Wpis świąteczny. Wiosna i jeszcze raz sady Pradziadka

Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu (1933)

Tak wyglądała wiosna w Gościeradzu nieopodal Bydgoszczy. Pokój w dworku, jaki w roku 1922 ofiarowało artyście Muzeum Poznańskie w podziękowaniu za hojny dar złożony z orientalnych obrazów, porcelany, mebli, kilimów i rzeźb. Artysta, wówczas już w podeszłym wieku, (urodził się 11 kwietnia 1852, zm. 27 grudnia 1936 w Warszawie) oddał Muzeum zbiory swojego życia. Nie jest to pierwszy raz w tym blogu, że szukając inspiracji do wpisu trafię na coś, co wiąże się ze zdarzeniami aktualnymi. Wybrałam ten obraz Wyczółkowskiego (mój ulubiony!) jako wstęp do świątecznego wpisu Andrzeja Rejmana, po raz drugi i zapewne nie ostatni, o sadach jego pradziadka. Wybrałam go, bo jest lekki, wiosenny, szczęśliwy – świąteczny.  Okazało się, że obraz wplątał się po kilkakroć w dziesiejszą rzeczywistość, tę z wpisu i tę w realu. Za kilka dni googlowska czyli 163 rocznica urodzin artysty, który był niemal rówieśnikiem Adama Hrebnickiego (1857-1941), a za niespełna dwa tygodnie w Poznaniu wystawa donacyjna Stanisława K. Kubickiego, o czym będzie jeszcze tu znacznie więcej. A poza tym po prostu wiosna. Kwitnące drzewa jabłoni i grusz…

20_A_Hrebnicki_with_his_fruitsTo oczywiście późne lato lub nawet jesień, a nie wiosna, ale trudno o lepsze zdjęcie pokazujące sens życia Adama Hrebnickiego – sady, owoce, praca niestrudzonego popularyzatora wiedzy… Biurko pełne papierów i owoców. Ideał szczęścia.

Przez lata przyjaźniłam się z ludźmi, którzy mieli sad, wiosną chodziłam jak księżniczka z bajki pomiędzy kwitnącymi drzewami, jesienią cały dom pachniał owocami, latem na rozklekotanym stoliku ustawionym pod drzewami pisałam matryce do podziemnej gazetki Unimoru.

Andrzej Rejman

Sady pradziadka po raz drugi

Byliśmy wielokrotnie na Litwie, gdzie Adam Hrebnicki założył piękny 24 hektarowy sad, i nazwał go Rajem. Nawet planuję zrobić wystawę fotograficzną – Adam z Raju:-)

Tam jest jego muzeum – i pomnik z nazwiskiem Adomas Hrebnickis
http://www.muziejai.lt/ignalina/hrebnickio_muziejus.en.htm

Adam Hrebnicki był Polakiem, ale można śmiało stwierdzić, że był uczonym międzynarodowym, – w rosyjskich źródłach
występuje jako Гребницкий (Докторович) Адам Станиславович, a jego biografia zasadniczo jest bez podania narodowości –
http://sadisibiri.ru/grebnickijAS.html

W źródłach litewskich pradziadek występuje jako Adomas Hrebnickis, co jest ciekawym przyczynkiem do ewentualnych dyskusji na temat imion i nazw własnych w różnych językach różnie brzmiących.

Wielkanoc-AtlasPlodowOstatnio odkryłem, że w jednej z miejscowości w Rosji – wieś Popówka, (Popovka) rejon Koroczański w obwodzie
Orenburskim (Rosja, centralny okreg federalny) – jest ciekawe Muzeum Jabłka, gdzie jednym z eksponatów jest Atlas Owoców Hrebnickiego.

Atlas ten znajduje się też w bibliotece Instytutu Sadownictwa w
Skierniewicach i w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Jego nazwa rosyjska to Atlas Plodov – i mam go nawet w pdfie – jest on olbrzymi, ma piękne kolorowe rysunki owoców. Egzemplarz znajduje się m.in. w Bibliotece Narodowej w Warszawie, bywa czasem w antykwariatach w Rosji, gdzie potrafi kosztować ok 250 tysięcy rubli:-) (ok 3 tys. euro)
http://www.rusbibliophile.ru/Book/Atlas_plodov:_100_tablic_

Wielkanoc_Hrebnicki_oryginal_atlasu_1To rękopis jednej ze stron Atlasu

W Polsce Hrebnicki znany jest doskonale przez sadowników,
specjalistów, – a z okazji sesji naukowej poświęconej Hrebnickiemu w 2007 roku która odbyła się w Babtai koło Kowna – dworek-muzeum Hrebnickiego odwiedzili naukowcy z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, z ówczesnym wicedyrektorem Instytutu – profesorem Żurawiczem.

Sam Hrebnicki był w Warszawie w 1934 roku, gdzie przewodniczył sesji naukowej Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego.

Towarzystow_Ogrodnicze_Warszawskie_Adam_HrebnickiRosjanie mówią, że był to wybitny uczony rosyjski, Litwini że litewski, a Polacy nie bardzo znają go, chociaż wśród fachowców jest znany i ceniony. A w archiwach pod Kownem, gdzie byliśmy w zeszłym miesiącu, są jego piękne dzienniki, obserwacje i zapiski, pisane oczywiście po polsku. Przecież była to do 1939 roku Polska – gmina Dukszty, powiat święciański.

Trzeba zaznaczyć że Hrebnicki działał na przekór wojnom, granicom, systemom politycznym w myśl zasady że nauka łączy a nie dzieli, i jest dla dobra całej ludzkości. Tak też postępował jego syn, Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, wybitny polski geolog i kartograf.

***

A na zakończenie dzisiejszego wpisu jeszcze dwa zdjęcia rodzinne, z Petersburga w roku 1910.

Zmęczona rodzina przy zastawionym stole i młode pokolenie muzykuje. Ten zastawiony stół towarzyszył nam wczoraj, a i dziś na pewno znowu do niego zasiądziemy. Ale zapewne nie wszyscy z nas, pomiędzy kolejnymi odsłonami tradycyjnej kuchni świątecznej, siądą i do instrumentów. Mówię, bom smutny i sam pełen winy. Też nie gram na żadnym instrumencie. Szkoda, szkoda…

Wielkanoc_Hrebnicki_family_in_Petersburg_ca._1910Wielkanoc_Zygmunt_Alina_and_Maria_Hrebnicki_Petersburg_ca_1910

W górę rzeki (19)

Zbigniew Milewicz

Marsz, marsz Polonia…

W Lidzbarku Warmińskim był końcowy poligon, rekrucki znój i wreszcie żołnierska przysięga. Wcześniej jednak musieliśmy przez trzy lata, raz w tygodniu, chodzić na zajęcia w studium wojskowym UJ. Siedem godzin można było wytrzymać, wkładało się mundur, buty gwoździami podbite, zimą długi szynel, rogatywkę i maszerowało się na zajęcia w Collegium Novum. Naprzeciw stała podrzędna knajpa, zwana Barceloną, w której po szkoleniu piwko tak smakowało… Na porannym apelu, w drugiej kompanii, „bili do dacha” m.in. bracia Zielińscy, Skaldowie, których popularność dopiero się rozpoczynała.

03Na poligonie w LidzbarkuNa poligonie w Lidzbarku

Szkolili nas starzy frontowcy, musztry uczył podpułkownik, albo major, Bąkowski, ogniowego – mjr Proniewicz, taktyki – mjr Bednarski i każdy z nich był wielkim oryginałem. O naszych przełożonych krążyły liczne anegdoty, wynikały zaś na ogół z frontowych opowieści, na które naciągaliśmy ich, aby skrócić nudny materiał dydaktyczny. Z katedry padało na przykład stwierdzenie, że woda wrze w temperaturze 90 stopni… Student przerywał wykładowcy, że jednak będzie ich 100, na co tamten ripostował, iż w warunkach bojowych wszystko wygląda inaczej… Albo: kąt prosty, jak wiadomo, ma 180 stopniAleż, panie majorze, fama głosi, że 90Powiedzcie famie, że jest głupia…

04Major Bednarski i jego studenciMajor Bednarski i jego studenci

Mjr Bednarski, o poczciwej, kresowej duszy, lubił opowiadać, jak zdobywał wała pomorska i szczerze martwił się, że studenci przychodzą na zajęcia z taktyki nie przygotowani. – Ta idziesz ty z kolegą i dziewczyną na ten przykład do kina – chrząkał. – Czemu nie weźmiesz ze sobą zeszytu z taktyki ? Kolejka długa na kilometr, niech kolega jej pilnuje, a ty z boku stoisz i powtarzasz na głos, co w zeszycie zapisane. Później kolega twój to robi, ty za niego w kolejce i obydwaj zdajecie na piątkę.
A co z dziewczyną? – padało z sali pełne troski pytanie.
Ty już, synok, nie martw się, ona sobie poradzi – szczerzył pożółkłe zęby.

Major Proniewicz oczekiwał od nas wiedzy szczegółowej, bo i szkolenie ogniowe tego wymagało. Trzeba było nie tylko umieć sprawnie rozebrać i złożyc np. ręczny karabin maszynowy, ale i nazwać wszystkie jego części. Na końcowym egzaminie mógł niejednego z nas tymi detalami wykończyć, ponieważ jednak lubił sobie wypić, odpowiednio się przygotowaliśmy. Na krakowskim Pasterniku mocno grzało tamtego dnia słońce i ono też było naszym sprzymierzeńcem. Złożyliśmy się na skrzynkę piwa i pół litra czystej, którą ukradkiem został ochrzczony chmielowy napój. Przy trzeciej butelce major był już w świetnym nastroju i stawiał studentom coraz lepsze stopnie. Wszyscy zdali, choć nie dał rady całej skrzynce. Nasi kelnerzy zanieśli go do służbowej Wołgi, a on po drodze z rozrzewnieniem śpiewał Marsz, marsz Polonia. Tej pieśni w czasach PRL-u oficjalnie się nie wykonywało, ale egzaminy dobiegły końca i major był już osobą prywatną.

O1TaniecZwyPod koniec szkolenia wojskowego dopuściłem się pewnego skandalu. Pojechaliśmy ciężarówkami na zajęcia z taktyki, na Pasternik. Porucznik Pietras, dowódca kompanii, ogólnie świetny gość, rozdał nam ślepe naboje, których nie wystrzelałem do końca. W czasie drogi powrotnej usiadłem sobie z tyłu pojazdu, obok koleżka, któremu też coś zostało w magazynku i przy Plantach, na raz – dwa – trzy, odsłoniliśmy plandekę.

Taniec zwycięstwa po przejściu do cywila

Po serii z dwóch kałasznikowów, jakiś starszy mężczyzna spadł z roweru, na ulicy zrobiło się zamieszanie, a my mieliśmy wielką frajdę. Dostaliśmy za ten wybryk ostrą naganę i dwa tygodnie sprzątania magazynów studium wojskowego, co było w pełni zasłużoną karą.

Napisałem o tym szczeniackim numerze, ponieważ przypomniało mi się, że na ostatnim roku studiów znowu pojawił się motyw strzelania, tym razem ostrą amunicją. Był marzec 1968 roku, do studentów, którzy w Żaczku konspirowali przeciw nadużyciom komunistycznej władzy, przeniknęli prowokatorzy bezpieki. Pamiętam obcego, młodego mężczyznę (rozpoznałbym go jeszcze dziś), który mocno namawiał nas do wyłamania drzwi w magazynach z bronią studium wojskowego UJ i do użycia jej w czasie demonstracji, przeciw milicji. Na szczęście nikt gada nie posłuchał.

Zanim rozpoczął się tamten trudny okres, było jeszcze trochę miło. W czasie wakacji, w Międzyzdrojach, poznałem Magdę z Warszawy, studiowała na SGPiS. Zaczęły się wyjazdy do stolicy, razem chodziliśmy na spektakle kabaretowe, do Dudka, Owcy, STS- u. Mieszkała na Targówku, w ładnej willi z ogrodem, poznałem jej sympatycznych rodziców. Czasami przyjeżdżała do Krakowa, wtedy zabierałem ją do Teatru Stu, Krzysztoforów, Jamy Michalikowej. Był i stary hotel w Tomaszowie Mazowieckim, leżącym mniej więcej w połowie drogi między dwoma stolicami. Szlagier o nazwie Tomaszów – słowa Julian Tuwim, muzyka Zygmunt Konieczny – śpiewała wówczas Ewa Demarczyk, gwiazda kultowej Piwnicy Pod Baranami, nie mogliśmy tam więc nie pojechać. Pamiętam nasze rozczarowanie senną mieściną, jednak poeta miał prawo się nią zachwycać. Stamtąd pochodziła jego ukochana żona, Beatrycze – „Panna, Madonna, legenda tych lat”.

02Magda-TomMazZ Magdą w Tomaszowie Mazowieckim

Nie napiszę, że byłem w Magdzie zakochany po same uszy, bo zaraz ktoś powie, że to u mnie nic nowego. Moja mama ją w każdym razie lubiła i chyba nie miałaby nic przeciw naszemu małżeństwu. Kiedy w 1968 r. posadzono mnie na Montelupich, Magda napisała do niej list z prośbą, żeby powiedziała mi, że kończy ze mną znajomość. Mama nie zrobiła tego, zaś ów dokument znalazłem wśród rodzinnej korespondencji dopiero parę lat temu. Verba volant, scripta manent, słowa ulatują, pisma pozostają. Ktoś mi później powiedział, że po studiach wyjechała do Paryża, tam wyszła za mąż i wzięła za konserwację zabytkowych mebli, ale wtedy był to już dla mnie czas przeszły dokonany.

Ponieważ sąd uniewinnił mnie od zarzutu działania na szkodę władzy ludowej (Papierowych rycerzy ciąg dalszy), po wyjściu z więzienia mogłem wrócić na uczelnię. Dokończyłem studia i obroniłem pracę magisterską. W Chorzowie, na Wesołej, gdzie dawno nie byłem, mój niemłody już dziadek Erwin powiedział mi jedno, gorzkie zdanie, którego nie zapomnę: jak oni mogli grozić, że wam pogruchoczą kości, nie takiej Polski chciałem, żałuję, że byłem powstańcem. Była to aluzja do marcowego wystąpienia Edwarda Gierka na wiecu w Katowicach, w którym zapowiadał twardy kurs przeciw opozycji. Zapewniłem dziadka, że nie dam sobie zrobić krzywdy, ale on myślał pewnie o kruchości ludzkiej egzystencji i nietrafności życiowych wyborów w skali ogólnej.

Był na emeryturze, chorował i na przykład wielu pracom remontowym w domu nie mógł już podołać, całe gospodarstwo pozostawało praktycznie na głowie babci, a o sprzedaży posesji nie chciał nawet słyszeć. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem cholernym egoistą. Pojawiam się w Chorzowie raz na jakiś czas, przyniosę węgla z piwnicy, narąbię drewna, trochę posiedzę i już mnie nie ma, znikam w swoim wygodnym świecie. Kiedy mój dziadek Erwin zmarł i dwaj pracownicy zakładu pogrzebowego wynosili z mieszkania trumnę, w przedpokoju dźwignęli ją trzykrotnie pod sufit i powiedzieli: gospodorz, pożegnejcie się z domem! Taki był koniec adresu na Wesołej 5. Dom został szybko i tanio sprzedany, babcia z ciocią Irką kupiły dwupokojowe mieszkanie w Tychach i życie potoczyło się dalej, uboższe o jednego bliskiego człowieka.

P.S. Dziękuję Krystianowi Cichowskiemu, że w 16 odcinku tej opowieści skorygował imię naszego wychowawcy ze Słowaka, prof. Brzozy, które brzmi Janusz.

W harcerstwie podczas wojny (5)

To już ostatni odcinek wspomnień Karusi z czasów II wojny. Kolejny nieopublikowany w książce Harcerki. Relacje i wspomnienia. Za tydzień umieszczę tu jeszcze, też zaczerpnięty z Archiwum Akt Nowych w Warszawie, tekst o opiece nad rozbisurmanionymi chłopakami w Warszawie na ulicy Chmielnej 26 tuż po zakończeniu działań wojennych w roku 1920.

A jako przerywnik notatka znaleziona w Przeglądzie Pedagogicznym z lutego 1929 roku.

karusia-wycieczki1 karusia-wycieczki2
Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

O niektórych naszych dzieciach

M A R E K

Marka zabrałyśmy ze schroniska dla dorosłych uchodźców z Warszawy, które było w jednej z willi Konstancina. Doszły nas bowiem wiadomości, że dziecko jest w bardzo złych warunkach. Istotnie zastałyśmy 3-letniego malca okutanego w szmaty, siedzącego na kolanach babki. Staruszka była tak niedołężna, że nie potrafiła w trudnych warunkach wywalczyć dla dziecka choć trochę ciepłej wody do umycia. Dzieciak był dosłownie zjadany przez wszy. Miejsca znajdujące się w zasięgu rączek były rozdrapane do krwi, a tam, gdzie nie mógł dosięgnąć – wszy siedziały jedna przy drugiej. Oczywiście dokładna kąpiel, ostrzyżenie główki i spalenie całego ubrania było pierwszym zabiegiem naszych młodych opiekunek dzieci. Czym było karmione to dziecko można sobie wyobrazić, skoro pierwszy kubeczek osłodzonej bawarki został przyjęty okrzykami „doble, bajdzo doble”. Marek był na ogół miły, rozmowny i rozgarnięty, tylko bardzo trudno było go nauczyć żeby „wołał” w porę.

W pierwszych dniach maja zgłosiła się po Marka powracająca z Niemiec matka.

M A N I U Ś

Brzdąc miał dopiero kilkanaście miesięcy. Przysłano go do nas razem z jego starszą 6-letnią siostrzyczką. Mała opiekowała się bratem ze wzruszającą troskliwością, a miała przy tym ruchy i gesty dorosłej wieśniaczki, co przy jej wymiarach wyglądało wprost śmiesznie. Ponieważ Maniuś był za mały jak na nasze warunki, zaczęły się staranie o umieszczenie go w rodzinie. Wskazano mi adres w Konstancinie, gdzie podobno ktoś chciał wziąć dziecko. Zastałam w ładnej willi matkę z młodą córką. Obraz wojennego nieszczęścia. Mąż młodej kobiety zginął – nie dopytywałam się w jakich okolicznościach. Maleńki, roczny synek umarł na jakąś infekcyjną chorobę. Młoda matka była zupełnie apatyczna, nie odzywała się ani słowem całkowicie zasklepiona w swojej rozpaczy. Natomiast starsza pani mówiła bez przerwy, miotając się nerwowo po pokoju. Z jej chaotycznej nieco mowy zrozumiałam sytuację. Matka wyobraziła sobie, że obce dziecko zastąpi córce zmarłego synka i pozwoli jej powrócić do życia. Po kilku dniach przyszła do nas, porwała Mańka na ręce, zachwycała się nim głośno. Jednak, skoro poznałam już sytuację tej tragicznej rodziny, postanowiłam twardo nie oddać tam dziecka. Biedna matka łudziła się tylko, że obce dziecko pomogłoby córce. Należało się raczej obawiać, że młoda kobieta znienawidzi dzieciaka za to, że żyje, skoro jej synek musiał umrzeć. Nasze wychowawczynie męczyły się więc czas jakiś z Mańkiem, aż na szczęście odnaleźli się jacyś dalecy krewni, którzy zabrali dzieci do Lublina.

Kordula2

K O R D U L A

Naprawdę nazywała się inaczej – Urszula-Krystyna. Ale druhna Kalina tak ją przezwała, jak tylko przyniesiono nam zawinięte w kocyk półroczne dziecko.

Kordula była urocza. Zdrowiutkie, okrągłe niemowlę o śniadej skórze i czarnych oczkach. Była nieślubnym dzieckiem młodej dziewczyny z inteligenckiego środowiska i przedstawiciela jakiejś obcej nacji. Matka zginęła w powstaniu, a maleńką ktoś przywiózł do Konstancina i tak dostała się do nas. Ogromnie się nam podobała. Miała prześmieszny obronny ruch rączki, kiedy się ją brało na rękę, ruch który robił wrażenie, że chce dać ci po buzi. Więc zaczęłyśmy hodować Kordulę. Trzeba było w tym celu użebrać co dzień choć z pół litra mleka dla Korduli, wyskrobać trochę cukru, nie można wszak było karmić Korduli kartoflanką i kapuśniakiem jak resztę dzieci. Mimo naszych starań okazało się po tygodniu, że Kordula straciła na wadze. Po następnym tygodniu – to samo. Wtedy postanowiłyśmy oddać Kordulę w lepsze warunki. Siostry Szarytki miały duży dom dla podrzutków i sierot w Klarysewie i tam zawiozłyśmy małą. Okazało się jednak, żeśmy dla niej źle zrobiły. Niedługo potem w Klarysewskim domu wybuchła jakaś epidemia i biedna Kordula znalazła się w liczbie tych dzieci, które jej nie przeżyły.

Sady pradziadka

Bardzo mi miło, że zostałem zaproszony do tego blogu.

Przeglądając archiwa (i nie tylko) zaznaczyłem już rzeczy, które mogłyby tu zostać przywołane, opublikowane, z którymi chciałbym się podzielić – i nie tylko chodzi tu o sprawy muzyczne.

Od dawnych lat leży mi na sercu działalność – nazwijmy to pro publico bono – zawsze wydawało mi się, że jest wiele do zrobienia, właściwie – nieskończenie wiele – jeśli chodzi na przykład o namawianie ludzi z pasją, aby tę pasję przekazali innym – inspirowali, podzielili się doświadczeniami, a nawet pocieszyli kogoś, kto chwilowo nie ma siły, aby się swoją pasją z kimkolwiek dzielić.

To jednak na razie temat na następny wpis. Dziś…

Andrzej Rejman

Na Litwie

Dziś chciałbym się podzielić moimi świeżymi wrażeniami z krótkiego pobytu na Litwie, gdzie mój pradziadek Adam Doktorowicz-Hrebnicki miał piękny sad, w którym wyhodował do dziś znane odmiany jabłek. Na przykład “Ananas Berżenicki” – najulubieńsza odmiana jabłek Marszałka Piłsudskiego! (Jak pisze w swoich wspomnieniach Tomasz Zan, prawnuk “Promienistego”…)

Uwaga od Redakcji – tekst przysłany przez Andrzeja Rejmana nie pokazywał tego jabłka, wtrącam się więc, ale zaraz z powrotem oddam głos Autorowi.

Na stronie internetowej Stare odmiany znajduje się opis tego jabłka: Odmiana znaleziona na Wileńszczyźnie w Berżenikach koło Dukszt przez prof. Hrebnickiego jako siewka nieznanej odmiany. Owoce są duże lub bardzo duże, kulisto-stożkowate, lekko zwężające się ku kielichowi, delikatnie żebrowane. Skórka mocna, błyszcząca barwy zielonkawożółtej pokryta delikatnym, rozmytym, różowym rumieńcem. Miąższ kremowy, zwarty, po dojrzeniu kruchy, mało soczysty, winno-słodki, lekko aromatyczny. Dojrzałość owoce osiągają w pierwszej połowie sierpnia. Możliwe jest ich przechowywanie do końca września, szybko ulegają rozpadowi. Owoce typowo deserowe. Drzewa rosną bardzo silnie, tworząc kuliste, średnio zagęszczone korony. Późno wchodzą w owocowanie. Są wytrzymałe na mróz i mało podatne na choroby.

***

Pojechaliśmy z małżonką samochodem do Kowna, gdzie w tamtejszym Instytucie Sadownictwa znajdują się bogate zbiory archiwalne – rękopisy, listy, książki Adama Hrebnickiego. Jest tam piękny manuskrypt wielkiego dzieła pradziadka, które zostało wydane w 1906 roku – ATLAS OWOCÓW, jedno z najważniejszych w owym czasie fachowych wydawnictw tego typu na świecie. Wydane zostało w języku rosyjskim, ale Adam Hrebnicki był uczonym polskim, co zawsze podkreślał.

Poniżej link do stworzonej przez rodzinę strony o pradziadku: http://www.adamhrebnicki.com/index_pl.html

Czytamy tam: W 1886 roku Adam Hrebnicki ożenił się ze Stanisławą Stankiewiczówną, córką Jana i Konstancji z Bejnarów, właścicieli majątku Berżeniki, w powiecie święciańskim, na ziemi wileńskiej. Panna młoda wniosła w posagu część majątku Berżeniki, folwark Staniszki, w 1891 roku nazwane przez Hrebnickiego Rajem.
Folwark Raj został planowo podzielony na kwatery po 100 drzew jabłoniowych w każdej. Drzewa jabłoniowe niskopienne wyprowadzane na pniach, wysokości od 1/2 do 3/4 arszyna, (ok 36-54 cm) uszlachetniane były zrazami, sprowadzanymi przez Hrebnickiego z Warszawy, Zaleszczyk, Rygi, Kijowa, ze środkowej i północnej Rosji i z Ameryki.
Była tu także duża kolekcja dzikich drzew jabłoni ze wschodniej Syberii. Tak powstał jedyny w swoim rodzaju sad pomologiczny w Polsce, obejmujący 512 odmian jabłoni i 256 odmian grusz.
Sad ten stał się terenem bogatych obserwacji i doświadczeń praktycznych, stworzył podstawę do licznych publikacji, opracowań monograficznych i podręczników.

***

Litwa jest pięknym krajem, mimo że patrzymy na ten kraj często przez pryzmat Unii polsko-litewskiej, Litwini bardzo dbają o podkreślanie swojej odrębności kulturowej – w końcu język jest zupełnie dla nas niezrozumiały, a pewne szczegóły (to właściwie zadanie dla antropologa kultury) zbliżają ją wyraźnie do krajów skandynawskich.

Tam nie ma wysokich płotów przy domach na wsi!!! Jak w Skandynawii!

I jest Święto Pieśni, obchodzone z wielką pasją, i zaangażowaniem.

Wszyscy śpiewają w tym dniu…!

Załączone zdjęcia nawiązują do naszych korzeni rodzinnych i przedstawiają moją rodzinę od strony mamy, czyli – Adama Hrebnickiego…

rejman-gra-na-instrumentachWacław Stankiewicz i Adam Hrebnicki
Wacław gra na cytrze.

rejman-gra-na-instrumentachRodzina Hrebnickich i Stankiewiczów w sadzie pradziadka – pierwszy z lewej Adam Hrebnicki, szósta z lewej Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Zana “Promienistego”, a piąta z prawej – Julia Hrebnicka, później Rejmanowa – moja mama.

Autor obu zdjęć powyżej: Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki.

W górę rzeki (18)

Zbigniew Milewicz

Szaleństwa młodości

Chyba nie odpowiedział mi na ten list; adres miałem z biura meldunkowego, musiał się zgadzać. Napisałem więc do ojca jeszcze raz, tym razem informując go, że na letnie wakacje wybieramy się z mamą do Międzyzdrojów, to niedaleko od niego i mógłbym przyjechać do Szczecina-Dąbia. Podobnie, nie otrzymałem odpowiedzi. Przyszło lato, któregoś dnia wsiadłem w Międzyzdrojach w pociąg, pojechałem do Dąbia i metodą koniec języka za przewodnika dotarłem na ulicę Goleniowską.

Pamiętam, że tabliczka z moim nazwiskiem na drzwiach mocno mnie wzruszyła, ale postanowiłem trzymać fason. Drzwi otwarła drobna blondynka, powiedziałem, kogo szukam, wskazała na łazienkę koło przedpokoju. Szczupły, wysportowany mężczyzna w szortach obrzucił mnie badawczym spojrzeniem: Pan kto ? Syn Zbyszek – odpowiedziałem. Skurczył się jakby w sobie, zamrugał powiekami, powtórzył moje imię i zmienionym głosem powiedział, że nie spodziewał się… Kazał żonie wprowadzić mnie do pokoju. Wyglądało na to, że nie otrzymał ode mnie żadnego listu. Zajmowali parter w poniemieckiej willi, w jednym pokoju ganiał jakiś chłopak, przypuszczałem, że to mój młodszy brat po mieczu ( później okazało się, że był nim najmłodszy Edward ). W drugim, gościnnym, stała komoda, tapczan, stół z krzesłami i fotel, w którym ojciec po wyjściu z łazienki sobie usiadł i polecił żonie, żeby założyła mu buty. Był ubrany w elegancki garnitur, butów sobie sam nie zawiązywał, ponieważ – jak mi na poczekaniu wyjaśnił – cierpiał na bóle kręgosłupa. Wskazał żonie stół, jeden gest, żadnego słowa. Sprawnie i szybko nakryła go białym obrusem, z kredensu wyjęła zastawę i poszła do kuchni.

Tak pysznej sałatki pomidorowej, jaką przyrządziła, jeszcze nie jadłem. Ojciec wniósł do pokoju kryształową karafkę ze spirytusem, rozcieńczonym wodą, napełnił kieliszki i wzniósł uroczyście toast, za nasze spotkanie synu. Ucztowaliśmy tylko we dwóch, małżonka ojca, Celina, milcząco nam usługiwała. Napełnił ponownie karafkę, trunek był jeszcze mocniejszy niż poprzednio, ale zupełnie nie czułem jego działania. Myśli miałem klarowne, kontrolowałem, co mówię, a ojca interesowało, jak żyję ja, a co robi i jak wygląda moja mama, pochwalił, że studiuję w Krakowie. Sam o swoim życiu prawie nie mówił. Utrzymywał siebie i rodzinę z reperowania starych samochodów, które później sprzedawał, finansowo było to słabo opłacalne. Celina urodziła mu trzech synów, Ryszarda, Mariusza i Edwarda, czyli w sumie miałem czterech braci po mieczu, doliczając Zdzisława, najstarszego z nas. Powiedział, że często myślał o mnie i o mamie, jak nam się wiedzie na Śląsku i chciał płacić mi alimenty, które zasądził sąd, ale nigdy nie było z czego.

Nurtowało mnie także, czy prawdą było to, co w swoim czasie ciocia Maria, siostra ojca, opowiedziała mojej mamie. Mianowicie, że faktycznym ojcem trójki dzieci babci Urszuli był pewien hrabia, któremu ona prowadziła dom. Małżonka chlebodawcy cierpiała na bezpłodność i kiedy, jako drugi urodził się mój ojciec, hrabia tylko jemu dał swoje nazwisko (z wileńska wymawiało się to dźwięczniej, naźwisko ), aby ród Milewiczów nie zaginął. Ciocia Maria i jej siostra Stasia nie dostąpiły tego zaszczytu. Historia brzmiała dla mnie bardzo powieściowo (choć oczywiście na hrabiowski tytuł bym się nie obraził) i kiedy powtórzyłem ją ojcu, zaprzeczył, jakoby choć trochę miała być prawdziwa. Jego zdaniem, ciocia Maria zawsze miała wybujałą wyobraźnię. Na ścianie w gościnnym pokoju wisiała siemistrunnaja gitara ojca, poprosiłem, żeby na niej coś zagrał, ale już nie pamiętam, czy to zrobił. Dobrze się czułem w jego progach, emanował życzliwością, ale przecież kiedy powiedział, że spodziewa się, iż zagoszczę tutaj przynajmniej kilka dni, zobaczę jego przydomowy warsztat pracy, może w czymś mu pomogę, wymówiłem się. Chciałem wracać do Międzyzdrojów.

Wieczorem podziękowałem za gościnę, odprowadził mnie na stację, ponownie mieliśmy się spotkać za kilka dni w Międzyzdrojach. Tym razem we trójkę z mamą. Nie wiem, kto wpadł na ten niefortunny pomysł, ojciec czy ja. Rozmowa na plaży się nie kleiła, siedzieli obok siebie jak obcy sobie ludzie. Poszliśmy do restauracji coś zjeść, płacił ojciec, na odjezdnym powiedział, że znowu nas odwiedzi. Dawał mojej mamie do zrozumienia, że chętnie ponownie związałby się z nią, ale co zamierzał w takim razie zrobić ze swoją obecną rodziną, tego nie mówił. Ulubiona maksyma mojego ojca brzmiała: dopóki u człowieka siły witalne są, powinien rodzina zakładać. Wygłosił ją do nas, stojących na peronie, z okna odjeżdżającego pociągu, tym swoim głębokim, melodyjnym głosem, który nie pozostawiał cienia wątpliwości, że jest dokładnie tak, jak mówi. Chyba więc szczęśliwie dla wszystkich do kolejnego spotkania we troje już nie doszło.

Do domu z uczelni przyjeżdżałem średnio dwa razy w miesiącu. Zawoziłem brudne ciuchy, wracałem z czystymi, z wałówą i pieniędzmi od mamy na czynsz i życie w Krakowie. Na II roku zmienił nam się adres, mama dostała dwupokojowe mieszkanie spółdzielcze przy ulicy Dębowej w Tychach. Od III roku studiowanie stało się dla mnie przyjemnością, ubyło nauki, a przybyło wolnego czasu, który mogłem spożytkować choćby na śpiewanie w chórze akademickim UJ, którym dyrygował Stanisław Has, albo na działalność w teatrze studenckim. Co prawda wystąpiłem tylko w jednej sztuce, w Wariacie i zakonnicy Witkacego, wyreżyserowanej przez Łukasza Jasielskiego, ale co to była za rola! Zagrałem pielęgniarza, chyba Pafnucego, który w pewnym momencie sam wariuje i w końcowej scenie zawisa na podwyższeniu, w pozie Ukrzyżowanego. Dzisiaj myślę, że scena ta była zbyt naturalistycznie zagrana, ale wtedy wyznawałem zasadę: im mocniej tym lepiej.

Na III roku zacząłem waletować, nie byle gdzie, bo w Domu Studenckim UJ Żaczek, przy ul. 3 Maja, którym kierował legendarny Jan Buszek, postać godna oddzielnego tekstu, poza tym cyklem. Później udało mi się zalegalizować pobyt w akademiku. W Żaczku nauczyłem się grać w brydża i poznałem gorzki smak pokera. Poznałem też sporo fajnych, ciekawych ludzi – komicznego Jurka Kowalskiego, zwanego powszechnie dziadkiem, który studiował prawo, Wieśka Fiszera z psychologii, serdecznego Andrzeja Rygorowicza, też z psychologii, który był poza tym utalentowanym plastykiem, Bogdana Barwińskiego, z nim chodziłem po Tatrach, porąbanego rusycystę Szulkina… Straty finansowe w pokerze odrabiałem, albo i nie, w studenckiej spółdzielni pracy, która także nazywała się Żaczek. Tam nauczyłem się niestety trochę oszukiwać. Głównie świadczyłem usługi w zakresie szorowania różnych hal fabrycznych po malarzach, a przekręty polegały m.in. na mnożeniu przerobionych powierzchni, co było często stosowaną praktyka, więc jak natrafiała się ku temu okazja, nawet nie wypadało stosować równania 2+2=4. Najciekawsze było, że w tej spółdzielni pracowali przeważnie przyszli prawnicy, wśród których obracałem się w akademiku. Nigdy później w życiu nie wiodło mi się finansowo lepiej jak w tamtym okresie. Stać mnie było z kolegami na wynajęcie nocą taksówki do Zakopanego, na dancingi w Feniu, albo Cracovii. Kiedy kupiłem mamie na urodziny, na bazarze, piękny, drogi materiał na sukienkę, byłem dumny, że mnie stać.

Pewnego dnia Wieśkowi Fiszerowi udało się znaleźć w jakiejś podkrakowskiej stodole, pod stertą słomy, poniemiecki, terenowy samochód marki Volkswagen Kübelwagen, który podobno miał za sobą udział w kampanii Rommla w Afryce. Złożyliśmy się w kilka osób i za dwa tysiące złotych staruszek był nasz. Wiesiek został oficjalnym właścicielem, wyremontował silnik i po miesiącu już jeździliśmy nim po Krakowie, budząc zrozumiałe zainteresowanie. Celem eskapad były głównie żeńskie akademiki, skąd zabieraliśmy na wycieczki najładniejsze studentki. Wiesiek miał łeb do interesów, ubrany we frak i cylinder, woził młode pary do USC, a kiedy Janusz Morgenstern zaczynał kręcić w Krakowie kolejny odcinek Stawki większej niż życie, podpisał umowę o statystowanie z samochodem w filmie. Dziadkowi, który był świńskim blondynem i na różnych imprezach studenckich znakomicie parodiował przemówienia wodza III Rzeszy, także udało się załapać na statystę do filmu. Został szeregowym żołnierzem Wehrmachtu, w przerwach między zdjęciami chodził we wrogim mundurze po krakowskim rynku i kiedy łyknął sobie trochę piwa, to się ku uciesze przechodniów po swojemu wygłupiał.

volkswagenMorskieOkoPod Wodogrzmotami Mickiewicza, autor z przyjaciółmi i weteranem szos…

Pewnego tygodnia zdjęcia zakończyły się już w piątek, do poniedziałku rana był czas, żeby wypróbować auto na dłuższej trasie, chociaż zgodnie z umową, pod groźbą finansowych restrykcji, Wieśkowi z rekwizytem nie wolno było opuszczać Krakowa. Pojechaliśmy całą paczką do Bukowiny Tatrzańskiej. Weteran spisywał się na trasie bez zarzutu, rozpędzał do ponad setki, choć trochę miał problemy z hamulcami, ale bezpiecznie zajechaliśmy na miejsce. Zaparkowaliśmy auto w obejściu Franka i Marysi Surówków, którzy znali mnie od dziecka, daliśmy im kluczyki, z przykazaniem, żeby nam ich już dzisiaj pod żadnym pozorem nie wydawać i poszliśmy na dancing do Janosika. To była magiczna knajpa, także zasługująca na oddzielną opowieść. Wspomnę tylko, że grała w niej najlepsza na świecie, cygańska orkiestra, która tak potrafiła wejść człowiekowi w duszę, że gotów był ją diabłu sprzedać, byle tylko jeszcze raz usłyszeć Czardasza Montiego, solo na skrzypcach. Kelnerki w lokalu nie mogły później nadążyć z trunkowymi zamówieniami i takiego to właśnie szalonego wieczoru wydarzył się wypadek.

Jakim cudem udało się Wieśkowi odpalić samochód, tego nie wiem. Do środka weszli Szulkin, dziadek i jakieś dwie młode góralki, które mieszkały w Białce i szarmancki kierowca, nie bacząc na swój stan nietrzeźwości, postanowił odwieźć je do domu. Ja wcześniej poszedłem spać do zaprzyjaźnionych gazdów, więc o wszystkim dowiedziałem się dopiero rano. Na drodze prowadzącej zakosami ostro w dół w pewnym momencie wysiadły reflektory. Kierowca myślał, że droga skręca w prawo, a było odwrotnie. Weteran w bojowym stylu pokonał stromy stok, przeleciał nad żerdką pola i wpadł chłopu do stodoły. Widocznie stodoła była mu jednak sądzona. Wrak długo później stał tam jeszcze, górale pokazywali to z drogi turystom, jako miejsce cudu, bo taki straśny wypadek, a nikomu nic się nie stało… Wieśkowi tylko stłukło się jedno szkło w okularach. Naturalnie mieliśmy później problemy z miejscową milicją, a w Krakowie z kierownikiem produkcji filmu, ale ostatecznie wszystko udało się załatwić polubownie. Takie wtedy były czasy.

Przenikania w barze “Zakątek”

Poszłam w Warszawie do baru Zakątek na Daniłowiczowskiej. Nie ma szyldu, tylko kartka w oknie. Schodzi się do piwnicy, idzie po ciemnych korytarzach, gdzie pojawiają się nieoczekiwane progi lub stopnie. W barze stoliki pokryte ceratą, za barem tęga bufetowa o donośnym głosie. Co za cudowna maszyna czasu! Pyszne domowe pierogi z kaszą gryczaną i barsz w kubku. Jakiś klient właśnie zjadł w tempie ekspresowym i wychodzi. Jestem sama, gawędzę z bufetową, dopóki nie wejdzie kolejny gość, jakaś potargana kobieta. Dlaczego pani taka potargana?, pyta bufetowa. Bo wiatr, odpowiada kobieta. Bufetowa szykuje placki z jabłkami dla potarganej pani, a my zaczynamy pogawędkę. Muszę się uczesać, mówi kobieta, dziś będzie wieczór poświęcony pamięci mojego męża. A kim był?, pytam zainteresowana. Redaktor bloga musi być zawsze czujny. Poetą. Był poetą, napisał Uwięzioną jaskółkę. Nazywał się Kazimierz Szemiot. Nazwisko mi nic nie mówi, choć wiem, że powinno, ale Jaskółka i owszem. To śpiewał Stan Borys?, pytam. Tak. Wiem, pamiętam. W zeszłym roku Jaskółka uzyskała bardzo wysokie miejsce w jakimś plebiscycie, mówię. Na 40-lecie Opola, odpowiada kobieta.

Przed wyjściem zostawiam pani Szemiot wizytówkę bloga. Może ją zainteresuje, może coś przyśle. W dwa dni później mail z Warszawy.

Szanowna Pani!
Wczoraj moja znajoma, wdowa po malarzu i poecie Kazimierzu Szemioth’cie – WANDA SZEMIOTH – przekazała mi wizytówkę Pani. Zajrzałem – na Pani blog – mnóstwo ciekawych rzeczy!
Pozwalam sobie przesłać trochę muzyki do ewentualnej ilustracji/zamieszczenia/… itp

Zamieszczam i piszę do autora maila z prośbą o kilka słów o sobie, dodając słowo PILNE. Przysłał.

Andrzej Rejman

Transitions


Urodziłem się w 1956 roku w Warszawie.
Dzieciństwo i młodość spędziłem “w Ursynowie” (jak się kiedyś mówiło, a nie “NA Ursynowie”, jak się mówi teraz).
Chodziliśmy z mamą na spacery na tzw ursynowską skarpę, skad przyglądałem się godzinami wędrującym chmurom. Czasami przeleciał samolot, a jego dźwięk, najpiew wysoki, potem coraz niższy i niższy, był jak  łagodna muzyka, współgrająca z delikatnym istnieniem otaczającej przyrody.
Gdy miałem lat sześć, a może siedem, kupiono mi pianino i zacząłem mozolnie uczyć się grać. Granie z nut nie przychodziło mi łatwo, bo koniecznie chciałem coś zmienić, coś poprawić, dodać jakiś nowy,”swój”dźwięk. Moja nauczycielka muzyki, pani profesor Nela Gniazdowska, przyznając, że mam słuch absolutny, powątpiewała w moją karierę, mówiąc, że uznaję jedynie muzykę “bez kanonów”.
Sama wychowana na wzorcach klasycznych nie lubiła i nie rozumiała eksperymentowania w muzyce. Słuchałem wtedy “Mazowsza” i chodziłem na koncerty dziecięce do Filharmonii.
Dużym przeżyciem był dla mnie występ Edwarda Auera, laureata jednego z Konkursów Chopinowskich.
W tym mniej więcej czasie napisałem swoja pierwszą piosenkę. Była to piosenka o Warszawie – na jakiś konkurs. Niestety nagrody nie zdobyłem, ale odtąd pisałem już piosenki.
Potem studiowałem na SGGW w Warszawie. Ojciec mój uważał bowiem, że trzeba mieć jakiś konkretny zawód, a muzykę należy traktować jako hobby. Studia wspominam mile, bo założyłem wtedy piewszy prawdziwy zespół muzyczny i wiele koncertowaliśmy.
Byłem wówczas zafascynowany muzyką jazzową i jej odmianami z domieszką muzyki rockowej i popularnej.
Pierwszym  moim “poważnym” nagraniem była piosenka dla Stanisława Wenglorza do słów Małgorzaty Maliszewskiej. Piosenkę nagraliśmy pod kierownictwem Ryszarda Sygitowicza w studio Polskich Nagrań przy ul. Długiej w Warszawie.
Czułem jednak, że moja muzyka dobrze współbrzmiałaby z obrazem i namówiłem przyjaciela, Jacka Bąka, który pracował wtedy w Poltelu, aby zrobić coś wspólnie do filmu. Tak powstało ponad 30 ścieżek dźwiękowych do filmów dokumentalnych, zrealizowanych przez różnych reżyserów głównie (ale nie tylko) dla Telewizji Polskiej.
Filmem, który wspominam bardzo miło, był dokument o Wandzie Rutkiewicz, zrealizowany niedługo przed jej śmiercią. W międzyczasie nagrałem również płytę z Markiem Surzynem dla wytwórni Veriton.
Na początku lat dziewięćdziesiątych, będąc z prozaicznych powodów mocno zaangażowany w tzw “produkcję reklam dźwiękowych”, poczułem pierwszy raz potrzebę napisania czegoś, co byłoby inne niż cały otaczający mnie zgiełk.
Tak powstał szereg moich utworów, łączących stylistyczne elementy jazzu, muzyki filmowej oraz muzyki współczesnej.
Ten kierunek jest mi najbliższy.

Andrzej Rejman, lipiec 2001

P.S. Potem jeszcze wydarzyło się mnóstwo ciekawych rzeczy, które opiszę kiedy indziej. Na razie pospiesznie wysyłam to, co znalazłem w archiwach:-)
***
I oczywiście Jaskółka. Dla przypomnienia, dla pana Kazimierza i pani Wandy.

Kazimierz Szemioth
“Jaskółka uwięziona”

Jaskółka czarny sztylet, wydarty z piersi wiatru
Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką
Jak śmierć kamienna bryła
Jak wyrok naw prostokąt

Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
Tnie jak czarne nożyce lęk który ją ogarnia

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Zwabiona w chłód katedry przestroga i modlitwa

Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą
Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant wrzucony tu przez diabła

Na wieczne wirowanie na bezszelestną mękę
Na gniazda nie zaznanie na przeklinanie piękna

Stan Borys – Jaskółka uwięziona (Opole 1973)

W harcerstwie podczas wojny (3)

Karusia2Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Wyprawa po koks i wyprawa po ziemniaki

Wyprawa po koks

Było to w styczniu 1945 r. Nasz „internat” dla warszawskich dzieci zostawionych bez opieki podczas powstania, urósł od sierpnia do 50 sztuk. Coraz trudniej było nam wyżywić tę gromadkę. Ofiarność społeczeństwa miejscowego, bardzo żywa w sierpniu i wrześniu 1944 r. do stycznia wygasła już doszczętnie. Karusia-koks-ziemniaki1Żyliśmy wyłącznie ziemniakami i jarzynami, jakie przydzielili nam Niemcy jesienią. Najgorzej jednak wyglądała sprawa opału. Przy największych oszczędnościach wypaliliśmy już zapas koksu jaki był w naszym domu /w Anusi/, oraz z trudem wydostane resztki koksu z „Piasków”. W styczniu koks kończył się ostatecznie, a mrozy zaczynały się na dobre. Poinformowano nas, że są duże zapasy w pobliskiej papierni „Mirków”, ale trzeba mieć od Niemców pozwolenie na otrzymanie stamtąd koksu. Wydostaliśmy drogą skomplikowanych wywiadów adres tego oficera niemieckiego, który był „komercyjnym zarządcą „Mirkowa”; miało się go znaleźć w Zalesiu Górnym. Chociaż więc funkcja „proszenia Niemców” nie należało do przyjemnych obowiązków, jednak nikt prócz mnie nie mógł tego się podjąć, ponieważ tylko ja z całego personelu umiałam po niemiecku. Wczesnym rankiem wybrałam się w pieszą wędrówkę do Zalesia. Drogę wystudiowałam na mapie, więc nie miałam trudności z jej znalezieniem, ale było daleko i krótki zimowy dzień już się kończył, gdy dobrnęłam wreszcie do Zalesia.

Osiedle było dosłownie naszpikowane wojskiem. W laskach i zagajnikach stały armaty, karabiny maszynowe i wozy z amunicją. Wokół kręciło się mnóstwo żołnierzy. Musiałam jednak dopytać się o willę, w której mieszkał komisarz, więc zaczepiłam o to żołnierzy, bo nikogo cywilnego nie było widać na drodze. Oczywiście nie pierwszy, ale któryś z rzędu wskazał mi drogę. Drzwi willi były otwarte. Weszłam do komfortowego lokalu; dywany, kwiaty, lampy, przytulne ciepło. Na dole pilnujący żołnierz objaśnił mnie, w którym pokoju urzęduje poszukiwany oficer. Był to wspaniale urządzony gabinet z biurkiem i głębokimi fotelami. Okno zasłonięte cienką aksamitną storą. Oficer był młody, czyściutki, wylizany. Nie wiem z kolei jakie ja zrobiłam na nim wrażenie. Nosiłam w tym czasie czarny aksamitny płaszcz ze spiczastym kapturem, obszyty srebrnym króliczym futerkiem. Koleżanki twierdziły, że wyglądam w tym jak „żona świętego Mikołaja”. Bez wstępów rozpoczęłam trochę koślawą niemczyzną przemowę do „szanownego komisarza”. Było tam wszystko co potrzeba o niewinnych sierotach, o rurkach centralnego ogrzewania pękających od mrozu i o nieprzebranych zapasach koksu w Mirkowie. Skutek był szybki, ale nieproporcjonalnie mały: dostałam kartkę z poleceniem wydania z magazynu Mirkowa 1 tony koksu.

Karusia-koks-ziemniaki2Było już późno żeby wracać z Mirkowa do domu, przenocowałam więc u Hanki Zawadzkiej w Zalesiu i na drugi dzień po południu wylądowałam w domu. Następnego dnia zaczęłyśmy się rozglądać za środkami przetransportowania owej tony koksu z Mirkowa. Ale wnet okazało się, że starania te są zbędne, a kwitek zacnego oficera nic już nie znaczy: był bowiem już 17 stycznia.

Wyprawa po ziemniaki

W październiku 1944 r. nasz internat dla warszawskich dzieci w Konstancinie otrzymał przydział ziemniaków i jarzyn. Było tego w sumie 1000 kg, ale do odebrania w Szymanowie. Wobec tego że o środki transportu musiałyśmy się starać same, a drogi przez Warszawę i transporty kolejowe były niedostępne, przywiezienie tych ziemniaków z odległości 80 km po bocznych drogach było czystą niemożliwością. Wobec tego wziąwszy cenny kwit do kieszeni wybrałam się do Pruszkowa, żeby wytargować tam zmianę przydziału na składnicę w Piasecznie. Droga do Pruszkowa była w owym czasie dość skomplikowana. Najpierw szło się po południu piechotą do Piaseczna. Stamtąd kolejką podjeżdżało się do stacji Pyry. W Pyrach nocowało się u koleżanki Marysi Z., która miała tam folwarczek. Następnego dnia wczesnym rankiem następowała najważniejsza część podróży, przemarsz piechotą od Pyr do Salomei czyli do linii kolejki elektrycznej. Ten spacer zajmował około 6 godzin, zależnie od stanu dróg. Wtedy były one w stanie nieco mizernym, że mniej więcej w połowie drogi noga ugrzęzła mi tak głęboko w błocie, że wyjęłam ją w skarpetce, a półbucik został wklejony w drogę. Wydobyłam go z trudem, ale okazało się, że tylna część spłaszczyła się tak, że dalszą drogę szłam w jednym pantoflu bez pięty. Karusia-koks-ziemniaki3Wieczorem dobrnęłam do Pruszkowa, gdzie trzeba było znów przenocować, bo za późno już było na urzędy. Pielgrzymka po nich rozpoczęła się nazajutrz rano. Zaczęłam od R.G.O. Tu wytargowałam najpierw parę drewniaków, które zastąpiły mi rozklapane w błocie półbuty. Potem dowiedziałam się, że niestety zmiana adresu otrzymania ziemniaków zależy od przedstawicieli „Herrenvolku”. Poszłam zatem do odnośnego urzędu dyrygującego przydziałem ziemniaków. Wyrecytowałam krótkie ale treściwe przemówienie po niemiecku, na co otrzymałam krótką a treściwą odpowiedź „Alle polnische Weisen können für mich krepieren”. Na razie wyszłam, ale po pół godzinie wróciłam z tą samą przemową. Tym razem otrzymałam wskazówkę: powinnam wyjść od razu za drzwi. Tu nastąpiła dyskusja w tonie coraz gorętszym. W każdym razie oświadczyłam w końcu „nie wyjdę z tego pokoju bez przydziału ziemniaków w Piasecznie”. Pomogło. Nie był to jednak jeszcze koniec „zdobywania ziemniaków”. Po 1,5 dnia trwającej powrotnej pielgrzymce, zaczęłam starania o wozy, któreby ziemniaki z Piaseczna przywiozły. Oczywiście trzeba było znów chodzić do Niemców, bo większość chłopów miała konie zarekwirowane.

Pamiętam szczególnie dobrze wizytę w tej sprawie w szkole gospodarczej w Chyliczkach. Jakiś podoficer niemiecki przyjął mnie tam bardzo życzliwie, powiedział, że mają konie i wozy, wykazał pełne zrozumienie dla konieczności wyżywienia internatu. Ale zanim zdążyłam umówić termin przewozu i odejść, zjawił się jakiś inny Niemiec wyższy szarżą od mego rozmówcy. Ten stanął na baczność, a zapytany wyjaśnił treść mojego życzenia. W odpowiedzi usłyszałam długą litanię wyzwisk pod moim adresem, naszych dzieci, a także uprzejmego rozmówcy podoficera. Było tam jeszcze dużo mówienia o niemieckich rękach przeznaczonych do innych celów niż pomoc dla Polaków. Widząc, że na nic moje starania, zaczęłam po cichu posuwać się ku drzwiom, szczęściem otwartych. Odetchnęłam z ulgą znalazłszy się już za drzwiami. Ale teraz trzeba było wnet znaleźć innych Niemców, do których trzeba będzie iść i prosić o wozy

W górę rzeki (17)

Zbigniew Milewicz

Rok 1963

Licealista początku lat 60 nie miał tak lekko jak dzisiaj jego wnuk, jeżeli chodzi o szkolną dyscyplinę. Nauczyciele zwracali uwagę na schludność wyglądu uczniów, ich fryzury, szkolne tarcze na rękawach ubrań, dziewczyny musiały nosić granatowe fartuszki „do kolan“ z białymi kołnierzykami, a chłopcy, przy większych okazjach – garnitury i krawaty. Te na szczęście były wtedy w modzie. Któregoś dnia doszedł nam nowy rygor: nie ma żadnego chodzenia po kawiarniach i późnym wieczorem po mieście, chyba, że w towarzystwie dorosłych.

Z dyrekcją liceum, która wydała te zarządzenia, nie było sensu ani zwyczaju dyskutować, szkoła miała jeszcze swój autorytet. Można było natomiast próbować obchodzić niewygodne i  – co tu dużo mówić – nieludzkie przepisy. Tarczę mocowało się przy pomocy plastra do agrafki, zamiast przyszywać ją na fest do ubrania, fartuszek koleżanki zostawiały po lekcjach w szatni, skromna bluzeczka znikała w torbie z książkami, a na światło dzienne wychodził seksowny, różowy sweterek, który kuzynka przysłała z RFN. Największą trudność sprawiał  wybór właściwego lokalu na randkę. Kawiarnia Malinowa w ogóle nie wchodziła w rachubę, była zbyt blisko budy i belfrowie lubili w niej bywać. Pozostawała Delta albo Nasza. Kiedyś wybrałem Deltę i miałem pecha, bo ledwo usiedliśmy przy stoliku, a tu wchodzi do kawiarni nasz chemik, prof. Szarszaniewicz w towarzystwie jakiejś kobiety. Udawał, że mnie nie widzi, ale przy najbliższej okazji w szkole nie omieszkał zapytać, co tam robiłem i w czyim byłem towarzystwie. Na szczęście dziewczyna siedziała tyłem do niego i nie mógł widzieć jej twarzy. Skłamałem więc, że to była moja ciocia Irka, za złamanie zakazu groziło obniżenie stopnia z zachowania. Profesor znał ciocię, w swoim czasie także uczył ją chemii, podobnie, jak prof. Jazowy – łaciny. Wtajemniczyłem ją zatem w szczegóły afery i poszła na najbliższą wywiadówkę, zamiast mamy. Ciocia Irka umiała kłamać jak z nut, tylko że stary, kresowy lis też o tym wiedział, niby uwierzył, że to ona towarzyszyła mi w Delcie, ale do końca liceum miałem u niego przechlapane. Hrabia, co psy obrabia – docinał mi, kiedy nie radziłem sobie z ćwiczeniami na lekcjach, ale chemika mimo wszystko nie można było nie lubić.

mama-ciociairka-pomaturzeZ chwilą zdania egzaminu dojrzałości cały ten balast ograniczeń przestał nas, młodych ludzi, obowiązywać. Kiedy przyszedłem ze Słowaka na Wesołą, mama usadowiła mnie na fotelu w gabinecie, uroczyście poczęstowała wawelem z ozdobnej, drewnianej papierośnicy i podała mi kieliszek wina. Pamiętam, że był to tokaj aszu. Domyślała się, że od pewnego czasu podpalam papierosy, a na prywatkach, na które wprawdzie rzadko, ale chadzam, pija się nie tylko oranżadę. Było mi wtedy – pamiętam – bardzo niezręcznie z tymi atrybutami dorosłości.

Mama i Ciocia Irka ze świeżo upieczonym maturzystą

Na temat mojej przyszłości w domu nie rozmawialiśmy. Mama niczego mi nie sugerowała, nawet swoją ulubioną metodą między wierszami , chciała, żebym sam podjął decyzję, a ja do końca nie wiedziałem, co chcę robić. Najpierw postanowiłem, że złożę podanie do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, ale na przeszkodzie stanęły wysokie wymagania w zakresie nauk ścisłych. Później zobaczyłem siebie na scenie zawodowego teatru. Za radą profesora Gurgacza zacząłem przygotowywać na egzamin początek Popiołów Stefana Żeromskiego, Ogary poszły w las… Chciałem też zadeklamować którąś z mickiewiczowskich ballad a na improwizację pokazać np. jak krótkowidz nawleka igłę nitką, ale w międzyczasie pojawił się wątek łapówki dla kogoś ważnego z komisji egzaminacyjnej, bez której podobno trudno było zdać. Z tzw. wiarygodnych źródeł wynikało, że oczekiwana jest suma rzędu 30 tysięcy złotych, takiej kwoty w domu nie było.

Zdjęcie poniżej: Autor w wawelskim grodzie

Na wawelskim wzgórzu...Mama milczkiem zaczęła się więc rozglądać za jakimś ciepłym stołkiem dla mnie w administracji, w której miała kontakty, kiedy ją zaskoczyłem. Za pięć dwunasta złożyłem podanie na studia, na Wydziale Filologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w katedrze slawistyki, zdałem egzaminy wstępne i zostałem studentem I roku. W tamtym czasie Polska dopiero otwierała się na zagranicę, wycieczka nad ciepłe morze w Bułgarii była równie egzotyczna, co dziś na Hawaje. W nagrodę za zdaną maturę mama zafundowała nam obojgu wyjazd do Złotych Piasków i tam poznałem Bubę, piękną dziewczynę z Sofii, w której oczywiście zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ogólnie bowiem byłem chłopię kochliwe. Kiedy więc później pytano mnie, dlaczego postawiłem na bułgarystykę, w sumie mało praktyczny kierunek studiów, zawsze zwalałem na Bubę, argumentując, że miłość jest ślepa. Teraz przyznam się, że wierutnie kłamałem, bo dokonałem tego wyboru jeszcze przed wyjazdem nad Morze Czarne. Nie wyszło mi ze szkołą morską i teatralną, więc postawiłem na miłą mi cyrylicę, którą zaszczepiła mi pani Żurkowa w podstawówce. Najchętniej poszedłbym na rusycystykę, ale tam przypadało piętnastu kandydatów na jedno miejsce, a na slawistyce tylko bodaj siedmiu, wolałem nie ryzykować. Chciałem dostać się na studia w Krakowie. Po pierwsze były one nobilitacją, szansą na wyfrunięcie z Chorzowa, na usamodzielnienie się w mieście, przed którym Śląsk zawsze zdejmował czapkę. Mogła ciocia Irka skończyć swoją akademię rolniczą w Cieszynie-Olsztynie, chciałem i ja pokazać, że nie jestem głupszy. Mama gotowa była to finansować. Alma Mater Jagiellonica obchodziła właśnie 600-lecie istnienia, był to dla mnie wielki splendor.

Katedrą Filologii Słowiańskiej kierował prof. Stanisław Urbańczyk, ceniony językoznawca, bohemista, który przyjął do wiadomości, że zamierzam zostać bułgarystą, ale bardziej mu  pasowałem jako czechista, więc zapisał mnie na swój kierunek. Po roku miałem sam zdecydować, czy będę to kontynuował. Z dzisiejszym rozumem byłbym wdzięczny profesorowi za jego ingerencję w moje plany edukacyjne, bo i dorobek kulturalny nad Wełtawą był bogatszy i miałem większe szanse na pracę po studiach jako bohemista. Uparty, bałkański osioł uległem jednak swoim sentymentom i kiedy po trzecim roku pojechałem po raz pierwszy na praktykę  językową do Sofii i tam spotkałem się z Bubą, bez przeszkód mogliśmy się porozumiewać w jej  języku ojczystym. Niestety blondyni o nordyckiej urodzie mieli na Bałkanach dużo większe notowania u dziewczyn, niż chłopaki takie, jak ja i zawiesiła oko na Ryśku, moim koledze z roku. Doszło do skandalu, z zazdrości poniosły mnie nerwy i publicznie pobiliśmy się z kolegą. Nigdy więcej już nie spotkałem Buby, ale przecież nie przerwałem z tego powodu studiowania języka, który tak naprawdę  w późniejszym życiu do niczego mi się już nie przydał.

Na stancji u Rajpoldów, z Krystianem.Główną zmorą na I roku był scs, język starocerkiewno-słowiański, czasami Krystian Cichowski mi przypomina, jak kułem na głos czytanie starych tekstów. Drugą – zajęcia z historii języka polskiego, które prowadziła bardzo wymagająca prof. Ewa Ostrowska. Zamieszkaliśmy razem z Krystianem na Długiej 18, na stancji u rodziny Rajpoldów, albo Raypoldów, w przejściowym pokoju; Krystian zdał do Wyższej Szkoły Pedagogicznej, na kierunek geografii i miał swoje Himalaje wiedzy do zdobycia, a najmłodszy syn gospodyni był bardzo żywotny i nie dawał łatwo skupić się nam na nauce. Stara, krakowska kamienica nadal stoi, kiedy jestem pod Wawelem, czasem dochodzę tam z Basztowej. Nie ma już tego małego sklepiku przy wejściu, w którym było wszystko czego dusza zapragnie, za to są domofony i krata na stu włamywaczy w drzwiach.

Krystian i autor na stacji u Rajpoldów

Zanim dostałem się na studia, pojechałem do Krakowa zobaczyć Juvenalia, przy okazji składania dokumentów na uczelni. Mówiono później, że było to ostatnie, krakowskie święto żaków w wielkim stylu, w końcu wpisywało się ono w historyczny jubileusz UJ. Zapamiętałem z niego dwa obrazy – karykatury władz uczelni i jej profesorów, niesione przez wesołych przebierańców i model amerykańskiej, kremowej limuzyny, którą z wysiłkiem dźwigała gromada studentów. W środku siedział sam Melchior Wańkowicz, ubrany w jasny garnitur, w kapeluszu z szerokim rondem, towarzyszyła mu elegancka pani, podobno żona. W listopadzie 1963 r. stuknęła mi natomiast osiemnastka. Kiedy przyjechałem do Chorzowa, żeby poświętować z tej okazji, okazało się, że odezwał się także wielki nieobecny, mój ojciec. Przysłał mi ze Szczecina-Dąbia telegram z życzeniami urodzinowymi i był to dla mnie powód do radości. Wtedy postanowiłem napisać do ojca list, żeby się z nim spotkać.

W harcerstwie podczas wojny (2)

Dalszy ciąg wspomnień Karusi z okresu wojny. Ich publikację rozpoczęłam tydzień temu. Dziś tekst z archiwum, nieopublikowany w relacjach harcerek.
Ciąg dalszy w najbliższy czwartek.

KarusiaKarolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Jak sprzedawałam dzieci

Dom dziecięcy „Piaski” w Konstancinie, prowadzony przez harcerki pod firmą R.G.O., został wysiedlony w końcu lipca 1944 r. Niemcy założyli w tym budynku radiostację. W tym czasie prowadziłam przy owym domu ogród i szklarnię, więc nie pojechałam z naszym domem za Wisłę, ale zostałam, żeby pilnować ogrodu. Z tego pilnowania jednak nic nie wyszło, bo Niemcy obrazili się na nas za to, że wykopałyśmy z ogrodu wczesne ziemniaki. Zrozumieli bystro, że to dlatego, żeby im nie zostawić. Wobec tego, nawrzeszczawszy, że to „eine Schweinerei”, zabronili mi wstępu do ogrodu.

karusia-sprzedawalam-dzieci1Zatem przeniosłam swoją „służbę” do domu małych dzieci w „Anusi”. Kierowniczka tego domu, późniejsza naczelniczka Wiktoria Dewitzowa, przeniosła swoich wychowanków do Zalesia, obawiając się w Konstancinie nalotów. Dom w „Anusi” został pusty, ale została w nim 5 osobowa załoga dla dopilnowania inwentarza i niewielkich zapasów żywności. Już w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. zaczęli przychodzić do Konstancina uchodźcy z południowych dzielnic Warszawy, Czerniakowa, Wierzbna, Służewca. Wśród uchodźców trafiały się pogubione, opuszczone dzieci. Zaczęłyśmy je zbierać do naszej pustej „Anusi” i w ciągu sierpnia nagromadziło się tego drobiazgu ponad 30 osóbek w wieku od trzech do 14 lat. Niektóre błąkały się samotnie, inne przyprowadzili sąsiedzi, lub skierowywał do nas urząd gminny. Ponieważ w naszym gospodarstwie nie miałyśmy wcale nabiału, bardzo niechętnie przyjmowałyśmy dzieci poniżej trzech lat, dla których nie było odpowiedniej żywności. karusia-sprzedawalam-dzieci2Władze gminy upoważniły nas wobec tego do oddawania tych małych dzieci na wychowanie do miejscowych rodzin. Jeżeli było stwierdzone, że Rodzice maleństw zginęli w powstaniu, mieliśmy oddawać dzieci na własność. Z takim właśnie zaleceniem przyniesiono nam z gminy 1,5 rocznego Stasia, bardzo uroczego chłopczyka. Przebył u nas około tygodnia, przyczyniając nie mało kłopotu naszej szczupłej załodze. Jednak rozeszła się wieść, że mamy dzieci „do sprzedania”, bo zgłosiła się do nas para młodych wieśniaków z jednej z okolicznych wiosek, z życzeniem zabrania chłopca. W owym gorącym czasie nie było możliwości sprawdzenia, jak to się robi obecnie, jaką opinię mają przyszli Rodzice, czym się trudnią, jak wygląda ich dom itp. Wystarczyło nam, że małżeństwo wyglądało sympatycznie, a młoda kobieta zwierzała się, że nie może mieć własnych dzieci, choć bardzo tego pragnie. Podpisali nam zatem jakiś mało formalny dokument, że biorą na wychowanie Stasia, zostawili swój adres, a nawet wyrazili gotowość… zapłacenia za dziecko. Ale powiedziałam im, że cena na osierocone niemowlęta nie jest jeszcze ustalona, więc obeszło się bez płacenia. Staś bez protestu dał się zabrać przybranej matce.

Ale na tym nie skończyła się historia „sprzedanego” dziecka.

karusia-sprzedawalam-dzieci3W końcu kwietnia, jeszcze przed ostateczną kapitulacją Niemiec, przyszła do nas rodzona matka Stasia. W powstaniu zginął jej mąż, ona sama była wywieziona do Niemiec, szczęściem do dzielnic wschodnich – więc wnet po zajęciu tych terenów przez armię radziecką, wróciła do kraju. Adres Stasia otrzymała w Czerwonym Krzyżu, bo stale przesyłałyśmy tam nazwiska dostarczanych nam dzieci. Oczywiście dałyśmy jej adres przybranych rodziców Stasia i poszła tam nie zwlekając. Tegoż dnia, późnym wieczorem wróciła do nas zrozpaczona. Adres był fałszywy. We wskazanej wiosce nie było ludzi podpisanych na naszym dokumencie. Nie wiedziałyśmy, czy umyślnie podali fałszywy adres, czy zmienili miejsce zamieszkania. Biedna matka postanowiła jednak szukać dalej. Przypuszczałyśmy, że fakt adoptowania dziecka rozchodzi się w formie plotki po okolicznych wsiach, i że drogą rozmów i zwiadów u gadatliwych wieśniaczek uda się odnaleźć Stasia. Przenocowawszy u nas, matka poszła na poszukiwania synka. Szczęściem udało się jej. W jednej wsi baby „słyszały o adoptowanym dziecku” i wskazały matce nowy adres. Nad wieczorem przyszły do nas już obie „matki” razem ze Stasiem, który przez pół roku bardzo urósł i dobrze wyglądał. Musiałyśmy odbyć istny „Sąd Salomona”, z tą różnicą, że rzeczywista matka była niewątpliwa. Przybrana jednak długo nie chciała ustąpić, bo zdążyła się mocno przywiązać do chłopca. Rozpaczała tak, jakby to jej ukradziono rodzone dziecko. Z trudem udało się wreszcie ją pocieszyć i uspokoić. Byłyśmy wszak mimowolnie sprawcami całej historii, chociaż zawinił tu najwięcej niedokładny wywiad gminy.

Przepisała na komputerze: Maria M.

W górę rzeki (16)

Zbigniew Milewicz

Morze, nasze morze…

Okazji do wystąpienia na scenie w sali gimnastycznej czy na czwartym piętrze w auli Słowaka nie brakowało. Były liczne akademie ku czci…, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, wśród zapraszanych gości pojawiali się prominenci. Czasem zaszczycał nas obecnością brat naszego polonisty, słynny tenor operowy, Bohdan Paprocki, a wtedy dokuczała mi trema. Jakże tu bowiem zaśpiewać popisowe Mississippi*, żeby taki zawodowiec później przy rodzinnej herbatce nie zapytał: a skąd żeście wytrzasnęli tego amatora?

W czasie występu miałem więc podzielną uwagę. Z jednej strony starałem się jak najlepiej oddać klimat amerykańskiego musicalu i wcielić w mojego idola- był nim zaś sam Paul Robeson – a z drugiej baczyłem na minę dostojnego gościa. Nie znając oryginału, śpiewałem ten utwór po polsku, ale kto wtedy poza anglistą znał na sali angielski… Chętnie też deklamowałem wiersze przy różnych okazjach, występowałem w konkursach recytatorskich, aż do pamiętnego zjazdu absolwentów chorzowskiej szkoły handlowej, któremu towarzyszył program artystyczny, w Domu Kultury Huty „Kościuszko“. Dziś jest to Teatr Rozrywki.

Na prośbę dyrekcji Słowaka miałem w nim wystąpić z wierszem, który chyba nosił tytuł Szkoła, ale już nie pamiętam, czyjego był autorstwa. Traktował on o uczniu, który miał nauczyć się na pamięć wiersza i odpytywany przez nauczyciela, pogubił się w treści. Czasu na przygotowanie deklamacji było sporo, około tygodnia, tylko za bardzo nie czułem tego tekstu. Jak na mój gust był zbyt liryczny. Wolałem ekspresyjne wiersze, w rodzaju Spotkania Jerzego Jurandota, śmieszne Słówka Boya, lubiłem klimat mickiewiczowskich utworów. Wkułem jednak wiersz na pamięć, a przynamniej tak mi się wydawało, stanąłem za kulisami i czekałem, aż przyjdzie na mnie czas. Najpierw miałem być na scenie czwarty z kolei, później reżyser zdecydował, że pierwszy po przerwie, a w rzeczywistości wyszedłem jako przedostatni. Sala miała około 500 miejsc i zajęta była do ostatniego fotela. Kiedy zmrużyłem oczy pod światłem jupiterów i powiedziałem pierwszą zwrotkę, w głowie zapanowała idealna pustka a suflera pod sceną nie było. Do miejsca, w którym uczeń z wiersza zapomniał słów brakowało dwóch zwrotek, więc jak bym nie kombinował, była klapa. Skonfundowany skłoniłem się przed publicznością, powiedziałem przepraszam i przy brawach wyszedłem za kulisy. Rozpoczynały się letnie wakacje, ze wstydu przez kilka dni nie opuszczałem domu. Mama, która uczestniczyła w tym zjeździe, pocieszała mnie jak mogła, że wyszło naturalnie, wszyscy myśleli, że zagrałem zapominalskiego. Sporo czasu musiało jednak minąć, zanim przełknąłem tę pierwszą, dużą porażkę w swoim życiu.

W harcerstwie nie było złych dni. Nasza drużyna, którą kierował znakomity Maciek Gadomski, stała się wodniacka dopiero w połowie mojej licealnej edukacji. Z początku chodziliśmy, jak to lądowe szczury, z kompasem na azymut, zdobywaliśmy beskidzkie szczyty, a najpierw uczyli się harcerskich praw, żeby móc złożyć przysięgę. Później zdobywało się odznakę ZHP. Moim zastępowym był kolega z klasy, Romek Hardyk, po jakimś czasie sam dochrapałem się tej funkcji, w stopniu ćwika. Kiedy zastępy zamieniły się w załogi, zostałem załogowym. Żeby mieć na czym pływać, pod okiem instruktora wzięliśmy się za budowę kanadyjek, harcówka zamieniła się w pracownię szkutniczą i było to pasjonujące zajęcie. Nie używany magazyn na dziedzińcu szkolnym własnoręcznie wyremontowaliśmy i przerobiliśmy na hangar. W czasie 1-Majowego pochodu nasza drużyna, dwójka , maszerowała ulicą Wolności i z dumą niosła te łodzie na barkach, oczywiście z pieśnią na ustach. Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec… Przyszedł czas na ich zwodowanie, żadna nie wymagała poprawki. Tylko już nie pamiętam, gdzie my na nich pływaliśmy: na Pogorii, w Paprocanach, czy w Goczałkowicach?

wodniacyZ druhem Zdebikiem, chyba w Goczałkowicach.

W Harcerskim Ośrodku Wodnym nad Jeziorem Goczałkowickim zdobywałem patent żeglarski, w warunkach, jak przystało, surowych. Przez trzy czwarte kursu lało jak z cebra, my pod namiotami, albo na dezetach, najpierw na wiosłach, jezioro wzdłuż i wszerz, dzień za dniem. Później stanęły żagle i zaczęliśmy się uczyć od podstaw żeglarskiego rzemiosła oraz egzotycznie brzmiących achterpików, rafów, fałów i halsów. Za przewinienia i psoty na pokładzie czołgaliśmy się za karę w kapokach pod ławkami lub wspinaliśmy na top grota. Stare łodzie musiały lśnić czystością, codziennie pod okiem bosmana szorowaliśmy dek ryżowymi szczotkami, jak na burcie farba się łuszczyła, trzeba było ją zdrapać i położyć nową warstwę. W zamian bosman uczył nas węzłów i opowiadał ciekawe historie. Między innymi o tym, jak powstało to sztuczne jezioro, jak zalano wieś razem z jej cmentarzem i po nocach straszyło, jak pływały trumny z umrzykami, słychać było różne jęki i wycia. Kiedy więc zgodnie z programem zorganizowano nam nocny alarm i kazano wypłynąć na środek jeziora, na jakąś mieliznę i wyskoczyć za burtę, żeby znowu zepchnąć łódź na wodę, było trochę strasznie. Po powrocie do ośrodka, w namiotach zrzuciliśmy mokre mundury, zawinęli w suche koce, każdy dostał kubek gorącej herbaty, chyba z kroplą czegoś mocniejszego i więcej niczego do szczęścia nam już nie brakowało. Oczywiście najpiękniejszą chwilą, jaką zapamiętałem z Goczałkowic, było ogłoszenie wyników egzaminów na stopień żeglarza. Zdali wszyscy, kiedy usłyszałem, że przyznano mi patent, poczułem się jakby mnie pasowano na mężczyznę.

Także letni spływ kajakowy, który nasza drużyna rozpoczęła w okolicach Krzepic na Liswarcie a zakończyła w Bydgoszczy, był dużym wyzwaniem. Płynęliśmy Wartą, Notecią i kanałami do Gopła, a później Kanałem Bydgoskim, zajęło nam to dwa tygodnie, dłonie od wioseł miałem zgrabiałe i kiedy spływ się skończył, odetchnąłem z ulgą. Z drugiej strony miałem satysfakcję, że podołałem trudom tej wyprawy. Ukoronowaniem moich młodzieńczych, wodniackich przygód było bałtyckie, przybrzeżne pływanie, w ramach praktyki po zakończeniu kursu żeglarskiego. Odbywaliśmy ją na starych szalupach z Batorego, przebudowanych na trójżaglowe jachty, z kojami dla dziewięciu osób. Po tygodniu pracy na pokładzie, trudnych, nocnych wacht i wrześniowych sztormów, zawinęliśmy znowu do Gdyni i musiało minąć trochę czasu, zanim ląd przestał nam chybotać pod stopami.

klasazbychaCzęść naszej klasy i grono profesorskie przed egzaminem dojrzałości, autor to ten grubas z tyłu.

Między wakacyjną przygodą i popisami na scenie w liceum trzeba się było uczyć. Szło mi to różnie, ale starałem się traktować naukę poważnie i nie chodziłem na wagary. Nauczycieli mieliśmy na ogół wymagających, jednych darzyło się sympatią, innych nie za bardzo. Z polonistą, prof. Januszem Paprockim nie miałem najlepszego kontaktu, choć sam przedmiot lubiłem. Naszym wychowawcą był nieco kostyczny profesor Jan Brzoza, który nauczał historii; w XI klasie przejęła tę funkcję dla odmiany ciepła w relacjach międzyludzkich profesor Wala Michalska, także historyczka. Profesor Franciszek Gurgacz, pedagog już starszy wiekiem, prowadził szkolną bibliotekę i to on uczył mnie warsztatu recytatorskiego, doradzał wybór lektur, był człowiekiem wielkiej kultury i mądrości, a prywatnie ojcem serdecznej przyjaciółki cioci Irki. Prof. Jazowy, mój surowy nauczyciel łaciny w liceum, mieszkał wraz z rodziną na parterze naszego domu przy ul. Wesołej. Jako dzieciak zawdzięczałem mu ratunek z pewnej opresji; łażąc po wysokim płocie, oddzielającym nasz ogród od podwórka, w pewnym momencie straciłem równowagę i zawisnąłem głową w dół, z nogą między sztachetami. Na szczęście był w domu, kiedy zacząłem się drzeć i wołać o ratunek. Nie mogłem więc obijać się z łaciny, dług wdzięczności trzeba było spłacić.

przebierancy-zbychFizyki nauczał wielki oryginał, profesor Emil Pieczka, zawsze gładko zaczesany do tyłu. Solidnej budowy ciała, latem przychodził do szkoły w pumpach i trampkach, zimą w swych słynnych spodniach i butach narciarskich oraz flanelowej koszuli w kratkę. Siadał bez słowa i cienia wyrazu na twarzy za katedrą, wyjmował czarny, zatłuszczony notes, otwierał go na jakiejś stronie, marszczył czoło i dopiero wtedy zaszczycał nas spojrzeniem. Zgromadzeni w amfiteatralnej sali śledziliśmy lot tej strzały, panowała pełna napięcia cisza, ale czasami nas zwodził. Zatrzymywał np. wzrok na Adamie Kandziorze, a padało nazwisko Milewicz i trzeba było iść do tablicy. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek dostał u Emila piątkę, dobry stopień trafiał się bardzo rzadko, natomiast czysta trója stanowiła dla ucznia powód do dumy. Był jednak sprawiedliwym nauczycielem.

Z Krystianem Cichowskim i Krzyśkiem Kozubskim na licealnym balu przebierańców.

O matematyku, profesorze Swadźbie, którego nie można było nie lubić, pisałem w poprzednim odcinku. Z tego, co mówił mi Krystian Cichowski, wynika, że Jasiu nie daje się czasowi. Stuknęła mu już osiemdziesiątka, ale dalej czynnie uprawia turystykę górską w Tatrach i organizuje wystawy filatelistyczne. Z Krystianem przyjaźnimy się od Słowaka, od ponad ćwierćwiecza mieszka w Berlinie. Podobnie jak ja zawsze lubił chodzić po górach, a na nizinie po kawiarniach i sporo tych wędrówek odbyliśmy razem. Z Wieśkiem Polczykiem razem żeglowaliśmy, prześcigali się w zbieraniu znaczków pocztowych i z zapałem grali w ping-ponga. Dobry kontakt miałem z Krzyśkiem Kozubskim, Jurkiem Żakiem, Maćkiem Gibasem, Januszem Durajem, Andrzejem Gregorczykiem, Sewerynem Sowiakiem i Mietkiem Kozłowskim. Z dziewczyn, z Basią Marklowską, Krysią Pudełko i Haliną Delakowicz. Z Krysią sympatyzowaliśmy już w podstawówce, z Haliną uczyliśmy się razem do matury rosyjskiego, który wybraliśmy na przedmiot dodatkowy.

Adresatką moich pierwszych, młodzieńczych amorów była jednak Inga, córka sąsiadki przy ulicy Wolności. Jej mama sprzątała nam czasami mieszkanie, myła okna a zdarzało się, że robiły to razem. Dziewczyna była starsza ode mnie o kilka lat, pewnie miała już za sobą jakieś seksualne doświadczenia i gotowa była się nimi ze mną podzielić, ale ja nie potrafiłem przemóc chorobliwej nieśmiałości w stosunku do dziewczyn, choć niesamowicie mi się podobała. Miała południowy typ urody, bujne kształty, wesoły i bezpośredni sposób bycia, tylko wypadało rwać taką wisienkę.

Z Gienią, którą później poznałem w Słowaku, było podobnie. Dla odmiany blondynka, ale też bardzo aerodynamicznie zbudowana, poruszała się tak zmysłowo, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Miała w sobie coś z Nany, głównej bohaterki powieści Emila Zoli, którą „pożyczyłem“ sobie z księgozbioru cioci Irki i czytywałem w tajemnicy przed dorosłymi. Z rasowej, paryskiej kurtyzany… Takie typy kobiet najbardziej przemawiały do mojej seksualnej wyobraźni. Na pierwsze, niewinne pieszczoty z Gienią pozwoliłem sobie jednak dopiero, kiedy skończyłem 18 lat… Uwierzycie, że nawet wtedy nie posunąłem się dalej…? Taka była ze mnie romantyczna gapa.

* „Showboat”, muz. Jerome Kern a utwór, który śpiewałem nosił w oryginale tytuł Ol`Man River. Po niedawnym odsłuchaniu na youtube znakomitego nagrania z 1936 r., mam nadzieję, że nikt nie nagrywał w liceum moich popisów.