Odcinek 13

Mieczysław Bonisławski

Niewysoki, nieco korpulentny człowieczek w okularkach wyjdzie ze starej kamienicy. Potrze sobie dłonią dużą czaszkę z ogromnymi zakolami łysiny ponad twarzą i króciutkim, chudym kucykiem z tyłu, ledwie muskającym górny koniec jego karku. W charakterystyczny sposób wystawi na moment koniuszek języka spomiędzy wydętych warg. Zrobi krok ku chodnikowi, biegnącemu u podnóża stopni prowadzących do masywnych, drewnianych drzwi, zatrzyma się, rozejrzy wokół.

W prawo perspektywa ulicy otworzy mu się na otoczony kilkupiętrowymi kamienicami plac Lenina. Ta zamykająca horyzont, będzie miała fasadę utworzoną z przeszklonych arkad. Będą biegły wzdłuż, jedna obok drugiej, na parterze, na pierwszym i drugim piętrze, a nawet i na trzecim. Gdzieś ponad dachem, jako taki akcent tła, wystawać będzie wyniosła wieża ratusza.

W lewo jezdnia będzie biegła pomiędzy dwoma nieprzerwanymi ciągami kamienic w nieco dalszą perspektywę. Gdyby przejść przez ulicę, zobaczyłoby się po jej drugiej stronie kilka numerów dalej od miejsca, w którym stanął mężczyzna z kucykiem, wyrwę w ciągu domów, a w niej nowoczesną bryłę kina „Wenus” o fasadzie całej ze szkła. Ale nigdzie nie przechodząc, czyli sprzed samego wejścia do hotelu „Pod Orłem”, redaktor Demianiuk będzie widział w oddali zabytkową willę przychodni lekarskiej, która rozsiądzie się, niczym przekupka nad koszem jaj, vis a vis kina. Będzie stała, taka pojedyncza, otoczona ze wszystkich czterech stron wąskimi uliczkami, niczym wyspa.

Redaktor w końcu podrobi na drugą stronę ulicy Sikorskiego. Naprzeciwko gmaszyska hotelu wyjdzie na niewielki placyk, łączący ulicę, którą przekroczył, z równoległą do niej ulicą Grottgera. Placyk zaanektowany będzie w zasadzie w całości na postój dla pięciu taksówek. Ten przelot między jedną uliczką a drugą, od strony kina i przychodni ograniczony będzie murem bocznej ściany kamienicy, frontem ustawionej do Sikorskiego i idącymi w stronę Grottgera, przynależnymi do niej, budynkami gospodarczymi. Na ich końcu, przy samej ulicy ustawi się jeszcze zresztą fasadą do niej coś, co od biedy można by uznać nawet za miniaturę samodzielnego, parterowego budynku mieszkalnego.

Od strony placu Lenina będzie szeroki chodnik, rozciągnięty od postoju taksówek po fasady trzech mniejszych kamienic, pobudowanych prostopadle do głównej ulicy. W narożniku tego chodnika, w którym zbiegać się będzie jezdnia ulicy Sikorskiego z pierwszym stanowiskiem dla taksówek, naprzeciwko okien kuchni hotelu „Pod Orłem”, metr od muru Redaktor natknie się na stojącą okienkiem do ulicy budkę „Ruchu”, czyli potocznie mówiąc – kiosk.

Budka, jak budka, typowa. Drewniany stelaż od dołu obity dwustronnie płytami pilśniowymi pomalowanymi w różnych tonacjach granatu (na przemian pionowy pasek biały i granatowy). W połowie wysokości, pośrodku przedniej części kiosku, pod okienkiem sprzedawcy, wyłoni się krótki, w miarę szeroki blat, a ściany ponad nim, już na całej swej długości, będą przeszklone. Te witryny w drewnianych ramach zostaną wbudowane tylko z trzech stron, bo z tyłu, tam gdzie są drzwi wejściowe i nieco jeszcze w bok od nich, znajdzie się, tak jak poniżej, płyta, osłaniająca wnętrze kiosku od tyłu, od strony ulicy Grottgera i wokół ciasnego zaplecza z boku. To zaplecze to taka wygospodarowana w jednolitej przestrzeni wnętrza kiosku mikroskopijna kanciapka, gdzie będzie miejsce na jako taką prywatność kioskarza, a tam dzbanek, grzałka, szklanka i puszka na herbatę. Wzdłuż dolnej i górnej krawędzi szklanych witryn pobiegnie metalowa rynienka o prostokątnym przekroju, służąca do umieszczania w niej na noc metalowych krat, zabezpieczających kiosk przed włamaniem.

Całość zamknie od góry dach, pokryty grubą papą, a nad okienkiem sprzedawcy, nad owym blatem, będzie jeszcze dodatkowo wysunięty ku ulicy Sikorskiego niewielki daszek chroniący przed deszczem klientów i odbierane przez nich z okienka zakupy.

Witryny będą prezentować plastikowe modele samochodzików, takie realistyczne, jak „fiaty”, „warszawy”, „jelcze” i fantazyjne koparki, wyścigówki. Obok nich przykucną różne rodzaje lalek, misiów, jakieś klocki. Po drugiej stronie malutkiego okienka, służącego do handlowania, kioskarz rozłoży codzienną prasę i tygodniki, „Gazetę Lubuską”, „Sztandar Młodych”, „Słowo powszechne”, „Przyjaciółkę”, „Kobietę i życie”, „Żołnierza Polskiego”. Takie tytuły jak „Tempo”, „Przegląd sportowy”, „Express wieczorny” nie będą leżały, znikną z lady za szybą zanim zdążyłyby się zaprezentować oczom czytelników. Zresztą nie tylko te, taka „Panorama”, „Razem” ze zdjęciem gołej baby, „Motor”, czy „Sportowiec” też będą, wraz z tamtymi czekały na nielicznych szczęśliwców w zakamarkach kiosku w tak zwanych „teczkach”. Aha, jeszcze te dla dzieci i młodzieży, „Miś”, „Świerszczyk”, „Płomyczek” czy „Świat młodych” z komiksem o Kajku i Kokoszu… A po drugiej stronie chemia i artykuły higieniczne. Proszki do prania, „E”, „IXI”, płyn do naczyń „Ludwik”, kremy NIVEA, mydła i mydełka, żyletki „Polsilver” i „Irydium”, maszynki do golenia z kolejnej serii „Wizametu”, woda kolońska i perfumy i co tam jeszcze… Cała, bogata i skomplikowana rzeczywistość kiosku „Ruchu”!

A pośrodku tego sezamu ze skarbami, za małym okienkiem usiądę ja.

Nie będzie w tym nic z przesady. Żyletki i kremy dla pań, proszek i płyn, gazety, zabawki, tygodniki to prawdziwe skarby, szczególnie gdy po osiemnastej zamkną już większość sklepów, a człowiek znajdzie się w potrzebie… A przecież potrzeby bywają i jeszcze bardziej naglące i tylko kiosk wtedy pomoże: a papierosy, a prezerwatywy, a papier toaletowy!

Do kiosku musi prędzej czy później przyjść każdy. Na szybki zakup, na pogaduszki, za potrzebą i towarzysko. Jakiż to doskonały punkt do poznawania ludzi i ich trosk! A gdy taki kiosk postawią jeszcze naprzeciwko wejścia do najbardziej elitarnego hotelu i knajpy w Zielonej Górze…?! W miejscu okolicznościowych dancingów dla wybranych i zakrapianych nasiadówek dla aktywu? Tu nie znajdziesz robotnika (żłopie wódę w „Ratuszowej” lub „Asie”), czy cinkciarza (pije w „Topazie” a pracuje w orbisowskim „Polanie” lub „Śródmiejskim”), ale sekretarzy różnego szczebla i resortu i ich sekretarki, urzędników z magistratu, czy województwa. Tu nie będzie meneli (szukaj ich w „CePeeNie” przy Sowińskiego), czy dziennikarzy, plastyków, literatów (zajrzyj do Klubu Dziennikarza w piwnicy redakcji „Gazety Lubuskiej”), ale pijani naczelnicy i dyrektorzy z ubzdryngolonymi kochankami lub trzeźwymi żonami. Sędziowie, prokuratorzy… Ci wszyscy, którzy muszą tu odreagować przy kielichu i niezłej dupie ciężką, codzienną troskę o obywatela i załogę. O rzemieślników, robotnika, inteligenta, chłopa…

Doskonałe miejsce dla żądnego wiedzy o słabościach tak zwanych sfer władzy i aktywu oficera Milicji Obywatelskiej do spraw Służby Bezpieczeństwa. Udającego przez lata mało ambitnego i ustosunkowanego, ale za to dobrze zorientowanego i rozumiejącego życie kioskarza. Godnego Twojego zaufania, zawsze gotowego do wysłuchania Twoich zwierzeń i okazania Ci pomocy przy szukaniu taksówki, kurwy lub po prostu alibi dla żony.

I właśnie dlatego redaktor Demianiuk wyjdzie z hotelu „Pod Orłem”, przejdzie na drugą stronę ulicy Sikorskiego i podejdzie do okienka mojego kiosku „Ruchu”, mojego królestwa i pola działania.

– Jak minął dzionek? – spytam, tak niewinnie zagajając tę niezwykle istotną dla mnie rozmowę.
– Bynajmniej nie na zebraniu udziałowców spółki Kleinbahn Grünberg-Sprotttau, he, he, he… – zarechocze z własnego dowcipu redaktor.
– Zapewne, zapewne… A ten Lenz, tak w ogóle, to on jeszcze żyje?

Przed wojną ten hotel nazywał się „Schwarzer Adler” i co roku, tak w lutym, marcu odbywały się tu zgromadzenia akcjonariuszy lokalnej spółki kolejowej, zawiadującej linią do Szprotawy. Prywatną, o dużym znaczeniu dla miejscowych przedsiębiorców i rolników. Szefem szefów i jej motorem napędowym był Fryderyk Lenz, jeden z czterech głównych inwestorów w obszarze pruskich, jeszcze kajzerowskich, kolei powiatowych, zwanych kleinbahnami. Po 1945 roku spółka wyprowadziła się do Niemiec, a dwa albo trzy lata później kolejkę znacjonalizowano i przejęły ją Polskie Koleje Państwowe.

Dawne to już będą wtedy czasy, żart Demianiukowi uda się zatem średnio.

– Pułkownika albo tego Sosińskiego, Redaktor ostatnio, dzisiaj albo wczoraj może widział?
– Chyba łapię konteksty, panie oficerze…

Gestem głowy i jeszcze zachęcając ruchem ręki zaproszę Redaktora do wnętrza kiosku. Zrozumie od razu i podejdzie bez słowa do drzwi. Otworzę je od środka. Wejdzie, ale zatrzymam go na progu, w tej zakrytej, niewidocznej z zewnątrz kanciapie. Zrobimy to zresztą tak samo bodaj z setny raz, niezmiennie od trzech, czterech lat.

– Podjąłem decyzję – oznajmię stojącemu w ukryciu mężczyźnie.
– Jaką? – oczy Demianiuka z żabich, rozlazłych i bez wyrazu, zrobią się jak u polującego węża a głos nabierze nuty chorobliwej ekscytacji, stanie się jednoznacznie złowróżbny.

Sprowokuje mnie to do podjęcia z nim gry. Ciekawy, jak też daleko się zagalopuje, zanim sprecyzuję mu zadanie, wystawię go na pewną próbę. Jeśli popłynie, jeżeli nie zda tego psychologicznego testu, tym gorzej dla niego. A ja się nieźle jego kosztem zabawię… No, nie powiem, nie bez ogromnej satysfakcji.

– Sosiński stał się bezużyteczny. wygląda na to, że zacznie działać na własną rękę. Na początek tylko dla prywatnej zemsty, w rodzinnej sprawie, ale co się stanie potem, do czego się jeszcze posunie? Nikt tego nie wie, a to już niebezpieczna sytuacja.
– Cały drżę – zakpi Deminaiuk i skonkluduje całkiem rzeczowo – Ale ja nie jestem od mokrej roboty, przecież wiecie…
– Czy ja wiem?
– A czyż nie? – zaniepokoi się na poważnie.
– Ja dużo wiem, myślę, że wystarczająco dużo… – podreguluję napięcie w grze na wyższy poziom, dwuznacznie zawieszając głos i dwuznacznie nie kończąc myśli.
– Zatem nie do końca rozumiem… Czy Pułkownik za tym stoi?
– Ktoś znacznie wyżej…
– Daleko wyżej?
– A Sosińskiemu wystarczy dać sygnał. Mocny sygnał.
– Jak mocny?
– Najmocniejszy. Musi poczuć knuta i pięść, i zrozumieć, czyja ręka stoi za oboma. Musi zrozumieć, że ma słuchać i wykonywać, i nic ponad to.
– Jeżeli nie jego samego, to…?
– Może być on sam lub ktoś mu bliski.
– Siostra?
– Ta Barczyńska? W sumie załatwi to dwie sprawy: narzędzia i mózgu, który nim kieruje.

Redaktor znowu charakterystycznym ruchem dłoni pogładzi się po glacy. Wystawi koniuszek języka, obślini się. Uda głębokie zastanowienie, wahanie i wypali:

– A co ja z tego będę miał?

Z przerażeniem zauważę, że w tym momencie zdecyduje się to zrobić! Sparaliżuje mnie ta konstatacja na tyle, że tylko żachnę się, odegram zdziwienie takim brakiem rozsądku, brakiem myślenia z jego strony:

– Coś ty taki nieogarnięty? Nie widzisz do czego prowadzi działanie tego rodzeństwa? Kogo Barczyńska wypuści ze szkoły, w dorosłe życie, kogo wychowa społeczeństwu? O takie postawy walczymy? Taki ma być wzorzec socjalistycznego pracownika, członka kolektywu w zakładzie pracy?
– Nie, nie. Nie bierz mnie na takie agitacje – roześmieje się jeszcze raz Demianiuk. – Przejdźmy do konkretów. Sprzedałem ci, panie oficer, ważną dla ciebie informację…
– Odwzajemnię się taką samą monetą.
– Informacją? A jakiej informacji ja potrzebuję jeszcze w tej sytuacji…?
– Napiszesz sobie artykuł z sensacyjnego zdarzenia, które zaskoczy całe miasto i którego nikt się nie spodziewa. Wiesz już przecież, gdzie ono się wydarzy? A to, na czym będzie polegać, akurat ciebie nie zaskoczy – dodam kierowany już tylko ciekawością, licząc na to, że zaraz, teraz zdradzi mi jakieś szczegóły – No, jak zwykle w przypadku twoich felietonów i reportaży – dołożę znacząco i nie bez nuty złośliwości, zirytowany jego milczeniem – Pamiętaj, że ja WIEM.

Demianiuk zrozumie i pytanie i aluzję, chociaż wykaże się zaledwie krótkodystansową błyskotliwością – nadal nie przejrzy całej mojej gry.

– Jak zwykle, powiadasz, panie oficer?
– Za tanio? Czyżby? – postaram się, aby zabrzmiało to jak groźba.

Redaktor w odpowiedzi machnie rękoma, wskazując na coś za mną. Obejrzę się w tamtym kierunku. I w ten sposób nie dowiem się na razie, czy Demianiuk poszedłby na całość? Czy to tylko głupota, która nie da mu zachować racjonalnego spojrzenia, czy po prostu pazerność, tłumiąca wszelkie hamulce i pozwalająca bezstresowo przekraczać każdą granicę?

Przed kiosk zajedzie czarna wołga starego typu i zaparkuje na wolnym miejscu, pomiędzy taksówkami. Z tylnych drzwi wyjdzie w moim kierunku „Duch”. W żadnym wypadku nie powinni się spotkać obaj z Redaktorem. Nie w moim kiosku.

Skinę na mego gościa i Demianiuk błyskawicznie się ulotni.

– Dobrze znasz „Ducha”? – usłyszę jeszcze tylko głos mojego kapitana.
– Cały czas byliście tu obywatelu prokuratorze?
– Tak, oczywiście. I nie ukrywam, jestem rozczarowany. Co z tym twoim planem? Miałem popatrzeć – na co? Napuszczanie tej mendy, to wszystko na co cię stać? Tylko tak potrafisz ratować syna?
– Proszę, zdajcie się na tego sukinsyna. On jest mistrzem kurewstwa…
– Nie tylko on. Uważaj na tego „Ducha”. On pochodzi gdzieś z Rusi zakarpackiej. Zaczynał od spraw słowackich Żydów. Bardzo śmierdzących spraw. Jakoś się wywinął. I potem, jako Niemiec był z banderowcami i wilkołakami. I znów spadł na cztery łapy, wywindował się na aktywistę, aż w końcu wylądował u was, w UB. To wyjątkowa szuja i cwaniak. Chociaż – i to chyba jest najbardziej niebezpieczne – ma bardzo mocne plecy. Bardzo mocne… Nawet ja wszystkiego nie wiem… – jego głos zacznie cichnąć, oddalać się, aż poczuję, iż kapitana już w ogóle przy mnie nie ma. Jego nieobecność odbiorę mocno, ale będę bezsilny.

Tymczasem „Duch” okaże się niezwykle spostrzegawczy.

– Co to, widzę, były odwiedziny ze strony Redaktora? – zagai z głupia frant.
– Ano były – tylko głupi spróbuje zaprzeczyć.

Przybyły pokiwa głową, zamyśli się na chwilę.

– „Caro”, poproszę – rzuci w głąb okienka kiosku, nie ukrywając pod inną mimiką, czy tonem głosu, że będzie to pauza przed czymś poważnym, chwila na oddech, na zastanowienie. Po czym nastąpi burza.

Podam mu niewielkie, niebieskie pudełeczko. „Duch” rozerwie błyszcząca folię, rozedrze miękki papier z białym nadrukiem na niebieskim tle i wyciągnie papierosa z filtrem. Oderwie ten żółtawopomarańczowy kawałek, resztę włoży do szklanej lufki i zacznie szukać po kieszeniach marynarki zapałek lub zapalniczki.

– Cholera… – skwituje całą sytuację. Odwróci się w kierunku swojej wołgi. – Masz za tym kółkiem jakiś ogień? – spyta czekającego cały czas w aucie kierowcę, ale nie da mu nawet jakkolwiek na to zareagować. Znowu odwróci się ku okienku kiosku, klepnie głośno w blat i rzuci do środka – Dawaj stary, chodź na chwilę, klapniemy.

Pewny tego, że wyjdę do niego, zrobi trzy kroki w bok, w stronę ulicy Grottgera i stanie nad ławką. Nerwowo opuka lufkę o nadgarstek wolnej ręki i będzie chciał, podenerwowany, wyjąć niezapalonego papierosa, aby zgnieść go i rzucić na chodnik, sam sobie pod nogi.

Nie spiesząc się wyjdę z kiosku, zamknę drzwi i podejdę do ławki

– Masz, przypal sobie – podam mu zapalniczkę.

„Duch” podniesie na mnie wzrok, pokiwa głową. Pstryknie przyciskiem i umieści wolny koniec papierosa w małym płomyku. Usiądzie w końcu na ławce.

– Gadaj co z tym pedofilem – upomni się niewyraźnie, z lufką między zębami. Nie będzie krył zniecierpliwienia, choć postara się nie okazywać palącej go ciekawości.
– Nic nie wiem o żadnym pedofilu – odpowiem zgodnie z prawdą. I tym go naprawdę już zdenerwuję.
– Co ty mi tu, stary! Kogo ty chcesz wpuszczać w maliny?
– Kiedy nie wiem! Z Redaktorem gadaliśmy o tym Sosińskim i jego siostrze, nauczycielce.

„Duch” rozsiądzie się na ławce. Łapczywie zaciągnie się, dusząc w ten sposób w sobie, ogarniającą go wściekłość.
Siądę zamaszyście, pewny swego, obok niego.

– Czego ty ode mnie chcesz, nic nie wiem o żadnym pedofilu! Wystarczą mi moje kłopoty z tym Sosińskim, z tą Barczyńską i z synkiem. O dupę to wszystko…! – wybuchnę w końcu.

„Duch” spojrzy na mnie zdziwiony, ale ukryje zdziwienie pod maską litościwego niepokoju, troski, chęci pomocy, pewny, że nie dostrzegę jego gry.

– No, stary, gadaj – klepnie mnie po ramieniu. – Wygadaj się, dobrze ci to zrobi.

Sam nie wiem dlaczego, ale opowiem mu na tej ławce historię, w jaką zaplącze mnie ten cały figurant Pułkownika. I o tym, o czym rozmawiałem z Redaktorem. Naprawdę nie wiem czemu? Może nie będę chciał być z tym sam, samemu podejmować decyzji o działaniu przeciw „fabryce”? Czy będę liczył na to, że „Duch” mnie rozgrzeszy? Usprawiedliwi, zapali zielone światło dla ratowania mojej rodziny kosztem lojalności wobec służby?
Ale „Duch” zażyje mnie z zupełnie innej „mańki”. Zupełnie mnie zresztą zaskoczy. Długo będę się po tym zbierał do kupy.

– Zastanawiałeś się jaką cenę wystawi ci Redaktor? Bo chyba nie sądzisz, że zrobi to za dobre słowo? Prędzej ze strachu – masz coś na niego? Co to jest? Wystarczy według ciebie?

Nie odpowiem. Przynajmniej nie od razu. Zaskoczony będę zbierać myśli, gdy nagle z niebieskiego dużego fiata, który na moment zatrzyma się obok wołgi „Ducha”, wyskoczy mniej więcej piętnastoletnia dziewczynka. Trzaśnie drzwiczkami auta, a ono zaraz, z takim jakby delikatnym plaśnięciem opon, odjedzie dalej, skręcając w lewo, w Grottgera. Dziewczynka natomiast kilkoma długimi susami wskoczy na krawężnik i doszlusuje do naszej ławki.

– Michalina? – usłyszę znowu głos mojego kapitana, zanim obaj z „Duchem” zdążymy zareagować na niespodziewanego gościa. – A co ona tu będzie robiła? Przecież to zupełnie nie jej historia! To jeszcze nie jej czas…

Obejrzę się za prokuratorem, ale on pokiwa tylko przecząco głową i gestem wskaże na „Ducha”:

– Patrz lepiej na niego.

Dziewczynka stanie przed „Duchem” i bardzo pewna siebie wyrzuci mu z całej samej siebie:

– To pan? Mam cię!

„Duch” spojrzy na nią zupełnie zaskoczony. Lufka z nadpalonym papierosem spadnie mu na kolana. Nawet nie zauważy tego.

– Papieros, uwaga. Spali ci spodnie – nie bez satysfakcji w głosie ostrzegę go. A on machnie lekceważąco ręką, zapatrzony w dziewczynkę. Jego wzrok będzie pusty, nic nie będzie wyrażać. Przerażenie, nie. Zaskoczenie, zainteresowanie, ciekawość – nic z tych rzeczy. Niema pustka, oczekiwanie na dalszy ciąg, na to co się stanie, wreszcie coraz mniej tajona prowokacja, zachęta dla małej do działania. To ona ma odkryć karty, a mężczyzna rozegra to dalej znając już jej walory.
– Wychowawczyni chciała zabrać mi widokówkę! Tę, którą dostałam od pana… – z wyrzutem pożali się mała.
– Którą?
– Tę z hotelem „Schwarzer Adler” – wyciągnie przed siebie rękę dzierżącą niewielki, sztywny kartonik. „Duch” weźmie od niej na chwilę prezentowany skarb, obejrzy go i uśmiechnie się.
– Ale jej nie oddałaś. Brawo, zuch dziewczyna – spróbuje zmienić charakter rozmowy na nieco mniej dramatyczny, przeskoczyć na żartobliwy ton.

Dziewczynka jednak nie ustąpi. Wyraz jej twarzy pozostanie nie mniej zacięty niż od pierwszej chwili tego spotkania. W oku pojawi się łza, choć ton jej głosu nie odda tej chwili słabości, bezradności. Pozostanie niezłomny, wymagający. Nieustępliwy, ale bez nadmiernej zadziorności:

– Powiedziała, że pan jest przestępcą, a ja wspólniczką!
– Przestępcą, dlaczego?
– Bo to jest hitlerowska widokówka, a wszystko co niemieckie, to faszystowskie!

Mężczyzna znowu delikatnie uśmiechnie się, będzie już zupełnie spokojny:

– A co to, według ciebie, znaczy faszystowskie?
– Wychowawczyni mówi, że tym powinna zająć się Służba Bezpieczeństwa. Nie boi się pan mnie do tego wciągać?

Gdyby „Duch” kiedykolwiek śmiał się, akurat w tym momencie pewnie roześmiałby się pełną gębą. Ale on tylko podejmie kolejną grę:

– Czy ja się boję SB?
– Pan odwraca kota ogonem. Czy wciąga mnie pan w jakieś przestępstwo?
– Tego was nadal uczą w szkole?
– Czego?
– Tego, że każdy kontakt, to wroga działalność? Każdy pamiątkowy, historyczny przedmiot, to szpiegowskie wyposażenie? Zresztą, nieważne.

Michalina będzie patrzyła nic nie rozumiejącym wzrokiem. Zaskoczona, na chwilę zamilknie. Pokręci głową. Potem i tak „Duch” nie dopuści jej jeszcze długo do głosu:

– Spodobała ci się ta pocztówka?

Dziewczynka potwierdzi skinieniem głowy.

– Czy dlatego, że pokazuje ciekawą historię tego regionu? No widzisz – sam sobie odpowie i dalej wszystko wytłumaczy – Przed 1945 rokiem były tu Niemcy, Zielona Góra nazywała się Grünberg i była miastem niemieckim. Od 1933 roku hitlerowskim, bo takie były całe Niemcy. Jeżeli chcesz dokumentować wydarzenia w tym mieście przed wojną, historię życia tutejszych ludzi, zawsze to będą niepolskie dokumenty, tylko niemieckie, hitlerowskie.
– Od dawna znasz tę dziewczynkę? Jak się poznaliście? – nagle zaświta mi w głowie coś zupełnie nie do pomyślenia, na wskroś tak złego, że aż nie do wyobrażenia. Budzącego odrazę.

Ale odpowiedzą na to oboje na raz, tak spontanicznie i z taką dozą niewinności, zadowolenia, satysfakcji, że te domysły prysną niczym bańka mydlana. Kto wie, może znikną zbyt szybko, może należałoby to dokładniej przeanalizować? Lecz stanie się tak i nie inaczej i nic tego nie zmieni.

– Pan był w fabryce mebli w Świebodzinie, gdy my przyszliśmy tam na wycieczkę…
– Michalina wychowuje się w domu dziecka… I interesuje się tym, co dawniej budowano na Ziemi Lubuskiej i jak, i dlaczego?
– I co zostało z tego do dzisiaj?
– Porozmawiałem z radą zakładową, aby ufundowali jej książeczkę mieszkaniową.
– I pan mi powiedział, że jest kolekcjonerem. Zbiera stare widokówki. I pokazał mi taką, na której był hotel, gdzie zbierały się władze kolei z Zielonej Góry do Szprotawy…

W tym momencie ja zaśmieję się serdecznie a bez żadnego skrępowania. Wskażę ręką przed siebie, wyjaśniając:

– To był hotel „Schwarzer Adler”. Dzisiaj też jest tu hotel, tylko, że orzeł zmienił kolor. To hotel „Pod Orłem”, oczywiście białym… Masz go przed sobą, o, tutaj, patrz.

Michalina porwana swoją pasją obróci się w stronę budynku po drugiej stronie ulicy Sikorskiego. Przez dłuższą chwilę będzie porównywać widokówkę, trzymaną w wyciągniętej na wysokości oczu ręce, z realnie stojącym przed nią gmachem. Będą ochy i achy, oznaki zaskoczenia i entuzjazmu z dokonanego odkrycia, odnalezionych podobieństw. Zdawkowe komentarze do różnic w szczegółach, do zmian jakie zaszły w ciągu tych kilkudziesięciu lat w zewnętrznym wyglądzie hotelu.

– Kolekcjonujesz takie rzeczy? – spytam z nie udawanym zaskoczeniem. Nikt, aż do tamtej chwili nie będzie znał go od tej strony. Przynajmniej ja, ani nikt, z kim o nim rozmawialiśmy.
– Tak samo, jak ty znaczki. Mało razy przywiozłem ci hitlerowskie serie? – odpowie „Duch”.
– Zawsze będę ci za nie dozgonnie wdzięczny. Zebrałem już też do końca całą przedwojenną Litwę, Łotwę i Estonię – nie dam rady powstrzymać potrzeby pochwalenia się sukcesem osiągniętym po latach starań i wyrzeczeń.
– To tak samo niebezpieczne, jak te przedwojenne pamiątki i dokumenty stąd… Nie ma i nigdy nie było takich państw, które przed chwilą wymieniłeś… Przynajmniej według towarzyszy radzieckich, skąd więc takie znaczki, stary? To tylko wroga propaganda, walka z systemem…
– No tak.
– W NRD zżera ich panika jeszcze do dzisiaj. Tam patrzą na to, jak u nas przed pięćdziesiątym szóstym… Mam w Berlinie takiego zaufanego sklepikarza. Zawsze jak do niego zachodzę, zamyka sklep, dokładnie rozgląda się po ulicy, czy nikt tego nie widzi i bierze mnie na zaplecze. Żadnych okien, światło tylko elektryczne, przyciemnione. Rozumiesz, z przodu znaczki z demoludów, etykiety od zapałek, widokówki z Marksem, a od zakrystii… Te twoje znaczki z Hitlerem, moje pocztówki, bilety, karty przewozowe z fabryk Grünbergu, Sprottau, Sorau, Schwiebus i co tylko chcesz. I ciągły strach przed STASI. Tam można za to pójść na dwadzieścia lat…
– U nas też panuje zmowa milczenia o tym okresie.
– Nie gadaj, tu nie ma czego porównywać. U nas po prostu odzywa się trauma okupacji. Co najwyżej zaczną na ciebie krzywo patrzeć w pracy, stracisz paru przyjaciół jako krzewiciel tej znienawidzonej niemczyzny, ale nikt nie będzie o tym donosił do SB.
– No, a ta wychowawczyni Michaliny z domu dziecka?
– To wyjątek. Unikalny relikt w dzisiejszych czasach. Szczególnie po otwarciu granicy z NRD. Ludzie przywożą stamtąd nie tylko pornosy, buty, miksery i kolejki elektryczne, ale też coraz więcej pamiątkowych bibelotów, landszafty z jeleniem, popielniczki z różnymi Grünbergami, stare odznaki, szpargały… Siły kolekcjonowania, tak jak pociągu do hazardu i pornografii nie zdusi żadna władza, nie wypleni najlepszy system społeczny. Wiesz, co się dzieje na Pradze, na ciuchach…? Ludzie tego potrzebują, trzeba im zatem na to pozwolić, a śrubę przykręcać gdzie indziej, tam gdzie to jest ważne i rzeczywiście groźne dla państwa. A stare papierzyska z portretem faceta z wąsikiem na dnie szuflady nie są dzisiaj już dla nas takie, stary.

Michalina wróci do nas, niemal podskakując z wrażenia.

– To cudowne tak porównać stary widok z kartki, z tym jak to wygląda dzisiaj.
– Jak chcesz, to możesz mi oddać tę pocztówkę. Chyba mam w aucie inną, z tego twojego Schwiebus. Tak się wtedy nazywał Świebodzin. Nawet na kartce przekreślono niemiecką nazwę i piórem napisano ją po polsku. Tej twojej wychowawczyni z domu dziecka się spodoba…

Dziewczynka odskoczy na trzy kroki od ławki. Pocztówkę z hotelem przyciśnie do zarysowujących się już jej obficie pod swetrem piersi.

– Nie, niech zostanie u mnie. Świebodzin nie jest moim miastem, ja tam jedynie na razie jestem. A będę zbierać tylko widokówki z Zielonej Góry i Grünberg. I kiedyś tu przyjadę, na stałe. Będę stąd…
– No widzisz, stary? – „Duch” z szacunkiem skomentuje postawę młodej Michaliny, po czym szybko zmieni temat. – No, towarzyszu Makarewicz, widzicie jak to jest. My tu gadamy, a czas w drogę. Opowiesz mi o tej akcji z pedofilem następnym razem. Może będą już jakieś efekty, a nie tylko plany?
– Od razu do Warszawy?
– No, prawie. Mam tu jeszcze jedną akcję, którą poniekąd koordynujemy, choć z daleka i bez wpływu na szczegóły. O, i ta pocztówka ze Schwiebus mi się przyda. Będzie znakiem rozpoznawczym do jej rozpoczęcia…
– A…
– Ta twoja sprawa? Ja bym robił. Dla mnie to też najważniejsze, rodzina. A ty do tego ją masz… Nie to co ja, czy inni stamtąd, tam od nas… Popaprany los, popaprana ziemia. Nie, nie ma nic bardziej cennego dla mężczyzny, szczególnie teraz, gdy wszystko się wali… – zawaha się, czy to nie będzie o trzy słowa za dużo i zamiast dokończyć, zaasekuruje się, rzuci ostrzeżenie: – Ale to tylko tak prywatnie. W razie czego nie licz na nic, na żadną taryfę ulgową. Miej też coś w zanadrzu, dla przeciwwagi. Dla nas.

Odejdzie w stronę swojej wołgi. Przed wejściem do środka jeszcze zawaha się. Zawróci. Ściszonym głosem doda ostatnie zdanie i szybko wsiądzie do samochodu. Ruszy, odjedzie, zniknie.

– Pamiętaj, co ci powiedziałem o Redaktorze. Nigdy nic nie jest darmo. Cena, dowiedz się o cenę… Zanim będzie za późno.

I wtedy wrócę do kiosku.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.