und was nun?

johanna

tanja ist ein geburtstagsgeschenk kaufen gegangen.
hat ihr porte-monnaie vergessen.
ich habe ihr das porte-monnaie aus dem fenster runtergeworfen.
es ist im baum gelandet.
wir haben zwei besen zusammengeklebt – zu kurz.
wir haben zwei besen an eine leiter geklebt – zu kurz.
ich in die wohnung der russischen s-m-puffmutter
die wohnung wird gerade seit 4 monaten zu einem luxus-loft umgebaut.
ein mann kommt mit hoch guckt, versucht was, geht nicht.
“er muss nachdenken”.
5 min später kommt er wieder hoch und baut aus holzleisten ein 4meter-holz-teleskop und mit grossem geschick befreit er das porte-monnaie aus dem baum.
als dank will ich ihm einen sekt schenken.
er sagt nein danke.
wir sprechen ein mix aus polnisch und ukrainisch.
beim gehen schaut er zu dem sekt: “und wenn wir ihn zusammen trinken?”
höflich will ich sein, “vielleicht” sage ich. oder “vielleicht schenkt er ihn auch jemandem” füge ich vorsichtshalber hinzu.
er nimmt ihn. ich freue mich.
5 min später klingelt es an der tür.
herr alex ist da, steht im dunklen treppenhaus, gibt mir eine visitenkarte –
er sagt etwas was ich nicht verstehe, ich wiederhole, wiederhole, endlich verstehe ich:
ah! er würde sich sehr freuen! ich bedanke mich höflich.
er geht davon.
ich schaue auf die visitenkarte:
auf der hinterseite einer bau-unternehmer-adresse,
mit bleistift, sein name, handynummer, adresse,
und … “20:00”
nun blutet mir das herz wenn ich mir vorstelle, dass alex abakaev aus der ukraine, in einer kahlen wohnung in der see-strasse, heute abend um acht auf eine polin warten, die nie kommen wird…

Festiwal piosenki natrętnej IV

Tomasz Fetzki

Cavatina, czyli nieodwołalnie utracona beztroska

Dziś piosenka nietypowa. Właściwie: w ogóle nie piosenka, tylko miniaturka instrumentalna. Wszelako natrętna. I to bardzo.

Gdy słuchamy utworu tekstowo-muzycznego, sprawa jest jasna, a treści oczywiste. Jednak go braknie słów… Mówią, że muzyka to najbardziej czysta, abstrakcyjna spośród sztuk wszelakich. Niczego nie przedstawia, niczego nie oznacza, po prostu wyraża ukrytą harmonię kosmosu. Skoro mówią, pewnie tak jest!

Jednak, od czasu do czasu, ktoś melodiom usiłuje nadać znaczenie; bywa, że z dobrym skutkiem. Gdyby Rudy Ksiądz z Wenecji nie opatrzył swego koncertu skrzypcowego E-dur dodatkowym tytułem, czy ta muzyka przywodziłaby nam na myśl powiew zefirka, trzepotanie motylich i pszczelich skrzydełek oraz taniec promyków młodego słoneczka? Może tak, może nie. Ale skoro kompozytor nazwał utwór Wiosną, to już się nam tak ona nieodparcie będzie kojarzyć. Podobne przykłady można mnożyć, ale to by było przeładowanie tekstu ornamentyką, a przecież ostatnio podnosiły się na blogu głosy sprzeciwu wobec barokizowania. Niechże przeto za cały barok Vivaldi wystarczy!

Albo taka, panie dziejaszku, muzyka filmowa. Siłą rzeczy, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z dziełem wybitnym (a przecież jednym z elementów dobrego filmu jest sugestywna ścieżka dźwiękowa), melodia, choć sama w sobie nic nie znaczy, już na zawsze kojarzyć się będzie z treścią obrazu. Pozostaje tylko kwestia tego, jaką kto treść z jakiego filmu wysnuł dla siebie. Bo można różne.

Łowca jeleni. Budzi skrajne oceny. Dla niektórych synonim dłużyzny i nudy. Dla innych arcydzieło pod każdym względem. Wiadomo, de gustibus… Viator nikogo przekonywać nie ma zamiaru, ale chce zadeklarować: on należy do owych innych. Jego osobisty ranking od wielu lat niezmiennie plasuje ten film w pierwszej trójce najlepszych. Bo to dzieło znacznie głębsze, niżby się na pozór wydawało.

Można, rzecz jasna, skupić się na najbardziej zewnętrznej, publicystycznej warstwie, i potraktować go jako rozliczenie Amerykanów z wojną w Wietnamie. I będzie to oczywiście prawda. Ale jakże powierzchowna! Kontakt naskórkowy. Bo przecież nie przeżycia potomków łemkowskich imigrantów z Pensylwanii, wysłanych nad Mekong, są tu najistotniejsze. Gdyby zamiast nich ukazać młodzieniaszków z Karlsruhe zamarzających pod Stalingradem? Albo chłopców z Irkucka, walczących w Kabulu? Czy też dandysików z Bordeaux tonących w lodowatych nurtach Berezyny? Lub dziewczyny spod Tarnopola, które po latach poniewierki wstąpiły do Platerówek? Czy to byłoby coś innego? Łowca jeleni jest filmem o tym, jak wojna nieodwracalnie niszczy osobowość. Tylko wojna? Wojna to symbol zaledwie! Chodzi o zło. Nie takie zło zwykłe, codzienne, ale to stężone, dotkliwe i, co najistotniejsze, niezawinione. W miejsce wojny wstawcie sobie gwałt, zdradę (zwłaszcza doznaną od tych, od których najmniej się jej spodziewało), długotrwały mobbing, czy co tam jeszcze chcecie. Zło rani wszystkich, nawet odpornych. Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Wolne żarty! Oto najsilniejszy z gromady przyjaciół: Michael. Wrócił z Wietnamu lepszy? Co najwyżej – nie gorszy. A na pewno bardziej cierpiący. O tym jest ten obraz.

Powiadają ludziska, że początkowe sceny Łowcy jeleni – wizyta na sali bilardowej, wesele, polowanie – są zdecydowanie za długie i właściwie w ogóle niepotrzebne. Viator pozwala sobie zaprotestować: oto mamy do czynienia z najbardziej przejmującymi fragmentami filmu. To, co się wtedy rozgrywa między bohaterami (a co oddano subtelnie ukradkowymi spojrzeniami, znaczeniem ukrytym pomiędzy zdawkowymi dialogami, zatrzymanymi wpół gestami): lęk przed przyszłością, przeczucie nieuchronnego końca młodości – to istota Łowcy jeleni. Najlepiej widać ów strach w zachowaniu Stevena, tego spośród przyjaciół, który charakteryzował się najsłabszą konstrukcją psychiczną. Inna sprawa, że i spadło się na niego najwięcej. Nie tylko powołanie do wojska. Wszak to jego ślub i jego wesele. Których właściwie w ogóle być nie powinno. I teraz sami powiedzcie: jakiż to z Łowcy jeleni film wojenny?!

Takie treści wysnuł z niego Viator. Dlaczego właśnie te? Może dlatego, że, gdy oglądał go pierwszy raz, sam był w chwili przełomu, właśnie zdał maturę i musiał decydować, co dalej? Swoją drogą: słusznie ktoś już zauważył, że paradoksem, ironią losu i piekącą niesprawiedliwością jest fakt, że kluczowe decyzje, które na długo i głęboko zaważą na naszym życiu, musimy podejmować w momencie, gdy to życie i samych siebie, póki co jeszcze, exusez le mot, gówno znamy. No naprawdę – rosyjska ruletka!

Takie treści przemieszały się w umyśle Viatora z muzyką ilustrującą film. Żal za kończącą się młodością. Ściślej – za odchodzącą w przeszłość beztroską.

Może, gdyby Wędrowiec był wyznawcą cyklicznej teorii czasu, byłoby mu łatwiej. Tkwi jednakże po czubek głowy w teorii linearnej, czuje wyraźnie, iż nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy; z tej przyczyny utrata beztroski jest tak dotkliwa.

Kilka miesięcy temu jadł Viator jabłka maczane w miodzie, celebrując Rosz ha-Szana. Kilka dni temu pił szampana, świętując imieniny Sylwestra. To wszystko daty wybrane arbitralnie, jest pewnie jeszcze kilkanaście innych potencjalnych początków nowego roku, które można sobie obejść. Ale każdy z nich przypomina niestety, że czas nieubłagalnie płynie, a czarodziejska epoka beztroski odpływa coraz dalej. I w takich chwilach natrętnie brzmi Pielgrzymowi w uszach Cavatina.

Nie chciałby jednak Viator kończyć swej opowiastki zbyt pesymistycznie. Przemijanie, utrata – zgoda. Ale ta muzyka ma w sobie coś jeszcze, choć ciężko to coś określić. Nadzieja? Może raczej pogodna zgoda na nieuchronne. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Tak, chyba o to właśnie idzie. To się w tej melodii natrętnej ukrywa.

Nic się nie ukrywa! Niczego tam nie ma, poza dźwięków cudowną harmonią. I Tobie może zupełnie inne natrętne myśli przyniesie ze sobą Cavatina? Przekonaj się.

Na zimowe nastroje

Tomasz Fetzki

Dzika róża czyli zajączek

Dzisiejsza opowiastka będzie krótka, bezpretensjonalna i raczej mało oryginalna. Ale kto wie – może właśnie taka przypadnie komuś do gustu?
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: błogosławieni ci, którym tego oszczędzono! Viator do nich nie należy. Odkąd sięgnie pamięcią, musi się męczyć ze skłonnością do nastrojów depresyjnych. Ale to chyba cecha rodzinna, a już na pewno w tym pokoleniu: jego ukochana – wszak jedyna – młodsza siostrzyczka też tak ma. Przy okazji: Asiu, wszystkiego co wymarzone z okazji urodzin Ci życzę! Popatrz – nadrabiam jak potrafię…
I musiało to nieszczęsne rodzeństwo wynajdywać jakieś domowe sposoby przeciwko deficytom nadziei na lepsze jutro. Doszło na przykład do wniosku, że pewną ulgę może przynieść wychwytywanie refleksów piękna. Symbolem takiego rozbłysku stała się dla nich wspólnie ulubiona, jedna z najbardziej uroczych akwarel Dürera, czyli Zajączek.

1 Zajac

Niewinny, mięciutki i… po prostu piękny. Oczy bystre, uszy czujne i każdy włosek sierści oddany tak realistycznie. Rzeczywiście, potrafił i wciąż potrafi poprawić samopoczucie.
Od tego czasu nazywa się to wyszukiwaniem zajączków. A one czasem pomagają, a czasem nie. Bo nieraz do tego stopnia człowieka ściśnie, że żaden szarak nie poradzi, niechby i najbardziej milusi.
Ale teraz nie jest aż tak źle. Po prostu: jesień już zgniła, zima się jeszcze nie zaczęła, ludzie wokół… no… powiedzmy – różni. Brudno, szaroburo, słowem: melancholia nasza powszednia.
Prawdę mówiąc, z tą szaroburością nieco Viator przesadził. Popatrzcie dokładnie.

Znajdziemy tu zieleń – głęboką, choć odrobinę przygaszoną. Jest wytworny brąz, dyskretna oliwka, elegancki beż, znajdzie się i przydymiona nieco żółć. Tyle, że wszystkie te barwy takie jakby nienachalne. Ich odkrycie wymaga wysiłku, a czego jak czego, ale chęci do wysilania się nastrojonemu depresyjnie Viatorowi brak! Na szczęście kica ku niemu zajączek.
Płomienna, soczysta czerwień. Żadnego wysiłku nie wymaga jej odkrycie, sama odcina się wyraziście od pastelowego tła. Refleks piękna. Otucha Wędrowca. Jesienny krzak dzikiej róży, obsypany owocami. Już teraz wygląda zjawiskowo, a co będzie, gdy spadnie śnieg?! Mija go szczęśliwiec Viator każdego dnia, gdy pośród szarych porannych mgieł brnie do pracy.

Mało oryginalne? Z pewnością.
Ale, zaiste, pomaga!

Magia życia

S
Jacek Krenz, Scherzo 8b, Akwarela

Jacek Krenz

Chopinowskie à propos

Czy zdarzają Wam się rzeczy niezwykłe?

Oto co wydarzyło się ostatnio, kiedy wczesnym rankiem zszedłem do pracowni. Szukając natchnienia, spojrzałem w górę. Na suficie pojawiła się rysa. Rysa? Nie było jej tam wcześniej! Zaniepokojony szybko ustaliłem konfigurację naszego domu w pionie. Stwierdziłem, że rysa pojawiła się w miejscu, gdzie niedawno postawiliśmy pianino. Poszedłem za tym tropem. Przy pianinie, na stole leżała książka zatytułowana “Piano rysuje sufit”. Nigdy wcześniej jej nie widziałem ani na naszym stole, ani w ogóle. Nowość wydawnicza, nowość w naszym domu. Skąd? Dlaczego? Obejrzałem się niepewnie za siebie…

Piano

 

Piano, piano!

Teraz już wiem, że znaczenie tytułu dotykało kwestii technicznych operowania ludzkim głosem, kunsztu śpiewaczego i zasad śpiewania na scenie czy estradzie “szeptem”. Śpiewania, które byłoby na tyle donośne, by głos śpiewaka zdołał wyrysować linię melodyczną na suficie teatru.

WIKR-964754Jak widać, nasze pianino znalazło łatwiejszy sposób, żeby zaznaczyć swoją obecność w architekturze. I przyznać trzeba, uczyniło to bardzo metaforycznie, w porozumieniu z pewną książką.

Magia, magia… Czyż nie jest to kolejny dowód na to, że nasze życie jest większe i bardziej nieodgadnione niż nam się wydaje?

Bo przecież nie jest to jedyny przypadek, zbieg okoliczności czy też inny równie tajemniczy fakt, który trudno byłoby nam wytłumaczyć w inny sposób, prawda?


Pieprzona żądza władzy

Tomasz Fetzki

O przedwczorajszych wydarzeniach, mimo sugerującego i zachęcającego tytułu, nie znajdziecie tutaj niczego. Chwyt marketingowy: wybory są tylko pretekstem. Minifelieton niniejszy powstał wcześniej, a wynik niedzielnego głosowania, jakikolwiek był, nie ma najmniejszego wpływu na jego treść. Nie idzie mi bowiem o publicystykę, lecz o meditatio philosophica, choćby i trącącą amatorszczyzną. Triumfatorzy wyborów się zmieniają, problem pozostaje.

Żądza władzy. Chora żądza władzy. Paląca wnętrzności żądza władzy. Destrukcyjna żądza władzy. Przeklęta żądza władzy. Pierdolona żądza władzy. Żaden epitet nie będzie tu nadmierny, naciągany czy przesadny.

Poeta zastanawiał się swego czasu:
Kto pierwszy został panem, kto pierwszy został sługą
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo
.

Na to pytanie odpowiedzi znaleźć się już chyba nie uda. Ale jedno jest pewne: dzień, w którym ktoś z nas po raz pierwszy odczuł przyjemność dominacji nad swym bratem, to najczarniejszy moment historii ludzkości. Odtąd już nie ma braci. Zresztą, czy kiedykolwiek byli?

Ta żądza rozprzestrzeniła się błyskawicznie, jak lotny wirus. I trwa. Stanowisko, organizacja, eklezja, opcja polityczna, zakres – są sprawami drugorzędnymi. WŁADZA! Sama w sobie, w stanie krystalicznie czystym, wydestylowana z kontekstów czasu i przestrzeni.

Ta żądza jest niebezpieczna, jak wirus zjadliwy. Nic tak nie skrzywi osobowości, nie zdegeneruje i nie upodli, jak przeklęta żądza dominacji. Żądza pieniądza? Żądza używki? One też niszczą, oczywiście. Ale tylko możność sprawowania władzy pozwala się ujawnić temu, co w człowieku najbardziej podłe, oślizgłe i ohydne. Zapyta jednak adwersarz: co to znaczy podłe, oślizgłe i ohydne? Konkrety proszę! Odpowiadam: dokładnie to – co podłe, oślizgłe i ohydne. Im ktoś więcej przeżył i zobaczył, tym lepiej zrozumie, o czym mówię, bo zna miarę podłości, oślizgłości oraz ohydy. A właściwie – brak miary.

Żeby było zabawniej, rozmiar owego bezmiaru w żadnym stopniu nie zależy od rangi zajmowanego stanowiska. Może być i odrobinka władzy – byle realnej! Byle pokazać, kto tu rządzi. Byle móc wpływać na życie innych wedle własnego upodobania. Tak po prawdzie – te małe, lokalne, kieszonkowe hitlerki, salazarki, kleopaterki, aminkowie, stalinki, pinocheciki, lady makbecikowe i inny pocieszny drobiazg – oni są najgorsi. Bo już zakosztowali ambrozji, lecz odrobinę jeno, i teraz pragnienie ich pali. Zrobią wszystko, by je ugasić. To nie figura stylistyczna. Naprawdę wszystko. Nie ma tak bliskiego przyjaciela, którego by nie zdradzili, tak żenującego donosu, którego by nie złożyli, tak odrażającej dziury, do której by, jak mówi prosty lud, bez masełka po stópki nie weszli…

Ja to wiem od niedawna. Lub inaczej – oczywiście teoretycznie wiedziałem o tym zawsze, ale realnie się przekonałem, że to aż tak – niedawno, krótko po czterdziestce. Wtedy dopiero doznałem wątpliwej przyjemności przekonania się naocznego, naskórnego i naemocjonalnego, do jakiego stopnia z ludzi, zwykłych ludzi, których się nawet lubiło, może wychynąć psychopatyczne bydlę. Oraz przekonania się, co potrafią robić, gdy już JĄ – władzę – mają. I że robią to z jednego tylko powodu – bo mogą.

Właściwie mogę się uważać za szczęściarza. Ostatecznie długie cztery dekady żyłem w błogosławionej niewiedzy. Wątrobę oszczędziłem, wrzodów się nie dorobiłem, żółci za wiele nie wyprodukowałem. Ale teraz szybko to nadrabiam. Jednak nie ma tej żółci znowu aż tak dużo, by mi zalewała oczy. Widzę wyraźnie. Wiem, że kierowanie innymi to zło konieczne. Oba słowa – zło oraz konieczne – są w tym miejscu tak samo potrzebne i prawdziwe. Dostrzegam też, że istnieją tacy – moja żona mówi o nich zadaniowcy – którzy dzierżą stanowiska dla realizacji celów, a nie dla napasienia swej chorej żądzy. Nie władcy, tylko administratorzy (przypominam: administrare pochodzi od ministrare, czyli służyć; minister to sługa, ot, taki żenujący żarcik). Oni jednak chyba myślą podobnie do mnie i moich inkryminacji nie odniosą do siebie. A poza tym – iluż ich jest?

Adwersarz znów zabiera głos: Towarzysze! Krytyka – tak. Ale konstruktywna!

Co mu odpowiem? Jak zaradzić złu? Natury ludzkiej zmienić nie sposób. Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem byłoby powierzanie wszelkich stanowisk tym, którzy najmocniej się przed nimi bronią i, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, pozbywają się wątpliwych zaszczytów. Oni nie zrobiliby krzywdy sobie, ani innym.

To, rzecz jasna, niemożliwe, ale cóż szkodzi pomarzyć… A na razie, czekając na Godota, trzeba sobie jakoś radzić. Nigdzie i nigdy nie pozwalać, aby ktokolwiek uzurpował prawo do zajęcia miejsca naszej mamy i naszego taty. Nie wiem jak wy, ale ja sobie nie życzę – nikt nie jest tego godzien.

Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc na ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni.
A kto nim, na własne życzenie, być przestał…
Dlaczego ja nie zapisałem się do anarchistów?

Konkurs Chopinowski

Ewa Maria Slaska

Rozmyślania przy kawie

Jakiś czas temu zaczął się Konkurs Chopinowski. XVII. Od tego więc jakiegoś czasu rozmyślam o Chopinie. Myśli nie wiążą się ze sobą, tak się przecież rozmyśla. W każdym razie ja tak rozmyślam. Obawiam się, że dostanę po głowie za te rozmyślania, ale cóż amicus Platon sed magna amica Veritas. Nawet jeśli to prawda tylko moja i malutka, nie większa od prawdziwka.

Chopin jako zasłonka.
Rok chopinowski kilka lat temu. Na rozwalającym się w samym sercu Berlina na Unter den Linden budynku dawnej ambasady RP zakrywający nędzę i ruinę ogromny banner z Chopinem.
Nota bene, Ambasady nadal nie zbudowano. Ale poza turystami nikt już chyba nie zauważa tej ruiny. Zresztą często na niej coś wisi. Jak nie Chopin to reklama muzeum figur woskowych.

Chopin jako cwel.
W tymżeż samym Roku Chopinowskim Ambasada RP w Niemczech (mieści się jednak w inym budynku, nie w tym rozwalającym się) wydaje po niemiecku komiks o Chopinie. Ma on zostać rozdany w szkołach, musi więc być taki, żeby współczesne dzieci chciały go czytać. Zatrudnia się najlepszych komiksiarzy. Produkt spełnia oczekiwania, na pewno będzie się podobał młodzieży. Chopin nazwany jest cwelem i gejem, ale ponieważ nie było jeszcze hejtu antycudzoziemskiego, nikt mu nie przyczepia łatki przybłędy. Ktoś się jednak w ostatniej chwili orientuje, że coś tu jest nie tak. Polonia, która dowiedziała się z przecieków, co jest nie grane, protestuje. W ostatniej chwili zapada decyzja, żeby nie rozdawać tego Dzieła w szkołach, a nakład komiksu spalić. Powoduje to następną falę oburzenia wśród Polonii. Tylko reżimy palą książki… Komiks musi iść do muzeum!
No, nie dogodzisz!

Chopin jako element życia rodzinnego.
Jest poprzedni konkurs chopinowski. Do Berlina przyjeżdża moja siostra. Spędzamy czas tak jak lubimy, w tym samym rytmie pracujemy, gotujemy, jemy. Tak już byłyśmy razem w Grecji i w Szwecji, tak byłyśmy w północnych Niemczech i nad kaszubskimi jeziorami. Teraz tak sobie spędzamy czas w Berlinie. Pieczemy bułeczki, chodzimy na spacery, pracujemy, każda przy swoim komputerze. Obok stolika mojej siostry konstrukcja ze stołka i książek, a na niej radio. Od rana do wieczora Chopin. Albo ktoś go gra, albo ktoś opowiada o tym, jak go gra… Chopin, praca, muślinowe firanki w kuchni, złoty październik w Berlinie, pięknie…

Chopin jako kość niezgody.
Dawno temu, bardzo dawno. Idziemy większą grupą międzynarodową na jakąś imprezę. Nie wszyscy się znamy, musimy więc przy pomocy 20 pytań rozpoznać wrogów i przyjaciół. Jakiś Rosjanin pyta mnie, czy kocham Chopina? Czy kocham, nie czy lubię? Nie, odpowiadam zgodnie z prawdą. Kiedyś lubiłam, ale od czasu, gdy Jaruzelski, stan wojenny, Chopin, no wiesz, all that jazz, już nie lubię. Opowiadam, ale widzę, że nie dociera. Opowiadam dokładniej, jednak nic mi już nie pomoże. Rosjanin bluzga na mnie stekiem nienawistnej krytyki, bo Chopina trzeba kochać.
No tak, trzeba kochać…

Chopin u Prousta.
Czytam Prousta regularnie. Dawniej czytałam go niemal co roku, może nie wszystkie siedem tomów, ale pięć na pewno, teraz czytam go trochę rzadziej, ale nadal często. Częściej niż ktokolwiek, kogo znam. I zawsze odkrywam coś nowego, przy lekturze kilka lat temu – Chopina. Bo we Francji toczy się spór pokoleniowy między zwolennikami Chopina i Wagnera. Chopin to staroć niemożebna, Wagner jest in. Chopin jest, fuj, romantyczny. Brrr… Wynajmuje się pałacyki w Bayreuth, żeby zaprosić gości na festiwal i wspólnie słuchać wagnerowskich walkirii. Stara księżna Cambremer nie lubi synowej, bo ta jest zaciekłą wagnerzystką. Proust sam był wielbicielem Wagnera, a o Chopinie zapisał: “Chopin, mer de soupirs, de larmes, de sanglots / Qu’un vol de papillons sans se poser traverse / Jouant sur la tristesse ou dansant sur les flots.” – Chopin, morze westchnień, łzy, szloch, motyl lekki a bezkrytyczny, czasem smutny, czasem tańczący ponad falami.
A co, jeśli się nie lubi ani Chopina ani Wagnera? A co jeśli się lubi Janis Joplin? Choć ona też już dawno wylądowała na tej samej hałdzie historii, na którą przedtem spadli Chopin i Wagner. 

Najlepiej, żeby było cicho, jak się pije kawę.

 

 

 

 

 

Z życia na emigracji

Joanna Trümner

Rodzina

Ze zdziwieniem patrzyłam na księdza wyjmującego z teczki małe skórzane pudełko z miniaturowym świecznikiem na dwie świeczki i małą buteleczkę z olejem. „Zestaw ostatnie namaszczenie” – pomyślałam, zaskoczona, że przemysł zajmuje się produkcją takich przedmiotów.

Odmawiałam wraz z innymi w pokoju modlitwy dawno nie używane, schowane w zakamarkach pamięci słowa i myślałam o tym, że każdy ksiądz jest tylko urzędnikiem. Ten urzędnik nie zadał sobie nawet trudu, żeby zapamiętać twoje imię i kilkakrotnie podczas odmawiania modlitw patrzył najpierw na ciebie a potem na zebranych w pokoju z pewnym zażenowaniem i niemą prośbą o podpowiedź. „Brakuje tylko, żeby życzył ci szybkiego powrotu do zdrowia” pomyślałam – niestety i tego nie zabrakło. Dla niego cała ta absurdalna sytuacja to tylko jeden z terminów, zapisanych w rozliczeniu godzin pracy w rubryce „ostatnie namaszczenie” – wiek, adres, godzina.

Nie mogłam dłużej znieść tej atmosfery śmierci w twoim domu, wyszłam na spacer do niedalekiego parku i siedząc na ławce myślałam o tym, jak różne były nasze drogi na emigracji.

Przyjechałeś do Londynu jako dziewiętnastolatek do ojca, którego znałeś tylko z fotografii i którego obraz coraz bardziej ci się zamazywał. Był jednym z tysięcy żołnierzy armii Andersa, którzy nie mogli po wojnie wrócić do Polski, nie mówiąc już o powrocie do żony i dzieci w Wilnie.

Nie wiem, jak wtedy wyglądało to miasto-moloch, mogę sobie tylko wyobrazić jak przerażony byłeś tym nieznanym językiem, ogromem Londynu i sytuacją rodzinną. Ojciec już odbierając was ze statku w Tilbury oznajmił, że wam pomoże i będziecie z nim mieszkać, a „ona” (nigdy potem nie nazwał twojej matki inaczej) ma załatwioną pracę i mieszkanie gdzie indziej i zawiezie „ją” tam jeszcze dzisiaj. Zobaczyłeś w oczach matki zagubienie i strach – strach, który z latami zmienił się w chorobę psychiczną. Jeszcze tego samego wieczoru, po wspólnej kolacji, z której pamiętasz wściekłe spojrzenia ojca i milczenie przerywane tylko uwagą „Ale z was zrobili Rusków!” zawiózł ją samochodem do nowego mieszkania.

Matka zamieszkała w wynajmowanym pokoju na Finchley Road, który przez następnych 26 lat stał się jej refugium i gdzie, w miarę upływu lat, zamieszkiwało coraz więcej osób – głosy przemawiające do niej z radia, a później z telewizora, jej zmarła przed wieloma laty matka, przyjaciółki z Wilna. Mieszkała w swoim świecie – świat na zewnątrz składał się z drogi z pracy do domu i zakupów u Żyda, który miał sklepik na rogu ulicy. Jej Londyn składał się z dwóch ulic na prawo i jednej na lewo. Gdyby kiedykolwiek odważyła się pójść dalej, na pewno zgubiłaby się w bezmiarze domków podobnych do siebie jak dwie krople deszczu. W torebce zawsze nosiła kartkę z adresem i telefonem ojca, której nie musiała wyjąć ani razu przez 26 lat życia w Londynie.

Ojciec załatwił jej pracę w pracowni kapeluszy, wykonywanych na zlecenie dworu królowej. Matka była prawdziwą mistrzynią, nikt w całym zakładzie nie miał tyle cierpliwości do igły i nici co ona, przed dostarczeniem kapeluszy do Buckingham Palace były one poddawane jej inspekcji – znałazła każdy błąd, niechlujnie skrojony wzór, byle jakie wykończenie. Dzięki temu talentowi przepracowała tam 20 lat, nikomu w pracowni nie przeszkadzały jej podekscytowane rozmowy z nieistniejącymi osobami. Miłość do męża i żal o to, że nie ma przy sobie dzieci, zastąpiła miłością do pieniędzy, wpadła w obsesję oszczędzania, gromadziła funty, pochowane w gotówce w kilku miejscach pokoiku na Finchley Road, nie udało ci się nigdy przekonać jej do założenia konta w banku. Co tydzień w sobotnie popołudnie wyjmowała pieniądze z różnych skrytek w pokoiku, liczyła je i pokazywała wszystkim wyimaginowanym osobom, które z nią mieszkały. Nigdy nie dała się przekonać co założenia konta w banku, przed przeprowadzeniem się do domu starców zaszyła swoje skarby w poduszkach, których prawie nigdy nie wypuszczała z rąk.

Tymczasem ty z siostrą zamieszkałeś w domku kupionym przez ojca na południu Londynu. Zadbał o was, znalazł ci pracę w zakładzie samochodowym. Dzięki życzliwemu właścicielowi – Polakowi – wiele się mogłeś nauczyć i poznałeś kilku rówieśników. Zacząłeś chodzić na potańcówki do polskiego kościoła na Devonia Road i po roku miałeś już spore grono znajomych. Zacząłeś powoli uczyć się angielskiego i zapuszczać korzenie w tym nowym miejscu. Twoje stosunki z ojcem poprawiły się od czasu, kiedy przestałeś poruszać sprawę matki. Opowiedziałeś mu o przesłuchaniach przez KGB w Wilnie i o tym, że tylko jakimś cudem (nie wiedziałeś wtedy, że tym „cudem” była zapłacona przez ojca dziwnymi kanałami łapówka) udało wam się repatriować do Polski i uniknąć wywózki na Syberię. Od tej rozmowy ojciec zaglądał do matki częściej, kupował jej czasami coś do jedzenia albo jakiś kosmetyk. Święta spędzaliście razem – ojciec, matka i dzieci – nieistniejąca rodzina, która przez kilka dni starała się zachowywać pozory normalności.

Zacząłeś poznawać świat ojca i jego podejście do życia. W czasie wojny został ciężko postrzelony przez Niemców i tygodniami walczył o życie. Przyjechał do Anglii bez jednej nerki i jako schorowany mężczyzna nie musiał przechodzić typowej dla byłych żołnierzy armii Andersa drogi – na nich czekały w Anglii najcięższe fizyczne prace w cementowiach, kopalniach i na polach. Ojcu udało się uzyskać rentę z Niemiec, dzięki której nie musiał pracować. Żył jakby każdy dzień był ostatnim dniem w jego życiu – na początku twojego pobytu zachowywał jeszcze pozory, tylko czasami zostawiał was i wychodził wieczorami. W miarę upływu czasu zaczął opowiadać ci o wyścigach psów i pokerze, na których wygrywał i tracił duże pieniądze. „To tylko papier, zdrowia za to nie kupisz” – mówił, pożyczając nieraz od ciebie drobne sumy.

Nie opowiadał ci o kobietach, z którymi spędzał wieczory wolne od wyścigów. Prawdę o nich poznałeś porządkując zdjęcia po jego śmierci. Na jednym z nich uśmiechnęła się do ciebie śliczna, młoda kobieta trzymająca w ramionach niemowlę – „Your Francis”.

Ojciec zapoznał cię też ze światem polityki – podobnie jak dla tysięcy innych, mieszkających w Anglii byłych żołnierzy armii Andersa jedynym legalnym reprezentantem Polski był dla niego rząd w Londynie. Pilnie śledził nowe ustawy i komunikaty, publikowane w polskiej prasie. Tobie, który do dnia przyjazdu do Londynu nie wiedziałeś nawet o istnieniu tego rządu z teczkami, ministerstwami i zmieniającymi się co kilka lat siedzibami – rządu bez kraju, wydawało się to na początku dziwne, momentami nawet śmieszne – nie wyrażałeś jednak swoich opinii bojąc się go zranić. Z czasem przyzwyczaiłeś się do tej fikcji, a z upływem lat spędzonych w Anglii zacząłeś się posługiwać się językiem używanym przez „Dziennik Polski”, pełnym pogardy do „tymczasowych władz komunistycznych w Kraju”.

Matkę odwiedzałeś raz w tygodniu. Nie mogłeś zaakceptować tego, co się z nią działo. Nieraz myślałeś ze złością o ludziach, którzy uciekają od życia. Bo ta jej choroba wydawała ci się, podobnie jak alkoholizm albo uzależnienie od narkotyków, tchórzostwem – ucieczką od realnego świata, pełnego rozczarowań i niespełnionych marzeń, zobowiązań, rachunków, zależności i rezygnacją z codziennej walki. Dopiero po rozmowie z polskimi lekarzami zrozumiałeś, że to nie jest świadomy wybór i że nie wchodzi w grę żadna kuracja, a jedyną alternatywą byłby Szpital Psychiatryczny.

Lata mijały, marzyło ci się założenie własnej rodziny. Miłość, której tak bardzo szukałeś, przyszła do ciebie niespodziewanie jako zdjęcie podsunięte przez kolegę. „Przyjechała tu do ciotki z Manchesteru i nie chce wracać do Polski” – to jedyna informacja, jaką otrzymałeś na temat kobiety, z którą spędziłeś potem pięćdziesiąt wspólnych lat. Na kopercie ze zdjęciem zapisany był numer telefonu w Manchesterze i „Wiktoria – 19 lat”. W kilka miesięcy po pierwszym spotkaniu z Wiktorią zdecydowałeś się przedstawić ją matce. Niewielu rzeczy bałeś się tak bardzo jak tego spotkania. Kiedy po wyjściu z pokoiku na Finchley Road usłyszałeś „Przecież ona nic za to nie może”, wiedziałeś już, że los się do ciebie uśmiechnął i poprosiłeś Wiktorię o rękę. Po kilku latach przeprowadziliście się do miasta, które w porównaniu z Londynem było i jest głęboką angielską prowincją. Znalazłeś dobrze płatną pracę w fabryce samochodów. Kolejne lata mijały. Poznawaliście się, rodziły się dzieci. Tylko te stosunki z resztą rodziny. Ojciec zgadzał się z twoim wyborem i niecierpliwie czekał na wnuki, ale matka nie potrafiła zaakceptować kobiety, która zabrała jej syna, a w tej walce popierała ją twoja siostra, która nie chciała zrozumieć i zaakceptować waszego życia. Na szczęście spotykaliście się tylko tylko dwa razy w miesiącu, no i podczas tych wszystkich znienawidzonych Świąt.

Kupiliście mały domek – nazywałam go Domkiem Barbie, bo nie znam bardziej czystego i poukładanego domu. W salonie na widocznym miejscu wisiał łabądź z koroną – herb naszej rodziny, który twojemu ojcu otworzył drzwi na bankiety u Pani Generałowej i członków Rządu, a tobie dawał w ciężkich chwilach złudzenie, że nie jesteś tylko prostym robotnikiem, że czeka cię lepsze życie, że pójdziesz na studia i będziesz wykonywał łatwiejszą i lepiej płatną pracę.

I w Twoim życiu nie zabrakło pytań bez odpowiedzi: Dlaczego dziewczyna, z którą jeszcze przed Wiktorią chciałeś się związać, zostawiła cię dla kolegi? Dlaczego właśnie ty nie miałeś ani ojca ani matki, tylko pozory rodziny? Dlaczego nie udało ci się nauczyć dzieci dobrze mówić po polsku? Dlaczego dobry kolega – Anglik ukradł wymyślony przez ciebie patent i sprzedał za duże pieniądze jako swój? Dlaczego nie masz wnuków? Dlaczego synom nie zależało na skończeniu studiów? Dlaczego młodszy syn związał się z kobietą starszą o piętnaście lat?

Wróciłam z parku do Domku Barbie, żeby spędzić jeszcze trochę czasu z tobą. Rozmowa bardzo cię męczy, długo cię trzymam za rękę, chcę, żebyś wiedział, że jestem i że bardzo będzie mi ciebie brakowało. Razem z tobą odejdzie jeszcze dalej moje dzieciństwo, równocześnie cieszę się, że mimo tej potwornej, długiej choroby mogłeś ostatnie chwile spędzić w swoim domu, z kobietą, która była miłością twojego życia, z dziećmi i przyjaciółmi.

To dobry bilans.

Jak być dobrym?

Ewa Maria Slaska

Rozważania o wszystkim i o niczym

Jak być dobrym? How to be good? Powieść Nicka Hornby. Znalazłam ją, w tym właśnie wydaniu, na ulicy i bardzo mi się nie podobała. Absurdalna historia o tym, że, choćbyśmy oddawali nie wiadomo ile własnego majątku, czasu i przestrzeni życiowej, i tak nigdy nie będziemy dobrzy, nigdy nie zdołamy być sprawiedliwi, nigdy nie podzielimy się naprawdę, a w końcu ciężar bycia dobrym zmusi nas do powrotu do dawnego życia.

Bezradność.

Doprowadzona do absurdu i nudna historia, niegodna autora świetnych recenzji i zabawnej powieści O chłopcu, jednak trafnie oddająca dylemat, przed którym stajemy każdego dnia. Bo zasadniczo jesteśmy dobrzy i chcielibyśmy, żeby świat też był dobry. A nie jest. Robimy więc, co możemy. Staramy się i zawsze na jakimś szwie pruje się nasza sukienka dobrej istoty. Bo nie możemy, nie mamy siły ani czasu, żeby być dobrym w ogóle.  Bo tego za dużo, bo trzeba by ogarnąć Dobrem przez duże D i stosunki międzyludzkie, i ekologię, i sprawiedliwość dziejową… Jak jesteśmy dobrzy w jednej dziedzinie, to w innej nam szwankuje. Dlatego, gdy kupuję pomidory, gruszki, czosnek, fasolkę i ćwikłę na targu ekologicznym, i okazuje się, że brakuje mi 3 centów, muszę oddać jednego pomidora… Po prostu prujemy się na szwach.

Łatwiej zobaczyć te sprute szwy u innych, najpierw więc inni, a dopiero potem ja.

Mam koleżankę angażującą się w protesty przeciw manipulacjom genetycznym żywności. Protestuje też przeciwko doświadczeniom na zwierzętach. Gdy jednak zachorowała, a choroba zaczęła jej sprawiać nieznośny ból, sprowadziła za duże pieniądze z Ekwadoru szamańskie leki produkowane ze świnek morskich… Inna, zaangażowana w likwidację lotniska w środku miasta, bo służy tylko bogatym, gdy powiedziałam jej, że Donbas padł, odparła, że przecież tylko zostały opanowane główne budynki… Jeszcze inna bardzo się interesuje leczeniem za pomocą zdrowego jedzenia, ale nie chce się spotykać z chorymi, bo mają złą karmę… (Nota bene – przedni i niezamierzony żart językowy). Pewien ważny działacz, bogaty jak trzech nababów, ma usta pełne frazesów o patriotyzmie i pomocy, ale gdy zimą w okresie konfrontacji na majdanie zbieramy pieniądze dla Ukrainy – nie daje ani grosza…

No, ale przecież jesteśmy dobrzy. Ja na przykład sortuję śmieci i mam czas dla ludzi, jeśli potrzebują pomocy. Jestem wegetarianką, nie dorabiam się i nie jestem zawistna. Tak mi się wydaje. Ale… Gdzie sprzeniewierzam się samej sobie? Zapewne nie tylko wtedy, gdy bezmyślnie wrzucam baterie do kosza na śmieci ogólne, albo nie dość dokładnie myję owoce. W setkach spraw jestem nie taka, jak trzeba, i mówię nie to, co trzeba. Na pewno tak jest, skoro świat na około wciąż mnie krytykuje.

To wszystko działania pozorne i nic nie kosztują, co najwyżej płacimy w sklepach ze zdrową żywnością trzy razy drożej za ryż i to przez nas, wegetarian, marchewka będzie niedługo droższa niż kiełbasa.

Bohaterowie Hornby’ego idą znacznie dalej, bo to, okazuje się, profetyczna książka. Przyjmują pod własny dach uciekinierów i namawiają do tego sąsiadów. I wszystko się źle kończy. Oczywiście, źle się kończy. Łatwiej nie jeść flaczków niż podzielić życie z Obcym.

To wciąż jeszcze, na razie wyimaginowana sytuacja, a nasze potknięcia na drodze do Dobrego są błahe, ale gdy na wyspach greckich jest 120 tysięcy uciekinierów, a drugie tyle atakuje kanał La Manche, a gdzieś przecież muszą mieszkać, coś jeść i coś pić, to sytuacja przestaje być wyimaginowana, a błahe powody do myślenia, że jest się dobrym przestają mieć znaczenie. Bo zabawa się skończyła, bo już nie o zdrową pietruszkę chodzi i nie o ochronę gniazdowisk czyżyka polnego, tylko o nagą egzystencję. Bardzo mnie to wszystko martwi, bo jeśli ja sama nie potrafię się sprawdzić, jeżeli nie potrafimy się sprawdzić,  jako weganie sortujący śmieci, to jacy się okażemy za chwilę?

O życiu

Joanna Trümner

Serce do podarowania

„Serce do podarowania“ – to ogłoszenie rzuciło jej się w oczy w momencie, kiedy chciała odłożyć przeczytaną gazetę. „Jakie to proste, niepretensjonalne, może warto odpowiedzieć” – pomyślała.

Często później zastanawiała się nad tymi słowami. Nie wiemy przecież, co naprawdę stoi za słowami wypowiadanymi do nas przez innych ludzi – czy są to wielkie słowa dla małych uczuć czy też małe słowa wyrażające sprawy wielkie. Każdy z nas poznał słowa wracające latami jak bumerang, właściwe słowa we właściwym momencie i słowa pełne emocji, których nie da się już cofnąć, słowa za którymi nic nie stoi i słowa za którymi stoi zbyt wiele. Miała nadzieję, że są to szczere, ciepłe słowa, tak samo jak ona tęskniące za drugim człowiekiem.

Odpisała na podany numer skrzynki pocztowej „Moje serce też szuka nowego właściciela, może to Ty?” Wrzucając list do skrzynki minęła kiosk pana Jurka, rozmawiającego ze swoimi zwykle o tej popołudniowej porze już niezbyt trzeźwymi klientami. „Kiedy on ma wolne?” – pomyślała. Kiosk był otwarty codziennie – nawet w Wigilię i Sylwestra można było zobaczyć uśmiechniętego pana Jurka, czekającego na klientów. „Jaki on musi być potwornie samotny, jak dobrze, że ja mam dzieci, koleżanki, za kilka dni będę miała randkę”.

Odpowiedź przyszła po czterech dniach: „Proponuję spotkanie pod Neptunem w niedzielę o 12-stej, będę trzymał w ręku Twój list. Wiem, że się rozpoznamy. Na wszelki wypadek podaję numer komórki, jeżeli nie będziesz mogła, przyślij proszę SMS-a”.

Do niedzieli zostały trzy dni, które spędziła na farbowaniu włosów, maseczkach, sprzątaniu mieszkania i radości. Starała się nie wyobrażać go sobie, nie zastanawiać się nad tą wielką niewiadomą, nie zawsze udawało jej się jednak nadać myślom inny kierunek, uspokoić drzemiące od lat w głowie marzenia, schowane pod maską uśmiechu i problemami codzienności. „Jak pięknie jest znowu na coś czekać, cieszyć się. Może na tym polega cały sens życia?” – pomyślała.

Ostatni rok spędziła pracując jako opiekunka starszej pani, mieszkającej pod Kolonią, nieliczne wolne dni poświęcały cieszeniu się na wyjazd do domu. Układała sobie w głowie opowiadania o tych monotonnych dniach, starała się w każdym z nich doszukać czegoś pozytywnego, śmiesznego. Wiedziała, jak bardzo synowie na nią czekają, jak bardzo nie chcą słyszeć, że czuje się jak maszyna do zarabiania pieniędzy w obcym kraju. Nie będzie im opowiadała o samotności, o nieufności z jaką przyjęła ją córka pani Siebloch, o pokazywaniu kwitów, rozliczaniu zakupów: „Banany w Lidlu były o wiele tańsze, dlaczego ich tam Pani nie kupiła?” Siegrun na pewno nigdy nie robiła zakupów wioząc matkę przez miasteczko na wózku inwalidzkim. To przecież należało do zadań Anny: ledwie zamknęła drzwi, zorientowała się, że trzeba byłoby wrócić i zmienić pani Siebloch pieluchę, umyć ją i jeszcze raz przebrać. Właśnie dlatego nie poszła do Lidla na drugi koniec miasta, tylko do droższego sklepu za rogiem.

Czasami zastanawiała się, czy to rzeczywiście takie szczęście, że dzięki babce – Niemce, która do końca życia nie nauczyła się poprawnie polskiego i z uporem uczyła dzieci i wnuki niemieckiego, mogła rozumieć większość mówionych do niej zdań i wyczuwała tę atmosferę nieufności i niechęci Siegrun, dla której była złem koniecznym: „Dom starców tyle kosztuje, kto za to ma płacić?”

I tak miała szczęście. Pani Siebloch była wdzięczną pacjentką, po wylewie porozumiewała się tylko sylabami, z kolei mycie jej, karmienie i zmienianie pieluch nie były dla Anny po wieloletniej pracy pielęgniarki żadnym problemem. Przez rok przyzwyczaiły się do siebie, gdyby nie śmierć pani Siebloch na pewno by jeszcze tam pracowała. Co dwa miesiące jeździła na kilka dni do domu. Ten dom zaczynał się dla niej już podczas dwunastogodzinnej podróży autobusem do Gdańska. Autobus pełen opiekunek, sprzątaczek, robotników budowlanych wracających do siebie to był jej świat, jej ludzie, przedsmak domu. W końcu można było w swoim języku ponarzekać na wiecznie niezadowolonych mieszkańców tego bogatego państwa, w którym musieli zarabiać pieniądze, opowiedzieć o dzieciach i mężach, o kłopotach, planach i marzeniach w swoim języku.

Z Niemiec wróciła do domu z kilkoma tysiącami zaoszczędzonych euro, pomogła synom wyjechać do pracy do Anglii i postanowiła odpocząć kilka tygodni, zanim rozejrzy się za nową pracą. I pomyśleć w końcu o sobie.

To, że jej małżeństwo rozpadło się w tak dramatyczny sposób, nie znaczy przecież, że i jej nie spotka kiedyś szczęście. To było już tyle lat temu, nie pamięta nawet jak on wyglądał, niektóre z jego rysów poznaje w chłopcach. Często myśli o tym, czy i oni nie noszą w genach tego potwornego nałogu, przez który przeszła piekło. Zaczęło się od kilku piw po pracy z kolegami, z tygodnia na tydzień wynosiła z domu coraz więcej butelek, niedługo nawet jego śniadanie składało się z piwa. Stracił pracę, picie z kolegami odbywało się u nich w domu. Dzieci spały w sąsiednim pokoju, a Anna z trudem mogła się skoncentrować w pracy, myśląc o pijackich awanturach, których świadkami byli chłopcy. Kłótnie, szarpaniny, wizyty milicji, nocne ucieczki do matki z chłopcami prowadzonymi za rękę przez pół miasta. Horror rozwodu, powroty, obietnice, nadzieja, że coś się zmieni – „Pójdę się leczyć, zostań ze mną”. Nie poszedł na leczenie, po rozwodzie stracił kompletnie kontrolę nad swoim życiem i przed kilkoma laty zamarzł nocą na jednej z ławek w Parku Oliwskim.

Nic gorszego od tej historii nie może się przecież zdarzyć. Jakie szczęście, że miała dzieci – nie mogła się poddać, rozczulać się nad sobą, musiała zrobić wszystko, żeby na twarzach chłopców znowu pojawił się uśmiech, żeby zapomniały o tych podniesionych głosach w sąsiednim pokoju i nieprzytomnym ojcu śpiącym na podłodze w łazience.

Nie mogła się doczekać niedzieli. W końcu nadeszła i nadeszła dwunasta pod Neptunem. Podszedł do niej szpakowaty, przystojny mężczyzna z listem w ręku.

Aus dem Leben einer Dichterin

AUF DER POST
von Jana Stoklasa

Ich stand auf der Post,
in Gedanken mit den Umständen beschäftigt,
die mit meiner Sendung verbunden waren.

 Da wurde mir plötzlich bewusst,
dass ein kleiner dicklicher Mann im Anzug,
schnurbärtig und mit gebräunter Glatze,
mit einem solchen fixierenden Blick meine Hände beobachtete,
dass in mir blitzartig eine Art Terror-Paranoia hochstieg.
Denn ich stand da
mit einem kleinen schwarzen Köfferchen auf Rollen,
eine schändlich mit Werbeaufklebern zugeflickte Briefsendung in der Hand
und zog mein Handy aus der Handtasche.
Seit meiner Notiznahme dieses mir unheimlichen Mannes,
dessen Blicke wie alles durchzudringen suchten,
beanspruchte ein Plakat links der Schlange seine volle Aufmerksamkeit,
obwohl genau darüber Bilder auf einem Infoscreen liefen.
Durchweg in dieses omniprāsente Gefühl versunken, verdächtigt zu
werden,
hörte ich alsdann erst gar nicht die Rufe der schon genervten Beamtin am
Schalter.

 Mein Angstgefühl verbot mir jede weitere Auseinandersetzung
mit meiner über diesem öffentlichen Raum schwebenden Frage,
ob ich mich nun von einer generellen
zur potenziellen Verdächtigen hochgearbeitet habe,
und was es eigentlich bedeutete,
wenn schon das banale Betreten einer Post
als eine Selbstgefährdung auf mich wirkte.

Beim Hinausgehen
musste ich dann schließlich doch über mich selbst lächeln
– sobald ich in mich die Luft ausserhalb dieser Post
wie in einem befreienden Atemzug hineingesogen hatte.