Byłam na filmie, uznałam, że dobry, bo rozlicza się z mitem Odyseusza i uwspółcześnia jego narrację. Ale takiej wspaniałej recenzji jak ta nie potrafiłabym napisać.
Obejrzałem Odyseję Nolana. To nie jest zapowiadany wykład o tym dziele, to refleksja po obejrzeniu tego filmu. Wykład później.
ZACHÓD OGLĄDA WŁASNY KONIEC
REFLEKSJE FILOZOFICZNE PO ODYSEI CHRISTOPHERA NOLANA
Nuda, wstrząs, rozpoznanie
Zacznę od opisu doświadczenia, ponieważ ono właśnie stanowi punkt wyjścia tego eseju. Poszedlem na widowisko za 250 milionów dolarów, film nakręcony w całości kamerami IMAX 70 mm, otwarty w lipcu 2026 roku najlepszym wynikiem w karierze reżysera i oczekiwałem „ekranizacji dzieła”, które czytałem wiele razy i prawie znam na pamięć. Otrzymałem rozbitą chronologię, strzępy scen z kilku porządków czasowych, bohatera pozbawionego blasku i opowieść zaczynającą się od końca. Nolan odmawia widzowi linearnej fabuły. Splata czas wojny, czas tułaczki i czas Itaki w węzeł, którego zasada długo pozostaje ukryta, przez co pierwszy akt tego niemal trzygodzinnego dzieła przypomina pracę bez widocznego celu. Nuda, którą wtedy odczuwałem, okazała się progiem, ceną wstępu do konstrukcji, która wymaga od widza wysiłku, zanim zacznie ten wysiłek nagradzać. Potem, w chwili, której nie umiem dokładnie wskazać, mechanizm chwycił, obrazy zaczęły się składać, a achronologia odsłoniła swój zamysł i film, oglądany dotąd z chłodnym dystansem, wcisnął mnie w fotel. To wciśnięcie miało charakter poznawczy, dopiero w drugiej kolejności zmysłowy, ponieważ zrozumiałem, że oglądam opowieść o sobie. Nie o sobie jako MM, lecz o człowieku Zachodu, o Europejczyku uwikłanym w historię, w politykę, w cudze wojny i we własne demony. Kino rzadko dokonuje takiej zamiany ról. Zwykle widz patrzy na ekran, tutaj ekran zaczyna patrzeć na widza, a seans przeradza się w filozoficzne przesłuchanie. Możliwe jest to dlatego, że Odyseja nigdy nie była księgą świętą. Nie krępuje jej żaden dogmat, dlatego każda epoka może otwierać ją na nowo i każda otwiera ją tam, gdzie ją boli. Mogą ją czytać konserwatyści, lewacy i filolożki. Każdy po swojemu i każde odczytanie jest uprawnione. Tej zamianie ról, jej mechanice i jej konsekwencjom poświęcam dalszy wywód.
Zwycięstwo jako zbrodnia
Fundamentem świata przedstawionego uczynił Nolan prawo gościnności, po grecku xenia (święta powinność przyjęcia obcego), zasadę, w myśl której każdy przybysz może okazać się bogiem, dlatego przybysza się karmi, chroni i wyprawia w dalszą drogę. Na tym prawie wspiera się cała wędrówka Odyseusza, który przeżywa wyłącznie dzięki temu, że inni owego prawa przestrzegają. Sam jednak złamał je w sposób, który film odsłania z rozmysłem dopiero w swoim centrum. Koń trojański, opiewany przez trzy tysiąclecia jako arcydzieło sprytu, zostaje pokazany jako dar skrywający ludobójstwo, jako fałszywa ofiara pokoju, w której wnętrzu czekała śmierć śpiącego miasta. Nolan każe nam obejrzeć tę scenę oczami ofiar oraz oczami sprawcy, który rozumie, co uczynił i to od tego zrozumienia, od wstydu w miejscu należnego kléos (sławy), zaczyna się jego tułaczka. Teza, którą stąd wyprowadzam, brzmi mocno i ma tak brzmieć: kultura Zachodu zaczyna się od oklasków dla sprawcy zbrodni wojennej. Opowiadaliśmy tę historię przez niemal trzy tysiące lat jako pochwałę inteligencji, uczyliśmy jej dzieci, czyniliśmy z niej wzór zaradności, a Nolan ten aplauz przerywa i oddaje nam bohatera jako człowieka, który boi się samego siebie. Jeszcze dalej prowadzi wątek tak zwanych ludów morza, tajemniczych najeźdźców, którzy według źródeł egipskich pustoszyli wschodnie wybrzeża Morza Śródziemnego około 1200 roku przed naszą erą. W filmie tymi barbarzyńcami okazują się ludzie spod Troi, rozbitkowie zwycięskiej wojny, którzy sieją chaos, uciekając przed chaosem przez siebie wywołanym. Barbarzyńca, którego cywilizacja się lęka, nosi w tym ujęciu jej własną twarz. Dzisiejsza Europa, odgradzająca się od wędrujących murami i patrolami, ogląda w tym wątku własną genealogię. Potomkowie rozbitków uczą się pogardy dla rozbitków. Taka jest cena zwycięstwa podniesionego do rangi najwyższej cnoty.
Lustro
Kim jest ten Odyseusz, w którym współczesny widz rozpoznaje siebie? Jest podmiotem kalkulującym, człowiekiem, który przeżywa dzięki samokontroli, przewidywaniu i zimnemu rachunkowi, który słucha śpiewu syren przywiązany do masztu, ponieważ chce doznać wszystkiego, nie płacąc za nic i który rozkosz rezerwuje dla siebie, a wiosła zostawia innym, podporządkowanym. Nolan usunął przy tym bogów z ekranu. Ich działania stają się zjawiskami przyrody, a jedyną boską postacią pozostaje Atena, widzialna wyłącznie dla bohatera, przez co przestaje być bóstwem, a staje się manifestacją sumienia. W tej figurze przegląda się nowoczesność. Jej wiara w skuteczność jako miarę wszystkich rzeczy, jej przekonanie, że świat jest zadaniem do rozwiązania, jej gotowość do odraczania w nieskończoność pytania o cenę. Skuteczność bez miary jest naszą postacią hybris (pychy przekraczającej ludzką miarę) i film wypowiada to wprost, pokazując człowieka, któremu udało się wszystko oprócz życia z tym, co mu się udało. Europa jest Odysem tej opowieści. Zdobyła świat podstępem, techniką i rachunkiem, po czym wróciła do domu i zastała dom, którego już nie ma. Jej wojny wracają do niej tym samym morzem, po którym niegdyś wypływała. Morze Śródziemne, po którym tuła się bohater Nolana, jest dziś morzem, w którym toną ludzie uciekający przed skutkami porządku zbudowanego przez zwycięzców, a lęk przed wędrującymi ludami, ten sam, który utrwaliły egipskie inskrypcje, powraca w europejskich debatach o granicach jako lęk przed własnym odbiciem. Wina okazuje się tu kondycją raczej niż uczuciem. Bohater wygrał wszystko i z tym zwycięstwem nie umie żyć, ponieważ zwycięstwo stało się początkiem końca świata, do którego pragnął wrócić. Właśnie w tym punkcie ekran staje się lustrem, a widz, który przyszedł na widowisko, zostaje wciśnięty w fotel ciężarem rozpoznania. Wojna trojańska przestaje wtedy być historią sprzed trzech tysiącleci i zaczyna pracować jako figura wojen współczesnych, tych prowadzonych czołgami oraz tych prowadzonych kapitałem, algorytmem i ekstrakcją planety oraz jej ludów. Demony, z którymi bohater zmaga się na morzu, okazują się demonami widza. Są strachem przed stratą, wstydem uwikłania, pamięcią, która nie daje się rozbroić. Seans przestaje być rozrywką i staje się rachunkiem sumienia zbiorowości, do której należę.
Cywilizacja, która naprawdę upadła
Horyzontem filmu jest katastrofa, którą archeologia nazywa upadkiem późnej epoki brązu. Około 1200 roku przed naszą erą, w ciągu zaledwie kilku dekad, załamał się cały system wschodniego Śródziemiomorza – świat pałaców, pisma, dyplomacji i dalekosiężnego handlu, spleciony siecią zależności tak gęstą, że susza, wojna, migracje i zerwanie szlaków wymiany wystarczyły, aby uruchomić lawinę, która pogrzebała wszystkie wielkie ośrodki epoki. Tamci ludzie również wierzyli, że ich świat jest dany raz na zawsze. Nolan wkłada w usta Odyseusza i Penelopy rozmowę, która stanowi oś całego zamysłu: mieliśmy pismo, prawo, floty i wiedzę, a doprowadziliśmy do upadku tego wszystkiego przez czyny takie jak ten pod Troją. Pada tam również zdanie, że ich historię przechowa już tylko pieśń, ponieważ zabraknie tych, którzy umieją pisać. W tym jednym zdaniu film wyjaśnia własne pochodzenie, gdyż między katastrofą a Homerem rozciąga się 400 do 500 lat tzw. wieków ciemnych, w których opowieść wędrowała z ust do ust, zanim Homer mógł ją zapisać wieki później. Warto zatrzymać się przy tym motywie dłużej. Cywilizacja mykeńska prowadziła archiwa na glinianych tabliczkach i te tabliczki przetrwały pożary pałaców właśnie dzięki katastrofie, wypalone jak ceramika. Nasza cywilizacja przechowuje pamięć na nośnikach, które bez prądu i nieustannej konserwacji giną w ciągu dekad. Przekonanie o trwałości naszego zapisu jest złudzeniem doskonalszym od tamtego, ponieważ podtrzymuje je technika, w którą wierzymy mocniej, niż tamci wierzyli w swoich bogów.
Analogia ze współczesnością jest zamierzona i niewygodna. Żyjemy w systemie, który osiągnął szczyt sprawności i zarazem utracił zdolność wyobrażenia sobie własnej przemiany inaczej niż jako katastrofy. Jedyną formą, w której wolno nam publicznie myśleć o końcu, stało się kino, apokalipsa jako gatunek rozrywkowy. Przemysł filmowy potrafi sprzedać wszystko, łącznie z obrazem naszego własnego pogrzebu i my ten obraz posłusznie kupujemy od lat. Jednak właśnie w tej transakcji tkwi pęknięcie, nad którym żadna kasa nie panuje, gdyż towar może zaświadczyć przeciwko światu towarów, widowisko może przemycić myśl, która widowisko przerasta, a widz może wyjść z sali z niepokojem, którego nie było w cenie biletu. Odyseja Nolana jest takim pęknięciem, produktem doskonałym, który podważa świat wytwarzający doskonałe produkty. Sprzeczności tej nie zamierzam wygładzać, ponieważ właśnie w niej tkwi poznawcza wartość tego dzieła.
Skaza
Do tego obrazu należy jeszcze jedna, najtrudniejsza warstwa. W lipcu 2025 roku ekipa Nolana kręciła sceny pustynne w okolicach Dachli, na terytorium Sahary Zachodniej, okupowanym przez Maroko od 1975 roku i klasyfikowanym przez ONZ jako terytorium niesamodzielne. Saharyjscy filmowcy apelowali o wstrzymanie zdjęć, wskazując, że w ich ojczyźnie samo trzymanie kamery bywa karane więzieniem, podczas gdy zachodnia superprodukcja korzysta z ochrony sił okupanta. Saharyjski festiwal filmowy FiSahara wezwał następnie do bojkotu, popartego przez znane postaci europejskiego kina. Nolan milczał i milczy nadal. Film o przemocy sprytu powstał zatem pod osłoną przemocy, a opowieść o złamanym prawie gościnności nakręcono na ziemi, na którą jej gospodarzy się nie wpuszcza. Obejrzałem ten film mimo to. Część moich przyjaciół go zbojkotowała i ich gest traktuję z szacunkiem, ponieważ wyrasta z tej samej wrażliwości, która mnie kazała szukać uzasadnienia dla własnej decyzji. Uzasadnienia w sensie ścisłym nie znalazłem. Znalazłem tylko napięcie, którego nie zamierzam rozładowywać. Obejrzenie filmu nie unieważnia zarzutu, bo zarzut nie unieważnia poznania wyniesionego z seansu, a wiedza o Saharze Zachodniej, którą zawdzięczam temu sporowi, wyrosła z cudzej winy i tej winy nie znosi. Czystości nie ma tu w ofercie, a kto ogłasza się czystym, ten najpewniej przestał sprawdzać, na czym w ogóle codziennie stoi. Najuczciwszą postawą pozostaje trwanie w sprzeczności i praca w niej – oglądać i oskarżać, korzystać i pamiętać, komu wystawiono rachunek.
Finał filmu domyka ten wywód gestem, który uznaję za najodważniejszy w całym dziele. Odyseusz abdykuje, koronuje syna i razem z Penelopą odpływa na zachód. Język przechowuje tu dwuznaczność, której nie wolno przeoczyć, ponieważ zachód oznacza kierunek geograficzny oraz zmierzch, a Europa od dawna nazywała samą siebie ziemią zachodzącego słońca, po niemiecku Abendland (kraj wieczoru). Bohater sprytu odchodzi więc w stronę, którą nasz kontynent nosi w nazwie i zostawia świat następnym pokoleniom bez gwarancji, że rozporządzą nim lepiej.
Pozostaje pytanie, które stawiam na koniec: czy cywilizacja, która uczyniła ze skuteczności miarę wszystkich rzeczy, potrafi jeszcze wykonać gest abdykacji, oddać miejsce, zejść ze sceny w porę? Film odpowiedzi nie udziela, ale zostawia widza z lustrem w rękach. Mnie zostawił. Właśnie dlatego uznaję Odyseję, tę sprzed niemal trzech tysięcy lat i tę z 2026 roku, za tekst, którego współczesna kultura i filozofia potrzebują najpilniej. Zmusza on Zachód do patrzenia na siebie w chwili, w której odwrócenie wzroku byłoby najwygodniejsze, lecz zarazem najbardziej zgubne.
