Stuart (7)

Every time I look at you I don’t understand
Why you let the things you did get so out of hand
You’d have managed better
if had it planned
Why’d you choose such a back ward time
and such a strange land?

Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę
Nie potrafię zrozumieć
Dlaczego pozwoliłeś, by rzeczy, które robiłeś
Tak bardzo wymknęły ci się spod kontroli
Lepiej byś temu podołał, gdybyś postępował według planu
Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak odległy czas i taki dziwny kraj?

Jesus Christ Superstar, Andrew Lloyd Webber, 1971

Joanna Trümner

Jezus

Święta Bożego Narodzenia i koniec starego roku zbliżały się wielkimi krokami. Na rozgrzanych słońcem ulicach Sydney pojawiły się wielkie, sztuczne choinki z bombkami i brodaci mężczyźni z białymi brodami, poprzebierani za Świętego Mikołaja. Wyglądało to tak egzotycznie, że po raz pierwszy od przylotu do Australii Stuart zdał sobie sprawę z tego, jak daleko jest Anglia i zimowe sztormy w Walton.

Pieniądze, które zaoszczędził dzięki pracy w szkole, topniały w przerażającym tempie i Stuart brał każde zlecenie, żeby poprawić swą sytuację finansową – występował w klubach, kościołach, domach starców i restauracjach. Wpadł w kierat codziennych występów i szukania nowych zleceń – kierat, przez który brakowało mu czasu na pisanie nowych kompozycji. Jego koncerty składały się wyłącznie z piosenek, które przywiózł ze sobą z Anglii, swoich i cudzych utworów, które znał w międzyczasie na pamięć.

Cyniczne słowa ojca, „wszystko w życiu jest ciężką pracą, tymi samymi, wykonywanymi codziennie czynnościami”, zagnieździły mu się w głowie i coraz częściej łapał się na tym, że nie pamięta, kiedy i dla kogo napisał swoje utwory. Codzienne występy nabrały automatyzmu i z przerażeniem zaczął stawiać sobie pytanie, czym ta praca różni się od pracy robotnika na taśmie fabrycznej? Z biegiem tygodni coraz bardziej uświadamiał sobie, że znalazł się w jakiejś ślepej uliczce, która coraz bardziej oddala go od drogi, o której kiedyś marzył.

Podczas występów zmieniała się tylko publiczność i jej reakcje. Najbardziej zaskakiwali go mieszkańcy domów starców, którym śpiewał starsze, spokojne utwory i proste melodie, poznane podczas pierwszych lekcji nauki gry na gitarze. Na jego oczach i dzięki jego muzyce ci zagubieni, nieobecni duchem starsi ludzie wracali do życia i przypominali sobie o świecie, który pulsował przed drzwiami. Stuart widział w ich oczach tyle wdzięczności za poświęcony im czas, że odbieranie gaży wprawiało go za każdym razem w zakłopotanie. W Wigilię sprezentował mieszkańcom dwóch domów wspólne śpiewanie kolęd. Z niedowierzaniem obserwował, jak twarze wiekowych słuchaczy stają się młodsze i pełne radości. Widok ludzi, którym dzięki muzyce udało się na kilka chwil wrócić myślami do najszczęśliwszych dni w życiu utwierdził go w przekonaniu, że nigdy jeszcze nie dał nikomu cenniejszego prezentu.

W sylwestrowy wieczór czekał go pierwszy występ w prestiżowym Królewskim Klubie Jachtowym w północnej części miasta. Kiedy w kilka minut po ósmej wszedł do klubu sala pękała w szwach. Wśród gości byli głównie ludzie w wieku jego rodziców, członkowie najstarszego i najbardziej elitarnego klubu jachtowego w mieście, elita Sydney – nieliczni, którym przez własną pracę albo dzięki przekazywanym z pokolenia na pokolenie pieniądzom udało się znaleźć wśród najbogatszych mieszkańców miasta.

Na myśl o tym, że słuchać go będą ludzie, którzy mieli okazję słyszeć koncerty najlepszych muzyków w najlepszych salach koncertowych świata, ogarnął go niepokój, strach przed tym, że nie uda mu się do nich dotrzeć. Jednak jego pełne melancholii i poszukiwania piosenki przypominały słuchaczom o młodości i pomogły im na kilka godzin uciec od uczucia, że teraz, kiedy mogliby spełnić prawie każde swoje życzenie, tak niewiele rzeczy sprawia im radość.

Gdy dziesięć przed dwunastą kończył koncert, rozległy się głośnie brawa, przez chwilę Stuart odniósł wrażenie, że nawet ściany tego renomowanego klubu, które widziały w swojej historii tak wiele sławnych osób, że nic nie powinno już być dla nich zaskoczeniem, zaczęły lekko drżeć. Zegar wybił dwunastą i zaczął się rok 1972. W kilka minut po północy przy Stuarcie zebrał się tłum słuchaczy, którzy chcieli mu podziękować za wspaniały koncert. Z trudem udało mu się dotrzeć do Iana, żeby złożyć mu życzenia noworoczne.

Ian zajęty był rozmową ze starszym mężczyzną, który właśnie wrócił z samotnej podróży jachtem dookoła świata. Nieznajomy, rzeczywiście przypominający klasycznego żeglarza, zaskoczył Stuarta, witając go słowami: „Powinniśmy porozmawiać o Jezusie”. W momencie, kiedy Stuart zaczął się zastanawiać, czy ma przed sobą nawiedzonego faceta, który zacznie go zaraz namawiać do przyłączenia się do jakiejś nowej sekty, Ian powiedział: „Przepraszam, nie zdążyłem was przedstawić, to Jack Flannagan z Wellington, chciał z tobą porozmawiać o musicalu Jesus Christ Superstar”. Jack był dyrektorem Domu Operowego w Wellington. Bombardował Stuarta pytaniami. Ich rozmowa przypominała raczej egzamin albo wstępną rozmowę o pracę niż przypadkowe spotkanie na imprezie sylwestrowej. Umówili się na spotkanie wieczorem w klubie.

W kilkanaście godzin później popijali dżin z tonikiem i rozmawiali o musicalu. Jack od kilku miesięcy jeździł po całym świecie, szukając odpowiedniej obsady, Sydney było ostatnim przystankiem jego poszukiwań. Podczas podróży po Anglii, Stanach i Kanadzie poznał wielu kandydatów do roli Jezusa, ale kiedy usłyszał Stuarta nie miał wątpilwości, że właśnie on będzie najbardziej autentycznym, nie zepsutym przez godziny treningu wokalnego i dziesiątki występów, trochę zagubionym i szukającym swojej drogi Jezusem. „W Wellington też żyją ludzie” – powiedział, widząc na twarzy Stuarta pewne wahanie, „i żyją lepiej, niż w innych częściach świata. Przekonasz się, jak zobaczysz umowę.” Premiera tego granego na całym świecie musicalu miała odbyć się pod koniec maja, na kilka dni przed Zielonymi Swiątkami, próby miały zacząć się w połowie lutego. Pod koniec rozmowy Jack zaprosił Stuarta na tygodniową wizytę w Wellington. Na koszt teatru.

W drodze powrotnej do schroniska Stuart bił się z myślami, zastanawiając się, czy to przypadkowe spotkanie jest dla niego szansą, łutem szczęścia, o którym marzy każdy człowiek, czy też kolejnym ślepym zaułkiem w życiu. Pierwszą noc Nowego Roku spędził na zwierzaniu się ze swoich wątpliwości Ianowi. Przyjaciele wspólnie rozważali wszystkie „za” i „przeciw” wyjazdu do Wellington i przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca doszli do wniosku, że warto z tej szansy skorzystać.

W dziesięć dni później Stuart znalazł w wynajętej na poczcie skrzynce grubą kopertę z biletem do Wellington i czekiem na 500 dolarów od Jacka. Kilka dni później siedział w samolocie. Podczas lądowania w stolicy Nowej Zelandii przeszła mu przez chwilę przez głowę myśl, że właśnie znalazł się w najgłębszej prowincji świata – miejscu, o którym większa część ludzkości nigdy nie słyszała i nie usłyszy.

Jack odebrał go z lotniska i całe popołudnie minęło im na oglądaniu miasta, które miało duży urok i w miarę poznawania coraz bardziej traciło charakter prowincji. Zarówno Opera House jak i wiele budynków na ulicach Wellington mogłoby równie dobrze stać w Londynie albo Sydney.

Stuart nocował w jednym z najlepszych hoteli w mieście i patrząc na otaczający go komfort, myślał o tym, że los chyba naprawdę się do niego uśmiechnął. Dzień przed powrotem do Sydney podpisał umowę na bardzo korzystnych warunkach, oprócz wysokiego, wypłacanego co tydzień wynagrodzenia, teatr zapewniał mu bungalow na przedmieściach i dawał do dyspozycji samochód. W zamian za to Stuart zobowiązywał się do grania roli Jezusa przez pół roku z opcją na przedłużenie umowy i gościnne występy w innych miastach Nowej Zelandii.

W miesiąc później zaczęła się jego przygoda z Jezusem na drugim końcu świata. Przygoda z najstarszą i najczęściej opowiadaną bajką świata, która dzięki staraniom Jacka miała być opowiedziana w nowoczesny, zrozumiały dla wszystkich sposób.

 

Cdn.

 

Szkoły, których już nie ma

Przysyłając mi ten tekst Andrzej Rejman napisał: wrzesień idzie, to o szkołach…

Andrzej Rejman

W zapiskach codziennych mojej babci Małgorzaty znajduję wpis:

1928 maj

“25-go byłam u p. Kowalczykówny w sprawie Julci*. Zgodziła się ją przyjąć do swojej szkoły. Nadzwyczaj sympatyczna…”

*Julcia (czyli moja mama – Julia Hrebnicka) pierwsze dwie klasy nauki odbyła w gimnazjum żeńskim J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Warszawie.

Znajduję w internecie – “Na mapie przedwojennego szkolnictwa Warszawy wyróżnia się Żeńskie Prywatne Gimnazjum i Liceum prowadzone przez Janinę Popielewską i Janinę Roszkowską. Szkoła działała w kamienicy przy ulicy Bagatela 15 w latach 1915-1944. W czasie okupacji właścicielki zorganizowały nauczanie konspiracyjne pod szyldem szkoły krawieckiej. Pensjonariuszki gimnazjum i liceum wychowywane były w duchu patriotyzmu i szacunku dla Ojczyzny. Wiele z nich działało w harcerstwie, a w czasie wojny w konspiracji. Niektóre z nich zginęły w czasie Powstania Warszawskiego. W 1987 r. staraniem wychowanek szkoły odsłonięto na ścianie dawnej jej siedziby pamiątkową tablicę. Widnieje na niej treść “W tym domu mieściło się w latach 1915-1944 Gimnazjum i Liceum Janiny Popielewskiej i Janiny Roszkowskiej. W hołdzie założycielkom i pedagogom oraz uczennicom poległym za Ojczyznę w latach 1939-1945. Wychowanki”. (źródło: http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/30620,warszawa-to-miescilo-sie-gimnazjum-i-liceum-j-popielewskiej-i-j-roszkowskiej.html )

Julcia uczyła się raczej dostatecznie, i otrzymała promocję do trzeciej klasy z zastrzeżeniem z arytmetyki – zdjęcie przedstawia świadectwo ukończenia drugiej klasy w roku szkolnym 1926/27.

1_Julia_Rejman_swiadectwo_szkolne_szkola_Roszkowskiej_1

Miałem podobne problemy z matematyką, jednak dopiero w klasach licealnych. Widać, że rygor ocen w tamtych czasach był stosunkowo wyostrzony, nie sądzę bowiem, żeby matematyka na poziomie pierwszych klas szkoły podstawowej była aż tak trudna!!

Następne świadectwa Julci były nieco lepsze, no i szkoła już inna – o tej właśnie szkole pisze babcia we wspomnieniu na wstępie.

Gimnazjum Żeńskie Kowalczykówny i Jawurkówny przy ul. Wiejskiej 5 w Warszawie było prywatną pensją założoną przez Jadwigę Kowalczykównę (Jadwiga Czarna) i Jadwigę Jawurkównę (Jadwiga Biała) w roku 1903 i prowadzoną przez jej założycielki do ich tragicznej śmierci w roku 1944 w czasie powstania warszawskiego.

Przeglądam zachowane świadectwa mamy;

W “Sprawozdaniu o pracy, postępach i zachowaniu Julii Hrebnickiej, uczennicy III -iej klasy” czytam:

“Półrocze I r. szk. 1928-29:

W tym półroczu Julcia pracowała chętnie, tylko jeszcze nie brała żywego udziału w lekcjach. Zachowywała się zupełnie dobrze, cicho, grzecznie. Okazała postępy dostateczne, tylko w geografii niedostateczne, a w gimnastyce – dobre.

Półrocze II r. szk. 1928-29:

I w tem półroczu Julcia nie zainteresowała się do tego stopnia lekcjami, żeby w nich brać udział, ale pracowała sumiennie.

Zachowywała się zupełnie dobrze.

Okazała postępy dostateczne we wszystkich przedmiotach, a w rysunku i gimnastyce – dobre.

Otrzymuje promocję do IV-ej klasy. ”

2_Sprawozdanie_z_nauki_w_Szkole_Kowalczykowny_2_Julia_Hr

3_Julia_Hrebnicka_Swiadectwo_maturalne2

Na świadectwie maturalnym Julci ładna buzia grzecznej dziewczynki, choć pamiętam jak mama mówiła mi, że była wtedy okropna, nieznośna i bez przerwy kłóciła się z młodszym bratem, Kazikiem…

Po latach uczennice spotkały się, wspominając “Białą” i “Czarną” Jadwigę.

4_Absolwentki_szkoly_Kowalczykowny_i_Jawurkowny_zjazd_ok

5_spotkanie_po_latach_szkola_Kowalczykowny_i_Jawurkowny

Wśród zebranych Julia Rejmanowa z d. Doktorowicz-Hrebnicka.

(późne lata pięćdziesiąte XX w.)

***

informacje źródłowe

https://pl.wikipedia.org/wiki/Szkoła_na_Wiejskiej

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jadwiga_Kowalczykówna

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jadwiga_Jawurkówna

W mużakowskich ogrodach / In Muskauer Gärten

Only_Graphic_RGB_InternetkleinO Mużakowie czyli niemieckim Bad Muskau pisał już nasz Viator czyli Tomasz Fetzki, i to nawet kilkakrotnie. Za pięć dni, a ściślej – 1 września 2016 roku w Nowym Zamku w Parku Mużakowskim zostanie otwarta… 

Wystawa Ogrody  

Zorganizowana we współpracy Uniwersytetu Zielonogórskiego i Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze z fundacją „Park Księcia Pücklera Bad Muskau” wystawa Ogrody jest trzecią już ekspozycją w ramach cyklu Topografia polskiej sztuki współczesnej. Jednocześnie inauguruje ona obchody 25-lecia istnienia Instytutu Sztuk Wizualnych Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Patronat nad wystawą objęli prof. dr hab. inż. Tadeusz Kuczyński, Rektor Uniwersytetu Zielonogórskiego oraz Hansjörg König, Przewodniczący Rady Fundacji, Sekretarz Stanu Ministerstwie Finansów Saksonii.

Einladung revers PLklein

Park krajobrazowy czy ogród angielski – taki jak Park Mużakowski – to przestrzeń z pogranicza natury i kultury. To forma, symbol i marzenie wpisane w ciąg asocjacji nie tylko estetycznych, lecz również erotycznych czy religijnych. Ewokowane przez ogród konotacje hasłowo wyznaczają choćby Raj, ogrody islamu oraz biblijny hortus conclusus – alegoria czystości Marii.

Zarówno przestrzeń tego odwiecznego mitu, jak i geograficzno- historyczne status quo parku stworzonego przez „Goethego sztuki ogrodowej” – księcia Hermanna Ludwiga Heinricha von Pückler-Muskau – stały się inspiracją dla kolekcji dzieł artystów z Zielonej Góry. Wykreowana na potrzeby jednorazowej ekspozycji w Nowym Zamku, jest ona sama w sobie symbolicznym ogrodem ich twórczych możliwości.

Ta polifoniczna i multimedialna prezentacja obejmuje blisko 70 prac dwudziestu artystów – obrazów, grafik, fotografii, filmów oraz instalacji i mebli, ukazując szerokie spektrum sposobów interpretacji pojęcia Ogrody – w sensie topograficzno-ekologicznym, estetycznym i filozoficzno-poznawczym. Wystawa dokumentuje zarówno klasyczne, jak i najnowsze tendencje we współczesnym krajobrazie sztuk wizualnych, stając się jednocześnie formą wielokierunkowej artystycznej refleksji inspirowanej przez jedyne transgraniczne założenie ogrodowo-parkowe w Europie oraz przyczynkiem do międzynarodowego dialogu na temat historii i współczesności stosunków polsko-niemieckich, subiektywnej „kultury wspomnień” oraz fenomenu migracji i „zakorzeniania się“ w nowym miejscu.

W artystycznym dyskursie o Ogrodach twórcy z Zielonej Góry wskazują na ukryte za kulisami świata postindustrialnych miejskich krajobrazów enklawy harmonii człowieka i natury. Analizują paralele między rozwojem twórczym a istotą ogrodu, którego kształt na równi zależny jest od potencjału ogrodnika i rytmu natury. Odnoszą  się zarówno do odwiecznego cyklu wegetacyjnego, jak i do rytuału transgresji – obumierania starego i narodzin nowego w naturze i psychice ludzkiej oraz do poszukiwania mentalnej i etnicznej genealogii, której symbolem są korzenie drzew. Ogród to związek przypadku i planu – flora absolutnie naturalna, a jednak przez człowieka okiełznana. Twórczość plastyczna posiada te same cechy – naturalność i aranżację, a surowa symetria ogrodów francuskich odpowiada zasadom sztuki geometrycznej.

W pierwszej publikacji na temat Parku Mużakowskiego, przygotowanej przed ponad dziesięciu laty przez artystów i humanistów z Zielonej Góry, został on określony jako Przestrzeń pamięci i pojednania. Obecna wystawa i towarzyszący jej katalog ukazują Ogrody przede wszystkim jako poetycką metaforę – eksterytorialną, mentalną przestrzeń czasu, wspomnień, poznania i sztuki.

Czas trwania: 1 września – 31 października 2016

Kuratorzy wystawy: Leszek Kania, Paulina Komorowska-Birger, Zielona Góra
Kierownictwo naukowe: Lidia Głuchowska, Zielona Góra
Koordynacja: Regina Barufke, Bad Muskau
Plakat: Piotr Czech
W projekcie plakatu wykorzystano fragmenty ekolinowego obrazu Basi Bańdy Sadzonki (2013).

http://www.muskauer-park.de    http://www.mzl.zgora.pl               http://www.wa.uz.zgora.pl           http://www.isw.uz.zgora.pl

Plakate_17_08_fragment_RGB_Internet-klein

Ausstellung Gärten im Neuen Schloss im Fürst-Pückler-Park Bad Muskau

… bereits in fünf Tagen …

Am 1. September 2016 öffnet die Ausstellung Gärten im Neuen Schloss im Fürst-Pückler-Park Bad Muskau an der deutsch-polnischen Grenze ihre Türen. Sie entstand als Kooperation der Universität Zielona Góra und des Lebuser Landesmuseums in Zielona Góra mit der Stiftung „Fürst-Pückler-Park Bad Muskau“ und ist bereits die dritte Ausstellung der Reihe Topografie der polnischen Gegenwartskunst.

Gleichzeitig bildet sie den Auftakt zu den Jubiläumsfeierlichkeiten anlässlich des 25-jährigen Bestehens, welches das Institut für Visuelle Künste an der Kunstfakultät der Universität Zielona Góra in diesem Jahr begeht.

Die Schirmherrschaft über die Ausstellung übernahmen der Rektor der Universität Zielona Góra Prof. Dr.-Ing. habil. Tadeusz Kuczyński sowie der Vorsitzende des Stiftungsrats und Staatssekretär im Sächsischen Staatsministerium der Finanzen Hansjörg König.

Einladung Gaerten revers DE-kleinDer Landschaftspark bzw. der englische Garten – der Muskauer Park ist ein Beispiel – stellt einen Raum an der Grenze zwischen Natur und Kultur dar. Er ist eine Form,ein Symbol und ein Traum, untrennbar eingeschrieben in den Assoziationsstrom nicht nur ästhetischer, sondern auch erotischer und religiöser Vorstellungen. Die davon evozierten Konnotationen werden etwa durch Stichwörter wie das Paradies, die Gärten des Islam oder schließlich der biblische hortus conclusus – eine Allegorie auf die Reinheit Marias – hervorgerufen. Sowohl der Echoraum dieses uralten Mythos als auch der geographisch-historische status quo und die Topografie des durch den „Goethe der Gartenkunst“, also den Fürsten Hermann Ludwig Heinrich von Pückler-Muskau, geschaffenen Parks – wurden zur Inspiration für eine Sammlung von Werken.

Gestaltet durch Künstler aus Zielona Góra und geschaffen für eine einmalige Ausstellung im Neuen Schloss, stellt die Sammlung zugleich selbst einen symbolischen Garten ihrer schöpferischen Möglichkeiten dar.

In der polyphonen und multimedialen Ausstellung werden beinahe 70 Werke von zwanzig Künstlern präsentiert – Gemälde, Grafiken, Fotografien, Filme und Installationen sowie Möbelstücke – die ein breites Interpretationsspektrum des Begriffs Gärten aufzeigen, sowohl im topografisch-ökologischen als auch im künstlerischen und philosophisch-kognitiven Sinne. Darin sind sowohl klassische als auch neueste Tendenzen der Kunst vertreten, was eine Plattform zur vielseitigen ästhetischen Reflexion bildet, die vom einzigen grenzüberschreitenden Landschaftspark Europas inspiriert wird.

Die Ausstellung fungiert als Ausgangspunkt für einen internationalen Dialog über die Geschichte und Gegenwart der deutsch-polnischen Beziehungen, subjektive „Erinnerungskulturen“ sowie das Phänomen der Migration und der „Verwurzelung“ am neuen Ort.

Im künstlerischen Diskurs über Gärten weisen die Ausstellungsteilnehmer aus Zielona Góra auf die Enklaven einer Harmonie von Mensch und Natur hin, versteckt hinter den Kulissen der postindustriellen städtischen Landschaften. Sie analysieren Parallelen zwischen der schöpferischen Entwicklung und dem Wesen des Gartens, dessen Gestalt gleichfalls von den Möglichkeiten des Gärtners und dem Rhythmus der Natur abhängt. Sie nehmen Bezug sowohl zum ewigen Vegetationszyklus als auch zum Ritual der Transgression – dem Absterben des Alten und der Geburt des Neuen in der Natur und in der menschlichen Psyche sowie auf die Suche nach einer mentalen und ethnischen Genealogie, welche durch die Baumwurzel symbolisiert wird.

Der Garten ist eine Verbindung von Zufall und Planmäßigkeit – die Flora ist absolut natürlich, und doch durch den Menschen gebändigt. Die bildnerische Gestaltung der ausstellenden Künstler hat dieselben Merkmale – Natürlichkeit und Arrangement wie z. B. die strenge Symmetrie französischer Gärten entsprechend den Regeln der geometrischen Kunst.

In einer ersten Publikation, die die Künstler und Geisteswissenschaftler aus Zielona Góra dem Muskauer Park gewidmet hatten – vor über zehn Jahren entstanden – ist dieser Park als Erinnerungs- und Versöhnungsraum bezeichnet worden. In der aktuellen Ausstellung und dem sie begleitenden Katalog erweisen sich die Gärten vor allem als poetische Metapher – als exterritorialer, mentaler Raum der Zeit, der Erinnerung,der Erkenntnis und der Kunst.

Ausstellungsdauer: 1. Sept. – 31. Okt. 2016
Ausstellungskuratoren: Leszek Kania, Paulina Komorowska-Birger, Zielona Góra
Wissenschaftliche Leitung: Lidia Głuchowska, Zielona Góra
Koordination: Regina Barufke, Bad Muskau
Plakat: Piotr Czech
Für das Plakat wurden Fragmente des Ecoline-Bildes von Basia Bańda Setzlinge (2013) verwendet.

http://www.muskauer-park.de    http://www.mzl.zgora.pl               http://www.wa.uz.zgora.pl           http://www.isw.uz.zgora.pl

Reblog: Język australijski?

Tekst ukazał się na zaprzyjaźnionym blogu “Rozmowy w altanie” ze dwa lata temu

Lech Milewski

Znak zapytania w tytule to rezultat obejrzenia tego filmiku – KLIK. Aktor zwraca uwagę na specyficzną cechę australijskiego akcentu – tendencję do podwyższania melodii zdania pod jego koniec. To może stwarzać wrażenie, że zdanie jest pytaniem(?) – może to być dowodem, że Australijczycy nie czują się zbyt pewni siebie? że unikają kategorycznych stwierdzeń? że oczekują od rozmówcy potwierdzenia? akceptacji?
Czasami może to wyglądac na makabreskę – na przykład taka relacja z wakacji – Suzie została zjedzona przez rekina? Czasem mogłoby to zmienić oblicze świata – na przykład gdyby Jezus był Australijczykiem, to pierwsze błogosławieństwo z Kazania na Górze mogłyby brzmieć: Błogosławieni ubodzy duchem????

Tak więc język australijski nie istnieje (*), ale na pewno istnieje australijska wymowa. Anglicy nazywają ją – Australian whine – czyli jęczenie, stękanie. Mają niestety rację. Australijczycy mają tendencję do mówienia szybko, pod nosem, bez otwierania ust. Popularnym wytłumaczeniem jest ciągłe niebezpieczeństwo połknięcia muchy. Stąd bierze się popularne określenie Australian salute – KLIK – ilustracja tutaj – KLIK. Zlinkowany filmik przedstawia sielankową scenę, piknik, odganianie much gałązkami. Rzeczywistość jest bardziej bezwzględna – odgania się dłonią. W dzienniku telewizyjnym oglądam liczne sceny nagrane w terenie gdzie rozmówcy odganiają muchy, czasem bezskutecznie, a czasem po prostu je połykają.

Najbardziej autorytatywnym demonstratorem australijskiej wymowy może być chyba nasz były premier Bob Hawke. Tutaj jego występ już na emeryturze – KLIK.

Wybrałem jeszcze dwie prezentacje języka australijskiego – pierwsza, to wprowadzenie do australijskiego slangu – KLIK – druga, to tłumaczenie z australijskiego na angielski – KLIK.

Łatwo zauważyć charakterystyczną cechę australijskiego slangu – skracanie słów. I tak: Australijczyk to Ozzie, mieszkaniec Tasmanii – Tassie, komar – mozzie, barbecue – barbie, uniwersytet – uni, zwolnienie chorobowe (sick day) – sickie, kruche ciastko (biscuit) – bikkie, motocyklista (bike rider) – bikie, ambulans – ambo, murarz (bricklayer) – brickie, taaa – dziękuję. Kompletny słownik podany jest tutaj – KLIK.

Na zakończenie zapraszam do wysłuchania nieoficjalnego hymnu Australii – piosenki Waltzing Matilda…

W tej piosence nie brak typowo australijskich określeń, poniżej ich tłumaczenie:- swagman – osobnik włóczący się od farmy do farmy w poszukiwaniu dorywczego zajęcia i jakiejś strawy. Dachu nad głowa mu nie potrzeba, bo swagman nosił na plecach swag czyli prosty brezentowy śpiwór. Na głowie nosił kapelusz z korkami odganiającymi muchy – patrz tutaj – KLIK. Oprócz śpiwora jego podstawowym wyposażeniem był wspomniany w piosence billy – metalowy garnek do zagotowania wody na ognisku.- billabong – jeziorko powstałe w martwej odnodze rzeki – słowo pochodzenia aborygeńskiego.- tucker bag – torba na jedzenie. Słownik tłumaczy tucker na żarcie. Aborygeni używali go jako generalne określenie żywności.- jumbuck – owca. Ponownie słowo o aborygeńskim rodowodzie – patrz tutaj – KLIK.- squatter – osadnik na królewszczyźnie (crown land). Początkowo słowo to miało pogardliwy charakter – osadnik bez prawa do ziemi. W Australii wszystko przekręciło się do góry nogami. Squatters gospodarowali na ogromnych połaciach lądu, dorobili się dużych majątków i stali się tutejszą arystokracją. Nic dziwnego, że w piosence squatterowi towarzyszą policjanci i biednemu swagmanowi nie pozostaje nic innego jak utopić się w jeziorku.(*) Pominąłem w tym wpisie sprawę języków aborygeńskich. Niestety wiem bardzo mało na ten temat. Zainteresowanych odsyłam do wikipedii – KLIK. Powyżej podałem dwa przypadki przeniknięcia aborygeńskich słów do australijskiej gwary. Kolejnym jest boomerang chociaż tu sprawa nie jest taka prosta – patrz tutaj – KLIK.

W Kaliningradzie czyli Królewcu

Jednak są dżentelmeni na świecie! Gdy napisłam, że autorzy blogowi mi się porozjeżdżali na urlopy albo nawet – popadli w lenistwo, odwrotną wręcz pocztą z Monachium i z Australii przybyły dwa wpisy, od Zbycha i od Lecha.  W kolejności w jakiej nadchodziły wpisy, zostaną natychmiast wchłonięte przez adminkę. Zbych dziś, Lech – jutro! A przy okazji – jakie świetne teksty. Dziękuję, Panowie!

Zbigniew Milewicz

Cztery dni śledzia

W więziennej grypserze śledź to policjant prowadzący przesłuchanie, a w mojej – osobistej także reporter, który za czymś chodzi, nawet jeżeli dokładnie nie wie za czym. Zaczął mój pies, tak długo szczekał, warczał, a później dla odmiany skomlał i przymilnie łasił się do mnie, że wreszcie mu uległem. Była to ruska sobaka, która mi od dawna w duszy siedzi i kiedy jej nie nakarmię, przynajmniej od czasu do czasu, wyje, jak głupia.

W Kaliningradzie nigdy jeszcze nie byłem, choć on blisko, za miedzą. Z Berlina, w linii powietrznej to 527 kilometrów, a z Gdańska, drogą S22 tylko 163. Jadę ze Śląska, na polski, świeżo wydany paszport, z wizą, która zezwala mi na dwutygodniowy pobyt w Rosyjskiej Federacji. Dzięki szybkiemu pociągowi Pendolino droga na Wybrzeże zajmuje zaledwie 5,5 godziny, stamtąd do celu podróży pojadę dłużej, choć odległość będzie prawie trzykrotnie mniejsza. Gdański dworzec PKS jest komfortowo zlokalizowany na tyłach kolejowego, mam godzinę do odjazdu autobusu, starczy jej na odnalezienie salonu Orange i na zarejestrowanie mojej starej karty telefonicznej prepaid. Słowem wychodzę z cienia anonimowych abonentów i w duchu obowiązującej od 25 lipca ustawy antyterrorystycznej włączam  się do walki z międzynarodowym złem.

Kupuję kanapki na drogę i Wyborczą, w której na temat tej rejestracji czytam, że jeżeli mimo wszystko chcemy zachować anonimowość, wystarczy wejść na jeden z serwisów ogłoszeniowych i wyszukać zarejestrowane karty SIM. Ceny zaczynają się od 20 zł. za sztukę. Przepisy nie wprowadzają żadnego ograniczenia w ilości kart, które mogą być zarejestrowane na jedną osobę (…) Czy legalne jest sprzedawanie zarejestrowanych kart? Urząd Komunikacji Elektronicznej wyjaśnia, że przepisy nie regulują tej kwestii, podobnie, jak dalszego ich anonimowego zakupu, a więc delikatnie mówiąc nowa ustawa nie ma merytorycznie większego znaczenia. Obowiązek rejestrowania wszystkich abonentów sieci telefonicznych istnieje m.in. we Francji, Niemczech, Hiszpanii, Danii i Indiach, ale szereg krajów nie zdecydowało się na jego wprowadzenie, albo z niego zrezygnowało, ponieważ doprowadził on do upowszechnienia kradzieży numerów oraz tożsamości, przez co niewinne osoby miały później problemy z wymiarem sprawiedliwości. Inaczej mówiąc, rejestracja stała się raczej mirażem, niż gwarantem bezpieczeństwa.

Ruch autobusowy między Gdańskiem i Kaliningradem obsługują wyłącznie rosyjscy przewoźnicy, w sezonie letnim mają po trzy kursy dziennie i bilet kosztuje 50 złotych w kasie PKS, albo czterysta kilkadziesiąt rubli u kierowcy, ale on bierze zwyczajowo pięćset od łebka. Parze młodych Niemców, którzy widocznie nie po raz pierwszy podróżują tą linią, nie podoba się ten zwyczaj, próbują coś wynegocjować u wąsacza za kierownicą, ale ten gotów jest tylko ich wysadzić za najbliższym skrzyżowaniem. Przed odjazdem jeszcze raz sprawdza bilety wszystkim pasażerom i interesuje go, czy są w autobusie Ukraińcy. Jakaś blondynka w średnim wieku podnosi niepewnie rękę, wąsacz zatrzymuje na niej wzrok. Pyta o innych innostrancow, melduje się para drobiazgowych Niemców, jakiś Litwin i ja, jeden Polak. Reszta pasażerów to Rosjanie, pracujący w Polsce, w przygranicznej strefie, albo jeżdżący tam w interesach. W Elblągu wsiada polski biznessman w koszuli od Bossa, bermudach i oryginalnych adidasach, z dwoma smartfonami  i kilkoma puszkami piwa, który przez całą dalszą drogę  będzie prowadził głośno i wyraźnie  ważne rozmowy handlowe z branży motoryzacyjnej. Głownie po polsku, ale i – trzeba mu przyznać – całkiem poprawnie po rosyjsku.

Przez przebudowę drogi między Gdańskiem i Elblągiem, na granicę polsko-rosyjską w Gronowie-Mamonowie docieramy z dwugodzinnym opóźnieniem. Na przejściu pusto, mały ruch graniczny dalej zawieszony z woli polskich władz,  wyłącznie na Ukrainę można po staremu jeździć. Polscy pogranicznicy sprawdzają  dokumenty podróżne, bagaże zainteresują dopiero Rosjan, po  odprawie paszportowej. Są profesjonalnie skrupulatni, ale uprzejmi, nie widzę tej typowej dla poprzedniego systemu, ostentacyjnej demonstracji władzy, której doświadczyłem jeszcze dziewięć lat temu w podróży do Moskwy i na Daleki Wschód. Kilku pasażerów, w tym polski handlowiec, musi otworzyć swoje walizy, parę z nich dodatkowo obwącha owczarek z ekipy antynarkotykowej, jest w porządku, możemy jechać dalej.

W hotelu Berlin, położonym wygodnie blisko dworca autobusowego, pojawiam się późnym wieczorem. Moja rezerwacja tutaj stoi pod znakiem zapytania, bo właściwie jej nie mam. Aby uzyskać wizę, katowickie biuro pośrednictwa drogą elektroniczną zapewniło mi w Berlinie pobyt, ale kiedy dostałem stempel, anulowało voucher. Tak zwyczajowo postępujemy, na pewno znajdzie Pan sobie sam coś lepszego, tańszego – powiedziała miła pani z biura przy odbiorze zawizowanego paszportu. Kiedy stwierdziłem, że na pięć minut przed podróżą na pewno już niczego nie znajdę, solennie obiecała mi przesłać smsem parę dobrych adresów noclegowych w Kaliningradzie, ale się tego nie doczekałem. Świecę więc oczami przed hotelową recepcjonistką, tłumaczę całą historię i okazuje się, że kobieta doskonale wszystko rozumie i nie muszę się denerwować. Rezerwacja online była dla mnie po 25 Euro za noc, czyli niezbyt drogo, za tyle nie może mi niestety teraz sprzedać pokoju, ale ze zniżką dla seniora, za 31 Euro się da. I jak tu takich dziewczyn nie lubić. Pokój jest dwuosobowy do mojej dyspozycji, z telewizorem, lodówką, klimatyzacją i węzłem sanitarnym, czyściutki, przestronny. Tylko pobliska, hałaśliwa jak się niebawem okaże, stacja części zamiennych do transportu miejskiego działa do późna w nocy i wcześnie rano zaczyna pracę, ale nie ma róży bez kolców.

Nazajutrz rano pogoda się już psuje, zamiast słońca, które towarzyszyło mi w drodze, leje. Przygotowany i na taką opcję, ruszam w miasto, autobusem za 18 rubli, które kasuje, jak za dawnych, dobrych czasów w Polsce, konduktorka. W metrze i autobusie charakterystyczny zapach pochmielija – pisał w jednej ze swoich reporterskich opowieści o Rosji Mariusz Wilk. Niestety nic nie czuję, może się coś zmieniło w mentalności Rosjan, a może to przez tych parę wódek, które wczoraj sam łyknąłem wieczorem przy kolacji, w hotelowym barze. Na mieście wiszą jeszcze plakaty z jubileuszu siedemdziesięcioleciolecia kaliningradskoj oblasti, który świętowano zasadniczo w lipcu tego roku. Obchody zaczęły się jednak już w lutym, od Święta Długiej Kiełbasy, najsmaczniejszej, zimowej zabawy, kiedy to oprócz poczęstunku na gości czekały m.in. wystawy lalkarzy i konkursy karnawałowych przebierańców, uliczni artyści i ludowi twórcy. W kwietniu odbył się Dzień Śledzia (jednak jestem w kursie) w Muzeum Światowego Oceanu, kulinarna orgia i zarazem degustacja wszelkich możliwych rybnych smaków. W maju –  Międzynarodowy Festiwal Sztuki „Bałtyckie Sezony“ i Międzynarodowa Wystawa Turystyczna „Pro Turyzm 2016“, później m.in. Dzień Rybaka i Ogólnorosyjskie Młodzieżowe Forum Oświatowe „Bałtycki Artek – 2016” oraz liczne zawody sportowe i festiwale piosenki. Organizatorzy obchodów adresowali je w równym stopniu dla miejscowych mieszkańców, jak i dla turystów z zewnątrz, którzy zjechali nie tylko z całej Rosji, ale i z Zachodu, głównie z Niemiec, i zasilili zawsze głodny, miejski budżet.

Niemcy odbywają swoje sentymentalne podróże na ziemie, które zamieszkiwali niegdyś ich przodkowie, od upadku Związku Radzieckiego w 1991 r., kiedy to obszar Królewca przestał być strefą militarną, całkowicie zamkniętą. Kurt z Wuppertalu, któremu pomagam kupić piwo w hotelowym barze, już po wieczornym zamknięciu, ma wizę rosyjską tylko na trzy dni. Dziarski 77-latek zaplanował sobie, że w tym czasie dotrze swoim terenowym samochodem na koniec rosyjskiej części Mierzei Kurońskiej, na granicę z Litwą, gdzie się urodził. Popatrzy, zrobi zdjęcia, weźmie do auta trochę tamtej ziemi, pooddycha znowu tamtym powietrzem, którego nie zapomniał od dzieciństwa i wróci do Niemiec. To jest jego pierwszy przyjazd do Königsberg i chyba ostatni. Nie chce opowiadać o gehennie wypędzenia, musi zachować siły na podróż, powie mi tylko, że wtedy, w drodze na Zachód, którą odbywali pieszo, zmarła mu mama i młodsza siostrzyczka. Jak znajdzie swój rodzinny dom? Ma wszystko zapisane i w pamięci, samego domu już pewnie nie ma, może ta wieś też już nie istnieje, ale musi to miejsce jeszcze raz w swoim życiu zobaczyć. Najważniesze, żeby mu pozwolili tam dojechać, to jest strefa nadgraniczna. Życzę mu tego z serca.

Starej, wojskowej twierdzy Königsberg praktycznie już nie ma. Powstała w XIII w., na ziemi, należącej do pogańskich Prusów, których wyciął w pień Zakon Krzyżacki (przypomnijmy, że jego pełna nazwa brzmiała Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie), po tym jak książę Konrad I mazowiecki podarował im łaskawie ziemię chełmińską. Siedem wieków później lotnictwo brytyjskie bombami fosforowymi spaliło centrum miasta. To, co ocalało, zniszczyła Armia Czerwona wiosną 1945 roku, w czasie szturmu na Królewiec. Na mocy postanowień Konferencji Poczdamskiej miasto wraz otaczającym je rejonem zostało przekazane Związkowi Radzieckiemu i otrzymało nazwę Kaliningrad, na cześć nieżyjącego, bliskiego współpracownika Stalina. Ruiny centrum zostały rozebrane na cegły, które wykorzystano do odbudowy radzieckich miast, zniszczonych w czasie wojny. Nowym gospodarzom brakowało pomysłu na to miasto, w latach 50 rozważano nawet koncepcję, czy nie przekazać go zaprzyjaźnionej NRD, ale zostało. W latach 60 powstały pierwsze, kilkupiętrowe budynki z prefabrykatów, według typowych projektów, co upodobniło Kaliningrad do wielu innych miast ZSRR. Nie do końca wszakże, bo zostały tam liczne pamiątki przeszłości.

Z pożogi wojennej ocalały m.in. dawny główny dworzec kolejowy, siedem miejskich bram Królewca i neogotycki kościół Świętej Rodziny, którego osobliwością było, że odprawiano w nim ceremonie ślubów i chrzcin, ale nigdy pogrzebów. Ostały się: część z siedmiu mostów nad królewiecką rzeką Pregołą, Königsberger Dom w Kneiphof i wreszcie grób najsłynniejszego mieszkańca miasta, uznawanego za ojca filozofii klasycznej, Emanuela Kanta. W roku 2005 jego imię otrzymał Kaliningradzki Uniwersytet Państwowy, mieszczący się na dawnym Placu Paradnym, w odbudowanym z wojennych zniszczeń gmachu nowej Albertiny, najstarszego, XVI wiecznego uniwersytetu Prus, w którym Kant nauczał.

W Królewcu pełno jest miejsc z cytatami wybitnego myśliciela, głównie po rosyjsku, jeden, umieszczony na ławeczce, przed wejściem do ZOO, zwrócił moją szczególną uwagę.

kantklein

“Postępujcie tak, aby każdy wasz uczynek mógł być potraktowany, jak obowiązująca wszystkich reguła”. Immanuel Kant

Ale będę szczery, nie dla Kanta przyjechałem nad Pregołę, a może właśnie na odwrót, właśnie dla jego Krytyki czystego rozumu.

kant2kleinZ Saszą, która mieszka w niedalekim Czerniachowsku, znamy się z internetu i przyjaźnie korespondujemy już ładnych parę lat, więc pora poznać się osobiście. Ma parę godzin wolnego czasu, przyjedzie do Kaliningradu. Wiekowo mogłaby być moją córką, ale przecież nie jest, występuje w jednym z lepszych zespołów folklorystycznych kaliningradskoj obłasti, ma rozpiętość głosu od altu poprzez mezzosopran do sopranu i w związku z tym często śpiewa partie solowe. Łączą nas więc między innymi pasje muzyczne. Z wykształcenia jest pedagogiem, pracuje w handlu, prywatnie – matka dwóch dorastających chłopców. Zapraszam ją na obiad do stylowej restauracji niedaleko centralnego Placu Zwycięstwa, pod nazwą Sało i borschch. Karmią znakomicie, głównie po ukraińsku, na odchodnym słyszymy do pobachenija, a więc rosyjski wróg publiczny nr 1 jest wszechobecny i nie zamierza się ukrywać w jakichś zakamarkach.

Mam ochotę skoczyć na dzień-dwa do St. Petersburga, to przecież zaraz za rogiem. Niestety, z Kaliningradu odchodzi tam tylko jeden pociąg na dzień, a podróż trwa (trzymajcie się) 25 godzin i na najbliższy tydzień biletów wolnych brak. Na dworcu kolejowym działa agencja lotnicza, jest jeszcze jedno wolne miejsce na jutrzejszy lot nad Newę, ale kosztuje on… 41 tysięcy rubli, przy dalszych przelotach np. do Moskwy, za które płaci się tylko 4 tysiące. Umom Rossii nie ponjat`… przypomina mi się wiersz poety Tiutczewa. W czwartym dniu kończę więc pobyt w mieście nad Pregołą i autobusem, trzymając cały czas paszport w zębach (bo bez niego nie sprzedadzą ci w Rosji biletu do autobusu, a kierowca nie wpuści do środka ) dojeżdżam do Gdańska, gdzie kończy się akurat Jarmark Dominikański. Docieramy tam niestety także z kilkugodzinnym opóźnieniem, przez rosyjską turystkę, przyłapaną na próbie przemycenia przez polską granicę trzech kartonów papierosów. Nie miała czym zapłacić kary i gdyby nie przyszedł jej z pomocą jakiś jej młody zjemjlak, który w ciemno zgodził się założyć kasę, pewnie do dzisiaj tkwiłbym w Gronowie.

Wehikuł czasu

Ewa Maria Slaska i Róża Gałecka

Jedno z tych spotkań…

których się nie spodziewasz, a które na długo zapadną ci w pamięć. Jestem w Sopocie, mój przyjaciel Krzysztof podjeżdża po mnie samochodem.

Pojedziemy do mojej kuzynki, mówi.
Ależ oczywiście, odpowiadam, bo ja zawsze odpowiadam, że ależ oczywiście, jeśli mam się z kimś spotkać, o kim nic nie wiem.

Wjeżdżamy na ulicę Polanki, skręcamy w prawo, w lewo… Dzwoni komórka, odbieram, Lidia, omawiamy wpis na niedzielę, a w międzyczasie Krzysztof i ja wchodzimy do jakiegoś domu, na schodki, do sieni, dzwonimy, ktoś otwiera, no tak mówię, w piątek muszę mieć materiał, witam się, to Ewa Maria Slaska, mówi Krzysztof, koniecznie w piątek, mówię, bo potem nie wiem, czy będzie łącze z internetem, zasadniczo wciąż nie ma, dzień dobry, przepraszam, to pa, na razie i …

Och!

Nie wiem, jak się to stało, ale nagle jestem w pokoju mojej teściowej przed 50 laty, w Poznaniu, gdy obie z Ewą (tą drugą Ewą Marią Slaską, choć wtedy to ona była ta pierwsza, a ja się nazywałam Ewa Bogucka) właśnie zaczynałyśmy studia, ale jestem też na tak zwanej “Batorówce” we Wrzeszczu na ulicy Batorego, w pokoju prababci, ponad 60 lat temu…

hortensjeroza

Jest jednak inaczej, bo u Teściowej i Prababci wszędzie na ścianach wisiały obrazy, ale tu są po prostu wszędzie. Martwe natury, krajobrazy, morze, łodzie, drzewa, ulica w deszczu, tu czerwony parasol, a tu zielony…

lustroroza

Róża maluje, mówi Krzysztof, i pisze wiersze…

Jestem oczarowana, oszołomiona, szczęśliwa, ale też chce mi się płakać. Czegoś mi nagle brak, czegoś żal, żebym ja tylko wiedziała czego… Wiem, że to moja wina, coś zaprzepaściłam, coś przepuściłam przez palce, coś mi uciekło… Już nie piszę wierszy, już nie jestem dobra, już nie wierzę, że można się doskonalić… Ach, bzdury tu wypisuję, każdy ma inne życie, nie mogę mieszkać w takim pokoju, nie mogę mieć takiej wiary i ufności w spojrzeniu, nie mogę… bo ja muszę coś innego, dokądś się muszę spieszyć, coś muszę załatwić… Biegiem, biegiem, umrę w biegu…

Ale teraz, przez chwilę jestem w tym dziwnym miejscu, w pokoju Bzowej Babuleńki, wyniesiona poza czas i miejsce…

Na fotelu w czarodziejskim pokoju u Róży…

kubekroza

Róża Gałecka

Obłoki

Owiewają mnie obłoki
i nie wiem czy one
spływają do mnie
czy podnoszą mnie wzwyż
zbyt lekkie by dotknąć ich słowem
a tak dotykalnie obecne
że przedmioty tracą
swą tożsamość
by w nich się roztapiać

światów przenikanie
trzymam w dłoni
jak bezradny pędzel
przed pustą sztalugą
która prosi o obraz
jak nie napisany wiersz
który prosi o słowo

 

Reblog z siebie samej (2)

Lato, komputery szczerzą zęby, jak się do nich podchodzi, do internetu droga długa i wyboista (dosłownie – ale za to pełna grzybów), autorzy, naprawdę, po prostu leniwi, choć niektórzy używają na określenie swego lenistwa wyrafinowanych sformułowań w stylu – źródło inwencji przypominać ma wyschniętą kuciapkę! – a tu człowiek nieprzezorny czyli ja, nie przygotował sią na taką okoliczność. Uprzedzam więc, że do końca wakacji (czyli do najbliższej niedzieli) jak ktoś czegoś nie przyśle, będą same odgrzewane kotlety… Obudziłam się wczoraj rano i pomyślałam, że o ach, sięgnę po tekst, który opublikowałyśmy pięć lat temu na naszym wspólnym wesołym, rodzinno-kulinarno- literackim blogu pt. Jak udusić kurę... Zajrzałam więc, by sprawdzić, cóż tam tego dnia było i znalazłam informację, że 24 sierpnia pięć lat temu też była środa (dla tych, co znają się na kalendarzu nie jest to pewnie wielkie zaskoczenie, po prostu dwa razy rok przestępny w międzyczasie, ale miło), a ponadto okazało się, że tego dnia ukazał się mój własny wpis (trudno, myślałam, że będzie czyjś, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota – mój) i to na temat INWENCJI!

Dedykuję więc ten wpis autorowi, który narzeka, że mu wyschło źródło inwencji 🙂

Ewa Maria Slaska

Inwencje

Czasem bywa tak, że nie wstanę z łóżka, dopóki nie wiem, jak się ubiorę. Niekiedy, zwłaszcza jeśli mają być goście na obiedzie, dopóki nie wiem, co ugotuję. Mam dobrą pamięć, wiem więc, co miałam na sobie trzy lata temu, kiedy po raz ostatni spotkałam się z panią Profesor, która ma dziś przyjść na obiad, i co jadłyśmy. Nawet po 20 latach pamiętam pewien poranek, kiedy przed wstaniem wymyśliłam tort jarzynowy na wegetariańskie urodziny. Teraz doszedł mi jeszcze ten blog. Też nie wstanę bez inspiracji. Jedna z autorek wczoraj się wypowiadała, druga, po powrocie z urlopu wpadła zapewne w wir pracy i nic nie podesłała, ewidentnie to moja kolej, żeby coś napisać o poranku. Długo zatem nie mogłam wstać, przerzucając w głowie inspirujące książki i inne pomysły, aż zerwałam się niemal z okrzykiem, gdy przypomniałam sobie, że przecież już od dawna chciałam coś napisać o Louise Erdrich (nie ma o niej wpisu w polskiej Wikipedii), znakomitej etno-amerykańsko-indiańskiej pisarce z Minneapolis, która pisze po prostu rewelacyjnie, a o której istnieniu dowiedziałam się od Inspiratorki tego blogu (chwała jej za to!).

Gdy w zeszłym roku przyznano Nobla literackiego Hercie Müller, cieszyłam się oczywiście, bo kobieta i pisarka poniekąd etniczna, a na pewno emigrantka i jeszcze na dodatek dość młoda (są z Erdrich równolatkami), ale byłam zdania, że wszystkie (WSZYSTKIE) te cechy znaleźli by i u Louise Erdrich, a to moja prywatna i bezkonkurencyjna kandydatka do ataku na ten niemal męski szaniec, jakim jest Nobel, forteca, gdzie co pewien czas zapadają wprawdzie przedziwne decyzje dotyczące talentu, wieku, pochodzenia narodowego i, rzadziej, płci nagrodzonych autorów, ale która w moim pojęciu nadal jest męska i zależy od produkcji dynamitu do celów wojennych.

Właściwie to wcale mi na tym Noblu dla moich ulubionych pisarzy nie zależy, Lorca nie dostał Nobla, Rilke też nie, dostał za to sto lat temu pewien niemiecki pisarz, Paul Heyse, o którym nawet Niemcy nic nie wiedzą.

Wróćmy jednak do naszych baranów. Kilka powieści Erdrich pojawiło się już po polsku, i coś tam pewnie da się kupić w internecie, choć pobieżna kontrola wykazała, że w amazonce był w ofercie “Klub śpiewających rzeźników” za złotych polskich 7, jednak “towar” okazał się niedostepny. Ale to nieważne, moja inspiracja kulinarna i tak pochodzi z ostatniej, nieprzetłumaczonej powieści Erdrich, “Shadow Tag” (2010). Mąż przygotowuje na kolację suflet z sera, świeżą bagietkę i sałatę z młodych liści szpinaku z gruszkami. Do tego lekko schłodzone białe wino. Według norm stosowanych na tym blogu to menu na pewno świadczy o tym, że Erdrich zapewne umie gotować, a bez wątpienia, wie jak komponować posiłki.

Poczatkującym w gotowaniu pannom powiem, że suflet z sera to najwyższa szkoła jazdy i nie należy się przerażać, jeśli nie wyjdzie. podpowiadam więc na wszelki wypadek, że w tej pięknej, lekkostrawnej kolacji o literackich inspiracjach, suflet spokojnie można zastąpić omletem z serem.

A więc suflet: Ubić trzy białka na najsztywniejszą pianę pod słońcem. Dodać szczyptę soli, 100 gramów drobno pokruszonego sera typu lazur, 3 żółtka, łyżkę miękkiego masła osełkowego. Formę szklaną posmarować masłem, posypać delikatną bułką tartą. Wlać masę na suflet do formy, ostrożnie wstawić do nagrzanego do 180° pieca, zapiekać ok. 45 minut, cały czas się modląc. Wyjąć i natychmiast podawać na stół!!!!

Uwaga z 24 sierpnia 2016 roku:

Wpisy na tamtym blogu, a był to blog dla (umownie traktowanych) Panien, prowadzony przez Panny (i Lecha!), zawsze zawierały jakiś przepis (najczęściej kulinarny, ale bywało, że dotyczył np. sprzątania), a kończyły się zawsze zagadką literacką. Tego dnia zagadka brzmiała:

Literatura polska też ma w swych rejestrach pisarza indiańskiego pochodzenia. Mieszkał w Trójmieście, bywał nawet u nas w domu i w albumach rodzinnych pozostało zdjęcie mężczyzny we wspaniałym pióropuszu.

Co to za pisarz, co napisał, jakie są jego indiańskie korzenie?

***

Zagadkę bezkonkurencyjnie wygrała Panna o ksywce: Frusty.

Pisarz z zagadki to Stanisław Supłatowicz zwany po indiańsku Sat-Okh – Długie Pióro, pisarz, artysta i gawędziarz.

Podaję linka do pracy magisterskiej na temat Sat-Okha. Niesamowita postać : )

http://www.indianie.eco.pl/litera/sat-okh1.html

Jego twórczość:

* “Ziemia słonych skał” (1958)

* “Biały mustang” (1959)

* “Dorogi schodjatsja” (w jęz. ros., wspólnie z Antoniną Leonidovną Rasulovą) (1973)

* “Powstanie człowieka” (1981)

* “Fort nad Athabaską” (wspólnie z Yackta-Oya) (1985)

* “Biały Mustang.Baśnie i legendy indiańskie” (1987)

* “Głos prerii” (1990)

* “Tajemnica Rzeki Bobrów” (1996)

* “Serce Chippewaya” (1999)

* “Walczący Lenapa” (2001)

Zdjecia Sat-Okha w tym miejscu:

http://www.huuskaluta.com.pl/sat_okh/index.php

Ach, jeszcze dopowiedzenie o jego indiańskich korzeniach cytatem:

‘Urodził się, jak sam twierdził, w “ukrytej wiosce” Indian w dorzeczu rzeki Mackenzie w Kanadzie. Był synem Polki, nauczycielki i uciekinierki z Syberii, Stanisławy Supłatowicz, oraz Leoo-Karko-Ono-Ma (Wysokiego Orła) – Indianina, wojennego wodza plemienia Shawnee (Szawanezów, Szaunisów).’

Pozdro! Hawk!

A tu cytat z Louise Erdrich z “The Painted Drum” z poprzedniej kuchni Ewy (wisiał na ścianie, przepisany ręcznie przez Pannę Inspiratorkę) od kilku lat stale mi towarzyszy… Dziękuję za niego :-)))

“Life will break you. Nobody can protect you from that, and living alone won’t either, for solitude will also break you with its yearning. You have to love. You have to feel. It is the reason you are here on earth. You are here to risk your heart. You are here to be swallowed up. And when it happens that you are broken, or betrayed, or left, or hurt, or death brushes near, let yourself sit by an apple tree and listen to the apples falling all around you in heaps, wasting their sweetness. Tell yourself you tasted as many as you could.”

Z książki nie wydanej

Jeden z terminów określających ten blog brzmi: salon odrzuconych. Nie jest on w przypadku tego wpisu formalnie właściwy, bo oficjalnie nikt tej książki, której początek tu publikuję, nie odrzucił. Przeciwnie – tekst został dobrze, ba, z dużym uznaniem przyjęty… Tyle, że było to w kwietniu, a teraz jest sierpień i od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał…

Ewa Maria Slaska

Umarła

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Podczas Podniesienia do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ona.

Minęło 20 lat. (Uwaga – tekst napisany był rok temu – przedwczoraj minęło 21 lat)

Moja siostra, Kasia, twierdzi, że do kościoła weszła Cyganka z dzieckiem na ręku. Ktoś chciał ją wyprosić, ale ona zaczęła głośno krzyczeć, nie chciała wyjść. Ciekawe, w ogóle tego nie pamiętam, a przecież to takie zdarzenie, które się tam i wtedy MUSIAŁO zdarzyć.

Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, a mimo to była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta zwielokrotnionym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach.

Oczywiście miała wady. Teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć zapewne nie mam prawa mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Niestety, nikt nie powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo. Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale było ciekawe. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo zabieganie jest nieeleganckie podobnie jak odginanie małego palca przy piciu herbaty. Nagrodą za pracę jest sama dobrze wykonana praca, a nie pieniądz.

Ojciec zresztą wyznawał tę samą teorię. Nie wolno się dać opętać masie towarowej. Zrobili więc w życiu bardzo dużo, ale niczego się nie dorobili.

No i tak właśnie i ja zrealizowałam swoje życie, bez najmniejszych osobistych korzyści, a za to w konfrontacji z kolejnymi stratami.

Podobno to moja karma.

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował statki, jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama rzecz jasna – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a byłam sama, było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ale to już nie ta Hiszpania, którą kochała Mama. Na trasie do Santiago zdarzają się bowiem i takie momenty:

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni, możliwe, że Cyganka, próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy (wtedy jeszcze paliłam), w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki! Widzę ich masowo na ulicach Berlina. Przyjechali tu z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, ale też z Hiszpanii i Portugalii. Kobiety wróżą, dzieci żebrzą na ulicach, mężczyźni handlują kradzionymi samochodami, bo teraz to już samochody, a nie konie. To te same twarze, twarze pięknych zakochanych Cyganów, pięknych niewiernych Cyganek i mordowanych kobiet z dziećmi. Lorca kochał ich piękno i ich szlachetność. Nie wiem, czy wówczas tacy jeszcze byli, czy już wtedy poeta przyłożył do ich pięknych twarzy lustro poetyckiej licencji i poetyckiego współczucia. Byli w Hiszpanii lat dwudziestych ubiegłego wieku pogardzanym zapewne ludem, tak jak w całej Europie, a on był pierwszy, który ich wyniósł do rangi ludzi i to ludzi godnych zazdrości, kochanych, kochających. Pięknych, kochanych, nieszczęśliwych. Szlachetnych.

Było.

Ciekawe, czy Mama w to wierzyła… ?

Reblog z siebie samej

Nie ma łącza, robię co mogę, reblog tekstu sprzed 3 lat

Ewa Maria Slaska i Tomasz Grochal

EMS: Mam takie nazwisko, które aż się prosi o przekręcanie. Nie jest to zresztą moje nazwisko, tylko mojego (byłego) męża, no ale w jakimś stopniu jest też moje, bo używam go już od kiludziesięciu lat. Nazywamy się Slascy. Dokładnie tak – S bez kreski, a bez ogonka. Slaska, Slaski, Slascy. Tym niemniej KAŻDY wie lepiej. Zdarzało się, że ktoś na moich oczach poprawiał mi nazwisko na tę nieszczęsną Śląską. Redaktorzy i korektorzy robią to po prostu nagminnie. Również w internecie pojawiam się tysiące razy jako Slaska i jako Śląska. Redaktor Giedroyc wydając dochodzeniexmoją książkę w paryskiej Kulturze oszczędził mi wprawdzie ą, ale już Ś nie mógł sobie (ani mnie) odmówić. Po przyjeździe do Niemiec zrobiło się jeszcze gorzej, bo nie tylko KAŻDY w Niemczech wiedział lepiej niż ja, jak się nazywam, ale jeszcze był pewien, że zniemczyłam sobie nazwisko, żeby nie denerwować niemieckiego otoczenia albo żeby się ukryć z tym, że jestem Polką, albo zresztą cokolwiek innego…

Czasem się złoszczę, czasem się śmieję, czasem wyjaśniam, zawsze jak zaczynam współpracę z jakąś nową redakcją, piszę błagalne listy i maile, żeby uszanować to piękne, stare, polskie nazwisko, które już wiele stuleci temu tak właśnie brzmiało.

O proszę, tu – wpis w Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Slascy.

Tak więc nic nie zapowiadało specjalnej niespodzianki, gdy w początku listopada dostałam maila od Tomasza Grochala z Gdańska:

TG: Szanowna Pani Ewa Slaska,
witam Panią z przekonaniem, że zwracam się do  Autorki  wiersza

Dni jesienne
Dni jesienne…
Złocistości pełne
Z czerwonym liściem
we mgle
Zanim wiatr
uszarga je w błocie
Zanim deszcze
opłaczą stokrotnie
Zanim jesień
swój smutek uprzędzie
Dni jesienne…
Trawy jeszcze zielone
Z łkającym ptakiem
w niebie – hen
Gdy krwistą jarzębiną
alejkę wiatr spina
Tańczą.., tańczą
szalone
liście w Łazienkach
przed zimowym snem
xxxxxxxxxxxxxxxxxautor Ewa Śląska
Droga Pani, z tym utworem zetknąłem się dawno temu – w prasie, gdzieś w 1987 roku, i towarzyszy mi… bagatela, od około 40 lat. Stosunkowo niedawno dopiero ustaliłem Autora i wiedziony od zawsze tą potrzebą, szukam z uporem sposobności, aby wyrazić gorące podziękowanie za ten miły utwór, który w okresie złotej polskiej jesieni, która w tym roku dopiero co minęła, staje mi co roku przed oczyma częściej niż w innych porach roku. Może wreszcie tu i teraz nadarza się ta, oczekiwana przeze mnie, okazja.
Mógłbym tu dodać więcej szczegółów i okoliczności z mego życia związanych z tym wierszem, ale zostawmy to na inną okazję.

Z podziękowaniami łączę wyrazy szczerej sympatii
Tomasz Grochal

EMS: Zadumałam się nad nadesłanym mi wierszem. Wiersze, bywało, owszem, wprawdzie dawno temu, ale co ja tam wiem, mogłam zapomnieć, a wiersz też dawny i z dawna w pamięci pana Tomasza. No i sam ten wiersz, tańczą…, tańczą szalone liście w Łazienkach. Czy ja kiedyś coś takiego napisałam? Jasne, pisałam wiersze, każdy pisał, niektórzy nawet znają swoją lirykę na pamięć, ja nie, ale mimo to – szalone liście w Łazienkach? Odpisałam więc:

Dziekuję Panu bardzo, choć nie jestem pewna, czy to naprawdę ja byłam autorką i się chyba nigdy nie dowiemy, bo nie mam już moich starych wierszy. Ale jakoś wydaje mi się, że to nie ja. Była jeszcze druga Ewa Maria Slaska, też w Gdańsku, ale wg moich informacji nie pisała wierszy, choć oczywiście – kto wie? Ta druga Ewa Maria Slaska nie żyje, ale mogę przy okazji zapytać jej Mamę, czy coś znalazłoby się w spuściznie.
A może Pan wie, w jakiej to prasie się ukazało?
Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska
nie Śląska

I to byłby koniec tej korespondencji, gdyby nie odpowiedź.

TG: Miła Pani, w sowieckiej Rosji w porcie Tuapse na Morzu Czarnym, na jesieni1987 roku, nabyłem w kiosku kilka starych numerów Kobiety i Życia. Wówczas to były jedyne polskie gazety dostępne w kiosku. W jednym z nich w nr 48/1905 z dnia 02.12.1987 natknąłem sie na ten wiersz. Po latach, niedawno ustaliłem kilka szczegółów, między innymi autorkę wiersza, odwiedzając pięknie wyremontowaną biblioteke i czytelnię czasopism na Przymorzu, gdzie dotarłem do archiwalnego egzemplarza tego czasopisma. Pani nie zaprzecza, że tworzyła w przeszłości utwory poetyckie. Rozumiem jednak, że autor czuje ducha swoich utworów i pewnie się nie myli w ocenie.
Pamiętny numer Kobiety i Życia wydrukował wiersz wzbogacając go kolorowymi jesiennymi zdjęciami z urokliwych warszawskich Łazienek, nawiązującymi do treści utworu. Strony z wierszem i zdjęciami przymocowałem na szocie kabiny i w chwilach odpoczynku wpatrywałem sie w nie przez wiele miesięcy, znając treść utworu na pamięć. Tak było do momentu zmustrowania ze statku. Wiersz na papierze tam pozostał, chociaż zabrałem go w swojej pamięci i uczuciach, i towarzyszy mi nadal przy różnych okazjach zwłaszcza jesiennych pejzażach.

slaskawgoogleEMS: Wiem na pewno, że to nie ja. W roku 1987 byłam już na Zachodzie i nie wysyłałam nic do żadnej redakcji w Polsce. No jak nie ja, to poniekąd sprawa się wyjaśniła, ale tylko poniekąd. Bo teraz dzielę z Tomaszem pamięć tej linijki o tańczących szalonych liściach. Po kilku dniach postanowiłam poszukać autorki wiersza w internecie. Niestety w wyszukiwarce pojawiam się przede wszystkim ja sama, co oczywiście tłumaczy, jak Tomasz do mnie dotarł. 2.500.000 wpisów. No, ale to oczywiście nie tylko ja, nie przesadzajmy, pojawia się też Śląsk we wszystkich odmianach, kiełbasa śląska, Ruda Śląska, śląska oczyszczalnia ścieków, biblioteka śląska, powstania… Ale oczywiście znajduję wreszcie inną Ewę Śląską… Oglądam jej zdjęcie. Ładna. Ona? Jeśli to ona, to pisząc wiersz miała 20 lat. W tym wieku pisze się wiersze. Postanawiam nie pytać, tylko opublikować tu ten wiersz i wysłać jej linka. A nuż… Piszę więc do Tomasza, proponuję wpis i proszę o skan.

TG: Witam Pani Ewo, jestem z lekka zaskoczony propozycją. Sądziłem, że sprawa wyczerpała swój potencjał, wytraci bieg i ja z kompanem-wierszem odejdę w siną dal. W odpowiedzi na Pani sugestię postaram się dotrzeć do właściwego źródła, aby uzyskać zdjęcie, skan lub ect. Może zejdzie parę dni, zanim to zadanie wykonam, bo walczę ze swoimi zdrowotnymi słabościami. Zapewniam też, że może Pani robić użytek z korespondencji zgodnie ze swoimi potrzebami.

TG (już następnego dnia):
Pani Ewo, z czytelnią wyszło szybciej niż przypuszczałem, bo dzień był ładny i podjechałem na Przymorze. Przesyłam  zdjęcia.

slaskajesieniaEMS: A teraz wyślemy linka do Ewy znalezionej w Internecie i pokażemy wpis na FB. Może znajdziemy tę, która naprawdę nazywa się Śląska. Ale może nie – bo ta, którą wyszukał polski google mieszka na Śląsku i może tylko taki sobie wybrała pseudonim.

Zobaczymy.

Reblog: Sardynia

Jacek Pałasiński

14 sierpnia 2016

W oczekiwaniu na prom wjechałem na malownicze wzgórze na wschód od Porto Torres. Wpatrywałem się w wyraźnie nakreśloną linię horyzontu: na dole ciemny błękit, urozmaicony pojawiającymi się i znikającymi białymi kędziorkami fal, a powyżej nieśmiało zabarwioną na niebiesko biel. Lubię się wpatrywać w morze; dostarcza mi to cichej rozkoszy. Coś mi jednak w tym niezmiennym krajobrazie przeszkadzało, wytężyłem wzrok: ależ tak, to była Korsyka, jeden z najpiękniejszych fragmentów lądu, jaki znam. Ledwie-ledwie poszarzała biel nieba.

Moja sardyńska przygoda dobiega końca. Jeszcze kilka godzin i zaokrętuję się na prom, który, opływając Korsykę od Zachodu, zawiezie mnie do Genui. Jednego wnuka wcześnie rano odprawiłem na samolot, drugi został oswajać się z morzem i plażą; na razie się ich boi, ale z każdym dniem coraz mniej. Młode pokolenia uczą się mówić. Co powiedzą, jak już się nauczą? Coś mądrego, dobrego, czystego? Czy jak zwykle?

Niewiele się naużywałem, bo głównie siedziałem w ciemnej dziupli (bo chłodniej) i pisałem. Raz poszedłem na piękną plażę, by utwierdzić się w przekonaniu, że odkąd ludzkość wynalazła baseny morze jest raczej do oglądania. Były ogromne bałwany, zanurzyłem nogi, wiatr wypiaskował mi twarz jak z kerchera i uznałem, że dosyć. Zadawałem się natomiast z ciekawymi ludźmi z najmniej rozwiniętej części wyspy, może lepiej: z jednej z wielu zaniedbanych części tego skrawka Unii Europejskiej. W Polsce takiej biedy nie ma; a tu – są z nią za pan brat od stuleci. Biednie, brzydko, niezbyt czysto. Drogi jak zbombardowane. Po środku krzywo wybetonowane kanały; to pewnie nad rurami od metanu. Z jakichś powodów w całym kraju kładzie się je pod szosami, rujnując doszczętnie nawierzchnię. Firmy, które wygrały przetarg zapewne zobowiązywały się do naprawienia szkód, ale nich ich nie sprawdzał, nikt nie wymagał. Ogólnowłoski slogan, zawieszony na płotach, odgradzających rowy, ryte w jezdniach brzmiał: „E’ arrivato il metano azzurro” – „Nadchodzi błękitny metan”. Błękitny nie jak metan, ale jak kolor Włoch… Zrujnowali drogi w całym kraju. Gdzieniegdzie już się z tym uporali, bo to w końcu 20 lat, jak kładą te rury, ale nie na Sardynii; tu jest bieda. Zadekretowana, utrwalona tradycją, niezmienna bieda’ była jest i będzie, nie warto o nią kruszyć kopii.

Może dlatego sardyńskie miasteczka, te które leżą wewnątrz lądu należą do najbrzydszych nad całym Morzem Śródziemnym. Brzydkie i przygnębiające. Zwłaszcza w zestawieniu ze splendorem cudnego i czystego morza i majestatem wszelkiego rodzaju gór. Z Sardynii był prezydent Francesco Cossiga, był sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej Enrico Berlinguer; nic nie zmienili. Na Sardynii jest bieda i już. Wyciąga rękę do państwa, a państwo daje od niechcenia, byle co i byle jak; w końcu to niewielki region Italii, z dala od kontynentu, przynosi więcej kłopotów niż zysków.

Koło 1800 roku król Sardynii i Piemontu wydał bezterminowe koncesje na wydobycie z tutejszych gór ołowiu i cynku firmom francuskim i belgijskim. Przez 150 lar zamieniono tutejsze góry w szwajcarski ser, wyryto setki kilometrów sztolni i korytarzy. Przy udziale Polaków, dodajmy; po Pierwszej Światowej internowanych jeńców, po Drugiej Światowej z ochotników ze śląska. Ostatni polski inżynier i górnik zginęli tu, kopiąc sztolnię, nie dalej jak 15 lat temu.
Z całego tego wydobytego stąd bogactwa nic nie zostało na Sardynii. Nie budowano dróg; tylko kolejki do wywożenia surowca w pobliże morza; tam stawiano piece, które z grubsza oddzielały surowiec od skały. Najpierw kobiety stwardniałymi rękami to rozdzielały na taśmie, a potem podpływały małe łodzie, zabierały nieforemne wytopki i przewoziły na łodzie większe. Te odbijały, załadowane, w kierunku jeszcze większych a te z kolei w kierunku dalekich portów, ale nie sardyńskich. 1500 osób zginęło w tych kopalniach w niespełna 150 lat. O: ojciec Bruna, ojciec Sergia… W tych kopalniach Sardyńczycy się rodzili tu pracowali i tu umierali. Żeby się nie buntowali, budowano im kaplice, szkoły i boiska; kopalnia dbała o wszystkie elementarne potrzeby rodzin pracowników. Zarobki były głodowe, ale były, a gdzie indziej nie było nic. Nie ruszali się spod swoich chałupek, byle jak postawionych w pobliżu kopalń, bo po co? Ginęli, to ginęli, chorowali, to chorowali; takie sardyńskie życie, jedyna alternatywa to paść kozy, ale kozy kosztują; trzeba je kupić albo odziedziczyć…

W 1950 r. zasoby się wyczerpały i zagraniczne spółki kopalnie zamknęły. Całe pokolenie Sardyńczyków nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Państwo usiłowało przez 20-30 lat utrzymać nierentowne kopalnie przy życiu, potem powiedziało „pas”. No i koniec. Pozostały podziurawione jak robaczywy grzyb góry i setki okropnych struktur hutniczych, pobudowanych bezpośrednio na brzegu morza. Skruszały, leżą w gruzach. Całe miasteczka zostały porzucone, albo nie ma po nich śladu, albo, tu i ówdzie sterczą w niebo jeszcze jakieś ruiny.

W trosce o piękno środowiska zakazano budować struktur turystycznych. Z troski o środowisko. To największe bogactwo tej przecudnej ziemi leży odłogiem, jest brudnawe i zasyfione, ale środowisko triumfuje. Tylko na Północnym Wschodzie – Golfo degli Aranci, Porto Rotondo, Porto Cervo – kiedyś ze względów politycznych dano te ziemie w pacht Adze Khanowi; dziś to raj milionerów z Rosji, Berlusconiego, Mirka i jego Topolanka i innych snobistycznych bogaczy lub znajomych bogaczy. Ja nie sądzę, żeby tamte tereny straciły na tej koncesji. Sądzę, że jeśli władze regionu chcą chronić środowisko, to niech zaczną od sprzątania, od bonifikacji tysięcy czynnych jeszcze zbiorników zatrutych arszenikiem, tlenkami aluminium czy innymi chemikaliami, które każdej wiosny, kiedy i tutaj, nad tę suchą ziemię przychodzi deszcz, przelewają się, tworząc ogromne zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców, dwu i czteronożnych, a także dla roślin.

Pewnie, nie można powtórzyć dzikiej gonitwy do cementowania plaż, jak to miało miejsce w Hiszpanii, poważna władza powinna umieć sobie z tym poradzić. Ba, poważna władza…
Jakimś cudem, mimo panującego zakazu, ten i ów dostaje zezwolenie na budowę „mieszkaniową”, tj mini-domki szeregowe, po 50 m2 każdy, na dwóch piętrach i ze schodami, które liczą się do metrażu. Można taki kupić już za 100 tysięcy euro. Chętnych nie brakuje. Ale zaraz potem odkrywa się, że tu nie ma wody, więc trzeba ją zamawiać w wielkich bidonach za słone pieniądze. Potem okazuje się że domki stoją na piasku, więc mają tendencję do wyłamywania się z „szeregu”. I że są wykonane tak tandetnie, że nie mija rok, a trzeba całość znów tynkować od zewnątrz i wewnątrz. Sporo jest takich osiedli-widm porzuconych, których mieszkańcy prawują się z budowniczym, który już tymczasem zdążył zbankrutować.
Ale w miasteczkach ludzie sprzyjają takim bezecnym inicjatywom budowlanym, bo to przecież trochę miejsc pracy, choćby na krótko…
Ciao, piękna, kochana, zaklęta i przeklęta Sardynio…

***
W tej samej podróży włoskiej, tyle że dziesięć dni wcześniej autor zjadł…

…arcydzieło, kucharzom innych nacji niedostępne, ba, kucharzom z innych regionów: polentę z grzybami. Poezja!
Polenta to w 95 przypadkach na sto niejadalna, niesmaczna grduła z mąki kukurydzianej i wody, zaparzona we wrzątku jak kuskus, albo zapieczona w piekarniku. Cokolwiek z nią zrobisz – grdułą pozostanie. No, ale te pięć na sto razy… Och jej! Była z pieca, ale nie za sucha, ze skorupką, ale tylko z wierzchu, nie za grubą, właśnie taką, jaka potrzebna jest, by bez zapadania utrzymać na wierzchu dobrze dobraną mieszankę mocno posiekanych grzybów, uduszonych osobno, bez żadnego beszamelu ani śmietany, sama oliwa i grzyby we własnym sosie, a na to… Drobniutko pokrojony, cienki jak bibułka boczek, podsmażony praktycznie na sucho, tak, żeby miło chrupał wśród grzybków. A na wierzchu – kilkanaście płatków parmezanu. Kieliszek dobrego, czerwonego wina z Trentino, blend merlota z cabernetem, czyli sangiovese z cannaiolo nero po tutejszemu coronat opus.

***

Przyznaję jako administratorka bloga, że nie wiedziałam, o co chodzi z tym metanem, ale sprawdziłam, oczywiście wiedziałam, że jest to gaz i wiedziałam też, że są samochody na gaz, ale nie wiedziałam, że to samochody na metan… uczymy się całe życie. A Włosi ponoć rzeczywiście lubią metan i niemały w tym udziała FIATa. Więcej TU.