Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)

Współczucie jest najważniejszym, a może jedynym prawem istnienia całej ludzkości.
Fiodor Dostojewski, Idiota, s. 256, przekład Jerzy Jędrzejewicz

Czułość jest najskromniejszą odmianą miłości.
Olga Tokarczuk, Wykład noblowski, str. 24

Ewa Maria Slaska

Prefiguracje i naśladownictwa

Czytam sobie tę książkę, Structure and Theme. “Don Quixote” to James Joyce Margaret Church, amerykańskiej literaturoznawczyni, ale, jak to w nauce anglosaskiej – piszącej przystępnie i zrozumiale. Church stawia tezę, że Don Kichot, pierwszy prawdziwy bohater powieściowy na świecie, był prefiguracją wszystkich ważnych, uniwersalnych bohaterów literackich. Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina, tego bożego pomyleńca, epileptyka, który ogląda świat oczami dziecka, widzi zatem, że król jest nagi.

No cóż, nie ma wyjścia, trzeba sięgnąć do Idioty, co jest właściwie całkiem interesującym zadaniem, bo nie czytałam tej książki ze 40 lat i oczywiście niewiele pamiętam. Albo nic. Oprócz tego, iż wiadomo było, że stłucze wazę. I stłukł.

Pewnego dnia książę pisze niespodziewanie liścik do swojej kuzynki, Agłai Jepanczyn.

Kiedyś zaszczyciła mnie Pani swoim zaufaniem. Może teraz Pani o mnie całkiem zapomniała. Jak się to mogło stać, że piszę do Pani? nie wiem: ale uczułem nieodparte pragnienie, żeby przypomnieć Pani o o sobie, właśnie Pani. Tak często wszystkie trzy panie były mi potrzebne, ale ze wszystkich trzech widziałem tylko Panią. Pani mi jest potrzebna, bardzo potrzebna. Nie mam nic do napisania o sobie, nic do opowiedzenia. Zresztą nie o to mi chodzi: strasznie bym chciał, żeby Pani była szczęśliwa. Czy Pani jest szczęśliwa? Tylko to chciałem Pani powiedzieć.

Brat pani ks. L. Myszkin.

Przeczytawszy ten króciutki i dosyć bezsensowny liścik. Agłaja nagle się zarumieniła i zamyśliła. Trudno by było odtworzyć bieg jej myśli. Między innymi spytała siebie: “Czy pokazać komukolwiek?” Było jej jakoś wstyd. Na koniec zresztą z drwiącymi i dziwnym uśmieszkiem wrzuciła liścik do swego stolika. Nazajutrz znowu go wyjęła i włożyła do grubej, oprawnej, z mocnym grzbietem książki (zawsze tak robiła ze swoimi papierami, żeby je w razie potrzeby móc szybko znaleźć). I dopiero po tygodniu przypadkiem spostrzegła, co to była za książka. Był to Don Kichot z La Manczy. Agłaja strasznie się uśmiała – nie wiedzieć czego.

Str. 212

Ale już kilka stron dalej Agłaja Jepanczyn potwierdzi i to w obecności wielu osób, w tym samego księcia, że i ona, i wielu innych widzą w nim uosobienie Don Kichota, a zarazem puszkinowskiego Biednego rycerza, który zresztą, co tu dużo gadać, jest Don Kichotem.

Aleksander Puszkin

Żył na świecie rycerz biedny
tłumaczył Julian Tuwim

Żył na świecie rycerz biedny,
Małomówny, prosty, twardy,
Z twarzy chmurny był i szpetny,
Duchem śmiały i otwarty.

Miał on kiedyś przywidzenie
Ponad rozum i pojęcie
I głębokie zachwycenie
Tkwiło w sercu i pamięci.

Od tej chwili duszą spłonął,
Na kobiety patrzeć przestał
I do żadnej, aż do zgonu,
Już się słowem nie odezwał.

Szyi szarfą nie okręcał,
Lecz różańcem, a przyłbica,
Gęstą kratą nasunięta,
Osłaniała jego lica.

Cudownemu wierny snowi,
Tchnąc miłością czystą, jasną,
A.M.D. na tarczy swojej
Rycerz krwią nakreślił własną.

I w pustyniach Palestyny,
Gdy po piasku i kamieniach
W bój pędzili paladyni,
Sławiąc damy swe z imienia,

– Lumen coeli! Sancta Rosa! –
Krzyczał dziki, opętany,
Gromem wpadał w bój i groza
Z nóg waliła muzułmany.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Sceny z czasów rycerskich, 1835

Cóż, możnaby domniemywać, że książę uważany jest za Don Kichota dzięki owej, wynikającej z choroby, dziecinnej naiwności, jaką kieruje się w życiu, ale nie, bo na przykład na str. 313 jeden z bohaterów powieści, mówi, iż wszyscy wiedzą, że książę kieruje się w życiu rycerskimi poglądami co do obowiązków honoru i sumienia. O ile jednak książę sam kieruje się szlachetnością, to jednocześnie potrafi zrozumieć wszelkie ludzkie zachowania, każdą podłość, niegodziwość i słabość. Wszystko zrozumie, wyjaśni i wybaczy. Wdzi człowieka na wylot, i słowa, i czyny, i kłamstwa, i prawdę.

Zamiast niezwykłych przygód z owczarzami, pokutnikami i galernikami, księciu przydarzają się dziwaczne i niepojęte przygody z ludźmi, z których każdy chce go oszwabić lub wyśmiać, a prędzej czy później będzie zabiegał o jego przyjaźń, miłość i wybaczenie. Każda z tych historii kończy się podobnie: książę rozumie intencje szalbierza, wybacza je, ba, sam prosi o wybaczenie, robi to jednak niezręcznie, a może nawet wręcz obraźliwie i w końcu gotów jest za niezręczność tego przebaczenia zapłacić, przy czym te pieniądze są równie nierealne, co cięgi, jakie zbierają Don Kichot i Sancho Pansa. Jest to gruncie rzeczy ciągle ta sama opowieść, szkatułkowa i lustrzana. Renesansowa opowieść o przygodach ostatniego błędnego rycerza jest parodią traktowanych całkiem na poważnie średniowiecznych przygód króla Artura i jego rycerzy i powtarza się w Don Kichocie w kilkudziesięciu wersjach. Podobnie przygody księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina w XIX-wiecznej Krainie Oszustów są wciąż i od nowa tą samą opowieścią, tylko że XIX-wieczni rozbójnicy zabijają plotkami, intrygami i machlojkami. Obu bohaterów dzieli 300 lat i… kobieta. Jest ona w renesansie zaledwie symboliczną figurą, w XIX wieku stanie się jednak złowrogą animą wszelkich poczynań. Jest młodą i piękną nierządnicą, prostytutką, kobietą lekkich obyczajów, utrzymanką, a jej siła polega na tym, że potrafi opanować nie tylko lubieżników, ale przede wszystkim – uczciwych, szlachetnych i inteligentnych mężczyzn. Andreas Leverkühn zostaje na całe życie zarażony syfilisem przez prostytutkę Esmeraldę hetaerę, Swann traci dziesięć lat życia dla Odetty, kobiety, którą każdy mógł mieć, ale która jego właśnie nie chciała. I nawet, jak to sam sceptycznie przyznaje, właściwie wcale mu się nie podobała. Rosa Fröhlich, czyli Błękitny Anioł doprowadza do upadku profesora Unrata. Szlachetny i naiwny książę Myszkin staje się ofiarą manipulacji ze strony Nastazji Filipowny, i tak dalej, i tak dalej…

Inne jest też uwikłanie księcia Myszkina w uczucia dwóch kobiet, tej jednej – dobrej i porządnej, acz złośliwej, i tj drugiej – nierządnicy i obłąkanej. Książe kocha je obie i obie traci. Obie kochają w nim to samo – dziecięcą uczciwość i szlachetność. Agłaja Jepanczyn uświadamia to sobie, czytając na głos, w salonie, przy ludziach wiersz Puszkina o biednym rycerzu. Nikt podczas tego pierwszego głośnego czytania nie uświadamia sobie, że to wiersz proroczy i że wszystko już zostało w nim powiedziane.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Tak będzie i z księciem, który chory wyjedzie z powrotem do Szwajcarii i tam umrze.

 

Animula, vagula, blandula

Proszę Państwa, przygotowując dwa tegotygodniowe wpisy, te o tym, że koty mają duszę, przypomniałam sobie ten przedziwny wiersz o duszy, musiałam go znaleźć, przeczytać i…

Ewa Maria Slaska

A wiersz jest niezwykły:

Animula, vagula, blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca
Pallidula, rigida, nudula,
Nec, ut soles, dabis iocos.

Napisał go w roku rzymski cesarz Hadrian (76-138) i jest to chyba najbardziej mistrzowski wiersz, jaki kiedykolwiek został napisany po łacinie. Ciekawe, że jego autor, wcale nie był uważany za mistrza retoryki, czyli tego kunsztu, który uczył, jak celowo i skutecznie używać języka. Biograf cesarza, Eliusz Spartianus, wspomina wręcz, że pierwsze mowy cesarskie były tak żałosne, iż były przedmiotem żartów. Sprawiło to, że cesarz zaczął dbać o język łaciński, osiągając w nim najwyższą biegłość i wymowność

Dr Michael Gratz z Greifswaldu, wykładowca w Instytucie Filologii Niemieckiej, a również bloger (TU) podkreśla ogromną trudność przetłumaczenia tego pięciolinijkowego wiersza, bo nie dość, że łacina i tak jest zawsze oszczędna, to jeszcze tu cesarz zastosował skomplikowane metrum – pierwsza, druga i piąta linijka są zbudowane tylko z trzech słów. Chciałbym, żeby się to dało tak przetłumaczyć, wzdycha bloger i dodajmy od razu, że niestety nie osiąga w swych próbach pożądanego efektu. Oryginał ma słów 19, a niemiecki przekład filologiczny… no cóż, jak zobaczymy dalej, ani po angielsku, ani po polsku nie będzie wiele lepiej.

Doktor Gratz w 8 linijkach używa 42 słów.

Mein Seelchen, freundliches Seelchen du,
so wanderlustig immerzu,
dein Leib war nur dein Gasthaus und nun
sollst du die letzte Reise tun
in jenes Reich,
wo alles so öd‘ und kahl und bleich,
in jene Nacht,
wo keiner mehr deine Spässchen belacht.

Po polsku wiersz liczy tylko 5 linijek i 30 słów, o 11 więcej niż łaciński oryginał. Samych “i” jest po polsku trzy. Oczywiście po łacinie spójnik “i” przykleja się do poprzedniego słowa, ale i tak jest w oryginale tylko raz, po polsku i po niemiecku po trzy razy. I Polak, i Niemiec używają też gęsto różnych form zaimka posesywnego – moja, mój, mnie, mein, dein… a łacina całkiem zgrabnie sobie radzi bez tych słówek.

Duszyczko moja tkliwa i ruchliwa,
Gościu ty ciała mojego i drużko,
Co pójdziesz teraz w krainy ciemności,
Twarde i nagie, i pełne bladości,
A żartów zwykłych stroić już nie będziesz.

Przełożył Kazimierz Morawski. Istnieje też polski przekład Kubiaka, który prawie że uzyskuje ową łacińską prostotę trzech linijek trzywyrazowych:

Duszyczko, kochana wędrowniczko,
Ciała gościu i wspólniczko,
W jakie ty strony odejdziesz,
Bladziutka, naga, zziębnięta,
Gdzie żartować jak zwykle nie będziesz

Kubiak, podobnie jak sam cesarz, nie używa żadnych zaimków dzierżawczych. Również angielski w wydaniu Byrona obywa się bez zaimka dzierżawczego, choć jest to wszak język, który podobno musi go używać bez przerwy, że przypomnę słynne “moje ręce w moich kieszeniach” (My hands in my pockets).

Ah! gentle, fleeting, wav’ring sprite,
Friend and associate of this clay!
To what unknown region borne,
Wilt thou, now, wing thy distant flight?
No more, with wonted humour gay,
But pallid, cheerless, and forlorn

Tę angielską wersję stworzył Byron i choć jest ona o wiele słów i jedną linijkę dłuższa od oryginału, chwali się poetę za niedoścignioną wręcz… zwięzłość, co jednak bardzo dziwi. Już bowiem sam apostrof rozpoczynający wiersz, tak zresztą jak i po niemiecku, wydaje się przecież niepotrzebny. I jeszcze wykrzykniki i znak zapytania, i 33 słowa.

Ale Byron nie był jedynym tłumaczem epigramatu cesarza na angielski. Już wiele lat temu naukowcy doliczyli się 43 tłumaczeń, teraz jest ich zapewne jeszcze więcej.

Ale nie ma sensu się czepiać, każdy tłumaczy jak może, obywatelu redaktorze. Interesujące wydaje mi się, że żadne z tłumaczy w żadnym języku nie pokusił się o ten fantastyczny potrójny rym wewnętrzny w pierwszej linijce. Rozłąka błąka się po łąkach… Jest rym podwójny, potrójnego nikt nie uzyskał.

Na zakończenie przytoczę jeszcze piękny i wzruszający opis mniemanego grobu Hadriana w jednym z listów z Rzymu Gustawa Morcinka, tak, tego śląskiego pisarza, autora Łyska z pokładu Idy. Pisarz miał za sobą niewolę niemiecką, pobyt w obozie koncentracyjnym i kilkuletnią tułaczkę powojenną, która zawiodła go do Rzymu. Morcinek jest zachwycony Wiecznym Miastem, ale tęskni, tęskni tak mocno, że postanawia jednak wrócić do Polski. Wizyta w mauzoleum Hadriana jest pożegnaniem pisarza z Rzymem.

…znajdziesz tutaj niedużą tablicę marmurową z najpiękniejszymi słowami o śmierci, jakie znalazłem w Rzymie. Nachylasz się w mroku i czytasz zdumiony: „Parola rivolta all’anima dell Imperatore Adriano morente”, a pod tym wstępem olśniewają Cię wzruszające słowa o śmierci z tamtych antycznych czasów, słowa, które zdumiewają swą prostotą i swą głębią, i pogodą, i ciszą. Oto umierający Hadrian żegna się z życiem i teraz pieszczotliwymi słowy przemawia do swej duszy:

Animula vagula blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca
Pallidula rigida nudula,
Nec, ut soles, dabis iocos

I myślisz z jakimś podświadomym żalem, że oto Hadrian umierał w tak wzniosły sposób, że jego śmierć była jakimś radosnym obrzędem żegnanego życia, że śmierć jego posiadała tyle wspaniałego, cesarskiego, imperatorskiego, a jednak tak bardzo prostego majestatu, iż dzisiaj „człowiek z obozu” czy barbarzyńca z Północy staje przed nim pełen pokory i wzruszenia. I równocześnie pełen żalu, dlaczego w obozie koncentracyjnym musieli moi towarzysze konać jak rozdeptane, gnijące robaki, dlaczego ich śmierć nie posiadała niczego z owego majestatu…

„I can’t breathe”

Ewa Maria Slaska

Zbieram w mediach informacje o tym, co się zdarzyło, i co to może oznaczać. Uderza mnie symbolizm tego wydarzenia. Bo czy to nie symboliczne, że ostatnie słowa, jakie wypowiedział George Floyd brzmiały właśnie tak:
„I can’t breathe”? W czasach pandemii coronawirusa, gdy ci, którzy umierają, umierają na zapalenie płuc, a ci, którzy najciężej chorują, leżą pod respiratorami, bo nie mogą oddychać, czy to nie symbolicznie złowrogie zatem, że ostatnie słowa czarnego człowieka udoszonego kolanem przez białego policjanta tak właśnie brzmiały.

A zobaczyłam je jako hasło na zdjęciu profilowym na FB u dziewczyny, która kilka dni później ze zdiagnozowanym coronawirusem trafiła do szpitala. Nie ma mnie, jestem w szpitalu, napisała. Proszę nie chcieć ode mnie niczego. Bardzo źle się czuję. Aha, jakby ktoś nie wierzył, że wirus istnieje, zdiagnozowano u mnie właśnie wirusowe zapalenie płuc. 

Nie mogę oddychać. I can’t breathe.
Biały policjant z Minneapolis, Derek Chauvin, trzymał kolano na szyi unieruchomionego kajdankami czarnego George’a Floyda przez 8 minut i 46 sekund (2 minuty i 53 sekundy po tym, jak Floyd przestał się ruszać). Słowa Floyda „I can’t breathe” od wielu dni odbijają się o widzialne i niewidzialne mury w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, napisał na Facebooku Jacek Pałasiński. Talmud powiada, że „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”. To zdanie jest wyryte na medalach wręczanych sprawiedliwym wśród narodów świata. To zdanie można odwrócić: „Kto zabija jednego człowieka, zabija cały świat”.
Derek Chauvin, który zabił George Floyda, być może zabił cały znany nam świat.


Arkadiusz Łuba napisał jako kometarz: wrapped in smoke, can democracy breathe? – where is the world going?! (cartoon from Sinisa Pismestrovic, in: “Süddeutsche Zeitung” 02.06.2020, p. 4) – more

Nasze europejskie #blacklivesmatter wygląda trochę inaczej niż w Stanach, pisze Antoni Komasa-Łazarkiewicz. To życie osób tonących w wodach Morza Śródziemnego w drodze na nasz kontynent. To życie i zdrowie uchodźców stłoczonych w obozach w Grecji, porzuconych i zapomnianych przez swoją Ziemię Obiecaną, wystawionych na postrach kolejnym, którzy spróbowaliby wyrwać się z nędzy, suszy i wojny, sprowadzonej na nich przez białego człowieka rabunkiem, kolonizacją i imperializmem.
To życie setek tysięcy ludzi stłoczonych w nieludzkich warunkach w Libii, gdzie opłacamy lokalnych zbirów, żeby trzymali ich z dala od nas. (…) To, że u nas policjant nie udusił niewinnego czarnego człowieka kolanem, to że problem jest mniej widoczny w naszym codziennym życiu, nie oznacza, że nie istnieje, a jedynie że udało nam się zepchnąć go dostatecznie daleko od naszych oczu. Ale on jest.

Chora odpowiada ze szpitala jednym słowem: jest.

Ale oczywiście i w Polsce są protesty. Wczoraj (3 czerwca) kilkuset poznaniaków położyło się na ziemi z rękoma na plecach. Był to spontaniczny protest po śmierci George’a Floyda. Protestujący przeszli w milczeniu przez centrum miasta. Takie działania są w Polsce zabronione, ale policja nie interweniowała.

A polski Avaaz przysłał apel o podpisanie protestu (podpisałam):

Przyjaciele i Przyjaciółki!

To są ostatnie słowa George’a Floyda, 46-letniego mężczyzny, który zmarł po tym, jak funkcjonariusz policji przygniótł go do ziemi i klęczał na jego szyi przez niemal 9 minut, dopóki się nie udusił:

„To moja twarz, człowieku
człowieku, nie zrobiłem niczego takiego
proszę
proszę
proszę, nie mogę oddychać
błagam, człowieku
proszę was
proszę, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
proszę
(niezrozumiałe)
człowieku, nie mogę oddychać, moja twarz
wstań
nie mogę oddychać
proszę, kolano na karku
nie mogę oddychać
k****
ja zaraz…
nie mogę się ruszać
mamo
mamo
nie mogę
moje kolano
mój kark
jestem wykończony
jestem wykończony
mam klaustrofobię
boli mnie brzuch
boli mnie kark
wszystko mnie boli
dajcie wodę, cokolwiek
proszę
proszę
nie mogę oddychać, panie oficerze
nie zabijaj mnie
człowieku, oni mnie zabiją
daj spokój, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
oni mnie zabiją
oni mnie zabiją
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
panie, proszę
proszę
proszę
błagam, nie mogę oddychać”

Potem jego oczy się zamknęły. Jego prośby ucichły. George Floyd nie żył.

Stoimy teraz przed wyborem. To może być po prostu kolejna tragiczna śmierć z rąk funkcjonariusza amerykańskiej policji – albo moment, w którym wreszcie nastąpi zmiana.

Jesteśmy ruchem ponad 60 milionów osób – gdy wszyscy razem zabieramy głos, nie sposób nas zagłuszyć. Więc zawołajmy głośno, razem z wszystkimi innymi, którzy wzywają do zatrzymania tej fali rasistowskich zabójstw, i wymagajmy tego samego od osób dzierżących władzę.

Podpisz ten list. Gdy będzie nas mnóstwo, Avaaz opublikuje jego treść w najważniejszej prasie w USA i na portalach na całym świecie. Niech to będzie hymn wzywający do zatrzymania tej fali zabójstw i oddający cześć wszystkim tym, których do tej pory straciliśmy.

Podpisz teraz
Jako Obywatele i Obywatelki całego świata, opłakujemy bezsensowną śmierć kolejnego człowieka z rąk amerykańskiego policjanta.

Stajemy jako społeczność po stronie tych, którzy teraz cierpią.

Te brutalne zabójstwa muszą się skończyć. Każde z nich to rana na sercu całej ludzkości oraz wstydliwa, niedająca się zmyć plama na wspaniałej fladze Stanów Zjednoczonych.

Rasizm rośnie w siłę w ciszy – a my nie zamierzamy milczeć. Rasizm jest problemem, który dotyczy nas wszystkich. To nasza walka.

Ale nie pozwolimy, aby tę walkę opanowała nienawiść, bo wtedy nie będziemy wcale lepsi od tych, których serca chcemy zmienić. Jak mówił Martin Luther King: „Ciemność nie może wypędzić ciemności, tylko światło może to zrobić. Nienawiść nie może wypędzić nienawiści; tylko miłość może to zrobić.”

W tym właśnie duchu wzywamy wszystkich sprawujących władzę by działali TERAZ i oczekujemy od prezydenta Trumpa oraz władz stanowych i lokalnych USA by wzięli odpowiedzialność za:

  • Zapewnienie, że wszyscy oficerowie zamieszani w zabójstwo George’a Floyda staną przed sądem.
  • Wydalenie ze służby i konsekwencje prawne dla funkcjonariuszy nawet za pojedynczy przypadek użycia nadmiernej siły lub nie zapobieżenia jej.
  • Zapewnienie, że każde policyjne zabójstwo będzie przedmiotem niezależnego i transparentnego dochodzenia.

Zobowiązujemy się robić to, co do nas należy, mierząc się twarzą w twarz z ignorancją, gniewem, strachem i rasizmem, mając po swojej stronie całą nadzieję, miłość i siłę naszego człowieczeństwa.

Spoczywaj w Mocy, George Floyd.
Twoja śmierć nie pójdzie na marne.

Podpisz teraz

Z niekończącą się nadzieją,

Mike, Marie, Meetali, Sarah, Andrew, Ricken i Bert wraz z całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:

Jego śmierć wstrząsnęła Ameryką. Kim był i jak zginął George Floyd? (RMF24)
https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-jego-smierc-wstrzasnela-ameryka-kim-byl-i-jak-zginal-george-,nId,4527878

Oczywiście, że są protesty. Państwo zawodzi osoby czarnoskóre (New York Times – tekst w języku angielskim)
https://www.nytimes.com/2020/05/29/opinion/george-floyd-minneapolis.html


PS: Tymczasem Spiegel (i oczywiście wiele innych gazet) donosi, że w USA jest już ponad 40 milionów bezrobotnych i przybywa ich w taki sam sposób jak chorych na koronę – w ciągu wykładniczym czyli zgodnie z funkcją potęgową. Bezrobocie jednej osoby dotyczy zazwyczaj również rodziny, czyli w każdym wypadku dotknięte zostały co najmniej trzy osoby. Jest ich zatem sto kilkadziesiąt milionów. Trzy państwa wielkości Polski. Kilkadziesiąt milionów ludzi straciło nie tylko pracę, ale i dach nad głową. Powstają ogromne obozowiska bezdomnych, gdzie za chwilę stosunki będą takie same jak w obozach dla uchodźców na granicy Europy. USA zmieniają się w oazy białych i bogatych otoczone płonącym morzem nędzy i buntu.

Prasa podała też, że w ciągu pandemii właściciele Amazona i Facebooka wzbogacili się o 500 miliardów dolarów.

Bogaci się nadal bogacą, biedni nie mają czym oddychać.

U fryzjera

Chyba żaden zakaz wprowadzony podczas kwarantanny, a potem stopniowo łagodzony, nie wzbudzał tylu emocji, co fryzjer. Wizyta u fryzjera urosła do rangi wyznacznika wolności i to w każdym wymiarze, politycznym, społecznym, indywidualnym. Facebook tonie w powodzi selfie spod fryzjerskiego hełmu albo z pasemkami owiniętymi sreberkiem sterczącymi naokoło głowy jak, nie przymierzając, wypustki coronawirusa. Ludzie dzwonią do siebie korzystając z połączeń wideo i na kablach międzykontynentalnych pokazują sobie swoje nowe fryzury. Temat nie jest zastrzeżony tylko dla młodych i tylko dla kobiet. Czy rozmawiam z młodym gniewnym intelektualistą czy z bardzo starą panią, wizyta u fryzjera lub niemożność jej zorganizowania jest tematem numer dwa każdej rozmowy, ważniejsze (temat numer jeden) jest tylko pytanie o zdrowie.

To jak się czujecie?

Maria Marucelli, nasza autorka z Florencji, pisze:

Nareszcie, od poniedziałku a raczej wtorku (bo w poniedziałki we Włoszech fryzjerzy są zamknięci) zostały otwarte zakłady fryzjerskie! Udało mi się umówić na czwartek na godzinę 19:30 – normalnie moja fryzjerka pracuje do czwartej, piątej, no ale teraz mają olbrzymie zaległości, są panie z odrostami, długimi włosami i wszystkie chcemy zrobić porządek z głową. Ja chciałam tylko obciąć włosy, udało mi się więc dostać do fryzjerki szybko, Marianna (moja córka) która ma duże wymagania – bo może tylko w sobotę i chce wyprostować sobie włosy, co jest operacją bardzo długą – umówiła się dopiero na za dwa tygodnie.
Ale ja przecież piszę o mojej wizycie u mojej fryzjerki. Po pierwsze umówić się można tylko przez telefon, bo do zakładu wchodzą tylko osoby umówione, mniej więcej w połowie drzwi jest taśma żeby zatrzymać ewentualnych chętnych bez zamówionej wizyty. Przyszłam pod zakład dziesięć minut wcześniej, wewnątrz nie było żadnej klientki, a trzy panie pracujące tam odkażały salon po obsłużeniu poprzednich klientek – mogą wejść na raz tylko dwie. Odkażały, to znaczy psikały jakimś płynem na wszystko i następnie przecierały papierowymi ręcznikami. Oczywiście zamiotły podłogę i umyły ją też pewno płynem odkażającym. W momencie, kiedy zostałam zaproszona do środka, wszystkie panie założyły maseczki, wydezynfekowały sobie ręce i założyły jednorazowe rękawiczki.
Weszłam, pochylając się pod wyżej wspomnianą taśmą, tuż obok, po prawej stronie na podłodze jest czarną taśmą klejącą wyznaczony kwadrat, w którym należy stanąć, obok umieszczono automatyczny dozownik z płynem do dezynfekcji rąk, wydezynfekowałam je i zostały mi podane jednorazowe rękawiczki, które oczywiście na wilgotne ręce nie wchodzą, zrezygnowałam więc, ale musiałam założyć plastikowe pokrowce na buty, a torebkę wraz z kurtką włożyć do plastikowej torby, która została zamknięta. I tak to byłam gotowa do umycia głowy. Pozostała część: strzyżenie, suszenie i układanie włosów poszła normalnie, bo moje fryzjerki od zawsze stosują urządzenie do dezynfekcji nożyczek i  szczotek, które jeszcze przed dezynfekcją dokładnie się czyści z włosów.
W tym wszystkim najważniejsze jest to, żeby nikt kto nie wie, że jest zarażony, bo wirus jest w fazie wykluwania się, a jest już zaraźliwy, nie zaraził nikogo, tak fryzjerek jak innych klientów. Ale to oczywiście również znak, że zaczynamy z wolna normalnie funkcjonować, bo fryzjer dla kobiety to bardzo ważna rzecz.
W pół godziny byłam gotowa, zapłaciłam, a do worka, w którym przechowywana była moja osobista torebka i kurtka, włożyłam pokrowce na buty i wszystko wyrzuciłam do specjalnego wora na plastikowe odpady.
Nie muszę pisać chyba dwóch oczywistych rzeczy, a mianowicie że cały czas byłam w maseczce i że wyszłam wielce szczęśliwa, że mam porządek na głowie!
We wtorek idę na pedicure!


PS od adminki. A ja dodam jeszcze jedną uwagę. Rękawiczki, maseczki, worki, pokrowce, ręczniki papierowe, spraye, płyny do dezynfekcji, plastikowe taśmy, naklejki, ustawiające nas to tu, to tam… Corona pozwoliła naturze przez chwilę odetchnąć. Sarny chodzą po Krupówkach, delfiny pływają w kanałach Wenecji, ale jednocześnie wzięły w łeb wszystkie nasze starania o likwidację reklamówek, foliówek, kubków jednorazowych i plastikowych naczyń. Ledwo zaczęliśmy się drobnym kroczkiem przymierzać do zmniejszenia ilości zużywanego przez nas plastiku, ledwo wymyślono talerze z otrębów i torebki z ości dorszy, zaczęliśmy od pierwszego dnia kwarantanny zużywać więcej plastikowego badziewia, niż kiedykolwiek w czasach wszechwładzy foliówki w sklepie.
EU chciała wprowadzić od roku 2021 zakaz sprzedaży wszystkich produktów jednorazowego użytku wykonanych z tworzywa sztucznego.
I co?

Gdańsk. Otwarte zakłady fryzjerskie po zniesieniu obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa.
Nz. Salon Fryzjerski Piotr Kunderak Hair (https://www.gdansk.pl/wiadomosci/fryzjer-znowu-otwarty-pierwszy-dzien-dzialalnosci-salonow-oczami-ich-wlascicieli,a,171356)

Z dala od Baratarii (Joyce)

Michałowi, który mi osiem lat temu podarował tę książkę

Od momentu, gdy ukazał się TEN wpis, wszyscy wiedzą, że ja, zagorzała czytelniczka Marcela Prousta, dopuszczam się zdrady i czytam Joyce’a, i to do poduszki. No, ale co zrobić, trzeba było wykonać postawione mi przed nosem zadanie joyce’ologiczne i znaleźć, gdzie JJ z całą pewnością odwołuje się do Cervantesa. 

Po dwóch tygodniach znalazłam. I to na jakiej pięknej stronie: 234! 

Ewa Maria Slaska

But, Sin Showpanza, could anybroddy which walked this world with eyes whiteopen have looked twinsomer than the kerl he left behind him? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Of all the green heroes everwore coton breiches, the whitemost, the goldenest! How he stud theirs with himselfs mookst kevinly, and that anterevolitionary, the churchman childfather from tonsor’s tuft to almonder’s toes, a haggiography in duotrigesumy, son soptimost of sire sixtusks, of Mayaqueenies sign osure, hevnly buddhy time, inwreathed of his near cissies, a mickly dazzly eely oily with looiscurrals, a soulnetzer by zvesdals priestessd, their trail the tractive, and dem dandypanies knows de play of de eyelids, with his gamecox spurts and his smile likequid glue (the suessiest sourir ever weanling wore), whiles his host of spritties, lusspillerindernees, they went peahenning a ripidarapidarpad around him, pilgrim prinkips, kerilour kevinour, in neuchoristic congressulations, quite purringly excited,rpdrpd, allauding to him by all the licknames in the litany with the terms in which no little dulsy nayer ever thinks about implying except to her future’s year and sending him perfume most praypuffs to setisfire more then to teasim (shllwe help, now you’ve massmuled, you t’rigolect a bit? yismik? yimissy?) that he, the finehued, the fairhailed, the farahead, might bouchesave unto each but everyone, asfar as safras durst assune, the havemercyonhurs of his kissier licence. Meanings: Andure the enjurious till imbetther rer. We know you like Latin with essies impures, (and your liber as they sea) we certney like gurgles love the nargleygargley so, arrahbeejee, tell that old frankay boyuk to bellows upthe tombucky in his tumtum argan and give us a gust of his gushy old. Goof!

Ale czy, Sin Pumppanza, ktokolbud kto brodził po świecie z szeroko otwartymi białkami mógł wyglądać braciej dwurodnie niż chłopczyna którą zostawił za sobą? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Wśród glauckich herosów elladykolwiek cotona sobie mieli grynczesy, ten najbielszy, ten najzłotszy! Chodząca kewinność, jak pan muk stał, ob anterewolucjonista, dzieciojciec duchowny z góry mig do dołu, z kępy tonsora do stóp jałmużnika, hageografia duotrigesumy, syn sześćkiełsiątego słońca, synocóra Majarani, najwyższy ciąż za buddym razem, kolony wiatużkiem siorcyzów, o mikle lśniącej, olejnie wijnej luz kareolo włosów, soulnetzer zwiazdowany przez gwiestalki, trele ich traktów, już dam dandypanie wie jak dam powiekami grać, kogut ostrogut, klej płynny funt śmiech (suessłodszy sourir dzidzikolwiek wydany), hetman sfery boskiej, lusspillerinokolan, piejących mu peahenny  ripidarapidarapadokoła, przywódca pielgrzyma, kerilour kevinour, wrzaskon gresulacji neuchorystyczny, w mraukotnym podnieceniu rpdrpd, a luznym wielbiących przezliskami z litanii terminów, których żadna dulsyne ani myśli dać do dorozumienia, chyba że zaroczona przyszłej małżowinie, kadzących mu puffumami, nie tyle by go rozdrażnić ile rozpalkoić (msze pomóc, że masz mało, ci ręko letko? jesmak? jimosze?) że on, tak pięknobarwny, tak jasnogłosy, tak przedniogłowy, mógłby ułaskawić każdą a nie jedną ustce raz, asfaras safrse dać assunt, zmiłuj się nad niami, licencją na całowanie. Wiemy że lubisz łacinę z esskimi jej zanieczyszczeniami, (jak i swój liber jak morze widome) pewnie jednak lubimy gulglęta kochamy narglegarglej więc dalej, arrabojże, rzeknij temu frank staremu bojkowi żaby duł miechy a tamtem przez trombielki orgament palnął nam porywkę ze starej polewki. Gupstwo!

Ufff. Poszukałam, przeczytałam, przepisałam. Veni, vidi, vici. A teraz już chciałabym pójść z powrotem do Prousta, ale nie mogę, bo jak się raz wciągnęłam w tę historię, to bym chciała się jeszcze dowiedzieć, o co chodzi? Joyce’olog mi wyjaśnił, że to powieść jak globus (jakoronawirus?), rozrasta się kuliście we wszystkie strony (zaprawdę pandemiamwam – corona), a przy tym każde słowo (fraktale! fraktale! duże takie same jak male) podobnie rozrasta się kuliście od centrum, jeśli więc jest giermek i pansa, to jest i pan jego polski, i brzuch łaciński, i angielski bratek pansy (co i geja oznaczy) i francuski myśliciel zdziczały (dziki bratek – pensee sauvage). 

Jako czytelniczka powiem jednak, że ok, rozumiem globalny globusowy zamysł makrokosmiczny i rozumiem haikopodobne zabawy z każdym słowem, ale nie rozumiem tego, co pomiędzy, nie wiem, co tam się dzieje i to mnie deprymuje. Bo jednak chciałabym zrozumieć, co się zawarło w umyśle autora między tym, co makro i tym, co mikro, czyli co oberżysta i jego córka i synowie robią w trakcie tej liczącej dokładnie 628 stron powieści (polskie tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego, wydane przez Ha!Art, też liczy tyle samo stron, i każda strona po polsku odpowiada – no, powiedzmy, prawie odpowiada – stronicy po angielsku). I jak już myślę, że wiem, że wstają, gotują, jedzą, przyjmują gości, idą do teatru, to mi się to wszystko rozpikselowuje, rozpada jak na obrazach impresjonistów, i już widzę tylko, jak straszni mieszczanie u Tuwima, nie świat i czas, i czasoprzestrzeń, tylko, że Staś, że dom, że drzewo… I odsuwam zrezygnowana to tomiszcze, myśląc, ach, Proust, wprawdzie i on przez 50 stron pierwszego tomu obraca się z boku na bok, zanim zaśnie, ale ja wiem przecież, bo czytałam go pewnie z 50 razy, że się obróci, i zaśnie, a kiedyś jak dorośnie, zmarznie i zje kąsek magdalenki, zanurzony w herbacie lipowej, a wtedy wstanie z niej całe miasto Combray, a za nim Paryż, Balbec i Wenecja, i zakwitną białe głogi wzdłuż posiadłości Swanna i dziewczęta na plaży, Gilberta dorośnie i stanie się Albertą, księżna Guermantes pójdzie na bal w bucikach niedopasowanych do wspaniałej czerwonej sukni, i wtedy Marcel narrator, już dawno nie tylko dorosły, ale też doświadczony przez życie, zdrożne miłości i chorobliwą neurastenię, nadepnie na kamień w trotuarze, a ten się poruszy, i wtedy zamknie się krąg tej siedmiotomowej powieści, wrócimy do początku i będę mogła zacząć ją czytać od nowa (zobacz TU).

PS 1. Z Ulissesem nie miałam aż tylu problemów. Przeczytałam i już. Nie zachwycił, ale i nie odrzucił. Natomiast nadzwyczaj wręcz lubię Bloomsday.

PS 2. Ci dwaj (MP i JJ) raz się spotkali na pewnym (celowo zaaranżowanym) obiedzie. I nie przypadli sobie do gustu. Spotkanie miało miejsce 18 maja 1922 roku w Paryżu, 98 lat temu. TU o tym pisałam, nawet nie tak dawno.

Barataria: hełm czy przyłbica?

Ewa Maria Slaska

Markowi W., przypominając starą prawdę, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.

Eduard John Menta, Porządki w bibliotece

Czytam ci ja sobie staroć wyciągniętą z półki podczas pandemicznych porządków, które jak wiadomo wyglądają tak jak na załączonym powyżej obrazku, z pięknej światowej serii “Odtwarzamy dzieła sztuki” (wciąż i nadal zachęcam i zapraszam do udziału, bo czyż to możliwe, że ze wszystkich Krewnych-i-znajomych-Królika tylko Wiadomo Kto, mój wnuk i ja poczuliśmy wenę instalacyjną i przebierankową? Ruszcie się dyć, nadal czekam). Długa była ta preambuła, wracam więc do początku myśli: czytam ci ja sobie Sceny z życia Cyganerii Henryka Murgera w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, a wydane  przez PIW w roku 1957 (to książka z moich cudownych zapasów czyli starej biblioteki moich rodziców, którą oni gromadzili zaraz po wojnie, kupując książki za studenckie grosze, ale też trzeba przyznać, że powojenny PRL, natchnięty świętą myślą krzewienia oświaty wśród ludu, już teraz, dzięki Nowemu umiejącemu czytać, sprzedawał te książki za grosze. Ta akurat kosztowała 18 złotych, ale był to już rok 1957, ale mam w zbiorach książki za 2 złote i 20 groszy!) I znowu długo było tłumaczyć i trudno z powrotem zahaczyć o zgubiony wątek. Czytam ci ja zatem owe francuskie Sceny, zapisane przez autora, który sam był Cyganem (żył w latach 1822-1861) i zmarł młodo z nędzy, mimo iż doczekał czasu, gdy jego Sceny przerobiono na operę, która sławna jest do dziś. Ale, jak pisze tłumacz we wstępie, artyście to niewiele pomogło, tyle, że na krótko zdołał zamienić nędzę na zwykłe ubóstwo. Ale nędza i tak go zabiła, bo gdy zachorował, to organizm nie zdołał się obronić. Przy pandemii też ciągle to słyszymy, jak byłeś słaby, gdy zachorowałeś, to umrzesz.
Czytam ci ja zatem te Sceny, pisane w latach 1846-1849, bo świat naokoło pełen jest artystów, których po kolei globalizacja, komercja i teraz pandemia pozbawiały środków do życia tak skutecznie, że o ile w Niemczech dzięki szybkiej niebiurokratycznej pomocy społeczeństwo jeszcze jakoś wzięło za nich odpowiedzialność, o tyle w Polsce, a pewnie i gdzie indziej za chwilę zaczną przymierać głodem.
No toż wreszcie skończyłam ze wstępami i dotarłam do panakichotowych rewirów, zwanych u mnie ogólnie Baratarią. Bo otóż: czytam ci ja sobie te Sceny, a tu pod koniec już, bo na stronie 306, w scenie Romeo i Julia pojawia się taki oto passusik:

Był to filozof Gustaw Colline. Rudolf spostrzegł go z daleka i zaraz poznał: któż zresztą by go nie poznał, o ile widział go bodaj raz w życiu? Colline był objuczony, jak zawsze, tuzinem tomów. Odziany w nieśmiertelny orzechowy płaszcz, którego trwałość pozwalała przypuszczać, że był zbudowany przez Rzymian, uwieńczony słynnym kapeluszem z szeroką krezą – kopułą filcową, pod którą poruszał się rój hyperfizycznych rojeń, którą nazywano przyłbicą Mambryna nowoczesnej filozofii. – Colline szedł wolnym krokiem i przeżuwał po cichu przedmowę dzieła, które było od trzech miesięcy pod prasą – w jego wyobraźni.

No i?, zapyta ktoś. Ano, odpowiem, ona tu jest, owa Barataria, tani kraj oszustwa, ku której zmierza nowoczesny, XIX-wieczny Don Kichot, filozof głodomór, jak moi rodzice sto lat potem wydający pieniądze na książki, które oni kupowali w komunistycznych księgarniach, a on u bukinistów na straganach nad Sekwaną, człek odziany w znoszony “orzechowy płaszcz” i kapelusz zwany “przyłbicą Mambryna”, czego ani autor, ani tłumacz, ani też wydawca swoim czytelnikom nie musieli wyjaśniać. Każdy wiedział.

Ja jednak zakładam, może mylnie (a to wtedy, sorry, mea culpa), że tu się gwoli wyjaśnienia jednak przyda kilka stosownych cytacików z Dzieła, czyli Don Kichota (str 59 i następne):

Rozdział dwudziesty, w którym kropi deszcz i świeci słońce,
odbijając się w hełmie Mambrina, a może w czym innym

Ledwie nachylili się do wody, inna woda z wysokości nachyliła się do nich, postać deszczu przybierając i kropiąc nie zanadto rzęsiście, ale wystarczająco, by to poczuli. (…)
W tym samym czasie ten sam deszcz na tej samej drodze złapał innego jeźdźca, cyrulika mianowicie z okolicznej wioski, zdążającego do drugiej wsi, jeszcze mniejszej od tej, w której mieszkał, i nie posiadającej własnego cyrulika do świadczenia usług ludności. Główne usługi, świadczone w owych czasach przez cyrulików, były dwie: golenie zdrowych i puszczanie krwi chorym. Ten cyrulik, o którym mowa, golił brody oraz puszczał krew tak w swojej wiosce, jak i w tej drugiej, udając się do niej w tym celu co jakiś czas na szarym ośle i przy boku mając wszystko co trzeba, z lśniącą miską miedzianą na czele.
Kiedy zaczęło padać, miska znalazła się nie na czele, ale na czole i na całej głowie cyrulika, by osłonić go przed mokrością. Tak jechał, zadowolony z pomysłu, ani przeczuwając, jakie ściąga na siebie niebezpieczeństwo ze strony jadącego z przeciwka Don Kichota.
Zapałów zaś Donkichotowych nawet deszcz nie ochłodził; i ledwie rycerz nasz dojrzał cyrulika z nasadzoną na łeb miednicą, triumfalnie wskazał giermkowi:
– Popatrz, Sanczo, słusznie rzecze przysłowie, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.
– Jakie drzwi? – nieufnie zapytał Sanczo.
– Wrota cudownej przygody – wyjaśnił Don Kichot. – Oto wszak na siwojabłkowitym rumaku zbliża się ku nam rycerz niewiadomego imienia w złotym hełmie Mambrina na głowie. Mówiłem ci już chyba o tym zaczarowanym hełmie, chroniącym właściciela od ciosów, a zdobytym swego czasu przez Rynałta z Montalbanu na królu mauretańskim Mambrinie? Teraz na mnie przyszła kolej, by na obecnym jego właścicielu ów hełm odwojować.

– Jakże to można uczynić – zwątpił Sanczo – skoro hełm ten, jak powiadacie, chroni właściciela od ciosów? Zresztą mnie się widzi, że ten człek, jadący z przeciwka, za przeproszeniem, na szarym ośle, wcale nie hełm, tylko inne jakieś naczynie dźwiga na głowie.
– Milcz, niedowiarku – rozsierdził się Don Kichot i odwracając się od Sancza natarł z nastawioną kopią na zbliżającego się cyrulika. Wołał przy tym:
– Oddaj dobrowolnie, coś mi winien, albo giń, nędzniku!
Cyrulik nie zdążył nawet wybrać pomiędzy tymi dwiema ewentualnościami ani na wszelki wypadek poinformować się, co też winien jest rycerzowi, kiedy już, choć kopią nie tknięty, znalazł się na ziemi, a jego błyszcząca miednica obok. Ciągle nie wdając się w rozważania i dociekania, co i z jakiej przyczyny go tu spotyka, zerwał się i umykać zaczął przed siebie.
Deszcz akurat ustał; zza chmur wyszło słońce i promienie jego odbiły się w leżącym na drodze złotym hełmie Mambrina. Sanczo podniósł naczynie i obmacując je starannie, mówił:
– Przednia miedź, w samej rzeczy, i obrobiona jak należy, a ja, głupi, nie myślałem, że trafi się panu taka gratka. Proszę – i podał miednicę Don Kichotowi.
Ten, wsadziwszy sobie natychmiast lśniącą zdobycz na głowę, poczuł, że kształt i rozmiary hełmu nie całkiem są takie, jak być powinny, jął więc kręcić to potylicą w misce, to miską na potylicy, żeby jakoś się dopasować, ale wszystko na próżno.
– Olbrzymi łeb musiał mieć ten poganin – stwierdził w końcu z przykrością – a najgorsze, że choć czegoś tu jakby za dużo, to i czegoś też brak zarazem w hełmie Mambrina.
Sanczo, który zbadał już przecież dokładnie, co to za hełm, parsknął śmiechem i od razu urwał pod karcącym spojrzeniem swego pana.
– Z czego się śmiejesz, Sanczo? – zapytał Don Kichot.
– Z łba tego poganina – wyjaśnił skwapliwie giermek. – A to ci łebski był drań faktycznie, że hełm nosił jak, nie przymierzając, miednica cyrulika!
– Myślę – wyjaśnił Don Kichot – że hełm Mambrina musiał trafić już od tego czasu w jakieś niedobre ręce. Głupi jakiś człek, nieświadomy i chciwy, zmiarkowawszy, iż to czyste złoto, a wznioślejszej wartości hełmu nie dostrzegając, stopił część dla zysku, z reszty zaś zrobił to, co przypomina ci miednicę. Ale nic to! W pierwszej napotkanej kuźni każę przywrócić hełmowi kształt należyty, do tego zaś czasu będę go nosił tak jak jest, bo założę się, że choć zniekształcony, hełm Mambrina potrafi mnie jeszcze uchronić przed ciosem.

Niestety pomoc okazała się marna, bo już w następnym rozdziale obaj nasi bohaterowie uwolniwszy prowadzonych na galery więźniów, którym przewodził Ginesillo Krzywe Oczko, dostali od nich niezłe cięgi.

Nie wdając się w dalsze dyskusje (…) Gines mrugnął na towarzyszy, a ci, odsunąwszy się nieco, obrzucili rycerza kamieniami i najplugawszymi wyzwiskami w równej chyba ilości, z tym, że kamienie jak gdyby gęściej trafiały, bębniąc po tarczy, zbroi i złocistym hełmie Mambrina. Po chwili runął z konia, a wówczas poskoczył doń jeden i zerwawszy miednicę z głowy, tak nią trzasnął o ziemię, że o mało się nie rozleciała w kawałki. Prześcigając się w gorliwości, galernicy zdarli z rycerza, a przy okazji i z Bogu ducha winnego Sancza, co lepsze sztuki odzienia i nie krępując się ich obecnością podzielili się łupem. Dopiero dokonawszy tego leżącego w ich zwyczaju łotrostwa (…) rozeszli się, gdzie który mniemał, że najlepiej się przed nim skryje, zostawiając obdartych swoich dobrodziejów – Sancza też drżącego ze strachu przed Santa Hermandad, której tak nieopatrznie się naraził wraz ze swym panem, Don Kichota zaś zdumionego i zasmuconego niewypowiedzianie, że skrzywdzili go właśnie ci, którym tak się przysłużył – oraz w nieco mniejszym stopniu, że w decydującej chwili nie dopomógł mu leżący teraz w prochu, pogięty i zbezczeszczony hełm Mambrina.

Hełm pojawiać się będzie przez wiele następnych rozdziałów, spotka nawet w pewnej gospodzie swego poprzedniego właściciela, aż wreszcie przestanie pełnić swą rycerską służbę po potyczce z pokutnikami kilkadziesiąt stron dalej, a zastąpi go prawdziwy hełm podarowany rycerzowi przez bakałarza Samsona Karrasko.

I jeszcze PS: Mambrin czy Mambryn, hełm czy przyłbica?

W tłumaczeniu Wiktora Woroszylskiego (które tu cytuję) mowa jest o hełmie Mambrina, podobnie jest też u Anny Ludwiki i Zygmunta Czernych, ale u Wojciecha Charchalisa jest, jak u Murgera w przedwojennym tłumaczeniu Boya, przyłbica Mambryna i to mi się podoba, choć zgoła nie powinno, bo u autora obiekt ów zwie się yelmo de Mambrino, co jest jako żywo hełmem Mambrina a nie przyłbicą Mambryna, ta by się bowiem zwała visera albo bacinete. Ba, ten miskowaty hełm nie ma żadnej przyłbicy. Lecz cóż poradzę, bardziej mi owa mambrynowa przyłbica do gustu przypada, o, bardziej. Przyłbica powróci zresztą za kilka tygodni, gdy w Baratarii pojawi się książę Lew Nikołajewicz Myszkin, a wraz z nim wiersz Puszkina o biednym rycerzu.

Barataria Britz 2020

Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Seit es in Berlin die Quarantäne gibt, gehen wir am Wochenende meistens zu dritt, seltener zu zweit, spazieren, jedes Mal woanders hin. Das Wetter spielt mit, April und Mai 2020 sind schön, auch wenn manchmal windig. Der Himmel über Berlin war seit Jahrzehnten nicht so sauber und klar gewesen, so strahlend blau.

Am Sankt Andreas Tag (16. Mai) gingen wir in den Stadtteil Britz, bekannte Gräber (Gräber der Bekannten) zu besuchen und fanden… Barataria.

Auf dem Friedhof hinter der U-Bahn-Station Grenzallee liegt Witold Kamiński, paar Kilometer weiter südlich, im Parkfriedhof Neukölln – Prof. Stanislaw K. Kubicki.

Beide Verstorbene waren Freunde, beide – wichtige, bescheidene Menschen, so eine heutzutage seltene Eigenschaftzusammensetzung. Beide, um die Wörter von Ernst Wiechert zu benutzen, legten ihre Hände auf der Oberfläche der Wirklichkeit, beide haben tiefen Spuren hinterlassen. Professor Kubicki war Gründer der Freien Universität Berlin, Witold Kamiński – des Polnischen Sozialrats, einer der wichtigsten Selbsthilfeorganisationen der Polen in Berlin. Beide waren gute, offene, tolerante, helle Menschen gewesen. Um die Beiden haben wir geweint und sie fehlen uns, werden immer fehlen. (20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK).


Der Parkfriedhof Neukölln liegt neben einer schönen Windmühle. Bei der Mühle steigen wir aus dem Bus aus.
Ja, sagt Ela, Barataria. Ich stimme zu. Barataria ist in unseren Gesprächen und auch auf diesem Blog seit langem keine Insel-Stadt mehr, wo Sancho Pansa zehn Tage als Gubernator wirkte, sondern ein Platz egal wo für Don Quijote.
Ja, es ist eine wunderbare Barataria. Ruheinsel mitten in der Stadt. Ungemähte Gras. Schafe auf der Wiese. Blühende Büsche. Eine alte hölzerne Windmühle, wo man immer noch (oder wieder?) das Mehl herstellt und den Beruf Müller erlernen kann; die nächsten Kurse beginnen Ende August; es gibt noch Plätze frei.

Wir gehen in den Parkfriedhof, eine Friedhofsanlage, die sich in der Gestaltung am Konzept des englischen Landschaftsgartens orientiert und die man seit Beginn des 20. Jahrhunderts überall in Europa errichten ließ. Der Parkfriedhof Neukölln ist groß und sehr unterschiedlich gestaltet, er fasst 202.180 m² um. Er ist ziemlich jung, wurde erst 1949 angelegt. Bemerkenswert, schreibt Wikipedia, sind die auf dem Friedhof weitläufige parkähnliche Gesamtanlage, die Skulptur der Persephone von Max Kruse, ein Zierbrunnen und fünf bildhauerisch aufeinander abgestimmte Schöpfstellen mit Skulpturen.

Wir wissen noch nicht, dass sich in der Friedhofsanlage die große Barataria vom Außen in kleiner Skala wiederholen wird. Kleiner und bunter als die große.

Wir sollten es aber schon geahant haben, als wir bei dem Eingang eine Leserin trafen. So ist es jetzt in Berlin. Es gibt in der Stadt 270 Friedhöfe, alte und neue, historische und moderne, aber allesamt schön und an schönen Tagen zum Relaxen, Lesen, Träumen einladend.

Liest die holzerne Leserin den Don Quijote? Möglich ist es. Zum Britzer Mühle ist es doch von ihr nur einen Hasensprung. Und siehe, ihr gegenüber gibt es auch ein Grab, an dem der Grabstein sichtlich aus dem Mühlstein gefertigt wurde. Dass es nicht das Grab von Don Quijote ist…

Erst gehen wir aber zu der Wiese, wo Herr Professor beerdigt wurde. Quartal 27.

Liegt er hier, wo die Kerze steht? Das wissen wir nicht, ist es aber doch ganz unwichtig. Wir sind zu ihm gekommen und das weißt er, dessen sind wir uns sicher. Seien Sie gegrüßt, Herr Professor.

Nicht weit von der Wiese, wo Herr Professor begraben liegt, hat jemand eine Stelle für Kindergräber entworfen. Ein Ort der Farben und, ja, Fröhlichkeit. Solche Kinder-Grabfelder sind in Berliner Friedhöfen allerorts zu finden. Offensichtlich hat es irgendwann Jemand (ein Psychologe vielleicht) entdeckt, dass (vielleicht) eine Trauerarbeit um das Kind besser gelingt, wenn die Trauernden nicht in ein tiefes schwarzes Loch gestürzt sind, wenn um sie herum etwas optimistischer vorgeht. flyer_sternenkinder

Hier wiederholt sich alles: Es gibt ein kleines Palais (das von der Fürstin und den Fürsten, die Sancho Pansa zu Gubernator auf der Insel Barataria machten?)
Kleine gewundene Steinwege, hie und da mit bunten Kachelsteine inkrustiert, ganz im spanischen Stil, führen zu den Thronsesseln für die Fürstin und ihren Herr Gemahl. Mitten in einer Steinspirale steht ein Windrad, um ihn herum sind kleine Gräber voller bunter Windräder platziert, dahinten auf der Wiese stehen farbige Schafe. Heute sind sie pastellfarben, aber auf einem Foto aus dem Flyer sieht man, dass sie Mal starke, kräftige Farben hatten.

Nebenan fotografieren wir auf einer hölzernen Bank zwei alte Kuscheltiere. Ich schaue sie an und denke, dass der Dünne, der links liegt, vielleicht im depressiven Zustand, Don Quijote ist und der dicke, zufriedene – Sancho Pansa. Im Buch ist Barataria ein einziger Zeit-und-Raum, wo die Beiden getrennt sind. Hier sind sie wieder zusammen, einer leidet für die Welt und der Andere (eine Katze ist es) passt wachsam auf, dass dem Traurigen nicht passiert. Pass auf uns auch, Sancho Pansa.

Dwadzieścia lat temu

Czy we wrzasku Bóg, Honor, Ojczyzna i tupocie butów podczas nacjonalistycznych marszy, w wojnie z lewacką zarazą i ideologią LGTB ktoś to jeszcze pamięta o tym przesłaniu?

Ewa Maria Slaska

Mea Culpa

Był chory. Cierpiał. W niemieckich mediach z regularnością odlotów i przylotów bocianów pojawiały się uwagi, że jest chory i najwyższy czas, żeby ustąpił, że może, powinien, musi ustąpić, że jest to w jego mocy, dlaczego więc nie ustępuje? Po jakimś czasie już nie tylko media, ale każdy w Niemczech zadawał to pytanie. Również moi niemieccy przyjaciele. Dziennikarze i nie-dziennikarze. Od końca lat dziewięćdziesiątych Niemcy “wiedzieli”, że Papież powinien ustąpić. Mój stosunek do tych wypowiedzi był ambiwalentny.
Był chory. Cierpiał. Gdy go widziałam w telewizji, cierpiałam wraz z nim. Serce mi się ściskało na myśl o jego cierpieniach.
Ale z drugiej strony… dlaczego akurat Niemcy z takim uporem zadawali to pytanie, które w gruncie rzeczy było przede wszystkim żądaniem? Przyznaję, nie była to myśl elegancka. Nie była też zgodna z regułami “political correctness”. Przypisywałam Niemcom zadawnioną niechęć do Polaków. Zakładałam, że gdyby Papież był Anglikiem, Włochem albo Francuzem, a nie Polakiem, prasa niemiecka nie stawiałaby takich pytań, a w każdym razie formułowałaby je oględniej. Ale moje rozmyślania szły dalej i – taką mam nadzieję – to “dalej” zgadzało się być może z jakąś częścią myśli samego Papieża. Czas, w którym żyjemy, wymaga od nas, żebyśmy byli młodzi, ładni, sprawni i, najlepiej, bogaci.  Ci, którzy nie pasują, niech znikają. Niech nie rażą oczu, uszu i wydelikaconych uczuć. Ten, kto “się przeżył”, ma dobrowolnie odesłać samego siebie na japońską górę Narajami. Im więcej słyszałam wokół siebie głosów, że ma odejść, tym bardziej wszystko się we mnie buntowało. Tym bardziej podziwiałam go za to, że nie reaguje na te głosy, choć na pewno musiał je słyszeć.
Dnia 12 marca 2000 roku wygłosił homilię Mea Culpa. Siedziałam przed telewizorem i płakałam ze wzruszenia. Zadzwoniłam do moich niemieckich przyjaciół dziennikarzy. Też byli poruszeni. Uznali, że jest to być może najważniejszy tekst w historii Kościoła. Zgodziłam się z nimi. I co? – zapytałam. – Co by było, gdyby ustąpił ZANIM wygłosił najważniejszy tekst w historii Kościoła?

Napisane w kwietniu 2005 roku, po śmierci Papieża.

Ten tekst, opublikowany w książce Marii Kalczyńskiej i Leonarda Paszka, Jan Paweł II we wspomnieniach polsko-niemieckich, nabrał w ciągu 15 lat wielu nowych znaczeń. Przede wszystkim już, gdy to pisałam, następcą papieża Polaka został Papież Niemiec, Benedykt XVI (Joseph Aloisius Ratzinger, ur. 16 kwietnia 1927) – niemiecki duchowny rzymskokatolicki, od 19 kwietnia 2005 do 28 lutego 2013 papież. Nikt w Niemczech tego nie oczekiwał i nie żądał, ale jednak Benedykt to zrobił – w roku 2013 ustąpił. Jest emerytowanym papieżem, pierwszym od XV wieku, który dobrowolnie zrzekł się swojego urzędu.

Cóż, ironia losu! Myślę, że w międzyczasie niemieckie media zapomniały już “na śmierć”, że kiedyś oczekiwały, iż Papież Polak ustąpi. Ciekawe, że w przypadku Benedykta XVI właściwie nie wiadomo, dlaczego ustąpił, zwłaszcza że miał za sobą wybitnie krótki, siedmioletni, pontyfikat. W swoim oświadczeniu podkreślił, że jest w podeszłym wieku i odczuwa osłabienie sił fizycznych i duchowych. Jednak dziś, w siedem lat później, Ratzinger nadal żyje, ba nawet nadal pełni od czasu do czasu posługi kapłańskie. Jako emerytowany papież, cztery razy tj. 19 listopada 2016, 28 czerwca 2017, 28 czerwca 2018 oraz 5 października 2019 roku przyjmował w swojej rezydencji nowych purpuratów, którzy tego samego dnia otrzymali insygnia kardynalskie. W październiku 2019 roku papież miał 92 lata. Oczywiście podeszły wiek, ale czasy się zmieniły, wszyscy znamy co najmniej kilka osób, które są w tym wieku i wciąż jeszcze zachowują intensywny kontakt ze światem.

Jeszcze bardziej znamienne wydaje mi się, że owa wypowiedź – „milenijne mea culpa” – została całkowicie zapomniana. W internecie nie znalazłam jej tekstu, a i wzmiankowana jest tylko w nielicznych wpisach internetowych. Pomyśleć, że przed 20 laty oceniliśmy ją jako “najważniejszą w historii Kościoła” i że Jan Paweł II przeprosił za wszystkie grzechy, jakie w swej liczącej 2000 lat historii popełnił Kościół katolicki: nawracanie siłą na wiarę, krucjaty, inkwizycję, antysemityzm, nietolerancję, dyskryminację kobiet i godzenie w prawa człowieka.
Obserwatorzy pisali, że wierni zgromadzeni w kościele, ale również duchowni, biorący udział w mszy ekspiacyjnej, nie byli przygotowani na słowa Papieża. Na stronie pius.org czytamy:

Wydarzenia te zapoczątkowały nie kończącą się rzekę ceremonii pokutnych, podczas których episkopaty wszystkich krajów świata prosiły o przebaczenie za prawdziwe i urojone grzechy nie żyjących z reguły od co najmniej kilku wieków katolików. W Polsce „liturgia” taka miała miejsce 1 maja w Warszawie. (…): kardynał Glemp przeprosił Boga m.in. za akty kolaboracji niektórych księży w okresie w PRL, za życie duchownych ponad stan i uleganie nałogom oraz tolerowanie przejawów antysemityzmu. Osobiście Ksiądz Prymas przepraszał za „lęk” w okresie stanu wojennego oraz za to, że nie zdołał „ocalić życia ks. Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku”. Prymas prosił także Boga o wybaczenie grzechów społecznych, obecnych w życiu dzisiejszej Polski. Wśród nich wymienił na pierwszym miejscu brak powszechnego dostępu do pracy, brak zapewnienia dostatecznego bezpieczeństwa oraz brak dostatecznego poszanowania wartości moralnych w demokracji.

Ciekawe. Dokładnie 20 lat temu. Jak, w gruncie rzeczy, niedawno! Jak całkowicie zapomniana została w polskim kościele ekspiacyjna idea Papieża.

Mama, Rysia, Marx

Wenn es Pandemia nicht gegeben hätte…

Ewa Maria Slaska
Mein Leben kann man in
drei Phasen aufteilen, eine für Mama, eine für Marx und eine für Rysia.
Zufälligerweise sind sie alle drei am 5. Mai geboren: 1818 / 19
18/ 2018

– Mein Leben, sagte ich zu Marx, ist ganz genau der rechte Handschuh des Buches von deinem Freund, der Friedrich von Engels.
– Er war kein „von“. Ich war es. Und meine Frau.
– Egal. Er schrieb ein Buch, unter dem Titel: Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Und bei mir war es gerade umgekehrt: Der Verlust der Familie, des Privateigentums und des Staats.

Kapitel Eins. Mama oder der Ursprung der Familie.

Du bist eine schreckliche Hexe, sagte meine Mutter, kein Mann wird dich je heiraten wollen.
Ich bin sechs. Verstehe kaum, was sie sagt, aber die Drohung ist unverkennbar.
Was habe ich getan, dass sie mir sowas sagte?

– Eee, sagt Rysia. Unwichtig. Einfache kolloquiale Übertreibung.

Der Tag liegt über 60 Jahre zurück. Es gab noch keine kleine Hexe namens Bibi Blocksberg, noch keine sympathischen Drachen, Vampire und Magier. Man brauchte noch Jahrzehnte, um die Kraft einer Hexe zu entdecken und sie zum Symbol der Frauenbewegung zu erheben. Ich war ein Kind. Eine Hexe war ein Schreck. Alles, wovon wir in der Märchenwelt umgeben wurden, war schrecklich, egal ob es die Gebrüder Grimm waren oder Andersen. Die kleine Sirene verliert lange Haare und Stimme, um die Liebe des Prinzen zu gewinnen. Die Hexe sagt ihr, dass sie zwar jetzt wunderbare Beine hat, aber mit der Liebe ist es so, dass man nie sicher sein kann, ob man geliebt wird. Und sie wird nicht geliebt. Sie steht im Schloss in einer dunklen Ecke und schaut zu, wie der Prinz eine Usurpatorin heiratet. Dich wird man nicht heiraten, kleine Sirene.
Und die Beine tun dir weh.
Deine Beine bluten.

Das Mädchen, das auf das Brot trat, ist auch von Andersen. Sie wollte tanzen gehen in ihren schönen roten Schuhen, und wollte sie nicht schmutzig machen. Sie musste durch einen Sumpf. Schnell holte sie das Brot aus ihrer Tasche, schmiss es in den Schlamm, und Hop, dachte sie, schon bin ich auf der anderen Seite. Aber nein. Sie versank in den Moorgrund und kam zur Moorfrau hinunter, die dort braut. Das sieht man, wenn die Wiesen im Sommer dampfen. Es ist schrecklich in der Brauerei der Schlammhexe, es ist eine stinkende Schlammgrube! Du wirst später selber eine Schlammhexe, Mädel. Man wird dich nie heiraten wegen deiner Füße in roten Schuhen.

– Hej, faucht Rysia. Schmeiß deine roten Schuhe weg.

Natürlich noch Aschenputtel. Beine, Füße, Schuhe, Blut, Prinz. Im Märchen wird er dich heiraten, aber im wahren Leben heiratet er eine von deinen Halbschwestern, die, die sich die Zehen abgehackt hatte, oder eh die, die ihre Fersen abhackte. Ihre Füße bluten, man wird dich nicht heiraten.

Och ja, klar, auch Rotkäppchen.

– Na, sagt Rysia, was sucht sie hier? Ihre Beine sind ganz in Ordnung. Und ihr Blut steckt ganz symbolisch im Rotkäppchen.

Man hackt auf dich ein, kleines Mädchen, deine Füße bluten. Du stehst in einer dunklen Ecke hinter dem Weihnachtsbaum und betest darum, dass dich niemand zum Tanzen auffordert. Du bist sieben. Deine Mutter hat dir ein Kleidchen gemacht, indem sie ihr Kleid grob abgeschnitten hat. Man sieht die Nähte ganz genau, jeder Stich ist so lang wie Mamas Finger. Mama hat sich mit der Nadel in den Finger gepiekt. Man sieht es nicht, aber auf dem Kleid ist Blut. Und du bist eine Hexe.
Hexe, Blut, Beine, Schuhe, Prinz, das wird gebraucht, um zu heiraten.
Aber siebenjährige Mädchen heiraten noch nicht.

Wir waren beide im Zimmer und standen neben dem Bücherregal. Mama in der Hocke, ich neben ihr stehend. Was habe ich damals getan, dass sie mir so etwas sagte? Seit Jahren versuche ich meine Unfähigkeit, mich daran zu erinnern, durchzubrechen, einen Schritt tiefer in die verlorene Zeit zu machen, nur eine Minute früher. Diese eine Minute.

Na, sagt Rysia. Lass die Minute sein. Es war eh eine Prophezeiung und keine Bedrohung. Du wolltest nie heiraten. Ja, wohl hast du es getan, aber dann biste weg, du warst weg, du wolltest es nicht und jetzt lebst du allein, das heißt mit mir, natürlich, und sagst immer selber, dass du so zufrieden bist, wie nie in deinem Leben.
Und rote Schuhe sind rote Schuhe. Und rote Socken sind rote Socken. Und eine Rose ist eine Rose.

Es gibt noch eine Frauengeschichte mit Blut. Eine Frauentag-Geschichte. Eine Frau sticht sich in den Finger. Die Frau bin ich, noch klein, aber in einer kleinen Frau steckt schon immer die zukünftige große Frau. Ich war acht Jahre alt, und ging zu einem Ballettkurs. Wir tanzten eine einfache Tanzszene. Zuerst gingen wir, Mädchen in weißen Ballettkleidchen, paarweise quer über die Bühne, als ob wir die Blumen sammelten. Dann kamen von der anderen Ecke Jungs in Leinenhosen und taten so, als ob sie uns erschrecken wollten. Wir liefen rum, die Jungs hinter uns, dann aber war klar, dass es nur ein Scherz war, wir bildeten einen Kreis, Mädchen, Junge, Mädchen, Junge, hielten uns fest an den Händen und tanzten im Kreis, schneller, schneller, schneller…

Einmal im Jahr tanzten alle Ballettkinder in der Oper, wir also mit unseren Wiesentanz auch. Der Ballettlehrer hat uns tausend Mal ermahnt, dass wir unsere Kleidchen schneeweiß waschen müssen und dann glatt und glänzend bügeln. Unsere Ballettschuhchen müssten auch schneeweiß sauber gekriegt werden, genauso wie Slips, die unter den kurzen Kleidchen hervorzulugen hatten. Es ist schwer zu begreifen, aber 1957, in der Volksrepublik Polen, war es fast unmöglich, diese Forderungen zu erfüllen. Es ist mir heut nicht klar, weshalb ich mich um mein Kostüm selber kümmern musste. War aber so. Plötzlich war es Frauentag und ich musste mich für die Matinee in der Oper fertig machen. Es geschah, wie es geschehen musste. Das Kleidchen war zwar vielleicht nicht schneeweiß, aber doch weiß, sauber und glatt gebügelt, die Schühchen waren ebenfalls eher eierschalen- als schneeweiß, aber irgendwie würde es gehen. Aber es gab KEINEN Slip! Keinen Slip! Keinen Slip! O Gott, was jetzt? Zur Erklärung: das, was in den Frühfünfzigern in Polen ein Mädchen an normalen Tagen trug, waren so genannte „Reformen“, Baumwollhöschen, meistens rosa. Zig mal getragen und ausgewaschen. Nirgendwo ein Slip. Nicht im Schrank, nicht im Wäschekorb. Dort aber finde ich weiße Nylonslips meiner Mutter. Sie sind ungewaschen, ja, und viel zu groß, ja, aber mindestens weiß und gleißend. Ich hole mir mein Nähzeug, und ruck zuck mit großen langen krummen Stichen nähe ich mir aus Mamas weißen Slips so etwas wie Mädchenslip für mich. Ich muss mich beeilen, es ist schon spät, gleich muss ich losrennen. Den letzten Stich ziehe ich durch meinen Finger! Ich reiße mich im Schreck hoch, zerreiße die Haut, Blut tropft auf… och… Gott sei‘s dank, Blut tropft auf den Fußboden und nicht auf meine hervorgezauberten Slips. Ich binde ein Taschentuch um meinen Finger, packe ein, binde mir ein weißes Tuch um die Haare und bin schon auf der Straße, laufend, so schnell ich kann.

Ich komme als Letzte, eine der Mutter entdeckt meinen blutenden Finger, klebt mir ein Wundpflaster um, zupft am meinem Haartuch, und schon stehen wir hinter der Bühne und warten auf unseren Auftritt. Vor uns sind noch die Kindergarten-Kinder und Erstklässler, die einen dummen Zwergentanz tanzen, nicht so wie wir, schon große schöne Mädchen, die einen lieblichen schönen Wiesentanz tanzen werden… Schöne Prinzessinnen, leicht wie Elfen…

Jetzt tanzen wir … Wir beugen uns, um die schönen Blumen zu pflücken, irgendein Mozart fließt von oben auf uns, tin tin tin tin, tanzen wir auf unseren Satinpointe-Schuhchen, hier so eine schöne Blume, und da noch eine und mein Slip beginnt sich aufzulösen… Ich höre es durch den Mozart sehr deutlich … Auf dem linken Pobacken. Schon kommen die Jungs, wir laufen weg, tirlirirlilalallala, weg in den Wald, die Jungs kommen näher, hop hop hop, Mädels lauft, laufe du Schöne, laufe Fraulein, Schmetterlinge kommet näher… Wir drehen uns, lach lach lach lacht die Musik, lach lach lach lachen die Mädchen über den Scherz, lach lach, meine Slips knistern auf dem rechten Po… Wir halten Händchen und tanzen schneller, schneller bis meine Slips, schon total zerissen, mir vom Po nach unten fließen und ich stolpere um sie, falle mit der Nase auf den Boden. Shame auf meinen Po. Ich hoffe, ich sterbe. Dong! Der ganze Kreis zerreißt, mehrere von uns fallen auf den Fußboden. Vorhang. Ende Gelände. Ich werde nie wieder auf der Bühne tanzen, keine Primaballerina werden.

So verliert man die Familie und ist allein auf der Welt. Sie können heftig wie sie wollen auf mich wirken, sich um mich drängen, mich umarmen mit ihren Judasumarmungen, ich habe keine Familie, keine, die mir Halt und Hilfe versprechen kann im Angesicht der Gefahren der weiten großen, schrecklichen Weltbühne. Egal wie schön sie immer wieder Mozart spielen mögen, ich werde ihnen allen nie mehr glauben… Sie haben mich alleine gelassen. Sie taugen als Familie nichts. Ende des Kapitels Eins.

Oder nein, noch nicht. Noch eine Bemerkung. Daher habe ich ja auch keine gute, feste, ewighaltende Familie gründen können.

Jetzt aber. Ende des Kapitels Eins. Verlust der Familie.

Kapitel Zwei. Marx oder der Ursprung des Privateigentums.

Man hatte in Polen gar nichts. Ich noch weniger als die anderen, weil meine Eltern keinen Wert auf das Materielle legten. Das sagten sie immer wieder und waren stolz drauf, Grashüpfer sein, keine Ameisen. Das hieß in der Praxis, dass meine Freundinnen aus der Schule Mama und Papa fragen konnten, ob sie ihnen etwas kaufen. Eine Jacke, einen Rock, Schuhe. Ich nicht. Ich trug immer etwas von den Älteren, etwas Abgelegtes, Nicht-Gewolltes. Das letzte woran ich mich erinnere, das für mich gekauft und genäht wurde, ist eine wollene Jacke, gemustert Dunkelblau und Schwarz. Da bin ich vielleicht zwölf gewesen. Sonst nie etwas Neues. Nie. Einmal, fragte ich, ob ich neue Handschuhe bekommen kann, meine sähen nämlich schrecklich kindisch aus. Nein, sagt Papa, es gibt kein Geld für neue Handschuhe, nur weil sie schrecklich aussehen. Ich hab selber gar keine.

Das prägt für immer. 60 Jahre später, ohne darüber nachzudenken, bin ich sofort im Stande das Prinzip Zero-Waste anzunehmen und zu wissen, dass ich bis Ende meines Lebens NIE MEHR etwas kaufen werde. Das macht mir nichts aus. Ich lernte es, als ich zehn war. Die Handschuhe waren mein letzter Versuch. Seitdem werde ich nie mehr drum bitten, dass man mir etwas kauft. Ich wachse in dem zu langen Mäntel und den zu engen Schuhen auf, in schlecht angepassten Klamotten. Seit dem Vorfall mit dem Slip für den Ballettauftritt versuche ich auch nie mehr, etwas für mich zu nähen.

Nie werde ich von alleine Shopping machen. Klamotten sind ja in Polen auch schlicht miserabel. Also kein Geld da, wenn aber doch, dann gibt es sowieso nichts, was man kaufen wollte. Da ich aus Danzig komme, einer Hafenstadt, hatte ich (rein theoretisch) noch eine andere Option, an Klamotten zu gelangen, nämlich die von Seemännern aus dem Ausland mitgebrachte, was dem Neckermann-Katalog-Angebot der 70ger entsprach. Die Dinge kamen zu einem entweder unter dem Tisch oder in den gesetzlich zugelassenen privaten Läden, die Komis hießen. Im Komis nahm man die Ware nur zum Provisionsverkauf. Die Dinge waren sündhaft teuer. Nur eine meiner Schulkameradinnen hatte solche Klamotten, die ihr ihre reiche Tante kaufte. Aber eine reiche Tante war eine seltene Ware. Ich hatte zwar auch eine, die wohnte aber in Australien. Etwa zweimal im Jahr schickte sie uns große Pakete voller Kleider und der Tag wenn Mama, meine Schwester und ich die Pakete öffneten, war ein buntes Fest fürs Leben in der grauen Wirklichkeit des kommunistischen Polens, aber die Kleider selber taugten für Nichts. Riesige raschelnde Taft- und Tüllballkleider, grosse Strickjacken, Kostümchen für Mitvierzigerinnen, die um vier oder fünf Konfektionsgrößen grösser und breiter waren als ich.

Als ich in den Westen kam, wiederholte sich die Situation. Zuerst hatte ich kein Geld, und als ich endlich an Geld kam, waren erst alle Dinge nie so, wie ich sie tragen wollte. Dazu kam noch ein mulmiges Gefühl, eine Art Gewissensbisse, als ich das Geld für mich selber ausgab. Mindestens zehn Jahre dauerte es, bis ich endlich ohne Probleme in einen Laden gehen konnte, um mir ein Kleid zu kaufen. Allmählich waren die Klamotten auch angenehmer, sahen nicht so verdammt steif und kleinbürgerlich aus, es kamen Boho-Looks, Ethno-Looks, Second-Hand-Looks, Urlaub-in-Toscana-Looks und was auch noch alles, bald aber wurden sie durch Billigzeug aus Indien, Pakistan und China ersetzt. Tand, Tand, Tand ist das Gebilde von Menschenhand, schrieb Fontane. Tand, Tand, Tand. Aus dem Gefühl, dass alles Tand ist, erwuchs selbständig, unabhängig von Moden und Trends, die Entscheidung, dass die Klamotten für nichts taugen.

Sie sind mir zum Symbol geworden, Symbol für Alles, was man wollen könnte und nicht hatte, um dann festzustellen, dass man es auch nicht braucht. Haus – um Gotteswillen! nur zum weglaufen. Auto! Kein Führerschein, wie praktisch. Fahrrad – dito, nicht zu gebrauchen von Jemanden, der nicht Fahrrad fahren kann. Bücher – sind doch Bibliotheken da und Bücherstände auf dem Flohmarkt. Möbel, Tand Tand Tand ist alles von Menschenhand.

Und endlich ein Zitat, das zu mir passt. Das hilft unendlich. Was braucht ein Schriftsteller? Nicht viel, viel weniger als jeder andere, Bett, Tisch, Stuhl, Bücher vielleicht und ein bisschen Geld für Reisen, um die Welt zu sehen. Gott sei gedankt, dass ich eine Schriftstellerin bin.

Was für ein wunderbares Prinzip. Ja, Marx, im Allgemeinen geht es mir um soziale Gerechtigkeit, im Grunde aber, um das Prinzip, teilen zu können. Für Leute kann es schwer sein, zu teilen. Für mich nicht. Ich kann alles teilen, alles weggeben.
Was kann aber derjenige teilen, der nichts hat und nie den Sinn entwickelte, etwas zu besitzen?!

Ende des Kapitels zwei. Verlust des Privateigentums.

Kapitel Drei. Rysia oder die Entstehung des Staats.

Denken Sie bitte nicht, dass ich meinen Staat Polen verloren habe, als ich im Januar 1985 mit einem Koffer in einer Hand und mit der zweiten die Hand meines Sohnes haltend, einen Zug aus Danzig nach Berlin Ost bestieg.

Ich emigrierte, aber der Staat war da. Überhaupt und für mich. Ich wusste nicht, dass es so ist, aber jetzt weiß ich – solange ich mich für den Staat engagierte, hatte ich ihn. Sogar als PiS an die Macht gekommen ist, engagierte ich mich gegen diese Partei und dies bedeutete, dass ich ihn hatte, den Staat. Weil der Staat doch nicht die Regierung ist und nicht das Territorium. Nicht die Grenze und nicht die Leistung. Nicht Errungenschaften machen den Staat und sogar Fehler ändern nichts an dem, was er im Grunde ist. Der Staat, der dein ist, ist Liebe. Es sind Menschen mit denen wir gemeinsam unseren Staat lieben. Wir können auch stolz sein, dass muss aber nicht sein. Was sein muss, ist die gemeinsame Liebe. Je länger die Litanei der Verbrechen ist, die die Recht und Gerechtigkeit-Partei gegen die Demokratie verbrochen hat, desto schwieriger war diese Liebe, aber sie war da, immer noch war sie da. Oder mindestens – dachte ich, dass sie da war.

In nicht mal einer Woche soll in Polen eine Wahl-Farce stattfinden. Man hat wegen der Pandemie Briefwahl konzipiert, die Post, der die Territoriale Militäreinheiten zu Hilfe stehen werden, muss austragen und soll damit unabhängige Wahlkomitees ersetzen.

Die Wahlen werden von PiS gewonnen. Der gängige Witz lautet: sag mal, mit wie vielen Stimmen wird Duda am 10. Mai die Wahlen gewinnen?
Im kommunistischen Polen wären es 99%, in PiS-Polen wird man sich mit 61% begnügen. Das reicht. Mehr braucht niemand. 61% und die Pandemie, die den Diktatoren in aller Welt wie ein Himmelsgeschenk in den Schoß fiel, werden reichen, um die Diktatur der Einzigwichtigen-Partei für die nächsten 20 Jahre zu festigen. Sie sind keine Idioten, die von der PiS-Partei. O nein, die sind die klügsten Köpfe, die wir jemals am Steuerrad des Staatsschiffes hatten. Klüger als Boleslaus der Mutige, der erste polnische König, klüger als Kasimir der Große, der Polen modernisierte, klüger als Wladislaus Jagiello, der den größten Sieg in der Geschichte Polen ausgekämpft hatte. Klüger als Bierut, Gomułka, Gierek und Jaruzelski, als Wałęsa, Mazowiecki, Kwaśniewski und Tusk. Sie haben ganz Polen, einen 40-Milionen-Staat unterjocht, ohne eine einzige Strassenschlacht, ohne jedweden politischen Gefangenen, ohne Zensurbehörde und Unterdrückungsapparat. Nur durch Propaganda und die alte Römische Regel divide et impera, regiere und teile (sprich: bezahle), haben sie die absolute Macht bekommen, haben Millionen aber Millionen Zlotys aus den Staatskassen auswandern lassen: für sich und eigene Sippschaft und für die Katholische Kirche.

Und dies alles bei wachsender Popularität. 61%.

Das erschreckt und lässt die übliche Liebe im Hals stecken.
Gestern fragte mich mein Kumpel, ob ich wählen gehe?
Nein, sagte ich, wozu auch?
Ich liebe diesen Staat nicht.
Ende des Kapitels 3. Verlust des Staats.

Mach dir keine Sorge, sage ich zu Rysia, dich liebe ich.

Walk of Shame

Foto: Anton Lee Slaski, marzec 2020

Ewa Maria Slaska

Tak od kilku dni wygląda moje zdjęcie profilowe na Facebooku.
Walk of Shame to ruch, idea, myśl. Myśl o wstydzie.

MANIFESTO

We are citizens of Europe and we feel ashamed. Each of us witnessed that the European migration policies resulted in a systematic dehumanisation of people stuck at the borders of Europe. We are not pointing fingers at anyone. We believe this is on all of us.

It’s not that we have not tried. Some of us brought tents and food, some of us signed petitions and joined protests, some of us will continue to do so. But we have to face the fact that despite all our efforts, the situation has only gotten worse over the last years: there has been no European-wide attempt to solve the crisis since the European Relocation Decisions of 2015.

It’s time to acknowledge the fact that Europe has failed to uphold some of its values and no change is foreseeable in the near future. So we will acknowledge publicly and personally that we, as Europeans, have failed to act according to the European standards we have worked so hard to establish in the past. Let this be our protest and let it be known by people stuck in refugee camps, by family, friends and decision makers: a loud statement of the shame we feel. Nothing more for now, nothing less.

‘Walk’ with us in Shame. For we might feel powerless, but we will still connect. We might feel helpless, but we won’t stay silent. We cannot walk physically, as we planned earlier, due to the coronavirus pandemic, but we will Walk Together, Stand Together, Talk Together and Share Together. Be it online, as we do daily with friends, family and loved ones.

What can you do?

Share your Shame with us

Do you feel shame about the current situation of refugees in Europe? Share it with us. Write to us about the moments you felt shame, as specifically and personally as possible, to openly admit shame, restores justice and brings us closer to each other.

Join our Walk Of Shame Talks

Together we will have many conversations with friends who are stuck in refugee camps in Europe. We will create Walk Of Shame stories out of it, podcasts and videos. Some will turn these stories into art. Join our conversations, share the Talks.

Let’s rehumanise the relation between residents of Europe and people on the move – step by step, click by click – and as soon as the pandemic ends we will Walk. Together.


Czego się wstydzę?

Pierwsza, natychmiastowa odpowiedź brzmi: tego, że w ogóle o nich nie myślę, a, jeżeli, to z ulgą przyjmuję do wiadomości, że uchodźcy zostali TAM. TAM czyli za kordonem. Nie, to nawet nie jest myśl, nie jest sprecyzowana tak jak tu, nie jest zdaniem, nie ma wielkiej litery na początku, ani kropki na końcu zdania. To nie statement, to uczucie, ale jest i nic nie pomaga, że już w sekundę po tym, jak się pojawi, myślę z odrazą i nienawiścią o sobie samej i moich małych, mieszczańskich ideałach życiowych. Najbardziej przeraża mnie myśl, że w zakamarkach mojego nieświadomego ja czai się coś, czego się wstydzę, o czym JA świadoma wcalę nie chcę wiedzieć, nie chcę tak myśleć ani tak odczuwać.

Można by o tym nie pisać, po co, skoro w swoim świadomym życiu staram się robić to, co mogę, żeby pomóc, złagodzić, zlikwidować. Ale piszę, bo wydaje mi się, że trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim się zrobi coś, co, chociażby pośrednio, jest krytyką tego, co robią inni. Bo jeżeli polityka w lutym 2020 roku szybko i z lubością skorzystała z możliwości zatrzaśnięcia bram Europy i zamienienia jej w twierdzę, przez którą zgromadzeni na granicy Europy uchodźcy się nie przedostaną, to nie dlatego że sama z siebie jest dziełem nieludzkich potworów, ale dlatego że politycy dokładnie wiedzą, co tkwi w człowieku, co tkwi w NAS. Polityka dobrze wie, iż pod werniksem nowoczesnego, uczciwego człowieka jesteśmy małymi zagubionymi istotami sprzed pięciu milionów lat, i właśnie zapaliły się lasy, w których mieszkamy, za co odpowiada jakiś potworny demon, i musimy uciekać, uciekać jak najprędzej, dopaść jaskini, schować się tam, zabić kamieniami skorpiony i skolopendry, wygonić żmije i zjeść króliki i szczury, które tak jak my, poszukały tu schronienia przed katastrofą.

My, nowocześni ludzie w XXI wieku, wciąż jeszcze, jak się robi choć tylko trochę gorzej, siedzimy znowu tam w tej strasznej jaskini, w której rodziło się człowieczeństwo. To jeszcze zwykła jaskinia, jeszcze nikt z nas nie namalował na ścianach i sklepieniach wspaniałych obrazów, nie zrobił ołtarzy, nie stworzył bogów, którzy mieli zastąpić stare demony. Minie pięć milionów lat, zanim w Grecji urodzi się mężczyzna o imieniu Platon i zobaczy, że na sklepieniu tej jaskini kłębią się idee i pojęcia, według których poza jaskinią budujemy świat. Platon uznał, że to jakaś siła wyższa tam te pojęcia umieściła, jako wzór dla nas, zwykłych ludzi. Ale to nieprawda, to są nasze ludzkie myśli. Mieliśmy pięć milionów lat, żeby skuleni w jaskini, chroniąc się przed ścianą lodu, huraganem ognia, lejącym się z niebios potopem, uciekając przed strasznymi zwierzętami, wyposażonymi w zęby, kły, rogi i pazury, wyobrazić sobie, jak byłoby dobrze, gdyby tego wszystkiego nie było.

Minęło jeszcze kilkaset lat. Pewien prorok w Izraelu zmartwychwstał, odrzucił kamień barykadujący wejście do tej jaskini i wyszedł, a potem wstąpił do nieba, siedzi po prawicy ojca, ale kiedyś przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a królestwu jego nie będzie końca. Ale to zaledwie dwa tysiące lat temu. A to, co nas prowadzi przez codzienne życie, to strach nagromadzony przez pięć milionów lat.

Żadne z naszych ludzkich uczuć nie ma za sobą dłuższego życia niż to jedno: schować się w jaskini, nie widzieć niebezpieczeństwa, przeczekać, aż przeminie. Humanizm, patriotyzm, demokracja, współczucie dla innych, prawo i sprawiedliwość społeczna, ochrona tych, co są słabsi, umiejętność dzielenia się, opiekuńczość, niesienie ulgi… To wszystko są wymysły ostatnich dwóch tysięcy, dwustu albo dwóch lat. Ich moc wypływa z sumienia, serca i rozumu, może z miłości, ale ich siła jest niczym w porównaniu z pięcioma milionami lat w jaskini.

Oczywiście fakt, że ten strach trwał pięć milionów lat, tylko wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje, natomiast w niczym nas nie usprawiedliwia. Bo wokół nas są ci, których nawet pięciomilionowy strach nie sparaliżował.


Foto: Dorota Cygan, kwiecień 2020
Czasy zarazy – ja w mojej jaskini.

Pięć milionów lat.

Gdy się nad tym zastanawiam, nie mogę się nadziwić, że jednak czasem udaje się nam coś zrobić, że udaje się pokonać to dziedzictwo, że pojawia się śliczna, słodka, szczuplutka Ania Alboth, z tym swoim pięknym mężem i dwoma niezwykłymi córeczkami, i coś robi. Że w ogóle ktoś coś robi. Że Ania płacze na widok bombardowanego szpitala pedriatycznego w Aleppo, a w trzy miesiące później z lotniska Tempelhof wyrusza marsz tych, co chcą zaprotestować. W marszu weźmie ogółem około pięciu tysięcy osób, niektórzy jak ja – przez kilka dni, inni od początku do końca, przez osiem miesięcy i w końcu dojdą do granicy z Syrią, tylko do granicy a nie do Aleppo, bo dalej nie wpuści ich polityka.

Przez kilka dni maszerowałam z Anią. Nie, nie ma mnie na tym zdjęciu, ale jednak gdzieś jestem na jakichś zdjęciach. Robią wrażenie, bo akurat przedzieramy się przez skute mrozem, owiane zamiecią polne drogi na trasie między Brnem a Wiedniem. Nie wiem, ile kilometrów tym razem pokona Ania, nie wiem, ile ja z nią przejdę, przede wszystkim oczywiście nie wiemy, kiedy skończy się kryzys i pandemia, ani, i to najważniejsze, co się zdarzy w obozach dla uchodźców po drugiej stonie murów, którymi się otoczyła Europa.

Meeting Walk of Shame podczas pandemii

To wspaniale, że jeszcze są ludzie, którym się chce podejmować wysiłek rehumanizacji Europy. Ja sama niczego nie wymyślę, a jak czasem nawet coś bym wymyśliła, jakieś małe maleńkie myślątko, to nie ma we mnie tej siły, która pozwoli je zamienić w myśl, a myśl w działanie. Nie jestem przywódczynią. Gdyby nie było tych innych, pewnie zawsze tylko bym siedziała na ławce i karmiła wróble. No, ale skoro są, to jak się skończy pandemia, to wstanę i pójdę, a na razie przyznaję się do własnego wstydu.

Jeśli macie ochotę, napiszcie, co o tym sądzicie, co sądzicie o ruchu walk-of-shame, co o jego przyzczynach? Czy Europa powinna się wstydzić? Czy my powinniśmy się wstydzić? Co możemy zrobić, co powinniśmy, co zrobimy?