Stuart 4

Joanna Trümner

Pożegnania

Pobyt w Londynie dobiegał końca, Stuart z pewną ulgą myślał o opuszczeniu wkrótce mieszkania w Greenwich – mieszkanie pod jednym dachem z Ann, świadomość, że śpi tuż za ścianą, w sąsiednim pokoju, pełne dziwnej atmosfery rozmowy podczas przypadkowych spotkań w kuchni, stały się dla niego ciężarem nie do zniesienia. W przeddzień uroczystego wręczenia dyplomu znalazł w skrzynce pocztowej list z uczelni, przypominający mu o podpisanej przez podjęciem studiów umowie, w której zobowiązał się do odpracowania przez rok części stypendium jako nauczyciel matematyki. W załączniku znajdowała się lista z adresami trzydziestu sześciu szkół na terenie Anglii i ośmiu w Szkocji, szukających nauczyciela matematyki w przyszłym roku szkolnym, z zaskoczeniem znalazł na liście również szkołę w rodzinnym Walton. W ciągu miesiąca miał poinformować uczelnię, na co się zdecydował. Gdyby nie podjął tej pracy, musiał by zwrócić całe stypendium – kilkanaście tysięcy funtów, pieniądze, które umożliwiły mu czteroletni pobyt w Londynie i zdobycie tytułu „Master of Science”.

Zostawił list na stole w kuchni i nie mogąc sobie znaleźć miejsca w pustym mieszkaniu na Greenwich wybrał się na długi spacer po Hamstead Heath. Patrząc na roześmianych, cieszących się słońcem ludzi zastanawiał się, co robić dalej – plan wyjazdu do Australii i kariera muzyczna stały się nagle nierealnymi mrzonkami. Z rozgoryczeniem myślał o nierównych szansach w życiu, o Ianie i Ann, których studia opłacał dobrze prosperujący gabinet lekarski ojca w Cardiff i o swoim starcie w dorosłe życie – w wieku 22 lat miał spory dług do spłacenia i nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rodziny. Przypomniały mu się słowa ojca, gdy Stuart dostał stypendium. „Przeczytaj dokładnie umowę, muszą być jakieś warunki do spełnienia, nikt nie daje nikomu nic za darmo”. Rosła w nim złość na siebie i ten upchnięty gdzieś w mieszkaniu na Greenwich kawałek papieru, decydujący o jego dalszym życiu.

Następnego dnia w wypełnionej po brzegi auli otrzymał dyplom ukończenia uczelni, z radością rozpoznał wśród dziesiątek twarzy rodziców, braci, sióstr i dziadków kolegów z uczelni twarze swoich najbliższych – Stuarta-seniora, Briana i Kate, która przyjechała z Brighton specjalnie z tej okazji. Wieczorem Stuart-senior i Brian wyprawili kolację. Wypili butelkę Veuve Clicquot, a Stuart-senior wręczył Stuartowi-juniorowi prezent z okazji skończenia studiów – kopertę z namalowanym przez Briana kangurem, dwustoma funtami i ręcznie wypisanym przez Stuarta „biletem” do Australii: „lot do Sydney, do zrealizowania od zaraz, termin ważności dwa lata”.

Przez kilka kolejnych dni Stuart pakował swoje rzeczy i żegnał się z ludźmi i miastem. Pożegnanie z Ianem, wybierającym się za kilka tygodni do Sydney, żeby przygotować grunt pod karierę muzyczną Stuarta i „trochę się rozejrzeć”, skończyło się siedmioma piwami u Rasheeda i wielkimi, wspólnymi planami – tego wieczoru wszystko wydawało się możliwe, a opóźnienie w realizacji planów bagatelą, w której w miarę wypitego piwa dopatrywali się samych pozytywnych stron: „Możesz pracować nad repertuarem, a ja ponawiązuję w tym czasie kontakty”.

Wieczór przed powrotem do Walton spędził z na rozmowie z Ann, szukając odpowiedzi na pytanie „czy mamy jeszcze jakąś szansę”, w trakcie tej rozmowy coraz bardziej docierało do niego, że ich wspólny czas minął, a Ann zmieniła się w osobę, której adres wykreśla się na zawsze z notesu – dobrą znajomą, z którą przez kilka lat mieszkał pod wspólnym dachem w Londynie.

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

(Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność)

(Paint it black – The Rolling Stones)

Wrócił do Walton i odliczał dni, które zostały mu do podjęcia decyzji. W rodzinnym domu zaszło w międzyczasie tak wiele zmian, że zaczął się zastanawiać, czy zdarzyły się dopiero ostatnio, czy też po prostu nie chciał lub nie umiał ich dostrzec przez ostatnie lata, niesiony obłokiem powodzenia i szczęścia, euforią, która czyni nas głuchymi na cierpienie i nieszczęście innych?

Największa zmiana zaszła w matce – straciła ochotę do życia, coś w niej zgasło, wypaliło się. Całymi dniami nie wychodziła z domu, czasami nie miała siły wstać z łóżka i ubrać się, nie widziała sensu w tym, co toczyło się dookoła i nie chciała brać w tym udziału. Depresja matki stała się wyzwaniem dla całej rodziny – ojciec, przerażony, bezsilny wobec nowej sytuacji i zmęczony nieprzespanymi nocami, starał się przywołać matkę do rozsądku kategorycznym i kilka razy dziennie powtarzanym „przestań się nad sobą rozczulać!”, a trójka rodzeństwa – Stuart, Kate i Eve rodzieliła między sobą wykonywane do tej pory przez matkę zadania oraz mycie, karmienie i przebieranie matki.

W dwa tygodnie po powrocie Stuarta z Londynu do domu matka nagle zniknęła, zabierając ze sobą stojący przed domem samochód. Auto znaleziono dwa dni później w odległym o trzysta kilometrów Norwich. Stało pod znakiem absolutnego zakazu przed katedrą, co wzbudziło zainteresowanie policji. Jego pasażerka nie reagowała na pytania, prowadziła za to, podniesionym głosem, rozmowę z jakąś nieobecną osobą. Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym i powiadomiono rodzinę.

Widząc bezradność i przerażenie ojca, Stuart i Kate przejęli obowiązek pierwszych odwiedzin w szpitalu u matki w Norwich. Nie byli przygotowani na to spotkanie – spotkanie z obcą osobą, mówiącą w mechaniczny sposób i poruszającą się w zwolnionym tempie. Matka wyraźnie ucieszyła się na ich widok i odmienionym, monotonnym głosem opowiedziała im historię swojej podróży do Norwich – podróży, podczas której na siedzeniu pasażera siedział obok niej sam Bóg. To właśnie On kazał jej wsiąść do auta i pojechać do katedry w Norwich, gdzie mieszkała jako dziecko. To On kazał jej powtarzać podczas wielogodzinnej podróży znane na całym świecie słowa najsłynniejszej córki tego miasta – Julianny z Norwich: All shall be well, and all shall be well and all manner of thing shall be well (wszystko będzie dobrze, wszystko zostanie uzdrowione, wszystkie rzeczy na świecie dobrze urządzone).

Kate i Stuart patrzyli na siebie w przerażeniu, nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć, bojąc się, że każde niepotrzebne słowo może ją jeszcze bardziej złamać.

Opiekujący się matką lekarz prosił o cierpliwość, nazwał chorobę matki ucieczką od życia, które prowadziła i w którym nie była szczęśliwa. Przewidywał, że leczenie potrwa kilka miesięcy, „ale pacjentka już nigdy nie będzie tą samą osobą”.

Wracając w odzyskanym od policji samochodzie zastanawiali się, co mogło matkę tak złamać – chłód ojca, ciężka, nie przynosząca wielkich pieniędzy praca, własne, nigdy nie zrealizowane marzenia? – z zawstydzeniem stwierdzili, że prawie nic nie wiedzą o swoich rodzicach i o tym, kim chcieli kiedyś być.

Sytuacja w domu rodzinnym ułatwiła Stuartowi podjęcie decyzji – z listy przysłanej mu przez uczelnię wybrał szkołę w Walton, wracając tym samym do punktu wyjścia – do miejsca, z którego tak bardzo kiedyś chciał uciec. Wieczory spędzał na komponowaniu pełnych melancholii, smutnych, oddających jego nastrój piosenek. Skończyło się lato, Kate wróciła na ostatni rok na uczelnię w Brighton, a Stuart zaczął przygotowywać lekcje. Codzienne myśli o Ann powoli zastąpiły myśli o obowiązkach i zastanawianie się nad tym, jak młodych ludzi, czekających na niego w szkole w Walton, można zainteresować matematyką. Przypominając sobie swoje lata szkolne i swoich nauczycieli, zdał sobie sprawę z tego, ile będzie miał władzy nad swoimi uczniami i w jak dużych stopniu ich przyszłość zależeć będzie od wystawionej przez niego oceny. Wchodząc na pierwszą lekcję do klasy i patrząc na młodszych od niego zaledwie o kilka lat uczniów był tak sparaliżowany strachem, że przez kilka minut nie potrafił powiedzieć ani słowa.

Po przełamaniu pierwszych lodów zaczął uczyć matematyki w bardzo niekonwencjonalny sposób, wyjaśniając i powtarzając kilkakrotnie reguły i zadania, proponując mniej zdolnym uczniom konsultacje po lekcjach. Wkrótce stał się najbardziej lubianym nauczycielem w szkole, udało mu się dotrzeć do większości uczniów i zainteresować ich matematyką. Z kilkoma „beznadziejnymi przypadkami” zawarł umowę, mieli robić dodatkowe zadania domowe: „pokażcie mi, że chcecie się nauczyć, a przepuszczę was do następnej klasy, nawet jeżeli oblejecie wszystkie klasówki”. Młodzież testowała kilkakrotnie granice jego wytrzymałości. Zdarzyło się raz i drugi, że cała klasa, narzekając, że było tyle do nauki z innych przedmiotów, przyznała się, że nikt nie odrobił zadań z matematyki. Ale już wkrótce, już zaraz miało się to zmienić. Po kolejnej takiej próbie Stuart zjawił się w klasie z gitarą i odśpiewał skomponowaną przez siebie piosenkę: „How long is soon?” (Jak długie jest „wkrótce”?), którą wkrótce nucili wszyscy uczniowie i która stała się nieoficjalnym hymnem szkoły.

Na początku października, po ponad trzymiesięcznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, matka wróciła do domu. Przywiózł ją Stuart. Podczas jazdy z Norwich co chwila spoglądał w lusterko, nie wierząc, że wiezie ze sobą tę samą osobę, która go wychowała i którą znał od dwudziestu dwóch lat. Ruchy matki zmieniły się po silnych lekach uspokajających, były to ruchy robota, opuchnięta twarz pozbawiona była jakiejkolwiek mimiki, a komunikacja ograniczała się do pojedynczych słów. Stuart myślał, że to, co w matce w którymś momencie pękło, nie zostało naprawione, drzemało w niej dalej, sklejone prowizorycznie silnym plastrem – nikt nie wiedział, jak się będzie żyło z takim człowiekiem.

W kilka dni po powrocie matki do domu w skrzynce pocztowej znalazł się pierwszy list z Sydney, kolorowy, pełen optymizmu. Był szary, dżdżysty październikowy dzień, a listu z Australii sprawił, że zapachniało słońcem i radością życia. Jak dobrze było wiedzieć, że na drugiej półkuli jest ktoś, kto jest szczęśliwy, że gdzieś tam czeka na nas przygoda i życie lepsze od tego, które mamy w tej chwili.

Cdn.

Stuart 3

Joanna Trümner

“He deals the cards as a meditation. And those he plays never suspect” („Rozdanie kart to dla niego medytacja, a ci, z którymi gra, niczego nie podejrzewają” – Sting: Shape of my heart).

Los, czy też On, w którego istnienie Stuart nie wierzył, rozdawał mu przez następne cztery lata same asy i króle. Ten szczęśliwy okres w życiu zaczął się pierwszego wieczoru w nowym mieszkaniu, wynajmowanym przez rodzeństwo z Cardiff – Iana, studiującego ekonomię na tej samej uczelni, co Stuart i jego siostrę, Ann, studiującą literaturę angielską na innej z londyńskich uczelni.

Ten pierwszy wieczór spędzili na słuchaniu muzyki i rozmowach, popijając piwo kupione dzięki uprzejmości nie pytającego o wiek klientów Rasheeda. Mały sklepik Rasheeda, znajdujący się na parterze ich domu, który oferował klientom alkohole, papierosy, kilka podstawowych artykułów spożywczych i ostre przekąski kuchni indyjskiej, nieraz ich uratował przed pustą lodówką i przymusowym głodowaniem. Byli jedynymi brytyjskimi klientami, co sprawiło, że do końca pobytu na Greenwich korzystali z przywileju zakupów na kredyt.

W miarę upływu godzin w maleńkiej kuchni, gdzie rolę krzeseł spełniały wypożyczone od Rasheeeda skrzynki po piwie, znajdowali coraz więcej wspólnych zainteresowań, a pod koniec wieczoru ustalili, że będą wspierać muzyczną karierę Stuarta – Ann, pomagając mu przy pisaniu tekstów piosenek, a Ian szukając kontaktów czy sal na koncerty i prowadząc rozmowy o honorariach awansował do roli menadżera.

Już podczas tego pierwszego spotkania Stuart zapatrzył się w oczy Ann, ciemnoniebieskie, przypominające wzburzone morze. Była tak inna od kobiet, które znał do tej pory – od matki, sióstr, rozchichotanych koleżanek ze szkoły w Walton, jej opowiadania o przeczytanych książkach i recytowane półgłosem wiersze Emily Dickinson brzmiały jak muzyka, z każdą spędzoną wspólnie godziną tonął coraz głębiej w tych ciemnoniebieskich oczach.

Wkrótce Stuart, Ann i Ian stali się nierozłączni. Po zajęciach na uczelni spotykali się na mieście, w mieszkaniu na Greenwich, żeby wspólnie gotować dosyć nieporadne obiady, albo przed studiem na Abbey Road, gdzie wraz z tłumem innych młodych ludzi z różnych zakątków świata czekali na okazję do zobaczenia chociażby przez chwilę swoich idoli. I po kilku miesiącach wyczekiwania, pewnego deszczowego kwietniowego wieczoru, kiedy przemoknięci do suchej nitki i bliscy odejścia stali na chodniku przed Abbey Road Studios, los w końcu się do nich uśmiechnął. Otworzyła się brama studia i wyszedł z niej Paul McCartney. Wyglądał tak inaczej niż w telewizji i na zdjęciach w gazetach, tak młodo, że nie bardzo od razu mogli uwierzyć, że to właśnie on podawał im rękę na przywitanie, uśmiechając się i witając skromnym „Hi, I am Paul” – tak jakby jeden z najbardziej znanych na świecie muzyków, którego twarz znana była milionom ludzi na całym świecie, musiał się komukolwiek przedstawiać.

Paul zaprosił ich do studia, i pokazując miejsce, w którym powstawały znane wszystkim młodym ludziom piosenki, wypytywał, kim są i czym się zajmują. Stuart odważył się przyznać do tego, że też jest muzykiem i usłyszał radę: „W Europie i Stanach będzie potwornie ciężko się przebić, to walka na noże, bez pardonu, pomyśl o jakimś innym kraju”. Spędzili na Abbey Road niecałych dziesięć minut, które w późniejszych wspomnieniach wydawały im się wiecznością.

Wracając do mieszkania na Greenwich odtwarzali w pamięci każdy szczegół tego spotkania, nie bardzo wciąż wierząc w swoje szczęście. Ian, który musiał tego wieczoru pracować w jednym z klubów na Soho, opuścił ich około ósmej, a Ann i Stuart kupili u Rasheeda pierwszą w życiu butelkę francuskiego szampana, aby godnie uczcić ten szczególny dzień. Była to też ich pierwsza, wspólnie spędzona noc – początek bliskości, jakiej nie przeżyli do tej pory z innym człowiekiem. Dziecinne zafascynowanie Stuarta zaczęło przeobrażać się w pierwszą, odwzajemnioną, dojrzałą i bardzo szczęśliwą miłość, a każdy dzień w kolejną wspólną przygodę.

Wolne od nauki wieczory spędzali na pisaniu i komponowaniu piosenek lub na rozmowach o książkach, teatrze, życiu, i zmianach, które zachodziły wokół nich. Szczególnie lubili długie, deszczowe dni, które otuleni jednym kocem spędzali w łóżku, słuchając muzyki – nawet milczenie z Ann było piękne. Po latach wracał myślami do tych wieczorów, zastanawiając się, czy wszyscy ludzie na świecie chociaż raz przeżyli podobną miłość w życiu – nie tylko fascynację, seks, kilkumiesięczne zapatrzenie, ale bliskość, uczucie, że od tej pory nigdy już nie będziesz sam, bo ktoś stał się nieodłączną częścią życia. Myślał o ludziach, którzy nigdy nie kochali, o Rasheedzie, żyjącym w zaaranżowanym przez rodzinę małżeństwie z kuzynką – on prawdopodobnie nie wiedziałby, co zrobić z taką miłością.

Ian przyglądał się temu, co zachodziło między nimi, z pewnym niedowierzaniem i ciekawością, czasami denerwował go ten nadmiar szczęścia i niewdzięczna rola obserwatora. Z pewnym pobłażaniem myślał o tym, że każdy wrażliwy muzyk musi mieć jakąś muzę, jemu samemu zaś wystarczały niezobowiązujące znajomości z ładnymi kobietami, których imiona zapisywał skrupulatnie w kalendarzyku. Wieczory wolał spędzać na tętniącym życiem Soho, poznając nowych ludzi z różnych zakątków świata i zbierając pierwsze doświadczenia z alkoholem i narkotykami.

Dzięki kontaktom Iana Stuart zaczął dorabiać jako ochroniarz w jednym z klubów nocnych na Soho, te dodatkowo zarobione funty umożliwiły mu kupno drugiej gitary. Stypendium z uczelni, regularne zastrzyki pieniężne Stuarta-seniora, praca w klubie i comiesięczne wizyty w Walton, gdzie nawet ojciec, dla którego był do tej pory niewidoczny, zaczął wpierać finansowo pierwszego studenta w rodzinie, pozwalały mu pobyt w tym drogim mieście.

Stuart-senior pełnił dalej rolę anioła-stróża, jego „rodzina” powiększyła się teraz o Ann i Iana. Wpadali do galerii co najmniej raz w tygodniu i podczas z którejś z wizyt Stuart-senior wpadł na pomysł, żeby odbywające się raz w miesiącu wernisaże urozmaicić występami siostrzeńca. Pierwszy publiczny występ Stuarta zakończył się bisami – ludzie potrzebowali jego pełnych radości i optymizmu piosenek.

Lata studiów były latami pełnego szczęścia, niezmąconego nawet przez fakt, że dwa letnie miesiące spędzał pracując w pubie rodziców w Walton. Bardzo brakowało mu Ann, ale wiedział, że ktoś na niego czeka i z radością wypatrywał dnia, kiedy otworzy drzwi mieszkania na Greenwich. Pisali do siebie piękne, długie listy – listy Ann kończyły się zawsze zdaniem: „Kocham Cię niesamowicie”.

W Walton nie narzekał zresztą na samotność. Godziny w pubie przepracowywał w towarzystwie młodszej o dwa lata siostry – Kate. Z tej małej dziewczynki, która jako dziecko denerwowała go pedantycznie poukładanymi w pokoju rzeczami, nielubianej w szkole prymuski, zrobiła się pewna siebie, bardzo oczytana i dowcipna, piękna młoda kobieta. Jako druga w rodzinie zdobyła stypendium na uniwersytecie w Brighton. Tak jak Ann będzie studiowała literaturę angielską i młode kobiety wkrótce zostaną najlepszymi przyjaciółkami. Kate będzie odwiedzała ich w Londynie co miesiąc i zapisana zostanie pod numerem 79 w kalendarzyku Iana. W czwórkę wybiorą się w pierwszą zagraniczną podróż – dwutygodniowy wyjazd na Cypr. Wyjazd ten, zakończony aresztowaniem przez miejscową policję i dobą spędzoną w areszcie za kąpanie się na golasa w morzu, był zwiastunem czarnych chmur, które zaczęły gromadzić się nad głową Stuarta.

Burza, która doprowadziła do końca jego związek z Ann, rozpętała się na rozgrzanej sierpniowym słońcem plaży w Walton. Ann przyjechała do niego z niezapowiedzianą wizytą i poprosiła o wspólny spacer nad morzem. To, co miała mu do powiedzenia, nie było przeznaczone dla uszu ciekawskich rodziców i klientów pubu.

Wyznanie Ann, że najprawdopodobniej jest w ciąży, było dla niego szokiem, oczami wyobraźni widział siebie w roli nauczyciela matematyki w szkole w jakimś prowincjonalnym angielskim miasteczku i koniec marzeń, którymi żył do tej pory. „To będziemy musieli się pobrać, bo chyba nic innego nie można zrobić” – powiedział cicho, nie wiedząc, że właśnie powstaje na ich związku rysa, której nie da się już naprawić.

Kiedy w kilka tygodni później, już w Londynie, dowiedział się, że ciąża Ann była fałszywym alarmem, odetchnął z ulgą i przekonaniem, że nic między nimi się nie zmieniło.

Ann, która spała przez wiele miesięcy w jego pokoju, wyprowadziła się z powrotem do swojego łóżka i coraz rzadziej spędzali wspólnie czas. Łudził się, że to chwilowa zmiana i zdecydował się przeczekać. Coraz więcej czasu spędzał z Ianem i kolegami ze studiów, poznając nocne życie Londynu. Skonkretyzował też swój plan wyjazdu – według rady Paula – to miała być Australia, bo tam rynek muzyczny nie był tak zapełniony talentami jak w Anglia, czy w USA i łatwiej można się wybić. Poza tym Stuart „anioł stróź” znał tam kogoś, u kogo mogliby przez jakiś czas zamieszkać. Kiedy nadszedł koniec studiów był tak zajęty zdawaniem ostatnich egzaminów i pisaniem pracy dyplomowej, że nie zauważył, że Ann milczy podczas rozmów o planowanym wyjeździe.

Cdn.

 

Stuart 2

Joanna Trümner

Brian

Zanim Brian przyszedł na świat w dwa lata przed wybuchem wojny jego rodzinny dom, stojący w jednej z najdroższych dzielnic Londynu – Highate wychował już kilka pokoleń lekarzy, prawników, bankierów, kupców i dyplomatów. Gdyby spoczywający na pobliskim cmentarzu w towarzystwie Faradaya, Dickensa i Galswothy‘ego Karl Marx mógł wstać z grobu i przejść się po Highgate, zdruzgotany byłby dobrobytem i „fetyszyzmem towarowym” jej mieszkańców. Ojciec Briana był kolejnym ogniwem tej nie przerwanej nawet przez II wojnę światową i naloty na Londyn rodzinnej historii sukcesów, prowadząc dobrze prosperującą kancelarię prawniczą, w której doradzał zamożnym klientom, jak nie stracić przekazywanych z pokolenia na pokolenie majątków w obliczu takich kataklizmów życiowych jak rozwód, długi lub niewdzięczne, marnotrawne dzieci. Decyzja Briana o podjęciu studiów na historii sztuki i wyprowadzenia się do wynajmowanego w centrum Londynu pokoju, postawiła co prawda pewien znak zapytania nad kontynuowaniem rodzinnej tradycji powiększania majątku i zdobywania coraz to wyższej pozycji społecznej, niemniej jednak ojciec zdecydował się na sfinansowanie tej fanaberii po poznaniu wśród swoich klientów ludzi, którym udało się zarobić duże pieniądze na handlu sztuką. Ojciec od dawna niepokoił się o przyszłość tego delikatnego, cichego chłopca, spędzającego najchętniej samotnie czas na malowaniu obrazów w pastelowych kolorach i czytaniu, tak bardzo różniącego się od swoich rówieśników. Zapewne pomógłby też Brianowi stawiać pierwsze kroki na rynku handlu sztuką, uruchomiając kontakty i pieniądze, gdyby nie doszło do tej fatalnej rozmowy podczas niedzielnego, rodzinnego obiadu w Highate, w trakcie której rodzice dowiedzieli się, że nie mogą oczekiwać od syna założenia tradycyjnej rodziny, bo nie potrafi żyć z kobietą. Rozmowa, którą dzisiaj określa się mianem „coming out” oznaczała w tamtych latach początek końca rodziny.

Następne tygodnie ojciec spędził w bibliotece Królewskiego Towarzystwa Medycznego na czytaniu artykułów medycznych o metodach leczenia „choroby” syna. Jako prawnik nie chciał, by syn dopuszczał się wykroczeń przeciwko obyczajowości, prowadzących nieuchronnie do procesu i ukarania, być może nawet do więzienia, a jako ojciec i człowiek czynu wierzył głęboko w uleczalność każdej choroby, nawet tej, która do roku 1973 figurowała na liście chorób psychicznych Swiatowej Organizacji Zdrowia. Wśród licznych terapii, przedstawianych w fachowej prasie medycznej, najbardziej przekonywało go długoterminowe lecznie, polegające na próbie usunięcia podniecenia seksualnego poprzez wprowadzenie skojarzeń między bodźcami stymulującymi seksualnie z bólem w postaci szoków elektrycznych lub środków wymiotnych. Tę „terapię behawioralną” przeprowadzić można było w kilku specjalizujących się na niej klinikach w Stanach.

W deszczowy, październikowy dzień wezwany przez ojca Brian zasiadł na ławie oskarżonych w swoim rodzinnym domu, a pełniący rolę prokuratora ojciec postawił go przed ultimatum: „Albo zgadzasz się na terapię, albo przestajesz być członkiem naszej rodziny”. Odrzucił terapię, a to oznaczało zerwanie więzi z rodziną. Na pożegnanie ojciec nie podał mu ręki, lecz kopertę, w której znajdowało się 5.000 funtów – ostatnia inwestycja w przyszłość byłego członka rodziny.

Opuszczając na zawsze dom w Highgate natknął się na schodach na zapłakaną matkę i zdążył zadać jej pytanie: „Dlaczego nie pozwolicie mi być sobą?”

Następnego dnia Brian został skreślony z testamentu ojca, a kolejne dni w Highgate minęły na zacieraniu wszelkich śladów jego bytności w tym domu, co przeprowadzono w sposób dobrze zorganizowany i skrupulatny, nawet zdjęcia roześmianego chłopca z kręconymi włosami blond i smutnymi, jasnoniebieskimi oczami spalone zostały w kominku wraz z malowanymi w samotności dziecięcego pokoju pastelowymi obrazami.

Brian dość szybko znalazł pracę w Narodowej Galerii Portretu na St. Martin’s Place. Opracowywał katalogi i tablice informacyjne o wystawianych w galerii portretach słynnych Brytyjczyków, prowadził korespondencję w sprawie nabywania nowych obrazów lub zdjęć i organizował wystawy. Im dłużej przebywał wśród obrazów opowiadających o osobach i historiach z przeszłości tym bardziej pragnął znaleźć miejsce, które mówiłoby o toczącym się dookoła, kolorowym i dziejącym się dzisiaj i teraz życiu. Marzenie o założeniu własnej galerii – miejsca, w którym odkryci zostaną młodzi, nieznani przez nikogo malarze i które w przeciwieństwie do ciszy Narodowej Galerii Portretu tętnić będzie życiem i śmiechem młodych ludzi podczas spotkań i wernisaży, dojrzewało w głowie Briana przez kilka lat.

Galeria

W Narodowej Galerii Portretu znalazł też pracę w roli dozorcy mieszkający od kilku miesięcy w Londynie Stuart. Ich znajomość zaczęła się od długiej rozmowy przed najważniejszym eksponatem muzeum – portretem Wiliama Szekspira. Po tamtym spotkaniu zaczęli się spotykać co wtorek, w kilka minut po zamknięciu muzeum dla publiczności stawali przed coraz to innym eksponatem i prowadzili coraz dłuższe rozmowy o sztuce, Londynie i otaczającej ich dookoła samotności. Po kilku miesiącach znajomość ta przerodziła się w miłość, a ponad rok od spotkania pod portretem Szekspira zdecydowali się razem zamieszkać i podjąć próbę realizacji wspólnego marzenia o własnej galerii obrazów.

Pieniądze, które Brian otrzymał na pożegnanie od ojca, pozwoliły wynająć pomieszczenie na galerię przy Green Park. Na początku wisiało w niej tylko dziesięć obrazów, kupionych od ulicznych malarzy. Ale dzięki smakowi i wiedzy Briana z biegiem czasu, po kilkunastu miesiącach przeczekanych dzięki rodzinnemu „odszkodowaniu” drogę do galerii zaczęli znajdować kolekcjonerzy sztuki i turyści. Brian i Stuart uzupełniali się perfekcyjnie – Brian zajmował się doborem wystawianych dzieł, instynktownie odgadując zmieniające się oczekiwania klientów i obserwując zmiany zachodzące w sztuce, Stuart zajmował się organizacją – to dzięki jego pomysłowości odbywały się tam często wernisaże i happeningi, wieczory z poezją i muzyką. Z biegiem czasu galeria stała się jednym z ulubionych miejsc spotkań miłośników sztuki i zaczęła przynosić dochody. Stała się tym tętniącym życiem i śmiechem młodych ludzi miejscem, o którym marzył Brian.

Londyn

Anonimowość tego miasta-molochu pozwalała im być sobą, zaczęli poznawać podobnie żyjące pary i mimo, że od marszy London Pride, pokazujących całemu społeczeństwu kulturę homoseksualistów, dzieliło ich jeszcze ponad dwadzieścia lat, wiedzieli, że znaleźli swoje miejsce na ziemi.

Pojawienie się w ich życiu Stuarta-juniora zbliżyło ich jeszcze bardziej do siebie. Dla tej pary, która nigdy nie będzie miała własnych dzieci, siostrzeniec, Stuart-junior, przejął rolę syna. Prześcigali się w dogadzaniu temu dziewiętnastoletniemu dziecku, spędzając wiele czasu na rozmowach o jego planach, podsuwając mu do czytania arcydzieła literatury światowej, zabierając go na ciekawe wystawy i koncerty i kupując płyty z muzyką, której słuchała wtedy młodzież na całym świecie. To właśnie dzięki nim poznał muzykę swoich idoli – The Beatles. Ich „syn” powoli pozbywał się strachu przed hałasem wielkiego miasta i resztek nawyków z prowincji, a z pierwszej wizyty u fryzjera w Londynie wyszedł ostrzyżony „na beatlesa”. Z każdym tygodniem coraz bardziej upodabniał się do młodych mieszkańców Londynu.

Nie zapominał też o swoich obowiązkach i dobroczynnym stypendium, dzięki któremu mógł opuścić Walton. Chętnie chodził na uczelnię i słuchał wykładów z matematyki – wydawała mu się jedyną dziedziną życia, w której wszystko da się tak dokładnie i systematycznie poukładać, wyliczyć i przewidzieć. Potrafił spędzać godziny na rozwiązywaniu równań, szukaniu algorytmów, rachunkach prawdopodobieństwa, zafascynowany tym, że matematyka mogła wszystko wyjaśnić i ułożyć w całość.

Jak każdy kochający rodzic, który wie, że dzieci muszą wyfrunąć z gniazda, żeby nauczyć się latać, Stuart-senior od samego początku pobytu siostrzeńca w Londynie był zdania, że powinien on zamieszkać ze swoimi rówieśnikami oraz poznać miasto i życie, widziane oczami młodych ludzi. Przez przypadek dowiedział się od klienta o rodzeństwie studentów, szukających współlokatora do taniego mieszkania w Greenwich.

Przeprowadzka Stuarta odbyła się 12 lutego 1964 roku, w dzień po pierwszym koncercie The Beatles w Waszyngtonie, który wywołał wśród tamtejszej młodzieży ekspolzję. Trzy tysiące oszalałych fanów czekało na członków zespołu: Johna Lennona, Paula McCartneya, Geroge’a Harrisona i Ringo Starra już pięć dni wcześniej, gdy ich samolot lądował na międzynarodowym lotnisku Johna F. Kennedy’ego. W dzień przeprowadzki Stuart oglądał krótkie wzmianki o tej wizycie w Stanach, myśląc z dumą o tym, że mieszka w tym samym mieście, co jego idole i musi znaleźć drogę do zobaczenia Abbey Road Studios w Westminster i swoich idoli.

Wchodząc z wielkim plecakiem i walizką do nowego mieszkania w Greenwich nie wiedział, że właśnie znalazł dwie najważniejsze osoby w życiu – przyjaciela, z którym zdecyduje się wyjechać do Australii i swoją wielką pierwszą miłość.

Cdn.

Slaska i Hornby o piłce nożnej

Ewa Maria Slaska

Futbol jako czynnik odpowiedzialny za nasze życie

Ale nie tak jak myślicie… się okaże…

Mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz Polska – Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania pani ksiądz cywilnej do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej: Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

slub Ewy005 slub Ewy001 slub Ewy002 slub Ewy003 slub Ewy004

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców.  Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…

A jeśli myślicie, że trochę przesadzam, przypisując meczom polskiej reprezentacji wpływ na moje życie, a nam, gościom weselnym, wpływ na wyniki meczu, to sięgnijcie po książkę Nicka Hornby’ego Futbolowa gorączka (Fever Pitch).

Gorączka… to zestaw krótkich historii, opowieści o kolejnych meczach opowiedzianych przez zagorzałego kibica londyńskiego Arsenalu. To zarazem opowieść o rozgrywkach i o życiu narratora-autora od roku 1968 do roku 1992. Niemal ćwierć wieku w służbie kibicowania. Piłka nożna wpływa na decyzje i wybory pisarza, to zrozumiałe – każdy kibic tak ustawia swoje życie, żeby praca, kobiety, obowiązki i rozrywki nie zakłócały mu spokojnej konsumpcji rozgrywek. U Hornby’ego jednak ten związek jest znacznie mocniejszy. Gdy Arsenal ma chude lata, pisarzowi się nie wiedzie, a w krytycznym okresie nawet popada w depresję. Gdy jednak po 18 latach posuchy Arsenal zaczyna wygrywać,  depresja mija jak ręką odjął.

Ale opowieść Hornby’ego ma też szerszy wydźwięk. Autor analizuje siebie i swoje decyzje, zastanawia się nad tym, co to znaczy być kibicem, jakie jest społeczne znaczenie piłki nożnej, jak się zmieniała w latach 70, jak wchodziła na salony, jak zmieniały się rozgrywki, mecze, sposoby gry, kluby, zespoły i sami kibice. Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuję się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

To nie Ty wybierasz klub, to klub wybiera Ciebie, pisze Hornby, co jest jak mi się wydaje parafrazą zdania Heinricha Heinego: Wir ergreifen keine Idee, sondern die Idee ergreift uns und knechtet uns und peitscht uns in die Arena hinein dass wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen. (To nie my tworzymy ideę, to idea nas wybiera i czyni sobie poddaną…)

Zachwycił mnie u Hornby’ego akapit o tym, na czym polega właściwie szczęście, jakie przeżywa fan podczas meczu rozgrywanego przez jego wybrany klub…

Książka ukazała się w roku 2003 w wydawnictwie Zysk i S-ka, autorką przekładu jest Małgorzata Hesko-Kołodzińska, ale  w sieci znalazłam tylko okrojony cytat, brakujące akapity dotłumaczyłam więc ja. Oto fragment, który dla Was wybrałam na tę ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy we Francji. Hornby wraca z nagiej szarej jamy jaką jest depresja do świata, gdy na boisku Anfield przytrafia się cud w postaci gola zdobytego przez Arsenal w ostatniej minucie doliczonego czasu. 26 maja 1989 roku w 92 minucie gry Michael Thomas strzela bramkę, która kończy osiemnaście lat chudych… Osiemnaście lat, zapomniane w ciągu sekundy.

Co może być analogią właściwą dla tej sytuacji? Pete Davies we wspaniałej książce o Mistrzostwach Świata 1990, All played out, pisze, że niekiedy gracze, opisując uczucie, jakiego doznają gdy strzelili gola, porównują je do seksu. […]

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane, powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może, gdybym nie uprawiał seksu przez osiemnaście lat i pożegnał się z nadzieją, że przydarzy mi się on w ciągu następnych osiemnastu lat, i wtedy jak grom z jasnego nieba objawiła mi się szansa… Może w tych okolicznościach udałoby się osiągnąć napięcie uczuciowe zbliżone do sytuacji w Anfield.  Oczywiście seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatniej chwili, raz w życiu. Żaden moment opisywany przez ludzi, jako najwspanialszy w życiu moim zdaniem nie jest analogiczny. Urodzenie dziecka to zapewne taka sytuacja, ale nie zawiera w sobie kluczowego elementu, jakim jest niespodzianka. No i na pewno trwa zbyt długo. Realizacja osobistych ambicji? Doktorat, awans czy co tam jeszcze – są pozbawione atrakcji, jaką jest efekt osiągnięcia celu w ostatniej sekundzie. No i nie poprzedzała ich rozpaczliwa beznadzieja. Co więc może zapewnić taką nagłość? Wielka wygrana w ruletce? Może. Ale zdobycie dużej sumy pieniędzy uruchamia inne strefy psychiki i nie zawiera w sobie elementu wspólnoty.

Nie ma nic, co mogłoby pomóc w opisaniu takiego uczucia. Wykorzystałem wszelkie dostępne opcje. Nie umiem sobie uświadomić, czego w równym stopniu mógłbym pożądać przez prawie dwadzieścia lat (czegóż można by pożądać przez prawie dwadzieścia lat?), nie umiem też przywołać niczego, czego bym pożądał tak samo jako chłopak jak w wieku męskim. Dlatego, proszę, bądźcie tolerancyjni dla tych, którzy takie sportowe emocje określają jako najwspanialsze w życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nie prowadzimy smutnego życia odartego z uczuć. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

Stuart

Joanna Trümner

Gitara

Patrzył na stojącego przed nim w kolejce do odprawy młodego człowieka, kurczowo trzymającego w rękach gitarę, tak jakby bał się o to, że ktoś zniszczy lub ukradnie ten najważniejszy dla niego przedmiot. Jak dużo musiała dla niego znaczyć…

Uśmiechnął się do mężczyzny, przypominając sobie swoją pierwszą gitarę, na której przy pomocy pożyczonego w bibliotece samouczka uczył się chwytów i akordów. Przypomniały mu się prywatne lekcje nauki gry na tym instrumencie, pożerające całe kieszonkowe i „pożyczane” z torebki matki funty. Kościół i grupa muzyczna, prowadzona przez organistę i znienawidzone „Oh happy day” rozpoczynające każdą mszę. Godziny spędzone na plaży na ćwiczeniu gry i komponowaniu pierwszych własnych piosenek, szum morza, który w jego uszach brzmiał jak oklaski publiczności.

Narzucił sobie żelazną dyscyplinę, godzinami grał na gitarze na plaży, którą poza sezonem miał prawie tylko dla siebie. Tylko tam nikomu nie przeszkadzały nieraz fałszywie zagrane, powtarzane kilkanaście razy pod rząd melodie. Swoją pierwszą gitarę, sprezentowaną mu na 10 urodziny przez wujka Stuarta zostawił potem na plaży w Walton. Wujkowi Stuartowi, bratu matki i „czarnej owcy” w rodzinie, dzielącemu życie z innym mężczyzną, o którym w tamtych latach nikt nie odważyłby się powiedzieć „partner” albo „mąż”, zawdzięczał zresztą nie tylko imię i gitarę, Stuart-senior był przez całe życie jego dobrym duchem, aniołem stróżem.

Patrząc na nieznajomego, oddającego gitarę jako „bagaż specjalny” w ręce obsługi lotniska, myślał o tym, że mężczyzna może mieć dwadzieścia parę lat, czyli jest w wieku, w którym on zdecydował się na opuszczenie Anglii i rozpoczęcie nowego życia w Australii. Gdyby jego życie potoczyło się inaczej, może byliby dziadkiem i wnukiem, wybierającymi się wspólnie w odwiedziny do Europy. Czego wszyscy ci młodzi ludzie z różnych zakątków świata z wielkimi plecakami na plecach, od których roi się Sydney, szukają w kraju, który nigdy nie pojawia się na pierwszych stronach gazet innych kontynentów? Kraju, który jest tak daleko oddalony od problemów reszty świata, że może się wręcz wydawać, że nie istnieje na mapie?

A kim ja dla niego jestem – dobrodusznym dziadkiem, który za chwilę wyjmie portfel ze zdjęciami dzieci i wnuków i zacznie opowiadać mu swoje rodzinne historie? Samotnym, bogatym staruszkiem, który z nudów zwiedza świat? Biznesmenem, który zarezerwował miejsce w klasie biznesowej, bo go stać na zapłacenie wielokrotnie wyższej ceny za bilet i chce się w miarę wygodnie wyspać podczas tej wielogodzinnej podróży, przeliczając w głowie kolejne tysiące dolarów, które zarobiła jego firma? Depresyjnym wdowcem, który rusza w długą podróż, żeby zapomnieć o śmierci żony? W której z szufladek znalazłoby się dla mnie miejsce? Gdybym powiedział mu, że lecę przez prawie cały świat, żeby rozpocząć życie z moją dziewczyną, wpadłbym do szufladki „demencja”. Popatrzyłby na mnie z zażenowaniem, konstatując w duchu, że zgubiłem się w czasie i pamięć płata mi figle. Ze współczuciem myślałby zapewne o pokonanym przeze mnie morzu samotnych, pozbawionych sensu i wydarzeń dni i ucieczce w fikcyjny świat nieistniejących lub nieżyjących już ludzi. Choć może nie, może ktoś, kto nie potrafi się na dłużej rozstać ze swoją gitarą, nie zakończyłby rozmowy, nie odwróciłby się i nie odszedłby na drugi koniec poczekalni na lotnisku, pukając się w czoło.

Dlaczego młodym wydaje się, że mają monopol na pewne słowa, a ludzie w moim wieku powinni po przekroczeniu swojego „terminu ważności” żyć już tylko życiem swoich dzieci i wnuków, chorobami i wspomnieniami?

W głowie znowu pojawiła się stara, niemal zapomniana melodia „Long and winding road” Beatlesów – „długa i pełna zakrętów droga, która prowadzi do ciebie, do domu” – „to przecież o mnie, nie ma na świecie historii, której nie dałoby się opowiedzieć piosenką – pomyślał, zajmując miejsce w samolocie.

Dom

Jak wszystkie dzieci na świecie zastanawiał się często nad tym, czy nie został podmieniony w szpitalu i czy na pewno jest dzieckiem swoich rodziców. A może po prostu miał innego ojca? Patrząc po twarzach mężczyzn, spotykających się wieczorami w pubie rodziców zastanawiał się, który z nich mógłby przekazać mu geny, które tak bardzo różniły go od reszty rodziny. Od unoszącego się przez cały dzień w powietrzu zapachu smażonych ryb, zamienianego wieczorami na odór piwa i pomruk podniesionych, męskich głosów, od małego mieszkanka nad pubem, w którym dzielił pokój z dwoma siostrami i od włączonego przez cały dzień telewizora, zastępującego rozmowy z nieobecnymi, zajętymi budowaniem swojego imperium rodzicami. Dziełem i sensem ich życia był jedyny w okolicy pub, który w ciągu dnia oferował „fish and chips”, a od szóstej do jedenastej wieczorem zmieniał się w punkt spotkań mieszkańców Walton.

Pub był zamknięty w poniedziałki, które rodzice przeznaczali na próby wychowania dzieci i przekazania im swoich wartości. Z czasem pogodził się z tym, że nosi w sobie geny matki, która z latami stała się echem ojca i prawie każde zdanie zaczynała od „zdaniem Johna…”. Pogodził się też z genami Johna, a właściwie dwóch Johnów – roześmianego dwudziestolatka w stroju marynarza, uśmiechającego się do niego z fotografii wiszącej nad telewizorem i tego drugiego, małomównego, srogiego i wiecznie zmęczonego Johna, do którego nie odważyłby się przyjść z problemami czy wątpliwościami. Johna, który każdą prośbę o pieniądze kończył zdaniem „nie wiecie, jak ciężko jest zarobić na utrzymanie rodziny!”.

W ciągu sezonu letniego lokal był oblegany przez turystów i przynosił dochody, które starczały na przeżycie długich zimowych miesięcy, ale prawdziwą żyłą złota stał się dopiero po śmierci obojga. Wielki amerykański koncern odkupił dzieło rodziców i zapach ryb zmienił się w zapach hamburgerów. Razem z przybyciem wielkiego koncernu w Walton zaszły zmiany, dzisiaj to miejsce jest jednym z prawie identycznych na całym świecie miasteczek nad morzem, które podczas lata tętnią życiem, proponując turystom dania, pochodzące z wszystkich kuchni świata, stoiska z piwem, dyskoteki i inne atrakcje. Nawet podczas „zimowego snu”, w który zapadają wszystkie nadomorskie miasteczka, Walton oferuje mieszkańcom więcej niż jeden jedyny „fish and chips”, będący równocześnie pubem.

Londyn

Stuart-senior zjawiał się w Walton kilka razy do roku i zostawał tam na tyle długo, aby nie zdążyły paść niedyskretne pytania o jego życie z Brianem. Po wielu rozmowach w pubie udało mu się przekonać rodziców do pozwolenia dzieciom na odwiedzenie go w Londynie: „Ale tylko pod warunkiem, że nie będzie tam w tym czasie tego pana”. Brian przeprowadzał się więc na tydzień pobytu dzieci do zaprzyjaźnionego małżeństwa, torując w ten sposób drogę do corocznych odwiedzin w Londynie.

Stuart senior pokazał im w ciągu tego tygodnia główne zabytki miasta, zaprowadził je do kina i teatru, nauczył korzystać z biblioteki – nigdy nie miał własnych dzieci i przejął rolę ojca i nauczyciela – spędzał z nimi godziny na zwiedzaniu galerii i muzeów, na wspólnym gotowaniu posiłków i rozmowach. Dla całej trójki ten tydzień, spędzany co roku u wujka Stuarta, stał się najważniejszym wydarzeniem w kalendarzu. Świat pokazywany przez Stuarta, był tak różny od Walton, że chyba by się w nim zgubili bez przewodnika. „W tym mieście można być tym, kim się chce być. A jeżeli zechcesz być kim innym, to wystarczy pojechać do innej dzielnicy” – powtarzał, namawiając bratanka do ubiegania się o stypendium na studia matematyki na renomowanej londyńskiej uczelni.

Dzięki corocznym wizytom w Londynie Stuart-junior zrozumiał, jak niewiele wspólnego ma pub w Walton z jego marzeniami. Londyn, to miasto-moloch tak bardzo zachwyciło go swoją różnorodnością, kolorami, muzyką graną w letnie wieczory we wszystkich parkach, kulturami, o których nawet nie słyszał, że miał już w głowie tylko jedno – zdobyć stypendium i przyjechać na studia do Londynu.

Szczęście uśmiechnęło się do niego i dostał stypendium na uczelni, o studiowaniu na której nikt w Walton do tej pory nawet nie marzył. Przez pierwszych kilka miesięcy zamieszkał u swojego anioła-stróża i jego przyjaciela-Briana.

Cdn.

 

Schmidt czyta Prousta…

…Ewa Maria Slaska…

…czyta Schmidta

Wiele tygodni temu nieopatrznie przyznałam się na Facebooku, że czytam książkę pewnego pisarza niemieckiego średniej generacji, który opisuje jak czyta Prousta. Dwoje moich facebookowych przyjaciół – Julita Bielak i Marcin Wilk – okazało zainteresowanie tą lekturą, a ja pochopnie napisałam, że ach OK, jak Was to tak interesuje, to zrobię o tym wpis…

Aby Czytelnik zrozumiał, na co się porwałam, muszę się na chwilę odwołać do rachunkowości. W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, powieść wydawana przez kolejne lata od zakończenia I wojny światowej, to Dzieło Przeogromne. Duchem, oczywiście, ale i całkiem przyziemnie – masą. Siedem tomów, każdy średnio – 500 stron, w sumie 3500 stron. Trudnych i żmudnych w czytaniu. Czytałam Prousta mnóstwo razy, z pełnym poczuciem, że przy każdej lekturze odkrywam w tej książce, w kongenialnym tłumaczeniu Boya, coś nowego, czego przedtem nie zauważyłam. Przyznaję jednakowoż, że ostatnio szło mi już coraz gorzej i to nie dlatego że już wszystko znałam na pamięć, przecież nie sposób zapamiętać wszystkich inteligentnych myśli i obserwacji, zgromadzonych na 3500 stronach… i nawet nie dlatego, że to ja już wyrosłam z Prousta, tak jak się wyrasta z Ani z Zielonego Wzgórza. Więc nie, to raczej chyba Proust wyrósł z naszych czasów. Nie uważam, że Douglas Coupland jest lepszy od Marcela Prousta, ale jednak nasz umysł współczesnego człowieka łatwiej buduje synapsy z pokoleniem X niż z neurotycznym proustowskim Narratorem. Może najbardziej mi – dziś – przeszkadza fakt, że Proust, jeden z najsłynniejszych gejów w kulturze europejskiej, wydziwia w swej książce nad homoseksualizmem innych, ale ani słowem się nie zająknie, że on też reprezentuje rasę z Gomory. Mało tego, trzy tomy o Albertynie (W cieniu zakwitających dziewcząt, Uwięziona i Nie ma Albertyny), naprawdę opowieści o lokaju i kochanku, Albercie, tchną dziś straszliwym wręcz anachronizmem. Co gorsza owo zakamuflowanie jest w opisie stosunków z przełomu wieku XIX i XX po prostu wydumane i niezgodne z niczym realnym. O ile bowiem mężczyzna rzeczywiście nie mógł się przyznać, że jest homoseksualistą, to jednak w równym stopniu nie mógł “kupić” sobie od rodziny młodej panny z całkiem dobrego domu i trzymać jej u siebie w niewoli seksualnej, fizycznej i duchowej. Tak się traktowało utrzymanki czyli kokoty, ale z panienkami z dobrego domu chodziło się na spacery albo się je poślubiało.

Od dawna więc nie czytałam już Prousta, wciąż jednak byłam zdania, że jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który pokonał siedem tomów Poszukiwania… Dlatego zdziwiłam się, gdy znalazłam na ulicy książkę autora o pokolenie młodszego ode mnie (urodził się w roku 1970), który nie tylko podjął trud tej lektury (nota bene, teraz to on jest zdania, że jest ostatnim człowiekiem na świecie, który…), ale jeszcze ją opisał.

Jochen Schmidt czytał 20 stron dziennie, od lipca 2006 do stycznia 2007 roku. Nota bene po niemiecku to 3900 stron. Opisywał tę lekturę na blogu, a potem wydał jako książkę i płytę. I tu dalszy ciąg rachunków – książka Schmidta liczy 600 stron, sześć razy mniej niż opisywany oryginał, ale mimo to jest to sam w sobie potężny kawał lektury, wymagający czasu. A ja, mimo że czytam bez przerwy, to aż tyle czasu nie mam, zwłaszcza, że ciężki tom Schmidta nie nadaje się jako lektura do metra i na podróż. Być może po to właśnie jest i płyta, ale ja zdecydowanie nie jestem “słuchaczem” książek, nie lubię audiobooków ani nawet czytników, po prostu lubię papierowe książki. Teraz więc, w kilka miesięcy po złożonej obietnicy doczytałam u Schmidta zaledwie do strony 93, on zaś dotarł u Prousta do stron 213-235 tomu W cieniu zakwitających dziewcząt.

Podczas lektury Schmidta borykam się jeszcze z problemem tłumaczenia. Oczywiście czytam Schmidta po niemiecku i to mi w ogóle nie przeszkadza, ale on też czyta po niemiecku i załącza cytaty po niemiecku, a ja w nich  w ogóle nie rozpoznaję “mojego Prousta”! Niech dla uzmysłowienia mojej męki wystarczy fakt, że słynna proustowska magdalenka to Sandtörtchen, torcik piaskowy… Nota bene, co za bzdura, ten tłumacz! doprawdy! nie odróżnia obrazu Holbeina od pola bananowego. A niemiecka Wikipedia za nim. Ciasteczko piaskowe, też coś… Proszę bardzo – TU magdalenki, a TU ciasto piaskowe.

Oczywiście Schmidt czyta… nie jest pierwszą książką o tym, jak się czyta Prousta. Chyba najsłynniejszą napisał Alain de Botton How Proust can change your life (1997), ale Schmidt pisze dokładnie o tym samym.

Nie mogę na razie ocenić całej książki. Powiem jednak, że to co mi się w niej najbardziej podoba, to wcale nie opinie Schmidta na temat lektury Prousta, lecz to co tu i ówdzie pisze o sobie i swoim życiu. Czyta bowiem tego Prousta w Berlinie i w małej wiosce w Brandenburgii, w Odessie i w samolocie z Warszawy do Berlina.

Przytoczę tu jeden z wpisów (str. 89-90), który dobrze to obrazuje.

34. Nie, 20.8., Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem

Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem, po spray na muchy z produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt, który od trzydziestu lat niezmiennie nieużywany stoi w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo budowniczy domu dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, należałoby się ograniczyć zaledwie do poprawek, do prowizorki, która latami będzie wypełniała swoje zadania, stosować tylko jakieś znalezione materiały.

Wiatr wróży jesień, przed dziewięciu laty podjąłem tu ostatnią próbę napisania książki, gdyby nie było tego domu, nie byłoby zapewne i książki. Ciekawe, jak Proust dawał sobie z tym radę, w końcu był bogaty, miał służbę, po co właściwie miał pisać?

W cieniu zakwitających dziewcząt, s. 192-213

Czyż Proust nie pisał właśnie przez pół tomu o nieszczęśliwej miłości? A teraz znowu to samo, choć trzeba przyznać, że jako czytelnik nie masz poczucia, że autor się powtarza. Ale też nie jest to aż tak ważne, żeby o tym wspominać. Marcel codziennie spotyka się z Gilbertą, co ją wreszcie nudzi, a jego zmusza do wycofania się i przysparza mu cierpień. Co dzień czeka na pocztę, gdy minie poranek – na listonosza, który przychodzi po południu. Stan ekscytacji staje się chroniczny, bo ledwo emocje oczekiwania miały się czas uspokoić, już przychodziła nowa racja spodziewania się; wreszcie nie było już w dniu ani minuty, w której bym nie odczuwał owego ucisku serca, tak trudnego do zniesienia bodaj przez godzinę. A cóż my mamy dziś powiedzieć, w czasach maili i SMS? Diabelskie wynalazki, które nieszczęśliwie zakochanym wydłużają czekanie na każdą sekundę dnia. Nowoczesne metody komunikacji oznaczają zarówno komunikację jak milczenie.

Aby udowodnić Gilbercie, że radzi sobie bez niej, Marcel regularnie odwiedza salon Odetty, nie zaszczycając obecnością herbaty wydawanej w tym samym czasie przez Gilbertę. Każda wizyta jaką składałem pani Swann bez widzenia Gilberty, była mi okrutna, ale czułem, że tyleż poprawia pojęcie Gilberty o mnie. Jacyż piękni się sobie wydajemy, nieszczęśliwie zakochani, szlachetni w wyrzeczeniu, przygotowani na wszelakie wstrząsy duszy. I doprawdy każdemu rzuci się to w oczy, tylko niestety nie osobie, którą uwielbiamy.

O czym rozmawiają panie w salonie Odetty, możemy sobie szczęśliwie podarować. Jak tragicznym problemem jest być żoną polityka i wciąż mieć do czynienia z tymi samymi nudziarzami w ministerstwach. Widzi  pani, to tak jak z szefem protokołu, który jest garbaty; to murowane, jeszcze nie siedzi u mnie pięciu minut, a już muszę dotknąć jego garbu. Czy lepiej kupować rośliny u Lemaître’a, Debaca czy Lachume’a? A wypieki: Nie potrzebuję pytać o markę fabryczną, wiem, że pani wszystko bierze od Rebatteta. Muszę wyznać, że jestem bardziej eklektyczna. W kwestii ptifurów i w ogóle wszystkich łakoci często zwracam się do Bourbonneux. Ale uznaję, że oni tam nie mają pojęcia, co to są dobre lody. We wszystkim, co się tyczy lodów, kremów czy sorbetu, Rebattet to Sztuka przez wielkie S.

Zapomniane czynności:
– zadać sobie trud, by wymienić całą służbę
– rozumieć, że rolą gospodyni jest tylko pośredniczenie
– widzieć najważniejszy moment dnia nie w chwili przywdziewania toalety, lecz, przeciwnie, w chwili rozbierania się dla mężczyzny.

* Zdania zapisane kursywą – tłumaczenie Tadeusz Boy Żeleński; tłumaczenie Schmidta – ja.

Lato

O Republice Ściborskiej pisałam już tu kilka razy, teraz przyszło zaproszenie na…
Obóz przygodowy z psami w Republice Ściborskiej

Trudniejsza i bardziej rozbudowana forma niż obozy dla ojców z synami

7 dni razem w prawdziwej naturze

obozzpsami1

 

UCZESTNICY: całe rodziny, ale także mogą brać udział osoby indywidualne, rodzice z dziećmi. Osoby niepełnoletnie mogą uczestniczyć z pełnoletnim opiekunem. Minimalny wiek uczestników – 8 lat.

obozzpsami2Prowadzący obóz:

Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk

 

obozzpsami3

PROGRAM:

– codzienne zajęcia z psami zaprzęgowymi Biegnącego Wilka (cani cross, jazda zaprzęgiem, dog trekking, wyprawy z psami, zabawy ze szczeniętami, dogoterapia naturalna). Każdy otrzyma na cały obóz do opieki nowego przyjaciela – psa zaprzęgowego.

– niestandardowe zajęcia sportowe (codzienne poranne zaprawy fizyczne, nietypowe sporty i zawody) i hartowanie (kąpiele i czarna bania)

– codzienna wyprawa terenowa (teren górzysty, niezwykłe bagna, dzika rzeka, jeden nocleg w lesie)

– zajęcia indiańskie, eskimoskie, survivalowe, edukacyjne

– praktyka życia w indiańskim i traperskim stylu (nauka posługiwania się nożem, siekierą, piłą, zbieranie ziół i grzybów, praca przy koniach, traperskie gotowanie).

obozzpsami4Każdego dnia będą zorganizowane zajęcia i praca w obozowisku.

Ideą projektu jest przeniesienie się w naturalny świat, którego już nie ma na co dzień.

obozzpsami5

ZAKWATEROWANIE i WYPOSAŻENIE:

– każda rodzina mieszka w tipi, posiłki będziemy przygotowywać w replice autentycznej chaty traperskiej, wodę będziemy brać ze studni założonej w 1784 roku (najlepsza w okolicy), codziennie baniowanie w archaicznej czarnej bani, do dyspozycji kilka miejsc do kąpieli na terenie Republiki, muzeum eskimoskie, indiańskie i Marii Rodziewiczówny, zabytkowa czynna pasieka z 1935 roku, ekologiczny ogród (nasza ziemia od ponad 30 lat nie jest nawożona chemią – kultywujemy zdrowy styl życia), stałe mieszkanie w sąsiedztwie z dziką przyrodą na terenie Lasów Skaliskich (m.in. łosie, jelenie, wilki, rysie, orły…, na naszym terenie żyje stado koni, bobry, żurawie, bociany, 50 psów zaprzęgowych (w tym małe szczeniaki).

My nie inwestujemy w luksus i standard…, jesteśmy cząstką przyrody. Jeśli chcesz przeżyć przygodę w autentycznym, zdrowym miejscu, opartym na starych wiejskich zwyczajach i pracy – zapraszamy do Republiki Ściborskiej!

obozzpsami6WYŻYWIENIE

Żywimy się zdrowo i wegetariańsko. Wszyscy po kolei przygotowują pożywienie. Zioła i część warzyw każdy będzie bezpośrednio pobierał z organicznego ogrodu. Codziennie pięć posiłków.

 

 

obozzpsami8

OBOWIĄZKOWE WYPOSAŻENIE NA OSOBĘ:

– dobry traperski nóż i siekiera (albo weźcie cokolwiek albo sprawcie sobie te dwa narzędzia doskonałe – na całe życie, na obozie umożliwimy zakup dobrych, ręcznie wykonanych noży), wszystko pozostałe jest mniej ważne ale może się przydać: śpiwór, strój traperski (długie mocne spodnie, wysokie buty, koszula z długimi rękawami, nakrycie głowy – do pracy, wędrówek) taki aby nie żal go było brudzić, strój sportowy, strój do pracy (np. przy psach, rękawice do pracy), indywidualna apteczka (indywidualne leki, środki do dezynfekcji i obtarć), moskitiera do spania, przybory do jedzenia i mycia.

Na pewno: schudniesz, zahartujesz się, scementujecie rodzinę, zyskasz wyrobienie, poznasz maszerski fach i wiejskie, prawdziwe życie, wyrobisz się w technikach survivalowych.

NA OBOZIE NIE UŻYWAMY: telefonów komórkowych, smartfonów, komputerów, alkoholu, tytoniu, słodyczy, używek, niezdrowej żywności.

Jak się przygotować:

– lektura: „Porąb i spal” Larsa Myttinga, „Lato Leśnych Ludzi” Marii Rodziewiczówny

– pouczcie się posługiwania siekierą i nożem, palenia ognia, potrenujcie trochę i pogimnastykujcie się przed obozem (mniejsze będą zakwasy pierwszego dnia…)

– dograjcie sobie sprzęt i ubiór, nie idźcie w stronę mody i wyglądu, a praktyczności!

Minimalna ilość osób na obozie – 10, maksymalna – 20.
Minimalny wiek uczestników 8 lat.

Turnusy: 6-13 sierpnia & 20-27 sierpnia

Ceny:

– osoba indywidualna – 1050 zł
– dwie osoby (rodzic + dziecko, para osób) – 950 zł/osobę
– rodzina (3 i więcej osób) – 850 zł/osobę
– własny pies na obozie – 100 zł

Za odpłatność każdy otrzymuje: 7 dni programu, miejsce zakwaterowania, psy do współpracy, wyżywienie (wspólnie wykonywane), podstawowe ubezpieczenie.

Płatność: 50% z góry w momencie rezerwacji, reszta na obozie gotówką.

Zgłoszenia,info: biegnacy-wilk@post.pl, 604 29 29 97

Uwaga – można się u nas zgłosić na wlontariat lub praktykę studencką. Więcej informacji TU

Krieg der Gül

Anne Schmidt

Nachtschatten

Frau Schulz kann sich erinnern, dass Gül ihr mal erzählte, dass ihr Bruder manchmal  Haschisch rauche und bekifft nach Hause komme.
“Haben deine Eltern denn gar nichts bemerkt?”
“Doch,”schluchzt Gül, “als er das erste Mal nachts zu mir ins Bett gekommen ist, war ich steif vor Schreck. Ich konnte nicht aufstehen und weglaufen. Ich war 10 Jahre alt und hatte noch keinen Ansatz von Busen; trotzdem hat er mich auch dort berührt. Er hat meine Brust geknetet und behauptet, davon würde sie schneller wachsen. Dann hat er sich auf mich gelegt und sich so lange hin- und herbewegt, bis es feucht und klebrig auf meinen Oberschenkeln wurde. Ich habe die ganze Zeit geweint vor Ekel, Angst und Scham. Aber ich habe mich nicht getraut, zu schreien.”

Gül bricht in Tränen aus. “Das Schlimmste,” schluchzt sie,” war, dass mir meine Mutter am nächsten Morgen nichts glauben wollte. Er habe geschworen, seinen Schwestern nie wieder etwas anzutun; ich hatte nie bemerkt, dass er nachts meine Schwestern, Aishe und Emine, in ihren Betten belästigt hatte, obwohl wir in einem Zimmer schliefen.
Meinen Schwestern hatte sie geglaubt und meinen Vater informiert; mir wollte sie nicht glauben.
Meinem Vater wollte ich nichts sagen, weil ich vor ihm Angst hatte. Obwohl er immer sehr lieb zu mir war, hatte ich Angst vor seinem seltsamen Lächeln, das anders war als früher. Als ich noch kleiner war, hat er mich immer auf den Schoß genommen und mir ins Ohr geflüstert, dass ich seine Lieblingstochter sei, seine Rose.”

Gül seufzt tief und schaut gedankenverloren zurück.

Frau Schulz überlegt, ob dieser liebevolle Vater seine Tochter zu sehr liebte und sie aus eigenem Schuldbewusstsein heraus nicht vor einer Zwangsheirat bewahren wollte.
Sie will Gül nicht fragen, denn die Erinnerungen scheinen Gül zu überspülen.

Schließlich kommt sie wieder in die Gegenwart zurück: “Sie können sich nicht vorstellen, wie das ist, wenn man nachts aufwacht von der zuschlagenden Wohnungstür und auf die Schritte horcht. Immer, wenn die Tür laut zufiel, wusste ich, Mehmed hat gekifft und wenn er gekifft hatte, kam er zu mir ins Bett gekrochen. Ich lag starr vor Angst unter meiner Decke und hatte die Zipfel fest in meinen Fäusten. Aber das nützte natürlich  nichts.

Ich rief leise die Namen meiner Schwestern, aber die schliefen fest oder taten so, als schliefen sie.

Mein Bruder riss mir die Decke aus den Fäusten und hielt mir den Mund zu, während er sich auf mich wälzte; er schob mein Nachthemd hoch, stopfte mir einen Zipfel in den Mund  und befingerte mich überall; irgendwann fing er an herumzuruckeln und  zu stöhnen. Ich versuchte immer, an die Schule zu denken oder an meine Freundinnen. Während seine rissigen Hände meinen Körper bearbeiteten, war ich ganz weit weg.”

Gül stockt, weitere Einzelheiten kann sie nicht aussprechen; die Scham ist zu groß. Sie weiss, dass sexueller Missbrauch in türkischen und arabischen Familien häufig vorkommt; dennnoch fühlt sie sich beschmutzt und mitschuldig. Ihr Mutter hat ihr immer wieder vorgeworfen, dass sie selber schuld sei, weil sie kein Kopftuch trage und sich westlich kleide. Ihren Schwestern machte sie diesen Vorwurf nicht, obwohl auch sie sich europäisch kleideten. Aber Aishe und Emine waren dicck und wirkten wesentlich unattraktiver als die schlanke, langbeinige Gül mit dem ebenmäßigen Gesicht.

“Immer, wenn er nachts bei mir gewesen war, war morgens mein Laken nass und meine Mutter beschimpfte mich als stinkende Hure.”

Frau Schulz kann ihre Empörung kaum zurückhalten. Wie muss eine Mutter konzipiert sein, wenn sie ihre Tochter für die Übergriffe des eigenen Sohne verantwortlich macht, obwohl sie sie hätte verhindern müssen?
Welche archaischen Vorstellungen oder Erfahrungen könnten diese Frau belasten, die ihre Kindheit in einem anatolischen Dorf verbracht hat und ohne kulturelle und sprachliche Vorbereitung in eine europäische Großstadt katapultiert wurde. Frau Schulz muss an den Film “60qm Deutschland” denken, in dem die junge Kurdin aus Ost-Anatolien sich von ihrem Mann in einer Hamburger Wohnung einsperren und wie eine Hündin behandeln lassen muss.
Güls Mutter kam nie in die Schule, weil sie kein Deutsch spricht, geht nie alleine einkaufen und kann weder lesen noch schreiben. War auch sie immer ihrem Mann ausgeliefert gewesen?

Gül, der Name der Rose

Anne Schmidt

Bekenntnis 5

Gül versinkt in Traurigkeit und Nachdenken. “Meine Mutter wollte unbedingt, dass ich von der Schule abgehe und heirate.”
Frau Schulz glaubt, nicht richtig gehört zu haben. Unvorstellbar, dass die  pummelige Frau, die in Pluderhosen und Kopftuch ihre Wohnung saugte, als Frau Schulz wegen einer Einverständniserklärung an der Tür klingelte, dass diese kleine anatolische Bäuerin ihrer großen, intelligenten Tochter die Zukunft verbauen wollte.
Frau Schulz ist entgeistert.
“Jetzt bin ich Putzfrau,” sagt Gül.
Frau Schulz hat Mühe ihre Empörung zu zügeln.
“Aber warum wollte sie, dass du heiratest?”
Gül flüstert:” Ich sollte einen Cousin aus dem Dorf meiner Mutter heiraten, dem dafür sogar Geld geboten wurde, dass er mich nimmt.” Gül fängt an zu schluchzen.
Frau Schulz hat von solchen Kuppeleien schon öfter gehört; ihre alevitischen Schülerinnen lehnten die Arrangements durch Eltern heftig ab, während die schiitischen behaupteten, Liebesheiraten seien totaler Schwachsinn, weil die sogenannte Liebe irgendwann vorbei sei und nicht mal mehr Respekt zwischen den ehemals Liebenden bestünde.
Die Eltern jedoch hätten den richtigen Weitblick und Durchblick; sie könnten in den Familien ihrer Bekannten und Verwandten besser nach dem richtigen Mann für ihre Tochter Ausschau halten. Meistens würden der Tochter ganz unauffällig und unverbindlich mehrere junge Männer vorgeführt, unter denen sie die Wahl hätte.
Aber so war es bei Gül nicht gewesen. Sie war unerwartet überrumpelt worden mit dem Befehl, unverzüglich in die Türkei zu fahren. Gül seufzt selbstvergessen. Sie habe gehofft, in der Türkei ihre Lieblingstante auf ihre Seite ziehen zu können. Ihre Schwestern und ihr Bruder zu Hause hätten sich nicht für sie eingesetzt und ihr Vater schon gar nicht.
Frau Schulz beschleicht ein böser Verdacht, als sie an die liebevolle Zuneigung dieses Klischeebildes eines stolzen Türken denkt, wie er sich bei den Elternversammlungen seiner Tochter zugeneigt hat. Sie traut sich nicht, Gül direkt nach dem Verhältnis zu ihrem Vater zu fragen, bzw. nach seinem Verhältnis zu ihr.

Gül hebt den Kopf, schaut in die Ferne und erzählt: “In der Türkei wollten mich alle, auch meine Lieblingstante davon überzeugen, dass es das Beste für mich sei, zu heiraten. Der Cousin, den ich zuletzt als Siebenjährige gesehen hatte, ist ein kleiner, unsicherer Mensch, der etwas Lauerndes in den Augen hat. Ich fand ihn sofort unsympathisch und primitiv. Ich fragte mich, warum er ausgerechnet mich heiraten wollte, obwohl er mich gar nicht kannte. Von dem Brautpreis, den er erhalten sollte, wusste ich damals noch nichts. Jeden Tag musste ich mir die Lobeshymnen anhören, die meine Großmutter auf ihn sang. Ich hatte aber erfahren, dass er nicht einmal die Dorfschule beendet hatte und den Tag damit zubrachte, den anderen beim Arbeiten zuzuschauen und im Teehaus zu sitzen. Seine Eltern hatten immer darauf gehofft, dass er eines Tages eine reiche Verwandte aus dem fernen Norden zur Frau bekommen würde, eine, die sonst keiner haben wollte, wie ich heute weiß.”
Gül fängt wieder an zu schluchzen.
Frau Schulz umfasst tröstend ihre Hände und schaut sie mitleidend an. Sie wartet, bis Gül sich gefasst hat.
“Nach einer Woche kam der Imam und vollzog das Ritual der Trauung. Er achtete nicht auf meine Tränen, die ich nicht zurückhalten konnte. Er hatte schon oft weinende Bräute gesehen; ihm war nur das Geld wichtig, das er für die Zeremonie bekam. Alle Verwandten waren von meiner Großmutter eingeladen worden und es gab ein langes Fest mit viel Raki. Meine deutsche Familie war nicht anwesend, denn sie hatte kein Geld für den Flug übrig, nachdem sie den Brautpreis und den Hochzeitsschmaus bezahlt hatte, wie ich später erfuhr.
Gül hört auf zu sprechen und Frau Schulz wagt nicht nach der Hochzeitsnacht und den weiteren Nächten im Dorf
zu fragen. Plötzlich rafft sich Gül auf: “Er wollte mich in der Hochzeitsnacht vergewaltigen und hat mich als Nutte und Hure beschimpft; ich solle mich nicht so anstellen, hat er geschrien, ich wäre doch früher nicht so zimperlich gewesen.” Jetzt bricht Gül in Tränen aus und senkt ihr Gesicht tief über den Tisch, damit die anderen Gäste im Lokal nicht aufmerksam werden. Frau Schulz lässt ihr Zeit, die Fassung wieder zu gewinnen, reicht ihr ein Taschentuch und fragt vorsichtig nach einer Pause: “War es dein Bruder?”

Reblog: Pani Irenka 1

Dawno TU była,  ponad dwa lata temu, ale teraz znowu wraca… Może nawet na dłużej. Pani Irenka…

Karolina Kuszyk

Ziemia

Niech pani wejdzie, na chwileczkę chociaż, bo ja jeszcze ze świąt sernika mam, to by pani sobie spróbowała. Butów nawet nie trzeba zdejmować, bo ja jeszcze przed sprzątaniem. No, po co pani zezuła, kiedy mówię, że nie trzeba. Zaraz jakie papucie pani dam. Oj, co tu było przez te święta, pani. Dawidek z tej Norwegii przyjechał i jak nie mój wnuczek, cały zarośnięty, ta broda taka kręcona, czarna, aż mówię, Dawidek, żeby ciebie czasem za jakiego terrorystę nie wzięli, co teraz z tymi brodami latają. Albo jakiego uciekiniera z tego Iraku czy skąd. A Dawidek mówi, że babciu, nie zna się babcia, taka moda teraz. Jak moda to moda, pani. Jak Mietek na studia poszedł, to też brodę miał zapuszczoną, że coś okropnego, aż nie wytrzymałam kiedyś i mówię, synu, ogól się wreszcie, bo jak do diabła podobny wyglądasz. Ale nie ogolił. Od dziecka uparty był. Ale to jeszcze wtedy tam u nas na wiosce było, to baby gadały, że o, na studia syna wykierowała, a jemu w głowie się poprzewracało i takie tam. A teraz syn na stanowisku i dobrze sobie żyją, pani. No, ale dzisiaj to już żadnej różnicy nie ma, miasto, wieś, każdy chodzi jak chce, i to może nawet dobrze, pani. Ale Mietek to teraz zmartwienie ma, bo ta ziemia, co jeszcze lat temu trochę kupił, żeby mieli, jakby się chcieli pobudować, czy dla Dawidka, albo nawet na sprzedanie, to teraz niby tak uchwalili w sejmie, że już tak łatwo nie sprzeda. Bo podobnież, że chodzi o to, żeby obce nie wykupywali polskiej ziemi. Znaczy tak jakby tylko tym rolnikom wolno sprzedawać, ale pod budowę komu to już raczej nie, albo Kościołowi. To ja się pytam, pani, co z księdza za rolnik. I nic już z tego nijak wyrozumieć nie mogę. A tym rolnikom też teraz więcej ziemi nie można mieć jak… o, widzi pani, zapomniałam, bo tak jakoś trudno mówili w tych Wiadomościach, ale zapisane mam, to może znajdę. Oj pani, to już raz tak podobnie było, za komuny. Pani młoda, to nie pamięta, ale ja jeszcze wiem, jak był taki chłop że bogatszy, to mu wszystko zaraz chaps i że na pegeer. A te pegeery, pani, to bida z nędzą przecież. Wiem, bo u nas na wiosce jeden był, to tylko kradli, pani, pili i na zmarnowanie wszystko szło. Albo do Ruskich. Patrz pani, a teraz Ruskie, że naszych jabłek kupować nie będą. Jabłka polskie im niedobre. To jabłka teraz takie u nas tanie, że na soczki dużo przerabiają, mam nawet, naleję pani, bo mi synowa przyniosła taki pięciolitrowy, z kranikiem, widzi pani, jak elegancko zrobione? Gdzie ja te pięć litrów sama wypiję? Tu mam po tej orenżadzie butelkę, to pani wleję do domu. A nie zimno pani? Ja teraz to tego ogrzewania nawet nie odkręcam, bo na dworze ciepło, wiosna, to po co grzać? Ale takiemu chudziutkiemu jak pani to zawsze zimno, mnie pani nic nie musi mówić, bo jak młoda byłam taka jak pani, to tego samego. Nie odkręcać? Pani, a może my byśmy sobie na balkoniku usiadły, to nawet cieplej teraz jak w domu. Zobaczy pani, jakie prymulki mam ładne. Z ryneczku. W Biedronce też mieli, ale synowa powiedziała, że to pewnie jakie z Chin, niech mamusia lepiej nie kupuje. Nie wiem, czego z Chin mają być gorsze, pani, ale niech jej będzie.

A tu blog o pani Irence i serniczek:-)

domowy-sernik