Pomniki na stacji Grunewald

Ewa Maria Slaska o pomnikach Zagłady i Karolu Broniatowskim

O jednym z tych pomników już przed rokiem pisałam. TU. Dziś jednak chciałabym napisać o całym kompleksie pomników skupionych koło stacji kolejki miejskiej Grunewald.

pomnikiGrunewaldPoziom (10)Słodki budyneczek, ale jak się wie, to, co powinno się wiedzieć, to ta słodycz wieje najprawdziwszą grozą. Bo to z bocznego toru na tej stacji odjeżdżały pociągi bydlęce do Theresienstadt, Birkenau, Auschwitz… 35 tysięcy kobiet, dzieci i mężczyzn odjechało stąd na śmierć i męczeństwo.

pomnikiGrunewaldPoziom (12)Na krawędzi peronu wypisane daty, nazwy obozów, liczby oznaczające ilość osób jednorazowo wywiezionych.

pomnikiGrunewaldPoziom (14)Pomnik został powściągliwie nazwany Gleis 17 – Tor 17. Nic więcej. Resztę trzeba wiedzieć, albo się doczytać. Na schodach równie powściągliwa tablica informacyjna, która nie może ukryć faktu, że i ten pomnik pamięci, tak jak wiele innych w Berlinie, powstał dopiero pod koniec lat 90. Przedtem było tylko to, co już naprawdę być musiało, bo nie dało się inaczej.

pomnikiGrunewaldPoziom Ku pamięci tych, których w latach 1941-1945 pociągi kolei niemieckiej deportowały do obozów śmierci. 27 stycznia 1998. Pomnik wzniesiony przez Spółkę Akcyjną Kolej Niemiecka.

Ciekawe, że słownictwo trzyma się tradycji i pomnik został wzniesiony, podczas gdy leży przecież na ziemi i trzeba się ku niemu pochylić.

pomnikiGrunewaldPoziom (13)Pomnik jest dziełem zespołu architektów Nicolaus Hirsch, Wolfgang Lorch i Andrea Wandel.

pomnikiGrunewaldPoziom (11)Przed budynkiem dworca, na okrągłym skwerze znajdują się dwa kolejne pomniki Zagłady. Łukasz Surowiec przywiózł tu i posadził brzozy z Brzezinki. Birken aus Birkenau. Wokół pionowo ustawione macewy, symboliczne bezimienne nagrobki z żydowskiego cmentarza. Obiekt powstał w latach 2011-2012 w ramach 7 Biennale Berlińskiego. Surowiec przywiózł w sumie 320 brzóz – jego projekt obejmuje swym zasięgiem cały Berlin.

pomnikiGrunewaldPoziom (5)Z drugiej strony skwerku jeszcze jeden pomnik, przypominający deportacje. Trzy masywne podkłady kolejowe. To pomnik z 1987 roku. Jak sądzę jeden z pierwszych w ramach nowej fali niemieckiej kultury pamięci. Bo przedtem funkcjonowała przede wszystkim polityka zapominania. Pomnik został wykonany przez Lindę Hübler i ufundowany przez Grupę Kobiet z Parafii Ewangelickiej na Grunewaldzie. Te dwa niewielkie pomniki zostały dobrze opisane, tymczasem, podobnie jak pomnik Gleis 17, tak i czwarty pomnik na dworcu Grunewald – Pomnik Zagłady i RIMG0019Deportacji, dzieło polskiego rzeźbiarza Karola Broniatowskiego, nie został nigdzie opisany. Między budynkiem dworca a pomnikiem przypominającym, tak mi się wydaje, jerozolimską ścianę płaczu, stoi jedynie tablica wyjaśniająca, dlaczego wzniesiono ten pomnik. Bez słowa informacji kiedy, jak, przez kogo? Oczywiście w dzisiejszych czasach wszystko można łatwo znaleźć. Być może istnieje nawet jakiś App, umożliwiający rozpoznanie oglądanego właśnie pomnika. Ten został ufundowany w roku 1991 przez dzielnicę Berlina Wilmersdorf.

pomnikiGrunewaldPoziom (4) pomnikiGrunewaldPoziom (3)W betonowej ścianie artysta umieścił kilka wklęsłych, pustych sylwetek ludzi, których nie ma. Marsz nieistniejących ludzi ku śmierci.

pomnikiGrunewaldPoziom (2)Myślę, że to właściwy wpis na dziś. To rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim i symboliczna rocznica śmierci Żyda Jezusa, który już został zabity, a zmartwychwstanie dopiero jutro.

Alleluja!

Była mniej więcej dziesiąta rano

Nie mogę się oprzeć przekonaniu, że ta książka to Ewangelia.

Michaił Bułhakow

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat.
Procurator ponad wszystko nienawidził zapachu olejku różanego, a dziś wszystko zapowiadało niedobry dzień, ponieważ woń róż prześladowała procuratora od samego rana.
Miał wrażenie, że różany aromat sączy się z rosnących w ogrodzie palm i cyprysów, że z wydzielanym przez eskortę odorem potu i skórzanego rynsztunku miesza się zapach znienawidzonych kwiatów. Z zabudowań na tyłach pałacu, gdzie kwaterowała przybyła do Jeruszalaim wraz z procuratorem pierwsza kohorta dwunastego legionu Błyskawic, aż tu, pod kolumnadę, napływał poprzez górną kondygnację ogrodu gorzkawy dymek świadczący, że kucharze w centuriach zaczęli już gotować obiad, i w tym dymku także była domieszka oleistych różanych aromatów.
“Za cóż mnie tak karzecie, o bogowie?… Tak, to bez wątpienia znowu ta niezwyciężona, straszliwa choroba… hemicrania, przy której boli pół głowy… choroba, na którą nie ma lekarstwa, przed którą nie ma ratunku… Spróbuję nie poruszać głową…”
Na mozaikowej posadzce przy fontannie był już przygotowany tron i procurator nie spojrzawszy na nikogo zasiadł na nim i wyciągnął rękę w bok. Sekretarz z uszanowaniem złożył w jego dłoni kawałek pergaminu. Procurator, nie zdoławszy opanować bolesnego grymas u, kątem oka pobieżnie przejrzał tekst, zwrócił sekretarzowi pergamin, powiedział z trudem:
– Podsądny z Galilei? Przesłaliście sprawę tetrarsze?
– Tak, procuratorze – odparł sekretarz.
– A on?
– Odmówił rozstrzygnięcia tej sprawy i wydany przez Sanhedryn wyrok śmierci przesłał do twojej dyspozycji– wyjaśnił sekretarz.
Procuratorowi skurcz wykrzywił policzek. Powiedział cicho:
– Wprowadźcie oskarżonego.
Natychmiast dwóch legionistów wprowadziło między kolumny z ogrodowego placyku dwudziestosiedmioletniego człowieka i przywiodło go przed tron procuratora. Człowiek ów odziany był w stary, rozdarty, błękitny chiton. Na głowie miał biały zawój przewiązany wokół rzemykiem, ręce związano mu z tyłu. Pod jego lewym okiem widniał wielki siniak, w kąciku ust miał zdartą skórę i zaschłą krew. Patrzył na procuratora z lękliwą ciekawością.
Tamten milczał przez chwilę, potem cicho zapytał po aramejsku:
– Więc to ty namawiałeś lud do zburzenia jeruszalaimskiej świątyni?
Procurator siedział niczym wykuty z kamienia i tylko jego wargi poruszały się ledwie zauważalnie, kiedy wymawiał te słowa. Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonącą z piekielnego bólu.
Człowiek ze związanymi rękami postąpił nieco ku przodowi i począł mówić:
– Człowieku dobry. Uwierz mi… Ale procurator, nadal znieruchomiały, natychmiast przerwał mu, ani o włos nie podnosząc głosu:
– Czy to mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Jesteś w błędzie. Każdy w Jeruszalaim powie ci, że jestem okrutnym potworem, i to jest święta prawda. – Po czym równie beznamiętnie dodał:
– Centurion Szczurza Śmierć, do mnie!
Wszystkim się wydało, że zapada mrok, kiedy centurion pierwszej centurii Marek, zwany także Szczurzą Śmiercią, wszedł na taras i stanął przed procuratorem. Był o głowę wyższy od najwyższego żołnierza legionu i tak szeroki w barach, że przesłonił sobą niewysokie jeszcze słońce.
Procurator zwrócił się do centuriona po łacinie:
– Przestępca nazwał mnie człowiekiem dobrym. Wyprowadź go stąd na chwilę i wyjaśnij mu, jak należy się do mnie zwracać. Ale nie kalecz go.
Wszyscy prócz nieruchomego procuratora odprowadzali spojrzeniami Marka Szczurzą Śmierć, który skinął na aresztanta, każąc mu iść za sobą. Szczurzą Śmierć w ogóle zawsze wszyscy odprowadzali spojrzeniami, gdziekolwiek się pojawiał, tak niecodziennego był wzrostu, a ci, którzy widzieli go po raz pierwszy, patrzyli nań z tego także powodu, że twarz centuriona była potwornie zeszpecona – nos jego strzaskało niegdyś uderzenie germańskiej maczugi. Ciężkie buciory Marka załomotały po mozaice, związany poszedł za nim bezgłośnie, pod kolumnadą zapanowało milczenie, słychać było gruchanie gołębi na ogrodowym placyku nie opodal balkonu, a także wodę śpiewającą w fontannie dziwaczną i miłą piosenkę.
Procurator nagle zapragnął wstać, podstawić skroń pod strugę wody i pozostać już w tej pozycji. Wiedział jednak, że i to nie przyniesie mu ulgi. Szczurza Śmierć spod kolumnady wyprowadził aresztowanego do ogrodu, wziął bicz z rąk legionisty, który stał u stóp brązowego posągu, zamachnął się od niechcenia i uderzył aresztowanego po ramionach. Ruch centuriona był lekki i niedbały, ale związany człowiek natychmiast zwalił się na ziemię, jakby mu ktoś podciął nogi, zachłysnął się powietrzem, krew uciekła mu z twarzy, a jego oczy stały się puste.
Marek lewą ręką lekko poderwał leżącego w powietrze, jakby to był pusty worek, postawił go na nogi, powiedział przez nos, kalecząc aramejskie słowa:
– Do procuratora rzymskiego zwracać się: hegemon. Innych słów nie mówić. Stać spokojnie. Zrozumiałeś czy uderzyć?
Aresztowany zachwiał się, ale przemógł słabość, krew znów krążyła, odetchnął głęboko i ochryple powiedział:
– Zrozumiałem cię. Nie bij mnie.
Po chwili znowu stał przed procuratorem.
Rozległ się matowy, zbolały głos:
– Imię?
– Moje? – pośpiesznie zapytał aresztowany, całym swoim jestestwem wyrażając gotowość do szybkich i rzeczowych odpowiedzi, postanowienie, że nie da więcej powodu do gniewu.
Procurator powiedział cicho:
– Moje znam. Nie udawaj głupszego, niż jesteś. Twoje.
– Jeszua – spiesznie odpowiedział aresztowany.
– Masz przezwisko?
– Ha–Nocri.
– Skąd jesteś?
– Z miasta Gamala – odpowiedział aresztant, zarazem wskazując głową, że gdzieś tam daleko, na prawo od niego, na północy, jest miasto Gamala.
– Z jakiej krwi?
– Dokładnie tego nie wiem – z ożywieniem odpowiedział aresztowany. – Nie pamiętam moich rodziców. Powiadają, że ojciec był Syryjczykiem…
– Gdzie stale mieszkasz?
– Nigdzie nie mam domu– nieśmiało odpowiedział aresztant.– Wędruję od miasta do miasta.
– Można to nazwać krócej, jednym słowem. Włóczęgostwo – powiedział procurator i zapytał:
– Masz rodzinę?
– Nie mam nikogo. Sam jestem na świecie.
– Umiesz czytać, pisać?
– Umiem.
– Znasz jakiś język prócz aramejskiego?
– Znam. Grecki.
Uniosła się opuchnięta powieka, zasnute mgiełką cierpienia oko wpatrzyło się w aresztowanego. Drugie nadal było zamknięte.
Piłat odezwał się po grecku:
– Więc to ty zamierzałeś zburzyć świątynię nawoływałeś do tego lud?
Aresztowany znowu się ożywił, jego oczy nie wyrażały już strachu, zaczął mówić po grecku:
– Czło… – przerażenie błysnęło w jego oczach, zrozumiał, że omal się nie przejęzyczył. – Ja, hegemonie, nigdy w życiu nie miałem zamiaru burzyć świątyni i nikogo nie namawiałem do tak nonsensownego uczynku.
Zdziwienie odmalowało się na twarzy sekretarza, który pochylony nad niziutkim stołem spisywał zeznania. Uniósł głowę, ale natychmiast znów ją pochylił nad pergaminem.
– Wielka ilość rozmaitych ludzi schodzi się do tego miasta na święto. Są wśród nich magowie, astrologowie, wróżbici i mordercy – monotonnie mówił procurator – niekiedy zdarzają się także kłamcy. Ty, na przykład, jesteś kłamcą. Zapisano tu wyraźnie – podburzałeś do zniszczenia świątyni. Tak zaświadczyli ludzie.
– Ci dobrzy ludzie – zaczął mówić więzień i spiesznie dodawszy: – hegemonie – ciągnął: – niczego nie studiowali i wszystko, co mówiłem, poprzekręcali. W ogóle zaczynam się obawiać, że te nieporozumienia będą trwały jeszcze bardzo, bardzo długo. A wszystko dlatego, że on niedokładnie zapisuje to, co mówię.
Zapadło milczenie. Teraz już oboje zbolałych oczu patrzyło ociężale na aresztowanego.
– Powtarzam ci, ale już po raz ostatni, abyś przestał udawać wariata, zbrodniarzu – łagodnie, monotonnie powiedział Piłat. – Niewiele zapisano z tego, coś mówił, ale tego, co zapisano, jest w każdym razie dość, aby cię powiesić.
– O, nie, o, nie, hegemonie! – w żarliwym pragnieniu przekonania rozmówcy mówił aresztant – chodzi za mną taki jeden z kozim pergaminem i bez przerwy pisze. Ale kiedyś zajrzałem mu do tego pergaminu i strach mnie zdjął. Nie mówiłem dosłownie nic z tego, co tam zostało zapisane. Błagałem go: spal, proszę cię, ten pergamin! Ale on mi go wyrwał i uciekł.
– Któż to taki? – opryskliwie zapytał Piłat i dotknął dłonią skroni.
– Mateusz Lewita – skwapliwie powiedział więzień. – Był poborcą podatkowym i spotkałem go po raz pierwszy na drodze do Bettagium, w tym miejscu, gdzie do drogi przytyka ogród figowy, i rozmawiałem z nim. Na początku potraktował mnie nieprzyjaźnie, a nawet mnie obrażał, to znaczy wydawało mu się, że mnie obraża, ponieważ nazywał mnie psem. – Aresztowany uśmiechnął się. – Co do mnie, nie widzę w tym zwierzęciu nic złego, nic takiego, żeby się obrażać za to słowo…
Sekretarz przestał notować i ukradkiem spojrzał zdziwiony, nie na aresztowanego jednak, tylko na procuratora – …lecz wysłuchawszy mnie, złagodniał – ciągnął Jeszua – a w końcu cisnął pieniądze na drogę i oświadczył, że pójdzie ze mną na wędrówkę…
Piłat uśmiechnął się połową twarzy, wyszczerzając pożółkłe zęby i przemówił, całym ciałem zwracając się ku sekretarzowi:
– O, miasto Jeruszalaim! Czegóż tu nie można usłyszeć?! Poborca podatków, słyszycie, cisnął pieniądze na drogę!
Sekretarz, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, uznał za wskazane uśmiechnąć się tak jak Piłat.
– Powiedział, że od tej chwili nienawidzi pieniędzy – objaśnił Jeszua dziwne zachowanie Mateusza Lewity i dodał: – Odtąd wędrował wraz ze mną.
Procurator, ciągle jeszcze szczerząc zęby, przyjrzał się więźniowi, potem spojrzał na słońce, które nieubłaganie wznosiło się coraz wyżej i wyżej nad posągami jeźdźców na leżącym z prawej strony, w dali, w dolinie, hipodromie, i znienacka, w jakiejś męczącej udręce, pomyślał, że najprościej byłoby pozbyć się z balkonu tego dziwacznego rozbójnika, wyrzekłszy dwa tylko słowa: “powiesić go!” Pozbyć się także eskorty, przejść spod kolumnady do wnętrza pałacu, polecić, by zaciemniono okna komnaty, zwalić się na łoże, zażądać zimnej wody, umęczonym głosem przywołać psa Bangę, użalić się przed nim na tę hemicranię… W obolałej głowie procuratora błysnęła nagle kusząca myśl o truciźnie. Patrzył na więźnia zmętniałymi oczyma i przez czas jakiś milczał, z trudem usiłując sobie przypomnieć, czemu to na tym niemiłosiernym porannym skwarze stoi przed nim więzień o twarzy zniekształconej razami, uświadomić sobie, jakie jeszcze niepotrzebne nikomu pytania będzie tu musiał zadawać.
– Mateusz Lewita? – zapytał ochryple chory i zamknął oczy.
– Tak, Mateusz Lewita – dotarł doń wysoki, zadręczający go głos.
– W takim razie, co mówiłeś o świątyni tłumowi na targowisku?
Wydawało się Piłatowi, że głos odpowiadającego kłuje go w skroń, ten głos męczył go niewypowiedzianie, ten głos mówił:
– Mówiłem, hegemonie, o tym, że runie świątynia starej wiary i powstanie nowa świątynia prawdy. Powiedziałem tak, żeby mnie łatwiej zrozumieli.
– Czemuś, włóczęgo, wzburzał umysły ludu na targowisku opowieściami o prawdzie, o której ty sam nie masz pojęcia? Cóż więc jest prawdą?
I pomyślał sobie procurator: “Bogowie! Pytam go na sądzie o takie rzeczy, o które pytać nie powinienem… Mój umysł mnie zawodzi…” I znów zamajaczył mu przed oczyma puchar ciemnego płynu. “Trucizny mi dajcie, trucizny…”
I znów usłyszał głos:
– Prawdą jest to przede wszystkim, że boli cię głowa i to tak bardzo cię boli, że małodusznie rozmyślasz o śmierci. Nie dość, że nie starcza ci sił, by ze mną mówić, ale trudno ci nawet na mnie patrzeć. Mimo woli staję się teraz twoim katem, co zasmuca mnie ogromnie. Nie możesz nawet o niczym myśleć i tylko marzysz o tym, by nadszedł twój pies, jedyne zapewne stworzenie, do którego jesteś przywiązany. Ale twoje męczarnie zaraz się skończą, ból głowy ustąpi.
Sekretarz wytrzeszczył oczy na więźnia, nie dopisał słowa do końca. Piłat podniósł na aresztanta umęczone spojrzenie i zobaczył, że słońce stoi już dość wysoko nad hipodromem, że promień słoneczny przeniknął pod kolumnadę, podpełza ku znoszonym sandałom Jeszui, i że ten stara się usunąć od słońca. Wówczas procurator wstał z tronu, ścisnął dłońmi głowę, na jego wygolonej żółtawej twarzy pojawił się wyraz przerażenia. Ale Piłat natychmiast opanował go wysiłkiem woli i znowu opadł na tron. Więzień natomiast kontynuował tymczasem swoją przemowę, sekretarz niczego już jednak nie notował, tylko wyciągnął szyję jak gąsior i starał się nie uronić ani słowa.
– I oto wszystko się już skończyło – życzliwie spoglądając na Piłata mówił aresztowany – i niezmiernie się z tego cieszę. Radziłbym ci, hegemonie, abyś na czas jakiś opuścił pałac i odbył małą przechadzkę po okolicy, chociażby po ogrodach na stoku eleońskiej góry. Burza nadciągnie… – więzień odwrócił się i popatrzył zmrużonymi oczyma w słońce – …później, pod wieczór. Przechadzka dobrze ci zrobi, a ja ci chętnie będę towarzyszył. Przyszło mi do głowy kilka nowych myśli, które, jak sądzę, mogłyby ci się wydać interesującymi, i z przyjemnością bym się nimi z tobą podzielił, tym bardziej, że sprawiasz na mnie wrażenie bardzo mądrego człowieka. – Sekretarz zbladł śmiertelnie, pergamin spadł mu na posadzkę. – Szkoda tylko – ciągnął związany Ha–Nocri i nikt mu nie przerywał – że zbytnio jesteś zamknięty w sobie i zupełnie opuściła cię wiara w ludzi. Przyznasz przecież, że nie można wszystkich swoich uczuć przelewać na psa. Smutne jest twoje życie, hegemonie – w tym miejscu mówiący pozwolił sobie na uśmiech.
Sekretarz myślał teraz już tylko o jednym – wierzyć czy nie wierzyć własnym uszom. Musiał im wierzyć. Postarał się zatem wyobrazić sobie, jaką też wymyślną formę przybierze gniew zapalczywego procuratora wobec tej niesłychanej śmiałości aresztowanego. Ale nie mógł sobie tego wyobrazić, choć nieźle znał procuratora.
Wówczas dał się słyszeć zdarty, nieco zachrypnięty głos prokuratora mówiącego po łacinie:
– Rozwiążcie mu ręce.
Jeden z konwojujących legionistów stuknął kopią o posadzkę, podał ją sąsiadowi, zbliżył się i zdjął więźniowi pęta. Sekretarz podniósł z ziemi pergamin, postanowił, że niczego na razie nie będzie notował i że niczemu nie będzie się dziwił.
– Przyznaj się – spokojnie zapytał po grecku Piłat – jesteś wielkim lekarzem?
– Nie, procuratorze, nie jestem lekarzem – odpowiedział aresztowany, rozcierając z ulgą zniekształcone i opuchnięte, purpurowe przeguby dłoni.
Piłat surowo przyglądał się aresztowanemu spode łba, w jego oczach nie było już mgiełki, pojawiły się w nich dobrze wszystkim znane iskry.
– Nie pytałem cię o to – powiedział – ale czy znasz może również łacinę?
– Znam – odpowiedział aresztowany. Rumieniec wystąpił na zżółkłe policzki Piłata i procurator zapytał po łacinie:
– Skąd wiedziałeś, że chciałem przywołać psa?
– To zupełnie proste – odpowiedział po łacinie aresztowany.– Wodziłeś w powietrzu dłonią– tu więzień powtórzył gest Piłata – tak, jakbyś chciał go pogłaskać, a twoje wargi…
– Tak… – powiedział Piłat.
Milczeli przez chwilę. A potem Piłat zapytał po grecku:
– A zatem jesteś lekarzem?
– Nie, nie – żywo odpowiedział więzień. – Wierz mi, nie jestem lekarzem.
– No cóż, jeśli chcesz to zachować w tajemnicy, zachowaj. Bezpośrednio ze sprawą to się nie wiąże. Utrzymujesz zatem, że nie nawoływałeś do zburzenia świątyni… czy też jej podpalenia, czy zniszczenia jej w jakiś inny sposób?
– Nikogo, hegemonie, nie nawoływałem do niczego takiego, powtarzam. Czy wyglądam na człowieka niespełna rozumu?
– O, nie, nie wyglądasz na człowieka niespełna rozumu – cicho odpowiedział procurator z jakimś strasznym uśmiechem.– Przysięgnij zatem, że nic takiego nie miało miejsca.
– Na co chcesz, abym przysiągł?– zapytał z ożywieniem uwolniony z więzów.
– Choćby na własne życie – odpowiedział procurator. – Najwyższy czas, abyś na nie przysiągł, bo wiedz o tym, że wisi ono na włosku.
– Czy sądzisz, hegemonie, że to tyś je zawiesił na włosku? – zapytał więzień. – Jeśli sądzisz tak, bardzo się mylisz.
Piłat drgnął i odparł przez zęby:
– Mogę przeciąć ten włosek.
– Co do tego także się mylisz – powiedział z powątpiewaniem aresztowany, uśmiechając się dobrodusznie i zasłaniając dłonią przed słońcem.– Przyznasz, że przeciąć ten włosek może chyba tylko ten, kto zawiesił na nim moje życie.
– Tak, tak – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Nie wątpię już teraz, że jeruszalaimscy próżniacy włóczyli się za tobą. Nie wiem, gdzieś się ćwiczył w wymowie, ale języka w gębie nie zapominasz. Nawiasem mówiąc, powiedz mi, czy to prawda, że przybyłeś do Jeruszalaim przez Suzską Bramę, jadąc oklep na ośle, i że towarzyszyły ci tłumy motłochu wiwatującego na twoją cześć, jakbyś był jakim prorokiem? – i procurator wskazał zwój pergaminu.
Więzień popatrzył na procuratora z niedowierzaniem.
– Nie mam żadnego osła, hegemonie – powiedział. – Rzeczywiście wszedłem do Jeruszalaim przez Suzską Bramę, ale przyszedłem pieszo, a towarzyszył mi tylko Mateusz Lewita i nikt nie wiwatował ani niczego nie krzyczał, bo nikt mnie wtedy w Jeruszalaim nie znał.
– Czy znany ci jest – ciągnął Piłat nie spuszczając wzroku z więźnia – niejaki Dismos albo Gestas, albo może Bar Rawan?
– Nie znam tych dobrych ludzi– odpowiedział aresztowany.
– Czy to prawda?
– To prawda.
– Powiedz mi zatem, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi?
– Wszystkich – odpowiedział więzień. – Na świecie nie ma złych ludzi.
– Pierwszy raz spotykam się z takim poglądem – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Ale, być może, za mało znam życie!… Teraz możesz już nie notować – zwrócił się do sekretarza, chociaż sekretarz i tak niczego nie notował, a potem znowu zwrócił się do więźnia: – Czy wyczytałeś to w którejś z greckich ksiąg?
– Nie, sam do tego doszedłem.
– I tego nauczasz?
– Tak.
– A na przykład centurion Marek, którego nazywają Szczurzą Śmiercią, czy on także jest dobrym człowiekiem?
– Tak – odparł więzień. – Co prawda, jest to człowiek nieszczęśliwy. Od czasu, kiedy dobrzy ludzie go okaleczyli, stał się okrutny i nieczuły. Ciekawe, kto też tak go zeszpecił?
– Chętnie cię o tym poinformuję – powiedział Piłat – ponieważ byłem przy tym obecny. Dobrzy ludzie rzucili się na niego jak gończe na niedźwiedzia. Germanie wpili mu się w kark, w ręce, w nogi. Manipuł piechoty wpadł w zasadzkę i gdyby nie to, że turma jazdy, którą dowodziłem, przedarła się ze skrzydła, nie miałbyś, filozofie, okazji do rozmowy ze Szczurzą Śmiercią. To było w czasie bitwy pod Idistaviso, w Dolinie Dziewic.
– Jestem pewien – zamyśliwszy się powiedział więzień – że gdyby ktoś z nim porozmawiał, zmieniłby się z pewnością.
– Sądzę – powiedział Piłat – że legat legionu nie byłby rad, gdyby ci wpadło do głowy porozmawiać z którymś z jego oficerów czy żołnierzy. Zresztą nie dojdzie do tego, na szczęście, i już ja będę pierwszym, który się o to zatroszczy.
Wpadła pod kolumnadę jaskółka, zatoczyła krąg pod złotym jej pułapem, obniżyła lot, nieomal musnęła ostrym skrzydłem twarz stojącego we wnęce miedzianego posągu i zniknęła za kapitelem kolumny. Być może zamierzała uwić tam gniazdo.
Procurator śledził jej lot, myśl miał teraz jasną i lotną, sentencja wyroku dojrzała. Była taka: hegemon rozpatrzył sprawę wędrownego filozofa Jeszui, którego zwą także Ha–Nocri, i w jego działalności nie dopatrzył się cech przestępstwa. Nie dopatrzył się zwłaszcza żadnego związku między działalnością Jeszui a niepokojami, które niedawno miały miejsce w Jeruszalaim. Wędrowny filozof okazał się być obłąkany, w związku z czym procurator nie zatwierdza wyroku śmierci wydanego na Ha–Nocri przez Mały Sanhedryn. Biorąc jednak pod uwagę to, że utopijne mowy szaleńca Ha–Nocri mogą stać się przyczyną rozruchów, procurator poleca wydalić Jeszuę z Jeruszalaim i uwięzić go w Caesarea Stratonica nad Morzem Śródziemnym, tam gdzie znajduje się rezydencja procuratora.
Pozostawało podyktować tę sentencję sekretarzowi.
Skrzydła jaskółki zafurkotały tuż nad głową hegemona, ptak przemknął nad basenem fontanny, wyleciał spod kolumnady na otwartą przestrzeń. Procurator podniósł wzrok na więźnia i spostrzegł obok niego gorejący słup pyłu.
– To już wszystko?– zapytał sekretarza.
– Niestety, nie – nieoczekiwanie odpowiedział tamten i podał Piłatowi następny kawałek pergaminu.
– Cóż więc jeszcze?– zapytał Piłat i zasępił się.
Kiedy przeczytał pergamin, jego twarz zmieniła się jeszcze bardziej. Czy to ciemna krew napłynęła do szyi i twarzy, czy też stało się coś jeszcze innego, dość że skóra na twarzy procuratora z żółtej stała się ziemista, a oczy jak gdyby się zapadły w głąb czaszki. Powodem tego była z pewnością, jak zwykle, krew, która napłynęła do skroni i łomotała w nich teraz, ale coś jednocześnie stało się ze wzrokiem procuratora. Przywidziało mu się, że głowa więźnia odpłynęła kędyś w bok, a na jej miejscu pojawiła się inna. Ta druga głowa, łysiejąca, okolona była wieńcem z niewielu złotych listków. Na czole widniał okrągły wrzód, wyżartą skórę posmarowano maścią. Bezzębne usta były zapadnięte, dolna warga obwisła i kapryśna.
Wydawało się Piłatowi, że znikły gdzieś różowawe kolumny tarasu i dalekie dachy Jeruszalaim, widniejące zwykle w dole za ogrodami, że wszystko dokoła zatonęło w gęstej zieleni ogrodów Caprejów. Ze słuchem także stało się coś dziwnego – jakby gdzieś w dali cicho, ale groźnie zagrały trąby i dobiegł wyraźny nosowy głos znacząco podkreślający słowa: “Ustawa o obrazie majestatu…” Pobiegły urywane, chaotyczne, niezwykłe myśli: “Zginął!…”, a potem – “Zginęliśmy!…” I błysnęła wśród tych myśli jakaś zupełnie głupia, o jakiejś tam nieśmiertelności, przy czym ta nieśmiertelność, nie wiedzieć czemu, była przyczyną niezwykłego smutku.
Piłat skupił wolę, odpędził widziadła, spojrzeniem powrócił na taras i znowu zobaczył przed sobą oczy więźnia.
– Słuchaj, Ha–Nocri – powiedział dziwnie jakoś spoglądając na Jeszuę; twarz prokuratora była surowa, ale w oczach czaiła się trwoga. – Czy kiedykolwiek mówiłeś coś o wielkim Cezarze? Odpowiadaj! Mówiłeś?… Czy też… nie… mówiłeś. – Słowo “nie” Piłat podkreślił nieco bardziej, niżby to wypadało na sądzie, a jego spojrzenie przekazywało więźniowi jakąś myśl, jakby chciał coś aresztowanemu zasugerować.
– Łatwo i miło jest mówić prawdę – zauważył Jeszua.
– Nie muszę wiedzieć – powiedział Piłat głosem gniewnym i przytłumionym – czy miło ci, czy nie miło mówić prawdę. Będziesz musiał ją powiedzieć. Mów, rozważ każde słowo, jeśli nie pragniesz śmierci nie tylko niechybnej, ale i okrutnej.
Nikt nie wie, co się stało procuratorowi Judei, dość że pozwolił sobie na to, by podnieść rękę, jak gdyby osłaniajac się przed palącym słońcem, i spod osłony dłoni, jak zza tarczy, przesłał więźniowi porozumiewawcze spojrzenie.
– A więc – mówił – czy znasz niejakiego Judę z Kiriatu i co mianowicie mówiłeś temu człowiekowi o Cezarze, jeśliś mówił?
– To było tak – skwapliwie zaczął opowiadać aresztowany. – Przedwczoraj wieczorem w pobliżu świątyni poznałem pewnego młodego człowieka, który przedstawił mi się jako Juda z Kiriatu. Zaprosił mnie do swojego domu w Dolnym Mieście i podejmował mnie tam…
– Czy to dobry człowiek?– zapytał Piłat i w jego oczach zabłysnął diabelski płomień.
– Bardzo dobry i bardzo żądny wiedzy – przytaknął więzień. – Zainteresowały go bardzo moje przemyślenia, podjął mnie nader gościnnie…
– Zapalił świeczniki… – wtrącił przez zęby Piłat takim samym tonem, a jego oczy połyskiwały.
– Tak – ciągnął Jeszua, nieco zdziwiony, że procurator wiedział o tym. – Poprosił mnie, abym zapoznał go z mymi poglądami na władzę państwowa. Te sprawy ogromnie go ciekawiły.
– Cóż wiec mu powiedziałeś? – zapytał Piłat. – Odpowiesz mi może, że nie pamiętasz, co mówiłeś?– ale w głosie Piłata nie było już nadziei.
– Mówiłem o wielu sprawach – opowiadał więzień – także i o tym, że wszelka władza jest gwałtem, zadawanym ludziom, i że nadejdzie czas, kiedy nie będzie władzy ani cesarskiej, ani żadnej innej. Człowiek wejdzie do królestwa prawdy i sprawiedliwości, w którym niepotrzebna już będzie żadna władza.
– Mów dalej! Co było potem?
– Nic już potem nie było – powiedział aresztowany. – Nagle wbiegli ludzie, związali mnie i poprowadzili do wiezienia.
Sekretarz szybko kreślił, starając się nie uronić ani słowa.
– Nie było na świecie, nie ma i nie będzie żadnej władzy wspanialszej i lepszej dla ludzi niż władanie Cezara Tyberiusza! – zdarty i zbolały głos Piłata spotężniał. Procurator, nie wiedzieć czemu, patrzył z nienawiścią na sekretarza i na eskortę.
– I nie tobie o tym sądzić, szalony przestępco! – I Piłat nagle krzyknął: – Wyprowadzić żołnierzy z tarasu! – I dodał zwracając się do sekretarza: – Zostawcie mnie samego z oskarżonym, to sprawy wagi państwowej!
Eskorta wzniosła włócznie i miarowo łomocąc podkutymi skórzniami zeszła z tarasu do ogrodu, a za eskortą podążył sekretarz.
Przez chwilę ciszę panującą na tarasie zakłócał tylko śpiew wody w fontannie. Piłat patrzył, jak nad rzygaczem fontanny wydyma się miseczka uczyniona z wody, jak odłamują się jej krawędzie i strumykami spadają w dół.
Pierwszy zaczął mówić więzień:
– Widzę, że to, o czym mówiłem z tym młodzieńcem z Kiriatu, stało się przyczyną jakiegoś nieszczęścia. Mam takie przeczucie, hegemonie, że temu młodzieńcowi stanie się coś złego, i bardzo mi go żal.
– Myślę – odpowiedział procurator z dziwnym uśmiechem – że istnieje ktoś jeszcze, nad kim
mógłbyś się bardziej użalić niż nad Juda z Kiriatu, ktoś, czyj los będzie znacznie gorszy niż los Judy! … A więc Marek Szczurza Śmierć, zimny i pozbawiony skrupułów kat, i ci ludzie, którzy, jak widzę – tu procurator wskazał zmasakrowaną twarz Jeszui – bili cię za twoje proroctwa, i rozbójnicy Dismos i Gestas, którzy wraz ze swoimi kamratami zabili czterech moich żołnierzy, i ten brudny zdrajca Juda wreszcie – wszystko to są więc ludzie dobrzy?
– Tak – odpowiedział więzień.
– I nastanie królestwo prawdy?
– Nastanie, hegemonie – z przekonaniem odparł Jeszua.
– Ono nigdy nie nastanie – nieoczekiwanie zaczął krzyczeć Piłat, a krzyczał głosem tak strasznym, że Jeszua aż się cofnął. Takim głosem przed wieloma laty w Dolinie Dziewic wołał Piłat do swoich jezdnych: “Rąb ich! Rąb ich! Olbrzym Szczurza Śmierć jest otoczony!” Jeszcze podniósł zdarty od wywrzaskiwania komend głos, wykrzykiwał słowa tak, aby usłyszano je w ogrodzie: – Łotrze! Łotrze! Łotrze! – A potem ściszył głos i zapytał: – Jeszua Ha–Nocri, czy wierzysz w jakichkolwiek bogów?
– Jest jeden Bóg – odpowiedział Jeszua – i w niego wierzę.
– Więc się do niego pomódl! Módl się najgoręcej, jak umiesz! A zresztą… – głos Piłata pękł nagle – nic ci to nie pomoże. Masz żonę? – zapytał ze smutkiem, sam nie rozumiał, co się z nim dzieje.
– Nie, jestem samotny.
– Przeklęte miasto… – nie wiadomo dlaczego mruknął nagle procurator i wstrząsnął się, jakby go przeszedł ziąb, potarł dłonie, jakby je umywał. – Zaprawdę, byłoby to znacznie dla ciebie lepiej, gdyby ci ktoś poderżnął gardło, zanim spotkałeś Judę z Kiriatu.
– A może byś mnie wypuścił, hegemonie – poprosił nagle więzień i w jego głosie zabrzmiał strach. – Widzę, że chcą mnie zabić.
Przez twarz Piłata przebiegł skurcz, zwrócił na Jeszuę przekrwione białka oczu i powiedział:
– Czy doprawdy sadzisz, nieszczęsny, że procurator rzymski puści wolno człowieka, który powiedział to, co ty mówiłeś? O, bogowie! Przypuszczasz może, że mam ochotę zająć twoje miejsce? Ja twoich poglądów nie podzielam! I zapamiętaj sobie, że jeśli powiesz od tej chwili choćby jedno słowo, jeśli będziesz z kimkolwiek rozmawiał – to strzeż się mnie! Powtarzam – Strzeż się!
– Hegemonie…
– Zamilcz! – krzyknął Piłat i powiódł wściekłym spojrzeniem za jaskółką, która znowu wpadła pod kolumnadę.– Do mnie! – zawołał.
Kiedy sekretarz i żołnierze eskorty powrócili na swoje miejsca, Piłat oznajmił, że zatwierdza wyrok śmierci wydany na przestępcę Jeszuę Ha–Nocri przez zgromadzenie Małego Sanhedrynu, a sekretarz zapisał to, co Piłat powiedział.
W chwilę później stanął przed procuratorem Marek Szczurza Śmierć. Procurator polecił mu przekazać więźnia komendantowi tajnej służby, a zarazem powtórzyć komendantowi polecenie procuratora, by Jeszua Ha–Nocri nie kontaktował się z innymi skazanymi, a także, by ludziom z tajnej służby wydać obwarowany surowymi karami zakaz rozmawiania o czymkolwiek z Jeszuą i udzielania odpowiedzi na jakiekolwiek jego pytania.
Marek dał znak, eskorta otoczyła Jeszuę i wyprowadziła go z tarasu.
Po czym stanął przed procuratorem urodziwy jasnobrody młodzieniec. W grzebieniu hełmu miał orle pióra, na jego piersiach połyskiwały złote pyski lwów, pochwa jego miecza okuta była złotymi blaszkami, miał sznurowane aż po kolana buty na potrójnej podeszwie, na lewe ramię narzucił purpurowy płaszcz. Był to legat, dowódca legionu.
Procurator zapytał go, gdzie się obecnie znajduje kohorta z Sebaste. Legat oznajmił, że sebastyjczycy tworzą kordon na placu przed hipodromem, tam gdzie zostanie zakomunikowany ludowi wyrok na oskarżonych.

(…)
W ogrodzie panowała cisza. Ale kiedy procurator wyszedł spod kolumnady na zalany słońcem górny placyk ogrodu, pomiędzy cudaczne słoniowe nogi palm, na placyk, z którego otwierał się widok na znienawidzone przez procuratora Jeruszalaim, na wiszące mosty miasta, na jego mury obronne, na, co najważniejsze, nie dającą się opisać bryłę marmuru zwieńczona zamiast dachu złotą smoczą łuską, na jeruszalaimską świątynię – wtedy wyostrzony słuch Piłata uchwycił dobiegający z dala, z dołu, stamtąd gdzie mur odgradzał najniższe tarasy pałacowego ogrodu od placu miejskiego, głuchy pomruk, ponad który od czasu do czasu wybijały się ledwie dosłyszalne, cienkie ni to krzyki, ni to jęki. Procurator zrozumiał, że tam, na placu, zgromadziły się już nieprzeliczone tłumy mieszkańców Jeruszalaim wzburzonych niedawnymi zamieszkami w mieście, i wiedział, że te tłumy oczekują z niecierpliwością na ogłoszenie wyroku, wiedział, że krzyczą w ciżbie ruchliwi sprzedawcy wody.

(…) Ha–Nocri odchodził na zawsze i nikt nie wyleczy procuratora z tych straszliwych, nieznośnych bólów głowy, oprócz śmierci nie ma na nie lekarstwa. Ale nie ta myśl niepokoiła teraz Piłata. Przenikał go te n sam niepojęty smutek, który ogarnął go już wcześniej, na tarasie. Procurator usiłował zrozumieć powód tego smutku. Powód był dziwny – procurator miał niejasne wrażenie, że nie dokończył rozmowy ze skazanym, a może nie dosłuchał czegoś do końca. Piłat odpędził tę myśl, odleciała natychmiast, tak jak przyszła. Odleciała, pozostał niepojęty smutek, niepojęty, bo przecież niczego nie mogła tu wyjaśnić inna myśl, która przebiegła jak błyskawica i natychmiast zagasła, krótka myśl: “Nieśmiertelność… nadeszła nieśmiertelność…” Kto ma zostać nieśmiertelnym? Tego procurator nie zrozumiał, ale myśl o owej zagadkowej nieśmiertelności sprawiła, że mimo upału zrobiło mu się zimno.
(…)
Piłat wrócił na taras. Sekretarzowi, który tam nań czekał, polecił sprowadzić do ogrodu legata legionu, trybuna kohorty oraz dwu członków Sanhedrynu i przełożonego świątynnej służby. Oczekiwali już na dolnym tarasie w krągłej altance, w której biła fontanna. Piłat dodał jeszcze, że sam przyjdzie do ogrodu za chwilę i wszedł do pałacu.
(…)
Tam, w obecności wszystkich, których kazał zaprosić, powtórzył oschle, lecz uroczyście, że zatwierdza wydany na Jeszuę Ha–Nocri wyrok śmierci i oficjalnie zapytał członków Sanhedrynu, którego ze skazanych chcieliby oszczędzić. Usłyszawszy, że Bar Rawana, powiedział:
– Bardzo dobrze – polecił sekretarzowi wprowadzić to natychmiast do protokołu, zacisnął w dłoni zapinkę, którą sekretarz podjął z piasku, i powiedział uroczyście: – Już czas!
I wszyscy obecni poszli w dół szerokimi marmurowymi schodami, między dwiema ścianami róż, które wydzielały odurzający zapach, i zeszli aż pod mur pałacowy, ku bramie prowadzącej na wielki, starannie wybrukowany plac, po drugiej stronie którego widać było kolumny i posągi jeruszalaimskiego gimnazjonu. Skoro tylko cała grupa, wyszedłszy z ogrodów na plac, weszła na rozległy, górujący nad placem kamienny pomost, Piłat zmrużył oczy i rozejrzał się badając sytuację.
Przestrzeń, którą przed chwilą przemierzył, przestrzeń dzieląca pomost od pałacowego muru, była pusta, ale za to przed sobą Piłat nie zobaczył już placu – plac pokrywały tłumy. Tłum zalałby także pomost i ową pustą przestrzeń, gdyby nie powstrzymywał go potrójny kordon sebastyjskich żołnierzy na lewo od Piłata i potrójny kordon żołnierzy i turejskiej kohorty sojuszniczej na prawo odeń.
A zatem Piłat wstąpił na pomost, zaciskając odruchowo w dłoni niepotrzebną mu teraz zapinkę i mrużąc oczy. Procurator mrużył je bynajmniej nie dlatego, że raziło go słońce, nie, nie dlatego. Po prostu, nie wiadomo dlaczego, nie chciał widzieć skazanych, a wiedział, że w ślad za nim wprowadzają ich już na pomost. Skoro tylko wysoko nad blokami kamienia, nad brzegiem ludzkiego morza pojawił się biały, podszyty purpurą płaszcz, o uszy nie patrzącego Piłata uderzyła fala krzyku: “Ha–a –a…”
Zrodzona gdzieś daleko, aż koło hipodromu, słaba z początku, nabrała siły grzmotu, trwała tak przez kilka sekund, a potem zaczęła zacichać. “Dostrzegli mnie” – pomyślał procurator. Krzyk nie ucichł całkiem, ale nieoczekiwanie zaczął znowu narastać, rozhuśtał się, stał się jeszcze głośniejszy niż przedtem i na tej drugiej jego fali, jak piana na fali morskiej, zawrzały gwizdy i pojedyncze, dające się rozróżnić wśród tego grzmotu jęki kobiet. “To już ich wprowadzono – pomyślał Piłat – a te jęki, to jęki kilku kobiet, które tłum stratował, kiedy runął naprzód”.
Odczekał chwilę wiedząc, że nie ma takiej siły, która kazałaby tłumowi zamilknąć, zanim nie wyrzuci z siebie wszystkiego, co ma na sercu, i nie zamilknie sam. A kiedy nadszedł ów moment, procurator wzniósł prawą dłoń i w tłumie urwały się ostatnie pomruki. Wtedy Piłat nabrał w piersi, ile tylko mógł, rozpalonego powietrza i jego schrypły od komend głos podniósł się ponad tysiącami głów:
– W imieniu Caesara Imperatora!…
Procurator usłyszał powtórzony po kilkakroć, skandowany żelazny krzyk – to żołnierze obu kohort wznosząc w górę włócznie i orły zawrzasnęli straszliwie:
– Niech żyje Caesar!!!
Piłat uniósł głowę ku słońcu. Zapłonął pod jego powiekami zielony ogień, mózg zajął się od tego płomienną falą i poszybowały ponad tłumem ochrypłe aramejskie słowa:
– Czterech przestępców zatrzymanych w Jeruszalaim za morderstwa, podburzanie do buntu, obrazę praw i religii skazanych zostało na hańbiącą śmierć przez rozpięcie na słupach. Wyrok zostanie niebawem wykonany ma Nagiej Górze. Imiona tych przestępców – Dismos, Gestas, Bar Rawan i Ha–Nocri. Oto stoją przed wami.
Piłat wskazał dłonią na prawo. Nie widział skazanych, ale wiedział, że są tam, gdzie być powinni.
Tłum odpowiedział przeciągłym pomrukiem, jakby zdumienia, a może ulgi. Kiedy pomruk ten umilkł, Piłat wołał dalej:
– Ale straceni zostaną tylko trzej spośród nich, albowiem zgodnie z prawem i obyczajem na cześć święta Paschy wspaniałomyślny Caesar Imperator jednemu z nich, wybranemu za zgodą władz rzymskich przez Mały Sanhedryn, darowuje jego godne pogardy życie.
Piłat wykrzykiwał te słowa, a zarazem słuchał, jak zamierają ostatnie pomruki tłumu, jak zapada wielka cisza. Żaden szept ani westchnienie nie dobiegały teraz do jego uszu, była nawet taka chwila, w której Piłatowi zaczęło się wydawać, że wszystko dokoła niego zniknęło. Znienawidzone miasto umarło i tylko on jeden stoi w palących promieniach wysokiego słońca z twarzą zanurzoną w niebie. Piłat jeszcze przez chwilę przedłużał tę ciszę, a potem znowu zaczął krzyczeć:
– Imię tego, który za chwilę w waszej przytomności odzyska wolność…
Zrobił jeszcze jedną pauzę, zanim wypowie to imię, zastanowił się, czy powiedział wszystko, co należało, wiedział bowiem, że martwe miasto zmartwychwstanie, skoro tylko padnie imię wybrańca, a wtedy nic z tego, co powie, nie będzie już usłyszane.
“Czy to wszystko?– bezgłośnie szepnął do siebie Piłat.– Tak, to wszystko. – Zatem – imię!”
I rozpościerając nad milczącym miastem głoskę “r” zawołał:
– Bar Rawan!
I wydało mu się nagle, że słońce dźwięcznie pękło nad jego głową i zalało mu uszy ogniem.
Hasało w tym ogniu wycie, piski, jęki, śmiechy i gwizdy. Piłat odwrócił się i przeszedł przez pomost w stronę schodów, nie patrzył na nic, śledził tylko, by się nie potknąć, różnobarwną szachownicę kamyków pod nogami. Wiedział, że jak grad lecą teraz na pomost za jego plecami brązowe monety i orzeszki palmowe, że w wyjącej ciżbie ludzie tratują się i włażą sobie wzajem na ramiona, byle tylko zobaczyć na własne oczy ów cud – człowieka, który był już we władaniu śmierci i który wyrwał się z jej rąk. Byle tylko zobaczyć, jak legioniści zdejmują zeń więzy, sprawiając mu tym mimo woli dokuczliwy ból w wywichniętych w czasie śledztwa rękach, jak człowiek ten, krzywiąc się i pojękując, uśmiecha się zarazem nieprzytomnym, bezmyślnym uśmiechem.
Wiedział, że jednocześnie eskorta prowadzi ku bocznym schodkom trzech związanych więźniów, że wyprowadzi ich za chwilę na drogę wiodącą ku zachodowi, za miasto, na Nagą Górę. Podniósł oczy dopiero wtedy, kiedy znalazł się poza pomostem i wiedział, że nic mu już nie grozi, że nie może już zobaczyć skazańców. Do pomruków tłumu, który już się zaczął uciszać, dołączyły się przenikliwe krzyki heroldów, powtarzających po aramejsku i po grecku to wszystko, co wykrzyczał z pomostu procurator. Piłat usłyszał również przybliżający się rozdygotany tupot końskich kopyt i wesoły, urywany głos trąbki. A potem usłyszał jeszcze przenikliwe gwizdy chłopców, którzy obsiedli dachy domów przy ulicy, prowadzącej od targowiska do placu przy hipodromie, i okrzyki “Uwaga…”
Samotny żołnierz, który stał pośrodku pustej części placu, ostrzegawczo pomachał trzymanym w ręku znakiem. Procurator, legat legionu, sekretarz i żołnierze eskorty przystanęli. Ala jezdnych wypadła cwałem na plac, przecięła go na ukos, omijając bokiem zgromadzone tłumy, by przez zaułek obok obrośniętych winem murów obronnych najkrótszą drogą popędzić na Nagą Górę. Cwałujący na czele mały jak wyrostek i ciemny jak Mulat Syryjczyk, dowódca ali, zrównawszy się z Piłatem krzyknął coś przenikliwie i wyszarpnął miecz z pochwy. Jego dziki, spieniony kary koń uskoczył i stanął dęba. Dowódca wcisnął miecz do pochwy, krótkim biczem smagnął konia po karku, wyrównał do szeregu, dopadł zaułka, przeszedł w galop. Za nim trójkami przemknęli w chmurach kurzu jeźdźcy, podskakiwały groty lekkich bambusowych dzid, przelatywały obok procuratora twarze o białych, połyskliwych, wesoło wyszczerzonych zębach, twarze, które pod białymi zawojami wydawały się być jeszcze smaglejsze. Wzbijając kurz aż pod niebo, ala wpadła w zaułek, koło Piłata przemknął ostatni żołnierz, jarzyła się w słońcu trąbka, którą miał przewieszoną przez ramię.
Piłat dłonią osłonił twarz od kurzu i krzywiąc się z niezadowoleniem ruszył dalej, kierując się ku bramie ogrodów pałacowych, a legat, sekretarz i żołnierze eskorty szli za nim.

Była mniej więcej dziesiąta rano.

Kot i małpka

Ewa Maria Slaska o kotach i rewolucji

Wpis dedykuję Joli i Jurkowi

To oczywiście Maryna Over wstawiła mi na Facebooku ten portret.

frieda-kahlo-malpka-kotFrieda Kahlo,  Self-portrait with Thorn Necklace and Hummingbird, Nickolas Muray Collection, Harry Ransom Center, University of Texas at Austin.

Zawsze, jak przygotowuję te wpisy, dowiaduję się czegoś nowego i zastanawiającego. Tak było też w przypadku tego autoportretu Friedy Kahlo z kotem i małpką. Szukałam o nim jakichś informacji i Google bez zastanowienia wysłał mnie do angielskojęzycznej Wikipedii.  A tam…

Kahlo’s life began and ended in Mexico City, in her home known as the Blue House. She gave her birth date as July 7, 1910, but her birth certificate shows July 6, 1907. Kahlo had allegedly wanted the year of her birth to coincide with the year of the beginning of the Mexican Revolution, so that her life would begin with the birth of modern Mexico. Her work has been celebrated in Mexico as emblematic of national and indigenous tradition, and by feminists for its uncompromising depiction of the female experience and form.

W mojej pracy, a zajmuję się ostatnio cmentarzami, I wojną światową i żydowskimi biografiami, często stykam się z tym, że ludzie, i to wcale nie tylko kobiety, zmienili sobie datę urodzenia. W rodzinach żydowskich jest to chyba nawet regułą, że żadne dane się nie zgadzają, bo wszystko zostało sfałszowane w czasie wojny. Bez tego nikt by nie przeżył. A po wojnie tak pozostało. Ale nawet bez tak oczywistych przyczyn, ludzie ukrywają swój wiek. Najczęściej z kokieterii. W społeczeństwie młodych, pięknych i bogatych nie chce się być starym. Frieda jednak wykracza zdecydowanie poza stereotypy. Oczywiście jest tu przekonanie, że w nowoczesnym społeczeństwie trzeba być nowoczesnym, ale jest też wielkość artystki, która swobodnie wybiera dla siebie role. Być może każdy artysta chciałby być symbolem swojego czasu, a przynajmniej ikoną lub memem, ale Frieda chce więcej. Symbol to za mało. To ona JEST rewolucją.

frida-z-obrazem-z-malpka-kotemNie mam wyjścia, muszę przypomnieć sobie, co wiem o rewolucji meksykańskiej. Trwała od roku 1910 do 1920. Z jednej strony był dyktator Porfirio Diaz, z drugiej Zapata. Rewolucjoniści wygrali. Tyle wiem Ale czy na pewno? Trzeba sprawdzić. Jak to mawia Dorota Cygan – każdy wie, że Mickiewicz napisał Kordiana, ale jednak lepiej sprawdzić.

 

Czytam więc i oczom nie wierzę.

rewolucjameksykanskaRewolucja meksykańska zaczyna się jeszcze przed początkiem I wojny światowej, kończy dopiero w roku 1920. Dyktatora, określanego tu mianem dowódcy kontrrewolucji, wspierają Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, a Niemcy cesarskie, już przecież w agonalnych konwulsjach, wspierają rewolucję! Tę samą rewolucję, która na domowym polu bitwy, w Berlinie, wbija im właśnie sztylet w plecy.  Przypominam sobie, że to Niemcy cesarskie wyciągnęły Lenina z więzienia, opłaciły jego pobyt w Szwajcarii, żeby nabrał sił i pozyskał agentów, po czym w zaplombowanym wagonie kolejowym odesłały go do Rosji, żeby tam bruździł i rewoluździł. Miało to ponoć przyczyny ekonomiczne, tak przemysł niemiecki bronił się przed konkurencją. Mniejsza o to, to zupełnia inna historia. Ważne jest co innego. Rewolucja meksykańska wcale nie zwycięża! Ta rewolucja to wojna, walka, zamaganie, przekonanie o słuszności, ale nie zwycięstwo.

Jednak coś musiało być inaczej, skoro artystka chce być rewolucją, przejmuje ją jako wyraz artystycznego ja, wolności, emancypacji kobiety, zwycięstwa jeśli nie nad wrogiem, to nad konwenansem, chorobą i śmiercią. Rewolucja to Frieda to JA. Nie darmo Frieda zasłynie przede wszystkim jako portrecistka samej siebie. Namalowała 143 obrazy, z tego 55 przedstawia ją samą.

friedaoncemore

Sami mężczyźni i Frieda z małpką. Kota nie widać. Ale oczywiście jest.

Kot i małpa. Hultajów dobrana para. Czy się mylę, czy jest tak, że ta poważna młoda kobieta na portrecie, portretując się z kotkiem i małpką, pokazuje nam język? Młoda kobieta. O tym też trzeba pomyśleć, bo Frieda nigdy nie była, w naszym dzisiejszym pojęciu, stara. Zmarła w roku 1954 i czy miała lat 44 czy 47, to po prostu była młoda.

Kot i małpa. Co Frieda miała na myśli, portretując się z tymi dwoma czarnymi zwierzakami? Wolność, niezależność i samodzielność. Może nawet czarownica. Na pewno kobieta poza konwenasem towarzystkim czy majątkowym. Wyzywające spojrzenie, kot i małpa na ramionach zamiast etoli z soboli.  Odwalcie się wszyscy ode mnie. Ja to ja.

Tak to interpretuję.

***
Wędrując po internecie po tropie tej hultajskiej pary – kota i małpy – trafiłam na informacje, które nie mają żadnego związku z Friedą i jej autoportretem, ale szkoda by o nich nie wspomnieć.

Po pierwsze ta bardzo klasyczna para pojawiła się już u Ezopa, a i La Fontaine o niej napisał. To od nich mamy powiedzenie o tym, że ktoś wyciągnął kasztany z ognia cudzymi rękoma. Pewnie nie wszyscy to pamiętają, ale te kasztany były częścią ulubionej retoryki partyjnej w okresie Marca 68. Ale, przyznaję, nie pamiętam kto był małpą. Izrael? Syjoniści? Może ktoś pamięta?

Jean de La Fontaine

Kot i małpa

Żyła po społu u jednego pana
Hultajów para dobrana,
Kot wszędobylski i małpa niecnota.
Te dwa łotry w całym domu
Nie dały spocząć nikomu:
Co chwila to nowa psota,
Nowa kradzież, figiel nowy.
Kot zjadł sery, zamiast iść na łowy,
A małpa kradła, co jej w ręce wpadło.
Pewnego razu, o szarej godzinie,
Grzało się złodziejskie stadło
Przy kominie; a w kominie
Piekła się dla sług i panów
Garść kasztanów.
Gdybyż je dostać! “Słuchaj no, kolego –
Ozwie się małpa – przyszedł mi do głowy
Figiel podwójny, figiel arcynowy:
Nasz zysk, a przy tym strata dla bliźniego.
Czujesz, jak pachną kasztany?
Pokaż, co umiesz, kotku mój kochany,
Dobądź je z ogniska swoimi łapkami.
Ach! Gdybym miała z natury
Takie jak twoje pazury,
Źle byłoby z kasztanami!”
Kotek, skory do posługi,
Wysunął łapkę, sparzył się raz, drugi,
Dmuchnął w pazurki – i znów do komina;
Zręcznie kasztany wybierać zaczyna,
A co wyciągnie, to małpa wnet zjada.
Wtem do kuchni dziewka wpada.
Małpa w nogi. Na kocie skrupiło się zatem:
Nic nie zjadł, sparzył łapę i oberwał butem.
Tak nieraz małe książątko się sparzy
Walcząc dla zysku mocarzy.

malpaczyli kotHultajska para. A ja tymczasem dowiaduję się, że istniała (istnieje? jak istnieje, skoro nie ma jej w Wikipedii!) małpka zwana kotem morskim (Cattus Marinus) albo kotawcem, przywożona w średniowieczu przez marynarzy, tak lubiane stworzenie, że weszło nawet do heraldyki. Ci którzy takiej istoty nigdy przedtem nie widzieli, myśleli, że to rodzaj kota. Stąd nazwa i bardziej koci niż małpi wizerunek. A zatem kot czyli małpa.

Herb Kot Morski w Heraldyce polskiej wieków średnich Piekosińskiego.

No to na zakończenie jeszcze kot morski z bestiariusza współczesnych gier fantasy. Czytam sobie, że:  Typowy morski kot mierzy 3,6 metra długości i waży 400 kilogramów. No! Ale też wygląda niczego sobie na te 400 kilo.

kotmorski400kiloI tak to jest z tym wpisami. Idą sobie po świecie, jak same chcą. Zaczęłam od Friedy Kahlo, skoczyłam do rewolucji meksykańskiej, Lenina i niemieckich zakusów gospodarczych, przeleciałam pędem od Ezopa przez heraldykę do współczesnej zabawy w fantasy i nagle okazuje się, że wpis się kończy (sam się kończy, uwierzcie mi) potworem morskim.

Do następnego razu! Idę święcić palmy.

 

Koty i dzieci

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

000Don Manuel Osorio de Zuniga - Francisco de GoyaFrancisco de Goya y Lucientes (1746–1828)
The Jules Bache Collection
Don Manuel Osorio Manrique de Zuñiga (1784–1792), possibly 1790s.

Zwróćmy uwagę, że ten namalowany przez Goyę chłopczyk, który tak młodo zmarł i nigdy naprawdę nie dorósł na tyle, żeby być panem, jest jednak panem, nie w sensie wieku lecz przynależności kastowej. Szlacheckie, arystokratyczne dziecko, bardzo ciche, bardzo spokojne, a obok niego ptaki i koty, też ciche i spokojne. Był synem księcia Altamiry. Współczesna krytyka sugeruje, że nic na tym obrazie nie jest prawdziwym portretem, są tu bowiem tylko symbole. Może dlatego wszystko jest tu takie ciche i spokojne. Don Manuel został być może namalowany już po śmierci, ptaszki w klatce są symbolem niewinności, a koty uosobieniem czyhającego na człowieka zła jakim jest nieokiełznana i dzika natura. A takie się wydają ciche i spokojne.
Sroka trzyma w dziobie wizytówkę artysty.

001Sarah Bushnell Perkins1790Również ten portret dziewczynki z kotem został namalowany w roku 1790. Stworzył go być może Beardsley Limner, który działał w latach 1785-1805, ale może być też inaczej i wtedy obraz ten namalowała kobieta, Sarah Bushnell Perkins (1771-1831). Nic nie jest tu pewne.  A ciocia Wikipedia, która zawsze i o wszystkim wszystko wie, w sprawie tego malarza i tej malarki milczy we wszystkich możliwych światowych językach. Barbara Wells Sarudy, autorka strony internetowej o sztuce “It is about a time”, którą już tu cytowałam, pisze: The Beardsley Limner (…) was an itinerant artist who executed several naive portraits along the old Boston Post Road, in Connecticut & Massachusetts, from about 1785 to 1805. This name is derived from portraits this artist made of Elizabeth & Hezekiah Beardsley. The Beardsley Limner may actually be a Connecticut pastelist Sarah Perkins. Some stylistic similarities exist between the two, but there are sufficient differences to raise questions about a definitive identification.

004Albert Anker Suisse 1831-1910-kotAlbert Anker (1831 – 1910), malarz szwajcarski, przywołał tym obrazem (Niedzielne popołudnie, 1861, Musée d’art et d’histoire, Neuchâtel) atmosferę niedzieli w rodzinie protestanckiej, choć po prawdzie nie wiem, co mi mówi, że to protestanci. Ale na pewno tak jest. Najstarsza córka (bądź młoda żona) czyta księgę, ojciec rodziny i córka przysłuchują się z uwagą, najmłodsze dziecko śpi, podobnie jak kot na piecu. Surowe, skromne życie, praca, powaga, wiara, szacunek dla Pisma. Piękne są tu te dzieci, ale też Anker był jednym z najważniejszych malarzy XIX-wiecznych, którzy ustalili kanon malowania dziecka jako dziecka, a nie – jak to przedtem miało miejsce – małego dorosłego. Anker namalował około 600 obrazów, z tego 250 to obrazy z dziećmi. Podobno, tak twierdzi Wikipedia, w jego przedstawianiu dzieci widoczne są wpływy pedagogów Jeana-Jacquesa Rousseau (1712–1778) i Johanna Heinricha Pestalozziego (1746–1827).

005Théophile-Alexandre_Steinlen_Chat_Noir1890 005atheophile-alexandre steinlen La Fillette au ChatTheophile Alexandre Steinlen (1859-1923) jest autorem wizerunku jednego z najsłynniejszych kotów europejskich, mianowicie secesyjnego, czarnego i paryskiego (1896), ale namalował też śliczną grubą dziewczynkę z czarnym kotem, który musiał być istotą niezwykłej wprost cierpliwości. W jego twórczości w ogóle jest dużo kotów, niemiecka Wikipedia nazywa go wręcz “niezmordowanym portrecistą kotów”, a w jego rzeźbie są właściwie tylko koty. Dziewczynka z kotkiem jest aktualnie wystawiona na sprzedaż i chyba nie wolno mi jej reprodukować. Ale w razie potrzeby będę się broniła tym, że zachęcam Was do kupna tego obrazu. Trzeba wejść na tę stronę i podać cenę. Napisałam, że zapłacę 100 euro, ale mail się nie wysłał.

003bRenoir Chlopiec z kotem 003aPierre-Auguste_Renoir_099Tych dwoje dzieci namalował Pierre Auguste Renoir (1841-1919). Niestety nie widziałam filmu Gillesa Bourdos z Michelem Bouquet i Christą Theret (2012) i w ogóle ze zdumieniem stwierdzam, że niewiele wiem o tym artyście, który jest chyba najsłynniejszym XIX-wiecznym malarzem europejskim, ale jeśli myślimy, że umiemy go z daleka rozpoznać, ostrzegam – Renoir w ciągu 60 lat czynnego życia namalował około sześciu tysięcy obrazów. Nie znamy ich, nie możemy ich znać i bardzo to przyjemne, bo zawsze nas coś nowego zaskoczy, tak jak mnie ostatnio ta dziewczynka w Musée d’Orsay.

002dziewczynkazkotkamiAndréeBosquet-1900LauraLaWasilewskaDresdenKatzen2012Andrée Bosquet (1900 – 1980) jest malarzem belgijskim, Laura La Wasilewska młodszą od niego o dwa pokolenia Polką. Czy mi się jednak zdaje, czy te dwie dziewczynki są do siebie podobne, mimo że jedna jest poważna, a druga się śmieje?
X
X
X
Poniżej dwóch chłopców z kotem, obaj zamyśleni, ale jak odmienni. Antoni Clavé (1913 – 2005), L’Enfant au Chat i Giuseppe Migneco. Jego chłopiec jest za duży i za dorosły, ale jednak artysta nazwał ten obraz Ragazzo con gatto (1970).

chlopcy-z-kotami

RomualdasPetrauskasX
Ten gruby żółty kot nadawałby się świetnie na partnera dla kota z podróbki obrazu Wodkina Wiosna, mógłby się więc znaleźć we wpisie sprzed tygodnia o żółtych kotach. Ale zasadniczo, oprócz ilustracji uzupełniających moje wywody, prezentuję tu obrazy nadesłane przez Marynę Over, a ten obraz Maryna przysłała dosłownie na ostatnią chwilę. To zresztą nadzwyczaj ciekawe, bo nie mogła wiedzieć, że tematem dzisiejszego wpisu są dzieci. Ale nie po raz pierwszy Maryna i ja myślimy o tym samym.
Romualdas Petrauskas, malarz kompletnie mi nieznany, podejrzewam oczywiście, że Litwin, ale żeby się czegoś dowiedzieć muszę sięgnąć do wiedzy Wujaszka Gugla. Informacji jest jednak niewiele, bo Petrauskas nie ma wpisu w Wikipedii. Jest jednak na Facebooku, skąd wiem, że to malarz współczesny, Litwin, mieszka w Panevėžys czyli Poniewieżu. Na Facebooku i w sieci jest dużo jego obrazów, czyli już wiem, że ten pucaty chłopiec z pucatym kotem to maniera artystyczna, a nie portret. Obraz zatytułowany jest Berniukas (a Google Translator podpowiada, że znaczy to Chłopak), a namalowany został w roku 2007.
I tak to, dzięki nowoczesnym metodom komunikacyjnym, w ciągu kilku minut dowiedziałam się czegoś o człowieku, o którym przedwczoraj w ogóle nie słyszałam.

Żółte koty

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

W sprawie żółtego kota zdania mogą być podzielone. Bo z jednej strony żółty kot, jak moja osobista Schyzia, to po prostu kot rudy, przedstawiany w uproszczonej gamie kolorystycznej albo jako czerwony, albo jako żółty. Albo jest to kolor metaforyczny.

Francesco d'Ubertino Verdi-appelé BachiaccaTen kot na pewno jest rudy, co podkreśla jeszcze żółta suknia kobiety i jej blond rude włosy. Francesco d’Ubertino Verdi, appelé Bachiacca (1494–1557), włoski manierysta. Kobieta z kotem. Jest to być może pierwszy kot w sztuce europejskiej, przedstawiony jako kocia indywidualność. W średniowieczu roiło się oczywiście od kotów, ale były to zwierzęta alegoryczne, a nie przytulane i kochane stworzenia domowe. Tu natomiast kot został sportretowany dokładnie tak samo jak jego pani. Oboje też patrzą na nas dość podobnie – z ciekawością i bez niechęci, ale niezależnie. To nie są spojrzenia istot, które interesuje, czy są podziwiane, bo same dobrze wiedzą, że są godne podziwu. W przypuszczeniu, że to pierwszy europejski kot indywidualny utwierdza mnie wspominana już tu strona “It is about a time”. Jak było do przewidzenia, również Barbara Wells Sarudy udała się w podróż po europejskim malarstwie w poszukiwaniu kotów i Verdi aka Bachiacca jest pierwszym przedstawionym przez nią malarzem. To ładna strona, obejrzyjcie ją sobie, proszę bardzo, ale pamiętajcie, że dla Was to my z Maryną tworzymy wpisy o kotach a nie pani Barbara, OK?

Włoska malarka Amanzia-koty-juz-raz-byloAmanzia Ammirata Guérillot (1828-1886) namalowała w latach 1840-1850 koty, róże, papugę i złote rybki, a większy z tych dwóch kotów, ten rudy, do złudzenia przypomina Schyzię.

Ciekawe, że Amanzia teraz bardzo mi się podoba, a muszę się przyznać, że wiek XIX przedtem nigdy mnie specjalnie nie interesował, oczywiście pomijając to, co zdarzyło się w sztuce pod koniec tego stulecia. Tak naprawdę malarstwo XIX-wieczne odkryłam dopiero po przyjeździe do Niemiec i spotkaniu oko w oko z Casparem Davidem Friedrichem i Arnoldem Böcklinem.

Koty Amanzii poznałam przez facebookową znajomą – Teresę Bogucką, Maryna z kolei przysłała kilkakrotnie rude kocury, w tym wspaniałego rudzielca Susanny Valadon (1865-1938). Ma na imię Raminou, a w google’u pojawia się jako hasło Raminou Valadon, jakby był członkiem rodziny. Pewnie zresztą był.

SusanneValadon-Raminou siedzący na ręczniku susanne-valadon-raminou2Niezwykłego rudego kota, rodem na pewno z Bułhakowa, namalowano w internetowej przeróbce obrazu Kuźmy Pietrowa-Wodkina (1878-1939) – Wiosna (Zob. TU). Jakbym sama nie znała takiego ogromniastego kocura, to bym złożyła ten obraz na karb artystycznej wyobraźni Podrabiacza. A to zwykłe życie. Pan i kotek wyszli w wiosenne popołudnie poleniuchować na łonie natury.

Kuźma Pietrow - Wodkin-kotogromniastyPiękne rude koty. Jeśli natomiast są metaforycznie żółte, stają się krewniakami żółtej krowy. To słynne zwierzę, jeden z memów XX wieku.

Franz_Marc-The_Yellow_Cow-1911Franz Marc, 1911
Solomon R. Guggenheim Museum Nowy Jork

Krowę namalował Franz Marc (1880-1916). Na ten temat, dlaczego żółta krowa jest żółta, napisano już szczególnie wiele. Podobno symbolizowała ona stosunki pomiędzy artystą i jego żoną. Jest pełna życia, uosabia pierwiastek żeński, zdolność rodzenia i karmienia. Krowa oczywiście, nie żona. Czerwień, żółć i pomarańcz to kolory radości, to kolory natury, ale przecież wcale nie naturalne, lecz wręcz przeciwnie – przesadzone, ekspresjonistycznie uwypuklone. Żółta krowa jest jak słońce, jak gorąca plaża, jak lato, jak beztroska…

Tymczasem żółte koty tego samego artysty, stworzone zaledwie rok czy dwa później, są jednak znacznie bardziej powściągliwe, to żółcienie zgaszone szarościami,  naszkicowane zaledwie, ale ich powściągliwość nie jest szkicowa, one po prostu takie są.FranzMarc-two-cats.1912-1914Zupełnie inaczej ma się rzecz z żółtym kotem Picassa. Jest rok 1939. Kot nie jest aż tak wściekle żółty jak krowa, ale niewatpliwie jest nader… naturalny. To dachowiec, właśnie upolował ptaka i zaraz go pożre. Ma zębiska jak potwór. Siedzę ostatnio w tematyce wojny, tak I jak i II, a jeszcze przecież dręczy nas obawa, czy to, co się dzieje, nie jest początkiem III, ten Picassowski potwór namalowany w roku wybuchu wojny wydaje mi się symbolem, jak to napisał Dante, Tedeschi lurchi, żarłocznych Teutonów.

Picasso - kot pozera ptaka 1939

U Picassa jest zresztą więcej żarłocznych kotów. Ten niebieski jest zaledwie o rok wcześniejszy. Wydaje się jednak trochę mniej przerażający.

picasso_bird1938-1
Na zakończenie kot żółty i kot niebieski. Razem. Znowu Franz Marc:
zwei-katzen,blau-und-gelb

Leżeć z kotem na kanapie, drzemać, marzyć

401px-Kramskoi_Meditator_1876 IwanKramskoj-Dziewczynka z kotem (olga)Ewa Maria Slaska i Maryna Over po raz kolejny o kotach

Zaczyna Maryna: Jest taki obraz XIX-wiecznego malarza Iwana Kramskoja “Zapatrzony”. Na tym obrazie leśną ścieżką idzie zabłąkany chłopak, sam jak kołek, w zadumie. Zapatrzył się.

“Gdyby zapatrzonego trącić – pisze Dostojewski, który przywołuje obraz w “Braciach Karamazow” – drgnąłby, jakby ze snu zbudzony, nieprzytomnie (…) na pewno jednak zataił owo głębokie wrażenie, które odczuwał przez czas zapatrzenia się. Wrażenia owe są mu bardzo bliskie, zbiera je z pewnością, nie wiedząc czemu i po co.”

Są ludzie, którzy składają się niemal z samego zapatrzenia się. Żyją do środka. Samorodni mistycy. Patrzę na mojego kota, który przystanął nagle na ścieżce w drodze z ogródka do domu i wbił cicho wzrok w jakiś punkt we wszechświecie – i wiem, że najbliżej takich ludzi są koty.

Obrazy: Iwan Kramskoj (1837 – 1887): Dziewczyna z kotem (Olga) / Medytator (Zapatrzony)

Dalej Ewa Maria: Ona zresztą też zapatrzona, nieobecna. Leży z kotem na kanapie, a gdzie jest naprawdę? Takie jest właśnie leżenie z kotem na kanapie. Aby pozostać w rosyjskich klimatach, powiem, że jest taka kanapa u Strugackich, w ich cudownej książce Poniedziałek zaczyna się w sobotę – siermiężny ale sprawny teleport. Przenosi w inne miejsca, w inne światy. Na kanapie marzymy. Dlatego nie mieści się tu Kobieta z kotem Fritza Erlera, mimo że typologicznie szezlong, na którym spoczywa, to też kanapa.

Bo popatrzmy:

aldunate-kobieta-z-kotem2Carmen Aldunate, chilijska malarka i feministka. Kobieta z kotem. Była już tu w kocich wpisach, ale tym razem jej kobieta nie jest czujną i uważną strażniczką własnego nagiego ja, jak to było na poprzednio cytowanym obrazie – tu się leży, marzy, drzemie, bo kobiecie, która leży na kanapie z kotem nic nie grozi.
Marie Fox
Marie Fox
. Współczesna artystka amerykańska. TU można o niej poczytać. Twierdzi, że maluje owoce, warzywa, kwiaty, ale zarówno google jak i strony internetowe, pokazują tylko jeden rodzaj jej obrazów – kobiety w kolorowych kostiumach kąpielowych. Na plaży, na molo, na leżaku, na fotelu, na kanapie… Kostium, ta ubrana namiastka nagości, ma zresztą na kobiety Fox taki sam wpływ jak kanapa – rozleniwia.

Wladyslaw Slewinski (1854-1918)

Władysław Ślewiński (1854-1918)

picasso-kobieta-z-kotem-piorko

X

X

X

X

X

X

X

X

X

Mówiłam, że Picasso będzie się pojawiał niemal w każdym wpisie. Tu, jak zauważyła Maryna, zachwycające jest, że wylegująca się na czymś kobieta, trudno powiedzieć, czy to kanapa, ale poza jest wybitnie kanapowa – otóż kobieta małym czarnym piórkiem bawi się z małym czarnym kotem. Kobieta, kot, piórko, zamknięty w sobie, monochromatyczny, samowystarczalny świat.

Pastor, pastorowa, syn

Ewa Maria Slaska (tekst), Dorota Cygan (pomysł – kiedyś pojawi się też tekst, ach!)

Poszłyśmy z Dorotą na wystawę. Nie możemy Wam jej polecić w ramach porad kulturalnych, bo obejrzałyśmy ją na dwa dni przed zamknięciem. Czy warto dodawać, że również danego dnia dotarłyśmy do muzeum na dwie godziny przed zamknięciem? No! Ale obejrzałyśmy i byłyśmy pod wrażeniem. Wystawa nazywała się „Leben nach Luther. Eine Kulturgeschichte des evangelischen Pfarrhauses” i zorganizowało ją berlińskie Muzeum Historyczne, to złożone z dwóch budynków – od frontu barokowy Arsenał (Zeughaus), z tyłu – budynek Ieoh Ming Pei.

taipei-ZeughausTematem wystawy jest dom pastora. Dom pastora, a w nim żona, pastorowa, kojarzy mi się od dzieciństwa nadzwyczaj dobrze, a to dzięki lekturze trzech pierwszych tomów Ani z Zielonego Wzgórza. I to jest porada kulturalna zawarta w tym wpisie. Przypomnijmy sobie tę lekturę. Ileż tam jest achów i ochów na temat pastorów, a jeszcze więcej na temat pastorowych. Ania piecze ciasto i dolewa waleriany zamiast wanilii, Ania przyznaje się do tego, że w sosie utopiła się mysz, Ania wreszcie jest zachwycona nową pastorową, bo ta ma sukienkę z… bufami. Marzenie małej dziewczynki.

Pastor jest tam gdzieś, ale prawdziwą osobą jest w powieściach Lucy Maud Montgomery pastorowa. Kobieta – model do naśladowania, piękna, cierpliwa, wyrozumiała, kochająca. To ona ustanawia słodycz praw rządzących w domu pastora.

Dopiero, gdy już wyrosłam z panieńskich lektur, zobaczyłam, że istnieje odwrotna strona prześwietlonego słońcem domu pastora, gdzie pastorowa na werandzie podaje podwieczorek ślicznym dziewczynkom w muślinowych sukienkach. Istnieje bowiem również Dom Pastora, ciężki, ciemny, ponury, w którym Prawo jest bezwzględne, a nie ma Boga Ojca, bo zamiast niego jest Pastor Ojciec. Ten dom znamy chyba najlepiej z filmu Fanny i Aleksander Ingmara Bergmanna (1918-2007). Bergmann był synem luterańskiego pastora z Uppsali. W Fanny i Aleksander dzieci znoszą okrutne cierpienia w domu ojczyma – biskupa.

johann-peter-hasenclever-um-1847Dzieci pastora wychodzą do kościoła albo wcześnie musi zacząć ćwiczyć ten, kto chce służyć przykładem – obraz Johanna Petera Hasenclevera © Sammlung Vollmer, Wuppertal

W kulturze niemieckiej istnieje pojęcie syna lub dzieci pastorów. Ten obraz, namalowany w roku 1847 przez Johanna Petera Hasenclevera „Die Pfarrerskinder“  znalazł się na plakatach wystawy, na katalogu i na książce z tekstami literackimi. Tu jeszcze jest zabawnie, małe dzieci, małe miasteczko u stóp, mały kościółek, napuszony jak paw syn-pastor, pobożna i skromniutka siostra-pastorowa. Ale bycie dzieckiem pastora to powinność i zadanie. Bo i dom pastora był nie tylko domem rodzinnym, ale i obowiązkiem. Miał świecić przykładem, łącząc powinność wobec Boga z powinnością wobec władzy i obowiązkiem pracy w służbie społeczeństwa. Posłuszeństwo było najwyższą cnotą, a jego egzekwowanie usprawiedliwiało niewyobrażalną już dziś surowość. Dzieci pastorów miały być same pastorami, bądź prawnikami i nauczycielami. Już w roku 1697 pastor Johann Samuel Adami opublikował książkę Das exemplarische Priesterkind – Przykładowe dziecko pastora, o tym, jakie powinny być dzieci ewangelickich księży.

Podobnie jak ojciec i jego żona, również dzieci musiały być wzorcowe. Po to, by to uzyskać ojciec pastor nakazywał,  by je bito, głodzono, zamykano w ciemnych komórkach. Nie były szczęśliwe, buntowały się, cierpiały, ale… Rachunek społeczny się najwyraźniej opłacił. Ktoś zbadał już, że ilość sławnych i zasłużonych osobistości kultury niemieckiej, wywodzących się z domów pastorów przekracza w znacznym stopniu średnią statystyczną. Ponad połowa sławnych osobistości w kulturze niemieckiej od XVI do końca XIX wieku pochodziła z domów pastorskich! 26% niemieckich poetów! Encyklopedie wymieniają tu między innymi Friedricha Nietzschego, Gottfrieda Benna, Hermanna Hessego (ten jako młody chłopak uciekł z domu przed okrucieństwem ojca), Carla Gustava Junga, Alberta Schweitzera. Na wystawie przypomniano też Horsta Wessela, człowieka, który w czasie nazizmu odegrał taką samą symboliczną rolę, jak powiedzmy Hanka Sawicka w życiu wczesnego PRL. W póżniejszych latach nikt już nie wiedział, kim była ta dziewczyna, podobnie jak nikt nie myślał o tym, jakie są zasługi czy losy Horsta Wessela i że to on jest autorem słów partyjnego hymnu. Była po prostu pieśń Horsta Wessela (Horst-Wessel-Lied) i żarciki głosiły, że nazistą może zostać tylko ten, kto jest w stanie utrzymać ramię w hitlerowskim pozdrowieniu przez co najmniej trzy minuty i 20 sekund, a więc tak długo, jak długo śpiewa się tę pieśń. Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! / Sztandar w górze, szeregi zwarte! Pieśń cieszyła się ogromną popularnością, a po śmierci autora, zastrzelonego w roku 1930 przez komunistę Albrechta Höhlera, stała się świętością ruchu. Dziś jest oficjalnie zakazana, ale w Wikipedii można jej odsłuchać:

http://de.wikipedia.org/wiki/Horst-Wessel-Lied

Bergmann i Hesse, idole mojej młodości, urodzili się w pastorskich domach i potrafili okrucieństwo wychowania przesublimować w wielkie dzieła humanizmu. I tak widziałam rolę domu pastora w kulturze niemieckiej czy szerzej – protestanckiej. Tymczasem Horst Wessel, tak jak oni, syn pastora, pokazuje mi, zbieraczce ciekawostek i anegdot, że dziedzictwem pastorskiego wychowania może też być zapiekły nacjonalizm i konserwatyzm. I że to być może tacy właśnie synowie pastorów stworzyli podwaliny tego, co zdarzyło się w Europie i sto lat temu i przed 75 laty.

Mówię Wam, to ciężka praca, sprawdzać, jaki sens ma to, w co chcielibyśmy wierzyć.

Koty przyjaciółek-artystek i przyjaciół-artystów

Ewa Maria Slaska
O kotach
a wszystko przez
Marynę Over

Wszystkie mamy przyjaciół-artystów i przyjaciółki-artystki, myślę, że w naszym kręgu nie może się zdarzyć inaczej, zdarza się natomiast, że ci artyści i artystki te też lubią to, co i my lubimy, czyli, żeby pozostać przy aktualnych upodobaniach – koty. Kobiety, jak mi się wydaje, czynią to częściej.

Pierwsze koty naszych przyjaciół nadesłała moja siostra Kasia do blogu “Jak udusić kurę…” Były to dwa rysunki Marioli Landowskiej przedstawiające kota Papuę. Użyłam ich do zilustrowania dwóch wpisów: W piętkę gonię (tam jest też piękne zdjęcie mojego kota czyli Schyzi) oraz Na pociechę dla chorych, smutnych i przepracowanych.

Minęły dwa lata i okazało się, że Maryna Over też zna Mariolę Landowską czyli, jak wszyscy dobrze wiemy, świat jest mały. Mariola jest, jak się okazało, na stronie Maryny o kobietach i sztuce No women no cry, a mnie Maryna podrzuciła jeszcze Romans:

MariolaLandowska-romansRomans wakacyjny, wszystko o tym świadczy, rower, łódka, piłka, namiot, palma. List, strzała amora. Kot jako jeden z elementów sytuacji życiowej. Taki bezczelny kocur, co to łazi własnymi drogami i wszedł na drogi kochanków. Ale jak się dokładniej przyjrzeć, to znajdzie się w tym romansie nie tylko kocura w błękitach, ale i maleńkiego kociaka w barwach skorupki jajka. Nowonarodzony kotek. Wszedł jeszcze w skład romansu, ale pewnie już go kończy. Kotki rodzą się w sierpniu. Pod koniec wakacji. Pojawił się sam dla siebie, czy jest zapowiedzią zmian w życiu kobiety? Jeszcze nikłą, niemal niewidoczną…

Więcej o Marioli Landowskiej TU. Tu natomiast Janusz Bersz, artysta, ukochany Dziadek Maryny, bliski przyjaciel mojej Teściowej. Mówię przecież, świat jest mały. Ja też znałam Janusza Bersza, Dziadka Maryny.

janusz-bersz
Kotka doszukałam się z pewnym trudem, Maryna jest chyba zdania, że wcale go tu nie ma (jest jest, też niebieski! wygląda trochę jak żaba), uważa natomiast i chyba nie bez racji, że ten krajobraz z dworkiem i zamkiem to Bystrzanowice, dwór dziadków mojego męża, gdzie Janusz Bersz jako młody chłopak często bywał. Jeśli tak, to ten zamek u góry to Złoty Potok Raczyńskich, pan i pani koło drzewa to mogą być Dziadek Stanisław i Babcia Konstancja, a dziewczyna w niebieskiej sukience to moja Teściowa.

bystrzanowice-berszTa akwarela, namalowana przez Dziadka Maryny, znajduje się w zbiorach mojej Teściowej. I pomyśleć, że poznałyśmy się z Maryną dzięki Facebookowi.

O Bystrzanowicach było już na blogu – wiele miesięcy temu zamieściłam fragment wspomnień mojej Teściowej o aresztowaniu jej Ojca, Stanisława Grabkowskiego i utracie Bystrzanowic w roku 1945, a dwa dni temu, na rzecz tego wpisu, opublikowałam TU rozdział o życiu codziennym w Bystrzanowicach i przez najbliższych kilka tygodni będę publikowała dalsze fragmenty tej rodzinnej książeczki.

basia-kotDo zbioru zatytułowanego roboczo “Koty stworzone przez naszych przyjaciół” koniecznie trzeba dodać drewnianego kota Barbary Ur. O niej też już tu pisałam, dziś – kot! Kiedyś było tych kotów 50, ostał się tylko jeden. Zostały przygotowane na jakąś wystawę w galerii i klienci rozchwytali je jak ciepłe bułki. Kot należy do kolekcji wysokich smukłych rzeźb Barbary jak Sandra i Kosandra, jak Madonna dźwigająca dziecko na plecach, jak portrety, totemy i demony z całego świata. Przypomnijmy je sobie – są TU.

kotpionwolf

Jest jeszcze kot Wolfa Howarda, który wisi u mnie w kuchni. Howard nie jest moim przyjacielem, ale wystawiał kiedyś w Galerii Zero, prowadzonej przez moją synową i mojego syna, i to z nimi się zaprzyjaźnił. Ciekawe, że jak powiesiłam kota w kuchni, jedna z moich przyjaciółek rzuciła na niego okiem i powiedziała, o, Howard! Okazuje się, że to postać dobrze znana, również z konszachtów z kotami. Namalował między innymi kota ze statkiem w tle. To słynny obraz – Mrs Chippy – i słynny statek, dużo o nim wiem z okresu, gdy redagowałam książkę mojego Ojca, Dariusza Boguckiego, o żeglowaniu w lodach. Sam Howard tak napisał o tym obrazie, broniąc niejako swego pozornie naiwnego sposobu malowania:

Wolf_Howard._Mrs_Chippy“People have said do me, ‘What’s the point in painting a cat? My five-year-old daughter could do that.’ Yes, she could, but would it be a cat that had the look in its eyes that conveyed to you that it was about to be shot? That’s the fate that befell Mrs. Chippy during one of the greatest survival adventures ever—Ernest Shackleton’s voyage to the Antarctic in 1914 on the ship Endurance—shown in the background of the painting , stuck in the ice, as the crew drag the small open boat which later accomplished an 850-mile rescue journey through sixty-foot waves.That’s the difference between my cat and a five-year-old’s.”

Moja synowa Ania podarowała mi kiedyś niebieskiego kota. Podobnie jak kot Howarda – niebieski kot z ogonem w kształcie serca mieszka w kuchni.

kotanikrenzA tu dwoje przyjaciół Maryny Over: Jolanta Pilimon

jola-pilimon-kobiety-i-kotyi Krzysztof Figielski

Krzysztof Figielski kotek

oraz przyjaciółka Doroty Cygan – Edyta Purzycka

edyta-purzycka

Książka o Mamie

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

wystawaKończę dziś wpisy o Mamie. To nie znaczy, że nie mogłabym jeszcze napisać wielu historii o niej, ale moim zdaniem nie wniosłyby one już nic nowego, ani do tego, czego Czytelnik może dowiedzieć się o niej, ale i do tego, czego przy okazji może dowiedzieć się o mnie. Każdy już wie, że Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, ale właściwie była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta wielokrotnym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach. Uważni Czytelnicy doczytali się zapewne, że nie była najlepszą gospodynią domową, ale wiedzą również, że w ogóle się tym nie przejmowała. Domyślą się też, że teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć nie wiem, czy mam prawo mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Ale kto powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo? Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale na pewno było ciekawie. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo nagrodą jest dobrze wykonana praca, a nie masa towarowa.

No i tak właśnie zrealizowałam swoje życie.

Bez sensu, ale, Mama powinna być ze mnie naprawdę zadowolona, bez najmniejszych osobistych korzyści. Wszyscy mnie przegonili w wyścigu, a jeśli biegnąc mogli mi coś zabrać, to zabrali.

Z tego co przez ostatnie miesiące i lata napisałam o Mamie, zamierzam ułożyć książkę. Również i dlatego nie mogę już tu więcej pisać, bo blog może trwać choćby wiecznie, ale książkę kiedyś trzeba skończyć.

Nie wiem, jaka ona naprawdę będzie, ale na razie ustanowiłam kilka obowiązujących w niej praw:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w Internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam, a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce. Na razie nic takiego się nie zdarzyło.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę nawet, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo…

I tu tekst się zakręca jak wąż Ouroburos. Po “bo” proszę przeczytać pierwszy wpis na tym blogu, zatytułowany, jakżeby inaczej, “Blog”.

Reblogs: Drei Jahre danach / Trzy lata później

11.03.2011 / 11.03.2014

Katastrofa nuklearna w Fukushimie nastąpiła 11 marca 2011 roku, gdy tsunami uderzyło w położoną na północ od Tokio siłownię Fukushima, powodując stopienie się prętów paliwowych w trzech reaktorach oraz promieniotwórcze skażenie okolicznych terenów, z których ewakuowano 160 tys. ludzi. Awarii w Fukushimie przypisano najwyższy, siódmy stopień w skali INES (mierzącej od 0 do 7 stopni), który był przypisany katastrofie w Czarnobylu z 1986 r. Po awarii powstały setki stalowych zbiorników na skażoną wodę. W kilku z nich odnotowano nieszczelność, w sierpniu 2013 r. wyciekło 300 ton skażonej wody, w lutym tego roku – 100 ton. Japońskie władze zaklasyfikowały incydent sierpniowy jako trzeci stopień na skali INES. Rzecznik TEPCO, firmy zarządzającej elektrownią, Masayuki Ono, zapewnił, że podejmuje się „różnego rodzaju działania” w związku z wyciekiem, ale że jest mało prawdopodobne, żeby skażona woda dotarła do oceanu.

Trzy lata temu, po katastrofie w Fukushimie, Żywia Karasińska-Fluks opublikowała na blogu “Jak udusić kurę” opowiadanie zatytułowane “Gdzie jest Kazuko?” Sięgnijmy po nie w trzecią rocznicę katastrofy.

Fukushima-530x298

Sind es weiterhin Obdachlosen, die dort arbeiten? Czy w Fukushimie nadal pracują bezdomni?

Nuklearkatastrophe von Fukushima begann am 11. März 2011 mit dem Töhoku-Erdbeben und lief gleichzeitig in vier Reaktorblöcken ab, wo es zu Kernschmelzen kam. Große Mengen an radioaktivem Material wurden freigesetzt und kontaminierten Luft, Böden, Wasser und Nahrungsmittel in der land- und meerseitigen Umgebung.

Kurz vor dem dritten Jahrestag der Reaktorkatastrophe warnte die internationale Ärzteorganisation IPPNW (International Physicians for the Prevention of Nuclear War) vor der Vertuschung gesundheitlicher Folgen. Laut der Bielefelder Ärztin Angelika Claußen werden Ärzte in Japan von der Regierung unter Druck gesetzt, wenn sie nach medizinischen Folgen der Katastrophe suchen. Die Journalistin Oshidori Mako berichtet von immer neuen Lecks am Reaktor und von Schulen, die Lebensmittel aus der Region verwenden müssen, um deren Unbedenklichkeit zu demonstrieren.

Am 3. Jahrestag der Katastrophe sehen wir uns einen kleinen Film von der
Aktuelle Stunde, gesendet am 08.03.2014 unter dem Titel: Fukushima – die verschwiegene Gefahr