Książka gości na Grunwaldzkiej

Ewa Maria Slaska

Oczywiście książka gości na ulicy Grunwaldzkiej wcale nie wyglądała tak, jak zazwyczaj wyglądają takie wolumina, i właściwie wcale nie była książką gości. To moja siostra Kasia zebrała kiedyś latające luzem kartki z adresami ludzi, którzy czasem dodawali do tego jakiś rysunek lub tekścik. Kasia oprawiła te kartki w jedwab z podszewki naciągnięty na tekturę, nadając chaosowi typowy dla Boguckich pozór ładu.

ksiazka gosciRzecz się przyjęła na tyle, że Mama potem latami dokładała tam, co jej w rękę wpadło. Jak zwykle z wdziękiem, ale nadal bez ładu i składu. Z ogromnej masy kart, kartek i karteluszków wybieram kilka, takie które mają dla mnie specjalne znaczenie.

aramrybickiMaciek Grzywaczewski, Aram Rybicki i Anna Walentynowicz. Aram i Ania nie żyją. Zginęli w samolocie, który leciał do Smoleńska. Oboje zostali pochowani na “naszym” cmentarzu na Srebrzysku.

AnnaWalentynowicz***
Były i inne kartki niewątpliwie polityczne. Wizyta trzech Chińczykow w roku 1958. Przy podpisie jednego z nich Mama dodała, że był pracownikiem biura współpracy. Pamiętam bardzo dobrze ich wizytę. Przynieśli w prezencie niezwykłe wycinanki chińskie delikatne jak jedwab, były w domu jeszcze całe lata. Na odwrocie kartki z podpisami szkic Mamy, jeśli to jeden z tych Chińczyków, to przystojny był facet…

chinskiepodpisychinczyknaodwrocie***
Najbardziej przejmujący jest jednak wpis o tzw. “Chilijcach” czyli zespole Cuncumen, którym kierowała Margot Loyola. Byli w Gdańsku w czerwcu 1961 roku, występowali w legendarnej Hali Stoczni Gdańskiej. Rodzice i cała ich banda, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. Zgromadzili niezły tłum i w przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane nam było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, po podczas wystepów szaleli na sali, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś  fiestę latynoamerykańską. Po czym… no naprawdę niezwykłe! poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cały wielki tłum pojechał tramwajem do Wrzeszcza.

Dalej pewnie i Kasia może opowiedzieć, jak było, bo oczywiście obudziła się, i też brała udział w tym festynie. Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam tę gromadę ludzi siedzących na podłodze w pracowni Mamy, muzykę, na żywo i z magnetofonu, Mamę, która szkicowała.

chilijcy
Wszyscy się zapisali na kartce, Viktor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym i dodał numer piętra… I podpis obok.

viktojarajara-podpisA potem… A potem nastąpił przewrót w Chile i Viktor Jara… Nie chcę o tym pisać, bo płaczę, nawet po tylu latach. To co poniżej to Wikipedia, ja nie mogę…

Víctor Jara (1932-1973) – chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, autor tekstów, poeta, pedagog, reżyser teatralny, aktywista polityczny, członek Komunistycznej Partii Chile. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością, jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący. Był bohaterem filmu Deana Reeda pt. El Cantor. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu 11 września 1973, kiedy władze w kraju objął gen. Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecna nazwa stadionu to Estadio Víctor Jara). Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Trafiło ono potem do kostnicy, gdzie zostało rozpoznane przez jednego z pracowników, który zawiadomił żonę zamordowanego, Angielkę Joan. Wraz z dwoma przyjaciółmi umieściła ona po kryjomu ciało muzyka w niszy na cmentarzu.
5 grudnia 2009 Víctor Jara został uroczyście pochowany na Cmentarzu Generalnym w Santiago. W trwających dwa dni uroczystościach wzięły udział dziesiątki tysięcy Chilijczyków, artyści estrady i teatru.

Po śmierci gen. Augusto Pinocheta 10 grudnia 2006, w całym kraju ludzie spontanicznie śpiewali piosenki Víctora Jary.

***
Maria Hiszpańska-Neumann czyli Mysz, o której niedawno pisał u nas jej syn. Jej wpisów w książce było więcej. W jednym skarży się, że nie chce się wpisywać do książki gości, bo przecież jest myszą a nie gościem.

mysz-w-ksiazce-gosci mysz-w-ksiazce-gosci (2)Zofia Radwańska-Paryska. Wraz z mężem Witoldem pisali książki o Tatrach. Poznałam ich dzięki Karusi podczas wspólnych wakacji w Tatrach. Nawet nie pamiętałam, że Zofia z jakąś inną osobą odwiedziła nas w Gdańsku.

radwanskaparyskaPoniżej kartka o naszzm ślubie (Marka i moim), śmieszna, bo…

slubEwaMarekSylwester przebierańców, też śmieszny…

sylwester1978sasiedzi-bal-przebierancowI ja przebrana za Hinduskę z dzbankiem, którego nie było (rysunek Mamy)

ja-balprzebierancow

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Droga do piekła (rozdział I)

– Śpij spokojnie córeczko – powiedziała mama zmęczonym głosem, gasząc jedyną palącą się w mieszkaniu żarówkę.
– Dobranoc mamusiu – odpowiedziała Lidzia, rozsuwając w ciemnościach, po omacku wiszącą nad oknem ciężką brunatnozieloną kotarę, oddzielającą zimowy świat ulicy, od przytulnego, ciepłego pokoju.
Zgodnie z rozporządzeniem władz okupacyjnych, po zmroku wszystkie okna w mieszkaniach zasłonięte musiały być tak, by żadne promienie światła nie wychodziły poza nie i nie przekraczały granicy panującej na zewnątrz ciemności. Innymi słowy wszystkie okna powinny być zaciemnione, a z tętniących życiem mieszkań, nie powinny wydobywać się najmniejsze oznaki bytowania. Za nie przestrzeganie tych zarządzeń groziły dotkliwe, a czasem bolesne kary.
Stojąc w bezpiecznej odległości od tej częściowo oblodzonej strefy światłomroku, dziewczyna długo podziwiała unoszone przez wiatr tumany srebrzącego się przy blasku księżyca, śniegu. Wodziła wzrokiem za spadającymi delikatnym puchem, płatkami, które niby biała kołderka pokrywały futrynę szczelnie zamkniętej przestrzeni prywatności . Początek lutego w tym nowym, 1940 roku był wyjątkowo zimny.
Na firnamencie ciemnobłękitnego nieba, jak kiście winogron migotały tysiące gwiazd. Lidzia często szukała pośród nich tej jedynej, tej o której się mówi , że każdy ją ma., i jak zawsze, tak i tego wieczoru odnalazła ją. Świeciła jaśniej niż inne, uśmiechając się z wysokości do swojej piętnastoletniej imienniczki. Zza szyb wieczorny świat wyglądał zupełnie inaczej niż ten pozbawony tajemnic, dzienny widok okaleczonej i opuszczonej rzeczywistości. Ulice o zmroku zazwyczaj były puste i tylko od czasu do czasu zobaczyć można było przechadzających się sowieckich żołnierzy patrolujących teren, kontrolujących każdego napotkanego przechodnia, albo strzelających z nudów, w ramach zabawy, do bezdomnych psów szukających ciepłego schronienia. Strzelali do nich tak długo, dopóki nie trafili, a gdy zwierzęta nie dawały znaku życia, wyrażali radość, dzikimi, pełnymi nienawiści do Polaków, okrzykami.
Nawet bezpańskie koty, których z każdym dniem ubywało, instynktownie kryły się w zakamarkach domów, opuszczonych piwnicach lub ruinach, pozostałych po wrześniowych walkach.
– Jak dobrze, że mamy jeszcze węgiel – pomyślała, spoglądając na stojący w rogu pokoju, ciepły kaflowy piec. – Jak dobrze że tatuś pracuje na kolei, że mamy deputat. Gdyby nie to, węgla z pewnością nie wystarczyłoby nawet do końca grudnia. – wyszeptała niby modlitwę do Boga. – Dzięki Ci za to Ojcze Niebiański.
Aby przetrwać ten ciężki zimowy czas, ludzie z miasteczka radzili sobie, jak tylko mogli. W dzień wychodzili z domów w poszukiwaniu wszystkiego, co nadawało się na opał, by wieczorem usiąść przy rozgrzanym piecu, ciesząc się , że chociaż przez chwilę mogą ogrzać swoje mieszkania, że mogą zapomnieć o marznących, czasem odmrożonych kończynach. Niektórzy palili stare meble, inni książki, szmaty, znaleziony w pobliskim parku chrust czy końskie odchody leżące niekiedy na ulicy.
– Jak dobrze mieć węgiel – powtórzyła , zasłoniwszy niby kurtyną po zakończeniu spektaklu ponownie okno. Zmorzona długim dniem, położyła się do nagrzanego łóżka obok śpiącego od dawna braciszka

– Atkrywaj, Atkrywaj! – usłyszała przez sen przeraźliwy krzyk.
– Nie, to niemożliwe, to nie do nas – powiedziała na wpół przebudzona, do śpiącego Antka, i przykrywszy jego nagie plecy pierzyną, zamkęła oczy, próbując ponownie zasnąć.
– Atkrywaj, swołocz! – usłyszała ponownie, ten sam głos – tym razem jednak przy akompaniamencie karabinowej kolby uderzającej w twarde, dębowe drzwi. Nagle w drzwiach zajęczał klucz przesuwający zardzewiały rygiel.
To matka obudzona nagłym hałasem otwierała powoli wrota do dotychczas bezpiecznego dla nich azylu. Do środka weszło dwóch ubranych w zgniłozielone mundury rosyjskich żołnierzy oraz opatulony w kożuch cywil. Po chwili dołączył do nich, jeszcze jeden. Widać, że dowódca, bo żołnierze stanęli przed nim na baczność, cywil zaś składał mu coś w rodzaju meldunku. Po wysłuchaniu oficer podszedł do kobiety i, zdjąwszy z głowy czapkę z niebieską otoczką i gwiazdą, podrapał się i poklepawszy wystarszoną do granic wytrzymałości po plecach, szepnął do ucha.
– Odziewajsja, krasawica. – Następnie odwracając się w kierunku cywila, wrzasnął z całych sił szyderczo – Tolko bystra…, krasawica!
– Niech pani się ubierze – powtórzył cywil nieco łagodniejszym głosem, czysto po polsku. Był to przedwojenny policjant pracujący jako tłumacz dla NKWD. Człowiek ten przed okupacją opiekował się tym rewirem i, jak przystało na dzielnicowego, znał wszystkich jego mieszkańców.
A i oni znali go bardzo dobrze. W gruncie rzeczy, nie był złym człowiekiem, dzieci z okolicy bardzo go lubiły. Zawsze kiedy tylko miał okazję, częstował je cukierkami, ciastkami lub czekoladą. Starał się pomagać, doradzać, a one ufały mu bezgranicznie. Również dorośli darzyli go szacunkiem za profecjonalizm, uczciwość i gotowość niesienia pomocy. Niestety, wojna i sytuacja w jakiej się znalazł, zmusiły go do kolaboracji. Gdyby nie to że pochodził z Ukrainy i posiadał liczną rodzinę, być może nigdy nie zgodziłby się na współpracę z nimi. Tak, strach o najbliższych w tym nieludzkim, wojennym okresie, mógł każdego, nawet wydawałoby się najtwardszego, najbardziej dobrodusznego i sprawiedliwego, złamać, zamienić w bestię, zmusić do czynów niegodnych.
Nagle zza zamkniętych drzwi dziecięcego pokoju dał się słyszeć cichy płacz. To Antek, obudzony odgłosami dochodzącymi z korytarza zaczął szlochać.
– A tam kto takoj jest? – próbował zapytać bez tłumacza enkawudzista. –
– Tam nikogo nie ma, tylko moje dzieci, panie – odpowiedziała matka, zasłaniając sobą wejście – Proszę tam nie wchodzić, tam są tylko moje małe dzieci – powtórzyła błagalnym głosem. Żołnierz odepchnąwszy ją, kopnął drzwi i wszedł do pokoju. W rogu, pomiędzy piecem a szafą, stała ubrana w szlafrok Lidzia, a obok niej wtulony, jak bezbronne pisklę w matkę, braciszek.
– Tak znaczyt wy wsje adiewajtjes. Pajedziecie na dlinnoju, oczeń dlinnoju ekskursju. No, kak eto po waszemu zwuczyt? Po mojemu wytjetska? Sowiet zwrócił się do mamy z pogardliwym uśmiechem.
– Charascho. Na podgotowlienie – kontynuował – daju wam trydcat minut. Trydcat, nie bolsze – powtórzył i nie zwracając na nikogo uwagi wyszedł pospiesznie na podwórze, pozostawiając resztę żołnierzy w środku.
– Niech pani założy na siebie i dzieci jak najwięcej ciepłych ubrań i weźmie koce do otulenia się podczas podróży. W wagonach będzie bardzo zimno – poradził zatroskany tłumacz współczującym głosem.

Mama podeszła do szafy i drżącymi rękoma, bez zastanowienia wyrzucała z niej wszystko, co mogło nadawać się do drogi. Zaczęła nakładać na Antka podkoszulki, majtki, kalesonki. Potem skarpetki, trzy pary grubych spodni i dwa, może trzy wełniane swetry. Tak opatulonyAntek wyglądał jak mała, ledwo ruszająca się kuleczka.
Następnie Lidzia i mama zdjęły z szafy wielki skórzany kufer i wypełniły go po brzegi najbardziej przydatnymi rzeczami, były tam naczynia, garnki, żywność. Do wielkiego, ojcowskiego plecaka zmieściły się dwa wełniane koce, trochę lekarstw i mały jasiek pod głowę, dla Antka.
Teraz obie ubrały się – włożyły po kilka kompletów ciepłej odzieży. Wiedziały, co oznacza „wycieczka” przygotowana przez sowieckich okupantów. Nie po raz pierwszy Sowieci przeprowadzali w mieście takie akcje. Obie zdawały sobie sobie sprawę z tego, jaki los ich czeka.
W milczeniu, gotowi do drogi, przytulając się do siebie usiedli całą trójką na łóżku.
– Niech pani nie zapomni i o tym. Z pewnością przyda się to wam w drodze – przerwał panującą w pomieszczeniu ciszę, wciąż stojący na progu mężczyzna, wkazując palcem na wiszący obok połączonego grubym łańcuszkiem krzyża, portret ślubny.
Matka pospiesznie, bez słowa podbiegła do ściany, i zdjąwszy obie rzeczy przytuliła je do siebie. Ucałowała wyjętą z ramy fotografię i ukryła na dnie i tak już pełnego kufra.
– Zdjęcie, tak, zdjęcie – szeptała – Jak mogłam o nim zapomnieć – wyrzucała sobie – jak mogłam o nim zapomnieć. Przyłożyła krucyfiks do ust i prosiła Boga o wybaczenie za niepamięć oraz o opiekę dla nich, dla męża, dla bliskich. Powiesiła krzyż na piersi, usiadła na krześle obok dzieci,tak jakby czyniła to po raz ostatni, tak jak to się zazwyczaj robi przed podróżą. Odwróciła się, by nikt nie widział łez, milczała, czekając na ostatni akt dramatu, rozgrywający się w jej ukochanym mieszkaniu. To tutaj spędziała najpiękniejsze chwile swojego życia. Tutaj urodziły się jej dzieci. Tutaj czuła się najszczęśliwszą żoną i matką na świecie, w tym założonym przed kilkunastu laty z ukochanym mężem, rodzinnym ciepłym gnieździe.
– Mamo, a co z tatą? Jak on nas znajdzie. Przecież on nic o nas nie wie – wyrwała ją zadumy Lidzia. – Kto mu powie, gdzie ma nas znaleźć – zapytała. – Powiedz, dlaczego go przy nas…? – Nie zdążyła dokończyć , bo do mieszkania znowu wszedł oficer. Tym razem jednak w towarzystwie drugiego funkcjonariusza.
– No kak, gotowe? Tak pajdziomtje – wskazał ręką w kierunku drzwi. – Tridcat minut praszło, madam!

Wyszli na zewnątrz. Mama uklękła na progu, pociągnęła za sobą dzieci. Po czym wspólnie, głośno, w nadziei, że może Bóg ich jeszcze usłyszy, że dokona się jakiś cud, rozpoczęli modlitwę.
– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imie twoje… – po czym na rozkaz Sowieta ruszyli przed siebie. Matka z ciężką walizką w dłoni, drugą ręką trzymając malutką rączkę Antka, a za nią Lidzia, przygarbiona pod ciężarem tatusiowego plecaka. Po kilkudziesięciu metrach dołączyli do zmierzającej w kierunku dworca kolejowego kolumny, złożonej z bliższych i dalszych sąsiadów idących pod strażą sołdatów kierujących w ich stronę gotowe do strzału karabiny.
Do stojącego przy rampie pociągu było niecałe dwa kilometry. Ostatnie kilometry ojczyźnianej ziemi, a potem?… Potem już tylko droga, droga do piekła.

Sady Pradziadka – kto jeździł do pożaru?

Andrzej Rejman

Berżeniki – wspomnienia, część III

“…Latem siadałam najchętniej na ławeczce pod starym rozłożystym kasztanem, gdzie panował miły chłód. Stamtąd miałam najpiękniejszy widok na mój sad – dwa tysiące jabłoni i grusz. Co roku sadziłam około stu drzewek ze szkółki, które prowadził ogrodnik i sadownik Paweł Muszkiet. Z nadejściem zimy lubiłam patrzeć przez okno na samotną pokrytą szronem brzozę i czekałam, aż zazieleni się na wiosnę. Nie wiem, czy jeszcze tam rośnie…” (Helena z Zanów Stankiewiczowa – Pani na Berżenikach, Wojciech Wiśniewski, LTW 1993)

To jest świat bezpowrotnie miniony, choć mam wrażenie, że wróci w jakiejś postaci, choćby tęsknoty do tamtych bardziej (jak się wydaje) niż dziś uporządkowanych relacji międzyludzkich – wzajemnego szacunku, poszanowania tradycji, czerpania siły z otaczającej przyrody… choć to może wyidealizowany obraz, kto wie? …

1_Berzeniki_malowal_Stanislaw_Doktorowicz_Hrebnicki Berżeniki, malował Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki pocz. XX w.

 

 

2._Jezioro_Berzenickie_widok_na_zabudowania_majatku_BerzJezioro Berżenickie, widok na zabudowania majątku – ok 1930, fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

3._nad_jeiorem_Berzenickim_na_pomoscie_Kazimierz_Hrebnic

Nad jeziorem – na pomoście Kazik Hrebnicki (1922-1944), wnuk Adama Hrebnickiego (1857-1941)

 

 

 

 

4._Dukszty_przed_sklepem_ok_1936Dukszty – przed sklepem – ok 1936, fot. StanisławDoktorowicz-Hrebnicki

Sady Pradziadka – Ciocia Manieczka

Andrzej Rejman

Manieczka z Raju

1_Stanislaw_Hrebnicki_z_siostra_Maria_okolo_1895Stanisław Hrebnicki z siostrą Marią około 1895. Petersburg.

Jedyna córka Adama Hrebnickiego, Maria, nazywana była w rodzinie Manieczką lub Manią. Ponieważ była rodzoną siostrą mojego dziadka, naturalnie nazwałem ją Ciocia-Baba z Raju.

Ciocia Mania ukończyła petersburską Akademię Sztuk Pięknych około 1915 roku i niewiele więcej wiadomo było dotąd o jej latach młodości. Aż do chwili, gdy odwiedziłem Instytut Sadownictwa w Kownie, i zajrzałem do skromnej, ale przytulnej Izby Pamięci litewskiego sadownictwa, będącej właściwie niewielkim muzeum.

W miejscu tym przechowywane są między innymi rękopisy “Atlasu Owoców” Adama Hrebnickiego, jego listy i pamiętniki z lat 1900-1941 i nieco pamiątek, które pozostały po Hrebnickich.
Oprócz tych, które znajdują się obecnie w Muzeum Adama Hrebnickiego w Raju – Rojus .

Maria Hrebnicka urodziła się w Petersburgu w 1892 roku, gdy jej brat, Stanisław, miał ponad trzy lata. Oboje mieszkali z rodzicami na terenie osady pracowników Instytutu Leśnego w Petersburgu, skąd niedaleko mieli nad Zatokę Fińską.

2._Mania_i_Stanislaw_Hrebniccy_nad_Zatoka_Finska_ok_1900

Manieczka i Staś Hrebniccy nad Zatoką Fińską, ok 1900
fot. Adam Hrebnicki

Wśród zapisków, znalezionych w Instytucie Sadownictwa w Kownie, odkryłem też młodzieńcze wiersze Marii.

Jeden z nich zamieściłem w jednym z poprzednich wpisów.

Poniżej inny, napisany w 1903 lub 1904 roku, gdy Mania miała zaledwie 12 lat…

Na starych zgliszczach mojego domu
Wyrosła sosna dzika
Ona ukryje, nie wyda nikomu
Mnie, pustelnika.

Niech wicher huczy, niech szumią burze,
Mnie nie rozczulą te dźwięki –
Ja będę sadził u siebie róże
I będę śpiewał piosenki.

Nademną sosna zaszumi rzewnie
Ja zawtóruję na flecie,
Jakiś przchodzień usłyszy pewnie
I wspomni o szczęścia komecie.

Bo szczęście – kometa,
Co rzadko się zjawia na niebie przejrzystej oponie,
Jak życie poety,
Co w wielkim zamęcie prędko przygaśnie, przepłonie

3_Maria_Hrebnicka_z_ojcem_w_Petersburgu_ok_1904_fot_StanZdjęcie stereoskopowe – Maria Hrebnicka z ojcem – Petersburg ok 1904, fot Stanisław Hrebnicki

4_Adam_Hrebnicki_z_corka_Manieczka_w_swoim_sadzie_w_RajuAdam Hrebnicki z córką Manieczką w sadzie w Raju

 

 

 

 

5_Maria_Hrebnicka_ok_1915Maria Hrebnicka ok r. 1915

Helena z Zanów Stankiewiczowa w swoich pamiętnikach wspomina:

Profesora Hrebnickiego nazywano w okolicy “Adamem z raju”, a najbliżsi mówili do niego “dziadzieńka”. Ten postawny, wysoki, bardzo wesoły mężczyzna nosił zawsze koszulę z haftem przy szyi, dzieło jego córeczki Manieczki… …zakąskę przygotowywała Manieczka, córka profesora. Miała szesnaście lat, gdy umarła jej matka. Opiekowała się ojcem.

…Była utalentowana malarką. Mam u siebie kilka jej pejzaży z okolic Berżenik i Dukszt. Malowała też portrety i kwiaty. Ładna, z głową o rudowłosych lokach, miała śliczne ręce z długimi, smukłymi palcami i zawsze się uśmiechała. Choć delikatna i subtelna, była równie stanowcza i uparta. Nie wyszła za mąż, bo kochała się nieszczęśliwie w kuzynie Konstantym Hrebnickim… Całe życie czekała na niego. Nawet, gdy się ożenił z inną kobietą wierzyła, iż los sprawi, że kiedyś będą razem. Po śmierci jego żony sądziła, że jej wierność będzie nagrodzona. Pościła tygodniami, modliła się żarliwie, dawała na msze, ale Bóg jej nie wysłuchał i umarła, jako panna.

Gdy w 1945 roku jechaliśmy do Polski, chcieliśmy zabrać Manieczkę, ale ona nie chciała zostawić grobów rodziców, całego dorobku naukowego ojca i ukochanego sadu bez opieki. Została w Raju…

…zarabiała piekąc torty i ciasta po domach weselnych… (oraz przygotowywała dzieci do I komunii św. i młodych do ślubu, przyp. autora) …w Raju powstało muzeum poświęcone profesorowi Hrebnickiemu… w głównej sali wiszą teraz malowane przez nią portrety Dziadzieńka, a także mój i Kazimierza… Kazimierz jest w brązowej zamszowej kurtce, którą dałam mu na gwiazdkę przed samą wojną, a ja mam na sobie białą sukienkę w czerwone paski…

6_obrazy_Marii_Hrebnickiej_w_muzeum_w_Raju_w_prawym_gornObrazy Marii Hrebnickiej w Muzeum Adama Hrebnickiego w Raju (Rojus, Litwa) stan obecny. W prawym górnym rogu Helena z Zanów Stankiewiczowa, w prawym dolnym rogu jej mąż Kazimierz Stankiewicz, z prawej w środku w kapeluszu – Julia Rejman, moja mama, a z wąsami po lewej stronie Dziadunia Adama – Kostuś Hrebnicki w którym kochała się Maria.
Poniżej:
Maria Hrebnicka z bratanicą, Julią Rejmanową

7_Maria_Hrebnicka_z_lewej_z_bratanica_Julia_rejmanowa_ok

Sady Pradziadka i majowe okolice

Andrzej Rejman

Dziś Trzeci Maja, wszędzie widać flagi, dzień podniosły, ale spokojny, majowy. W mieście cisza, wszyscy na majówce, słońce dopisuje, choć dosyć zimnawo, prawdziwa wiosna powoli, trochę nieśmiało zaznacza swą obecność.

Zrobiłem kilka zdjęć.

maj_3maj_2 maj_1***

Wieczór. Ruch duży. Powroty z majówki.

Wciąż 3 maja, refleksja nad Polską, ale bez przesady – żeby nie wpaść w nadmierne rozmyślania. Po prostu – w razie czego – działać.

Trochę tak, jak w dzisiejszych czytaniach: “…nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą! …” (1 J 3)

***
No to zobaczmy co działo się kiedyś w maju:

Babcia moja – Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1890-1975) pisze: (zapiski codzienne w “Kalendarzu Marjańskim” 1922-1939, nie publikowane, styl i pisownię zachowuję bez zmian)

maj (1926)

Deszczyk majowy, to jak łzy dziecięce, porosił, popłakał i nie płacze więcej.

12-go – Piłsudski następuje na Warszawę, zamach stanu.

14-go – siedzimy siedem godzin w piwnicy w czasie nawiększej kanonady, brania lotniska i wystrzałów karabinów maszynowych po Rakowieckiej.

W dom nasz trafiło osiem kul.

maj (1928)

13-go obchód 35-lecia ślubu Stankiewiczów, na spółkę z rodziną kupiliśmy im lampę.
Oprócz tego kupiliśmy im różową azalię – sobie – białą.

17-go byliśmy z Julcią w kinie na “Wróbelkach” z Mary Pickford.

20-go były dzieci u Julci na czekoladzie.

25-go byłam u p. Kowalczykówny* w sprawie Julci. Zgodziła się ją przyjąć do swojej szkoły.
Nadzwyczaj sympatyczna.

* szkoła żeńska J.Kowalczykówny i J.Jawurkówny w Warszawie (dop. mój)

maj (1929)

Czytam “Świat Kobiecy” Marii Grossek Koryckiej
Niezmiernie mi się podoba, jest mądra, poetyczna, i cudownie prawdziwa

3-go w ogrodzie zoologicznym z Kazikiem

8-go u Jasiów

10-go Baniewiczowa,

Określenie marnotrawstwa – “Hulki, hulki, potem bez koszulki”.

maj (1930)

Byliśmy na dźwiękowym filmie “Moralność Pani Dulskiej”
Ładne melodie Różyckiego. Batycka jest wspaniała.

Potem byliśmy na filmie “Wołga Wołga” – śliczny, doskonały.

Kupiliśmy węgla pół tony = 500kg za 30 złotych.

Jedna miara kartofli kosztuje 1 zł. 20 groszy, jaja po 15 groszy.

maj (1931)

10-go Byliśmy (dzieci i ja) na przedstawieniu “Za siedmioma górami” w teatrze “Jaskółka”.
Dekoracje bardzo prymitywne, stylizowane w stylu ludowym. Takie sobie.

9,10,11 – robiłam wywiady (kolonie dla dzieci), w jednej rodzinie poczęstowali nas wódką!!!!
Musiałam wypić pół kieliszka, by nie obrazić biedaków.
Zrobiłam 26 wywiadów. Bolą nogi.

maj (1932)

6-go został zabity prezydent francuski Paul Doumer

maj (1933)

8-go wybory nowego Prezydenta. Został wybrany ponownie prof. Ignacy Mościcki.

maj (1934)

1,2,3 Śliczna pogoda. Trwa gorąco. Strasznie sucho.

3-go byliśmy u Aliny.

5-go z Kazikiem u dr Korsak, zapisała phosphit z żelazem, jak najlżej ubierać.

6-go byłam z Kazikiem, Zosią i Haneczką na przedstawieniu klasowym i loterii. Julcia wygrałą brudną, podartą, jedwabną chusteczkę, Kazik – obsadkę i tenisówkę.

9-go byli Jasiowie.

12-go Julcia była na wieczorku u pp. Morozewiczów, do domu wróciła o 4-tej.

13-go niespodzianie przyszła c. Misia, która zatrzymała się na jeden dzień w Warszawie, jadąc do Lipna do swojej kuzynki Woyczyńskiej. Jeździłyśmy z nią na Żoliborz, ale ani Mani Mickiewicz., ani Baniewiczowej nie zastałyśmy w domu.

Małpa-szympans – Jędrzejewicz nareszcie wyleciał z premierostwa, może teraz kryzys zacznie maleć, oswobodzony z pod jego cięzkiej łapy. Premierem jest prof Kozłowski, na koniec człowiek wysoce inteligentny, a do tego archeolog-geolog. Hurrrrra!!!

maj (1935)

1-go Oziębiło się bardzo

2-go Zima w całej pełni, zawieja śnieżna przy1 śniegu nawaliło moc, biedne bzy zginają się pod ciężarem, śnieżne okiście i podwiędłe liście zwieszają się smutnie z kasztana, tulipaniki pogrążają się stopniowo w puch śnieżny

12 maja – umarł Marszałek Józef Piłsudski. Byliśmy w Alejach Ujazdowskich w czasie eksportacji zwłok z Belwederu do Katedry. Było już prawie ciemno. W nocy z 16 na 17 go chodziliśmy do Katedry, ale już nie trafiliśmy gdyż o 12 tej zamknęli. W nocy lał deszcz.

17-go patrzeliśmy z góry Instytutu na uroczystości żałobne na Polu Mokotowskim.

W czasie defilady ostatniej przed Marszałkiem na Polu Mokotowskich niebo pokryło się złowrogimi chmurami, a zaraz po ukończeniu salw armatnich rozległ się grzmot i rozpętała się burza. Wkrótce po uroczystościach zmarł na udar serca wiceprezydent Warszawy – Zawistowski, inż Balcerski, który zawiadywał urządzeniem Pola Mokotowskiego – spadł samolotem w Ameryce w czasie nabożeństwa żałobnego p Marszałku.

maj (1936)

12-go Warszawa w głębokim nastroju obchodziła rocznicę śmierci Marszałka.
Dzień też był całkiem żałobny, pochmurny i płaczący.

13-go Kazik jeździł z wycieczką szkolną do Modlina statkiem, wrócił do domu o pierwszej w nocy.

20-go Byłam z Kazikiem u laryngologa w klinice na Litewskiej.

28-go z Kazikiem u laryngologa Szymańskiego (Lecznica Nowy Świat 21)

w końcu maja kot Puk wyszedł z domu i więcej nie wrócił!

maj (1937)

7-go u dra Fisza.

8-go u okulistki, były p. Moszczyńska z córką Wandzią

14-go C. Ola wyjechała do Ostroga. Boleś sprzedał dom.

22-go byli “Rafułkowie”, Władek, Mickiewiczowa, potem Budelcia.

23-go umarła Piotrowska, żona woźnego z chemii.

25-go przyjechał Ignal

30-go byliśmy w Wawrze

maj (1938)

1-go była p. Olga, a potem my oprowadzając ją w Waszkańcach.

7-go wyjechałam z Raju i przyjechałam do Warszawy.

11-go przyjechał Dziadunio Adam Hrebnicki – Profesor

13-go wyjechał

20-go byłam u okulistki

21-go …u d-ra usznego (przepłukiwanie uszu)

znalazł się cudownie pierścionek z granatem, którego szukałam rok cały.

22-go imieniny Julci, moc bzu, konwalii, niezapominajki, maczki pomarańczowe i żółte, białe i różowe. Moc ciastek, 7 osób gości, dwoje dzieci z nimi.

27-go byłam z Julcią na majowym nabożeństwie, lodach włoskich i na filmie “Wrzos” wg Rodziewiczówny.

30-go Staś wyjechał na letnie roboty.

maj (1939)

1-go wyjechał Ojciec Profesor, byli Krzyżkiewiczowie z psem. Krzyżkiewicz przyniósł Julci czekoladki wygrane i robił fotografie.
P. Marychna całowała się i ściskała z Dziaduniem, mówiąc, że ma śliczne oczki.

7-go byliśmy z Krzyżkiewiczami na “Hamlecie”.

8-go była c. Misia, Tyszkiewicz i Łaszkiewicz z Tomkiem.

9-go był Władek, Krzyżkiewiczowie wyjechali

12-go byłam u Baniewiczowej

13-go byłam w kuratorium i dowiedziałam się, że Kazika szkoła jest zlikwidowana.

18-go byłam u Baniewiczowej i razem z nią w kinie na “Banicie”.

19-go byłam u Aliny. Kazik zaczął korepetycje z uczniem IV klasy gimnazjum im. Żeromskiego.

22-go na imieniny Julci była MM z kwiatami, p. Zosia i p. Jadzia.

28-go byłam z Kazikiem na filmie ….. i z p. Wardęską na filmie “Wielki Walc”, śliczny, Strauss i jego walczyki.

________________________

Ileż to się działo w maju!!!! Nawet śnieg był!!!

Sady Pradziadka i okolice. Berżeniki.

Andrzej Rejman

Z Berżenickiego Sztambucha cz. I.

Ciocia Krystyna (Stankiewiczowa) pokazała mi niedawno piękny zeszyt z zapiskami, zdjęciami i notatkami z lat minionych.

4_Krystyna_Stankiewicz_przeglada_Sztambuch_Berzenicki_20Ciocia Krysia przegląda sztambuch swojej mamy

Zeszyt prowadzony był przez jej matkę, Helenę z Zanów Stankiewiczową (1904-1996), która skrupulatnie zapisywała w nim kto i kiedy odwiedził ich w Berżenikach. O Berżenikach jeszcze kiedyś napiszę dokładniej, na razie tylko powiem, że był to majątek rodziny Stankiewiczów, gdzie zamieszkała po ślubie z Kazimierzem Stankiewiczem, Helena, córka Tomasza Zana (1876-1950) i Teresy Dowgiałło (1884-1945), prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” (1796-1855) – “Pani na Berżenikach”.

3_stoi_Marysia_siedzi_Krystyna_Stankiewiczowne_obraz_KryNa namalowanym przez Krystynę Dowgiałło obrazie jest właśnie ten dwór w Berżenikach wśród kwiatów i zieleni, i córki Heleny – Krystyna i Maria Stankiewiczówny (stoi Marysia, siedzi Krysia)

1_Adam_Hrebnicki_i_Krysia_Stankiewicz_Raj_ok_1935Dziadek Adam Hrebnicki z Krysią

Ciocia Helena (Hala) Stankiewiczowa wspomina:

…mieliśmy stałych gości, którzy gdzie indziej nie chcieli spędzać wakacji – piękne i bogate lasy, owoce leśne, jeziora z łódkami i kajakami zbudowanymi przez naszego stolarza, konie pod wierzch i do bryczki, – wszystko było do ich dyspozycji.

6_widok_na_Berzeniki_ok_1909_fot_St_HrebnickiWokół dobrzy, przyjaźni, uczciwi ludzie. Prawdziwy raj na ziemi. Przyjeżdżała do nas cała rodzina Herbstów – Witold, który był świadkiem na naszym ślubie, jego siostra Jadwiga – później Kaczyńska, rodzice, a później i wnuki. Przyjeżdżali też z rodzinami Okolscy, Meisserowie, Ejsmontowie, Załuscy, Hrebniccy, Zawiszowie. Nie sposób wspomnieć wszystkich, którzy przewinęli się przez dwór w Berżenikach. Eugeniusz Modliński, przewodniczący Chrześcijańskich Związków Zawodowych wpadał w zimie na dziesięć dni, żeby oderwać się od swoich spraw. Mówił, że prawdziwie odpocząć można tylko w atmosferze staropolskiego domu. Co roku rozbijali obóz harcerze…

8_widok_na_Raj_ze_strony_Berzenik_fot_St_Hrebnicki
Widok na Raj od strony Berżenik

(Helena z Zanów Stankiewiczowa – “Pani na Berżenikach”
W. Wiśniewski, wyd LTW 2003)

***

W “Sztambuchu” jest także piękny, wzruszający wiersz Heleny Stankiewiczowej, napisany w czasach kolejnej próby dla Polski – w roku 1980 tym, kiedy już “nie ma czym gości dziś częstować…”, który przytaczam w całości bez zmian redakcyjnych:

7_wiersz_Heleny_Stankiewicz_o_Berzenikach_1980Helena Stankiewiczowa

A tam nad wielkim błękitnym jeziorem
Ścielą się nisko białe mgły wieczorem
A na bagnistej mchem porosłej łące
Rosną smółki różowe, storczyki pachnące
Zdaje się, że czuję ciepło tego mokrego wieczora
Czy to było tak dawno, czy zaledwie wczora
A tak było tam ludno jasno i wesoło
Wszyscy nasi kochani jak spojrzeć wokoło
Tłumnie wchodzili na winem opleciony ganek
Na stole obrus biały, wkoło gości wianek
Rozprawiali beztrosko, szumnie, miło, gwarno
W upale popołudnia, gorąco i parno
Na stole miód, maliny, pachnące poziomki
Róża z masła,* wędliny i razowca kromki
Stosy ogórków świeżych, wszakże wiecie sami,
Przysmak to jest Kresowy, ten miód z ogórkami
Możnaby tak wyliczać z wieczora do rana
Co na tym stole było dzisiaj rzecz niespotykana
Wszystko już przeminęło, te gościnne dwory,
Już są nie aktualne, obiady, wieczory.
Aby gości przyjmować nie ma dziś czym częstować
Pora by te wspomnienia w legendzie zachować

Warszawa, 1980 rok grudzień 30

*/ robione łyżeczką w specjalnej maselnicy szklanej lub glinianej (wyjaśnienie K. Stankiewiczowej, przyp. mój). A na zakończenie filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=a_r5PD5XEI4

I jeszcze zdjęcia rodzinne nadesłane na ręce administracji bloga wiele lat później przez Sebastiana Ordę-Sztarka

Na tarasie. Obok: Władysław Stankiewicz, zaś na rewersie dedykacja dla Pradziadka Piotra.
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Sebastiana Ordo-Sztarka. Zdjęcie na tarasie wykonane zostało około 1925-1927 roku na werandzie dworu w Berżenikach. Od lewej: n.n., n.n. (być może matka Heleny Stankiewiczowej – do potwierdzenia), Władysław Stankiewicz, poniżej Janina Tyszkiewicz z domu Stankiewicz, Maria – wielka miłość Władysława – jego przyszła żona, dalej mój Pradziadek Piotr Orda-Wnorowski, nad nim Manieczka Hrebnicka (córka pomologa Adama Hrebnickiego-Doktorowicza, twórcy jabłoni odmiany “Ananas berżenicki”), Helena Zan – potem Stankiewicz i jako ostatni Kazimierz Stankiewicz, późniejszy mąż Heleny.

W „Katoliku“

Zbigniew Milewicz

Sięganie pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce ponad 30 lat temu, przypomina trochę wywoływanie duchów, kościół katolicki gani te praktyki, ale jak nie wywołam, to nie wyjaśnię, jak się w tym czasopiśmie znalazłem. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce skreślono mnie z listy pracowników katowickiego „Wieczoru“, w którym miałem etat publicysty, ponieważ psułem generalnie poprawną polityczną statystykę w popołudniówce. Może gdybym posłuchał kierownictwa redakcji, włos nie spadłby mi z głowy, a tak, dzisiaj jestem łysy. Mówili mi: poza redaktor Jarochowską tylko wy należycie do Solidarności, ale Marysia jest już na emeryturze. Co wam szkodzi się wypisać, chyba chcecie dalej u nas pracować? Oczywiście, że chciałem, ale nie za wszelką cenę.

Mojego przyjaciela, Bogdana Szewczenkę, usunięto wtedy z katowickiego ośrodka TV i, żeby zarobić na życie, nocami produkowaliśmy w jego piwnicy huśtawki dla dzieci, które rano zanosiliśmy na targowisko w starych Tychach, ale udało się nam sprzedać tylko jedną sztukę. Żeby nie nazywało się, że utrzymują nas żony, zmieniliśmy towar na ciuchy. Wyciągało się z szafy to, w czym człowiek już nie chodził, albo rzadko zakładał i konfekcja miała większe wzięcie, ale rodziny trudno było z tego wyżywić. Moja żona Mira pracowała wtedy w sekretariacie „Unitry“ w Katowicach, przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją sprzętu elektrotechnicznego, a Teresa, połowica Bogdana, pisała w tyskim „Echu“. Bez finansowej pomocy moich teściów z Modrzejowa, bez obiadów na Dębowej, u mamy Niny, trudno byłoby nam z Mirą wyżyć. Mira spodziewała się narodzin naszego pierwszego syna, więc dobrze się stało, że krótko po jego przyjściu na świat, udało mi się wrócić do zawodu. W czerwcu 1982 roku ruszyło w Katowicach pismo „Katolik“, w którym i dla mnie znalazło się miejsce.

351px-Katolik_nr_1_1868Numer “Katolika” z 9 lipca 1868 roku

Tytuł nawiązywał do historycznego periodyku, znanego z walki z germanizacją Górnego Śląska. Pismo to wychodziło w latach 1868-1931, a jego najbardziej znanym naczelnym był, pochodzący ze Śląska Cieszyńskiego, Karol Miarka, społeczny działacz, nauczyciel, pisarz, publicysta i drukarz. Pierwszy numer pod jego redakcją ukazał się 1 kwietnia 1869 r. w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie.

katolikpaxNowy „Katolik“ należał do Stowarzyszenia PAX, o którym Katolicka Agencja Informacyjna pisze, co następuje:

Organizacja katolików świeckich kolaborująca z komunistycznymi władzami Polski Ludowej.

Stowarzyszenie powołane zostało przez Bolesława Piaseckiego i grupę osób związanych z dawnym Obozem Narodowo-Radykalnym Falanga, wydającą od 1945 pismo “Dziś i Jutro”. Stowarzyszenie uzyskało formalny status w 1947 r. “PAX” miał być jedyną, monopolistyczną organizacją katolicką, a zarazem instrumentem służącym rozbiciu Kościoła od wewnątrz.

PAX współpracował z ruchem księży patriotów, krytykował Episkopat Polski, popierał proces bp. Czesława Kaczmarka i uwięzienie Prymasa Wyszyńskiego.

To PAX-owi władze powierzyły w zarząd majątek Caritas i w latach 1953- 56 “Tygodnik Powszechny”, po tym jak redakcja odmówiła wydrukowania nekrologu Stalina.

PAX prowadził działalność społeczną i polityczną. Miał swoje koło poselskie w Sejmie PRL. Od 1947 do 1993 r. wydawał dziennik “Słowo Powszechne”. Posiadał też własny Instytut Wydawniczy.

Mimo daleko posuniętych ustępstw na rzecz władzy, stowarzyszenie, zwłaszcza po 1956 r. usiłowało jednak promować elementy nauczania katolickiego, zwłaszcza w odniesieniu do katolickiej nauki społecznej czy kwestii przerywania ciąży. Wydawało również książki, które gdzie indziej nie mogłyby legalnie się ukazać.

W wyniku przemian demokratycznych w Polsce Stowarzyszenie PAX zawiesiło działalność polityczną. Jego kontynuacją jest od 1993 r. Stowarzyszenie “Civitas Christiana” uznane oficjalnie w 1997 r. dekretem Prymasa Polski kard. Józefa Glempa za organizację katolicką.

© 2005-2007 Katolicka Agencja Informacyjna. Wszelkie prawa zastrzeżone.

PAX miał opinię mocno kontrowersyjną, stało za nim także wielu ludzi, którzy nie zgadzali się z jego negatywnymi ocenami i czego by o stowarzyszeniu nie sądzić, dzięki niemu z PRL-owskiej banicji wróciła do zawodu spora gromada nieprawomyślnych, śląskich dziennikarzy – i za to mu chwała.

RedakcjaRedakcja niemal w komplecie

Interes ubiły obydwie strony, do „Katolika“ przyszli bowiem pracować ludzie z wieloletnim stażem zawodowym, dobrzy rzemieślnicy, m.in. redaktorzy Leopold Kurek, Andrzej Babuchowski i Eugeniusz Łabus z Polskiego Radia, Michał Smolorz z telewizji, Włodek Paźniewski, z którym razem pracowaliśmy dawniej w „Dzienniku Zachodnim”, Edek Szopa, Czesław Ryszka, Janek Lewandowski, Magda Polakowska, niedościgniony fotoreporter, Bogdan Kułakowski, grafik Jurek Miciak… Naczelnym redaktorem początkowo dwutygodnika, a później tygodnika został poseł Jan Waleczek, a faktycznie tytułem kierowali Marian Filipek, Jan Jaśniak i Tadeusz Kurlus.

Zeitungsartikel _Seite_1Nie sprawdziły się czarnowidzkie gderania niektórych kolegów, że będziemy wszyscy za księżmi w procesji dzwonkami potrząsać, albo podlizywać się komunie. Nikt nikomu nie narzucał tematów, choć oczywiście kierownictwo redakcji miało swoje wytyczne i program, ale można się było wymigać od tego, co niewygodne. Krytyki władzy i pochwały opozycji w piśmie nie było. Mogliśmy za to delektować się tematyką kulturalną, wyżywać w społecznej, wydobywać z cienia różne kontrowersyjne fakty z najnowszej historii Polski, pokazywać ludzką krzywdę i interweniować w obronie ofiar. Oczywiście, często mówiło się w redakcji, że „Katolik“ uprawia tzw. zastępcze tematy, ale lepsze to było jednak od sprzedawania pietruszki czy huśtawek na bazarze. Sporo miejsca pismo poświęcało społecznej nauce kościoła, filozofii chrześcijańskiej i – rzecz jasna – pontyfikatowi oraz myśli Jana Pawła II.

Mnie po staremu interesował margines społeczny i tematyka obyczajowa, jeździłem do ludzi, którym działa się krzywda, a kiedy zjawił się w Polsce uzdrawiacz Harris, a po nim tyszanin Nardelli pokazał, co potrafi, zająłem się naturalnymi metodami leczenia chorób. Zrealizowałem także marzenie życia i popłynąłem w prawdziwy, dalekomorski rejs statkiem handlowym, który później opisałem i obfotografowałem radzieckim aparatem marki Zenit, co „Katolik” opublikował. Ten reportaż chciałbym też tutaj przypomnieć w następnych pięciu odcinkach.

Reblog: Ciocia Marysia

Tak to tygodnie spędzone z Karusią zaprowadziły nas siłą rzeczy do jej koleżanki z harcerstwa, a mojej kolejnej ciotecznej babki (miałam ich pewną ilość), Marii Krynickiej. Wszyscy nazywaliśmy ją Ciocią Marysią, choć była oczywiście o pokolenie starsza. Maria z domu Mudryk była żoną Jana, brata mojej babci – Marii „Mity” Boguckiej, mamy mojego Ojca. Stryj Jan był dyrektorem kolei na okręg północny. Cała rodzina Krynickich mieszkała w pięknej starej willi (poniemieckiej) na ulicy Batorego we Wrzeszczu, zawsze i przez wszystkich nazywanej Batorówką. To tam mieszkał Ojciec po wojnie, podczas nauki w technikum i studiów na politechnice, to tam się poznali Mama i Ojciec, to tam chodziliśmy co niedzielę z wizytą, odwiedzać prababcię Jadwigę, mamę wuja Jana i babci Mity. Były tam też dorosłe dzieci Stryjostwa, Dusiek, Maciek i Teresa, ale chyba już ich wszystkich na stałe w domu nie było. Podczas tych wizyt pewnie się coś małego zjadało lub wypijało, ale nic nie pamiętam, oprócz wiszącego na ścianie w kuchni młynka do mielenia kawy, którym ktoś zaraz po naszym przyjściu kręcił, czyli przygotowywano kawę.

Kiedyś przez miesiąc chyba mieszkałam na Batorówce, bo w domu był remont. Pamiętam pokój z podwójnymi, ciężkimi drzwiami, ciemnymi i błyszczącymi, i trzy równie ciemne i błyszczące stoliki podręczne, wsuwane jeden pod drugi. Były chyba jakieś szafy, stoły czy łóżko, ale nic nie pamiętam. Atmosfera była mniej więcej taka, jak w pierwszych rozdziałach Tajemniczego ogrodu. Nocami nasłuchiwałam, czy nie usłyszę płaczu Colina, ale nikt nie krzyczał.

Tekst o Cioci Marysi znalazłam w sieci, ale niestety nie udało mi się odkryć, kim jest jego autor. Nekrologi umieszczone w tym wpisie znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, gdy skanowałam teksty Karusi.

Darek Szczecina (Darek ze Szczecina?)

Jako Naczelniczka Harcerek w 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek, które podjęło opiekuńcze i samarytańskie prace na Zaolziu, a we wrześniu 1939 roku podjęło służbę na terenie całego kraju.

***
Maria Mudryk urodziła się w 1896 roku w Przemyślu w patriotycznej rodzinie pracownika kolei. Rodzeństwo Marii od młodości działało w harcerstwie. Jej brat Franciszek był instruktorem skautowym, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Młodsza siostra działała w harcerskiej konspiracji.

Sama Maria podczas nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu działała w organizacjach patriotycznych Pet i Eleusis. W maju 1911 roku zorganizowała pierwszy w mieście zastęp skautek, który wkrótce rozrósł się do drużyny. Przyrzeczenie skautowe złożyła w tymże roku na ręce samej Olgi Drahonowskiej. Wybuch wojny światowej nie zniechęcił harcerek do działania, wręcz przeciwnie, ich działalność zyskała na popularności. Maria zorganizowała w Przemyślu pomoc dla uciekinierów ze wschodniej Galicji, harcerki opiekowały się także rannymi żołnierzami, pracowały w szpitalu Czerwonego Krzyża. Od 1915 roku Maria kontynuowała naukę jednocześnie prowadząc I Drużynę Skautek im. T. Kościuszki w Przemyślu, organizowała szkolenia. Jej aktywność była szybko zauważona i doceniona, wybrano ją przewodniczącą Rady Drużynowych Harcerek a następnie komendantką. Została delegatką na zjazd zjednoczeniowy organizacji harcerskich i skautowych zwołany do Lublina w dniach 1-2 listopada 1918 roku. Po powrocie do zagrożonego przez ukraińskich nacjonalistów Przemyśla włączyła się czynnie do prac dla wojska broniącego miasta, zorganizowała szwalnię i pocztę harcerską, dołączyła do ekipy Czerwonego Krzyża dojeżdżającej na front po rannych i chorych żołnierzy. Po ustaniu walk jej drużyna zorganizowała pięć ochronek dla dzieci pozostających w mieście bez opieki. Po zdaniu matury Maria rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jednocześnie nadal czynnie odpowiadała na harcerskie wezwania, m.in. zorganizowała grupę harcerzy wysłanych na akcję plebiscytową na Spisz i Orawę. Latem 1920 roku będąc w składzie Obywatelskiego Komitetu Obrony Państwa organizowała pracę harcerek i harcerzy w ramach Ochotniczej Legii Obywatelskiej oraz Ochotniczej Legii Kobiet. Brała także udział w służbie w pociągach sanitarnych wiozących rannych żołnierzy z frontu. Po ustabilizowaniu się sytuacji Maria Mudryk przeniosła się do Lwowa. Tu kontynuowała studia, jednocześnie została asystentką na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Dodatkowo uczyła biologii i chemii w seminarium i liceum, oraz w Żeńskiej Szkole Gospodarczej. Uzyskała tytuł magistra biologii, zdała egzamin nauczycielski z biologii i chemii oraz zdobyła tytuł inżyniera na Politechnice Lwowskiej. W 1926 roku poślubiła Jana Krynickiego, inżyniera kolejnictwa – późniejszego oficera Armii Krajowej. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci, córki Teresy i dwóch synów, Maćka i Andrzeja (Duśka). W przyszłości, głównie z powodu profesji głowy rodziny, Kryniccy kilkakrotnie musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Okres lwowski dla Marii to nie tylko studia i praca nauczycielki, to również intensywna działalność harcerska. Już od 1920 roku kierowała Działem Kursów Lwowskiej Chorągwi Harcerek. Zorganizowała szereg kursów instruktorskich. Dwukrotnie została wybrana komendantką tejże chorągwi (w latach 1921-1923 oraz 1925-1928), która obejmowała swoim zasięgiem województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Weszła w skład Naczelnej Rady Harcerskiej, otrzymała stopień harcmistrzyni. W latach trzydziestych XX wieku rodzina Krynickich przenosiła się kolejno do Tarnowskich Gór, Strzelc Opolskich, Bydgoszczy i Torunia. Wszędzie w różny sposób Maria wspomagała w działalności miejscowe harcerki. Nie zaprzestała działalności na rzecz harcerstwa w Polsce, była we władzach naczelnych, kierowała kursami instruktorskimi – głównie dla nauczycieli. W 1937 roku została wybrana Naczelniczką Harcerek. Stojąc na czele Organizacji Harcerek, hm. Maria Krynicka we wrześniu 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek. W ramach pogotowia kilkaset harcerek wzięło udział w pracach opiekuńczych i samarytańskich na Zaolziu. To był wielki sprawdzian dla młodych dziewcząt z gotowości służenia ojczyźnie. Po raz drugi gotowością harcerski wykazały się we wrześniu 1939 roku. Maria Krynicka z Główna Kwaterą harcerek postanowiła o kontynuacji harcerskiej służby w podziemiu. W Warszawie we władzach konspiracyjnego ZHP Krynicką reprezentowała kolejno hm. Maria Wocalewska i hm. Zofia Florczak. Maria z rodziną wojnę spędziła w Łososinie Górnej i Krakowie współpracując z ZWZ-AK. Prowadziła tajne nauczanie i zajmowała się przekazywaniem konspiracyjnych informacji.

Pod koniec wojny, 25 marca 1945 roku rozwiązała dotychczasową Organizację Harcerek i złożyła rezygnację z pełnienia funkcji Naczelniczki Harcerek. Po wojnie Kryniccy przeprowadzili się do Bydgoszczy a następnie do Gdańska. Pracowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako dziekan Wydziału Biologii i Geografii. Na emeryturę przeszła w 1966 roku. Do służby harcerskiej powróciła w grudniu 1956 roku, gdy odrodziło się harcerstwo. Została doradcą Naczelnej Rady Harcerskiej, zaś w komendzie Gdańskiej Chorągwi Harcerstwa kierowała Wydziałem Kształcenia Starszyzny. Wiek i zdrowie nie pozwoliły na długotrwałą działalność. Zmarła w 1978 roku. Została pochowana w harcerskiej asyście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

nekrologHarcerek

nekrologiCiociMarysi

Łuna zajmuje pół nieba…

Andrzej Rejman

Napisane w Wielki Piątek 2015

Sięgam do archiwów rodzinnych… tak będzie z pewnością łatwiej coś napisać…

Przeglądam zapiski i zdjęcia sprzed lat.

Kresy. Warszawa. Polska międzywojenna, potem wojenna.

Szukam czegoś o świętach Wielkanocnych. Znajduję święta w cieniu Zagłady.

Moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, pisała w każdej wolnej chwili.

Były to dzienniki lektur, krótkie zapiski w kalendarzu – co działo się, kto był z wizytą, czyje obchodzono imieniny, jakie rocznice, no i święta. Pisała regularnie, dokładnie, co grają w kinach, do jakich lekarzy chodzili po poradę, co działo się w mieście.

letni_wypoczynek_u_dziadunia_Hrebnickiego_ok_1930_fot_StZ zapisków w latach 1922-1939 dowiadujemy się wiele o minionej Warszawie, letnich wakacjach na Kresach (w opisywanym już poprzednio “Raju”, Dziadunia Hrebnickiego). Potem znowu nadchodzi wojna (która to z kolei?) – którą tym razem Hrebniccy (poza krótkim okresem pierwszych tygodni działań wojennych, gdy wychodzą całą rodziną z Warszawy) spędzają aż do połowy sierpnia 1944 w mieście, w mieszkaniu Instytutu Geologicznego przy ulicy Rakowieckiej 4.

jezioro_Berzenickie_wakacje_ok_1930_fot_St._Hrebnicki***
W roku 1943 babcia pisze:

Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_czasu_wojny_1943_Wielkanoc“23 kwietnia

Znowu biorę zupy ze stołówki RGO. (Rada Główna Opiekuńcza przyp. mój). Są lepsze niż dawniej. Ograniczenie gazu doprowadza mnie do rozpaczy. Można spalić tylko 30 m., a w zeszłym miesiącu spaliliśmy 72! Już nie grzejemy wody na naczynia, nie prasujemy, nie gotujemy bielizny, z rana nie pijemy herbaty. Przyszła paczka z Raju (już znowu nie ma granicy… to już po 1941 r., znów we władaniu Niemców, paczki mogą swobodnie przychodzić do Generalnej Gubernii, przyp. mój): kiełbaska, torcik, cukier, pierniczki, mąka.

24 kwietnia

Upiekłam dwa placki i tort biszkoptowy… Zaraz po obiedzie poleciałam po drożdże i do 5-ej godz. ciasto zdążyło podnieść się. Więc będziemy nawet mieli na Święta ciasto! Myślałam, że będzie sam chleb. Kwitną już wiśnie i tulipany. Ładnie się robi na świecie, a tym razem nad ghett’em unoszą się kłęby dymu. Makabra! Jak delikatnie pachną rozwijające się listki, powietrze łagodne i orzeźwiające.

25 kwietnia

Wielkanoc! Zasiedliśmy do uroczystego śniadania – jajka farbowane na czerwono, czerwone i białe tulipany w zielonym wazoniku, tradycyjny baranek z czerwoną chorągiewką (kupiony 20 lat temu w Wołominie). Kiełbaska rajska (z “Raju” od Dziadunia Hrebnickiego, przyp. mój) placek. Po najedzeniu się pojechaliśmy do Anina. Był bardzo chłodny wiatr. Zawieźliśmy Marysi (Maria Chodorek z domu Tyszkiewicz, kuzynka, do dziś mieszka w Aninie, absolwentka SGGW, nauczycielka, wciąż bardzo czynna społecznie i zaangażowana na rzecz Warszawy i Anina, przyp. mój) niebieską bransoletkę szklaną, Jankowi (Jan Tyszkiewicz, kuzyn, brat wspomnianej Marysi, znany i ceniony historyk, profesor UW, mieszka z rodziną w Warszawie, wtedy miał niecałe 4 lata! przyp. mój) zielone drewniane jajeczko i jeszcze kółeczka do serwetek szklane. Jedliśmy szynkę konserwowaną jeszcze przedwojenną! Barszcz na mięsie, króliki i rozmaite ciasta. W domu jak zwykle na kolację spożyliśmy kartofle ze skwarkami, chleb i torcik, do chleba mieliśmy wędzonkę rajską. Było ciepło, zacisznie i przytulnie, błogi spokój, a tymczasem od strony ghett’a wciąż wali dym i łuna zajmuje pół nieba. A przecież Żydzi są też ludźmi… W Aninie urodziły się dwie prześliczne kózki, wesołe, skaczące i merdające krótkimi ogonkami…”

autorka_dziennika_Malgorzata_Hrebnicka_z_dziecmi_ok_1928 -1940(Małgorzata Hrebnicka, Dziennik Czasu Wojny 1939-1944, fragmenty – ze zbiorów A.R. Na lewej fotografii Autorka z dziećmi w roku 1928, na prawej w roku 1940.)