Qui pro kot

Ewa Maria Slaska o kotach (dość niepewnie)

A-Room-atTwilight-KellieCastleJohnHenryLorimer1856-1936No bo doprawdy, na przykład tu – pies to czy kot? Maryna Over podesłała mi ten obraz, a ja, wiedząc, że Maryna podsyła mi koty, zapisałam go w rubryce koty, gdzie miał poczekać na specjalny wpis – kot samotny we wnętrzu. To oczywiście zawsze się nam będzie kojarzyć z Szymborską i z tym, że tego nie robi się kotu, ale w końcu wcale nie musi tak być. W moich zbiorach co-i-raz pojawia się kot samotny we wnętrzu, ale ten tu…

Namalował go John Henry Lorimer (1856–1936),  szkocki malarz, specjalizujący się malowaniu portretów i scen rodzajowych. Tu jest wnętrze w Kellie Castle o zmroku. Pod oknem śpi… pod oknem śpi kot… nie, chyba jednak pies, nie, no raczej kot… TU jest ten sam obraz w większych rozmiarach, przyjrzyjcie się. Już z Leonardem da Vinci i jego szkicami Madonny mam poważny problem, ale tam przynajmniej nauka wypowiedziała się jednoznacznie, a tu ja sama z problemem.

John Lorimer miał młodszego brata, Sir Roberta Stodart Lorimera (1864 –1929) i to we wpisie o Robercie znalazłam informację, że w roku 1878 rodzina Lorimerów wydzierżawiła Kellie Castle w Fife, które do dziś znane jest jako… Królestwo Fife. A zatem John namalował po prostu pokój w swym rodzinnym domu, a w tym pokoju…

Jules Pascin - The Turkish FamilyRównież na tym obrazie (podsuniętym przez Marynę Over) nie wiadomo, czy to zwierzątko niefrasobliwie trzymane pod pachą przez jedną z kobiet to pies czy kot. Jules Pascin, Rodzina turecka. Rok 1907. Wbrew pozorom ta rodzina wcale nie składa się z samych kobiet młodych, młodszych i najmłodszych, bo w głębi pod ścianą siedzi sobie mężczyzna w czerwonym fezie i pali fajkę, a może zresztą papierosa.

Jules Pascin (1885-1930) nazywał się po bułgarsku Жул Паскин, a tak naprawdę Julius Mordecai Pinkas, był żydowskim malarzem bułgarskim, przedstawicielem ekspresjonizmu. Przez wiele lat przymierał głodem i dopiero w latach 20 uzyskał sukces. Mieszkał w Paryżu, Brukseli, Londynie i różnych miastach w USA, aż osiadł na stałe w Paryżu. Przyjaźnił się z wieloma malarzami w tym z Klee i Kandinskym. Cierpiał na ciężką depresję. W wieku 45 lat popełnił w Paryżu samobójstwo. Pochowano go na cmentarzu Montparnasse.

Ta turecka rodzina, z kotem czy bez, nie jest zresztą typowa dla malarstwa Pascina, bo jego specjalnością były erotyczne akty kobiet.
***
Również inna moja warszawska przyjaciółka, Danusia Strzyńska-Rosiecka, wstawiła mi na Facebooka obrazek:

stMarcinPoitou-CharentesFrancja-polXIIwi opatrzyła go takim mniej więcej podpisem: koci (?) kapitel w St. Martin w Poitou-Charentes, połowa XII wieku.  Zaiste, trudno ocenić, czy te zwierzęta na kapitelu to psy (gończe na przykład), gryfy (te potwory ze skrzydłami na górze),  koty czy lemury, a może nawet gollumy? Nie wiem. Ale też nie wiem, czy  chodzi o jakiś kościół św. Marcina w departamencie w Poitou-Charentes czy o miasto San Martin de Re tamże? A jak kościół – to który? Bo mógłby to być kościół Fontaines d’Ozillac Saint Martin – datowanie się zgadza i dziwaczne zwierzęta w kapitelach też, ale tych kotów się nie doszukałam. Jeśli to jednak ten kościół to jest on swoistą ciekawostką. W XV wieku trzeba go było rozbudować, z boku doklejono mu więc dodatkową nawę z renesansowym portalem. W XIX wieku dobudowano jeszcze wieżę z drugiej strony.

stmartinZ kolei Kasia Wasilewska napisała, również na Facebooku, że kotek niech tu reprezentuje książkę. Kotek? Jaki kotek? Ja zobaczyłam dwa pieski:

kotekzamiastksiazkiAle to jednak kot, bo wpisałam do google’a słowa girl red dress cat dog i ten obraz pojawił się jako pierwszy. Za to Kasia była pewna, że to malarka, a ja znalazłam informacje, że to malarz. Kasia dodaje, że szkoda że nie malarka, z czym się jak najbardziej zgadzam, zwłaszcza, że każda malarka mogłaby być dumna, gdyby namalowała taką dziewczynkę, w takiej sukience,  z takimi zwierzątkami.

GIRL IN RED DRESS WITH CAT AND DOG
Ammi Phillips (1788–1865)
Vicinity of Amenia, New York
1830–1835
Oil on canvas
American Folk Art Museum, gift of the Siegman Trust, Ralph Esmerian, trustee, 2001.37.1

X
Same qui pro koty…

Reblog: Otylia

onetsportbannerNie po raz pierwszy sięgam po teksty napisane przez publicystów dla portali sportowych. Reblogowałam tu już teksty o boksie, dziś… dziś o pływaniu i innym sporcie.  A właściwie wcale nie o pływaniu czy piłce nożnej, tylko o nas, o Polsce, o naszej kondycji społecznej i naszej, pożal się Boże, polityce. Tekst jest świeży, z 7 maja, ale też i temat jest świeży. 

Tekst znalazłam TU i bardzo dziękuję portalowi eurosport.onet.pl, za to, że go opublikował.

Dariusz Tuzimek

Śmiejąc się z Otylii śmiejecie się z siebie

Od dawna nie było tak gło­śno o Oty­lii Ję­drzej­czak i Ma­cie­ju Żu­raw­skim. Choć za­pew­ne nie o taką po­pu­lar­ność im cho­dzi­ło. Zro­bie­nie dur­nia z dwój­ki spor­tow­ców przy­szło dzien­ni­kar­ce TVP bar­dzo łatwo.

otyliaObserwowałem to marne widowisko z zażenowaniem i wstydem, ale też było mi jakoś przykro. Ot tak, jakbym oglądał publiczne tortury na średniowiecznym jarmarku. Tępawa gawiedź się cieszy, choć przecież sama nie jest lepsza.

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Mi się jakoś z tego śmiać nie chce.

Pew­nie zaraz duża grupa za­kom­plek­sio­nych internetowych nie­na­wist­ni­ków „po­ci­śnie” że to ich (spor­tow­ców) wina, bo po cię pcha­ją do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, skoro nic nie wie­dzą. Zga­dzam się – to ich wina. Naj­więk­szą kom­pe­ten­cją jest znać gra­ni­ce wła­snej nie­kom­pe­ten­cji.

To spor­tow­ców wina, że sta­ra­ją się cho­dzić po kru­chym lo­dzie. Ale za­trud­nia­nie ce­le­bry­tów do wy­gry­wa­nia wy­bo­rów kom­pro­mi­tu­je w naj­więk­szym stop­niu li­de­rów par­tii, któ­rzy po tych­że ce­le­bry­tów się­ga­ją z całym cy­ni­zmem. To źle o nich świad­czy.

Jed­nak skoro już się­ga­ją, to zna­czy, że to dzia­ła, że to jest sku­tecz­ne. Czyli wy­star­czy wy­sta­wić na listę znane na­zwi­sko, a lu­dzie od­da­dzą na nie swoje głosy… I jak to o nas, czyli wy­bor­cach świad­czy? Śmie­jąc się z Oty­lii i „Żu­ra­wia” pa­mię­taj­my, że śmie­je­my się z sie­bie.

Ktoś wy­brał prze­cież np. se­na­to­ra Krzysz­to­fa Cu­gow­skie­go w Lu­bli­nie albo posła Jana To­ma­szew­skie­go w Łodzi, praw­da? Ten drugi za­mro­czo­ny wizją do­sta­nia się do par­la­men­tu z listy PiS skła­dał hołdy li­de­ro­wi swo­jej par­tii bez ob­cia­chu twier­dząc, że „Ja­ro­sław Ka­czyń­ski jest Ka­zi­mie­rzem Gór­skim pol­skiej po­li­ty­ki”. Nie wy­ma­ga ko­men­ta­rza.

O Otylii i Maćku Żurowskim można powiedzieć jedno: oboje, po zakończeniu kariery szukają swojego miejsca w życiu. Dokonują wyborów lepszych i gorszych. I nawet jeśli tych ostatnich jest więcej, mają prawo błądzić. Otylia próbowała bezskutecznie wrócić do pływania. Potem brała udział w „Tańcu z gwiazdami” i posmakowała życia celebrytki. Wikłała się w różne historie i widać było, że pomysłu na siebie nie ma. To samo Żurawski. Wszyscy byli nim zachwyceni gdy strzelał gole dla Wisły, reprezentacji czy dla „Celtów” w Glasgow. Później mało udany powrót do ligi, a jeszcze później Żurawski niby był skautem w Wiśle, ale jakby nim nie był. Zaangażował się w sklep z ubraniami i własną kolekcję ciuchów, ale i to okazało się niewypałem.

W przypadku sportowców pytanie: „co dalej?” jest często pytaniem bez odpowiedzi. Szczególnie jeśli jest zadane zbyt późno. Trudno w wieku trzydziestu lat przejść na emeryturę. U nas nawet największe gwiazdy nie mają menedżerów, którzy planują im karierę, inwestują pieniądze i mają na nich pomysł co robić, gdy już trzeba będzie zacząć dorosłe życie.  Agenci piłkarscy – nie wszyscy, ale w ogromnej większości – ograniczają się do handlu zawodnikami, gdy ci mają na rynku jeszcze wartość. Kasują prowizje, ale nie planują zawodnikom karier. A gdy nie da się już na nich zarabiać, wyrzucają ich jak stare zabawki i sięgają po nowe. Sportowcy zostają sami. Bez pokończonych szkół i często bez odłożonych pieniędzy. Dziwicie się, że przyjmują oferty od partii politycznych? Taki Tomasz Adamek ledwie otarł krew z rozbitej w ostatnim pojedynku twarzy a już ogłosił, że startuje do Parlamentu Europejskiego.  A jeszcze chyba miał siniaki pod oczami gdy publicznie wypowiedział się o kobiecości posłanki Grodzkiej…

Otytlia i Maciek Żurawski poszli do studia telewizyjnego nieprzygotowani. Myśleli, że będzie miło, łatwo i przyjemnie. Naiwne to bardzo. Media od dawna nie są przyjazne, a od momentu, gdy oboje zdecydowali się być politykami, powinni być przygotowani na to, że będą traktowani jak politycy. Czyli twardo, bo jest przyzwolenie społeczne żeby z politykami się nie cackać. To się pani dziennikarka z nimi nie cackała.

Efekt jest taki, że jak się wpisze w internetową wyszukiwarkę Google’a imię i nazwisko Otylii, to po notce biograficznej, jako drugi wynik (sic!), wyskakuje… „kompromitacja Otylii Jędrzejczak na antenie TVP”.  Z tego teraz jest najbardziej znana duma narodu sprzed kilku lat.

Żurawski i Otylia nie będą wielkimi politykami. Ale jeśli świętej pamięci Andrzej Lepper miał kompetencje żeby być wicepremierem w dwóch rządach wolnej Rzeczypospolitej, to jednak pewne rzeczy w naszym kraju są umowne.

Na pewno jednak jesteśmy mistrzami w niszczeniu autorytetów. Lech Wałęsa ma lepszą prasę na świecie niż w Polsce. I to nie jest przypadek. W Polsce nawet papieża Jana Pawła II atakowano niewybrednie tuż przed kanonizacją. Taki kraj…

Jak to dobrze, że Kazimierz Górski od lat spoczywa w spokoju i nikomu już nie zagraża, nikogo jego popularność nie będzie kłuła w oczy. Bo znaleźliby się tacy, którzy pogrzebaliby mu głębiej w biografii. I nawet jakby się niczego niedogrzebali, to twierdziliby, że się jednak dogrzebali i obrzuciliby błotem. Ciężko się później z tego obskrobać.

A zatem oplujmy wszystkich: Wałęsę, papieża, Tadeusza Mazowieckiego, Otylię, Żurawskiego. Na koniec nie zostanie nic. Jeden tylko autorytet.

Widać go, gdy się podejdzie blisko do lustra.

90 lat / 90 Jahre / 90 лет / 90 წლის

Bułat Okudżawa / Bulat Okudschawa / Булат Окуджава / ბულატ ოკუჯავა

Russia_stamp_B.Okudzhava_1999_2r

9.05.1924 – 12.06.1997

Простите пехоте, что так неразумна бывает она:
Всегда мы уходим когда над землею бушует весна,´
И шагом неверным – по лестничке шаткой, спасения нет;
Лишь белые вербы, как белые сестры глядят тебе вслед.

Не верьте погоде, когда проливные дожди она льет,
Не верьте пехоте, когда она бравые песни поет,
Не верьте, не верьте, когда по садам закричат соловьи:
У жизни и смерти еще не окончены счеты свои.

Нас время учило: живи по-привальному, дверь отворя.
Товарищ мужчина, а все же заманчива доля твоя:
Весь век ты в походе, и только одно отрывает от сна:
Чего ж мы уходим, когда над землею бушует весна?

Wybaczcie piechocie
Że tak nierozumna czasami bez tchu
My zawsze w pochodzie
Gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu

Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto i piach
I wierzba przydrożna
Jak siostra pobladła zostaje we łzach

Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew,
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.

Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.

Uczyłaś ojczyzno,
że żyć trzeba umieć słyszeć twój gos…
Kolego mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.

My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nie zrywa ze snu;
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?…

Wykłady Profesora Dąbrowskiego. V. Tatarzy w Polsce

Nie moi drodzy, wciąż nie mamy jeszcze informacji o babci szamance, ale

Ryszard Dąbrowski
pisze o tym, jak i kiedy przybywali Tatarzy do Polski, a ja
Ewa Maria Slaska
poszukuję informacji o tym, do której z owych fal emigracji należała moja rodzina.

koldunytatarskieJedna z ludowych potraw Tatarów polskich czyli kołduny! Podobno je się je zupełnie inaczej niż zwykłe kołduny. Trzeba nadgryźć jeden rożek kołduna, wylać ze środka sos na łyżkę i zjeść farsz, popijając płynem z łyżki. Szczerze powiem – nie bardzo rozumiem. Trzeba będzie ugotować kołduny i sprawdzić.

Ryszard Dąbrowski

Pierwszymi Tatarami na ziemiach litewsko-polskich byli niewolnicy wzięci w czasie walk Litwinów ze Złotą Ordą w latach 1238-1315.
Kolejni osiedleńcy byli uciekinierami religijnymi przed islamem szerzonym na siłę przez emirów. Uciekinierzy, którzy chcieli pozostać przy szamańskiej religii, przybywali na ziemie polskie po 1312 roku.
Po 1318 roku, kiedy to zawarty został pokój z Tatarami, niektóre ich oddziały wspierały Litwinów w walkach z Krzyżakami i osiedlały się na Litwie.
Kolejne fale osiedleńców to niedobitki kilkudziesięciotysięcznej armii emira Mamaja po przegraniu bitwy o Moskwę z Dymitriem, carem Księstwa Moskiewskiego w 1330 roku, oraz po porażce armii chana Białej Ordy Tochtamysza po przegranej w 1375 wojnie z Księstwem Moskiewskim.
Największy przypływ Tatarów na ziemie Korony Litwy i Polski miał miejsce podczas panowania na Litwie księcia Witolda (1401-1430) kiedy to w wyniku walk bratobójczych o przywództwo Wielkiej Ordy miał miejsce exodus polityczny.
W XVI w. podczas licznych wojen z Ordą Krymską brano zawsze jeńców wojennych, przybyła też na tereny Litwy i Polski fala uchodźców tatarskich podczas wojny Rosji z chanatami Kazańskim i Astrachańskim.
W drugiej połowie XVII w. ustał masowy ruch migracyjny Tatarów. Teraz najczęściej na Litwę przybywali przedstawiciele możnych rodów z Chanatu Krymskiego wraz ze swymi poddanymi i niewolnikami.
Jedna z ostatnich fal emigracji tatarskiej miała miejsce podczas wojny Polski ze Szwecją (1655-1660) kiedy to do armii polskiej zaciągali się Tatarzy krymscy.

Odejście od islamu i przejście na katolicyzm lub prawosławie ułatwiało Tatarom awans społeczny i przyspieszało proces asymilacyjny. Często przesiedlano Tatarów z Litwy do Polski centralnej, nadając bardziej zasłużonym ziemię i szlachectwo.

tatarzy

Gdyby się nam rodziny nie spolonizowały, to i Ryszard, i ja bylibyśmy może nadal takimi pięknymi tatarskimi tancerzami (zespół Buńczuk, Podlasie)

Ewa Maria Slaska

Każdy z nas, potomków Tatarów, zadaje sobie z reguły pytanie – kiedy? Kiedy nasi przodkowie przybyli na ziemie polskie? Legenda przekazywana w mojej rodzinie, czyli rodzinie Krynickich (tak była z domu Mama mojego ojca), głosi, że nastąpiło to podczas wojen szwedzkich. Ale może wcale nie, może nasi pradziadowie należeli do tej fali zamożnych Tatarów, przybywających do Polski z majątkiem, służbą i niewolnikami. Mógłby na to wskazywać fakt, że (podobno) założyli oni miejscowość Krynica (Górska), nadając jej nazwę. To oczywiście legendarne domysły i mogło być odwrotnie, ale całkiem nielegendarnie wiadomo, że rodzina pod koniec XIX wieku posiadała w tejże Krynicy dwa pensjonaty, które gdzieś przepadły (jak wszystko zresztą). W historii miasta  nie ma ani słowa o żadnych Krynickich ani o Tatarach. Tym niemniej Tadeusz Mikołaj Trajdos w artykule KRYNICCY W ŚWIETLE HERBARZY pisze, że:
Z tym rodem styka się każdy badacz zachodniej Łemkowszczyzny, a szczególnie wiosek „biskupiego dominium”, czyli „kresu muszyńskiego”. Nazwisko ma charakterystyczną formę toponimiczną i pochodzi od nazwy wsi Krynica. Nazwiska takie w środowisku chłopskim powstawały w dwojaki sposób. Przybierali je albo sołtysi-zasadźcy nowej wsi albo przybysze migrujący ze swej rodzinnej wioski i trwale osiedlający się w nowej miejscowości. Nadawano im wtedy najczęściej nazwisko rodowe urobione od nazwy ich dawnej wsi. Nazwisko jest w okolicy rozpowszechnione, ale nie wiadomo, czy poszczególnych krynickich łączyło pokrewieństwo, czy też po prostu osoby zakładające nowe wsie w okolicy Krynicy przyjmowały przydomek „Krynicki”.
W środowisku łemkowskim „kresu muszyńskiego” Kryniccy jawią się więc od początku jako gromada rodzin (najpewniej o wspólnym rodowym korzeniu) majętna, elitarna, korzystająca z przywilejów sołtysich i autorytetu tego urzędu.
Byliby to zatem chłopi, zamożni, sołtysi…

No ale my wiemy rodzinnie, że byli Tatarzy i były te pensjonaty w Krynicy, no było i szlachectwo herbu Korab.
Trajdos pisze jednak dalej: W roku 1613 w Warszawie Sejm aprobował dokonaną przez króla Zygmunta III nobilitację Jana Krynickiego. Konstytucja sejmowa w tej sprawie była bardzo lakonicznie sformułowana, bez wyjaśnień – kogo bliżej dotyczy, w jakich okolicznościach i z jakich powodów została podjęta. Trajdos też podaje, że ów Krynicki otrzymał herb Korab i cytuje nawet wiersz Wacława Potockiego „Na herb pp. Krynickich”:

„Nawa z Gryfem w Czerwonym polu wraz złożona
Leniją jednak środkiem samym przegrodzona,
Pod Koroną na Hełmie przyłbica otwarta
W Koronie zaś pul Gryfa z Mieczem, świadkiem Karta.
Ten herb Zygmunt Trzeci Król Polski konferował,
IANOWI KRYNICKIEMU, że mężnie woiował.
W Inflantach, w Moskwie, gdzie on wielkiey nabył sławy,
Mile znosząc woyskowe niewczasy, kurzawy,
Smolińsk, Połuck, Wielkoluk, fortyce niedbyte,
Wziął, przez nieprzyiacielskie zaś woyska okryte.
Przebijaiąc się, Żołnierz krwawe poniósł rany.
Za te tedy Cnoty Herb dwoisty mu dany
Korabl Matki Szlachcianki, w Herbie się mu został
Gryfa zaś za konsensem Dobkow z Herbu dostał.
Te są wielkiey odwagi, pracy iego znaki,
Które skazują, że był Mąż nie ladaiaki.”

Okazuje się, że wiersz ów więcej zamieszania wnosi niż wyjaśnia. I to podwójnie. Trajdos szuka w nim potwierdzenia, że łemkowski, sołtysi syn z Krynicy za zgodą swojego biskupa zaciągnął się do litewskich wojsk Chodkiewicza. Ja węszę, gdzie Tatarzy. No ale dla Trajdosa Kryniccy to spolonizowany a w XVII wieku uszlachcony ród łemkowski, dla mnie – Tatarzy. No i proszę. Trajdos pisze. „Warto zauważyć, że w wojsku Chodkiewicza (jeszcze wtedy regimentarza i starosty żmudzkiego) pod Kirchholmem w roku 1605 walczyło 8 chorągwi „wolentariuszy” w sile 860 koni. Trzy były tatarskie, trzy niemieckiego autoramentu, jedna rajtarów kurlandzkich, ale jedna polska Sakina (w sto koni). (…) Potocki pisze o udziale Kryniciego w oblężeniu Smoleńska. Koronne wojska hetmana Stanisława Żółkiewskiego ruszyły na Smoleńsk w 1609 roku. Dnia 4 lipca 1610 roku Polacy rozbili Rosjan w bitwie pod Kłuszynem. Po tym zwycięstwie Moskwa poddała się wojskom polskim. W roku 1611 zdobyto wreszcie Smoleńsk. Krynicki prawdopodobnie uczestniczył w tych wypadkach aż do końca wojny i należał do polskiej załogi na Kremlu, bo Potocki uwypukla jego obecność w Moskwie.”
Heraldyk ubolewa, że nie wiadomo, w jakiej chorągwi służył, a ja podpowiadam, no w tatarskiej, tatarskiej… Oboje nas niepokoi fakt, że nasz Krynicki miał mieć mamę szlachciankę z rodu Korabitów, która mu ów herb przekazała, czy też go do swego herbu adoptowała. No bogdajby, może Tata przystojny był i się panna zakochała? Choć to zapewnie nie, bo kto się w owych czasach, oprócz bohaterów powieści, tych tam Wołodyjowskich i Kmiciców, z miłości żenił?
Kolejnym powodem niepokoju, ale tu już tylko mojego, jest ów Gryf od Dobków w lewym polu tarczy. My tam żadnego Gryfa nie mamy. Korab to korab. Późniejsze herbarze, jak Niesiecki, też wiedzą o Krynickich tylko tyle, co z wiersza Potockiego i z ustaw sejmowych.

Tymczasem w Krynicy spolonizowany łemkowski ród Krynickich pełnił do XIX wieku funkcje… parochów czyli popów unickich.

To jednak musi być jakaś zupełnie inna historia.

No ale te dwa pensjonaty?

Co jest czym czego?

Tydzień temu był to wpis jednodniowy w rubryce Heute / Dziś / Today. Okazało się jednak, że komentarze przeniosły ten wpis z kategorii zagadka i ciekawostka, do kategorii nasz współczesny świat i jego kondycja. Dlatego przenoszę go tu jako wpis stały i trwały, a przy okazji zapraszam. Przysyłajcie swoje obserwacje i przemyślenia, będę je tu dopisywać.

Ewa Maria Slaska

Zadam Wam zagadkę. Oto maleńki fragment wywiadu, jaki Agnieszka Jucewicz przeprowadziła z Danielem Jonesem, który od 10 lat w New York Times redaguje rubrykę “Modern Love”. Publikuje w niej eseje różnych ludzi o miłości. Wywiad ukazał się w ostatnim numerze Wysokich obcasów z 19 kwietnia 2014. Na trzeciej stronie wywiadu, na samym dole trzeciej szpalty znalazły się takie oto zdania:

Takie opowiadanie dostałem kilka lat temu z okazji Dnia Matki. Napisała go kobieta, która…

Co w tych dwóch zdaniach jest błędne? Czy wiecie, że ten błąd jest symptomem dziejącej się na naszych oczach zmiany językowej? Jakiej?

Osobie, która odpowie – obiecałam nagrodę!

Katarzyna Krenz

Kto kogo napisał? Kobieta napisała opowiadanie – napisała je, a nie go. Bo to biernik: kogo obdarzyła? co napisała? Szyk pierwszego zdania też, powiedzmy, taki sobie. Ale kto go tam wie! Jeśli GW ma takich tłumaczy, to może nie warto (jej) kupować….

Ewa Maria Slaska

O tak! Dziękuję mojej siostrze! Dostanie ogórki małosolne domowej roboty (mojej) oraz sałatkę ziemniaczaną! To biernik liczby pojedynczej rodzaju nijakiego. Cały polski świat przestał już – poza mianownikiem – odróżniać rodzaj nijaki od męskiego. Zrobiłam zdjęcie, przyślę ci go. To teraz już powszechna składnia potoczna, ale żeby GW!

Tomasz Fetzki

Myślę, iż nie zawiodłem oczekiwań – na zagadkę z blogu znałem odpowiedź, zły zaimek zidentyfikowałem (choć wiązałem go raczej z rzeczownikami osobowymi – bezosobowymi, niż z rodzajem nijakim), tyle, że gdy dotarłem do maila, było już dawno po konkursie i ogórki przepadły. Na marginesie: podejrzewając w pytaniu konkursowym podstęp, “wyczaiłem”, iż forma “z okazji Dnia Matki” zastosowana wobec mężczyzny jest nieco komiczna. Może zręczniej byłoby “przy okazji”? Ale to pewnie jedynie przeczulenie.

Ewa Maria Slaska

No tak, pierwsze zdanie też lekko pokraczne, zgadzam się z przedmówcami.

Dorota Cygan

Mhm, pamiętam, że kiedyś polski był ważnym przedmiotem na maturze. I znam jednego bardzo zdolnego elektronika, który przez ten fakt poszedł na studia rok później. Nie było “zmiłuj się”. Teraz jednak jest tak, jak w Niemczech, gdzie niemiecki to jeden z mniej ważnych przedmiotów. Kiedy mnie uczniowie pytają, czemu Niemcy robią błędy, odpowiadam im, że ich kompetencje językowe to już nie zasługa szkoły, tylko środowiska, w którym pracują, czyli mówią żargonem firmowym lub socjolektem, o ile nie wychodzą poza jedno wąskie środowisko. Myślę, że niedługo przestanie to być wstydliwe, z nieumiejętności zrobi się cnotę – i będzie chodzić tylko o tyle procent przekazu, ile jest potrzebne do zrozumienia komunikatu. Zadecydują o tym same elity, bo będą musiały usankcjonować własne nieuctwo. Nie mamy szansy, koleżanki, purystom językowym przypnie się łatkę niemodnych nudziarzy.
A tak dla rozweselenia mam jeden świeży przykład: ktoś całkiem niedawno powiedział, że poprawna jest forma “Kremel”, bo się mówi “Kremla”, i że to “e” zgodnie z normą języka polskiego po prostu wypada. Wypada, wypada … widocznie już takie rzeczy mówić, zgodnie z normą języka polskiego, po prostu wypada.

Ewa Maria Slaska

Pamiętam, że redaktorka z wydawnictwa zażądała od mojej siostry, żeby odmieniała rosyjskie nazwiska w jakiś tak pokraczny sposób, że nawet nie umiem go sobie przypomnieć. W każdym razie zasugerowałam mojej zdesperowanej siostrze, żeby odpowiedziała jasno i klarownie: jeśli ukaże się wydanie Anny Kareniny z taką odmianą, to trudno, proszę bardzo, ale póki co, będziemy jednak odmieniać te nazwiska i nazwy tak jak nam to dyktuje intuicja językowa. Póki co, nam trzem, a i paru innym osobom też, intuicja wciąż jeszcze dyktuje prawidłowo.

Dwa pomniki

Pojutrze, w czwartek 1 maja, otwarcie wystawy Kubickiego. Pisałam już o tym, teraz tylko drobna “przypominajka” i dwie nowe informacje, dostarczone przez Lidię Głuchowską.

Obie o pomnikach. I o Stanisławie Kubickim.

I.

Pomnik Józefa Piłsudskiego z tablicami pamiątkowymi ku czci poległych postańców, uczestników Powstania Wielkopolskiego. Pomnik został zaprojektowany i wzniesiony przez Stanisława Kubickiego w roku 1937. Znajdował się na terenie parku w majątku hrabiego Mycielskiego – Kobylepole. W czasie wojny zniszczony.

image004Więcej / Mehr: http://www.galerie-kubicki.de/galerie_kubicki/index.php?page=_15._Pilsudski-Denkmal

II.

Pomnik Polskiego Państwa Podziemnego z 2007 roku. Jest usytuowany w Poznaniu za Operą, przy al. Niepodległości, na przeciwko kościoła o.o. Dominikanów. Wikipedia dodaje:

Styl architektoniczny posmodernizm
dekonstruktywizm
Projektant Mariusz Kulpa
Odsłonięto 26 września 2007

KUBICKI poznan pomnik fragm 2Z Wikipedii: “Pomnik składa się z sześciu słupów pamięci z tablicami pamiątkowymi, oszklonej krypty, która symbolizuje zejście do podziemi i unoszących się nad całym założeniem sylwetek orłów. Dominuje faktura kamienia i rdzawa kolorystyka części metalowych. Napis na budowli głosi: Polskiemu Państwu Podziemnemu i jego sile zbrojnej Armii Krajowej – Wielkopolanie. Monument uzupełniają płyty z tabliczkami z żeliwa, informujące o Wielkopolanach, którzy stracili życie w wyniku agresji nazistowskiej od 1 września 1939 do 3 lipca 1945, czyli w okresie funkcjonowania Polskiego Państwa Podziemnego.”

KUBICKI POZNAN pomnik 1Wśród  nich znajduje się też tabliczka, poświęcona Kubickiemu.

KUBICKI poznan pomnik plyta 3Dodajmy do tego też berliński kamień pamięci poświęcony Kubickiemu, który pokazywałam we wpisie – zaproszeniu na otwarcie wystawy i imprezy towarzyszące. Zajrzyjcie tam, popatrzcie na kamień pamięci i przyjdźcie w czwartek na wystawę. Będziemy tam obie, i Lidia Głuchowska, i ja.

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/04/23/kubicki-und-hufeisensiedlung/

Koty i święci

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

Nie ma wyjścia, dzisiejszy wpis o kotach trzeba poświęcić świętościom, taki dzień jak dziś jednak zobowiązuje, w końcu nie co dzień Polak zostaje świętym. I w końcu tak wielu tych świętych Polaków nie mamy – święty Jacek (z pierogami), święty Stanisław… Kto zna więcej? Wprawdzie Wikipedia podaje prawie 130 imion (osób jest znacznie więcej) świętych i błogosławionych związanych z Polską czy to poprzez narodowość, czy też miejsce urodzenia lub działalności, ale nawet nasz bardzo kochany święty Wojciech nie był przecież świętym polskim, pochodził z Pragi, działał w Niemczech i nawet umarł nie w Polsce, lecz w Prusiech.

No dobrze, ale koty i polscy święci, to już temat, który chyba nawet moją dociekliwość przerasta. Jak ktoś coś wie, to bardzo proszę, żeby się odezwał. Na razie jednak poprzestanę na klasyce sztuki europejskiej.

LeonardoDaVinciMadonnacon Mabibi a gattoCane-contro-gatto

 

 

 

 

 

 

 

 

X
X
Zacznę od Leonarda da Vinci, którego Madonna z Dzieciątkiem i kotem (rysunek piórkiem przechowywany w Londynie w Galerii Rycin British Museum), dała przed paru laty asumpt żarcikom na temat powieści Dana Browna “Kod Leonarda”, o której chętnie mawiano, że to książka o kocie Leonarda, a nawet o kotce.  Z kolei w internecie zestawia się ten rysunek z drugim, podobnym i pisze o tym, że Leonardo nie mógł się zdecydować, czy kot czy pies? Znawcy twierdzą, że oba rysunki są odmienne od innych szkiców Leonarda i charakteryzuje je szybkie następstwo kolejnych linii, które dopiero wspólnie zbudują sylwetkę postaci. Podobno jest to już zapowiedzią Madonny Benois (to nazwisko jednego z właścicieli) czyli Madonny z kwiatkiem. Ponieważ nie ma tam jednak kota, odsyłam ciekawych poza bloga, ale proszę wróćcie – to TU.

HieronimusBoschWadam-i-Ewa-Ogród rozkoszy ziemskich (1480-1490, detal)Następnym klasykiem, którego nie podejrzewalibyśmy o malowanie kota jest Hieronim Bosch. A jednak Maryna Over odkryła, że i u niego wśród ogromnych truskawek i skrzatów z nosami jak miecz w “Ogrodzie rozkoszy ziemskich” Adamowi i Ewie, których Bóg właśnie stworzył był, pojawia się kot i to zgoła taki, który właśnie upolował mysz a może szczura. Po drugiej stronie, u stóp Ewy widoczny jest z kolei ptak pożerający ogromnego żuka. Podejrzewam tu głęboką symbolikę marności życia ziemskiego, a nie kocie i ptasie portrety, ale czyż to ma znaczenie?

rubensRównież Rubens nie oparł się pokusie skontrastowania kota i świętości. Anioł zwiastował Pannie Maryi, Anioły grają i rzucają kwiaty, a kot… A kot śpi. Niby niewinnie, ale kto wie, kot jest symbolem zmysłowości, może więc jest to ukryta sugestia, że… no jednak… może się tam w alkowie jednak to i owo mogło wydarzyć.

Najbardziej jednak zdumiewającym połączeniem kota i świętości jest podrzucony oczywiście również przez Marynę “Kot – krucyfiks” Marka Szwarca. Artysta urodził się w rodzinie żydowskiej w Zgierzu w roku 1892, zmarł w Paryżu w roku 1958. Studiował w Paryżu, gdzie przyjaźnił się z Fernandem Léger, Amedeo Modiglianim, Chaimem Soutine i Chagallem. W roku 1912  założył z przyjaciółmi pierwsze żydowskie czasopismo artystyczne Makhmadim. W roku 1919 przeszedł na katolicyzm. marekszwarcMimo to pozostał Żydem i był – jak to sam określił – „Żydem wyznania katolickiego”. Zajmowała go problematyka tożsamości żydowskiej. Był jednym z założycieli grupy awangardowych artystów żydowskich w Łodzi – Jung Jidysz (1919-1921). Pisała o niej Lidia Głuchowska we wpisie Yddischland. Szwarc przyjaźnił się ze Stanisławem Kubickim, o którym już tak tu dużo pisałam, że nie będę się powtarzać i przypominać, kim był i co tworzył.

NorwichX

X

Na zakończenie wcale nie symbolicznie raczej pogodny obrazek, przedstawiający mniszkę z kotem. Maryna opatrzyła go jednym słowem – Norwich. Norwich to angielskie miasto średniej wielkości z piękną katedrą średniowieczną
i 35 innymi kościołami z tejżeż epoki. Dziś kilka z nich zostało zamkniętych, ale ich liczba nadal imponuje. Utrudnia jednak życie autorce tego wpisu. No bo dobrze, mniszka z Norwich. I co dalej?  Dziwnie wydaje mi się, że mimo tak wspaniałych średniowiecznych możliwości owa mniszka jest raczej neogotycka niż gotycka. Czytam dokładnie napisy otaczające ów portrecik, układające się w jedno zdanie, bardzo czytelne. Już sam ten fakt musi poddawać w wątpliwość średniowieczną proweniencję nie tyle kota i kobiety, ile ich portretu. All shall be well and all shall be well and all manner of things shall be well. Czytam dalej. U góry po lewej i po prawej odkrywam napis Julian of Norwich. Julian z Norwich. Sprawdzam – nie, to nie on, to ona. Juliana z Norwich, angielska mistyczka z XIV wieku. Pustelniczka, mieszkała w samotnej celi w jednym z kościołów w Norwich, a jej jedynym towarzyszem w samotni był kot. Samotnię i przylegający do niej ogródek otaczał mur, a zadaniem kota było tępić szczury i myszy. Już kiedyś zetknęłam się z takimi pustelnicami. Jedną z nich była Ewa od świętego Marcina w Liege. Wraz z drugą mniszką, Julianą z Liege, taką samą pustelnicą, doprowadziły do ustanowienia święta Bożego Ciała. Nie wychodziły ze swoich cel, jedzenie podowano im przez otwór w drzwiach. Relacje milczą, ale zapewne tak też usuwano nieczystości z celi.

St-Julian's-750218Tu mieszkała Juliana z Norwich i to tu w celi odciętej od świata murem przeżyła 16 objawień. Ze względu na treść trzynastej wizji, która rozmija się z nauką Kościoła, nigdy nie była oficjalnie czczona. Wspominana jest w Kościele anglikańskim oraz… Reformowanym Kościele Katolickim w Polsce 8 maja. Czyli w dniu polskiego świętego – Stanisława.

Swoje objawienia zapisała w kilku książkach, z których najważniejsze jest Revelations of Divine Love. To zdanie o tym, że wszystko będzie dobrze pochodzi właśnie z Objawienia Bożego Miłosierdzia… I myślę, że tak możemy zakończyć ten wpis. Dziś niedziela Miłosierdzia Bożego, ustanowiona przez Jana Pawła II.

Wszystko w tym wpisie, którego jak zwykle nie planowałam, pozwalając się wieść od jednej myśli do drugiej, splotło się wręcz wzruszająco precyzyjnie. Nie ma więc powodu, żeby nie wierzyć Julianie: All shall be well and all shall be well and all manner of things shall be well.

PS 1. Oczywiście znajduję tę ilustrację. Oczywiście to nie jest średniowiecze. Oczywiście jest to malarka współczesna, manierystyczna, religijna – Virginia Wieringa. Umieściła ten obrazek na swojej stronie internetowej z podpisem: Created for my friend Tom Schwanda who told me about Julian. Her story is fascinating.

PS 2. Tymczasem nasza kochana Powsinoga nadesłała z Chicago dwa obrazki, to znaczy jeden to znaczek, a drugi – tak, to taki obrazek czy też święty obrazek, jakie zbierałyśmy (-śmy my) w dzieciństwie i wkładałyśmy do książeczki do nabożeństwa. Te są z Peru ze świętym Marcinem de Porres. Wzruszająca postać – żył w latach 1579-1639, był nieślubnym dzieckiem, mulatem, balwierzem, ogrodnikiem, mnichem z zakonu dominikanów, opiekunem chorych i sierot, dla których zakładał przytułki. Nazywano go świętym z miotłą i przedstawiano z kotem i psem. Został kanonizowany przez Jana XXIII w roku 1962. Jego historia pasuje do wierszy Katarzyny Krenz, które od wielu tygodni publikuję w poniedziałki, które Kasia nazwała Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci. Poczytajcie, najlepiej wszystkie, a nie tylko ten jeden tu zlinkowany.

Peru.Martin de Porres.1965 Peru - św. Marcin de Porres

Z Warszawy nad morze

Ewa Maria Slaska

Zdarzyło się ostatnio (albo nie tak całkiem ostatnio, ale pasuje do tego, co ostatnio), że kilkakrotnie trafiłam na opowieści ludzi z Warszawy (lub o ludziach z Warszawy), którym w niejasny i tajemniczy sposób objawiło się morze. Pojawiło się jako dzieło sztuki, architektoniczny detal, herb, czasopismo, i początkowo nie miało żadnego znaczenia. A jednak…

Adam Bogdanowicz, rocznik 1913, ojciec mojego znajomego i dziadek mojego siostrzeńca, również Adama, od lat gimnazjalnych mieszkał w Warszawie. W nieopublikowanych jeszcze (ale podobno właśnie mają się ukazać) wspomnieniach, zatytułowanych „Mój czas przeszły” napisał:
Ojciec był członkiem Towarzystwa “Zachęta”, sprawującego mecenat nad twórczością malarzy i rzeźbiarzy. Raz do roku rozlosowywane były między członków Towarzystwa obrazy znanych polskich malarzy. Jeden z obrazów nabytych tą drogą jest do dnia dzisiejszego moją własnością. Obraz ten, namalowany przez znanego pejzażystę Suchanka, dziwnym zbiegiem okoliczności przedstawia brzeg morza z widniejącą w dali wieżą kościelną i zabudowaniami miasta. Nikt z nas nie przypuszczał, że obrazek ten przetrwa burzę dziejową drugiej wojny światowej, zagładę Warszawy w czasie powstania i zawiśnie ostatecznie na ścianie mojego mieszkania – właśnie w Gdańsku.

Wikipedia pisze, że Antoni Suchanek (1901-1982) był jednym z najwybitniejszych polskich malarzy-marynistów. Poniżej ławeczka z rzeźbą, przedstawiającą artystę, ustawiona w pobliżu mola w Orłowie. Autorem zdjęcia jest Orem, niestety nigdzie nie znalazłam informacji, kto jest autorem pomnika.

640px-Monument_of_Antoni_Suchanek_Gdynia
Mój ojciec, Dariusz Bogucki, rocznik 1927, w swojej autobiografii „Śladami życia” też wspomina o takich przypadkach. Jeden z nich wiązał się z postacią Ojca mojego Ojca, a mojego Dziadka, Jana Feliksa Boguckiego, o którym już tu zresztą pisałem. Ożenił się on z Marią Krynicką…

W taki oto sposób, za namową cioci Krynickiej, zostałem gdańszczaninem. Nie mogłem tego wtedy wiedzieć, ale był to mój pierwszy dzień w mieście, z którym związałem się na całe życie. (…) naturalnie, siłę przyciągającą w marzeniach małego chłopca czy młodego człowieka miało przede wszystkim morze. Niewiele o nim wiedziałem, a jednak odnajdywałem w sobie jakieś niezrozumiałe przyciąganie, co może wydać się tym dziwniejsze, że, zważywszy na rodzinne korzenie, w moich komórkach tkwią raczej geny tatarskiego ludu stepowego, z którego wywodzi się ród mojej matki. A też rodowód ojca sięga równinnej, smętnej Białorusi i leśnego Podlasia, nie zaś morza czy w ogóle jakiejkolwiek wody. Pomimo braku udokumentowanych, zapisanych w historii pokoleń kontaktów z morzami i oceanami świata, najwyraźniej musiałem przenieść w swojej naturze jakieś sygnały z zamierzchłej przeszłości, wskazujące na ten atawistyczny związek. Bo w przeciwnym razie, skąd by się to we mnie wzięło?
Nie czytałem książek o piratach i morskich przygodach, nie mieszkałem nad morzem, więcej, nigdy w życiu nie widziałem morza. A jednak jako dziecko znacznie chętniej niż zamki z klocków czy indiańskie szałasy kleciłem nieporadne, po dziecięcemu wyobrażone – okręty.

Teraz przychodzi mi na myśl, iż był wszak jeden ślad, na który mogę wskazać, a którego siłą sprawczą, zapewne nieświadomie, stał się mój ojciec. Bodajże w połowie lat trzydziestych zaprenumerował dla mnie miesięcznik „Morze”, a ja przychodzące regularnie numery dosłownie połykałem, bezwiednie wchłaniając ten świat i budując w sobie poczucie więzi z morzem. A potem, już w czasie wojny, również od ojca otrzymałem książkę Londona “Żegluga na jachcie Snark”, z dedykacją: „Dla przyszłego budowniczego okrętów”. W żaden sposób nie mógł wtedy wydedukować czy przeczuć, że tym właśnie będę się w przyszłości zajmować. A przecież trafił celnie.
I oto teraz sprawy tak się miały, że splot losu, przypadku i okoliczności przywiódł mnie nad morze.

A ja dodam jeszcze, bo Ojciec pisze o tym gdzie indziej i nie przydaje temu żadnego znaczenia symbolicznego, ale rodzina Krynickich pieczętowała się herbem Korab. Myślę, że nie ma w tym żadnych sekretnych związków moich pradziadów z morzem, lecz że raczej zostali oni, gdy ich uszlachcano, przyjęci do herbu, ale jednak jakoś to do siebie pasuje – Dariusz Bogucki, budowniczy okrętów, słynny żeglarz polarny, autor książek o żegludze w lodach. Herbu, no wprawdzie nie Korab, bo Korab to jego mama, ale jednak ten Korab jest w rodzinie i wisi na rodzinnym drzewie genealogicznym.

Herb Korab pokazywałam tydzień temu w wykładzie profesora Dąbrowskiego, tu więc sięgnę do Wikipedii i napiszę o “Morzu”:

317px-Morze_sswilnoMorze – miesięcznik marynistyczny wydawany w latach 1924-2000, przez wydawnictwo Ligi Morskiej i Rzecznej, a następnie Ligi Morskiej i Kolonialnej. Pismo poruszało tematykę związaną z żeglugą, historią żeglugi, okrętownictwem, przemysłem stoczniowym, gospodarką morską, szkutnictwem, jachtingiem i kulturą morską. Wznowione po II wojnie światowej, w dużym stopniu kontynuowało profil przedwojenny, ale w nowej rzeczywistości politycznej, już bez elementów ideologii kolonialnej. Wydawane było przez warszawskie wydawnictwo Wiedza Powszechna.

Na ilustracji – drugi numer czasopisma.

Moja Teściowa, Zofia Slaska, rocznik 1928, w latach 70, a może nawet jeszcze 60, spotkała się w uzdrowisku w Wonieściu z pewną panią, której przyjaciel był grafikiem. Zanim obie panie opuściły sanatorium przyjaciel współkuracjuszki przysłał jej swą właśnie wydaną tekę z grafikami prezentującymi architekturę Warszawy. Była tam grafika przedstawiająca Dom pod Okrętem na warszawskim Starym Mieście. Teściowa (nie była zresztą wtedy moją Teściową) kupiła czy też dostała tę grafikę, a wybrała ją, ponieważ w dompodokretemtym domu po I wojnie światowej mieszkała Babcia Konstancja Morawska, matka mojej Teściowej, zanim wyszła z Dziadziusia czyli Stanisława Grabkowskiego. Gdy Marek i ja wzięliśmy ślub i przeprowadziliśmy się do Trójmiasta, Teściowa (wówczas już była moją Teściową) po kilku latach przywędrowała za nami do Sopotu. Dom pod Okrętem trafił nad morze. Wczoraj go sfotografowałam.

Również i tu Wikipedia ma coś do powiedzenia: Kamienica Pod Okrętem – przy ulicy Świętojańskiej 31 na warszawskim Starym Mieście. Nazwę zawdzięcza płaskorzeźbie okrętu, umieszczonej nad wejściem. Historia kamienicy sięga XV wieku, od roku 1645 była domem murowanym. Była bardzo dobrze znana wszystkim warszawiakom w czasach przedwojennych, a po odbudowie Starego Miasta na powrót stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kamienic Starówki w Warszawie dzięki odrestaurowaniu charakterystycznej płaskorzeźby.
Eduteka dodaje, że przez krótki okres właścicielem kamienicy był Kallimach, wychowawca synów Kazimierza Jagiel­lończyka, a wyszukiwarka ulic informuje, że Wiktor Gomulicki (1848-1919) poeta, powieściopisarz, badacz dziejów Warszawy, wychowanek Szkoły Głównej stworzył m.in. poemat “W kamienicy Pod Okrętem”.

Podpisu pod drzeworytem nie umiem odcyfrować, rozpoznaję jednak podwójne ss oraz końcówkę ski. Udaję się po pomoc do wujaszka Googla, który strasznie się dławi i krztusi i próbuje mi sprzedać “ski pass”, ale w końcu dociera do niego, kogo szukam i wypluwa kolejne informacje. Stefan Rassalski, żył w latach 1910-1972. Malarz, grafik, historyk sztuki, publicysta. Studiował w Lublinie, dyplom uzyskał na warszawskiej ASP. Od 1932 r. uprawiał drzeworyt, początkowo pod silnym wpływem Tadeusza Kulisiewicza i sztuki ludowej. Z czasem w pracach rozwinął treści symboliczne i literackie. Jego dzieła odznaczają się oszczędnością faktury i dyscypliną kompozycji. Więcej informacji TU i radzę zajrzeć, bo nader ciekawe.

Okręt w herbie, morze na obrazie, morze w książce i gazecie, okręt w portalu mieszczańskiej warszawskiej kamieniczki. Kto mógł przypuszczać, że ludzie, którzy w tak pośredni i przecież niezbyt istotny sposób zetknęli się z morzem, kiedyś zabiorą ze sobą pamięć tych nieistotnych zdarzeń lub pierwotnie pozbawione znaczenia przedmioty i na zawsze przeprowadzą się nad morze?

Kubicki und Hufeisensiedlung

StolpersteinStanislaw_KubickiAusstellung im Hufeisen-Café
1. – 18. Mai 2014
Info-Station Fritz-Reuter-Allee 44
Berlin Britz

Freitag / Samstag / Sonntag 14.00 – 18.00

Stanisław Kubicki
– ein deutsch-polnischer Avantgardist aus der Hufeisensiedlung

Stolperstein, Onkel-Bräsig-Straße 46, in der Hufeisensiedlung

Der Graphiker, Maler und Dichter Stanisław Kubicki, ein wichtiger Vertreter des Expressionismus und Konstruktivismus,  wohnte von 1927 bis 1934 in der Hufeisensiedlung , bevor er von den Nazis bedroht in seine polnische Heimat zurück ging. Dort schloß er sich 1939 dem polnischen Widerstand an. 1941 von der Gestapo in Warschau verhaftet, wurde er 1943 im Gefängnis Pawiak ermordet.

stasmalgosiaDie Ausstellung wird begleitet vom Rahmenprogramm.

Donnerstag, 1. Mai, 15:00 Uhr
Ausstellungseröffnung und Treffen mit Dr. Stanislaw Karol Kubicki – der Sohn des Künstlers wird einen Einblick in die Persönlichkeit seines Vaters und einen Überblick über seinen Lebensweg geben

Sonntag, 4. Mai, 15:00 Uhr
Dr. Lidia Głuchowska
hält einen Vorträg über Bilder des Künstlers
Achtung! andere Adresse:
Seniorenfreizeitstätte Bruno Taut
Fritz-Reuter-Allee 50
12359 Berlin

Sonntag, 11. Mai, 15:00
Przemysław Walkowiak & Laura Schwickerat tragen zweisprachig Gedichte des Künstlers, die er 1919-1921 auf Deutsch und Polnisch schrieb bzw. jeweils selbst in die andere Sprache übersetzt

Sonntag, 18. Mai, 15:00 Uhr
Dr. Andreas Hüneke
hält einen Vorträg mit dem Titel “Verfemt und vernichtet. Das Schicksal von Künstlern und ihren Werken in der NS-Zeit”

Es gibt die Möglichkeit während der Ausstellung die Bücher von Frau Dr. Lidia Głuchowska, herausgegeben vom Verein WIR zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur, über den Künstler zu kaufen:

loewkubcoverkubickinoecover

 

 

 

 

Zum Weiterlesen:

Der deutsch-polnische Avantgardist Stanisław Kubicki ist dem Leser dieses Blogs bestens bekannt. Wir schrieben viel über ihn.

Längere Texte nur über ihn wie hier:
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/29/artifex-doctus/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/01/mojzesz/
Oder auch über ihn im Kontext seiner Epoche:
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/08/26/zdroj/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/20/yiddishland/
Auch seine Gedichte gab es schon hier zum Lesen:
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/02/der-brennende-dornbusch/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/11/17/poezja-poesie-stanislaw-kubicki/
Und da gab es auch, acht Wochen lang, die Erinnerungen seines Sohns an seine Kindheit unter den polnischen adeligen Familien – der erste Beitrag wurde am 2. September 2013 veröffentlicht und dann immer Montags:
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/02/immer-montags-der-polnische-adel/

Kot czyli zając

plakat-krolikSłowo Ewy Marii Slaskiej na niedzielę wielkanocną

Jest taki film. Wypodukowano go 5 lat temu. Jego zapowiedź brzmi następująco: Alegoryczny film przedstawiający życie dzikich królików między murami podzielonego Berlina. Między murami króliki czuły się bezpieczne, dopóki nie okazało się, że mur nie służy ich ochronie. Króliki zapragnęły wolności. O budowie i upadku muru berlińskiego z zupełnie innej, niecodziennej perspektywy.

Królik po Berlińsku, 2009

film produkcji polskiej i niemieckiej
producentka: Anna Wydra
premiera: 24 kwietnia 2009 (świat)
reżyseria: Bartosz Konopka
scenariusz: Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski

Fajny film, wielokrotnie nagradzany, w roku 2010 nominowany do Oskara.

Ale ja już jestem taka Panna Czepliwa i zawsze znajdę coś, żeby się przychrzanić. Bo oto w Berlinie między murami (bo MUR to były dwa mury i tzw. pasmo śmierci między nimi) żyły króliki, tak jak to jest w tytule filmu, ale w filmie jest mowa na przemian o królikach i o zającach.

haseishaseNo cóż, może nie każdy wie, że królik i zając to nie są te same zwierzęta. Wygląda na to, że nie wiedzieli tego ci mieszkańcy Berlina Wschodniego, którzy jeszcze za czasów NRD zainicjowali Akcję Zająca jako symbolu wolności. Myślę natomiast, że twórcy filmu już to wiedzieli, ale chwytliwość tytułu straciłaby znacznie na sile, gdyby coś tu trzeba było ekstra tłumaczyć. Na ekranie pojawia się więc zając, a lektorka, Maria Peszek, łagodnym i spokojnym głosem mówi o króliku, w kadrze filmu widzimy napis Hase bleibt Hase! przetłumaczony w podpisie na tytułowego królika. Królik zawsze będzie królikiem.

Z kolei jeden z artystów berlińskich, Peter Unsicker, mówi, że zrobił na Wielkanoc pocztówkę z królikiem po berlińsku. Używa słowa Kaninchen – królik. A na pocztówce jest przecież zając. Ale mniejsza – potraktujmy to jako nasze blogowe życzenia świąteczne. Niech nam w tym roku obrodzi marchewka, kapusta i siano! Prawdziwe i symboliczne!

hasekaninchenNo dobrze, zapytacie, a gdzie kot?

O, po kota trzeba się udać do Azji. Bo w azjatyckim zodiaku jest taki znak, który w Chinach i Japonii nazywany jest Królikiem, w Wietnamie zaś Kotem.  W Europie, gdzie zodiak azjatycki jest po prostu modną ciekawostką, wróżbici i wróżbitki posługują się kotem i królikiem, nie zastanawiając się nawet, dlaczego dokonują takiego, a nie innego wyboru.

zodiak-Fukuoka_KushidaTen piękny rzeźbiony Zodiak został umieszczony na sklepieniu bramy do świątyni Kushida w Fukuoce (Japonia). To świątynia Amaterasu i Susanoo,  z 757 roku.
Między tygrysem a smokiem widać dwa białe króliki. Poniżej z kolei dwa na chybił trafił wybrane portale internetowe, gdzie zamiast królika jest kot. Lub Kot czyli Królik.

kot czyli krolikCzyli Zając = Królik = Kot.

A przecież jeszcze z Kota można zrobić tygrysa. Proszę, oto japońskie malarstwo, malowanego kota podrzuca nam na Wielkanoc Maryna Over. Kazuaki Horitomo Kitamura.

attoo artist Kazuaki Horitomo KitamuraCzyli Zając = Królik = Kot = Tygrys. Tygrys jest tradycyjnym europejskim zwierzęciem wielkanocnym.

Co było do udowodnienia.