W harcerstwie podczas wojny (1)

karolina2Kolejny wpis o Karusi, ale tym razem oddaję głos jej samej. Już przed wojną Karusia zaangażowała się w działalność harcerską i uzyskała stopień harcmistrzyni. Podczas wojny początkowo zajmowała się chorą mamą (czyli prababcią Eugenią), potem pracowała przez kilka miesięcy w różnych miejscach, używając jednak  nazwiska Mianowska lub pseudonimu Bukowa jagoda. W tym pierwszym okresie wojny pomocy udzielała jej między innymi Irena Dąbkowska (1901-1942? – data i miejsce śmierci nieznane) – dr filozofii (botanika i geologia), nauczycielka, żołnierz Podziemia. To ona wystarała się o fałszywe dokumenty dla Karusi i załatwiła jej pierwszą wojenną pracę, w Muzeum Fizjograficznym PAU w Krakowie. Irena należała do Związku Walki Zbrojnej. Zginęła w nieznanych okolicznościach w walkach partyzanckich na Polesiu.
Karusia natomiast powróciła do Warszawy, znowu pracowała dorywczo u różnych osób, po czym już na stałe przeszła do pracy w domach opieki nad dziećmi w Konstancinie, jako ogrodniczka w ogrodzie i w szklarniach, zaopatrzeniowiec, a wreszcie opiekunka dzieci.

Na prośbę redaktorek książki Harcerki 1939-1945 (tom: Relacje, pamiętniki) opisała kilka zdarzeń z tej pracy. Niektóre zostały opublikowane, inne znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Karusia spisała swe wspomnienia ręcznie, przepisała je na maszynie już po jej śmierci jedna z koleżanek-harcerek. Pożółkłe przechowywane w archiwum kartki nie dają się odczytać za pomocą programów odczytujących teksty, a z kolei ja nie miałam czasu, żeby je przepisać. W pierwszej wersji niniejszy wpis zawierał po prostu zdjęcia kolejnych kartek, dość trudne jednak do czytania. W marcu 2015 roku moja kuzynka, córka Mirki, Maria, przepisała tekst na komputer. Zdjęcia kartek zostawiam jednak jako ilustracje.

I jeszcze jedna informacja: to właśnie przez działalność Karusi w harcerstwie Mama (Irena Kuran-Bogucka) w roku 1947 przyjechała na wakacje do Gdańska i poznała Tatę (Dariusza Boguckiego). Tata to opisał i kiedyś opublikuję tu odnośny fragment jego wspomnień.

Karolina Lubliner-Mianowska

Harcerskie domy dziecięce w Konstancinie

Karusia01-maleDo Konstancina przyjechałam jesienią 1941 roku. To było tak: spotkałam na ulicy Józefinę Łapińską. Pyta mnie: co robisz? Na razie mówię, kończę układać na zimę jabłka w piwnicy, u Hani Piotrowskiej w Komorowie. To jak skończysz z tym, mówi Józefina, to przyjedź do nas. Gena Woroniecka ma tam mnóstwo tulipanów do posadzenia, pewnie się na tym znasz, to jej pomożesz. No i w tydzień potem już sadziłyśmy te tulipany z Geną. Po tulipanach trzeba było jeszcze robić porządki w ogrodzie i w szklarni przed zimą. Pod koniec listopada wybuchła w internacie epidemia grypy. Kierowniczka, Marysia Steckiewicz, przy śniadaniu pyta mnie nieśmiało: czy ty umiesz pielęgnować chore dzieci? Pewnie, że umiem. Jakby nie było – instruktorka Z.H.P. od tylu lat. Epidemia trwała kilka tygodni, przeszło 70% dzieci chorowało, było co robić. Pojechałam do Warszawy po nowy transport atrium benzoikum (na kaszel) i na stacji kolejki spotkałam Natkę Hiszpańską. Chodź do nas, zaproponowała, – my widzisz, idziemy na całego. Słusznie – przyjdę do ciebie, tylko – jak się skończy ta grypa u Marysi, na razie jestem tam potrzebna. Nie wiem dokładnie ile czasu po tej rozmowie Natka wpadła i jak wiadomo zamęczyli ją w Oświęcimiu. Pożyteczna okazała się dla mnie ta grypa.

W Konstancinie były w tym czasie trzy domy dziecięce prowadzone przez harcerki (formalnie były one pod opieką R.G.O. – Rada Główna Opiekuńcza, przyp. EMS). Jeden w willi „Corso” – kierowniczką była Maria Wocalewska, gospodynią Aniela Libionka, która dawniej pracowała na Buczu. Drugi w willi „Piaski” pozostawał pod kierownictwem Marii Stockiewicz, instruktorki z Wilna. Gospodynią była osoba „cywilna”, Janina Wąsowska, siostra Józefiny Łapińskiej. Oba te domy miały dzieci starsze, powyżej pięciu lat, w każdym było ich około 40. Trzeci wreszcie dom, w willi „Anusia”, chronił około 30 małych dzieci, od dwóch lat do pięciu. Kierowniczką była Wiktoria Dewitzowa, która sama miała córeczkę w tym właśnie wieku i męża w oflagu.

Karusia02-malePersonel tych domów był przeważnie złożony z harcerek, jedynie pracownice fizyczne były to kobiety wysiedlone z wiosek w zachodnich dzielnicach kraju. Skład osobowy tego personelu był dość zmienny, często zdarzały się zmiany i przesunięcia. Organizacja często przysyłała nam do domów w Konstancinie te jednostki, które trzeba było ukryć i ochronić przed aresztowaniem. Zdarzali się i chłopcy w takich sytuacjach, zatrudniało się ich wtedy w charakterze praktykantów w ogrodzie w „Piaskach”. Były także i harcerki żydowskiego pochodzenia, które znalazły schronienie konstancińskich domach dziecka. Oprócz piszącej te słowa, pamiętam siostry Teresę i Jadwigę Kajfarowicz z Lublina i Annę Wirską z Wilna.

Pracę z dziećmi prowadzono metodami harcerskimi. W pierwszych latach okupacji cała nauka dzieci też była w rękach kierownictwa domu, dopiero później, w 1943 i 44 roku, dzieci chodziły do szkoły podstawowej w Skolimowie. Dużo czasu i wysiłku poświęcano różnym imprezom, które miały na celu urozmaicenie życia. Różne przedstawienia, jasełka, śpiewy, zajęcia w domu i w ogrodzie urozmaicały monotonne dnie. Gorzej było z wycieczkami i spacerami; dzieci przeważnie nie miały odpowiedniego do chodzenia obuwia. Pamiętam, jak raz dzieci poszły popatrzeć na mecz piłkarski, rozgrywany przez miejscową młodzież. Wtem zjawiła się na boisku ciężarówka z żandarmami, którzy zamierzali wyłapać grających w piłkę chłopców. Ci oczywiście umykali w różne strony, a żandarmi odpowiadali strzałami. Nasze dzieci bez tchu przybiegły do domu, dwie wychowawczynie dla pośpiechu przerzucały je do ogrodu przez parkan. Skończyło się szczęśliwie na strachu, ale dzieci długo potem bały się wychodzić poza obręb naszego ogrodu.

Bardzo dużo pracy miały w domach dziecięcych higienistki. Normalnie była tylko jedna na cały dom, tylko w wypadkach nasilenia chorób przydzielano drugą siłę do pomocy. Poważniejszych epidemii udało się uniknąć, dzięki temu zapewne, że każde nowe dziecko przebywało kilka tygodni w szpitaliku, izolowanym od reszty dzieci. Najwięcej kłopotu przysparzało to, że dzieci, bardzo nieodpowiednio odżywiane, łatwo dostawały różnych czyraków, krost i ropni. Każde skaleczenie ropiało i goiło się tygodniami, toteż wieczorem po myciu, długa kolejka czekała zawsze na opatrunki.

Karusia03-maleOdżywianie naszych dzieci było stałym powodem do niezadowolenia ze strony wychowawczyń i kierownictwa, przynajmniej na „Piaskach”. Gospodyni szła tutaj po linii najmniejszego oporu i nie wykazywała tyle pomysłowości i innowacji, ile wykazywały jej harcerki, gdy szło o urozmaicenie dzieciom zajęć. Rano, sześć razy w tygodniu dawano tzw. „mel” czyli mączną zupę. Były to dwa litry grubej razowej mąki, rozrobione zimną wodą i wlane następnie na osolony wrzątek. Całość była okraszona paru litrami zbieranego mleka. Potrawa ta żywo przypominała pierwsze pożywienie prosiąt w racjonalnej chlewni. W niedzielę na śniadanie biała kawa i kartkowy chleb z marmoladą. Na obiad bywała zupa, dwa razy w tygodniu mięso, poza tym kartofle z jarzyną: brukiew, kapusta, buraki, marchew. Była to prawdziwa pasza objętościowa, po której dzieci musiały leżeć najmniej 2 godziny, żeby poradzić sobie z tą masą błonnika, toteż wszystkie miały wzdęte wydatnie brzuszki. Na kolację znów była zupa, najczęściej żur. Personel, który po położeniu dzieci do łóżek miał jeszcze przed sobą dobrych kilka godzin pracy: szycia, prasowania sprzątania etc., dostawał jeszcze o 9 wieczorem po szklance namiastki herbacianej i po kawałku chleba ze smalcem. Był to przywilej, którego dzieci ogromnie nam zazdrościły.

Należałoby tu wymienić nazwiska tych naprawdę ofiarnie pracujących dziewczyn. Większość z nich czynem wyrażała to, co słowem wyraziła Anielka Kowalska, już podczas powstania: „Ja się wcale nie martwię, że pilnuję dzieci, zamiast zabijać Niemców”. Niestety pamięć zawodzi i tylko niektóre już teraz mogę wymienić. Główna wychowawczyni „Piasków” Tamara Zacharow, niewyczerpana kopalnia pomysłów dotyczących zabaw i przedstawień. Zofia Słowikówna – tej specjalnością było przygotowanie dzieci do pierwszej komunii. Przeprowadzała tę akcję po prostu z talentem; nie była to ani formalność, ani obowiązek, tylko niesłychanie cudowne przeżycie. Wianek i biała sukienka nie stawały się, jak to często bywa, głównym celem, tylko nędznym rekwizytem, nic nie znaczącym wobec powagi wewnętrznego doznania. Janina Skalanka, najlepsza z naszych pielęgniarek, opuściła nas jednak przed samym powstaniem.

Karusia04-malePod koniec okupacji losy trzech domów dziecięcych w Konstancinie były różne. „Corso” przeniesiono do Warszawy z początkiem lata 1944 r. Nie pamiętam już dobrze, co było tego powodem, zdaje się że fakt, iż „Piaski” wysiedlili Niemcy w lipcu tegoż roku. Budynek zajęty został na radiostację, która jednak już w początku sierpnia opuściła „Piaski” i przeniosła się dalej na zachód. Dom z „Piasków” umieszczono po drugiej stronie Wisły w osiedlu szkolnym w Rycicach pod Józefowem. Z całego personelu ja tylko zostałam w Konstancinie, gdyż próbowałam jeszcze pilnować mego ogrodu. Dom małych dzieci z „Anusi” W. Dewitzowa w początku sierpnia 1944 r. przeniosła do Zalesia, a stamtąd aż do Zakopanego. Był to wynik niesłychanie trudnych starań i zabiegów, zakończonych jednak pomyślnie. Dewitzowa wystarała się o kilka towarowych wagonów, do których załadowano cały zakład. W jednym urządzona była nawet kuchenka, gdyż podróż trwać musiała kilka dni. Dewitzowa wyjeżdżała ciężko chora na zapalenie płuc i pod koniec dyrygowała cała ewakuacją w pozycji leżącej. W willi „Anusia” pozostała na razie czteroosobowa załoga, ja również do niej należałam. Nie pamiętam już dobrze jej składu – wiem tylko, że była tam miedzy innymi p. Helena Sowińska, matka ośmiorga dzieci i żona oficera W.P., osoba bardzo delikatna i dziwnie bezbronna wobec ciężkich kolei losu. Niedługo potem załoga „Anusi” powiększyła się jeszcze o kilka harcerek, które stanowiły personel jakiejś kolonii letniej, ulokowanej na południe od Warszawy.

Już w pierwszej połowie sierpnia okazało się, że wśród ludzi uciekających z południowych dzielnic Warszawy znajdują się pogubione dzieci. Ponieważ w „Anusi” miałyśmy łóżka, pościel, a także trochę żywności, postanowiłyśmy się zająć tymi dziećmi. Na razie było ich kilkoro, ale szybko widocznie wiadomość o naszym domu rozeszła się po okolicy i coraz częściej przyprowadzano nam zmęczone, brudne i wygłodzone maleństwa. Oficjalnie kierowniczką domu została, przysłana nam przez Dewitzową Janina Klimecka. Pracowała z nami około 2 miesięcy, potem jednak zaczęła chorować i wyjechała do matki, a miejsce jej zajęła pozostająca dotąd bez funkcji Wanda Szlamińska. Personel nasz powiększył się jeszcze o bardzo pożyteczną parę uchodźców z Mokotowa, małżeństwo Brodzińskich, z których ona pełniła funkcję kucharki, a on woźnego, reprezentującego jedyną wśród nas męską siłę. Wkrótce okazała się nowa potrzeba: wiele dzieci przychodziło chorych, nieraz z chorobami zakaźnymi, potrzebny był dziecięcy oddział szpitala. Szpital dla dorosłych (św. Ducha z Warszawy) już był się w tym czasie zainstalował w opuszczonej już przez Niemców willi „Piaski”. Po porozumieniu więc z lekarzami tego Szpitala, zajęłyśmy pustą, maleńką willę „Perełka” i tam umieszczałyśmy chore dzieci, pod opieką jednej z matek. (córeczka jej miała szkarlatynę, a po niej ciężkie zapalenie ucha, była więc na długie tygodnie unieruchomiona w szpitaliku). Drugą pacjentką została dorosła osoba, ale również chora na szkarlatynę, harcerka Marysia Moszyńska z Warszawy. Z tą, mimo opieki lekarskie i naszych starań, nie powiodło się nam. Po szkarlatynie wywiązało się zapalenie wsierdzia, którego nie przeżyła. Było to dla nas szczególnie ciężkie jeszcze dlatego, że śmierć Marysi nastąpiła w dniu kapitulacji powstania i nazajutrz przyszła do nas jej siostra-bliźniaczka, która szczęśliwie ocalała mimo udziału w akcji powstania. Szpitalik w „Perełce” był czynny przez kilka miesięcy i bardzo byłyśmy rade, że w wypadkach chorób nie trzeba było trzymać małych pacjentów w „Anusi”, między zdrowymi dziećmi.

Karusia05-male-kawalekDom w „Anusi”, jako azyl dla pogubionych warszawskich dzieci, przetrwał do lata 1945 r. Potem resztę dzieci, których nie pozabierały rodziny, przekazano do stałych sierocińców, a do „Anusi” wróciły dzieci z dawnego domu „Piaski”, razem z częścią personelu.

Na zdjęciu willa “Piaski” w Konstancinie, w tekście – maszynopis Karusi

Piaski1-domsierotKarusiaKolejne teksty Karusi będą się tu pojawiały w odstępach (mniej więcej) tygodniowych

W górę rzeki(15)

Zbigniew Milewicz

Bat za kredensem

Jako dziecko często zastanawiałem się nad tym, dlaczego babcia siada w kościele zawsze z przodu i najgłośniej ze wszystkich się modli do Bozi, a dziadek stoi z tyłu i umiarkowanie porusza ustami. Tak samo mama z ciocią Irką wolały na niedzielnej mszy siadać na mniej eksponowanych, tylnych ławkach. Pewnie w znacznej mierze wynikało to z charakteru każdego z nich, ale kiedy jako dorosły przeglądałem rodzinne papiery, znalazłem wśród nich kopię dwustronicowego maszynopisu, który zdawał się podpowiadać dodatkowe wyjaśnienie tego zachowania.

Pismo nosiło datę z pamiętnego dla mnie marca 1968 roku i skierowane było przez moją mamę do organizacji partyjnej, tzw. POP-u, przedsiębiorstwa, w którym pracowała (o ile się nie mylę – wtedy Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Spożywczego w Katowicach) na stanowisku kierownika działu organizacyjno-prawnego. Stanowiło ono odpowiedź na udzieloną jej naganę, w związku z moimi antypaństwowymi wystąpieniami (patrz wpis Papierowych rycerzy ciąg dalszy), za które mogła zapłacić utratą stanowiska i pracy. Broniła się długoletnim stażem w PZPR i tym, że do partii należała zarówno jej siostra jak i ojciec. Wychowano mnie więc w duchu zdrowych pryncypiów ustrojowych, po linii i na bazie, a że zbłądziłem na ideologiczne manowce, można było spisać jedynie na karb młodzieńczej lekkomyślności. O cioci Irce wiedziałem, pracowała w zakładach mleczarskich w Bytomiu i gdyby nie należała do partii, nie zarządzałaby laboratorium. Podobnie moja mama, nie kierowałaby wcześniej kadrami w katowickim handlu, ale partyjny dziadek mnie zaskoczył. Po wojnie pracował, jako urzędnik w Chorzowskim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego i udzielał się w Stowarzyszeniu Właścicieli Nieruchomości, może jako bezpartyjny miałby tam ograniczone możliwości awansu.

Wywodziłem się więc ze środowiska, do którego pasowała stalinowska teza, że Polacy są, jak rzodkiewka, z wierzchu choćby nie wiadomo jak czerwona, a w środku biała. Z pewnością nie brakowało rodzin, które żyły wtedy uczciwiej, zgodnie z własnymi przekonaniami, choć biedniej, ale jakże smakowały mi te lody, które ciocia Irka czasami przywoziła w termosie z mleczarni i kremówka, tak gęsta, że nie można jej było wylać z butelki. Dzięki mamie w niedzielę na obiad były rolady albo schabowy i chociażby za to, w podziękowaniu, paliło się Panu Bogu świecę.

wigiliazciociaIrkaŚwiętujemy Boże Narodzenie na ul. Wolności, z ciocią Irką.

Pamiętam, jak na Wesołej co wieczór klękaliśmy wszyscy do wspólnej modlitwy, jak babcia każdemu przed wyjściem rano z domu kreśliła na czole znak krzyża. Przed progiem wisiała na ścianie kropielniczka z wodą święconą z Jaworzynki, zanurzała w niej swoje chropowate palce spracowanej dłoni, szeptała słowa błogosławieństwa i już nikomu nie mogło przytrafić się żadne nieszczęście. W południe na Wesołej odmawiało się Anioł Pański, w czwartki babcia chodziła do kościoła na adorację Najświętszego Sakramentu, piątki były bezmięsne, a w niedzielę poza mszą świętą maszerowałem na nieszpory. W maju – na nabożeństwa majowe, w październiku na różaniec, a w Wielki Post na Drogę Krzyżową i Gorzkie Żale, które babcia chętnie celebrowała także w domu. Do I Komunii Świętej poszedłem już jako sześciolatek. Babcia miała wobec mnie swój plan, chciała, żebym poszedł do seminarium duchownego i został księdzem, o czym dowiedziałem się od niej dopiero przed maturą. Zachwycony tym pomysłem nie byłem, mama stanęła po mojej stronie, miała sceptyczny stosunek do stanu duchownego i babcia, choć urażona, ustąpiła.

jaselkaPo uroczystości I Komunii Św., z naszą katechetką, stoję w ostatnim rzędzie drugi od prawej

Drugi to już raz ją zawiodłem, bo pierwszy się zdarzył, gdy, chyba w pierwszej klasie licealnej, przestałem chodzić do szkoły muzycznej. Dojadła mi mozolność codziennych ćwiczeń na domowym pianinie, wymagających dyscypliny i pokory. Bat, którym babcia je egzekwowała, był już za kredensem, a ja wiedziałem, jak rozmawiać z mamą, żeby uwolnić się od uciążliwego zajęcia. W dzienniku szkolnym miałem dobre stopnie i dziś żałuję swojego młodzieńczego braku wytrwałości. W domu naprzeciw, na Wesołej, mieszkała pani Kotyczkowa, której syn grał na skrzypcach, ilekroć patrzyłem w ich okna zawsze ćwiczył. Zazdrościłem mu tego zacięcia w pracy z instrumentem, dzięki któremu zdobył później sławę wirtuoza. Pianino zamieniłem na gitarę, którą dziadkowie trzymali w jadalnianej kozetce, w schowku na pościel. Wydawała mi się łatwiejsza od pianina i kiedy przy pomocy Jurka Żaka opanowałem wreszcie ze trzy akordy, którymi można było na siłę okrasić każdy aktualny przebój piosenkarski, uznałem się za spełnionego muzyka. Boże wybacz.

Mieszkanie na ulicy Wolności, z mamą i ojczymem Stefanem, dawało mi więcej swobody, niż Wesoła, co nie znaczy, że zawsze mądrze z niej korzystałem. Mama wracała z pracy w Katowicach późnym popołudniem, albo wieczorem, ojczym różnie, nie zapomnę awantury, jaką zakończyła się pewna moja wyprawa rowerowa z Chorzowa nad Jezioro Paprocańskie. Gdybym wtedy wiedział, że po latach zamieszkam w jego sąsiedztwie, to może uniknąłbym reprymendy, mama na wiele mi pozwalała, ale musiała znać moje plany. Kiedy więc po jakiejś dłuższej grypie nagle zniknąłem z domu, żeby z koleżką pojechać na wycieczkę i wróciłem dopiero o zmroku, zdzieliła mnie szmatą w twarz, bo właśnie myła korytarz. To by jedyny raz, kiedy od niej dostałem. Druga afera wydarzyła się na moje szesnaste urodziny, czy też raczej w ich przededniu. Mama z ojczymem zapowiedzieli, że idą do kina, więc chata była wolna i przyszli dwaj koledzy z prezentami. Dokładnie z winem pisanym patykiem, ledwo postawili butelki na stole, a tu dorośli wracają, bo niby czegoś zapomnieli. Jakże mi było głupio, do dziś pamiętam ten bulgot z butelek opróżnianych przez mamę do zlewu.

Stefan był inżynierem, więc ten jeden pokój w starej kamienicy, w którym mieszkaliśmy, zmyślnie poprzegradzał jakimiś płytami i mieliśmy sypialnio-jadalnię, kuchnię i przedpokój. Do spania dysponowałem rozkładanym fotelem, ubikacja była na korytarzu, a myliśmy się w balii. Poszczególne części mieszkania oddzielały płócienne kotary, zawieszone w przejściach, co nadawało mu pewnej teatralności. Stefan pomagał mi w matematyce i rysunku technicznym, miał poczucie humoru i lekki sposób bycia. Razem, we troje, jeździliśmy na wakacje, wreszcie zobaczyłem morze, ale ciągnęło go do gorzały i jak zaczynał pić, to nie potrafił przestać. Towarzyszyły temu domowe awantury, co z czasem stało się na tyle przykre, że wróciłem do dziadków. Próbował zerwać z nałogiem, kupił motocykl, emzetkę, w czasie przejściowego ocieplenia stosunków rodzinnych babcia dała się nawet namówić na wycieczkę z nim do Zakopanego. Później opowiadano w domu bez końca o tym, jak Stefan nie mógł już szybciej prowadzić motoru, a pasażerka z tyłu pytała, dlaczego tak wolno jedzie. Zasadniczo dziadkowie nie akceptowali jednak wyboru córki, po pierwsze dlatego że kościół nie uznawał cywilnych związków. Drugim powodem był alkohol, trzecim – pochodzenie Stefana. Miał zagłębiowskie korzenie, co dla szanujących się Ślązaków było wtedy wielką ujmą.

nadmorzemPierwszy raz zobaczyłem morze…

Kiedyś przypadkowo znalazłem jego dane osobowe na liście osób poszukiwanych w czasie wojny przez Gestapo. Miał za sobą udział w Powstaniu Warszawskim, ale jaki, tego nie wiedziałem. Kiedy go o to pytałem, zawsze tylko powtarzał, że pędził bimber. Kiedy trunek był gotowy, zwyczajowo musiał wypić garnuszek, później pocałować denko, a na koniec gwizdnąć, co nie zawsze mu się udawało. Kto wie, może taka opowieść była najbezpieczniejsza dla żołnierzy wyklętych. Mama w końcu rozwiodła się ze Stefanem, kochała go, podobnie jak wcześniej mojego ojca, ale przegrała z nałogiem. Osobliwe, że Stefan po latach zmarł w Warszawie, w kolejną rocznicę Powstania.

Liceum Ogólnokształcące im. J. Słowackiego w Chorzowie, do którego uczęszczałem, cieszyło się opinią szkoły o wysokim poziomie i taką ma do dzisiaj. W dziewiątej klasie okazał się on nawet za wysoki dla mnie i zagroziła mi poprawka z chemii. Dzięki Matce Boskiej Częstochowskiej (poskutkowała piesza pielgrzymka do jej sanktuarium) i kuciu z łaciny, skończyło się jednak na strachu. Nasz chemik, prof. Szarszaniewicz, i łacinnik, prof. Jazowy, byli niekonwencjonalnymi pedagogami, pogadali ze sobą, doszli do wniosku, że kariera następcy Mendelejewa raczej mi nie grozi, ale mógłbym podciągnąć się w języku Owidiusza. Dostałem więc poprawkę z łaciny. Z matematyki kulałem nadal, aż w dziesiątej bodaj klasie przyszedł do nas energiczny i wymagający, świeżo po studiach, prof. Jan Swadźba. Życzę każdemu takiego pedagoga. Tak potrafił wszystkich zarazić swoim entuzjazmem do królowej nauk, że na ustnym egzaminie maturalnym dostałem lepszy stopień z matematyki niż z polskiego. Kiedy po latach pojechałem do Chorzowa na zjazd absolwentów Słowaka, z okazji 190 rocznicy urodzin wielkiego poety, Jasiowi Swadźbie zgotowaliśmy najdłuższe owacje. Nie wiedziałem, że tak wielu z was kocha matematykę – podziękował z właściwym sobie humorem, nadal młodzieńczy duchem.

Liceum pozwoliło mi rozwinąć zainteresowania artystyczne, przyjęty zostałem do chóru, który prowadził prof. Norbert Szklorz, do amatorskiego kółka teatralnego i do kabaretu, stworzonego przez naszego rusycystę, prof. Stefana Chaszczyńskiego. W Słowaku wstąpiłem do harcerstwa, do słynnej chorzowskiej dwójki, drużyny wodniackiej i jeździłem na niezapomniane obozy. Był to wreszcie okres, kiedy zwarłem nowe przyjaźnie, kiedy w głowie zawróciły mi najpierw Inga, później Gienia i przez to do szkoły chodziłem czasem niewyspany z marzeń. Ale o tym za tydzień.

Pieredwiżniki III

Tomasz Fetzki

Sięgnąłem przed dwoma tygodniami po starą księgę, aby wspominać. Tego, który mi ją dyskretnie położył przed oczyma. Ale też siebie samego z tamtych lat, z czarodziejskiej krainy dzieciństwa, gdzie czułem się bezpiecznie, bo On był obok.

Które obrazy wtedy wywierały na mnie najsilniejsze wrażenie? Chyba te najbardziej efekciarskie, bo takie najłatwiej przemawiają do wyobraźni dziecka. Prawdopodobnie z tego samego względu są to najlepiej i najpowszechniej znane oraz kojarzone prace Pieredwiżników. Wielkie, kolorowe i bogate freski historyczne: Bojarynia Morozowa i Poranek kaźni strzelców Surikowa czy Procesja w guberni kurskiej Riepina. Bez problemu znajdzie je w Wielkiej Sieci, kto zechce; ja poprzestanę na przywołaniu ich tytułów.

Jako się rzekło, najpierw był gruby kaliber. Gust zaczął mi się wydelikacać i uwrażliwiać z czasem. Dlatego dopiero później potrafiłem należycie docenić prace kameralne, ciche w treści, a w kolorystyce stonowane. Choć to nie do końca prawdziwe stwierdzenie… bo poza wspomnianymi już pracami Riepina i Surikowa od najwcześniejszego dzieciństwa tkwi mi w pamięci inny obraz: historyczny co prawda, a w żadnym wypadku nie pompatyczny ani nie tętniący akcją. Przeciwnie.

po-bitwie-orly(1)Wiktor Michajłowicz Wasniecow,
Po bitwie Księcia Igora Światosławowicza z Połowcami
temat ze „Słowa o wyprawie Igora”

Godzinami potrafiłem wpatrywać się we wschodni przepych zbroi i tarcz, w zadziwiająco młode i blade oblicze poległego rycerzyka na pierwszym planie oraz w ten łuk, zwrócony w kierunku lecącego sępa. Ciągle się zastanawiałem: resztkami sił chce wojownik ustrzelić ptaszysko, czy po prostu w takiej pozie zastygł po śmierci? Byłem za mały na to, by przeczytać tytuł pod reprodukcją (inna sprawa, że te podpisy są jedynie po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku, więc i tak bym nie zrozumiał), przeto dodatkowo dręczyło mnie pytanie: kto tu z kim walczył i dlaczego.

Zdecydowanie, obrazy Pieredwiżników potrafią przyciągać uwagę już samą kompozycją, kolorem, nastrojem. A kiedy się dorośnie do pojęcia treści i wymowy szczegółów, kiedy się zaczyna rozumieć ich kontekst, ukryte znaczenia, cieniutkie aluzje… wtedy kontakt z tymi dziełami niechybnie wpływa na ukształtowanie określonej wrażliwości, pomaga wypracować pewne postawy i normy moralne. Tym bardziej, że, jak wspomniałem, prawdę na temat biedy, wyzysku, ludzkich słabości czy obłudy członkowie Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych dostrzegali bez złudzeń i pokazywali ją bez ogródek, choć nie używali w tym celu prymitywnej łopatologii – byli na to zbyt wielkimi artystami.

A że były to z grubsza te same postawy i normy, że była to taka sama wrażliwość jak ta, którą kształtował we mnie swoim przykładem Tato? Przypadek? Chyba nie…

przyjecie(2)Wasilij Grigoriewicz Pierow, Refektarz

Ta wrażliwość od niektórych ludzi (nie idzie tu oczywiście o profesję, problem tkwi głębiej) każe się trzymać z daleka…

pracekolejowe(7)Konstantin Apołłonowicz Sawicki, Prace remontowe na kolei żelaznej
…a stawać zawsze po stronie innych.
(Tak na marginesie: gdybyż Sawicki, albo inny Pieredwiżnik mógł przewidzieć budowę Biełmorkanału!)

Wrażliwość moralna swoją drogą, zaś artystyczna swoją. Najlepiej, jeżeli sobie towarzyszą. U kogoś, komu książkę o Pieredwiżnikach podsunął taki człowiek, jak mój Tato, tak być musi. Po prostu. Dlatego nie dziwi fakt, że teraz, jako duży chłopiec, godzinami mógłbym się wpatrywać w inny obraz, choć pozornie nic się na nim nie dzieje.

samowar(5)Wasilij Nikołajewicz Bakszejew, Proza życia

Nic się nie dzieje… Dobre sobie! Tylko, że takie NIC trzeba umieć dostrzec. Aż się prosi o postawienie hipotezy, że Bakszejew namalował go po lekturze Czechowa. Ale to chyba nieprawda: Iwanow już co prawda istniał, lecz Czajka, Wiśniowy sad i Trzy siostry powstaną dopiero za kilka lat.

facet-z-kijem(3)pionWrażliwość artystyczna… Mówią, że Pieredwiżniki byli realistami, naturalistami – to prawda, choć nie do końca. Na światło wrażliwość mieli nie mniejszą od impresjonistów. Tylko, że to rosyjskie światło ponad sto lat temu, to coś zupełnie innego niż w kraju Gallów.

Mykoła (Nikołaj) Ołeksandrowicz Jaroszenko, Palacz

Oto Georges de la Tour, któremu przyszło tworzyć gdzieś nad Wołgą (a może i w Donbasie).

Mało było tego światła. A na dodatek widok tego, co oświetlało, też nie napawał nadzieją. Ale światło to zawsze światło! Nawet, gdy wpada tylko przez jedno, małe okienko.

w-celi(4)-pionpranie(6)pion

X

X

X

X

X

X

X

X

Mykoła Ołeksandrowicz Jaroszenko                         Abram Jefimowicz Archipow
Więzień                                                                                                                                  Praczki

Zdarzyło się kiedyś, że Ten, którego pamięć przywołuję tutaj już trzeci tydzień, jechał pociągiem z wizytą do dziewczyny (kilka lat później to właśnie ona zostanie moją Mamą). W metafizycznym momencie, gdy noc jeszcze nie odeszła, a dzień jeszcze nie powstał, gdy światło i mrok walczą ze sobą, rozmywając kształty i kolory świata, wyjrzał przez okno. Co zobaczył, namalował.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy w takich okolicznościach ja mógłbym na światło pozostać niewrażliwy? Talentu malarskiego po Nim nie odziedziczyłem, ale na szczęście to nie jedyny sposób ekspresji wrażliwości.

autor-z-tata(7)-pion …gdzieżeś jest, jeśliś jest…

 I tyle. Już.

W górę rzeki (14)

Zbigniew Milewicz

Nasz plac na wasz plac

Spod rodzinnego klosza na Wesołej co rano wychodziłem do ochronki przy ul. Omańkowskiej, później do szkoły, która była parę metrów bliżej. Z przedszkola zapamiętałem tylko kolorowe obrazki owoców, umocowane przy wieszakach w szatni, i pogrzeb kierownika. Ze szkoły trochę więcej, ale te epizody nie były w żaden sposób ze sobą powiązane.

Naszą pierwszą wychowawczynią była emocjonalna pani Weronika Szymczyk. Kiedy za różne wykroczenia dostawaliśmy po łapach linijką albo piórnikiem, z oburzenia trzęsły się jej płowosiwa grzywka i kok, przywiędłe, pąsowe policzki i ręka, wymierzająca razy. Ty podły chłopcze, ty niedobra dziewczyno – wołała dramatycznym głosem. Udobruchać ją mogły tylko czyste zeszyty, poprawnie napisane wypracowanie z języka polskiego, ładnie wyrecytowany wiersz, najlepiej Marii Konopnickiej, albo bukiet skromnych kwiatów, nazbieranych w parku przez uczniów. Miała swoich klasowych ulubieńców, długo był nim Leszek Kochel, nasz wieczny prymus, póki czymś jej nie podpadł. Wtedy inni dostąpili zaszczytu chodzenia w czasie lekcji do mleczarni po pół litry mleka i do piekarni po rogaliki, które koniecznie musiały być dobrze wypieczone. Przez pewien czas także ja byłem ulubieńcem naszej pani. Moja mama pracowała w branży handlowej, co w latach reglamentacji rynkowej było na wagę złota. Zanosiłem więc wychowawczyni do domu a to kawałek cielęciny, a to parówki i później inni siedzieli w klasie, a ja wywijałem na ulicy młynka bańką z mlekiem i nawet kropli z niego nie uroniłem. Kiedy nasza pani przeszła na emeryturę, zastąpiła ją spokojna pani Wszołek z burzą ciemnych, kręconych włosów. Myślę, że była dobrym nauczycielem, bo dostawałem u niej lepsze stopnie, niż u starej wychowawczyni.

W piątej klasie do szkolnych przedmiotów doszedł nam rosyjski i od razu ten język polubiłem. Myślę, że było to głównie zasługą pani Żurkowej, która umiała uczniów zainteresować nowym przedmiotem. Do dziś pamiętam piękną, kolorową bajkę o koniku Sadko, którą wyświetlano nam w klasie, zdaje się na prześcieradle, rozpiętym na tablicy i melodyjne piosenki, płynące z płyt gramofonowych. Kiedy w 1957 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie szykowano się do pamiętnego meczu Polska – ZSRR, byłem prawdopodobnie jedynym człowiekiem w tym mieście, który wycinał z gazety zdjęcia przeciwników polskiej drużyny i wieszał je na ścianie w swoim pokoju. Obok wisiały już wcześniej wycięte z jakiegoś postępowego czasopisma zdjęcia katiusz i tankistów wkraczających do Berlina i tak się dzisiaj zastanawiam, skąd się to moje młodociane rusofilstwo brało. W szkole robiono nam programowo ideologiczne pranie mózgu, na pewno byłem jego ofiarą, ale myślę, że niechcący przyczynili się do tego także moi dziadkowie. Mój ojciec nie miał u nich dobrych notowań, co dziś jest dla mnie zrozumiałe, ale wtedy nie było. Krótko mówili o nim rus ( oczywiście wtedy, kiedy byli przekonani, że ich nie podsłuchuję, a ja lubiłem to robić ). Ten wielki nieobecny jeszcze bardziej więc u mnie zyskiwał, gdyż należał do narodu, który wedle pani Żurkowej także był wielki, a ja jej wierzyłem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że faktycznie mój ociec, jako zdecydowany germanofil, nienawidził wszystkiego co rosyjskie.

Mnie natomiast zdecydowanie drażnił niemiecki, którym posługiwali się w domu dorośli, kiedy chcieli coś przede mną ukryć. Czułem się wtedy jak dupek żołędny ( karta w śląskim skacie o niskiej wartości i jednocześnie określenie ludzkiej miernoty ) a kiedy marudziłem z tego powodu, mówili mi nieodmiennie, że muszę się uczyć niemieckiego, wtedy wszystko zrozumiem, ale oczywiście nie chciałem. Przy pomocy rosyjskiego mogłem im więc udowodnić, że też jestem mądry i kiedy z wysiłkiem kaligrafowałem w zeszycie pierwsze bukwy, diabeł mi podszeptywał, że teraz dziadek z babcią niczego nie kapują. Mama pomagała mi je malować, nie znała zupełnie rosyjskiego, ale miała zdolności graficzne i dobre chęci, więc się przy niej nauczyłem. Z polskiego nie trzeba mi było w domu pomagać, ale już w rachunkach tak. Nie przepadałem za wu-ef-em, bo przeważnie graliśmy na szkolnym podwórku w piłkę, a mnie to nie szło zupełnie. Dopiero kiedy cysorz, nasz wuefista zorganizował w sąsiednim parku skoki wzwyż i w dal, nabrałem ochoty na sport.

Na szkolnym podwórku odbywały się też różne, patriotyczne apele, w czasie których śpiewaliśmy ładne pieśni, a na przerwach goniliśmy się, albo tłukli między sobą. To znaczy ja osobiście robiłem to rzadko, chyba, że ktoś mocno mi się naraził. Zapamiętałem dwie poważniejsze bójki z dzieciństwa, z moim udziałem. Na rudego Gatysa rzuciłem się w klasie, kiedy brzydko nazwał moją mamę, myślałem, że go wtedy zabiję i nauczycielka z kolegami musieli nas rozdzielać. Biedny dziadek, miał później dużo pracy z reperowaniem uszkodzonych krzeseł. Z drugiej bójki nie pamiętam przeciwnika, wiem tylko, że był niższy ode mnie, ale bardzo dokuczliwy. Przy każdej okazji dostawałem od niego kuksańce, nawet w kościele na roratach, aż miarka się przebrała, wyłamałem deskę z płotu sąsiadów i oberwał nią po głowie. Z rozmysłem nie umiałem się bić, technikę walk podwórkowych przybliżyła mi dopiero ciocia Irka, przed którą chłopaki z osiedla Ruch miały respekt. Kiedyś jednemu z moich prześladowców spuściła takie lanie, że już więcej mnie nie zaczepiał. Dokuczano mi za to, że wolałem w domu czytać książki, niż brać udział w osiedlowych potyczkach nasz plac na wasz plac ( część willowa osiedla, w której mieszkałem, sąsiadowała z robotniczymi blokami, mniej zamożnym rewirem, więc dochodziło między nami do typowej walki klas ), że stroniłem od gry w nogę i nie należałem do żadnej paczki, że nie mówiłem gwarą. Żeby synkowi kiedyś było lepiej, mówiono ze mną w domu czysto po polsku, a przynajmniej starano się o to.

Nie byłem jednak odludkiem, miałem kolegów i przyjaciół, zwłaszcza na Lutku Czarneckim mogłem polegać jak na Zawiszy. Bity Ślązak, pochodził z rodziny o pięknych, powstańczych tradycjach. Leszek Bulanda, sympatyczny blagier i prześmiewca, mieszkał na ukos ode mnie, jego rodzice byli repatriantami z Kresów. Starszy o kilka lat Mariusz Brachaczek, mądry i życzliwy, pewnego dnia zaciągnął mnie na stadion AKS, gdzie zacząłem pchać kulą. Piegowata Stefcia Szatanek, przez jakiś czas smaliłem do niej cholewki. Heniek Sawaloch, ze swym największym rodzinnym skarbem, mauzerem, który miał po ojcu. Heniek Ey, podobnie, jak ja, chował się bez ojca i miał bardzo miła mamę. Jego imienia niestety nie jestem pewien, a potrafiliśmy godzinami rozmawiać ze sobą, chociażby o naszych planach na przyszłość. Heniek, podobnie jak ja, chciał zostać marynarzem, więc śniliśmy na jawie, że pływamy po największych morzach świata, zwiedzamy egzotyczne porty i przeżywamy różne przygody, także z udziałem pięknych dziewczyn, bo to już był ten wiek.

Pierwsza dziewczyna, która rzeczywiście mi się spodobała na fest, miała długie, jasne włosy i na imię Sylwia. Mieszkała niedaleko skrzyżowania ulicy Hajduckiej z Kordeckiego, którędy regularnie przebiegała moja droga z domu na lekcje religii, przy kościele św. Jadwigi i do szkoły muzycznej, gdzie uczyłem się grać na pianinie. W rejonie tym mieszkała niestety prawdziwa rasa, po zapadnięciu zmroku na ulice wylegały grupy młodocianych barbarzyńców i polowały na dzieci z innych osiedli. Łupiły ich z drobniaków, a jak delikwent nie miał niczego wartościowego przy sobie i nie umiał się bić, to dostawał po pysku. Oczywiście mogłem bezpiecznie chodzić inną, dłuższą drogą, ulicą Dąbrowskiego, ale czego się nie robi dla dziewczyny, z którą właściwie tylko raz udało mi się zamienić parę słów. Udawałem, że się tych dzikusów nie boję i najwyżej dochodziło między nami do niegroźnej szarpaniny. Tylko raz najbardziej agresywny z nich, najmłodszy z braci Wodniczaków, rzucił we mnie granitową kostką z bruku, ale zdążyłem się uchylić. Wtedy zawarłem sztamę z jego starszym bratem, który odsiadywał chyba szóstą klasę, a po szkole handlował pod „Polonią“ biletami do kina i młodszy dał mi spokój.

Kolega Ochudło, zwany w klasie z racji wychudzonej sylwetki kościstym pakrem, pokątnie handlował w szkole szplitrami , pysznymi ciastkami, które piekła jego mama. Mówił, że to jest jego drugie śniadanie, ale chyba je też podkradał mamie, bo czasem miał ich dużo. Kosztowały dziesięć albo dwadzieścia groszy od sztuki, wszyscy w klasie zajadaliśmy się nimi, a on za to kupował sporty w dziesiątkach i palił je chciwie za krzakami w parku. Zęby miał od tego czarne jak smoła, z dziurą z przodu i kaszlał, jak stary gruźlik.

Twarze innych kolegów z podstawówki rozmywają mi się w pamięci, tylko ślepo Ana jest jeszcze wyraźna. Na którejś lekcji biologii dziewczyna odkryła, że przy pomocy ołówka wsadzonego w środek gumki – myszki można sobie sprawić prawdziwą przyjemność, co wzbudziło zrozumiałe ożywienie u klasowego koleżeństwa. U nauczycielki zarobiła jednak ostrą naganę i mama dziewczyny musiała później świecić w szkole oczami.

Zachodzę w głowę, kiedy i na jak długo wyjechaliśmy z mamą do Przygłowa. Związała się ze Stefanem, moim przyszłym ojczymem i konserwatywna babcia, która nie mogła strawić już rozwodu mamy, pokazała jej drzwi. Pamiętam awanturę na Wesołej, dziadka bezskutecznie próbującego pogodzić kobiety, wielki kufer stojący pod domem. Później jakiś pociąg jadący w noc, przystanek kolejowy i ławkę, na której siedzimy w milczeniu, mama, dziadek i ja. W ciepłym mroku widzę robaczki świętojańskie, grają świerszcze. Jakiś wiejski dom, kobieta w kolorowej zapasce, z dzieckiem na ręku, piec, na którym stoją dwa garnki, w jednym ziemniaki, w drugim kapusta, na stole chleb. Mama nie wie, co dać mi na obiad, wczoraj – mówi – też były ziemniaki i kapusta. Nie martw się – pocieszam ją – dzisiaj zjem je na chlebie. Do dziś pamiętam smak tego dania. Ja na łące, opodal jakieś dzieci, recytują pod moim adresem: bocian kle kle, twoja matka w piekle, ojciec siedzi za granicą, pije wódkę nogawicą. Wstydzę się.

Później rzeczka, na brzegu zacumowana łódka, wchodzę do niej, chcę się pokołysać. Wtedy nadbiega z drągiem jakiś mężczyzna, chce mnie nim uderzyć, strasznie wyzywa mnie od złodziei, uciekam, on mnie goni. Upał, jestem w samych majtkach, jedynym ratunkiem dla mnie jest ucieczka w pole wysokich pokrzyw, co rosną obok ścieżki. Muszę je przebiec w poprzek, żeby dotrzeć do domu. Całe ciało mam w bąblach, piecze, mama czymś mnie smaruje. Stefana w tym domu nie pamiętam, a wiózł mnie na rowerze z Przygłowa do pobliskiego Piotrkowa Trybunalskiego. Mocno bolał mnie ząb i jechaliśmy do dentysty, żeby go wyrwać.

Stefan był inżynierem konstrukcji stalowych i coś budował w okolicach Piotrkowa. Później dostał nakaz pracy i wyjazdu do Nowej Huty, więc my z mamą pociągnęliśmy za nim. Mieszkaliśmy w hotelu robotniczym, w wieloosobowym pokoju, łóżka były piętrowe, ja oczywiście spałem na górze, po ścianach chodziły pluskwy. Na korytarzu stał ogromny kocioł z gorącą kawą zbożową i mogłem jej tyle wypić, ile chciałem. Jajecznicę jadłem wprost z patelni, razem z jakimiś wesołymi robotnikami, tyle zapamiętałem z tamtego okresu, a więc nawet nie wiem, czy chodziłem w Przygłowie i Nowej Hucie do szkoły.

Kiedy mama wyszła za mąż za Stefana, zamieszkała z nim w Chorzowie, przy głównej ulicy Wolności, pod osiemnastką. Także ja się tam ulokowałem, ale nie od razu i jakby nie do końca, bo długo na przykład spałem w domu dziadków na Wesołej, a po lekcjach maszerowałem na Wolności. Tak przyzwyczajałem się pomału do egzystowania w dwóch domach, co uprawiam całe życie.

Pieredwiżniki II

Tomasz Fetzki

Wędrujmy dalej po kartach starej księgi. Jeżeli będziemy uważni, odkryje ona przed nami jeszcze niejedną tajemnicę.

Tydzień temu wspominałem o wrażliwości malarzy z kręgu Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych na biedę i jej skutki. Ten temat pojawiał się w ich pracach bardzo często, a widzieli go ostro i bez złudzeń. Chłopstwo, depozytariusz, jak chciał Dostojewski, największych wartości moralnych Świętej Rusi? Nic z tych rzeczy! Ci biedni i rzeczywiście uciemiężeni ludzie byli w swej biedzie i w swym człowieczeństwie, chciałoby się rzec, arcyludzcy. Za pierzynę czy strzęp odzieży mogliby się chyba pozabijać… a już znienawidzić na lata – z pewnością!

Wasilij Maksimowicz Maksimow, Podział spadku

Zresztą, tak było właściwie w każdym przypadku. Chłopi, arystokraci czy artyści, wielka historia czy miałka codzienność: we wszystkich tych pretekstach tematycznych Pieredwiżniki widzieli przede wszystkim człowieka. Tylko człowiek jest ciekawy. Popatrzmy i my. Na jeszcze jednego cara i jeszcze jednego carskiego syna.

Mówią poniektórzy, że współcześni lekarze są w stanie precyzyjnie rozpoznać, na jakie choroby (zwłaszcza weneryczne) cierpieli krakowianie, pozujący Mistrzowi Veitowi Stoßowi, rzeźbiącemu Ołtarz Mariacki. Mistrz Riepin także nie pozostawia wątpliwości co do przyczyn, jakie zabiją jego modela cztery dni po ukończeniu tego obrazu… Bo Mistrz to Mistrz.

Ilia Jefimowicz Riepin, Portret kompozytora Mussorgskiego
Niestety, nie pierwszy to i nie ostatni artysta, który nadwrażliwość duszy odartej ze skorupy cynizmu leczył alkoholem.

O Modeście Mussorgskim wiem to i owo. Ale Pelagia Strepetowa? Nic mi to nazwisko nie mówi. Nie znam tej postaci w ogóle. Za to pewien malarz rodem z ukraińskiej Połtawy poznał tajniki jej duszy, jak się wydaje, bardzo dokładnie. Wręcz niebezpiecznie blisko.

Taka intymność w pewnym momencie zaczyna trochę ciążyć. Ostatecznie – ile można patrzeć z bliska na emocje, namiętności, cierpienie? Wyjdźmy na czyste powietrze, pospacerujmy wśród łanów zboża, powdychajmy aromat igliwia… Przyroda, pejzaż – to dla Pieredwiżnika nic obcego, zwłaszcza, jak się jest Szyszkinem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Iwanowicz Szyszkin, Żyto
Ale dla mnie w tym obrazie najważniejsze są jednak sosny.

A w taki sposób sosny zobaczył i namalował Ten, któremu zawdzięczam zażyłość z Pieredwiżnikami. Ten, któremu tak naprawdę poświęcony jest tekst niniejszy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASosny widziane i zinterpretowane przez mojego Tatę.

 Za tydzień wspomnień serdecznych odcinek trzeci i ostatni.  

Pani doktor

Następny wpis o Karusi, tym razem napisany przez Mirkę

Mirka

Karusia-z-kotemPrzed wojną Karusia, jako pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, jeździła z grupą studentów w okolice jeziora Wigry w okresie wakacyjnym. Był to ciekawy teren pojezierza, ciekawy z punktu widzenia biologów, badających torfowiska i florę je porastającą.

Mieszkali zawsze w kilku chatach na wsi koło badanych terenów. Nie wiem, jak liczna była grupa studentów, ale sądzę, że od kilku do kilkunastu osób. Studenci zwracali się do Karusi “pani doktor”, bo taki miała wtedy tytuł naukowy.

Karusia przed wojną (z kotką Gryzeldą?)

Pewnego dnia po powrocie z torfowiska Karusia sortowała przyniesione materiały do badań, gdy do pokoju zapukała gospodyni i oznajmiła, że na podwórku ktoś na Karusię czeka.

Wyszła z chaty i zobaczyła chłopkę z małym dzieckiem na ręku.Karusia-w-mundurze
– Pani do mnie?
– Tak, pani doktor, dziecko mi choruje.
– Ale ja nie jestem lekarzem.
– Jakże nie, a mówią do pani doktor!
– Jestem doktor, ale nie lekarz.
– Ale dziecko mi choruje, pani je zbada, bardzo proszę, zapłacę.
– Zbadam, ale płacić nie trzeba.

Karusia zabrała do chaty matkę i dziecko, które miało niewysoka gorączkę, kasłało i miało katar. Obejrzała je dokładnie, nie miało żadnej wysypki, przyłożyła ucho do plecków, nic nie usłyszała podejrzanego, kazała więc matce iść do miejscowej zielarkixxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxKarusia przed wojną w mundurze harcerskim
i na kartce napisała, jakie trzeba dać dziecku zioła, bo na ziołach to się Karusia doskonale znała, a i z medycyna była otrzaskana, bo czasami Dziadek prosił ją o pomoc, kiedy przyjmował pacjentów w swoim gabinecie w domu, często też omawiał z nią ciekawsze przypadki.

KotzeSrodborowaMatka z wdzięczności pocałowała Karusię w rękę i poszła do domu, chwaląc głośno Boga i Panią Doktor.

Kuracja zapisana przez Karusie musiała dać dobre efekty, bo prawie co dzień wracając do chaty Karusia zastawała na podwórzu po kilka matek z dziećmi. Wszystko to były proste przypadki, które bardziej obyta i mądrzejsza matka sama mogła wyleczyć, sama też wiedziałaby, jakie podać zioła. Skoro jednak we wsi pojawiła się pani doktor, to należało jej pokazać dziecko i skorzystać ze światłej porady.

Szpital był daleko, a lekarz nigdy do wsi nie zaglądał.xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxKotka (Gryzelda?)

Zdjęcia ze zbiorów Autorki (te zachowane w starej cegielni).
Jeśli jest to rzeczywiście kotka Gryzelda, to miała to imię, dlatego że gryzła po nogach :-).
O Karusi jako harcerce jeszcze będę tu pisała.

Reblog: Pani od polskiego

Była również moją panią od polskiego. Jakieś 40 lat po maturze przyjechałam do Gdańska na konferencję. Zobaczyłam ją wśród widzów. Gdy tylko zaczęła się przerwa, wstałam, żeby podejść do niej, przedstawić się i przywitać. Zobaczyła mnie z daleka i zawołała: O, Ewa!

Była wspaniałą nauczycielką. Już to TU na blogu napisałam. Uczyła nas w “Jedynce” czyli I Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku. To takie liceum położone między gotyckim kościołem świętego Bartłomieja, neogotycką biblioteką Polskiej Akademii Nauk i bramą Stoczni Gdańskiej (im. Lenina). Trudno o lepsze koordynaty mojego życia.

Na fali. Blog Włodzimierza Machnikowskiego

Wspomnienie o Pani od polskiego z “Jedynki” (wt, 14 października 2014)

Śmierć Haliny Mierzwińskiej przywołała w mojej pamięci obrazek z Donaldem Tuskiem. Był rok 1995. Z Darkiem Podbereskim, czyli radiowym Łosiem, zaszliśmy do I LO, gdzie uroczyście świętowano 50-lecie powstania szkoły. Wychodząc natknęliśmy się na rozpędzonego przyszłego premiera RP, wówczas pracującego nad cyklem albumów “Był sobie Gdańsk”. “Jest Mierzwina?” – rzucił i popędził dalej na spotkanie ze swoją i naszą polonistką.

Niech się nie obrazi profesor Józef Bachórz, u którego pisałem pracę magisterską o Rosjanach w dziełach romantycznych wieszczów. Niech się nie gniewa profesor Małgorzata Czermińska, która próbowała natchnąć mnie poetyką i Stefan Chwin, który budził nasze sumienia krzykiem: “ludzie, dlaczego nie czytacie?” Niech nie boczą się inni wybitni nauczyciele, których miałem szczęście spotkać na swej drodze. Niektórzy żyją już tylko we wspomnieniach – jak Jan Drzeżdżon, który w ramach fakultetu z folklorystyki woził nas po swoich Kaszubach od Wąglikowic po Swarzewo, snując opowieści w języku ojców.

Najważniejszym nauczycielem w kilkunastoletniej edukacji była dla mnie i pewnie dla większości nas, którzy wyszliśmy spod jej ręki, Halina Mierzwińska.

Już pierwszy kontakt był wstrząsający i motywujący. Tytuł zeszytu do języka polskiego brzmiał ” Rękopis człowieka myślącego…” Naprawdę głupio było się nie uczyć. Do tego stresujące wezwania do odpowiedzi na fotel stojący na podeście przed całą klasą. Kółko filmowe, które sprawiało, że w poniedziałkowy wieczór drugi raz przychodziliśmy do szkoły. Przeglądy filmów Zanussiego i kino radzieckie z lat 20-tych – tematy, o których nie mielibyśmy pojęcia i seanse, na które nigdy byśmy nie trafili. To wszystko ze Stocznią w tle w gorącym czasie sierpnia 80 i z wielkimi oknami biblioteki PAN, które zdarzało nam się wybijać w czasie gry w piłkę. Za karę po latach już jako studenci spędzaliśmy w czytelni długie godziny, by spełnić uniwersyteckie wymogi.

“Halina” czy “Mierzwina” , jak zwykliśmy o niej mówić zaraziła nas słowem, poezją, filmem i ciekawością świata. Była osobą charyzmatyczną i budzącą respekt. Budowała relację mistrz – uczeń, której w tej chwili w polskiej szkole próżno szukać. Bez niej Magda Brząkała nie zostałaby słynnym psychologiem, Zbychu Kaźmierczyk doktorem na UG, Andrzej Gierczak księdzem, ja dziennikarzem, a być może także Donald Tusk – premierem.

Jedyne co możemy w ramach zobowiązania do pamięci o Niej, to bronić wrażliwości, którą nas zaraziła. Bronić przed jałowością treści panoszących się wokół i przed tymi, którzy o byle czymś, mówią, że to ważne.

Halinę Mierzwińską pożegnaliśmy w piątek 17 października 2014 roku na Cmentarzu Witomińskim. Tego samego dnia rano w Jej “Brygidzie” odbyła się msza żałobna.

***
Ewa Maria Slaska

Wszystko, co ten szczeniak (chodził do szkoły w latach 80!), Włodzimierz Machnikowski, tu napisał jest szczerą prawdą. Nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy, gdyby nie Mierzwińska.

Przeglądam mój zeszyt do polskiego z drugiej klasy Liceum. Jedyny. Inne się nie zachowały. Jak ja ładnie i porządnie pisałam. Wypracowanie o znaczeniu języka w życiu człowieka. O architekturze gotyckiej na podstawie prelekcji w Muzeum Narodowym (była tam z nami!). O świecie pojęć człowieka średniowiecznego. Refleksyjny opis najpiękniejszego zabytku gotyckiego w Gdańsku (opisałam kościół św. Trójcy). Proces narodzin pisarza na podstawie Martina Edena.

(…) Lata wytężonej pracy, barwny, realistyczny, nieznany w dotychczasowej literaturze obraz świata, bogactwo stylu – wszystko to zapewniało książkom Martina Edena zasłużony sukces. Za sukcesem przyszła sława, pieniądze, popularność, mogła przyjść miłość i szczęście. Dlaczego odebrał sobie życie w chwili tryumfu? Co symbolizuje ten jedyny nie autobiograficzny moment książki? Sądzę, że jest to przede wszystkim wyraz pogardy dla otaczającego świata. Póki walczył, wyrażał tę pogardę po prostu samym faktem tworzenia. Uznany, ceniony, rozchwytywany, uwielbiany znalazł już tylko jedno, ostatnie wyjście, jedną ostatnią odpowiedź i odszedł na zawsze.

Pamiętam, pokłóciłam się z całą klasą o samobójstwo Martina. Wnioski klasy były oczywiste. Samobójstwo to zdrada społeczeństwa, zdrada samego siebie, czyn wbrew naturze, załamanie, którego Eden nie potrafił przezwyciężyć. A ja? No a ja, że miał prawo. Był wolnym człowiekiem i miał prawo.
Mierzwińska pozwoliła mi tak myśleć i to mówić, wbrew całej klasie i, jak sądzę, wbrew sobie.

W ogóle się nie zmieniłam.

Pod wypracowaniem informacja o tym, jakie tematy dostaniemy na klasówce. Przepisuję, bo się zdziwiłam, że tacy byliśmy inteligentni… Pierwszy temat jest normalny, ale drugi!

1/ Krytyczna ocena Ruth i jej środowiska (ta Ruth była ukochaną Martina Edena – dopisek dzisiejszy dla tych, którzy może nie pamiętają)

2/ Konflikt jednostki ze społeczeństwem na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń.

!

***

Z rejestru grobów na cmentarzu witomińskim:

śp. HALINA MIERZWIŃSKA

ur. 1930-08-25
zm. 2014-10-12

sektor I, rząd 16, grób 19.

W górę rzeki (13)

Zbigniew Milewicz

Dzieciństwo u komediantów

Po małej przerwie w rozsupływaniu moich rodzinnych korzeni, zacznę od sprostowań, które obiecałem w ostatnim wpisie. Po pierwsze mój wujek Wypler z Chorzowa był dobrym, zawodowym zdunem, ale Romek, jego syn, wyuczony mistrz kowalski, sam sobie wybudował w mieszkaniu kominek, co wcześniej przypisałem seniorowi. Zrobiłech to, żeby tacie pokazać, że som tyż poradza – powiedział. Po drugie, pierwszymi lokatorami moich dziadków w suterenie domu na Wesołej byli wujostwo Wilik i Milka Hanke, rodzice Jutki, mamy Romka i jej siostryTereski, którą pożegnaliśmy pod koniec ubiegłego roku. Miała to być dla nich pewna rekompensata za pomoc przy budowie domu. Po trzecie wreszcie, nie u niemieckiego szewca pracował na Śląsku mój ojciec w czasie okupacji, tylko u litewskiego. Warsztat znajdował się w Bytomiu, o czym powiedział mi Zdzich, mój starszy brat po mieczu, zorientowany w temacie z uwagi na to, że tym szewcem był ojciec jego biologicznej mamy.

na -balkonieStaram się sięgnąć pamięcią jak najdalej w głąb dzieciństwa i widzę różne twarze, przeważnie dobre. Na pierwszym miejscu mama Nina, jak na portrecie, który wędruje ze mną przez wszystkie mieszkania mojego życia – młoda, radosna i piękna. Później babcia – zawsze choćby trochę władcza, powściągliwy, dobroduszny dziadziuś, zadziorna i pyskata ciocia Irka… Jest wśród nich także młody, ciemnowłosy mężczyzna, który pochyla się nade mną w kuchni na Wesołej, ubrany w elegancki garnitur i białą koszulę z krawatem. W jednej ręce trzyma bukiet kwiatów, w drugiej małego, metalowego konika na biegunach, który jest dla mnie. Z twarzy mężczyzny najlepiej zapamiętuję oczy o mocnym wyrazie, które patrzą na mnie poważnie i uroczyście. W kuchni na taborecie siedzi dziadek, ze skwaszoną miną a ja biegam po mieszkaniu i drę się na całe gardło z radości, że tatuś przyjechał. Ile mogłem mieć wtedy lat? Może niecałe dwa, skoro rodzice rozwiedli się w czterdziestym siódmym, a to ich spotkanie na Wesołej było ostatnią próbą porozumienia, tym razem poniewczasie podjętą przez ojca.

Na zdjęciu: Z mamą i babcią na balkonie

Są sympatyczne przyjaciółki babci, które nas odwiedzały na Wesołej – pani Chudzińska, co tak mocno różowała sobie policzki, że pewnego dnia powiedziałem, że wygląda jak stara czarownica (oj, dostało mi się później za to), pani Pielawska, która pochodziła ze sfer artystycznych i pod koniec wojny odjęła sobie dziesięć lat z metryki, przez co potem musiała dłużej pracować do emerytury. Naznaczona piętnem cierpienia dobra pani Ślusarczykowa; kiedy nie mogła już wstawać z łóżka, zachodziłem do niej z drobnymi sprawunkami. Wujek Tyjduś, brat babci, o charakterystycznej, pociągłej fizjonomii, z racji swojej wrodzonej bladości zwany w rodzinie kyjzą. Wielki, chudy karawaniarz w czarnym, oblamowanym srebrno surducie i trójkątnym kapeluszu, kroczący z powagą przy konnym powozie z trumną. Czasami taki kondukt przechodził naszą ulicą, czarnej maści konie miały wpięte w grzywy srebrne pióropusze, czuło się w tym dostojeństwo śmierci. Karawaniarz zawsze miał katar i pociągał nosem, co psuło trochę powagę ceremonii, ale zyskiwało moją sympatię do niego, ponieważ ja też wiecznie byłem zakatarzony. Nazywałem go padockiem, bo jak się odezwał, to najczęściej używał słowa pado, co w śląskiej gwarze znaczy mówi. Podobno nie końca był zdrowy psychicznie, chorzowskie urwisy biegały za nim po ulicy i brzydko przezywały, więc kiedy dorosłem, to ich czasami goniłem.

Jest w tym kalejdoskopie naznaczona brodawkami twarz pani Elzy, naszej domowej krawcowej. Miała coś odpychającego w sobie, wąska czaszka i wargi, paciorkowate, blisko siebie osadzone oczy, nadawały jej jakiejś szczurowatości. Cały czas żuła ziarenka kawy (aż dziw, że ten napój dzisiaj lubię), a przymiarki jakichś cudacznych ubranek, w których kazano mi później chodzić, trwały w nieskończoność. Antypatia była obopólna, kiedy demonstrowałem niechęć na widok pani Elzy, ona mnie za to później kłuła szpilkami, niby niechcący, a nie mogłem przy tym ani drgnąć, bo dokuczała jeszcze mocniej. Obszywając całą rodzinę, przyjeżdżała na Wesołą zwykle na parę dni. Dzień zaczynała skoro świt, od gimnastyki, płaska, jak deska do prasowania, w podkoszulku i majtkach do kolan. Einz, zwei, drei, skłony, przysiady, rzadkie włosy fruwają na głowie, brodawki sinieją z wysiłku, wąskie usta zaciśnięte, jak zamek błyskawiczny ss-mańskiej panterki pod Stalingradem. Po polsku mówiła z trudnością, ja po niemiecku wcale, może dlatego nie umieliśmy się porozumieć. Po latach powiedziano mi, że była ciotką biskupa Bednorza, późniejszego arcypasterza diecezji śląskiej.

Pani Brachaczkowa również nie była jakąś pięknością, nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem uśmiech na jej twarzy, ale to był dusza człowiek. Mieszkała pod numerem 1 na Wesołej, ciocia Irka przyjaźniła się z jej córką Dusią, ja z synem Mariuszem, który był ode mnie kilka lat starszy. Słusznego wzrostu i wagi, pochodziła ze wschodnich kresów i miała wiedzę oraz talent w leczeniu ludzi naturalnymi sposobami z ich rozmaitych dolegliwości. Kiedy ktoś w rodzinie niedomagał, w ruch szły domowe środki, np. na przeziębienie był czosnek, herbata z malinami i pocenie pod stertą pierzyn. Jak nie skutkowało, to sąsiadka przychodziła nawet w nocy. Na zapalenie oskrzeli i opłucnej stawiała bańki, paliła jakieś zioła, coś tam przy tym szeptała i zwykle pomagało. Babcia się z domowników najrzadziej przeziębiała, ale jej pani Brachaczkowa czasami stawiała pijawki i puszczała krew, ze względu na wysokie ciśnienie. Z usług rejonowego lekarza korzystaliśmy chyba rzadko, bo miał tak kiepską opinię, że sąsiadka znachorka musiała wystarczyć.

Głównym specjalistą od leczenia duchowych przypadłości wieku dziecięcego była w domu babcia. Dyscyplinujące narzędzie stanowił bat o pięciu cienkich rzemieniach, z drewnianą rękojeścią, wiszący za kuchennymi drzwiami. Wisi bat na ścianie, Zbyszek nim dostanie – podśpiewywała skrzekliwie ciocia Irka, stojąca w domowej hierarchii na przedostatniej pozycji; na ostatniej byłem ja i rzeczywiście czasami tym batem obrywałem. Zasłużenie i niezasłużenie, kiedy egzekutorka miała zły humor. Pewnego dnia skończyło się to, byłem już dostatecznie duży, żeby wyrwać bat z rąk babci, rzucić go za kredens i wykrzyczeć jej całą swoją urazę z powodu niesprawiedliwości otrzymanej kary. Pamiętam, że bardzo zaskoczył mnie wtedy jej uśmiech pełen aprobaty.

Czasami wystawiano na próbę tylko siłę mojego ducha. Kiedyś o zmroku bawiłem się z ciocią Irką w chowanego. Światła w mieszkaniu były wygaszone, znikąd nie dolatywał żaden odgłos, nabrałem przekonania, że niepostrzeżenie wyszła na zewnątrz i zostałem sam. Wiedziony jakimś impulsem dalej jednak szperałem po różnych zakamarkach i kiedy zajrzałem pod łóżko w sypialni, wychynęła ku mnie podświetlona, diabla maszkara, którą trzymaliśmy w domu na różne krotochwile. Niby znałem tę okropną maskę, ale wtedy byłem pewien, że diabeł rzeczywiście ożył i dostałem ataku paniki. Ze stoickim spokojem natomiast przyjąłem do wiadomości, że nagle babcia umarła. Zdenerwowana mną – już nie pamiętam z jakiego powodu – osunęła się bezwładnie na ziemię i przestała dawać jakiekolwiek objawy życia. Potrząsnąłem nią raz i drugi, powiedziałem, żeby wstała, a kiedy nie odniosło to skutku, poprawiłem jej położenie na podłodze, splotłem palce dłoni na brzuchu, tak jak to widziałem w pewnej kaplicy cmentarnej, przyniosłem różaniec babci i książeczkę do nabożeństwa i zacząłem odmawiać wieczne odpoczywanie… Wtedy „nieboszczka” zaniosła się śmiechem, cóż, chowałem się w domu komediantów.

na-nartachDziadek na szczęście traktował mnie dużo poważniej. Nauczył mnie strzelać z wiatrówki, próbował mi zaszczepić smykałkę do majsterkowania, ale kiedy doszedł do wniosku, że jestem psuja, dał sobie spokój. Zamiast tego któregoś dnia wyjął ze schowka na strychu narty, na których sam kiedyś jeździł, a później dał mamie, i pokazał mi na sucho, jak się je zapina, jak szusuje, robi pług. To spodobało mi się od razu, nie mogłem doczekać się zimy, żeby pójść z dziadkiem do doliny szwajcarskiej, gdzie później powstał park kultury i jeździć naprawdę. Narty były świetne, drewniane, bardzo elastyczne, o mocno wygiętych noskach i w miarę krótkie. W sam raz dla początkującego narciarza; nosiły znak firmy, która je wypuściła i rok produkcji, pamiętam : Franciszek Bujak, Zakopane, 1920. Miały skórzane wiązania, zapinane na metalowe klamry, więc choćbym nie wiadomo jak wydziwiał na stoku, kończyło się to bezpiecznie. Buty narciarskie dla mnie niestety trzeba było kupić, bo wszyscy w rodzinie, poza babcią, mieli mniejsze stopy ode mnie, a ona na nartach nie jeździła. Spody desek smarowało się woskiem, żeby śnieg się nie kleił do nart i służyły mi one szczęśliwie przez lata, chyba aż do ukończenia liceum. Na śnieżne szaleństwo wyjeżdżałem w pobliskie Beskidy, albo do Bukowiny Tatrzańskiej, w której najczęściej spędzałem również letnie ferie ze swoimi najbliższymi.

Na zdjęciu: Mama z siostrą jadąw skiringu, czyli na nartach za koniem, początek lat czterdziestych

O tej miejscowości sprzed lat, która istnieje już tylko w nazwie i ludzkiej pamięci, o jej związkach z naszą rodziną będę chciał opowiedzieć oddzielnie. Teraz tylko przytoczę dwa wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, które zapamiętałem w związku z Tatrami. Starsze jest z pielgrzymki do kaplicy Matki Boskiej Jaworzyńskiej pod Rusinową Polaną. Dziś mówią na to miejsce Wiktorówki. Z Bukowiny, spod klina, górale idą tam średnio ze dwie godziny (jeżeli któryś z nich to czyta i się mylę, to proszę o korektę), cepry potrzebują przynajmniej dwa razy więcej czasu. Kogo nogi już dobrze nie noszą, może podjechać autobusem na Wierch Porońca, albo Zazadnią, stamtąd to już niedaleko. Kiedyś po tatrzańskich, nieutwardzonych drogach kursowały jednak tylko konne fury i to nieregularnie, ale pielgrzymka miała być umartwieniem, więc szło się pieszo. Idziemy z mamą – pamiętam – kamienistym wąwozem, w żółtym błocie po kostki, w strugach deszczu, ludzie się modlą, śpiewają, nagle rozstępują się, bo jedzie powóz. Pod plandeką siedzi wyniosły i tęgi ksiądz Fox, proboszcz bukowiańskiej parafii. Mama prosi księdza, żeby mnie podwiózł kawałek w stronę kaplicy, odmawia. Tak się hartowałem. Może wtedy zrodziła się u mnie niechęć do kościelnej hierarchii, kto wie…

w-tatrachZ dziadkiem na wycieczce w górach

Drugi epizod wydarzył się kiedy miałem już dziewięć, albo dziesięć lat. Bardzo lubiłem wyprawy z moim dziadkiem w góry, w zależności od trasy trwały one zwykle trzy-cztery dni. Wyruszaliśmy z Bukowiny o świcie, zawsze pierwszym etapem była Jaworzynka, gdzie wypraszaliśmy u Tatrzańskiej Gaździny szczęśliwą drogę (nigdy nas nie zawiodła), zjadaliśmy coś z zabranego prowiantu, piliśmy z kotła herbatę, gotowaną przez ojców dominikanów, którzy opiekowali się kaplicą i dalej w góry. Przez Rusinową Polanę, Gęsią Szyję, Polanę Waksmundzką i Pańszczycę do Murowańca na Hali Gąsienicowej. Czasami, ale rzadziej, dziadek prowadził mnie z Rusinowej przez Palenicę i Wodogrzmoty Mickiewicza do Morskiego Oka i tam najpierw nocowaliśmy, ale wolałem pierwszą trasę, bo była ciekawsza. Nazajutrz zwykle był dzień ulgowy, nigdzie się nie spieszyliśmy. Trzeba było przyzwyczaić organizm do wysokości, robiliśmy spacery w stronę Kasprowego Wierchu, albo nad Czarny Staw, dziadek uczył mnie, jak rozkładać siły przy podejściach, żeby nie wypompować się zbyt szybko, jak gospodarować oddechem, ale miałem jeden problem, z którym nie umiałem sobie poradzić, mianowicie lęk wysokości. Żeby z Hali Gąsienicowej dostać się do Doliny Pięciu Stawów Polskich, trzeba pokonać Zawrat, a tam w pobliżu szczytu jest trochę łańcuchów i klamer. Idę pierwszy, nagle przede mną wyrasta rozpadlina, głęboka na wysokość drapacza chmur w Chorzowie. Po drugiej stronie, na wyciągnięcie ręki jest klamra, nie ma innej możliwości, muszę przekroczyć ten rów i przeciągnąć się na drugą stronę. Wtedy klamra wysuwa się ze skały, moje krótkie życie przelatuje mi przed oczami, łydki trzęsą się, jak galareta.

– Widzisz tych taterników? – dziadek pokazuje mi grupę ludzi, wspinających się przy pomocy haków i lin po sąsiedniej, prawie pionowej turni.

Widzę. Ich spokojne, fachowe ruchy przywracają mi wiarę we własne siły i w tę klamrę, że jednak nie wysunie się zupełnie ze skały i nie spadnę w przepaść. Wtedy pozbyłem się lęku wysokości. Kiedy po latach, już jako dorosły, ponownie szedłem przez Zawrat do Pięciu Stawów, ta klamra przypomniała mi o moim strachu z dzieciństwa, gdyż nadal wysuwała się ze ściany. Zabrakło jednak dziadka, żeby mi powiedział, że to głupstwo, którym nie ma się co przejmować.

Pieredwiżniki I

Tomasz Fetzki

Odszedł za wcześnie. Sześćdziesiąt dwa lata to nie jest wiek na umieranie (inna sprawa, że trudno stwierdzić, kiedy ten wiek nadchodzi – jednak na pewno nie wtedy). Kto go znał, wiedział, z jakim gigantem ducha i intelektu (mimo formalnie skromnego wykształcenia) i z jakim wielkim sercem ma do czynienia. Niewielu go jednak znało – szkoda, ich strata. Skromny i dobry (po prostu – dobry) jako człowiek, dyskretny i nienachalny był także jako ojciec. Właśnie: BYŁ, znacznie bardziej, niż działał. BYŁ, a nie kształtował. Ale to całkowicie wystarczyło. Patrzę na siebie i bez fałszywej kokieterii, bez szczypty kabotyństwa stwierdzam: efekty takiego wychowania okazały się być bardziej, niż zadowalające. Co jest oczywiście zasługą wychowującego, nie wychowywanego.

A dziś mija dokładnie dziesięć lat, odkąd już nie mamy okazji spojrzeć sobie w oczy i pogadać o czymś ważnym, lub choćby ciekawym. Bardzo mi go brakuje. Ojciec. Tato…

Dziesięć lat temu wyszedłem na ulicę. I co? I nic. Ciemność nie zaległa całej ziemi, choć powinna. Nie zaćmiło się słońce i nie rozdarła się zasłona świątyni na dwoje, mimo, że był powód. Ziemia się nie zatrzęsła i skały nie popękały, chociaż tak należało. Samochody jeździły jak przedtem, ludzie chodzili, jakby nigdy nic. Oczywiście, nie ma niczego oryginalnego w tej konkluzji, nie ja pierwszy doświadczyłem takiego zdumienia. Co gorsze, nie ja ostatni również… trzymajcie się, moi przyszli młodsi bracia i siostry w przykrym zaskoczeniu.

Wtedy nikt niczego nie zauważył. Tym bardziej dziś, gdy czarną dziurę drąży nieubłagalny czas. A co mi tam – nieubłagalny czy ubłagalny – trochę z nim powalczę! Tylko jak wspominać, żeby nie popaść w banał, ale też i nie wystawiać na widok publiczny intymnych części duszy? No, jak?

************************

Co mi po nim zostało? Fascynował się malarstwem, sam czasem chwytał, z interesującymi efektami, za pędzel. I namiętnie gromadził albumy z reprodukcjami. W latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego kupić dobry album nie było wcale tak prosto. A On kupował. Na przykład luksusowe (jak na owe czasy), eksportowe wydawnictwa radzieckie.

Od zawsze (od mojego zawsze, rzecz jasna) leżały na półkach. Nikt nie bronił do nich dostępu, mimo ryzyka, jakim było znalezienie się, drogiego bądź co bądź, woluminu w rękach kilkulatka, który już to okładki nie uszanuje, już to wzbogaci reprodukcję własną kredkową twórczością, już to… strach nawet pomyśleć, co jeszcze. A malec brał album, coś tam faktycznie uszkodził, ale czego się napatrzył i nachłonął, to mu zostało na resztę życia.

Dziś część tych zbiorów należy do mnie. Szczególny sentyment czuję do jednego z tomów. The Itinerants. Pieredwiżniki. Towarzystwo Objazdowych Wystaw Artystycznych. Wydawnictwo Aurora, Leningrad, rok 1974. Jeżeli tu i ówdzie rozlegną się ciche pomruki zdegustowanych miłośników awangardy i nowoczesności, odpowiadam im po prostu: tylko jedno kryterium liczy się przy ocenie sztuki. Ona dzieli się wyłącznie na dobrą lub złą. Styl nie ma tu nic do rzeczy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWygląd obwoluty to efekt grzechów dzieciństwa. Gdyby tak człowiek wiedział wtedy to, co wie teraz… Wnętrze przetrwało na szczęście bez strat.

Wielokrotnie i od dziecka oglądane obrazy, zwłaszcza wybitne, muszą jakoś kształtować osobowość. A w moim albumie co reprodukcja, to arcydzieło. Niektóre bardzo znane. Inne mniej, albo i wcale – na nich chciałbym się skupić. Ale zacznę niekonsekwentnie, od pracy dość popularnej. Bo zawsze, ilekroć na nią patrzyłem, robiła na mnie kolosalne wrażenie. Największe spośród wszystkich zamieszczonych w książce.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Nikołajewicz Kramskoj, Chrystus na pustyni

Możliwe chyba tylko w rosyjskiej duszy pomieszanie boskiego i ludzkiego. Coś tutaj niepokoiło mnie od zawsze, ale dopiero gdy dorosłem, potrafiłem ten niepokój nazwać: toż to nie Jeszua, ale Dostojewski z twarzą napiętnowaną epilepsją i z głęboką znajomością mroków ludzkiej natury. I ta Pustynia Judzka, skalista oraz zimna! Zmrok, a może przedświt. Samotność, która aż boli.

A teraz dwa obrazy znacznie mniej znane. Każdy z nich przykuwa uwagę z osobna, ale zestawione ze sobą (jam to, nie chwaląc się, sprawił, w albumie znajdują się daleko od siebie) przemawiają jeszcze głośniej. Za jakość fotografii przepraszam: jeśli czytelnik zechce, znajdzie w Wielkiej Sieci reprodukcje lepszej jakości. Ja też mogłem, ale wtedy to by już nie była TA KSIĄŻKA…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Pietrowicz Bogdanow, Nowicjusz

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAntonina Leonardowna Rżewskaja, Wesoła minutka
(a może lepiej byłoby Chwilka wytchnienia?)

Bieda biedą, ucisk uciskiem, opresja opresją, a przecież ostatecznie zawsze decydujące jest to, co człowiek ma w sobie. Prawda? I niech ktoś spróbuje jeszcze pleść bzdury o tym, że Pieredwiżniki byli protoplastami realizmu socjalistycznego.

Na koniec jeszcze jeden obraz. Car Iwan Groźny solidnie zapracował na swój przydomek. Grozę roztaczał także wśród swych najbliższych. Zdarzyło mu się na przykład pobić brzemienną synową. Gdy zaś jego własny syn, następca tronu, carewicz Iwan stanął w jej obronie, został przez rozwścieczonego Groźnego zakatowany na śmierć. Temat sam w sobie mroczny, a gdy jeszcze dodatkowo za jego przedstawienie weźmie się Mistrz nad Mistrze… Studium miłości, nienawiści i szaleństwa. A wszystko to skupione jedynie w oczach cara.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIlia Jefimowicz Riepin, Iwan Groźny i jego syn Iwan
16 listopada 1581 roku

Zaiste, przewrotnie przywołałem ten obraz! Nie ma tu bowiem żadnej aluzji. Przeciwnie: uświadamiam sobie, że z moim Tatą nigdy się nawet tak na serio nie pokłóciłem. Nie mówiąc już o konflikcie pokoleń, wybijaniu się na niezależność, czy wyrywaniu spod przytłaczającego autorytetu. Nie było takiej potrzeby, On zawsze szanował moją wolność.
I dlatego tak bardzo mi Go brak…

Za tydzień wspomnień serdecznych ciąg dalszy.

Nie jesteśmy sami na świecie

Mirka opisywała już tu cały swój rok 1944, teraz skoncentrowała się tylko na maleńkim fragmencie tego, co się wtedy zdarzyło…

…pierwsze dni w celi

W marcu 1944 roku aresztowało nas Gestapo, nas to znaczy Mamę, Ojca i mnie, wówczas czternastolatkę. Po całej nocy spędzonej w tzw. tramwajach w podziemiach Gestapo na ulicy Szucha w Warszawie, zapakowano nas do “budy” samochodu-więźniarki, każdego osobno i gdzieś wieziono. Może do więzienia? Może na rozstrzelanie? Nic nie było wiadomo. Wysadzono nas na więziennym podwórzu i stanęliśmy obok siebie przedzieleni strażnikami niemieckimi.

Był słoneczny, cichy, mroźny poranek, wokół morze gruzów. Domyśliłam się, że to Pawiak, który stał w środku zburzonego doszczętnie Getta Warszawskiego.

Doznałam wtedy dziwnego uczucia, uczucia spokoju. Wszystko, czego się od początku pracy konspiracyjnej bałam: wpadki i uwięzienia, to wszystko właśnie się stało, stąd ten spokój. Wiedziałam, że przede mną przesłuchania, bicie, poniewierka lub śmierć, ale na to wszystko byłam przygotowana, tego się nie bałam. A śmierć to wybawienie, sprawa ostateczna i już nie sprawa z Gestapo.

Rodzice patrzyli na mnie z trwogą, a ja oczami dawałam im znak, że jestem silna i gotowa na wszystko, co deklarowałam, rozpoczynając pracę konspiracyjną i składając przysięgę. Co z tego, że miałam czternaście i pół roku, te lata konspiracji odsunęły mój wiek na bok – aby podjąć taką pracęe trzeba być dojrzałym psychicznie, a ta dojrzałość nie idzie w parze z metryką. Dojrzałość to suma przeżytych stresów i umiejętność wychodzenia z nich. Chyba już wtedy miałam zadatki na psychologa, bo potrafiłam zrobić sobie autentyczną autopsychoterapię.

Wróćmy jednak na pawiackie podwórze.

Rodzice oddali to,co mieli cennego przy sobie, do więziennego depozytu, Ojca oddzielono od nas i poprowadzono w stron męskiego Pawiaka, żegnały go nasze zaniepokojone oczy, które bardzo chciały ukryć łzy.

Po nas przyszły dwie wachmajsterki i zaprowadziły nas na kobiecy oddział Pawiaka, zwany Serbia. Skąd się ta nazwa wzięła, tego do dzisiaj nie wiem.

Po krótkich formalnościach otwarto przed nami drzwi celi nr 2, weszłyśmy i ciężkie żelazne drzwi zatrzasnęły się za nami.

Okropny dźwięk i okropny moment, moment przecięcia tym trzaskiem drzwi całego dotychczasowego życia. Od tej chwili, jeżeli przeżyję, nic nie będzie tak jak dawniej…

Tamto życie tymi drzwiami się zamknęło!

Przed nami wąska mała cela i sześć par oczu wpatrzonych w nas, a my obie “wrośnięte” w podłogę, bez możliwości zrobienia ruchu, czy powiedzenia słowa, stoimy przy tych drzwiach – bezwładne.

Nieduża, drobna kobieta wstała z siennika i podeszła do nas. „Nazywam się Maryna”, powiedziała. Kilka zdawkowych słów, uśmiech, dotknięcie ręki, wskazała nam miejsce na sienniku pod ścianą, usiadłyśmy i odrętwienie minęło.

Ta cela przeznaczona była dla dwóch osób, wskazywały na to dwie żelazne prycze przyczepione do ściany jedna nad drugą, obie zamknięte, żeby nie zajmowały miejsca, a mieściło się tu razem z nami osiem kobiet. Wysoko małe okienko zakryte żelaznym koszem i oczywiście z kratami. Na podłodze sienniki położone jeden na drugim i na nich w dzień można było siedzieć. Na noc sienniki rozkładało się w dwóch rzędach, jeden obok drugiego, ciasno, żeby się wszystkie zmieściły. Sienniki kiedyś miały w sobie słomę, ale od częstego używania ze słomy zrobiła się sieczka, miały jeszcze trochę kurzu i trochę pcheł, i to stanowiło nasze spanie. Co w nocy miałyśmy pod głowami, tego nie pamiętam, przykrywałyśmy się własnymi paltami.

Cela była tak mała, że jeżeli któraś z więźniarek coś cicho mówiła, wszystkie pozostałe ją doskonale słyszały. Kobiety w trudnych sytuacjach albo mówią niewiele, lub w zdenerwowaniu mówią prawie bez przerwy, byle co, aby mówić. To je uspokaja, ale denerwuje pozostałe osoby zmuszone do słuchania, które w ciszy chciałyby przemyśleć swoje osobiste kłopoty.

Duszą celi była Maryna, w “cywilu” naczelna pielęgniarka jednego z warszawskich szpitali. Organizowała różne gry, zgadywanki, były kostki zrobione z chleba i karty z kartonów z paczek.

Ta mała cela to kwarantanna, gdzie każdą więźniarka musiała przebywać dwa tygodnie. Niemcy bardzo bali się chorób zakaźnych i przez te dwa tygodnie miały się one ewentualnie ujawnić.

Każdego dnia, koło południa otwierały się drzwi celi i stawała w nich więźniarka z tzw. kolumny sanitarnej w towarzystwie korytarzowej i oznajmiała “gorąca woda”. Ta z kobiet, która była najbliżej drzwi, brała konewkę i pod opieka kolumny sanitarnej szła do łaźni i przynosiła  gorącą wodę do mycia dla całej celi. Pewnego dnia kobieta która stanęła w drzwiach, gestem dłoni wskazała Mamę i powiedziała, “pani pójdzie po wodę”.

Mama wzięła konewkę i zniknęła za drzwiami, zostałyśmy w celi zdumione i milczące. Po kilkunastu minutach Mama wróciła z pełną konewka, ale twarz miała białą jak kreda. Nie zadawalam żadnych pytań, ale wiedziałam, że coś się wydarzyło. Po pewnym czasie, kiedy siedziałyśmy blisko siebie nad miską zupy, mama mi szepnęła: “w łaźni podeszła do mnie kobieta, która podała dawno już ustalone hasło i spytała, co trzeba usunąć z naszego mieszkania. Powiedziała, że zaraz po naszym aresztowaniu w mieszkaniu byli chłopcy i zabrali, co ich zdaniem było kompromitujące, ale nie wiedzą, co jeszcze trzeba usunąć”. Mama tak się zdenerwowała, że z trudem zebrała myśli i odpowiedziała.

To była pierwsza wiadomość o tym, że na wolności myślą o nas. Wiadomość ta bardzo podniosła nas na duchu. Może nie wszystko stracone – nie jesteśmy sami na świecie

***

Droga Autorko, oto znalezione w Wikipedii wyjaśnienie nazwy “Serbia”: Budynek wzniesiony został w latach 1830-1835 z przeznaczeniem na więzienie kryminalne dla kobiet. W latach 1877-1878 mieścił się tu szpital wojskowy, a od prowadzonej wtedy wojny rosyjsko-tureckiej (tzw. serbskiej) uzyskał swą obiegową nazwę.
Na zdjęciu poniżej jest to ten wolnostojący budynek w głębi po lewej.