Z pamiętników Heleny Stankiewicz

Andrzej Rejman

Bohema

Moja ciocia, Krystyna Stankiewicz, z pewnym pobłażliwym, ale życzliwym dystansem odnosiła się do różnej maści artystów-samouków, w tym i do mnie. Uważała bowiem, że artysta powinien być wszechstronnie zawodowo wyształcony, a jeśli ma rzeczywiście talent, to po mozolnej edukacji powinna nadejść w końcu akceptacja  publiczności i krytyki. Z pewnością miała dużo racji – zwłaszcza biorąc pod uwagę, w jakim środowisku wzrastała jej rodzina. Matce – Helenie z Zanów oświadczył się sam Karol Szymanowski.

Gdy Helena Zan (póżniej Stankiewicz) miała szesnaście lat, spędzała ferie zimowe w Zakopanem, gdzie jej babcia Antosia (Antonina Dowgiałło) miała willę “Boruta”. Któregoś  Sylwestra przybyła tam cała bohema zakopiańska – jak pisze we wspomnieniach Helena Stankiewicz

…wybór trunków był nadzwyczajny: wina, szampany, koniaki, likiery i nalewki. Jako harcerka buntowałam się przeciw takiemu pijaństwu. Poszłam spać przed północą, chociaż z dołu dochodziła muzyka i okrzyki rozbawionych gości. O drugiej w nocy ojciec zastukał do moich drzwi i chociaż nie miałam ochoty, musiałam zejść na dół. Urządzono zawody – kto szybciej namaluje portret. Miałam być modelką, a malarzem Witkacy i Kamiński. Zaspana, nieuczesana i wściekła, nie byłam w stanie się uśmiechnąć… Rozejrzałam się po salonie. Pani Stryjeńska smacznie spała na zrolowanym dywanie. Na jednej nodze miała cztery bransoletki, na drugiej zegarek.

Co chwila ktoś się o nią potykał, ale jej to wcale nie przeszkadzało. Jej mąż spał w wygodniejszym i spokojniejszym miejscu – pod fortepianem, na którym stale ktoś grał. Nogi trzymał w biblioteczce.

Nie pamiętam, kto zwyciężył w tych zawodach. W każdym razie pastelowy portret namalowany przez Witkacego był tak przerażający, że gdybym była delikatną panienką, powinnam natychmiast zemdleć. Podobieństwo jednak uchwycił znakomicie. Kamiński natomiast wykonał portret słodziutki jak cukierek. Tej samej nocy Witkacy namalował portret matki, Musia (brat Heleny Tomasz, przyp. AR)  i ojca, Ojciec jako Belzebub bardzo mi się podobał…

(Helena z Zanów Stankiewiczowa/Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach” wyd Polska Fundacja Kulturalna Londyn 1991)

***

Wspomniana na samym wstępie ciocia Krystyna ofiarowała mi zdjęcie, które jak sądzę jest dosyć rzadkie i mało znane, bo archium prywatne Emila Młynarskiego spłonęło w Warszawie podczas Powstania.

emil_mlynarski_z_zona_ze_zbiorow_k_stankiewiczowej

emil_mlynarski_z_zona_ze_zbiorow_k_stankiewiczowej2

Zdjęcie jest na odwrocie podpisane ręką Heleny Stankiewiczowej:
“Anna z Hryncewiczów i Emil Młynarscy”

W książce “Pani na Berżenikach” Młynarscy pojawiają się wielokrotnie.

Helena Stankiewiczowa wspomina:

Do Iłgowa Młynarskich na imieniny cioci Ani jeździło się czwórką, uprząż zdobiły gruzły i kolce, a konie były dobierane maścią. Zawsze to robiło wrażenie….

– Najbliższymi sąsiadami byli Anna i Emil Młynarscy z Ilgowa?

Tak, to byli dalecy krewni, których najczęściej odwiedzaliśmy…

…Miałam zaledwie pięć lat, gdy zawieziono mnie na pierwszy “kinderbal” do Iłgowa Młynarskich. Wuj Emil i jego żona Anna mieli trzy córki: Wandę, Alinę i Nellę, i synów – Felka i Bronka. Matkę wuja Emila, która była Niemką, nazywaliśmy Fredką i bardzo ją lubiliśmy… Rywalizowała z babcią Aliną Hryncewiczową, matką żony Emila. Modrzewiowy dwór w Iłgowie, 10 kilometrów od Poniemunia stał na wysokim brzegu Niemna.

…Młynarscy wybudowali specjalnie dla gości dziesięciopokojowy pawilon, który nazwali “Nowinka”. Właściwie był to hotel, w którym nieraz całymi miesiącami mieszkali muzyczni przyjaciele stryja.

– A wuj Młynarski uczył panią gry an fortepianie?

… wuj, który bardzo mnie lubił, sadzał na kolanach i wspólnie wystukiwaliśmy melodie. Jeśli byłam grzeczna, to w nagrodę grał mi zazwyczaj preludium Chopina.

… Miałam wówczas siedem, a może osiem lat i nie mogłam objąć dłonią oktawy.

Prawie wszystkie dzieci Młynarskich grały nieźle na fortepianie i czytały nuty.

Może najmniej Nella, która potem wyszła za mąż za Artura Rubinsteina. Byłą piękna, bardzo zgrabna, miała śliczne długie nogi, tańczyła jak baletnica i wróżono jej karierę.

Pamiętam, że imieniny cioci Ani obchodzono w Iłgowie zawsze bardzo uroczyście.

Gości witały transparenty “Niech żyje Anna” zawieszone  między drzewami w ogrodzie, lampiony, girlandy z zieleni i kwiatów.

…Ciocia Ania słynęła w całej Kowieńszczyźnie ze swoich kulinarnych umiejętności. Wspaniale organizowała takie przyjęcia…. pisał o tym obszernie  Artur Rubinstein w swoich wspomnieniach, a Nella wydała nawet książkę kucharską, gdzie większość przepisów należy do jej matki….

Prócz kulinarnych zdolności ciocia Ania miała talent do wydawania pieniędzy.

Wystawne przyjęcia sporo kosztowały, szczególnie, że nieraz goście zostawali jeszcze przez kilka dni.

Największą jednak atrakcją był specjalny koncert imieniowy z udziałem Pawła Kochańskiego, Karola Szymanowskiego, Grzegorza Fitelberga, Artura Rubinsteina, którzy dopiero znajdowali się u progu kariery.

Dzieci Młynarskich też występowały, a pod koniec Nella improwizowała niczym Isadora Duncan…

…Właśnie w Iłgowie mama przedstawiła mnie Karolowi Szymanowskiemu. Była pod jego urokiem, często o nim mówiła, grała na fortepianie jego utwory.

Podczas tych imienin grał z Rubinsteinem na cztery ręce “Fantazje ” Schumanna. Ja natomiast, spełniając prośbę cioci Ani, opiekowałam się strasznie rozpieszczoną Nellą.

Z trudem nakłoniłam ją, aby coś zjadła, bo lubiła tylko lody, a kulinarną atrakcją imienin były płonące lody. Wnoszono je przy zgaszonych światłach, a wuj Emil grał marsza tryumfalnego…

Zaraz po lodach zaczynały się tańce. Wedle obyczaju, zaczynano od poloneza. Anna i Emil dostojnie i z wdziękiem prowadzili go długim wężem przez salon, szeroki hall i jadalnię. Dziś już nikt tak nie potrafi tańczyć poloneza…

Helena z Zanów Stankiewiczoa – “Pani na Berżenikach” – Wojciech Wiśniewski, LTW 2003 / zdjęcie Anny i Emila Młynarskich – archiwa rodzinne 2016 Andrzej Rejman

Silly Billy

billyEwa Maria Slaska

Nie wiem jak to się stało, ale któregoś dnia postanowiłyśmy we trzy, Johanna, Ania i ja, że sprawdzimy, czy uda się nam zainicjować akcję na cały świat, łączącą ludzi z Facebooka, którzy mają słynne meble Billy z IKEI. IKEA wprowadziła kiedyś akcję, żeby się fotografować pod hasłem IKEA in your life. Myśmy chciały Billy in your life.

Jak to z takimi pomysłami, które powstają pomiędzy massamanem tofu a tiramisu, ten też gdzieś się rozlazł i w końcu nie zainicjowałyśmy tej akcji… Ale Billy utkwił mi w głowie jak drzazga. Sama mam Billy od 30 lat i nic nie wskazuje na to, bym się miała z nimi kiedykolwiek rozstać. Pierwsze berlińskie regały Billy dostałam od koleżanki pisarki, która wyjeżdżała na stałe do Izraela. Postawiłyśmy je na ulicy i zanim przyjechał samochód, wiatr nimi miotał jak żaglami, bo Billy stoi porządnie tylko porządnie obciążony.

Mieszkałam w Berlinie w trzynastu mieszkaniach, to jest czternaste, ale moje życie jest teraz stabilniejsze niż 30 lat temu, więc Billy wędrują ze mną tylko od pięciu mieszkań (nie wiem, czy gramatycznie wolno tak określać czas, ale sama pouczam koleżanki pisarki, że “pisarce wszystko wolno” – w pisaniu oczywiście – więc uznajemy niniejszym, że wolno mi napisać, że moje Billy chodzą ze mną po Berlinie od pięciu mieszkań).

Ostatnie mieszkanie było wielkie, to jest o połowę mniejsze, więc w roku 2009 przed przeprowadzką oddałam nie tylko połowę książek, ale i połowę regałów Billy. Książki leżały jako wielka góra na środku pokoju, najpierw przebierali je znajomi – był taki (pamiętasz Leonardzie?), który przybył z odległego miasta z synem i córką, cała trójka zaopatrzona w walizki na kółkach i plecaki – potem przyjechała półciężarówką ekipa z firmy Büchertisch i zabrała resztę góry książek i połowę regałów. Niewykluczone, że są tu na zdjęciu…

Z tego co zostało, połowa i tak nie zmieściła się w mieszkaniu i piętnaście pudeł trzeba było wstawić do piwnicy. Nie mam pojęcia, co tam jest (tak, wiem, powiecie, że trzeba było zrobić listę – wy na pewno byście zrobili, jasne, a ja – nie, trudno), raz, jakieś dwa lata temu syn i siostrzeniec wnieśli mi na górę jeden taki karton i były tam śliczne rzeczy…

No, ale wróćmy do moich baranów, czyli do Billy. Nie zrobiłyśmy akcji, a za to ja w wolnych chwilach tego lata wędrowałam sobie u Was po waszych facebookowych zdjęciach. Szukałam Billy, oczywiście coś tam znalazłam, ale przede wszystkim ta wędrówka powiedziała mi wiele o nas samych w roku 2016.

Mam na FB około 550 znajomych, czyli podobno dwa razy więcej niż średnia. Przeciętnie mamy ponoć znać na FB 270 osób, z tego mniej więcej jednej trzeciej nigdy na oczy nie widzieliśmy i nie mamy pojęcia, kim są…

A więc dla prostego rachunku 500. Każdy z Was miał co najmniej sto zdjęć, które można przejrzeć, a niektórzy mieli ich tysiące. Znowu dla prostego rachunku – 500 osób po 100 zdjęć. Latem tego roku przejrzałam więc co najmniej 50 tysięcy zdjęć…

Nie właziłam do Was wg listy alfabetycznej, zaglądałam tylko wtedy, gdy pokazywała się informacja, że właśnie “czatujecie”, co potraktowałam jako zaproszenie. Odwiedzałam Was z ogromną przyjemnością. Dużo się o Was, o sobie, a i o świecie dowiedziałam z tych wędrówek. Oceniałam nas wg zasobów naszych zdjęć a nie tego, co piszemy na Facebooku. To ważne, bo…

Bo punktem wyjścia było przecież szukanie regałów Billy czyli książek.

Na zdjęciach książek było mało, prawdę mówiąc, prawie wcale ich nie było. Ale nie było też polityki, seksu, jedzenia i pieniędzy, czyli najważniejszych elementów naszego życia. Widocznie politykę i inne takie wstawiamy na ścianę czyli wall za pomocą copy-paste i nie zostawia ona śladu w wewnętrznym życiu naszego Facebooka.

Czyli co było i jest, więc pisze się w rejestr?

Przede wszystkim JA, ja, ja… ich, ja, ego, I, je, yo, ja ja ja ja… Dopiero potem MY – my para, my rodzina, my grupa kolegów i koleżanek, my się bawimy, my jemy w restauracji, spotykamy się, rozmawiamy, uprawiamy sport, tańczymy, gotujemy, pracujemy. Już z samych końcówek gramatycznych widać, co jest ważne: my my my my… Ja na selfie i my na selfie. Trzask z patyka lub z ręki i fiuuu na Facebooka.

Potem podróże, bliskie i dalekie, również po własnym mieście, mnóstwo podróży, statystycznie po ja i my na pewno najważniejszy punkt naszego życia. Następne są nasze psy i nasze koty (nikt nie ma ptaszków, chomików, patyczaków, świnek morskich – tylko psy i koty). Dużo jest też kwiatów – zwłaszcza wiosennych (widocznie bardzo ich potrzebujemy po zimie) – i wreszcie elementy obyczaju ludowego w życiu mieszczucha – choinki, pisanki, wianki, świeczki na grobach. Gdzieś tu, w dolnych rejestrach statystycznych, pojawią się książki na regałach…

Niektóre zdjęcia się powtarzają – jako idea lub konkretnie, niekiedy nawet kilka razy widziałam to samo zdjęcie. Nic w tym dziwnego, znamy się przecież między sobą i dzielimy naszymi picsami.

Pomysły zdjęć muszą wisieć w powietrzu, a my robiąc takie zdjęcia realizujemy aktualnie obowiązujący lifestyle, choćbyśmy szli w zaparte i twierdzili, że nic nas z mainstreamem nie łączy. Pierwszy nieustannie powracający motyw to zdjęcie naszych własnych stóp, najchętniej w trampkach. Masowo! Kieliszek wina na drewnianym stole też jest częsty. Mogą być oczywiście dwa. Chętnie na tle zachodzącego słońca.

W Berlinie dość nieprzyjemnym przejawem mainstreamu jest robienie sobie zabawnych zdjęć wśród betonowych stel Pomnika Ofiar Holokaustu. Zresztą w ogóle nie mamy stosunku do przekazu, jaki niesie miejsce lub okazja, bo dominuje zasada kultu jednostki, własnej oczywiście. Fotografujemy się ciągle, wszędzie i bez końca, i najlepiej jest, jeśli się przy tym uśmiechamy. Więc śmiejemy się szerokim uśmiechem na tle bramy do kacetu…

***

Billy zatem. Książek, mieszkań, regałów jest na zdjęciach mało, a Billych jeszcze mniej… Trudno, badacz nie wybiera, badacz bada… Zaczynam od splądrowania własnych zasobów blogowych i facebookowych. Reszta w następne niedziele. I wielka prośba: PRZYSYŁAJCIE MI WASZE BILLY!!! Może jeszcze uda się nam oblecieć z taką akcją kulę ziemską dwa razy dookoła, jak to się przydarzyło pewnemu rysunkowi jamnika :-). Miłej niedzieli!

ewa-emanuelajabutelkiolsztyn

Neues Bildniemieckieksiazki polskieksiazki

 

gramyslowkaja

choinki-billy

schyzia-billy

Berlin miasto (polskich) kobiet…

Umówiłam się z Elą, Dorotą, Marysią i Anią, że pójdziemy do Buchbundu (dla tych, co nie wiedzą – polska księgarnia w Berlinie), Dorota i Ania nie mogły przyjść, ale spotkałyśmy tam Karolinę, Anię, Madzię, Monikę i Reginę… Byli też mężczyźni, z których rozpoznałam właściwie trzech – Marcin (współwłaściciel Buchbundu), Marcin (krytyk literacki, który kręcił film) i Wojtek… Ale wśród publiczności przeważały kobiety.

Bo Berlin to nie tylko największe polskie miasto po Warszawie, Berlin to też największe polskie miasto kobiet. Widać to było również w Buchbundzie. W czwartek bowiem odbyło się w Sejmie RP pierwsze czytanie projektu ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Z tego powodu organizacje demokratyczne zainicjowały akcję Czarny protest i wezwały Polaków do ubrania się na czarno. Przypomina się Warszawa po Powstaniu Styczniowym. Polacy ubierali się na czarno, a Rosjanie kazali malować miasto na pstrokato. Ciekawe, czy teraz też tak będzie?

Zapomniałam tego dnia o proteście (mea culpa) i włożyłam tajemniczą sukienkę, o której przed kilkoma dniami pisałam na Facebooku, ale większość kobiet ubrała się jak należy, w tym obie referentki, które na początku spotkania poinformowały publiczność o swoim udziale w proteście.

Justyna i Magda w rozmowie

magda-justyna

Tekst Ewa Maria Slaska, zdjęcia Maria Kossak

21 września 2016 roku odbyło się w Berlinie, w polskiej księgarni Buchbund na Sanderstrasse 8 spotkanie dwóch polskich pisarek średniego pokolenia – Magdaleny Parys i Justyny Sobolewskiej.

Magdalena Parys, w roku ubiegłym laureatka nagrody Unii Europejskiej, zdobyła uznanie czytelników dwoma powieściami osadzonymi w Berlinie – Tunel (2011) i Magik (2014), poświęconymi, jak pisze Wikipedia, tematyce niemieckiej oraz polsko-niemieckiej. We wrześniu br. Magdalena Parys wydała powieść autobiograficzną Biała Rika, która też dzieje się i w Polsce, i w Niemczech.

Justyna Sobolewska, recenzentka literacka Polityki, w roku 2012 wydała Książkę o czytaniu, którą teraz, w drugim wydaniu, znacznie poszerzyła, dodając na przykład rozdziały o tym, czego nie przeczytali znani pisarze (co za wyznania! Reymont, Dostojewski), o czytaniu w więzieniu lub… w ubikacji.

Spotkanie było świetnie pomyślane, nie było żadnej osoby prowadzącej (tylko Marcin Piekoszewski, współszef Buchbundu, przywitał na początku obie swoje… gościnie!), Magda i Justyna przedstawiały siebie nawzajem, nawzajem siebie czytały i nawzajem zadawały sobie pytania. Magda zebrała nawet pytania od krewnych-i-znajomych, które  obiecała zadać Justynie na żywo. Wyniknęła z tego niekonwencjonalna, autentyczna i niewymuszona konwersacja. Trudno mi będzie przekazać Państwu wszystko, co obie pisarki powiedziały i sobie, i nam, na szczęście Marcin Wilk opublikował w sieci streaming z tego spotkania, do obejrzenia TU (Ja się okazałam marnym odbiorcą i nic tu nie widzę, ale słychać wszystko znakomicie!)

A ja po prostu spiszę z notatek, to, co zwróciło moją uwagę i wywołało skojarzenia…

Są dwa rodzaje czytelników, tacy którzy niszczą książki, piszą po nich, zaginają rogi, zostawiają na nich ślad i uważają, że to jest właśnie dowód na to, że książka jest coś warta, a im więcej takich śladów, tym bardziej… Obie pisarki należą do tej kategorii (i pisząca te słowa takoż). Jest jednak kategoria całkowicie odmienna – książka to dobro kultury i trzeba je szanować jak każde inne Dzieło. Muszę tu przytoczyć dwa przypadki takich Obrońców Dóbr Kultury z mojego własnego otoczenia – mój siostrzeniec twierdzi, że najchętniej czytałby książki, zaledwie uchylając stroniczki czyli właściwie z głową na stole i zerkając do środka. A moja przyjaciółka kupuje dwa egzemplarze ważnych książek – dobre, piękne wydanie w twardej okładce do postawienia na półce i podziwiania oraz paperbacka do noszenia w torebce, czytania i (ewentualnego) podniszczania.

Co czyta się w więzieniach? Pewna dziennikarka radiowa z Trójki wyznała kiedyś mojej Mamie, że w okresie stanu wojennego zawsze miała ze sobą siatkę ze szczoteczką i pastą do zębów, parą majtek na zmianę i poezjami Lorki w maminym tłumaczeniu. A to mi się z kolei nieuchronnie kojarzy z tematem, którego Justyna (jeszcze) nie poruszyła, z pytaniem, co zabierzesz ze sobą na emigrację? Bo coś zabierzesz, choćby po to, żeby mieć co czytać po drodze. Nie pamiętam, co ja sama zabrałam, natomiast doskonale pamiętam niezwykłe spotkanie Tłumaczki i Idealnego Czytelnika czyli Mamy i mojego emigracyjnego przyjaciela – Piotra. Napisałam kiedyś o tym (w “słynnej” nieopublikowanej książce o Mamie i reszcie rodziny):

Mama przyjechała kiedyś do mnie Berlina, tymczasem ja jak na złość nie mogłam wziąć urlopu. A pracowałam długo i daleko, wychodziłam o 7 rano i wracałam najwcześniej o 17. Nie chciałam, by Mama godzinami była sama, poprosiłam więc znajomego, by pochodził z nią do muzeów. Niby wszystko było ustalone, ale przyznaję, że pierwszego dnia wracałam do domu z duszą na ramieniu. Mama była osobą wymagającą i… zaskakującą. Nigdy nie było wiadomo, kto jej się spodoba lub dlaczego nie przypadnie jej do gustu. Weszłam do pustego mieszkania, Mamy i Piotra nie było. Wreszcie zjawili się, w najlepszej komitywie, rozgadani jak stado trznadli, wyraźnie mnie ignorując. Zastanawiająca była ta obopólna sympatia. Dopiero jak znajomy poszedł, Mama opowiedziała mi, że wyjeżdżając na zawsze z kraju, Piotr miał tak ciężki bagaż, że nie był w stanie zabrać żadnej książki. Wyrwał więc tylko jedną kartkę z książki, która była dla niego najważniejsza. Nosił ją ze sobą w portfelu. Był to wiersz Frederika Garcii Lorki w Mamy tłumaczeniu.

Mnie tego nie opowiedział.

Czyż muszę dodawać, że Piotr nie wiedział, kim jest moja Mama, że nie wiedział, iż ją spotka, no i oczywiście – wyjeżdżając z Polski nie mógł przewidzieć, że spotka mnie, córkę Ireny Kuran-Boguckiej, kobiety, która przetłumaczyła najważniejszy dla niego wiersz: Verde, que te quiera verde…

Jak ustawiamy książki czyli Rejmer koło Reymonta? To zdaje się najpopularniejszy sposób porządkowania książek. I jedna wielka bzdura. Jedyny prawdziwy porządek to ustawianie według kolorów, mówię Wam!

Pierwsze zdanie książki. W tym najsłynniejsze czyli Markiza wyszła o piątej. Nigdy temu nie dorównamy. Piszę to i zamyślam się nad klawiaturą. A ja? Nie mam pojęcia jakie napisałam pierwsze zdania moich książek. Sięgam do szarych książek i wyjmuję swoją powieść. 1 stycznia 1982. Pierwsi wyszli Andrzejowie. Cóż za nieciekawe pierwsze zdanie, oprócz informacji (jak kto raczy pamiętać), że to stan wojenny. Sięgam do książek niebieskich i ze złością stwierdzam, że znowu ktoś sobie “pożyczył mnie” na wieczne nieoddanie. Nie mam pojęcia, ile już razy odkupywałam własne książki w antykwariatach i w Merlinie. Dzwonię do koleżanki, która dzięki mojej instrukcji kolorystycznej szybko znajduje Piękne dni w Visby… Umieszczono nas w wieży… No, trochę lepiej. Jeśli ktoś z czytelników ma Portret z ametystem, to niech sprawdzi, czy to nie mój egzemplarz (pobazgrolony przez jakieś nieznane mi dziecko) i niech mi napisze, jakie to ja wymyśliłam tam pierwsze zdanie?

Jak dzielić książki czyli rozwód? (Ja bym jeszcze dodała – scheda, Justyno podsuwam ci kolejny temat do trzeciego wydania). Podobno Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki stwierdzili, że nigdysię nie rozwiodą, bo nie wiedzieliby, jak podzielić książki.

Oskar Wilde: nie sztuka napisać recenzję książki, którą się czytało, sztuką jest napisać recenzję książki, której się nie czytało. Bo też krytyk literacki to twórca a nie wyrobnik kultury.

Zdanie Wilde’a przenosi nas w rejony książek, których nie czytaliśmy, a mimo to umiemy o nich rozprawiać, a na pewno mamy o nich własne zdanie. To mój ulubiony temat i wielokrotnie o nim pisałam – np. TU. Sobolewska twierdzi, że gdyby zrobić ranking “najbardziej nieprzeczytanych książek” na świecie, to palmę pierwszeństwa otrzymałby Joyce za Ulissesa, chyba że wyprzedziła by go Biblia. Obie pozycje akurat czytałam, ale za to Dostojewski – groza! – niczego poza Idiotą nie strawiłam…

I wreszcie piękne zdanie Justyny o książce, na której “się nie poznała”, a którą okrzyczano arcydziełem: Hanya Yanagihara, A little life (też nie czytałam, ale kupiłam w Buchbundzie, leży na stoliku nocnym i czeka w kolejce). Justyna pyta nader słusznie: czy to, co się podoba wszystkim, musi się podobać wszystkim?

Dużo o tej Justynie. Z wypowiedzi Magdy zanotowałam znacznie mniej, ale za to już pierwsze zanotowane zdanie powala. Biała Rika to powieść autobiograficzna, czyli wprawdzie autobiografia ale jednak powieść, pełna zmyśleń, przeinaczeń, uzupełnień. Obejrzyjcie film Marcina, może uda się Wam obejrzeć ten fragment (druga połowa), w którym Magda plastycznie opisuje reakcje rodziny na tę książkę. Jak to się chętnie pisze na Facebooku: bezcenne! Ja? Ja tego nigdy nie powiedziałem! Ja? Ja tego nigdy nie zrobiłam! No przeczytałem, i muszę powiedzieć, że jeśli naprawdę ciotka Ziutka była dla ciebie najlepsza pod słońcem, no to ja już na to nic nie poradzę… Habent sua fata libelli, książka zmienia się wraz czytelnikiem…

Bez-cen-ne!!! Bezcenne! Albo zdanie Magdy: rodzina to bałagan! O! jakie to prawdziwe, rodzina to potworny bałagan!

No i niezwykłe wyznanie w ustach autorki Tunelu i Magika, które są książkami wymyślonymi, wykreowanymi, wyrysowanymi cyrklem przez autorkę-demiurżkę na desce kreślarskiej komputera. “Pisałam Rikę z serca a nie głową”. Ale też: “Jestem odważna, nie boję się pisać”. Wspaniałe zdanie!

Jak napiszesz powieść autobiograficzną, mówi Magda, to musisz to wciąż podkreślać: to jest jednak powieść, JEDNAK powieść, w której nic nie zostało zapisane jeden do jeden.

No dobrze, udało się jej, skoro jak twierdzi, wprawdzie się kłócą, ale – mimo demaskatorskiej Białej Riki – bardzo się kochają. Są rodziną, która się kocha. Daj Boże każdemu, ja twierdzę, że jeśli mi wreszcie wydawnictwo, jak obiecało, opublikuje tę moją książkę, która też jest o rodzinie, to ktoś mnie zabije i będzie święty spokój.

Nota bene tu się z autorką zgadzam bez reszty: takich rodzin, w których każdy ma swoją wersję historii i każdy coś skrzętnie ukrywa jest wiele. Kiedyś myślałam, że to cecha rodzin żydowskich, ale przecież nie – przecież i AK trzeba było po wojnie ukrywać, i tych nieszczęsnych żołnierzy wyklętych, i pochodzenie kresowe, niby nie do ukrycia, ale jednak skrzętnie przemilczane. Jak to śpiewał Kelus o człowieku wspominającym Lwów, ktoś podsłuchał, doniósł, uratował człowieka żaglowiec…

I na zakończenie przesłania od obu pisarek.

Justyna: moja książka to list do czytelnika, żeby pomyślał o swoim życiu.
Magda: każdy pamięta inaczej, każdy ma swoją wersję i jest ona jedynie prawdziwa.

Złoto Lassetera (3)

Lech Milewski

Przypomnę w jakim stanie pozostawiłem poszukiwaczy złota…

Trzon wyprawy przebywa na lądowisku w Illbilla. Szykuja się do wędrówki 150 mil na południe, to jest najnowsza sugestia Lassetera.
Samolot został rozbity w wypadku. Pilot Errol Coote jest w szpitalu w Alice Springs, kierowca Colson pojechał do Alice Springs zawieźć wrak samolotu.
Do Illbilla przybyli niespodziewani goście – Paul Johns, łowca psów, w towarzystwie dwóch Aborygenów i pięciu wielbłądów.

29 sierpnia przyjeżdża Colson z bardzo niepewną miną.
Był w Alice Springs, dostarczył rozbity samolot, odebrał pocztę, a tam znalazł list do siebie od dyrekcji kompanii – wypowiedzenie.
Nie wiedział, co zrobić, zwrócił się po radę do Coote’a, ale ten był zajęty dostawą nowego samolotu. Kierując się troską o towarzyszy, zdecydował wrócić do Illbilla.
Blakeley wpadł w szał, zatrudnił Colsona na własną odpowiedzialność, napisał odpowiedni raport do kompanii i ponownie wysłał Colsona z pocztą do Alice Springs (któryż to już raz?)
Jednocześnie proponuje Johnsowi pozostanie z wyprawą w Illbilla – w zamian może korzystać z zapasów żywności.

Po kilku dniach przylatują do Illbilla Coote i pilot Pat Hall. Stwierdzają, że samolot jest bardzo wolny i zużywa zbyt wiele paliwa. Decydują się polecieć do Adelajdy, żeby wymienić zbiornik paliwa na większy.

Korzystając z dostępu do samolotu Blakeley wysyła Halla z Lasseterem na lot rozpoznawczy. Wracają po dwóch godzinach, Lasseter jest wyraźnie podniecony.
Coote bierze Lassetera na stronę – czy widział rafę?
– Absolutnie tak, lecieliśmy nad nią.
– Dlaczego o tym nie powiedział?
– Bo nikomu nie ufa.
Coote nie ustępuje – umowa jest umową – jak nie powie, to zawiozą go do Alice Springs na policję i oskarżą o oszustwo.
To poskutkowało. Lasseter wyrysował mapę, zaznaczył na niej Lake Christofer. Dziwne, bo w Sydney zapewniał, że rafa nie była w pobliżu Lake Christopher.

Lot Lassetera

Coote przepytał Halla, ten potwierdził, że Lasseter był bardzo podniecony i potem polecił wracać. To nadal się nie zgadza – lecieli tylko godzinę czyli jakieś 60 mil, a nie 150.

Następnego dnia Hall i Coote lecą do Alice Springs, a następnie do Adelajdy po większy zbiornik paliwa.
Rusza również wyprawa, droga okropna, dwadzieścia mil od celu teren jest absolutnie nieprzejezdny. Lasseter ma bardzo niepewną minę, wygląda, że jest bliski wyznania, iż nigdy tu nie był.

7 września – po krótkiej dyskusji z zespołem Blakeley podejmuje decyzję – wracają. Przy okazji stwierdza, że jako powód niepowodzenia poda oszustwo Lassetera.
Na boku rozmawia z Lasseterem, otwarcie sugerując mu, żeby nie wracał z wyprawą, bo nie czeka go nic dobrego. Może będzie kontynuował poszukiwania z Johnsem? Lasseter akceptuje takie rozwiązanie, Johns również.
Blakeley zatrudnia Johnsa na dwa miesiąca za wynagrodzeniem pięciu funtów tygodniowo.

13 września wyruszają. Lasseter musi zredukować bagaż, przy tej okazji Blakeley odzyskuje zabytkowy podręcznik nawigacji.
Dwaj Aborygeni, którzy towarzyszyli Johnsowi, rezygnują z udziału w wyprawie i postanawiają wrócić do misji luterańskiej w Hermannsburgu.
Blakeley jest mocno zmartwiony. Po pierwsze Johns i Lasseter nie będą mieli przewodnika. Po drugie – w jaki sposób Aborygeni dotrą na piechotę do misji, to 150 mil, jak się wyżywią?
Obaj uśmiechają się z politowaniem – że też ci biali są tacy zagubieni.

Powrót do Alice Springs trwa długo, gdyż dwa dni spędzają na czyszczeniu gaźnika i przewodów paliwowych samochodu.
W Alice Springs już czeka instrukcja – Coote zostaje kierownikiem wyprawy. Jego zadaniem jest odnaleźć Lassetera i Johnsa i kontynuować wraz z nimi poszukiwania. Blakeley ma zorganizować transport Thornycrofta i wracać do Sydney.

Gdzie szukać Lassetera?
Prawdopodobnie gdzieś w okolicach Ayers Rock. Coote zarządza, że on poleci samolotem do Ayers Rock, natomiast Taylor dotrze tam z karawaną wielbłądów, ekwipunkiem i zaopatrzeniem. Piętnaście wielbłądów plus zawodowy przewodnik. Powinni z łatwością dotrzeć do Ayers Rock w ciągu dwunastu dni,
Coote odczekał dwa tygodnie i poleciał do Ayers Rock…

Uluru

Bardzo się cieszę, że znalazłem w internecie powyższe zdjęcie. Raz udało mi się spojrzeć na Ayers Rock (obecnie używa się tradycyjnej, aborygeńskiej, nazwy – Uluru) z góry. Czy Państwo widzicie to, co ja widzę? Zacisniętą lewą pięść?

Karawany ani śladu. Coote obszedł wielką skałę dookoła, znalazł grotę z dobrą wodą i czekał bezczynnie długie dni. Wreszcie dotarł Taylor z karawaną, w sumie zajęło im to 17 dni gdyż zmylili drogę.
Coote wraca samolotem do Alice Springs, gdyż samolot wymaga drobnych napraw. Tam dowiaduje się, że dyrekcja kompanii, nie otrzymawszy żadnych wiadomości o losie ekspedycji, zorganizowała akcję poszukiwawczą z udziałem lotnictwa wojskowego.
Coote dostaje kolejne polecenie – dosyć tego, zabrać samolotem Taylora spod Ayers Rock, karawana ma wrócić do Hermannsburga i czekać na dalsze instrukcja. Lassetera i Johnsa zostawić ich własnemu losowi.

13 listopada pojawia sie w Alice Springs mocno wyczerpany Johns z trzema wielbłądami.
Gdzie Lasseter? Co się stało? Czy znaleźli złotą rafe?
Odpowiedzi są w liście Lassetera do przedstawiciela rządu (Government Resident).
Przed przeczytaniem listu przedstawiciel pyta Johnsa, czy zna jego treść?
– Oczywiście, gdyby była dla mnie niekorzystna, to bym go nie dostarczył.
Wędrowali razem ponad pięć tygodni. W pobliży Lake Amadeus Lasseter udał się na samotne poszukiwania, które trwały dwa dni. Wrócił z radosną miną. Znalazł rafę, w worku ma pobrane tam próbki. Jednak nie chce ich pokazać Johnsowi. Dochodzi do ostrej bójki, podczas której Johns wyciąga rewolwer. Lasseter jest jednak nadspodziewanie sprawny i silny, wyrywa Johnsowi rewolwer, a ten niechcący naciska spust – młoteczek przycina  Lasseterowi dłoń między kciukiem a palcami. Pogodzili się i wspólnie wrócili do Illbilla. Wielbłądy były bardzo wyczerpane, zdecydowali więc, że Johns wróci do Alice Springs po nowe zwierzęta. Lasseter z dwoma wielbłądami powędruje do złotej rafy, żeby ją zakołkować. Dlaczego tego nie zrobił, gdy ją znalazł?

Nowa instrukcja z Sydney – Coote zdjęty ze stanowiska szefa wyprawy, kierownikiem zostaje Taylor. Zadanie – szukać Lassetera. Taylor rusza z wielbłądami do Illbilla, ma tam dolecieć nowy samolot z Sydney. Nie doleciał. Znowu wzywają na pomoc lotnictwo. Wojsko znajduje zagubiony samolot i zrzuca zaopatrzenie na spadochronie. Okazuje się, że samolot zabłądził, zła pogoda zmusiła pilotów do lądowania, skończyło się paliwo.
To już prawie połowa stycznia 1931 roku, dobry pastor w Hermannsburgu nie wytrzymuje i sam organizuje poszukiwanie Lassetera. Zatrudnia do tego osobę najlepiej znającą te okolice – Boba Bucksa.

Mijają ponad trzy miesiące…

Lasseter

Bob Bucks znalazł zepsute ciało w płytkim grobie przy Irving Ck. Przyniósł, co znalazł przy grobie – fotografie, pamiętnik, listy do rodziny, rewolwer, sztuczną szczękę.

Koroner za radą policji uznał to za dowód śmierci, przyczyna – zagłodzenie.

Głównym źródłem informacji o losach Lassetera są jego listy do rodziny i jego dziennik…

Pamiętnik

To bardzo przejmujący dokument – link do pełnego tekstu podany w Źródłach.
Wynika z niego, że po kilku dniach wedrówki uciekły mu wielbłady z całym ładunkiem. Od tej chwili zdany był na siebie, a właściwie na pomoc Aborygenów. Pokazali mu czym i jak się żywić, kilkakrotnie przygotowali mu posiłki, ale jego organizm źle je przyjmował. Słabł w oczach, wreszcie zmarł.
W listach znajdują się przejmujące słowa do rodziny, również zapewnienie, że znalazł rafę i jest pewien, że jego rodzina skorzysta z tego bogactwa.

Rodzina Lassetera to żona Irene i dwójka dzieci. Starsze z dzieci, syn Robert, miał sześć lat, gdy Lasseter zaginął. Robert kilkakortnie podjął wysiłek odszukania złotej rafy. Istotnym motywem było oczyszczenie ojca z zarzutów oszustwa.

Jedną z ostatnich prób była wyprawa zrelacjonowana w filmie “Lasseter Bones”. W końcowej sekwencji filmu podróżnicy kontaktują się z Aborygenami. Ci potwierdzają pamięć o wizycie Lassetera ponad 80 lat wcześniej, potwierdzają również istnienie zasobów złota.
I tu zaczynają się schody. Młody twórca filmu jest nadzwyczaj poprawnym politycznie Australijczykiem i według mnie wprost naprasza się, żeby go traktowano na dystans, jako obcą osobę. Inna sprawa to nieznajomość języków aborygeńskich i brak w ekipie kogokolwiek, kto rozumie tutejsze tradycje. Film kończy się sceną, w której aborygeński “elder” gniewnie odsuwa papiery i dokumenty, zaciera mapę, którą naszkicował na piasku i pogrąża się w kontemplacji.

Przypomina mi się opowieść mojej żony…
To było ponad dwadzieścia lat temu, w zupełnie innej okolicy – parku narodowym Kakadu (KLIK). Grupa wycieczkowa zatrzymała się na odpoczynek, w pobliżu przebywała grupka Aborygenów. Przewodnik wycieczki od razu miał się na baczności – nie róbcie zdjęć, nie podchodźcie zbyt blisko.
Moja żona oczywiście podeszła i zaczęła pytać o technikę aborygeńskiego malarstwa. Już po chwili zyskała sobie życzliwość całej grupy. Jedna z kobiet zaproponowała – zostań z nami, pokażę ci miejsce, gdzie jest złoto. Dużo złota.
Żona wykręciła się obowiązkami rodzinnymi.

Inna sprawa to – jaki pożytek ze złota znajdującego się w świętym miejscu? Co roku turyści, wbrew wyraźnym pouczeniom, zabierają na pamiątkę kamyk z Uluru. Administracja centrum turystycznego ma z tego powodu kłopot, gdyż codziennie przychodzą paczki z całego świata ze zwróconymi kamieniami. Skradzione kamienie przynoszą same nieszczęścia – KLIK.

Ostatni, ponad 240 kilometrowy, odcinek szosy z Alice Springs do Uluru nosi nazwę Lasseter Highway…

Lasseter Hwy

W tym miejscu należy odbić od szosy, powędrować nieco na południowy zachód… czy jest ktoś chętny?

Źródła: Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – “Lasseter’s Gold”.
Fred Blakeley – “Dream Millions”.
Errol Coote – “Hells’s Airport”.
Harold Lasseter – Diary. Pełen tekst tutaj – KLIK.
Luke Walker – film – “Lasseter’s Bones”. Zwiastun tutaj – KLIK.

Stuart 8

Doesn’t anybody stay in one place anymore
It will be so fine to see your face at my door
And it doesn’t help to know you’re so far away

Czy nikt nie zostaje w tym samym miejscu?
Tak dobrze byłoby zobaczyć cię w drzwiach
To, że wiem, że jesteś daleko, wcale mi nie pomaga

Rod Stewart „So far away”

Joanna Trümner

Pożegnanie

Ian odprowadził przyjaciela na lotnisko. Na pożegnanie pokazał mu znak zwycięstwa. Nie mógł opanować smutku na myśl o tym, że nie zobaczą się co najmniej przez kilka następnych miesięcy. Oczami wyobraźni widział Stuarta w samolocie do Wellington – z głową pełną muzyki i radości z niespodziewanej szansy w życiu. Ian nie zdawał sobie do teraz sprawy z tego, jak mocno zazdrości przyjacielowi talentu i nowego wyzwania. „Jaki ze mnie przyjaciel? Zżera mnie złość i zazdrość, a powinienem się cieszyć razem z nim. A jaki ja mam talent? Dlaczego nie mam w sobie żadnej pasji, niczego, co by mnie naprawdę interesowało? Ja się nawet nie potrafię zakochać, tylko zbieram jakieś głupie wpisy w notesie, imiona kobiet, których twarzy już nawet nie pamiętam”. W głowie kotłowało mu się od pytań i wątpliwości. Przypomniały mu się słowa Matta, który po kilku tygodniach wspólnego mieszkania w Sydney wystawił jego walizki za drzwi i napisał mu na kartce adres najbliższego schroniska młodzieżowego oraz zdanie: „Weź w końcu odpowiedzialność za swoje życie”.

Ian, który nigdy jeszcze nie zadał sobie pytania „co dalej?”, nie był przygotowany na ten moment prawdy o sobie samym, o pustce życia, które do tej pory prowadził i braku jakiegokolwiek dalszego planu. Kiedy dotarł do domu, był tak zmęczony walką ze złymi myślami i tak bardzo potrzebował towarzystwa innej osoby, że ucieszył się na widok Changa, krzątającego się po sklepiku w schronisku.

Rodzina Changów przyjechała do Sydney z Hong Kongu przed dwudziestoma laty. Changowie prowadzili sklepik, w którym przez całą dobę można było kupić niezbędne w podróży przedmioty – grzebienie, szczoteczki do zębów, filmy do aparatów fotograficznych, pocztówki, baterie oraz papierosy, jedzenie i alkohol. Przy plastikowym stoliku z dwoma krzesłami Chang częstował swoich klientów tanimi, domowym jedzeniem. Ian ze Stuartem nieraz żartowali sobie, że znaleźli w nim brata Rasheeda z Londynu i bywali w sklepiku tak często, że zdążyli poznać wszystkich członków rodziny – nie znających prawie angielskiego, wiecznie uśmiechających się do klientów rodziców Changa, małżeństwo Changów i ich dzieci – ośmioletniego Liu i starszą o kilka lat Pi. Ian i Stuart pomagali nieraz dzieciom przy odrabianiu lekcji z matematyki, w zamian za co Chang częstował ich smacznymi domowymi daniami.

W chwili, kiedy Ian wszedł do sklepiku, Chang przerwał na chwilę układanie towarów na półkach i wnikliwie spojrzał na swojego stałego klienta. Nie pytał o powody wypisanego na jego twarzy smutku. „Chodź ze mną na zaplecze, mam coś, co ci na pewno pomoże”. W ciasnym, zastawionym towarem pokoiku na zapleczu Chang poczęstował go grubo i nierówno skręconym papierosem z marihuaną. Pierwszy joint w życiu był dla Iana olśnieniem i natychmiast rozjaśnił mu nastrój. Wszystkie smutki i wątpliwości, które w drodze z lotniska do domu rozgościły mu się w głowie, nagle zaczęły się oddalać, odpływać w nieznanym kierunku. Im dłużej palił Changowego skręta, tym bardziej się uspakajał, a plan działania na najbliższe miesiące stawał się bardziej wyrazisty. „Jutro zacznę szukać mieszkania i pracy. Skoncentruję się na robieniu pieniądzy”.

Na myśl o tym, że w tym pięćdziesięciokilkuletnim imigrancie, w starym, znoszonym i źle skrojonym czarnym garniturze znalazł swojego dostawcę szczęścia, nie mógł pohamować głośnego śmiechu. Wrócił do pokoju na pierwszym piętrze schroniska i położył się najpierw na dolnym łóżku, na którym jeszcze do wczoraj spał Stuart, następnie wdrapał się na swoją pryczę, która nagle stała się tak szeroka i wygodna, że zasnął od razu z uśmiechem na twarzy.

Następnego dnia Ian ruszył w poszukiwanie pracy, w dwa tygodnie później udało mu się znaleźć posadę w Banku Australijskim. Pokój w schronisku zastąpiło dwupokojowe mieszkanie w północnej części Sydney.

Premiera

Grupa wystawiająca musical „Jesus Christ Superstar” składała się z trzydziestu osób z różnych zakątków świata. Już podczas pierwszego spotkania w teatrze, kiedy członkowie zespołu opowiadali o sobie i swej dotychczasowej karierze muzycznej, Stuart zorientował się, że znalazł się w grupie zróżnicowanych, a ciekawych ludzi, wśród których na pewno uda mu się znaleźć nowych przyjaciół.

Najlepszym piosenkarzem w zespole był Louis z Nowego Orleanu z głosem o pięknym brzmieniu i potężnej sile. Ten trzydziestoletni mężczyzna miał tak perfekcyjną prezencję sceniczną, że Stuart długo nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego dotychczasowa kariera muzyczna oganiczała się do kilku tras koncertowych po Stanach. Podczas długich rozmów z nowym przyjacielem, kiedy opowiadał o zadymionych, małych knajpach w prowincjonalnych miasteczkach na południu Stanów i długach, w które wpadł w pogoni za uznaniem, Stuart znalazł odpowiedź na pytanie, dlaczego. Jego zdaniem to właśnie Louis powinien zagrać główną rolę w musicalu – rolę Jezusa, a nie niewdzięczną rolę Judasza. „Czarnego Jezusa nikt nie chciałby słuchać” – skomentował Louis podczas jednej z ich rozmów.

Kartka pocztowa z nowym adresem Iana i zamaszystym podpisem – „reprezentant Banku Australijskiego” – dotarła do Wellington w kilka tygodni po rozpoczęciu prób do musicalu. Stuart ucieszyła ta wiadomość, bo przy rozstaniu z przyjacielem na lotnisku bał się, że Ian niczego w swoim życiu nie zmieni i że nigdy nie skończy się jego niezbyt wygodne, ale nie zobowiązujące, przypominające wieczne wakacje życie w schronisku. Stuart wyobrażał sobie Iana w nowym, ciemnym garniturze, w koszuli z granatowym krawatem, który ze swoim rozbrajającym uśmiechem namawia klientów do inwestycji, przekonując ich o tym, że właśnie robią interes swojego życia.

Kolejne miesiące w Wellington minęły na przygotowywaniu spektaklu. Kiedy na ulicach miasta pojawiły się plakaty zapowiadające premierę „Jesus Christ Superstar”, zespół miał za sobą dziesiątki prób i godziny nauki wokalu. Dyrekcja teatru zrobiła wszystko, żeby to prowincjonalne miasto po raz pierwszy w swojej historii przeżyło wydarzenie kulturalne na światowym poziomie. W programie przygotowania spektaklu nie zabrakło rozmów członków zespołu z psychologami – rozmów, które pomagały w opanowaniu strachu przed wejściem na scenę i pokonaniu tremy. Stuart był coraz bardziej wdzięczny losowi za szansę, jaką był pobyt w Wellington i za profesjonalną pomoc, dzięki której nauczył się bezbłędnie posługiwać się głosem. Na plakatach zapowiadających premierę musicalu 21 maja 1972 roku, obok ról i nazwisk odtwórców pojawiły się miasta, z których przybyli, wśród trzydziestu nazwisk pierwszą pozycją było nazwisko Stuarta z dodatkiem Walton/London – Wielka Brytania.

Premiera musicalu była wielkim sukcesem, a Stuart szybko stał się jednym z najbardziej znanych mieszkańców miasta.

Uczucie monotonii, które odczuwał podczas występów w Sydney, zniknęło. Jezus w jego wykonaniu był na scenie za każdym razem kimś innym – czasami był to Jezus, nie potrafiący pogodzić się z wolą Ojca, innym razem Jezus wątpiący w sens swojego przeznaczenia, albo też Jezus, który po prostu chciałby prowadzić życie normalnego człowieka. Stuart występował w musicalu cztery razy w tygodniu, pozostały czas poświęcał próbom, nauce śpiewu albo komponowaniu nowych utworów. Utworów, które zgodnie z umową mógł prezentować publiczności w dni wolne od spektakli. Coraz częściej myślał o nauczeniu się dodatkowo gry na jeszcze jakimś instrumencie.

Nowe przyjaźnie pomogły mu zapomnieć o rozgoryczeniu, które czuł w dniu premiery – rozgoryczeniu, że nikt z jego najbliższych nie znalazł się wśród publiczności w dniu jego wielkiego sukcesu. Kontakty z rodziną i Ianem miały miejsce poprzez listy i sporadyczne rozmowy telefoniczne. Najczęściej docierały do niego listy od Kate, która podjęła w międzyczasie pracę nauczycielki angielskiego w Brighton. Kate wybierała się z wizytą do Wellington w lipcu, podczas wakacji szkolnych. Jej długie listy, na które czekał na początku każdego miesiąca, kończyły się zawsze zdaniem: „życzę ci końca celibatu”. To życzenie spełniło się – w kilka tygodni po przyjeździe do Wellington Stuart zaczął spotykać się z jedną z tancerek musicalu.

Cdn.

Paczka z książkami

Ewa Maria Slaska

Zanim zostałam archeolożką

Kasi i Julicie

Przyszła z Polski paczka z książkami. Rozpakowałam ją, położyłam książki na fotelu i… nie wiedziałam, śmiać się czy płakać. Zobaczyłam bowiem jak na dłoni stan mojego umysłu latem 1967 roku, kiedy to nie mówiąc tego głośno i wciąż jeszcze wybierając się na polonistykę, tak naprawdę już dobrze wiedziałam, że jedyne, co chcę studiować to archeologia.

 

Zacznijmy od rejestru:

Ferdinand Anton, Alt-Peru und seine Kunst
Artur Maria Swinarski, Parodie
Artur Maria Swinarski, Satyry
Olgierd Budrewicz, Romans Morza Karaibskiego
Anna Świderek, Kiedy piaski egipskie przemówiły po grecku
Jan Parandowski, Dysk olimpijski
Kazimierz Michałowski, Jak Grecy tworzyli sztukę
Henri Lothe, Malowidła kwitnącej pustyni
Jack London, Przed Adamem
Artur Maria Swinarski, Trylogia Trojańska w dwóch wieczorach
Etienne Drioton, Egipt faraonów
Anna Sadurska, Sztuka ziemi wydarta
Feliks Z. Weremiej, Śladem zagubionych ogniw
Claude Arthaud, François Hébert-Stevens, Andes toit de l’Amérique

Oczywiście nie były to wszystkie moje książki popularno-naukowe o archeologii, przede wszystkim nie ma tu patrona wszystkich, którzy w owym czasie chcieli studiować archeologię czyli Zenona Kosidowskiego. Gdy słońce było bogiem i Kraina złotych łez to były nasze biblie (Opowieści biblijne już w mniejszym stopniu) i przewodniki duchowe, ale mieliśmy też do dyspozycji mnóstwo innej literatury, bo program wydawniczy w zakresie literatury popularno-naukowej w latach 60 był już szeroki, obejmował całą paletę wiedzy, która mogła zainteresować świadomych obywateli Republiki. Ceny książek były tak przystępne, że nie pamiętam ani jednego razu, kiedy by się ktoś zawahał przed kupnem książki, nawet dużego albumu o sztuce,  z uwagi na cenę. Mogło ich ewentualnie nie starczyć dla wszystkich, ale i pod tym względem lata 60 były jeszcze bardzo dla nas łaskawe. Prawdziwe wojny o książki toczyło się dopiero w latach 70 i 80.

I może jeszcze słowo wyjaśnienia, bo na zdjęciu i w rejestrze zawartości paczki widnieją książki obcojęzyczne. Było ich mnóstwo, a wydawały je nasze bratnie republiki, na przykład “enerdowska”. Ciekawsza jest sprawa z publikacją francuską z roku 1955, tę, jak sądzę, przywiózł jakiś marynarz i sprzedał w antykwariacie.

Miałam więc książki. Mnóstwo książek. Michałowskiego o Egipcie (każdy chciał do Egiptu!), o jaskini Lascaux i (mnóstwo) o Atlantydzie, sterty książek o Ameryce Łacińskiej (to była nasza miłość, jeszcze większa niż Egipt, a to z uwagi na… Cortazara, ale o związkach archeologii z literaturą piękną za chwilę), był Parandowski i jego przepięknie literacko opracowane Mity greckie, ale też Mity greckie Gravesa… O archeologii Słowian mnóstwo pisał Jasienica, którego za chwilę mieli przestać wydawać, bo nagle mu wyciągnięto sprawę przynależności do bandy Łupaszki, ale na razie wciąż jeszcze… Schliemann i Evans byli bliskimi nam ludźmi, właściwie współczesnymi, i bardzo się przejmowaliśmy ich dokonaniami. Jedno z kolorowych czasopism drukowało co tydzień na tylnej okładce artykuły o archeologii, niestety nie pamiętam które (za to pamiętam artykuł o Knossos), a internet w tym względzie w niczym nie pomaga…

Wiele z tych książek miałam i z biegiem lat sprowadziłam je z Gdańska do Berlina, ale jak widać nie wszystkie, skoro nagle moja siostra mogła mi dostarczyć pudło pełne szkolnych lektur… I to w takiej przedziwnej konstelacji. Wszystkie książki z pudła kojarzą się z moimi własnymi przygotowaniami do studiów, ale na pewno nigdy w takim zestawie nie stały razem na żadnej półce. A przecież tak ktoś kiedyś musiał pakować schedę po mnie. Dziesięć książek na raz z jednej półki i do kartonu. Drugie dziesięć, zamykamy pudło i do piwnicy albo na strych.

Okazuje się, że na strych.

Kasiu, pytam, skąd to wzięłaś? I kto to tak zapakował?
Ja.
I dlaczego tak?
Bo na strychu..

Ach, na strychu. Ale u Kasi na strychu? Ja tam nigdy nie mieszkałam! Mniejsza, widocznie podczas likwidowania mojego mieszkania moje książki trafiły do rodziców, a po ich śmierci do Kasi… Czternaście lat temu, 22 września 2002 roku, umarł tata (RIP, Tato!), a my ostatecznie zlikwidowałyśmy mieszkanie rodziców na Grunwaldzkiej.

Bo postanowiłam posprzątać na strychu (moja siostra ostatnio wszystko sprząta, to wiem). Było mnóstwo książek. Brałam do ręki każdą osobno i niektóre były wyraźnie dla ciebie, więc odkładałam je do kartonu…
Dla mnie?
No tak, myślałam sobie, ach to była książka Ewy, albo, ach to na pewno Ewa chętnie będzie miała, a przy Swinarskim…
No właśnie, Swinarski, skąd wiedziałaś, że Achilles i Panny?
Nie wiedziałam, ale pomyślałam, że to taka literatura, że tylko ty, jedyna na świecie, jeszcze jesteś w stanie ją odczytać rozumiejąc wszystkie jej złożone warstwy ironii, erudycji i aluzji politycznej.

Tak jak sądziłam, to nie ja ułożyłam te książki w taki zbiór, zrobiła to porządkująca intuicja mojej siostry… Kasia sama z siebie nie wiedziała więc, że fragmenty Trylogii trojańskiej Swinarskiego, które Mama wkleiła do zeszytów (o tym TU), pokazały mi, że archeologia to nie (tylko) żmudne skrobanie szpachelką po warstwie gliny, ale sposób zbierania informacji o tym, jak żyli ludzie, ani że London i że to dzięki jego minipowieści o plejstocenie zrozumiałam, że najbardziej interesuje mnie epoka kamienia, bo wtedy zaczynało się wszystko, co ze zwykłego zwierzęcia zrobiło człowieka. I o tym jest ta powieść.

Pierwsze wydanie 1907, I wydanie polskie 1957, wydawca Wiedza Powszechna, przekład S.M., autor okładki Włodzimierz Lewiński.

To mi oczywiście przypomina inne książki, które namiętnie czytałam (a potem się okazało, że czytaliśmy). Na przykład Nienacki, tak, ten od Pana Samochodzika. Jedna z najlepszych książek dla młodzieży o archeologii to był Skarb Atanaryka, powieść wydana w roku 1960 jeszcze poza serią, a w następnych wydaniach dodana do Pana Samochodzika jako presequel.
Ale też Cortazar, nasza kultowa lektura, która przeniosła nas wszystkich w świat nigdy przedtem nietknięty najmniejszym nawet poruszeniem naszych umysłów. Cały kontynent nie istniał na naszej wewnętrznej mapie świata, dopóki nagle nie pojawili się Maga i Rocamadour z kubeczkami do picia mate, a my zaczęliśmy mówić po “gliglińsku”. Gdy książka ukazała się po polsku był rok 1968. Studiowałam wtedy polonistykę, kupiłam Grę w klasy i na zawsze porzuciłam myśl o zostaniu polonistką. Musiałam, po prostu musiałam nauczyć się po “gliglińsku” i zrozumieć ciężar kultur, azteckiej i tolteckiej, z których wyrósł Cortazar… I niech mi nikt nie mówi, że Cortazar jest Argentyńczykiem, a ja się tu odwołuję do kultur prekolumbijskich (ale i preazteckich) w Meksyku, bo dla mnie (DLA MNIE) Cortazar to ostatni Toltek, człowiek który wyrąbał niezwykłych ludzi z czarnego kamienia…

Posągi atlantów, dawniej podtrzymujących dach świątyni w Tuli, stolicy Tolteków w okresie IV-X w.n.e.

Na zakończenie podsunę jeszcze Czytelnikowi taką oto znalezioną w Wikipedii myśl, nieznaną mi jako studentce archeologii, ale już wówczas na pewno przeczuwaną… Bo inaczej skądby ten Cortazar?

W ostatnich dziesięcioleciach coraz większym uznaniem środowisk naukowych cieszy się teoria, która nie wiąże nazwy Toltekowie z żadną konkretną grupą etniczną, ani okresem historycznym. Zgodnie z tą koncepcją, opisywani w azteckich przekazach Toltekowie traktowani są bardziej jako konstrukcja filozoficzna i jako mityczna – przynajmniej po części – grupa różnych antycznych społeczności i kultur. Miały one poprzedzać cywilizację Azteków, charakteryzować się wysokim na owe czasy poziomem rozwoju (kultury, cywilizacji i urbanizacji) i być przeciwstawiane “dzikim” zdecentralizowanym ludom wędrownym regionu.

Zgodnie z tą interpretacją każdy ośrodek miejski ówczesnej Mezoameryki mógł być określany Tollan, a jego mieszkańcy – zwani Toltekami. Władcy tak różnych cywilizacji, jak Aztekowie, Majowie Quiché i Majowie Itza wywodzili swe pochodzenie od takich mitycznych tolteckich władców-bogów, jak Quetzalcoatl czy Kukulkan.

 

O poezji i patriotyzmie

Dziś taki dzień, że dobrze jeśli chodzi o Ojczyznę

Roman Brodowski

Wielka Improwizacja (tytuł nadany przez adminkę)

Niedawno odwiedziłem moich znajomych. Zaproszony przez Janka i jego sympatyczniejszą cząstkę wspólnoty majątkowej Gosię (dla nieprzyjaciół Małgorzatę), na poetycki podwieczorek, wyruszyłem w czasie piania kogutów na ten ich koniec świata. Na szczęście koniec ten znajdował się tuż za miedzą rzeczywistości polsko-niemieckiej, czyli w Zielonej Górze. Do miasta dotarłem około południa. Zaraz po wyjściu z autokaru udałem się na umówione miejsce spotkania, czyli, tradycyjnie już, na ławeczkę obok pomnika Bachusa. Otulony ciepłem słonecznych promieni, podziwiałem kolorowe secesyjne kamieniczki. W odróżnieniu od wielu innych polskich miast, w Zielonej Górze większość zachowała swoją pierwotną formę. I nic w tym dziwnego, bo i miasto jest jednym z nielicznych ocalałych w wojennej zawierusze od bomb i pożarów.
Janek z tak zwaną niemiecką punkualnością (nie wiem dlaczego niemiecką? – odp. adminki, bo tak ongiś jeździły koleje niemieckie, że można było wg nich regulować zegarki – ech, gdzie te czasy?) przyszedł na spotkanie o trzeciej. Po krótkiej rozmowie, krętymi uliczkami, udaliśmy się tam, gdzie miała się odbyć moja z przyjaciółmi Janka, poetycko-filozoficzna biesiada czyli restauracji na obrzeżach jakiegoś parku. W bocznej sali przy połączonych stołach czekali już zaproszeni goście.
Usiadłem między dwiema miłymi paniami, wdychając mym zalergizowanym nosem zapach ich perfum. Nie wiem, czy były to perfumy Chanel N°5, ale pachniały delikatnie kawa z cynamonem i muszę przyznać, że moje receptory węchu przyjmowały ten zapach bezkrytycznie.
Wypiłem kilka łyków herbaty z cytryną (mój ulubiony napój), wysłuchałem powitalnego wstępu i rozpocząłem to kameralne spotkanie z miłośnikami poezji kresowej.
Ze względu na lekko już wychodzący poza ramy wieku średniego, wiek słuchaczy, postanowiłem skupić uwagę na poezji teologiczno-filozoficznej, rozpoczynając od twórczości apokryficznej.
Po przeczytaniu kilku utworów, doszedłem do wniosku, że zacząłem chyba od zbyt poważnej i być może trudnej do zrozumienia kategorii wiersza. Dla rozluźnienia nieco przygasłej atmosfery przeszedłem do poezji lirycznej, opisującej Kresy a i inne nasze ojczyźniane pejzaże. Dopiero jednak przy prezentacji wierszy dla dzieci oraz twórczości satyrycznej atmosfera stała się iście sielankowa.

A potem ktoś zapytał, czy piszę utwory satyryczne o tematyce społeczno-politycznej, komentujące sytuację w kraju, i czy może mam jakiś w zanadrzu.
– Oczywiście, odpowiedziałem, i takowe się zdarzają w mojej bogatej kolekcji literackich wypocin. Na prośbę większości przeczytałem dwa nieco sarkastyczne utwory. Miałem ze sobą jeszcze trzecią satyrę, a choć wydawała mi się zbyt frywolna, wulgarna, prawie że paszkwil, to w przypływie odwagi, czując podatny grunt pod nogami postanowiłem sprawdzić reakcję publiczności i…, po raz pierwszy przeczytałem ją w gronie większym niż trzy (moja małżonka, moje odbicie w lustrze i ja).

Nieco erotyczno polityczna bajeczka dla dorosłych

Zaprosiła mnie córeczka do ZOO
Do takiego więzienia dla zwierząt
Bym zobaczył słonie, lwy, jelenie
Bym zobaczył jak żyją, co jedzą

Stanęliśmy przy klatce z małpami
Z pawianami klateczka to była
W niej niewielki dupiaty pan pawian,
Wokół niego gromadka krążyła.

Pan i władca, choć mały, to wielki
Najważniejszy wśród małpiej czeladzi
Każda biegnie doń, łuska, dotyka
Nastawiając, by na nią się sadził.

Inni stada członkowie, pawiany,
Bezrozumne, krzykliwe stworzenia
Bezkrytycznie słuchali przywódcy
Dbając, by miał coś do… pieprzenia.

Nagle chwycił on samkę za głowę
I przysadził się do niej na plecy
Stado krzyczy w bezmyślnej ekstazie
A i samka z radością też beczy.

Zobaczyła to córka, Kasieńka
Mała jeszcze, więc nic nie rozumie
Zawołała – Tatusiu jak ładnie,
Jak ten małp pan zabawiać się umie!

Uśmiechnąłem się do niej bez słowa
Popatrzyłem na ten akt pawiana
I myśl taka mi przyszła do głowy.
Że ta scena jest dziwnie mi znana.

Tak, widziałem to nieraz w Warszawie
W parlamencie, na Wiejskiej ulicy…,
W twardej ławie też siedzi ktoś taki
Z którym stado partyjne się liczy.

Też biegają do niego samiczki
I pochlebców cała samców grupa
By zachcianki spełniać swego szefa
Choć dla innych w sejmie to on – pupa.

Nie potrafi jedności zbudować
Od pawiana z Zoo nie jest lepszy
Nawet gorszy, bo pawian swe samki…,
On natomiast Ojczyznę chce spieprzyć

Berlin 23.08.2016.

Ku mojemu zaskoczeniu właśnie ten utwór stał się tą najbardziej trafną formą literackiej wypowiedzi dla grona przybyłych na spotkanie gości…, po za jednym wyjątkiem. Miłe dla mojego ucha oklaski zakłócił dobiegający z sali głos. To jakaś starsza pani próbowała coś powiedzieć. Oklaski zamilkły. Starsza pani patrząc na mnie nieco zniesmaczona, rzekła
– Ten ostatni utwór, który pan przeczytał, jest nie tylko cyniczny, ale w obrazliwy sposób przekazuje nieprawdę i z pogardą odnosi się do tych, którzy walczą by wyciągnąć Polskę z marazmu, w jaki przez ostatnie lata wpychały nas rządy tej przestępczej koalicji PO-PSL. Jestem panem zawiedziona, mówiła dalej, myślałam, że ktojak kto, ale wy, poeci, powinniście świecić przykładem patriotyzmu. Myliłam się – dodała, i usiadła poddenerwowana na krześle.

Podszedłem do niej i szarmancko, jak to wszak mam w zwyczaju, powiedziałem, że poeci to taka specyficzna grupa ludzi, którzy uwięzieni w objęciach weny, piszą to, do czego ich ona zmusza. I nie wolno się na nich obrażać, gniewać z powodu ich duchowych słabości. Wyznałem też, że nie należę do grupy „wierszokletów” piszących na zamówienie, automatycznie, i bezbarwnie, nie tworzę na zawołanie żadnych jednominutówkek, ale w drodze wyjątku uczynię to dla niej, w akcie przeprosin. I być może sprawię, że pozostanę w jej oczach prawdziwym „patriotą”. Poprosiłem o kawałek papieru, wyjąłem długopis i w zupełnej ciszy zacząłem, ach, tworzyć. Po dwóch, może trzech minutach wstałem od stołu i z pasją prawdziwego aktora zacząłem recytować.

Patriotyczny Idiota

Prawda w czasie niezgody, rozłamów
Droższa jest od srebra, a nawet i złota
Lecz uszy prostego ludu niestety,
Cieszy fałsz, kłamstwo, populizm, głupota.

A mędrcy od wieków słowa te mawiają
Że mądrość powoli umiera w narodach
W których fobie i nienawiść rządzą,
Miast by spokój był, rozwaga i zgoda

Niech ja także, ja, głupiec, ja z tego systemu
Dadam od siebie znamienne już słowa
– Gdzie mądrość i prawda we wspólnocie żyją.
Tam Boże, ach Boże… Ojczyznę uchowaj.

Dopiłem herbatę i po chwili pożegnałem się z gospodarzami spotkania oraz pozostającymi w lekko jeszcze patriotycznej zadumie, miłośnikami poezji, by wraz z Jankiem udać się na dworzec autobusowy. W tym dniu czekało mnie jeszcze jedno spotkanie literackie, (tym razem nie moje), które odbyło się wieczorem w Berlinie.  Z furią występowały kobiety, ale miło było…

Autobus pokonywał 180 kilometrów przyjaźni polsko-niemieckiej.

Victor Jara

Cementerio General de Santiago

Dejé el nicho cubierto con una tosca lápida en la que se leía, sencillamente:
VÍCTOR JARA
14 septiembre de 1973

Tak zapisała Joan Jara w przedmowie do książki o Victorze, Un canto truncado

Grobu wielkiego chilijskiego muzyka, bohatera i ofiary puczu Pinocheta, o którym pisze jego żona Joan Jara, takiego, jaki zobaczyła w październiku 1973 roku, już nie ma. Na starym zdjęciu widać symbole pokoju i napis “Do zwycięstwa…” W roku 2009 niszę chroniącą prochy, jedyny grób, jaki reżim pozwolił przygotować dla swej ofiary, zastąpiono dużym grobem ziemnym.

Joan Jara pisze, że na grobie męża widniała data śmierci 14 września 1973 roku, na górnym zdjęciu nie widać w ogóle, jaki to dzień, wikipedia hiszpańska, niemiecka, polska i angielska podają datę 16, a wydaje mi się, że na nowym nagrobku widnieje 13 i tak też informuje wikipedia francuska. Na pewno aresztowano go 12 września, w drugi dzień puczu. Reżim zaczyna rządy od zabicia piewców wolności. Jakie podobieństwo ze śmiercią Federica Garcii Lorki.

jara-12-kleinByli u nas, Victor Jara, jego choreografka, Margot Loyola, jego zespół, Cuncumén. Mama i Ojciec nazywali ich “Chilijcy”. Pisałam już TU o tej wizycie. Teraz w rocznicę śmierci pieśniarza dodam coś nowego, a mianowicie książkę, którą kilka tygodni temu przysłała mi moja siostra.
Joan Jara, żona artysty, wydała ją we wrześniu 1983 roku, w 10 rocznicę śmierci męża. Przyjaciółka Mamy, Janelle, kupiła ją, napisała dedykację i przysłała do Gdańska w maju 1986 roku.

Mama włożyła do książki zdjęcia z pobytu “Chilijców” u nas w domu. Kasia twierdzi, że jedna z tych dziewcząt na zdjęciu to ja, ale nie byłabym tego taka pewna. Gdy nas odwiedzili, miałam 12 lat, ta podobna do mnie dziewczyna jest jednak dużo starsza, może ma nawet 18 lat.

jara-9klein

W książce nie ma mowy o Polsce, o Gdańsku i o nas, chociaż Joan dość dokładnie opisuje kilkumiesięczną podróż zespołu i Victora do Europy, 1 lipca byli w Pradze, 7 września w Odessie. Przy opisie podróży nie znalazłam żadnych uwag Mamy (a często pisała w książkach – mam to po niej), natomiast jest tam zdjęcie, które jednak muszę zreprodukować i zamieścić – ostatnie zdjęcie Victora…

Wszystkie zdjęcia z książki i książki zrobiła Ania. Specjalnie do mnie przyszła, żeby je zrobić! Dziękuję.

jara-11-klein

A to już zdjęcia z Gdańska, poznaję te firany – kupowało się je bodajże w Cepelii, a ponieważ kiedyś pomagałam naszej znajomej je produkować, wiem, że odbijało się je ręcznie z kilku nakładanych po kolei płyt linoleum. Na pierwszym zdjęciu, ten po prawej, to Viktor. Na drugim – ta po lewej to słynna Margot Loyola. Na trzecim, na fotografii po prawej, ta z przodu, pochylona, to teoretycznie mogłabym być ja, ale chyba nie jestem… Szkoda…

jara-8klein jara-7-klein jara-5-klein-dopel jara-4-klein-pion

Złoto Lassetera (2)

Lech Milewski

W poprzednim odcinku ekspedycja ruszyła w drogę i przejechała 30 mil.

Zapowiadadało się dobrze. Thornycroft przedzierał się przez rzadki busz jak lodołamacz, torując drogę lżejszym samochodom.

Thornycroft

Po południu dotarli do dobrze zaopatrzonej w wodę stacji bydła, gdzie przenocowali. Pełni optymizmu ruszyli dalej. Na kolejnej stacji zbiorniki były prawie puste. Zabrali tylko 40 galonów cuchnącej wody do uzupełniania wody w chłodnicy samochodu. Dla wszystkich stało się oczywiste, że Blakeley popełnił karygodny błąd, nie ładując zbiorników do pełna na pierwszym postoju. Nie pozostało nic innego, tylko jechać do następnej studni.
Tym razem konwój natrafił na bardzo sypki piach, z którym Thornycroft nie mógł sobie poradzić. Wyprawa była wyposażona w maty, które rozkładało się przed kołami samochodu. Było to bardzo żmudne zajęcie, a poza tym Thornycroft tracił kontrolę i kilka razy wpadł w piach i trzeba było go wykopywać.
Woda w chłodnicy gotowała się i trzeba było ją ciągle uzupełniać, z wodą do picia też było kiepsko. Cała nadzieja w aborygeńskiej stacji Archie Giles. Tam z kolei okazało się, że wody jest niewiele i jest zanieczyszczona przez bydło.

Blakeley posiadał urzędowe pismo zobowiązujące Aborygenów do zapewnienia mu przewodnika. Jednak wszyscy zdolni do pracy byli daleko, z bydłem. Jedyna dostępna osoba to 45-letni Aborygen Mickey cierpiący na jaglicę.

Następny dzień był makabryczny. Wyprawa natrafiła na teren gęsto zarośnięty młodymi drzewami mulga.

Wprawdzie Thornycroft potrafił swoją masą łamać drzewa i torować drogę dla konwoju, ale drzewa łamały się w bardzo złośliwy sposób, tuż przy ziemi, pozostawiając bardzo ostry kikut, który bezbłędnie przebijał detkę samochodu. Wymiana koła w Thornycroft to osobna historia – postawienie podnośnika na sypkim piachu i zdjęcie koła, które ważyło prawie 80 kg.

Aborygen Mickey, który towarzyszył wyprawie na wielbłądzie, musiał wielokrotnie długo czekać.

Następnego dnia dotarli do skalistej odkrywki ze źródłem wody. Też nie było łatwo. Do źródła trzeba było dojść 300 m i nosić wodę w dziewięciogalonowych bębnach.

Blakeley dobrze pamiętał umowę – 50 mil za Alice Springs Lasseter poinformuje ekipę o zapamiętanych cechach terenu. Jednak z każdą chwilą Lasseter stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie i niechętny do współpracy.
Przyciśniety do muru zaczął nagle rozpoznawać – ta skała 200 metrów wyżej, tam rozbiłem obóz, te dwa drzewa – między nimi powiesiłem hamak.
Członkowie ekspedycji reagowali sceptycznie – obóz pod tą skałą? Trzeba chyba być orłem, żeby tam się dostać. Miedzy TYMI drzewami? 30 lat temu?
Chciałem powiedzieć – między takimi drzewami – mitygował się Lasseter.

Kierowali się do Dashwood Creek, gdzie spodziewali się znaleźć wodę. Znaleźli tylko suchy, sypki jak talk, piach, kolejnę przeszkodę dla Thornycrtofta.
Na szczęście Colson, doświadczony buszman, zaczął kopać we właściwym miejscu. Wkrótce w piasku pokazała się wilgoć, jeszcze trochę i polały się strumienie czystej wody. To była kieszeń z wodą, ktora zachowała się pod skałą. Wreszcie mogli pić bez ograniczeń. Zagrzali wodę i urządzili sobie pierwszą od wielu dni gruntowną kąpiel.

Dobra okazja uruchomienia radionadajnika i wysłania depeszy do centrali w Sydney. Było to prawie 90-kilogramowe monstrum zasilane bateriami wielkości cegieł. Jeszcze w Sydney wyznaczono Lassetera na operatora i miał on trzy tygodnie czasu na zaznajomienie się z aparaturą.
Mickey wdrapał się na drzewo i zamocował antenę. Okazało się, że w aparacie brakuje kilku lamp, Lasseter nie wiedział jak połączyć przewody. Byli więc całkiem odcięci od świata.

Lasseter coraz bardziej izolował się od towarzyszy. Nie brał udziału w pogawędkach przy ognisku, na noc zamykał się w kabinie Thornycrofta z naładowaną strzelbą i pudłem z amunicją pod bokiem.
Wyjaśnił, że to na wypadek napaści Aborygenów, z czego wywnioskowano, że nigdy w życiu się z nimi nie spotkał i nie zna ich obyczajów.
Podczas przygotowywania posiłków zorientowano się, że nie wiedział jak upiec damper – rodzaj chleba pieczonego przez wędrowców na ognisku. Gdy ustrzelili kangura, widać było, że nigdy dotąd nie próbował kangurzego mięsa, mimo że podobno żywił się nim przez wiele dni podczas samotnej wędrówki.
Cała ekipa miała już go mocno dość.

Przy okazji warto było ustalić pozycję geograficzną. Mieli ze sobą sekstant i zabytkowy podręcznik nawigacji, który przed laty dotarł na biegun południowy z tragicznie zakończoną ekspedycją Scotta – własność kapitana Blakiston-Houstona.
Pomiarów podjął się Lasseter – dyplomowany geodeta. Najpierw spędził wiele czasu studiując książkę, wreszcie dokonał pomiarów. Według Blakiston-Houstona były one błędne.

Atmosfera zrobiła się napięta, Blakeley starał się łagodzić konflikty, obawiając się, iż Lasseter gromadzi argumenty, że ekspedycja nie udała się z powodu złej organizacji i wrogości jej członków.
W takim nastroju dotarli do pasma gór. Tu zdarzyła się poważna awaria – złamała się przekładnia stożkowa w dyferencjale ciężarówki.
Zdecydowano, że Colson i Coote pojadą osobowym chevroletem do Alice Springs i wrócą samolotem z nowym dyferencjałem.
Blakiston-Houston zdecydował zakończyć udział w wyprawie i pojechać z nimi. Poprosił Lassetera o zwrot zabytkowego podręcznika nawigacji. Lasseter odmówił i oświadczył, że jeśli zabiora mu tę książkę, to wycofuje się z wyprawy.
Blakeley znowu załagodził sprawę, dając słowo honoru, że książkę odzyska.

Po trzech dniach Colson i jego pasażerowie dotarli do celu. Wrócili samolotem z naprawionym dyferencjałem. Wymienili części w ciężarówce.

Blakeley zaproponował misję zwiadowczą samolotem, mając nadzieję, że może Lasseter rozpozna lokalizację rafy. Coote obawiał się, że lądowisko może być za krótkie, szczególnie z pasażerem na pokładzie. Zaryzykował próbny lot solo. Samolot z trudem zdołał wznieść się na tyle, żeby nie zawadzić o czubki drzew. Silnik ryknął i nagle samolot ostro zapikował w dół. Coote poderwał go w górę niecały metr nad ziemią, wykonał kilka kółek, żeby uspokoić nerwy i z trudem wylądował na zbyt krótkim lądowisku.

Postanowili powędrować 100 mil do Ilpbilla, gdzie znajdowało się lądowisko samolotów, przygotowane przed laty dla misji geodezyjnej. Było to niezbyt po drodze, ale było to dobre miejsce na skład paliwa i zapasów. Wędrówka trwała pięć dni.
Mickey stawał sie coraz bardziej zdenerwowany, poinformował Blakeleya, że tych terenów nie zna, obawia się duchów starych bogów obcego plemienia.

Przed nimi otwarty teren zarośnięty twardą trawą spinifex…

Spinifex

Pierwsze wrażenie było dobre – Thornycroft radził sobie niezgorzej na utwardzonej przez trawę ziemi. Wkrótce jednak zaczęły się kłopoty. Nisko zawieszony wał napędowy wyrywał trawę, okręcała się ona wokół wału i osi i często trzeba było się zatrzymywać i czyścić spód pojazdu. Nie było to bezpieczne ze względu na bardzo jadowite węże – spinifex snakes.
Jeszcze bardziej niebezpieczny był pożar – zapaliła się trawa zaczepiona wokół rury wydechowej. Udało się szybko ugasić, ale to było poważne niebezpieczeństwo – spinifex jest łatwopalny, potrafi osiągnąć temperaturę 900° C. Trzeba było często oczyszczać podwozie i trzymać gaśnicę pod ręką.

7 sierpnia, po dwóch tygodniach w drodze – dotarli do Ilpbilla. To było dobre miejsce – spore ladowisko, szopy, ścieżka wielbłądzia prowadziła do wody. Mogli się wykąpać, zmagazynować część ładunku.

Postanowili zatrzymać się tu kilka dni. Colson i Coote pojadą do miejsca, gdzie pozostawili samolot. Coote przyleci nim do Ilpbilla, natomiast Colson pojedzie dalej, do Alice Springs, wyśle raporty, odbierze pocztę, paliwo i wróci.

Niepodziewanie Lasseter powiadomił, że radio działa i że od pół godziny wysyła próbne sygnały SOS. Blakaley wpadł w furię. To może spowodować spadek akcji kompanii i wysłanie misji ratunkowej. Na szczęście okazało się, że radio nie działało, ale Blakeley miał uzasadnione obawy, że Lasseter użyje go bez zezwolenia. Zażądał zwrotu radia, Lasseter odmówił. Blakeley musiał zagrozić mu siekierą.

Minęły trzy dni, samolotu nie było.
Lasseter i Mickey zostali w Ilpbilla, reszta grupy, Blakeley, Taylor, Sutherland, pojechała do miejsca, gdzie pozostawili samolot. Na miejscu zastali rozbity samolot, ślady krwi i notatkę Colsona, że podczas startu nastąpił wypadek. Coote został poważnie poraniony, Colson zabrał go więc do Alice Springs. Po umieszczeniu Coote w szpitalu wróci.

Wrócił już następnego dnia.
Relacjonował, że samolot po starcie z trudem minął drzewa, wtedy silnik wydał dziwny odgłos, jakby strzał, samolot stracił równowagę i trafił skrzydłem w drzewo. Coote uderzył głową w pulpit, stracił czucie w nodze – miał głęboką ranę uda. Colson jechał z nim bez przerwy 22 godziny i dowiózł do szpitala.
Przywiózł listy z kompanii pełne nieaktualnych informacji i wskazówek, prócz tego list od Coote, informujący Blakeleya, że zwrócił się do kompanii, by zamówiła nowy samolot. To była ostatnia rzecz, jakiej Blakeley potrzebował.

Zapakowali rozbity samolot na ciężarówkę i Colson znowu pojechał do Alice Springs, grupa zaś wróciła do Ilpbilla.
Lasseter nagle zrobił się rozmowny. Wydaje mu się, że złota rafa jest w pobliżu, chyba rozpoznał pewne formacje terenu. W pobliżu rafy powinno być słone jezioro i góra. Czyżby to była znajdująca się w pobliżu Mt Marjorie?
Niepokojące było, że z jego opowieści wynikało, że rozważa zakołkowanie części rafy dla siebie.

24 sierpnia – miesiąc w drodze. Mt Marjorie nie było daleko, Blakeley i Lasseter wybrali się tam na piechotę. Wspinaczka była trudna. W południe Lasseter wykonał pomiary sekstantem – to są te same dane jakie zostawiłem w sejfie w Sydney – oświadczył.
Blakeley był zdumiony – więc złota rafa jest tutaj? Gdzie? Zażądał od Lassetera deklaracji co mają teraz zrobić.
– Pójść 150 mil na południe żebym mógł potwierdzić swoje pomiary.
– To po co żeśmy tu w ogóle wchodzili?
– Żebym mógł się upewnić, że trzeba iść 150 mil na południe – odpowiedział.

150 mil na południe były Peterman Rahges sprawdzone przez wiele ekspedycji, nie było tam żadnych minerałów. Blakeley miał dosyć. Zażądał pełnych informacji w celu przedłożenia ich dyrekcji i uzgodnienia z nią celowości dalszych poszukiwań.

Lasseter wyznał, że wiedząc o braku zaufania ze strony Blakeleya, trochę zataił, trochę przekręcił. Prosi o odrobinę zaufania. Wyciągnął mapę – tu jest coś czego dotąd nie pokazałem – widzisz tę górę – Three Sisters – jak tam dojdę, to znajdę trop.

Wrócili do obozu. Czy zakończyć wyprawę?
Blakeley uznał, że jeśli wrócą do Sydney, to Lasseter powie, że kręcił bo uważał, że Blakeley i Colson zamierzają oszukać kompanię. Obawiał się, że Coote może potwierdzić te podejrzenia, a dyrektor – John Bailey – może mu uwierzyć.
Zdecydował iść na południe i zbierać punkty przeciw Lasseterowi.

Szykowali się w Ilpbilla do następnego etapu. Sytuacja nie była dobra. Łożyska wału korbowego Thornycrofta stukały.
Wokół było widać sygnały dymne wysyłane przez Aborygenów. Kilka razy odwiedziły ich niewielkie ich grupki. Nie byli wrogo nastawieni, zadowolili się drobnym poczęstunkiem. Nie można było się z nimi porozumieć.
Któregoś dnia Lasseter oddalił się od obozu, zostawiając po raz pierwszy niezamkniętą walizkę.
Blakeley przeszukał ją. Znalazł próbki złota – prawdopodobnie sprzed 30 lat, ze złotej rafy. Zaznaczył je na wypadek, gdyby Lasseter twierdził, że to złoto znalezione podczas wyprawy. Znalazł też amerykański paszport Lassetera wydany na inne nazwisko.

31 sierpnia na horyzoncie pojawiła się niewielka karawana – młody biały mówiący z dziwnym akcentem, dwóch Aborygenów i pięć wiełbłądów, bardzo skromnie wyposażeni. Przybyli tu z misji luterańskiej w Hermannsburgu – KLIK.

Biały nazywał się Paul Johns, Niemiec, 22 lata, od trzech lat w Australii. Zajmuje się odławianiem psów dingo. To było dość dziwne gdyż w tych okolicach psy dingo nie występowały.

Łowcy psów – doggers – to byli zawodowi zabójcy. Za każdego zabitego psa rząd wypłacał nagrodę. Dowodem wykonania zadania był skalp. W tym przypadku skalp musiał obejmować czubek łba wraz z uszami i nieprzerwany pas skóry razem z ogonem.
Hodowcy bydła i górnicy traktowali ich z pogardą.

W obozie zapchniało śmiercią.

Dokończenie w następnym odcinku

Źródła:
Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – Lasseter’s Gold.
Fred Blakeley – Dream Millions.
Errol Coote – Hells’s Airport.
Harold Lasseter – Diary.
Luke Walker – film – Lasseter’s Bones.

Stuart intermezzo

Gdy tak sobie idę sama dokądś, daleko, najlepiej na pielgrzymkę, gdy już uporządkuję wszystkie bieżące myśli i zadania, gdy już przypomni mi się wszystko, o czym zapomniałam, zdarza się, że zaczynam się bawić sama ze sobą w różne gry pamięciowe czy skojarzeniowe, perypatetyczne słówka i państwa-miasta, ruchome piaski spontanicznej twórczości i wędrujące wydmy wiedzy. Jedną z takich zabaw było sprawdzanie, co wiem o jakimś państwie… Państw jak wiadomo jest prawie 200, jest się więc czym zabawiać. Oczywiście nie mam najmniejszego pojęcia o Wyspach św. Tomasza, ale już wiem na przykład całkiem sporo o Wyspach Zielonego Przylądka… Spróbujcie kiedyś, to fajna zabawa… Dziś Australia. Joanna Trümner i Lech Milewski co i rusz przenoszą nas na ten odległy kontynent. Gdy Joanna wczoraj napisała, że kolejny odcinek o Stuarcie przesunie się o tydzień, natychmiast zaproponowałam jako intermezzo moją ulubioną zabawę i napisałam, z czym mi się kojarzy Australia. Kangury, opale, koala, eukaliptus, Kościuszko, Ayer Rock, dziobak, kukabura, aborygeni, wielbłądy, hiacynty wodne, króliki, lirogon, psy dingo… No i znaczki i paczki od cioci z Australii. Znaczki pełne były nieznanych zwierząt, a paczki to było niezwykłe ruchome święto, bo choć potem z reguły się okazywało, że niemal żaden ciuch nie nadaje się do noszenia, to były tam cudowne zabawki, a samo rozpakowywanie paczki było nadzwyczajnym wręcz przeżyciem. Mama zawsze czekała na nas z otwarciem paczki. Wracałyśmy ze szkoły i nagle w szaroburej rzeczywistości PRL-u otwierało się okno do kolorowego świata. Były matchboxy i lalki-niemowlaki, pokoik dla lalek z mebelkami wykładanymi różowym jedwabiem w kwiatuszki, kolorowanki z Królewną Śnieżką i myszką Miki, srebrne pocztówki i teatrzyk… I sterty kolorowych ciuchów. Różowe i seledynowe sweterki, wielkie atłasowe suknie balowe, fiołkowe i ciemnoniebieskie,  czerwone i żółte szale… Koronki, tafta, jedwab… Brokat, hafty… Jaki piękny, piękny świat…

Joanna przysłała nam na dziś kilka australijskich fotografii. Nie układam ich w żaden specjalny sposób, nadałam im tylko nazwy, a komputer je wg tych nazw ułożył. I oto zaczynamy od okna do innego świata… Z Australią widocznie tak jest…

sydneyskalki sydney sydneyfoko sydneykang sydneykoala sydneyopera