W górę rzeki (17)

Zbigniew Milewicz

Rok 1963

Licealista początku lat 60 nie miał tak lekko jak dzisiaj jego wnuk, jeżeli chodzi o szkolną dyscyplinę. Nauczyciele zwracali uwagę na schludność wyglądu uczniów, ich fryzury, szkolne tarcze na rękawach ubrań, dziewczyny musiały nosić granatowe fartuszki „do kolan“ z białymi kołnierzykami, a chłopcy, przy większych okazjach – garnitury i krawaty. Te na szczęście były wtedy w modzie. Któregoś dnia doszedł nam nowy rygor: nie ma żadnego chodzenia po kawiarniach i późnym wieczorem po mieście, chyba, że w towarzystwie dorosłych.

Z dyrekcją liceum, która wydała te zarządzenia, nie było sensu ani zwyczaju dyskutować, szkoła miała jeszcze swój autorytet. Można było natomiast próbować obchodzić niewygodne i  – co tu dużo mówić – nieludzkie przepisy. Tarczę mocowało się przy pomocy plastra do agrafki, zamiast przyszywać ją na fest do ubrania, fartuszek koleżanki zostawiały po lekcjach w szatni, skromna bluzeczka znikała w torbie z książkami, a na światło dzienne wychodził seksowny, różowy sweterek, który kuzynka przysłała z RFN. Największą trudność sprawiał  wybór właściwego lokalu na randkę. Kawiarnia Malinowa w ogóle nie wchodziła w rachubę, była zbyt blisko budy i belfrowie lubili w niej bywać. Pozostawała Delta albo Nasza. Kiedyś wybrałem Deltę i miałem pecha, bo ledwo usiedliśmy przy stoliku, a tu wchodzi do kawiarni nasz chemik, prof. Szarszaniewicz w towarzystwie jakiejś kobiety. Udawał, że mnie nie widzi, ale przy najbliższej okazji w szkole nie omieszkał zapytać, co tam robiłem i w czyim byłem towarzystwie. Na szczęście dziewczyna siedziała tyłem do niego i nie mógł widzieć jej twarzy. Skłamałem więc, że to była moja ciocia Irka, za złamanie zakazu groziło obniżenie stopnia z zachowania. Profesor znał ciocię, w swoim czasie także uczył ją chemii, podobnie, jak prof. Jazowy – łaciny. Wtajemniczyłem ją zatem w szczegóły afery i poszła na najbliższą wywiadówkę, zamiast mamy. Ciocia Irka umiała kłamać jak z nut, tylko że stary, kresowy lis też o tym wiedział, niby uwierzył, że to ona towarzyszyła mi w Delcie, ale do końca liceum miałem u niego przechlapane. Hrabia, co psy obrabia – docinał mi, kiedy nie radziłem sobie z ćwiczeniami na lekcjach, ale chemika mimo wszystko nie można było nie lubić.

mama-ciociairka-pomaturzeZ chwilą zdania egzaminu dojrzałości cały ten balast ograniczeń przestał nas, młodych ludzi, obowiązywać. Kiedy przyszedłem ze Słowaka na Wesołą, mama usadowiła mnie na fotelu w gabinecie, uroczyście poczęstowała wawelem z ozdobnej, drewnianej papierośnicy i podała mi kieliszek wina. Pamiętam, że był to tokaj aszu. Domyślała się, że od pewnego czasu podpalam papierosy, a na prywatkach, na które wprawdzie rzadko, ale chadzam, pija się nie tylko oranżadę. Było mi wtedy – pamiętam – bardzo niezręcznie z tymi atrybutami dorosłości.

Mama i Ciocia Irka ze świeżo upieczonym maturzystą

Na temat mojej przyszłości w domu nie rozmawialiśmy. Mama niczego mi nie sugerowała, nawet swoją ulubioną metodą między wierszami , chciała, żebym sam podjął decyzję, a ja do końca nie wiedziałem, co chcę robić. Najpierw postanowiłem, że złożę podanie do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, ale na przeszkodzie stanęły wysokie wymagania w zakresie nauk ścisłych. Później zobaczyłem siebie na scenie zawodowego teatru. Za radą profesora Gurgacza zacząłem przygotowywać na egzamin początek Popiołów Stefana Żeromskiego, Ogary poszły w las… Chciałem też zadeklamować którąś z mickiewiczowskich ballad a na improwizację pokazać np. jak krótkowidz nawleka igłę nitką, ale w międzyczasie pojawił się wątek łapówki dla kogoś ważnego z komisji egzaminacyjnej, bez której podobno trudno było zdać. Z tzw. wiarygodnych źródeł wynikało, że oczekiwana jest suma rzędu 30 tysięcy złotych, takiej kwoty w domu nie było.

Zdjęcie poniżej: Autor w wawelskim grodzie

Na wawelskim wzgórzu...Mama milczkiem zaczęła się więc rozglądać za jakimś ciepłym stołkiem dla mnie w administracji, w której miała kontakty, kiedy ją zaskoczyłem. Za pięć dwunasta złożyłem podanie na studia, na Wydziale Filologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w katedrze slawistyki, zdałem egzaminy wstępne i zostałem studentem I roku. W tamtym czasie Polska dopiero otwierała się na zagranicę, wycieczka nad ciepłe morze w Bułgarii była równie egzotyczna, co dziś na Hawaje. W nagrodę za zdaną maturę mama zafundowała nam obojgu wyjazd do Złotych Piasków i tam poznałem Bubę, piękną dziewczynę z Sofii, w której oczywiście zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ogólnie bowiem byłem chłopię kochliwe. Kiedy więc później pytano mnie, dlaczego postawiłem na bułgarystykę, w sumie mało praktyczny kierunek studiów, zawsze zwalałem na Bubę, argumentując, że miłość jest ślepa. Teraz przyznam się, że wierutnie kłamałem, bo dokonałem tego wyboru jeszcze przed wyjazdem nad Morze Czarne. Nie wyszło mi ze szkołą morską i teatralną, więc postawiłem na miłą mi cyrylicę, którą zaszczepiła mi pani Żurkowa w podstawówce. Najchętniej poszedłbym na rusycystykę, ale tam przypadało piętnastu kandydatów na jedno miejsce, a na slawistyce tylko bodaj siedmiu, wolałem nie ryzykować. Chciałem dostać się na studia w Krakowie. Po pierwsze były one nobilitacją, szansą na wyfrunięcie z Chorzowa, na usamodzielnienie się w mieście, przed którym Śląsk zawsze zdejmował czapkę. Mogła ciocia Irka skończyć swoją akademię rolniczą w Cieszynie-Olsztynie, chciałem i ja pokazać, że nie jestem głupszy. Mama gotowa była to finansować. Alma Mater Jagiellonica obchodziła właśnie 600-lecie istnienia, był to dla mnie wielki splendor.

Katedrą Filologii Słowiańskiej kierował prof. Stanisław Urbańczyk, ceniony językoznawca, bohemista, który przyjął do wiadomości, że zamierzam zostać bułgarystą, ale bardziej mu  pasowałem jako czechista, więc zapisał mnie na swój kierunek. Po roku miałem sam zdecydować, czy będę to kontynuował. Z dzisiejszym rozumem byłbym wdzięczny profesorowi za jego ingerencję w moje plany edukacyjne, bo i dorobek kulturalny nad Wełtawą był bogatszy i miałem większe szanse na pracę po studiach jako bohemista. Uparty, bałkański osioł uległem jednak swoim sentymentom i kiedy po trzecim roku pojechałem po raz pierwszy na praktykę  językową do Sofii i tam spotkałem się z Bubą, bez przeszkód mogliśmy się porozumiewać w jej  języku ojczystym. Niestety blondyni o nordyckiej urodzie mieli na Bałkanach dużo większe notowania u dziewczyn, niż chłopaki takie, jak ja i zawiesiła oko na Ryśku, moim koledze z roku. Doszło do skandalu, z zazdrości poniosły mnie nerwy i publicznie pobiliśmy się z kolegą. Nigdy więcej już nie spotkałem Buby, ale przecież nie przerwałem z tego powodu studiowania języka, który tak naprawdę  w późniejszym życiu do niczego mi się już nie przydał.

Na stancji u Rajpoldów, z Krystianem.Główną zmorą na I roku był scs, język starocerkiewno-słowiański, czasami Krystian Cichowski mi przypomina, jak kułem na głos czytanie starych tekstów. Drugą – zajęcia z historii języka polskiego, które prowadziła bardzo wymagająca prof. Ewa Ostrowska. Zamieszkaliśmy razem z Krystianem na Długiej 18, na stancji u rodziny Rajpoldów, albo Raypoldów, w przejściowym pokoju; Krystian zdał do Wyższej Szkoły Pedagogicznej, na kierunek geografii i miał swoje Himalaje wiedzy do zdobycia, a najmłodszy syn gospodyni był bardzo żywotny i nie dawał łatwo skupić się nam na nauce. Stara, krakowska kamienica nadal stoi, kiedy jestem pod Wawelem, czasem dochodzę tam z Basztowej. Nie ma już tego małego sklepiku przy wejściu, w którym było wszystko czego dusza zapragnie, za to są domofony i krata na stu włamywaczy w drzwiach.

Krystian i autor na stacji u Rajpoldów

Zanim dostałem się na studia, pojechałem do Krakowa zobaczyć Juvenalia, przy okazji składania dokumentów na uczelni. Mówiono później, że było to ostatnie, krakowskie święto żaków w wielkim stylu, w końcu wpisywało się ono w historyczny jubileusz UJ. Zapamiętałem z niego dwa obrazy – karykatury władz uczelni i jej profesorów, niesione przez wesołych przebierańców i model amerykańskiej, kremowej limuzyny, którą z wysiłkiem dźwigała gromada studentów. W środku siedział sam Melchior Wańkowicz, ubrany w jasny garnitur, w kapeluszu z szerokim rondem, towarzyszyła mu elegancka pani, podobno żona. W listopadzie 1963 r. stuknęła mi natomiast osiemnastka. Kiedy przyjechałem do Chorzowa, żeby poświętować z tej okazji, okazało się, że odezwał się także wielki nieobecny, mój ojciec. Przysłał mi ze Szczecina-Dąbia telegram z życzeniami urodzinowymi i był to dla mnie powód do radości. Wtedy postanowiłem napisać do ojca list, żeby się z nim spotkać.

W harcerstwie podczas wojny (2)

Dalszy ciąg wspomnień Karusi z okresu wojny. Ich publikację rozpoczęłam tydzień temu. Dziś tekst z archiwum, nieopublikowany w relacjach harcerek.
Ciąg dalszy w najbliższy czwartek.

KarusiaKarolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Jak sprzedawałam dzieci

Dom dziecięcy „Piaski” w Konstancinie, prowadzony przez harcerki pod firmą R.G.O., został wysiedlony w końcu lipca 1944 r. Niemcy założyli w tym budynku radiostację. W tym czasie prowadziłam przy owym domu ogród i szklarnię, więc nie pojechałam z naszym domem za Wisłę, ale zostałam, żeby pilnować ogrodu. Z tego pilnowania jednak nic nie wyszło, bo Niemcy obrazili się na nas za to, że wykopałyśmy z ogrodu wczesne ziemniaki. Zrozumieli bystro, że to dlatego, żeby im nie zostawić. Wobec tego, nawrzeszczawszy, że to „eine Schweinerei”, zabronili mi wstępu do ogrodu.

karusia-sprzedawalam-dzieci1Zatem przeniosłam swoją „służbę” do domu małych dzieci w „Anusi”. Kierowniczka tego domu, późniejsza naczelniczka Wiktoria Dewitzowa, przeniosła swoich wychowanków do Zalesia, obawiając się w Konstancinie nalotów. Dom w „Anusi” został pusty, ale została w nim 5 osobowa załoga dla dopilnowania inwentarza i niewielkich zapasów żywności. Już w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. zaczęli przychodzić do Konstancina uchodźcy z południowych dzielnic Warszawy, Czerniakowa, Wierzbna, Służewca. Wśród uchodźców trafiały się pogubione, opuszczone dzieci. Zaczęłyśmy je zbierać do naszej pustej „Anusi” i w ciągu sierpnia nagromadziło się tego drobiazgu ponad 30 osóbek w wieku od trzech do 14 lat. Niektóre błąkały się samotnie, inne przyprowadzili sąsiedzi, lub skierowywał do nas urząd gminny. Ponieważ w naszym gospodarstwie nie miałyśmy wcale nabiału, bardzo niechętnie przyjmowałyśmy dzieci poniżej trzech lat, dla których nie było odpowiedniej żywności. karusia-sprzedawalam-dzieci2Władze gminy upoważniły nas wobec tego do oddawania tych małych dzieci na wychowanie do miejscowych rodzin. Jeżeli było stwierdzone, że Rodzice maleństw zginęli w powstaniu, mieliśmy oddawać dzieci na własność. Z takim właśnie zaleceniem przyniesiono nam z gminy 1,5 rocznego Stasia, bardzo uroczego chłopczyka. Przebył u nas około tygodnia, przyczyniając nie mało kłopotu naszej szczupłej załodze. Jednak rozeszła się wieść, że mamy dzieci „do sprzedania”, bo zgłosiła się do nas para młodych wieśniaków z jednej z okolicznych wiosek, z życzeniem zabrania chłopca. W owym gorącym czasie nie było możliwości sprawdzenia, jak to się robi obecnie, jaką opinię mają przyszli Rodzice, czym się trudnią, jak wygląda ich dom itp. Wystarczyło nam, że małżeństwo wyglądało sympatycznie, a młoda kobieta zwierzała się, że nie może mieć własnych dzieci, choć bardzo tego pragnie. Podpisali nam zatem jakiś mało formalny dokument, że biorą na wychowanie Stasia, zostawili swój adres, a nawet wyrazili gotowość… zapłacenia za dziecko. Ale powiedziałam im, że cena na osierocone niemowlęta nie jest jeszcze ustalona, więc obeszło się bez płacenia. Staś bez protestu dał się zabrać przybranej matce.

Ale na tym nie skończyła się historia „sprzedanego” dziecka.

karusia-sprzedawalam-dzieci3W końcu kwietnia, jeszcze przed ostateczną kapitulacją Niemiec, przyszła do nas rodzona matka Stasia. W powstaniu zginął jej mąż, ona sama była wywieziona do Niemiec, szczęściem do dzielnic wschodnich – więc wnet po zajęciu tych terenów przez armię radziecką, wróciła do kraju. Adres Stasia otrzymała w Czerwonym Krzyżu, bo stale przesyłałyśmy tam nazwiska dostarczanych nam dzieci. Oczywiście dałyśmy jej adres przybranych rodziców Stasia i poszła tam nie zwlekając. Tegoż dnia, późnym wieczorem wróciła do nas zrozpaczona. Adres był fałszywy. We wskazanej wiosce nie było ludzi podpisanych na naszym dokumencie. Nie wiedziałyśmy, czy umyślnie podali fałszywy adres, czy zmienili miejsce zamieszkania. Biedna matka postanowiła jednak szukać dalej. Przypuszczałyśmy, że fakt adoptowania dziecka rozchodzi się w formie plotki po okolicznych wsiach, i że drogą rozmów i zwiadów u gadatliwych wieśniaczek uda się odnaleźć Stasia. Przenocowawszy u nas, matka poszła na poszukiwania synka. Szczęściem udało się jej. W jednej wsi baby „słyszały o adoptowanym dziecku” i wskazały matce nowy adres. Nad wieczorem przyszły do nas już obie „matki” razem ze Stasiem, który przez pół roku bardzo urósł i dobrze wyglądał. Musiałyśmy odbyć istny „Sąd Salomona”, z tą różnicą, że rzeczywista matka była niewątpliwa. Przybrana jednak długo nie chciała ustąpić, bo zdążyła się mocno przywiązać do chłopca. Rozpaczała tak, jakby to jej ukradziono rodzone dziecko. Z trudem udało się wreszcie ją pocieszyć i uspokoić. Byłyśmy wszak mimowolnie sprawcami całej historii, chociaż zawinił tu najwięcej niedokładny wywiad gminy.

Przepisała na komputerze: Maria M.

W górę rzeki (16)

Zbigniew Milewicz

Morze, nasze morze…

Okazji do wystąpienia na scenie w sali gimnastycznej czy na czwartym piętrze w auli Słowaka nie brakowało. Były liczne akademie ku czci…, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, wśród zapraszanych gości pojawiali się prominenci. Czasem zaszczycał nas obecnością brat naszego polonisty, słynny tenor operowy, Bohdan Paprocki, a wtedy dokuczała mi trema. Jakże tu bowiem zaśpiewać popisowe Mississippi*, żeby taki zawodowiec później przy rodzinnej herbatce nie zapytał: a skąd żeście wytrzasnęli tego amatora?

W czasie występu miałem więc podzielną uwagę. Z jednej strony starałem się jak najlepiej oddać klimat amerykańskiego musicalu i wcielić w mojego idola- był nim zaś sam Paul Robeson – a z drugiej baczyłem na minę dostojnego gościa. Nie znając oryginału, śpiewałem ten utwór po polsku, ale kto wtedy poza anglistą znał na sali angielski… Chętnie też deklamowałem wiersze przy różnych okazjach, występowałem w konkursach recytatorskich, aż do pamiętnego zjazdu absolwentów chorzowskiej szkoły handlowej, któremu towarzyszył program artystyczny, w Domu Kultury Huty „Kościuszko“. Dziś jest to Teatr Rozrywki.

Na prośbę dyrekcji Słowaka miałem w nim wystąpić z wierszem, który chyba nosił tytuł Szkoła, ale już nie pamiętam, czyjego był autorstwa. Traktował on o uczniu, który miał nauczyć się na pamięć wiersza i odpytywany przez nauczyciela, pogubił się w treści. Czasu na przygotowanie deklamacji było sporo, około tygodnia, tylko za bardzo nie czułem tego tekstu. Jak na mój gust był zbyt liryczny. Wolałem ekspresyjne wiersze, w rodzaju Spotkania Jerzego Jurandota, śmieszne Słówka Boya, lubiłem klimat mickiewiczowskich utworów. Wkułem jednak wiersz na pamięć, a przynamniej tak mi się wydawało, stanąłem za kulisami i czekałem, aż przyjdzie na mnie czas. Najpierw miałem być na scenie czwarty z kolei, później reżyser zdecydował, że pierwszy po przerwie, a w rzeczywistości wyszedłem jako przedostatni. Sala miała około 500 miejsc i zajęta była do ostatniego fotela. Kiedy zmrużyłem oczy pod światłem jupiterów i powiedziałem pierwszą zwrotkę, w głowie zapanowała idealna pustka a suflera pod sceną nie było. Do miejsca, w którym uczeń z wiersza zapomniał słów brakowało dwóch zwrotek, więc jak bym nie kombinował, była klapa. Skonfundowany skłoniłem się przed publicznością, powiedziałem przepraszam i przy brawach wyszedłem za kulisy. Rozpoczynały się letnie wakacje, ze wstydu przez kilka dni nie opuszczałem domu. Mama, która uczestniczyła w tym zjeździe, pocieszała mnie jak mogła, że wyszło naturalnie, wszyscy myśleli, że zagrałem zapominalskiego. Sporo czasu musiało jednak minąć, zanim przełknąłem tę pierwszą, dużą porażkę w swoim życiu.

W harcerstwie nie było złych dni. Nasza drużyna, którą kierował znakomity Maciek Gadomski, stała się wodniacka dopiero w połowie mojej licealnej edukacji. Z początku chodziliśmy, jak to lądowe szczury, z kompasem na azymut, zdobywaliśmy beskidzkie szczyty, a najpierw uczyli się harcerskich praw, żeby móc złożyć przysięgę. Później zdobywało się odznakę ZHP. Moim zastępowym był kolega z klasy, Romek Hardyk, po jakimś czasie sam dochrapałem się tej funkcji, w stopniu ćwika. Kiedy zastępy zamieniły się w załogi, zostałem załogowym. Żeby mieć na czym pływać, pod okiem instruktora wzięliśmy się za budowę kanadyjek, harcówka zamieniła się w pracownię szkutniczą i było to pasjonujące zajęcie. Nie używany magazyn na dziedzińcu szkolnym własnoręcznie wyremontowaliśmy i przerobiliśmy na hangar. W czasie 1-Majowego pochodu nasza drużyna, dwójka , maszerowała ulicą Wolności i z dumą niosła te łodzie na barkach, oczywiście z pieśnią na ustach. Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec… Przyszedł czas na ich zwodowanie, żadna nie wymagała poprawki. Tylko już nie pamiętam, gdzie my na nich pływaliśmy: na Pogorii, w Paprocanach, czy w Goczałkowicach?

wodniacyZ druhem Zdebikiem, chyba w Goczałkowicach.

W Harcerskim Ośrodku Wodnym nad Jeziorem Goczałkowickim zdobywałem patent żeglarski, w warunkach, jak przystało, surowych. Przez trzy czwarte kursu lało jak z cebra, my pod namiotami, albo na dezetach, najpierw na wiosłach, jezioro wzdłuż i wszerz, dzień za dniem. Później stanęły żagle i zaczęliśmy się uczyć od podstaw żeglarskiego rzemiosła oraz egzotycznie brzmiących achterpików, rafów, fałów i halsów. Za przewinienia i psoty na pokładzie czołgaliśmy się za karę w kapokach pod ławkami lub wspinaliśmy na top grota. Stare łodzie musiały lśnić czystością, codziennie pod okiem bosmana szorowaliśmy dek ryżowymi szczotkami, jak na burcie farba się łuszczyła, trzeba było ją zdrapać i położyć nową warstwę. W zamian bosman uczył nas węzłów i opowiadał ciekawe historie. Między innymi o tym, jak powstało to sztuczne jezioro, jak zalano wieś razem z jej cmentarzem i po nocach straszyło, jak pływały trumny z umrzykami, słychać było różne jęki i wycia. Kiedy więc zgodnie z programem zorganizowano nam nocny alarm i kazano wypłynąć na środek jeziora, na jakąś mieliznę i wyskoczyć za burtę, żeby znowu zepchnąć łódź na wodę, było trochę strasznie. Po powrocie do ośrodka, w namiotach zrzuciliśmy mokre mundury, zawinęli w suche koce, każdy dostał kubek gorącej herbaty, chyba z kroplą czegoś mocniejszego i więcej niczego do szczęścia nam już nie brakowało. Oczywiście najpiękniejszą chwilą, jaką zapamiętałem z Goczałkowic, było ogłoszenie wyników egzaminów na stopień żeglarza. Zdali wszyscy, kiedy usłyszałem, że przyznano mi patent, poczułem się jakby mnie pasowano na mężczyznę.

Także letni spływ kajakowy, który nasza drużyna rozpoczęła w okolicach Krzepic na Liswarcie a zakończyła w Bydgoszczy, był dużym wyzwaniem. Płynęliśmy Wartą, Notecią i kanałami do Gopła, a później Kanałem Bydgoskim, zajęło nam to dwa tygodnie, dłonie od wioseł miałem zgrabiałe i kiedy spływ się skończył, odetchnąłem z ulgą. Z drugiej strony miałem satysfakcję, że podołałem trudom tej wyprawy. Ukoronowaniem moich młodzieńczych, wodniackich przygód było bałtyckie, przybrzeżne pływanie, w ramach praktyki po zakończeniu kursu żeglarskiego. Odbywaliśmy ją na starych szalupach z Batorego, przebudowanych na trójżaglowe jachty, z kojami dla dziewięciu osób. Po tygodniu pracy na pokładzie, trudnych, nocnych wacht i wrześniowych sztormów, zawinęliśmy znowu do Gdyni i musiało minąć trochę czasu, zanim ląd przestał nam chybotać pod stopami.

klasazbychaCzęść naszej klasy i grono profesorskie przed egzaminem dojrzałości, autor to ten grubas z tyłu.

Między wakacyjną przygodą i popisami na scenie w liceum trzeba się było uczyć. Szło mi to różnie, ale starałem się traktować naukę poważnie i nie chodziłem na wagary. Nauczycieli mieliśmy na ogół wymagających, jednych darzyło się sympatią, innych nie za bardzo. Z polonistą, prof. Januszem Paprockim nie miałem najlepszego kontaktu, choć sam przedmiot lubiłem. Naszym wychowawcą był nieco kostyczny profesor Jan Brzoza, który nauczał historii; w XI klasie przejęła tę funkcję dla odmiany ciepła w relacjach międzyludzkich profesor Wala Michalska, także historyczka. Profesor Franciszek Gurgacz, pedagog już starszy wiekiem, prowadził szkolną bibliotekę i to on uczył mnie warsztatu recytatorskiego, doradzał wybór lektur, był człowiekiem wielkiej kultury i mądrości, a prywatnie ojcem serdecznej przyjaciółki cioci Irki. Prof. Jazowy, mój surowy nauczyciel łaciny w liceum, mieszkał wraz z rodziną na parterze naszego domu przy ul. Wesołej. Jako dzieciak zawdzięczałem mu ratunek z pewnej opresji; łażąc po wysokim płocie, oddzielającym nasz ogród od podwórka, w pewnym momencie straciłem równowagę i zawisnąłem głową w dół, z nogą między sztachetami. Na szczęście był w domu, kiedy zacząłem się drzeć i wołać o ratunek. Nie mogłem więc obijać się z łaciny, dług wdzięczności trzeba było spłacić.

przebierancy-zbychFizyki nauczał wielki oryginał, profesor Emil Pieczka, zawsze gładko zaczesany do tyłu. Solidnej budowy ciała, latem przychodził do szkoły w pumpach i trampkach, zimą w swych słynnych spodniach i butach narciarskich oraz flanelowej koszuli w kratkę. Siadał bez słowa i cienia wyrazu na twarzy za katedrą, wyjmował czarny, zatłuszczony notes, otwierał go na jakiejś stronie, marszczył czoło i dopiero wtedy zaszczycał nas spojrzeniem. Zgromadzeni w amfiteatralnej sali śledziliśmy lot tej strzały, panowała pełna napięcia cisza, ale czasami nas zwodził. Zatrzymywał np. wzrok na Adamie Kandziorze, a padało nazwisko Milewicz i trzeba było iść do tablicy. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek dostał u Emila piątkę, dobry stopień trafiał się bardzo rzadko, natomiast czysta trója stanowiła dla ucznia powód do dumy. Był jednak sprawiedliwym nauczycielem.

Z Krystianem Cichowskim i Krzyśkiem Kozubskim na licealnym balu przebierańców.

O matematyku, profesorze Swadźbie, którego nie można było nie lubić, pisałem w poprzednim odcinku. Z tego, co mówił mi Krystian Cichowski, wynika, że Jasiu nie daje się czasowi. Stuknęła mu już osiemdziesiątka, ale dalej czynnie uprawia turystykę górską w Tatrach i organizuje wystawy filatelistyczne. Z Krystianem przyjaźnimy się od Słowaka, od ponad ćwierćwiecza mieszka w Berlinie. Podobnie jak ja zawsze lubił chodzić po górach, a na nizinie po kawiarniach i sporo tych wędrówek odbyliśmy razem. Z Wieśkiem Polczykiem razem żeglowaliśmy, prześcigali się w zbieraniu znaczków pocztowych i z zapałem grali w ping-ponga. Dobry kontakt miałem z Krzyśkiem Kozubskim, Jurkiem Żakiem, Maćkiem Gibasem, Januszem Durajem, Andrzejem Gregorczykiem, Sewerynem Sowiakiem i Mietkiem Kozłowskim. Z dziewczyn, z Basią Marklowską, Krysią Pudełko i Haliną Delakowicz. Z Krysią sympatyzowaliśmy już w podstawówce, z Haliną uczyliśmy się razem do matury rosyjskiego, który wybraliśmy na przedmiot dodatkowy.

Adresatką moich pierwszych, młodzieńczych amorów była jednak Inga, córka sąsiadki przy ulicy Wolności. Jej mama sprzątała nam czasami mieszkanie, myła okna a zdarzało się, że robiły to razem. Dziewczyna była starsza ode mnie o kilka lat, pewnie miała już za sobą jakieś seksualne doświadczenia i gotowa była się nimi ze mną podzielić, ale ja nie potrafiłem przemóc chorobliwej nieśmiałości w stosunku do dziewczyn, choć niesamowicie mi się podobała. Miała południowy typ urody, bujne kształty, wesoły i bezpośredni sposób bycia, tylko wypadało rwać taką wisienkę.

Z Gienią, którą później poznałem w Słowaku, było podobnie. Dla odmiany blondynka, ale też bardzo aerodynamicznie zbudowana, poruszała się tak zmysłowo, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Miała w sobie coś z Nany, głównej bohaterki powieści Emila Zoli, którą „pożyczyłem“ sobie z księgozbioru cioci Irki i czytywałem w tajemnicy przed dorosłymi. Z rasowej, paryskiej kurtyzany… Takie typy kobiet najbardziej przemawiały do mojej seksualnej wyobraźni. Na pierwsze, niewinne pieszczoty z Gienią pozwoliłem sobie jednak dopiero, kiedy skończyłem 18 lat… Uwierzycie, że nawet wtedy nie posunąłem się dalej…? Taka była ze mnie romantyczna gapa.

* „Showboat”, muz. Jerome Kern a utwór, który śpiewałem nosił w oryginale tytuł Ol`Man River. Po niedawnym odsłuchaniu na youtube znakomitego nagrania z 1936 r., mam nadzieję, że nikt nie nagrywał w liceum moich popisów.

W harcerstwie podczas wojny (1)

karolina2Kolejny wpis o Karusi, ale tym razem oddaję głos jej samej. Już przed wojną Karusia zaangażowała się w działalność harcerską i uzyskała stopień harcmistrzyni. Podczas wojny początkowo zajmowała się chorą mamą (czyli prababcią Eugenią), potem pracowała przez kilka miesięcy w różnych miejscach, używając jednak  nazwiska Mianowska lub pseudonimu Bukowa jagoda. W tym pierwszym okresie wojny pomocy udzielała jej między innymi Irena Dąbkowska (1901-1942? – data i miejsce śmierci nieznane) – dr filozofii (botanika i geologia), nauczycielka, żołnierz Podziemia. To ona wystarała się o fałszywe dokumenty dla Karusi i załatwiła jej pierwszą wojenną pracę, w Muzeum Fizjograficznym PAU w Krakowie. Irena należała do Związku Walki Zbrojnej. Zginęła w nieznanych okolicznościach w walkach partyzanckich na Polesiu.
Karusia natomiast powróciła do Warszawy, znowu pracowała dorywczo u różnych osób, po czym już na stałe przeszła do pracy w domach opieki nad dziećmi w Konstancinie, jako ogrodniczka w ogrodzie i w szklarniach, zaopatrzeniowiec, a wreszcie opiekunka dzieci.

Na prośbę redaktorek książki Harcerki 1939-1945 (tom: Relacje, pamiętniki) opisała kilka zdarzeń z tej pracy. Niektóre zostały opublikowane, inne znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Karusia spisała swe wspomnienia ręcznie, przepisała je na maszynie już po jej śmierci jedna z koleżanek-harcerek. Pożółkłe przechowywane w archiwum kartki nie dają się odczytać za pomocą programów odczytujących teksty, a z kolei ja nie miałam czasu, żeby je przepisać. W pierwszej wersji niniejszy wpis zawierał po prostu zdjęcia kolejnych kartek, dość trudne jednak do czytania. W marcu 2015 roku moja kuzynka, córka Mirki, Maria, przepisała tekst na komputer. Zdjęcia kartek zostawiam jednak jako ilustracje.

I jeszcze jedna informacja: to właśnie przez działalność Karusi w harcerstwie Mama (Irena Kuran-Bogucka) w roku 1947 przyjechała na wakacje do Gdańska i poznała Tatę (Dariusza Boguckiego). Tata to opisał i kiedyś opublikuję tu odnośny fragment jego wspomnień.

Karolina Lubliner-Mianowska

Harcerskie domy dziecięce w Konstancinie

Karusia01-maleDo Konstancina przyjechałam jesienią 1941 roku. To było tak: spotkałam na ulicy Józefinę Łapińską. Pyta mnie: co robisz? Na razie mówię, kończę układać na zimę jabłka w piwnicy, u Hani Piotrowskiej w Komorowie. To jak skończysz z tym, mówi Józefina, to przyjedź do nas. Gena Woroniecka ma tam mnóstwo tulipanów do posadzenia, pewnie się na tym znasz, to jej pomożesz. No i w tydzień potem już sadziłyśmy te tulipany z Geną. Po tulipanach trzeba było jeszcze robić porządki w ogrodzie i w szklarni przed zimą. Pod koniec listopada wybuchła w internacie epidemia grypy. Kierowniczka, Marysia Steckiewicz, przy śniadaniu pyta mnie nieśmiało: czy ty umiesz pielęgnować chore dzieci? Pewnie, że umiem. Jakby nie było – instruktorka Z.H.P. od tylu lat. Epidemia trwała kilka tygodni, przeszło 70% dzieci chorowało, było co robić. Pojechałam do Warszawy po nowy transport atrium benzoikum (na kaszel) i na stacji kolejki spotkałam Natkę Hiszpańską. Chodź do nas, zaproponowała, – my widzisz, idziemy na całego. Słusznie – przyjdę do ciebie, tylko – jak się skończy ta grypa u Marysi, na razie jestem tam potrzebna. Nie wiem dokładnie ile czasu po tej rozmowie Natka wpadła i jak wiadomo zamęczyli ją w Oświęcimiu. Pożyteczna okazała się dla mnie ta grypa.

W Konstancinie były w tym czasie trzy domy dziecięce prowadzone przez harcerki (formalnie były one pod opieką R.G.O. – Rada Główna Opiekuńcza, przyp. EMS). Jeden w willi „Corso” – kierowniczką była Maria Wocalewska, gospodynią Aniela Libionka, która dawniej pracowała na Buczu. Drugi w willi „Piaski” pozostawał pod kierownictwem Marii Stockiewicz, instruktorki z Wilna. Gospodynią była osoba „cywilna”, Janina Wąsowska, siostra Józefiny Łapińskiej. Oba te domy miały dzieci starsze, powyżej pięciu lat, w każdym było ich około 40. Trzeci wreszcie dom, w willi „Anusia”, chronił około 30 małych dzieci, od dwóch lat do pięciu. Kierowniczką była Wiktoria Dewitzowa, która sama miała córeczkę w tym właśnie wieku i męża w oflagu.

Karusia02-malePersonel tych domów był przeważnie złożony z harcerek, jedynie pracownice fizyczne były to kobiety wysiedlone z wiosek w zachodnich dzielnicach kraju. Skład osobowy tego personelu był dość zmienny, często zdarzały się zmiany i przesunięcia. Organizacja często przysyłała nam do domów w Konstancinie te jednostki, które trzeba było ukryć i ochronić przed aresztowaniem. Zdarzali się i chłopcy w takich sytuacjach, zatrudniało się ich wtedy w charakterze praktykantów w ogrodzie w „Piaskach”. Były także i harcerki żydowskiego pochodzenia, które znalazły schronienie konstancińskich domach dziecka. Oprócz piszącej te słowa, pamiętam siostry Teresę i Jadwigę Kajfarowicz z Lublina i Annę Wirską z Wilna.

Pracę z dziećmi prowadzono metodami harcerskimi. W pierwszych latach okupacji cała nauka dzieci też była w rękach kierownictwa domu, dopiero później, w 1943 i 44 roku, dzieci chodziły do szkoły podstawowej w Skolimowie. Dużo czasu i wysiłku poświęcano różnym imprezom, które miały na celu urozmaicenie życia. Różne przedstawienia, jasełka, śpiewy, zajęcia w domu i w ogrodzie urozmaicały monotonne dnie. Gorzej było z wycieczkami i spacerami; dzieci przeważnie nie miały odpowiedniego do chodzenia obuwia. Pamiętam, jak raz dzieci poszły popatrzeć na mecz piłkarski, rozgrywany przez miejscową młodzież. Wtem zjawiła się na boisku ciężarówka z żandarmami, którzy zamierzali wyłapać grających w piłkę chłopców. Ci oczywiście umykali w różne strony, a żandarmi odpowiadali strzałami. Nasze dzieci bez tchu przybiegły do domu, dwie wychowawczynie dla pośpiechu przerzucały je do ogrodu przez parkan. Skończyło się szczęśliwie na strachu, ale dzieci długo potem bały się wychodzić poza obręb naszego ogrodu.

Bardzo dużo pracy miały w domach dziecięcych higienistki. Normalnie była tylko jedna na cały dom, tylko w wypadkach nasilenia chorób przydzielano drugą siłę do pomocy. Poważniejszych epidemii udało się uniknąć, dzięki temu zapewne, że każde nowe dziecko przebywało kilka tygodni w szpitaliku, izolowanym od reszty dzieci. Najwięcej kłopotu przysparzało to, że dzieci, bardzo nieodpowiednio odżywiane, łatwo dostawały różnych czyraków, krost i ropni. Każde skaleczenie ropiało i goiło się tygodniami, toteż wieczorem po myciu, długa kolejka czekała zawsze na opatrunki.

Karusia03-maleOdżywianie naszych dzieci było stałym powodem do niezadowolenia ze strony wychowawczyń i kierownictwa, przynajmniej na „Piaskach”. Gospodyni szła tutaj po linii najmniejszego oporu i nie wykazywała tyle pomysłowości i innowacji, ile wykazywały jej harcerki, gdy szło o urozmaicenie dzieciom zajęć. Rano, sześć razy w tygodniu dawano tzw. „mel” czyli mączną zupę. Były to dwa litry grubej razowej mąki, rozrobione zimną wodą i wlane następnie na osolony wrzątek. Całość była okraszona paru litrami zbieranego mleka. Potrawa ta żywo przypominała pierwsze pożywienie prosiąt w racjonalnej chlewni. W niedzielę na śniadanie biała kawa i kartkowy chleb z marmoladą. Na obiad bywała zupa, dwa razy w tygodniu mięso, poza tym kartofle z jarzyną: brukiew, kapusta, buraki, marchew. Była to prawdziwa pasza objętościowa, po której dzieci musiały leżeć najmniej 2 godziny, żeby poradzić sobie z tą masą błonnika, toteż wszystkie miały wzdęte wydatnie brzuszki. Na kolację znów była zupa, najczęściej żur. Personel, który po położeniu dzieci do łóżek miał jeszcze przed sobą dobrych kilka godzin pracy: szycia, prasowania sprzątania etc., dostawał jeszcze o 9 wieczorem po szklance namiastki herbacianej i po kawałku chleba ze smalcem. Był to przywilej, którego dzieci ogromnie nam zazdrościły.

Należałoby tu wymienić nazwiska tych naprawdę ofiarnie pracujących dziewczyn. Większość z nich czynem wyrażała to, co słowem wyraziła Anielka Kowalska, już podczas powstania: „Ja się wcale nie martwię, że pilnuję dzieci, zamiast zabijać Niemców”. Niestety pamięć zawodzi i tylko niektóre już teraz mogę wymienić. Główna wychowawczyni „Piasków” Tamara Zacharow, niewyczerpana kopalnia pomysłów dotyczących zabaw i przedstawień. Zofia Słowikówna – tej specjalnością było przygotowanie dzieci do pierwszej komunii. Przeprowadzała tę akcję po prostu z talentem; nie była to ani formalność, ani obowiązek, tylko niesłychanie cudowne przeżycie. Wianek i biała sukienka nie stawały się, jak to często bywa, głównym celem, tylko nędznym rekwizytem, nic nie znaczącym wobec powagi wewnętrznego doznania. Janina Skalanka, najlepsza z naszych pielęgniarek, opuściła nas jednak przed samym powstaniem.

Karusia04-malePod koniec okupacji losy trzech domów dziecięcych w Konstancinie były różne. „Corso” przeniesiono do Warszawy z początkiem lata 1944 r. Nie pamiętam już dobrze, co było tego powodem, zdaje się że fakt, iż „Piaski” wysiedlili Niemcy w lipcu tegoż roku. Budynek zajęty został na radiostację, która jednak już w początku sierpnia opuściła „Piaski” i przeniosła się dalej na zachód. Dom z „Piasków” umieszczono po drugiej stronie Wisły w osiedlu szkolnym w Rycicach pod Józefowem. Z całego personelu ja tylko zostałam w Konstancinie, gdyż próbowałam jeszcze pilnować mego ogrodu. Dom małych dzieci z „Anusi” W. Dewitzowa w początku sierpnia 1944 r. przeniosła do Zalesia, a stamtąd aż do Zakopanego. Był to wynik niesłychanie trudnych starań i zabiegów, zakończonych jednak pomyślnie. Dewitzowa wystarała się o kilka towarowych wagonów, do których załadowano cały zakład. W jednym urządzona była nawet kuchenka, gdyż podróż trwać musiała kilka dni. Dewitzowa wyjeżdżała ciężko chora na zapalenie płuc i pod koniec dyrygowała cała ewakuacją w pozycji leżącej. W willi „Anusia” pozostała na razie czteroosobowa załoga, ja również do niej należałam. Nie pamiętam już dobrze jej składu – wiem tylko, że była tam miedzy innymi p. Helena Sowińska, matka ośmiorga dzieci i żona oficera W.P., osoba bardzo delikatna i dziwnie bezbronna wobec ciężkich kolei losu. Niedługo potem załoga „Anusi” powiększyła się jeszcze o kilka harcerek, które stanowiły personel jakiejś kolonii letniej, ulokowanej na południe od Warszawy.

Już w pierwszej połowie sierpnia okazało się, że wśród ludzi uciekających z południowych dzielnic Warszawy znajdują się pogubione dzieci. Ponieważ w „Anusi” miałyśmy łóżka, pościel, a także trochę żywności, postanowiłyśmy się zająć tymi dziećmi. Na razie było ich kilkoro, ale szybko widocznie wiadomość o naszym domu rozeszła się po okolicy i coraz częściej przyprowadzano nam zmęczone, brudne i wygłodzone maleństwa. Oficjalnie kierowniczką domu została, przysłana nam przez Dewitzową Janina Klimecka. Pracowała z nami około 2 miesięcy, potem jednak zaczęła chorować i wyjechała do matki, a miejsce jej zajęła pozostająca dotąd bez funkcji Wanda Szlamińska. Personel nasz powiększył się jeszcze o bardzo pożyteczną parę uchodźców z Mokotowa, małżeństwo Brodzińskich, z których ona pełniła funkcję kucharki, a on woźnego, reprezentującego jedyną wśród nas męską siłę. Wkrótce okazała się nowa potrzeba: wiele dzieci przychodziło chorych, nieraz z chorobami zakaźnymi, potrzebny był dziecięcy oddział szpitala. Szpital dla dorosłych (św. Ducha z Warszawy) już był się w tym czasie zainstalował w opuszczonej już przez Niemców willi „Piaski”. Po porozumieniu więc z lekarzami tego Szpitala, zajęłyśmy pustą, maleńką willę „Perełka” i tam umieszczałyśmy chore dzieci, pod opieką jednej z matek. (córeczka jej miała szkarlatynę, a po niej ciężkie zapalenie ucha, była więc na długie tygodnie unieruchomiona w szpitaliku). Drugą pacjentką została dorosła osoba, ale również chora na szkarlatynę, harcerka Marysia Moszyńska z Warszawy. Z tą, mimo opieki lekarskie i naszych starań, nie powiodło się nam. Po szkarlatynie wywiązało się zapalenie wsierdzia, którego nie przeżyła. Było to dla nas szczególnie ciężkie jeszcze dlatego, że śmierć Marysi nastąpiła w dniu kapitulacji powstania i nazajutrz przyszła do nas jej siostra-bliźniaczka, która szczęśliwie ocalała mimo udziału w akcji powstania. Szpitalik w „Perełce” był czynny przez kilka miesięcy i bardzo byłyśmy rade, że w wypadkach chorób nie trzeba było trzymać małych pacjentów w „Anusi”, między zdrowymi dziećmi.

Karusia05-male-kawalekDom w „Anusi”, jako azyl dla pogubionych warszawskich dzieci, przetrwał do lata 1945 r. Potem resztę dzieci, których nie pozabierały rodziny, przekazano do stałych sierocińców, a do „Anusi” wróciły dzieci z dawnego domu „Piaski”, razem z częścią personelu.

Na zdjęciu willa “Piaski” w Konstancinie, w tekście – maszynopis Karusi

Piaski1-domsierotKarusiaKolejne teksty Karusi będą się tu pojawiały w odstępach (mniej więcej) tygodniowych

W górę rzeki(15)

Zbigniew Milewicz

Bat za kredensem

Jako dziecko często zastanawiałem się nad tym, dlaczego babcia siada w kościele zawsze z przodu i najgłośniej ze wszystkich się modli do Bozi, a dziadek stoi z tyłu i umiarkowanie porusza ustami. Tak samo mama z ciocią Irką wolały na niedzielnej mszy siadać na mniej eksponowanych, tylnych ławkach. Pewnie w znacznej mierze wynikało to z charakteru każdego z nich, ale kiedy jako dorosły przeglądałem rodzinne papiery, znalazłem wśród nich kopię dwustronicowego maszynopisu, który zdawał się podpowiadać dodatkowe wyjaśnienie tego zachowania.

Pismo nosiło datę z pamiętnego dla mnie marca 1968 roku i skierowane było przez moją mamę do organizacji partyjnej, tzw. POP-u, przedsiębiorstwa, w którym pracowała (o ile się nie mylę – wtedy Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Spożywczego w Katowicach) na stanowisku kierownika działu organizacyjno-prawnego. Stanowiło ono odpowiedź na udzieloną jej naganę, w związku z moimi antypaństwowymi wystąpieniami (patrz wpis Papierowych rycerzy ciąg dalszy), za które mogła zapłacić utratą stanowiska i pracy. Broniła się długoletnim stażem w PZPR i tym, że do partii należała zarówno jej siostra jak i ojciec. Wychowano mnie więc w duchu zdrowych pryncypiów ustrojowych, po linii i na bazie, a że zbłądziłem na ideologiczne manowce, można było spisać jedynie na karb młodzieńczej lekkomyślności. O cioci Irce wiedziałem, pracowała w zakładach mleczarskich w Bytomiu i gdyby nie należała do partii, nie zarządzałaby laboratorium. Podobnie moja mama, nie kierowałaby wcześniej kadrami w katowickim handlu, ale partyjny dziadek mnie zaskoczył. Po wojnie pracował, jako urzędnik w Chorzowskim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego i udzielał się w Stowarzyszeniu Właścicieli Nieruchomości, może jako bezpartyjny miałby tam ograniczone możliwości awansu.

Wywodziłem się więc ze środowiska, do którego pasowała stalinowska teza, że Polacy są, jak rzodkiewka, z wierzchu choćby nie wiadomo jak czerwona, a w środku biała. Z pewnością nie brakowało rodzin, które żyły wtedy uczciwiej, zgodnie z własnymi przekonaniami, choć biedniej, ale jakże smakowały mi te lody, które ciocia Irka czasami przywoziła w termosie z mleczarni i kremówka, tak gęsta, że nie można jej było wylać z butelki. Dzięki mamie w niedzielę na obiad były rolady albo schabowy i chociażby za to, w podziękowaniu, paliło się Panu Bogu świecę.

wigiliazciociaIrkaŚwiętujemy Boże Narodzenie na ul. Wolności, z ciocią Irką.

Pamiętam, jak na Wesołej co wieczór klękaliśmy wszyscy do wspólnej modlitwy, jak babcia każdemu przed wyjściem rano z domu kreśliła na czole znak krzyża. Przed progiem wisiała na ścianie kropielniczka z wodą święconą z Jaworzynki, zanurzała w niej swoje chropowate palce spracowanej dłoni, szeptała słowa błogosławieństwa i już nikomu nie mogło przytrafić się żadne nieszczęście. W południe na Wesołej odmawiało się Anioł Pański, w czwartki babcia chodziła do kościoła na adorację Najświętszego Sakramentu, piątki były bezmięsne, a w niedzielę poza mszą świętą maszerowałem na nieszpory. W maju – na nabożeństwa majowe, w październiku na różaniec, a w Wielki Post na Drogę Krzyżową i Gorzkie Żale, które babcia chętnie celebrowała także w domu. Do I Komunii Świętej poszedłem już jako sześciolatek. Babcia miała wobec mnie swój plan, chciała, żebym poszedł do seminarium duchownego i został księdzem, o czym dowiedziałem się od niej dopiero przed maturą. Zachwycony tym pomysłem nie byłem, mama stanęła po mojej stronie, miała sceptyczny stosunek do stanu duchownego i babcia, choć urażona, ustąpiła.

jaselkaPo uroczystości I Komunii Św., z naszą katechetką, stoję w ostatnim rzędzie drugi od prawej

Drugi to już raz ją zawiodłem, bo pierwszy się zdarzył, gdy, chyba w pierwszej klasie licealnej, przestałem chodzić do szkoły muzycznej. Dojadła mi mozolność codziennych ćwiczeń na domowym pianinie, wymagających dyscypliny i pokory. Bat, którym babcia je egzekwowała, był już za kredensem, a ja wiedziałem, jak rozmawiać z mamą, żeby uwolnić się od uciążliwego zajęcia. W dzienniku szkolnym miałem dobre stopnie i dziś żałuję swojego młodzieńczego braku wytrwałości. W domu naprzeciw, na Wesołej, mieszkała pani Kotyczkowa, której syn grał na skrzypcach, ilekroć patrzyłem w ich okna zawsze ćwiczył. Zazdrościłem mu tego zacięcia w pracy z instrumentem, dzięki któremu zdobył później sławę wirtuoza. Pianino zamieniłem na gitarę, którą dziadkowie trzymali w jadalnianej kozetce, w schowku na pościel. Wydawała mi się łatwiejsza od pianina i kiedy przy pomocy Jurka Żaka opanowałem wreszcie ze trzy akordy, którymi można było na siłę okrasić każdy aktualny przebój piosenkarski, uznałem się za spełnionego muzyka. Boże wybacz.

Mieszkanie na ulicy Wolności, z mamą i ojczymem Stefanem, dawało mi więcej swobody, niż Wesoła, co nie znaczy, że zawsze mądrze z niej korzystałem. Mama wracała z pracy w Katowicach późnym popołudniem, albo wieczorem, ojczym różnie, nie zapomnę awantury, jaką zakończyła się pewna moja wyprawa rowerowa z Chorzowa nad Jezioro Paprocańskie. Gdybym wtedy wiedział, że po latach zamieszkam w jego sąsiedztwie, to może uniknąłbym reprymendy, mama na wiele mi pozwalała, ale musiała znać moje plany. Kiedy więc po jakiejś dłuższej grypie nagle zniknąłem z domu, żeby z koleżką pojechać na wycieczkę i wróciłem dopiero o zmroku, zdzieliła mnie szmatą w twarz, bo właśnie myła korytarz. To by jedyny raz, kiedy od niej dostałem. Druga afera wydarzyła się na moje szesnaste urodziny, czy też raczej w ich przededniu. Mama z ojczymem zapowiedzieli, że idą do kina, więc chata była wolna i przyszli dwaj koledzy z prezentami. Dokładnie z winem pisanym patykiem, ledwo postawili butelki na stole, a tu dorośli wracają, bo niby czegoś zapomnieli. Jakże mi było głupio, do dziś pamiętam ten bulgot z butelek opróżnianych przez mamę do zlewu.

Stefan był inżynierem, więc ten jeden pokój w starej kamienicy, w którym mieszkaliśmy, zmyślnie poprzegradzał jakimiś płytami i mieliśmy sypialnio-jadalnię, kuchnię i przedpokój. Do spania dysponowałem rozkładanym fotelem, ubikacja była na korytarzu, a myliśmy się w balii. Poszczególne części mieszkania oddzielały płócienne kotary, zawieszone w przejściach, co nadawało mu pewnej teatralności. Stefan pomagał mi w matematyce i rysunku technicznym, miał poczucie humoru i lekki sposób bycia. Razem, we troje, jeździliśmy na wakacje, wreszcie zobaczyłem morze, ale ciągnęło go do gorzały i jak zaczynał pić, to nie potrafił przestać. Towarzyszyły temu domowe awantury, co z czasem stało się na tyle przykre, że wróciłem do dziadków. Próbował zerwać z nałogiem, kupił motocykl, emzetkę, w czasie przejściowego ocieplenia stosunków rodzinnych babcia dała się nawet namówić na wycieczkę z nim do Zakopanego. Później opowiadano w domu bez końca o tym, jak Stefan nie mógł już szybciej prowadzić motoru, a pasażerka z tyłu pytała, dlaczego tak wolno jedzie. Zasadniczo dziadkowie nie akceptowali jednak wyboru córki, po pierwsze dlatego że kościół nie uznawał cywilnych związków. Drugim powodem był alkohol, trzecim – pochodzenie Stefana. Miał zagłębiowskie korzenie, co dla szanujących się Ślązaków było wtedy wielką ujmą.

nadmorzemPierwszy raz zobaczyłem morze…

Kiedyś przypadkowo znalazłem jego dane osobowe na liście osób poszukiwanych w czasie wojny przez Gestapo. Miał za sobą udział w Powstaniu Warszawskim, ale jaki, tego nie wiedziałem. Kiedy go o to pytałem, zawsze tylko powtarzał, że pędził bimber. Kiedy trunek był gotowy, zwyczajowo musiał wypić garnuszek, później pocałować denko, a na koniec gwizdnąć, co nie zawsze mu się udawało. Kto wie, może taka opowieść była najbezpieczniejsza dla żołnierzy wyklętych. Mama w końcu rozwiodła się ze Stefanem, kochała go, podobnie jak wcześniej mojego ojca, ale przegrała z nałogiem. Osobliwe, że Stefan po latach zmarł w Warszawie, w kolejną rocznicę Powstania.

Liceum Ogólnokształcące im. J. Słowackiego w Chorzowie, do którego uczęszczałem, cieszyło się opinią szkoły o wysokim poziomie i taką ma do dzisiaj. W dziewiątej klasie okazał się on nawet za wysoki dla mnie i zagroziła mi poprawka z chemii. Dzięki Matce Boskiej Częstochowskiej (poskutkowała piesza pielgrzymka do jej sanktuarium) i kuciu z łaciny, skończyło się jednak na strachu. Nasz chemik, prof. Szarszaniewicz, i łacinnik, prof. Jazowy, byli niekonwencjonalnymi pedagogami, pogadali ze sobą, doszli do wniosku, że kariera następcy Mendelejewa raczej mi nie grozi, ale mógłbym podciągnąć się w języku Owidiusza. Dostałem więc poprawkę z łaciny. Z matematyki kulałem nadal, aż w dziesiątej bodaj klasie przyszedł do nas energiczny i wymagający, świeżo po studiach, prof. Jan Swadźba. Życzę każdemu takiego pedagoga. Tak potrafił wszystkich zarazić swoim entuzjazmem do królowej nauk, że na ustnym egzaminie maturalnym dostałem lepszy stopień z matematyki niż z polskiego. Kiedy po latach pojechałem do Chorzowa na zjazd absolwentów Słowaka, z okazji 190 rocznicy urodzin wielkiego poety, Jasiowi Swadźbie zgotowaliśmy najdłuższe owacje. Nie wiedziałem, że tak wielu z was kocha matematykę – podziękował z właściwym sobie humorem, nadal młodzieńczy duchem.

Liceum pozwoliło mi rozwinąć zainteresowania artystyczne, przyjęty zostałem do chóru, który prowadził prof. Norbert Szklorz, do amatorskiego kółka teatralnego i do kabaretu, stworzonego przez naszego rusycystę, prof. Stefana Chaszczyńskiego. W Słowaku wstąpiłem do harcerstwa, do słynnej chorzowskiej dwójki, drużyny wodniackiej i jeździłem na niezapomniane obozy. Był to wreszcie okres, kiedy zwarłem nowe przyjaźnie, kiedy w głowie zawróciły mi najpierw Inga, później Gienia i przez to do szkoły chodziłem czasem niewyspany z marzeń. Ale o tym za tydzień.

Pieredwiżniki III

Tomasz Fetzki

Sięgnąłem przed dwoma tygodniami po starą księgę, aby wspominać. Tego, który mi ją dyskretnie położył przed oczyma. Ale też siebie samego z tamtych lat, z czarodziejskiej krainy dzieciństwa, gdzie czułem się bezpiecznie, bo On był obok.

Które obrazy wtedy wywierały na mnie najsilniejsze wrażenie? Chyba te najbardziej efekciarskie, bo takie najłatwiej przemawiają do wyobraźni dziecka. Prawdopodobnie z tego samego względu są to najlepiej i najpowszechniej znane oraz kojarzone prace Pieredwiżników. Wielkie, kolorowe i bogate freski historyczne: Bojarynia Morozowa i Poranek kaźni strzelców Surikowa czy Procesja w guberni kurskiej Riepina. Bez problemu znajdzie je w Wielkiej Sieci, kto zechce; ja poprzestanę na przywołaniu ich tytułów.

Jako się rzekło, najpierw był gruby kaliber. Gust zaczął mi się wydelikacać i uwrażliwiać z czasem. Dlatego dopiero później potrafiłem należycie docenić prace kameralne, ciche w treści, a w kolorystyce stonowane. Choć to nie do końca prawdziwe stwierdzenie… bo poza wspomnianymi już pracami Riepina i Surikowa od najwcześniejszego dzieciństwa tkwi mi w pamięci inny obraz: historyczny co prawda, a w żadnym wypadku nie pompatyczny ani nie tętniący akcją. Przeciwnie.

po-bitwie-orly(1)Wiktor Michajłowicz Wasniecow,
Po bitwie Księcia Igora Światosławowicza z Połowcami
temat ze „Słowa o wyprawie Igora”

Godzinami potrafiłem wpatrywać się we wschodni przepych zbroi i tarcz, w zadziwiająco młode i blade oblicze poległego rycerzyka na pierwszym planie oraz w ten łuk, zwrócony w kierunku lecącego sępa. Ciągle się zastanawiałem: resztkami sił chce wojownik ustrzelić ptaszysko, czy po prostu w takiej pozie zastygł po śmierci? Byłem za mały na to, by przeczytać tytuł pod reprodukcją (inna sprawa, że te podpisy są jedynie po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku, więc i tak bym nie zrozumiał), przeto dodatkowo dręczyło mnie pytanie: kto tu z kim walczył i dlaczego.

Zdecydowanie, obrazy Pieredwiżników potrafią przyciągać uwagę już samą kompozycją, kolorem, nastrojem. A kiedy się dorośnie do pojęcia treści i wymowy szczegółów, kiedy się zaczyna rozumieć ich kontekst, ukryte znaczenia, cieniutkie aluzje… wtedy kontakt z tymi dziełami niechybnie wpływa na ukształtowanie określonej wrażliwości, pomaga wypracować pewne postawy i normy moralne. Tym bardziej, że, jak wspomniałem, prawdę na temat biedy, wyzysku, ludzkich słabości czy obłudy członkowie Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych dostrzegali bez złudzeń i pokazywali ją bez ogródek, choć nie używali w tym celu prymitywnej łopatologii – byli na to zbyt wielkimi artystami.

A że były to z grubsza te same postawy i normy, że była to taka sama wrażliwość jak ta, którą kształtował we mnie swoim przykładem Tato? Przypadek? Chyba nie…

przyjecie(2)Wasilij Grigoriewicz Pierow, Refektarz

Ta wrażliwość od niektórych ludzi (nie idzie tu oczywiście o profesję, problem tkwi głębiej) każe się trzymać z daleka…

pracekolejowe(7)Konstantin Apołłonowicz Sawicki, Prace remontowe na kolei żelaznej
…a stawać zawsze po stronie innych.
(Tak na marginesie: gdybyż Sawicki, albo inny Pieredwiżnik mógł przewidzieć budowę Biełmorkanału!)

Wrażliwość moralna swoją drogą, zaś artystyczna swoją. Najlepiej, jeżeli sobie towarzyszą. U kogoś, komu książkę o Pieredwiżnikach podsunął taki człowiek, jak mój Tato, tak być musi. Po prostu. Dlatego nie dziwi fakt, że teraz, jako duży chłopiec, godzinami mógłbym się wpatrywać w inny obraz, choć pozornie nic się na nim nie dzieje.

samowar(5)Wasilij Nikołajewicz Bakszejew, Proza życia

Nic się nie dzieje… Dobre sobie! Tylko, że takie NIC trzeba umieć dostrzec. Aż się prosi o postawienie hipotezy, że Bakszejew namalował go po lekturze Czechowa. Ale to chyba nieprawda: Iwanow już co prawda istniał, lecz Czajka, Wiśniowy sad i Trzy siostry powstaną dopiero za kilka lat.

facet-z-kijem(3)pionWrażliwość artystyczna… Mówią, że Pieredwiżniki byli realistami, naturalistami – to prawda, choć nie do końca. Na światło wrażliwość mieli nie mniejszą od impresjonistów. Tylko, że to rosyjskie światło ponad sto lat temu, to coś zupełnie innego niż w kraju Gallów.

Mykoła (Nikołaj) Ołeksandrowicz Jaroszenko, Palacz

Oto Georges de la Tour, któremu przyszło tworzyć gdzieś nad Wołgą (a może i w Donbasie).

Mało było tego światła. A na dodatek widok tego, co oświetlało, też nie napawał nadzieją. Ale światło to zawsze światło! Nawet, gdy wpada tylko przez jedno, małe okienko.

w-celi(4)-pionpranie(6)pion

X

X

X

X

X

X

X

X

Mykoła Ołeksandrowicz Jaroszenko                         Abram Jefimowicz Archipow
Więzień                                                                                                                                  Praczki

Zdarzyło się kiedyś, że Ten, którego pamięć przywołuję tutaj już trzeci tydzień, jechał pociągiem z wizytą do dziewczyny (kilka lat później to właśnie ona zostanie moją Mamą). W metafizycznym momencie, gdy noc jeszcze nie odeszła, a dzień jeszcze nie powstał, gdy światło i mrok walczą ze sobą, rozmywając kształty i kolory świata, wyjrzał przez okno. Co zobaczył, namalował.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy w takich okolicznościach ja mógłbym na światło pozostać niewrażliwy? Talentu malarskiego po Nim nie odziedziczyłem, ale na szczęście to nie jedyny sposób ekspresji wrażliwości.

autor-z-tata(7)-pion …gdzieżeś jest, jeśliś jest…

 I tyle. Już.

W górę rzeki (14)

Zbigniew Milewicz

Nasz plac na wasz plac

Spod rodzinnego klosza na Wesołej co rano wychodziłem do ochronki przy ul. Omańkowskiej, później do szkoły, która była parę metrów bliżej. Z przedszkola zapamiętałem tylko kolorowe obrazki owoców, umocowane przy wieszakach w szatni, i pogrzeb kierownika. Ze szkoły trochę więcej, ale te epizody nie były w żaden sposób ze sobą powiązane.

Naszą pierwszą wychowawczynią była emocjonalna pani Weronika Szymczyk. Kiedy za różne wykroczenia dostawaliśmy po łapach linijką albo piórnikiem, z oburzenia trzęsły się jej płowosiwa grzywka i kok, przywiędłe, pąsowe policzki i ręka, wymierzająca razy. Ty podły chłopcze, ty niedobra dziewczyno – wołała dramatycznym głosem. Udobruchać ją mogły tylko czyste zeszyty, poprawnie napisane wypracowanie z języka polskiego, ładnie wyrecytowany wiersz, najlepiej Marii Konopnickiej, albo bukiet skromnych kwiatów, nazbieranych w parku przez uczniów. Miała swoich klasowych ulubieńców, długo był nim Leszek Kochel, nasz wieczny prymus, póki czymś jej nie podpadł. Wtedy inni dostąpili zaszczytu chodzenia w czasie lekcji do mleczarni po pół litry mleka i do piekarni po rogaliki, które koniecznie musiały być dobrze wypieczone. Przez pewien czas także ja byłem ulubieńcem naszej pani. Moja mama pracowała w branży handlowej, co w latach reglamentacji rynkowej było na wagę złota. Zanosiłem więc wychowawczyni do domu a to kawałek cielęciny, a to parówki i później inni siedzieli w klasie, a ja wywijałem na ulicy młynka bańką z mlekiem i nawet kropli z niego nie uroniłem. Kiedy nasza pani przeszła na emeryturę, zastąpiła ją spokojna pani Wszołek z burzą ciemnych, kręconych włosów. Myślę, że była dobrym nauczycielem, bo dostawałem u niej lepsze stopnie, niż u starej wychowawczyni.

W piątej klasie do szkolnych przedmiotów doszedł nam rosyjski i od razu ten język polubiłem. Myślę, że było to głównie zasługą pani Żurkowej, która umiała uczniów zainteresować nowym przedmiotem. Do dziś pamiętam piękną, kolorową bajkę o koniku Sadko, którą wyświetlano nam w klasie, zdaje się na prześcieradle, rozpiętym na tablicy i melodyjne piosenki, płynące z płyt gramofonowych. Kiedy w 1957 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie szykowano się do pamiętnego meczu Polska – ZSRR, byłem prawdopodobnie jedynym człowiekiem w tym mieście, który wycinał z gazety zdjęcia przeciwników polskiej drużyny i wieszał je na ścianie w swoim pokoju. Obok wisiały już wcześniej wycięte z jakiegoś postępowego czasopisma zdjęcia katiusz i tankistów wkraczających do Berlina i tak się dzisiaj zastanawiam, skąd się to moje młodociane rusofilstwo brało. W szkole robiono nam programowo ideologiczne pranie mózgu, na pewno byłem jego ofiarą, ale myślę, że niechcący przyczynili się do tego także moi dziadkowie. Mój ojciec nie miał u nich dobrych notowań, co dziś jest dla mnie zrozumiałe, ale wtedy nie było. Krótko mówili o nim rus ( oczywiście wtedy, kiedy byli przekonani, że ich nie podsłuchuję, a ja lubiłem to robić ). Ten wielki nieobecny jeszcze bardziej więc u mnie zyskiwał, gdyż należał do narodu, który wedle pani Żurkowej także był wielki, a ja jej wierzyłem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że faktycznie mój ociec, jako zdecydowany germanofil, nienawidził wszystkiego co rosyjskie.

Mnie natomiast zdecydowanie drażnił niemiecki, którym posługiwali się w domu dorośli, kiedy chcieli coś przede mną ukryć. Czułem się wtedy jak dupek żołędny ( karta w śląskim skacie o niskiej wartości i jednocześnie określenie ludzkiej miernoty ) a kiedy marudziłem z tego powodu, mówili mi nieodmiennie, że muszę się uczyć niemieckiego, wtedy wszystko zrozumiem, ale oczywiście nie chciałem. Przy pomocy rosyjskiego mogłem im więc udowodnić, że też jestem mądry i kiedy z wysiłkiem kaligrafowałem w zeszycie pierwsze bukwy, diabeł mi podszeptywał, że teraz dziadek z babcią niczego nie kapują. Mama pomagała mi je malować, nie znała zupełnie rosyjskiego, ale miała zdolności graficzne i dobre chęci, więc się przy niej nauczyłem. Z polskiego nie trzeba mi było w domu pomagać, ale już w rachunkach tak. Nie przepadałem za wu-ef-em, bo przeważnie graliśmy na szkolnym podwórku w piłkę, a mnie to nie szło zupełnie. Dopiero kiedy cysorz, nasz wuefista zorganizował w sąsiednim parku skoki wzwyż i w dal, nabrałem ochoty na sport.

Na szkolnym podwórku odbywały się też różne, patriotyczne apele, w czasie których śpiewaliśmy ładne pieśni, a na przerwach goniliśmy się, albo tłukli między sobą. To znaczy ja osobiście robiłem to rzadko, chyba, że ktoś mocno mi się naraził. Zapamiętałem dwie poważniejsze bójki z dzieciństwa, z moim udziałem. Na rudego Gatysa rzuciłem się w klasie, kiedy brzydko nazwał moją mamę, myślałem, że go wtedy zabiję i nauczycielka z kolegami musieli nas rozdzielać. Biedny dziadek, miał później dużo pracy z reperowaniem uszkodzonych krzeseł. Z drugiej bójki nie pamiętam przeciwnika, wiem tylko, że był niższy ode mnie, ale bardzo dokuczliwy. Przy każdej okazji dostawałem od niego kuksańce, nawet w kościele na roratach, aż miarka się przebrała, wyłamałem deskę z płotu sąsiadów i oberwał nią po głowie. Z rozmysłem nie umiałem się bić, technikę walk podwórkowych przybliżyła mi dopiero ciocia Irka, przed którą chłopaki z osiedla Ruch miały respekt. Kiedyś jednemu z moich prześladowców spuściła takie lanie, że już więcej mnie nie zaczepiał. Dokuczano mi za to, że wolałem w domu czytać książki, niż brać udział w osiedlowych potyczkach nasz plac na wasz plac ( część willowa osiedla, w której mieszkałem, sąsiadowała z robotniczymi blokami, mniej zamożnym rewirem, więc dochodziło między nami do typowej walki klas ), że stroniłem od gry w nogę i nie należałem do żadnej paczki, że nie mówiłem gwarą. Żeby synkowi kiedyś było lepiej, mówiono ze mną w domu czysto po polsku, a przynajmniej starano się o to.

Nie byłem jednak odludkiem, miałem kolegów i przyjaciół, zwłaszcza na Lutku Czarneckim mogłem polegać jak na Zawiszy. Bity Ślązak, pochodził z rodziny o pięknych, powstańczych tradycjach. Leszek Bulanda, sympatyczny blagier i prześmiewca, mieszkał na ukos ode mnie, jego rodzice byli repatriantami z Kresów. Starszy o kilka lat Mariusz Brachaczek, mądry i życzliwy, pewnego dnia zaciągnął mnie na stadion AKS, gdzie zacząłem pchać kulą. Piegowata Stefcia Szatanek, przez jakiś czas smaliłem do niej cholewki. Heniek Sawaloch, ze swym największym rodzinnym skarbem, mauzerem, który miał po ojcu. Heniek Ey, podobnie, jak ja, chował się bez ojca i miał bardzo miła mamę. Jego imienia niestety nie jestem pewien, a potrafiliśmy godzinami rozmawiać ze sobą, chociażby o naszych planach na przyszłość. Heniek, podobnie jak ja, chciał zostać marynarzem, więc śniliśmy na jawie, że pływamy po największych morzach świata, zwiedzamy egzotyczne porty i przeżywamy różne przygody, także z udziałem pięknych dziewczyn, bo to już był ten wiek.

Pierwsza dziewczyna, która rzeczywiście mi się spodobała na fest, miała długie, jasne włosy i na imię Sylwia. Mieszkała niedaleko skrzyżowania ulicy Hajduckiej z Kordeckiego, którędy regularnie przebiegała moja droga z domu na lekcje religii, przy kościele św. Jadwigi i do szkoły muzycznej, gdzie uczyłem się grać na pianinie. W rejonie tym mieszkała niestety prawdziwa rasa, po zapadnięciu zmroku na ulice wylegały grupy młodocianych barbarzyńców i polowały na dzieci z innych osiedli. Łupiły ich z drobniaków, a jak delikwent nie miał niczego wartościowego przy sobie i nie umiał się bić, to dostawał po pysku. Oczywiście mogłem bezpiecznie chodzić inną, dłuższą drogą, ulicą Dąbrowskiego, ale czego się nie robi dla dziewczyny, z którą właściwie tylko raz udało mi się zamienić parę słów. Udawałem, że się tych dzikusów nie boję i najwyżej dochodziło między nami do niegroźnej szarpaniny. Tylko raz najbardziej agresywny z nich, najmłodszy z braci Wodniczaków, rzucił we mnie granitową kostką z bruku, ale zdążyłem się uchylić. Wtedy zawarłem sztamę z jego starszym bratem, który odsiadywał chyba szóstą klasę, a po szkole handlował pod „Polonią“ biletami do kina i młodszy dał mi spokój.

Kolega Ochudło, zwany w klasie z racji wychudzonej sylwetki kościstym pakrem, pokątnie handlował w szkole szplitrami , pysznymi ciastkami, które piekła jego mama. Mówił, że to jest jego drugie śniadanie, ale chyba je też podkradał mamie, bo czasem miał ich dużo. Kosztowały dziesięć albo dwadzieścia groszy od sztuki, wszyscy w klasie zajadaliśmy się nimi, a on za to kupował sporty w dziesiątkach i palił je chciwie za krzakami w parku. Zęby miał od tego czarne jak smoła, z dziurą z przodu i kaszlał, jak stary gruźlik.

Twarze innych kolegów z podstawówki rozmywają mi się w pamięci, tylko ślepo Ana jest jeszcze wyraźna. Na którejś lekcji biologii dziewczyna odkryła, że przy pomocy ołówka wsadzonego w środek gumki – myszki można sobie sprawić prawdziwą przyjemność, co wzbudziło zrozumiałe ożywienie u klasowego koleżeństwa. U nauczycielki zarobiła jednak ostrą naganę i mama dziewczyny musiała później świecić w szkole oczami.

Zachodzę w głowę, kiedy i na jak długo wyjechaliśmy z mamą do Przygłowa. Związała się ze Stefanem, moim przyszłym ojczymem i konserwatywna babcia, która nie mogła strawić już rozwodu mamy, pokazała jej drzwi. Pamiętam awanturę na Wesołej, dziadka bezskutecznie próbującego pogodzić kobiety, wielki kufer stojący pod domem. Później jakiś pociąg jadący w noc, przystanek kolejowy i ławkę, na której siedzimy w milczeniu, mama, dziadek i ja. W ciepłym mroku widzę robaczki świętojańskie, grają świerszcze. Jakiś wiejski dom, kobieta w kolorowej zapasce, z dzieckiem na ręku, piec, na którym stoją dwa garnki, w jednym ziemniaki, w drugim kapusta, na stole chleb. Mama nie wie, co dać mi na obiad, wczoraj – mówi – też były ziemniaki i kapusta. Nie martw się – pocieszam ją – dzisiaj zjem je na chlebie. Do dziś pamiętam smak tego dania. Ja na łące, opodal jakieś dzieci, recytują pod moim adresem: bocian kle kle, twoja matka w piekle, ojciec siedzi za granicą, pije wódkę nogawicą. Wstydzę się.

Później rzeczka, na brzegu zacumowana łódka, wchodzę do niej, chcę się pokołysać. Wtedy nadbiega z drągiem jakiś mężczyzna, chce mnie nim uderzyć, strasznie wyzywa mnie od złodziei, uciekam, on mnie goni. Upał, jestem w samych majtkach, jedynym ratunkiem dla mnie jest ucieczka w pole wysokich pokrzyw, co rosną obok ścieżki. Muszę je przebiec w poprzek, żeby dotrzeć do domu. Całe ciało mam w bąblach, piecze, mama czymś mnie smaruje. Stefana w tym domu nie pamiętam, a wiózł mnie na rowerze z Przygłowa do pobliskiego Piotrkowa Trybunalskiego. Mocno bolał mnie ząb i jechaliśmy do dentysty, żeby go wyrwać.

Stefan był inżynierem konstrukcji stalowych i coś budował w okolicach Piotrkowa. Później dostał nakaz pracy i wyjazdu do Nowej Huty, więc my z mamą pociągnęliśmy za nim. Mieszkaliśmy w hotelu robotniczym, w wieloosobowym pokoju, łóżka były piętrowe, ja oczywiście spałem na górze, po ścianach chodziły pluskwy. Na korytarzu stał ogromny kocioł z gorącą kawą zbożową i mogłem jej tyle wypić, ile chciałem. Jajecznicę jadłem wprost z patelni, razem z jakimiś wesołymi robotnikami, tyle zapamiętałem z tamtego okresu, a więc nawet nie wiem, czy chodziłem w Przygłowie i Nowej Hucie do szkoły.

Kiedy mama wyszła za mąż za Stefana, zamieszkała z nim w Chorzowie, przy głównej ulicy Wolności, pod osiemnastką. Także ja się tam ulokowałem, ale nie od razu i jakby nie do końca, bo długo na przykład spałem w domu dziadków na Wesołej, a po lekcjach maszerowałem na Wolności. Tak przyzwyczajałem się pomału do egzystowania w dwóch domach, co uprawiam całe życie.

Pieredwiżniki II

Tomasz Fetzki

Wędrujmy dalej po kartach starej księgi. Jeżeli będziemy uważni, odkryje ona przed nami jeszcze niejedną tajemnicę.

Tydzień temu wspominałem o wrażliwości malarzy z kręgu Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych na biedę i jej skutki. Ten temat pojawiał się w ich pracach bardzo często, a widzieli go ostro i bez złudzeń. Chłopstwo, depozytariusz, jak chciał Dostojewski, największych wartości moralnych Świętej Rusi? Nic z tych rzeczy! Ci biedni i rzeczywiście uciemiężeni ludzie byli w swej biedzie i w swym człowieczeństwie, chciałoby się rzec, arcyludzcy. Za pierzynę czy strzęp odzieży mogliby się chyba pozabijać… a już znienawidzić na lata – z pewnością!

Wasilij Maksimowicz Maksimow, Podział spadku

Zresztą, tak było właściwie w każdym przypadku. Chłopi, arystokraci czy artyści, wielka historia czy miałka codzienność: we wszystkich tych pretekstach tematycznych Pieredwiżniki widzieli przede wszystkim człowieka. Tylko człowiek jest ciekawy. Popatrzmy i my. Na jeszcze jednego cara i jeszcze jednego carskiego syna.

Mówią poniektórzy, że współcześni lekarze są w stanie precyzyjnie rozpoznać, na jakie choroby (zwłaszcza weneryczne) cierpieli krakowianie, pozujący Mistrzowi Veitowi Stoßowi, rzeźbiącemu Ołtarz Mariacki. Mistrz Riepin także nie pozostawia wątpliwości co do przyczyn, jakie zabiją jego modela cztery dni po ukończeniu tego obrazu… Bo Mistrz to Mistrz.

Ilia Jefimowicz Riepin, Portret kompozytora Mussorgskiego
Niestety, nie pierwszy to i nie ostatni artysta, który nadwrażliwość duszy odartej ze skorupy cynizmu leczył alkoholem.

O Modeście Mussorgskim wiem to i owo. Ale Pelagia Strepetowa? Nic mi to nazwisko nie mówi. Nie znam tej postaci w ogóle. Za to pewien malarz rodem z ukraińskiej Połtawy poznał tajniki jej duszy, jak się wydaje, bardzo dokładnie. Wręcz niebezpiecznie blisko.

Taka intymność w pewnym momencie zaczyna trochę ciążyć. Ostatecznie – ile można patrzeć z bliska na emocje, namiętności, cierpienie? Wyjdźmy na czyste powietrze, pospacerujmy wśród łanów zboża, powdychajmy aromat igliwia… Przyroda, pejzaż – to dla Pieredwiżnika nic obcego, zwłaszcza, jak się jest Szyszkinem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Iwanowicz Szyszkin, Żyto
Ale dla mnie w tym obrazie najważniejsze są jednak sosny.

A w taki sposób sosny zobaczył i namalował Ten, któremu zawdzięczam zażyłość z Pieredwiżnikami. Ten, któremu tak naprawdę poświęcony jest tekst niniejszy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASosny widziane i zinterpretowane przez mojego Tatę.

 Za tydzień wspomnień serdecznych odcinek trzeci i ostatni.  

Pani doktor

Następny wpis o Karusi, tym razem napisany przez Mirkę

Mirka

Karusia-z-kotemPrzed wojną Karusia, jako pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, jeździła z grupą studentów w okolice jeziora Wigry w okresie wakacyjnym. Był to ciekawy teren pojezierza, ciekawy z punktu widzenia biologów, badających torfowiska i florę je porastającą.

Mieszkali zawsze w kilku chatach na wsi koło badanych terenów. Nie wiem, jak liczna była grupa studentów, ale sądzę, że od kilku do kilkunastu osób. Studenci zwracali się do Karusi “pani doktor”, bo taki miała wtedy tytuł naukowy.

Karusia przed wojną (z kotką Gryzeldą?)

Pewnego dnia po powrocie z torfowiska Karusia sortowała przyniesione materiały do badań, gdy do pokoju zapukała gospodyni i oznajmiła, że na podwórku ktoś na Karusię czeka.

Wyszła z chaty i zobaczyła chłopkę z małym dzieckiem na ręku.Karusia-w-mundurze
– Pani do mnie?
– Tak, pani doktor, dziecko mi choruje.
– Ale ja nie jestem lekarzem.
– Jakże nie, a mówią do pani doktor!
– Jestem doktor, ale nie lekarz.
– Ale dziecko mi choruje, pani je zbada, bardzo proszę, zapłacę.
– Zbadam, ale płacić nie trzeba.

Karusia zabrała do chaty matkę i dziecko, które miało niewysoka gorączkę, kasłało i miało katar. Obejrzała je dokładnie, nie miało żadnej wysypki, przyłożyła ucho do plecków, nic nie usłyszała podejrzanego, kazała więc matce iść do miejscowej zielarkixxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxKarusia przed wojną w mundurze harcerskim
i na kartce napisała, jakie trzeba dać dziecku zioła, bo na ziołach to się Karusia doskonale znała, a i z medycyna była otrzaskana, bo czasami Dziadek prosił ją o pomoc, kiedy przyjmował pacjentów w swoim gabinecie w domu, często też omawiał z nią ciekawsze przypadki.

KotzeSrodborowaMatka z wdzięczności pocałowała Karusię w rękę i poszła do domu, chwaląc głośno Boga i Panią Doktor.

Kuracja zapisana przez Karusie musiała dać dobre efekty, bo prawie co dzień wracając do chaty Karusia zastawała na podwórzu po kilka matek z dziećmi. Wszystko to były proste przypadki, które bardziej obyta i mądrzejsza matka sama mogła wyleczyć, sama też wiedziałaby, jakie podać zioła. Skoro jednak we wsi pojawiła się pani doktor, to należało jej pokazać dziecko i skorzystać ze światłej porady.

Szpital był daleko, a lekarz nigdy do wsi nie zaglądał.xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxKotka (Gryzelda?)

Zdjęcia ze zbiorów Autorki (te zachowane w starej cegielni).
Jeśli jest to rzeczywiście kotka Gryzelda, to miała to imię, dlatego że gryzła po nogach :-).
O Karusi jako harcerce jeszcze będę tu pisała.

Reblog: Pani od polskiego

Była również moją panią od polskiego. Jakieś 40 lat po maturze przyjechałam do Gdańska na konferencję. Zobaczyłam ją wśród widzów. Gdy tylko zaczęła się przerwa, wstałam, żeby podejść do niej, przedstawić się i przywitać. Zobaczyła mnie z daleka i zawołała: O, Ewa!

Była wspaniałą nauczycielką. Już to TU na blogu napisałam. Uczyła nas w “Jedynce” czyli I Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku. To takie liceum położone między gotyckim kościołem świętego Bartłomieja, neogotycką biblioteką Polskiej Akademii Nauk i bramą Stoczni Gdańskiej (im. Lenina). Trudno o lepsze koordynaty mojego życia.

Na fali. Blog Włodzimierza Machnikowskiego

Wspomnienie o Pani od polskiego z “Jedynki” (wt, 14 października 2014)

Śmierć Haliny Mierzwińskiej przywołała w mojej pamięci obrazek z Donaldem Tuskiem. Był rok 1995. Z Darkiem Podbereskim, czyli radiowym Łosiem, zaszliśmy do I LO, gdzie uroczyście świętowano 50-lecie powstania szkoły. Wychodząc natknęliśmy się na rozpędzonego przyszłego premiera RP, wówczas pracującego nad cyklem albumów “Był sobie Gdańsk”. “Jest Mierzwina?” – rzucił i popędził dalej na spotkanie ze swoją i naszą polonistką.

Niech się nie obrazi profesor Józef Bachórz, u którego pisałem pracę magisterską o Rosjanach w dziełach romantycznych wieszczów. Niech się nie gniewa profesor Małgorzata Czermińska, która próbowała natchnąć mnie poetyką i Stefan Chwin, który budził nasze sumienia krzykiem: “ludzie, dlaczego nie czytacie?” Niech nie boczą się inni wybitni nauczyciele, których miałem szczęście spotkać na swej drodze. Niektórzy żyją już tylko we wspomnieniach – jak Jan Drzeżdżon, który w ramach fakultetu z folklorystyki woził nas po swoich Kaszubach od Wąglikowic po Swarzewo, snując opowieści w języku ojców.

Najważniejszym nauczycielem w kilkunastoletniej edukacji była dla mnie i pewnie dla większości nas, którzy wyszliśmy spod jej ręki, Halina Mierzwińska.

Już pierwszy kontakt był wstrząsający i motywujący. Tytuł zeszytu do języka polskiego brzmiał ” Rękopis człowieka myślącego…” Naprawdę głupio było się nie uczyć. Do tego stresujące wezwania do odpowiedzi na fotel stojący na podeście przed całą klasą. Kółko filmowe, które sprawiało, że w poniedziałkowy wieczór drugi raz przychodziliśmy do szkoły. Przeglądy filmów Zanussiego i kino radzieckie z lat 20-tych – tematy, o których nie mielibyśmy pojęcia i seanse, na które nigdy byśmy nie trafili. To wszystko ze Stocznią w tle w gorącym czasie sierpnia 80 i z wielkimi oknami biblioteki PAN, które zdarzało nam się wybijać w czasie gry w piłkę. Za karę po latach już jako studenci spędzaliśmy w czytelni długie godziny, by spełnić uniwersyteckie wymogi.

“Halina” czy “Mierzwina” , jak zwykliśmy o niej mówić zaraziła nas słowem, poezją, filmem i ciekawością świata. Była osobą charyzmatyczną i budzącą respekt. Budowała relację mistrz – uczeń, której w tej chwili w polskiej szkole próżno szukać. Bez niej Magda Brząkała nie zostałaby słynnym psychologiem, Zbychu Kaźmierczyk doktorem na UG, Andrzej Gierczak księdzem, ja dziennikarzem, a być może także Donald Tusk – premierem.

Jedyne co możemy w ramach zobowiązania do pamięci o Niej, to bronić wrażliwości, którą nas zaraziła. Bronić przed jałowością treści panoszących się wokół i przed tymi, którzy o byle czymś, mówią, że to ważne.

Halinę Mierzwińską pożegnaliśmy w piątek 17 października 2014 roku na Cmentarzu Witomińskim. Tego samego dnia rano w Jej “Brygidzie” odbyła się msza żałobna.

***
Ewa Maria Slaska

Wszystko, co ten szczeniak (chodził do szkoły w latach 80!), Włodzimierz Machnikowski, tu napisał jest szczerą prawdą. Nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy, gdyby nie Mierzwińska.

Przeglądam mój zeszyt do polskiego z drugiej klasy Liceum. Jedyny. Inne się nie zachowały. Jak ja ładnie i porządnie pisałam. Wypracowanie o znaczeniu języka w życiu człowieka. O architekturze gotyckiej na podstawie prelekcji w Muzeum Narodowym (była tam z nami!). O świecie pojęć człowieka średniowiecznego. Refleksyjny opis najpiękniejszego zabytku gotyckiego w Gdańsku (opisałam kościół św. Trójcy). Proces narodzin pisarza na podstawie Martina Edena.

(…) Lata wytężonej pracy, barwny, realistyczny, nieznany w dotychczasowej literaturze obraz świata, bogactwo stylu – wszystko to zapewniało książkom Martina Edena zasłużony sukces. Za sukcesem przyszła sława, pieniądze, popularność, mogła przyjść miłość i szczęście. Dlaczego odebrał sobie życie w chwili tryumfu? Co symbolizuje ten jedyny nie autobiograficzny moment książki? Sądzę, że jest to przede wszystkim wyraz pogardy dla otaczającego świata. Póki walczył, wyrażał tę pogardę po prostu samym faktem tworzenia. Uznany, ceniony, rozchwytywany, uwielbiany znalazł już tylko jedno, ostatnie wyjście, jedną ostatnią odpowiedź i odszedł na zawsze.

Pamiętam, pokłóciłam się z całą klasą o samobójstwo Martina. Wnioski klasy były oczywiste. Samobójstwo to zdrada społeczeństwa, zdrada samego siebie, czyn wbrew naturze, załamanie, którego Eden nie potrafił przezwyciężyć. A ja? No a ja, że miał prawo. Był wolnym człowiekiem i miał prawo.
Mierzwińska pozwoliła mi tak myśleć i to mówić, wbrew całej klasie i, jak sądzę, wbrew sobie.

W ogóle się nie zmieniłam.

Pod wypracowaniem informacja o tym, jakie tematy dostaniemy na klasówce. Przepisuję, bo się zdziwiłam, że tacy byliśmy inteligentni… Pierwszy temat jest normalny, ale drugi!

1/ Krytyczna ocena Ruth i jej środowiska (ta Ruth była ukochaną Martina Edena – dopisek dzisiejszy dla tych, którzy może nie pamiętają)

2/ Konflikt jednostki ze społeczeństwem na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń.

!

***

Z rejestru grobów na cmentarzu witomińskim:

śp. HALINA MIERZWIŃSKA

ur. 1930-08-25
zm. 2014-10-12

sektor I, rząd 16, grób 19.