Stuart 5

Joanna Trümner

Lawina

It’s like an avalanche, I feel myself go under
And the weight of it’s like hands around my neck
I never stood a chance
My heart has frozen over
And I feel like I am treading on thin ice

To jest jak lawina, czuję jak w niej tonę
A jej ciężar jest jak zaciskające się wokół mojej szyi ręce
Nigdy nie miałem szansy
moje serce powoli zamarzło
I czuję się, jakbym chodził po cienkim lodzie

Leonhard Cohen Avalanche/Lawina

Powroty

Lawina, która spadła na matkę, niespodziewana i przynosząca ze sobą wiele znaków zapytania choroba ciążyła na całej rodzinie. Sprawa jej powrotu do zdrowia stała się priorytetem dla wszystkich. Bezradny ojciec z pewną ulgą pozwolił jej starszemu bratu – Stuartowi-seniorowi, którego wizyty do tej pory ledwie tolerował, na przejęcie głównej roli w procesie rekonwalescencji. To brat woził ją co miesiąc do psychiatry w sąsiednim miasteczku i rozmawiał z nim na temat dozowania lakarstw z nadzieją, że niedługo będzie można je zredukować. Starał się odwiedzać ją co tydzień i nigdy nie dopuszczał do dłuższych przerw. W te dni matka ożywiała się już od samego rana, spędzała dużo czasu przed lustrem, przymierzała najlepsze sukienki, nakładała delikatny makijaż – patrząc na to z boku można by pomyśleć, że czeka na narzeczonego. Spędzali wiele godzin na rozmowach. O czym matka opowiadała podczas tych rozmów przy zamkniętych drzwiach sypialni? O tryskającym radością i beztroską młodym chłopcu, z którym miała zwiedzić wspólnie cały świat, a który z biegiem lat zmienił się w wiecznie niezadowolonego i zmęczonego gbura? O dzieciach, dla których nie miała czasu, o czytanych im na dobranoc bajkach, przy których zasypiała ze zmęczenia? O poznanym przed kilkoma laty w pociągu do Londynu pisarzu, z którym spotkała się kilkaktrotnie i z którym prowadziłaby, być może, lepsze, ciekawsze, szczęśliwsze życie? A może spędzali te godziny na wspominaniu szczęśliwego dzieciństwa – historii małego Stuarta i Mary, wychowanych w domu pełnym radości i ciepła, przekonanych, że życie składa się z samych szczęśliwych chwil i że nigdy nie spadnie na nich żadne nieszczęście?

Te wielogodzinne rozmowy, które na zawsze pozostaną ich tajemnicą, były ważnym krokiem w kierunku powrotu matki do życia i przebudzania się z wielomiesięcznej apatii – przygniatająca ją lawina zaczęła powoli topnieć. Już nie spędzała całego czasu samotnie w sypialni, coraz częściej i dłużej przebywała w kuchni lub salonie. Czasem niespodziewanie wchodziła do pokoju syna, żeby posłuchać muzyki, co ją przenosiło w świat innych ludzi. Tylko do pubu za nic nie chciała wracać, było to już całkowicie królestwo ojca.

Na 60 urodziny, na początku listopada, Stuart-senior opłacił jej wizyty domowe Meg Millner, psycholożki. Była nowa i młoda, niewiele starsza od Stuarta, i praktykowała w Walton zaledwie od kilku lat. Otwierający jej drzwi ojciec zastanawiał się zapewne, kto tu komu będzie pomagał? Jak ta pozbawiona jakiegokolwiek doświadczenia życiowego dziewczyna może rościć sobie prawo do kierowania czyimś życiem?

Sama Meg też obawiała się, że nie uda jej się dotrzeć do pacjentki, która mogłaby być jej matką. Ta filigranowa, wyglądająca prawie jak dziewczynka kobieta miała jednak nie tylko świetnie ukończone studia, ale i doskonałą intuicję, szybko udało jej się nawiązać kontakt z matką. Teraz i z nią matka prowadziła coraz dłuższe rozmowy przy zamkniętych drzwiach sypialni. A kiedy po raz pierwszy od miesięcy obie wybrały się na długi spacer brzegiem morza, zarówno ojciec jak i pozostali członkowie rodziny stwierdzili, że warto było dać jej szansę.

Co dwa tygodnie z inicjatywy młodej psycholożki odbywały się konferencje rodzinne, podczas których wspólnie zastanawiali się, jak można byłoby przyspieszyć proces rekonwalescencji. Jednym z pomysłów Meg było pomalowanie i przemeblowanie mieszkania, co miało stworzyć symbol nowego początku w starym miejscu. Meg mówiła im, że każdy człowiek nosi plecak upokorzeń, zawodów i smutku, które czasami stają się zbyt ciężkie i że każdy ma prawo zatrzymać się, usiąść, zastanowić i w wybranym przez siebie momencie iść dalej. Prosiła rodzinę o cierpliwość, uprzedzając równocześnie, że proces powrotu do życia będzie długi i pełen przeszkód i nawrotów choroby, a matka przez co najmniej kilkanaście miesięcy nie może zrezygnować z psychofarmaków. Teorie Meg o ludzkiej psychice były tak proste i oczywiste, a równocześnie tak pełne mądrości i optymizmu, że Stuart coraz częściej przyznawał się przed sobą, jak bardzo Meg zaczęła go fascynować i jak bardzo czeka na te rozmowy. I nagle odezwał się w nim strach, który paraliżował go tak mocno, że zaczął unikać patrzenia w jej oczy i ograniczał spotkania do minimum, unikając panicznie sytuacji, w których znaleźli by się sam na sam.

W kilka dni przed Bożym Narodzeniem ojciec przyszedł do pokoju Stuarta. Miał tak zagubiony i bezradny wyraz twarzy, że Stuart szybko zrozumiał, że teraz on musi przejąć rolę tego starszego – wysłuchać, doradzić, dodać otuchy i ochoty do życia. Łamiącym się głosem ojciec opowiedział mu o strachu przed tym, co go czeka z matką, o pracy, do której powoli brakuje mu sił, o krążących po miasteczku plotek o ich rodzinie i wiecznych pytań o zdrowie matki, o świecie, który zobaczył w czasach, kiedy pływał na statku i tęsknocie za nim. A gdy w powietrzu zawisł niewypowiedziany przez ojca zarzut „gdyby was nie było” – Stuart wiedział, że szukanie winnego jest tylko wyrazem jego bezradności i zmęczenia.

Zaczęli się wspólnie zastanawiać nad zmianami w pracy pubu – Stuart namówił ojca, żeby zatrudnił pracownika na sezon letni, a jesienią i zimą otwierał pub dopiero po południu. Poprosił też ojca o pokazanie mu ksiąg, zresztą skrupulatnie prowadzonych, i po kilku wieczorach ślęczenia nad słupkami cyfr zaproponował wprowadzenie kilku oszczędności. Napisał też listy do dostawców z pytaniem o rabat przy zakupie towaru. Pomysłem Stuarta było też zamknięcie pubu na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Wbrew oczekiwaniom pierwsze rodzinne święta po chorobie matki były wesołymi dniami, spędzonymi na wysypianiu się i objadaniu się przygotowanymi wspólnie przez Kate, Stuarta i Eve posiłkami, i wspólnymi spacerami nad morzem, na które udało się wyciągnąć również matkę.

Na Sylwestra Stuart zdecydydował się po raz pierwszy od skończenia studiów odwiedzić Londyn. W momencie, gdy wysiadał na Victoria Station, wiedział, że popełnił wielki błąd. W tym mieście każde miejsce przypominało mu Ann i miłość, do której nie było już powrotu. Ból, uśpiony do tej pory problemami codzienności, obudzony pobytem w ich wspólnym mieście, odezwał się tak mocno, że wydawało się, iż rozerwie mu serce.

Nie cieszył się rozpoznawaniem znanych miejsc, przez trzy dni pobytu w Londynie krążyły mu po głowie powracające jak bumerang myśli: Co ona teraz robi? Czy kogoś ma? Czy jeszcze czasami o mnie myśli? Sylwester spędzony w towarzystwie Stuarta-seniora i Briana był jednym z najsmutniejszych wieczorów w jego życiu. Nie odwiedził też kiosku Rasheeda, to miejsce za bardzo przypominało mu beztroskie i szczęśliwe czasy z Ann. A w drodze powrotnej do Walton, walcząc z myślami o Ann, złożył sobie obietnicę, że nigdy już nie dopuści żadnej kobiety tak blisko do siebie, nigdy nie pozwoli się nikomu tak zranić.

Pierwsze kroki Iana

Tymczasem na drugiej półkuli Ian doznał pierwszego rozczarowania w życiu – ten ujmujący wszystkich swoim urokiem, przystojny młody mężczyzna o bujnej, poskręcanej czuprynie i rozbrajającym uśmiechu po raz pierwszy został przez kogoś odrzucony i skrytykowany.

Przyjaciel ojca z czasów wspólnych studiów medycyny w Cardiff – Mat, a właściwie Matthew, latami koncentrował całą swoją energię na nauce i w wieku 35 lat stał się jednym z najlepszych neurochirurgów na świecie. I chociaż uczelnie medyczne i szpitale na całym świecie dobijały się do jego drzwi, on zdecydował się na pracę w mało znanym szpitalu w Sydney. Był tak zajęty wspinaniem się po coraz to wyższych szczeblach kariery, osiąganiem perfekcji w wykonywaniu prekursorskich, opisywanych przez prasę fachową z całego świata, operacji, że nie zauważył, jak z latami zmienia się w pozbawionego kontaktów z otoczeniem, życia prywatnego i rodziny autystę. Ucieszył się z prośby, która dotarła do niego z Cardiff, cieszył się, że zamieszka u niego młody człowiek, czekał na życie, którym miało się wypełnić mieszkanie. Nie wyobrażał sobie jak wygląda Ian, ale już w momencie, kiedy odbierał go na lotnisku w Sydney młodego, roześmianego chłopaka, który miał w sobie wszystko to, czego brakowało Matowi – radość, pogodę i beztroskę młodości – wiedział, że nie będzie im łatwo. Osiem tygodni, które Ian spędził w eleganckim mieszkaniu na Martin Place w centrum miasta były nieudaną próbą wychowania go po raz drugi – po licznych awanturach o bałagan, wyjadanie bez pytania jedzenia z lodówki, powroty o różnych porach nocy i głośną muzykę pobyt Iana skończył się wystawieniem jego rzeczy na zewnątrz i kartką z adresem najbliższego schroniska młodzieżowego. Jeszcze po latach Mat będzie wspominał swojego gościa z antypatią, a wspólne mieszkanie pod jednym dachem zamieni się w tych opowiadaniach w koszmar.

Ian, jak zwykle, miał szczęście – schronisko młodzieżowe, w którym zamieszkał, szukało kogoś do prowadzenia księgowości i mimo że nie była to zbyt dobrze płatna i atrakcyyjna praca, uchroniła go przed upokarzającym telefonem do rodziców z prośbą o zastrzyk finansowy. Już po kilku tygodniach pobytu w Sydney poznał tam zresztą wiele osób, ponawiązywał pierwsze przyjaźnie i zaczął poznawać scenę muzyczną miasta. A kiedy po raz pierwszy zadzwonił do Stuarta w kilka dni po rozpoczęciu nowego roku, był znowu tak pełen optymizmu i planów, że nie wspomniał nawet o incydencie, jakim było mieszkanie z Matem.

Cdn

Jestem uchodźcą / Ich bin ein Flüchtling

Für deutsche Version bitte nach unten scrollen

Andrzej filet Fikus

Jestem uchodźcą. Zapomniałem o tym, bo przestało boleć, bo zapomniałem, że bolało. A bolało z różnych przyczyn. Wtedy tego nie wiedziałem, tłumaczyłem sobie, że z tęsknoty boli. Bolał brak godziwego miejsca do mieszkania. Przemieszczałem bawarskie wioski i chodziłem ulicami Passau z wykręconymi jelitami wpatrując się w okna domów i kamienic, i najzwyczajniej w życiu zazdrościłem światła w tych oknach. Nie byłem głodny z niedożywienia, byłem głodny normalności. Wypatrywałem innego świata nie wiedząc jaki i gdzie ma on być. Widziałem się w tych mieszkaniach z moją dziewczyną, widziałem jak razem siedzimy w ciepłym, przytulnym kącie. Nie myślałem o dwudziestu metrach kwadratowych, nie myślałem wówczas w ogóle o metrach kwadratowych. Marzyłem o pokoju z łóżkiem dla dwóch osób, o małej kuchni, lampie i magnetofonie. Nie wiedziałem, co mówić, jak mówić, do kogo pójść, co zrobić, aby mieć taki kąt. Z bezsilności jakieś coś wyżerało mi wnętrze. Wpatrywałem się w gwiazdy i w milczeniu jęczałem. Żebrałem wzrokiem u ludzi o pomoc. Obcy skazany na przepisy, których nie rozumie. Obcy skazany na ludzką solidarność. Obcy wystawiony na powodzenie lub niepowodzenie własnego sprytu, siły przebicia, zapartości, samodyscypliny, właściwości dostosowywania się, naginania się, kłaniania się w pas, lizustwa, szerokich i mocnych łokci. Obcy wystawiony na powodzenie i niepowodzenie w handlu swoimi ideałami. A co z innymi i obcymi, którzy tych cech nie posiadają? Wciąż mam wrażenie, jak by mi ktoś pluł w twarz lub tępym nożem rozcinał skórę na plecach, słysząc głosy: po co tu przyjechałeś? Jak się nie podoba, to wracaj, skąd przybyłeś. To nie jest twój kraj, to nie twoja kultura, religia, mentalność, język i to nie twoje światło w oknach kamienic. Te głosy kojarzą mi się z ostrzegawczym warczeniem zwierzęcia broniącego swojego terytorium. Tych głosów wciąż się obawiam, ale już się ich nie boję, ponieważ po dwudziestu kilku latach, poznając i rozumiejąc już wiele przepisów oraz wystarczająco język, mogę się bronić. Jednak martwię się o siostry i braci, którzy przybywają z różnych stron i powodów na inne terytoria i nie rozumieją tego warczenia, i się nie potrafią bronić, i się boją. Mimo, że kiedyś nie musiałem się bać, że jakiś urząd wystawi mi decyzję pozwalającą lub zabraniającą mi pozostania na tym terenie, czułem wciąż jakbym stąpał po gorącym piasku, od czasu do czasu parząc sobie stopy. Być może stąpałem boso po lodzie, gdyż często odczuwałem strach i zimno, nie tylko wyłącznie w zimie. Nie musiałem udowadniać jak wielu przedtem, wielu wtedy, wielu potem i po dziś, że mam prawdziwy i poważny powód oddychania tym samym powietrzem co ci, którzy już tu są i uzurpują sobie wyłączność na to powietrze. I zadaję sobie pytanie, czy ktokolwiek musi uzasadniać swoją wolę bycia tam, gdzie jego zdaniem powietrze mu sprzyja? Przebywania tam, gdzie uważa, że szanowanie godności i inności jest istotą bycia w zgodzie, także ze sobą samym? Życia tam, gdzie nie brakuje wody i pożywienia? Życia tam gdzie pokój i wolność? Tam gdzie nie trzeba się bać.

***

Ich bin ein Flüchtling. Das habe ich vergessen, weil es nicht mehr wehtut, weil ich vergessen habe, dass es wehtat. Weh tat es aus verschiedenen Gründen. Damals war mir das nicht klar, ich sagte mir, es sei Heimweh. Es tat weh, keine angemessene Zuflucht zu haben. Ich durchstreifte bayrische Dörfer, lief mit verschnürten Gedärmen durch die Straßen von Passau, schaute durch die Fenster in die Häuser und war ganz einfach nur neidisch auf das Licht in diesen Fenstern. Ich war nicht hungrig nach Essen, ich war hungrig nach Normalität. Ich hielt nach einer anderen Welt Ausschau ohne zu wissen, wie und wo diese sein sollte. Ich sah mich in diesen Wohnungen mit meiner Freundin, ich sah, wie wir zusammen in einem warmen, kuscheligen Eckchen sitzen. Ich dachte nicht an zwanzig Quadratmeter, ich dachte damals überhaupt nicht an Quadratmeter. Ich träumte von einem Zimmer mit einem Bett für zwei Personen, von einer kleinen Küche, einer Lampe und einem Kassettenrekorder. Ich wusste nicht, was ich sagen sollte, wie ich es sagen sollte, zu wem ich gehen und was ich tun sollte, um einen solches Eckchen zu bekommen. Die Ohnmacht nagte an meinen Eingeweiden. Ich schaute in die Sterne und stöhnte schweigend. Mit dem Blick bettelte ich bei den Leuten um Hilfe. Ein Fremder, Gesetzen und Vorschriften unterworfen, die er nicht verstand. Ein Fremder, angewiesen auf menschliche Solidarität. Ein Fremder, dem Erfolg oder Misserfolg seiner eigene Gewitztheit überlassen, seiner Durchschlagskraft, seiner Hartnäckigkeit, seiner Selbstdisziplin, seiner Anpassungsfähigkeit, seiner Fähigkeit sich zu verbiegen, sich zu verbeugen, sich einzuschleimen, seine Ellenbogen zu benutzen. Ein Fremder, dem Erfolg und Misserfolg beim Handel mit seinen Idealen ausgesetzt. Und was ist mit den Anderen und den Fremden, die diese Eigenschaften nicht besitzen? Bis heute habe ich das Gefühl, man spuckt mir ins Gesicht oder zerschneidet mir mit einem stupfen Messer die Haut auf dem Rücken, wenn ich höre: Wozu bist du hergekommen? Wenn es dir hier nicht gefällt, dann geh doch zurück, wo du herkommst. Das ist nicht dein Land, das ist nicht deine Kultur, nicht deine Religion, nicht deine Mentalität, nicht deine Sprache und das ist nicht dein Licht in den Fenstern. Diese Stimmen verbinde ich mit dem warnenden Knurren eines Tieres, das sein Terrain verteidigt. Ich fürchte diese Stimmen noch immer, aber ich habe keine Angst mehr vor ihnen, weil ich nach mehr als zwanzig Jahren viele Vorschriften gelernt und verstanden habe, auch die Sprache gut genug kenne und mich zu wehren weiß. Doch ich mache mir Sorgen um die Schwestern und Brüder, die aus verschiedenen Himmelsrichtungen und Gründen in ein fremdes Terrain kommen und dieses Knurren nicht verstehen, sich nicht wehren können und sich fürchten. Auch wenn ich damals keine Angst haben musste, dass irgendein Amt mir einen Beschluss vorlegt, der mir verbietet oder erlaubt, auf diesem Terrain zu bleiben, hatte ich immer das Gefühl, als liefe ich auf heißem Sand, wobei ich mir ab und an die Füße verbrannte. Vielleicht lief ich barfuß über Eis, denn ich verspürte oft Angst und Kälte, nicht nur im Winter. Ich musste nicht beweisen, wie viele andere vor mir, damals, danach und bis heute, dass ich einen echten und ernsten Grund dafür habe, die gleiche Luft wie die zu atmen, die schon hier sind und sich anmaßen, das alleinige Recht auf diese Luft zu haben. Und ich frage mich, ob überhaupt irgendwer begründen muss, warum er gerade da sein will, wo ihm seiner Meinung nach die Luft guttut? Warum er sich dort aufhalten will, wo seiner Meinung nach die Achtung für Würde und Anderssein das Wesen des Friedens ausmacht, auch des inneren Friedens? Warum er dort leben will, wo es nicht an Wasser und Nahrung mangelt, wo Frieden und Freiheit herrschen? Wo man keine Angst haben muss.

Flucht – Ucieczka 2

Po polsku

Flucht-Ucieczka

Dokumentartheater im Güterzug

„Flucht – Ucieczka“ heißt die Inszenierung, mit der die niedersächsische Theatergruppe Das Letzte Kleinod (Schiffdorf) zurzeit in Polen gastiert. Die Kooperation mit dem Teatr Gdynia Główna wird von vielen Partnern gefördert, zu sehen ist das Stück an Bahnhöfen in Gdynia, Piła und Poznań, in Frankfurt/Oder, Berlin-Spandau, Lüneburg, Hannover-Linden, Bremerhaven, Bad Bederkesa und Geestenseth.

„Spektakl documentalny w wagonach towarowych“ steht auf den Werbebannern: „Dokumentartheater in Güterwaggons“. Überraschungen gehören bei diesem Projekt dazu, der Ozeanblaue Zug des Letzten Kleinods spielt eine Hauptrolle. Die sieben Waggons transportieren die Akteure von Ort zu Ort, dienen als Unterkunft und Kantine, Materiallager und Theaterbüro. Vier angehängte Wagen der slowakischen Eisenbahn sind Kulisse und Bühne – mal müssen vor den Vorstellungen Steine beseitigt werden, mal kämpfen die Schauspieler mit staubigem Schotter. Was sie am nächsten Bahnhof erwartet, wissen sie nicht.

Ucieczka fot. m.chojnowska (11)

Aufführungen im schwarzen Saal sind für Kleinod-Gründer Jens-Erwin Siemssen kein Anreiz, er braucht Wind und Wetter, den direkten Kontakt zum Publikum. „Wir bringen Geschichten an die Orte zurück, an denen sie sich ereignet haben“, erläutert er den Ansatz des Theaters, das im vergangenen Jahr mit dem Theaterpreis des Bundes ausgezeichnet wurde. „Dabei geben wir Erinnerungen an die nächsten Generationen weiter“, sagt Siemssen, der im Gespräch immer wieder den Bogen von „Flucht – Ucieczka“ zur aktuellen Flüchtlingssituation schlägt. Der Theatermacher führt Regie und hat den Text geschrieben, als Autor sieht er sich dennoch nicht. „Eher als Arrangeur. Wir haben den Texten der Zeitzeugen nichts hinzugefügt.“

Die Zeitzeugen wurden in Deutschland, Russland und Polen interviewt, das Stück stellt sie nun vor. Margarita Wiesner und Katja Tannert spielen Mädchen aus Ostpreußen, Wlada Vladislava ein Mädchen aus Russland und Matylda Magdalena Rozniakowska ein Mädchen aus Polen. Iwo Bochat ist ein junger russischer Soldat, Radoslaw Smuzny ein litauischer Junge, Szymon Jablonski (Akkordeon) und Marcin Koziol (Gitarre) sorgen für die musikalische Begleitung. Kabeltrommeln sind die einzigen Requisiten, elf Szenen führen vom Blaubeersammeln zur Flucht über das Haff und Fliegerangriffen, zum Ende des II. Weltkriegs. Geschichte in starken Bildern, beeindruckendes Theater, das unter die Haut geht: Nicht nur bei der Premiere in Gdynia gab es stehenden Applaus.

Ucieczka fot. m.chojnowska (7)

Von Gdynia (Gdingen) mit dem Ozeanblauen Zug weiter nach Pila (Schneidemühl), es ist für alle wie eine Reise in vergangene Zeiten. Zuerst das lange Warten neben einer Industriebrache bei Gdansk, schließlich rumpeln die Waggons sanft schaukelnd auf einspurigem Gleis durch Wälder, Wiesen und Felder, ziehen kleine Ortschaften der Woiwodschaften Pommern und Großpolen vorbei. Die untergehende Sonne auf der einen, der aufgehende Mond auf der anderen Seite, das Rattern der Gleisschwellen sorgt für den Rhythmus der Fahrt. Weil der Elektrizitätsanschluss nicht funktioniert, muss nach der nächtlichen Ankunft erstmal hart gearbeitet werden. Aber zwei Stunden später haben die beiden mitreisenden Techniker und ihr polnischer Kollege das Problem behoben, geht in Pila das Licht an.

Ucieczka fot. m.chojnowska (10)

Pressegespräche und Proben, der nächste Großeinkauf wird geplant. Das Projekt ist nicht zuletzt eine logistische Herausforderung: Produktionsleiterin Ida Bocian (Teatr Gdynia Glówna) telefoniert einmal mehr mit der Bahn in Poznan, der syrische Koch Ali Ali Deeb tischt noch ein spätes Abendessen auf. Für die erste Doppelvorstellung in Pila gab es zweimal stehenden Schlussapplaus – bis zum 29. Juli spielt das Ensemble das Stück noch auf Polnisch, ab dem 3. August dann auf Deutsch. Egal, in welcher Sprache: „Flucht – Ucieczka“ ist auf jeden Fall ein Theatererlebnis.

Text: U. Müller, Fotos: M. Chojnowska

Spieltermine „Flucht – Ucieczka“

Frankfurt/Oder

Lokwerkstatt der DB Netz, Briesener Str. 4, 15230 Frankfurt/Oder

3.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr (Premiere Deutschland)
4.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr
5.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr

Berlin

Bahnhof Havelländische Eisenbahn, Schönwalder Allee 51a, 13587 Berlin-Spandau

6.8.2016                     19:00 Uhr
7.8.2016                     20:30 Uhr

Regie: Jens-Erwin Siemssen / Dramaturgie: Zindi Hausmann / Ensemble: Matylda Magdalena Rożniakowska, Katja Tannert, Margarita Wiesner, Wlada Vladislava, Iwo Bochat, Radosław Smużny, Szymon Jabłoński, Marcin Kozioł

 

Gen. Stefan Rowecki Grot

Roman Brodowski

Preambuła

rowecki-pomnik1Kolejny sierpień. Kolejny miesiąc pamięci, obfitujący w wiele jakże dla naszego narodu tragicznych wydarzeń, poczynając od dnia pierwszego, czyli wybuchu Powstania Warszawskiego, a zaraz potem trzeci sierpnia, dzień, kiedy prawdopodobnie wykonano wyrok śmierci na gen. Stefanie „Grocie” Roweckim w oranienburskim obozie zagłady – Sachsenhausen, nieopodal Berlina.

Przypomnę tu mój artykuł, opublikowany w ubiegłym roku na portalu „Polonia Viva” w którym starałem się w skrócie przypomnieć, lub nieco przybliżyć, postać tego wielkiego, (zdradzonego przez „Polaków”) polskiego patrioty jakim był gen „Grot”.

Dlaczego proponuję konkretnie ten, odgrzewany niby kotlet, a nie inny tekst? Dlaczego nie piszę czegoś nowego, inaczej, bogaciej? – Mądre pytania, które sam bym zadał autorowi, będąc na waszym miejscu. I jako autor, chętnie na nie odpowiem, rozważając dwa aspektów, mające wspólny mianownik – wyrażam bowiem sprzeciw i dezaprobatę dla tego, co od pewnego czasu dzieje się w sferze nauki historii, zwłaszcza naszej, będącej nie tylko dziedzictwem polskiego społeczeństwa, ale najważniejszym budulcem narodowej wspólnoty. Od zawsze, nie tylko jako Polak, ale przede wszystkim jako człowiek, traktowałem obowiązek pamięci jak sacrum. Dla ludzi mojego pokolenia a i dla pokoleń wcześniejszych szacunek oraz pamięć dla historycznych zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni wieków w naszej ojczyźnie, dla bohaterów naszego narodu, którzy swoją osobą złożyli siebie i swoje życie na ołtarzu honoru i patriotyzmu, jak też pamięć o naszych przodkach, jest i pozostanie obowiązkiem. Jest podstawą etyczno- moralnej i religijnej tożsamości w stosunku do nas samych.

Obelisk poświęcony pamięci gen. Stefana „Grota” Roweckiego przy obozie w Sachsenhausen

Nie zgadzam się na fałszowanie naszej historii, na poddawanie jej obróbce dla potrzeb tych, którzy nasz historyczno-kulturowy dorobek powoli zamieniają wedle szowinistyczno-nihilistycznych zachcianek swojego dyktatora.

Prawdą jest, że naszą historię od co najmniej zakończenia drugiej wojny światowej tworzyło się zgodnie z filozoficzno-politycznym nurtem czasu. Prawdą jest, że tworzyło się ją dla potrzeb ideologicznych i indoktrynacyjnych. Prawdą jest także i to, że w poprzednim systemie (delikatnie mówiąc) zrobiono wszystko, by nasze społeczeństwo znało historyczne tło tylko tego, co ten system i jego bohaterów gloryfikowało, wprowadzając do niego wiele nieprawdy, często fałszując fakty, ignorując, a nawet negując „innych” , którzy za swoją postawę powinni zająć miejsce w panteonie zasłużonych dla Ojczyzny.

Oczywiście IPN oraz inne instytucje powinny ujawnić prawdę i przekazać ją zgodnie z faktami społeczeństwu, nie wylewając przy okazji rewizji naszej historii , przysłowiowego „dziecka z kąpielą”.

Niestety, istota problemu tkwi w tym, że dzisiaj działania dużej części tzw. zideologizowanych i upartyjnionych historyków, oraz podległe rządowi instytucje

badawcze, z IPN włącznie, zamiast bezstronnie w rzetelny sposób, zgodnie z zasadami apolityczności, edukować nasz naród, przekazując prawdziwy obraz rzeczywistości historycznej, jak ich poprzednicy, niszczą wszelkie świadectwa minionej epoki.

Obawiam się, że to co dla mojego pokolenia przedstawiało i przedstawia pozytywną wartość historyczną, na naszych oczach, w dużej mierze zastąpywane zostaje nową symboliką, symboliką epoki „kaczyzmu” z jego ideologią włącznie.

Tak – doświadczenie niczego nas nie nauczyło, a wprost przeciwnie. Co niektórzy       (będący dzisiaj na fali) tzw. historycy nowej generacji, z pomocą wielu pseudodziennikarzy i polityków, popychają naród z jednej skrajności w drugą. Potwierdzają się słowa znanego niemieckiego filozofa Fryderyka Hegla , że

„Z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego nie nauczyły się z historii” , i dotyczą … również nas.

Wracając do meritum mojego artykułu to – gen. Stefan Rowecki ps. „Grot” – jak na razie, jeszcze ma swoje miejsce w naszej pamięci, jeszcze nie został poddany ponownej weryfikacji i dlatego by zachować pamięć o Nim, pragnę przybliżyć jego sylwetkę , zwłaszcza że zbliża się kolejna rocznic jego tragicznej, męczeńskiej śmierci

Pod obeliskiem

Wraz z przyjaciółmi składamy kwiaty w imieniu Polaków przy obelisku gen. Stefana „ Grot” Roweckiego znajdującym się przy wejściu do obozu, w rocznicę (prawdopodobnego) dnia jego śmierci – 3 sierpnia.

Generał Stefan „Grot” Rowecki

Dla wielu historyków był on postacią tak barwną i ważną w historii naszego kraju, że co jakiś czas podejmują wezwanie napisania kolejnej jego biografii. I tak też powinno być. Należy on bowiem do tych osób, o których naród nasz nigdy nie powinien zapomnieć. Ten Wielki Polski Patriota całe swoje życie poświęcił walce o suwerenność, wolność i niepodległość naszej Najjaśniejszej.

Urodził się 25 grudnia 1895 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Jako jedenastoletni chłopiec rozpoczął edukację gimnazjalną. Już 1911 roku dał się poznać jako dobry organizator i prawdziwy patriota, współtworząc pierwszą w tym mieście, tajną organizację skautów. W lipcu 1914, a więc w miesiącu rozpoczęcia pierwszej wojny światowej, rozpoczął kurs oficerski w Nowym Sączu, a po jego ukończeniu, pod koniec tegoż roku wstąpił do Legionów Polskich dowodzonych przez Piłsudskiego. Do sierpnia 1917 walczył w Pierwszej Brygadzie Legionów.

Internowany w obozie dla oficerów Legionów w Beniaminowie za odmowę złożenia przysięgi na wierność Cesarza Wilhelma II, doczekał  tam zakończenia wojny. W listopadzie 1918, po  utworzoniu niepodległego państwa polskiego, uczestniczył w rozbrajaniu okupantów niemieckich. Walczył w wojnie z bolszewikami, był szefem Oddziału II Frontu Południowo-Wschodniego i Grupy Uderzeniowej gen. Edwarda Rydza-Śmigłego.

Od 1918 roku porucznik Rowecki odbył wiele kursów oficerskich oraz pełnił ważne funkcje w strukturach wojskowych. Druga wojna światowa zastała go w Warszawie, gdzie pełnił służbę jako dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej. W Kampanii Wrześniowej, podporządkowany Armii Lublin, dowodził brygadą w obronie środkowej Wisły oraz w walkach pod Tomaszowem Lubelskim.

Po kapitulacji powrócił do Warszawy, gdzie rozpoczął działalność konspiracyjną jako zastępca Komendanta S.Z.P. W maju 1940 awansowany do stopnia generała dywizji. W tym samym roku został komendantem Okręgu Warszawskiego Z.W.Z  a następnie całego obszaru okupowanej Polski. Jako szczególnie groźny wróg III Rzeszy był intensywnie poszukiwany przez wywiad, SS oraz Gestapo. Na liście poszukiwanych był numerem jeden. Wykryty przez polskich agentów wywiadu radzieckiego, a następnie przez nich zdradzony, został wydany Niemcom przez agentów Gestapo działających w strukturach AK. Aresztowano go i osadzono w Alei Szucha 30 czerwca 1943 roku.

W połowie lipca 1943 roku przewieziony został do Berlina, gdzie stanowczo odrzucił niemiecką propozycję podjęcia współpracy na rzecz współdziałania przeciwko wrogom Rzeszy, między innymi Rosjanom. Za odmowę uwięziony został w obozie  koncentracyjnym  w  Sachsenhausen – jako więzień szczególny.

Ostatnie miesiące swojego życia spędził w całkowitej izolacji, w podobozie obozu, wybudowanym dla tak zwanych „gości honorowych” , noszącym niechlubne miano „miejsca kaźni”. Na rozkaz Himmlera (prawdopodobnie  z zemsty za rozpoczęte w Warszawie Powstanie), został zamordowany w nocy pomiędzy 2 a 5 sierpnia 1944 roku.

Prochy jego rozsypane i wymieszane z tysiącami innych zamordowanych w tym obozie, stały się dla niego grobem – Polskim Grobem na Niemieckiej ziemi.

Moi Synowie z polskimi przyjaciółmi przy obelisku poświęconemu zamordowanym księżom katolickim w obozie Sachsenhausen, podczas składania kwiatów podczas Dnia Zmarłych. Obelisk znajduje się 20 metrów obok obelisku poświęconego Stefanowi „Grot” Roweckiemu

Uwaga: Spotykamy się dziś o 12.30 na stacji S-Bahn Oranienburg

Fiut na ławce

Ewa Maria Slaska

Berlin, rozwiązłe miasto

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. To było wówczas brzydkie miasto – dziś jest piękne, i jest to nie tyle signum przebudowy, ile zmiany paradygmatu. Było brzydko ale fascynująco. Chodziłam i patrzyłam… Co za miasto, jakie niespodzianki, jakie pomysły.

20160711_110157_resized 20160711_110849_resized 20160711_110939_resized

Ławki z biustami i fiutami na stacji metra Dahlem Dorf. Były już wtedy, gdy przyjechałam, i nie mogłam się im nadziwić. Jaki luz, jaka niefrasobliwość… Zachwycające miasto…

I nic się od tego czasu nie zmieniło, a jeśli – to na lepsze.

Tydzień temu, 23 lipca był CSD czyli Christopher Street Day, dzień homoseksualistów, a Berlin, jak co roku, ogarnęło rozwiązłe szaleństwo. W paradzie gejów, lesbijek, transgenderów i wsystkich innych kolorowych przedstawicieli różnorodnych odmian zainteresowań seksualnych wzięły udział setki tysięcy ludzi, a ostrożne szacunki podają, że było ich nawet około miliona. Jeszcze długo po paradzie po mieście krążyły tłumy trzymających się za ręce mężczyzn i obejmujących się kobiet. Wielu z nich mówiło po polsku…


Foto: Reuters/Yasmin Polat

Berlin nie od dziś jest przystanią dla Polaków nie umiejących znaleźć sobie miejsca w konserwatywnym polskim społeczeństwie. Wielu z nich osiadło w tym mieście, najwolniejszym z wolnych, gdzie zasadą jest nie tyle tolerancja (bo tolerancja wymaga wysiłku) co bezwzględny brak zainteresowania tym, co robią inni i jacy są inni, dopóki to co robią czy jacy są nikomu nie zagraża. Jesteśmy nie tylko za wychodzeniem z szafy i transparencją, ale nawet przeciwko lookizmowi. Wyglądaj jak chcesz, rób co chcesz, nie wtrącamy się.

Do historii miasta ale zapewne i historii tolerancji, którą ktoś pisze lub napisze, przeszło zdanie naszego burmistrza Klausa Wowereita, który 15 lat temu, 15 czerwca 2001 roku, na dzień przed objęciem stanowiska powiedział, że jest gejem i dodał słynne “und es ist gut so” – i tak jest dobrze – co stało się nawet hasłem jego partii, SPD.

Foto picture-alliance / dpa / dpaweb

Przez rok rządzili w Berlinie we dwóch – on i Gregor Gysi, komunista i Żyd. Sprawiało nam to pewną satysfakcję, gdy mówiliśmy od niechcenia, ach tak, Berlin, miasto zarządzane przez geja i Żyda komunistę. Tolerancja jako prowokacja.

Gdy w roku 2006 do Berlina przyjechał Lech Kaczyński i miał wykład na Uniwersytecie Humboldtów berlińscy geje z Polski zaatakowali go według najlepszych klasycznych wzorów czyli surowymi jajkami, aż ochrona musiała osłaniać prezydenta parasolkami…

 

BVG, berlińska firma odpowiedzialna za komunikację miejską, od dawna już rozwiesza w mieście plakaty wspierające osobistą wolność. Zapici młodzi ludzie wracający nad ranem z klubu do domu,  kobieta, która wyskoczyła z wanny i popędziła do metra, dwóch facetów niedwuznacznie razem…

manaufmanistmiregal

 

 

Firma kupiła jako reklamówkę zabawną piosenkę pewnego bezrobotnego, który chodzi po metrze, ogląda najdziwniejsze berlińskie typy ludzkie i wszystko kwituje  jak mantrą zdankiem “Ist mir egal” – “Wszystko mi jedno”. W wersji poniżej sponsor zażyczył sobie, dołożenia dwóch fragmencików o tym, że trzeba mieć bilet, ale reszta jest mniej więcej taka, jaka była, gdy filmik stał się hitem facebooka – Mann auf Pferd ist mir egal, Mann auf Mann ist mir egal…

Do granicy polskiej mamy z Berlina mniej niż dwie godziny pociągiem, autobusem lub samochodem. I jest to podróż w jakąś straszną przeszłość, gdzie bije się Mongoła celebrytę i ciemnoskórego gościa Światowych Dni Młodzieży  i skąd znacznie bliżej do ciężarówki wjeżdżającej w świętujący tłum w Nicei niż do ideału Europy, jaki stworzyli w XVIII wieku francuscy filozofowie Oświecenia.

Wiele lat moja własna decyzja wyjazdu do Berlina bardzo mnie przygnębiała. Wyjechałam jako emigrantka polityczna w 1985 roku i postawiona w obliczu transformacji, które zaszły wkrótce potem, wciąż sobie powtarzałam, że trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jeszcze tych kilka lat i by się było w demokracji w Polsce. To była bolesna myśl. Oczywiście ból zadany przez własne decyzje zmniejsza się i łagodzi w miarę upływu czasu. Ale taki był podskórny tenor mojego podświadomego myślenia o sobie samej.

Zmiana nadeszła niezauważalnie. Coraz częściej uważałam, że “es ist gut so”, że dobrze jest mieszkać w Berlinie, ale miałam na myśli coraz większy luz tego miasta, któremu przyświecało kolejne zdanie-pomnik wypowiedziane przez naszego ówczesnego burmistrza Wowereita – “Berlin ist arm aber sexy” – jesteśmy biedni, ale seksowni. Potem zdarzyło się, że byłam ciężko chora i tę ciężką chorobę dzięki lekarzom niemieckim przeżyłam, a znajomy chory na taką samą chorobę w Polsce zmarł, gdy ja już powoli wracałam do zdrowia. Tak się zaczęła przebudowa piwnic podświadomości.  Kiedyś to poczucie, że jest super wydobyło się na zewnątrz i teraz powtarzam je jak moją mantrę: dziękuję Polsce za Solidarność, ale dziękuję Niemcom i Berlinowi za tolerancję i za życie, które tu mogę prowadzić. Jak to dobrze, że mieszkam w Berlinie! Jak to dobrze, że mieszkam… Jak dobrze…

Nieuległa krowa czyli porady kulturalne na lato

Ewa Maria Slaska

Idźcie koniecznie! Natomiast wcale nie musicie czytać!

Ach ta Francja…

Kochani, idźcie koniecznie, bo takiego miłego, serdecznego, dowcipnego i absurdalnego filmu dawno nie widzieliście, a ponieważ czasy są coraz bardziej ponure, to może i długo nie zobaczycie (zobaczymy). I nie czytajcie, bo takiej ponurej książki (zresztą dobrze napisanej i inteligentnej) dawno nie czytaliście, a ponieważ czasy są coraz bardziej ponure, to będzie ich coraz więcej.

Wiem, piszę to po Nicei (a i po Monachium), mogłoby się więc wydawać, że na serdeczny humor już nie ma miejsca, a najbardziej ponure wizje wciąż jeszcze są zbyt pogodne, ale wierzę w Wielkiego Ducha Francji, w to, że Francuzi nie popadną ani w nienawiść, ani w przesadną afirmację wbrew samym sobie, że zachowają to, co w nich kochamy najbardziej – Godność Uczciwego Myślenia.

I film, zrobiony przez Araba z Algierii mieszkającego we Francji, i książka, napisana przez francuskiego autora, który nienawidzi wszystkich (nie tylko Arabów), a przede wszystkim siebie, są konfrontacją z problemem, o którym od roku mówimy i myślimy bez przerwy – z nową falą imigracji, w tym głównie Arabów, do Europy. Ponieważ z tym problemem konfrontują nas Francuzi, pozytywna wizja (filmowa) jest przesycona francuskim esprit, a ponura czyli książkowa – chłodnym francuskim racjonalizmem. Obie postawy zachwycają w porównaniu z tym, z czym stykamy się w Polsce a i w Niemczech. Bo w Polsce – wiadomo, zalew nienawiści, na ulicy w postaci bluzgu, w lepszych sferach – nieco stonowanej, a w Niemczech mnóstwo dobrej woli ze strony polityki i zwykłego człowieka, ale ta dobra wola niemiecka jest tak skuteczna, tak niezastąpiona, tak do pozozadroszczenia i taka w 300%… poważna.

W polskiej sieci nie ma informacji o filmie La Vache

Przypomnijmy, że powieść ukazała się w dniu, gdy islamiści dokonali krwawego zamachu na redakcję francuskiego pisma satyrycznego Charlie Hebdo w Paryżu, a premiera filmu odbyła się 14 lipca czyli w dniu zamachu w Nicei.

Trudno o gorsze auspicje. Albo, niestety, o lepszą rekomendację.

Koniecznie idźcie do kina, a jeśli koniecznie musicie – to i przeczytajcie książkę. I przez cały czas myślcie o Polsce, o tym, że Francja była przez lata, dekady i wieki naszym wzorem duchowym i że zawsze możemy po niego znowu sięgnąć…

PS 1. O powieści już raz TU pisałam.

PS 2. Dla ludzi z Berlina – idziemy dziś wspólnie na godzinę 18 na film Unterwegs mit Jacqueline do kina Filmkunst66 na Bleibtreustrasse tuż koło stacji S-Bahn Savigny Platz – najdroższe bilety po 9 euro, ale są różne zniżki. Zabierzcie koniecznie “swoich” uciekinierów…

Reblog: Furia mać

O powieści Furia mać tydzień temu pisała Alicja Molenda. Dziś nadesłany przez samą autorkę fragment książki. Sądzę, że wszyscy to znamy, nawet więc, o dziwo, nie dopisłam w tagach słowa “kobiety” – opisana tu sytuacja w przypadku kobiet objawia się zjadliwiej, al generalnie jest ponadpłciowa, a zapewniam was, że również ponadpokoleniowa, chociaż moim młod(sz)ym czytelnikom na pewno się wydaje, że oni to nie, nigdy, ale matki, ciotki, babki i teściowe… Więc nie… My też tak mamy.

Sylwia Kubryńska

Święta

W pierwszej kolejności jesteś wściekła na siebie. Zawsze na siebie. Gdy budzisz się i czujesz jak zalewa cię złość, masz ochotę wyrwać sobie tę głupią głowę z korzeniami. Jeden, jedyny, wyczekiwany dzień bez pracy, kiedy nie musisz zrywać się rano, kiedy możesz poprzewracać się z rozkoszą w łóżku, możesz się napawać wylegiwaniem, porankiem, pościelą, słodkim lenistwem – właśnie ten dzień sobie spierdoliłaś. I tego wspaniałego dnia będziesz przez bite dwanaście godzin leczyć kaca i ból głowy. Nie poczujesz się dobrze do osiemnastej. A o osiemnastej zrozumiesz, że weekend się kończy, święta się kończą, że została ci już tylko niedziela, a w niedzielę wiadomo, chodzisz wkurwiona, bo jutro poniedziałek. Teraz jednak jest sobota, ta sama sobota, o której marzyłaś przez cały tydzień, każdego poranka, gdy zrywasz się do roboty, wizualizujesz sobie ten pełen blasku brak przymusu, ten świt z koktajlem porzeczkowym w kryształowej szklance, ten cichy pomruk kota u twoich nagich stóp przemierzających bezszelestnie czyste mieszkanie, okno, balkon, taras, oddech, delikatny powiew wiatru, zapach kwiatów, śpiew ptaków, bajka, kochani, bajka.

Tymczasem ta przeklęta miska przy łóżku, głowa trzaska i pełna chata ludzi, których sama pozapraszałaś, bo chciałaś pokazać, jaka jesteś fajna gospodyni i wyprawiłaś święta dla całej rodziny i połowy znajomych z Facebooka. I przez cały wczorajszy wieczór prowadziłaś waśnie o sprawy, na które nie masz wpływu, aż w końcu musiałaś się porządnie znieczulić wódką, bo nie dałabyś rady dalej. I teraz masz cały dom butelek, niedopałków, resztek z lodówki, poprzewracanych kubków, upaćkanych szklanek i zaschniętych ryb w galarecie. I ludzi. Mnóstwo ludzi. W twojej pękającej głowie uwiera ta świadomość, że za drzwiami czai się hałaśliwy tłum. Jak tylko cię zobaczą, zaczną cię komentować, rechotać z własnych dowcipów, a ty pod ścianą będziesz się przemykać, byle do nikogo zanadto się nie zbliżyć, byle z nikim nie rozmawiać, byle nikogo nie widzieć. Najchętniej byś ich wszystkich przepędziła na cztery wiatry, ale rzecz jasna, nie wypada gości wyrzucać, więc zaciskasz zęby. Kiedy jakieś zwierzę nie ma ochoty na przebywanie z kimś w jednym miejscu, to sobie idzie na drugi koniec świata i ma w dupie. Tylko ludzie przyklejają sobie ten drętwy fałszywy uśmiech i zasznurowani konwenansem, udają, że jest fajnie. I ty też udajesz. Już za chwilę będziesz się mordować robieniem śniadania nie tylko dla dziecka, ale jeszcze dla dwunastu pałętających się po chałupie gości i będziesz wyć niemo z wściekłości na samą siebie, że taka jesteś skończenie głupia, że nigdy się nie nauczysz, że, kurwa, w koło Macieju to samo, piątek reset, sobota piekło. Piekło to inni, mówił Jean-Paul Sartre. Nie uściślił jednak, że piekło to inni ludzie w sobotę rano. A dokładnie: inni ludzie w sobotę rano w twoim domu. Dlatego właśnie twój wkurw teraz delikatnie będzie ewoluować z wkurwu na siebie samą do wkurwu na innych ludzi. Ale w związku z tym, że głupio tak drzeć mordę na gości, zbierzesz całą amunicję swojego niezadowolenia i wystrzelisz ją w kierunku tej osoby, która na pewno ci nie odpyskuje, nie obrazi się, w ogóle nic ci nie zrobi. Zgadnij, kto to?

***

sylwiafurianozeAle po kolei. Zacznijmy od świąt. Święta zawsze zaczynają się niewinnie. Z początku spowijają człowieka mgłą samotności, nawet gdy tkwi przy wigilijnym stole z całą liczną rodziną. Samotność świąteczna jest samotnością niezwykłą i nie ma nic wspólnego z luksusem błąkania się przez życie w pojedynkę. Swoją drogą, od kiedy wyszłam za mąż, w kółko marzę o życiu w pojedynkę. Rozmawiałam o tym z Kaśką, ona też tak ma. Ewka już to zrobiła – rozwiodła się. Chyba wszystkie kobiety, które wyszły za mąż, chciały by być same. Ja bym chciała. Pewnie dziś nie miałabym całej chałupy gości, tylko pojechałabym sobie na narty z jakimś chwilowym amantem i gwizdała rozkosznie na cały ten rodzinny kierat. Ale ja na taką samotność nie mogę liczyć. Potrzeba samotności, o której mowa, nachodzi osoby uwikłane w relacje, tkwiące od lat na swoim miejscu w społecznym stadzie. Osoby te nie znają uczucia tęsknoty za drugą osobą, choć z samą tęsknotą są za pan brat. Tyle że jest to tęsknota za samotnością właśnie. Ta tęsknota budzi się razem z człowiekiem i snuje się za nim przez cały świąteczny dzień, by pod wieczór spocząć z rezygnacją wśród roztrajkotanej gawiedzi, wśród wyznań, ustaleń, problemów, wśród obaw o kraj, politykę, finanse, wśród rozmów o exposé premiera i wśród komentarzy opozycji, wśród wyrazów panicznego strachu przed zagładą, końcem świata, kryzysem, zablokowanym ratingiem, podwyższonym kursem franka, bezrobociem, mobbingiem w pracy, kolejnym dzieckiem w drodze, wojną ze wschodu i południa.

Siedzi więc taki stęskniony za samotnością człowiek przy stole, kciukami kręci młynki, a w głowie ma chmury, a w głowie mgła, a w głowie dmuchawce… I patrzcie Państwo, nagle: puf! Leci! Leci w przestrzeń, w otchłań, w niebyt, w tę swoją wymarzoną kapsułę odpływową, macha rękami i to działa, nareszcie został człowiek obdarzony umiejętnością lotu, cofnął się człowiek w czasie i zmienił rasę.

– Sama głosowałaś na ten PiS.
– No i dobrze. Nie żałuję!
– Pożałujesz jeszcze, jak nam czołgi wjadą.
– Jak wjadą, to nie przez PiS.
– A przez kogo?
– Nałóż kapusty.
– Samą kapustę będziemy jeść niedługo.
– Kapusta jest zdrowa.
– Tylko emigracja nam pozostanie.
– Ciapatych chyba.
– Daj pieprz, nie piernicz.

Iluzja samotności jest jedyną ucieczką od spraw tego świata. A sprawy tego świata dominują debaty rodzinne i wybuchają nad barszczem z uszkami głosami oburzenia z coraz większą siłą. Człowiek tymczasem lata pod niebem i pewnie tak by sobie latał do końca świata, gdyby nie to straszliwe zdanie ciotki Janki. Zdanie to, jako oczywista konsekwencja wymiany poglądów polityczno-gospodarczych w tym kraju, nie powinno człowieka dziwić. Jednak dziwi i, co gorsza, boleśnie na Ziemię (chwilowo jeszcze całą) sprowadza:

– A ja myślę, że świat się rozpadnie.
– Sama się rozpadniesz.

To mój ojciec. Nalewa wódki i puszcza do mnie oko. Wyobrażam sobie, jak rozpada się ciotka Janka, widzę ją w kawałkach przy wigilijnym stole. Tu oko, tam nos. Ciocia, nie martw się. Ja też się rozpadam. Rozpadam się codziennie, nie tylko od święta. Rozpadam się z rozpaczy, że tak mi źle. Źle się dzieje. Wszystko. I wszystko mnie wkurwia, ciocia. Chodź się napijemy, powiesz mi, co wkurwia ciebie. Ciotkę wkurwia wiele rzeczy. Feministki. Zakompleksione stare panny. Obłudne. Do tego brzydkie. W ogóle kobiety. Ładne kobiety. Czemu ładne kobiety wkurzają ciotkę?

– Bo są najgorsze! Wielkie mi wyzwolone! Wyzwolone a durne! Wszystkim chodzi o jedno. O faceta! A faceci są zniewieściali. Już nie wiadomo w ogóle, czy to facet czy baba. Co to w ogóle jest? A wiesz czemu? Właśnie przez te baby głupie, co im odbierają męskość. Facet to ma być facet. Silny, mocny, ostry. Żeby pierdolnął pięścią w stół, jak trzeba! A tak? Wieczne dzieci. Dzieci z kolei może nie są aż takie złe, pod warunkiem, że są nasze. Dobrze wychowane, nie to co teraz. Bez wartości, bez religii, tylko ten smartfon. Wiesz, czego tu trzeba? Twardej ręki. Ja to mówię, ja powtarzam cały czas. Za dużo się patyczkują teraz z tymi dzieciakami. Sama widziałam w telewizji, jak się gówniarze zachowują. A zresztą, telewizja należy do Żydów.

Ciotka Janka się rozkręca, przez stół miota pioruny. Wujek Jurek bawi się w najlepsze, moja matka opróżnia piąty kieliszek. Patrzę ukradkiem na Marcina, a ten wyciąga komórkę i nagrywa wszystko. Oszaleję. Oszaleję. Muszę coś powiedzieć, bo wybuchnę. Muszę coś powiedzieć, tylko co? Jeśli cokolwiek powiem…

– Ciociu, co ty opowiadasz? Jakich Żydów? Gdzie ty masz Żydów? Znasz jakiegoś Żyda? – jestem spokojna i opanowana. Mówię powoli, wyraźnie i całkowicie panuję nad sytuacją. Ciotka mnie nie przegada. Nie przegada… – Poza tym, o co ci chodzi? Wygraliście wybory! Macie władzę! Macie telewizję! Wszystko idzie pięknie, zmiany pełną parą, trybunał do rozbiórki, gimnazja do rozbiórki, media do rozbiórki. Nikt wam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Absolutnie! – mój sarkazm zaczyna niebezpiecznie dryfować w kierunku furii. – Spoko. Nie ma sprawy. Wszystko da się naprawić. Wszystko da się zniszczyć. Szkoły, biurowce, hale, boiska, stadiony, asfalty z szos – do wyburzenia! Ścieżki rowerowe i parki – do wyburzenia! Po co nam ścieżki rowerowe? Na rowerach jeżdżą ateiści! Autostrady, mosty – do wyburzenia! Tęcza – do spalenia! Jebut Polsko, jebut, dobra zmiano! – Czuję w sobie te demony, znany stan, gdy wszyscy patrzą z rozdziawionymi ustami, kiedy ja wpadam w ten rozbujany ton. „Pęka w dłoni szklanka z wódką, rozpierdala myśli mi”. – Trzeba zniszczyć wszystko, z czego Unia nas okradła! Niech odpowiedni resort z ODPOWIEDNIMI ludźmi przygotowuje wnioski o dotacje unijne dla tych zmian. Nie ma nic za darmo!. Niech zapłacą za zburzenie tego, co zbudowali. Prawda, ciociu? Niech też zapłacą za budowę kolejnych kościołów, bo mało jest. Aha, i za tuning do auta księdza dyrektora. I za samolot dla „Naszego Dziennika”, żeby nie było dąsów! – Co się ciocia tak denerwuje? Spokojnie, dacie radę! Dacie! Staniecie do walki. I będzie to walka zwycięska. Pokonacie wszystkich. Zmieciecie z powierzchni Ziemi całą ludzkość. To będzie krucjata, wojna apokaliptyczna, w której wszystko obrócicie w perzynę, w której pokonacie Świat. Ale w pierwszej kolejności i przede wszystkim zniszczycie największego wroga, co od lat nie daje wam żyć. Ten dziwny kraj. Polskę.

Ciotka patrzy na mnie, kipi.

– Aż tak cię otumanili, Magda? Aż tak? Ty naprawdę tego nie widzisz? Nie widzisz, że wszędzie wokół są zdrajcy? Problem polega na tym, że wszyscy są zdrajcami. Wszyscy ludzie na całym świecie, nikomu nie można ufać. Widziałaś listę zdrajców ojczyzny? Już nawet aktorzy i sportowcy tam są. Wystarczy pogrzebać w życiorysach, zobacz, dziadek Tuska…

Ciotka jest moim gościem. Nie wyrzucę jej. Tu jest Polska. Tu jest kraj, w którym przy wigilijnym stole rzucamy w siebie cukiernicą. Kraj, gdzie w każdym domu przebiega linia demarkacyjna przez stół i z każdego siedzenia lecą granaty. Tu jest kraj, gdzie w każdej rodzinie leje się mentalna krew w imię wielkich spraw. I w tym kotle, w tym znoju piekielnych waśni nie ma miejsca na opuszczenie stołu. Nie ma szans na ucieczkę. A przede wszystkim nie ma możliwości wyproszenia kogokolwiek. Nawet gościa politycznego. Gość polityczny to właściwie każdy gość pochodzący z tego kraju. A już zwłaszcza z rodziny. Z rodziną każdy wie, jak się wychodzi i jest to ten słynny interes opiewany sloganem o Zabłockim i mydle z perspektywą wspólnej fotografii w finale. Jednak nie mamy tu do czynienia z żadną ekonomią, tu nie chodzi o racjonalność, tu wszak chodzi o święta. A kiedy chodzi o święta, zawsze chodzi o politykę. O politykę w skali mikro i w skali makro. O starcie się światów, o gwiezdne wojny. Nikogo nie obchodzi smażony w pocie czoła sandacz z debetu. Nikt nie zwraca uwagi na świąteczny wystrój i nastrój. A już na pewno nikt nie zająknie się na temat misterium Bożych Narodzin, czy Zmartwychwstania. Tu rządzi coś większego, coś potężnego, coś w rodzaju „dziadek Tuska”.

– A co mnie obchodzi dziadek Tuska?! – skaczę więc na fotelu, a Marcin nagrywa i faktycznie mam ochotę rzucić w niego cukiernicą. – Co mnie obchodzi dziadek Tuska?! Mnie obchodzi mój dziadek. Dziadek Waldek. Co, nie wiesz, ciocia?! Wybacz, mój dziadek, a twój tatuś też jest na liście. Proszę bardzo! Wyguglaj sobie! Wyguglaj i sama sobie odpowiedz czyja to wina. Szukajcie a znajdziecie! Co się pukasz, co się pukasz w głowę?! To twoja wina! Jestem oburzona tobą! IPN dorwał się do twojego sumienia, do moich korzeni, do DNA naszej niecności. Z drzewa genealogicznego boleśnie strząsnął wszystkie jabłka, które po roztrzaskaniu o ziemię – co było do przewidzenia – okazały się robaczywe. Tak, droga ciociu! Każdy, kto ma jakichkolwiek przodków – to przy nas małe miki. Bo jeśli ja jestem gagatkiem, ty jesteś czarną owcą. Kolejnym robaczywym owocem zepsutego do ostatniej komórki łyka, drzewa. Zdrajcą narodu, niecnym pasożytem, nieczystej rasy nie-patriotką. O ile bowiem na kogoś znaleziono jeden hak, na naszym drzewie genealogicznym wiszą same haki. I każdy, niezależnie od poglądów, religii czy rasy – w odpowiednim czasie znajdzie coś dla siebie. W historii naszej rodziny majaczy bowiem nie jedna mroczna tajemnica, ale ich dziesiątki, kto wie, może setki? Dziadek jest na liście Wildsteina. Sprawdźcie sobie, nie kłamię. – Towarzystwo ma teraz marmur na twarzach, nikt nic nie je. Święta, kurwa! Ja wam dam święta! – Każdy ZAWSZE jest na jakieś pieprzonej liście! Wujek służył w Armii Krajowej, a to też był kiedyś całkiem przyzwoity hak. Babka była w Wehrmachcie, a jej ojciec był Żydem. Matka babki pochodziła z Gruzji, jak nie przymierzając Stalin. Ojciec pradziadka ze strony wujka miał konotacje szwedzkie. Od strony matki – rosyjskie. Od strony ojca – tatarskie. Od strony ciotki – marsjańskie!!!

Czuję, że lecę w kosmos, ale język jest szybszy od rozumu. Zaraz mnie wyprowadzą z własnego domu i to będzie DRUGA impreza w moim życiu, na którą nie będę miała wstępu. Ale nie mogę przestać. Nie mogę, rozkręciłam się. Rozkręciłam się, chociaż Lena na początku tej apokalipsy mówiła, że NIE MUSZĘ. Nie muszę nic mówić. A ja mówię. A ja krzyczę. A ja jadowicie szydzę:

– Jezu, coś mi mówi, że stryjeczny pradziadek po kądzieli kupował znaczek z muflonem na poczcie u naczelnika, który zjadł własną żonę i poćwiartował sąsiada! Mówicie, że nie macie na to wpływu? Że nic nie możecie poradzić? Bzdura! Mogliście! Powinniście się NIE URODZIĆ! A wy pchacie się na ten świat bez wstydu! Jak Niemcy!

Z ciszy betonowej wyłania się głos ciotki Janki, która teraz patrzy w sufit i cała się gotuje. I powoli cedzi:

– Zamknij się, bo zaraz chyba puszczą mi nerwy i nie będę już taka miła ciocia!

I łup pięścią w stół. A na stole podskoczyła kapusta, a na stole podskoczył sandacz, za którym latałam po wszystkich bankach w województwie pomorskim, żeby wyprawić święte rodzinne spotkanie według starej polskiej tradycji chrześcijańskiej.

***

Zorganizowane przez Alicję Molendę spotkanie z Sylwią Kubryńska odbędzie się w kawiarni w Regenbogenfabrik (Lausitzer Str. 22, 10999 Berlin-Kreuzberg) 2 września o godzinie 20. Można będzie kupić książkę, a autorka ją podpisze :-).

plakatsylwia

 

Flucht-Ucieczka

Wagony towarowe były otwarte z obu stron. Moja sąsiadka i ciotka, które były wysiedlane, stały z jednej strony otwartego wagonu. Moja siostra miała wtedy jedenaście miesięcy. Wziął ją Niemiec i po prostu wrzucił, tak że przeleciała przez cały wagon. Ciotka, która stała po drugiej stronie, ją złapała. (Świadek z Gdyni)

https://vimeo.com/174810835

Spektakl dokumentalny w wagonach towarowych
Polsko-niemiecka koprodukcja teatru Das Letzte Kleinod i Teatru Gdynia Główna

Historie o przesiedleniu, migracji, a w końcu o ucieczce przed frontami II wojny światowej stanowią główny kontekst dokumentalnego projektu teatralnego „Ucieczka-Flucht”, realizowanego w wagonach towarowych na dziesięciu dworcach na terenie Polski i Niemiec.

Teatr Gdynia Główna oraz Das Letzte Kleinod, podróżując przez Rosję, Polskę i Niemcy, odnalazły osoby, którzy jako dzieci przeżyli wysiedlenie w czasie II wojny światowej. Na podstawie ich osobistych historii, często opowiedzianych po raz pierwszy, został opracowany scenariusz sztuki teatralnej pt. „Ucieczka-Flucht”, która 6 i 7 sierpnia będzie prezentowana w Berlinie.

Miejsce i czas prezentacji:
Bahnhof Havelländische Eisenbahn, Schönwalder Allee 51a, 13587 Berlin-Spandau
6 lipca godz. 19:00 i 20:30
7 lipca godz. 19:00 i 20:30

Reżyseria: Jens-Erwin Siemssen (Niemcy) / Dramaturgia: Zindi Hausmann (Niemcy) / Aktorzy: Matylda Magdalena Roźniakowska (Polska), Katja Tannert (Niemcy), Margarita Wiesner (Rosja), Wlada Vladislava (Rosja), Iwo Bochat (Polska), Radosław Smużny (Polska)/ Muzyka: Szymon Jabłoński (Polska), Marcin Kozioł (Polska)

Ticket: https://www.konzertkasse.de/product/flucht-ucieczka-dokumentartheater-in-gueterwaggons-tickets-berlin.html

Reblog: Światowe Dni Młodzieży / 21. Weltjugendtag

Ist ja auch für meine deutsche Leser:
Papst Franziskus – In Polen geliebt und gehasst

Agnieszka Hreczuk

Papież Franciszek w Polsce – kochany i znienawidzony

Dziś zaczynają się w Krakowie Światowe Dni Młodzieży: przyjadą setki tysięcy ludzi, żeby zobaczyć papieża Franciszka. Ale nie wszyscy w Polsce są do papieża przyjaźnie nastawieni. Dla niektórych jest on zbyt liberalny – przede wszystkim w stosunku do uchodźców i homoseksualistów.

W Krakowie wszystko jest już prawie zapięte na ostatni guzik. Na Rynku stoi Zegar Dni Młodzieży i odlicza godziny do rozpoczęcia uroczystości. Na polu, na którym papież Franciszek będzie odprawiał mszę, prowadzone są jeszcze intensywne prace, żeby wszystko było gotowe punktualnie. Mieszkańcy Krakowa, ludzie z całej Polski i ze świata pomagają, prawie każdy jest w jakimś stopniu zaangażowany.

“Cieszę się, że przyjeżdża. Lubię go i wysoko cenię to on robi. Jest taki otwrty i taki nezwykły. Całkiem inny niż jego poprzednicy. Jest skromny i kieruje się w życiu własnymi regułami.”

„Jasne, że jestem na Światowych Dniach Młodzieży, cieszę się na papieża. On jest po prostu fantastyczny! Ja jeszcze nigdy w życiu tak pozytywnie myślącego człowieka nie widziałem“, mówi Piotr, trzydziestoletni pracownik naukowy i praktykujący katolik. Ale on wie, że nie wszyscy Polacy mają takie samo zdanie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wielu ludzi jest bardzo sceptycznych. Jedni uważają, że Franciszek rozwadnia katolickie doktryny, inni twierdzą, że dopuszcza do zniszczenia Europy przez islam. To tylko niektóre z zarzutów.

Na krakowskich ulicach wiszą flagi i małe portrety papieża. Ale na tych portretach widoczny jest Jan Paweł II. Mówi się, że to dlatego, że on był pierwszym organizatorem tych uroczystości, tak jakby założycielem. Ale może nie tylko dlatego.

Miłosierdzie idące za daleko

Ponad połowa Polaków uważa, że seks przedmałżeński jest w porządku, polscy katolicy akceptują też jego wyroumiałość dla osób rozwiedzionych. Ale nie mogą zaakceptować papieskiego miłosierdzia wobec uchodźców, ani jego tolerancji dla lesbijek i gejów.

Kwestionowanie słów papieża jest dla Polski czymś nowym, mówi ksiądz Tomasz Jaklewicz, zastępca redaktora naczelnego gazety „Gość Niedzielny“, który dodaje:

„W redakcji także sprzeczamy się na temat Franciszka. To papież, który wzbudza duże emocje. Jedni mówią, że on jest tym, na którego już długo czekali, inni się od niego dystansują. W Polsce wielu wierzących i księży jest zdezorientowanych. Oni nie wiedzą, w jakim kierunku papież kościół prowadzi“.

Oficjalnie papież ma pełne poparcie. Episkopat nawet wydał niedawno oficjalne oświadczenie, że katolicy w Polsce kochają papieża i są mu posłuszni. „Jeżeli musi być wydawane takie oświadczenie, to znaczy, że coś nie gra” – mówi Adam Szostkiewicz, publicysta, który już od trzydziestu lat obserwuje działania Kościoła katolickiego. „Stosunek Polaków do Franciszka jest schizofreniczny“, uważa Szostkiewicz.

Zbyt postępowy

Jego spontaniczność, otwartość i serdeczność, za które wielu Polaków go kocha, jest dla innych podstawą ataków, przede wszystkim w internecie. „Zdrajca“, „fałszywy prorok“, „lewak“ – takich określeń używają jego przeciwnicy.

Zdaniem księdza Jaklewicza, dla sporej grupy nie istnieje nic, co by papież dobrze robił. Najbardziej krytykowana jest postawa Franciszka wobec uchodźców, ale także jego postępowość. Może uda się te nieporozumienia i napięcia ułagodzić podczas spotkania w Krakowie. To będzie zależało do tego, jak otwarci będą Polacy i od tego, co on powie – mówi zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego“.

Inaczej widzi to Piotr: „Polscy katolicy powinni się wreszcie otworzyć dla przyszłości i pojąć, że polski Kościół nie jest pępkiem katolickiego świata. To było wspaniałe, że mieliśmy papieża Polaka, ale to minęło. Teraz mamy Franciszka i jeżeli jesteśmy katolikami, to powinniśmy iść za nim”.

Streszczenie: Marzanna Dyjak-Diederich dla strony DOK – Democracy is OK – jak napisał redaktor strony Bartek Hlebowicz, streszczenie zostało zrobione “po godzinach”: w metrze, w trolejbusie, w kolejce do sklepu, w deszczu, w przerwie na lunch i w ogóle.

Najserdeczniejsze podziękowania!!!!

Dodane 28 lipca. Wczoraj Papież przybył do Polski.

papiezwPolsce

Pomnik Kościuszkowców – cz.3

Anna Dobrzyńska

Prawy brzeg ostatnią deską ratunku…

Krążyły łodzie wysyłane przez gen. Berlinga dla ratowania tych, dla których ratunku już nie było, lecz było ich za mało i pływały za rzadko. Łącznie udało się przetransportować 293 żołnierzy. Wobec ciągłych meldunków o opóźnieniu łodzi, żołnierze podejmowali próby przedostania się na prawy brzeg na własną rękę. Niektórzy próbowali się ratować przechodząc przez przęsła wysadzonego mostu Poniatowskiego. „Nieprzytomnymi oczami łapiemy zarysy żelaza, bezsilnymi rękami chwytamy się jego zimnych krawędzi i brniemy dalej… naprzód! W głowie się kręci, szumi, dzwoni”– wspomina Stanisław Lechmirowicz “Czart” z batalionu “Zośka”. Inni podejmowali próby przepłynięcia Wisły wpław. Chwytano wszystko. Deski, drzwi, baniaki – byle sobie wspomóc przeprawę. Dla niektórych i tego zabrakło – płynęli skazani jedynie na własne siły. Jednakże byli mocno wycieńczeni, głodni, bez snu… prąd mocny a Wisła szeroka… Nielicznym się to udało.

Jednym z nich był Tadeusz Targoński, który tak wspomina moment zanim zaczął płynąć:

Gdy po raz ostatni obejrzałem się na dopalający się Czerniaków, jakoś tak same łzy jak groch potoczyły się po policzkach – może od snującego się dymu, a może od tych przelatujących myśli, że wszystkie nasze ofiary i całe tak ogromne poświęcenie poszły na marne.

kosciuszkowcy1b

Tadeusz Targoński – po lewej w stopniu ppor., maj 1945, po prawej – w stopniu płk.dypl. w st. spocz., na tle sztandaru 3 DP, w siedzibie Ogólnopolskiego Klubu Kombatanckiego 3 Pomorskiej Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta w Warszawie – 26.03.2004 r.( zdj. Sz. Nowak) http://szymonnowak.historia.org.pl/2015/10/15/zolnierze-przyczolka-czerniakowskiego-cz-1-tadeusz-targonski/

Wielka polityka…

Polscy żołnierze od początku czuli coś podejrzanego. Przecież widzieli bierność Rosjan. Widzieli ogrom rosyjskiego wsparcia, które nie zostało użyte. Oburzeni byli, że pomoc to tylko Czerniaków. Wiedzieli, że można zrobić więcej. Akcja czerniakowska była po to aby sfabrykować dowód, że nie było możliwości wsparcia Warszawy. Stanowiła alibi – dla którego umyślnie posłano ludzi na śmierć – mówi Władysław Tykociński na antenie Radia Wolna Europa. 

kosciuszkowcy2bTo samo miejsce – 40 lat później…

Dokładnie 17 stycznia 1985 r., w rocznicę wyzwolenia Warszawy, władze ludowe dokonały uroczystego odsłonięcia pomnika. Pomnik powstał z inicjatywy Związku Kombatantów Wojska Polskiego i Klubu Kościuszkowca. Przewodniczącym społecznego komitetu budowy był Włodzimierz Sokorski. Akt erekcyjny wbudowano 7 października 1983 roku w rocznicę w powstania Ludowego Wojska Polskiego. Rzeźba została wykonana z 300 elementów w Zakładach Mechanicznych im. Marcelego Nowotki. Waży 48 ton i mierzy 16 metrów. Pomnik miał być ustawiony w 1980 roku lecz plany pokrzyżował zryw „Solidarności” i stan wojenny. Projekt został wybrany spośród 30 prac nadesłanych na konkurs pt.: ”ale najpiękniejszy jest naszej Wisły brzeg”.

Odsłonięcie pomnika. Fot. Chris Niedenthal. Album 1973 Wybrane Fotografie.

Pomnik jest przez warszawiaków zwany żartobliwie – „pięć piw proszę” lub „Obserwatorów Powstania Warszawskiego”.