Do dzieci i młodzieży/ An die Kinder und Jugendlichen!

filmdzieciZgłaszajcie się!

Czy imigracyjne pochodzenie może być naszą zaletą?
Co wnosimy do kraju, do którego emigrujemy i co otrzymujemy?

Z tymi pytaniami już pod koniec sierpnia zmierzy się grupa młodzieży w wieku
14-18 lat i udzieli na nie odpowiedzi w sposób filmowy.

W ciągu pięciu dni młodzi filmowcy będą mieli okazję stać się aktorami, reżyserami, operatorami, kierownikami planu filmowego, montażystami – jednym słowem, będą mogli wypróbować się w różnych zawodach filmowych.

Film, który powstanie w ramach warsztatów, będzie prezentowany w TV ALEX oraz weźmie udział w konkursach filmowych, przeznaczonych dla młodych twórców.

Warsztaty są darmowe i wciąż są jeszcze miejsca… a więc,

Kamera… akcja!

Zgłoś się pod adres email: aktywnie.prs@gmail.com
lub zadzwoń: 01758595921

Kolejna edycja rusza już pod koniec sierpnia 2015 roku

Ostatnim razem było fantastycznie! Zobaczcie sami!

https://vimeo.com/123721581

***

Meldet Euch an!

Kann ein Migrationshintergrund auch ein Vorteil sein?
Was bringen wir in ein Land ein, in das wir emigrieren und was erhalten wir im Gegenzug?

Mit diesen Fragen wird sich eine Gruppe von Jugendlichen im Alter von 14 bis 18 Jahren bereits Ende August auseinandersetzen und uns ihre filmischen Antworten präsentieren.

Im Laufe von fünf Tagen werden junge Filmemacher/innen die Möglichkeit haben Schauspieler/in, Regisseur/in, Kameramann/-frau, Aufnahmeleiter/in, Cutter/in zu sein – mit anderen Worten werden sie die Möglichkeit haben sich in unterschiedlichen Filmberufen auszuprobieren.

Der Film, welcher im Rahmen dieses Workshops entsteht, wird bei Alex TV ausgestrahlt und bei Filmfestivals für junge Filmemacher eingereicht.

Der Workshop ist kostenlos und es gibt noch freie Plätze, also …
Kamera ab!
Melde Dich einfach an unter
E-Mail: aktywnie.prs@gmail.com
oder telefonisch: 01758595921

Die nächste Runde startet Ende August 2015
Beim letzten Mal hat es sehr viel Spaß gemacht! Schaut rein!
https://vimeo.com/123721581

Reblog: Nowa polska proza z Podhala

Mariusz Koperski

Śmierć samobójcy

ROZDZIAŁ I

Wyłączył latarkę i spojrzał na zegarek. „Jeszcze minuta” – obliczył szybko. Odczekał chwilę, a potem zmrużył oczy, tak że światło, które rozbłysło w tym momencie, nie oślepiło go. „Banalna sztuczka, kto się na to nabierze? Wystarczy, że ktoś obserwuje mieszkanie przez kilka dni. Od razu wpadnie na to, że w domu nie ma żywego ducha, kiedy włącza i wyłącza się światło” – ze spokojem podszedł do nieudolnej próby zabezpieczenia domu przed włamaniem. Ale dla niego tym lepiej. Nie musiał marnować czasu na rozbrajanie alarmu, na którym zaoszczędził właściciel, no i mógł dowoli poruszać się po mieszkaniu przy zapalonym świetle nie wzbudzając podejrzeń. Musiał tylko uważać, by nie zbliżać się do okien od strony ulicy.

Rozejrzał się wokół. Uwielbiał drewniane domy. Wciągnął powietrze nosem. Ten był całkiem nowy i wyraźnie wyczuwało się jeszcze zapach drewna. Wywoływał miłe skojarzenie z sosnowym lasem. Z trudem powstrzymał się, by nie przeciągnąć palcami po grubych belkach tworzących ściany domu.

Stał w wejściu do dużego pokoju pełniącego najwyraźniej rolę salonu. Duża, czarna, skórzana kanapa na środku, przed nią mały stolik ze szklanym blatem, a dalej 32-calowy telewizor starego typu. Poza tym mnóstwo drobnych mebli i drobiazgów, które razem nie tworzyły jakiejś spójnej estetycznie całości, ale w połączeniu z ciepłem bijącym od drewnianych ścian, skutecznie budowały atmosferę przytulności.

Spojrzał w górę. Pod sufitem, przez całą szerokość salonu, przeciągnięto grubą, drewnianą belkę zdobioną rzeźbieniami z motywami ludowymi i jakimś napisem. Zmrużył oczy, ale mimo wysiłku nie udało mu się go odczytać. „To będzie dobre miejsce. W sam raz” – pomyślał uśmiechając się. Ponownie spojrzał na zegarek. Miał dokładnie dwie godziny i piętnaście minut do momentu, kiedy wyłącznik czasowy przywróci w mieszkaniu całkowitą ciemność.

Właściwie to miał być teraz na urlopie – siedzieć w jakiejś kafejce w jednym z urokliwych miasteczek Toskanii, popijać espresso lub prosecco i patrzeć na różne wcielenia Moniki Belucci. Już był spakowany i gotowy do wyjazdu, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił ten, któremu się nie odmawia. Przyjął zlecenie, nawet słowem nie wspominając o planowanym urlopie. Taka praca. Przez chwilę myślał nawet, żeby zrezygnować z honorarium, ale doszedł do wniosku, że byłoby to chyba przesadnym lizusostwem i przystał na swoją zwykłą stawkę. Pewnym pocieszeniem było miejsce, gdzie miało dojść do realizacji zlecenia – Zakopane. Dawno tu nie był. Lata całe. To nie to samo, co Toskania, ale też jakaś namiastka urlopu.

Włożył lateksowe rękawiczki. „No dobrze, dowiedzmy się, kim naprawdę jest pan Rylski” – zastanowił się, przekraczając próg salonu. Bardzo lubił tę fazę swojej pracy. Przygotowanie. Rozpoznanie. Poznanie. Poznanie drugiego człowieka. Ofiary. Sama egzekucja to finał i w pewnym sensie formalność. Ale trzeba do niej doprowadzić. Poznawanie drugiego człowieka, odkrywanie jego tajemnic i słabości, to było w tym wszystkim najbardziej fascynujące. Zawsze bardzo dokładnie przygotowywał się. Wszystko miało być zaplanowane ze szczegółami. Jak najmniej improwizacji, jak najwięcej perfekcjonizmu. Czasami chyba przesadzał, ale z drugiej strony wiedział, że w tej profesji błąd może wiele kosztować. Życie lub wolność.

Takie nastawienie do pracy przyniosło w końcu efekty. Od kilku lat dostawał tylko specjalne zlecenia. Szczególne przypadki, wymagające wyrafinowania i wyobraźni. Nie był zwykłym „cynglem” na usługach jakiejś mafii, rzeźnikiem, któremu zabijanie i zadawanie bólu ofiarom sprawia przyjemność. Wzywano go tylko wtedy, kiedy chodziło o coś więcej niż likwidację osoby, sprawiającej kłopoty. Dla niego było to jak osobliwa sztuka teatralna, która miał wyreżyserować. Jego zadaniem było pokierowanie aktorami spektaklu w ten sposób, by doszło do oczekiwanego finału. „Jestem artystą” – myślał o sobie, ale nigdy tego na głos nie mówił, bojąc się, że ktoś poczyta to za arogancję. Wolał uchodzić za chłodnego i powściągliwego. I tak się rzeczywiście działo.

Na lewo od wejścia znajdował się piękny kominek z ciemnozielonych kafli. Na kominku stało kilka fotografii w ramkach. Największa przedstawiała trzyosobową rodzinę, najwyraźniej małżeństwo z kilkuletnim chłopcem. Rozpoznał Rylskiego. Pociągła twarz z kilkudniowym zarostem, krótkie blond włosy z wyraźnie widocznymi już zakolami. Uśmiechał się do obiektywu obejmując żonę i syna. Chłopiec podnosił głowę spoglądając na ojca. Kobieta wtulała się z czułością w ramię mężczyzny. Wzruszające. Rodzinna idylla, która jeśli wciąż trwa, skończy się za jego sprawą.

Na ścianie obok kominka wisiały oprawione zdjęcia Rylskiego z dawnymi osobistościami świata politycznego. Byli prezydenci, byli premierzy i byli wielcy opozycjoniści. Tylko niektórzy z nich utrzymywali się ciągle jeszcze na powierzchni, sławę wielu rozwiał bezlitosny wiatr historii. Zagwizdał z podziwu. „No, no, pan redaktor był kiedyś prawdziwą gwiazdą. A kim jesteś teraz, panie Rylski? Kim jesteś naprawdę?”.

Po salonie przyszedł czas na inne pomieszczenia. Na parterze znajdował się jeszcze gabinet Rylskiego. Stało tu duże biurko z ciemnego drewna, a dwie ze ścian były zastawione regałami pełnymi książek. Zatrzymał się na chwilę przy kilku półkach z beletrystyką. Książki dużo mówią o człowieku, nawet jeśli ich nie ma. Mimowolnie uśmiechnął się widząc tam swoje ulubione Życie. Instrukcja obsługi Perec’a. Obok stało siedem tomów W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Z piątego wystawała kolorowa zakładka. „Brawo” – pomyślał. – „Ja doszedłem tylko do czwartego. Ciekawe, czy ktoś przeczytał wszystkie siedem?”. Poczuł nagłą sympatię do dziennikarza. Wcale mu to nie przeszkadzało. Zdarzało mu się już wcześniej polubić swoją ofiarę. Ale i tak w końcu robił swoje. Taka praca.

Na biurku panował twórczy bałagan. Mnóstwo wycinków prasowych, wydruków z komputera, kserówek. Na tych ścianach, które nie były zastawione książkami, wisiały oprawione w antyramy artykuły podpisane nazwiskiem Rylskiego i zdjęcia. Przyjrzał się temu dość dokładnie, ale nie znalazł nic ciekawego. Również wnętrze biurka nie zawierało niczego, co mogłoby mu pomóc w wykonaniu zlecenia.

Wszedł na piętro. Znajdowały się tu dwie sypialnie, jedna małżeńska z dużym podwójnym łóżkiem na drewnianej ramie, druga była właściwie pokojem dziecinnym. Automatyczne włączniki światła były podłączone tylko do dwóch lamp znajdujących się na parterze w salonie, wyjął więc z kieszeni małą latarkę.

W sypialni małżeńskiej już na pierwszy rzut oka coś się nie zgadzało. Podszedł do dużej szafy z klejonego, sosnowego drewna i otworzył ją. Od razu zauważył, czego brakowało. Były koszule, krawaty, garnitury, męska bielizna. Ale ani śladu damskiej garderoby. Zamknął starannie szafę i wyszedł z sypialni. Także w pokoju dziecinnym było coś zastanawiającego. Sam nie miał dzieci, ale wiedział dobrze, że nienaganny porządek, jaki tu zastał, nie jest czymś normalnym. Mnóstwo zabawek ustawionych porządnie na dwóch małych regałach, łóżeczko wzorowo pościelone jak na obozie harcerskim, nie, tak nie wyglądają pokoje chłopców w tym wieku. Wszystko wskazywało więc na to, że Rylski mieszkał tu sam. Żona z dzieckiem wyprowadziła się z jakiegoś powodu i on musiał ten powód poznać.

Stanął na chwilę na środku dziecięcego pokoju i zamknął oczy. Dotarły do niego stłumione odgłosy miasta żyjącego swoim wakacyjnym rytmem. Strzępy dyskotekowej melodii z jakiejś imprezy „open air”, pojedyncze pohukiwanie samochodowych klaksonów, śmiechy ludzi, którzy korzystali z atmosfery letniej, urlopowej niefrasobliwości i cieszyli się, że choć przez parę dni mogą zapomnieć o szarej codzienności. „Zakopane! Jestem w Zakopanem. Jestem w pępku świata!” – nie pamiętał już, skąd znał to określenie miasta pod Giewontem.

Nagle pośród tych dźwięków pojawił się całkiem blisko odgłos trzaśnięcia zamykanej furtki i chwilę potem usłyszał kroki na schodach prowadzących na ganek. Otworzył oczy, wyłączył latarkę i zamarł w oczekiwaniu. Ktoś otworzył drzwi wejściowe i wszedł do holu. Spojrzał na zegarek. „Tylko bez paniki! Jeszcze chwila. Chwila powinna wystarczyć” – uspokajał sam siebie. Kilka sekund później w całym domu zgasło światło, na dole ktoś potknął się o coś lub w coś uderzył, a męski głos zaklął:  – Cholera jasna z tym światłem!

Dwie dziewczyny z cmentarza w Gatow (2)

Ewa Maria Slaska

Tam gdzie rosną miłorzęby…

Pisałam już o dziewczynach z cmentarza w Gatow, ale zrobiłam to jak zwykły dziennikarz – sprawdziłam, co znajdę w internecie i z tego, co znalazłam, ułożyłam wpis. Jednak nie dawała mi spokoju myśl, że normalnie tak nie pracuję i że jeżeli piszę o otaczającej mnie rzeczywistości, to zawsze przecież sprawdzam, jak ona wygląda. W każdym razie staram się sprawdzić. Gatow nie dawało mi więc spokoju. To bardzo odległa część miasta i na dojazd tam trzeba poświęcić kilka godzin. Raz już dotarłam nawet do Spandau, leżącego na odległych zachodnich rubieżach miasta i poczciwie poczekałam pół godziny na autobus jadący do Poczdamu przez Gatow, a gdy wreszcie podjechał, lunął tak potworny deszcz, że choćbym nawet znalazła cmentarz i groby, to i tak raczej utopiłabym aparat niż zrobiła jakąkolwiek fotę. Wróciłam więc do domu. Jak niepyszna.

Po raz drugi dotarłam do Spandau 23 lipca, bo miałam na 19 bilety na koncert Van Morrisona w Szpandawskiej Cytadeli. Tym razem pogoda dopisała. I szczęście też. Cmentarz jest wielki i pusty, i nie ma tam żadnych informacji, ponad to, co być musi. Są ogłoszenia, plan i pożółkła kartka o Yun I-sang (1917–1995), koreańskim muzyku, najbardziej prominentnej osobistości, którą tu pochowano. Nigdy o nim nie słyszałam, co oznacza zapewne, że nie słyszałam też niczego, co skomponował, tymczasem lista jego kompozycji jest długa, poczynając od kompozycji solowych a na czterech operach kończąc.

***
Kręcę się niepewnie przy wejściu na cmentarz, nie bardzo wiem, dokąd mam iść. W internecie znalazłam numer kwatery, gdzie pochowano Hatun Sürücü, ale nigdzie nie ma informacji, gdzie leży anonimowa syryjska uciekinierka z dzieckiem. Pytam dwoje czy troje ludzi wychodzących z cmentarza. Nikt nic nie wie. Wreszcie rezygnuję z prób dowiedzenia się czegokolwiek, idę w prawo i na sam koniec cmentarza, bo tam leży Hatun.

gatow-hatunJuż po wizycie na cmentarzu, ale jeszcze zanim opublikuję ten wpis, w berlińskim brukowcu pojawi się 29 lipca imię Hatun i informacja, że jej brat-morderca, który mieszka teraz w Istambule i prowadzi tam budkę z jedzeniem oraz pracuje dorywczo jako bodyguard, został niedawno – podobno przez pomyłkę – zatrudniony jako ochroniarz podczas jakiejś uroczystości urządzanej przez Ambasadę RFN w Turcji. Chyba dość poważne zaniedbanie, na ale cóż, każdy robi błędy, nawet Bóg…

Chodzę po cmentarzu mając nadzieję, że przez przypadek znajdę też  grób owej Syryjki. Zakładam, że jest nowy i że będzie go łatwo odróżnić. Założenie słuszne, ale nie do końca, bo ani po drodze, ani tam gdzie leży Hatun, nie ma nowych grobów. Nie ma też nikogo, kogo można zapytać.

Wracam, przy wyjściu spotykam Araba w bojówkach i zielonej koszuli. Nie wiem dlaczego, ale dochodzę do wniosku, że to pracownik cmentarza. Pomyliłam się. Nie jest pracownikiem cmentarza i nic nie wie o grobie. Idę dalej, niezadowolona z siebie, marny ze mnie dziennikarz, skoro nie umiem znaleźć miejsca, o którym niespełna miesiąc temu trąbiła cała prasa niemiecka. Pytam w kwiaciarni. Sprzedawczyni marszczy czoło, zamyśla się wyraziście, wreszcie mówi, na samym końcu, po lewej stronie, tam są nowe groby. Być może jest to kwatera 11 A. Wracam, nie ma, nie ma nowych grobów, nie ma tabliczek, trzej grabarze, którzy kopią nowy grób też nic nie wiedzą. I wtedy z daleka widzę “mojego” Araba w zielonej koszulce. Obok stoi jakiś drugi, w koszuli w kratę. Obaj machają bardzo podekscytowani. Już wiem, że znaleźli dla mnie ten grób. Wcale mnie to nie dziwi. Zapytałam, rzuciłam pytanie w przestrzeń, i grób się znalazł. Jak masz do zrobienia coś ważnego, to świat się tak właśnie spolegliwie układa.

Dróżki nie utwardzone, pełne kałuż po porannym deszczu. Błoto. Idę. Arab w koszuli w kratę prowadzi mnie kawałek dalej. Tu, mówi. Tu ona leży. A obok jej dziecko.

gatow-syryjka-2grobyWyższy grób to Mama, niższy – dziecko.
Niech odpoczywają w pokoju.

Nie ma żadnej informacji ani napisu. Nadal nie wiem, jak się dziewczyna nazywała. Nie wiem nawet, czy to na pewno jej grób. Ale wtedy widzę, że przy obu mogiłach posadzono drzewka miłorzębu japońskiego. Symboliczne drzewo, nie tylko zresztą w Berlinie, symbol zmartwychwstania i sił natury zdolnych pokonać zło, sprawione przez ludzi. W Berlinie powszechnie używany przez osoby zaangażowane politycznie. Kiwam głową, dziękując mojemu przewodnikowi. Tak, to na pewno tu.

gatow-gingko-grob gatow-gingko

Kwatera 12-A-20 i 21

Strümpfe stopfen

Do moich polskich Czytelników – we wpisie jest mowa o cytacie z powieści Henninga Mankella Piąta Kobieta. Cytat dotyczy cerowania skarpetek. To bardzo ważny cytat. Kiedyś znalazłam link do tego cytatu po polsku, ale niestety w międzyczasie zniknął.

Ewa Maria Slaska

Wallander, Die Fünfte Frau und das Stopfen der Strümpfe

Ich lese gerade den 5. Roman von Henning Mankell. Gestern fand ich dort einen wichtiger Absatz, der eigentlich mit der Handlug der Krimistory nichts zu tun hat, viel aber mit dem Stand der unseren Gesellschaft. Wallanders Worte über Strümpfestopfen. Ich fand es interesant, dass ein sensibler Mensch schon in den 90gern, schon in reichen Schweden dies gesehen hat, was wir erst 10, 15, 20 Jahre später bemerkt haben. Er wusste, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Und so war es. Und so ist es. Und es läßt sich nicht ändern. Nicht umkehren. Ich dachte, ich möchte darüber hier, in diesem Blog erzählen, weil es so wichtig ist. Und dann fand ich, dass ich nicht die Einzige bin, die die Wörte von Mankell bemerkenswert findet. Es sind im Internet mehrere, die es tun. Ich möchte hier einem von Ihnen zitieren: Pastor Max Toepffer. 2012 schrieb er in einem Pfarrbrief:

Ich bin ein großer Krimi-Fan und besonders angetan haben es mir Kriminalgeschichten aus Skandinavien. Vor einigen Jahren las ich in einem Buch des schwedischen Schriftstellers Henning Mankell eine Passage, die mich sehr nachdenklich gestimmt hat. Da fragt Linda ihren Vater, den Kommissar Wallander, warum es so schwer sei, heute in Schweden zu leben:

„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an.„Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen. Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte. Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung! Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“

Soweit Kurt Wallander im Roman „Die fünfte Frau“. Das, was Henning Mankell da für Schweden feststellt (Schweden 1996 – noch so eine schöne Zeit! – Anm. EMS), gilt genauso für Deutschland wie für alle Staaten der westlichen Welt. Das Wegwerfprinzip hat tatsächlich unser Leben, unsere Wertvorstellungen, unsere Moral nachhaltig verändert. Es hat unsere Auffassungen von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Und es mündet (überspitzt formuliert) in die bittere Feststellung: Wo man alte Socken wegwirft, da wirft man am Ende auch Menschen weg?! (Heine? wo man Bücher verbrennt, verbrennt man auch am Ende Menschen – Anm. EMS) Oder was zählt denn heute ein Arbeitnehmer auf dem Arbeitsmarkt, wenn er die 50 überschritten hat? Was zählt ein Hartz IV-Empfänger? Was ist ein Mensch in unserer Gesellschaft wert, wenn er körperlich, wenn er psychisch beeinträchtigt ist? Zu was ist ein alter Mensch noch nütze? Was erfahren Menschen mit Migrationshintergrund an Ausgrenzung, an handfester Gewalt in Deutschland? Und warum gibt es so viele Menschen, die am Rand unserer Gesellschaft stehen? So viele Einsame und Einzelgänger? So viele Erwachsene und Kinder, die im Grenzbereich einer menschenunwürdigen Existenz leben müssen? Warum ist alles so viel härter geworden? Und warum gibt es so viele Menschen, die sich überflüssig oder sogar unwillkommen fühlen?

Wenn ich in die Bibel schaue, wird mir wieder bewusst, wie so ganz anders Jesus mit Menschen umgeht – mit Menschen in Grenzsituationen, mit Menschen am Rand der Gesellschaft. Da erlebe ich Hinwendung und Beachtung, da geschieht Heilung. Für Jesus gibt es kein „Das geht mich nichts an!“ oder gar „Was habe ich davon!“ Wenn ich in die Bibel schaue, erlebe ich immer wieder staunend, wie behutsam und liebevoll, wie verbindlich Jesus mit den Menschen umgeht. Er hat keine Berührungsängste vor Menschen mit Behinderungen, körperlichen oder seelischen Gebrechen, Krankheiten, auch nicht vor Menschen, die anders sind. Damit setzt Jesus Maßstäbe!

Als Christen nehmen wir uns diese Maßstäbe zu Herzen! Wir versuchen, sie umzusetzen, zu leben. Das verlangt auch von uns ganz bewusst mehr Achtsamkeit und Behutsamkeit im Umgang mit anderen Menschen. Die Wegwerfgesellschaft darf uns nicht dazu verleiten, mit Menschen auch nach dem Prinzip: Verbrauchen und Entsorgen! zu verfahren. Jesus setzt Maßstäbe – und so ist für mich als Christ jeder Mensch, der an meinem Lebensweg steht, eine Aufgabe.

Ihr Max Toepffer

mankellskarpety

Uwolnić Asię Bibi / Freiheit für Asia Bibi

Für meine deutsche Leser – sieh’ in Wikipedia, wer Asia Bibi ist und was ihr droht


asiabibi1asiabibi2

Sekcja polska organizacji CitizenGo, która zajmuje się sprawą Asii Bibi, stworzyła film o Asii Bibii. Film znajduje się na płycie DVD dołączonej do kartki pocztowej, która ma dotrzeć do tych, którzy mają wpływ na uwolnienie kobiety.

Wysyłajmy i rozdawajmy kartki z filmem wszystkim ludziom sumienia.
Działamy międzynarodowo!

Nasza inicjatywa odbywa się jednocześnie we wszystkich krajach Europy.

***

23 lipca bliscy Asii Bibi poinformowali CitizenGO o wyniku rozprawy w Sądzie Najwyższym w Islamabadzie, który uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego w Lahore z października zeszłego roku i przejął sprawę do rozpoznania. To oznacza, że Sąd Najwyższy zbada sprawę na nowo i że w tej chwili nie obowiązuje wyrok śmierci wydany na Asię Bibi. Ciągle jest oskarżona, lecz według pakistańskiego prawa – nie można jej teraz zamordować.

Asia Bibi mogłaby opuścić więzienie (ale nie kraj) do czasu kolejnej rozprawy w Sądzie Najwyższym (jej termin nie jest jeszcze znany), lecz wraz z rodziną i prawnikami zdecydowała się na pozostanie w więzieniu do ostatecznego wyroku, ponieważ tam jest bezpieczniejsza. Poza więzieniem mogłaby zostać natychmiast zamordowana (wyznaczono nawet nagrodę w wysokości ok. 5000 $ dla tego, kto ją zabije). Rodzina uznała, że życie Asii Bibi jest ważniejsze od bolesnej rozłąki…

Ciągle podpisujmy petycję, a jeśli już to zrobiliśmy, poprośmy znajomych o podpisanie!
Nasze podpisy mają sens. Pozwalają – choć trochę – równoważyć nacisk tych, którzy chcą Asię Bibi zamordować.

Podpisz petycję

Dziękuję
Magdalena Korzekwa

Dyrektor CitizenGO Polska

Zmarły z cmentarza w Oliwie

Ewa Maria Slaska

W poszukiwaniu straconego mistrza

Od lat jestem zaprzyjaźniona z pochodzącym z Raciborza architektem i malarzem, Engelbertem Kremserem. Pisałam już o nim kiedyś, dziś wracam do niego, ale z innym pytaniem, bo interesuje mnie jego pierwszy mistrz.

Gdy rozmawiamy o życiu, Kremser zawsze opowiada o swoim  pierwszym nauczycielu malarstwa. Było tak. Był rok 1948 w powojennym Raciborzu. Chłopak miał 10 lat. Pewnego dnia zobaczył na ulicy malarza ze sztalugami. Stanął i zapatrzył się. Malarz podniósł wzrok, popatrzył na chłopaka, a ten wykrztusił z siebie tylko jedno zdanie, nie, nie zdanie, trzy wyrazy. Ja też maluję… No to pokaż, co malujesz, odparł malarz, a chłopak pobiegł do domu tak prędko, jak jeszcze nigdy w życiu nie biegł, ani przedtem, ani potem…

Malarz nazywał się Bolesław Juszczęć i uczył chłopaka malarstwa aż do matury. Za darmo. Był dla niego zastępczym ojcem. Prawdziwy ojciec nie wrócił po wojnie do rodziny, aż… Ale o tym za chwilę. Juszczęć nauczył Engelberta malarstwa i rysunku, i przygotowywał  do egzaminu do Akademii Sztuk Pięknych. Tymczasem chłopak-zdrajca nie chciał być malarzem, chciał być architektem i zdał egzamin na architekturę we Wrocławiu. Był rok 1956. I wtedy matka zabrała obu synów do Niemiec.

Myślę, że Malarz na pewno był zadowolony z tego, co osiągnął Architekt. Bo Engelbert został wprawdzie architektem, ale architektem-artystą, przedstawicielem fantastycznej gałęzi architektury, gdzie jego poprzednikami – choć nie wzorami, bo każdy z tych fantastycznych architektów buduje po swojemu – są Niki de Saint Phalle i Antoni Gaudi. Engelbert wymyślił metodę pracy, którą nazwał architekturą ziemi (Erdarchitektur). Zbudował w Berlinie kilka niezwykłych budynków w tym kawiarnię nad jeziorem na terenie dawnej wystawy ogrodniczej w Britz.

Jest jednym z niewielu architektów, którzy mają wizję i którzy cierpią w obliczu świata zbudowanego z betonowych kostek. To nie jest dziennikarska przesada, oni cierpią. Widzę to i słyszę, gdy rozmawiamy z Engelbertem o architekturze. Albo chodzimy po mieście.

Poza tym od lat maluje.

Tak, jestem przekonana, że Juszczęć był(by) zadowolony. Historię o Juszczęciu słyszałam już wielokrotnie, ale dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że warto by było dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Engelbert mówi mi tylko, że żona artysty pracowała w fabryce słodyczy. Dobrze zarabiała, Juszczęć nie musiał więc w ogóle pracować, ale chciał i przez wiele lat był nauczycielem sztuki w szkole dla głuchoniemych. Bardzo lubił tę pracę i miał wybitne efekty.

To wszystko. Nic więcej nie wiem. Ale w końcu umiem szukać, a internet został stworzony dla mnie.

Wrzucam imię i nazwisko Bolesław Juszczęć do internetu. Pojawia się kilkakrotnie, ale zawsze wspólnie z Kremserem. To wierny (a jednak wierny) uczeń lojalnie przypomina, u kogo się uczył i kto uczynił z niego artystę. Wydaje się, że Juszczęcia nie ma bez Kremsera, że istnieje tylko w tym podwójnym związku mistrza i ucznia, zastępczego ojca i zastępczego syna.

juszczecWreszcie jednak znajduję – cmentarz w Oliwie. Ten koło katedry Oliwskiej. Już dawno zamknięty, dopuszczalne są tylko pochówki uzasadnione związkami rodzinnymi z innymi osobami tu pochowanymi.
Bolesław Juszczęć, urodzony 12 sierpnia 1912 roku, zmarł 5 stycznia 1968 roku. Strona internetowa biliongraves podaje, że nie wiadmo, czy był żonaty, ale obok leży Maria Juszczęć. W dalszych poszukiwaniach dowiem się, że żona wprawdzie też była Maria, ale jest pochowana w Raciborzu, a na cmentarzu w Oliwie leży troje rodzeństwa – Bolesław, jego siostra Maria i ich brat, Kazimierz, żołnierz Royal Navy z czasów II wojny, który pływał w konwojach przez Atlantyk i do Murmańska.

Oczywiście początkowo nie jestem pewna, czy zmarły z cmentarza w Oliwie to on, ale w chwilę potem już wiem, że tak. W spisie publikacji Muzeum Narodowego we Wrocławiu znajduję bowiem następującą notatkę:

juszczecanonsA zatem to jego daty urodzenia i śmierci. Pod koniec życia zaniosło go do Oliwy. Potem dowiem się, że został tam przewieziony już po śmierci. Chorował na gruźlicę, a gdy w pamiętnym roku 1963 został przymusowo zaszczepiony przeciw czarnej ospie – to ta wielka akcja polskich lekarzy we Wrocławiu, moja ciotka Maryta Karpińska też brała w niej udział! – gruźlica się odnowiła. Umarł w niespełna cztery lata później.

Bolesław też był w wojsku w Anglii, ale w polskim. Po wojnie obaj bracia wrócili do kraju, co przyniosło im mnóstwo udręki, prześladowań, komunistycznych pomówień o szpiegostwo, a bratu nawet proces i więzienie. Po przyjeździe do kraju Bolesław pojechał do rodziców i siostry do Jeleniej Góry, dostał tam pracę w Teatrze Dramatycznym, tam poznał o 10 lat młodszą Marię i tam się następnego dnia oświadczył, tam wreszcie po trzech miesiącach wzięli ślub.

Zamyślam się nad tą informacją. Szybcy byli. Mój ojciec oświadczył się dopiero po tygodniu, a ślub wzięli po pół roku. Mieli dwoje dzieci, Anię, młodszą ode mnie o dwa lata i młodszą od niej o następne dwa lata Magdę.

anna-juszczec-teleman-notariusz_zdjecie5434To Ania opowiada mi przez telefon o Tacie i rodzinie, ale oczywiście najpierw musiałam ją znaleźć, co nie było proste, bo Engelbert wcale mi w tym nie pomógł. Ania wyszła za mąż za pana Telemana (tak, z tej rodziny slynnych muzyków!), jest notariuszką i mieszka w Piotrkowie Trybunalskim.

Ojciec tuż przed wojną studiował sztukę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Gdy skończył zaczęła się wojna, a on przedostał się do Anglii. Był ranny, leżał w szpitalu w Manchesterze. Gdy wrócił mógł wykonywać tylko prace zlecone, ale nie miał pracy na etacie. Nie dlatego jednak, że – jak twierdzi Engelbert – żona tak dobrze zarabiała, tylko dlatego że był repatriantem z Wielkiej Brytanii i na dodatek żołnierzem “wrogiego” wojska polskiego na uchodźstwie. Córka mówi, że Ojciec dostał pracę wprawdzie jeszcze przed Odwilżą, ale już po śmierci Stalina w marcu 1953 roku.

Pracował w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niesłyszących i Słabosłyszących. Dziś jest to budynek Liceum Ogólnokształcącego im Kasprowicza.

To tu w roku 1969 Ania zdała maturę. Taty wtedy już nie było, ani w Raciborzu, ani wśród żywych. Ojciec bardzo lubił tę pracę, mówi Ania, nauczył się nawet języka migowego, ale mimo to zawsze podczas lekcji również mówił, tak żeby ci, co chcieli, mogli czytać z ruchu ust. Pracował z pasją i zaangażowaniem, był lubiany, ceniony, szanowany. Jedna z jego uczennic, Basia Borowska, została nawet malarką, co było wielkim ewenementem, nawet nie tyle z uwagi na talent artystki, ile z powodu jej studiów w normalnej uczelni wyższej. Głuchoniemi z zasady byli kierowani do szkół specjalnych.

Juszczęć prowadził również zajęcia plastyczne w miejskim ośrodku kultury i w Zakładzie Wychowawczym. O tej pracy twierdził, że uczenie sztuki było tylko częścią jego zadań pedagogicznych, bo może ważniejsze były rozmowy, wychowywanie młodych ludzi. Ale i oni go bardzo lubili i cenili.

Gdy zachorował, wszystkie te zajęcia się urwały. Człowiek chory na gruźlicę nie może pracować z młodzieżą.

Ale też malował. Oczywiście – malował. Akwarela, gwasz, olej, rysunek piórkiem, tusz. Wykonywał prace na zamówienie Urzędu Miejskiego w Raciborzu, do ratusza, ale też przekazywane dalej jako prezenty dla honorowych gości Miasta. Miał wystawy indywidualne, uczestniczył w wystawach zbiorowych. Już po śmierci miał wystawę indywidualną w Empiku w Raciborzu, poświęconą ostatniej jego pasji – obrazom przedstawiającym konie. Ale malował i inne motywy – w mieszkaniu Ani znajdują się obrazy z czasów wojny, z Anglii, z Manchesteru, gdzie mimo służby wojskowej studiował sztukę. Są obrazy przedstawiające Racibórz, są portrety…

Mama, Maria Ludwika, jak Maria LudwikaGonzaga, była ekonomistką i, rzeczywiście, tak jak to zapamiętał Engelbert, pracowała w Fabryce Cukrów i Czekolady “Ślązak”. Fabryka została założon w roku 1898 jako Goldsiegel, Kakao- und Schokoladenfabrik, a jej budynki zlikwidowano dokładnie po stu latach, w roku 1999. Fabryka przetrwała wojenną zawieruchę i już w 1945 roku wznowiła produkcję.  Po Powodzi Tysiąclecia fabrykę rozebrano, dziś na jej miejscu stoi market Kaufland, a sama fabryka, teraz już pod nazwą “Mieszko”, przeniosła się do dawnej wieży ciśnień. I robi, jak twierdzi Ania, najlepsze słodycze w całej Polsce, bo jeszcze oparte o własne receptury.

fabrykaslodyczyTo zdjęcie, bezwzględnie z czasów Juszczęcia i Kremsera w Raciborzu, znalazłam na stronie Fotopolska.

Mama i Tata byli dobrym, zgodnym małżeństwem. Dzieci miały prawo do udziału w życiu dorosłych, mogły przysłuchiwać się rozmowom dorosłych, zwlaszcza, gdy była mowa o sztuce…

Tata był bardzo eleganckim mężczyzną. Nosił tylko buty robione na miarę, które wykonywał dla niego szewc Skibiński. Gdy nowe buty zjawiały się w domu, Tata przez dwa tygodnie codziennie je pastował i polerował. Również podeszwy. Dziąki temu stawały się eleganckie, błyszczące jak lakier, a zarazem nieprzemakalne.

Takie buty! W PRL-u!

***

PS. Trzy kolaże Kremsera można do 26 października zobaczyć na wystawie o architekturze lat 60 w Berlinische Galerie: Radikal modern. Planen und Bauen im Berlin der 1960er-Jahre. Fragment jego architektonicznej wizji budynku Europa Center został użyty w trailerze wystawy:

kremsereuropac

Pishka

Ewa Maria Slaska

Jedzenie po baszkirsku / Essen auf Baschkirisch

Oczywiście najpierw trzeba się zapytać, gdzie leży Baszkiria? / Natürlich muss man sich zunächst fragen, wo die Baschkiria liegt? Baschkiria das heißt Bashkortostan. /Baszkiria to Baszkortostan. Autonomiczna republika, wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, u podnóża Uralu. / Eine autonome Republik im östlichen Teil des europäischen Russlands, dicht an den Ural. Die Bevölkerung besteht zu über 90 % aus Russen, die Minderheiten sind die Tataren, Baschkiren, Kasachen, Ukrainer und Weißrussen. / W Baszkirii mieszkają głównie Rosjanie – mniejszości to Tatarzy, Baszkirzy, Kazachowie, Ukraińcy i Białorusini. Stolicą jest Kurgan. Tak podaje Wikipedia. Silja, właścicielka Pishki napisała mi jednak, że stolicą jest Ufa. Mapa Google by to potwierdzała. / Wikipedia meint, die Hauptstadt wäre Kurgan, aber Silja, Inhaberin von Pishka meint, es ist Ufa. Google-Map scheint es zu bestätigen.

baszkiria ***

Am 25. Juni eröffnete man ein baschkirisches Restaurant PISHKA in Kreuzberg. / 25 czerwca na Kreuzbergu otwarta została PISHKA, baszkirska restauracja. Poszłyśmy tam z koleżanką. Było świetnie. / Wir waren dort mit meiner Freundin. Es war wunderbar. Es gibt gutes hausgemachtes Essen und Wunderbares zum Trinken d.h. Kwas in vier Farben und Kompott, was keine Ähnlichkeit mit dem deutschen Kompott vorweist, ein Lieblingsgetränk aller aus dem Osten.

Personal ist unglaublich freundlich. Alle sind fröhlich, sie und wir. Super.

/ Do jedzenia są pierogi, wareniki, pielmieny, różne świetne pasztety, krokiety i pulpety, trzy zupy, w tym barszcz, do picia kwas w czterech kolorach i nasz swojski kompot. Przemiła obsługa. Wesoło.

pishka-scianka pishka1-menu pishka-dziewczyny  pishka-napoleonka

pishka-ruskaAlso – nichts wie hin. Eine Losung von Pishka ist: Esst mehr Piroggen Und so soll es sein! / Koniecznie trzeba iść. I podjeść pierogów, które smakują inaczej niż te nasze, a to zawszeć ciekawostka.

Ach und noch eine Preis-Frage – was bedeutet PISHKA? I jeszcze pytanko z nagrodą – co znaczy PISHKA?

Kreuzberg, Bergmannstr. 1, U-Bahn Mehringdamm.

Reblog: Heine Polinnen / Polki

Wpis zawdzięczam Agnieszce, bo to ona przypomniała mi, że przecież Heine pisał o Polkach (tekst polski niżej, pod tekstem niemieckim, niemiecki pierwszy – w końcu to oryginał) / Ich bedanke mich bei Agnieszka, die mich daran erinnerte, dass Heine über Polinnen schrieb.

Heinrich Heine, “Über Polen” (Fragment), 1822

Jetzt aber knien Sie nieder, oder wenigstens ziehen Sie den Hut ab – ich spreche von Polens Weibern. Mein Geist schweift an den Ufern des Ganges und sucht die zartesten und lieblichsten Blumen, um sie damit zu vergleichen. Aber was sind gegen diese Holden alle Reize der Mallika, der Kuwalaja, der Oschadhi, der Nagakesarblüten, der heiligen Lotosblumen, und wie sie alle heißen mögen – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirischa usw.!! Hätte ich den Pinsel Raffaels, die Melodien Mozarts und die Sprache Calderons, so gelänge es mir vielleicht, Ihnen ein Gefühl in die Brust zu zaubern, das Sie empfinden würden, wenn eine wahre Polin, eine Weichselaphrodite, vor Ihren hochbegnadigten Augen leibhaftig erschiene. Aber was sind Raffaelsche Farbenkleckse gegen diese Altarbilder der Schönheit, die der lebendige Gott in seinen heitersten Stunden fröhlich hingezeichnet! Was sind Mozartsche Klimpereien gegen die Worte, die gefüllten Bonbons für die Seele, die aus den Rosenlippen dieser Süßen hervorquellen! Was sind alle Calderonischen Sterne der Erde und Blumen des Himmels gegen diese Holden, die ich ebenfalls, auf gut calderonisch, Engel der Erde benamse, weil ich die Engel selbst Polinnen des Himmels nenne! Ja, mein Lieber, wer in ihre Gazellenaugen blickt, glaubt an den Himmel, und wenn er der eifrigste Anhänger des Baron Holbach war…

Weiter

Maryla Wereszczakówna, wielka miłość wieszcza Adama – w roku 1822 napisał na jej cześć słynny wiersz Do M*** / sie war die große Liebe des polnischen Nationaldichters Adam Mickiewicz; 1822 schrieb er ein Gedicht Do M*** über sie

A tu po polsku

Heinrich Heine, “O Polsce” (fragment), 1822

Lecz teraz proszę uklęknąć, lub chociaż zdjąć kapelusz – będzie mowa o polskich niewiastach. Mój duch wędruje brzegami Gangesu w poszukiwaniu najdelikatniejszych i najsłodszych kwiatów, by je z nimi porównać. Ale czymże są wobec tych piękności wszystkie powaby Malliki, Kawalaji, Oshadhi, kwiatów Nagakesar, świętych Lotosów i jakby się tam jeszcze one nie zwały – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirisha, itd.!! Mając pędzel Rafaela, Melodie Mozarta i mowę Calderona udałoby mi się może tchnąć w pierś twą uczucie, którego byś doświadczył, gdyby prawdziwa Polka, nadwiślańska Afrodyta, przed oczami twemi łaskawymi we własnej osobie stanęła. Czymże są jednak Rafaela kleksy wobec tych piękna malowideł, które sam Bóg wcielony w swej najweselszej godzinie nakreślił! Czym są Mozarta brzdękolenia wobec słów, dla duszy łakoci, które z tych słodkości ust różanych tryskają! Czym są wszystkie kalderońskie Ziemi gwiazdy oraz Nieba kwiaty naprzeciw tych panien nadobnych, które ja, po kalderońsku, aniołami Ziemi mianuję, gdyż aniołów samych Polkami Nieba nazywam! Tak, mój kochany, kto w ich oczy gazele spojrzy, ten w Niebo uwierzy, choćby nawet najzagorzalszym zwolennikiem barona Holbacha był…

Przetłumaczył bloger Szostka, reszta, przetłumaczona przeze mnie, TU

Reblog: Jak kupować ubrania

Pytanie: Jak kupować ubrania, żeby być fair?

Anna Piotrowicz

Większość ubrań na sklepowych półkach łączy jedno: miejsce produkcji nadrukowane na metce. Często to, co kończy zdanie „Made in…” kryje za sobą nieludzkie warunki pracy i nieprawdopodobnie niskie wynagrodzenie. Najczęściej dotyczy to Turcji, Europy Wschodniej i Azji. Przykładowo, z takiej koszulki uszytej w Bangladeszu i sprzedawanej za 59 złotych, 39 złotych dostaje sklep, 40 groszy  – szwaczka, resztę zabiera producent.

Długi łańcuch dostaw to norma przemysłu odzieżowego. Twoje ubranie, zanim do Ciebie dotrze, zdąży „zwiedzić” nawet kilkanaście krajów. Każdy z nich odpowiada za inny etap procesu wytwarzania – od produkcji tkaniny, po samo szycie. Przy każdej z tych czynności pracują ludzie. W większości przypadków, wysokość ich zarobków jest o wiele niższa niż wyznaczony przez ONZ próg ubóstwa, który wynosi jedynie 2 USD (około 7 złotych) dziennie. Jakie działania powinna podjąć firma odzieżowa, żeby można było mówić o godnym życiu pracownika?

Podstawową kwestią jest godna płaca!
Dla wszystkich zatrudnionych na wszystkich etapach łańcucha dostaw.

Ty, jako klient, masz na to większy wpływ niż myślisz. Podejmując codzienne decyzje, manifestujesz swoje stanowisko. Na rynku obecne jest multum marek odzieżowych. Spora część z nich nie spełnia wymagań produkcji etycznej. Niełatwo znaleźć ubranie, które wpasowałoby się w nurt odpowiedzialnej mody. Ale spokojnie – jeżeli chcesz robić świadome zakupy, musisz po prostu wiedzieć gdzie szukać informacji i po czym poznać odpowiednie produkty. Więc …

… JAK KUPOWAĆ, ŻEBY BYĆ FAIR?

Nie bój się szukać. Internet to kopalnia wiedzy o produkcji ubrań. Wszystkie zrzeszenia i organizacje walczące o godziwe wynagrodzenie i warunki pracy udostępniają swoje materiały dla każdego.

Kupuj w sklepach internetowych. Powstaje coraz więcej marek odzieżowych, które oferują ubrania potwierdzone certyfikatem. Taka informacja powinna znajdować się na ich stronie internetowej.

Pytaj. Większość firm ci odpowie. Jak nie, to u nich nie kupuj…

Wybieraj marki, które mają lokalnych dostawców i lokalne szwalnie. Skoncentruj się na polskich markach, których z roku na rok jest coraz więcej.

Nie masz czasu? Szukaj szybszych rozwiązań. Jednym z nich jest aplikacja mobilna „Fair Fashion?” To idealne rozwiązanie, jeżeli nie masz czasu szukać odpowiedniego sklepu, a chcesz dokonywać świadomych wyborów. Zawiera bazę danych o najbardziej popularnych sieciówkach.

Zwracaj uwagę na metki. Być może znajdziesz na niej odpowiedni certyfikat. Każdy z nich odpowiada nie do końca za to samo, więc warto je poznać. Taki certyfikat da Ci gwarancje, że dokonujesz lepszego zakupu.

Zasada jest prosta: jeśli na metkach nie ma niczego o tym, że wyrób jest produkowany etycznie, to znaczy, że nie jest.

I wreszcie, zmień sposób ubierania się:

  • Po pierwsze: zminimalizuj ilość kupowanych ubrań. Nie ulegaj impulsom, myśl o tym co można nosić przez kilka sezonów. Korzystaj ze swappingu, czyli wymiany ubrań. Kupuj w lumpeksach – nie będziesz wspierać wyzyskiwaczy, to możesz znaleźć tam prawdziwe perełki.
  • Po drugie: jedno ubranie, wiele możliwości. Pobaw się w projektanta, poprzeszywaj, poprzerabiaj. Znajdź nowe zastosowanie dla swojego ciucha.
  • Po trzecie: inwestuj w tekstylia, które są biodegradowalne lub nadają się do recyklingu.

A więc – możesz. Zawsze możesz coś zrobić! Nie musisz wspierać wyzyskiwaczy. Dowiedz się, jak kupować, aby być fair.

I jeszcze reblog nr 2:

1baner%20koszulka780X370Rozpoczynamy nową odsłonę kampanii „Godna Płaca dla Wszystkich”. Specjalna strona internetowa (w kilkunastu językach) zachęca konsumentów i konsumentki z całej Europy do składania symbolicznej reklamacji ubrań z powodu braku godnej płacy.

Dołącz do kampanii teraz i złóż reklamację do firm odzieżowych >>>>>>>>>>

Zarówno w krajach azjatyckich, jak i w Europie, pracownice globalnego przemysłu odzieżowego z trudem wiążą koniec z końcem, otrzymując zbyt niskie wynagrodzenie. Obecny poziom płac nie pozwala na godne życie. Ustawowa płaca minimalna to zaledwie 19% godnej płacy w Bangladeszu, 31% w Indonezji oraz 35% w Kambodży.

Obecny poziom płac minimalnych powoduje, że pracownicy muszą znosić upokorzenia i życie w ubóstwie bez szansy na poprawę swojego losu. Osoby pracujące w fabrykach odzieżowych od dekady postulują o godną płacę. Wychodzą na ulice, demonstrują i żądają od firm, na zlecenie których szyją, jednego: Godnego życia.

Zachęcamy europejskich konsumentów i konsumentki do przyłączenia się do symbolicznej reklamacji swoich ubrań z powodu wady, jaką jest brak godnej płacy dla osób które je uszyły. Nadszedł czas by przyznać prawo milionom pracowników i pracownic przemysłu odzieżowego do godnego życia. W ostatnich dwóch latach, więcej niż 110 000 europejskich konsumentów i konsumentek podpisało naszą petycję. To pokazuje, że widzą oni potrzebę działania firm i rządów w kierunku wprowadzania godnej płacy.

Kampania zakończy się w Brukseli, podczas Forum „Godna Płaca Teraz”, które odbędzie się 12-14 października 2015 roku. Podczas tego międzynarodowego spotkania Clean Clothes Campaign przedłoży postulaty wsparte przez tysiące konsumentek i konsumentów, dzięki podpisanej przez nich petycji o godną płacę dla wszystkich i wezwie przedstawicieli firm odzieżowych oraz decydentów z krajów UE do podjęcia solidnych działań na rzecz poprawy sytuacji pracowniczej w przemyśle odzieżowym, w obszarze respektowania praw człowieka.

Przypomnij firmom odzieżowym, że są odpowiedzialne za wprowadzenie godnej płacy w całym swoim łańcuchu dostaw! Dołącz to setek tysięcy osób i złóż reklamację >>>>>>

Dwie dziewczyny z cmentarza w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Obie dziewczyny były muzułmankami i zostały pochowane na Landschaftsfriedhof Gatow, w berlińskiej dzielnicy Spandau (dawna słowiańska nazwa tej dzielnicy brzmiała Szpandawa), na Maximilian-Kolbe-Str. 6. Na cmentarzu jest duża kwatera grobów muzułmańskich, gdzie wszystkie groby są zorientowane w kierunku Mekki. Jedna z dziewczyn była Kurdyjką, druga – Syryjką. Obie były mężatkami czyli, podobnie jak w przypadku Julii, chodzi mi o dziewczyny z racji wieku a nie statusu.

Hatun Sürücü (1982–2005), Kurdyjka, była ofiarą tzw. mordu honorowego. Mord honorowy jest karą wymierzaną przez rodzinę za okrycie jej hańbą lub zniesławienie. Hatun została zastrzelona przez brata. Rodzina od lat 70 mieszkała w Berlinie. Hatun miała siedmioro rodzeństwa, dwie siostry i pięciu braci, wszyscy zostali wychowani nader tradycyjnie, a potem wręcz fanatycznie. Ale Hatun była inna, Hatun chciała żyć po swojemu, w żaden sposób nie odpowiadała ideałowi tradycyjnej muzułmańskiej córki, była samodzielna i uparta. Rodzice najpierw zabrali ją ze szkoły, a gdy miała 16 lat, wysłali ją do Istambułu i przymusowo wydali za mąż za kuzyna, z którym zaszła w ciążę. Hatun uciekła od męża i od rodziny, wróciła do Berlina i zamieszkała w ośrodku dla niepełnoletnich matek. Przestała nosić tradycyjny strój islamski. Urodziła syna, wynajęła samodzielne mieszkanie, ukończyła naukę zawodu. I wtedy brat ją zastrzelił.

Portret Hatun na zniczu postawionym na jej grobie w dziesiątą rocznicę śmierci, 7 lutego 2015 roku.

Jej brat, morderca został skazany na 9 lat więzienia. Dziś w dziesięć lat po jej śmierci i on, i jego dwaj starsi bracia, którzy wspierali go w planach zabójstwa, mieszkają w Turcji. Syn Hatun został oddany do rodziny zastępczej.

***

Drugą dziewczynę pochowano na “cmentarzu krajobrazowym” w Gatow przed miesiącem, 16 czerwca 2015 roku. Jest to młoda syryjska mężatka. W grobie leży też jej dwuletnie dziecko. Oboje utonęli w marcu w drodze na Lampedusę. Jej mąż przeżył i przeżyły jej trzy starsze córeczki, są w Niemczech. Mąż złożył podanie o azyl polityczny, ale ponieważ nie jest ono jeszcze rozstrzygnięte, nie dostał pozwolenia na opuszczenie aktualnego miejsca zamieszkania i nie wziął udziału w pogrzebie. Jednak wyraził zgodę na pochówek i na to że przyjmie on formę protestu artystyczno-politycznego. Ciało jego żony zaraz po wypadku zostało pochowane na Sycylii, teraz je ekshumowano i dostarczono do Berlina w ramach akcji “Die Toten kommen” – “Idą umarli”. Akcję zorganizowało “Zentrum für Politische Schönheit” (Centrum Politycznego Piękna) jako protest przeciwko bezdusznej polityce Europy w stosunku do uciekinierów.

Można się zastanawiać, czy ciało ludzkie powinno być używane jako eksponat w akcji artystycznej, nawet jeśli jest ona jednocześnie protestem politycznym w słusznej sprawie. Ale z drugiej strony… Zmarłych uciekinierów chowa się we Włoszech w workach na śmieci, w zbiorowych grobach, ciała czekają niekiedy tygodniami na pochówek. I to nie w lodówce! Tymczasem pogrzeb w Berlinie odbył się po ludzku, ba, więcej, bo zgodnie z muzułmańskimi zasadami. W uroczystości wziął udział imam. Trumnę pokrywał orientalny dywan, leżały kwiaty, przybyli żałobnicy.

W kilka dni później symboliczną wymowę pogrzebu podkreśliła demonstracja na łące przed budynkiem Reichstagu, gdzie koparka wykopała kilka symbolicznych grobów. W akcji wzięło udział pięć tysięcy osób.

W najbliższym czasie mają się pojawić w Berlinie kolejne groby. Prawdziwe i symboliczne. Organizatorzy są zdania, że tylko tak zdoła się wstrząsnąć świadomością rządzących, którzy na co dzień nie muszą się konfrontować ze śmiercią uciekinierów, bo ci umierają daleko stąd, gdzieś na morzu między Azją, Afryką i Europą. Ale, twierdzą artyści, choć umierają daleko od nas, to i tak tu przyjdą, a wtedy będziemy musieli gorzko zapłacić za naszą bezduszną politykę.