Info

Pani Ania – film TVP.Info

Paweł Wieliczko
Oskarżam moich znajomych, że stali się rasistami. Ze strachu, z niepewności, z pychy
16.11.2015
Polska mogłaby ze względu na swoją wieloetniczną przeszłość oraz grzechy wojenne i powojenne pełnić rolę Sprawiedliwego wśród Narodów. Do tego trzeba mieć jednak gotowość społeczną. Tymczasem mam wrażenie, że poglądy rasistowskie lub antyimigranckie nie dotyczą już łysych chłopców z blokowisk, ale stały się powszechne.
Mam wrażenie, że szczególnie chętnie poglądy rasistowskie przejęli niepewni przyszłości mieszkańcy warszawskiego Wilanowa oraz podobnych dzielnic w innych miastach. Wykształceni ludzie z kredytami oraz niewielką rodziną boją się o swój stan posiadania i dzieci. Mając głębokie przekonanie o znajomości świata, wypowiadają opinie. Bo przecież widzieli Araba w Egipcie, Turcji, Maroku, widzieli, że leniwy, cham, pewnie trochę zboczeniec. Czytali Kapuścińskiego, tylko bez zrozumienia, bo kto spamięta te nazwiska. Czytali w gazetach o zabójstwach honorowych, byli “Charlie Hebdo”.
Tak, oskarżam moich znajomych o to, że stali się ze strachu rasistami. Oskarżam o to, że na podstawie własnych miernych obserwacji wyciągają ogólne wnioski. Porzucając chęć zrozumienia na rzecz tabloidowej codzienności. Słyszę od Was, że Arabowie nie pracują, że “Zamszowi” plenią się w Londynie, że żerują na niemieckich socjalach – stajecie się nie lepsi od kiboli z pochodniami, a za parę lat nie zareagujecie, gdy obok was będą zabijać człowieka za kolor skóry. Być może Wy będziecie zabijać, choć dziś mówicie tylko, że chcielibyście pokazać mamie prawdziwy Paryż, ale takiego już nie ma, bo te brudasy. Linia podziału staje się coraz wyraźniejsza.
Pisanie tego tekstu przerwały mi wybuchy w Paryżu. Mój kolega Piotr zadzwonił do mnie rano. Ja jadłem śniadanie, a on dzwonił z dzielnicy XI. Mówił, że stoi na ulicy, na zakrwawionym chodniku, pośród porzuconych w chaosie sprzętów medycznych, noszy, kamizelek, że słyszał wybuchy, strzały, panikę. W tym gruzowisku odczuć wiedział tylko, że należy coś zrobić, by zatrzymać niechęć do obcych, że trzeba uświadomić wreszcie, iż do nas dociera kawałek piekła, przed którym uciekają uchodźcy. Czy ktoś pamiętał, wiedział w ogóle, co w tym samym czasie działo się w Bagdadzie (21 ofiar) czy Bejrucie (43 ofiary)?
Terroryści w jednym są zgodni z prawicą o lekkim zabarwieniu brunatnym – obie strony uznają, że życie Europejczyka jest więcej warte niż życie Araba.
Tracimy szansę na bycie społeczeństwem otwartym
Globalizacja sprawiła, że dziś wszyscy są albo uczestnikami, albo świadkami. Trudno jest powiedzieć, że się nie wiedziało, za to łatwo zobojętnieć albo ułożyć świat z jednakowych elementów na zewnątrz, pozostawiając wszystkie, które nie pasują. Zresztą, może to nie jest kwestia globalizacji, może ona daje tylko skalę dla zjawisk w przeszłości już występujących. Czyż nie zaznaliśmy obojętności – wobec Zagłady, nienawiści do innych, jak w Kielcach w roku ’46, wreszcie zaślepienia głupotą, jak w roku ’68. Jesteśmy jednym z narodów jednoczesnych ofiar i katów. Dlatego jesteśmy zobowiązani do głębszej refleksji, zanim wydamy orzeczenie o winie.
Tymczasem w Polsce tracimy szansę na bycie społeczeństwem otwartym. 11 listopada w telewizji zobaczyłem, że naród imigrantów zarobkowych postanowił postawić chrześcijańsko-nacjonalistyczno-kibicowski mur przeciwko innym imigrantom. To Święto Niepodległości było inne, wyraźnie podzielone, pełne napięcia. Wozy transmisyjne czekały na bijatyki narodowców z policją, podpalenia, demolowanie ulic. Tymczasem zasadniczo wszyscy szli wyznaczoną drogą, palić nie można było nawet tęczy, bo znikła. Młodzi panowie w kominiarkach pokazali, że potrafią być grzeczni. Jednak w sferze języka było jak zawsze. Cała ta mieszanka nie wydawała się nacjonalizmem ugrzecznionym, ale wyczekującym.
Podsycanie ksenofobii jest kuszące dla polityków. Buduje wspólnotę spajaną wrogiem. Przez lata był to Żydziak, potem Pedał. Starzy wrogowie nie odeszli, ale od roku 2015 na prowadzenie wysunął się Muzułmanin.
W homogenicznym społeczeństwie upraszcza się definicje. Migrant został zrównany z wyznawcą islamu. Ponieważ strach został zasiany wszędzie, dość często widuje się na portalach społecznościowych opatrzone zdjęciem apele w rodzaju “Mój mąż nie jest muzułmaninem, tylko sikhem. To grupa religijna z Indii”. Wiedzę opieramy na wrażeniach z wycieczek do Egiptu oraz widoku imigrantów w krajach zachodnich. Upraszczamy, rozszerzając indywidualne doświadczenia czy zachowania pojedynczych osób na całe grupy i wspólnoty. Z grupy migrantów sprytnie eliminuje się też prawie dwa miliony Polaków, którzy wyjechali z kraju po 2004 roku, a przecież w Wielkiej Brytanii Polacy są drugą pod względem liczebności mniejszością narodową, w Irlandii pierwszą, wielu “naszych” jest też w Niemczech i innych krajach UE. Ruchy antyimigranckie dość szybko zauważyły tę niespójność i zaczęły mówić już nie o napływie ludzi, ale inwazji czy nawet wojnie kulturowej. Głównym zarzutem stała się więc nieumiejętność integracji i przekonanie o nieszczerych intencjach przybyszów z Afryki czy Bliskiego Wschodu. Nikt nie pamięta, że uciekają oni przed przemocą, której odpryski docierają do Europy wraz z zamachowcami.
Opowiedzmy o sobie i pozwólmy się poznać
Echa arabskiej wiosny, upadku reżimów oraz lata niewidzenia sprawiły, że Afryka oraz bliskowschodnie wojny zmienią Europę na zawsze. Od nas, obywateli, zależy, czy zbudujemy podzielony, słaby kontynent, czy przezwyciężymy kryzysy. Stoją przed nami zadania najważniejsze od czasów zakończenia drugiej wojny światowej. Ruchy skrajnie prawicowe stały się popularne nie tylko w Europie Wschodniej, nowych krajach Unii, ale także we Francji, Włoszech, w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji oraz ściśle związanej z UE Szwajcarii. Nikt dziś nie wyobraża sobie sytuacji z czasów pierwszej wygranej Jörga Haidera, kiedy Unia bez wahania wprowadzała faktyczne sankcje i ostracyzm Austrii. Myślę, że niewielu tę sytuację w ogóle pamięta.
W przyszłym roku przyjadą do nas ludzie, którzy uciekli przed wojną. Przyjadą do obcego kraju, w którym mają żyć, a jest dla nich egzotyczny jak dla nas Tanzania. Będą okaleczeni wspomnieniami i stratą całego dotychczasowego życia. Wyrwani z korzeniami. Przyjmijmy ich z szacunkiem, opowiedzmy o sobie i pozwólmy się poznać. Wykorzystajmy szansę, by stać się lepszymi.
Paweł Wieliczko – prawnik współpracujący z organizacjami pozarządowymi
Zanim zaczniemy, posłuchajcie.
Piękna muzyka, prawda? U nas też tak będzie, właśnie zaczynamy:
A tu obrazki z wystawy w Ratuszu Kreuzberg. Ośmioro artystów. Jedna z ósemki, Dominique Caillat, sfotografowała dzieci i ich rodziców w schronisku dla uchodźców. Jest ich w Berlinie 90, ale chyba nieważne w którym. Te dzieci są wszędzie. Ja sfotografowałam te fotografie na wystawie fotografii :-).

Monika uczy dorosłych niemieckiego:
Monika:
Seit Frühjahr 2015 helfe ich in einem Heim in Zehlendorf, indem ich dort Deutsch für Flüchtlinge unterrichte, einmal pro Woche. Das Heim gehört also nicht zu den gerade errichteten Einrichtungen sondern besteht schon eine Zeitlang. Erstaunlicherweise fehlen da immer wieder Schüler und Teilnehmer für Deutschkurse; ja, Kurse kommen gar nicht zustande, es sind meistens Einzelschüler, die von qualifizierten Lehrern unterrichtet werden, grotesker noch: manchmal sitzen zwei Lehrer bei drei Schülern. Bei einer Belegung des Heims mit ca. 340 Menschen ist das für mich unverständlich. Bis jetzt habe ich die verschiedensten Nationen unterrichtet, aber keine Syrer; es waren Leute aus Moldawien, Serbien, Kosovo, Tschetschenien, Afghanistan, Albanien, Pakistan und Eritrea.
Viele von ihnen sind, nach eigenen Angaben, schon über ein Jahr in dem Heim, und sie haben, soweit ich sehe, schon ausreichende Deutschkenntnisse, um sich in einem Job zu versuchen. Das tatenlose Herumsitzen macht die Situation für sie oft unerträglich, doch sie bekommen keine Papiere und sie sollen, wie sie sich ausdrücken, warten.
Aus meiner Erfahrung wäre es gut, wenn die ehrenamtlichen Lehrer auch eine Art von Zertifikat austeilen könnten und die Leute über die Anfängerstufe A1 einstufen könnten. Das würde die Teilnehmer vielleicht mehr motivieren, und ihnen Zuversicht geben, dass das auch anerkannt wird.
Vieles in dem Heim hat sich zum Guten verändert; es gibt ein Kinderspielzimmer, wo Vormittags immer jemand mit kleinen Kindern beschäftigt ist, es gibt Basare, wo die Flüchtlinge sich warme Kleidung, Haushaltsgeräte und andere Sachen aussuchen können. Das erfreut sich auch, soweit ich das beurteilen kann, großer Beliebtheit in dem Heim.
Die Kommunikation zwischen dem Büro und den ehrenamtlichen Lehrern ist leider gleich null. In „meiner“ Zeit hat auch dreimal die Leitung des Hauses gewechselt, was natürlich die Zusammenarbeit erschweren muss. Die Versuche herauszufinden, wo sich die „eigenen“ Schüler befinden, enden meistens in nebulosen Erklärungen.
Meiner Meinung nach hängt das Funktionieren von solchen Heimen von den Menschen, und zwar von jedem einzelnen ab, die darin arbeiten. Ich für meinen Teil würde mir mehr Kooperation und Unterstützung für unsere Arbeit als Deutschlehrer wünschen.

Kulturhaus Klub Skolwin in Stettin
und
Städtepartner Stettin – Friedrichshain/Kreuzberg Berlin e.V.

laden herzlich zur Vernissage der Fotoausstellung ein
Stettin – der zweite Blick
Wir stellen die Ergebnisse eines Stettiner Fotowettbewerbs vor, der von 2014-2015 stattfand.
Berlin, Rathaus Kreuzberg, Yorckstraße 4-11 (2. Etage)
17. November 2015 / 18:30 Uhr
Wir laden Sie ein, eine Auswahl der besten Fotos einer Gruppe von Fotoenthusiasten anzusehen, für die Fotografie eine Leidenschaft ist – sie widmen ihr jeden freien Augenblick, arbeiten mit all ihren Talent, Gefühl und Sensibilität. Stettin, wie es auf den Fotografien der Teilnehmer gezeigt wird, ist eine Stadt, die einen Besuch wert ist und sich lohnt entdeckt zu werden, jeder tut es auf seine Weise.
Als Vorgeschmack können Sie manche Bilder auf unserer Fanpage sehen.
Wir sind auch auf Social Media zu finden
Wir freuen uns auf Ihren Besuch!
Es sprechen
Sascha Langenbach
Pressesprecher
Bezirksamt Friedrichshain Kreuzberg von Berlin
Folker Schmidt
Vorstandsmitglied
Städtepartner Stettin e.V.
Adam Komorowski
Direktor
Kulturhaus Skolwin
***
Und danach!

Im Rahmen der Ausstellung planen wir je einen generations- und interessenübergreifenden Foto-Spaziergang.
In Berlin gehen wir direkt ins Zentrum, ins Herz der Stadt. Sozusagen: Vom Aussen nach Innen. Der Spaziergang findet am 29. November statt.
Treffpunkt ist Weltzeituhr am Alexander Platz umd 10.30 Uhr.
Die Fortsetzung dieses Spaziergangs findet am 6. Dezember in Skolwin statt, wo wir uns in die ganz andere Richtung bewegen werden, sozusagen: Vom Innen nach Aussen.
Skolwin, wenig bekannter Stettiner Bezirk, ist ein ausgesprochen schöner und interessanter, weit weg vom Zentrum gelegener Stadtteil, wo die Natur and die Industriebrachen stießt, und neue Ideen an soziale Brennpunkte. Und mittendrin agiert unser Veranstalter – Kulturhaus Skolwin.
Treffpunkt ist Bahnhof Gesundbrunnen um 7:45 Uhr.
Wir werden um 8:05 abfahren und am Abend zurückkommen. Die Fahrtkosten übernehmen die Organisatoren.
Bitte sich für beide Veranstaltungen bei Dorota melden dh. HIER.
***
Mit freundlicher Unterstützung von Regenbogenfabrik & Polnischer Sozialrat


Organisation, PR und Graphik: Dorota Kot
Am Sonntag, den 15. November wird in der Berliner Hufeisensiedlung, erbaut 1926 vom avantgardistischen Architekten, Bruno Taut, eine Werkschau der Berliner Künstlerin, Margarete Kubicka eröffnet. Wenn sie auch häufig als Expressionistin bezeichnet wird, da sie der polnischen Gruppe Bunt (Revolte) angehörte, trägt ihr frühes grafisches Werk eher kubo-futuristische Züge. Ihre Stärke, neben dem Linolschnitt, waren die leuchtenden Aquarellen, die sie gerne in die Serien gesammelt hat und die of eine Art Geschichte erzählen.
Einige ihrer Werke gehören der Berlinischen Galerie, darunter die Folge, Drei Sprünge des Wan Lung zum gleichnamigen Roman von Alfred Döblin.
Begleitend zur Ausstellung finden Sonderveranstaltungen statt, darunter ein Interview mit dem Sohn der Künstlerin, Mitbegründer der Freien Universität, St. Karol Kubicki sowie zwei kunstgeschichtlichen Vorträge.
Im Namen der Organisatoren, denen wir zu diesen Initiative auch gratulieren, laden wir Sie herzlich ein.
Mehr über das Leben und Werk der Künstlerin in:
Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910-1945, Berlin 2007.

Margarete Kubicka, Hommage à Kubicki: Stanislaw Kubicki, der Agitator, 1924, Aquarell, Privatbesitz

Margarete Kubicka, Neukölln: Bau der U-Bahn-Überführung 3, Linolschnitt, 1928, Privatbesitz
Für die Reproduktionsgenehmigung danken wir Herrn Prof. St. Karol Kubicki

Po zmierzchu
Szedł po ulicy dość szybko. Wiedział co robi. Ciężkie chmury w każdej chwili groziły ulewą. W końcu nie wytrzymały i zaczęło padać. Krople, od razu ciężkie, moczyły mu włosy, a co gorsza okulary. Nie cierpiał, gdy rozmazywały się na szkłach, utrudniając patrzenie. Wszedł do księgarni nie tyle, by zobaczyć co tam nowego na półkach, ile po to by schronić się przed coraz intensywniej lejącą się z nieba wodą. „Cholerny świat”, pomyślał. „Jeszcze dobry kawałek drogi do domu, leje, a to już dobrze po czwartej”. I wtedy przypomniał sobie, że przez tę pieską pogodę, dającą się dziś we znaki właściwie od samego rana nikt pewnie nie odwiedzi dzisiaj w szpitalu dziadka. Ktoś jednak powinien pójść i zobaczyć jak się ma. No tak, ale już prawie w pół do piątej, a do szpitala kawał drogi. Dojazd na pewno zajmie z godzinę albo i więcej. Poza tym ten deszcz. Nie bardzo chciało się mu zmieniać plany i jechać teraz do odległej dzielnicy po to tylko, by przez chwilę posiedzieć z dziadkiem.
Spojrzawszy przez okno wystawowe, zauważył, że deszcz trochę zelżał. Ciężar przypomnianego sobie właśnie obowiązku nie dawał mu spokoju. No dobrze, jeśli wyjdzie na ulicę i akurat pojawi się autobus, to pojedzie. Tak trzeba po prostu i ani brak czasu, ani deszcz, ani zapadający wcześnie litopadowy zmierzch nie są wystarczająco dobrymi powodami, by zlekceważyć dziadka, do którego pewnie dzisiaj nikt inny nie przyjdzie.
Autobus pojawił się oczywiście natychmiast, gdy tylko opuścił księgarnię. Jego pojawienie się unieważniło wszelkie możliwe wymówki. Nie ma wyjścia, los tak chciał. Wsiadł przednimi drzwiami i zajął miejsce po prawej stronie nieopodal kierowcy. Dzięki temu mógł obserwować ulicę przez przednią szybę. Uwielbiał po zmroku patrzeć na tylne, czerwone światła pojazdów jadących z przodu. Widok ten sprawiał, że nawet wnętrze zwykłego miejskiego autobusu wydawało się mu całkiem przytulne.
Pomyślał o dziadku i od razu zaczął wspominać. Późna wiosna, leśna droga i dziadkowy rower. Miał wtedy najwyżej dziesięć lat. Dziadek zabrał go na wycieczkę swoją starą, ale doskonale utrzymaną kolażówką. Czeski „Jubilat”. Do ramy przywiązał kawałek żółtawej albo raczej pożółkłej gąbki, by wnuk mógł w miarę wygodnie jechać razem z nim. Droga nie była łatwa, ale dziadek nie takie trasy pokonywał rowerem. W lesie stanęli nad krawędzią głębokiego jaru. Słońce przeświecało przez liście i gałęzie drzew. Niemal nic nie zakłócało ciszy. Dopiero jego krzyk zmącił sielską atmosferę. Nieostrożny krok sprawił, że zaczął zsuwać się po zboczu jaru. Wprawdzie zdołał odwrócić się, by nie zjeżdżać bezwolnie na tyłku, a wyciągnięta dłoń zacisnęła się na wystającym, mocno już spróchniałym korzeniu jakiegoś drzewa, ale do bezpiecznego powrotu na drogę było daleko. W każdej chwili mógł zacząć się zsuwać dalej. „Dziadku pomóż”, zawołał.
Dziadek z udawaną obojętnością spojrzał na niego i powiedział „samżeś tam wlazł, to i sam musisz się wydostać”. Zacisnął zęby. Po chwili szamotania się z sobą samym znalazł oparcie dla drugiej ręki. Z trudem podciągnął się. Wprawdzie stopy ślizgały się na ściółce, utrudniając wydostanie się z pułapki, lecz w końcu udało się. Nieco zdyszany stanął koło dziadka. Spojrzał z pretensją we wzroku, ale ten nic nie powiedział, chociaż jego mina zdawała się mówić, „no widzisz, jakoś sobie poradziłeś”. Po chwili rzucił tylko krótko „jedziemy”. I pojechali dalej przez mostek, wzdłuż strumyka, w stronę stojących w słońcu domów pobliskiego osiedla.
Jeszcze z piętnaście minut i dojedzie do szpitala. Pogoda i coraz bardziej późny wieczór sprawiły, że w autobusie nie było zbyt wielu pasażerów. Padało ze zmiennym natężeniem. Obawiał się, że po dojechaniu na miejsce za bardzo zmoknie w drodze z przystanku. Wprawdzie do szpitala trzeba było przejść najwyżej dwieście metrów, ale dzisiaj, bez parasola mogło to nie być przyjemne.
Zastanawiał się, dlaczego właściwie dziadka wysłali tutaj. Szpital psychiatryczny. Ojciec powiedział, że tylko tam był akurat wolny aparat tlenowy, a przecież dziadek po tym całym nieszczęsnym wypadku i przy kłopotach z sercem cierpiał głównie na niedotlenienie mózgu. Mimo tego racjonalnie brzmiącego tłumaczenia czuł, że to nie całkiem w porządku. Dziadek w psychiatryku? Niby z jakiej racji? Może był już stary i schorowany, ale szpital psychiatryczny? Nie czuł się z tym najlepiej. Coś mówiło mu, że to po prostu niewłaściwe, że tak nie powinno być.
Dojechał wreszcie. To był końcowy przystanek. Wysiadł z autobusu. Z nieba pokapywało tylko trochę. Skręcił w prawo i pomaszerował spiesznie. W końcu w każdej chwili z nieba znowu mogło lunąć. Po najwyżej dwóch minutach dotarł do wejścia do szpitalnego budynku. Chwilę zmagał się z masywnymi drzwiami. Już na klatce schodowej, wchodząc na piętro, starł kilka kropel wody z policzków. Nacisnął dzwonek. Pielęgniarka zjawiła sie po chwili, by wpuścić go na oddział. Mógł iść dalej. Mijał pootwierane drzwi do sal, w których powinni przebywać chorzy. Ci jednak woleli krążyć po korytarzu. Ze zdumieniem stwierdził, że wokół niego byli sami młodzi albo bardzo młodzi ludzie. Wielu z nich to w zasadzie były jeszcze dzieci „Może szaleństwo to domena młodości”, przemknęło mu przez myśl.
To dziadek nauczył go, dobrych piętnaście lat wcześniej, jak kroić chleb. „Patrz” mówił, „nie dociskaj, tylko spokojnie pociągnij. Jeśli nóż jest ostry, to wejdzie w bochenek sam i nie poszarpie kromki”. Spróbował raz i drugi. Rzeczywiście, dziadek miał rację. Teraz już wiedział jak to robić. Matka, ta niecierpliwa, nerwowa i zapatrzona w siebie kobieta, nie mogła się odtąd nadziwić, że tak dobrze idzie mu ta prosta przecież czynność, której ona nigdy nie mogła opanować w zadowalającym stopniu. Te jej zmasakrowane niewprawną ręką kanapki. Szkoda słów. Przy niej był prawdziwym mistrzem, a wszystko dzięki dziadkowi. Nigdy nie przestał mu być wdzięczny za tę lekcję, dzięki której dowiedział się, że spokój i odpowiednia technika to gwarancja sukcesu w każdej dziedzinie.
Spokój. Tego akurat zawsze mu brakowało, ale akurat dzisiaj, kiedy już zdecydował, że trzeba, mimo deszczu, ruszyć w drogę do szpitala spokój nie tylko go nie opuszczał, ale wręcz całkowicie nim zawładnął. Dziwił się samemu sobie, temu dawno zapomnianemu już spokojnemu rytmowi serca, uczuciu nostalgii za nie wiadomo czym, graniczącej z cierpliwą rezygnacją z nie wiadomo czego i oczywistością poniesionej porażki, może nawet klęski, w kolejnym drobnym starciu z codziennością. „Dziwne. Czemu tak akurat dzisiaj?”
W sali numer 14 stało tylko jedno łóżko. Pokój był dość obszerny. Trudno powiedzieć, czy inne pokoje były podobne do tego, gdzie ulokowano dziadka. W każdym razie nie był tam sam. Otwarte drzwi, a może i wielkość sali wabiły tych wszystkich młodych psychicznie i nerwowo chorych. Kręcili się wokół dziadka, chociaż ten nie mógł ich widzieć, tak jak i nie dostrzegł przyjścia wnuka. Nie mógł widzieć otaczających go osób. Był nieprzytomny już od dwóch czy trzech dni. W zasadzie już od jakiegoś czasu było wiadomo, jak się to wszystko musi skończyć, ale nonsensowna i egoistyczna wola tak zwanych najbliższych kazała im zrobić jeszcze to i jeszcze owo, by przedłużyć dziadkowi życie jeszcze o dzień, dwa czy pięć, nie pytając go przy tym o zgodę.
Jeden z obecnych w pokoju młodych pensjonariuszy szpitala zagadnął właśnie przybyłego. „Proszę Pana, to Pana dziadek? No dziadeczek, dziadunio taki chory, taki chory, ale pewno wszystko będzie dobrze. A Pan? Co Pan robi? Mieszka Pan w mieście? Ale daleko pewnie, co? No, no i w taką popgodę Pan przyjechał. No, no, dobry z Pana wnusio”. Ile on mógł mieć lat? 15, może 16. Na pewno nie więcej. Co sprawiło, że takie dziecko tutaj trafiło? Skąd się tu wziął ten wariatuńcio, jak zaraz po tym „dziadeczek, dziadunio” ochrzcił go w myślach. Jakaś ironia losu, kompletna pomyłka ludzi i natury. Nawet przez chwilę zrobiło mu się wstyd że w myślach nazwał tego biednego chłopaka „wariatuńciem”, ale jakoś już tak zostało.
Dziadek leżał bez ruchu nakryty kołdrą aż pod samą brodę. Właściwie to nawet dobrze, bo przy późnojesiennej aurze i otwartych na stałe drzwiach w pokoju wcale nie było ciepło. W każdym razie zupełnie nie przypominał dziadka, który w lepszych czasach bez problemu potrafił z odległości 50 metrów trafić kota ze swojej starej, poczciwej procy. Cieszył się przy tym, jakby każdy celny strzał dawał mu co najmniej olimpijski medal. Chciał nauczyć wnuka trudnej sztuki strzelania do kotów z dużej odległości. Ofiar przy tym nie było, chociaż koty, nauczone doświadczeniem pierzchały, gdy tylko dziadek „otwierał ogień” z okna swojego mieszkania, a te trafione na pewno cierpiały przez moment albo i dłużej. Chyba nie był specjalnie szczęśliwy, że mimo starań (zrobił nawet doskonałą małą procę) wnuk nie podzielał jego myśliwskich zainteresowań. Wuj uważał, że dziadek tak naprawdę wcale nie polował na koty. „Do ptaków strzela w wolnych chwilach”, tłumaczył „a ta cała afera z kotami to tylko po to, że to niby tak szlachetniej wygląda, prawie jakby na jakieś lwy czy tygrysy polował”. Może i prawda. Trudno powiedzieć.
Płytki oddech i bezruch dziadka zaniepokoił go. Usiadł na łóżku i patrzył na twarz starego, umierającego człowieka. Może jeszcze dzień, a może trzy, ale trudno było mieć złudzenia. Wiedział, że dziadek już nie wyjdzie z tego szpitalnego pokoju. Rodzice też to wiedzieli, ale rozpaczliwie kombinowali, co by tu jeszcze zrobić. Groteska i męka jednocześnie. Trzymali się tego życia dziadka o wiele bardziej niż on sam.
W pewnej chwili ogarnęła go jakaś niezrozumiała tkliwość. Wsunął rękę pod kołdrę, ujął dłoń dziadka i nie wiedzieć czemu powiedział cicho, ale tak, że dziadek mógłby go usłyszeć „nie bój się”. Powtórzył „nie bój się”. Dziadek poruszył się nieznacznie. Zupełnie jakby naprawdę go usłyszał. Wziął głębszy oddech, wypuścił powietrze i całkiem znieruchomiał. „O do diabła, czyżby…”, myśl o śmierci, w tym momencie myśl bardzo praktyczna, przeszyła mu czaszkę niczym błyskawica. „Nie ma cudów, chyba umarł”, skonstatował właściwie bez większej emocji. Przecież wiedział, że ta chwila musi nadejść, a że akurat dzisiaj… To kwestia przypadku, w sumie dość szczęśliwego. W każym razie był już od dawna przygotowany na to, co się najprawdopodobniej właśnie stało. Dlatego mógł sprawę potraktować w tak oczywisty sposób, bez zbędnego dramatyzowania. Poszedł po dyżurną lekarkę, by ta autorytatywnie stwierdziła, czy się mylił. Czy to już, czy też pożegnanie z dzaidkiem było przedwczesne.
Po chwili wrócił w towarzystwie kobiety w średnim wieku, z krótko ostrzyżonymi włosami, białym fartuchu i równie białych trepach, z dyndającym na szyi stetoskopem. Za nimi, przeczuwając ważne zdarzenie, jakąś sensację, wpadł wariatuńcio. Lekarka sprawdziła puls, odsunęła dziadkowe powieki, sprawdziła reakcję źrenic na światło, sucho stwierdziła „zgon,. godzina…”, i po prostu wyszła. Wariatuńcio zaczął zawodzić „ola Boga, dziadeczek, umarło się dziadeczkowi, umarło”. I tak w kółko przez dobrych kilka minut.
Nie bardzo wiedział, co miałby niby zrobić. Zbliżył się do martwego ciała. Spojrzał na dziadka i zauważył, że odsunięte przez lekarkę powieki zostały w pozycji odsłaniającej gałki oczne. Nachylił się i ruchem podpatrzonym w filmach zamknął dziadkowe oczy. Potem wziął go raz jeszcze, tym razem już ostatni, za za rękę. Wtedy przypomniał sobie, że powinien zawiadomić rodziców o tym, co się stało. Odłożył rękę dziadka i poszedł jeszcze raz do pokoju lekarskiego i zapytał czy może zatelefonować. Lekarka zgodziła się w taki sam obojętny sposób, w jaki stwierdziła, że dziadek umarł.
Wykręcił numer i czekał. Po chwili usłyszał w słuchawce głos matki. „Gdzie jesteś?” spytała. „W szpitalu u dziadka. Czy możesz dać mi na chwilę ojca?” Po chwili ciszy usłyszał warknięcie. „Czego chcesz?” – pokłosie wczorajszej, jeszcze jednej awantury o niewidomo co. Ach, ten jego stary. Miał ochotę odpysknąć, ale powstrzymał się i starając się nie okazywać emocji (przede wszystkim wywoływanych wspomnieniem wczorajszej scysji), powiedział „uspokój się. Jestem w szpitalu”. „No i co z tego?” replikował ojciec w sposób wskazujący na to, że jeszcze mu nie przeszło i że nadal jest w bojowym nastroju. „Dziadek właśnie umarł przed chwilą”.
W słuchawce przez chwilę zaległa cisza, a później usłyszał łkanie ojca. Lekko się zdziwił. Przecież obaj za sobą za nadto nie przepadali, a tu taka rozpacz. Spodziewał się smutku, ale nie aż takiego. Może źle to wszystko oceniał, a może ten płacz to tylko część śmiertelnego obyczaju? Ktoś umiera – muszą być łzy.
Rzecz jasna dalszej rozmowy już nie było. Odłożył słuchawkę i podziękował lekarce, co ta skwitowała ledwo dostrzegalnym skinięciem głowy. Wrócił jeszcze na chwilę do dziadka. Ojciec nie był jedynym, który zapłakał na wieść o śmierci dziadka. Wariatuńcio wciąż jeszcze wycierał oczy mankietem szpitalnego szlafroka. Może w łepetynie nie wszystko miał po kolei poukładane, ale jego żal był z pewnością szczery. Może nawet szczerszy niż łzy ojca. „Czy trzeba być wariatem, by uczciwie i prawdziwie bezsinteresownie rozpaczać?”, zastanowił się przez chwilę.
W międzyczasie ktoś z personelu podszedł do dziadka i nakrył go prześcieradłem. Tym ostatecznym gestem definitywnie wykreślono go z listy żywych, a jednocześnie zasygnalizowano wnukowi, że nie ma już w szpitalu nic do roboty i może zbierać się do domu. Wstał, spojrzał raz jeszcze na okryte bielą ciało i wyszedł na korytarz. Po chwili znalazł się przed budynkiem.
Niebo wciąż było ciężkie od deszczowych chmur, ale nie padało. Postanowił nie wsiadać na pętli, ale przejść się kawałek do jednego z następnych przystanków. Po kilkunastu krokach zatrzymał się, odetchnął głęboko. Dopiero docierało do niego to, co stało się tego wieczora. Poczuł ulgę. Niewiele brakowało – parę kropel deszczu więcej albo odrobinę większe zmęczenie pracą czy, nie czarujmy się, odrobinę większe rozleniwienie – a nie pojechałby do szpitala. Teraz wiedział, że dziadek czekał. Nie wiedział, czy akurat na niego, ale czekał. Możliwe, że nie dałby rady dotrwać do następnego dnia, do chwili gdy ktoś inny z rodziny przyszedłby odwiedzić go w szpitalu.
Zresztą ta cała rodzina… Ojciec z matką mieli już wyraźnie dosyć tych szpitalnych eskapad. Starali się jak najlepiej wywiązać z obowiązku, którym obarczyło ich życie, ale w tym, co dla dziadka robili, było coraz mniej serdeczności, a coraz więcej działania wymuszonego przyzwoitością. Ciotka nie miała takich skrupółów. Szczerze nienawidziła dziadka (który zresztą nie był jej ojcem; rezultat wojennej zawieruchy sprzed wielu dziesiątek lat) za faktyczne i urojone przewiny. Gdyby mogła, w ogóle by go nie odwiedzała. Sedno w tym, że nie mogła, bo podpadłaby bratu, z którym też nie wszystko układało się należycie, ale wciąż ich stosunki można było uznać za co najmniej poprawne. Wuj, jej mąż, trzymał się od całej sprawy z daleka. Nie wykluczone, że głównym powodem był jego wiek. Był tylko o dziewięć lat młodszy od dziadka. Możne się było domyślać, że nie byłoby mu łatwo patrzeć, tak całkiem z bliska, na swoją najprawdopodobniej nieodległą przyszłość.
Chyba więc jednak dziadek czekał właśnie na niego. Prawda, że pewnie i dlatego że wcześniej nie zdążył go jeszcze odwiedzić w szpitalu, ale głównie przecież ze względu na wspomniane, rzec by można, obiektywne powody jego obecność przy dziadkowym odchodzeniu była najmniej dokuczliwa, ba, najbardziej pożądana. Wnuk to wnuk. Ani się z takim nie zdążyło tak naprawdę pokłócić, ani na serio zaleźć mu za skórę (a dziadek to potrafił, o czym najboleśniej przekonywała się przez całe życie babcia, ojca macocha, święta i ciężko doświadczona przez męża kobieta; zmarła przed piętnastu laty w poczuciu bólu, osamotnienia i przeświadczenia, że stała się dla męża nieznośnym ciężarem). Zostały właściwie same lub prawie same dobre wspomnienia, co czyniło z niego oczywistego towarzysza zawsze samotnej drogi w zaświaty.
Przeszedł cztery przystanki. W końcu wsiadł do nadjeżdżającego autobusu. Tym razem pasażerów było jeszcze mniej niż przed kilku godzinami. Dochodziła dziewiąta. Ciemno, jakby był to środek listopadowej nocy. Wciąż jeszcze myślał o dziadku i o tym, jak przypadkowo zrobił to, co powinien był zrobić. Nawet nie próbował się oszukiwać. Wcale nie był taki dobry i szlachetny. Po prostu wyszło jak wyszło, akurat dobrze nie tylko dla dziadka, ale i dla niego… Głupi ma szczęście. Tym razem w nieszczęściu kogoś innego, chociaż… Dziadek ma w końcu święty spokój. Umarł bez zbędnego cierpienia, a w dodatku był wtedy obok ktoś mu życzliwy. Wszystko dobrze się poskładało.
Zgłodniał. Autobus wreszcie dotoczył się jego przystanku. Wysiadł i zaczął zastanawiać się, co właściwie chciałby kupić na kolację. Dziadek dziadkiem, śmierć śmiercią, ale w brzuchu zaczęło burczeć i trzeba było coś z tym zrobić. Nieznośnie wygodna proza życia dała o sobie znać. Wszedł do sklepu spożywczego. Kupił chleb i puszkę sardynek. „No, kolacja będzie jak się patrzy. Muszę trochę odpocząć. Jutro zacznie się ten cały cyrk z pogrzebem, wybieraniem trumny, kupowaniem kwiatów, dogadywaniem sprawy z księdzem, restauracją, wszystkimi chętnymi do wzięcia udziału w uroczystości”.
Wszedł do mieszkania. Całe szczęście, że już jakiś czas temu wyprowadził się od rodziców. Był pewien, że gdyby jeszcze tego wieczora miał ich na głowie, to dołączyłby do wariatuńcia w psychiatryku. Otworzył drzwi do mieszkania. W kuchni położył zakupy na stole. Podszedł do okna i spojrzał w dal. Jednak nie czuł się całkiem dobrze, a dzisiejsza wyprawa do szpitala i wszystko, co wydarzyło się przed niecałymi dwiema godzinami dopiero zaczęło zajmować miejsce w jego pamięci, w jego prywatnym katalogu minionych zdarzeń. Nie, nie chodziło o to, że dotknęła go nieuchronność przemijania czy że, najzwyczajniej w świecie, przestraszył się śmierci. To nie był jego pierwszy raz, kiedy się z nią spotkał, chociaż po raz pierwszy poczuł jej tchnienie z tak bliska. To jednak nie zrobiło na nim wrażenia. Jakoś sie jej po prostu nie bał, przynajmniej póki co. Poczuł raczej żal za czymś, co właśnie utracił. Żal, że już nigdy dziadek nie przyjdzie do rodziców na jeden z tych przeklętych niedzielnych obiadów, że przy okazji nie pokłóci się z ojcem o byle co, że już nigdy nie wystrzeli swoim dzikim zwyczajem z korkowca w sylwestrowy wieczór. Potarł ręką policzek. Spojrzał na nią i ze zdziwieniem stwierdził, że wnętrze dłoni było wilgotne.
Wielu z nas angażuje się jako wolontariusze w pracy na rzecz uchodźców. Otwieram niniejszym platformę wymiany uwag i doświadczeń dla wszystkich, którzy chcieliby opowiedzieć o swojej pracy. Również, jeśli spotkało nas coś przykrego czy złego. Teksty nie muszą mieć starannej formy literackiej (ale oczywiście mogą!), bo chodzi o to, żeby się wypowiedzieć, a nie żeby sprawdzać poprawność, gramatyczną czy polityczną. Oczywiście, możecie pisać w każdym języku! Będę Was publikowała co drugą środę, a jak będzie dużo uwag i komentarzy, to w każdą środę.
***
Tanja i Joasia uczą dzieci niemieckiego. Sie schrieben:
jetzt wo wir da waren versteh ich pegida
weil klar… gegen diese klugen und hübschen kids
können die selber und mit ihren dumpfbratzengören
doch gleich einpacken…
Und eine Woche später:
Wie bringen zwei, die von Pädagogik keine Ahnung haben, einer Menschenmasse von 40 Leuten deutsch bei? Irgendwie intuitiv. Die Fragen die wir uns stellen: Was brauchen Syrer in Deutschland? Natürlich könnten wir “Blume”, “Wolke” und “Reh” üben, lässt sich gut malen, gut sprechen – und dann? Geht ein Syrer zum Einbürgerungsamt und sagt: “Das Reh ist süss”? Also haben wir beschlossen Körperteile zu üben. Kopf, Ohr, Auge, Nase, Brust – bis zum Fuss. Nach 15 Minuten konnten alle alles. Also weiter mit Möbeln, Türen, Fenstern, Farben, Kleidung. Nach weiteren 10 Minuten konnten alle auch diese Begriffe. Fazit: Die Syrer sind einfach zu intelligent. Die Bulgaren, Rumänen, Albaner, die angeblich auch im gleichen Heim wohnen, bekommen wir nicht zu Gesicht – wir mutmassen: sie ahnen, dass sie nicht bleiben werden, und sehen keinen Sinn drin, Körper, Möbel und Farben auf deutsch benennen zu können? Weil sie sowieso bald wieder da landen, wo sie versucht haben, weg zu kommen?
Anita
Od dłuższego czasu wiedziałam, że muszę zaangażować się w pomoc dla uchodźców. Przestać rozmawiać o nich i zacząć rozmawiać z nimi. Nie miałam już siły czytać kolejnych wiadomości o ich cierpieniu i strachu. Zaczęłam więc pomagać dla siebie – po to, żeby uspokoić swoje sumienie.
Pracuję jako wolontariuszka w schronisku dla uchodźców, gdzie, wraz z drugą koleżanką, zajmuję się opieką nad 62 dziećmi w wieku od 2 do 11 lat. To uchodźcy głównie z Syrii, Pakistanu i Afganistanu. Prowadzimy świetlicę, w której uczymy niemieckiego i organizujemy zabawy. Często odwiedzają nas rodzice, którzy chętnie korzystają z nauki języka.
Mój pierwszy dzień w schronisku nie był szokujący. Zdziwiła mnie tylko panująca tam spokojna atmosfera – ani smutek, ani radość, tylko jakby pustka. Szok przyszedł później, kiedy wróciłam do domu. Siedziałam przed komputerem odpisując na maila i nagle nie mogłam powstrzymać wybuchu płaczu. Dotarło do mnie, że te twarze, które dziś widziałam, są mi dobrze znane. To twarze dzieci, które często widziałam na zdjęciach – także tych zmarłych.
Opieka nad dziećmi w schronisku jest wyzwaniem. Trzeba pogodzić się z prowizorycznością sytuacji. Z tym, że nie możemy poświęcić każdemu uwagi, bo jest nas za mało do opieki. Z tym, że dzieci czasem się nudzą, bo prawie nie maja zabawek. Jeśli zabawka się pojawi, jest też duże prawdopodobieństwo, że zaraz zniknie, bo dzieciaki, które nie mogły zabrać ze sobą prawie niczego, mają dużą potrzebę posiadania na własność i chowają zabawki w swoich pokojach. Nawet jedną kredkę lub klocka.
Wiele z tych dzieci, głównie starszych, ma za sobą traumatyczne doświadczenia, co przejawia się np. w sytuacjach rozłąki z rodzicami, gdzie gniew szybko przeradza się w panikę i łzy. Pomimo tego praca z nimi przynosi mi wiele radości. Dzieciaki są bardzo pracowite i bystre, chłoną nowy język jak gąbka i potrafią też wiele wrazić mową ciała – nawet ironię! Kiedy wychodzę po kilku godzinach ze schroniska, jestem okropnie zmęczona, ale zanim przejdę parę metrów do przystanku autobusowego, zaczynam za nimi tęsknić. Rozmyślam nad tym, co robią i co możemy zrobić wspólnie następnym razem. Może jakieś tradycyjne niemieckie piosenki? A potem zamęczam znajomych opowieściami o „moich” dzieciakach.
Krysia
W kierunku Niemiec rozpoczął się niekontrolowany napływ uchodźców. Informacje o ludziach nadciągających masowo do Europy wywołały w kręgach politycznych totalne zaskoczenie, bezradność i zakłopotanie. Tragiczny los uchodźców, którzy ginęli na morzu szukając wolności i bezpieczeństwa, zmienił jednak podejście Europy do uchodźców. Zwrot w polityce azylowej nastąpił wtedy, kiedy świat opublikował zdjęcie martwego chłopca wyrzuconego przez fale w tureckim Bodrum. Kanclerz Niemiec Angela Merkel wysłała w świat sygnał: „nie będziemy przyglądać się ludzkiej tragedii, jak to miało miejsce w czasie II wojny światowej. Musimy dać schronienie uciekającym. Damy radę”.
Niemiecki rząd w przyśpieszonym trybie znowelizował ustawę o azylu tak, że nowe przepisy obowiązywać będą od listopada b.r.
Tyle rząd i właściwie AŻ tyle. Decyzje niemieckie są tak odważne, że aż dech zapiera, zdumiewają odwagą decyzji, by dać wszystkim potrzebującym bezpieczny dach nad głową. Angela Merkel oświadczyła, że jeśli Niemcy nie pokażą uchodźcom życzliwej twarzy, to ten kraj nie jest jej. Te słowa zapamiętam na zawsze. I chylę czoła!
Ewa Maria Slaska & Roman Brodowski
Dzień zmarłych / Allerheiligen
Po polsku pisałam już TU o profesorze i jego grobie na Cmentarzu Parkowym Tempelhof, a TU i o grobie, i o naszej wspólnej wizycie tam przed rokiem.
Über Professor Brückner und sein Grab
Zünden wir wieder die Grabkerzen.
Lassen wir unsere Erinnerungen frei.
Die Gestorbenen “leben” nur so lange, wie lange wir uns an sie erinnern.
Liebe Freunde,
heute ist der Tag der Allerheiligen, der Tag an dem die Katholiken ihren Gestorbenen gedenken.
Wie jedes Jahr werden wir heute die Gräber unserer Nächsten besuchen, uns an sie erinnern, an die Zeit denken, als sie noch unter uns weilten.
Wir sollen uns aber auch an die Menschen erinnern, die längst vergessen wurden.
Für uns, Polen in Berlin, ist Professor Aleksander Brückner solch ein Mensch. Der Linguist, Humanist, Historiker. Fast 60 Jahre lebte er in Berlin, 44 Jahre leitete er das Slawistik-Institut an der Humboldt-Universität, das er als junger Wissenschaftler gegründet hatte. Er hatte 600 Bücher auf Deutsch un Polnisch verfasst und unzählige Artikel, Kritiken, Besprechungen. Gestorben 1939, wurde er allmählich vergessen, bis wir, die Polen in Berlin, uns an ihn erinnerten und ihn in die kollektive deutsche und polnische Gedächtnis wieder rückten. Seit vielen Jahren besuchen wir sein Grab. Manchmal geht nur eine von uns hin, manchmal zwei, letztens sind wir aber immer mehr.
Auch dieses Jahr gehen wir wieder hin. Wir treffen uns am Sonntag, den 1. November um 11 Uhr unten in der U-Bahn-Station Ullsteinstrasse.
Und so war es. Kwiaty ufundowała Ambasada Polska w Berlinie.
Powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe przeczytałam już dawno, zanim ktokolwiek z moich znajomych ją przeczytał, zanim mianowano ją do Nike, zanim ją jej przyznano i zanim w Polsce rozpętała się niebywała akcja nienawiści. Tak niebywała, że jej echa docierają do Europy, która nie może zrozumieć, o co właściwie tym Polakom chodzi? Prawdę mówiąc i mnie jako Polce trudno to pojąć. Oczywiście nikt z tej zgrai nienawistników, która zapluwa internet, nie przeczytał ani słowa z tej książki, nikt nie wie więc, jaką niebywałą historię opowiada. Zresztą w nagonce na Tokarczuk w ogóle nie chodzi o jej powieść, lecz o jedno zdanie, jakie wygłosiła podczas wręczania nagród, a wręcz o kilka słów: zniewoliliśmy naszych poddanych, zabijaliśmy Żydów.
To oczywiście udowodniona historycznie prawda, ale prawda żadnego z plwaczy i szczwaczy nie interesuje.
Tokarczuk nie jest pierwszą polską autorką, która na temat Żydów napisała Dzieło. Pierwszym takim Dziełem był Meir Ezofowicz. Wydany w 1878 r. Meir… został uznany przez wielu za “objawienie”. Pisarkę od dawna interesowało życie, kultura i religia Żydów i w tej powieści starała się je wiernie odtworzyć. Prace nad powieścią Orzeszkowa poprzedziła studiami kultury i religii judaistycznej oraz wyprawami do miasteczek żydowskich. Opowiedziana przez Orzeszkową historia małego miasteczka przekształca się powoli w parabolę, stając się przypowieścią o odwiecznym zmaganiu się dobra ze złem, mądrości z ciemnotą i miłości z nienawiścią…
Olgo, teraz też o to chodzi, o spór między ciemnotą a mądrością…
Eliza Orzeszkowa
Meir Ezofowicz
Raz na koniec przybyła z Warszawy do Szybowa kartka papieru zżółkłego i zmiętego w długiej podróży, a na niej wypisanymi były następujące wyrazy:
„Wszelkie różnice w ubiorze, języku i obyczajach pomiędzy Żydami a miejscową ludnością zachodzące znieść. Wszystko, co się religii tyczy, pozostawić nietykalnym. Sekty nawet tolerować, jeżeli te nie będą wpływać szkodliwie na moralność. Żadnego Żyda, zanim dojdzie dwudziestu lat życia, do chrztu nie przyjmować. Prawo do nabywania gruntów Żydom udzielić, a nawet tych, którzy by się rolnictwem zatrudniać chcieli, na pięć lat od podatków uwolnić i inwentarzem rolnym obdarzyć. Wzbronić zawierania małżeństw przed rokiem dwudziestym dla mężczyzn, a osiemnastym dla kobiet”.
Kartkę tę noszono po ulicach, placach i domach, czytano po setne razy, powiewano nią w powietrzu niby chorągwią triumfu lub żałoby dopóty, aż w tych tysiącach rąk niecierpliwych i drżących rozpadła się ona w drobne szmatki, ulotniła się w żółtawy pył i — zniknęła.
Zdania jednak o tym, co przeczytanym zostało, ludność Szybowa nie wyrażała zrazu. Część jej, znacznie mniejsza, pytające spojrzenia zwróciła ku Herszowi, inna, ogromnie większa, badała twarz reba Nochima.
Reb Nochim wyszedł przed próg swej lepianki i chude ręce swe w znak grozy i rozpaczy wznosząc nad głowę okrytą siwymi włosy, zawołał po razy kilka:
— Asybe! Asybe! Dajge!
— Nieszczęście! nieszczęście! biada! — powtórzył za nim tłum zalegający w dniu owym podwórzec świątyni. Ale w tej samej chwili Hersz Ezofowicz stojący u samych drzwi domu modlitwy założył białą rękę za szeroki pas atłasowego chałata, drugą powiódł po śniadej, rudawej bródce, podniósł wysoko głowę okrytą cenną bobrową czapką i nie mniej donośnie od rabina, innym tylko wcale głosem zawołał:
— Ofenung! Ofenung! Frajd!
— Nadzieja! Nadzieja! Radość! — nieśmiało trochę, z cicha i z ukośnym na rabina wejrzeniem powtórzyła za nim nieliczna gromadka jego przyjaciół.
Ale stary rabin słuch miał dobry. Usłyszał. Biała broda jego zatrzęsła się, czarne oczy rzuciły w stronę Hersza wejrzenie pełne błyskawic.
— Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić — zawołał żałośnie i gniewnie.
— Rozum nasz uczynią dłuższym i serca w piersiach naszych rozszerzą — odpowiedział mu od drzwi świątyni doniosły głos Hersza.
— Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać krainę wygnania! — krzyczał reb Nochim.
— Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jej, aby ojczyzną nam była! — wołał Hersz.
— Zabronią nam koszery[ zachowywać i z Izraela uczynią lud chazarników!
— Dla dzieci naszych szkoły pobudują i z Izraela uczynią cedr libański miasto tarniny!
— Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im będzie żony pojąć sobie!
— Kiedy pojmą oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w ich rękach będą już wyrosłe!
— Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z sodomskiej winnicy!
— Przybliżą do nas Jobel-ha-Gadol, święto radości, w którym jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa!
— Herszu Ezofowiczu! Herszu Ezofowiczu! Przez usta twoje mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić chciał do cudzych płomieni!
— Reb Nochim! Reb Nochim! Przez oczy twoje patrzy dusza twego pradziada, który wszystkich Żydów zatopił w wielkich ciemnościach!
Tak wśród ogólnej głębokiej ciszy tłumu, z dala od siebie stojąc, rozmawiali ze sobą dwaj ci ludzie. Głos Nochima stawał się coraz cieńszy i ostrzejszy, Hersza brzmiał coraz silniejszymi, głębszymi tony. Żółte policzki starego rabina okryły się plamami ceglastych rumieńców, twarz młodego kupca zbladła. Rabin trząsł nad głową wyschłymi dłońmi, rzucał postać w tył i naprzód, a srebrna broda jego rozwiała mu się na oba ramiona; kupiec stał prosto i nieruchomo, w szarych oczach jego błyskało gniewne szyderstwo, a ręka za pasem tkwiąca odbijała białością od głębokiej czerni atłasu.
Parę tysięcy oczu szybkimi spojrzeniami biegało od twarzy jednego z dwóch przywódców ludu ku twarzy drugiego, parę tysięcy ust drżało, lecz — milczało.
Na koniec rozszedł się po podwórzu świątyni przeszywający powietrze, ostry, przeciągły krzyk reb Nochima:
— Asybe! Asybe! Dajge! — jęczał starzec z łkającą piersią i załamanymi nad głową rękami.
— Ofenung! Ofenung! Frajd! — podnosząc w górę białą rękę i głosem radością brzmiącym wykrzyknął Hersz.
Tłum milczał jeszcze chwilę i stał nieruchomy, potem głowy jego pochylać się zaczęły ku sobie na kształt fal kołysanych w przeciwne strony i na kształt wód szemrzących szemrać poczęły usta, aż nagle parę tysięcy rąk podniosło się w górę z gestem trwogi i bólu i parę tysięcy piersi wydało chóralny ogromny okrzyk.
— Asybe! Asybe! Dajge!
Reb Nochim zwyciężył.
Potem jednak wszystko przepadło. Tak Orzeszkowa zaznaczyła w powieści cezurę, jaką były zabory. Role się odwróciły. Teraz Hersz Ezofowicz, zwolennik asymilacji, płakał i wołał Asybe! Asybe! Dajge. A reb Nochim nie posiadał się z radości.
— Frajd! Frajd! Frajd! — wołał do ludu stary rabin, dowiedziawszy się, że „wszystko przepadło”, że zatem ci, którzy mieli rozkazywać Żydom, aby brody golili i krótkie suknie nosili, krajowym językiem mówili i w szkołach krajowych się uczyli, roli się imali i w dziecinnym wieku małżeństw nie zawierali — rozkazywać już prawa nie mają.
— Frajd! Frajd! Frajd! Zbawione są brody i długie chałaty; zbawione kahały, chajrymy, koszery, zbawione od zetknięcia się z nauką Edomu święte księgi Miszny, Gemary i Zohar! Zbawionymi od ciągnięcia pługu dłonie wybranego ludu! Zbawionym więc od zagłady lud Izraela!
Cała powieść dostępna jest bezpłatnie w serwisie Wolne Lektury.
Die kleine große WeltLesung mit Monika Wrzosek-Müller
20.10.15 | 19 Uhr | RegenbogenCafé
Lausitzer Straße 22
10999 Berlin
Geboren bin ich in Warschau, noch in den Kinderboom-Jahren, was zur Folge hatte, dass es überall eng war, die Aufnahmeprüfungen für die Oberschule oder an der Uni. Nach turbulenten Jahren in Warschau; Mitgliedschaft bei der Solidarność, Arbeit im Polnischen Fernsehen, Entlassung nach Verifikationsgesprächen, siedelte ich 1984 in die BRD erst nach Frankfurt/Main dann nach West-Berlin. Hier habe ich zwei Jahre Kunstgeschichte studiert. Einige Jahre arbeitete ich im Polnischen Kulturzentrum in Berlin und längere Zeit unterrichtete ich Deutsch als Fremdsprache für Ausländer in der VHS Neukölln. Immer wieder übersetzte ich auch längere Texte und Bücher aus dem Polnischen ins Deutsche z. B: Solidarność, Geschichte einer Gewerkschaft, Die zwei Köpfe des Adlers…
Es folgte ein vierjähriger Aufenthalt in Italien, der mein Leben erleuchtete und wärmte. Zurück in Deutschland lebte ich längere Zeit in Kleinmachnow und beschäftigte mich mit Yoga, ich absolvierte auch eine vierjährige Yoga Ausbildung, mehrere Reisen nach Indien und Sri Lanka. Bis jetzt unterrichte ich Yoga an verschiedenen Stellen. Ich bin verheiratet und habe einen Sohn.
Geschrieben habe ich eigentlich schon immer; auf Deutsch bewusst und persönlicher erst in der Abschlussarbeit für die Yoga Ausbildung. Einen Ansporn meine Gedanken wirklich niederzuschreiben gab mir Ewa, indem sie mir ein Plätzchen in ihrem Blog einräumte. Mit Erstaunen stellte ich fest, dass die Texte alle auf Deutsch aus mir herauskamen:
Und wie immer war die Überfahrt (nach Kladow zum Yogafestival) ein Erlebnis für sich; sie war in ihrem Kopf noch Meilen von dem Yoga Event entfernt; schaute verträumt um sich herum, auf das Wasser, die vielen Boote, die bewaldeten Ufer des Wannsees; die schöne Seite von Berlin stimmte sie melancholisch. So lange kämpfte sie schon mit sich um ihren Platz in diesem Berlin und den Platz von Berlin in ihr; es war unendlich schwer das zu verbinden, sich zu finden als Mensch, als Ehefrau, als Mutter, als Fremde, als Germanistin, als Arbeitskraft, als Yogalehrerin, als Übersetzerin und als Deutschlehrerin. Immer wieder nagte das Gefühl an ihr, nicht dazu zu gehören, etwas verpasst zu haben; sich nicht einmischen zu wollen, das Leben von außen zu betrachten, nicht bemerkt zu werden und nicht das eigentliche Leben zu leben. Es lag an ihr, der langsame passive Gang ihres Lebens, sich vorwärts schaukeln, wie die Wellen nach vorne rollen und schnell wieder zurückkehren, sich zurücknehmen, was man schon erreicht hat, zerstören. Die Überfahrt war lang und doch kurz oder genau richtig, um nicht zu lange grübeln zu können.
Eintritt frei – Spenden willkommen.
Eine Veranstaltung von Blog ewamaria2013 & Regenbogenfabrik