Arnold Słucki

Ewa Maria Slaska
Ilekroć myślę o wypadkach marcowych, a obchodzimy właśnie ich 45 rocznicę, nieuchronnie przypomina mi się historia o Arnoldzie Słuckim, być może cytowana w filmie “Dworzec Gdański” Marii Zmarz-Koczanowicz i Teresy Torańskiej, nie wiem, bo film wprawdzie znajduje się w sieci, ale w Niemczech nie można go obejrzeć.  Zresztą nieważne, znam ją, bo była opowiadana “od zawsze”. Wspomina ją między innymi Aleksander Rozenfeld. Józef Prutkowski pędzi, żeby pożegnać Słuckiego, wbiega na schody dworca, tego słynnego dworca, z którego po Marcu 1968 roku wyjeżdżali z Polski wszyscy Żydzi. Jechali wieczornym pociągiem do Wiednia.  Prutkowski zatem… jest spóźniony, biegnie i w biegu woła do kogoś – “z którego peronu odchodzi pociąg do Auschwitz?”

Na ścianie dworca w 30 lat potem odsłonięto tablicę przypominającą owe odjazdy, z cytatem z Henryka Grynberga:

Plik:Tablica Marzec 1968 Dworzec Gdański.JPG

Wikipedia Commons, autor Boston9

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić “ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia “Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory (“serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: “(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

slucki-grob

Jerzy Ficowski

Dworzec Gdański 1968

pamięci Arnolda Słuckiego

Odjazd Już odjazd
wchodzić Drzwi zamykać
Odjazd na wyspy zatopione
w głąb wyschłych mórz

to tam w komorze serca
wchodzić drzwi zamykać
spotka swą śmierć zaległą
wmiesza się w jej tłum
spóźniony sam jeden

żegnaj Arnoldzie

a on powiewa z okna
naglejącej dali
zrazu chusteczką tylko
a teraz już niebem
w którym chmura się dłuży
nad nami i trwa

i bezpowrotnie zostajemy

z tomiku „Gryps i Errata”, 1982

Stalin

Heute jährt er sich zum 60. Mal. Stalins Tod. Ich schrieb den Text vor vielen Jahren auf Deutsch. Jetzt entstand auch eine polnische Version: STALIN-PL

Ewa Maria Slaska

STALIN

Als Stalin starb, mussten die Kinder im Kindergarten eine Minute lang still stehen. Und das war`s. Ein großer Umbruch in der Nachkriegsgeschichte Europas – von unten gesehen.

Jahre später erzählte mir meine Freundin, dass sie diesen historischen Moment ganz bewusst genießen konnte, weil ihre Großmutter alle Kinder aus der Nachbarschaft um sich versammelt hatte und getrocknete Aprikosen verteilte. Die getrockneten Aprikosen waren in den 50er Jahren eine Rarität und ich stelle mir immer vor, ich hätte Stalins Tod womöglich auch anders empfunden, wenn er mir mit ausgesuchten Delikatessen verherrlicht worden wäre.

Für Herrn Z., den Familienschuster … bah … da muss doch zuerst von dem Schuster Z. erzählt werden, bevor man wieder zu Stalins Tod kommen kann, weil er, der Schuster selbstverständlich und nicht Stalin, eine ganz besondere Persönlichkeit gewesen ist.

Herr Z. war dick, groß, kräftig, wahrhaftig ein Bär, mit überwältigender Baritonstimme. Er beschäftigte sich tagsüber mit prosaischen Schuhreparaturen, wobei er von Haus zu Haus mit seiner Leiste wanderte, abends aber sang er im Chor der Danziger Philharmonie.

Herr Z. war derjenige, der mich mit einem idealistischen Image eines noblen Handwerkers geprägt hatte. Er passte übrigens vollkommen zu meinem allgemeinen Weltbild, ich wusste ja nicht, dass es eine teilweise unüberbrückbare Kluft zwischen der Kunst und der Arbeit und der Wissenschaft besteht. Ich dachte mir, jeder sei fähig, alles zu tun. So war mein Vater ein Schlosser und ein Schiffbauingenieur, Onkel Jan ein Beamter und begabter Schnitzer, Tante Karolina eine Naturwissenschaftlerin und  leidenschaftliche Gärtnerin, sogar meine Mama – Künstlerin bis in die Knochenmark – arbeitete sehr hart an ihren Holzschnitten und musste ganz unbescheidene handwerkliche Talente aufweisen. Das Handwerkliche, das Intellektuelle und das Künstlerische bildeten für mich eine untrennbare Einheit, und Herr Z., der singende Schuster, passte sehr gut zu dieser Vorstellung.

1953 in Gdańsk.

In der Philharmonie übte man gerade die “Neunte” von Ludwig van Beethoven und es entstand unter den Musikern eine schöne Gewohnheit, sich mit den Anfangszeilen des berühmten Finale zu begrüßen.

März.

Vielleicht der 5. März (der große Vater der Nationen starb nämlich am 5. März), aber es ist fraglich, ob der Tod des Josef Vissarjonovitsch der Trauergemeinde der sozialistischen Staaten sofort bekannt gemacht wurde. Es musste paar Tage später sein, garantiert aber noch im März.

Ich stehe eine Minute still in meinem Kindergarten in Wrzeszcz.

Herr Z. steigt in die Straßenbahn. Ein Kollege aus dem Chor steht schon auf der hinteren Plattform. “Freude, schöner Götterfunken!” – schallt die donnernde Stimme des Herrn Z. – “Tochter aus Elysium”. “Wir betreten feuertrunken…” – sollte der Kollege antworten, er kommt aber nicht dazu.

Ein  Herr in einem weißen Trenchcoat stellt sich vor Herrn Z., zieht den Kragen seines Mantels schnell hoch und sofort nach unten zurück (man weiß schon, was es zu bedeuten hat). “Und weshalb freuen Sie sich SO?” – fragt der Mann.
So, in einer Untersuchungshaft der polnischen Staatssicherheit hat Herr Z. erfahren, dass Stalin gestorben ist.
Und ich bekam meine schön geflickten Frühlingsschuhe zwei Wochen später als erwartet.

“Wir haben uns Sorgen gemacht” – grüßte Mama Herrn Z., als er sich endlich wieder blicken ließ. “Ach ja” – erwiderte Herr Z. fröhlich – “bei den Sowjets hätte es mich 15 Jahre gekostet und hier nur die dummen 15 Tage. Es ist so schön, dass wir in Polen sind.”

So kam ich der Geschichte entgegen. Mit Schiller und Beethoven, freundlich und fröhlich. Freude schöner Götterfunke, wie schön, dass wir in Polen sind!

A tu jeszcze cudo – flash mob “Oda do radości”/ Und hier noch ein Wunder – flash mob “Ode an die Freude”

Miasta dla minimalistów. Kopenhaga

Ewa Maria Slaska

Jestem zdania, że miasta należy zwiedzać kiedy indziej. Nie da się generalnie określić kiedy, ale kiedy indziej. Nie wtedy, gdy jadą tam wszyscy. Nie należy więc jeździć do Kassel w trakcie wystawy dOCUMENTA (czego się nie trzymałam), do Norymbergi w czasie adwentu i do Rzymu na intronizację papieża Polaka. Pojechałyśmy z Anią do Kopenhagi późną jesienią ubiegłego roku. Było szaro i zimno. Przez całe przedpołudnie lało. Na przystankach autobusowych leżały jabłka.

Gdy przyjedziesz do jakiegoś miasta poza sezonem, Tivoli będzie w remoncie, flamingi w zoo pochowają sią po kątach, w fontannach nie będzie wody, a rzeźby i rośliny zostały zapakowane w worki lub skrzynie. Ale za to zobaczysz miejsca, które w sezonie zasłonią ci tłumy i kolorowe atrakcje, na przykład den Kongelige Afstøbningssamling nad Öresundem czyli Królewskie zbiory odlewów gipsowych. Jestem pewna, że latem nigdy byśmy tam nie weszły. Weszłyśmy, bo było nam zimno. A to piękne muzeum, edukacyjne, jasne, takie muzea w całej Europie powstawały po to, by biedni mogli zobaczyć cuda sztuki i kultury, ale ekspozycyjnie nader nowoczesne.

GMO

Redakcja

24 lutego wzięłam udział w spotkaniu berlińskiej Polonii z przedstawicielami Konsulatu Generalnego RP w Berlinie. Podczas zebrania uczestnicy podpisali i przekazali Konsulowi Generalnemu list protestacyjny w sprawie GMO. List przedłożyła zebranym Anna Kuśmierska, akcję wspiera Jadwiga Łopata – pierwsza Polka, która otrzymała (w roku 2002) nagrodę Goldmanów czyli tzw. ekologicznego Nobla, aktywistka, zaangażowana w działania na rzecz zachowania wartości kulturowych i przyrodniczych polskiej wsi oraz promocję rolnictwa ekologicznego oraz agroturystyki.

Dr Jerzy Margański
Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej
Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej
w Republice Federalnej Niemiec
Lassenstraße 19
14193 Berlin

My, obywatele polscy, którzy z różnych powodów zamieszkują na terenie Niemiec, mając nadzieję powrócić do naszego kraju, protestujemy i wyrażamy wielkie obawy w związku z obecnie proponowaną wyprzedażą polskich ziem rolnych międzynarodowym korporacjom. Ziemie te następnie będą udostępniane dla upraw roślin GMO w „specjalnie wyznaczonych strefach“. Doprowadzi to do zniszczenia gospodarstw rodzinnych i do rozprzestrzeniania się wielkoobszarowych monokultur niszczących różnorodność  biologiczną, a w konsekwencji do zniszczenia naturalnego środowiska człowieka
Nie chcemy sałaty  z genami szczura ani ryby z ludzkimi genami!!!
Nie chcemy modyfikowanych ziemniaków, kukurydzy i innych  takich produktów!!!
Nie chcemy amerykańskiego mięsa i przetworów nafaszerowanych hormonami, chemią i przetworzonych genetycznie!    

Jak Panu wiadomo, w tej chwili mają miejsce protesty rolników przeciwko „prywatyzacji i eksploatacji“ polskiej wsi i obecnie staje się to sprawą ogólnonarodową.

W naszej akcji wspierają nas obywatele Niemiec, którzy regularnie odwiedzają Polskę i szczególnie cenią piękno jej wsi  oraz wspaniałą tradycyjną żywność. Razem oczekujemy od Pana interwencji w tej sprawie i wywarcia nacisku na rząd polski, aby uznał zasadność protestu rolników, podejmując działanie, aby ich niżej wymienione postulaty zostały wzięte pod uwagę:

– Powstrzymanie wysprzedaży polskiej ziemi rolnej międzynarodowym korporacjom.

– Wprowadzenie ustawowego zakazu upraw i handlu roślinami GMO na polskiej ziemi.

– Zlikwidowanie uciążliwych przepisów blokujących i zakazujących sprzedażny w miejscowych sklepach produktów wytworzonych w  gospodarstwie.

Oczekujemy również zapoznania polskiej opinii publicznej ze strasznymi skutkami upraw GMO, które ponoszą mieszkańcy krajów, w których już od wielu lat  prowadzona jest uprawa GMO, takich jak Argentyna , Brazylia, Indie, w których to krajach na skutek zwielokrotnionych oprysków upraw GMO środkiem owadobójczym RAUNDAP z zawartością GLIFOSATU doszło do  zatrucia miejscowej ludności, zniekształceń płodu, zmian DNA. Prowadzone są celowe opryski całych wiosek, co zmusza miejscowych rolników do opuszczenia ziem, które od stuleci były w ich posiadaniu.  Doprowadzono do samobójstw tysięcy ludzi.

Badania niezależnych naukowców  potwierdzają zagrożenie na różnych płaszczyznach,  wynikające z wprowadzenia GMO.
Ostrzegamy przed ignorancją i lekceważeniem naszych ostrzeżeń.

Taka perspektywę przygotowuje nam rząd  polski?

Jako przedstawiciele Polaków mieszkających w Niemczech, prosimy Pana również o spotkanie z nami i bezzwłoczne  omówienie tych pilnych spraw.

Z poważaniem

Jeśli też chcesz podpisać ten list, wydrukuj go, podpisz i wyślij na adres:
LUIS LEITNER
SCHILLERPROMENADE 32
12047 BERLIN

Dear Mr Murakami

Ewa Maria Slaska

Dear Mr Murakami,
this letter is a novel written at the beginning of the New Chinese Year 2009.

Dear Mr Murakami,
just for you to know: You were born January 12, 1949. (Many happy returns!) I was born 9 months later, on 2nd September. I am a cow and you are a rat. Your year finished shortly after your birthday. Now it is my year. The Year of a Cow. La vache qui rit. It began on January, 26th.

We are both writer. You the famous one, me not. I am a Polish writer living in Germany, you  a Japanese one  once living in USA.

Last week I decide, I have to write a letter to you. You will see, why. I will send it to your publishing house in Köln and they will send it to you. It is very nice of them and I am grateful they are ready to do it.

This letter is a long story with some other stories inside, Mr Murakami, so be prepared.

With many many greetings
Yours sincerely
Ewa Maria Slaska

PS. Berlin, 21st February 2013

Either Dumont did not send my letter to Murakami or he just did not answer. Both is possible. Meanwhile the Polish magazine “Odra” published that “letter” in Polish.

Writing a letter to Haruki Murakami

Reading Blind Willow, Sleeping Woman 1

Dear Mr Murakami, I begin with a quotation of your own text “Chance Traveller” as it was published in Harpers. You, Haruki Murakami, are speaking to us as the narrator staying before the curtain, delivering prologue.

“The reason I´ve turned up here is I thought it best to relate directly several so-called strange events that have happened to me. Actually, events of this kind happen quite often. Some of them are significant and have affected my life in one way or another. Others are insignificant incidents that have no impact at all. At least I think so.
Whenever I bring up these incidents, say, in a group discussion, I never get much of reaction. Most people just make some noncommittal comment, and it never goes anywhere. It never jumpstarts the conversation, never spurs someone else to bring up something similar that´s happened to him. The topic is like so much water flowing down the wrong channel and being sucked up in a nameless stretch of sand. No one says anything for a while, then invariably someone changes the subject.
At first I thought I was telling the story wrong, so one time I tried writing it down as an essay. I figured if I did that maybe people would take it more seriously. But no one seemed to believe what I have written. “You´ve made it all up, right?” I don´t know how many times I´ve heard that. Because I´m a novelist, people assume that anything I say or write must have a touch of make-believe. Granted, my fiction contains more than its share of invention, but when I´m not writing fiction I don´t go out of my way to make up meaningless stories.”

So, Mr Murakami, I believe you, I take up, what you have said, it jumpstarts the conversation (one-sided, well, but it doesn´t matter), it spurs me to bring up something similar, that´s happened to me or to somebody I know very well. Vous l´avez voulu, George Dandin.

Reading A Wild Sheep Chase

At the beginning there was a novel A Wild Sheep Chase. Your first novel I’ve red. Reading in a tube. Absolutely inside this book suddenly I looked up and saw a young man sitting opposite to me reading the same novel. At the same time he also looked at me. We didn’t spoke to each other. We only noticed the merely fact. Nothing important.

Your books are good. But you know it. For me they are more. They do things. In me and around. Supposedly you know it too.

They meet in a tube. Read in German. Doesn’t matter. I red your books in German, English and Polish.

Reading The Wind-Up Bird Chronicle

It happened on 1st April last year. A fool day. But you know it. I think you know the all details about the European culture better than most of us.

It happened to me (to me?) on 1st April. One week before I borrowed your novel The Wind-Up Bird Chronicle from my nephew. I already read it almost to the end, but as there were only few pages left, I fall asleep (it was because of the spring time change, which make me always falling out of sleep balance). After an hour I waked up and started to read further. I read already a scene in a hotel. Toru Okada, the main person, is in hotel, where he probably meets his lost wife. He is not sure, he never saw this person in hotel. It was always dark as he was there. If he was there at all. Now he is in that hotel and there is a light in, but in that very moment, he will see that woman, the light suddenly switched off. As I read it, a lamp in my room switched off too. I thought it was a bulb, but no, it was not a bulb, all lights in my flat were off. I went to check the security plugs, but, halas, no, they were also ok. So I knew I have to check also the entire house security. I went out of my flat. The neighbours were already in the hall, they said, the main security plug is fully ok. We went out. The whole street was without light. I went back home, made a candle light and read your book to the end. Then Martha, a young woman renting a room in my flat, came back from the university. We didn’t want to sit in a dark flat, not even being able to make tea (we have only an electrical stove and / or cooking machine), so we went to the walk. We found a lot of people doing the same, so the streets were really crowdy.  Everybody spoke about the light being out of operation. Strange, but people were not nervous. They were rather jolly and friendly to each other. It was almost like Sylvester or carnival. Everybody said, it was funny, while there were some streets with light and other ones without. Nobody understood why. On the Bergmannstrasse, the main street in our part of the town, which was dark, we saw the ambulance car of electricity service. It had flashing orange warning lights. We went to it, wanting to ask the security men, whether they know, our street, which is quite far away, is also without light. But the car was dark inside and there was nobody to ask. We stood there a while looking at the orange bulbs. Do something, said Martha and in that very moment the light revived in the whole street. People shouted “hurray!” and it was even better than Sylvester. Hallelujah!

Mr Murakami, you switched the light off in the whole district, but Martha and me repaired it, just looking at the service car. Here you are!

So, you see, Mr Murakami, it is like that with you and me in Berlin.

Reading Blind Willow, Sleeping Woman 2

Eight months are gone. Now it is January 2009. I am reading Blind Willow, Sleeping Woman. In Polish. By “The Seventh Man” I asked myself, what I will tell being in such an imaginary situation as in that story. We are sitting in a room, everybody is telling about something strange, what had happened to him. Or to her.  It is a similar situation in “Crabs”. Or even better. The story teller was telling you and only you his story. He had your full attention only for what he was saying. Whatever. If I have a chance of telling you the story, what will I say you?

Next day I went to visit my friend, Anna. She was ill, lying in bed, wanting something, not really knowing what. Shall we see a film together? No, I answered, I have no time. I have to go soon. So tell me the story. She said I shall tell her a story.

They were many stories. They had to be. First about you. Than about us. And than the proper story. The story for you. My friend Anna is a reader but she read just another books. So I had to tell her about you. I gave her a short explanation. You are a very good Japanese writer, who’s books we used to read since years. “We” means my son, my nephew and me. My son gave me the first book of you to read. A Wild Sheep Chase. Then I started to buy your books for him. Kafka on the Shore for example. As you already know, last year I borrowed The Wind-Up Bird Chronicle from my nephew and as Christmas gift last year he gave me the Blind Willow, Sleeping Woman. Well, I tell her, you write strange stories, but no fantasy. They are neither magicians nor witches in your books, no magical utensils and not a trace of parapsychology. But they are strange.

Mister Murakami, please believe me that I did not read yet your novel “Chance Traveller”. That I first read a day after and it is why I write that letter. In “Chance Traveller” you spoke exactly about those matters I told my friend a day before. Whatever. So, I said, since yesterday I am thinking about the stories I could tell Murakami being a sort of “The Seventh Man”. Of course, I could tell her the story about electricity crash and The Wind-Up Bird Chronicle, or even about meeting a man in a tube, reading A Wild Sheep Chase. But they are not that sort of stories. They are good, no question, but they are stories about you. Not for you.

For you I found another stories. One of them I told my friend Anna. It is about normality. It is a long story. Another ones are short and I begin with them, just for having it done.

Keukenhof

Some years ago I went to Holland for a short trip. Some sightseeing, some meetings with friends and a visit in Mauritshuis in Den Haag (The Hague) to see a gorgeous exhibition of Jan Vermeer van Delft. I used to travel all around the world to see his pictures. He is my best painter as you are my best writer, taking this place as third, because Marcel Proust and than Gabriel Garcia Marquez possessed this place before you. On the last day I went to Keukenhof. It was spring, a proper time to visit the park there. The park people write on their homepage: “Nowhere else in the world are the flowers and colours of the spring as glorious as at Keukenhof. You get the opportunity to see millions of bulbs in flower, fantastic flower shows and the largest sculpture park in the Netherlands and is the most photographed place in the world. Enjoy the spring!” Truly it is impressively, how many flowers they show. Tulips, irises, daffodils, crocuses, narcissus. In thousands. But not lily of the valley! I was sure I am wrong. There must be also the lily of the valley. Somewhere. It was as being Gerda in that Andersen story of Snow Queen, wandering through the witch garden and looking for roses and finding not a one. I went systematically through the whole park of Keukenhof, path for path, looking right, looking left. Nothing. Tulips, irises, daffodils, crocuses, narcissus.  Even first roses. Amaryllis. Tulips, irises, daffodils, crocuses, narcissus. And no one lily of the valley! I went fully resigned out of the park into the economic part of it, hidden behind a tiny little forest. Nobody erred there. The trees were still dark, sheetless, greenless. That colourful park was prepared for the tourists making photos, the real nature was not so photogenic. But there I found my lilies of the valley. They were pale, weak and thin. Nobody cared about them, they were not for show. They were only for me.

Well, the question is, did I made them or did I found them? You shall be sure, I wanted to find them, so it happened like I wanted. I am rather not so sure.

Kreuzberg

Writing about tourists making photos one think immediately about Japanese. Sorry, but it is like that. I mean in Europe it is like that. Japanese tourists making photos are proverbial. I am living in Kreuzberg. It is a famous part of Berlin. No, it is not. It used to be. In 80 an alternative way of life was invented and practiced there. You could find every sort of strange people in Kreuzberg, punks and old hippies, lesbians and gays, pacifists, softies, vegetarians and vegans, and even florans, if you know, what I mean,  foreigners, artists without success, singles, not married couples, mothers with illegitimately children, preferably coloured, looser, being proud of being a looser, junkies and unemployed, you see, every sort of opponents of  normal social structures including clothes and hair style were to meet in Kreuzberg.

Now almost 30 years later we are not so wild, we became more calmly and are not so in fashion as we used to be, but it is still nice to live here. We have two big public parks in Kreuzberg, one with a high hill, one of the highest in Berlin. We call it mountain! 66 meter! On the top of it there is a monument erected in 19 century for a German victory against France. It is why it is called Victoria Park. Belonging to the „mountain“ and to the monument there is also an artificial waterfall of 24 meter height.

I am living in a street leading directly to waterfall. It makes me always happy even thinking about it. I am really happy living to the foot of a mountain with a waterfall. In winter there is no water in waterfall. They close the water for a cold half of the year, mostly on the 1st of November and open it again in April. But there are some years there is no water in a waterfall even in a warm half of a year. It is because of money. Yes, it costs money, to keep the water running in waterfall. But even then sometimes the waterfall would be open again for some days or weeks and you can never tell why or when. It takes a bit of my happiness away if in summer there is no water running in Victoria waterfall. If so, getting out I always use to look to the waterfall to check, let say, the water situation.

It was a sunny summer work day. Let say Tuesday. Nothing special on that day. Just Tuesday. I went shopping and a short look to the waterfall said me snafu, situation as usually, no water. Half an hour later coming back home suddenly I saw water glistening in the sun. They let the water flow! Hallelujah!! I run into my flat, let my bags lay, took sun glasses, book and cigarettes and run to the waterfall. I was one of the first there but soon there were many people at the waterfall. Mothers with Kids, old couples, some vagabonds, young women wearing glasses, all with books in their hands. A Turk family. We were quite a party. All of us sitting on the benches or stones or just staying on a small bridge, looking eagerly to the troubled water. I thought, it was like a Miracolo a Milano, everybody coming out to see sunshine, or maybe like in Japan, when thousands are going to see the plum trees in blossom. And the Word became Flesh. After half an hour three Japanese, two young women and one boy, came to the bridge and made photos. They posted themselves with water in a fond, separately and all together, making all sorts of obligatory photos to the topic “Me and a waterfall in Berlin”.

Why did they come? There was not such a question by all the others. They were like me, people living in the neighbourhood, looking every day to the waterfall, checking almost automatically, whether there is water or not. But how did that Japanese get the new? No idea. But they did. They did, they come, they made photos and went. We stay somewhat longer, but it was not the same. Something was gone. So we went too. Taken away as a photo the miracle was over as soon as it happened.

Normality

It is a true story. Because one person who is concerned in this story is still alive, I feel obliged to change some details, even if the chance she read these lines is rather small.

I was growing up in a strange family of artists and voyagers. My mother was a painter, my father musician and seaman. The friends of them, mostly ten or more years younger then they both, were also artists, art students, or at least interested in film, music, poetry, paintings and all that jazz. Of course also jazz. With the exception of my mother they all were also interested in exploring the world. Alpinists, sailors. Overwhelming the elements. Strong men and interesting women trying to keep a pace. In this group of maybe ten or fifteen people the most important was K. He was older than the rest of them, just slightly younger then my parents. He was the first who came. The rest, they all came to us because of his recommendation. There were ones which came just a couple of time and than vanished, but the “hard core” stayed truthfully through years and even decades. K. and his girl friend, Maria, with whom he parted after some years, but she also stayed as a home friend in a group. Then D. and three brothers J. and their young beautiful sister, which became the next girl friend of K. and which is my main person in that story, let say, Agnes.

They were coming every day. They ate with us, they slept on a guest couch or just on the floor. The house was full of loudly played music and smoking people. Always discussing, always finding something new and exiting, laying a lot of weight in interests, behaving and looking different as the “normals”.

I am not sure, but I think, they came as I was six or almost seven, shortly before I started going to the school.  At least ten years they lived partly in our home rejecting all forms of stabilisation. After ten years the group began to loose its homogeneity. In the time coming, the young women left, getting married to somebody else, with the exception of Agnes. Then the first male member of the group married too. They were still friends, but there was no more that group of young angry men as it used to be such a long time. They were not angry any more, and maybe also not so young.

Only K. stayed himself from yore, intelligent, brisk, critical and angry, difficult, still living in informally relationship with Agnes. But Agnes, even Agnes, was with years floating tired of that form of life. They were together ten, maybe even fifteen years, but she was in a first line a sinister, strange and unpleasant situation in communistic-catholic Poland.

She wanted a normal life.

They married. My God, how long time it was before they did it at least. In that time I finished my study and married also, only one year later.

Then he went to a sailor trip. Maybe it was that proverbial last drop. Agnes decided to divorce. In her letter send to him overseas she wrote, she need stability and a normal life. She doesn’t want to be a wife of never settled angry man.

His yacht never turned back. Only her letter came back. The sailors’ community in the whole world searched it two years long in all waters, passable or not passable. Live or dead. Nothing was found. It vanished and the story went to the chronicles of world yachting.

Her letter came back and was opened by her mother in law. Which hated Agnes. And hated her even more after reading, what she wrote. She told it everybody and everybody told it again and again.

Agnes was neither divorced nor widow. And she was pregnant. Our sons were born in almost the same time. But her son was born incurably ill. Abnormally.

So, it is my story for you. A story about a woman wanting a normal life.

If you have read it till now, I thank you.

But of course, you did not read it.

***

Anyway, I send this letter to him and he never answered.

Jupiter is still a planet

Redakcja

Dziś 540 rocznica urodzin Kopernika, do porannego wpisu o “Atlasie chmur” dołączam więc jeszcze w prezencie urodzinowym zdjęcie Jowisza, a przy okazji przypomnę, że w przeciwieństwie do biednego Plutona, Jowisz wciąż jeszcze jest planetą.

W sprawie Plutona zobacz: “Back When Pluto Was a Planet”

Poniższe zdjęcie pokazał mi Włodek, współtwórca KWIKTV i 2nt.eu. Zobaczyłam biały punkcik na czarnym tle.

jowisz1

– Co to? – zapytałam.
– Jowisz – odpowiedział mój rozmówca.
– Skąd wiesz?
– Bo ma księżyce.

jowisz3

Zielona gałązka w górnym lewym rogu zdjęcia poniżej, poświadcza, że fota nie została zrobiona w obserwatorium, tylko przez kogoś, kto stał na ziemi, na Ziemi, oczywiście, póki jeszcze i ona jest planetą.

jowisz2
Mikołaju, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!

Atlas chmur

Ewa Maria Slaska

Ranking

W grudniu 2012 roku “Time” opublikował listę najgorszych filmów roku – film “Atlas chmur” rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera znalazł się na pierwszym miejscu.

Znalazłam tę informację dopiero dziś, gdy zaczęłam pisać ten tekst. A zaczęłam go pisać, bo już od jakiegoś czasu chciałam tu powiedzieć, że film mi się bardzo podobał, a książka według której został nakręcony – powieść Davida Mitchella – jest świetna. Nie chce mi się dyskutować z twórcami opinii publicznej, nawet jeśli reprezentują “Time’a”. Ich opinia nic mnie nie obchodzi, a zresztą podejrzewam ich o taką samą arogancję, jaka cechuje firmy ratingowe. Zawsze sobie myślę, że nikt z nas ich nie wybiera, nie muszą więc grać w grę pozorów współczesnej polityki, która ukrywa żądzę władzy za iluzjami demokracji. Każdy normalny polityk w świecie zachodnim musi grać w tę grę z wyborcami, tylko firmy ratingowe nic nie muszą. Nie muszą, a rządzą nami korzystając z boskich niemal uprawnień. Finansiści o nieznanej nam twarzy dostali od nas tę władzę, choć nie wiem, jak i kiedy to się zdarzyło. Ale zdarzyło się, na naszych oczach, i nawet słówka nie pisnęliśmy.

A zatem “Atlas chmur” – historia poniekąd właśnie o tym. Nie 1:1, oczywiście że nie, ale jednak o tym właśnie, o upadku świata i o tym, że nawet nie zauważyliśmy, jak to się stało. Przyzwoliliśmy, zawsze przyzwalamy, nawet jak się nam wydaje, że jesteśmy nie wiadomo jak mądrzy. W książce Mitchella koniec świata postępuje nieprzerwanie od XVIII wieku, od momentu, gdy umarł Bóg, a jego miejsce zastąpił ludzki rozum. Bierzemy w tym udział i nic nie widzimy. Po to właśnie potrzebujemy pisarzy, żeby widzieli za nas to, czego sami nie widzimy.

Oto fragment, który zrobił na mnie być może największe wrażenie – przełożyła Justyna Gardzińska:

• Wykład: działania rzeczywistej przeszłości + przeszłości wirtualnej można zilustrować  na przykładzie wybranego wydarzenia znanego zbiorowej historii, takiego jak zatonięcie „Titanica”. Faktyczny przebieg katastrofy, taki, jaki miał miejsce, zaciera się i ginie w niepamięci wraz z wymieraniem naocznych świadków, ginięciem dokumentów + wrak statku rozkłada się w grobie na dnie Atlantyku. Lecz wirtualne zatonięcie „Titanica”, powstałe z odtworzonych wspomnień, dokumentów, pogłosek, fikcji – jednym słowem z wierzeń – staje się coraz bardziej „prawdziwe”. Rzeczywista przeszłość jest krucha i coraz mroczniejsza + coraz trudniejszy staje się do niej dostęp i jej rekonstrukcja: z drugiej strony, przeszłość wirtualna, plastyczna i łatwa w kształtowaniu, coraz bardziej się rozjaśnia + coraz trudniej ją obejść/obnażyć jako fałszerstwo.
• Teraźniejszość zmusza wirtualną przeszłość, żeby działała na jej korzyść, nadawała wiarygodność jej mitologiom + uprawomocniała narzuconą wolę. Władza szuka prawa i sama w sobie stanowi prawo „kształtowania krajobrazu” przeszłości wirtualnej. (Racja jest po stronie tego, kto opłaca historyków).
• Symetria wymaga istnienia również faktycznej oraz wirtualnej przyszłości. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał przyszły tydzień, przyszły rok, czy rok 2225 – wyobrażamy sobie wirtualną przyszłość zbudowaną z życzeń, przepowiedni + marzeń na jawie. Ta wirtualna przyszłość może wpływać na rzeczywistą przyszłość, jak w samospełniającej się przepowiedni, lecz przyszłość faktyczna zaćmi naszą przyszłość wirtualną w sposób tak oczywisty, jak jutro przyćmiewa nasze dzisiaj. Podobnie jak Utopia, rzeczywista przyszłość + przyszłość wirtualna istnieją jedynie w mglistej dali, gdzie nikomu na nic się nie przydają.
• Pytanie: Czy istnieje znaczące rozróżnienie między mylącą ułudą dymu, luster + cieni – przeszłością faktyczną – od innej równie mylącej ułudy – faktycznej przyszłości?
•  Model czasu: niekończąca się matrioszka z namalowanymi momentami, każdą laleczkę (teraźniejszość) umieszczoną wewnątrz łańcucha laleczek (wcześniejsze teraźniejszości) nazywam faktyczną przeszłością, ale postrzegamy ją jako przeszłość wirtualną. Laleczka „teraz” w podobny sposób obejmuje łańcuch wszystkich teraźniejszości, które dopiero nastąpią, a które ja nazywam faktyczną przyszłością, lecz postrzegamy je jako przyszłość wirtualną.
• Twierdzenie: Kocham Luisę Rey.

Detonator uruchomiony. C-4 wybucha. Odrzutowiec pochłania kula ognia. Metalowe i plastikowe części, kable obwodów, pasażerowie, ich kości, ubrania, notesy i mózgi – wszystko traci określoność w płomieniach, których temperatura przekracza tysiąc dwieście stopni Celsjusza.

Rzeczy od-stworzone i zmarli istnieją wyłącznie w naszej faktycznej i wirtualnej przeszłości. Teraz obydwie przeszłości zaczynają się rozwidlać.

Wratislavia reblogged

Ernest Dyczek

Wratislavia (1)

(część trylogii)

Dzień pierwszy

25 sierpnia 1980

Przedpiekle

Prolog

     Wydarzyło się to w okresie, kiedy zdołano za przyzwoleniem ogłupionej części inteligencji oraz kasty lumpenproletariatu, wspomaganych najtępszymi robotnikami niewykwalifikowanymi, nazwanymi później przez lokajską elitę “robolami”, urzeczywistnić czarną utopię Marxa i Lenina, pod batutą zbrodniarza wszechczasów Stalina oraz jego zboczonych, sadystycznych wasali, spośród których wywodził się Bierut, który wyhodował Gomułkę na więziennym wikcie, który wyhodował Gierka na górniczym trudzie, który wyhodował Kanię na tłustej milicji, który nie zdołał już nikogo wyhodować, bo wykopał go Jaruzelski, generał, oszlifowany przez Stalina, który wyhodował Malenkowa, Bułganina i Chruszczowa, ale Chruszczow zdołał wykolegować Malenkowa i Bułganina, tego zaś wykolegował później Breżniew, który wyhodował Czernienkę, lecz tego sklerotyka, z pominięciem kolejki, wykolegował Andropow, ale Czernienko przeczekał i doczekał, niestety umarł bezpotomnie, dając przez swoją impotencję polityczną nieopatrznie pola Gorbaczowowi, który ujrzał to, czego inni widzieć nie chcieli, czyli że utopia Marxa i Lenina to nie tylko czarna utopia, ale też czarna rozpacz, przestraszył się nie wiadomo dlaczego tej czarnej utopii i czarnej rozpaczy, postanowił więc usunąć ze sceny politycznej gerantologiczną aktywokrację oraz atrapy czarnoutopijnych kulis, by na ich miejscu ustawić zdroworozsądkowy aktyw i świetlanoutopijne kulisy myślenia życzeniowego, który to proces miał trwać czas jakiś jak czkawka, czyli do chwili aż pozostanie ostatnia kropelka ropy naftowej, ostatni okruszek węgla kamiennego, rudy żelaznej i ostatnia drzazga z bujnego drzewostanu rozległej Syberii. Ale nie przewidział, że generał Jaruzelski, oćwiczony przez Stalina, okaże się zającem i odda berło Rakowskiemu, fajtłapie o nerwach jak gumowe postronki, a ten zamiast wąsaczowi Wałęsie zgolić wąsy, jak ostatni głupek wyprowadził sztandar i tym głupio rozpaczliwym gestem zmobilizował w ojczyźnie rewolucji resztkę gerontokracji na czele ze w sztok pijanym Janajewem, którego jak w pijanym widzie, albo w rozwiewającym się śnie, zmiótł Jelcyn – i stało się, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, albo w rozpadającym się śnie o świcie, zapadły się niemal wszystkie Autosje i Mortalie, zaś Wratislavie, dzięki piekielnemu rodowodowi, przetrwały w pamięci tych, których nie zdołano wymóżdzić oraz solidnej, kamiennej i ceglastej strukturze, stworzonej jeszcze w solidnych czasach przedutopijnych, kiedy jeszcze nie budowano miast z papieru, instrukcji i plenarnych posiedzeń.

     Aktywokracja obudziła się z ręką w nocniku. Nieprawda – przez pięćdziesiąt lat trzymała rękę w gównie – teraz część z nich wierzy, że ten spektakl zafundowała im CIA, a część jest święcie przekonana, że to KGB zmiotło ich ze sceny, by osadzić na niej prawowitych internacjonałów, co też niebawem się stanie, kiedy Putiny i Łukaszenki obejmą w dożywotne władanie podupadłe imperium, chociaż z braku marksistowsko-leninowskiej instrukcji, nie bardzo będą wiedzieli co z tą masą upadłościową zrobić, szczególnie wtedy, kiedy wsadzą do więzień oligarchów, jedynych, którzy mieli sensowne, czyli właściwe pomysły ekonomiczno-imperialne.

*

     Ale jedynej prawdy szczególnie nasza polska, rodzimego chowu aktywokracja nie była w stanie nigdy przyjąć do wiadomości, że dzban dopóty wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie – i się urwało, i się wylało, i się rozlało całe nagromadzone upokorzenie się rozlało. Krząta się jak w ukropie aktywokracja, a tu upały późnosierpniowe, leje się pot z łysin aktywu, czym tu schłodzić, czym tu uśmierzyć, jak napocząć ten pasztet, cuchnący z oddali, znad morza ten szkwał, aktyw się trapi, aktyw w ukropie, w piekielnym klinczu, jak w paszczęce Lucyfera – ale w tej paszczęce żadnego światełka, ta paszcza jak tunel, bez wyjścia, bez wyjścia.

*

     Kiedy podpisało się cyrograf z partią komunistów, trzeba składać raporty, choć nikt nie ma obowiązku tych raportów czytać. Moich raportów pewnie też nikt nie czyta. Mogę więc nie zważać ani na styl należny raportom, ani na wiarygodność faktów, których ścisłości i tak nikt nigdy nie dociecze.

     Zawsze solidnie i regularnie zanosiłem raporty do swojej macierzystej POP. Ponumerowane, starannie spięte i podpisane nazwiskiem nadanym mi z urzędu. Nigdy nie zhańbiłem się anonimowym donosem, ten rodzaj piśmiennictwa zostawiałem szubrawcom. Nikt nigdy nie budził we mnie większej odrazy, jak płatny lub wywołujący odruch wymiotny, bezinteresowny szpicel.

      …kiedy stwierdziłem
obecność Norberta
Kusia we Wratislavii…

     W momencie, kiedy stwierdziłem obecność Norberta Kusia we Wratislavii, musiałem też przyjąć za pewnik bytność Belli w tym mieście. Wymagała tego wewnętrzna struktura bytu jako takiego. Rozrzedzał się i zanikał zdekretowany świat realbego socjalizmu, w którym nie było miejsca dla Norberta-Wierszoklety, ani tym bardziej dla Belli, której przecież w ogóle nie było. Wratislavia wyłaniała się z niebytu jak nierzeczywistość z rzeczywistości. Kto nie rozumie, nich dalej nie czyta.

     Postanowiłem zatem pisane raporty w nowej sytuacji opatrywać nową numeracją i na razie nigdzie ich nie zanosić. Mój czas dokonał bowiem pełnego obrotu. Znowu znalazłem się w kontrapunkcie swojej i nieswojej biografii. Realność bytu utraciła opokę, którą była wiara w możliwość urealnienia marzeń o progresywnym człowieku jutra, ale owa wiara w rezultacie mnie samego wepchnęła w potrzask archetypowej niemocy ducha, szamocącego się między chciejstwem a realnością gołej egzystencji.

Copyright © by Ernest Dyczek, Wrocław 2011

Uwaga! Ta strona została zreblogowana. Dziękuję autorowi za wyrażenie zgody

For Love is Immortality

Ewa Maria Slaska
Dziś Środa Popielcowa, jutro świętego Walentego. Dlatego na dziś cmentarze, ale na jutro już dziś – miłość.

emilydickinson2Unable are the Loved to die
For Love is Immortality,
Nay, it is Deity—

Unable they that love—to die
For Love reforms Vitality
Into Divinity.

Emily Dickinson

Chyba nic lepszego niż wiersz Emily Dickinson nie mogło się “trafić” na dzień świętego Walentego. Piszę “trafić”, bo naprawdę się trafiło, gdy kilka dni temu szukałyśmy z Anią K. polskich grobów na jednym z berlińskich cmentarzy.  O tym, czy ktoś, czyj grób oglądamy, jest Polakiem czy nie, trudno jest w Berlinie zadecydować. Setki tysięcy ludzi nosi i nosiło polskie nazwiska i choć ich rodziny z całą pewnością kiedyś przybyły tu z Polski czy też może, po zaborach, z należących do Prus ziem polskich, wiele rodzin już dawno nie pamięta o swych polskich przodkach.

niedzwiedzinski

Niekiedy jednak na grobach znajdą się polskie litery, teksty i napisy. Gdy ktoś został na nagrobku zapisany jako “Janek Niedźwiedziński” (ale nie współczesny, kontrowersyjny Burmistrz Miasta i Gminy Ślesin, tylko pisany zdrobniale pan Janek, który umarł w roku 1925 i to dokładnie 14 lutego) to był na pewno Polakiem i to świadomym swej polskości, jeśli na użytek życia i śmierci w Berlinie nie uprościł nazwiska lub mu go nie uproszczono posthum. Ba nawet jego żona, rodowita Niemka, która potem po raz drugi wyszła za mąż za Niemca, pojawi się na wspólnej płycie nagrobnej jako “verwitw. Niedźwiedzińska” – wdowa po Niedźwiedzińskim.

Moim ulubionym przykładem polskiego tekstu jest grób na cmentarzu parafialnym katedry świętej Jadwigi.

julia

Tu spoczywa
Julia z Zapletiałów de Bereźnicka
zmarła w wieku życia lat 24
w dniu 30. Maja 1856
Żona czuła, dobra matka
przyjaciółka szczera
Pamiątka iey zostanie każdemu
że ią znał droga y miła

Cmentarze to w ogóle miejsce, gdzie dużo jest mowy o miłości. Niedźwiedzińskiemu też ktoś napisał, że “So lange wir atmen wirst Du in uns leben und unvergesslich sein” – “jak długo oddychamy, będziesz w nas żył i nie zapomnimy o tobie”.
Ale z okazji świętego Walentego trzeba jednak pokazać też całkiem nowy grób (to ten na początku wpisu), z roku 2005, Ewy S. (to nie ja! a nazwiska nie podaję i zasłaniam je na zdjęciu, bo jeszcze nie zdążyłam dotrzeć do rodziny, żeby zapytać o pozwolenie). Na grobie jest mały kamień w kształcie serca i po polsku cytat z wiersza Emily Dickinson, amerykańskiej poetki, tajemniczej samotniczki, ubierającej się na biało, która umarła przeżywszy zaledwie 30 lat. Nic o niej nie wiemy, nie wiemy, czy kochała kobiety, czy żonatego mężczyznę czy może kogoś z rodziny. Ale wiemy, że kochała. Napisała 600 wierszy, w większości tak krótkich, że japońscy twórcy haiku uznają ją za pokrewną duszę.  Za jej życia opublikowano ich zaledwie sześć, resztę wydała drukiem już po jej śmierci, siostra poetki Lavinia. Ale, powórzmy, mimo iż nic o niej nie wiemy, wiemy że kochała. Bo inaczej nie potrafiłaby napisać takiego wersu, jak ten z nagrobka Ewy S.: “Ci których kochamy nie umierają nigdy, bo miłość jest nieśmiertelna”.

Kto idzie do więzienia?

Ten tekst ukazał się zapewne gdzieś w jakieś polonijnej gazecie, z której nie dostawałam egzemplarzy autorskich ani feedbacku, nie wiedziałam więc, co z tego, co im wysyłałam, zostało opublikowane ani kiedy. Na pewno coś się ukazywało, bo od czasu do czasu wpływało na konto 40 lub 50 euro od jakiegoś nieznanego mi Polaka. Kiedyś znalazłam go w sieci, zadzwoniłam i zapytałam, dlaczego przysyła mi pieniądze. Powiedział, że to honoraria. Dzsiejszy tekst jest uzupełnieniem “Gentryfikacji” 

Ewa Maria Slaska

Kto idzie do więzienia?

Mieszkam na parterze starej berlińskiej kamienicy, która od roku obstawiona jest rusztowaniami. Kilka tygodni temu włamał się do mnie facet, który okradł mnie. Mam mocny sen, obudziłam się dopiero, gdy wszedł do sypialni i zapalił światło. Zanim oprzytomniałam, dowiedziałam się, że gość ma zlecenie z rosyjskiej mafii, żeby mnie zabić, bo właściciel domu chce się pozbyć mieszkańców.

Okazałam się osobą przytomnego umysłu i odważną, bo nie pozwoliłam się zastraszyć, wciągnęłam gościa w rozmowę, przekonałam, że najlepiej będzie, jak pójdziemy do kuchni, napić się kawy, i w końcu pozbyłam się go z mieszkania. Nie zrobił mi krzywdy fizycznej, a straty materialne okazały się niewielkie, ale przeżyłam oczywiście szok psychiczny.

Zadzwoniłam po policję. Nie udało się i był to pierwszy, choć jeszcze niewielki, nowy rodzaj zdziwienia. Telefon, podłączony przez firmę 1&1, nie wybierał numerów specjalnych. Przerażona i roztrzęsiona, patrząc przez okno na włamywacza, który stał na ulicy, palił moje papierosy i przyglądał mi się, przez 40 minut dzwoniłam do koleżanki, żeby ją obudzić i poprosić o wezwanie policji.

Z policją kontaktowałam się w sumie przez trzy dni i moje zdziwienie rosło z dnia na dzień.

Przyjechali dość szybko. Sześciu rosłych mundurowych. Ani jednej kobiety. W czasie rozmowy ze mną facet powiedział, że mieszka w moim domu. Nigdy go wprawdzie nie widziałam, ale on znał mnie i dużo o mnie wiedział. Powiedziałam to policjantom i zaproponowałam, żebyśmy się przeszli po domu i poszukali go. Odmówili. Wypytali mnie ogólnikowo i popędzając. A sprawa była trudna do opowiedzenia, bo historia była dziwna. Patrzyli na mnie jak wariatkę i nie wierzyli ani jednemu słowu. Wyszli, twierdząc, że za godzinę przyjdzie dwóch cywili, żeby zabezpieczyć ślady. Zapytałam, a co przez tę godzinę? Jeśli facet zobaczy, że policja odjechała i wróci? Nie wiem, jak wszedł, więc nie wiem, czy umie wrócić czy nie? Wzruszyli ramionami i poszli. Tropiciele śladów też mi nie wierzyli, ale przynajmniej zabezpieczyli najbardziej oczywiste odciski i traktowali mnie grzecznie. Też odmówili przejścia się ze mną po domu i szukania włamywacza. Wyszli, ja też. Bałam się zostać sama. Z pracy zadzwoniłam na policję, gdzie podano mi nazwisko komisarza, który się będzie mną zajmował. Nie było go jednak. Powiedziałam mojej bardzo miłej rozmówczyni, że się boję. Odpowiedziała, że przykro jej, mogę dostać skierowanie do policyjnego psychologa, ale ogólnie rzecz biorąc moje bezpieczeństwo to moja sprawa. Zdziwiłam się, bo myślałam, że płacę podatki i bezpieczeństwo obywatela to sprawa państwa. Pan komisarz oddzwonił i obiecał, że przyjdzie następnego dnia rano. Powiedziałam, że nie będę nocować u siebie, bo się boję. Powiedział, że dobrze, bylebym była punktualnie.

Komisarz był nadzwyczaj grzeczny i dobrze udawał, że mi wierzy, ale też nie przeszedł się ze mną po domu w poszukiwaniu włamywacza i potencjalnego mordercy.

Spotkałam się z sąsiadami i opisałam owego mężczyznę. Niemiec, Jörg, lat ok. 40, wysoki, szczupły, wysportowany, tatuaż, krótkie włosy, trzydniowa bródka, brak prawej górnej trójki. Rozpoznali go. Nazywa się Jörg G., jest byłym komandosem, mieszka w naszym domu w oficynie za moim mieszkaniem na 2 piętrze. Zadzwoniłam na policję. Przyjechali. Przyznał się od razu. Tak, był u tej pani, tak w nocy, tak, potem sobie poszedł. Ale przeprosił.
– Nieprawda, powiedziałam, nie przeprosił.
– Pewnie chciał – skonstatowali policjanci.

Rano przesłuchano go raz jeszcze, tym razem na policji. Komisarz przyprowadził go do mnie, żeby mnie przeprosił.

I to wszystko.

Mieszkam więc w domu w facetem, który się do mnie włamał, okradł mnie, straszył, że mnie zabije i wie, że to ja oddałam go w łapy policji. Ale wie też, że policja puściła go wolno. Kiedyś podobno będzie miał sprawę, ale nie był karany, pewnie więc dostanie pół roku w zawieszeniu, nie więcej.

Złożyłam skargę w odnośnym urzędzie. Po tygodniu dostałam odpowiedź, że działania policji były prawidłowe. Pewnie tak, ale się boję, mieszkam więc po kolei u przyjaciół, lub oni nocują u mnie. Wyprowadzam się. Ja, nie on.

I dziwię się.

PS 2010 – co gorsza przy lekturze tego tekstu nieodmiennie nasuwa się nieciekawe przypuszczenie, że sprawa sprawiedliwości może wyglądałaby inaczej, gdybym to ja była Niemką, a włamywacz Polakiem. Nie jestem żądną krwi harpią, nie zależy mi na tym, żeby facet poszedł do więzienia, interesujące jest jednak, że dopóki to JA opowiadałam o tym, co się stało, policja uznawała mnie za niespełna rozumu i tak to zostało zapisane w protokołach. Stałam się wiarygodna dopiero, gdy włamywacz, którego JA znalazłam, potwierdził, że się do mnie włamał.

PS 2013 – facet dostał karę pieniężną, nie wiem, jakiej wysokości.