Zaproszenie

Joanna Trümner

Zaproszenie, które Maria wręcza mi w drzwiach wielkiego, nowocześnie umeblowanego domu na przedmieściach naszego rodzinnego miasta zaskakuje prostotą i elegancją. Po Marii spodziewałam się czegoś bardziej wystawnego, złoconych, pretensjonalnych liter, głośno krzyczących o późnym szczęściu mojej bliskiej kuzynki i nie poznanego jeszcze przyszłego pana młodego. „Dziś rozpoczynamy kształtowanie naszego życia. Wspanialszego od tego, które spędzilibyśmy samotnie”, czytam i czuję, że z tych słów bije przekora, zaczepna odpowiedź na złośliwe komentarze, że wspólna droga nie będzie już długa, pan młody ma przecież 74 lata, a Maria skończyła przed kilkoma miesiącami 60 lat.

Czas obszedł się z nią bardzo łaskawie – nieodpowiedni partnerzy, złe decyzje, długi, problemy z dziećmi i choroby, którymi zarażała się kilkakrotnie do pacjentów, wszystko to nie pozostawiło na jej twarzy prawie żadnych śladów. Uśmiecham się do tej szczęśliwej Marii w wielkim domu przyszłego męża, z trudem rozpoznaję w niej Marię z naszego przedostatniego spotkania, nienaturalnie szczupłą, znerwicowaną, z ciemnymi sińcami pod oczami. Marię, która po raz kolejny znalazła się w zwrotnym punkcie życia.

Było to nasze pierwsze spotkanie po jej sześcioletniej nieobecności w rodzinnym mieście. Podczas tych sześciu lat Maria dzwoniła do mnie kilkakrotnie z życzeniami urodzinowymi lub świątecznymi, nasze rozmowy były zbyt krótkie, żeby zorientować się, jak bardzo była nieszczęśliwa. Nawet chciałam ją odwiedzić na drugim końcu Polski, w tej małej mieścinie, której nazwy przedtem nigdy nie słyszałam. Dwa razy Maria odwołała moje odwiedziny, tłumacząc się najpierw remontem mieszkania, a potem grypą. Nasz kontakt ograniczał się więc przez lata do sporadycznych, często nieoczekiwanych, rozmów telefonicznych. Teraz wiem, że Maria dzwoniła do mnie prawdopodobnie tylko po to, żeby usłyszeć mój głos, przypomnieć sobie, że ma rodzinę, nie jest zdana tylko na siebie i może liczyć na pomoc. Nigdy nie poznałam mężczyzny, do którego przeprowadziła się po trzech miesiącach znajomości przez internet na drugi koniec Polski, jednego z wielu w szeregu nieodpowiednich, egoistycznych, nie szanujących jej i uzależnionych od alkoholu lub po prostu kompletnie nie dających sobie rady w życiu partnerów.

Nasze przedostatnie spotkanie, pierwsze po powrocie Marii z gehenny, którą przeszła na południu Polski, odbyło się w eleganckiej kawiarni dużego centrum handlowego. Opowiadanie Marii o mężczyźnie, który traktował ją jak tanią sprzątaczkę i przez lata upokarzał i przejął kontrolę nad jej życiem, o jej dramatycznym powrocie do rodzinnego miasta, który był w zasadzie ucieczką, nie pasowały do tego miejsca. Przy sąsiednich stolikach siedzieli ludzie, których życie składało się z sukcesów, biznesmeni spędzający przerwę obiadową przy belgijskiej czekoladzie lub kobiety odpoczywające po kilkugodzinnych zakupach. Nikt z nich nie potrafiłby zrozumieć życia Marii. W ich życiu nie było miejsca na naiwne i nieprzewidywalne decyzje.

Nieraz zastanawiałam się, skąd się brali wszyscy ci nieudacznicy życiowi, których Maria przyciągała jak magnes, tylko po to, żeby przez krótki czas poczuć akceptację i ciepło. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego była gotowa płacić tak wysoką cenę za chwilę iluzji. Nie wiem, jak udało jej się mimo wszystkich życiowych pomyłek wychować trójkę dzieci, dwóch synów, którzy ją uwielbiają i córkę, która nie akceptowała wyborów matki i zdecydowała się nigdy nie zakładać własnej rodziny.

Pan Młody opowiada o swoim życiu, pierwszym małżeństwie i śmierci żony przed sześcioma laty, o dwóch synach, którzy po killku latach pobytu w Irlandii wrócili do domu z pieniędzmi i prowadzą samodzielną działalność, o wielkim domu, który sam wybudował. Opowiada i opowiada, jego życie brzmi jak jedno wielkie pasmo sukcesów i ciężkiej pracy. „Po co mu Maria, skoro sobie tak wspaniale daje radę w życiu?“, myślę i czuję, że wzbiera we mnie niechęć do niego. Widocznie mam to wypisane na twarzy, bo pan młody reflektuje się i dodaje: „Największym szczęściem ostatnich lat jest to, że znalazłem Marię“. Maria milczy, któtko potem opowiada o młodszym z żyjących w Wielkiej Brytanii synów: „Wraca. I dzieci, i żona mają dosyć Anglii, wszyscy nie widzą tam dla siebie żadnych perspektyw”. Gryzę się w język, żeby powstrzymać się przed komentarzem, że dwudziestoośmioletni człowiek z trójką małych dzieci, bez zawodu, bez mieszkania i oszczędności również w Polsce nie będzie miał żadnych perspektyw. Pan Młody jest mniej delikatny: „Niech on zostaje tam, gdzie jest. My mu na pewno nie pomożemy. Zresztą nie znam człowieka, który nie wróciłby z zagranicy z pieniędzmi”. Patrzę na Marię, jej usta zaczynają drżeć. „Po trzydziestu latach pobytu za granicą wiem, że nie każdy wraca do Polski z pieniędzmi”, mówię i nienawidzę się za pouczający, arogancki ton. Ale wiem, że muszę wziąć Marię w obronę, jest przecież moją kuzynką, bliską rodziną, jednym z ostatnich pomostów do wspólnie spędzonego szczęśliwego i beztroskiego dzieciństwa.

Pan Młody zmienia temat i zaczyna opowiadać o mieszkaniu Marii. „Dałby sobie święty spokój”, myślę na wspomnienie zaniedbanego dwupokojowego mieszkania, w którym czasami mieszkało aż sześć osób, dwie świnki morskie, pies i kot. Pan Młody, wybawiciel, rycerz na białym koniu opowiada, jak stopniowo zwalczył brud ponad czterdziestu lat i harował jak wół, żeby można było tam znowu zamieszkać. Pokazuje mi zdjęcia z kolejnych etapów pracy i komentuje z dumą, że mieszkanie zostało niedawno wynajęte i w końcu przynosi pieniądze. „Przecież tam nikt nigdy nie sprzątał”, dodaje, a ja kątem oka widzę, że usta Marii ponownie zaczynają niebezpiecznie drżeć. Jestem wściekła, facet ma zero wyczucia: „Przecież ona musiała samotnie wychowywać trójkę dzieci”, mówię i czuję, że muszę chociaż na chwilę odpocząć od obecności tego człowieka.

Możesz mi proszę pokazać sukienkę ślubną?”, pytam Marię. Elegancki bladoróżowy kostium bardzo do niej pasuje, Maria wygląda w nim ślicznie. „Jesteś szczęśliwa?”, pytam i wiem, że nie udało mi się ukryć wątpliwości i mieszanych uczuć na temat jej późnego szczęścia. „On jest najlepszą rzeczą, która mogła mnie spotkać“, odpowiada.

Przytulam ją do siebie, żałuję, że nie będę mogła przyjechać na ślub. I bardzo chciałabym, żeby naprawdę Pan Młody okazał się najlepszą sprawą, jaka Marię w życiu spotkała.

Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…

Przyjaciółka

Basia Kowalska

– Kochana – żyć mi się nie chce,
Już dłużej nie mogę,
Co warte jest życie,
Gdy każdy dzień boli?

Samotność mnie dręczy,
Cierpienie doskwiera,
Sił mi brakuje,
Kończę się powoli,

– Zobaczysz to minie,
Przejdzie, zapomnisz,
Wszystko się ułoży,
I zdrowie powróci,

– To niemożliwe,
To nigdy nie przejdzie,
Czekam już tylko,
Aż męka się skróci,

– Wiem, że masz ciężko,
Każdy ma jakoś,
Życie nie bajka,
Którą kupujesz,

– Kończę rozmowę,
Pa pa, Kochana,
Myśl o mnie często,
Ty mnie rozumiesz.

Co włożyć na fitness?
Pumę czy adidas?
Co włożyć na randkę?
Gucciego czy Diora?

Jak zwiększyć obroty,
Dochody mej firmy?
Wieczór w Operze?
Czy popracować?

Teraz na narty,
Z tymi czy z tymi?
Wymienić meble,
Na takie czy takie?

Podciągnąć francuski,
Wziąć nowe zlecenie,
Biznes się kręci,
Bonusy wszelakie,

Zjeść coś w „Sobieskim”,
Wejść w nowy projekt,
Znów mnie słuchają,
Świat wokół wiruje,

Tyle się dzieje,
Tak ciężkie jest życie,
Skąd brać na to siłę?
Kochana zrozumie.

– Kochana – żyć mi się nie chce…

Orient powszedni: przerwa w podróży

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Stało się nieuniknione. Przyjaciółka odeszła. Zasnęła na zawsze we wtorek przed południem w hospicyjnej sali, trzymana za rękę. Wczoraj odprowadziliśmy ją na miejsce wiecznego odpoczynku. W głowie kłębi się Viatorce i Viatorowi tyle myśli, że nie sposób przywoływać chwil uroczego wytchnienia z kwietniowo-majowej podróży. Trzeba zrobić postój. Przerwę. I pomyśleć. Powspominać. Bo jak nie my, to kto? Celebryci, kabotyni i egocentrycy sami zadbają o rozgłos. Prawdziwy Człowiek o to nie zabiega. My zadbamy, by o Nim pamiętano. Bo jak nie my…

Viatorka

Wracają wspomnienia. Pierwsze spotkanie 18 lat temu: późniejsza Przyjaciółka przyprowadza do klasy szkolnej swojego małego jeszcze, niepełnosprawnego intelektualnie syna, ubranego w czerwone rajtuzki. Jak zwykle, są spóźnieni… Wielu będzie Przyjaciółce robić z tego powodu zarzuty, że zawsze się spóźnia. Ale dlaczego tak się działo wtedy? Rozmawiałyśmy o tym po latach. Po prostu – Przyjaciółka codziennie rano musiała stoczyć ze swym dzieckiem „walkę” – żeby się umył, załatwił, coś zjadł i ubrał się, ale przede wszystkim, aby został w szkole bez niej – bo z powodu swych lęków był od niej całkowicie uzależniony, nie potrafił bez niej funkcjonować, a nawet istnieć.

Te „walki” toczyła Przyjaciółka ze swoim synem przez wiele lat, właściwie aż do końca, i to dzięki nim dziś samodzielnie porusza się on po mieście (choć ciągle poczucie bezpieczeństwa daje mu tylko kontakt telefoniczny, kiedyś z Matką, teraz z siostrą), jest aktorem grupy teatralnej, potrafi zaopiekować się swoim siostrzeńcem, czyta i pisze, mógłby się zapewne w przyszłości nawet całkowicie usamodzielnić… Niestety, dwie urzędowe osoby kierujące placówkami powołanymi do pomocy takim ludziom (paradoks: jedną z tych placówek Przyjaciółka współtworzyła) wpędziły go w takie kłopoty, że może on nawet pójść do więzienia. Przy jego zaburzeniach bardzo trudno go bronić, jest trudny, uparty, często irytujący, ciągle wpada na głupie pomysły i zdarza się mu robić rzeczy „niezgodne z zasadami współżycia społecznego”. Od ponad roku pozbawiony jest specjalistycznego instytucjonalnego wsparcia, a teraz jeszcze stracił najważniejszą dla siebie Osobę…

Ale powróćmy do wspomnień… Był 2005 rok, trwała walka o powstanie ośrodka dla osób niepełnosprawnych. Razem z Przyjaciółką tak bardzo chciała Viatorka stworzyć miejsce, w którym wszyscy potrzebujący i ich bliscy znajdą wsparcie. Przyjaciółka biegała po sponsorach, przekonywała władze, organizowała wolontariuszy do remontu i porządków. Zajmowało jej to tyle czasu, że ludzie myśleli, że jest zatrudniona na etacie. Bo kto by tak społecznie i całkowicie bezinteresownie poświęcał tyle wysiłku dla idei?

No i udało się, powstał nie jeden, ale aż trzy takie ośrodki, z których dziś jednocześnie może korzystać 100 osób: niepełnosprawnych intelektualnie, chorych psychicznie, niesprawnych ruchowo i starszych.

Potem Przyjaciółka organizowała świetlice środowiskowe i artystyczne, półkolonie, wycieczki, imprezy integracyjne, hipoterapię, zajęcia na basenie… Przez kilkanaście lat wspierała też ubogich i cierpiących, biorąc udział w zbiórkach żywności czy wspomagając powstanie i działalność hospicjum. Zawsze społecznie i zawsze bezinteresownie.

Nosiła ze sobą aż trzy telefony: jeden dla syna i pozostałych dzieci, drugi prywatny dla innych osób i trzeci dla potrzebujących. A one bez przerwy dzwoniły, nie można było z Przyjaciółką spokojnie porozmawiać. Na każde zawołanie, na każdą potrzebę szybko wsiadała do samochodu i spieszyła z pomocą.

Zawsze podkreślała, że kocha to, co robi… KIEDY ZNAJDOWAŁA NA TO WSZYSTKO CZAS I SIŁĘ?

Przecież sama tak wiele w życiu przeżyła. Wychowała czwórkę dzieci, w tym niepełnosprawnego syna, a przez ostatnie dziewięć lat wspierała swą córkę w samotnym wychowaniu jej autystycznego dziecka. Osiem lat temu straciła ukochanego męża w tragicznym wypadku w zakładzie pracy, potem sama miała wypadek i stała się niepełnosprawna. No i w końcu ta straszna choroba, która zabrała ją w takim cierpieniu i tak młodo… Miała tylko 59 lat.

A Ona mimo wszystko zawsze była sobą, zawsze robiła to, co uważała za słuszne. Nie kalkulowała, nie bała się, że komuś się narazi i potem będzie miała kłopoty. Walczyła o prawa słabszych i pokrzywdzonych, ale też o swoje dziecko. Niestety, kiedy zachorowała i zabrakło Jej sił, przyszedł czas, że ta Jej niezłomność obróciła się przeciwko Niej i jej synowi. Spotęgowało to Jej cierpienie…

Prawie półtora roku temu, gdy dopiero co zdiagnozowano u Niej chorobę, dwie osoby sprawujące ważne funkcje urzędowe złożyły w Prokuraturze przeciwko Niej pozwy. Pierwszy zabolał ją chyba najbardziej – wniosek o zmianę opiekuna prawnego dla Jej syna. Bo jakoby nie ma z Nią kontaktu, podobno ma postawę roszczeniową, a nawet obojętną i od początku nie dało się z Nią współpracować. Z Nią, która poświęciła życie nie tylko swojemu dziecku, ale też innym niepełnosprawnym. Z Nią, która nawet będąc w szpitalu setki kilometrów od domu, odpowiadała na wszelkie pisma. Z Nią, z którą wszyscy inni jakoś świetnie potrafili współpracować, tylko nie owe dwie urzędniczki… Prokuratura na szczęście ten wniosek oddaliła.

Ale pozostałych dwóch już nie. Po ponad roku, miesiąc przed odejściem Przyjaciółki, syn odebrał akt oskarżenia. Tydzień przed Jej śmiercią odbyła się pierwsza rozprawa przed sądem karnym. Czekała na nią z niepokojem, nie mogła już w niej uczestniczyć.

Zarzuty przeciwko Jej synowi: znieważył słownie kierownika i pracowników placówki. Absurd! Specjalistyczna placówka, powołana do pomocy i ochrony, stawia swojego podopiecznego upośledzonego umysłowo, całkowicie ubezwłasnowolnionego, przed sądem karnym za zachowania wynikające z wprost z jego zaburzeń. Uderzył koleżankę, zastraszał i wyzywał kolegę… Viatorka zajmuje się tą sprawą od roku i ma swoje zdanie – takie zarzuty nigdy nie powinny powstać, wszystkim tym problemom placówka mogła i powinna była zapobiec. Tylko jak to wytłumaczyć komuś, kto nie zajmuje się tematem? Do tego trzeba godzin, a nikt nie chce słuchać…

Odchodziła więc Przyjaciółka pogrążona w lęku o przyszłość syna. Z obawami o przyszłość swych dzieci mierzą się wszyscy rodzice osób niepełnosprawnych intelektualnie. Ale kto umiera ze świadomością, że ich dziecko może trafić do więzienia, gdzie na pewno sobie nie poradzi, nie przeżyje zapewne nawet kilku dni? Absurdalne i niesprawiedliwe. Ironia losu: gdyby Przyjaciółka nie przyczyniła się do powstania tej placówki i nie powierzyła jej swojego dziecka, może byłoby inaczej? A Ona już nie mogła niczego zrobić, tylko wierzyć, że gdy Jej zabraknie, przyjaciele nie pozostawią syna bez pomocy. Ale czy przyjaciele dadzą radę z bezduszną machiną…

I jeszcze kilka obrazków…

Lata temu: Przyjaciółka pełna energii, uśmiechnięta, a wokół niej mnóstwo ludzi, którym pomaga. Ciągle dzwoniące telefony, niezamykające się drzwi od Jej mieszkania. Doceniana przez władze, uczestniczy w różnych ważnych gremiach.

Ostatnie półtora roku: bezdennie smutne oczy i wielkie cierpienie, lęk o syna. I garstka przyjaciół, których można policzyć na palcach jednej ręki. Nieliczni, ale wierni – trwają przy Niej do końca. Nikt poza nimi nie reaguje, kiedy urzędnicy robią z Niej człowieka nieodpowiedzialnego, roszczeniowego, niemal pieniacza.

A po śmierci? Piękne artykuły w gazecie, reportaż w telewizji, kondolencje składane nawet przez tych, którzy z ostatniego roku Jej życia zrobili piekło. Na pogrzebie znowu tłumy, takie jak kiedyś, kiedy działała i była pomocna. I piękna pogoda, świeciło słońce. To było poniekąd oczywiste – zawsze śmiałyśmy się, że kiedy Przyjaciółka jest na jakiejś imprezie, to na pewno pogoda dopisze. Ludzie się wzruszali, mówili miłe słowa, wspominali.

Tylko czy jutro pomogą osieroconemu, niepełnosprawnemu człowiekowi, który znalazł się na równi pochyłej i ustrzegą go przed wpadnięciem w kolejne tarapaty?

Nadzieja umiera ostatnia…

Viator

W ogrodzie Wędrowca rośnie czereśnia. Wczesna: owocuje zawsze pod koniec maja. W tym roku zaczęła owocować, gdy rozpoczął się pobyt Przyjaciółki w hospicjum. Owoce skończyły się, gdy… no, słowem – skończyły się nagle i za szybko, choć wiadomo było, że się skończą. Ale zjadły je okoliczne dzieciaki i szpaki. Ni Viator, ni Viatorka nie mieli czasu skosztować choćby jednej czeresienki. Apetyt na czereśnie rzecz ważna. Ale są ważniejsze.

Przyglądał się Pielgrzym żałobnikom na pogrzebie. Było ich wielu – to fakt – ale powinno być kilka razy tyle. I, jako rasowy pesymista, czyli realista, tak myśli sobie Wędrowiec i takoż rzecze: Dziatki moje, zaprawdę powiadam wam! Jeśli chcecie dobro czynić na tym łez padole, róbcie to dla samej przyjemności czynienia dobrze. I tylko dla niej. Powiadam wam, wtedy nie zawiedziecie się, ani rozczarujecie! Na wdzięczność nie czekajcie, bo się nie doczekacie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie doczekacie się.

Co dodać? Przyjaciółka już zażywa wywczasu Wielkiej Ciszy. Po stokroć Jej się należał! My wędrujemy dalej. Wiadomo dokąd. Bo też, w gruncie rzeczy, o czym innym, jeśli nie o Tamtej Stronie, medytują Viator z Viatorką podczas swej podróży po bezdrożach Orientu powszedniego? Zresztą, czy są inne tematy warte medytacji? Za tydzień ciąg dalszy. Zapraszamy.

Stuart 46

We don’t need no education 
We don’t need no thought control
No dark sarcasm in the classroom
Teachers, leave them kids alone
Hey! Teachers! Leave them kids alone
All in all it’s just another brick in the wall

Nie potrzebujemy nauki
Nie kontrolujcie nam myśli.
Niepotrzebny nam w klasie czarny sarkazm
Nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
Hej, nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
To, co robicie, to tylko jeszcze jedna cegła w murze.

Pink Floyd, Another brick in the wall

Joanna Trümner

Szkoła

W kilka dni po powrocie do domu Stuart stał przed tablicą w klasie i tłumaczył uczniom podstawy trygonometrii. Z niedowierzaniem przyglądał się swoim podopiecznym. Po raz pierwszy od dawna miał wrażenie, że próbują zrozumieć i zapamiętać, to co mówi. „Komuś z zewnątrz mogłoby się wydawać, że im opowiadam bardzo ciekawą książkę”, myślał, ale czuł się przy tym nieswojo. Zastanawiał się, co było przyczyną takiej zmiany. Nie było go w szkole sześć tygodni. „Może dowiedzieli się, że zmarła mi matka? A może po prostu mają dosyć zastępstwa »Wiedźmy«?” „Wiedźma” była oprócz niego jedyną nauczycielką matematyki w szkole. Ta starsza, humorzasta i nielubiana przez uczniów kobieta nie cieszyła się też sympatią nauczycieli. Zamieniało się z nią co najwyżej kilka grzecznościowych słów. Była wiecznie pouczającą i krytykującą innych nudziarą. Nikt nie myślał o tym, że ma jakoś na nazwisko, również w pokoju nauczycielskim była po prostu „Wiedźmą”, tak jak ją przezywali uczniowie. Nazywała się Billings i była jedną z tych nauczycielek, które do końca życia wspomina się z niechęcią i przez które nie lubi się matematyki.

Pod koniec lekcji przed tablicą stanął najlepszy matematyk w klasie, Adam. ,„Dobrze, że Pan już wrócił”, powiedział nieśmiało, „w imieniu klasy proszę o unieważnienie ostatniej klasówki. Nikt jej nie zdał”, dodał. „Nawet ty?”, zapytał Stuart z niedowierzaniem. „Nikt”, odpowiedział Adam czerwieniąc się. Stuart przez chwilę wahał się. „Zobaczę, co się da zrobić, niczego nie obiecuję. Nie mogę podważać ocen innego nauczyciela”, powiedział wreszcie.

Znalazł się właściwie w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony wiedział, że niemożliwe jest skreślenie lub poprawienie ocen raz naniesionych do dziennika, z drugiej żal mu było uczniów ostatniej klasy, zła lub niedostateczna ocena z matematyki na świadectwie mogła przekreślić ich przyszłość. Wiedział, że czeka go nieprzyjemna rozmowa z dyrektorem szkoły i „Wiedźmą”. Przypomniała mu się rozmowa z dyrektorem przed rozpoczęciem pracy. Dyrektor powiedział mu wtedy: „Niech Pan nie zapomina, nie jesteśmy tu po to, żeby nas lubiano, tylko po to, żeby czegoś tych młodych ludzi nauczyć, krok po kroku, cegła po cegle”.

W dwa dni później siedział w gabinecie dyrektora i opowiadał o prośbie uczniów. Mświł, ale wiedział, że sprawa jest beznadziejna. Dyrektor nie ukrywał rozczarowania. „Nie sądziłem, że tak łatwo da się Pan wciągnąć w dziecinne rozgrywki. Miałem dla Pana dużo wyrozumienia, w końcu nie było Pana sześć tygodni. Inny pracodawca dawno by Pana upomniał, a może nawet wyrzucił.” „Wie Pan, że miałem powód”, odpowiedział Stuart. Dyrektor bąknął pod nosem „serdecznie współczuję” i podał Stuartowi rękę na pożegnanie. „Audiencja skończona”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet. Był zły na siebie, że dał się wmanewrować w sytuację bez wyjścia. Nie miał wątpliwości, że „Wiedźma” była wyjątkowo wymagającą i niesprawiedliwą nauczycielką, ale nie był pewien, czy uczniowie nie przyczynili się do zaistniałego konfliktu. „Może w ogóle się nie przygotowali? A Adam oddał pustą kartkę na znak solidarności z resztą klasy? Jakby nie było, ta fatalna klasówka świadczy o tym, że »Wiedźma« nie potrafiła przekazać wiedzy ani jednej osobie w klasie”. Po chwili zastanowienia postanowił zasięgnąć rady u Toma.

Zadzwonił do przyjaciela i umówił się z nim na wieczór. „Nawet się nie zapytałem, co u nich nowego”, wyrzucał sobie, czekając na spotkanie. Z kartki, jaką mu wysłali do Anglii, Stuart wiedział, że podczas jego nieobecności Tom i Rita zostali rodzicami małej Emily. Na powitanie wręczył Tomowi do ręki butelkę osiemnastoletniej whisky: „Za przyjaźń i za małą Emily”, powiedział. Tom wyglądał na bardzo zmęczonego. „Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że już wróciłeś. Chciałem ci napisać kartkę z kondolencjami, ale naprawdę ostatnio miałem za dużo na głowie. Przepraszam, wiem, że to straszne, jak umiera ktoś bliski w rodzinie”, przywitał przyjaciela.

Z tonu jego głosu Stuart od razu wywnioskował, że w ostatnim czasie musiało stać się coś złego. „Wszystko jest w porządku z Emily?”, zapytał. „Tak, ale Rita jest w szpitalu, zaraziła się po porodzie posocznicą i dopiero od kilku godzin wiem, że z tego wyjdzie. Ostatnie tygodnie to był horror, jakiś niekończący się koszmar. Nie wiem, co bym zrobił bez pomocy matki”. Tom opowiedział o chwili, w której po raz pierwszy trzymał w rękach małą Emily i czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W dwanaście godzin później Rita dostała wysokiej gorączki. Walczyła o życie. Po powrocie do domu z córką Tom szybko zdał sobie sprawę z tego, że nie da sobie sam rady. „Nawet nie wiesz jak nieporadnie zmieniałem pieluchy, nie miałem w ogóle pojęcia, jak często trzeba karmić dziecko. To wszystko mnie przerosło, do tego jeszcze Emily płakała prawie bez przerwy. Na szczęście matka przyleciała z Adelajdy natychmiast po moim telefonie. W kilka godzin po jej pojawieniu się w domu zapanował spokój. Od kiedy mama zajmuje się małą, Emily śpi po kilka godzin bez przerwy i coraz mniej płacze. Kobiety noszą chyba w sobie jakiś dodatkowy gen. Od poniedziałku muszę wrócić do pracy, życie idzie dalej do przodu i nikogo nie interesują moje dramaty. Trzeba po prostu dalej żyć, nie mówiąc już o płaceniu rat za dom. Na szczęście Rita dzisiaj po raz pierwszy od kilku tygodni otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie. Teraz już wiem, że wszystko będzie dobrze. Chętnie wypiję z tobą szklankę whisky, może uda mi się choć trochę rozładować to cholerne napięcie ostatnich tygodni”.

Stuart patrzył na przyjaciela w milczeniu. „Dlaczego właśnie on zbiera od życia takie baty? Przecież on na to nie zasłużył”. Z myśli wyrwał go głos Toma: „Przez ostatnie tygodnie zrozumiałem, że w chwili, w której czujemy wielkie szczęście musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wkrótce zdarzy się coś, co zmieni ten dodatni bilans. Życie rządzi się własnymi zasadami równowagi”. „Może też kiedyś będę ojcem?”, pomyślał Stuart. Postanowił, że nie będzie zawracał Tomowi głowy swoimi problemami w szkole. To była błahostka, mała, nieważna sprawa, z którą sam sobie poradzi.

Następnego dnia stał przed klasą i oznajmił uczniom, że postawionej przez panią Billings oceny nie da się cofnąć. Równocześnie zaproponował, że da im szansę na poprawienie stopni po wspólnej powtórce materiału. Klasówka, którą sprawdzał w kilka dni później wypadła bardzo dobrze. Adam zdobył wszystkie punkty, większość uczniów dostała dobre oceny, jedyną uczennicą, której praca była niedostateczna była Emma. Śliczna, filigranowa Emma, w której podkochiwała się większość chłopców w klasie, dziewczyna, co do której Stuart nie miał wątpliwości, że nie może się doczekać dnia, w którym nie będzie musiała się już dłużej uczyć matematyki. W całej klasie ona jedna nie zadała sobie żadnego trudu w przygotowaniu się do klasówki. Z możliwych do zdobycia 90 punktów Emma miała 10. W milczeniu oddał jej pracę do ręki. „Nie mogę ci zaliczyć matematyki”, powiedział zaglądając do dzienniczka. „Będziesz musiała powtarzać klasę”, dodał.

W kilka dni później wieczorem ktoś zadzwon do drzwi. W drzwiach stała Emma. ”Skąd znałaś mój adres?”, zapytał Stuart, nie ukrywając zaskoczenia. „To nie było wcale trudne”, odpowiedziała wchodząc do korytarza i zamykając za sobą drzwi. „Chciałam porozmawiać o ocenie z matematyki. Chyba da się ją jakoś poprawić?”, powiedziała zdejmując kurtkę. Była naga, na widok jej gołych piersi Stuart natychmiast podszedł do drzwi. „Nie przychodź tu więcej”, powiedział, wypychając Emmę do korytarza i otwierając na oścież drzwi wejściowe.

Po wyjściu uczennicy długo nie mógł się uspokoić. Nie przypuszczał, że szesnastoletnie dziewczyny mogą posunąć się tak daleko. On w swoich podopiecznych widział do tej pory tylko duże, naiwne dzieci. „Więc znalazłaś swój sposób na rozwiązywanie problemów w życiu”, pomyślał o Emmie z niechęcią.

Cdn.

Wir alle altern…

Ewa Maria Slaska

und die Kunst ist, dabei interessant auszusehen

Wir alle altern im Laufe unseres Lebens. Man ist trotzdem versucht, den Prozess zu verlangsamen, dass das Altern so sanft wie möglich vonstatten geht, dass man auch im fortgeschrittenen Alter gut aussieht und sich wohl und fit fühlt. Es gibt Tausende Ratschläge, wie dies zu erreichen wäre. Man behauptet, dass Menschen mit festen Tagesabläufen und Ritualen, die sich in ihrem leben sicher und geborgen fühlen, länger und besser leben. Mag sein, dennoch besteht in der Routine auch die Gefahr der Langenweile. Es soll also ratsam sein, täglich ein paar Sachen anders zu machen als gewöhnlich. Zum Beispiel Zähne mit links putzen, wenn man dazu gewöhnlich immer die rechte Hand benutzt. Auch mag sein. Aber ist Zähneputzen genügend Abwechslung, um uns jung zu halten?

Eine der schönsten Theorie, die ich diesbezüglich fand, fand ich ausgerechnet in einem Warteraum eines Krankenhaus, wo ich wegen Diagnose, Behandlung, OP-Termin und dergleichen stundenlang sitzen müsste. Unter den obligatorischen Stapel der vom Lesezirkel der Ärzte angebotenen Zeitschriften, die sich zwischen Gala und Spiegel bewegen, die allesamt nach ein paar Stunden durchblättern langweilen (Lebbensverkürzung!), als ich schon weder mein Handy noch mein mitgebrachtes Buch ausstehen konnte, fand ich eine wunderbare originelle nie gesehene anziehende Glanzzeitschrift aus Berlin mit so einem Coverbild, dass ich fast umgefallen bin von Entzücken. Es war Clique, Das Magazin im Süden Berlins, eine Zeitschrift herausgegebener von einer Gruppe… Hier gerate ich im Zweifeln, weil ich weder vom Magazin, noch von der Internetseite, noch vom Fanpage auf dem Facebook, klug bin, was für Menschen sind es, die sich in dieser Clique vor genau 10 Jahren zusammen gemacht haben. Ältere, Wohlhabende, Interessierte, Gleichgesinnte…? Solche, die ihr Interesse für gutes Altern, sich in eine originelle Weise ausdrückt? Weiss ich nicht, aber egal… mir geht es nicht um sie, sondern zuerst nur um dieses Bild:

Es ist die Nummer 1/2018 erschienen am 8. April 2018

Ich schnappe mir gierieg die glänzende Zeitschrift (obowhl ich normalerweise ungern die glänzende Dinge lese, wegen der Ökologie und des Lebensstils, und…). Britt Kanja, lese ich. Keine Ahnung wer Britt Kanja ist. Britt Kanja, eine Elfe… Interview mit einer Elfe. Ich weiss es nicht, gefällt mir dieses Wort “Elfe” oder verabscheue ich es schon. Ist eine alte Frau eine Elfe? Komme ich zurück in die Welt von Anne Shirley aus Avonlea, die ich als junges Mädchen (wie wir alle in kommunistischen Polen) geliebt und auch später sie mir immer wieder in schweren Lebenskrisen zum Trost geholt habe? Oder bin ich angewidert von der Vorstellungen der älteren Frauen mit ihrer coquetten Lächeln als eine Elfe, was ich als Erniedrigung empfinde? Aber ich schiebe meine Zweifeln weg, was will ich? Das Bild ist fantastisch! Diese alte Frau, dieses Kleid, dieser üppige Schmuck, die Handschuhe! Dabei ist dieses Kleid senffarben, eine unglückliche Farbe, die aber in dieser Kombination…

And dann, drinne, im Anmacher des Interviews mit ihr finde ich einen Satz, der mich regelrecht umhaut: Das Aussehen, das gute Look, ist wichtig und verlängert Leben. Bella figura… Das ist sie zweifellos.

Das Aussehen verlängert das Leben. Was für eine Haltung! Dieser Satz, diese Meinung von Britt, bildet den einzigen Sinn dieses Beitrags, der Rest ist nur schöner Schmuck, türkisfarbene Handschuhe zum Senffarbenen Kleid.

Im Interview wird noch ein Foto von Britt Kanja veröffentlicht.

Ein Vogel auf dem Hut! Brrr! Ist er echt? Das Kleid gelb, auch eine Farbe, die en masse und in solcher Schrilligkeit ein Unglück sein kann, aber die Frau ist gemacht, wie selten eine. So viel Mut beim Kleiden haben die sehr junge Cosplayer in Japan, aber eine alte Frau fast nie. Mutig, mutig. Mutig und interessant. Aber tatsächlich coquett. Zu coquett für meine Bedürfnisse.

Jetzt, beim Recherchieren, finde ich, dass Britt Kanja schon immer eine Berliner Elfe genannt wurde. Sie war eine Partygröße des Berliner Nachtlebens und wichtigste Party-Elfe der Stadt, die exzessives Nachtleben mit Champagnerpartys und Tabledancer führte. Ein sozialer Schmetterling, eine Stil-Ikone, eine Legende Berlins. Also jeder weiss, nur ich nicht…

Britt Kanja ist eine der schillernderen Figuren dieses Lebens in Berlin, seitdem sie in den späten achtziger Jahren gemeinsam mit Bob Young die “Tanzstelle” an verschiedenen Orten in Berlin inszenierte, bis sich das Geschehen schließlich im 90 Grad in der Schöneberger Dennewitzstraße etablierte. Britt war nie Mitinhaberin. Eigentlich war das 90 Grad nur als Provisorium gedacht, für drei Monate. Doch dann entwickelte sich der neue Club so heftig, dass schon bald eine Institution daraus wurde. Bob Young hat dem 90 Grad längst den Rücken gekehrt. Vor knapp zwei Jahren haben die beiden Hamburger Nils Heiliger und Frank Schulze-Hagenest den Laden übernommen, lassen Ariane Sommer auf dem Tresen tanzen und Edel-Partys veranstalten. Britt Kanja ist bis heute dem Club treu geblieben und gibt dort allmonatlich die Gastgeberin für Freitags-Partys, die bei Clubgästen die Erinnerungen an das “alte” 90 Grad wach hält.

Schrieb im Tagespiegel Alexander Pajevic zum 50. Geburtstag der Schauspielerin (heute ist sie 67, ein Jahr jünger als ich…)

Sie lebt allein in einer vollgestellten Wohnung voller Putten und Buddhas in Charlottenburg; in ihrem Wohnzimmer mit Kanapee und Chaiselongue ist der Dielenboden gold lackiert. Auch das wohl ein eher ungewöhnliches Ambiente für eine fast Fünfzigjährige – aber auch ein Kennzeichen für ihren ungewöhnlicher Lebensweg.

Und so weiter… Man findet Massenweisse Informationen über sie im Internet…

Und noch etwas zum Ergänzen der Lebensphilosofie von Britt Kanja. Bei dem Rescherchieren finde ich noch eine Regel: Der Lebensstil ist bei dem Ältern wichtiger als Gene!

Wer hätte gedacht, dass schrille Vögel besser dran sein werden als die tüchtige Ameisen!


Komischerweise, wie es in (meinem) Leben oft so ist, finde ich gleich danach auf der Strasse ein Roman Die Begierde nach Wissen (1989) von Margaret Drabble, die wir alle kannten, weil wir alle ihr erstes Buch The Garrick Year (1964) gelesen haben. Und was schreibt die Drabble gerade in der zweiten Szene? Es ist 2. Januar 1987, ein Freitag, ein Feiertag auch. Susie Enderby hat gerade ihr neues Kleid angezogen, eigentlich eine Kombination, was auch immer dieses Wort in der zweiten Hälfte der Achzigern bedeutete:

Heute abend hatte Susie, um sich aufzuheitern, ihre senffarbene Kombination angezogen, aber das hatte sie nicht gerade fröhlicher gestimmt. Sie warf sich hin und wieder, um sich aufzumuntern, einen Blick in den geschickt ausgerichteten dreiteiligen Spiegel über den Kaminsims aus Marmorimitat. (…) Senf war ein schöner Farbton. Und dann dieses trockene, seidene, knisternde Material. Sie strich sich über den Ärmel. Bernstein würde gut zu Senf passen. Das künstliche Kaminfeuer glühte.

Es ist 40 Jahre später. Die Errungenschaften der Menschheit sind nicht mehr künstliche  Kaminsimse und Feuer, sonder künstliche Intelligenz. Und frau wird auf keinen Fall den Bernstein zu Senf tragen, sondern Türkis. Aber sicherlich Imitat, was jetzt Modeschmuck heißt.

PS nach vielen Monaten.
Es ist nicht ausgeschlossen, dass ich Frau Kanja letztens in einem Bus in Schöneberg getroffen habe. Sie war wunderbar smaragd-grün und dunkelblau angezogen und ich wollte sie ansprechen, habe ich mich aber an ihrem Namen nicht erinnert! So ein Pech! Es gehört leider zum Altern…

Stuart 40

When my body won’t hold me anymore
And it finally lets me free
Will I be ready?
When my feet won’t walk another mile?
And my lips give their last kiss goodbye?
Will my hands be steady when I lay down my fears, my hopes, and my doubts?
The rings on my fingers, and the keys to my house
With no hard feelings?

Kiedy ciało przestanie mnie już trzymać
I w końcu będą wolny.
Czy będę przygotowany?

Na to, że nogi nie pokonają już ani mili?
A usta po raz ostatni pocałują kogoś na do widzenia?
Czy ręce nie będą drżały, kiedy odłożę już obawy, nadzieje i wątpliwości?
Zdejmę pierścionki z palców i odłożę klucze od domu
Czy zrobię to bez żadnych złych uczuć?

The Avett Brothers, No hard feelings

Joanna Trümner

Siostry

Siostra Briana – Jane z córką i Kate z partnerem i dwójką dzieci leciały z Abu Dhabi do Sydney tym samym samolotem. „Ta podróż to piekło”, przeklinała w duchu Kate, idąc z synem po raz trzeci w ciągu ostatniej godziny lotu do toalety. Postanowiła, że następnym razem przyleci do brata sama – bez dzieci i bez Waltera. Jego rozdrażnienie wielogodzinną podróżą rosło z godziny na godzinę. „Jeszcze chwila, a wybuchnie i będę musiała go uspakajać”, westchnęła Kate, siadając.

Kilka rzędów za nią siedziała siostra Briana – Jane. I ona myślała, że następnym razem wybierze się do Australii sama, bez naburmuszonej córki i jej złego humoru, który zaczął się już w Londynie. Wspólna podróż do Sydney była prezentem Jane na dwudzieste pierwsze urodziny Stelli. „Kiedyś człowiek w jej wieku stawał się pełnoletni i odpowiedzialny za swoje życie”, pomyślała. Wspominając minione burzliwe lata, Jane miała nadzieję, że dzięki wspólnej podróży uda jej się znowu nawiązać kontakt z córką. Stella, jeszcze niedawno grzeczna, otwarta do ludzi i roześmiana dziewczynka z długim końskim ogonem, zmieniła się ostatnio w zbuntowaną, znudzoną, wyzywająco umalowaną młodą kobietę. Kobietę, która weszła na ścieżkę wojenną z całym światem, przede wszystkim z matką. Jane bała się zostawić ją w Londynie, bała się, że pozbawiona kontroli córka znowu się upije i zaśnie na ławce w parku lub nie będzie jej kto miał odebrać z posterunku. Ostatnie lata obu kobiet były pełne napięć, Stella z trudem skończyła szkołę i od trzech lat zarabiała na utrzymanie dorywczymi pracami w knajpach. Często wracała do domu wczesnym rankiem i spotykała w drzwiach wychodzącą do pracy matkę. „Dobranoc”, pozdrawiała matkę prowokacyjnie. „Twoje życie jest puste, nie masz żadnych zainteresowań, żadnych planów, żyjesz z dnia na dzień, zmień coś, zanim będzie za późno”, powtarzała córce. Ona w wieku Stelli miała za sobą rok studiów na prawie, starała się o roczne stypendium w Stanach i wiedziała, kim chce zostać. „Wiem, że jesteś idealna i święta, a moim ojcem jest duch święty”, odgryzała się Stella, nawiązując do wielkiej tajemnicy, którą otoczony był jej ojciec. „Nawet nie wiesz, jakie to bliskie prawdy” – myślała Jane. „Dlaczego, do diabła, rany zadawane przez własne dziecko bolą tak mocno? Może dlatego, że to pozostaje bez konsekwencji, bo cokolwiek by powiedziała lub zrobiła, to i tak jej wybaczę?”

Tym ważniejsze było dla niej spotkanie z bratem, pierwsze po ponad trzydziestu latach od dnia, kiedy Brian stał się persona non grata w rodzinnym domu, dnia, kiedy Brian powiedział ojcu, że jest homoseksualistą. Ojciec zamknął mu na zawsze drzwi rodzinnego domu, mówiąc: „W naszej rodzinie zwyrodnialców nie ma. Od dzisiaj do nas nie należysz”. W ciągu najbliższych kilku tygodni z domu zniknęły wszystkie przedmioty, mające jakikolwiek związek z Brianem. „Jakby go w naszym życiu nigdy nie było”, myślała Jane, przyglądając się tym zmianom i obiecywała sobie, że nigdy nie straci kontaktu z bratem.

Teraz, w drodze do Australii, przypomniała sobie tę daną przed laty obietnicę – obietnicę, której nie dotrzymała. Czuła się podle, bała się, że Brian może ją zapytać, dlaczego milczała, dlaczego nigdy nie spróbowała nawiązać z nim kontaktu – żyli przecież w jednym mieście, a mogłoby się wydawać, że dzieliły ich tysiące kilometrów lub kontynent. „Najważniejsze jest chyba to, że po tych wszystkich latach go znalazłam i że się zobaczymy, wyrzuty sumienia niczego już nie zmienią” – pomyślała i zapadła w głęboki sen, z którego obudziła się dopiero podczas lądowania w Sydney.

Na lotnisku Stuart z zaskoczeniem rozpoznał Briana w tłumie czekających na samolot z Abu Dhabi. Od powrotu Briana z wycieczki po Australii Stuart widział go tylko dwa razy.
W kilka dni po powrocie Brian wpadł do niego z kopertą pełną zdjęć, żeby opowiedzieć o podróży. „To była jedna z moich najpiękniejszych przygód w życiu”, zakończył. Z Briana promieniowały spokój i pogoda. Stuart zastanawiał się, co mogło spowodować taką zmianę. „Może mi kiedyś sam opowie”, pomyślał, ciesząc się, że ma przed sobą człowieka, który pozbył się złych emocji i znalazł wewnętrzny spokój.

Brian postanowił, że zamieszka w Australii i wynajął dom na przedmieściu Sydney. Podczas kolejnej wizyty opowiedział Stuartowi, że poznał podczas podróży przyjaciela z Adelajdy i planują wspólną wyprawę do Azji. Po wyjściu przyjaciela Stuart długo rozmawiał z Sally o tych nowinach.

Podczas wspólnego czekania na przylot samolotu Brian opowiedział mu, że czeka na wizytę siostry, na pierwsze spotkanie po trzydziestu kilku latach i że bardzo chciałby na ostatnim etapie swojego życia odnaleźć rodzinę. „Trochę się obawiam”, zwierzał się Stuartowi. „Przecież ja nawet nie wiem, czy ją rozpoznam. Tak jak nie wiem, jakim jest człowiekiem i czy będziemy się rozumieli. Najważniejsze jest chyba, że mamy drugą szansę.”„Mówi o tym tak, jakby spotkanie siostry po ponad trzydziestu latach było najbardziej normalną i oczywistą rzeczą pod słońcem”, pomyślał Stuart.

Ich rozmowę przerwało wołanie Kate: „Tu jesteśmy!” Po chwili Stuart trzymał w ramionach siostrę, wkrótce potem dołączyły dzieci. Walter stał w odległości kilku kroków i przyglądał się rodzeństwu. Miał zagubioną minę, jakby zastanawiał się: „Po co ja tu jestem potrzebny?” Stuart podszedł do niego i podał mu rękę. W międzyczasie Kate rozpoznała w tłumie Briana. „W życiu się nie spodziewałam, że tu się spotkamy!”, powiedziała z radością i przedstawiła mu Waltera i dzieci – Laurę i Petera. Zajęty rozmową z Kate Brian nie od razu dostrzegł dwie kobiety, które weszły do hali w grupie ostatnich pasażerów. Szybko pożegnał się z rodziną Stuarta i ruszył w ich kierunku – nie miał wątpliwości, że jest to jego siostra z córką.

W godzinę później goście z Berlina siedzieli w domu i jedli przygotowaną przez Sally kolację. Sally i Kate od razu przypadły sobie do gustu. Po kolacji kobiety zaczęły wspólnie z dziećmi robić plany na pięć dni pobytu w Sydney. Mężczyźni przysłuchiwali się tej rozmowie w milczeniu, wreszcie Walter powiedział: „Fajny dom jak na kogoś, kto nie pracuje, ja się w Berlinie nigdy takiego nie dorobię”. „Od miesiąca pracuję, mam zastępstwo w szkole”, odpowiedział Stuart. „Dlaczego mu się tłumaczę, to przecież nie jego sprawa”, pomyślał ze złością. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie polubić tego sztywnego i pozbawionego humoru człowieka, z którym Kate budowała wspólne życie.

W dwa dni później Stuart z Sally i Kate z rodziną odwiedzili Briana w nowym domu. Brian przedstawił im siostrę i jej córkę. Ta niebrzydka, młoda dziewczyna wyglądała na bardzo znudzoną pobytem w Sydney. Widać było, że wizyta młodych ludzi jest dla niej zaskoczeniem. Siostra Briana – Jane wyglądała znacznie młodziej niż Stuart ją zapamiętał z lotniska. „Tak wygląda ktoś, komu spadł z serca wielki kamień”, pomyślał Stuart. W chwilę później zobaczył, że Sally rozmawia ze Stellą.

Po odejściu gości Brian odetchnął z ulgą – usłyszał, że Sally umówiła się na jutro ze Stellą. „Dobrze byłoby, gdyby spędziła chociaż kilka dni z ludźmi w jej wieku”, pomyślał, wiedząc, że i on sam chętnie odpocznie przez kilka godzin od obecności wiecznie naburmuszonej siostrzenicy.

Pięć dni wizyty Kate z rodziną minęło bardzo szybko, w ostatni wieczór ich pobytu w Sydney Stuart siedział z Walterem nad mapą ich podróży po Australii, zaplanowali wyprawę od Sydney przez Melbourne legendarną Great Ocean Road do Adelajdy. Po raz pierwszy od przylotu rodziny Kate Stuart nie odczuwał niechęci do Waltera. Z rozmowy widać było, jak bardzo Walter myśli o wygodzie dzieci i Kate. „Nie muszę go lubić”, pomyślał Stuart, „ważne, że kocha moją siostrę, i że ona jest z nim szczęśliwa”.

Jane opowiedziała Brianowi o przejściach z córką. Przyznała, że zrobiła wiele błędów wychowawczych. W ciążę zaszła na ostatnim roku studiów, tuż przed egzaminem końcowym. Rodzice byli przeciwni urodzeniu dziecka, tym bardziej, że Jane nigdy nie zdradziła, kto był jego ojcem. „To był koszmar, do dzisiaj nie wiem, jak udało mi się skończyć studia, urodzić Stellę i opiekować się nią przez kilka pierwszych miesięcy bez żadnej pomocy. Przez pierwszych kilka miesięcy mieszkałam u koleżanki, ta przyjaźń nie wytrzymała jednak nocnego płaczu dziecka. Musiałam szukać czegoś innego i wylądowałam w jednym z pierwszych domów dla samotnych matek w Londynie. Po roku zjawiła się matka. Zakochała się w Stelli od pierwszego wejrzenia i zaczęła namawiać mnie do powrotu do domu. Po wielu rozmowach z nią, a później z ojcem, zdecydowałam się wrócić do domu na kilka miesięcy, do czasu, aż znajdę pracę i mieszkanie. Z ‘kilku miesięcy’ zrobiło się pięć lat, w tym czasie zostałam zatrudniona w kancelarii adwokackiej, która zajmowała się głównie prawem socjalnym. Dostałam tam działkę ‘samotnych matek’ i ich roszczeń w stosunku do mężów. Nasłuchałam się przez te lata strasznych historii – o przemocy, o uzależnieniach, o nieszczęśliwych, źle wykształconych i kompletnie zależnych od innych kobietach. Codziennie wracałam do pracy w przekonaniu, że w porównaniu z tymi życiorysami spotkało mnie wielkie szczęście – miałam bogatych rodziców, którzy mi pomagali, zdrowe dziecko, którym ktoś się zajmował, kiedy byłam w pracy, dom i niezłe wykształcenie. To dziwne, że to, czego my nie mamy, zawsze odbieramy jako wielkie nieszczęście i wymierzoną przeciwko nam niesprawiedliwość losu, ale kiedy naprawdę rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że innym ludziom brakuje jeszcze więcej i że walczą jeszcze bardziej dla siebie i swoich dzieci”.

„To duch święty ci nie pomógł?”, zapytał Brian z uśmiechem.

Cdn.

Stuart 39

Wasted years been brainwashed by lies
Oh yes, I have, oh, wasted years
I’m talking about wasted years
Oh, I’m not seeing eye to eye
I just can’t see the things I should see
Wasted years, baby

Zmarnowane lata, kłamstwem wyprane z mózgu,
Tak, o tak, zmarnowane lata –
Mówię o zmarnowanych latach
Wciąż jeszcze nie potrafię objąć ich wzrokiem
Zobaczyć tego, co powinno się widzieć
Zmarnowane lata, dziecino

“Wasted Years” Joe Lee Hooker i Van Morrison

Joanna Trümner

Zmarnowany czas

„Co ja tu robię?“, zastanawiał się Brian czekając na  peronie na legendarnego „Ghana”, najsłynniejszy pociąg australijski, z Adelaide do Darwin. Brian przyglądał się pasażerom na peronie, „Wyglądają jak wycieczka z domu starców”, pomyślał w duchu. „Podróż jednym z najstarszych pociągów na świecie ma swoją cenę, młodych na to nie stać. Oni pewnie zwiedzają Australię wynajętym samochodem albo autostopem i śpią w tanich schroniskach albo pod gołym niebiem”.

Obok Briana stanęło starsze małżeństwo z dwiema olbrzymimi walizkami. „Mam nadzieję, że tym razem pamiętałaś o lornetce?”, zwrócił się do żony mężczyzna. „Ostatnim razem zapomniałaś i nie mogłem obserwować ptaków. To był zmarnowany czas, można było równie dobrze zostać w domu.”  „Zrobiłeś mi takie piekło, że tym razem była to pierwsza rzecz,  o której pomyślałam”, odpowiedziała kobieta. „Zamiast marudzić rozejrzyj się lepiej za kimś, kto nam wniesie walizki do przedziału”, dodała z pretensją w głosie. Brian zastanawiał się nad wiekiem tej pary. „On może zbliżać się do osiemdziesiątki, ona jest o parę lat młodsza”, pomyślał w duchu. „Są ze zobą od kilkudziesięciu lat, od wieczności i powiedzieli już sobie wszystko, co ważne. Wszystko, co mają sobie jeszcze do powiedzenia, to pretensje i złośliwości. Ciekawe, jaki ja będę za dziesięć albo piętnaście lat? Może też będę złośliwym starcem – samotnym i niezadowolonym z życia marudą?” Z myśli wyrwał go przyjazd pociągu. Na widok luksusu w przedziale sypialnym humor Briana poprawił się.

Po kilku godzinach podróży zgłodniał i wybrał się na poszukiwanie wagonu restrauracyjnego. Wkrótce potem oglądał z okna zielone wzgórza w okolicach Adelajdy i czekał na zamówiony stek z baraniny. „Czy mogę się przysiąść”, zypytał nieśmiało nieznajomy mężczyzna, którego Brian nie widział wcześniej wśród czekających na peronie. W pół godziny później na stole stała butelka chłodnego bialego wina, a Brian i Phil zatopili się rozmowie. Dla Phila była to podobnie jak dla Briana pierwsza w życiu podróż „Ghanem”. „Do tego luksusu można się przyzwyczaić”, skomentował cierpko i zaczął opowiadać o sobie. Do Ausrtalii przyjechał ponad trzydzieści lat temu z północnej Anglii. Znalazł pracę na uniwersyteckiej bibliotece w Adelajdzie, przez ostatnich dziesięć lat pracy był jej kierownikiem. Przed rokiem przeszedł na emeryturę i postanowił, że dokładnie pozna kontynent, który stał się jego drugim domem.   „Masz rodzinę, dzieci, wnuki?”, zapytał Brian i w tym samym momencie dotało do niego, że to pytanie było nietaktem wobec dopiero co poznanego człowieka. „Jakoś się nie ułożyło”, odpowiedział Phil. Brian przypomniał sobie w duchu dziesiątki razy, kiedy on sam wykręcał się od odpowiedzi na takie pytanie i zmienił temat. „Jestem w Australii od kilku miesięcy i spotkałem tylko dwie osoby, ktśre się tu urodziły. To mi się wydaje nieprawdopodobne. Przecież wszyscy nie mogą się wyprowadzić z naszej Anglii, ktoś musi tam zostać.”- powiedział. „Ja chciałem uciec od skomplikowanej rodzinnej historii”, odpowiedział Phil. „Szczerze mówiąc od obsesji, od krórej się chciałem przez ten wyjazd uwolnić”. Zapadło milczenie. Widać było, że Phil zastanawia się nad tym, czy opowiedzieć Brianowi swoją historię.

„Wyjechałem z Anglii w momencie, kiedy pozornie życie zaczęło mi się układać”, zaczął. „Miałem dobrą pracę na uczelni w Glasgow i powoli zapuszczałem korzenie. Ale nie mogłem sobie poradzić z obsesją szukania ojca. Kiedy byłem dzieckiem, matka nic mi nie chciała powiedzieć, a dziadkowie, u których się wychowywałem, unikali tego tematu jak ognia.  Nieznany ojciec zawsze mi w myślach towarzyszył. Kiedy miałem dwanaście, a może trzynaście lat założyłem zeszyt, w którym zapisywałem wszystko, czego dowiedziałem się o matce, w nadziei, że w ten sposób uda mi się znaleźć Wielkiego Nieznajomego. Nieznajomego, o którym nikt nie chciał ze mną rozmawiać i o którym nic nie wiedziałem. Kartki podzieliłem kreską na dwie części – fakty ważne i mniej ważne. Po stronie „ważne” zapisałem złamanie przez matkę ręki kiedy miała szesnaście lat i była uczennicą szkoły pielęgniarskiej. Wkrótce po zapisaniu tego wydarzenia doszedłem do wniosku, że On musiał być kierowcą karetki, która zawiozła matkę po wypadku do szpitala. Nawet nie wiesz, ile czasu spędziłem na chodzeniu od szpitala do szpitala i wpatrywaniu się w twarze kierowców karetek. O każdym z nich myślałem, że może być moim ojcem. Pamiętam, że kilku z nich nawet zapytałem, czy wieźli przed laty do szpitala młodą dziewczynę ze złamaną ręką.

Kiedy ten trop zawiódł, szukałem innych, latami szukałem swoich rysów twarzy w każdym napotkanym mężczyźnie. Byłem naiwnym głupkiem, opanowanym obsesją. Sam się dziwię, że udało mi się mimo to skończyć szkołę i studia. Dziadkowie przywoływali mnie do porządku: „Daj spokój, to nieważne, kto jest twoim ojcem. Masz nas i mamę.” Może podświadomie zdawałem sobie sprawę z tego, że prawda o tym, skąd się wziąłem, może być straszna. Czułem, że rodzina coś ukrywa. Kiedy miałem piętnaście lat, matka poznała kogoś i wyszła za mąż. Mam brata, a w zasadzie pół-brata, który jest ode mnie o osiemnaście lat młodszy. Po jego urodzeniu zdałem sobie sprawę z tego, że on jest dzieckiem chcianym i kochanym, a ja byłem i jestem jakimś złem koniecznym. Nie narzekam, miałem w miarę normalne dzieciństwo, były uroczyste urodziny, sprawdzanie lekcji, prezenty pod choinką, nigdy nie byłem głodny ale zawsze wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak.

Prawdę poznałem dopiero po studiach, babcia zachorowała na raka i zdecydowała się, powiedzieć mi prawdę. Matka została zgwałcona przez nieznajomego mężczyznę w pociągu, którym wracała do domu. Nigdy nie udało się ustalić, kim był ten nieznajomy. Policja rozkładała ręce, a dziadkowie zdecydowali się mną zająć i umożliwić matce skończenie szkoły. W tamtych czasach nikt nie chodził po porady do psychologów, ale teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że matka zachowywała się czasami irracjonalnie – jak ktoś, kto się boi. Pamiętam, że prawie nigdy nie wychodziła z domu po ciemku, nie zamykała drzwi, gdy szła do ubikacji, a do pracy zawsze przywoził i odwoził ją mąż. Po tym, jak dowiedziałem się prawdy, zdałem sobie sprawę z tego, jak dziecinnie okrutne były moje poszukiwania. Byłem zły na siebie i na czas, który poszedł na marne – lata pełne kłamstw i niedopowiedzeń. Bezpowrotnie stracony czas. W dniu trzydziestych urodzin postanowiłem diametralnie zmienić życie i zacząć wszystko od nowa, w innym miejscu, jak najdalej od domu. Przyjechałem do Alelajdy”.

Brian nie zdziwił się. Wiedział, że rzeczy intymne, bardzo osobiste łatwiej jest opowiedzieć osobie zupełnie obcej.

Wkrótce potem na dworze zrobiło się ciemno, Brian wrócił do swojego przedziału i długo myślał o nowo poznanym mężczyźnie i jego poszukiwaniach. Od dawna nie rozmawiał z nikim tak długo i intensywnie. Zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od dawna nie czuł się samotnie. „Dobrze, że zdecydowałem się na tą podróż”, pomyślał i wziął do ręki gazetę ze stolika przy łóżku. Pobieżnie przeczytał wiadomości z pierwszej strony i tytuły artykułów z kolejnych stron: pożary lasów w Wiktorii, tysiące ofiar suszy w Somalii, wyniki gier australijskiego futbolu, napad na sklep jubilerski w Adelajdzie: „Co mnie to wszystko obchodzi? Przecież jestem na urlopie”, pomyślał i już chciał odłożyć gazetę, gdy zatrzymał wzrok na zdjęciu roześmianej, młodej rodziny – rodziców z dwójką dzieci i wielkim labradorem, stojących przed pomalowanym na żółto domem. „Czy są na świecie w ogóle takie naprawdę szczęśliwe rodziny?”, zastanawiał się, przyglądając się reklamie kredytu budowlanego dla młodych małżeństw.

Otrząsnął się i pomyślał, że to chyba najwłaściwszy moment, żeby otworzyć… list. Jego korespondencja najczęściej nie była żadnym zaskoczeniem. Dozorca domu w Anglii raz na miesiąc pakował wszystkie listy do koperty i przysyłał je na pocztę w Sydney. Były to zazwyczaj listy z banku, zaproszenia na wystawy, reklamy, ale tym razem był również tajemniczy list, zaadresowany kobiecym charakterem pisma, list bez nadawcy. Brian przypomniał sobie scenę z jakiegoś kryminału, w której komisarz próbuje po zapachu koperty odgadnąć,  czy list na pewno napisała kobieta. „Co za bzdura!”, pomyślał, ale odłożyć moment otwarcia listu na niekreślone „kiedyś”. Tym razem bez zastanowienia sięgnął po list i otworzył kopertę. Po przeczytaniu pierwszego zdania miał ochotę odłożyć list na bok. „To ja, twoja siostra, Jane, mam nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz”. Brian nie był pewien, czy chce czytać dalej.  Nigdy nie zapomniał o tym, że miał dom, nigdy nie zapomniał o siostrze i rodzicach. W jednej z londyńskich gazet znalazł przed kilkoma laty nekrolog ojca. Nie poszedł na pogrzeb, bał się tego, co mogłoby tam spotkać. Bał się, że mógłby znowu usłyszeć: „Już nie należysz do naszej rodziny”. Takie były przecież ostatnie słowa ojca. Dopiero w kilka dni po pogrzebie poszedł na grób. Położył kwiaty i długo stał, tocząc w myślach decydującą rozmowę z ojcem. Opowiadał mu o trzydziestu latach, które minęły od ich ostatniego spotkania i z każdym słowem rosło w nim poczucie, że nie zmarnował tego czasu. „Przez większą część życia byłem szczęśliwy”, powiedział do siebie wychodząc z cmentarza. Przez wiele dni po tej wizycie zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, czy nie trzeba było chociaż raz w ciągu tych trzydziestu lat odezwać się do rodziców lub do siostry, zadzwonić do nich z życzeniami świątecznymi, przejechać się samochodem pod rodzinny dom, zobaczyć, co zmieniło się od dnia jego niedobrowolnej wyprowadzki. Przypomniał sobie pierwsze lata po zerwaniu stosunków z rodziną, ból, jaki odczuwał podczas odwiedzin u rodziny Stuarta w Walton. On sam nigdy nie poznał ani męża ani dzieci swojej siostry, nawet nie wiedział, czy wyszła za mąż i miała dzieci. Był człowiekiem pozbawionym korzeni.  Po chwili zastanowienia Brian wziął ponownie list do ręki.

Cdn.

Stuart 37

It’s four miles to my lonely room
Where I will hide my face 
And about half a mile to the downtown bar 
That I ran from in disgrace

Lord, how long have I got to keep on running 
Seven hours seven days or seven years?
All I know is since you’ve been gone 
I feel like I’m drowning in a river
Drowning in a river of tears

Cztery mile dzielą mnie od samotnego pokoju,
W którym uda mi się ukryć twarz
Około pół mili stąd jest bar,
Z którego uciekłem ze wstydem.

Boże, jak długo już biegnę?
Siedem godzin, siedem dni czy siedem lat?
Wiem tylko, że od kiedy cię nie ma
Jestem jak tonący w rzece,
Tonę w rzece łez.

Eric Clapton, Drowning in a river of tears

Joanna Trümner

Powrót do domu

W kilka dni przed powrotem do Australii Stuart z przerażeniem zdał sobie sprawę z tego, że w Sydney nie ma dokąd wracać. Jego mieszkanie podnajmowała kuzynka Toma, a nawet gdyby udało się ją nakłonić do wcześniejszej wyprowadzki, to i tak powrót tam nie wchodził w rachubę, bo wejście na pierwsze piętro przekraczało możliwości Stuarta. Wózek inwalidzki, na który był w przyszłości skazany, nieźle komplikował mu życie. Ze szpitalnego aparatu zadzwonił do Toma i poprosił o znalezienie dla nich obu, jego i Briana, niedrogiego hotelu w Sydney. „Na razie możesz zamieszkać u nas”, zaproponował Tom bez wahania. „Kupiliśmy dom i na parterze jest małe mieszkanie z osobnym wejściem. W przyszłości i tak chcemy je wynajmować. Prawdę mówiąc, przydałoby się je pomalować i zmienić meble, przed ślubem na pewno nie zdążę tego zrobić, nie spodziewaj się więc luksusów. Możecie się wprowadzić od zaraz, tylko to naprawdę nie jest Hilton. Dlaczego wcześniej do mnie nie zadzwoniłeś? Nie wiedziałem, że byłeś w tarapatach, szukałem cię po całym mieście i zacząłem się już martwić, że nie będę miał świadka na ślubie. Odbiorę was z lotniska, to opowiesz mi więcej”.

Po tej rozmowie Stuart z ulgą wrócił do sali szpitalnej. Z wdzięcznością myślał o tym, że może polegać na bliskich mu ludziach.

Podróż z Cancun do Australii trwała ponad dwadzieścia godzin. Stuart zerkał od czasu do czasu na Briana, na którego twarzy malowało się coraz większe zmęczenie długim lotem, godzinami spędzonymi na lotnisku, zabijaniem czasu i pchaniem ciężkiego wózka inwalidzkiego. „Nigdy nie będę w stanie mu się zrewanżować. Ludzie, którzy na nas patrzą na pewno myślą, że jest moim ojcem, kochającym ojcem kaleki”, pomyślał. Im dłużej obserwował swojego opiekuna, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego wypadek był Brianowi do czegoś potrzebny.

Podczas ostatniego, wielogodzinnego lotu z Singapuru do Sydney Stuart zdobył się na odwagę i zapytał Briana wprost: „Jak to się stało, że zdecydowałeś się rzucić wszystko i z dnia na dzień przyleciałeś do mnie na drugi koniec świata?” Długo czekał na zaskakującą odpowiedź Briana: „Wiem, jak idiotycznie to zabrzmi, ale jestem wdzięczny losowi za ten wypadek i za to, że jestem ci potrzebny. Ostatni czas był dla mnie straszny. Jak z tej piosenki, seven hours seven days or seven years, siedem godzin, siedem dni czy siedem lat, nieważne. Czas. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak można być samotnym w momencie, kiedy wydaje ci się, że osiągnąłeś w życiu wszystko. Udało mi się sprzedać galerię z dużym zyskiem. Wkrótce potem sprzedałem kilka obrazów, które kupiliśmy razem ze Stuartem i o których od początku wiedzieliśmy, że przyniosą kiedyś prawdziwe pieniądze. Zarobiłem tyle, że już nie muszę pracować, mógłbym poszukać sobie jakiegoś hobby, albo nic nie robić i cieszyć się życiem. Pieniądze przyniosły mi pewną wolność, ale przede wszystkim wiele rozczarowań. W ostatnich latach zawiodłem się na każdym, kogo wcześniej uważałem za przyjaciela. Zacząłem unikać ludzi, powoli zmieniam się w zgorzkniałego, bogatego starca, który z niczego nie potrafi się cieszyć. Jedyna kartka świąteczna, jaką znalazłem w ubiegłym roku w skrzynce, to kartka z życzeniami stacji benzynowej, jaką wysyłają wszystkim stałym klientom. Samotność mnie zżera od środka, muszę coś zmienić, żeby nie zgorzknieć do końca. W tym roku na Sylwestra zacząłem robić plany podróży po świecie i gdyby nie wiadomość o twoim wypadku, pewnie byłbym już w drodze. Jak widzisz nie mam żadnego powodu, żeby być w Londynie. Jeśli nie masz mnie jeszcze dosyć, to chętnie zostanę w Sydney tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował. Pieniądze, które udało mi się zarobić, są w połowie pieniędzmi twojego wujka, a po jego śmierci należą do jego rodziny. Nie możesz do końca życia wynajmować mieszkania, musisz mieć coś własnego. Chętnie pomogę ci coś znaleźć”. Po tym niespodziewanym wyznaniu zapanowała między nimi długa cisza, Stuartowi przypomniała się zwrotka jednej z jego ulubionych piosenek Neila Diamonda: But I never cared for the sound of beeing alone, nigdy nie chciałem usłyszeć głosu samotności. „Każdą historię można opowiedzieć muzyką”, pomyślał, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy znów weźmie do ręki gitarę.

Brian pomógł mu urządzić się w nowym mieszkaniu, ale sam wynajął sobie pokój w pobliskim hotelu. Przez następne dni był doradcą Stuarta przy zakupie garnituru na ślub i prezentu dla pary młodej – zrobionej z brązu statuetki śmiejącego się Buddy. Sam pomógł Stuartowi w drodze do stanu cywilnego, ale zaproszenia na ślub nie przyjął. “To Toma wesele, nie będę się plątał wśród samych obcych i mu zawadzał”.

Wjechanie do urzędu stanu cywilnego na wózku inwalidzkim było wielkim wyzwaniem. Urzędnik patrzył niecierpliwie na zegarek i ocierając z czoła pot powiedział: „Nigdy jeszcze nie mieliśmy świadka na wózku inwalidzkim”. W uszach Stuarta zabrzmiało to jak wyrzut, od czasu, kiedy przestał chodzić, odnosił wrażenie, że cały świat dookoła stworzony został z myślą o ludziach zdrowych. Przed wypadkiem nigdy nie zastanawiał się, jak trudnymi, pożerającymi siłę i czas zadaniami są codzienne czynności, wzięcie prysznica, ugotowanie obiadu lub banalne korzystanie z toalety. Przerażało go, że po wielu tygodniach od wypadku był co prawda w stanie podnieść się i przejść kilka kroków, ale ból w lewej nodze zmuszał go do szybkiego powrotu do wózka inwalidzkiego. Nie dopuszczał do siebie myśli, że już nigdy nie stanie na własnych nogach, nastawiał się na długie leczenie i rehabilitację.

Wesele Toma było wspaniałe. Stuart przez cały wieczór znajdował się w centrum zainteresowania, nieznajomi przywieźli go do samochodem do restauracji, w której było przyjęcie weselne, młody chłopak, który przedstawił się jako bratanek Toma, zawiózł go do bufetu i pomógł nałożyć jedzenie na talerz. A kiedy dotarł na swoje miejsce przy ośmioosobowym okrągłym, stole zobaczył, że miejsce obok niego przeznaczone jest dla „Sally”. „To na pewno ta kuzynka, która wynajmuje moje mieszkanie”, pomyślał, pytając się w duchu, jak mogło do tego dojść, że jeszcze jej nie poznał. Nie mylił się. W chwilę później miejsce po jego prawej stronie zajęła młoda, ładna kobieta w niebieskiej sukience. „My się przecież od dawna”, powiedziała, podając mu rękę na przywitanie. „Mieszkam w twoim mieszkaniu. Słyszałam o twoim wypadku, jeżeli chcesz wrócić do siebie, to powiedz, postaram się szybko znaleźć coś innego”. „Nie martw się, na razie nie mam szansy, by wejść na pierwsze piętro, więc możesz spokojnie mieszkać tam dalej”, odparł Stuart, przyglądając się nieznajomej. Podobała mu się. Długo rozmawiali o jego wypadku, jej studiach pedagogiki, radości przebywania z dziećmi i o muzyce. Sally śpiewała w chórze gospel na uczelni i uczyła się gry na skrzypcach. „Dlaczego wybrałaś skrzypce?”, zapytał Stuart z ciekawością. „Bo można je wszędzie ze sobą zabrać”, odpowiedziała Sally.

Wkrótce potem jak para młoda odtańczyła pierwszy taniec, parkiet zapełnił się gośćmi. Kiedy nieznajomy młody mężczyzna przerwał ich rozmowę i pociągnął Sally za sobą na parkiet, Stuart poczuł zazdrość. „Dlaczego nie mogę jak oni wygłupiać się, tańczyć, zapomnieć o wszystkich problemach?”, pomyślał, przeklinając w duchu swój beznadziejny wózek. Zdał sobie jednak sprawę, że był również zazdrosny o nieznajomego, który mocno przytulał do siebie Sally podczas kolejnego spokojnego tańca.

Stuart rozglądał się po sali. Czuł się samotny przy opuszczonym przez gości stole. Nie od razu skojarzył, że wolne miejsce koło niego zajął starszy mężczyzna. „Garret, przyszywany wujek Toma”, przedstawił się. „Pana młodego znam od dnia, kiedy zaczął raczkować”, dodał po chwili. Stuart obawiał się, że zmuszony będzie wysłuchać długiego opowiadania o chorobach, dzieciach, wnukach i samotności, zaczął się rozglądać po sali w poszukiwaniu ratunku. Rozmowa potoczyła się jednak zupełnie niespodziewanie. W bardzo dowcipny sposób Garret opowiedział Stuartowu o rodzinie Toma. O jego rodzicach, którzy wspólnie wychowali czwórkę dzieci, a następnie postanowili się rozejść. O ojcu Toma, który od pięciu lat podróżował po świecie i który tylko przez przypadek dowiedział się o ślubie syna. O tym, że cała rodzina złożyła się na jego bilet z Japonii do Sydney i o tym, ile trudu i przekonywania kosztowało namówienie rodziców, żeby zgodzili się usiąść obok siebie podczas wesela. Dowiedział się o babci Toma, eleganckiej, prawie dziewięćdziesięcioletniej pani, siedzącej przy młodej parze, która w kilka dni po śmierci męża przemeblowała cały dom i zaczęła pisać wiersze.

Podczas rozmowy z Garretem Stuart zastanowił się, jak mało wiedział o Tomie, który był przecież jego przyjacielem. „Zawiozę cię na parkiet”, skończył rozmowę Garret, „bo inaczej ktoś ci odbije dziewczynę”.

Wracając taksówką do nowego mieszkania Stuart pomyślał, że od dawna się tak dobrze nie bawił. Umówił się na spotkanie z Sally w przyszłą sobotę.

Cdn.

Stuart 36

Don’t give in to your emotions,
Cause they’ll get the best of you
Don’t play up to your senses
Yes, the’ll probably rule your whole life through
You’ll be fine

Nie ulegaj emocjom
One odbiorą ci to, co w tobie najlepsze
Nie daj się ponieść uczuciom
One prawdopodobnie będą tobą kierowały przez całe życie
– Wszystko się dobrze skończy

Alex Care, You will be fine

Joanna Trümner

Szpital

Dopiero po kilku minutach rozmowy z młodym lekarzem Stuart zorientował się, że ten zwracał się do niego po angielsku. Wypowiadane przez niego słowa brzmiały tak twardo i niewyraźnie, że wyłapanie ich sensu było wielkim wyzwaniem. Stuart domyślił się, że lekarz mówił o jego wypadku – lewa noga jest złamana w trzech miejscach, do wyleczenia potrzebnych będzie kilka miesięcy. Podczas przemowy doktora kilkukrotnie padło słowo „fortuna”, w którym Stuart rozpoznał angielskie słowo „szczęście”. „Przecież wiem, że mało brakowało, a przypłaciłbym życiem tę niefortunną kąpiel w morzu”, pomyślał, uśmiechając się do lekarza z wdzięcznością. Starał się odgonić od siebie natrętną myśl o tym, jak bardzo działała mu na nerwy sala pełna nieznanych mężczyzn, ludzi z którymi nie był w stanie się porozumieć i hałas w pomieszczeniu, które było zbyt małe na tę liczbę chorych. Odnosił wrażenie, że pacjenci na sali nieustannie się kłócą i dają upust złości na sytuację, w której się znaleźli. „Czy to kwestia języka, czy też pełen emocji sposób, w jaki ze sobą rozmawiają?”, zastanawiał się Stuart. „My zwracamy się do siebie monotonnie, bez gestykulowania i podnoszenia głosu, trochę tak, jakbyśmy żyli w zwolnionym, wyciszonym tempie i nie potrafili, albo nie chcieli ujawnić uczuć”.

Po wizycie poczuł się bardzo zmęczony, wziął dwie tabletki z leżącego na małym stoliku przy łóżku pudełka i wkrótce potem zasnął. Z głębokiego snu wyrwały go odgłosy muzyki, wydawało mu się, że jego łóżko wibruje w takt trąbki, która była najgłośniejszym instrumentem w trzyosobowej orkiestrze mariachi, grającej przy jednym z łóżek w szpitalnej sali. Stuart przetarł z oczu resztki snu i przyglądał się pacjentom. Na ich twarzach pojawiła się radość i spokój, patrząc na chorych myślał o tym, jak bardzo ludziom potrzebna jest muzyka – nawet kiczowata i głośna. „Może ludzie, którzy otarli się o śmierć potrzebują muzyki jeszcze bardziej?”, myślał, wsłuchując się w pełne temperamentu dźwięki. Wkrótce potem do pokoju weszła rodzina jednego z pacjentów, mama z trójką małych dzieci. Najstarsze z nich – kilkuletni chłopczyk niósł w rękach duży tort z zapalonymi świeczkami. „Biedny maluch”, pomyślał Stuart patrząc na dziecko „gdyby się teraz potknął i przewrócił nikt z nas nie byłby w stanie wstać i pomóc mu posprzątać bałaganu”. Na szczęście dziecko dotarło do łóżka ojca bez problemu. W chwilę później w sali rozległo się głośne, wypowiedziane chórem przez wszystkich „Feliz dia!”

On na pewno nie zapomni tych urodzin”, pomyślał Stuart przyglądając się uśmiechniętemu i zajętemu rozmową z rodziną solenizantowi. On sam poczuł się w tym momencie bardzo samotny, z trudnością udało mu się zapanować nad strachem przed kolejnymi dniami i niechęcią do ludzi, z którymi zmuszony był dzielić czas. „Przecież oni tu też nie leżą z wyboru, muszę coś zrobić, żeby wykorzystać ten czas na coś sensownego, może uda mi się nauczyć kilku zdań po hiszpańsku?”, zastanawiał się, przjmując kawałek tortu z rąk dziecka. Uśmiechnął się do chłopca i powiedział „Dziękuję, życz ode mnie tacie wszystkiego najlepszego”. Zobaczył, że w okrągłych, brązowych oczach chłopca na dźwięk nieznanej mowy pojawił się wyraz zaskoczenia i ciekawości. „Może jestem pierwszym obcokrajowcem, z którym rozmawia?, pomyślał. Przypomniały mu się godziny zabawy z małym Georgem i jego pełne podziwu i ufności oczy, tak jakby wszystko, co miał mu do powiedzenia Stuart było absolutną, niepodważalną prawdą o życiu. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje małego i postanowił w duchu, że odwiedzi siostrzeńca kiedy wróci do zdrowia.

W trzy dni później dwie pielęgniarki przeniosły go na wózek inwalidzki i pomogły mu po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu opuścić salę chorych. W pokoju z napisem „consulta” na drzwiach, który wyglądał na jeden z najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń szpitala, Stuart z niecierpliwością i niepewnością czekał na to, co się wydarzy. Był wdzięczny za odmianę w codziennej rutynie i miał nadzieję, że za chwilę będzie po wielu godzinach przymusowego milczenia w końcu mógł porozmawiać z kimś w swoim języku, dowiedzieć się czegoś więcej o swoim stanie zdrowia i o tym, jak długo to jeszcze będzie trwało.

Wsłuchiwał się w ciszę w pomieszczeniu, przerywaną od czasu do czasu odgłosami z korytarza. Po kilku minutach czekania w pokoju pojawił się przystojny, szpakowaty mężczyzna. „Brandon Hall, honorowy konsul Australii w Meksyku”, przedstawił się nieznajomy, którego wiek Stuart ocenił na pięćdziesiąt kilka lat. „Przerwałem urlop ze względu na Pana wypadek”, dodał po chwili z delikatną dezaprobatą w głosie. Stuart próbował rozładować sytuację. „Wiem, że zachowałem się idiotycznie”, powiedział, w duchu myśląc o tym, że odwiedzający go mężczyzna wykonuje swoją pracę, pracę, za którą dostaje od państwa pieniądze i że nie tak wyobrażał sobie pierwszą od dni rozmowę w ojczystym języku. Czuł rosnącą antypatię do tego sztywnego i pełnego dystansu mężczyzny. Brandon wręczył Stuartowi grubą, podniszczoną książkę. „To na zabicie czasu”, dodał. Stuart patrzył na „Davida Copperfielda”, książkę, która była jedną z obowiązkowych lektur w szkole. Próbował przypomnieć sobie jej akcję i wrócił na chwilę myślami do szkoły w Walton. Ze wspomnień wyrwał go Brandon: „Na razie nie nadajesz się do powrotu do Australii, musisz zostać w tym szpitalu przez co najmniej trzy tygodnie. W Meksyku są też prywatne, o wiele lepiej wyposażone kliniki, ale wątpię, czy cię stać na ich zapłacenie. Powiadomiliśmy twoją rodzinę, za tydzień ktoś do ciebie przyleci i będziesz mógł zacząć organizować powrót do Sydney”.

Kto?”, zapytał Stuart z ciekawością, zastanawiając się w duchu, który z członków jego rodziny mógł się zdobyć się na podjęcie dalekiej podróży. Brandon zaczął grzebać w notatniku. „Gdzieś zapisałem, ale nie mogę teraz znaleźć tych notatek”. „Jeżeli czegokolwiek potrzebujesz, to powiedz mi teraz albo poproś kogoś w szpitalu, żeby do mnie zadzwonił”, powiedział na pożegnanie, wręczając Stuartowi swoją wizytówkę do ręki.

Po powrocie na salę Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Zdawał sobie sprawę z tego, że kolejne tygodnie będą dla niego dużym wyzwaniem i miał nadzieje, że z dnia na dzień będzie wracał do sił. Zasnął jak kamień, nie czując jak „Dawid Copperfield” wypadł mu z rąk i spadł na podłogę.

Zbudził go chór męskich głosów mówiących synchronicznie te same słowa. Stuart domyślił się, że były to słowa modlitwy i zobaczył, że sąsiednie łóżko przykryte było białym prześcieradłem. Pacjent, którego już nie było, był jedyn, którego głosu Stuart przez te dni nie usłyszał. Od początku jego pobytu na sali młody mężczyzna z sąsiedniego łóżka ani razu nie otworzył oczu. „Kto decyduje o momencie, w którym wszystko się kończy?”, zastanawiał się Stuart i zdał sobie sprawę z tego, że on sam miał rzeczywiście masę szczęścia. Prawdopodobnie nigdy nie uda mu się odnaleźć człowieka, któremu zawdzięczał życie. „Dlaczego to właśnie ja przeżyłem, nikt przecież na mnie nie czeka? Mogłem utonąć i nikt by mnie nigdy nie odnalazł. Dlaczego to właśnie ja wygrałem w kasynie pieniądze? Przecież mógłbym żyć dalej i bez tej wygranej, na pewno każdy w tej sali bardziej by ich potrzebował”, zastanawiał się i obiecał sobie w duchu, że zrobi wszystko, aby wykorzystać tę drugą szansę w życiu.

Kolejne dni minęły na czekaniu na wizytę z Anglii i czytaniu „Dawida Copperfielda”. Ta książka stała się dla Stuarta jedyną odskocznią od wiecznego hałasu w pokoju, od godzin, które po prostu nie chciały mijać, od bólu, który nie pozwalał spać i złych myśli, z którymi nie zawsze potrafił sobie poradzić.

Niedzielnego popołudnia, kiedy szpitalna sala pękała w szwach, Stuart z zazdrością przyglądając się roześmianym, zajętym rozmową rodzinom i ganiającym pomiędzy łóżkami dzieciom, po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu poczuł zbierające się w oczach łzy. Był tak hermetycznie odizolowany i samotny, że nie od razu zobaczył, że do jego łóżka podeszły dwie pielęgniarki. Znowu przesadziły go na wózek inwalidzki, jedna z sióstr szepnęła mu do ucha „Visita” i przykryła go troskliwie kocem. W kilka minut później Stuart siedział w pokoju konsultacji i z radością rozpoznał czekającego tam na niego Briana, partnera swojego zmarłego wujka. „Jak się dowiedziałem o tej twojej przygodzie, od razu zaproponowałem, że się tym zajmę”, przywitał Stuarta z uśmiechem. „Mam czas, mogę zostać tutaj tak długo, jak to będzie potrzebne, a potem przewieziemy cię do domu”. Stuart patrzył na Briana z wdzięcznością, myśląc o tym, że zmarły przed kilkoma laty ukochany wujek Stuart-senior nawet znad grobu odgrywa w jego życiu rolę anioła-stróża.

Cdn.