Stuart 6

Joanna Trümner

Climb every mountain, ford every stream,
Follow every rainbow,’ till you find your dream.
A dream that will need all the love you can give,
Every day of your life for as long as you live.

Wspinaj się na każdą górę, pokonuj każdy potok,
Idź za każdą tęczą, dopóki nie znajdziesz swojego marzenia
Marzenia, które będzie potrzebowało całej twojej miłości,
Każdego dnia w życiu, tak długo, jak będziesz żył.

Musical „The Sound of Music”

Pożegnanie

Rok szkolny dobiegał końca, a wraz z nim kończyła się roczna umowa Stuarta na pracę w szkole. W tydzień po rozdaniu świadectw, w upalny czerwcowy wieczór w udekorowanej girlandami i balonami auli szkolnej odbył się bal absolwentów szkoły w Walton. Poubierani w garnitury chłopcy i dziewczęta w sukniach balowych sprawiali na Stuarcie wrażenie starszych i bardziej dojrzałych. Przypomniał mu się jego pierwszy dzień pracy, kiedy stanął przed klasą i zapisując na tablicy swoje nazwisko, powtarzał w myśli słowa „dasz sobie radę, dasz sobie radę!” oraz moment, w którym strach odjął mu na chwilę mowę. Tych kilkanaście miesięcy minęło bardzo szybko, z biegiem czasu uczniowie nabrali do niego zaufania, przychodzili do niego z prośbą o rady, opowiadali mu o problemach z rodzicami i przyjaciółmi, o pierwszych miłościach i rozczarowaniach. Podczas tych rozmów Stuart poznał tak szczere i intymne fakty z ich życia, że czuł wyrzuty sumienia na myśl o tym, że niedługo opuści swoich uczniów na zawsze. Kim będą ci młodzi ludzie za dziesięć lat – pod koniec czerwca 1981 roku – komu uda się zrealizować plany, złapać w ręce odrobinę szczęścia, kto odważy się wyjechać z tego śpiącego przez większą część roku miasteczka?

Myśli Stuarta przerwały dźwięki piosenki „Climb every mountain” i mimo, że nie lubił tej patetycznej, zbyt często słyszanej piosenki z musicalu, musiał w duchu przyznać, że jej słowa oddają wszystko to, czego życzył młodym ludziom w dniu, w którym zaczynają dorosłe życie.

Młodzież przygotowała dyplomy dla nauczycieli, których chciała szczególnie wyróżnić. Był wśród nich dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia, dyplom dla najbardziej sprawiedliwego nauczyciela i dyplom dla najbardziej lubianego, który wręczono Stuartowi przy dźwiękach jego piosenki „How long is soon”, śpiewanej na scenie przez jego czterech byłych uczniów. Ta prosta, wpadająca w ucho melodia – pierwszy sukces muzyczny Stuarta będzie przez wiele lat trwałym śladem jego pracy w tej szkole.

Dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia wręczono nauczycielowi angielskiego – Williamowi. Stuart nieraz zastanawiał się, jak temu cichemu, niepozornemu młodemu mężczyźnie udało się dotrzeć do młodzieży i zainteresować ją literaturą. Może w chwili, kiedy stał przed klasą i cytował zdania z tysięcy przeczytanych przez siebie książek albo recytował wiersze, zmieniał się w inną osobę? Stuart z zaskoczeniem zobaczył swoją młodszą siostrę Eve w towarzystwie Williama, byli tak zajęci rozmową i zapatrzeni w siebie, że uczucie, które ich łączyło nie było dla nikogo zagadką. Co ten chudy, nieśmiały chłopak w drucianych okularach, tak niepozorny i cichy, że Stuart przez cały okres pracy w szkole, zamienił z nim jedynie kilka słów, znalazł w jego siostrze? Jak mogły się zejść dwie tak bardzo oddalone od siebie planety – ten delikatny, nieobecny duchem chłopak, który przedkładał świat książek nad świat ludzi i głośna, dominująca, wiecznie narzekająca i bardzo przyziemna Eve? O czym potrafili godzinami rozmawiać, czym zafascynowała go ta pełna żalu do życia, losu, rodziców, Stuarta i Kate, nienawidząca swojej pracy w szpitalu i nieufna wobiec ludzi kobieta?

Z inicjatywy Williama powstało w szkole prężnie działające kółko teatralne, wystawiające sztuki Szekspira na plaży. Spektakle ściągały w lecie tłumy turystów, a za zarobione na biletach wstępu pieniądze uczestnicy kółka sfinansowali swój kilkudniowy pobyt w Londynie i zastąpili prowizoryczne, uszyte ze starych ubrań i firan kostiumy i dekoracje nowymi rekwizytami. Patrząc na swoją zatopioną w rozmowie z Williamem siostrę Stuart zrozumiał nagle, dla kogo matka spędzała teraz godziny przy maszynie do szycia.

Jego rodzinny dom zmienił się w ostatnich miesiącach nie do poznania – świeżo pomalowane ściany i nowe meble wprowadziły przytulną atmosferę, na ścianie w kuchni zawisł arkusz brystolu ze zdjęciami wszystkich członków rodziny i słowami „Każdy dzień jest jak nowe życie”. Rodzice coraz częściej wybierali się na długie spacery nad morzem, z których wracali trzymając się za ręce – matka odnajdywała siebie sprzed załamania nerwowego.

Dzień podróży do Australii zbliżał się wielkimi krokami, w dwa dni przed odlotem Stuart przyjechał do Londynu. Zatrzymał się u Stuarta-seniora i Briana. Wieczorem dołączyła do nich Kate i wspólnie spędzili kilka godzin na zakupach. W drodze do Londynu Stuart układał w głowie odpowiednie słowa, którymi chciał podziękować wujkowi i jego partnerowi za wieloletnią pomoc. Ale kiedy przyszedł ostatni wspólny wieczór przed odlotem, wszystkie ułożone w głowie słowa brzmiały tak patetyczne i wyobrzymione, że powiedział tylko: „dziękuję za wszystko”, myśląc równocześnie o tym, o ile łatwiej wymawia się rzeczy mało istotne, czy też słowa pełne gniewu i złości.

Do odlotu zostały jeszcze dwie godziny, Stuart z nudów obserwował współpasażerów podróży i młodą dziewczynę, blokującą od dłuższego czasu budkę telefoniczną, przez ściany kabiny słyszał jej podniesiony głos, który powoli zaczął zmieniać się w płacz. Gdy zapłakana dziewczyna trzasnęła w końcu słuchawką i wpuściła czekających w kolejce ludzi, Stuart poczuł nagle tak silną potrzebę usłyszenia głosu Ann, że jak w transie ustawił się na końcu kolejki. Tak bardzo chciał jeszcze raz, chociaż przez chwilę usłyszeć jej głos. Głos, od którego niedługo będą go dzielić tysiące kilometrów. Po trzecim sygnale usłyszał „Ann Warren” i jej oddech w słuchawce. „Ann Warren, kto mówi?”, a po chwili „Odkładam słuchawkę, proszę zadzwonić jeszcze raz, bo nic nie słychać””.

Teraz Stuart był gotowy do podróży na inny kontynent.

Sydney

Sydney przyjęło go przejmującym chłodem i deszczem – dlaczego właściwie był pewny, że w Australii zawsze świeci słońce, a ludzie chodzą do biur w krótkich spodenkach i T-shirtach? – Jak niewiele wiedział o kontynencie, który będzie teraz jego domem. Na lotnisku rozpoznał w tłumie Iana, trzymającego w ręku kartkę „Welcome home”. Jego przyjaciel w ogóle się nie zmienił w ciągu minionego roku – ta sama poskręcana czupryna i uśmiech, którego nie można nie odwzajemnić.

Mały pokoik Iana w schronisku młodzieżowym na George Street z piętrowym łóżkiem i wspólną dla całego piętra kuchnią i łazienką na korytarzu stał się domem Stuarta na następnych kilka miesięcy pobytu w Sydney. Pierwsza noc w nowym mieście minęła na piciu przywiezionego z Londynu ginu i opowiadaniu o minionych miesiącach. Ian zorganizował pierwszy koncert Stuarta, który miał się odbyć już za tydzień w klubie oddalonym zaledwie o kilka domów od schroniska – miejscu, które zdaniem Iana było jednym z najlepszych adresów w Sydney, prawdziwą kuźnią talentów.

Kolejnych kilka dni Stuart spędził na uregulowaniu spraw pobytowych, podczas wizyty w urzędzie zatrudnienia dowiedział się, że ze swoim dyplomem znajdzie bez problemu pracę nauczyciela w każdym zakątku Australii, ale to na razie nie było dla niego żadną opcją.

W trzeci dzień pobytu zaczął szukać sklepów z gitarami. Chodząc godzinami po ulicach Sydney, tak podobnych do zakątków znanych mu z Londynu, że gdyby nie inna roślinność i unoszący się w powietrzu zapach morza, myślałby, że wciąż tam jest, udało mu się kupić nową gitarę. Siadł na ławce w Ogrodzie Botanicznym i zagrał na niej kilka akordów, które przerwał nagle odgłos przypominający głośny, szyderczy śmiech. Śmiech tak przeraźliwy i przypominający mu o strachu przed niepowodzeniem, że długo nie mógł się uspokoić. Dopiero kiedy zobaczył siedzącego na drzewie nieznanego ptaka, przypomniał sobie, że to kukabura, kukabura chichotliwa.

Knajpa, bo trudno ją było nazwać klubem, w której odbył się pierwszy koncert Stuarta, była zadymionym i świecącym pustkami lokalem i po jednoznacznym spojrzeniu, które Ian wymienił z kelnerką, Stuart zrozumiał, że padł ofiarą wiecznego optymizmu przyjaciela, a kontakty w scenie muzycznej Sydney były po prostu kolejnymi wpisami w notesie jego zdobyczy. Mimo to koncert skończył się sukcesem, Stuart musiał kilkakrotnie bisować i pod koniec wieczoru doszedł do wniosku, że nawet przy niewielkim zarobku to wcale niezły początek. Z honorarium w wysokości 100 dolarów musiał zgodnie z umową oddać 30 Ianowi za jego „kontakty”. W miarę upływu tygodni Stuart miał więcej występów w knajpach, a w rekordowym szóstym tygodniu zarobił 600 dolarów (z czego 200 należało do Iana). Powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, jak daleka jest jeszcze droga do sal zapełnionych tysiącami słuchaczy. Przywiezione z Walton oszczędności starczą jeszcze tylko na kilka miesięcy, ale coś trzeba będzie zmienić w życiu, tym bardziej, że denerwował go pokój z piętrowym łóżkiem i brak miejsca, w którym mógłby ćwiczyć i komponować.

Cdn.

Fotografie

Andrzej Rejman

Smoleńsk, katastrofa samolotu i portrety…

Sierpień to nie tylko miesiąc Powstania, ale też półmetek wakacji, sezon wypoczynku i skupienia się na czytaniu, oglądaniu, wspominaniu.

Wbrew dosyć oczywistej (w 2016 roku), wydawałoby się sugestii w tytule co do treści niniejszej refleksji – dziś będzie krótka impresja o fotografii.

Wszyscy w rodzinie lubili robić zdjęcia. W dzisiejszych czasach nie jest to już zajęcie wymagające jakichś specjalnych zabiegów, ale kiedyś trzeba było mieć odpowiedni sprzęt, potem żmudnie zdjęcia wywołać itp.

Niektóre ze zdjęć z tamtego okresu są niezwykle czytelne, dokładne i wyraziste. Widać najmniejsze źdźbła trawy, tafla wody – jak prawdziwa, szczegóły doskonale widoczne.

Dziś przedstawiam kilka zdjęć które wpadły mi “w oko”, przy przeglądaniu szuflady z archiwaliami rodzinnymi.

Jedno z nich podpisane: Smoleńsk 1912 fot S.H. zostało zrobione z pociągu przez Stanisława Doktorowicz-Hrebnickiego

fot_1._._Smolensk._Widok_z_pociagu_1912_fot_Stanislaw_Do

Prawdopodobnie St. Hrebnicki udawał się z Moskwy do domu swoich rodziców w Raju (północno-wschodnia Wileńszczyzna), i zrobił zdjęcie z okna pociągu.

fot_2_szybowiec_po_katastrofie_przy_ul_Rakowieckiej

Podpisane na odwrocie: katastrofa szybowcowa przy ulicy Rakowieckiej (fot St. Doktorowicz- Hrebnicki)

Znalazłem w Internecie coś na ten temat:

http://warszawa.fotopolska.eu/74677,foto.html

Jak wynika z opisu w dniu 4 VI 1936 r. w Warszawie szybowiec Akademickiego Aeroklubu, holowany przez samolot, podczas przelotu nad miastem na wysokości 400 m uległ katastrofie z powodu oderwania się części skrzydła i runął na dach budynku koszar I pułku artylerii przeciwlotniczej przy ul. Rakowieckiej, rozbijając się. Pilot szybowcowy Edmund Szatkowski, student politechniki warszawskiej, poniósł śmierć.

Hrebniccy mieszkali wtedy przy Rakowieckiej 4, nieopodal znajdowało się lotnisko na Polu Mokotowskim.

W “Wikipedii” czytam:

Po odzyskaniu niepodległości już w roku 1919 to na tym lotnisku tworzył się zalążek polskiego lotnictwa wojskowego, przemysłu lotniczego i instytutów badawczych związanych z lotnictwem. Już w 1918 planowano zlikwidowanie lotniska, które znajdowało się w granicach miasta i ograniczało jego rozwój na rzecz lotnisk sportowego na Bielanach, wojskowego na Okęciu i komunikacyjnego na Gocławiu.

Od 1920 z lotniska mokotowskiego odbywały się regularne loty pasażerskie (towarzystwa: “Franco Rumaine”, “Aerolloyd”, “Aerolot” i ostatecznie PLL “LOT”), a w 1929 tu powstał polski przewoźnik Polskie Linie Lotnicze “LOT”, od 1930 oficjalnie przyjęty do IATA z kodem LO. Odbywały się stąd początkowo regularne loty międzynarodowe do Bukaresztu, później do Aten, Bejrutu i Helsinek. W 1927 założono tu Akademicki Aeroklub Warszawski.

***
Na koniec trzy piękne zdjęcia portretowe zrobione przez znanego fotografa Stefana Zyberk-Platera, znajomego rodziny Stankiewiczów, przedstawiające Helenę z Zanów Stankiewiczową oraz jej męża Kazimierza.

Helena foto3-4

Helena z Zanów Stankiewiczowa

fot_5._Kazimierz_Stankiewicz_maz_Heleny_fot_S_Zyberk_PlaKazimierz Stankiewicz mąż Heleny

W “Wikipedii” czytamy o autorze zdjęć:

Stefan Plater-Zyberk (ur. 31 lipca 1891 w Kurtowianach, gub. kowieńska, zm. 9 lutego 1943 w Auschwitz-Birkenau) – fotografik, artysta malarz. Syn hr. Ludwika Wiktora i Teresy Marii hr. Zamoyskiej. Ukończył gimnazjum w Wilnie. Podjął studia na Wydziale Architektury Politechniki Ryskiej (1912-16), w trakcie których został przyjęty do korporacji akademickiej Arkonia. Dyplom uzyskał na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
W latach 1919-20 był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej w Kownie, więzionym następnie przez władze litewskie. 22 czerwca 1934 poślubił Hannę Krystynę Gacką. Podczas II wojny światowej aresztowany przez Gestapo i przewieziony na Pawiak. Po śledztwie, 17 stycznia 1943 r. wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Rozstrzelany, zginął 9 lutego 1943 roku.

c.d.n.

Kangur na śniegu

Lech Milewski

Znak

Podobne znaki można często spotkać przy australijskich drogach, choćby ten…

Znak

Jednak ten z mojej kolekcji jedzie na nartach.

Narty w Australii?
Oczywiście. Pewnie niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w Australii powierzchnia pokryta w zimie śniegiem jest większa niż Szwajcaria.

Wkrótce po osiedleniu się w Australii zorientowaliśmy się, że sporo osób ze “starej” emigracji uprawia narciarstwo. Polski klub narciarski Tatry był jednym z pierwszych w Mt Buller, najpopularnieszym resorcie narciarskim w stanie Wiktoria…

Tatry
Proszę kliknąć w zdjęcie aby dowiędzieć się więcej o klubie.

Narty w Australii…
Dla nas, przyzwyczajonych do długiego czekania na wyciągi narciarskie w Polsce, zdecydowanym plusem była duża ilość wyciągów.
Minusów jest dużo wiecej.
Dojazd, najbliższy Melbourne Mt Buller to ponad 200 km samochodem. Ostatnie 20 km to górska droga, na której prawie zawsze trzeba zakładać łańcuchy na koła.
Krótkie zjazdy. To zrozumiałe – szczyt Mt Buller leży na wysokości 1.800 m, śnieg rzadko utrzymuje się na wysokościach poniżej 1.700 m.
Kapryśna pogoda. W dzień temperatury w górach są często dodatnie. To powoduje intensywne parowanie śniegu. Rezultatem są częste mgły.
Jednak pozostaliśmy wierni tradycji i prawie każdej zimy spędzaliśmy kilka dni na nartach.

W lipcu któregoś tam roku wypadły moje 50 urodziny.
– Urodziny, powiedz kogo chciałbyś zaprosić – przypominała żona – urządzimy przyjęcie.
– Czy mógłbym obchodzić te urodziny tak, jakbym chciał?
– O tym właśnie mówię. Zaprosimy gości, urządzimy przyjęcie.
– Ale czy mogłbym obchodzić TE urodziny tak, jakbym chciał?
– ????
– Wezmę tydzień urlopu i pojadę na Mt Buller na narty. Wy dojedziecie do mnie w piątek z urodzinowym tortem. Gośćmi urodzinowymi będą osoby, które w tym dniu będą w Tatrach.

I tak właśnie się stało.
Wypożyczyłem narty, kupiłem bilet na wyciąg na cały tydzień. Następnego dnia przyszła mgła i silna wichura, wyciągi zamknięte. Zwrócili mi pieniądze za bilet. Poszedłem do wypożyczalni oddać narty.
– Może wymienisz je na narty terenowe (touring skis)? – zaproponowali.
– A gdzie ja na nich będę jeździć?
– Wszędzie – padła prorocza odpowiedź.

Wypożyczyłem. Następne trzy dni spędziłem włócząc się na nartach po lesie.
Było cicho…

Cicho

pięknie…

Pięknie

suto zastawione stoły…

Stoły

W piątek wróciło słońce, dojechała rodzina z tortem, urodzinowi goście dopisali. Weekend spędziliśmy na nartach zjazdowych, ale niepokój został zasiany. Przypomniała mi się dziecięca fascynacja wyprawami Nansena i Amundsena, opowieści Matki o pobytach Rodziców w Zakopanem…

Zakopane 1939Wkrótce wsponienia nabrały realnego charakteru – dowiedziałem się, że w górskiej osadzie Falls Creek, w ostatnią sobotę sierpnia rozegrany został międzynarodowy maraton narciarski – Kangaroo Hoppet – KLIK. Co więcej, drugie miejsce w tym wyścigu zajęła polska narciarka – Dorota Dziadkowiec (*).
Postanowiłem wrócić do tematu w następnym sezonie narciarskim.

Ani się spostrzegłem, a nadszedł kolejny sierpień. 42 kilometry na nartach? To przekraczało moją wyobraźnię, na szczęście organizatorzy oferowali również wyścigi na dystansach 21 km i 7 km.
Zdecydowałem się na 21 km, w wyprawie towarzyszyła mi córka – Ania – na dystansie 7 km. To już zdjęcie na mecie…

lechaniameta

Narty wypożyczone. Strój narciarski jak się patrzy – czapka marusarka, flanelowa koszula, wełniana kamizelka, wełniane rękawiczki, tylko spodnie musiałem dokupić.

Wyścig był dla mnie zupełnym zaskoczeniem – idealnie przygotowane trasy, narciarze w kolorowych strojach z tworzyw sztucznych, na dodatek wiele osób jechało na nartach jak na łyżwach. Wydawało mi się to dziwne jednak jechali zdecydowanie szybciej niż narciarze tradycyjni. Jednak przekrzywiona czapka niezbicie dowodzi, że i ja jechałem bardzo szybko.
Wyścig na dystansie maratońskim wygrali Szwajcarka i Norweg – powiało wielkim światem.
Przy okazji odszyfrowałem dziwną nazwę wyścigu – Kangaroo Hoppet.
– Co znaczy Hoppet?
Okazało się, że nasz wyścig należy do serii międzynarodowych maratonów narciarskich – WorldLoppet – KLIK. Loppet znaczy po szwedzku trasa – w domyśle narciarska. W Australii takie słowo z niczym się nie skojarzy, co innego hoppet – kangurzy skok.

Maratony w Szwecji, Włoszech, Kanadzie, Japonii – poczułem, że mi rośnie apetyt na narciarstwo.
Tak się dziwnie złożyło, że swój pierwszy maraton narciarski przebiegłem we Włoszech, już na nartach łyżwowych. Siedem miesięcy później powtórzyłem ten wyczyn w Australii…

Hoppet 94Ania i Michał wystartowali na dystansie 21 km…

Hoppet AniaHoppet Michał
Podczas tego wyścigu w południe temperatura przekroczyła +10 C. W kolejnych latach różnie bywało. Czasem słońce, czasem mgła i śnieżyca…

Hoppet słońce Hoppet mgła

Kangaroo Hoppet to jeden z nielicznych wyścigów narciarskich, który nigdy nie został odwołany. Przyczyna jest oczywista – nie można zrobić zawodu narciarzom, którzy przybyli z tak daleka na narty do Australii. Administracja WorldLoppet jest wyrozumiała, przymyka oczy, gdy trasa maratonu jest znacznie krótsza niż oficjalne minimum – 42 km.

Na zdjęciu w mgle widać polskiego orzełka na moim skafandrze, na zdjęciu w słońcu na mojej prawej nodze są sylwetki kangurów. To znak, że wyruszyłem na międzynarodowe trasy. Seria Worldloppet liczyła wtedy 14 wyścigów, każdy w innym kraju. Zawodnik, który ukończył 10 z tych wyścigów otrzymywał tytuł Worldloppet Master i piękny medal…

Medal

Dwa kolejne sezony i ja rówież stałem się posiadaczem takiego medalu.
Odpowiedź, że na nartach terenowych można jeździć wszędzie, określiłem jako proroczą. Mnie te narty zawiodły aż do 16 krajów.

Każdy wyścig z serii Worldloppet to była osobna przygoda. Oficjalnie występowałem jako Australijczyk, ale w USA rozpoznali mnie po akcencie i, jako jedynego Polaka, poprosili o wystąpienie w paradzie otwarcia…

Polak w USA

Oczywiście co roku brałem udział w Kangaroo Hoppet. Któregoś roku na pełnym maratońskim dystansie towarzyszyli mi Ania, Michał i mój zięć Peter.

Na zdjęciu otwierającym ten wpis widać, że główny kangur upstrzony jest małymi kangurkami – 12 znaczków otrzymanych za ukończone maratony.
Tylko 12, trzynastka była pechowa. Pogoda była paskudna – mgła, ciepło, popadywał deszcz, narty słabo się ślizgały w torach wypełnionych wodą. Mimo to byłem pewien, że powoli dojadę do mety. To organizatorzy nie wytrzymali. Właśnie mijałem punkt kontrolny gdy huknął piorun a z nieba polały się strumienie wody – STOP – przerywamy wyścig.
Nie oponowałem, za rok będzie kolejny. Nie było, tym razem zdrowie zaprotestowało.

Jednak w międzyczasie zdołałem zaliczyć wszystkie wyścigi w serii Worldloppet i na dodatek nasz polski Bieg Piastów, który wtedy jeszcze nie zaliczał się do tej serii.

Znowu sierpień, Kangaroo Hoppet odbędzie się po raz 26. Mnie pozostały już tylko wspomnienia.

* Na zlinkowaniej we wpisie stronie wikipedii podani są zwycięzcy/zwyciężczynie wszystkich Hoppetów, Doroty Dziadkowiec tam brak. To błąd, pamiętam doskonale ówczesne relacje prasowe, zresztą rozmawiałem z nią na ten temat osobiście. Również oficjalna strona wyścigu potwierdza jej drugie miejsce – KLIK.

Rowery i rowerzyści

Ewa Maria Slaska

… czyli obyczaje ludu polskiego w drugiej dekadzie XXI wieku

Rower, jak wiadomo, jest środkiem komunikacji, rozrywką, sportem, zabawką, obiektem szpanowania i sposobem na zdrowie, rower zapewnia życie zrównoważone ekologicznie, szczupłą sylwetkę, oszczędność w wydatkach na komunikację miejską… Myślę, że można by dalej wyliczać. W styczniu, z wypowiedzi ministra Waszczykowskiego, dowiedzieliśmy się, że rower to symbol orientacji politycznej, a przy tej okazji znawcy przypomnieli, że już przed wojnami, drugą i pierwszą, tak było i cykliści a dokładniej, jak twierdzili Słonimski i Tuwim, masoni, Żydzi i cykliści, odpowiadali za mnóstwo rzeczy, które dla konserwatysty były obrzydliwością. Zresztą jak w Biblii, że przypomnę mój ulubiony fragment z Księgi Kapłańskiej:

Spośród ptaków będziecie mieli w obrzydzeniu i nie będziecie ich jedli, bo są obrzydliwością, następujące: orzeł, sęp czarny, orzeł morski, wszelkie gatunki kani i sokołów, wszelkie gatunki kruków, struś, sowa, mewa, wszelkie gatunki jastrzębi, puszczyk, kormoran, ibis, łabędź, pelikan, ścierwik, bocian, wszelkie gatunki czapli, dudek i nietoperz.

Bardzo lubiłam zasadę, że nie wolno jeść dudka, i dopiero po latach dowiedziałam się, że to dlatego że dudki wydzielają jakąś smrodliwą substancję, a nie dlatego że ładne i że każdy dudek ma swój czubek. Ministra Waszczykowskiego niewątpliwie cała Polska zaliczyła do czubków i na pewno nie będziemy go jeść. W noworocznym wywiadzie dla niemieckiego Bilda szef polskiego MSZ w trzech zdaniach załatwił nas wszystkich, bo nawet jeśli ktoś, jak ja, nie jeździ na rowerze, to na każdego z nas znalazł się jakiś haczyk, a nawet hak:

Poprzedni rząd realizował w mediach określony lewicowy program. Tak jakby świat według marksistowskiego wzorca musiał automatycznie rozwijać się tylko w jednym kierunku – nowej mieszaniny kultur i ras, świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i walczą ze wszelkimi przejawami religii. To ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami.

Internet i życie polityczne zakotłowały się od rowerów, wiatraków energetycznych i marchewek.
Ostatnio  rower znowu wrócił na arenę polityczną. Postanowiono bowiem, jeżdżąc na rowerze, zaprotestować przeciw temu, że pani Premier nie opublikowała wyroku Trybunału Konstytucyjnego:

Podobno termin 150 dni mijał szóstego sierpnia, w każdym razie to w tym dniu zorganizowano akcję nazwanę: 150 dni – CAŁY ŚWIAT LICZY.  A KOD_LA ocenił ją jako akcję ogólnoświatową a nawet galaktyczną:

Rozważamy zmianę nazwy CAŁA GALAKTYKA LICZY. Nie dajmy się ciemnej stronie mocy i niech moc będzie z wami.

Protestujący KODerzy po zakończonej akcji na tle Ambasady RP w Berlinie, 6 sierpnia 2016 roku.

Ja też tam byłam, nie jeździłam wprawdzie na rowerze, bo, jako się rzekło, nie umiem, ale liczyłam okrążenia i jako pierwsza gratulowałam temu, kto wykonał 150 rundę czyli redaktorowi Tyblewskiemu z audycji polskiej radia Funkhaus Europa.

Łukasz Szopa z KOD_Berlin tak opisał ten ewent:

Dziś w ramach wspólnej akcji “150 dni PRZEKROCZENIA terminu publikacji wyroku TK” KOD Berlin zorganizował pod Ambasadą RP w Berlinie akcję protestacyjną “150 RUND ROWEREM wokół ambasady!”
Przybyło około 20 osób, w tym ponad połowa rowerzystów (dzięki za pomysł panie Waszczykowski!), by pokazać, że Polacy wcale nie zapomnieli, iż rząd RP i odpowiedzialna za to pani premier Beata Szydło od 150 dni łamie konstytucję nie publikując wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 9 marca 2016.
Pogoda dopisała idealnie (nie za ciepło, około 20 stopni, chmurki, chwilami kilka kropelek orzeźwiającego deszczyku), i wspólnie wzięliśmy się za okrążenia wokół ambasady (jedno około 800 m – jak wyliczyła uprzejma berlińska policja), razem, solidarnie, ale niekoniecznie jako peleton, by wspólnie zaliczyć 150 okrążeń.
Każde zaliczone przez rowerzyst(k)ę okrążenie honorowane było legendarnym już dzwonkiem w rękach Ewy, podczas gdy skrupulatna Ela dokładnie liczyła okrążenia. Czasami co aktywniejsi rowerzyści mijając budynek ambasady wołali “BEATA DRUKUJ!”, “NASZ TRYBUNAŁ – WASZ PREZES!” albo też “TRYBUNAŁ STANU TO NIE WCZASY!”
Po około godzinie udało się, usłyszeliśmy finalne “Sto pięćdziesiąt”, gdy Jacek z radia Funkhaus Europa minął ambasadę.

DZIĘKUJEMY WSZSTKIM, BYŁO MIŁO, ZDROWO, A PRZEDE WSZYSTKIM BYŁO TO WAŻNE!!!

Tak, zgadzam się, było słodko i miło, tak słodko i miło, że mi na czas jakiś odebrało rozum… Ale, póki co, mój rozum zawsze posłusznie wraca na posterunek i wali mnie po głowie (i niestety po niewczasie) za sentymentalizm, głupotę i płochą skłonność do tego, żeby było słodko i miło. Goyi to się potwory budziły, gdy rozum spał, trzeba uważać, kiedy “słodko i miło” też okaże się monstrum.

Takich sytuacji, żeby było “słodko i miło” tworzyliśmy w ostatnich miesiącach wiele – pikniki, pikiety, dowcipy, teatr, piosenka, groteska… Poczucie humoru jako środek protestu, sałatka z serem feta i sernik, żaba i szczur na głowie…

 

Tak tak, nie wypieram się, też tam jestem czy też, jeśli tylko mogłam, też tam byłam. Widać gołym okiem. I zawsze byłam zdania, że nawet jak jest nas mało, to jednak dajemy znak. Opowiadamy się. Przypominamy. Widać nas. Miałam nawet ulubionego KODera, który podczas pierwszej KODowskiej demonstracji stanął w grudniu 2015 SAM przed ambasadą RP w Portugalii! Nazywa się Kamil Otto Walter-Popławski.

A jednak… Mea culpa. Nie pomyślałam PRZED, pomyślałam dopiero PO! Zawsze myślę do piero PO, nie jestem, obawiam się, Prometeą, ale niestety – durną Epimeteą.

A teraz moje argumenty do dyskusji z tą beznadziejną Slaską, która lubi, żeby było “słodko i miło”, i jeszcze na dodatek dowcipnie, sformułowane PO akcji przed Ambasadą RP 6 sierpnia.

  1. Wyjaśnienie, dlaczego to robimy było dość pokrętne. 150 dni NIE publikowania, które miały oznaczać, że należy się mandat za przekroczenie – jednak w domyśle prędkości a nie dni – to konstrukcja myślowa trudna do wyjaśnienia. Poczułam to najlepiej, gdy trzeba było sens tego, co robimy, wytumaczyć i przetłumaczyć Niemcom. Tłumacz zawsze wyłapuje błędy logiczne wypowiedzi! Nie ma innego wyjścia, bo póki nie zrozumie logiki, nie wie, co tłumaczyć…
  2. Akcja była bez sensu, bo jaki sens ma żądanie od rządu RP, by opublikował wyrok Trybunału Konstytucyjnego sprzed pół roku, skoro w międzyczasie, chyłkiem, pomiędzy szczytem NATO a Światowymi Dniami Młodzieży, 30 lipca i ten rząd, i ten prezydent uchwalili i podpisali nowa uchwałę o TK?
  3. Wszystkie nasze akcje, nie tylko te z założenia małe, śmieszne i prześmiewcze, ale i te duże i poważne, poprawiają nam humor i przypominają wprawdzie światu (a nawet galaktykom), że o coś nam chodzi i mówimy NIE, ale w samej POLSCE niestety nie mają najmniejszego znaczenia. Podobnie jak opinie Komisji Weneckiej i Unii. Pies szczeka, karawana idzie dalej.
  4. Karawana idzie dalej i jest coraz gorzej, coraz więcej brei, budyniu i kisielu.
  5. To oznacza, że trzeba się brać za inne metody. Myśleć, tworzyć teorie i scenariusze, ale też formować zalążki siatek konspiracyjnych i edukacyjnych. Nie tygodniami formułowane manifesty o tym, że ważna jest dla nas edukacyjna przestrzeń wolności, tylko pragmatyczne i obowiązujące ustalenie zasad działania: jak wybierać młodych ludzi, pracowników, urzędników? jak ich kształcić? CO im mówić? Praca u podstaw. Praca organiczna. Konspiracja. Bibuła. Latający uniwersytet. Wszechnica obywatelska. Nowy drugi i trzeci obieg, i to nie (tylko) internetowy, bo internet można zlikwidować jednym ruchem ręki (patrz Chiny). Inne pozainternetowo-komórkowe sposoby komunikacji.
  6. Ale to wszystko nic w porównaniu z najgorszą naszą winą, jaka stała się naszym udziałem podczas tej słodkiej i miłej akcji rozrywkowej. TURCJA! TURCJA!
    Od wielu miesięcy trąbimy o podobieństwach między Erdoganem, Orbanem i Kaczyńskim, a to, jeśli nie ma być tylko retoryką, oznacza, że uważamy, iż zaostrzanie kursu antydemokracyjnego i ograniczanie wolności obywatelskich, jest groźne i prowadzi do KATASTROFY.
    W Turcji ta katastrofa się zdarzyła, tysiące opozycjonistów gniją w więzieniach, dzieją się gwałty, tortury i bezprawie. Dla PiSu nadzwyczajna gratka, bo wygrał na punkty nie czyniąc nic. Po prostu doczekał chwili, gdy NASZ argument obrócił się przeciwko nam i odbiera nam część i tak przecież skromnego poparcia społecznego. Ludzie myślą, a jak myślą, to się boją. Póki można było dyskutować o polityce, rowerach i pietruszce z pozycji bezpieczej akcji pod opieką policji, wychodziło na ulice sporo ludzi (sporo, ale nie powalająco dużo!).  Gdy porównywany do Kaczyńskiego dyktator zamęcza opozycjonistów na śmierć, będziemy się bali i będziemy mieli rację… 
    A my NIC!
    A my o Turcji ani słowa. Wstyd!

    A my sobie jeździmy na rowerach…

Reblog: Lato 1980.

Radek Wiśniewski

Trans. Między apatią a apostazją.

– Kto był na mszy w niedzielę, ręka w górę – wydał polecenie ksiądz Wania, nazywany tak chyba dlatego, że często dostawał kolorów na policzkach i wyglądał wtedy jak rasowy, rosyjski mużyk z wiechciem jasnych włosów na czubku czaszki oraz kwadratową szczęką. Wszyscy na wszelki wypadek podnieśli ręce poza Benkiem. Benek siedział nieporuszony i tylko tik lewego oka zdradzał, że bardzo, ale to bardzo się boi. Benek jednak bał się całymi dniami, banie się było jego podstawowym zajęciem, a lęk podstawową formą istnienia, od której czasem się uwalniał popijając z żulami piwo albo wino na placu zabaw nad Odrą, a robił to od kiedy odkrył kojącą moc bełta, czyli od połowy szóstej klasy. W szkole bał się bo nigdy nie był przygotowany na nic poza bitką, względnie odbieranie wpeirdolu gdy siły były wystarczająco nierówne, a nierówne były zazwyczaj, bo nikt nigdy nie stawał po jego stronie, a bicie jednego w raźnej grupie zawsze było fajniejsze niż stanie z boku. Po szkole bał się, bo czuł, wiedział, że nie zdoła się przygotować na kolejny dzień do szkoły, nawet gdyby przeszedł jakiś osobowościowy przełom i tu oraz teraz usiadł z mocnym postanowieniem by nadrobić wszystkie zaległości od pierwszej chwili, kiedy przekroczył próg szkoły. Zapewne było to niemożliwe, dlatego właśnie, że jego nieprzygotowanie do konkretnej lekcji sięgało wiele, wiele lat wstecz, prawdopodobnie właśnie do tej pierwszej chwili kiedy przekroczył próg szkoły. Ale i to nie było najgorsze. Najgorsi byli wszyscy kochankowie jego mamy, rodzącej co dwa-trzy lata kolejne rodzeństwo Benka, a mimo to zachowującej widać jakiś specyficzny powab i wdzięk dla kolejnych gachów, których wymieniała w tempie jednego na rok. Niestety wszyscy oni bili Benka i bili jego Mamę, więc pomimo tego, że ostatecznie od kolejnych kłopotliwych kochanków uwalniała się raz za razem, nic się nie zmieniało w świecie Benka. Był bity, a matka była zawsze zajęta kimś lub czymś innym co było zapewne w jej mniemaniu poszukiwaniem szczęścia, zaś jej szczęście jej samej wydawało się mocno sprzężone ze szczęściem jej syna i całej czeredy młodszego rodzeństwa. Była to oczywista nieprawda, bowiem było za późno by nawet największe szczęście na jakie mogli liczyć mogło zatrzymać Benka w jego powolnym, jednostajnym ruchu w kierunku życiowej przepaści, a jemu samemu zostawały huśtawki opodal plebanii nad Odrą, park wokół starej fosy, kolejne ławki wokół stadionu miejskiego i coraz więcej taniego, słodkiego wina. Benek czuł i wiedział, że w jego wypadku istnieje coś takiego jak przeznaczenie lub los i poddawał się mu bez oporu, aczkolwiek z rosnącym lękiem i bezradnością. Wiedział o tym Benek i wszyscy naokoło. Nikt zatem nie zdziwił się zatem, że brakowało tej jednej podniesionej ręki, ręki Benka. Tak samo jak nikt się nie zdziwił, że ten brak zwrócił uwagę księdza Wani.

– Chodź no tutaj Tomkowski – ksiądz Wania schylony do tej pory nad dziennikiem wyprostował się i oparł wygodnie na krześle. Widać to było wyraźnie, bo szerokie biurko katechety stało na niewielkim podwyższeniu na lewo od tablicy.
– Ale po co? – zapytał Benek zaczepnie jakby próbował jednak jakoś się obronić, przed tym co musiało nadejść nieuchronnie – bo co, bo nie podniosłem ręki? Nie podniosłem bo nie byłem, to przynajmniej nie kłamię.
– Pozwól no tutaj, pozwól – lodowato spokojnym głosem powtórzył polecenie ksiądz i oparł szerokie, mięsiste dłonie o krawędź stołu. Benek niechętnie podniósł się z ławki na końcu salki katechetycznej i powoli po trzeszczących deskach ruszył w stronę podestu z biurkiem. Kiedy stał już obok podestu ksiądz pokazał gestem, że ma wejść na podest. Nie było tam dużo miejsca, biurko zajmowało większość podestu, więc ktokolwiek by na nim stanął wisiał piętami poza podestem.
– Opowiesz nam wszystkim Tomkowski dlaczego to nie byłeś na mszy? – zapytał z wystudiowanym spokojem ksiądz Wania.
– Bo nie i już, nie zawsze mogę być, nawet jakby chciał być.
– Myślisz że Pan Bóg to jest chłopiec na posyłki?! – Wania mówił ciągle spokojnie, chociaż czuć było, że rośnie w nim wściekłość, wszyscy to czuli – a może to jest petent dla którego możesz, ale nie musisz znaleźć czasu? Nikt się ciebie gnoju nie pyta czy ty chcesz, czy możesz! Rozumiesz?! To obowiązek jest! I masz być co niedziela!

Twarz Benka nie wyrażała zrozumienia, tylko psią rezygnację, apatię zwierzęcia, które zna ciąg dalszy sekwencji zdarzeń. To najwidoczniej nie dało satysfakcji księdzu Wani, który pożądał zrozumienia, albo czegoś innego niż wyrażała pociągła, piegowata, okolona rudymi włosami twarz Benka.

– I czego się tak gapisz koniowale?!! – ryknął katecheta – Msza święta to twój zasrany obowiązek kurwi synu, nikt się ciebie nie pyta czy możesz czy nie, masz być i słuchać! Mamusia się puszcza, tatusia nie ma w domu? Bo tak samo jak ty, synu dziwki nie chodzili i nie zawsze mogli! I zamiast chodzić do kościoła uczyli się picia, pierdolenia i palenia i tak samo chowają ciebie! Rozumiesz czy nie?!
– Ksiądz się odczepi od mojej matki – wykrztusił Benek i zrobił się cały czerwony, przez co wydawało się że zanikają piegi na jego twarzy, ale że cała twarz zamienia się purpurowy owal.
– Tyyy psia jucho ty – ksiądz Wania w jednej chwili zamachnął się lewą ręką, która wydawała się wręcz przybita na stałe do stołu i uderzył Benka z całej siły w lewą część głowy, a zrobił to tak gwałtownie i z taką siłą, że Benek bezwładnie poleciał na tablicę, odbił się od niej wzniecając małą kurzawę pyłu kredowego, który podniósł się z korytka pod tablicą i wylądował ostatecznie przed pierwszym rzędem ławek zwyczajowo zajmowanym przez dziewczyny. Czerwony na twarzy a zarazem umorusany kredą leżał dłuższą chwilę na podłodze a dziewczyny z pierwszej ławki nie wiedzieć dlaczego zaczęły się chichrać i dławić udawany śmiech. Ale czujne oko księdza już błądziło gdzie indziej i złowiło natychmiast owalną twarz Piątka.
– Ty, Piątek, taki zadowolony jesteś, wstań no proszę i opowiedz nam jakie były czytania w niedzielę na mszy…

Piątek trafiony celnie zmartwiał, ale po chwili wstał, uśmiechnął się nieśmiało i zaczął:

– No więc było z proroka Izajasza…
– Jeremiasza – szepnął teatralnie Dryla z ławki obok
– Dryla! – wrzasnął ksiądz – chodź no tutaj i ty Piątek też!
Obaj zaczęli posłusznie przeciskać się przez wąskie przejście między ławkami mijając po drodze wracającego Benka rozcierającego sobie lewe ucho, które było napuchnięte i czerwone.
– Ale nas to ksiądz nie będzie bił, co? – zapytał z ironicznym uśmiechem Piątek
– Nieee – uśmiechnął się ksiądz – was nie, chcę tylko się dowiedzieć… bliżej, bliżej – wskazał im to samo miejsce na którym przed chwilą stał z piętami w powietrzu Benek – chciałbym się dowiedzieć, który z was tak naprawdę był na mszy w niedzielę, bo a pewno nie obaj, chociaż obaj podnieśliście ręce…

Odpowiedziało mu milczenie. Dryla stał ze spuszczoną głową, tak jak to miał wyćwiczone ze szkoły, a Piątek patrzył księdzu w oczy, jakby nie wiedział, że wściekłemu zwierzęciu nie wolno patrzyć w oczy bo to je prowokuje.

– Na pewno nie obaj – powtórzył przez zaciśnięte zęby ksiądz Wania – bo czytania były akurat z Koheleta psia wasza mać – i chwycił ich obu za koszulki a potem pchnął z całej siły tak, że wprawdzie nie odbili się od tablicy wiszącej na ścianie po prawej jak Benek ale lecieli po malowanych i wyświechtanych deskach dobre dwa lub trzy metry nie potrafiąc złapać równowagi by wyrżnąć z całej siły plecami i głowami w ścianę jaka była za ich plecami przy cichym ale wystarczająco donośnym chichocie dziewczyn z pierwszej ławki.
– Kto mi powie o czym było kazanie – ksiądz uśmiechnął się przebiegle i jego wzrok padł na ciebie.

Ale w tobie coś właśnie pękało do końca, coś co było już kiedyś mocno poruszone i zetlałe. Może od tego momentu kiedy śmietnik na podwórku nie chciał się mimo twoich gorących modlitw zamienić latem ani zimą w pojazd Załogi G. A może chodziło o coś jeszcze innego, czego sobie nie uświadamiałeś do tej pory. W każdym razie podniosłeś się, nie czekając na wezwanie księdza ale wydostawszy się spomiędzy ciasno zestawionych ławek skręciłeś w lewo, w stronę drzwi wyjściowych z salki, uświadamiając sobie nagle, że cały ten odpustowy stragan przemocy działa tylko dlatego, że ktoś uznaje, że musicie przystąpić do bierzmowania, że jakieś tam rzeczy wydają się niezbędne a wcale takimi nie są. Że oprawca ma w tym wypadku tylko tyle mocy ile sam mu oddasz.

– A ty gdzie?!!! – ryknął ksiądz Wania, tak że poczułeś mrowienie w okolicy pośladków. W pierwszej chwili myślałeś że wyrwie zza biurka i będzie chciał cię dopaść. Odwróciłeś się odruchowo w kierunku zagrożenia i zobaczyłeś, że istotnie uniósł się zza biurka i stał pochylony nad nim ale nie był w stanie cię dopaść. Dzieliło was ładnych kilka metrów, podczas gdy on tkwił za biurkiem i ubrany był w grubą sutannę. Nawet gdyby skoczył przez biurko, raczej by cię nie dogonił.
– A do domu… – odpowiedziałeś głośno i wyraźnie. Ksiądz Wania uniósł brwi a jego kanciasta twarz wyrażała bezbrzeżne zdziwienie.
– Jak stąd wyjdziesz to zapomnij gnoju o bierzmowaniu! – wycharczał – zapomnij o czymkolwiek!
– Tak zrobię – odpowiedziałeś i nacisnąłeś klamkę drzwi, które przecież nie były zamknięte na klucz.

I wyszedłeś, tak jak się wychodzi z kina, sklepu, przychodni lekarskiej, kiedy powód przebywania w danym miejscu przestał być istotny. Na zewnątrz było chłodno. Październik był, może początek listopada, pełno mokrych liści na bruku starego miasteczka, w parkach, niewielkie plamy światła latarni ulicznych, z których nie wszystkie świeciły.

Sierpień

Dziś kolejny tekst o Powstaniu Warszawskim

Andrzej Rejman  

Dzwony Pokoju

ruiny_Warszawy_fot_St_Doktorowicz_Hrebnicki_ze_zbiorow_r

Ruiny Warszawy. Fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, (ok 1947) ze zbiorów rodzinnych – oryginał przekazany dla Narodowego Archwium Cyfrowego

Tekst napisany 1 sierpnia…

Dziś kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Od rana pada silny deszcz. Może do godziny “W” się wypogodzi, jak wcześniej bywało?

Jeśli nie – oznacza to jakąś kolejną zmianę, której doświadczyć musimy.

Mimo ciągłych zmian, które nadają dynamikę światu, zawsze warto jest przypominać rzeczy podstawowe, wręcz banalne. Choćby to, że najcenniejszy, ale też najtrudniejszy do utrzymania, jest pokój między ludźmi.

Ktoś porównał wczoraj atmosferę podczas Światowych Dni Młodzieży 2016 w Krakowie do V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który odbył się w Warszawie w 1955 roku. Różnice są oczywiste, jednak z pewnością atmosfera wśród młodzieży była podobna – radość, entuzjazm, chęć poznania się, pragnienie wolności i pokoju…

Zebrani na obu, oddalonych od siebie o ponad 60 lat, wydarzeniach młodzi ludzie, mieli za sobą świeże doświadczenie wojny w swoim regionie. Spotkali się ze swoimi rówieśnikami, którzy żyli od lat w pokoju i wojnę znali tylko z lektur…

***

Południe. Przejaśnia się. Jest jakaś nadzieja.

Wracam do bohaterów Powstania Warszawskiego.

Antoni Baniewicz – ps. “Wilczyński”, nazywany “Promykiem Plutonu”, poległ ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu.

To jemu matka przez następne lata pisze wiersze, przywołując go w nieustannym apelu poległych…

Jeden z wierszy – zawsze aktualny.

DZWONY POKOJU            

Salina Baniewicz

Hej, rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Ogłoście światu z mocą,
Że już nie chcemy umierać w boju,
Nie chcemy walczyć z przemocą.

Nie chcemy, by bohaterskie orlęta
Znowu daremnie ginęły
Wszak wojnę niedawna każdy pamięta,
Gdy domy i lasy płonęły.

Zgliszcza i gruzy z miast pozostały,
Szerzyło się widmo głodu,
w obozach śmierci miliony konały
Niewinnie, bez powodu.

Porozrzucane na polach kości,
Ziemia – krwią nasiąknięta…
Te barbarzyństwa i potworności –
– Każdy chyba pamięta.

Wiec rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Całemu światu donieście:
Nie chcemy być ofiarami podboju,
Pragniemy spokoju wreszcie.

Pragniemy gorliwie z zapałem pracować
Dla dobra własnej Ojczyzny;
Pragniemy żyć, by tworzyć, budować
I leczyć bolesne blizny.

Chcemy się cieszyć rodzimą przyrodą,
Hojnie darzącą nas chlebem,
Radować się odzyskaną swobodą,
Pod naszym, polskim niebem.

Żeby swe dzieci wychować bezpiecznie,
Na zdrowych, uczciwych ludzi;
Trzeba nienawiść zgnieść ostatecznie,
Sumienie w człowieku obudzić.

Rozkołysane dzwony pokoju,
Niech światu obwieszczą donośnie;
Że z naszej pracy, trudu i znoju,
Pogodna przyszłość wyrośnie

1951

 

Warszawa w sierpniu

Anna Dobrzyńska

Kapliczki

Fenomen warszawskich podwórek. Liche, budowane na prędce, wśród huku spadających bomb… Dawały nadzieję, siłę, ocalenie, poczucie wspólnoty.

kapliczkiKapliczka przy ul. Ząbkowskiej 12. Napis na tabliczce: „O Maryjo, niepokalanie poczęta, módl się za nami”. 1 VIII 1943. Fot. Anna Dobrzyńska

 

 

 

Jak powstawały? Spontanicznie. W obliczu zagrożenia. Były improwizowane. Najwięcej z nich powstawało w czasie okupacji niemieckiej i Powstania Warszawskiego.

kapliczki (5)

Podwórkowa kapliczka, sierpień 1944. Fot. Tadeusz Bukowski / MHW. Zdjęcie pochodzące z broszury „Mieszkańcy Warszawy w czasie Powstania 1944″. http://www.dsh.waw.pl/pl/4_1870

…”Ktoś wystawił stolik, ktoś ustawił obraz Matki Boskiej”… W czasie okupacji samo wyjście na ulicę było niebezpieczne, a każdy kto żegnał, wychodzącego do pracy czy sklepu, bliskiego, liczył się z tym, że widzi go po raz ostatni. Gdy nie wracały do domu dzieci, mężowie, żony, matki, ojcowie, w obliczu godziny policyjnej, ulicznych łapanek i egzekucji, podczas bombardowań – bliscy wraz z sąsiadami gromadzili się wokół obrazu i modlili się. Z czasem prowizoryczne ustawienie obrazu zamieniali na figurę Matki Boskiej. W czasie Powstania Warszawskiego kapliczki pełniły funkcję kościołów. Na podwórka znoszono ciała martwych powstańców i modlono się. Odprawiano Msze Święte, organizowano ceremonie pogrzebowe. W późniejszych dniach powstania już na to nie było ani czasu ani możliwości. Zakopywano ciała jak popadło. Przy kapliczkach ludzie spowiadali się. W obliczu śmierci chcieli, być może ostatni, a być może pierwszy raz, pojednać się z Bogiem. Podwórkowe ołtarzyki były też częstym miejscem udzielania – tzw. ślubów powstańczych. Zadziwiający był fakt, że w sercu szalejącej śmierci i przemocy ludzie się kochali i przysięgali sobie być razem – “dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Takich ślubów było około pięciuset.

Jak wspominają te chwile ci, którzy przeżyli? …“Nastrój podczas tych uroczystości był podniosły ale i zarazem smutny. Jedni ginęli od razu po ślubie, drudzy za chwilę ale zdarzali się też tacy co przeżyli…” Jedna panna młoda, która ocalała wspomina, że największe wrażenie zrobiły na niej czerwone róże, które owego dnia dostała od kolegi. …“Ich widok, pośród ruin i śmierci był zadziwiający”… A najbardziej znane “małżeństwo powstańcze” – Państwo Biega – do dziś przechowuje z sentymentem kółeczka odcięte od firanek, które posłużyły im jako obrączki. Obecnie dzięwięćdziesięciolatkowie, mieszkają w Stanach Zjednoczonych i w miarę możliwości zdrowotnych odwiedzają Polskę w czasie obchodów rocznicy wybuchu powstania.

kapliczki (4)Gdy ustawały odgłosy bombardowań i ostrzału artylerii często okazywało się, że kapliczki były nielicznymi miejscami, które ocalały, a ci którzy się modlili przeżyli, podczas gdy cały dom został zniszczony – jak np.: dom przy ulicy Narbutta 52 czy Żurawiej. Niektóre ocalały nawet z trwającej trzy miesiące, akcji wypalania i wyburzania Warszawy(!).

Zachowana kapliczka na tle zburzonego domu przy ulicy Żurawiej. http://www.se.pl/wiadomosci/polska/warszawa/chca-odkryc-tajemnice-kapliczki-z-woli_388559.html

Nie trudno się dziwić zatem, że gdy po wojnie mieszkańcy wracali do Warszawy i pośród ruin odnajdywali nietkniętą figurę Matki Boskiej, czy obraz, otaczali je szczególnym sentymentem i kultem. Wtedy powstawały “bardziej zaawansowane formy architektoniczne”. Budowano podmurówkę, daszek, płotek. A zwyczaj wspólnych modlitw przetrwał także po wojnie mimo narzuconego systemu komunistycznego.

kapliczki (3)

A gdy mówimy o „cudownych ocaleniach kapliczek” nie sposób nie wspomnieć o budynku przy ulicy Marszałkowskiej 60. W piwnicy na suficie znajduje się wizerunek twarzy Jezusa Chrystusa. Autorem tego wyjątkowego dzieła jest znany artysta żydowski – profesor Perec Willenberg, który w czasie wojny ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem – Karol Baltazar Pękosławski. Ażeby nie zdradzić się żydowskim akcentem – udawał niemowę.

Obraz Jezusa Chrystusa, w piwnicy domu przy ul. Marszałkowskiej 60.
Autor Perec Willenberg. Fot. J. Sielicka.

Podczas jednego z bombardowań zszedł z sąsiadami do piwnicy, zaczął mówić i węglem rysować Zbawiciela dodając napis: „Jezu, ufam Tobie”. Syn profesora – Samuel Willenberg, uciekinier z Treblinki i żołnierz Powstania Warszawskiego, wspomina: „Mieszkańcy wierzyli, że święta głowa Jezusa będzie ich chronić przed niebezpieczeństwem”. Dom ten jako jeden z kilku budynków przy ulicy Marszałkowskiej nie został nawet draśnięty przez pociski, uniknął wyburzenia i rozszabrowania, a dawni mieszkańcy wrócili do swoich mieszkań tuż po wojnie.

Ale – początek powstawania kapliczek to nie II wojna światowa. Zwyczaj ten pojawił się dużo wcześniej – już w czasie zaborów. Pierwsza kapliczka została zbudowana w XVIII wieku w czasie „Rzezi Pragi” – 1794, kolejne w czasie Powstania Listopadowego – 1830-31.

Obecnie najwięcej z nich – około 100 – znajduje się po prawej stronie Wisły. To dlatego, że Praga nie została wyburzona. Ale zagłębiając się w podwórka lewobrzeżnej Warszawy też znajdziemy cenne okazy.

kapliczki (2)A kto dba o te wyjątkowe zabytki?
Niestety – kapliczki powstawały w atmosferze zagrożenia i ta atmosfera im towarzyszy również dzisiaj. W świetle prawa – nie istnieją. O ile władze komunistyczne „przymykały oko” na to zjawisko, to nowi właściciele przejmujący i odrestauro-wujący kamienice nie zawsze są nimi zainteresowani. Zdarzają się piękne przykłady pozostawienia figury na tle odnowionej kamienicy, ale zdarzają się też przypadki, gdy kapliczki się
po prostu wyburza.

Figura w podwórku zrewitalizowanej kamienicy przy ul. Ząbkowskiej 5. Fot. Anna Dobrzyńska

Opiekę nad nimi sprawują mieszkańcy, zwykle potomkowie powstańców lub po prostu ludzie wrażliwi, artyści. Podejmują próby wpisania ich na listę zabytków, lecz konserwatorzy nie są temu przychylni, a prawni właściciele – gminy – umywają ręce.

kapliczki (1)

Kapliczka przy ul. Ząbkowskiej 11 oraz przy ul. Brzeskiej 9. Fot. Anna Dobrzyńska

…Pozostaje jedynie zapalić światełka, pomalować farbą, ustawić kwiatki i – ufać – że skoro tyle przetrwały – przetrwają.

Moja Kalina

Zanim oddam głos autorowi dzisiejszego wpisu, powiem tylko, że Dygat był przez lata moim ulubionym pisarzem, a jego powieść Jezioro Bodeńskie była nawet jednym z ważniejszych wątków w mojej debiutanckiej książce Portret z ametystem.

Zbigniew Milewicz

Czytam Cukier, wiersz Łukasza Szopy, mojego ziomala z Tychów, podesłany mi po znajomości przez adminkę, i włącza mi się myślówa: cukier? Zucker? Lucy Zuckerowa? Skojarzenia prowadzą mnie prosto do zmysłowej i niewiernej żony żydowskiego fabrykanta z reymontowskiej Ziemi Obiecanej, postaci drugoplanowej w tej książce, ale dla mnie przecież najważniejszej. W ekranizacji powieści, filmie Andrzeja Wajdy, nakręconym w 1974 roku, Lucy zagrała Kalina Jędrusik, w której jako młody człowiek byłem nieprzytomnie zakochany. Sprawdzam w Wikipedii, kiedy zmarła, to był 7 sierpnia 1991 roku, a więc mija już 25 lat, jakże skutecznie czas zaciera ślady w ludzkiej pamięci, nawet po kimś bliskim i trzeba przypadku, żeby go sobie znowu przypomnieć.

Urodziła się w 1931 roku w Gnaszynie, który dziś jest dzielnicą Częstochowy; była córką Henryka Jędrusika, przedwojennego senatora RP i żoną pisarza, Stanisława Dygata. Absolwentka krakowskiej PWST, debiutowała na deskach gdańskiego Teatru Wybrzeże, wspólnie m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bobkiem Kobielą. Później już była stolica, kolejno sceny teatrów Narodowego, Współczesnego, Komedii, STS-u, Rozmaitości i Polskiego. Dziesiątki ról dramatycznych i charakterystycznych. Na większą skalę stała się popularna dzięki programom telewizyjnym niezapomnianego Kabaretu Starszych Panów, autorstwa Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, teatrowi TV oraz kreacjom filmowym, m.in. w Niewinnych Czarodziejach, Pingwinie, Upale, Jowicie, Lalce, Ziemi Obiecanej, Lekarstwie na miłość, Hotelu Polanów i jego gościach. Widownia była dokładnie spolaryzowana, Kaliny w Polsce nie cierpiano, albo ją ubóstwiano, z obojętnym odbiorem się nie spotykała. W latach 60 i 70 uchodziła w kraju za symbol seksu oraz obyczajowego wyzwolenia, lansowała mocny makijaż i śmiałe dekolty, co oczywiście PRL – owskiej kołtunerii się nie podobało i stanowiło główny powód sporów o artystkę.

Kiedy na jednej z barbórkowych gali wystąpiła z przebojem Marylin Monroe Bye bye babe, ubrana w obcisłą sukienkę, ze złotym krzyżykiem na falującym, odsłoniętym biuście, do tego bez stanika, Władysław Gomułka, ówczesny I sekretarz partii, ze złości podobno rozbił popielniczką ekran telewizyjny. Bliska kręgom rządowym aktorka Nina Andrycz twierdziła wprawdzie, że to nie towarzysz Wiesław zrobił, tylko jego nieatrakcyjna i zawistna żona, ale przez jakiś czas państwo G. nie mieli telewizora, a Kalina wezwana została na poważną rozmowę do dyrekcji TV. Postawiono jej warunek: w następnym, przygotowywanym programie wystąpi przed kamerami ubrana od stóp do głów, albo dostanie w telewizji szlaban. Zgodziła się. To był jakiś program rozrywkowy, emitowany na żywo; wszystkie panie na estradzie miały wydekoltowane kreacje, tylko ona nie, wystąpiła w skromnej, wełnianej sukience z golfem. Zaśpiewała piosenkę, ukłoniła się i odwróciła do widowni tyłem. Oczom publiczności ukazały się jej gołe plecy i dekolt tylni… do granic możliwości.

Marian Brandys: Kalina była postacią z bajki

Przypięto mi etykietkę osoby „dziwnej” – zwierzała się w jednym z wywiadów. – Narastała atmosfera nienawiści i niechęci wokół mnie. Zaciążyło to na całej mojej karierze. „Jak mogłeś tę kurwę puścić na ekran…” (…) Życie prywatne aktora utożsamia się z rolami – truizm. Z pewnej strony to nawet komplement dla aktora, bo oznacza, że zagrał sugestywnie, wnikliwie, prawdziwie. Na tym polega szukanie „złotego środka“. Aktor w jakiś sposób musi na chwilę utożsamić się z kreowaną przez siebie postacią. Dla mnie niestety okazało się to zgubne. Mówiono: „Ona po prostu taka jest“. Zepsuta, bo grałam kobietę zdradzającą męża. Byłam narkomanką, bo moje oczy takie nienaturalnie przymknięte. Gra alkoholiczkę, jest alkoholiczką. Ci wszyscy ludzie w kinie i w teatrze wiedzieli lepiej ode mnie, kim jestem. Koszmar… Wiem, tańczyłam na tej delikatnej linie, która oddziela kobietę broniącą swojej niezależności, od kobiety pozbawionej szacunku…

Kazimierz Kutz, który był zaprzyjaźniony z rodziną państwa Dygatów, mówi: Kalina była arcydziełem Stasia i niewątpliwie najlepszą postacią, jaką napisał. Tyle, że żywą. Była jego zrealizowanym snem o Hollywoodzie, snem o zniewalającym, amerykańskim fenomenie banału. Była tym samym idealnym przykładem nieograniczonego wpływu mężczyzny na ciało i duszę kobiety. Mitem Hollywoodu fascynował się Stasio od wczesnej młodości. Już pod koniec lat dwudziestych słał miłosne listy do gwiazd amerykańskiego kina. Kalina była niewątpliwie ucieleśnieniem tamtych fascynacji. Zresztą były to fascynacje wspólne i towarzyszyły im przez całe życie…

Kalina poznała swojego przyszłego męża w Gdańsku, kiedy po szkole krakowska animatorka teatralna i pedagog Lidia Zamkow ściągnęła ją do Gdańska; Stanisław Dygat, już wówczas uznany pisarz, był kierownikiem literackim Teatru Wybrzeże. Debiutowała w sztuce Alfreda de Musset, Nie igra się z miłością. Jakiś omen – mówiła później – zaczęłam od igrania z miłością. To był wielki sukces. Piękny. To jest szczęście trafić na „swoich“, przyjaciół – tak samo myślisz, tego samego chcesz, jeden drugiego inspirował. Bywaliśmy na swoich próbach, na premierach. Mój Boże, przejmowaliśmy się swoimi losami. Taka nieprawdopodobna wspólnota (…) Zaraz potem powstał satyryczny teatrzyk „Bim –Bom“. Przewodzili nam: Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, Jacek Fedorowicz i Wowo Bielicki. Cudowne, wesołe czasy. A satyrycznym mottem był kogut – symbol zarozumialstwa, obojętności, głośnego piania, głupoty, która niszczy mądrość i radość. Przeciwko temu „kogutowi“ występowaliśmy… Pierwsze duże role, zostałam zauważona, co dla młodej aktorki jest prawdziwym szczęściem…

Była zafascynowana prozą Dygata, na egzaminie wstępnym w PWST recytowała fragment Jeziora Bodeńskiego, imponował jej jako człowiek. On, starszy o 16 lat, stracił dla niej głowę. Kalina wyglądała wtedy, jak świeżo wypieczona bułeczka – kontynuuje Kazimierz Kutz – z obfitym biustem sięgającym niemal po zęby i oczami młodej sowy. Mówiąc nieco po staroświecku – była ponętna. Ale jej seks był z modelu, który dopiero miał nadejść.

Staś wyłowił mnie z morza i zostałam jego złotą rybką, tak mówił – wspominała. – Był moją pierwszą, prawdziwą miłością, najszczerszą… Dla Kaliny rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, jej koleżanką po fachu, w podróż poślubną poślubną w 1958 roku pojechali do Italii, a później określi ją jako najpiękniejszą podróż swojego życia. Tam spotkali się z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, poznali Guliettę Massinę. Dla ich przyjaciela domu: byli najwspanialszym i najniezwyklejszym małżeństwem (…) i przede wszystkim najautentyczniejszym, bo bez grama obłudy i kłamstwa; jak z dobrej literatury amerykańskiej, a nie z naszej rzeczywistości. PRL-owska opinia publiczna wolała jednak karmić się skandalem. W pamięci Agnieszki Osieckiej Kalina dosyć ostentacyjnie się zakochiwała, właściwie wykonywała wielką sztukę pt. „Kocham się“. I lubiła o swoich romansach mówić głośno. Staś również w tym uczestniczył, obnosząc się po całym mieście, że ma nowego rywala i trzeba będzie się strzelać. Wielki show. Oni prowadzili życie na pokaz. To było bardzo teatralne życie. Jednocześnie czuło się, że są sobie bardzo bliscy i niezbędni – na pewno było to niekonwencjonalne małżeństwo. A poza tym Warszawa była mała – żeby powstała legenda środowisko musi być małe (…)

Sama Kalina mówiła na ten temat tak: Przeżyłam kilka szalonych romansów, nie dużo… No, kiedyś policzyłam – pięć. To wcale nie jest dużo na całe życie… Nie umiałam ich ukryć – żer dla legendy. I jeżeli ktoś „życzliwy“ opowiedział mężowi o mojej nowej fascynacji innym mężczyzną, on mawiał swoim cudownym, wolterowskim „r“: „Gdyby ona była panienką na poczcie przyklejającą znaczki, to być może nie byłyby jej potrzebne takie fascynacje. Kalina jest wielką aktorką i potrzebne jej są niezwykłe, cudowne momenty. Ona kocha cudowne przeżywanie i proszę się nie wtrącać do naszego małżeństwa”. Kochany, tolerancyjny, wyrozumiały… Te moje i jego różne miłostki nigdy nie zmieniły naszej miłości, wzajemnego szacunku i zaufania.

W Warszawie państwo Dygatowie mieszkali początkowo na Mokotowie, w niedużym, dwupokojowym mieszkaniu w bloku, najpierw w jednym, później drugim, stamtąd przenieśli się do szeregowca na Kochowskiego, na Żoliborz. Niezależnie od kubatury mieszkania prowadzili zawsze dom otwarty, kolorowy salon, do którego schodziła się stołeczna bohema. Często bywali u państwa Dygatów m.in. Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Adam Hanuszkiewicz, Łapiccy, ale i ludzie nikomu nie znani. O każdej porze dnia i nocy można było tam przyjść i znaleźć schronienie – wspominał Holoubek. – Spotykało się tam bezdomnych; jakieś dzieci uliczne, które zajmowały się drobnymi usługami – przynosiły mleko, chleb, pocztę, w końcu sekretarzowały państwu. Te małe dzieci Kalina traktowała je wszystkie jak własne… Była zjawiskiem niezwykłym i to przede wszystkim jako człowiek. Należała do tych rzadkich kobiet, które prowadzą życie otwarte, całkowicie jawne, nie poddane żadnej pruderii, żadnym kłamstwom, żadnym niedomówieniom; a równocześnie nosiła w sobie pewną tajemnicę. Tajemnicę czegoś, czego jej brakowało w życiu. Zajmowała się innymi ludźmi, niosła im pomoc, troskę, współczucie – i domagała się wobec siebie tego samego. Była krucha…

Początki swojej kariery scenicznej w Warszawie i życie ówczesnej bohemy opisywała z rozrzewnieniem: Na chwilę zawitałam do Teatru Narodowego. Wkrótce Erwin Axer zaproponował mi etat w Teatrze Współczesnym, najlepszym chyba wówczas teatrze. I wielki sukces w „Operze za trzy grosze” Brechta w reżyserii Konrada Swinarskiego. Ten start w teatrze wielkiego Axera był piękny i czysty. Czule wspominam ten okres. Doznałam takiego szczęścia, że „otarłam się” o wszystkich najwspanialszych tego świata, o wielkie duchy Spatifu lat 60-ych. Tam się kotłowało. Antoni Słonimski, Otto Axer, Janusz Minkiewicz, Staś Dygat, Żuławski, Studnicki… Ja wykołysana na kolanach ostatnich Skamandrytów; ja, która byłam na „ty“ ze Słonimskim… Ta bohema to było coś wspaniałego. Oni nas młodych otoczyli swoimi opiekuńczymi skrzydłami. To były nasze uniwersytety po szacownej szkole krakowskiej, kiedy dostałam się w warszawskim Spatifie lat 60-ych do grona wielkich, wspaniałych artystów. Piłam z nimi wino, wspólnie oglądaliśmy spektakle, kończyło się to nad ranem w „Bristolu“ i spacerem w Łazienkach. Czarowne, tajemnicze, kochane…

Chciała, żeby w ich żoliborskim domu było przejrzyście i kolorowo – trawa, kwiaty, leżak, na stoliku dzban domowego wina. Przyjaciele, mnóstwo przyjaciół, goście. Ale stało się to niemożliwe, bo tuż obok jest sklep mięsny. Aby skrócić sobie czas oczekiwania na mięso kolejkowicze obserwowali, co też ja robię: „Wyszła w szlafroku. Wymalowana od rana. Nie wymalowana? Jak ona wygląda. Kto u niej jest?” Uwagi te wypowiadano na tyle głośno, abym słyszała. Wszystko było nie tak, jak „ powinno”. Każdy mój ruch był komentowany. I pewnego razu ustawiliśmy z przyjaciółmi wysoki płot, który zasłonił cały ogród. Odetchnęłam z ulgą. Przy całej mojej wielkiej tolerancji na ludzką głupotę, przyszedł moment, że nie wytrzymałam psychicznie. Nie można żyć przez całą dobę „na tacy“.

Kiedy w 1962 roku zdobyła Złotą Maskę w plebiscycie Expresu Wieczornego na najpopularniejszą aktorkę telewizyjną (głosowało na nią 113 tysięcy osób), niektóre media nagłośniły również odgórnie spreparowany, pełen oburzenia list dwudziestu kobiet z Rybnika, które podpisały się pod petycją, aby jej nie pokazywać w telewizji, bo gorszy ich mężów. Dostała to przyobiecane embargo na publiczne występy i jedynymi, którzy stanęli w jej obronie byli wspaniali Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, Starsi Panowie Dwaj. Bez Jędrusik nie będzie Kabaretu Starszych Panów – argumentowali. I decydenci to stanowisko uszanowali, co tygodniowe, telewizyjne spektakle kabaretu cieszyły się w PRL- u ogromnym wzięciem, na równi z czwartkową Kobrą, kiedy wyludniały się ulice, ludzie gromadzili się przed telewizorami i oglądali, chłonęli te pełne wyszukanego intelektualnie humoru kuplety, dialogi, scenki. To były okazje do uroczych, towarzyskich spotkań i wymiany poglądów.

Kalina wiele lat walczyła o artystyczne przetrwanie, jeździła po Polsce z monodramem Tabu wg powieści Jacka Bocheńskiego i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ją na żywo, ale już nie pamiętam, gdzie to było. Dopiero w 1974 roku spełniło się moje marzenie, żeby osobiście spotkać się z Kaliną. Przyjechała z okazji jakiegoś artystycznego widowiska do Katowic, u władzy gierkowskiej nie miała szlabanu, wykorzystałem to, żeby zrobić z nią wywiad dla Dziennika Zachodniego, gazety, w której wtedy pracowałem. Była zdziwiona, że tyle o niej wiem. Kiedy powiedziałem, że od lat wycinam z gazet wszystko, co o niej piszą i wklejam to do specjalnego zeszytu, obdarzyła mnie tym swoim cudownym, lekko kpiącym uśmiechem, który wart był dla mnie więcej niż całe złoto świata.

Jakiś czas później spotkaliśmy się w katowickim Marchołcie, już jako dobrzy znajomi, wtedy podarowała mi swoje zdjęcie z dedykacją, dla Zbyszka. Rozmawialiśmy m.in. o Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany`ego T. Capote `a, z którą się utożsamiała i uważała, że to  najlepsza rola w jej scenicznej karierze. Kiedy w 1978 roku Stanisław Dygat zmarł na atak serca, w ich towarzyskim salonie się przerzedziło. Z latami lista przyjaciół malała – opowiada Aleksandra Wierzbicka, która opiekowała się Kaliną w ostatnich latach jej życia – zostali tylko ci najwierniejsi. A ona była taka, że nikomu niczego nie odmawiała, jeżeli tylko mogła, pomagała każdemu. W domu było takie powiedzenie, że robi się na małpę: malowała się i ubierała wytwornie, aby ruszyć do ataku, czyli coś dla kogoś załatwić. I wcale nie były to błahe sprawy. Dla niej największą tragedią było odejście Stasia. Szczególnie, że stało się to, kiedy jej przy nim nie było. Kalinę mało się wtedy widywało, bardzo często wyjeżdżała w trasy, zarabiała. Książek Stasia nie wydawano… Co roku, w rocznicę śmierci męża, zamawiała mszę i zapraszała przyjaciół na wystawne przyjęcie, na których były zawsze jego ulubione trunki i potrawy, a gotowała ponoć znakomicie.

W pamięci swoich koleżanek i kolegów artystów oraz ich bliskich żyje w licznych anegdotach, m. in. z modnych niegdyś nadmorskich Chałup, dokąd wszyscy wyjeżdżali latem, choć przeważnie akcja działa się w stolicy.

Jerzy Gruza: – Klęła jak szewc. Ale słuchało się tego z przyjemnością, nie było w tym chamstwa. Nie żyjący już Andrzej Łapicki przytaczał taką historię: – Kiedyś była jakaś próba w Sali Kongresowej. Kalina pali papierosa. Podchodzi do niej strażak, salutuje i mówi: ‘Tu się nie pali’. Na co ona, nie odwracając głowy: ‘Odpierdol się, strażaku’. On skonfundowany odszedł, ale po minucie, zastanowiwszy się, wrócił i mówi: ‘Sama się odpierdol, stara kurwo’. Tylko że tam już nie stała Kalina, tylko Krafftówna, bo się zamieniły miejscami. Zuzanna Łapicka: – Na początku lat 80 Magda Umer postanowiła, że ochrzci się razem ze swoim synem Mateuszem. Mnie wybrała na matkę chrzestną Mateusza, a Kalinę na swoją. Przed chrztem, którego udzielił zaprzyjaźniony ksiądz, rodzice chrzestni musieli się wyspowiadać. Odbyło się to w mieszkaniu księdza. Jedna osoba się spowiadała, a reszta czekała na swoją kolej. W ten sposób, chcąc nie chcąc, usłyszeliśmy fragmenty spowiedzi Kaliny, która miała donośny głos. Powiedziała: ‘Ja wiem, proszę księdza, że ja strasznie klnę’. Na co ksiądz: ‘Kalinko, to nie jest wielki grzech, najgorszy grzech to jest nienawidzić drugiego człowieka. A ty przecież jesteś niezdolna do nienawiści’. Zapadła chwila ciszy i Kalina mówi: ‘Nie nienawidzić? Ale niektórych to ja, kurwa, tak nienawidzę. A co ja, Jezus Chrystus jestem?’

W latach 80 włączyła się do polityki, brała udział w kampanii wyborczej „Solidarności“. Kiedy spotkaliśmy się na krótko po raz trzeci, to był 1989 rok, a może 1990. Odwiedziłem ją w garderobie Teatru Polskiego, w przerwie prób do Tanga, Sławomira Mrożka, w którym grała Eleonorę. Sprawiła na mnie wrażenie zmęczonego człowieka, trochę nieobecnego duchem. Jej ramiona i dekolt pokrywały liczne, świeże zadrapania, to moje kociaki – uprzedziła pytanie. Była uczulona na kocią sierść, ale za nic nie chciała oddać swoich ulubieńców. Cierpiała na astmę i 7 sierpnia 1991 roku zmarła podczas ataku choroby. Podobno nie była zbyt przesądna, ale wierzyła w magię liczb i do siódemki zawsze miała uprzedzenie. Pochowano ją obok jej męża, w powązkowskiej Alei Zasłużonych.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Piotra Gacka Kalina Jędrusik Muzykalność na życie i artykułu Jacka Szczerby w Wysokich Obcasach z 15.10. 2012 r., p.t. Co, ja Jezus Chrystus jestem?

kjzmrozkiem

 

A propos analogii

Dorota Cygan

Wszyscy rozmyślamy, co zrobi władza. A boimy się głośno pomyśleć, co zrobi społeczeństwo. Przecież niemożliwe, żeby nie zrobiło nic, brzmi refren naszej kołysanki. Otóż możliwe, jeśli spojrzymy choćby na reakcje społeczne w Trzeciej Rzeszy, do której ostatnimi czasy często się odwołujemy, szukając wytłumaczenia dla niepokojących zjawisk lub gdy przyglądamy się zbiorowym lub indywidualnym wzorcom zachowań w okresie komunizmu. Po pierwsze, społeczeństwo nawet najbardziej skłonne do kontestacji i sceptycyzmu można zmęczyć. Na tyle, by musiało ostudzić emocje, uciec od męczącej polaryzacji opinii, zwłaszcza gdy dotyczy to własnego podwórka, czyli rozmów z członkami rodziny i znajomymi. Nie mówię tu pogardliwie o sile oportunizmu, ile o zbawiennej dla nerwów ucieczce w tenże. Rozhuśtane emocje każdy na swój użytek musi harmonizować, zestrajać z otoczeniem albo wręcz wyciszyć, a na koniec zapomnieć. Bo inaczej nie da się przeżyć. Tak było właśnie po dojściu do władzy nazistów, którzy po rozprawieniu się z opozycją rewolucyjny impet roku 1933 szybko zastąpili hasłami państwowotwórczymi, służącymi budowaniu prawdziwego poparcia wśród ludzi i umacnianiu nowego państwa. Sięgali przy tym po stare, ograne chwyty retoryczne, kierując się hasłem z okresu grynderskiego, że “podstawowym obowiązkiem obywatelskim jest spokój” (Willibald Alexis). Osiągnęli dzięki temu to, o czym marzy każda dyktatura: zbiorowe poczucie, że nareszcie nie ma chaosu, zniknęła polaryzacja i panuje porządek. Wiadomo, co myśleć.

Właśnie gdy emocje cichną, można przy bezwietrznej pogodzie jak na gładkiej tafli jeziora puszczać, ot tak sobie, kaczki. Trochę dla zabicia nudy, a trochę dla zasygnalizowania, że nie ma zastoju. Można wywoływać lekkie ruchy pozorowane lub przyzwolić na prawdziwe, pod warunkiem, że ich skala jest łatwa do kontrolowania. Naziści osiągnęli ten stan mniej więcej w roku 1935, dwa lata po objęciu władzy. Zapanował nastrój, w którym strach mieszał się z pragnieniem spokoju, i w którym można było na chłodno rozprawiać się z myślącymi inaczej. W odniesieniu do nazizmu także i inny element trudno było zrozumieć i nazwać: zaskakujący a prosty fakt, że owe 12 lat brunatnych rządów było nie monolitem, lecz okresem często elastycznych i spontanicznych decyzji władzy. Potrzeba było lat, żeby dostrzec, że system ów miał bardzo różną dynamikę na różnych etapach istnienia. I że był zmienny i nieobliczalny jak jego humorzasty przywódca. W efekcie oznaczało to, że nie tylko propaganda, ale i zwyczajni, spragnieni spokoju ludzie w tamtym okresie myśleli o przeciwnikach Führera, że to wichrzyciele i pospolite warcholstwo. Takiego odbioru społecznego nie zmieniły bynajmniej subwersywne chwyty typu żart czy drwina – środki obrony, które inteligencja próbowała wystawić do walki z nazistami. Tymczasem powrót do ośmieszanych i pogardzanych stosunków z okresu Republiki Weimarskiej nikomu nie wydawał się kuszącą alternatywa, bo ludzie uznali demokrację za niezgodny z duchem czasów przeżytek, a ostre polityczne i polemiczne dyskusje za zagrożenie porządku i nieco obmierzłą, zdartą płytę. Oczekiwali oni nie tyle żywego dyskursu, ścierania się racji, operowania ironią, żartem i drwinami , z których impet czerpała kultura i publicystyka, ile nowej, całościowej koncepcji, która pokaże im, w co mają wierzyć. A taką w danym momencie historycznym, czyli około roku 1933, właśnie nazizm wydawał się oferować. Z perspektywy czasu trzeba dziś przyznać, że oprócz retoryki także i socjotechnikę brunatni opanowali doskonale, a to, co nas dziś śmieszy (parady z pochodniami, marsze, histeryczne przemówienia), wtedy było adekwatnym środkiem komunikacji z masami. Dzisiaj warto pamiętać, że grupy trzymające władzę część środków i możliwości, które mają do dyspozycji niejako z urzędu, wykorzystują jednak, żeby się uczyć. I to uczyć się w komfortowej sytuacji. W razie potrzeby także uczyć się, jak w białych rękawiczkach odsuwać od władzy liderów nie przystających do potrzeby chwili. Oczywiście nie posuwając się do upokarzania ich lub fizycznej likwidacji, lecz np. oferując im honorowy patronat nad projektami o mniejszym znaczeniu strategicznym, ale dużej wymowie symbolicznej, gdzie mogą się dobrze czuć w roli mentorów.

Tych kilka uwag na marginesie naszych analogii do nazizmu pozostanie bez puenty. Ale niech przynajmniej zakończy się apelem do doświadczenia życiowego. Nie myślmy, że inni są głupsi od nas, powolniejsi, niedzisiejsi i wsteczni. Takiej etykietki nie da się przypiąć wszystkim dla uspokojenia własnych wątpliwości. Raczej patrzmy, jak przeniknąć mury oblężonej twierdzy ludzi absolutnie przekonanych do dobrej zmiany. I zacznijmy mówić mocniejszym głosem. Praca u podstaw już się zaczęła, i jest to „w gruncie rzeczy sprawa smaku“, jak pisał poeta. Stad pomysł, żeby wbrew sobie napisać coś aktualnego, choć zdecydowanie wolę teksty bez tezy, lekkie i o niczym. Przyznam, że za ten dzisiejszy wyjątek rządzącego obozu szczerze nienawidzę.

Modlitwa jak miecz ostra

Roman Brodowski

Modlitwa do Prawdy

Wołają Ciebie Panie od zawsze
Szukają w zakrytej przestrzeni
Dotykają granicy człowieczeństwa
A Ty się ukrywasz między psalmy.

Otwierają ksiegę Twej mądrości,
Tajemnicę objawionego Jestestwa,
I ślepotą czasu błądzą w ciemności
By dosięgnąć mocy sprawiedliwej

A ja słyszę Dawida niosącego modły
Do gwiazdopełni bezkresu nieba
Głos wypełniający sakralną przestrzeń
Zapachem, niepojętej nikomu, prawdy.

Słyszę Jezusa w aureoli wszechmocy
Głoszącego światu Chwałę Twoją,
Syna Ojca, stąpającego ścieżką prawdy
Odrzuconego przez zgniłe owoce ziemi.

Słyszę przemykające obok mnie cienie,
Każdy z symbolem jakiegoś wyznania
Niesie w swych ustach relikwie niemocy
Zapach mirtu zmieszany z piołunem.

Świat przestał się pytać o sens istnienia,
Przestał pytać o drogę pojednania.
Wiara nie potrzebuje drogowskazu
Oliwne lampy dawno wygasły

Czy to nie Ty powiedziałeś – Ojcze
Głosem Narodzonego Zbawienia
Że nie można służyć dwóm panom?
Jak mam odnaleźć Cię pośród innych?

Świat gubi się w urodzaju świętości,
A ja spragniony czystej źródlanej opoki,
Nadal tkwię w ciasnym uchu igielnym
Wystawiony na drwiny bogobojnych.

Bo wciąż szukam śladów w mej bliskości
W wielkiej szczodrości chlebowej ziemi
W konarach przydrożnych, starych drzew
W nostalgii szumiącego, leśnego potoku.

Idąc za głosem mojego jestestwa
Do Ciebie zwracam się z prośbą żebraczą.
Nie do dogmatów, obrazów, skał nagich…
Nie do pasterzy pasących owce bezwiedzą

Z Tobą rozmawiam potrzebą wnętrza
Jak marotrawny syn z miłosierdziem Ojca
A Ty? – Czekając na progu, zapraszasz do snu

Hosanna! – Oto tajemnica mojej drogi

Berlin, kwiecień 2011

Apokryf XXIX

„Kim jesteś ty, co się odważasz
Sądzić cudzego sługę?”
List do Rzymian 14:4

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A wiary w ich czynach nie odnajdziesz.
Dlaczego – Ojcze!

W ślepej bezwierze
Bezprawiem czynią prawo
Dzieląc na lepszych i gorszych
Dlaczego – Ojcze!

Dla małego człowieka
Wyrzekają się twojej wielkości
Osądzają efekt Twojego dzieła
Dlaczego – Ojcze!

Nawet niebo w bezkresie
Nawet słońce w mocy światła
Nawet ziemia w zapachu chleba
Żyją wolą Twojego tchnienia

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A nie poznają synów Twoich w pragnieniu.
Dlaczego – Ojcze.

Czyżby właśnie dlatego?
– Ojcze!

Berlin, 26.09. 2007

Apokryf XXXVI

„Oto nadejdą dni, gdy ześlę głód na ziemię,
nie głód chleba ani pragnienia wody,
lecz głód słuchania słów Pańskich”
Księga Amosa 8:11

Niby szarańcza na przedżniwiu
W nadmiarze zachłanności
Na żer ruszyły, być i mieć
Ludzkiego dosytu wiary

Pola pleśń chabrów ukwieciła
Ziarno pokory pokrył chwast
A słowa pieśni dziękczynnej
Pojedynczo opuszczają skansen

I tylko nieliczni podnoszą ręce
Ku chwale niepojętej mocy
Składając swoje być i mieć
Na ołtarzu zwyczajnej pokory.

Świat naszego Bogochwalstwa
Powoli odchodzi do lamusa
Zamykając kolejny akt nadziei.

Nadchodzą dni posuchy Twych słów

Berlin, 21.03. 2013

Apokryf XXXXII

„…Nie człowiek wyznacza swoją drogę
I nie w jego mocy leży kierować krokami, gdy idzie”
Jer 10 :23

Kryształki kwarcu
Rozsypane
Na bezdechu
Karmionej
Powolną erozją
Pustynnej wielkości
Niemego
Doświadczenia.

Wielkość
Odziana
W sakramenty
Ostatniej posługi
Rzucona w beskres
Ludzkiej niemocy
W czas procesu
Dojrzewania.

Człowiek
Poszukający
Kolejnej gwiazdy
Na bezdrożu
Dogmatycznej
Interpretacji
Świadomego
Boskiego Bytu,

I Przestrzeń
Zaknięta
Granicą przemijania
Zwaną potocznie
Wiecznością.
Nieosiągalna
Przestrzeń wiedzy.
Tylko miejsca dla Boga… brak.

Berlin, 27. 07. 2016