Relacja z pewnego wyjazdu

Ewa Maria Slaska

Był mroczny dzień. Wiał wiatr i było zimno. Gdy dojechałyśmy na miejsce, nad kościołem i parkiem latały stada wron. Oczywiście krakały przeraźliwie, jak to wrony. Trawniki usiane były czarnymi wronimi piórami. Kościół był otwarty ale całkowicie bez życia. Gdyby nie wikipedia nie wiedziałabym, że barokowy kościół ma za patrona świętego Jakuba. Przed kościołem nie było tablicy informacyjnej, historii, nazwy, godzin odprawiania mszy. Nic oprócz kilku dziwacznych haseł wyciętych z brystolu oraz kolorowego plakatu ostrzegającego przed gender i pedofilią. W kościele nie było nikogo, nie było też ani jednego obrazu przedstawiającego Jakuba Apostoła ani emblematów związanych z pielgrzymkami do jego grobu – muszli, kosturów, kapeluszy. W połowie czerwca kościół był udekorowany sztucznymi białymi kwiatami. Była sobota przed południem, a w mieście widać było, pojedynczo lub grupkami, zaniedbanych mężczyzn, wygladających jak bezdomni lub pijacy, a może jak bezdomni pijacy. Nie było ludzi, a więc nie było kogo zapytać o drogę. Pierwszy człowiek, z którym próbowałam porozmawiać, nie usłyszał mnie, bo szczekały psy. Drugi – bo piłą elektryczną przecinał dachówki. Wreszcie przestał, otrzepał się z pyłu, pokazał ręką kierunek. Po lewej miał być cmentarz, po prawej miejsce pamięci. W pustkowiu płaskich pól, otoczony wielkimi kwaderami piaskowca stał cmentarz, na którym poza zbitą gęstwą roślin i kamieniem pamiątkowo-informacyjnym nie było żadnego grobu. Cmentarz był jadalny tak jak latem jadalna jest łąka, a jesienią las. Rosły tam łany poziomek, kwitła róża, której płatki można by przerobić na konfitury, i biały bez do racuchów i na syrop.  Na kamieniu pamięci naprzeciwko modlitwa za umarłych i fragemt spalonych drzwi. Wszędzie kamienie. Z tyłu rząd domów, być może przedwojennych. Napisy. Tak to tu. Dokładnie w tym miejscu. Ludzie wyciągnęli sąsiadów z ich domów, zapędzili ich tu właśnie do stodoły, a stodołę spalili.

Kim jestem w tym scenariuszu? Przychodzą po mnie? Wchodzi Wojciech, z którym ojciec orał pole i jego syn Józek, z którym chodziłam do jednej klasy. Stary Franciszek i dwóch innych. Marcin? Staszek? I co? Jak to się odbywa. Wczoraj rozmawiałam z Józkiem przez płot, jedliśmy wiśnie, oganialiśmy się od much, jego krowa muczała za plecami, a dziś przyszli i co? Są uzbrojeni. Przeciw komu? Przeciw mamie, tacie i mnie? No nie! Więc nie są uzbrojeni. Po prostu każą nam wyjść. I iść pod las koło cmentarza do stodoły. A tam już są inni.

Tego nie można sobie wyobrazić. To  nie anonimowi oprawcy i anonimowe ofiary. To Józek, Franek, Staś i my, Ryfka, Szlomo, Salcia. Jeszcze wczoraj Józek zebrał dla mnie poziomki i włożył je do koszyczka zmyślnie uplecionego z liści dębu.

No ale jakby było na odwrót. Jakbym to ja miała iść po Icka, z którym się wczoraj przekomarzałam za stodołą. Ja, Hanka, bo kobiety też miały pójść. Mężczyźni wzięli widły i łopaty, my – grabie. Bo łatwiej było, gdy się to zrobiło razem. Sam nikt by nie poszedł. Ale też sam nikt nie chciał zostać.

Edda twierdzi, że uczucia, jakie nimi rządziły to strach, chciwość i nienawiść. A ja czuję tylko zdziwienie, bo jak to, przecież jeszcze wczoraj…

Wczoraj tam byłyśmy. Zrobiłam zdjęcia, ale nie są tu potrzebne. Wczoraj pojechałyśmy. Wczoraj wyjechałyśmy.

Wczoraj.

rimg0019PS. Gdy wyjeżdżałyśmy, w uliczce obok rynku zaczął się palić dom. Widziałyśmy kłęby dymu, czułyśmy zapach palonych szmat, a nikt nawet głowy nie odrócił.

Myślę, że nawet jak na moje potrzeby, było w tym pobycie za dużo znaków, symboli i metafor.

Wiechert i Gałczyński

Ewa Maria Slaska

Ernst Wiechert. Konstanty Ildefons Gałczyński. Już kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, podróżowałam ich śladem. Mój syn miał właśnie iść do szkoły, jeździliśmy maluchem po Mazurach pod koniec sierpnia, jarzębiny czerwieniały, w Puszczy Boreckiej, czarnej jak wnętrze pieca chlebowego, wśród dymiących kup żubrzych rosły wielkie białe muchomory sromotnikowe, nad Bełdanami latały żurawie i czaple, w  klasztorze starowierów w Wojnowie żyły jeszcze starutkie siostrzyczki zakonne, w Ukcie pachniało miętą, a w Przykopie wspaniały wujek pisarz smażył nam brunatne muchomory jadalne, o czym już TU kiedyś pisałam. Szukaliśmy wówczas Sowirogu z powieści Wiecherta Dzieci Jeronimów, ale nie znaleźliśmy. Była to pierwsza moja podróż literacka, w której mi się nie powiodło, owszem trafiliśmy do leśniczówki Pranie, ale nie była to żadna wielka sztuka dojechać do Prania i zobaczyć Chmiel na jelenich rogach.  Ale Sowirogu nie było. Wiele lat później, już w innym towarzystwie szukałam na wyspie Ios grobu Homera i też go nie znaleźliśmy. W lesie mazurskim nie było nic w leśnej przecince nad jeziorem, a miały być przynajmniej fundamenty wiejskich chat. Na greckiej wyspie nie było nic oprócz skał, nad którymi latały, krzycząc przeraźliwie, wielkie czarne ptaki. A przecież spotkany po drodze staruszek na ośle, uśmiechając się bezzębnie, radośnie do nas pokrzykiwał, że tak tam, i machał rąką, tam Όμηρος!, co, jak każdy wie, znaczy przecież Omiros czyli Homer. Skaliste bezdroża i leśny dukt, a jeszcze powinnam przypomnieć tu samotne i równie nieudane łażenie po polach w poszukiwaniu kopalni krzemienia pasiastego w Krzemionkach Opatowskich, które wprawdzie również zakończyło się porażką, ale przynajmniej nie była to porażka literacka.

Tak więc oczywiście ma sens, że zgodziłam się w trzydzieści lat później uczestniczyć w prowadzonym przez Zosię Wojciechowska z Mrągowa i Bogusława Flecka z Berlina projekcie Śladami poetów. Bo widziałam już w międzyczasie Krzemionki Opatowskie, za kilka dni zobaczę Sowiróg, a wtedy pozostanie mi jeszcze tylko wyjazd na Ios i wreszcie czar pokonam zły...

domgalczynskiegoNa zdjęciu moja koleżanka z projektu, Edda Frerker, przed biblioteką miejską w Aninie, gdzie do początku wojny stał domek Gałczyńskiego, a kilka lat temu umieszczono kamień pamiątkowy ku czci poety. Mieszkańcy Anina ustawili cztery takie kamienie – ku czci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego przed biblioteką, ku czci księdza Jerzego Popiełuszki przed kościołem, ku czci księdza Jana Twardowskiego przed domem Aldony Kraus, lekarki, przyjaciółki poety, u której ksiądz spędzał miesiące letnie i wreszcie ku czci Juliana Tuwima, który mieszkał w domu zajętym później przez Piotra Jaroszewicza. Ponieważ Jaroszewicz i jego żona zostali tu okrutnie zamordowani, kamień został ustawiony tuż obok, przed szkołą.

Po Aninie oprowadził nas, przypadkowo spotkany malarz, wnuk słynnego rysownika Jerzego Zaruby, autora mojej ulubionej książki “Z pamiętników bywalca”. Zaprosił nas do Warszawy, proponując, żebyśmy odwiedziły na Pradze antykwariat, kawiarnię i galerię Stara Praga. Starszy pan zachwycił nas erudycją – sam zresztą powiedział skromnie, że wie o Aninie wszystko. No i wspaniale, bo bez niego nie znalazłybyśmy ani domu Tuwima, ani Gałczyńskiego, ani pamiątkowych kamieni, ani starych domów, ani… Czyli Anin.

Zobacz też: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ernst_Wiechert

 

O wyjeździe na Mazury, poecie, pisarzu, malarzach, księdzu i pogromie, a także o pielgrzymce do Santiago de Compostela

zeszytymojeEwa Maria Slaska

Dwa dni temu wyjechałam z Berlina na kilka tygodni. Wrócę 25 czerwca. Na ten czas przygotowałam kilkanaście wpisów-pewniaków. Są poniedziałkowe wiersze Kasi Krenz o Starym Poecie, są w środy teksty Doroty Cygan o życiu, co pewien czas pojawią się wiersze i/lub grafiki Kasi Kulikowskiej, jest felieton Zbyszka i wreszcie długo wyczekiwane opowiadanie Joasi. Na wtorki przyobiecał się Tomasz Fetzki z tekstami o Kresach Zachodnich. Ale zostaje kilka wolnych dni. Mamy zamiar, moja towarzyszka podróży, Edda Elsa i ja, wypełnić te dni zapiskami, zdjęciami, filmami z naszych przedsięwzięć mazurskich. Zasadniczo będziemy poszukiwać na Mazurach śladów Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, ale już wiemy, że chcemy zrobić i zobaczyć trochę więcej, trochę inaczej, trochę gdzie indziej.  Mamy oczywiście w planie odwiedziny w Sowirogu i Praniu, ale na pewno wybierzemy się też na Wielki Błękit – polsko-litewski plener malarski w Jędrychowie, na pewno odwiedzimy Gałkowo, koło Rucianego-Nidy, gdzie znajduje się dwór hrabiny von Dönhoff. Pojedziemy do Warszawy na spotkanie Kirą Gałczyńską…

zeszytbabciZ przerażeniem i niechęcią, ale i poczuciem, że nie da się inaczej, myślę o tym, że zamierzamy odwiedzić Jedwabne. Postanowiłam tak w kwietniu, podczas spotkania Drugiego Pokolenia w Śródborowie. Organizatorki przygotowały dla nas rozmowę z księdzem Wojciechem Lemańskim. Ksiądz Wojciech opowiadał o tym, dlaczego jeździ do Treblinki i dlaczego do Jedwabnego, nie opowiadał natomiast ani o tym, dlaczego arcybiskup Hoser go nie lubi, ani dlaczego wyrzucono go z parafii. Jednakże odpowiadał na nasze pytania, a te siłą rzeczy dotyczyły tego problemu. Ksiądz Lemański ujął nas wszystkich spokojem. Odpowiadał na pytania rzeczowo, bez emocji, bez nienawiści czy poczucia krzywdy, ale w głębokim poczuciu, że jeśli chce się żyć i pełnić posługę kapłańską w zgodzie z sumieniem, nie można inaczej. Jaki piękny był to język, jakie było w nim poszanowanie ludzkiego życia i ludzkiej śmierci.

Mamy więc intensywne plany.

zeszytmamyNa wszelki wypadek jednak, gdyby się okazało, że nie zdążyłyśmy przygotować aktualnego wpisu, postanowiłam zostawić w sieci zabezpieczenie w postaci przygotowanych wpisów “na zaś”. Długo zastanawiałam się nad tym, co mam przygotować. I w końcu postanowiłam sięgnąć po prostu do moich starych zeszytów. Są one pełne zapisków, niekiedy konsekwentnych, niekiedy chaotycznych i sama już nie pamiętam, co i kiedy w nich zapisywałam. Zeszyty, jak zawsze, okazały się skarbem i skarbcem. Nie wszystkie są zresztą moje. Jest na przykład zeszyt mojej Mamy ze szkicami z Libanu. Są notatki mojej Babki o mnie, ale i chyba w ogóle o naszym życiu w Gdańsku, gdy byłam bardzo mała. Na pierwszej stronie Babcia zanotowała, wyrazy, jakie mówiłam i zapisała, że miałam wtedy 2 lata i 3 miesiące. Cecez – przecież, bonzaj – zawiąż, gadio – radio, i Hewa Bucka. To ja, Ewa Bogucka.

Znalazłam też swój zeszyt do polskiego sprzed 50 lat. Lekcja 1 z dnia 2 września 64. Dzień moich urodzin, ale to chyba nie miało znaczenia. Temat: Jakie jest znaczenie języka w życiu człowieka jako jednostki, w życiu społeczeństwa i narodu.

Byłam w drugiej klasie liceum, temat wypracowania musiała nam podyktować nasza polonistka, moja ukochana nauczycielka, Halina Mierzwińska. Była w Gdańsku słynną osobą, słynną z niekonwencjonalnych zachowań. Gdy nas uczyła, była niezamężna (nie była starą panną, o nie!, składając podanie o przyjęcie jej do DKF w klubie Żak, napisała w uzasadnieniu, że prosi o przyjęcie, bo jest… rozwódką!) i żyła w związku partnerskim z niejakim Kasprem. Poznaliśmy go kiedyś, gdy Mierzwa zaprosiła nas do siebie do domu. Niech Was, proszę, nie myli pozornie obelżywe przezwisko, jakie jej nadaliśmy. Nie było obelżywe, po prostu z jej nazwiska można było zrobić tylko taką ksywkę, nie było na to żadnej rady.

Mierzwińska umarła jesienią 2014 roku. Wspominają ją jako wspaniałą polonistkę profesor Ewa Nawrocka i Włodzimierz Machnikowski.

zeszytszkolnyMyślę, że do tego zeszytu jeszcze wrócę. Niemal nie zmieniłam poglądów. Jest wiele czynników łączących naród, ale prawie wszystkie można zniszczyć. Najtrudniej jest zniszczyć język, zapisałam w wypracowaniu. Libelt pisze, że “naród żyje dopóki język jego żyje, bez języka narodowego nie ma narodu.”

Na początek jednak postanowiłam, że spiszę wreszcie porządnie zapiski z drogi do Santiago de Compostela. Byłam tam po raz pierwszy jesienią 2007 roku, po raz drugi – latem 2012 roku. Po raz drugi poszłam z Kingą, która robiła piękne zdjęcia, co skłoniło mnie do w miarę szybkiego spisania moich wrażeń i zilustrowania ich owymi zdjęciami.Tak powstał blog Camino Costa Portuges.

zeszytmojTymczasem owa pierwsza pielgrzymka została spisana nadzwyczaj strzępiaście. Kilka wpisów, ostro ocenzurowanych przeze mnie samą, przetłumaczyłam na niemiecki i opublikowałam na blogu Halka (Halka-PL), kilka urywków po polsku ukazało się na blogu “Kura…” no i było opowiadanie pod tym tytułem. Do nich wrócę w odpowiednim czasie, bo są, łagodnie mówiąc, poplątane chronologicznie. A tymczasem spiszę tu, po siedmiu latach, po prostu zapiski z drogi.

Czyli, jeśli w najbliższych tygodniach pojawi się tu Santiago de Compostela, wiedzcie, że Mazury tak nas pochłonęły, Eddę i mnie, że nie było czasu, żeby pisać na bieżąco.

Albo nawaliło łącze z internetem.

Uściski

Wasza Ewa (Edda przesyła ukłony)

PS. Zdjęcia zeszytów. Na samej górze zeszyty na biurku. A potem z góry na dół: zeszyt Babci, zeszyt Mamy, mój zeszyt szkolny i moje zeszyty z pielgrzymki.

麻將/麻将. Mahjong.

Ewa Maria Slaska

Zapewne wielu z Was zna mahjonga czy też madżonga jako grę internetową, polegającą na mechanicznym zrzucaniu klocków parami. Ja gram TU.

Tych stron jest w internecie masa, niekiedy znacznie ładniejszych niż to, co oferuje moja Maya, ale już się do niej przywiązałam. Czyli przyznaję się – tak, grywam w sieciowego mahjonga, gdy jestem tak zmęczona, że nie mam siły nic robić, a wciąż jeszcze jest za wcześnie, żeby iść spać. Grywam, ale zawsze wtedy myślę o tym, jak to przez pokolenia grywało się u nas w prawdziwego mahjonga. Grywali moi Dziadkowie, grała moja Mama w dzieciństwie, graliśmy my.

mahjong-majaObawiam się jednak, że niewielu z moich czytelników zna tego prawdziwego mahjonga, inteligentną i skomplikowaną chińską grę z użyciem 144 kostek. Gra była śliczna, kostki malownicze i tajemnicze, a układy w grze, podobne do tych, jakie trzeba uzyskać w kartach (trójki, czwórki, sekwensy), nosiły nadzwyczajne poetyckie nazwy, na przykład zrywanie kwiecia śliwowego z dachu, zakopany skarb, wijący się wąż, cztery błogosławieństwa unoszące się nad progiem, wyłowienie księżyca z dna morza, ale też na przykład… blef Hitlera, układ, który na pewno istniał w naszych zapisach (korzystaliśmy z książeczek, które kiedyś Mama przetłumaczyła, a ja przepisywałam na maszynie), ale nie ma go w ogóle w internecie. Jak mi się wydaje – w żadnym języku.

Już sam opis w Wikipedii, całkowicie pozbawiony poezji i mistyki, pokazuje, jak skomplikowana była to gra. W dawnych Chinach grywano w nią hazardowo. Mężczyźni spotykali się w herbaciarniach, gdzie jak mieli pecha tracili domy, pola, zwierzęta, a gdy już nie mieli nic, to można jeszcze było oddać w niewolę żonę, córki, synów, a nawet siebie samego. Wydaje mi się, że kolejność oddawania własności osobie wygrywającej była właśnie taka, i to nie tylko w mahjonga i nie tylko w Chinach. W opowiadaniu Paula Austera Muzyka przypadku, o grze w pokera, dwaj pechowcy kończą tym, że stają się niewolnikami zwycięzcy i budują… mur. Nie chiński, ale jednak mur.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAMahjong zaczyna się od tego, że się buduje mur. Nie, zaczyna się od tego, że myje się czyli tasuje kości. Potem buduje się mur.

zabojstwoAle przedtem jeszcze przychodzą goście. U Agaty Christie wyglądało to tak:

Madżong i Klub Szanghajski (Zabójstwo Rogera Ackroyda). Stare wydanie z roku 1956. Są też oczywiście nowe.

Tego wieczoru graliśmy w madżonga. Ta prosta rozrywka jest bardzo popularna w King’s Abbot. Goście przychodzą już po kolacji, w kaloszach i nieprzemakalnych płaszczach, potem piją kawę, jedzą kanapki i ciasto.

Tym razem przyszli do nas panna Ganett i pułkownik Carter, który mieszka niedaleko kościoła.
W czasie takich spotkań wymienia się sporo plotek i to czasem przeszkadza w grze. Przedtem urządzaliśmy brydża – gadanego brydża najgorszego gatunku. Jednakże doszliśmy do wniosku, że madżong jest grą znacznie spokojniejszą. Nikt się nie irytuje na partnera, że wyszedł w taką a nie inna kartę, i chociaż w dalszym ciągu krytykuje się otwarcie posunięcia przeciwnika, nie psuje nastroju owa przykra brydżowa zawziętość. (…)
Potem panna Ganett zajęła się kawą, a Karolina wyciągnęła pudło z madżongiem i wysypała na stół kamienie.
– Mycie kamieni! – W zamyśle pułkownika Cartera miał to być dowcip. – Mycie kamieni, tak to nazywaliśmy w Klubie Szanghajskim.
Zarówno ja, jak i Karolina byliśmy w głębi duszy przekonani, że pułkownik Carter w życiu nie postawił nogi w Klubie Szanghajskim. Co więcej, że nigdy nie wytknął nosa dalej na wschód poza garnizon w Indiach, gdzie manipulował wojskowymi zapasami konserw mięsnych i śliwkową marmoladą w czasie wielkiej wojny. Ale pułkownik bardzo lubi snuć żołnierskie wspomnienia, a my, skromni ludzie w King’s Abbot, pozwalamy każdemu pławić się dowolnie w jego słabościach.

Czyli wspaniała, klasyczna Agata Christie. Spokojne angielskie miasteczko King’s Abbot. Tu wszyscy znają wszystkich i wszystko o wszystkich wiedzą, albo myślą, że wiedzą. Historię opowiada dobroduszny doktor Sheppard. A jego sąsiadem jest ni mniej, ni więcej, tylko Herkules Poirot, który przeszedł na emeryturę i hoduje… dynie.

W tym rozdziale dwie panie i dwóch panów z lokalnego światka grając w mahjonga rozmawiają o zbrodni i wymieniają się lokalnymi plotkami. A grają, że użyję słów naszej autorki, jak Chińczycy:

— Gdybyś tylko grała nieco szybciej, moja droga — powiedziała Karolina, kiedy panna Ganett wahała się, co odrzucić. — Chińczycy kładą swoje kamienie tak szybko, że wydaje się, że to ptaki dziobią.

2005-07-08_MahjongZnalazłam to zdjęcie na jakimś chińskim blogu, wydaje mi się, że jest dość nowe.

W końcu, pisząc tego posta, przeczytałam z ogromną przyjemnością całą powieść Agaty Christie. Znalazłam ją na chomiku. A przy okazji, szukając dla Was cytatu z Agaty Christie po polsku (ja to czytałam po angielsku, ale ja całą Agatę Christi przeczytałam po angielsku, bo tak się uczyłam angielskiego, pomiędzy wielką damą brytyjskiego kryminału, a Kubusiem Puchatkiem, wielkim brytyjskim filozofem) – długie wyszło to wtrącenie, chyba więc zacznę od początku… Otóż, szukając cytatu o mahjongu dowiedziałam się od anonimowego blogera że, cytuję: A, byłbym zapomniał o samym zakończeniu, które jest naprawdę zaskakujące. Jest ono tak pomysłowe i nowatorskie, że nawet wykluczono za nie autorkę z Klubu Detektywów, organizacji zrzeszającej pisarzy powieści detektywistycznych. Więc jeśli chcecie się dowiedzieć, za co można wylecieć z takiego stowarzyszenia, koniecznie przeczytajcie tę książkę.

___________________________

Tak więc przygotowałam Wam na dziś wpis z dwiema porządnymi poradami kulturalnymi. Czytajcie Agatę Christie (Agatha Christie, tłum. Jan Zakrzewski, Zabójstwo Rogera Ackroyda, Prószyński i S-ka, 2000) i grajcie w mahjonga, a kupcie go np. TU. Nie jest tani, ale jest piękny i będzie służył jeszcze waszym wnukom. A dla zachęty jeszcze jeden cytat z Agaty Christie:

— Bzdura! — oświadczyła Karolina, układając swoje kamienie. — Musisz znać jakieś interesujące szczegóły. Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Ledwo wierzyłem oczom. Czytałem o takiej rzeczy jak doskonała wygrana, to znaczy madżong w pierwszym doborze kamieni, ale nie sądziłem, by mnie coś podobnego mogło się zdarzyć. Ze źle ukrywanym triumfem wyłożyłem kamienie na stół.
— Jak to mówią w Klubie Szanghajskim — zauważyłem — tin–ho, doskonała wygrana.
Pułkownikowi omal oczy nie wyszły na wierzch.
— Na honor! — zawołał. — Co za nadzwyczajna rzecz! Nigdy jeszcze nie widziałem
czegoś podobnego!

Ja też nie.

Pożegnanie z kotami

Ewa Maria Slaska

Od wielu tygodni publikowałam tu w niedzielę wpisy o kotach w sztuce, korzystając przede wszystkim z reprodukcji, jakie nadsyłała mi Maryna Over. Ta współpraca była tak owocna, że, mimo iż Maryna tylko raz wypowiedziała się osobiście, uznałam ją za moją współautorkę. Wydaje mi się, że świetnie się uzupełniałyśmy. Niestety czasem jest tak, że to co autor(ka/ki) uważa(ją) za świetne, traci zainteresowanie publiczności. Wydaje mi się, że koty w sztuce właśnie doszły do tego etapu. Pora się zatem żegnać, może nie na zawsze, ale na pewno na razie. Ponieważ jednak w międzyczasie obiecałam wpis o kotach na głowie, postanowiłam, że go jednak napiszę na pożegnanie. Zresztą zobaczcie sami – świetne są oba te czarne koty.

PicassoKobieta-z-czarnym-kotem na glowie Aubrey Beardsley-kotnaglowie

 

 

 

 

 

 

 

 

X
Ten po prawej to oczywiście Pablo Picasso (1881-1973), ten po lewej chyba równie dobrze znany Aubrey Beardsley (1872-1898). Wydawałoby się, że obu artystów dzieli prawie 100 lat, bo przecież Picasso to nasz współczesny, nowoczesny malarz, kubista, a Beardsley to klasyczny schyłek XIX wieku, Fin de Siècle, secesja, to okazuje się, że Picasso był zaledwie o 10 lat młodszy od Beardsleya, tylko ten drugi umarł bardzo młodo, a Picasso przeżył prawie sto lat.

Obaj artyści pokazali, że tylko kot z charakterem jest w stanie wejść swojej pani na głowę, ale też tylko kobieta z charakterem przyjmie to z wyniosłą obojętnością. Na tych dwóch obrazach zostały sportretowane cztery istoty obojętne, wyniosłe, niezależne. Istoty z charakterem.

La Calata CultaMaryna znalazła na na stronie La Calata Culta jeszcze taki obraz z kotem (prawie) na głowie – jest tu dużo psów i kotów, i wszystkie skaczą wokół swojej pani, jak się im żywnie podoba, ale jeden już znalazł swoje miejsce i śpi na parasolu. Nic nie wiem o tym obrazie, wiem tylko, że na stronie La Calata Culta wszystko ma mniej lub bardziej ukryty wydźwięk erotyczny, często całkiem bezpośredni, a tu nic mi się erotycznie nie kojarzy. Na FB ktoś ten obraz skomentował pytaniem, czy pada psami i kotami? Estan lloviendo perros y gatos!!? jeeje. No tak po angielsku mówi się, że it is raining cats and dogs! Czyli leje jak z cebra. Pieska pogoda. Kocia godzinka. Niebo pełne zwierząt metaforycznych, a zatem kot naprawdę nie śpi na parasolu, a co dopiero na głowie.

***

Stronę La Calata Culta prowadzi Leslie Guevara, studentka z Limy. Studiuje na USMP. To uniwersytet medyczny, a skrót oznacza… La Universidad de San Martín de Porres! San Martin de Porres! TU o nim pisałam. Peruwiański święty, którego odkryła dla nas Powsinoga, święty ze szczotką, święty z psami i kotami!

A na obrazie pada psami i kotami.

Wpisuję to hasło do google po hiszpańsku i nic, wpisuję po angielsku i, hurra!, znajduję “nasz” dzisiejszy obraz: Fiona Phillips (North Salt Lake, UT), Oil, 2012, Painting “Raining Cats and Dogs”. Obraz można (było) na Saatchi Art kupić za 2100 dolarów.

Bardzo lubię takie wędrówki w poszukiwaniu informacji o obrazie. Ale na razie to ostatnia taka wędrówka, bo na razie żegnamy się z kotami.

***
Dopisek w styczniu 2018 roku, a więc po latach – cóż za idiotka ze mnie, la calata kulta, kultowa kaleta czyli torebka czyli… macica… Cały czas miałam wrażenie, że to musi być coś takiego, ale dopiero teraz, bez zastanawiania się odczytałam tę nazwę. Tłumacz Google po latach nadal jej nie zna.

Słowo na niedzielę (wyborczą)

Ewa Maria Slaska

List do Krzysztofa Ruchniewicza
czyli odpowiedź na wpis na blogu: Walecznych 500

Drogi Panie Krzysztofie,

bardzo Pana lubię, lubiłam Pana już wtedy, gdy poznaliśmy się w podzielonym jeszcze Berlinie, a Pan był młodym magistrem. Z zainteresowaniem śledzę Pana drogę zawodową – i ze wstydem przyznaję, że o ile o szczeblach Pana kariery wiem co nieco, o Pana drodze naukowej – nic. Dzięki FB mam teraz okazję od czasu do czasu przeczytać to, co Pan napisał. I znowu – ta część naukowa mniej mnie interesuje niż to, co Pan sądzi ogólnie o świecie i o nas, Polakach i Niemcach, w nim. Zawsze lubię głosy rozsądku, wyważone opinie, klarowne wywody. To oczywiście francuskie dziedzictwo przekazane nam na trasie między Pascalem a Proustem. Wydawało mi się, że Pan też wyznaje te francuskie ideały myśli oświeceniowej, które tak pięknie reprezentował książę de Guermantes.

A tu nagle taki tekst. Walecznych 500. Tytuł rewelacyjny. Gratuluję. Bo to i oczywiście walecznych tysiąc, ale też 300 pod Termopilami.

Gorzej z treścią. Osobiście bardzo lubię cienkie aluzje i uszczypliwą ironię, której nie braknie w tym tekście, ale…

Tematem, który został przez pana ironicznie i uszczypliwie potraktowany jest ilość polskich organizacji w Niemczech i działających w niej osób. Kąśliwie informuje Pan swoich czytelników, że organizacji jest około stu, a zrzeszone są w pięciu organizacjach parasolowych czy, jak to mówią Niemcy, dachowych. I tych sto organizacji, skupiających około 25 tysięcy członków, porodziło jak góra z wysiłkiem wielkim przysłowiową mysz, czyli 500 działaczy.

Panie Krzysztofie, nie komentuje Pan tego dalej, ale uszczypliwości pozwalają dokładnie zrozumieć, że wnioski z tego wyliczenia są dwa. Dwa A.
A czemuż to Polacy się nie angażują w działalność polonijną?
A co tych 500 ma do powiedzenia na temat prawie dwóch milionów Polaków, którzy mieszkają w Niemczech?

Oba argumenty są przestarzałe i zaczerpnął je Pan (nie Pan jeden, oczywiście) z repertuaru kłótni Polaków z Polakami (a może nawet ludzi z ludźmi). Nic się one od romantyzmu i Wielkiej Emigracji nie zmieniły! Polacy się kłócą. Brak im zgody! Wszystko zaprzepaszczą w tych kłótniach! I jest ich mało i nie mają prawa reprezentować NAS.

Ile razy to już słyszeliśmy. I nawet, jeśli to wszystko jest prawdą, to są to argumenty tak bez sensu i tak nie przystające, ani do czasów, ani do potrzeb. I Pan to przecież wie.

Zacznijmy od sprawy najmniej istotnej. Nie angażujemy się. No! A Pan się angażuje? Działa Pan aktywnie w jakimś stowarzyszeniu (nie mówię o instytucjach i organizacjach naukowych, bo to obowiązek zawodowy)? Założę się, że nie. Nie jest Pan (na pewno) prezesem kolonii Ogródków Działkowych im. Jutrzenki Różanopalcej, ani członkiem zarządu Stowarzyszenia Hodowców Kanarków.

Panie Krzysztofie, przecież MY się nie zrzeszamy i nie działamy, jeżeli jako działanie rozumieć działalność stowarzyszeniową. Nawet jeżeli gdzieś należymy, a nawet, jeśli jak ja, coś sami założymy, jakieś stowarzyszenie czy coś w tym rodzaju, to po to, żeby coś ZDZIAŁAĆ, a nie żeby DZIAŁAĆ! Nie działamy. Koniec. Kropka. To po co nam z tego robić zarzuty? nam i innym.

Dobrze, zakończmy ten punkt. Kolejna sprawa – ilość. Ilu nas jest?
Czy muszę pisać, że od czasu elekcji viritim odeszliśmy już od modelu, że wszyscy mają o czymś decydować, ustaliliśmy, że demokracja jest systemem przedstawicielskim, czyli, że w gruncie rzeczy to mniejszość decyduje o większości, a my ją do tego co cztery lata (jak chociażby dziś) upoważniamy i wierzymy bądź chcemy wierzyć, że robi to w jak najlepszej wierze. Oczywiście wiedząc dobrze, że nie zawsze tak jest.

Dalej. Czy mi się wydaje, czy ludzie nigdy nie są jednomyślni? I że już się dawno nauczyliśmy, że nie muszą być jednomyślni, ale muszą wypracować wspólny konsensus.

I wreszcie: przecież oboje dobrze wiemy, że Najważniejsze musi być przez nas wszystkich traktowane jako Najważniejsze. First things first, jak mówią Anglicy.

A najważniejsze dla nas, Polaków w Niemczech, nie jest to, czy mówi się o nas z przekąsem i z pogardą marszcząc nos, tylko czy uzyskamy faktyczne prawa mniejszości narodowej, nawet jeśli z przyczyn historyczno-prawnych nie przysługuje nam tu nazwa „mniejszość”.

I to i tak już jest bardzo pięknie, że po prawie 200 latach emigracji Polaków z Polski do Niemiec powoli możemy się zbliżyć do sytuacji, w której zarówno polityk, jak i urzędnik niemiecki zrozumie, że JESTEŚMY grupą, której przysługiwać powinny prawa takie same, jak te, które PRZYSŁUGUJĄ MNIEJSZOŚCI. Bo wtedy będziemy mogli wreszcie rozwiązać nasze ważne problemy – np. problem nauki polskiego w szkołach dla dzieci z rodzin polskojęzycznych.

Na pewno Pan czytał książkę Anny Poniatowskiej pt. Polacy w Berlinie. Ileż tam czasu i farby drukarskiej poświęcono tematowi, jak i gdzie dzieci mają się uczyć polskiego, najpierw w obliczu zakazów i prześladowań, a potem po prostu w konfrontacji ze zwykłymi codziennymi niemożnościami. Bo to nie tylko polityka może być przeciw nam, często jest to po prostu życie. Kto ma odwieźć dziecko do punktu szkolnego? Jak wygospodarować na to czas? A jak pieniądze? I dokąd je odwieźć? Do kościoła? Do PTS Oświata? Do szkoły przy Ambasadzie? To wszystko miłe działania tej czy innej grupki entuzjastów. Nie obejmą wszystkich, punkty nauczania są za daleko, efekty nauczania nie zawsze zostaną oficjalnie potwierdzone, a to się dziecku w jego przyszłym życiu zawodowym może przydać. Każda szkółka niedzielna czy wieczorna to ważna sprawa, ale żadna z tych form działania nie jest elementem stałym i pewnym systemu edukacyjnego.

Tak naprawdę od dawna wiadomo, że jedynym sposobem jest rozwiązanie systemowe. Język polski, podobnie jak chiński czy wietnamski, powinien się stać częścią systemu edukacyjnego Niemiec. Tego Polska nie może załatwić na terenie innego kraju, choćby chciała (a nie chce). To trzeba wymusić na Państwie Niemieckim. Wszędzie tam, gdzie są dzieci, które muszą / powinny / chcą się uczyć swego ojczystego języka, trzeba im to umożliwić. W każdej placówce edukacyjnej – od przedszkola do matury. Trzeba to umożliwić finansowo i organizacyjnie. To jest jedna z podstawowych spraw, o które toczymy bój. Do tego chyba nawet nie potrzeba 500 Walecznych, być może wystarczy trzech, trzy lub troje, ale muszą oni wiedzieć, że My też tego chcemy, a Wy (ci z Polski) moglibyście ich w tym wesprzeć, a nie nad nimi wydziwiać.

Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska

Zmień Polskę na zieloną

ul_ewa_sufin_NET-2Ewa Sufin-Jacquemart

Szanowni Państwo,

już w najbliższą niedzielę, 25 maja, odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego.

Po raz pierwszy będziecie Państwo mieli możliwość głosować na Zielonych, występujących wraz z partnerami pod własnym szyldem jako KW Partia Zieloni, lista nr 12.

Zwykle niewiele Polek i Polaków uczestniczy w wyborach europejskich, a przecież zdecydowana większość krajowych przepisów jest prostym wdrożeniem dyrektyw wypracowanych w Unii Europejskiej. Ponadto traktat z Lizbony nadał Parlamentowi Europejskiemu nowe uprawnienia i dziś Parlament współuczestniczy w procesie legislacyjnym z Radą Europejską, czyli z rządami krajów członkowskich.

Te wybory będą ważne, gdyż zadecydują o naszej przyszłości. Kryzys ekonomiczny spowodował pogorszenie i tak trudnej sytuacji dużej części Polaków i Polek, szczególnie młodych ludzi i osób powyżej 50 roku życia. Spowodowało to nową falę emigracji, w dużym stopniu do innych krajów Unii.

W kraju, gdzie państwo nie daje obywatelom bezpieczeństwa zatrudnienia i opieki socjalnej, gdzie zasiłki dla bezrobotnych są symboliczne, renty inwalidzkie uzależnione od okresu składkowego, gdzie brak jest dostępnych żłobków i przedszkoli, szczególnie kobiety są w trudnej sytuacji, gdyż to one pełnią tradycyjnie funkcje opiekuńcze wobec dzieci, osób chorych i niepełnosprawnych czy osób starszych, których opieki odmawia neoliberalne państwo. Podwyższenie wieku emerytalnego kobiet z 60 do 67 lat postawiło w bardzo trudnej sytuacji seniorki, szczególnie te z uboższych rodzin, skazane na pomoc rodziny lub biedę. Niewątpliwie te które mają jeszcze dobra kondycję fizyczną znajdą się również na emigracji.

ul_ewa_sufin_NET2-1A Polacy bardzo chorują i aż 25% zgonów to zgony na raka. Poza bankami, to apteki stanowią najczęstsze punkty usługowe w polskich miastach. W polskiej polityce nie dostrzega się związku między zdrowiem obywateli a stanem środowiska. Ministerstwo ochrony środowiska przestało je chronić i wyrzucono „ochronę” z jego nazwy, zamieniając je w agencję gospodarczą promocji energii z atomu i z gazu z łupków. Plany ochrony stref Natura 2000 tylko w niewielkim procencie są zrealizowane, plany zarządzania Głównymi Zbiornikami Wód Podziemnych dopiero zaczynają być opracowywane, w związku z czym bezmyślnie wydano na wielu z nich pozwolenia na stwarzające zagrożenia dla wody pitnej odwierty w poszukiwaniu gazu łupkowego.

Polska musi, wzorem Niemiec, dokonać zmiany modelu rozwoju. W polskich szkołach uczy się młodzież, że przyczyny zmian klimatu są przedmiotem „kontrowersji naukowej”, uzasadniając przywiązanie Polski do gospodarki w starym stylu, energochłonnej, opartej na paliwach kopalnych – węglu, gazie, ropie i na niebezpiecznej, budzącej coraz większy opór społeczny energetyce jądrowej. Likwiduje się coraz bardziej koleje i transport publiczny, rozwijając w zastraszającym tempie transport drogowy. Smog w miastach przypomina niektóre kraje rozwijające się, a nie europejskie zielone metropolie.

Aby oddziaływać na świadomość ekologiczną Polaków i inspirować polityków, potrzeba jest w polskiej polityce partii Zielonych. Zieloni (Greens) są najbardziej progresywną grupą w Parlamencie Europejskim, walczącą o zrównoważony rozwój, żywność dobrej jakości, obywatelską energię odnawialną, ale też o Europę solidarną i socjalną, o gospodarkę społeczną i solidarną, przyjazne warunki dla wspólnot i kooperatyw, grup producenckich i spółdzielni, jednym słowem o gospodarkę opartą na współpracy i solidarności obywateli, a nie na konkurencyjności i rywalizacji zwalczających się bezwzględnych korporacji. Zieloni walczą też o tolerancję – równe prawa dla wszystkich obywateli, równość kobiet i mężczyzn, prawa wszelkich mniejszości – narodowych, seksualnych, religijnych, osób niepełnosprawnych. Wreszcie Zieloni walczą o transparentność i demokrację obywatelską – uznanie referendów lokalnych i narodowych za wiążące, prawo społeczności lokalnych do sprzeciwiania się ekstremalnym inwestycjom degradującym trwale ich środowisko, uproszczenie i rozszerzenie zakresu Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej. W polityce zagranicznej Zieloni wzywają do dyplomatycznego rozwiązywania konfliktów i interwencji pokojowych wyłącznie w oparciu o decyzje wielonarodowe, w szczególności rezolucje ONZ.

Szanowni Państwo,

jako była emigrantka (25 lat we Francji) i konsulka (2007-2011 w Luksemburgu) bardzo dobrze rozumiem problemy Polaków mieszkających za granicą. Za granicą spędziłam prawie połowę mojego życia. Jako dyplomatka poznałam kulisy polskiej polityki, z jej archaicznym, nie służącym przyszłym pokoleniom modelem. Dlatego gdy wróciłam trzy lata temu do kraju odnalazłam polską partię Zielonych angażując się w jej działania i zajmując się zarządzaniem zieloną fundacją Fundacja Strefa Zieleni.

Zapraszam do głosowania na Zielonych, lista nr 12.

Z uszanowaniem

Ewa Sufin-Jacquemart

 

Pani, służąca i kot

Ewa Maria Slaska i Maryna Over

Pani i kot to obszerny temat i poniekąd poruszany w każdym wpisie, bo zawsze będzie tam jakaś kobieta. Dziś jednak rozpadnie się ona na dwie zupełnie różne osoby, bo pojawią się tu pani oraz kobieta (jeśli wiekowa) w młodości zwana dziewczyną, każda wyobrażona w przynależnej funkcji społecznej. My już, być może, nie mamy takich doświadczeń, ale ja jeszcze miałam nianie – wiejskie dziewczyny z kaszubskich wiosek, a moja Mama wspominała, że w jej dzieciństwie do jej Babci, czyli Pani, co rano przychodziła do pokoju kucharka (kobieta) i uzgadniały jadłospis na dany dzień. Prababcia, jak mi się wydaje, leżała jeszcze w łóżku. A prababcia była osobą czynną, również zawodowo, i bardzo aktywną. Tym niemniej rola społeczna i nad nią miała władzę. Przypomina to Prousta i poranne rozmowy Franciszki z Ciocią Leonią w Combray.

… przesunięcie śniadania dawało zresztą sobocie w oczach nas wszystkich fizjognomię niezwykłą,wakacyjną i dość sympatyczną. W porze gdy zazwyczaj ma się jeszcze godzinę przed niespodzianką posiłku, w sobotę człowiek wiedział, że za kilka minut ujrzy, jak się zjawiają przedwczesne salsefie, protekcyjny omlet, niezasłużony befsztyk. Powrót tej asymetrycznej soboty był jednym z owych drobnych wydarzeń wewnętrznych, lokalnych, prawie społecznych, które w spokojnym życiu i w zamkniętym kółku tworzą rodzaj narodowego węzła i stają się ulubionym przedmiotem rozmów, żartów, opowiadań, przesadzonych do woli; byłby gotowym jądrem dla legendarnego cyklu, gdyby ktoś z nas miał zmysł epiczny. Od rana, zanimśmy się ubrali, bez przyczyny, dla rozkoszy odczuwania siły solidarności jedni mówili do drugich wesoło, kordialnie, patriotycznie:„Nie ma czasu do stracenia, pamiętajmy, że to sobota!” Ciocia naradzając się z Franciszką i myśląc, że dzień będzie dłuższy niż zazwyczaj, powiadała: „Możebyś im upiekła ładny kawałek cielęciny, skoro to sobota.”

szkola flamandzka1640Szkoła flamandzka,  rok, sądząc z podpisu, 1667, ale jedyny podpis jaki można znaleźć w sieci głosi: Давид Рейкарт III, Крестьянка с кошкой, начало 1640. Ten rok 1667 jest zresztą w ogóle niemożliwy, bo (dane podaje oczywiście Wikipedia) David Ryckaert III – flamandzki malarz barokowy, żył w latach 1612 -1661. Był najbardziej znanym przedstawicielem rodziny malarzy o tym nazwisku, często określany przydomkiem Młodszy. Był synem Dawida Ryckaerta II, wnukiem Dawida Ryckaerta I i siostrzeńcem Martina Ryckaerta.

To dla historyka sztuki, nie dla nas,  bo nas obchodzi ta kobieta. Byłabyż to Franciszka, tylko o dwieście lat wcześniejsza, taka sama jednak, dobroduszna wieśniaczka, która poszła na służbę i tu karmi kota. Swojego czy może swojej pani?

Maryna znalazła zresztą jeszcze kilka innych służących. Jedną pokazywałyśmy już, zamiata kuchnię na obrazie Gripsa Okazja czyni złodzieja.

Dunlop-CaraudDwie panny służące, ale jakże różne. Obraz po lewej, namalowany przez George’a Dunlop Leslie (malarz angielski 1835 – 1921), nazywa się Jej pierwsze miejsce i pokazuje zmęczoną dziewczynę, która przysiadła na chwilę przy kominku, żeby odpocząć. Po prawej Pokojówka, obraz Josepha Caraud (malarz francuski, 1825 – 1905), na którym w ogóle nie chodzi o pracę. Tu albo pani udaje dziewczynę, albo dziewczyna – panią. I nie mówmy sobie, że praca służącej była cięższa niż praca pokojówki, dlatego pokojówka może pozować jako filuterna kokietka, a służąca pada ze zmęczenia. Obie musiały harować od świtu do nocy. Pamiętacie film Gosford Park? Albo Dziewczynę z perłą? Praca kobiety to była niekończąca się rzeka obowiązków. Również w XX wieku. Wiedział o tym Salvador Dali, malując w roku 1914 tzw. Wnętrze holenderskie. Widzimy tu taką samą sytuację – spracowana kobieta, która zrobiła sobie krótką przerwę w pracy.

SALVADOR DALI 1914-INTERIEUR HOLLANDAISI wreszcie na zakończenie obraz, na którym nie ma służącej, ale który, moim zdaniem, zakłada jej istnienie. Gdy obejrzałam ten obraz, zobaczyłam dziewczynę, która jak matka Mojżesza, puszcza na wodę kołyskę z dzieckiem, bo nie jest go w stanie wychować. Teraz, pisząc ten wpis, myślę, że może to fala powodzi porwała łóżeczko pańskiego dziecka, a dziewczyna go nie dopilnowała.

John Everett Millais-kotJohn Everett Millais (1829-1896) − brytyjski malarz i ilustrator, czołowy przedstawiciel Prerafaelitów, autor słynnego obrazu Ofelia (dodajmy, że po śmierci czyli jako topielica otoczona kwiatami – Prerafaelici bardzo lubili kobiety wychodzące z wody, w niej mieszkające lub w niej zmarłe). Obraz mógłby być świetną ilustracją do pięknej powieści “Dziewczyna w niebieskiej sukni” (Susan Vreeland Girl in Hyacinth Blue, której tytuł także pochodzi od jednego z dzieł Vermeera; na jej podstawie powstał w roku 2003 film telewizyjny Brush with Fate), o losach wyimaginowanego obrazu Vermeera van Delft. Obraz opuszcza pracownię artysty w chwili, gdy matka dziecka ginie za czary w lochach inkwizycji. Ojciec puszcza na wodę kołyskę i obraz opatrzone karteczką: Sprzedajcie obraz, wykarmcie dziecko. Nie pamiętam, czy ojciec był malarzem, czy tylko posiadaczem obrazu, a historia obrazu ciągnie się aż do współczesności i kończy odkryciem zbiorów jako żywo przypominających zagrabione przez nazistów dzieła sztuki, znalezione w mieszkaniu Gurlitta.

Nota bene tylko na obrazie Ryckaerta kobieta zajmuje się kotem, na wszystkich pozostałych kot po prostu jest. Nie jest wykluczone, że jest nie tylko faktycznie, ale i symbolicznie. Tak służąca jak i kot mają w pańskim domu określone zadanie do wykonania, mają zapewnić czystość. Służąca usuwa brud, kot poluje na myszy i szczury.  Te koty to nie pieszczochy z jedwabnymi obróżkami, to pracownicy.

Metro, dentysta, serwetka

Ewa Maria Slaska

Ani z podziękowaniem za serwetkę

Musiałam wysiąść z autobusu przy stacji metra Oberkampf. Mieszkam w Niemczech, mój umysł przez dłuższą chwilę nie zarejestrował więc, że coś się tu nie zgadza. Oberkampf (czyli coś w rodzaju walki na górze) w każdym mieście niemieckim wpasuje się bez problemu jako nazwa ulicy czy stacji metra. Ale jestem w Paryżu. Mruczę pod nosem oberkampf, oberkampf i postanawiam przy okazji sprawdzić w internecie, skąd się wziął Oberkampf (oberkampf?) w Paryżu. I zapominam. Absorbuje mnie ruchome święto, wiosna, która w Paryżu jest już w lutym, kwiaty, wędrówka po cmentarzach…

W miesiąc później siedzę w poczekalni u dentysty w Szczecinie i czytam gazetkę. Gazetki u mojego dentysty są wszystkie mniej lub bardziej nowocześnie głupawe (jeśli rozumiesz, co mam na myśli, Prosiaczku?), ale podobnie jak nie jest wykluczone, że w sklepie z tandetą znajdziesz cacko, tak nie jest wykluczone, że głupawa gazetka… W gazetce króciutka notatka. Christophe-Phillippe Oberkampf – pochodzący z Niemiec żydowski fabrykant tkanin, który zasłynął jako wynalazca cienkich płócien i tkanin bawełnianych, zdobionych jednobarwnymi, czerwonymi lub niebieskimi, scenkami rodzajowymi z czasów napoleońskich, wciąż jednak jeszcze w stylu Marii Antoniny. Dziewczęta w krynolinach na huśtawce, elegenccy dandysi grający w serso, panie przytulające owieczki, tańce na trawie, fajerwerki, muzyka na wodzie, uczty, przyjęcia, zamiatanie salonu i gotowanie karczochów… Każdy temat i każda codzienna sytuacja mogły dać asumpt do stworzenia nowej scenki. Manufaktura Oberkampfa wypuściła w świat 150 a może 1500 wzorów takich tkanin (nie pamiętam) z obrazkami, które projektowali niekiedy słynni malarze jak Bouchet.

Postanawiam, że jak wrócę do domu, to uzupełnię wiedzę, poszeperam w internecie, ale zapominam. Mija kolejny miesiąc. Jest maj. Dostaję od mojej synowej Ani puszkę z obrazkiem kotów. W środku serwetka z niebieską scenką rodzajową. Zdobycze z niedzielnego spaceru na pchli targ. Patrzę i oczom nie wierzę. Toż to przecież Oberkampf. Nie oryginał, rzecz jasna, lecz naśladownictwo, ale bezwzględnie Oberkampf.

Nie mam wyjścia. Nie można zapomnieć o Oberkampfie, który pojawia się w tym roku dosłownie co miesiąc, najwyraźniej domagając się wpisu… zaglądam do Wikipedii – są artykuły tylko w czterech językach, po niemiecku,  angielsku, francusku i… polsku. We wszystkich jest to samo, Oberkampf (1738-1835), nowoczesny fabrykant tkanin drukowanych. Założył fabrykę w Jouy-en-Josas. W każdym wpisie są też dwa jego portrety, w żadnym nie ma reprodukcji jego tkanin. Podobnie jest zresztą, jeśli się wpisze w google’a hasło Oberkampf i poprosi o wyszukanie obrazów. Jak TU. Pojawi się metro, mapa, ulica, ale nie ma tkanin Oberkampfa. Jouy-en-JosasGłupia gazetka okazała się ciekawsza od zbiorów google’a, a są to wszak zasoby światowe,  i Wikipedii, tworzonej przez mądrali (jeśli rozumiesz, Prosiaczku, co mam na myśli?)

Dopiero we wpisie o Jouy-en-Josas pojawi się dodatkowa informacja o tkaninach Oberkampfa, ale nadal bez obrazków: Toile-de-Jouy (płócienko z Jouy) oznacza  tkaninę bawełnianą z nadrukami. Klikam na tego linka i dopiero tu znajduję to, co widziałam już przecież w gazetce, wiem więc czego szukam. Obok płócienko Oberkampfa. Poniżej moja serwetka od Ani, a pod spodem nadesłana dwa dni później fota “Oberkampfa” od Powsinogi.

serwetkapowsinogaoberkampf