Lorenzo da Ponte (2) Tułaczka

Lech Milewski

Kara

Rok 1776 – Lorenzo utracił pracę w Treviso – przeniósł się do Padwy.
Odetchnąłem z ulgą. Na początku poprzedniego wpisu wyrażałem wątpliwości, czy Lorenzo da Ponte mógł mieć kwalifikacje do pisania o grzechu czy rozpuście. Po zapoznaniu się z faktami wykrzyknąłem – ma, aż nadto, dosyć tego, basta!
Zagłębiłem się ponownie w materiałach źródłowych, oczekując, że teraz znajdę informacje o karze – drugiej połowie kwalifikacji autora libretta do opery z podtytułem rozpusta ukarana.

Oto co znalazłem –

Padwa (to nadal Republika Wenecka)

Najmłodszy brat Lorenzo, Luigi, studiował tu medycynę. Był to bardzo trudny okres. Mimo bardzo skromnych oszczędności Lorenzo starał się utrzymywać wysoki standard życia. Większość czasu spędzał w kawiarniach literackich, gdzie brylował w środowiskach literatów i intelektualistów. Budżet reperował wygranymi w domino i warcaby.
Koło fortuny przekręciło się na dobrą stronę, gdy jego przyjaciel Mazzola załatwił mu posadę sekretarza u wysoko postawionej weneckiej rodziny Zaguri.

Wenecja

Da Ponte otrzymał również posadę nauczyciela w domu szlachetnie urodzonego Giorgio Pisani. Prócz powyższych zajęć pełnił oczywiście obowiązki kapłańskie – regularnie odprawiał msze w kościele św. Łukasza (San Luca) – KLIK.

Casanova

Od razu wpadł w wir kontaktów literackich. Z racji pracy u Giorgio Pisani zainteresował się również sprawami polityki.
W Wenecji spotkał się po raz pierwszy z Giacomo Casanovą.
Casanova znał i cenił twórczość poetycką da Ponte. On sam w tym okresie (miał 50 lat) wycofał się z aktywnego życia, publikował nieco, ale bez powodzenia, jego głównym źródłem utrzymania była regularna pensja wypłacana przez władze miasta za pisanie donosów o tym, co też usłyszał od swoich znajomych.

Przypuszczalny portret Casanovy, przypisywany Alessandro Longhi lub Pietro Longhi

Da Ponte zamieszkał w domu pani Laury Bellaudi. Mieszkał tam również jej syn Carlo z żoną Angiolettą. Lorenzo da Ponte nie wspomina o niej w swoich pamiętnikach, dotyczących tego okresu, dopiero dokumenty znalezione 150 lat później wyjaśniły tę sprawę.
W 1942 roku ukazał się artykuł La vera ragione della fuga di Lorenzo da Ponte da Venezia (Prawdziwe powody ucieczki Lorenzo da Pointe z Wenecji). Była to relacja oparta na protokołach zeznań świadków przed Esecutori contro la bestemmia – Trybunałem do spraw moralności. Trybunał działał na podstawie anonimowego donosu wrzuconego do paszczy lwa przed kościołem San Moise (św. Mojeżesz). To był wtedy przyjęty zwyczaj.

Z donosu, potwierdzonego później zeznaniami świadków, wynikało, że Lorenzo miał romans z piękną Angiolettą, mimo że była ona już w piątym miesiącu ciąży.
Carlo, mąż Angioletty, miał w tym okresie również romans i korzystał z usług da Ponte w przesyłaniu swojej kochance listów.
Pewnego razu, Lorenzo – oczywiście niechcący – zajrzał do listu i przeczytał, że Carlo obiecuje kochance, że aby się z nią na stałe połączyć, zabije własną żonę. Dobrą okazją będzie poród.
Lorenzo natychmiast powiadomił Angiolettę o niebezpieczeństwie, oboje uciekli z domu Bellaudi i przenieśli się do domu kuzyna Lorenzo. Tam nastąpił poród.

Następnego dnia kuzyn Lorenzo i położna zanieśli dziecko do domu ojca, Carla Bellaudi, ale ten odmówił jego przyjęcia i zostało oddane do zakładu dla podrzutków.
Istnieje uzasadnione podejrzenie, że ten list ze wzmianką o zamiarze morderstwa, został sfabrykowany przez Lorenzo, gdyż napisany jest poprawnym jezykiem, podczas gdy oryginalne listy Carla były pełne błędów.

Lorenzo wynajął mieszkanie, w którym zamieszkali razem. Wkrótce Angioletta ponownie zaszła z ciążę.
Mieszkania zmieniali dość często, przez pewien czas mieszkali w burdelu. Lorenzo nie wykazywał zazdrości z powodu swobodnych kontaktów Angioletty z klientami, mało tego – przygrywał gościom lokalu na skrzypcach – w sutannie, gdyż innego ubrania nie posiadał.
Sprawa była na tyle znana, że proboszcz kościoła św Łukasza zabronił Lorenzo odprawiania nabożeństw.

W czerwcu 1779 roku Lorenzo da Ponte stanął przed sądem.
Według niego przyczyną pozwu były jego poematy popierające Giorgio Pisani, który w tym czasie ostro atakował władze za korupcję. Poematy te były bardzo popularne zarówno w kołach artystycznychy jak i wśród pospólstwa. Władze, chcąc uniknąć oskarżenia o proces polityczny, postawiły mu zarzut niemoralnego życia.

W pamiętnikach Lorenzo bardzo szeroko rozpisuje się o działalności Giorgio Pisani. Wyrok wspomina wzmiankowo, jako główną przyczynę opuszczenia Wenecji podaje niechęć życia w mieście, które tak potraktowało człowieka formatu Giorgio Pisani.

Lorenzo z Angiolettą przenieśli się do Padwy gdzie urodziło im się dziecko – oddali je do zakładu dla podrzutków.

W grudniu 1779, ogłoszono wyrok – 15 lat banicji z Serenìsima Repùblica Vèneta. W przypadku przebywania na terenie Republiki 7 lat więzienia w celi bez światła.
Uzasadnienie wyroku – mala vita oraz rapto di donna honesta.

W momencie ogłaszania wyroku Lorenza już nie było na terenie Republiki, uciekł do miasta Gorizia – KLIK – obecnie we Włoszech, na granicy ze Słowenią, wtedy była to Austria.
Piękna choć lekkomyślna Angioletta nie pozostała długo w Padwie. Jej mąż Carlo zabrał ją do domu i żyli razem długo i szczęśliwie.

Angioletta pojawia się w pamietnikach Lorenzo da Ponte dopiero w relacji z wizyty we Włoszech 20 lat po opisywanych tu wydarzeniach. Wspomina o jej dramacie i odkryciu morderczego planu jej męża. Twierdzi, że pomógł jej znaleźć mieszkanie i odwiedzał ją często z bezinteresownej troski, w której pewnie był element idealistycznej miłości.

Gorizia

Gorizia

Austria pod srogimi rządami Marii Teresy była znacznie mniej tolerancyjna od Wenecji, szczególnie dla księży. Jednak pierwsza relacja Lorenzo z gospody, w której się zatrzymał była nastepująca:
Gospodyni była bardzo piękna, młoda, o dobrej cerze i żywym charakterze. Ubrana na sposób niemiecki: na głowie czepiec ze złotą lamówką, wokół alabastrowej szyi bogaty wenecki łańcuch zwijający się conajmniej trzydzieści razy i opadający zwojami na jej kusząco zakryty biust. Obcisły żakiet ze swawolną elegancją podkreślał jej zgrabną figurę a jedwabne pończochy zdążające do różowych bucików prezentowały pożądliwemu oku zgrabny kształt jej stóp.

Gorizia była bardzo dobrym miejscem. Niezbyt odległa od Wenecji, umożliwiała łatwy kontakt ze starymi przyjaciółmi. Miała bardzo dobry klimat, dzięki czemu była miejscem wypoczynku popularnym wśród Włoskich notabli. Według Lorenzo była miejscem gdzie erudycja i miłość do literatury były znacznie wyżej cenione niż pieniądze czy pozycja społeczna.
Była również od wielu lat uznanym centrum wydawniczym.

Da Ponte rzucił się w wir twórczości, publikował liczne wiersze, napisał dwie sztuki teatralne. Co istotne, zyskał sobie sympatię hrabiego Torriani, który zaoferował mu gościnę.
Od przejeżdżającego przez Gorizię przyjaciela, Caterino Mazzola, dowiedział się, że Giorgio Pisani został aresztowany.
Mazzola udawał się do Drezna, co skłoniło da Ponte do rozważań, czy by nie przenieść się do tego miasta o dużo większym potencjale niż Gorizia. Dziwnym trafem dwa miesiące później otrzymał z Drezna list zapraszający i wzmiankujący o posadzie na dworze Elektora Saksonii.
Liczni przyjaciele żegnali go bardzo serdecznie i szczodrze wspomogli listami polecającymi oraz pieniędzmi na drogę.
Po drodze zatrzymal się na kilka dni w Wiedniu, pogrążonym właśnie w żałobie po śmierci Marii Teresy (29 listopada 1780).
Bardzo użyteczny okazał się list polecający do księcia Cobelnz (sic), który przyjął go miło i dał mu w prezencie książkę z dołączonymi 100 florenami na dalszą drogę.

Drezno

Pierwsze kroki skierował do Mazzoli, który był bardzo zaskoczony tą wizytą. Na dworze elektorskim nie było żadnej wolnej posady, nie sposób było zidentyfikować autora listu otrzymanego przez Lorenzo.
Według niego była to zemsta jakiegoś wroga w Gorizia.

Mazzola zaoferował mu jednak gościnę, a da Ponte pomagał mu w licznych zadaniach pisarskich. Istotną ich część stanowiły libretta.
Mazzola wysoko oceniał prace Lorenzo i dziwił się, dlaczego dotąd nie zrobił kariery jako librecista. Według Lorenzo był to zawód podle opłacany przez dyrektorów oper, którzy wszystkie pieniądze przeznaczali na wynagrodzenie dla śpiewaków.
Współpracując z Mazzolą korzystał często z biblioteki włoskich sztuk teatralnych wykorzywanych w librettach operowych. W pamiętnikach pisze, że załamał ręce i poczuł ogromny wstyd, że włoska kultura wyprodukowała tak słabe dzieła.
Jeśli chodzi o same libretta to stwierdził, że dyrektorzy oper i kompozytorzy nie zwracają wiele uwagi na treść opery, całe zainteresowanie koncentrują na ariach. Często się zdarza, że na żądanie solisty tworzy się arię nie mającą żadnego związku z treścią sztuki. Podaje przykład śpiewaczki, która odniosła wielki sukces wykonaniem sceny szaleństwa. Gdy miała wystąpić w nowej operze, zażądała aby jej centralnym punktem była scena szaleństwa.

Dość szybko Lorenzo poczuł, że Mazzola nie jest zadowolony z jego pobytu w Dreźnie. Obawiał się, że da Ponte może łatwo stać się jego poważnym konkurentem.
Osobna sprawa to kolejna przygoda miłosna. Lorenzo poznał malarza, który miał żonę “chociaż około 40-tki to nadal bardzo piękną” oraz dwie córki Rosinę i Camilettę.
W obu śmiertelnie się zakochał – z wzajemnością. Jednocześnie flirtował z ich matką.
Tego było za dużo – matka postawiła mu ultimatum – musi wybrać jedną z córek. Ojciec był bardziej stanowczy – przyprowadził obie córki i polecił im pożegnać Lorenzo, gdyż już go więcej nie zobaczą.
Lorenzo zdołał jeszcze przekazać matce panien list pożegnalny: …pierwszy raz wymawiam to słowo – pokochałem je. Mam nadzieję, że te dwa ziemskie anioły i moje serce już nigdy nie pomyślą o miłości.
Nic dziwnego, że po takim przeżyciu Drezno go przygnębiało.

Wkrótce potem Mazzola, w formie żartu, przeczytał mu fragment listu, jaki otrzymał z Wenecji: …ten da Ponte przybył do Drezna żeby cię wysadzić ze stanowiska dworskiego poety. Przyjacielu strzeż się, ci da Pontowie są niebezpieczni o czym dobrze wiesz.

Żart czy nie, należało znaleźć nowe miejsce i wybór padł na Wiedeń.
Podobnie jak w Gorizia znowu został na drogę szczodrze wyposażony przez przyjaciół. Najważniejszy był jednak list polecający od Mazzoli do Antonio Salieri – kompozytora na cesarskim dworze:
Drogi Salieri,
…przedstawiam ci mego przyjaciela Lorenzo das Ponte, zrób dla niego wszystko co zrobiłbyś dla mnie. Jego serce i talent zasługują na to. Jest on – pars animae dimidium mea (połową mej duszy).

Ciąg dalszy nastąpi.

Kilka słów o pamiętnikach Lorenzo da Ponte. Rozpoczął pisanie ich w 1807 roku, ukończył w roku 1823 czyli 15 lat przed śmiercią. Opisuje w nich szczegółowo swoją twórczość, liczne kontakty w świecie artystycznym oraz niezliczoną ilość skierowanych przeciw niemu intryg.

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte
Anthony Holden – The man who wrote Mozart

Stuart 9

Joanna Trümner

Wizyta siostry

Zgodnie z obietnicą Kate przyleciała do Wellington z wizytą do brata na początku lipca. Pierwszy wieczór w domu Stuarta minął na opowiadaniach o zdarzeniach kilkunastu miesięcy, które minęły od ich pożegnania na lotnisku w Londynie. Kate zasnęła ze zmęczenia w fotelu przed kominkiem, a brat długo jej się przyglądał, myśląc o tym, że wraz z nią na drugim końcu świata pojawiło się wspomnienie rodzinnego domu i dzieciństwa. Przenosząc siostrę do łóżka w pokoju, cieszył się, że ma w rodzinie osoby, z którymi naprawdę się rozumie. Ci sami rodzice i wspólne dzieciństwo wcale automatycznie nie muszą oznaczać, że ktoś jest nam naprawdę bliski, że lubimy go jako człowieka i chętnie spędzamy czas w jego towarzystwie. Wiedział, że ze swoją drugą siostrą – Eve nie potrafiłby spędzić nawet kilku godzin, a miesiąc pobytu Kate w Wellington na pewno minie w mgnieniu oka. Następnego dnia Kate zajęła miejsce w pierwszym rzędzie w teatrze i niecierpliwie czekała na początek spektaklu. Na widok siostry, obserwującej każdy jego krok na scenie, Stuart poczuł tremę, bał się, że popełni błąd. Kate nie zdawała sobie sprawy z niepewności brata, a wysoki poziom sprektaklu, którego nie spodziewała się po prowincjonalnym teatrze, bardzo ją zaskoczył. Wieczorem cały zespół spotkał się w restauracji przy teatrze. Kate znalazła się w centrum zainteresowania – członkowie zespołu z ciekawością słuchali jej dowcipnych opowiadań o pracy w szkole w Brighton, próbach zainteresowania młodzieży prawdziwą literaturą i filmami, podróżach po Europie i nowościach z Anglii.

Z okazji przyjazdu siostry Stuart wyprosił w teatrze tygodniowy urlop i rodzeństwo wybrało się na wycieczkę po Nowej Zelandii. Różnorodność krajobrazu – czynne wulkany, zielone łąki, na których pasły się owce, gorące źródła, delfiny i wieloryby, widziane podczas rejsu statkiem oczarowały Kate i Stuarta. „Warto było dla tej podróży zrezygnować z lata” – wypomniała bratu żartem Kate. Podczas wspólnej podróży Stuart poznał wszystkie nowości z Anglii, ślub Eve z Williamem w maju przyszłego roku. „Musisz przyjechać na ślub”, zdecydowanie stwierdziła Kate. „Wszystko już jest zaplanowane, nawet to, jak zostaną złożone serwetki podczas przyjęcia weselnego. W zasadzie ten ślub mógłby się odbyć nawet dzisiaj, ale niech William skorzysta jeszcze trochę z wolności” – śmiała się Kate, szukając w portfelu fotografii pierścionka zaręczynowego siostry.

W rodzinnym domu w Walton życie płynęło spokojniej i szczęśliwiej niż przed wyjazdem Stuarta – matka zaczęła malować piękne, pastelowe obrazy, a ojciec nauczył się lepiej organizować pracę w pubie, dzięki czemu rodzice mieli więcej czasu dla siebie. Kate odnosiła wrażenie, że dopiero teraz, po wyprowadzeniu się dzieci i załamaniu nerwowym matki, zaczęli poznawać się na nowo i przeżywać wspólnie drugą młodość. Co dwa, trzy miesiące ojciec zamykał na kilka dni pub i rodzice wyruszali w podróże do Szkocji albo Irlandii.

Stuart-senior i Brian mieli dosyć szybkiego tempa życia w Londynie, zamierzali sprzedać galerię i wyruszyć w podróż po świecie. Sama Kate nie wracała po letnich wakacji do szkoły w Brighton. Dzięki kontaktom przyjaciółki ze studiów udało jej się znaleźć pracę w British Council w Berlinie Zachodnim. Kate odwiedziła już to miasto i zachwyciła się jego atmosferą – podobnie jak Londyn Berlin ożywał nocą, na każdym rogu spotkało się kogoś, kto mówił po angielsku, a bogate życie teatralne i muzyczne tego miasta było dodatkowym powodem, dla którego zdecydowała się spędzić tam najbliższy rok. „Poza tym Niemcy sa zaskakująco przystojni”, zakończyła zagadkowo rozmowę o swoich planach.

Catherine

City girls just seem to find out early how to open doors with just a smile
A rich old man and she won’t have to worry, she’ll dress up all in lace and go in style
Late at night a big old house gets lonely, I guess ev’ry form of refuge has its price
And it breaks her heart to think her love is only given to a man with hands as cold as ice

Dziewczęta z miasta szybko uczą się otwierać drzwi swym uśmiechem,
Stary, bogaty mężczyzna i już nie będzie musiała się martwić
Zacznie nosić koronkowe sukienki i najmodniejsze ubrania.
Późną nocą wielki, stary dom pustoszeje, myślę, że ucieczka zawsze ma swoją cenę,
Na myśl o tym, że daje miłość mężczyźnie o rękach zimnych jak lód
Pęka jej serce

The Eagles „You cannot hide your lying eyes”

Catherine Chapelle z Montrealu była jedną z tancerek w Jesus Christ i jedyną francuskojęzyczną. Jej zbyt długie do wymówienia imię członkowie zespołu zmienili na Kate – Stuart znał więc teraz dwie Kate – siostrę i kochankę. Pełen błędów i ciężkiego franuskiego akcentu angielski, którym posługiwała się „Kate”, miał w sobie coś tajemniczego, a w połączeniu z jej urodą i pełnymi dystynkcji ruchami tancerki sprawiał, że mężczyźni nie mogli oderwać od niej wzroku. W zespole miała wielu adoratorów – nawet na ciemnej twarzy Louisa pojawiał się na jej widok czerwony rumieniec. Dlaczego wybrała Stuarta i została u niego na noc po jednej z party w jego domu? Jej scenariusz na życie nie przewidywał przecież miłości – zdawała sobie sprawę z tego, że uroda jest potencjałem, który trzeba jak najlepiej wykorzystać. Do dnia, w którym poznała Stuarta, z dużą konsekwencją realizowała ten plan na życie – plan, który nie był zresztą jej planem, lecz planem samotnie wychowującej ją matki, mającej za sobą długą historią nieudanych związków i rozczarowań.

Podczas kolacji po spektaklu Kate i Catherine bacznie się obserwowały. Już podczas tego pierwszego spotkania stało się jasne, że tych dwóch skrajnie różnych kobiet nigdy nie połączy przyjaźń ani sympatia. Rzucająca się w oczy uroda Catherine wywołała u Kate zazdrość. „Ładnym kobietom jest w życiu o wiele łatwiej. Wystarczy tylko, że się uśmiechną, albo ubiorą w krótką spódniczkę, a już otwierają się przed nimi drzwi”, pomyślała, podając rękę nowej przyjaciółce brata.

W liście do siostry, w którym Stuart napisał kilka linijek na temat końca swojego celibatu, napisał o Catherine „jest tancerką z Montrealu”. Nieraz później zastanawiał się nad tym, że nie potrafi o niej więcej powiedzieć – nie łączą ich ani wspólne zainteresowania ani światopogląd. Catherine szybko uczyła się angielskiego, wraz z ilością używanych przez nią słów, do Stuarta coraz bardziej docierało, że ma przed sobą osobę, która oprócz urody nie potrafi go niczym zafascynować. „Kate” była jak piękny obraz, który w miarę czasu nam się opatrzy i w którym nie potrafimy znaleźć nic nowego, albo jak słuchana dziesiątki razy piosenka, która już nie potrafi wywołać w nas nowej emocji. Tę prawdę o niej przyjął z pewną ulgą, wiedząc, że nowej kochance nigdy nie uda się tak bardzo zbliżyć do niego, żeby go zranić.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że odgrywa jedną z głównych ról w greckiej tragedii – tragedii o miłości dwóch mężczyzn do tej samej kobiety. Tragedii o walce starszego, bogatego mężczyzny o prawdopodobnie ostatnią miłość w swoim życiu i młodym kochanku, który z nim rywalizuje. Stuart dziwił się co prawda, że Catherine nie chciała afiszować się ich romansem przed zespołem. Na jej prośbę nie wtajemniczył w ich związek nawet Louisa. Wieczorami „Kate” wpadała do jego domu na kilka godzin, które kończyły się w sypialni Stuarta, nigdy nie planowali wspólnych wyjazdów, a wspólne śniadania zdarzały się bardzo rzadko. W któryś z wieczorów, kiedy za oknami domu szalał wiatr, a przytulony do „Kate” Stuart wpatrywał się w palący się kominek, na chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że ich związek przypomina związek z mężatką, która za kilka godzin wróci do męża i dzieci.

Jack, który sprowadził Stuarta z Sydney do Wellington, był głową całego teatru. Po śmierci żony i wyprowadzeniu się dzieci skoncentrował się jeszcze bardziej na pracy i nie szukał nowego związku. Jego zapatrzenie w Catherine zaskoczyło go samego, nie myślał, że jeszcze potrafi się zakochać. Nie był naiwny – wiedział, czego kobieta o tyle lat od niego młodsza, oczekuje od związku z nim, ale nie potrafił poradzić sobie z rosnącą fascynacją – szczęśliwy, że w ogóle coś jeszcze czuje, nawet jeżeli to uczucie często było tylko bólem zazdrości. Domyślał się, co połączyło „Kate” z Stuartem, i próbował odsunąć go od niej. Zorganizował serię występów zespołu w Nowej Zelandii, pozostawiając tancerzy w Wellington. „Są potrzebni do kolejnego projektu” – tym razem był to musical Hair, w którym Stuart nie dostanie żadnej roli. Jego pobyt w Nowej Zelandii dobiegał końca.

Cdn

Śniadanie literackie: Proust i Żukrowski

Ewa Maria Slaska

Śniadania reloaded

Temat śniadania omawiałam już kilkakrotnie, ale teraz wrócił do mnie wzmocniony o siłę zdumienia, że oto było śniadanie, o którym w ogóle nie pamiętałam, śniadanie u pana Śniadanko w Porwaniu w Tiutiurlistanie Wojciecha Żukrowskiego. Oto uboczne korzyści płynące z wieczornego czytania wnukowi przed zaśnięciem.

Następnego dnia koleżanka podarowała mi torbę jabłek z ogrodu, a ja, wracając do domu, zerwałam jeszcze z przydrożnych krzaków kilka pigw, widomy znak, że nadszedł czas jesiennych obowiązków smażenia, wekowania i zaprawiania. Bo latem to właściwie nic nie robię, poza suszeniem grzybów i produkcją ogórków małosolnych, ale jako człowiek jesienny uwielbiam jesienne gromadzenie zapasów. Zrobiłam więc galaretę z pigwy i jabłek, która ma tak piękny kolor, że już się cieszę na najbliższe jesienne śniadanie. Grzanka, lekko przyrumieniona, ociekająca masłem i galaretką…

quitten-geleeKolejnym wezwaniem do powrotu do tematu śniadań była informacja od naszego blogodawcy-darczyńcy. Word Press zakomunikował mi, że nieznana mi osobiście margot2you zreblogowała wpis Pani, służąca i kot. Zajrzałam więc, żeby zobaczyć, co tam było (nawet ciekawie było) i znalazłam też proustowskie śniadanie.

W stronę Swanna. Mały Marcel Proust spędza z rodzicami lato u Cioci Leonii w Combray. To to lato, które zaczyna całą książkę, cały siedmiotomowy cykl.  Przez długi czas kładłem się spać wcześnie:

… przesunięcie śniadania dawało zresztą sobocie w oczach nas wszystkich fizjognomię niezwykłą, wakacyjną i dość sympatyczną. W porze gdy zazwyczaj ma się jeszcze godzinę przed niespodzianką posiłku, w sobotę człowiek wiedział, że za kilka minut ujrzy, jak się zjawiają przedwczesne salsefie, protekcyjny omlet, niezasłużony befsztyk. Powrót tej asymetrycznej soboty był jednym z owych drobnych wydarzeń wewnętrznych, lokalnych, prawie społecznych, które w spokojnym życiu i w zamkniętym kółku tworzą rodzaj narodowego węzła i stają się ulubionym przedmiotem rozmów, żartów, opowiadań, przesadzonych do woli; byłby gotowym jądrem dla legendarnego cyklu, gdyby ktoś z nas miał zmysł epiczny. Od rana, zanimśmy się ubrali, bez przyczyny, dla rozkoszy odczuwania siły solidarności jedni mówili do drugich wesoło, kordialnie, patriotycznie: „Nie ma czasu do stracenia, pamiętajmy, że to sobota!” Ciocia naradzając się z Franciszką i myśląc, że dzień będzie dłuższy niż zazwyczaj, powiadała: „Możebyś im upiekła ładny kawałek cielęciny, skoro to sobota.”

Salsefia… jak rzadko jadamy salsefię czyli skorzonerę, jadłam ją ostatni raz kilka lat temu, trzeba by kupić i sprawdzić, co Francuzi z nią robią. Ale jest 5 nad ranem, znowu nie mogę spać i nie pójdę przecież o tej barbarzyńskiej porze do sklepu po salsefię. Zaraz poszukam śniadanka księżniczki Wiolinki porwanej przez paskudnego Cygana Nagniotka, ale właśnie uwolnionej przez koguta, kocura i lisicę. I już zapowiadam, że nabrałam apetytu i temat śniadań będzie powracał.

Przed nimi było wzgórze, które półkolem obiegała droga podobna do białego strumienia. Na szczycie wśród gąszczu słoneczników stała gospoda „Pod śledzikiem”. Dym bil prościutko do nieba. Ktoś w białej czapce kucharskiej wyszedł przed dom i błyskał tacą, wysypując okruszyny dla wróbli. Potem, przysłoniwszy oczy dłonią, długo patrzył w stronę granicy.
– Skądże ja te strony znam? – zmarszczył brwi kogut. – Ach – puknął się w czoło – przecież to gospoda pana Śniadanko, który tam ku nam kiwa ręką!
Królewna już zbiegała ze stoku.
– Śniadanko! – wołała, klaszcząc rączkami – Śniadanko, dawaj śniadanko!
Za nią sunęli wierni towarzysze. (…)
– Któż za to będzie płacił? – troskał się kogut.
– O co się trapisz, Sknero? – szturchnęła go Wiolinka. – Pierwszy goniec z dworu mego ojca, gdy tu zawita, ciśnie mu złota kiesę.
– Ha, jeżeli tak, to spożywajmy dary Boże…
I zaczęli wsuwać dziwnie pomieszane dania, tak jak je przynoszono według kaprysów królewny. Czekoladę z pianką, kruche ciasteczka z galaretką złotawego agrestu, parówki w srebrnym naczyniu, którego lustrzana pokrywa zamglona była od wonnej pary, pierogi z czereśniami i bitą śmietaną, karpia smażonego, nad którym mruczał z rozkoszy Mysibrat, wyciagając delikatnie ości, w końcu wodę sodową z sokiem, która kłuła jakby szpileczkami w nosie – no i owoce, wielkie gruchy, których całe ćwiartki rozpływały się po prostu w ustach, tając i ociekając strugami słodkiego soku.
Obsługa w komplecie zebrała się półkolem, wpatrując się w ocalonych z podziwem i zachwytem. Wtem za oknami zaturkotalo, zagrzmiały na podjeździe kopyta. Drzwi otwarły się z trzaskiem. Jakiś rycerz, ciskając kapelusz z piórem na rogi jelenie wiszące nad kominem, krzyknął:
– Hej, gospodarzu, wina! A mocnego…
Otarł z potu czoło i wzdychając, jął sączyć wino z potężnego pucharu.
Jedna ze służących podbiegła i szepnęła coś do ucha oberżyście. Mysibrat strzygąc uchem dosłyszał tylko: „Z Blablacji” i „królewna”…
Już pan Śniadanko sunął ku niemu, zacierając pulchne rączki.
– Szanowny panie – zaczął – już nie potrzebujesz błądzić po drogach i poszukiwać królewny – rycerz podniósł zdumiony brwi – bo właśnie mamy zaszczyt gościć ją tutaj.
Zanim zdążył jednak otrzeć wino z wąsów, już oberżysta poskoczył i podsunął mu usłużnie długi karteluszek.
– Tu pozwalam sobie przedstawić rachuneczek za jej śniadanko. Szanowny pan pewnie zapłaci za królewnę i jej towarzyszy. To oczywiście drobiazg, mamy czas, ale ja tylko tak, dla porządku…

Silly Billy 2: anonimowe efekty plądrowania

For Ania and Joanna. With love…

katze-muss-ja-auch-kein-brief-sein

My birthday postcard

Ewa Maria Slaska

Wyjaśnienie dzisiejszego wpisu znalazło się tu na blogu już tydzień temu. Dziś prezentuję tylko efekty plądrowania waszych zasobów fotograficznych, zdjęcia są marne, domarniłam je jeszcze, usuwając Wasze twarze lub inne istotne elementy Waszej tożsamości. Ale ten post to nie konkurs piękności, tylko apel: Przysyłajcie nam Wasze zdjęcia Billy!

Wir sammeln Billy-Fotos. Schicke uns eure Fotos zu!

We collect the fotographies of Billy in your flats or somewhere! Please send us your own pics! 

At the end of this post you will find two pieces of art with Billy. Yeahhhh!

natasza inga

joannabilly jenneke gosiac

christiane jan jacek

kajabilly kajakawiarnia

nadiezda julkasrazembilly piotrbratkowski przemyslawlipiec radek

A piece of art 1.

sylwiak

And a piece of art 2 – music: Jennifer Rostock Wahl AfD:

Za tydzień – wreszcie – to, o co chodziło – Billy nadesłane przez Was…

Autor najlepszych oper Mozarta

Z Australii tekst(y, bo będą przez trzy czwartki) dokładnie wpasowane w początek sezonu operowego w Berlinie. W Deutsche Oper w niedzielę odbyła się premiera Cosi fan tutte Mozarta z librettem Lorenza da Ponti. Najbliższe wystawienia 1, 8, 11 i 14 października

Lech Milewski

W roku 1825 włoska trupa operowa dawała w Nowym Jorku
przedstawienia, między innymi Don Juan Mozarta
ze sławną Malibran-Garcia – KLIK – w partii Donny Anny.
Zjawił się na nich stary Włoch osiadły w Nowym Jorku
i dziękował wykonawcom – jako autor opery!
Myślano, że stary jest niespełna zmysłów, bo przecie
Don Juana napisał Mozart,
nieżyjący już wówczas
od lat trzydziestu czterech.
Okazało się, że…
Karol Stromenger – Mozart – PIW 1962

Opera Don Juan a raczej Don Giovanni, jak to właściwie było z tym autorstwem?
Sięgnijmy do źródeł. Oto plakat z października 1788 roku, premiera opery w Dreźnie…

don_giovanni-german_advertkl

Rozpusta ukarana albo Don Juan. Wielka śpiewogra w dwóch aktach.

Uwaga, mamy go –

Die Poesie ist von dem Kais. Konigl. Theaterdichter Herrn Abe da Ponte eigehändl. verfertiget
Und die ganz neue vortreffliche Musik ist von dem beruhmten Kapellmeister Herrn Mozart, ebenfalls ausdrucklich dazu komponiert worden.

Poezja autorstwa cesarsko-królewskiego librecisty pana opata da Ponte własnor. przygotowana.
Całkiem nowa nadzwyczaj stosowna muzyka autorstwa sławnego dyrygenta pana Mozarta, równie dokładnie do niej skomponowana.

Dziękuję Ewie Marii za pomoc w odcyfrowaniu i przetłumaczeniu nieco archaicznego tekstu.

Na plakacie z o pół roku wczesniejszej premiery w Wiedniu kolejność autorów opery jest taka sama. A więc sprawa jest jasna – ten stary Włoch z Nowego Jorku to był opat da Ponte. Jego roszczenia były jak najbardziej uzasadnione, przecież na plakacie figuruje na pierwszym miejscu.

Rozpusta ukarana – zadumałem się – co też opat mógł wiedzieć o rozpuście? Świątobliwa osoba, do tego, jak nazwisko wskazuje, z arystokratycznego rodu. I jeszcze to imię – Lorenzo – skojarzenie z weneckim Il Magnifico jest nieuniknione.

Więc powtarzam – cóż szlachetny opat Lorenzo da Ponte mógł wiedzieć o rozpuście? Nie dopuszczam myśli, że ujawnił wysłuchane w konfesjonale wyznania.

Zajrzyjmy ponownie do źródeł…

W starożytnym miasteczku Ceneda – KLIK, w żydowskim getcie, żyła rodzina biednego garbarza Jeremiasza Conegliano. Mieli trzech synów – urodzonego w 1749 roku Emanuela i młodszych – Barucha i Ananie.

24 sierpnia 1763 roku, w dzień świętego Bartłomieja, w cenedeńskiej katedrze, tutejszy biskup – Lorenzo da Ponte, celebrował przyjęcie nowych dusz na łono Kościoła-Matki. Wśród ochrzczonych byli równiez synowie garbarza Conegliano.
Zgodnie z tradycją biskup nadał swoje nazwisko wszystkim nowoochrzczonym, Synowie Jeremiasza Conegliani otrzymali chrześcijańskie imiona – odpowiednio: Lorenzo, Girolamo i Luigi.

Biskup Lorenzo da Ponte słynął ze swojej szczodrości w finansowaniu instytucji kulturalnych i oświatowych oraz z działalności charytatywnej.
Nie poprzestał na ochrzczeniu – trzej bracia Conegliani, przepraszam – da Ponte, zostali przyjęci do szkoły seminaryjnej, w której wszyscy wykazali się doskonałymi postępami.
Po dwóch latach nauki Lorenzo da Ponte władał łaciną i greką, znał doskonale twórczość Dantego, Petrarki, Wergiliusza i Horacego. Potrafił napisać kilkusetwierszowy poemat na zadany temat.

Lorenzo był tak zafascynowany literaturą, że któregoś dnia ukradł z ojcowskiego warsztatu czekające na wygarbowanie skóry i zapłacił nimi księgarzowi za książki. Sprawa się wydała i dotarła do wiadomości biskupa. Ten nie dość, że za własne pieniądze wykupił od księgarza skóry, to jeszcze polecił lekkomyślnego Lorenzo specjalnej uwadze nauczycieli.

Dobry biskup Lorenzo zmarł w 1768 roku. Młody Lorenzo da Ponte miał wtedy 19 lat. Z jednej strony nie wyobrażał sobie, aby mógł przerwać naukę, z drugiej…
Pod naciskiem ojca zdecydował się na przyjęcie ślubów zakonnych. Miał o to pretensję do końca życia, ale czy przedstawił jakieś własne propozycje?

Teraz jego kariera potoczyła się szybko. Po dwóch latach został wykładowcą, po następnych dwóch wicerektorem uczelni. W tym samym czasie otrzymał święcenia kapłańskie, został księdzem.
I wtedy…
Trzy lata wcześniej, w 1770 roku, Lorenzo przebywał na dwutygodniowej kuracji w Wenecji. Poznał tam panią Angiolę Tiepolo, żonatą, matkę dwojga dzieci. Najwidoczniej oboje przypadli sobie do gustu, gdyż prowadzili korespondencję i właśnie teraz Angiola powiadomiła Lorenza listownie, że porzucił ją mąż, który postanowił pozostać księdzem.
Zadziwiająca sytuacja – nie jestem pewien, czy Lorenzo uznał, że jego obowiązkiem jest zastąpić księdz,a czy przeważyły względy osobiste, w każdym razie porzucił świetnie zapowiadającą się karierę i przeniósł się do Wenecji. Zamieszkał z piękną Angiolą i jej bratem, zubożałym arystokratą Girolamo.

Girolamo zaliczał się do Barnabotti – KLIK – zubożałych członków Wielkiej Rady Wenecji. Ludzie ci mieszkali z dala od centrum, w pobliżu kościoła św. Barnaby, gdzie czynsz był nieco niższy, stąd nazwa. Jako członkom Wielkiej Rady nie wolno było im podjąć żadnej pracy zarobkowej, otrzymywali stałą rentę od miasta.

Lorenzo szybko znalazł pracę jako nauczyciel dzieci zamożnej i pięknej wenecjanki. Swoje zarobki musiał dzielić ze swymi gospodarzami.

W swoich pamiętnikach Lorenzo wspomina, że Wenecja było to miasto muzyki i hazardu. Do tego ogromne rozluźnienie obyczajów. Praktycznie karnawał trwał tu cały rok. Maski były zawsze na porządku dziennym i dla wielu osób stwarzały poczucie uwolnienia od wszelkich zasad i odpowiedzialności.

Miasto hazardu – Angiola i jej brat byli od niego uzaleznieni, Lorenzo szybko do nich dołączył. Domów gry było wiele, ale prawdopodobnie ze względu na wysoką pozycją społeczną Girolamo głównym miejscem, które odwiedzali regularnie było ridotto – skrzydło pałacu, w którym rząd wenecji zorganizował kasyno – KLIK.
Da Ponte opisuje w pamiętnikach swoje przygody w kasynie. Czasem było tak źle, że musiał pożyczać pieniądze od gondolierów, czasem tak dobrze, że wspierał innych graczy.
Musiał też dzielić się wygranymi z bratem Angioli.
Dzielić? Musiał je w całości oddawać. Opisuje szczegółowo taką scenę. Moją uwagę zwróciło, że Girolamo traktuje da Ponte jak poddanego, a Lorenzo tytułuje go Wasza Ekscelencjo i posłusznie wypełnia każde polecenie.
Zapewne bliskość Angioli rekompensowała wszelkie upokorzenia, chociaż…
Któregoś dnia, w Caffe de’Letterati podszedł do niego posłaniec i powiadomił, że ktoś na niego czeka w pobliżu, w gondoli. Była to elegancka dama, twarz ukryta za maską. Okazało się, że to nieporozumienie, ale najwyraźniej Lorenzo zdołał szybko zyskać zaufanie tajemniczej damy bo wyznała mu co następuje – pochodzi z bogatej rodziny, matka chciała ją wydać na siłę za mąż. Odmówiła, matka chce ją oddać do klasztoru, więc uciekła i szuka protektora.
Nie była gołosłowna – pokazała szkatułkę pełną kosztowności i rulony banknotów w torbie. Podzieli się chętnie tym wszystkim z Lorenzo i na dodatek ofiaruje mu serce.

To wymagało rozważenia.
Angiola nie była wysoka, ale za to piękne jasne włosy, rumiana buzia, karminowe usta, rozkoszne dołeczki, wykształcenie niewielkie, ale jaki temperament.
Matylda była znacznie wyższa, nosiła sie z godnością, ciemne włosy, rysy twarzy nie tak regularne – to ostatnie to chyba nie zaleta.
Ale ta szkatułka z kosztownościami, te rulony banknotów. Lorenzo poprosił o trzy dni czasu do namysłu. Spotykali się codziennie co wywoływało ataki zazdrości Angioli.
Dopiero po tygodniu Lorenzo zdecydował – Matylda!
O drugiej w nocy pospieszył do jej hotelu. Za późno, dwie godziny wcześniej porwali ją nasłani przez jej matkę mężczyźni.

W tak urozmaiconej atmosferze minęły dwa lata. Prócz pracy, miłości i hazardu Lozenzo spędzał wiele czasu na kontaktach towarzyskich z weneckimi intelektualistami i artystami i zyskał sobie w tym środowisku dużą popularność.

Pewnego razu, po kolejnej przygodzie, która nieomal nie skończyła się małżeństwem z bogatą panną, Angiola rzuciła w niego celnie kałamarzem, a potem, gdy spał, obcięła mu włosy. Lorenzo porównuje to z biblijna historią o Samsonie. Rzeczywiście, skutek był podobny choć odwrotny. Samson po obcięciu włosów stracił swą moc, Larenzo odzyskał – posłuchał rady brata, Girolamo, który kontynuował karierę naukową w Ceneda i nęcił Lorenzo powrotem na łono tutejszej uczelni.

Lorenzo wrócił i wkrótce otrzymał pozycję wykładowcy na uczelni w Treviso. Dwa lata później otrzymał tytuł profesora retoryki.
Kariera rozwijała się dobrze, ale być może rozzuchwalony sukcesem, a być może na skutek weneckich fanaberii, Lorenzo zaczął głosić dość radykalne poglądy, które nie podobaly się jego zwierzchnikom.
Czarę cierpliwości przelał poemat napisany na okoliczność końca roku akademickiego…

La natura dentro it petto
una legge sol mi die
di non far in atto o in detto
Quel che poi non piace a me .

Dunque sono in questo seno
Questa legge a me vivra
E tu poi da un duro freno
Cerca pur felicita.

Natura w mym sercu
daje mi jedyne prawo
nie robić w czynie lub słowie
tego czego nie lubię.

Dlatego wyłącznie to prawo
będzie żyło w mym sercu
a ty możesz w twardej powściągliwosci
szukać czystego szczęścia.

W rezultacie zakazano mu zajmowania jakiegokolwiek stanowiska w instytucjach naukowych w Republice Weneckiej.

da Ponte

Na razie żył w blasku wcześniejszej popularności.
O pociągłej twarzy, orlim nosie, hipnotyzującym spojrzeniu. Do tego niezwykle elokwentny i dowcipny. Na dodatek dobry głos i wielki talent improwizacyjny. Konflikt z senatem uczelni zyskał mu popularność w sferach artystycznych i intelektualnych.
Ważnym wydarzeniem tego okresu był kontakt z poetą i librecistą Caterino Mazzola, który nauczył go jak pisać drama buffo.

Przez pewien czas produkował się wraz z bratem – Girolamo grał na skrzypcach, a Lorenzo śpiewał na poczekaniu wymyślane teksty. Zaprzestali jednak gdyż nie licowało to z profesorskim stanowiskiem Girolamo i obniżało poetyckie loty Lorenzo.

Od czasu usunięcia z pracy mieszkał u swojego przyjaciela Memmo, który również go utrzymywał. Nie trwało to długo. Memmo mieszkał z kochanką, Teresą Zerbin. Według Lorenzo Teresa nie lubiła go i uważała, że ma on zły wpływ na Memmo. Według plotkarzy miał on z nią romans. W każdym razie musiał pospiesznie opuścić dom przyjaciela.

Rozpoczęła się wędrówka, która będzie trwała do końca życia.

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok.
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte.
Anthony Holden – The man who wrote Mozart.

Z Monachium

Zbigniew Milewicz

O`zapft is!

W sobotę 17 września po raz 183 wystartował w Monachium Oktoberfest, największe, ludyczne święto świata. Tradycyjnie zainaugurował je główny burmistrz miasta, Dieter Reiter, wbijając szpunta do pierwszej beczki z chmielowym przysmakiem w hali Schottenhamel. Udało mu się to zrobić zgrabnie, za drugim uderzeniem i piwa przy tym za dużo nie wylał, co nie zawsze jest regułą. Do dziś wspomina się na przykład nieszczęsnego Ericha Kiesla, rządzącego Monachium na przełomie lat 70 i 80, któremu uciekło prawie pół beczki, i kiedy rok później już sobie z otwarciem dobrze poradził, to przecież był zdenerwowany, bo wiedział, że w telewizji patrzą mu na ręce miliony ludzi na całym świecie. Zamiast więc wykrzyknąć po bawarsku sakramentalne: O`zapft is! zawołał: I zapf os!, co jego przeciwnicy polityczni poczytali, jako antywschodnią nagonkę.

Bawarczycy znani są z pielęgnowania swoich tradycji i dbałości o szeroko rozumianą etykietę zachowań a zarazem drobiazgowości, którą dobrze oddaje określenie Erbsenzähler (liczygroch), co ma swoje dobre i złe strony. W kontekście nadal aktualnego, możliwego zagrożenia terrorystycznego na Theresienwiese, gdzie się odbywa Oktoberfest, skierowano tego roku do pilnowania porządku około sześciuset policjantów i ludzi ze służb pozamundurowych, nie licząc ochraniarzy z hal piwnych, strażaków i służb sanitarnych. Każdy kawałek terenu obserwują kamery, więc wszystko jest pod kontrolą. Poniedziałkowe wydanie monachijskiego Abendzeitung, w wersji online podaje sporo szczegółów z przebiegu pierwszych dwóch, świątecznych dni. Pogoda z czasem się zepsuła, publiki było więc mniej, niż się spodziewano, ale i tak wszyscy dobrze się bawili, choć niektórzy aż do przesady. Wysokoprocentowe piwo powaliło wielu, hamulce moralne puściły, doszło do kilku przestępstw (tyle na razie udokumentowano) na tle seksualnym, rabunkowym i przemocy.

Ilustrowały to wszystko liczne, mniej lub bardziej szokujące zdjęcia, uwiecznione przez policyjnych i prywatnych fotografów. Mnie najbardziej zapadły w pamięci dwa: gościa, który po pijanemu wspiął się na koronę drzewa i tam zapadł w błogi sen. Deliberowano, jak udało mu się tego dokonać i dlaczego nie spadł w czasie snu na ziemię… Drugie przedstawiało młodą parę w regionalnych, bawarskich strojach, w biały dzień czule rozmawiającą ze sobą na łące, w języku znad Sekwany. Kiedy po raz drugi chciałem sobie to zdjęcie zobaczyć, już go nie znalazłem. Twarze na wszystkich fotkach były wyretuszowane, ale pomyślałem sobie, że ochrona danych osobowych i tak została tutaj naruszona, bo kto zechce, po szczegółach ubioru i sylwetki, może dojść do prawdy.

Ponieważ na Oktoberfest już się w swoim monachijskim życiu nachodziłem, poszedłem w dzień otwarcia do innego Szkota (schottenhamel, to po bawarsku szkocki baran, choć prawidłowa, niemiecka pisownia barana jest hammel), do Griega Mc Arthura. Nie znaliśmy się osobiście, ale od jakiegoś czasu było o nim słychać w Monachium; ekscentryczny artysta malarz, urządził wernisaż w swojej nowej piwnicy na końcu Schwanthalerstrasse, całkiem niedaleko od Theresienwiese. W głównej sali ulokował przeważnie swe prace marynistyczne i abstrakcyjne, jest tutaj też stolik z przekąskami i Schuhputzservice Mario, który na razie pasuje mi tutaj, jak pięść do oka. W bocznej, zasłoniętej kotarą wnęce, klimaty sado-maso, czyli BDSM, równie bliskie Griegowi jak ocean. Można na pniu kupić jego soczyste rysunki, ceny zróżnicowane, od 50 do 300 euro. Po kolejnym kieliszku Prosecco żeńska publika nabiera ochoty na to, żeby jej Mario, nobliwie wyglądający, starszy pan, ładnie wyczyścił buty, co czyni uniżenie i z ochotą. To jest już spektakl performance. W grudniu artysta chce zorganizować w Monachium większy happening, poświęconego m.in. erotyce w sztuce, ale o szczegółach jeszcze nie chce mówić. Jestem na tę imprezę zaproszony, we właściwym czasie złożę więc tutaj relację.

grieg

Do swobody obyczajowej Berlina czy Köln, dalej z Monachium niż na Księżyc, ale ponieważ tutaj mieszkam, cieszy mnie, że są takie miejsca, gdzie anioł z diabłem spacerują pod rękę.

Z pamiętników Heleny Stankiewicz

Andrzej Rejman

Bohema

Moja ciocia, Krystyna Stankiewicz, z pewnym pobłażliwym, ale życzliwym dystansem odnosiła się do różnej maści artystów-samouków, w tym i do mnie. Uważała bowiem, że artysta powinien być wszechstronnie zawodowo wyształcony, a jeśli ma rzeczywiście talent, to po mozolnej edukacji powinna nadejść w końcu akceptacja  publiczności i krytyki. Z pewnością miała dużo racji – zwłaszcza biorąc pod uwagę, w jakim środowisku wzrastała jej rodzina. Matce – Helenie z Zanów oświadczył się sam Karol Szymanowski.

Gdy Helena Zan (póżniej Stankiewicz) miała szesnaście lat, spędzała ferie zimowe w Zakopanem, gdzie jej babcia Antosia (Antonina Dowgiałło) miała willę “Boruta”. Któregoś  Sylwestra przybyła tam cała bohema zakopiańska – jak pisze we wspomnieniach Helena Stankiewicz

…wybór trunków był nadzwyczajny: wina, szampany, koniaki, likiery i nalewki. Jako harcerka buntowałam się przeciw takiemu pijaństwu. Poszłam spać przed północą, chociaż z dołu dochodziła muzyka i okrzyki rozbawionych gości. O drugiej w nocy ojciec zastukał do moich drzwi i chociaż nie miałam ochoty, musiałam zejść na dół. Urządzono zawody – kto szybciej namaluje portret. Miałam być modelką, a malarzem Witkacy i Kamiński. Zaspana, nieuczesana i wściekła, nie byłam w stanie się uśmiechnąć… Rozejrzałam się po salonie. Pani Stryjeńska smacznie spała na zrolowanym dywanie. Na jednej nodze miała cztery bransoletki, na drugiej zegarek.

Co chwila ktoś się o nią potykał, ale jej to wcale nie przeszkadzało. Jej mąż spał w wygodniejszym i spokojniejszym miejscu – pod fortepianem, na którym stale ktoś grał. Nogi trzymał w biblioteczce.

Nie pamiętam, kto zwyciężył w tych zawodach. W każdym razie pastelowy portret namalowany przez Witkacego był tak przerażający, że gdybym była delikatną panienką, powinnam natychmiast zemdleć. Podobieństwo jednak uchwycił znakomicie. Kamiński natomiast wykonał portret słodziutki jak cukierek. Tej samej nocy Witkacy namalował portret matki, Musia (brat Heleny Tomasz, przyp. AR)  i ojca, Ojciec jako Belzebub bardzo mi się podobał…

(Helena z Zanów Stankiewiczowa/Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach” wyd Polska Fundacja Kulturalna Londyn 1991)

***

Wspomniana na samym wstępie ciocia Krystyna ofiarowała mi zdjęcie, które jak sądzę jest dosyć rzadkie i mało znane, bo archium prywatne Emila Młynarskiego spłonęło w Warszawie podczas Powstania.

emil_mlynarski_z_zona_ze_zbiorow_k_stankiewiczowej

emil_mlynarski_z_zona_ze_zbiorow_k_stankiewiczowej2

Zdjęcie jest na odwrocie podpisane ręką Heleny Stankiewiczowej:
“Anna z Hryncewiczów i Emil Młynarscy”

W książce “Pani na Berżenikach” Młynarscy pojawiają się wielokrotnie.

Helena Stankiewiczowa wspomina:

Do Iłgowa Młynarskich na imieniny cioci Ani jeździło się czwórką, uprząż zdobiły gruzły i kolce, a konie były dobierane maścią. Zawsze to robiło wrażenie….

– Najbliższymi sąsiadami byli Anna i Emil Młynarscy z Ilgowa?

Tak, to byli dalecy krewni, których najczęściej odwiedzaliśmy…

…Miałam zaledwie pięć lat, gdy zawieziono mnie na pierwszy “kinderbal” do Iłgowa Młynarskich. Wuj Emil i jego żona Anna mieli trzy córki: Wandę, Alinę i Nellę, i synów – Felka i Bronka. Matkę wuja Emila, która była Niemką, nazywaliśmy Fredką i bardzo ją lubiliśmy… Rywalizowała z babcią Aliną Hryncewiczową, matką żony Emila. Modrzewiowy dwór w Iłgowie, 10 kilometrów od Poniemunia stał na wysokim brzegu Niemna.

…Młynarscy wybudowali specjalnie dla gości dziesięciopokojowy pawilon, który nazwali “Nowinka”. Właściwie był to hotel, w którym nieraz całymi miesiącami mieszkali muzyczni przyjaciele stryja.

– A wuj Młynarski uczył panią gry an fortepianie?

… wuj, który bardzo mnie lubił, sadzał na kolanach i wspólnie wystukiwaliśmy melodie. Jeśli byłam grzeczna, to w nagrodę grał mi zazwyczaj preludium Chopina.

… Miałam wówczas siedem, a może osiem lat i nie mogłam objąć dłonią oktawy.

Prawie wszystkie dzieci Młynarskich grały nieźle na fortepianie i czytały nuty.

Może najmniej Nella, która potem wyszła za mąż za Artura Rubinsteina. Byłą piękna, bardzo zgrabna, miała śliczne długie nogi, tańczyła jak baletnica i wróżono jej karierę.

Pamiętam, że imieniny cioci Ani obchodzono w Iłgowie zawsze bardzo uroczyście.

Gości witały transparenty “Niech żyje Anna” zawieszone  między drzewami w ogrodzie, lampiony, girlandy z zieleni i kwiatów.

…Ciocia Ania słynęła w całej Kowieńszczyźnie ze swoich kulinarnych umiejętności. Wspaniale organizowała takie przyjęcia…. pisał o tym obszernie  Artur Rubinstein w swoich wspomnieniach, a Nella wydała nawet książkę kucharską, gdzie większość przepisów należy do jej matki….

Prócz kulinarnych zdolności ciocia Ania miała talent do wydawania pieniędzy.

Wystawne przyjęcia sporo kosztowały, szczególnie, że nieraz goście zostawali jeszcze przez kilka dni.

Największą jednak atrakcją był specjalny koncert imieniowy z udziałem Pawła Kochańskiego, Karola Szymanowskiego, Grzegorza Fitelberga, Artura Rubinsteina, którzy dopiero znajdowali się u progu kariery.

Dzieci Młynarskich też występowały, a pod koniec Nella improwizowała niczym Isadora Duncan…

…Właśnie w Iłgowie mama przedstawiła mnie Karolowi Szymanowskiemu. Była pod jego urokiem, często o nim mówiła, grała na fortepianie jego utwory.

Podczas tych imienin grał z Rubinsteinem na cztery ręce “Fantazje ” Schumanna. Ja natomiast, spełniając prośbę cioci Ani, opiekowałam się strasznie rozpieszczoną Nellą.

Z trudem nakłoniłam ją, aby coś zjadła, bo lubiła tylko lody, a kulinarną atrakcją imienin były płonące lody. Wnoszono je przy zgaszonych światłach, a wuj Emil grał marsza tryumfalnego…

Zaraz po lodach zaczynały się tańce. Wedle obyczaju, zaczynano od poloneza. Anna i Emil dostojnie i z wdziękiem prowadzili go długim wężem przez salon, szeroki hall i jadalnię. Dziś już nikt tak nie potrafi tańczyć poloneza…

Helena z Zanów Stankiewiczoa – “Pani na Berżenikach” – Wojciech Wiśniewski, LTW 2003 / zdjęcie Anny i Emila Młynarskich – archiwa rodzinne 2016 Andrzej Rejman

Silly Billy

billyEwa Maria Slaska

Nie wiem jak to się stało, ale któregoś dnia postanowiłyśmy we trzy, Johanna, Ania i ja, że sprawdzimy, czy uda się nam zainicjować akcję na cały świat, łączącą ludzi z Facebooka, którzy mają słynne meble Billy z IKEI. IKEA wprowadziła kiedyś akcję, żeby się fotografować pod hasłem IKEA in your life. Myśmy chciały Billy in your life.

Jak to z takimi pomysłami, które powstają pomiędzy massamanem tofu a tiramisu, ten też gdzieś się rozlazł i w końcu nie zainicjowałyśmy tej akcji… Ale Billy utkwił mi w głowie jak drzazga. Sama mam Billy od 30 lat i nic nie wskazuje na to, bym się miała z nimi kiedykolwiek rozstać. Pierwsze berlińskie regały Billy dostałam od koleżanki pisarki, która wyjeżdżała na stałe do Izraela. Postawiłyśmy je na ulicy i zanim przyjechał samochód, wiatr nimi miotał jak żaglami, bo Billy stoi porządnie tylko porządnie obciążony.

Mieszkałam w Berlinie w trzynastu mieszkaniach, to jest czternaste, ale moje życie jest teraz stabilniejsze niż 30 lat temu, więc Billy wędrują ze mną tylko od pięciu mieszkań (nie wiem, czy gramatycznie wolno tak określać czas, ale sama pouczam koleżanki pisarki, że “pisarce wszystko wolno” – w pisaniu oczywiście – więc uznajemy niniejszym, że wolno mi napisać, że moje Billy chodzą ze mną po Berlinie od pięciu mieszkań).

Ostatnie mieszkanie było wielkie, to jest o połowę mniejsze, więc w roku 2009 przed przeprowadzką oddałam nie tylko połowę książek, ale i połowę regałów Billy. Książki leżały jako wielka góra na środku pokoju, najpierw przebierali je znajomi – był taki (pamiętasz Leonardzie?), który przybył z odległego miasta z synem i córką, cała trójka zaopatrzona w walizki na kółkach i plecaki – potem przyjechała półciężarówką ekipa z firmy Büchertisch i zabrała resztę góry książek i połowę regałów. Niewykluczone, że są tu na zdjęciu…

Z tego co zostało, połowa i tak nie zmieściła się w mieszkaniu i piętnaście pudeł trzeba było wstawić do piwnicy. Nie mam pojęcia, co tam jest (tak, wiem, powiecie, że trzeba było zrobić listę – wy na pewno byście zrobili, jasne, a ja – nie, trudno), raz, jakieś dwa lata temu syn i siostrzeniec wnieśli mi na górę jeden taki karton i były tam śliczne rzeczy…

No, ale wróćmy do moich baranów, czyli do Billy. Nie zrobiłyśmy akcji, a za to ja w wolnych chwilach tego lata wędrowałam sobie u Was po waszych facebookowych zdjęciach. Szukałam Billy, oczywiście coś tam znalazłam, ale przede wszystkim ta wędrówka powiedziała mi wiele o nas samych w roku 2016.

Mam na FB około 550 znajomych, czyli podobno dwa razy więcej niż średnia. Przeciętnie mamy ponoć znać na FB 270 osób, z tego mniej więcej jednej trzeciej nigdy na oczy nie widzieliśmy i nie mamy pojęcia, kim są…

A więc dla prostego rachunku 500. Każdy z Was miał co najmniej sto zdjęć, które można przejrzeć, a niektórzy mieli ich tysiące. Znowu dla prostego rachunku – 500 osób po 100 zdjęć. Latem tego roku przejrzałam więc co najmniej 50 tysięcy zdjęć…

Nie właziłam do Was wg listy alfabetycznej, zaglądałam tylko wtedy, gdy pokazywała się informacja, że właśnie “czatujecie”, co potraktowałam jako zaproszenie. Odwiedzałam Was z ogromną przyjemnością. Dużo się o Was, o sobie, a i o świecie dowiedziałam z tych wędrówek. Oceniałam nas wg zasobów naszych zdjęć a nie tego, co piszemy na Facebooku. To ważne, bo…

Bo punktem wyjścia było przecież szukanie regałów Billy czyli książek.

Na zdjęciach książek było mało, prawdę mówiąc, prawie wcale ich nie było. Ale nie było też polityki, seksu, jedzenia i pieniędzy, czyli najważniejszych elementów naszego życia. Widocznie politykę i inne takie wstawiamy na ścianę czyli wall za pomocą copy-paste i nie zostawia ona śladu w wewnętrznym życiu naszego Facebooka.

Czyli co było i jest, więc pisze się w rejestr?

Przede wszystkim JA, ja, ja… ich, ja, ego, I, je, yo, ja ja ja ja… Dopiero potem MY – my para, my rodzina, my grupa kolegów i koleżanek, my się bawimy, my jemy w restauracji, spotykamy się, rozmawiamy, uprawiamy sport, tańczymy, gotujemy, pracujemy. Już z samych końcówek gramatycznych widać, co jest ważne: my my my my… Ja na selfie i my na selfie. Trzask z patyka lub z ręki i fiuuu na Facebooka.

Potem podróże, bliskie i dalekie, również po własnym mieście, mnóstwo podróży, statystycznie po ja i my na pewno najważniejszy punkt naszego życia. Następne są nasze psy i nasze koty (nikt nie ma ptaszków, chomików, patyczaków, świnek morskich – tylko psy i koty). Dużo jest też kwiatów – zwłaszcza wiosennych (widocznie bardzo ich potrzebujemy po zimie) – i wreszcie elementy obyczaju ludowego w życiu mieszczucha – choinki, pisanki, wianki, świeczki na grobach. Gdzieś tu, w dolnych rejestrach statystycznych, pojawią się książki na regałach…

Niektóre zdjęcia się powtarzają – jako idea lub konkretnie, niekiedy nawet kilka razy widziałam to samo zdjęcie. Nic w tym dziwnego, znamy się przecież między sobą i dzielimy naszymi picsami.

Pomysły zdjęć muszą wisieć w powietrzu, a my robiąc takie zdjęcia realizujemy aktualnie obowiązujący lifestyle, choćbyśmy szli w zaparte i twierdzili, że nic nas z mainstreamem nie łączy. Pierwszy nieustannie powracający motyw to zdjęcie naszych własnych stóp, najchętniej w trampkach. Masowo! Kieliszek wina na drewnianym stole też jest częsty. Mogą być oczywiście dwa. Chętnie na tle zachodzącego słońca.

W Berlinie dość nieprzyjemnym przejawem mainstreamu jest robienie sobie zabawnych zdjęć wśród betonowych stel Pomnika Ofiar Holokaustu. Zresztą w ogóle nie mamy stosunku do przekazu, jaki niesie miejsce lub okazja, bo dominuje zasada kultu jednostki, własnej oczywiście. Fotografujemy się ciągle, wszędzie i bez końca, i najlepiej jest, jeśli się przy tym uśmiechamy. Więc śmiejemy się szerokim uśmiechem na tle bramy do kacetu…

***

Billy zatem. Książek, mieszkań, regałów jest na zdjęciach mało, a Billych jeszcze mniej… Trudno, badacz nie wybiera, badacz bada… Zaczynam od splądrowania własnych zasobów blogowych i facebookowych. Reszta w następne niedziele. I wielka prośba: PRZYSYŁAJCIE MI WASZE BILLY!!! Może jeszcze uda się nam oblecieć z taką akcją kulę ziemską dwa razy dookoła, jak to się przydarzyło pewnemu rysunkowi jamnika :-). Miłej niedzieli!

ewa-emanuelajabutelkiolsztyn

Neues Bildniemieckieksiazki polskieksiazki

 

gramyslowkaja

choinki-billy

schyzia-billy

Berlin miasto (polskich) kobiet…

Umówiłam się z Elą, Dorotą, Marysią i Anią, że pójdziemy do Buchbundu (dla tych, co nie wiedzą – polska księgarnia w Berlinie), Dorota i Ania nie mogły przyjść, ale spotkałyśmy tam Karolinę, Anię, Madzię, Monikę i Reginę… Byli też mężczyźni, z których rozpoznałam właściwie trzech – Marcin (współwłaściciel Buchbundu), Marcin (krytyk literacki, który kręcił film) i Wojtek… Ale wśród publiczności przeważały kobiety.

Bo Berlin to nie tylko największe polskie miasto po Warszawie, Berlin to też największe polskie miasto kobiet. Widać to było również w Buchbundzie. W czwartek bowiem odbyło się w Sejmie RP pierwsze czytanie projektu ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Z tego powodu organizacje demokratyczne zainicjowały akcję Czarny protest i wezwały Polaków do ubrania się na czarno. Przypomina się Warszawa po Powstaniu Styczniowym. Polacy ubierali się na czarno, a Rosjanie kazali malować miasto na pstrokato. Ciekawe, czy teraz też tak będzie?

Zapomniałam tego dnia o proteście (mea culpa) i włożyłam tajemniczą sukienkę, o której przed kilkoma dniami pisałam na Facebooku, ale większość kobiet ubrała się jak należy, w tym obie referentki, które na początku spotkania poinformowały publiczność o swoim udziale w proteście.

Justyna i Magda w rozmowie

magda-justyna

Tekst Ewa Maria Slaska, zdjęcia Maria Kossak

21 września 2016 roku odbyło się w Berlinie, w polskiej księgarni Buchbund na Sanderstrasse 8 spotkanie dwóch polskich pisarek średniego pokolenia – Magdaleny Parys i Justyny Sobolewskiej.

Magdalena Parys, w roku ubiegłym laureatka nagrody Unii Europejskiej, zdobyła uznanie czytelników dwoma powieściami osadzonymi w Berlinie – Tunel (2011) i Magik (2014), poświęconymi, jak pisze Wikipedia, tematyce niemieckiej oraz polsko-niemieckiej. We wrześniu br. Magdalena Parys wydała powieść autobiograficzną Biała Rika, która też dzieje się i w Polsce, i w Niemczech.

Justyna Sobolewska, recenzentka literacka Polityki, w roku 2012 wydała Książkę o czytaniu, którą teraz, w drugim wydaniu, znacznie poszerzyła, dodając na przykład rozdziały o tym, czego nie przeczytali znani pisarze (co za wyznania! Reymont, Dostojewski), o czytaniu w więzieniu lub… w ubikacji.

Spotkanie było świetnie pomyślane, nie było żadnej osoby prowadzącej (tylko Marcin Piekoszewski, współszef Buchbundu, przywitał na początku obie swoje… gościnie!), Magda i Justyna przedstawiały siebie nawzajem, nawzajem siebie czytały i nawzajem zadawały sobie pytania. Magda zebrała nawet pytania od krewnych-i-znajomych, które  obiecała zadać Justynie na żywo. Wyniknęła z tego niekonwencjonalna, autentyczna i niewymuszona konwersacja. Trudno mi będzie przekazać Państwu wszystko, co obie pisarki powiedziały i sobie, i nam, na szczęście Marcin Wilk opublikował w sieci streaming z tego spotkania, do obejrzenia TU (Ja się okazałam marnym odbiorcą i nic tu nie widzę, ale słychać wszystko znakomicie!)

A ja po prostu spiszę z notatek, to, co zwróciło moją uwagę i wywołało skojarzenia…

Są dwa rodzaje czytelników, tacy którzy niszczą książki, piszą po nich, zaginają rogi, zostawiają na nich ślad i uważają, że to jest właśnie dowód na to, że książka jest coś warta, a im więcej takich śladów, tym bardziej… Obie pisarki należą do tej kategorii (i pisząca te słowa takoż). Jest jednak kategoria całkowicie odmienna – książka to dobro kultury i trzeba je szanować jak każde inne Dzieło. Muszę tu przytoczyć dwa przypadki takich Obrońców Dóbr Kultury z mojego własnego otoczenia – mój siostrzeniec twierdzi, że najchętniej czytałby książki, zaledwie uchylając stroniczki czyli właściwie z głową na stole i zerkając do środka. A moja przyjaciółka kupuje dwa egzemplarze ważnych książek – dobre, piękne wydanie w twardej okładce do postawienia na półce i podziwiania oraz paperbacka do noszenia w torebce, czytania i (ewentualnego) podniszczania.

Co czyta się w więzieniach? Pewna dziennikarka radiowa z Trójki wyznała kiedyś mojej Mamie, że w okresie stanu wojennego zawsze miała ze sobą siatkę ze szczoteczką i pastą do zębów, parą majtek na zmianę i poezjami Lorki w maminym tłumaczeniu. A to mi się z kolei nieuchronnie kojarzy z tematem, którego Justyna (jeszcze) nie poruszyła, z pytaniem, co zabierzesz ze sobą na emigrację? Bo coś zabierzesz, choćby po to, żeby mieć co czytać po drodze. Nie pamiętam, co ja sama zabrałam, natomiast doskonale pamiętam niezwykłe spotkanie Tłumaczki i Idealnego Czytelnika czyli Mamy i mojego emigracyjnego przyjaciela – Piotra. Napisałam kiedyś o tym (w “słynnej” nieopublikowanej książce o Mamie i reszcie rodziny):

Mama przyjechała kiedyś do mnie Berlina, tymczasem ja jak na złość nie mogłam wziąć urlopu. A pracowałam długo i daleko, wychodziłam o 7 rano i wracałam najwcześniej o 17. Nie chciałam, by Mama godzinami była sama, poprosiłam więc znajomego, by pochodził z nią do muzeów. Niby wszystko było ustalone, ale przyznaję, że pierwszego dnia wracałam do domu z duszą na ramieniu. Mama była osobą wymagającą i… zaskakującą. Nigdy nie było wiadomo, kto jej się spodoba lub dlaczego nie przypadnie jej do gustu. Weszłam do pustego mieszkania, Mamy i Piotra nie było. Wreszcie zjawili się, w najlepszej komitywie, rozgadani jak stado trznadli, wyraźnie mnie ignorując. Zastanawiająca była ta obopólna sympatia. Dopiero jak znajomy poszedł, Mama opowiedziała mi, że wyjeżdżając na zawsze z kraju, Piotr miał tak ciężki bagaż, że nie był w stanie zabrać żadnej książki. Wyrwał więc tylko jedną kartkę z książki, która była dla niego najważniejsza. Nosił ją ze sobą w portfelu. Był to wiersz Frederika Garcii Lorki w Mamy tłumaczeniu.

Mnie tego nie opowiedział.

Czyż muszę dodawać, że Piotr nie wiedział, kim jest moja Mama, że nie wiedział, iż ją spotka, no i oczywiście – wyjeżdżając z Polski nie mógł przewidzieć, że spotka mnie, córkę Ireny Kuran-Boguckiej, kobiety, która przetłumaczyła najważniejszy dla niego wiersz: Verde, que te quiera verde…

Jak ustawiamy książki czyli Rejmer koło Reymonta? To zdaje się najpopularniejszy sposób porządkowania książek. I jedna wielka bzdura. Jedyny prawdziwy porządek to ustawianie według kolorów, mówię Wam!

Pierwsze zdanie książki. W tym najsłynniejsze czyli Markiza wyszła o piątej. Nigdy temu nie dorównamy. Piszę to i zamyślam się nad klawiaturą. A ja? Nie mam pojęcia jakie napisałam pierwsze zdania moich książek. Sięgam do szarych książek i wyjmuję swoją powieść. 1 stycznia 1982. Pierwsi wyszli Andrzejowie. Cóż za nieciekawe pierwsze zdanie, oprócz informacji (jak kto raczy pamiętać), że to stan wojenny. Sięgam do książek niebieskich i ze złością stwierdzam, że znowu ktoś sobie “pożyczył mnie” na wieczne nieoddanie. Nie mam pojęcia, ile już razy odkupywałam własne książki w antykwariatach i w Merlinie. Dzwonię do koleżanki, która dzięki mojej instrukcji kolorystycznej szybko znajduje Piękne dni w Visby… Umieszczono nas w wieży… No, trochę lepiej. Jeśli ktoś z czytelników ma Portret z ametystem, to niech sprawdzi, czy to nie mój egzemplarz (pobazgrolony przez jakieś nieznane mi dziecko) i niech mi napisze, jakie to ja wymyśliłam tam pierwsze zdanie?

Jak dzielić książki czyli rozwód? (Ja bym jeszcze dodała – scheda, Justyno podsuwam ci kolejny temat do trzeciego wydania). Podobno Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki stwierdzili, że nigdysię nie rozwiodą, bo nie wiedzieliby, jak podzielić książki.

Oskar Wilde: nie sztuka napisać recenzję książki, którą się czytało, sztuką jest napisać recenzję książki, której się nie czytało. Bo też krytyk literacki to twórca a nie wyrobnik kultury.

Zdanie Wilde’a przenosi nas w rejony książek, których nie czytaliśmy, a mimo to umiemy o nich rozprawiać, a na pewno mamy o nich własne zdanie. To mój ulubiony temat i wielokrotnie o nim pisałam – np. TU. Sobolewska twierdzi, że gdyby zrobić ranking “najbardziej nieprzeczytanych książek” na świecie, to palmę pierwszeństwa otrzymałby Joyce za Ulissesa, chyba że wyprzedziła by go Biblia. Obie pozycje akurat czytałam, ale za to Dostojewski – groza! – niczego poza Idiotą nie strawiłam…

I wreszcie piękne zdanie Justyny o książce, na której “się nie poznała”, a którą okrzyczano arcydziełem: Hanya Yanagihara, A little life (też nie czytałam, ale kupiłam w Buchbundzie, leży na stoliku nocnym i czeka w kolejce). Justyna pyta nader słusznie: czy to, co się podoba wszystkim, musi się podobać wszystkim?

Dużo o tej Justynie. Z wypowiedzi Magdy zanotowałam znacznie mniej, ale za to już pierwsze zanotowane zdanie powala. Biała Rika to powieść autobiograficzna, czyli wprawdzie autobiografia ale jednak powieść, pełna zmyśleń, przeinaczeń, uzupełnień. Obejrzyjcie film Marcina, może uda się Wam obejrzeć ten fragment (druga połowa), w którym Magda plastycznie opisuje reakcje rodziny na tę książkę. Jak to się chętnie pisze na Facebooku: bezcenne! Ja? Ja tego nigdy nie powiedziałem! Ja? Ja tego nigdy nie zrobiłam! No przeczytałem, i muszę powiedzieć, że jeśli naprawdę ciotka Ziutka była dla ciebie najlepsza pod słońcem, no to ja już na to nic nie poradzę… Habent sua fata libelli, książka zmienia się wraz czytelnikiem…

Bez-cen-ne!!! Bezcenne! Albo zdanie Magdy: rodzina to bałagan! O! jakie to prawdziwe, rodzina to potworny bałagan!

No i niezwykłe wyznanie w ustach autorki Tunelu i Magika, które są książkami wymyślonymi, wykreowanymi, wyrysowanymi cyrklem przez autorkę-demiurżkę na desce kreślarskiej komputera. “Pisałam Rikę z serca a nie głową”. Ale też: “Jestem odważna, nie boję się pisać”. Wspaniałe zdanie!

Jak napiszesz powieść autobiograficzną, mówi Magda, to musisz to wciąż podkreślać: to jest jednak powieść, JEDNAK powieść, w której nic nie zostało zapisane jeden do jeden.

No dobrze, udało się jej, skoro jak twierdzi, wprawdzie się kłócą, ale – mimo demaskatorskiej Białej Riki – bardzo się kochają. Są rodziną, która się kocha. Daj Boże każdemu, ja twierdzę, że jeśli mi wreszcie wydawnictwo, jak obiecało, opublikuje tę moją książkę, która też jest o rodzinie, to ktoś mnie zabije i będzie święty spokój.

Nota bene tu się z autorką zgadzam bez reszty: takich rodzin, w których każdy ma swoją wersję historii i każdy coś skrzętnie ukrywa jest wiele. Kiedyś myślałam, że to cecha rodzin żydowskich, ale przecież nie – przecież i AK trzeba było po wojnie ukrywać, i tych nieszczęsnych żołnierzy wyklętych, i pochodzenie kresowe, niby nie do ukrycia, ale jednak skrzętnie przemilczane. Jak to śpiewał Kelus o człowieku wspominającym Lwów, ktoś podsłuchał, doniósł, uratował człowieka żaglowiec…

I na zakończenie przesłania od obu pisarek.

Justyna: moja książka to list do czytelnika, żeby pomyślał o swoim życiu.
Magda: każdy pamięta inaczej, każdy ma swoją wersję i jest ona jedynie prawdziwa.

Złoto Lassetera (3)

Lech Milewski

Przypomnę w jakim stanie pozostawiłem poszukiwaczy złota…

Trzon wyprawy przebywa na lądowisku w Illbilla. Szykuja się do wędrówki 150 mil na południe, to jest najnowsza sugestia Lassetera.
Samolot został rozbity w wypadku. Pilot Errol Coote jest w szpitalu w Alice Springs, kierowca Colson pojechał do Alice Springs zawieźć wrak samolotu.
Do Illbilla przybyli niespodziewani goście – Paul Johns, łowca psów, w towarzystwie dwóch Aborygenów i pięciu wielbłądów.

29 sierpnia przyjeżdża Colson z bardzo niepewną miną.
Był w Alice Springs, dostarczył rozbity samolot, odebrał pocztę, a tam znalazł list do siebie od dyrekcji kompanii – wypowiedzenie.
Nie wiedział, co zrobić, zwrócił się po radę do Coote’a, ale ten był zajęty dostawą nowego samolotu. Kierując się troską o towarzyszy, zdecydował wrócić do Illbilla.
Blakeley wpadł w szał, zatrudnił Colsona na własną odpowiedzialność, napisał odpowiedni raport do kompanii i ponownie wysłał Colsona z pocztą do Alice Springs (któryż to już raz?)
Jednocześnie proponuje Johnsowi pozostanie z wyprawą w Illbilla – w zamian może korzystać z zapasów żywności.

Po kilku dniach przylatują do Illbilla Coote i pilot Pat Hall. Stwierdzają, że samolot jest bardzo wolny i zużywa zbyt wiele paliwa. Decydują się polecieć do Adelajdy, żeby wymienić zbiornik paliwa na większy.

Korzystając z dostępu do samolotu Blakeley wysyła Halla z Lasseterem na lot rozpoznawczy. Wracają po dwóch godzinach, Lasseter jest wyraźnie podniecony.
Coote bierze Lassetera na stronę – czy widział rafę?
– Absolutnie tak, lecieliśmy nad nią.
– Dlaczego o tym nie powiedział?
– Bo nikomu nie ufa.
Coote nie ustępuje – umowa jest umową – jak nie powie, to zawiozą go do Alice Springs na policję i oskarżą o oszustwo.
To poskutkowało. Lasseter wyrysował mapę, zaznaczył na niej Lake Christofer. Dziwne, bo w Sydney zapewniał, że rafa nie była w pobliżu Lake Christopher.

Lot Lassetera

Coote przepytał Halla, ten potwierdził, że Lasseter był bardzo podniecony i potem polecił wracać. To nadal się nie zgadza – lecieli tylko godzinę czyli jakieś 60 mil, a nie 150.

Następnego dnia Hall i Coote lecą do Alice Springs, a następnie do Adelajdy po większy zbiornik paliwa.
Rusza również wyprawa, droga okropna, dwadzieścia mil od celu teren jest absolutnie nieprzejezdny. Lasseter ma bardzo niepewną minę, wygląda, że jest bliski wyznania, iż nigdy tu nie był.

7 września – po krótkiej dyskusji z zespołem Blakeley podejmuje decyzję – wracają. Przy okazji stwierdza, że jako powód niepowodzenia poda oszustwo Lassetera.
Na boku rozmawia z Lasseterem, otwarcie sugerując mu, żeby nie wracał z wyprawą, bo nie czeka go nic dobrego. Może będzie kontynuował poszukiwania z Johnsem? Lasseter akceptuje takie rozwiązanie, Johns również.
Blakeley zatrudnia Johnsa na dwa miesiąca za wynagrodzeniem pięciu funtów tygodniowo.

13 września wyruszają. Lasseter musi zredukować bagaż, przy tej okazji Blakeley odzyskuje zabytkowy podręcznik nawigacji.
Dwaj Aborygeni, którzy towarzyszyli Johnsowi, rezygnują z udziału w wyprawie i postanawiają wrócić do misji luterańskiej w Hermannsburgu.
Blakeley jest mocno zmartwiony. Po pierwsze Johns i Lasseter nie będą mieli przewodnika. Po drugie – w jaki sposób Aborygeni dotrą na piechotę do misji, to 150 mil, jak się wyżywią?
Obaj uśmiechają się z politowaniem – że też ci biali są tacy zagubieni.

Powrót do Alice Springs trwa długo, gdyż dwa dni spędzają na czyszczeniu gaźnika i przewodów paliwowych samochodu.
W Alice Springs już czeka instrukcja – Coote zostaje kierownikiem wyprawy. Jego zadaniem jest odnaleźć Lassetera i Johnsa i kontynuować wraz z nimi poszukiwania. Blakeley ma zorganizować transport Thornycrofta i wracać do Sydney.

Gdzie szukać Lassetera?
Prawdopodobnie gdzieś w okolicach Ayers Rock. Coote zarządza, że on poleci samolotem do Ayers Rock, natomiast Taylor dotrze tam z karawaną wielbłądów, ekwipunkiem i zaopatrzeniem. Piętnaście wielbłądów plus zawodowy przewodnik. Powinni z łatwością dotrzeć do Ayers Rock w ciągu dwunastu dni,
Coote odczekał dwa tygodnie i poleciał do Ayers Rock…

Uluru

Bardzo się cieszę, że znalazłem w internecie powyższe zdjęcie. Raz udało mi się spojrzeć na Ayers Rock (obecnie używa się tradycyjnej, aborygeńskiej, nazwy – Uluru) z góry. Czy Państwo widzicie to, co ja widzę? Zacisniętą lewą pięść?

Karawany ani śladu. Coote obszedł wielką skałę dookoła, znalazł grotę z dobrą wodą i czekał bezczynnie długie dni. Wreszcie dotarł Taylor z karawaną, w sumie zajęło im to 17 dni gdyż zmylili drogę.
Coote wraca samolotem do Alice Springs, gdyż samolot wymaga drobnych napraw. Tam dowiaduje się, że dyrekcja kompanii, nie otrzymawszy żadnych wiadomości o losie ekspedycji, zorganizowała akcję poszukiwawczą z udziałem lotnictwa wojskowego.
Coote dostaje kolejne polecenie – dosyć tego, zabrać samolotem Taylora spod Ayers Rock, karawana ma wrócić do Hermannsburga i czekać na dalsze instrukcja. Lassetera i Johnsa zostawić ich własnemu losowi.

13 listopada pojawia sie w Alice Springs mocno wyczerpany Johns z trzema wielbłądami.
Gdzie Lasseter? Co się stało? Czy znaleźli złotą rafe?
Odpowiedzi są w liście Lassetera do przedstawiciela rządu (Government Resident).
Przed przeczytaniem listu przedstawiciel pyta Johnsa, czy zna jego treść?
– Oczywiście, gdyby była dla mnie niekorzystna, to bym go nie dostarczył.
Wędrowali razem ponad pięć tygodni. W pobliży Lake Amadeus Lasseter udał się na samotne poszukiwania, które trwały dwa dni. Wrócił z radosną miną. Znalazł rafę, w worku ma pobrane tam próbki. Jednak nie chce ich pokazać Johnsowi. Dochodzi do ostrej bójki, podczas której Johns wyciąga rewolwer. Lasseter jest jednak nadspodziewanie sprawny i silny, wyrywa Johnsowi rewolwer, a ten niechcący naciska spust – młoteczek przycina  Lasseterowi dłoń między kciukiem a palcami. Pogodzili się i wspólnie wrócili do Illbilla. Wielbłądy były bardzo wyczerpane, zdecydowali więc, że Johns wróci do Alice Springs po nowe zwierzęta. Lasseter z dwoma wielbłądami powędruje do złotej rafy, żeby ją zakołkować. Dlaczego tego nie zrobił, gdy ją znalazł?

Nowa instrukcja z Sydney – Coote zdjęty ze stanowiska szefa wyprawy, kierownikiem zostaje Taylor. Zadanie – szukać Lassetera. Taylor rusza z wielbłądami do Illbilla, ma tam dolecieć nowy samolot z Sydney. Nie doleciał. Znowu wzywają na pomoc lotnictwo. Wojsko znajduje zagubiony samolot i zrzuca zaopatrzenie na spadochronie. Okazuje się, że samolot zabłądził, zła pogoda zmusiła pilotów do lądowania, skończyło się paliwo.
To już prawie połowa stycznia 1931 roku, dobry pastor w Hermannsburgu nie wytrzymuje i sam organizuje poszukiwanie Lassetera. Zatrudnia do tego osobę najlepiej znającą te okolice – Boba Bucksa.

Mijają ponad trzy miesiące…

Lasseter

Bob Bucks znalazł zepsute ciało w płytkim grobie przy Irving Ck. Przyniósł, co znalazł przy grobie – fotografie, pamiętnik, listy do rodziny, rewolwer, sztuczną szczękę.

Koroner za radą policji uznał to za dowód śmierci, przyczyna – zagłodzenie.

Głównym źródłem informacji o losach Lassetera są jego listy do rodziny i jego dziennik…

Pamiętnik

To bardzo przejmujący dokument – link do pełnego tekstu podany w Źródłach.
Wynika z niego, że po kilku dniach wedrówki uciekły mu wielbłady z całym ładunkiem. Od tej chwili zdany był na siebie, a właściwie na pomoc Aborygenów. Pokazali mu czym i jak się żywić, kilkakrotnie przygotowali mu posiłki, ale jego organizm źle je przyjmował. Słabł w oczach, wreszcie zmarł.
W listach znajdują się przejmujące słowa do rodziny, również zapewnienie, że znalazł rafę i jest pewien, że jego rodzina skorzysta z tego bogactwa.

Rodzina Lassetera to żona Irene i dwójka dzieci. Starsze z dzieci, syn Robert, miał sześć lat, gdy Lasseter zaginął. Robert kilkakortnie podjął wysiłek odszukania złotej rafy. Istotnym motywem było oczyszczenie ojca z zarzutów oszustwa.

Jedną z ostatnich prób była wyprawa zrelacjonowana w filmie “Lasseter Bones”. W końcowej sekwencji filmu podróżnicy kontaktują się z Aborygenami. Ci potwierdzają pamięć o wizycie Lassetera ponad 80 lat wcześniej, potwierdzają również istnienie zasobów złota.
I tu zaczynają się schody. Młody twórca filmu jest nadzwyczaj poprawnym politycznie Australijczykiem i według mnie wprost naprasza się, żeby go traktowano na dystans, jako obcą osobę. Inna sprawa to nieznajomość języków aborygeńskich i brak w ekipie kogokolwiek, kto rozumie tutejsze tradycje. Film kończy się sceną, w której aborygeński “elder” gniewnie odsuwa papiery i dokumenty, zaciera mapę, którą naszkicował na piasku i pogrąża się w kontemplacji.

Przypomina mi się opowieść mojej żony…
To było ponad dwadzieścia lat temu, w zupełnie innej okolicy – parku narodowym Kakadu (KLIK). Grupa wycieczkowa zatrzymała się na odpoczynek, w pobliżu przebywała grupka Aborygenów. Przewodnik wycieczki od razu miał się na baczności – nie róbcie zdjęć, nie podchodźcie zbyt blisko.
Moja żona oczywiście podeszła i zaczęła pytać o technikę aborygeńskiego malarstwa. Już po chwili zyskała sobie życzliwość całej grupy. Jedna z kobiet zaproponowała – zostań z nami, pokażę ci miejsce, gdzie jest złoto. Dużo złota.
Żona wykręciła się obowiązkami rodzinnymi.

Inna sprawa to – jaki pożytek ze złota znajdującego się w świętym miejscu? Co roku turyści, wbrew wyraźnym pouczeniom, zabierają na pamiątkę kamyk z Uluru. Administracja centrum turystycznego ma z tego powodu kłopot, gdyż codziennie przychodzą paczki z całego świata ze zwróconymi kamieniami. Skradzione kamienie przynoszą same nieszczęścia – KLIK.

Ostatni, ponad 240 kilometrowy, odcinek szosy z Alice Springs do Uluru nosi nazwę Lasseter Highway…

Lasseter Hwy

W tym miejscu należy odbić od szosy, powędrować nieco na południowy zachód… czy jest ktoś chętny?

Źródła: Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – “Lasseter’s Gold”.
Fred Blakeley – “Dream Millions”.
Errol Coote – “Hells’s Airport”.
Harold Lasseter – Diary. Pełen tekst tutaj – KLIK.
Luke Walker – film – “Lasseter’s Bones”. Zwiastun tutaj – KLIK.