Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (3)

Zbigniew Milewicz

Ayutthaya

Turystów można podzielić z grubsza na dwie kategorie: na muzealników i naturszczyków. Tych pierwszych interesują przede wszystkim ludzkie dzieła i wszelaka martwa materia, drugich – sami ludzie i wszystko, co żyje. Mój stary kompan Edmund, a starszy jeszcze podróżnik, dodaje do tego prześmiewnie trzecią grupę: przewody pokarmowe, czyli ludzi zainteresowanych głównie gastronomią danego kraju. Ponieważ życie bez kompromisów jest niemożliwe, muzealnik Edmund także regularnie się odżywia na wycieczkach, ze wszystkimi tego konsekwencjami, a ja, co się uważam za naturszczyka, czasami również coś godnego uwagi zwiedzę.

Zanim zaproszę szanownych czytelników do Ayutthayi, która przed Bangkokiem była stolicą królestwa Siam, słów kilka na temat gospodarki tego państwa, której jednym z filarów jest właśnie turystyka. Goszczę w jednym z najszybciej rozwijających się krajów Azji Południowo-Wschodniej.

tajl-ramka

Na pierwszy rzut oka w tajskiej turystyce pracują amatorzy, a przynajmniej ludzie mocno roztrzepani. Agent biura, w którym kupuję wycieczkę do Ayutthayi i późniejszy przewóz do Pattayi plus noclegi w tamtejszym hotelu, zamiast wydrukować mi porządnie bilety, coś kreśli ręcznie na kartce papieru, maże to, zaczyna od nowa, gdzieś telefonuje, wyciąga nową kartkę, drapie się po głowie, kiedy ogląda moją kartę kredytową, nie wiem, czy dobrze trafiłem. Na moje szczęście mówi po niemiecku i wciąż powtarza keine Sorgen, więc próbuję uwierzyć, że wie, co robi. Faktycznie, wszystko przebiegnie sprawnie; nazajutrz kierowca osobówki odbiera mnie punktualnie rano z hostelu, jedziemy jeszcze po trzech wycieczkowiczów i na główne miejsce zbiórki. Busików stoi kilka, turystów spora grupa, przychodzi przewodniczka, młoda dziewczyna, wyławia nas kolejno na podstawie biletów, lepi na koszulkach żółte i niebieskie paski papieru, żeby nas później rozpoznać wśród innych grup i nie zgubić, i w drogę. Dwie toyoty jadą z nią do starej stolicy, reszta w jakieś inne miejsce. Jestem najstarszy w grupie, po mnie jest, na oko, chyba Salome z Ibizy. Znowu ktoś z tej niewielkiej wyspy Balearów, kto wie, może tamtejsi mieszkańcy mają jakiś zlot w Tajlandii… Reszta, zdecydowanie młodzież – z Francji, Portugalii, Włoch, w większości dziewczyny. Miła Jenny o egzotycznej urodzie siedzi obok mnie, jest z Nowej Zelandii, jutro odlatuje do domu, żeby zdążyć na Boże Narodzenie.

tajl3-tempo

Na początek mamy XIV wieczną świątynię Wat Phu Khao Thong, Złoty szczyt, położoną na obrzeżach miejscowości. Jest biała, trochę w kształcie piramidy i całkiem dobrze zachowana, w porównaniu z ruinami, które zwiedzę później. Ponieważ trwa jakieś buddyjskie święto, ludzie przed budowlą odprawiają modły, celebruje je starszy człowiek ubrany w biały uniform wojskowego kroju, a więc może nie mnich, oni noszą szafranowe szaty. Przyjechała szkolna wycieczka, około setki dziewcząt, wszystkie w identycznych, granatowych fartuszkach, z włosami przyciętymi na wysokości uszu, rozkładają się biwakiem pod murami świątyni, zaczyna się lekcja historii. Profesorowie uzbrojeni w megafony, towarzystwo zdyscyplinowane, oj spodobałby się staremu belfrowi Krystianowi ten widok. Wychodzę po stromych schodach na górny podest świątyni, żeby zrobić parę zdjęć i przy okazji stwierdzam, że z moją kondycją jest dużo lepiej, niż pierwszego dnia.

Spatynowany czasem Złoty Szczyt

Kiedy wracam, ceremonia dobiega końca, służba sprząta ołtarz, zgarnia na tace ofiarne wota – kwiaty, owoce i… świńskie głowy, których wcześniej, z daleka nie rozpoznałem. Ponieważ niewiele wiem o symbolice buddyjskich rytuałów, wspomnę tylko, że zaskoczyła mnie ta głowizna.

tajl3-jedz2 tajl3-jedz

Po nabożeństwie

tajl3-ucz

Lekcja historii

Wat Phra Mahathal i Wat Ratbumana nie mamy w programie, a w przewodniku przeczytałem, że według legendy w pierwszej świątyni złożono szczątki samego Siddharthy Gautamy, czyli Buddy, a drugą postawił jeden z władców, dla upamiętnienia krwawej walki o tron, w której zginęli jego dwaj starsi bracia. Zwiedzamy ruiny starego pałacu królewskiego, Wat Phra Si Sanphet, Viharn Phra Mongkol Bopit, z jednym z największych w Tajlandii posągów Buddy z brązu i Wat Lokaya Sutha, z kultową postacią tym razem w pozycji leżącej, na niebagatelnej długości 42 metrów. Ruiny są świadectwem upływającego czasu, ale w tym przypadku przede wszystkim niszczycielskiego najazdu Birmy na królestwo Syjamu przed 250 laty.

Ayutthaya, zaliczana do dziedzictwa kultury światowej, została założona w 1350 roku i była w swoim czasie najważniejszą, azjatycką metropolią. Kiedy w 1431 roku Tajowie podbili sąsiednie imperium Khmerów z Angkoru (dzisiejszą Kambodżę) i przejęli jego kulturę, wydawało się, że stolica pozostanie niezwyciężona. W okresie swojego największego rozkwitu, w XVII w., miasto liczyło milion mieszkańców, handlarze, przybywający tu z Chin, Japonii, Niderlandów, Francji i Anglii, opisywali je jako najpiękniejsze na świecie. Jego przepych i bogactwo były dla obcych wyzwaniem i podzieliły los Angkoru.

taj-rezsalomeSalome i Maria z Porto

Na Ibizie Salome pracuje w recepcji hotelowej i dobrze mówi po niemiecku, mój angielski może zatem trochę odpocząć. W drodze od ruiny do ruiny, a później do słoniego cyrku opowiada mi o tym, jak trudno jest znaleźć właściwego współtowarzysza wycieczki za granicę. Teraz mają martwy sezon na wyspie, a może by tak do Tajlandii polecieć – pomyślała któregoś dnia, jej sąsiadka miała znajomą, która nosiła się z podobnym zamiarem, więc spotkały się i parę dni później już siedziały razem w samolocie do Bangkoku. Na początku kobieta sprawiała miłe wrażenie, ale później okazało się, że jest zgryźliwa, zazdrosna o wszystko, a jeszcze nieuczciwa w finansach wspólnej podróży, więc się rozstały. Salome jest spontaniczna w podejmowaniu różnych decyzji, może aż nazbyt i czasem później ich żałuje. Stylu swojego poruszania się po świecie nie zamierza jednak zmienić, nigdy nie przygotowuje się do drogi, nie czyta przewodników, tylko leci tam, gdzie jej fantazja podpowiada i na miejscu decyduje, co dalej. W ten sposób podróżowanie staje się ciekawą i nieustającą przygodą, prawdziwym odkrywaniem świata, na nic nie przygotowana nie doznaje żadnych rozczarowań i ze wszystkiego jest zadowolona. Z elektroniką jest zaprzyjaźniona, na lotniskach są strefy wi-fi, można hotel sobie zorganizować, dalszy transport. Z nawiązywaniem kontaktów też nie ma problemu, więc sobie sama dobrze radzi, ale podróżowanie w pojedynkę ma i minusy, choćby finansowe – konkluduje. Podobnie jak Jenny pomału kończy podróż, była w Phuket, Koh Samui, Kambodży i Laosie, święta spędzi w domu z najbliższą rodziną i przyjaciółmi.

Póki co jednak trwa wycieczka, oglądamy pokaz umiejętności słoni. Zwierzęta są uważane w Tajlandii za święte, przynoszą szczęście i dobrobyt, są jej symbolem.

Na wolności żyje ich tam około 3 tysięcy, prawie drugie tyle stanowi własność prywatną, lub rządową. Wykorzystywane są głównie w celach turystycznych i do pracy, mi.in. w dżungli, przy wycince i transporcie drzew. Nie byłoby w tym nic złego, od wieków służyły człowiekowi, gdyby nie brutalny sposób, w jaki się je traktuje – najpierw przy ich tresurze, później w czasie pracy. Dlatego proceder ten został uznany za nielegalny, mimo to nadal funkcjonuje, zwłaszcza w biednych, trudno dostępnych rejonach gór północnej Tajlandii.

tajl3-tempo2

Przewodzi nam Pani Tempo

W przerwie podczas wycieczki wegetariański, tajski lunch i ruszmy na zwiedzanie letniej rezydencji królewskiej w Bang Pa In, co jest prawdziwym orzeźwieniem dla z-ruinowanych oczu. Rodzina królewska ponoć rzadko korzysta z tej rezydencji, więc niektóre pałacyki i apartamenty służą celom reprezentacyjnym oraz komercyjnym, jako miejsce wytwornych bankietów dla VIP-ów. Piękna kolorystyka i architektura rezydencji, przestronne, pedantycznie utrzymane trawniki parku z fantazyjnie przystrzyżonymi krzewami, wodne oczka i chłodnawe podmuchy wiatru zachęcają do rozgoszczenia się na dłużej. Nam jednak pani Tempo trąbi już wsiadanego do Bangkoku; taką ma u mnie ksywę nasza przewodniczka. Co drugie słowo mówi tempo i ja sobie najpierw myślę, że może tak, jak niektórzy Polacy co rusz powtarzają jedno słowo na literę k, to ona po angielsku w odmianie tajskiej swoje tempo, aż wreszcie bystra Salome oświeca mnie, że przecież chodzi o temple, świątynię. Podróże jednak kształcą.

taj-rez123 taj-rez12 taj-rez1

Letnia rezydencja królewska

Ubranie i śniadanie – wpis pozbierany

civil-march-for-aleppo
Julita Bielak i Ewa Maria Slaska

Najpierw był mail od Julity, a w nim zdjęcie:

buty-i-skarpety

Była to odpowiedź Julity na podawane przez Facebooka informacje o tym, że przez kilka dni brałam udział w obywatelskim marszu dla Aleppo.

I taki podpis: Nie czapka, nie szalik, ale buty, jakie Ewa Maria założyła buty, jak nogi, jak stopy, myślałam.

Zachwyciło mnie to zdjęcie. Tak! Tak zawsze się chciałam ubierać, taka być! Nieporządna i przygotowana do maszerowania w momencie, gdy wstałam z łóżka i odgarnęłam z oczu potargane włosy. Trochę tylko szkoda, że teraz stylistka może tak wystylizować dziewczynę, która może wcale nie lubi być nieporządna i wcale nie jest, jak to określał mój były mąż, “lekka w nogach”.

Niestety ja nie wyglądałam tak stylowo. No, ale padał śnieg i wiał wiatr. Nikt z nas nie wyglądał fajnie.

jawpelerynie

1 lutego 2017. Droga do Pohorelic na Morawach. Foto Janusz Ratecki

Na zdjęciu od lewej Anka, ja, Krzysztof, z tyłu, między Anką a mną, Darwina i Jacek. Nie jestem pewna, ale może być, że dziewczyna idąca samym skrajem zdjęcia po lewej to Magda  Benbenek.  Wspaniali ludzie, i akurat, przez przypadek (?), ci o których chcę coś napisać, będę pisać przez kilka tygodni i publikować tu w soboty – bo soboty będą teraz na blogu przez jakiś czas “marszowe”.

buty-ewyWróćmy więc do pytania Julity, buty, jakie buty i skarpety?

Buty firmy St. Oliver, skórzane, ciepłe, na futerku. Dobre buty, nogi w nich nie przemakają, no, chyba że się, jak ja ostatniego dnia, wejdzie w zaspę lekkiego puszystego śniegu, taką po kolana. Ten lekki śnieg lekko wpadnie za cholewki, przemoczy skarpety i rajstopy, i na to nie ma już żadnej rady, trzeba maszerować z mokrymi nogami. Buty zwykłe, dobre, firmowe, nowe, mocne, kupione kilka tygodni wcześniej z myślą o marszu.

Skarpetki natomiast są całkowitą odwrotnością, są stare, specjalne, oryginalne i robione właśnie dla mnie.  Kilka lat temu dostaliśmy z wnukiem takie skarpetki w partner look. Były tak zachwycające, że o nich wtedy napisałam na blogu.

…na zdjęciu stópki Antosia i moje (choć – czy dorośli mają “stópki”?) w skarpetkach z zakresu… historii sztuki. Zrobiła je dla nas znajoma pani, która korzystała przy tym z włóczki niemieckiej firmy Opal, produkującej wełnę na swetry i skarpetki już w kłębkach wielokolorową, a inspiracją doboru kolorów i ich kolejności są dzieła sztuki. To co my mamy na stopach, Antoś i ja, to… obraz Van Gogha “Gwiaździsta noc”…

Reszta też została opisana w mailu do Julity:

rajstopy thermo z pobliskiego sklepu z cebulą i chlebem (wiec to jasne, że jak poszłam po jajka, to kupiłam rajstopy)
spodnie stare z lumpeksu, ostatniego dnia się podarły, wyrzuciłam w hotelu w wiedniu – szare wełniane
sweter ogromny szary wełniany z lumpeksu, się na szczęście nie podarł
kurtka stara puchowa od koleżanki – koleżanka wyrzuciła kurtkę, a kurtka wyrzucała z siebie maleńkie piórka i przyczepiała je do swetra, przez co zapewniała masę kontaktów międzyludzkich, bo wszyscy mnie skubali
peleryna przeciwwiatrowa i przeciwdeszczowa – jeszcze z trasy do santiago de compostela, zapomniana w aucie ostatniego dnia  i na odległość przekazana innej osobie, dalej wędrującej w śniegu
no i najlepsze – sukienczyna, 5 lat temu była nowa, kupiłam ja za całe 10 euro, bawełniana długa czarna z długimi rękawami prosta, nosiłam w piątek świątek i niedzielę, jako małą czarną do opery, w potrzebie jako koszulę nocną, często jako okryjbidę na wędrówki, czasem jest ręcznikiem, czasem szalikiem, czasem poduszką, podarta w 17 miejscach, ale wciąż jej używam, najlepszy zakup na świecie

No a na to Julita odpowiedziała tak zaskakująco, że już dziś nie będzie więcej o marszu, zapraszam na następne soboty, dziś będzie jeszcze tylko o ubraniach i śniadaniach;

Dziękuję, Ewo Mario.

Przyjęłam list jak wielki dar, wspaniały prezent.

Aż się prosi, aby treść listu ująć we wpis, może i Twój niedzielny, może ważny codzienny. Bo ubranie, jak śniadanie, bywa literackie: /…/Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że Ania nie jest ubrana jak inne dziewczęta. Przypomniał sobie, że Maryla zawsze szyła dla Ani sukienki z ciemnych materiałów i według jednego fasonu. Widząc Anię w otoczeniu koleżanek, uznał, że dziewczynka powinna mieć choć jedną ładną sukienkę. Postanowił kupić jej ubranie w podarunku na Gwiazdkę. Obawiając się, że Maryla skrytykuje jego pomysł, poszedł po pomoc do pani Linde. Małgorzata zgodziła się uszyć sukienkę dla Ani według najświeższej mody. W wigilię pani Linde zjawiła się na Zielonym Wzgórzu, przynosząc prezent dla Ani. Maryla pobłażliwym tonem stwierdziła, że sukienka jest zbytkiem, który rozbudzi próżność Ani. Parę minut później z facjatki zbiegła Ania, radosnym głosikiem życząc wszystkim wesołych świąt. Mateusz niezręcznie rozwinął z papieru sukienkę i podał ją dziewczynce. Ania wpatrywała się z prezent w uroczystym milczeniu i nagle rozpłakała się.   

Płakałam i ja.

Nabokow, który studentom kazał opisywać zawartość torebki Anny Kareniny, co jego zdaniem było kluczowe dla zrozumienia postaci.

Stare porzekadło mówi “pokaż swoją torebkę, a pokażę ci, kim jesteś”. Ta sama maksyma mogłaby śmiało tyczyć się artystów baletu, którzy przez cały dzień prób nie rozstają się ze swoim przepastnym workiem bądź torbą. “Skarby”, które w nich ukrywają, mają czasem bardzo nieoczywiste zastosowanie. – Tancerze noszą w nich m.in. różnego rodzaju taśmy, małe piłeczki do rozmasowania mięśni, rolki do pracy nad stopą, ochraniacze, ogrzewacze na kostki, wodę, plastry, igłę z nitką, żeby móc zszyć coś przy baletkach czy pointach – wylicza Sokołowska-Boulton.

Na zakończenie dołączam jeszcze znaleziony u Łukasza Szopy (szefa KODu w Berlinie), poety, wiersz o zimie i śniadaniu oraz śniadaniowe zdjęcie z marszu. Ta z kubkiem to ja. Mam na sobie wszystkie opisane powyżej elementy stroju marszowego plus kolorową torbę płócienną, też zapomnianą w samochodzie do Wiednia.

sniadanienatrawie

Krzysztof Nowak, Śniadanie na trawie 🙂

William Carlos Williams

BREAKFAST

Twenty sparrows
on

a scattered
turd:

Share and share
alike.

Rok leśmianowski 2

Polska nie uznała Leśmiana za poetę roku, mimo iż w roku 2017 przypada i rocznica urodzin, i śmierci. Obchodzimy ten rok my, jego Czytelnicy. Dziś

Julita Bielak

Poeta o poecie

Poprosiła go o spotkanie. Wybrał „Antrejkę” przy Małym Rynku. Albo „Literacką” na Mariackiej lub zupełnie inne miejsce. A może, choć każde z osobna, tkwili obok siebie – ona nad morzem, on daleko miał do gór, do morza daleko – nie spotkali się wcale.

fotos-de-saul-leiter-paris

Fotos de Saul Leiter (Paris)

– Spóźniłaś się, czy wszystko w porządku?
– Tak, przepraszam, byłam w bibliotece, nie znalazłam nic ciekawego – to osiedlowa biblioteka. Na dalszą wyprawę nie miałam czasu. Czy siły. Czy siły i czasu. Chcę napisać parę zdań o Leśmianie -„Znikomku w śliwkowym ubraniu”, na autorski blog Ewy Marii. Piszesz dobre wiersze, zachowałam nawet tamte, licealne, czy miałbyś pomysł na wpis o Leśmianie? Wiersz ulubiony? Podpowiesz, co szukać, czego szukać?
– Gdy mieliśmy swój wieczór związany z wydaniem “Nowej Kwadrygi” wspomniałem Leśmiana – z przekory pewnie, ale i zastanowienia – że pisanie złych wierszy jest grzechem. Można to jakoś rozwinąć, bo wierszy jest za dużo, złych wierszy. Nic więcej mi do głowy nie przychodzi poza oczarowaniem światem i językiem, który stworzył. Był osobny, wielki, gdy pisał, dotykał brzegiem złotej stalówki rękawa Boga.
– Po tym, co powiedziałeś, nie porwę się na omawianie twórczości Leśmiana, bo ja „brzegu złotej stalówki, nie wymyślę”. Poza tym nikt piękniej, niż on sam, o poecie nie mówi.

jasnikowski-spotkaniepolatach
Jarosław Jaśnikowski, Spotkanie po latach

Bolesław Leśmian

POETA

Zaroiło się w sadach od tęcz i zawieruch;
Z drogi! – Idzie poeta – niebieski wycieruch!
Zbój obłoczny, co z światem jest – wspak i na noże!
Baczność! – Nic się przed takim uchronić nie może!
Słońce – w cebrze, dal – w szybie, świt – w studni, a zwłaszcza
Wszelkie dziwy zza jarów – prawem snu przywłaszcza.

Rad Boga między żuki wmodlić – do zielnika,
Gdzie się z listem miłosnym sam jelonek styka!…
Świetniejąc łachmanami – tym żwawszy, im golszy –
Nie bez wróżb się uśmiecha do grabu i olszy –
I widziano w dzień biały tego obłąkańca,
Jak wierzbę sponad rzeki porywał do tańca!
A tak zgubnie porywać, mimo drwin i zniewag –
Zdoła tylko z otchłanią sprzysiężony śpiewak.
Żona jego, żegnając swój los znakiem krzyża,
Na palcach – pełna lęku do niego się zbliża.
Stoi… Nie śmie przeszkadzać… On słowa nawleka
Na sznur rytmu, a ona płochliwie narzeka
“Giniemy… Córki nasze – w nędzy i rozpaczy…
A wiadomo, że jutro nie będzie inaczej…
Wleczesz nas w nieokreślność… Spójrz – my tu pod płotem
Mrzemy z głodu bez jutra, a ty nie wiesz o tem!” –

Wie i wiedział zawczasu!… I ze łzami w gardle
Wiersz układa pokutnie – złociście – umarle –
Za pan brat ze zmorami… Treść, gdy w rytm się stacza,
Póty w nim się kołysze, aż się przeinacza.
Chętnie łowi treść, w której łzy prawdziwe płoną –
Ale kocha naprawdę tę – przeinaczoną…
I z zachłanną radością mąci mu się głowa,
Gdy ujmie niepochwytność w dwa przyległe słowa!
A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą –
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!…

I po tym samym niebie – z tamtej ułud strony –
Znawca słowa – Bóg płynie – w poetę wpatrzony.
Widzi jego niezdolność do zarobkowania
I to, że się za snami tak pilnie ugania!
Stwierdza z zgrozą, że w chacie – nędza i zagłada –
A on w szale występnym wiersz śpiewny układa!
I Bóg, wsparty wędrownie o srebrzystą krawędź
Obłoku, co się wzburzył skrzydłami, jak łabędź –
Z łabędzia – do poety, zbłąkanego we śnie –
Uśmiecha się i pięścią grozi jednocześnie!

boleslaw-lesmian-grob-1024x600

Grób poety na Powązkach
Bolesław Leśmian
22 stycznia 1877 – 5 listopada 1937

Australia

Lech Milewski

Krewni w Australii

Pani Zofia (żona Juliusza Kossaka) miała wprawdzie mały posag, ale większa jego część poszła na… krewnych w Australii. Brat Juliusza, Leon, też malarz, ożenił się z Angielką, panną Hamilton. Po ślubie oboje wyemigrowali do Australii, gdzie zamieszkali w miejscowości Victoria. Między szwagierkami zaczęła się czuła korespondencja.
(…)
“postarajcie się przyjechać do Polski” – pisała po angielsku Zofia do pani Leonowej – “tak bardzo chciałabym cię poznać”.

(…)
I rzeczywiście któregoś na pozór pogodnego poranka zjechali na Kossakówkę – KLIK– państwo Leonowie Kossakowie z przerażającą ilością kufrów i tobołków.
(…)
…dziwiła się (pani Leonowa), jak można istnieć bez łazienki, specjalnej nurse dla dzieci i wielu innych wynalazków. Zofia natomiast nie mogła się nadziwić jak można przyjechać do kogoś “z wizytą” i siedzieć już czwarty miesiąc bez chęci powrotu. Gdy w końcu namówiony przez żonę Juliusz zapytał brata, jak długo mają jeszcze zamiar w Polsce pozostać, dowiedział się rzeczy najstraszniejszej.

– Skoroście nas zaprosili – odparł Leon – to musicie nam teraz zapłacić powrotną drogę do Australii, inaczej nigdy stąd nie wyjedziemy, ponieważ nie mamy za co. U nas, w Australii, jeśli ktoś kogoś do siebie zaprasza, to zawsze zwraca mu koszty podróży.
Usłyszawszy to Zofia dostała spazmów. (…) Gdy przyszła do stanu równowagi, postanowiła upłynnić znaczną część swego posagu i zafundować państwu Leonostwu powrotną drogę do Australii.
(…)
Od tego czasu warunki finansowe w willi “Wygoda” zaczęły się bardzo psuć.

Magdalena Samozwaniec – Maria i Magdalena.
Wydawnictwo Literackie Kraków, 1956, str 24-25

Pozwolą Państwo, że do powyższej relacji ustosunkuję się dopiero po przytoczeniu kilku sprawdzonych faktów.

O tym, że Władysław (tak jest, Władysław, nie Leon) (Leon też istniał, był kuzynem, o czym autor napisze później – przyp. adminka) Kossak przebywał w Australii dowiedziałem się wkrótce po przyjeździe tutaj. Jedną z głównych atrakcji w okolicach Melbourne jest Sovereign Hill – KLIK – zrekonstruowane miasteczko z połowy XIX wieku leżące na tutejszych złotodajnych polach. Pojechaliśmy, zobaczyliśmy, wypłukaliśmy kilka ziarenek złotego kruszcu. Dowiedziałem się, że jest to miejsce bodajże najważniejszego wydarzenia w historii Australii.

Australijska Wiosna Ludów

W roku 1851 Australię nawiedziła gorączka złota. Złoto na terenie Australii znajdowano już wcześniej (jedno z pierwszych odkryć przypisywane jest polskiemu podróżnikowi Edmundowi Strzeleckiemu), lecz rządy stanowe (Australia jako jedno państwo została utworzona dopiero w 1901 roku) zabraniały publikacji wiadomości na ten temat, obawiając się odpływu siły roboczej i napływu awanturników z całego świata. Jednak kiedy podczas gorączki złota w Kalifornii (rok 1848) wiele osób opuściło Australię, rządy zmieniły zdanie i po uzyskaniu zgody Biura Kolonialnego, pozwoliły na wydobywanie złota i zachęcały do jego poszukiwań.
Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. W 1851 roku odkryto bogate złoża złota w wielu miejscach. Najbogatsze i najłatwiejsze do eksploatacji odkryto w okolicach miasta Ballarat, 130 km od Melbourne.

Gubernator stanu Wiktoria, Charles Latrobe (potomek francuskich hugonotów, jego ojciec był pastorem Bractwa Morawskiego – spadkobierców Husytów) – był świadkiem, jak pięciu górników w ciągu jednego dnia wydobyło 136 uncji złota. Uncja złota = 31.103 gramów, czyli urobek wynosił 4.23 kg złota.
Decyzja była oczywista: rząd wprowadził licencje na wydobycie złota. Koszt 30 szylingów miesięcznie. Spowodowało to protesty. Górnicy domagali się likwidacji licencji i przyznania im prawa do nabywania ziemi. Rząd dolał oliwy do ognia, podnosząc ceny licencji do 3 funtów. To spowodowało masowe protesty, górnicy zaczęli kupować broń. Rząd pospiesznie wycofał nieprzemyślaną podwyżkę, ale w złotodajnych okolicach rosło niezadowolenie. Dodatkowym czynnikiem zwiększającym napięcie były policyjne obławy w celu schwytania osób, które wydobywały złoto bez licencji.

W październiku 1854 roku zabity został górnik James Scobie. Podejrzewany o zabójstwo właściciel hotelu Eureka został uniewinniony przez sąd. To była iskra, która roznieciła pożar. Na początek podpalono hotel Eureka…

Doudiet Eureka Riot - Burning of Bentley's Hotel 1854.jpg
By Charles Doudiet (Life time: June 13, 1913) – Original publication: Sketch Immediate source: Ballarat Fine Art Gallery, Link

Policja aresztowała kilka osób zamieszanych w podpalenie hotelu, co spowodowało kolejne zamieszki. Liczba protestujących górników wzrosła do 10,000. Powołali komisję do prowadzenia rozmów w rządem (Ballarat Reform League). Ich główne żądania to: zniesienie licencji na poszukiwanie złota i wprowadzenie powszechnego głosowania.
Rząd wzmocnił siły policji na złotodajnych polach. W tej sytuacji górnicy zorganizowali się w sposób bardziej stosowny do prowadzenia walki. Sformowali brygady bojowe, zaprojektowali flagę…

Eureka Flag.svg
Public Domain, Link

Flagę wzniesiono na wzgórzu, które otoczono prymitywnymi umocnieniami. Nadano mu nazwę Eureka Stockade.
Na początku grudnia (1854) siły rebeliantów zostały wzmocnione przez oddział 200 przybyszy z Kalifornii uzbrojonych w rewolwery i meksykańskie noże.
Z drugiej strony siły policji zostały wzmocnione oddziałami wojska. 3 grudnia nastąpił atak i po 10 minutach siły rządowe rozstrzygnęły wynik starcia. Ofiary – 22 górników.
Ladislaus Kossak był jednym z 4 podinspektorów dowodzących 70-osobowym oddziałem policji konnej. Raporty wspominają, że trzymał podwładnych pod kontrolą i traktował górników z sympatią.
120 osób zatrzymano, 13 stanęło przed sądem. Wszyscy zostali uniewinnieni. Królewska Komisja zaakceptowała podstawowe żądania górników: zniesienie licencji, ograniczenie sił policji, wprowadzenie reprezentantów górników do Rady Ustawodawczej. Dwóch liderów powstania zrobiło karierę jako politycy.
Tak zakończyła się australijska “rewolucja”.
Osobiście uważam przebieg tej historii za charakterystyczny dla Australii.
Proszę zauważyć: konflikt, walka, rząd wygrywa starcie zbrojne, protestujący zyskują to, o co im chodziło. Obie strony mogą teraz w zgodzie iść na piwo. (wytłuszczenie tekstu moje – adminka)

Teraz mogę wreszcie zacząć od początku…
Władysław Kossak urodził się w 1828 roku. W wieku 17 lat rozpoczął studia na Uniwersytecie Lwowskim – historia, geografia, matematyka. W 1848 roku, na wieść o powstaniu na Węgrzech, przeszedł przez Karpaty i dołączył do Legionu Polskiego dowodzonego przez Józefa Wysockiego. Dosłużył się tam stopnia podporucznika.
Na marginesie wspomnę, że w legionie tym walczył również Edmund Slaski. (o! –  skomentowała adminka)

Po porażce powstania Władysław Kossak przedostał się do Turcji i został internowany w miejscowości Szumla (obecnie miasto to znajduje się w Bułgarii i nazywa się Szumen). Następny jego trop znajdujemy w Southampton, skąd na pokładzie statku Chusan pożeglował do Australii. Towarzyszył mu kompan z powstania węgierskiego Leopold Kabat.

Był rok 1852, gorączka złota w stanie Wiktoria. Nic dziwnego, że obaj zabrali się do poszukiwań. Po czterech miesiącach bezowocnych wysiłków rozejrzeli się za stałą, solidną pracą. Znaleźli ją w policji. Prawdopodobnie w tym okresie Władysław Kossak zmienił pisownię swojego imienia na Ladislaus.
Być może ta zmiana inicjału z W na L zmyliła Magdalenę Samozwaniec i uznała, że australijski Kossak to Leon.

W sierpniu 1853 roku Ladislaus Kossak i Leopold Kabat zostali naturalizowani jako poddani brytyjscy (jako pierwsi Polacy w stanie Wiktoria).

Ladislaus Kossak był bardzo ceniony w policji. Inteligencja, inicjatywa. Bardzo szybko awansował. Po pięciu latach pracy zyskał rangę o kilka stopni wyższą, niż osoby, które razem z nim zaczynały karierę.
Mimo to miał kłopoty finansowe. Powodem było życie ponad stan. Istotnym wydatkiem było utrzymywanie stajni końskiej.
Po upadku powstania górników złota Ladislaus służył w zespołach eskortujacych transporty złota. Następnie pracował w wielu miejscowościach na terenie stanu Wiktoria.
W tym okresie zawarł bliską znajomość z Williamem Willsem, geodetą zatrudnionym w kilku instytucjach badawczych. Wills namawiał Kossaka do udziału w ekspedycji badawczej, której celem było dotarcie do północnego wybrzeża Australii. W ostatniej chwli Kosak odmówił. Na szczęście. Ekspedycja zakończyła się tragicznie, jej liderzy Burke i Wills oraz kilku członków wyprawy zmarli z wycieńczenia – KLIK.
W styczniu 1863 roku Ladislaus Kossak uczestniczył w ich pogrzebie w Melbourne.
Wkrótce potem dostał awans na inspektora. Niedługo się tym cieszył. Do Australii dotarły wieści o wybuchu Powstania Styczniowego. Ladislaus Kossak poprosił o 12 miesięcy urlopu.

W marcu 1863 odbyła się w Melbourne konferencja poświęcona wydarzeniom w Polsce. Dziennik Argus donosił:

(…) a gentleman whose name he was not at liberty to mention had recently resigned from appointment as inspector of Police in the colony, in order to take part in the present struggle, abandoning all the payments he would be entitled to in the way of rewards and pensions, on the condition of receiving one year’s pay. The Government has acceded to the request that the gentleman had made, and he was about to sail in the Yorkshire.
The hall was shaken by cheers. Everybody certainly knew that the gentlemen concerned was Inspector Ladislaus Kossak. (1)

Szczegóły udziału w powstaniu nie są znane. Wiadomo, że w 1865 dotarł do Anglii i tam, 2 września 1865 roku, wziął ślub z Elizą Scott.
Magdalena Samozwaniec pisze: “ożenił się z Angielką panną Hamilton“. Skąd to nazwisko? Wyjaśnienie proste, choć raczej smutne. Hamilton to nazwa miejscowości, w której pani Scott-Kossak zmarła (marzec 1914).

Jeszcze w Anglii państwu Kossak urodziły się trzy córki: Marcelina Antonina Isabella Alexandrina 1868, Jane Lee 1871, Ludwina Marija Stuart 1873. (5)
Jak widać z tego, nie pojechali po ślubie do Australii, jak to sugerowała Magdalena Samozwaniec. Najpierw pojechali do Polski.

W australijskich źródłach znalazłem informację, że Ladislaus Kossak pracował przez pewien czas w Krakowie jako agent handlu nieruchomościami.

W najbardziej wiarogodnym źródle (1) znajduje się informacja, że pracował w Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych w Krakowie – KLIK – rejon Podhajce.
W 1872 roku wrócił do Londynu, a w roku 1874, na statku Theophanos, pożeglował razem z rodziną do Melbourne.

Magdalena Samozwaniec: “… zamieszkali w miejscowości Wiktoria“.
Zamieszkali w Melbourne, w dzielnicy Brighton. Fakt, że Melbourne znajduje się w stanie Wiktoria.

Coś mi się wydaje, że ród Kossaków zwalił swoje niepowodzenia finansowe na barki kuzyna zamieszkałego w Australii. Oj, nieładnie.

Pozostało jeszcze jedno zdanie:
“U nas, w Australii, jeśli ktoś kogoś do siebie zaprasza, to zawsze zwraca mu koszty podróży”.
Z tym absolutnie się zgadzam. Polecam to uwadze wszystkich, którzy chcieliby mnie zobaczyć w swoich okolicach. (o! że zapytam w stylu epoki – a wiele to by było? – adminka)

Zanim pożegnam się ostatecznie z krakowską rodziną Kossaków, podam jeszcze kilka informacji na temat wspomnianego mylnie przez Magdalenę Samozwaniec Leona.
Otóż wybrał on karierę wojskową i służył w armii austriackiej na Węgrzech. W 1848 roku razem ze swoim oddziałem dołączył do Powstania.
Polska wikipedia wspomina, że przez rok przebywał w Australii – KLIK – ale Lech Paszkowski (1) kategorycznie stwierdza, że nie znalazł żadnego dokumentu potwierdzającego tę informację.
Leon Kossak brał udział w Powstaniu Styczniowym, został ranny w bitwie pod Kobylanką i zesłany na 8 lat na Syberię, z której powrócił jako schorowany i złamany przez życie człowiek. Zmarł w 1877 roku.
Liczne źródła wspominają, że zarówno Leon, jak i Władysław, byli malarzami. Żadnych informacji o malarstwie Władysława nie znalazłem. Jeśli chodzi o Leona, to dowiedziałem się, że malował pejzaże, ale reprezentował amatorski poziom.

We wrześniu 1876 Ladislaus Kossak zaczął prowadzić Point Henry Tea Gardens.
Point Henry w połowie XIX wieku był bardzo popularnym miejscem rekreacyjnym. W najlepszych latach przybywało tam około 80,000 gości rocznie. Głównie parostatkami z Melbourne.
Tea Gardens oferowały zieleń, cień drzew, restauracje, miejsca na piknik, rotundy do tańca, winiarnię z piwnicą zaopatrzoną w 20,000 butelek, Była tam nawet camera obscura.

By the end of 1876, the gardens were re-opened by Messr Kossak, who renovated the house and received a publican’s licence. He constructed a 150 ft long jetty, with a 20ft x 8ft cross pier. A ferry, the Jaffa, ran between the Yarra St Pier and the gardens. The gardens were taken over by Southey and Knowles in 1878, but were closed in 1879 due to lack of patronage. (3)

Jak widać z powyższego, Ladislaus wycofał się z tego biznesu w 1876 roku. Był zrujnowany. Powodem spadku popularności Point Henry było kilka katastrof statków dowożących klientów z Melbourne. Jego następcy też nie wytrwali długo.

Do pracy w policji nie mógł wrócić, gdyż nie przyjmowano nikogo, kto uczestniczył w rebelii w obcym państwie. Ciekawe, że udział w rewolucji węgierskiej 1848 roku nie stanowił takiej przeszkody.
Imał się różnych prac. W 1881 roku pracował przez pewien czas jako dróżnik na stacji South Yarra.
Nie znalazłem więcej informacji na temat zatrudnienia Ladislausa Kossaka, natomiast wiadomo, że jego żona Eliza pracowała jako urzędniczka oraz dawała lekcje muzyki i francuskiego.

Z niewiadomych powodów małżeństwo rozpadło się. Ladislaus Kossak ożenił się z Marią Stelaską – prawdopodobnie Stolarską. Mieli czworo dzieci – trzy córki i syna, który wyemigrował do Nowej Zelandii.
Po śmierci drugiej żony (1893) Ladislaus Kossak przeniósł się do Zachodniej Australii i zajął się poszukiwaniem złota. Temu zajęciu oddawał się przez 20 lat, aż do roku 1914 kiedy, w wieku 86 lat, wrócił do Melbourne i zamieszkał u córek z pierwszego małżeństwa – Marceliny i Ludwiny.

Zmarł 10 czerwca 1918 roku.

Źródła:
1. Lech Paszkowski – Polacy w Australii i Oceanii.
2. Krótka biografia – KLIK.
3. Point Henry Tea Gardens – KLIK.
4. Geni – genealogia rodziny Scott – KLIK.

Stuart 18

Joanna Trümner

Małe szczęście

Po miesiącach oczekiwania Stuart stał na lotnisku i z niecierpliwością czekał na przylot Meg. Rozpoznał ją od razu w tłumie pasażerów, a już po kilku wspólnie spędzonych godzinach czuł się tak, jakby nigdy nie wyjechała, jakby tylko na chwilę przerwali swoją ostatnią rozmowę, jakby nie było tych prawie sześciu miesięcy, podczas których każde z nich prowadziło osobne życie, jakby nie było samotności i zabijania czasu, i czekania, a ta feralna noc sylwestrowa, w którą poznał swoją ciemną stronę, była tylko złym snem. Meg opowiadała mu o nowinkach z Walton – o dziecku Eve, ślicznej, maleńkiej, złotowłosej Stelli. Dziecku, które od szóstego tygodnia życia nie przestawało się uśmiechać. „Wiesz, jak na nią patrzyłam, to zdałam sobie sprawę, że ja już też chciałabym mieć dziecko” – Stuart popatrzył na nią zaskoczony szczerością tych słów. Pomyślał o tym, że ich wspólne życie zaczynie się niedługo toczyć normalnymi torami, Meg na pewno uda się wkrótce znaleźć pracę i będą jak rodziny z filmów – mały domek z ogródkiem, huśtawka, na której bawi się dziecko, z czasem może i dwójka dzieci – chłopczyk i dziewczynka, dwa samochody przed domem, tylko schowana na strychu i pokryta kurzem gitara będzie mu czasami przypominała o marzeniach sprzed kilku lat. „Problem z dzieckiem na pewno da się jakoś rozwiązać” – odpowiedział z dwuznacznym uśmiechem i przytulił tę dziewczynę, która zjawiła się w końcu po miesiącach oczekiwania, przytulił ją mocno do siebie, tak jakby chciał zatrzymać na zawsze ten moment, o którym jeszcze w wiele lat później będzie myślał jak o momencie absolutnego szczęścia.

Prowadzący pub Ben miał dużo dobrych pomysłów, prawdziwym przebojem stały się spotkania dla starszych mieszkańców okolicznych miejscowości w pierwsze poniedziałki miesiąca. W pubie odbywały się czytania książek, spotkania z podróżnikami, wernisaże, już o szóstej wieczorem pub pękach w szwach. Dla młodzieży Ben organizował co dwa tygodnie piątkowe dyskoteki, a dla stałych bywalców pubu wprowadził po godzinie 20 happy hours. Jedyne jego kłopoty z prowadzeniem pubu to były problemy z Eve, która co kilka miesięcy chciała podwyższać mu czynsz. Na razie udawało im się jeszcze pertraktować i znajdywać rozwiązania do przyjęcia przez obydwie strony. Matka Stuarta z radością przejęła od Meg Einsteina i spędzała godziny nad morzem, na długich spacerach z psem. „Wydaje mi się czasami, że ten pies wie o twojej matce więcej niż jakikolwiek człowiek. Dawno nie widziałam jej tak zrównoważonej, może nawet czasem szczęśliwej. Poza tym dalej maluje te swoje piękne, kolorowe obrazy, chyba się w końcu odnalazła. Bardzo bym chciała, żeby i moja matka w końcu poradziła sobie ze swoim życiem. Na razie wyszła z kliniki i szkoła, w której do tej pory pracowała, przyjęła ją z powrotem, w tej chwili wszystko wygląda na to, że matka wychodzi na prostą, ale to jest ruletka i wiem, że ona z tym nałogiem będzie walczyła przez całe życie”. Stuart popatrzył na Meg z przerażeniem, myśląc o tym, że przy następnym powrocie matki do nałogu, Meg może znowu go opuścić: „Wiem, ale to przecież nie znaczy, że ty masz zrezygnować przez to ze swoich planów, ona jest dorosła i ponosi sama za siebie odpowiedzialność”.

Meg nie musiała długo szukać pracy, już po kilku tygodniach pobytu w Sydney znalazła etat w szkole dla dzieci upośledzonych. Praca z dziećmi bardzo różniła się od zajęć z dorosłymi i młoda psycholożka wieczorami nieraz zaglądała do biblioteki uniwersyteckiej, żeby czytać prasę fachową na temat różnych upośledzeń. Największym problemem były dla niej rozmowy z rodzicami. Przeważnie były to rozmowy z matkami – kobietami, które niepełnosprawność swojego dziecka odbierały jako wielką osobistą porażkę i nie potrafiły się z tym pogodzić. Często traciły całkowicie poczucie własnej wartości, a ich małżeństwa stały o krok przed rozwodem. Dużym problemem były dzieci autystyczne, których nie można było pogładzić po głowie, dotknąć, pochwalić, dzieci żyjące w swoich hermetycznie zamkniętych myślach, do których nie można było dotrzeć. Meg już po kilku tygodniach pracy zaczęła podczas zajęć puszczać podopiecznym muzykę i zauważyła, że dzieci, nawet te z największymi problemami, robią się spokojniejsze i bardziej obecne myślami.

Wieczorami młoda para spotykała się w kuchni, siedzieli przy stole i opowiadali sobie o pracy i o wrażeniach z minionego dnia. Podczas opowiadania Meg o pracy z dziećmi autystycznymi Stuart doszedł do wniosku, że i wśród jego przyjaciół nie brakuje autystów – Ian, który nie potrafi się w nic emocjonalnie zaangażować, i Tom – elokwentny, dowcipny, przystojny mężczyzna, w towarzystwie kobiet, które mu się podobają, zamieniający się w niemowę i dziwaka.

Stuart miał w swojej szkole zupełnie inne wyzwania – uczył dzieci elity Sydney, bogate i aroganckie, które ciężko było czymkolwiek zainteresować. Jego uczniowie wiedzieli, że nawet nie ucząc się, będą w życiu dysponowali wystarczającą ilością pieniędzy. O ile sympatyczniejsi byli uczniowie Stuarta z Walton – zakompleksione dzieci prowincji, dla których on, młody nauczyciel, który spędził kilka lat w Londynie był symbolem wielkiego świata. O ile łatwiej potrafił do nich dotrzeć, zaciekawić ich łamigłówkami matematycznymi. W przeciwieństwie do tego w szkole w Sydney każdy dzień oznaczył walkę z wewnętrzną inercją uczniów, walkę utrudnianą przez rodziców, patrzących nauczycielowi na ręce i krytykujących każdą złą ocenę i naganę. „Niektórzy rodzice nie powinni mieć dzieci. Wyrządzają im wielką krzywdę” – powiedział pewnego wieczoru do Meg.

Szybkie odejście

Like a shooting star flying across the room
So fast so far, you were gone too soon
You’re a part of me and I’ll never be the same here without you
You were gone too soon

Jak spadająca gwiazda, która przelatuje przez pokój
– Taka szybka i taka daleka, odszedłeś zbyt szybko
Jesteś częścią mnie i bez ciebie nigdy już nie będę sobą
Zbyt szybko odszedłeś

Daughtry Gone too soon

Ian został ojcem chłopca, który otrzymał imię Leo. Był to śliczne dziecko z bujną czupryną, którą odziedziczył po ojcu. Obserwując Iana w roli ojca, Stuart odnosił wrażenie, że syn jest pierwszą istotą na świecie, którą jego przyjaciel naprawdę pokochał. Od urodzenia Leo Ian, który do tej pory spędzał wiele czasu poza domem, nie mógł doczekać się powrotu do pomalowanego na niebiesko pokoju, gdzie czekał na niego syn. Z nim w ramionach Ian czuł się kimś naprawdę mocnym, kimś, czyje życie nabrało nagle sensu, przestawał być kupionym przez teścia klakierem, mężem niekochanej kobiety i zagubionym, nie mającym żadnego celu w życiu człowiekiem. Ta największa miłość jego życia trwała pięć tygodni. W nocy 7 kwietnia 1970 roku Ian przed zaśnięciem zajrzał do pokoju syna, żeby sprawdzić, czy nie trzeba mu zmienić pieluchy, albo przykryć go kołderką. Pochylił się nad nim, żeby posłuchać jak dziecko oddycha, żeby nacieszyć się jego przerywanym westchnieniami snem. Nieraz myślał o tym, jak dziwne były te westchnięcia i jak niesamowicie brzmiały w jego uszach –jakby ta mała istota, której jeszcze nikt nie zdążył zranić i która nie przeżyła w swoim kilkutygodniowym życiu niczego złego, wzdychała jak człowiek, który nosi na plecach wielki ciężar, zbierany przez lata.

Ian myślał o tym i tym razem, pochylając się nad łóżeczkiem syna. Zdziwiła go panująca w pokoju absolutna cisza, tak przerażająca, że szybko zapalił światło i wyjął ciało syna z łóżeczka. Trzymając małe ciało w rękach czuł bijące od niego zimno, wydawało mu się, że trzyma w ręku bryłę lodu. Zaczął potrząsać niemowlęciem, ale wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że nie ma już o co walczyć i opanował go tak głośny, histeryczny płacz, że do pokoju przyszła rozbudzona Rita.

Następne dni minęły na wizytach na policji i w prokuraturze – Ian tak często musiał powtarzać historię tej najgorszej nocy w swoim życiu, że czuł się jak na ławie oskarżonych, tak jakby policja i prokurator zarzucali mu, że to właśnie on zabił swoje dziecko. Po raz pierwszy pomyślał z żalem o tym, że nie wierzy w żadną wyższą siłę, gdyby wierzył w Boga, miałby kogoś, kogo można byłoby obwinić za tą tragedię. A tak stała się po prostu smutnym, niewytłumaczalnym zdarzeniem, które według statystyki co roku przeżywają nieliczne rodziny na całym świecie.

Stuart nie wiedział o tragedii w domu Iana, w piękny słoneczny dzień wyjął ze skrzynki pocztowej list z wiadomością o pogrzebie i zdjęciem małego Leo.

Po pogrzebie Stuart podszedł do przyjaciela i kładąc mu rękę na ramieniu powiedział: „Gdybyś kiedykolwiek chciał się po prostu wygadać, to możesz na mnie liczyć”. W momencie, kiedy usłyszał jak te słowa wychodzą z jego ust, zdał sobie sprawę z tego, że były to najbardziej banalne i niepotrzebne słowa, jakich kiedykolwiek użył. Patrząc na Iana obiecał sobie w duchu, że napisze piosenkę dedykowaną małemu Leo – piosenkę o chłopcu, który nie dowiedział się, jak bardzo był kochany i potrzebny.

Cdn

Sara Teasdale

Andrzej Rejman

Kobieta i Poetka

84 lata temu, w niedzielę 29 stycznia 1933 roku zmarła w swoim apartamencie w Greenwich Village przy Piątej Alei w Nowym Jorku poetka Sara Teasdale. Jak się potem okazało przyczyną śmierci mogło być przedawkowanie środków nasennych.

sara-teasdale1Jak podaje dzień później The New York Times Sara Teasdale wróciła do Nowego Jorku z podróży do Anglii już chora na zapalenie płuc, a jej stan nerwowy pozostawiał wiele do życzenia. Od dawna cierpiała na chroniczną depresję, i, mimo iż w tym okresie była jedną z najbardziej znanych amerykańskich poetek, jak podają jej biografowie – nie czuła się szczęśliwa.
“Woman and Poet” – taki tytuł ma książka Williama Drake’a wydana przez Harper & Row Publishers w San Francisco w 1979 roku.
Jest to jedna z dwu ważnych biografii książkowych Sary Teasdale, uzupełniająca niejako wcześniej wydaną biografię Margaret Haley Carpenter (Sara Teasdale, A Biography, M.H.Carpenter, Pentelic Press, Norfolk, Virginia, 1960)

sara-teasdale2
Sara Teasdale miała w swojej epoce rzesze wiernych czytelników, a jej impresyjna poezja była i jest wciąż źródłem wielu inspiracji dla twórców muzyki.
Z poezją Sary Teasdale zetknąłem się w roku 2004, poszukując materiału do nowego projektu poetycko muzycznego. Zajrzałem wówczas głębiej do zasobów amerykańskiej poezji kobiecej z wczesnych lat XX wieku. Nie chciałem ograniczać się jedynie do pięknych ale i trudnych wierszy Emily Dickinson, które ze względu na esencjonalny ładunek filozoficznej treści powinny być pozostawione niejako “samymi sobie”.

W tym czasie współpracowałem z Jerzym Menelem*, tłumaczem, poetą, twórcą piosenek.
Był to poliglota, człowiek barwny, niezwykle pracowity i aktywny. Wieczorami, po powrocie z całodziennych tłumaczeń w warszawskich korporacjach, zajmował się do późna w nocy pracą twórczą, tłumacząc, śpiewając i grając, nieustannie porządkując archiwa i tworząc następne…

Dla Ewy Górskiej, utalentowanej słuchaczki jednego z warszawskich studiów piosenki przetłumaczył dwa wiersze Sary.

NASTROJE
Przekład/adaptacja: Jerzy Menel

Deszczową jestem kroplą,
Zmęczoną zniżam skroń,
Bądź dla mnie kwietną łąką,
Zieloną ziemią bądź!

Stęsknionym jestem ptakiem,
W błękitu płynę toń,
Obłokiem stań się dla mnie,
Świetlistym niebem bądź!

tak śpiewa tę piosenkę Ewa Górska (muz. Andrzej Rejman)

https://www.reverbnation.com/widget_code/html_widget/artist_1513797?widget_id=55&pwc%5Bsong_ids%5D=8628124&context_type=song

MOODS

I am the still rain falling,
Too tired for singing mirth–
Oh, be the green fields calling,
Oh, be for me the earth!

I am the brown bird pining
To leave the nest and fly–
Oh, be the fresh cloud shining,
Oh, be for me the sky!

LEPIEJ TO ZAPOMNIEĆ
Przekład/adaptacja: Jerzy Menel

Lepiej to zapomnieć, ogień zwolna też zagaśnie,
Jak odchodzi w dal więdnący kwiat,
Lepiej to zapomnieć na dobre, na zawsze,
Czas – przyjaciel nasz, z nim przybywa lat.

I gdy spyta ktoś, mów: przeszło, minęło,
Skrył to deszcz i grad –
Jak kwiat, jak ogień, nad ziemią mgła,
Odbity w śniegu ślad…

LET IT BE FORGOTTEN

Let it be forgotten, as a flower is forgotten,
Forgotten as a fire that once was singing gold,
Let it be forgotten for ever and ever,
Time is a kind friend, he will make us old.

If anyone asks, say it was forgotten
Long and long ago,
As a flower, as a fire, as a hushed footfall
In a long forgotten snow.

Sarę Teasdale tłumaczyły potem także Maria Hoffman oraz Anna Ciciszwili.

KRÓTKA CHWILA
tłum. Anna Ciciszwili

To krótka chwila i mnie już nie będzie,
Lecz w moich pieśniach przetrwa życie moje,
Jak krucha piana wzdyma się i przędzie
Z odejściem fali, która w morzu tonie.

Te dni i noce w pieśni płonąć będą,
Jasną kruchością piany napuszonej,
Żyjąc światłością zanim nie odejdą,
By wrócić w nicość, która jest ich domem.

A LITTLE WHILE

A little while when I am gone
My life will live in music after me,
As spun foam lifted and borne on
After the wave is lost in the full sea.

A while these nights and days will burn
In song with the bright frailty of foam,
Living in light before they turn
Back to the nothingness that is their home.

TAM NA KOŃCU ŚWIATA
tłum. Maria Hoffman

Opustoszałe wybrzeża świata, to nasze samotnie
Plaże bez owoców, jałowe bez kwiatów
Tam z trawami morskimi, znękanymi od wiatrów,
Tam też godzin życia odmierzanie taktów..

Nikt nie będzie nam więcej zazdrościł bogactwa
Tam na końcu świata, nie zadba o resztę
Ślady stóp ostatnie, zagubione w piaskach
Niespokojne morze, pochłonie i zetrze.

WORLD’S END

The shores of the world are ours, the solitary
Beaches that bear no fruit, nor any flowers,
Only the harsh sea-grass that the wind harries
Hours on unbroken hours.

No one will envy us these empty reaches
At the world’s end, and none will care that we
Leave our lost footprints where the sand forever
Takes the unchanging passion of the sea.


* Jerzy Menel
Studiował chemię, mechanikę, aeronautykę, potem arabistykę, iberystykę, a ponadto ekonomię, handel zagraniczny, dziennikarstwo… Przede wszystkim jednak był tłumaczem. Potrafił przekładać niezwykle skomplikowane teksty techniczne, jak i poetyckie. Mówił biegle po francusku, angielsku, hiszpańsku, niemiecku, arabsku. Tłumaczył oczywiście z tych i na te języki, ale także z portugalskiego i włoskiego. Przełożył na polski dzieła wszystkie Brassensa i niezliczone piosenki Jacques’a Brela, Edith Piaf, Serge’a Gainsbourga, Charles’ a Treneta, Borisa Viana. Ale również Boba Dylana, Leonarda Cohena, Paula Simona, Jamesa Taylora, Paolo Conte. Był też autorem przekładów wielu polskich piosenek na francuski. Odszedł 30 listopada 2006 roku w Brukseli, skąd miał właśnie wracać do Polski po Międzynarodowym Kongresie Wynalazców, na którym pracował jako tłumacz.

Barataria czyli cały świat (4)

Zauważyliście już, moi mili Czytelnicy, że temat mi rośnie pod rękoma jak ciasto drożdżowe. Dlatego, poczynając od pierwszego odcinka Baratarii, wprowadziłam nowy tag: wędrówki po kulturze. Taka wędrówka, która nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi. Pomyślcie, omówiliśmy na razie tylko, nader pobieżnie, Cervantesa (tak pobieżnie, że pewnie przyjdzie nam jeszcze do niego wrócić), Krzysztofa Lipkę, Jesusa Garcię Leoza i pirata Lafitte’a, o piracie jednak trzeba jeszcze sporo napisać, w międzyczasie znalazłam kolejną operę, a mianowicie Gondolierów albo Króla Baratarii, marsz z tej opery w wersji stworzonej przez Czecha z KK grywają chętnie wojskowe niemieckie orkiestry dęte i Bóg jeden wie, od kiedy, kiedy i dlaczego, a również po co? Mam nadzieję, że w międzyczasie znajdę jednak przynajmniej libretto opery Leoza… Zakładam zatem, że to wszystko jeszcze potrwa.
Pamiętam z czasu, gdy uprawiałam medytację transcendentalną i zajmowałam się filozofią Zen, taki koan, który można potraktować jako poradę podczas kursów pisania kreatywnego: nie zastanawiaj się, gdzie jest początek opowieści o świecie według Zen, zacznij gdziekolwiek, a kiedyś ogarniesz cały świat. Ja zaczęłam od Baratarii.

Może zresztą nie potrzeba tu filozofii. Motywy literackie wędrują przez stulecia, a czasem tysiąclecia, często zabierając ze sobą swoje własne imię. Motywem wędrówki po kulturze w poszukiwaniu Baratarii jest sięgające Homera przekonanie, że odizolowana wyspa symbolizuje świat i że za jej pomocą można ten świat przedstawić w formie jak najbardziej pożądanej.

Perdita, jedna z bohaterek Opowieści zimowej Szekspira, autor: Anthony Frederick Augustus Sandys, 1866

Zaczęło się od Scherii,  pierwszej być może utopii literackiej, miejsca poza mapą, która powróci jako wyspa Prospera w Burzy Szekspira. Homerowa Scheria to wyspa zamieszkiwana przez Feaków, którzy z dala od reszty ludzi wiodą życie dostatnie i spokojne. Są wybornymi żeglarzami, nie znają handlu, ani wojen. Trudno się dziwić, że dla Greków, ludu zamieszkującego dziesiątki wysp, wyspa była modelem świata. Wyspą była też Atlantyda u Platona.

Barataria Cervantesa jest taką samą utopią jak Scheria i Atlantyda, jest wyspą, choć wcale nie otacza jej morze. Dziwne? Zapewne, ale czy dziwniejsze od Opowieści zimowej Szekspira, która dzieje się w nadmorskim kraju zwanym Czechy? I też jest to poniekąd kraj przykładowy, bo charakteryzuje go “wieśniacza prostota”, przeciwstawiona światowemu zepsuciu.

Wróćmy jednak do naszych baranów.

Ewa Maria Slaska

Barataria i opera Gondolierzy albo Król Baratarii

Opera Arthura Sullivana do libretta Williama S.Gilberta, ostatnie wspólne dzieło spółki autorskiej, która w latach 1871-1896 wyprodukowała czternaście oper komicznych. Operetki Gilberta i Sullivana cieszyły się międzynarodową sławą i do dziś znajdują się w repertuarach teatrów komediowych; doczekały się wielu adaptacji i parodii. Specjalnie w celu ich wystawiania powstał Teatr Savoy w Londynie. Gondolierzy mieli światową premierę w Londynie w 1889 r. Spektakl cieszył się ogromną popularnością, przez dwa lata wystawiono go ponad 550 razy i wkrótce doczekał się licznych wystawień w Europie i USA.

XXXXXX 

Gilbert & Sullivan

Spokojne i beztroskie życie weneckich braci gondolierów Marco i Giuseppe Palmierich zmienia się, gdy w czasie zabawy ulicznej losują sobie żony, które zdążą poślubić, aby zaraz potem dowiedzieć się, że nie są braćmi, a jeden z nich jest następcą tronu Baratarii i ma już żonę poślubioną mu w niemowlęctwie. Oczekując rozwiązania zagadki obaj wspólnie sprawują rządy w Baratarii, do której przybywa poślubiona następcy tronu Kasylda. Księżniczka Plaza Toro wcale nie chce poślubić prawowitego władcy, bo kocha się potajemnie wprawdzie, ale z wzajemnością, w swym mlecznym bracie. Jak to bywa w operetkach wszystko szczęśliwie się kończy.

Jednak mnie nie interesują perypetie miłosne trzech par, lecz to, czego z libretta można się dowiedzieć o wyimaginowanym państwie na dalekiej Baratarii.

Oczywiście nie wiadomo dokładnie, kiedy toczy się akcja operetki, tym niemniej napisano ją w wiktoriańskiej Anglii. A tu tymczasem księżniczka Kasylda na wieść o tym, że w dzieciństwie zaręczono ją z  synem owego wściekle bogatego króla, nie interesuje się w ogóle jego majątkiem, pyta natomiast: Married to the infant son of the King of Barataria? Was I consulted? Czy zapytano mnie o zdanie? Jednakże samodzielna panna szybko zapomina o problemach emancypacji, aby zmartwić się, że jest oto królową Baratarii i… nie ma się w co ubrać!

Obaj młodzi gondolierzy z kolei martwią się, że jeden z nich został królem Baratarii, a przecież obaj są prawdziwymi republikanami:

We are jolly gondoliers, the sons of Baptisto Palmieri, who led the last revolution. Republicans, heart and soul, we hold all men to be equal. As we abhor oppression, we abhor kings: as we detest vain-glory, we detest rank: as we despise effeminacy, we despise wealth.

Za chwilę poglądy polityczne obu młodych ludzi okażą się ważne, bo gdy dotarą do Baratarii, będą tam chcieli zaprowadzić republikańskie porządki. Król, którego może zaakceptować republikanin, musi być dobrym królem, taki król zniesie podatki,  sprawi, że wszystko będzie tanie, gondolierom będzie się świetnie powodziło, dworzanie będą wykonywali obowiązki zgodnie ze swymi umiejętnościami i zdolnościami, a wszyscy ludzie będą równi. I szczęśliwi.

The Noble Lord who rules the State –
The Noble Lord who cleans the plate –
The Noble Lord who scrubs the grate.-
They all shall equal be!

Sing high, sing low,
Wherever they go,
They all shall equal be!

Mniej więcej w tym momencie zaczynamy rozumieć, dlaczego autorzy tej komedyjki umieścili jej akcję w kraju, który nie istnieje – bo tylko to pozwoliło im ostro skrytykować  niedemokratyczną politykę Anglii i panujące tam zakłamane, snobistyczne stosunki społeczne. To zresztą musi być tak naprawdę Anglia, ta odległa wyspa Barataria, bo po południu władcom podaje się herbatę.

Na razie jednak Barataria stoi w ogniu rebelii i król musi się tam natychmiast udać, by zaprowadzić porządki. Skoro jednak póki co nie wiadomo, który z gondolierów jest królem, obowiązki przejmą obaj.

Zgodnie z geografią Barataria jest wyspą na morzach południowych, a jej król jest / będzie niesłychanie bogaty (co jest oczywiście wspomnieniem o niezmierzonych bogactwach pirata La Fitte’a). Na wyspie panuje łagodny klimat i zimą kwitną róże. Dwaj młodzi królowie i ich dworzanie, byli gondolierzy, śpiewają radośnie:

Of happiness the very pith
In Barataria you may see:
A monarchy that’s tempered with
Republican Equality.
This form of government we find
The beau-ideal of its kind –
A despotism strict, combined
With absolute equality

Bliskość Nowego Orleanu, a może zmiana ustroju, sprawiają zapewne, że w królestwie panuje nieustający karnawał. Oto radosna cachucha, “ludowy” taniec Baratarii 🙂

A zatem the Monarchy has been re-modelled on Republican principles. Jeden z władców informuje o tym wizytującego wyspę Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii. Oczywiście młodzi republikanie posunęli się za daleko w realizowaniu zasad demokratycznego równouprawnienia, gdyż awansowali wszystkich pod sznurek na stanowiska lordów, kanclerzy, admirałów i marszałków. Inkwizytor (postać raczej dobroduszna, ale konserwatywna) komentuje to z przekąsem:

When every one is somebody,
Then no one’s anybody!

Jeśli każdy jest kimś,
to kto jest każdym?

Ciąg dalszy nastąpi

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (2)

Zbigniew Milewicz

Miasto aniołów

Chyba są za przeproszeniem z piekła rodem, skoro na ulicy nie ma czym oddychać, upał plus smog, a z kanałów tak śmierdzi, że trudno wytrzymać… Takie są moje pierwsze wrażenia z Bangkoku, zwanego wśród miejscowych Krung Thep, Miastem aniołów, kiedy opuszczam klimatyzowaną strefę lotniska, żeby poszukać przewozu na Khao San Road. Co tam znajdę, tego nie wiem; nie zorganizowałem sobie wcześniej noclegów w Tajlandii, energii starczyło tylko na rezerwację i zakup online biletów lotniczych w obydwie strony, więc teraz sprawdzam, na co mnie jeszcze stać w zakresie życiowych improwizacji. Oczywiście nikt mnie nie zmuszał do wyjazdu z Europy, chciałem uciec do Azji przed Świętami Bożego Narodzenia, ale na rzetelne przygotowanie się do tego zabrakło już chęci. Jakoś to będzie – pomyślałem po polsku.

Na lotnisku działa biuro pośredniczące w rezerwacji miejsc hotelowych, ale tych od 2000 bathów za noc wzwyż. Za 400 czegoś nie macie? – handluję. Pani w moim wieku ciężko wzdycha i wymienia z koleżanką parę słów w swoim języku. Pisze mi na kartce: Khao San Road i jak to w Tajlandii, promiennie się uśmiecha na pożegnanie. Ale czym tam dojechać? – nie daję za wygraną. Dowiaduję się, że busem i kciuk wskazuje, że mam iść gdzieś na dół. Więcej z niej nie wyciągnę, bo już ma następnego klienta. W Tajlandii za główny język obcy „robi” angielski, przy czym odmiana azjatycka z oryginalną mają ze sobą mniej więcej tyle wspólnego, co gwara śląska z góralską. O niemieckim można tutaj zapomnieć. Na szczęście mam walizkę lekką jak piórko (dzięki Edmundzie za twoje rady) i łatwo mogę się przemieszczać, gdzie trzeba i gdzie nie trzeba. Docieram na dolną platformę dworca lotniczego i niepotrzebnie wychodzę na zewnątrz, bo okazuje się, że najpierw muszę w kasie za 100 bathów kupić bilet na busa, a później poczekać ze trzy kwadranse, aż zbierze się komplet pasażerów, przyjdzie kierowca i zaprowadzi nas do swojego samochodu. Kasę stanowi kobieta w granatowym uniformie, siedząca w hallu na wysokim stołku za pulpitem, nad głową ma jakiś szyld w języku tajskim, rozkładu jazdy brak. Byłby bezsensowny zresztą, przy wiecznie zakorkowanych ulicach miasta i regule, że bez kompletu pasażerów bus nie ruszy z miejsca. Pokazuję kasjerce kartkę od pani z biura, ta potakuje, dostaję bilet i przełączam się na stand by, przy jakiejś młodej parze z plecakami, która stoi obok i cichuteńko ze sobą rozmawia.

Wyglądają dosyć nordycko, ale z tego szeptu w pewnym momencie wylatuje jakieś coś ty, a więc rodacy. Nie mam najciekawszych doświadczeń w tej podróży z Polakami, wielu spotkałem na lotnisku w Doha, koło Dubaju, gdzie było międzylądowanie; kiedy próbowałem na luzie pogawędzić sobie z nimi, nieufnie chowali się do swych skorupek. Na początku rozmowa toczy się normalnie, są studentami z Torunia i to są ich zimowe ferie. Zamierzają zwiedzić Bangkok, później pojechać na północ kraju i jak im wystarczy czasu, może do Kambodży. Na jakimś czacie poznali dwóch ludzi, którzy podróżują po Indochinach już od sześciu miesięcy i Bangkok mają opanowany, oni im znaleźli jakiś hostel na Khao San, więc teraz jadą się z nimi spotkać.

– To może i ja bym się tam załapał, jako wolny elektron… – myślę głośno i od razu widzę, żem zepsuł miły nastrój.

Mają spłoszone spojrzenia, więc zapewniam ich, że to była tylko teoretyczna opcja, ale nie odezwą się do mnie już ani słowem. Kierowca pakuje ósemkę pasażerów do niewielkiego, klimatyzowanego vana, każdy musi trzymać swój bagaż na kolanach i zaczyna się niepowtarzalna przygoda z ruchem drogowym tej wielomilionowej metropolii. Jak się jeździ w Azji, tego doświadczyłem już przed laty w Istambule, ale Bangkok wyzwala więcej adrenaliny. Może przez ruch lewostronny, albo wszechobecne motorowery i tuk-tuki, zmotoryzowane ryksze, które wcisną się w każdą lukę między samochodami osobowymi, autobusami i ciężarówkami. Światła na większych skrzyżowaniach i znaki drogowe są właściwie zbędne, ponieważ każdy jeździ stosownie do aktualnej sytuacji na drodze i własnej fantazji, kiedy trzeba, to pod prąd, w poprzek ulicy, albo w ostateczności po chodniku. Klaksonów używa się oszczędnie, kierowcy wzajemnie uważają na siebie – uczynnie zmieniają pas ruchu, zwalniają, lub przyspieszają, żeby pomóc drugiemu w ryzykownym manewrze, bo za chwilę znajdą się przecież w podobnej sytuacji.

tajl2-1Po półtoragodzinnej jeździe, wczesnym wieczorem docieramy do celu, w jakimś niewielkim zaułku, który niczym się nie różni od sąsiednich, wszędzie tanie, tajskie kramy, garkuchnie, warsztaty rzemieślnicze, hoteli brak. Idę na czuja do najbliższej, większej ulicy i po paru metrach widzę naprzeciw elegancko ubranego gościa – biała koszula, ciemne spodnie garniturowe. Wyszedł na papierosa z biura, nad którym widzę angielski szyld, że jest to agencja turystyczna. Tak trafiam do hostelu Bed&Butler, do którego w linii prostej mam zaledwie kilkaset metrów, ale Daar, najbliższy współpracownik właściciela, na jego koszt zawozi mnie tam szarmancko firmową limuzyną. Należność za pięć noclegów reguluję u agenta; gdybyś trafił bezpośrednio do mnie, zapłaciłbyś tylko 300 bathów za noc, a tak agent skasował dodatkowo 150 za pośrednictwo – powie mi później Sharp, właściciel hostelu. Cóż, każdy chce żyć.

Sharp jest trzydziestoletnim Amerykaninem tajskiego pochodzenia, prowadzi swój bizness od dwóch lat. Sam używa najczęściej określenia dom, bo to jego pasja i całe obecne życie, daje mu utrzymanie, tutaj mieszka i gości stara się traktować jak domowników. Wcześniej był szefem technicznym jednego ze szpitali w Bangkoku, praca była mocno stresująca, do tego mało opłacalna, nie żałuje, że ją zostawił. Kiedy miał 16 lat rodzice wysłali go z Bangkoku do Los Angeles i przestali się nim interesować. Pomogli mu życzliwi, obcy ludzie, w Stanach zdobył średnie wykształcenie, doświadczenie życiowe i pieniądze, które zainwestował później w kupno tej nieruchomości. Nie chciał na stałe zostać w USA. Dom był w ruinie, własnymi rękami doprowadził ją do obecnego stanu, wnętrza zaprojektował mu znajomy architekt, trzeba przyznać zgrabnie, z pomysłowym wykorzystaniem każdego centymetra kwadratowego niewielkiej w sumie powierzchni. Hostel jest przygotowany na przyjęcie maksymalnie ośmiu osób; z poziomu ulicy wchodzi się do baru i saloniku z kontuarem pełniącym funkcję czegoś w rodzaju recepcji, stamtąd idzie się na piętro z dwoma sypialniami, dla żeńskiej i męskiej klienteli. Toalety i prysznice znajdują się w suterenie, wszystkie pomieszczenia są klimatyzowane, bez tego kiedyś trzeba było żyć w tropikach, a dziś nie sposób się już obejść.

Nie ma kompletu gości. Dostaję łóżko z numerem 1, na dolnym poziomie piętrusa, szerokie i wygodne, wyposażone w lampkę do czytania, skrytkę na wartościowe przedmioty i przegródkę, w której mogę trzymać podręczne drobiazgi. Kiedy zaciągnę ciężką zasłonę, mam swoje niekrępujące pomieszczenie; reszta rzeczy zostanie w walizce, w nogach łóżka. Towarzystwo jest młode i wesołe, nade mną mieszka rockowy muzyk z Lyonu, a w sąsiedztwie chiński programista, Felix. Lucija z Ibizy i dziewczyna muzyka nocują za ścianą, ale w Bangkoku nikt nie chodzi o dziesiątej wieczorem spać, tylko ja, żeby odetchnąć po kilkunastu godzinach podróży samolotem. Wcześniej oczywiście prysznic plus mała kolacja, którą gospodarz wyczarowuje z kawałka łososia i jarzyn. Śpię jak kamień, nazajutrz rano budzę się rześki, gotów do turystycznego podboju Bangkoku. Sharp radzi to robić ostrożnie, stopniowo, wręcza mi wizytówkę hostelu, żeby w razie czego dać znać, jak się zgubię. Wtedy – mówi – znajdź jakąś taksówkę i poproś kierowcę, żeby do mnie zadzwonił i ja mu powiem, jak najlepiej dojechać do mnie, inaczej będzie cię woził po całym Bangkoku. Trochę mi przypomina kierownika schroniska z czasów moich dawnych wędrówek po Tatrach, ta sama troska o domownika, żeby wrócił cało.

tajl2-3Wyruszam w miasto zaopatrzony w mapę, smartfona z nawigacją, wielgachny kapelusz zielonych ludzików z Kaliningradu i butelkę zimnej wody, którą dostaję w prezencie od Sharpa (po chwili i tak już będzie ciepła). Po przejściu kilkuset metrów chodnikiem postanawiam przeprawić się na drugą, cienistą stronę ulicy, tylko, jak to zrobić… Podpatruję innych, bez względu na sygnalizację świetlną wciskają się między jadące jeden za drugim motorowery, tuk tuki, samochody, te zmniejszają wtedy prędkość, albo zwiększa ją pieszy i tak metr za metrem człowiek dociera do celu. Z duszą na ramieniu podążam śladem przechodniów, ale broń Boże na czerwonym świetle, przed jakąś ciężarówką na wszelki wypadek ostrzegawczo podnoszę rękę, bo wyobraźnia pracuje, no i udaje się, cało przechodzę przez jezdnię. Najpierw do banku, wymienić pieniądze, otwierają go za parę minut, o dziesiątej. Jak miło z rozgrzanej patelni ulicy wejść do chłodnego wnętrza, gdzie po okazaniu paszportu zostaję obsłużony szybko i uprzejmie, tylko wcześniej muszę jeszcze podać swój tymczasowy adres. Pani za bankowym kontuarem kopiuje sobie moje osobiste dane, sprawdza, czy mam aktualną wizę, którą otrzymałem na lotnisku, dwa podpisy i już jest za co szaleć w Bangkoku. Obcej waluty oficjalnie nigdzie ode mnie w Tajlandii nie przyjmą, poza bankiem, albo kantorem, w którym obowiązują podobne formalności.

Pierwszy dzień poświęcam na zaaklimatyzowanie i poznanie najbliższych okolic hostelu, ale i tak parę razy się gubię w plątaninie podobnych do siebie uliczek. Mapa okazuje się mało użyteczna, bo poza główniejszymi punktami opisana jest wyłącznie w miejscowym języku, podobnie mój dotykowy smartfon; kiedy znajduję się w strefie wifi, nawigacja pokazuje dokąd iść, ale poza nią już nie. Mogę liczyć tylko na swoją pamięć wzrokową, niestety nie idealną i uczynność tubylców, z którą jest dużo lepiej. Niezbyt daleko od mojego hotelu znajdują się światowej sławy buddyjskie świątynie, takie m.in. jak Golden Mount, Wat Benchamabophit, Wat Indrawichan, czy najsłynniejsza Wat Phra Kaeo, czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy. Poza tą ostatnią wszystkie obejrzałem, dzięki bardzo uprzejmemu kierowcy tuk tuka, który za śmieszne 20 bathów woził mnie od przybytku do przybytku, czekał, aż skończę zwiedzanie, a w końcu dotarł tam, gdzie miał swój interes, czyli do salonu krawieckiego, szyjącego na miarę garnitury, smokingi, spodnie i koszule z najlepszych tajlandzkich materiałów. Oczywiście najtaniej w świecie. Błagam, ja z tego żyję, pomóż mi, wejdź tam przynajmniej na dziesięć minut – poprosił. Garniturów, które mam, starczy mi pewnie do końca życia i jeszcze można będzie w nich chodzić, bo od małego szanuję ubrania, smokingów nie używam, ale jak tu nie wyjść człowiekowi w potrzebie naprzeciw. Było, jak na tanich wycieczkach u tureckich szwagrów. Gostek w wytwornym garniturze dusił mnie prawie godzinę, żebym zdecydował się na jakieś zamówienie; jak magik wyciągał zewsząd bele najprzedniejszych materiałów, kazał dotykać, jakie są miękkiej, ugodowo redukował ceny, jak słabłem podawał kolejny, plastikowy kubek z zimną wodą, ale kiedy po raz setny powiedziałem, że się zastanowię, zrezygnowany zwolnił mnie i pozwolił wyjść. I tak wiem, że pan nie przyjdzie – powiedział proroczo na do widzenia.

tajl2-2Aby mój kierowca nie stracił jednak zupełnie wiary w białego człowieka, dałem mu się zawieźć do większego biura turystycznego, bo tym razem ja miałem w tym swój interes, a na zakończenie kursu zamiast dwudziestaka dostał 50 bathów. W biurze znalazłem i zarezerwowałem w miarę tani i jak się później okazało całkiem przyzwoity hotel w kurorcie Pattayi oraz przewóz na 25 grudnia. Przy okazji zręczny agent sprzedał mi wycieczkę do starej, tajskiej stolicy Ayutthaya i letniej, królewskiej rezydencji Bang Pa In, o której opowiem w następnym odcinku. Odwiózł wiózł mnie prawie pod sam Bed&Butler, w którym już trwały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Nazajutrz zapisałem się na wycieczkę, a pojutrze była Wigilia. Sharp kupił z tej okazji na jakimś bazarze sztuczną choinkę i właśnie ją stawiali z Daarem przed wejściem do hostelu. Jup, dziewczyna Sharpa, z dużym wdziękiem tym dyrygowała, pracowała w tajskiej CSI, policji kryminalnej, więc drzewko musiało stać, jak należy. Sharp był ateistą, Daar buddystą, a Jup nie wiem, ale chcieli stworzyć swoim gościom przynajmniej jakąś namiastkę świąt. W związku z tym już od samego rana w hostelu było bardzo muzycznie – kolędowo, a ja właśnie tego chciałem uniknąć.

W Bangkoku jest katolicka, renesansowa katedra p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, którą w 1984 r. nawiedził papież Jan Paweł II, w czasie pielgrzymki do Tajlandii. W Wigilię, późnym popołudniem jadę tam, żeby pokłonić się swojemu nowonarodzonemu Panu, nie mogę inaczej. Kilku rykszarzy odmawia kursu, mówią, że to niedaleko, ale droga jest trudna, trzeba się mocno nakręcić, w końcu któryś się decyduje, za 200 bathów. Tłok na ulicach jest tego dnia jeszcze większy niż zwykle, w głównej hali sportowej miasta mają się odbyć wieczorem ważne walki w thaibox, tajlandzkim sporcie narodowym, więc wielu chce je obejrzeć na żywo. Pasterka zaczyna się o 17.00, powinniśmy zdążyć, rykszarz pyta, czy jestem katolikiem, ja potakuję. A on – mówi – baptysta i pokazuje na religijny obrazek, umieszczony nad kierownicą, którego nie dostrzegłem do tej pory. Tośmy bracia chrześcijanie – kwituję. Pasterka już się rozpoczęła, siadam na zewnątrz katedry, na jednym z wolnych krzeseł, we wnętrzu komplet wiernych. Wejście do świątyni udekorowane jest girlandami pięknych, tropikalnych kwiatów, uroczystą mszę celebrują tajlandzcy duchowni, w języku angielskim. Na zewnątrz są telebimy, więc widzimy i słyszymy przebieg nabożeństwa. Wierni w eleganckich, przewiewnych kreacjach, temperatura w cieniu dochodzi dzisiaj do plus 38 stopni, taka jest tajlandzka zima. Wśród zgromadzonych na Pasterce widać ludzi o europejskich rysach twarzy, jest sporo rodzin z białym tatą, tajską mamą i kolorowymi dziećmi.

Na przekażcie sobie znak pokoju wierni zwracają się do siebie, z dłońmi złożonymi po buddyjsku na wysokości piersi i wzajemnie się sobie kłaniają. Jest to radosna Pasterka, główny celebrans przed końcowym błogosławieństwem pozwala sobie na żartobliwy ton, który wierni kwitują śmiechem, ale kiedy intonuje Silent Night, przestaję sam przed sobą udawać twardziela. Wydaje mi się, że stoję pod polską choinką, nie udało mi się więc przed nią uciec.

Rozmowy zimą o życiu i świecie

Nasz autor co roku jeździ na narty, a ja od jakiegoś czasu publikuję tu jego zimowe relacje i refleksje (TU, TU)

nauders2017-4

RD

hallo,

pozdrowienia z urlopu, po urlopie.

w austrii na nartach. po raz 31 w tej samej miejscowości, w tym samym pensjonacie, w tym samym apartamencie (nr 7).

przed naszym przyjazdem do nauders, na drodze łączącej tę wioskę z austrią, zeszła kamienna lawina i musieliśmy tam jechać przez szwajcarię.

na granicy szwajcarskiej przywitał nas na czarno ubrany ludzik z ogromnym karabinem maszynowym przewieszonym przez piersi. chciał nas od razu zaaresztować lub przynajmniej rozstrzelać. rzucił się do auta aby znaleźć jakąś bombę lub granaty co umożliwiło by mu wykonanie powyższego. (w tym czasie w pobliskim davos odbywał się spęd światowych macherów wszechświata). gdy zobaczył we wnętrzu auta nasze narty przepuścił nas bez dalszej kontroli. (tu wskazówka dla terrorystów – udawać narciarzy.)

nauders leży na wysokości 1.400 m. szrenica kolo szklarskiej poręby, z której, mieszkając w polsce, wraz z g. szusowaliśmy na nartach, ma tylko 1.360 metrów. w nauders jedzie się gondolą na wysokość 2.200 metrów (trwa to 15 minut), a później można jechać w dół, lub innymi wyciągami na wysokości 2.600. 2.700 oraz 2.850 (dwa razy wyżej niż szrenica).

nauders2017jednak te lata na szrenicy (koniec sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych) wspominam do dzisiaj z nutką roztkliwienia i nostalgii.
jako młody student waletowałem na obozach narciarskich, spałem na materacu dmuchanym w śpiworze na korytarzu schroniska na szrenicy i odżywiałem się “na sępa”, czyli tym co zostało w kuchni.
ha … to były czasy. byliśmy młodzi, mieliśmy kondycję, nie miewaliśmy kaca i mogliśmy trzy razy dziennie…

teraz z g. wypijaliśmy w nauders dziennie litr mleka na osobę, prosto od krowy, kupowanego codziennie u znajomych rolników.
ale było także piwo czeskie i austriackie, wina francuskie, polskie wino miodowe oraz austriacka wódka 35% z szyszek limby.
teraz nasze zawiasy “kwiczą” i skrzypią, i mogliśmy już tylko raz dziennie…
za 40 – 50 lat to i nauders będziemy wspominać z nostalgią.

nauders2017-3

podczas tej 15-minutowej jazdy gondolą, jako socjolog amator, miewałem wielce interesujące rozmowy:

– dwie studentki z finlandii – o finlandii – gdzie jeszcze nigdy nie byłem,

– małżeństwo z ukrainy – o kryzysie na ukrainie, oraz jak sobie radzą z niemieckim – nie znają, z angielskim – nie znają, no ale jakoś trafili aż do austrii,

– słowak z synem – milczał jak zaklęty, może mu polak odbił żonę,

– dwie dzierlatki z lublina – o pierdołach,

– małżeństwo (40 letnie) z warszawy – całkowite “desinteresse” do polityki,

– dwie pary małżeńskie piechurów z belgii (dziadków i babć w moim wieku) – żartowaliśmy i śmieliśmy się całe 15 minut, ja na początku rozmowy pochwaliłem liczne gatunki belgijskich piw i ogromną ilość knajp i piwiarni tamże, moja uwaga została przyjęta z dumą, gdy (z jakichś technicznych powodów) gondola zatrzymała się na moment, belgowie zagrozili mi, że jak to dłużej potrwa to zostanę zjedzony, ja zaoponowałem proponując, że zjemy najgrubszego,

– 78 letni dziadeczek z niemiec (obiecująca perspektywa) – gdy go spytałem jak mu idzie jeżdżenie na nartach, dziadeczek odpowiedział: ja już jestem w tym wieku, że nie muszę zdobywać żadnych sportowych sprawności, a wieczorem nie muszę się nikomu tłumaczyć ile razy i jak szybko zjeżdżałem, a żona?, ona już tylko spaceruje,

nauders2017-1

– młoda dziewczyna z austrii z dwójką dzieci – przedstawiłem się tym dzieciom jako mikołaj, który jest teraz na urlopie i zgolił dla niepoznaki brodę, następnie spytałem, jak się nazywają (johannes i mathilde) i ile mają lat (chłopiec pokazał 3 palce a dziewczynka 4), spytałem też, kim chcą być w przyszłości jak dorosną, chłopiec bez zastanowienia odpowiedział rolnikiem, a dziewczynka nie wiedziała. na moje konkretne zapytania: weterynariuszką, gospodynią domową, walczącą feministką; odpowiadała konsekwentnie nein. zaapelowałem do dzieci aby cały rok były grzeczne, to przyjdę do nich w grudniu z prezentami. obiecały mi to skwapliwie. ich mama uśmiechała się cały czas,

– młody 25 letni student z ju-es-ej (!!!) – jechaliśmy tylko we dwóch, miał na plecach przewieszoną amerykańską flagę (tak na oko – 70 cm x 150 cm), która powiewała mu później jak skrzydła u “batmana”, zabawna rozmowa: on student chemii – “tramp is krejzi”, o polskim nazwisku (jego przodkowie wyemigrowali w XVIII wieku z polskich terenów i pracowali w hucie szkła), podzielił i zaplanował swoje życie w przedziałach co 25 lat, po studiach chce iść na zawodowca do wojska, moją ironiczną uwagę “i produkować gazy bojowe” odebrał nie jako żart, a jako konstruktywną propozycję

– oraz wiele, wiele innych rozmów, ale już bardziej banalnych i zdawkowych.

no to, miejmy nadzieję, do następnego roku w nauders.

g.& r.

nauders2017-2

Zimą o zimach

Roman Brodowski

W tym roku zima jest wyjątkowo mroźna. Tak przynajmniej twierdzą synoptycy informujący nas o pogodzie. Miejscami (powiadają) temperatura spada nocą do minus dziesięciu stopni, a i w dzień utrzymuje się poniżej zera.

I co w tym dziwnego? Tak właśnie powinno być, bo zgodnie z prawem natury w naszej przestrzeni geograficznej okres zimowy to czas mrozu i śniegu. Taka pogoda ziemi, zwierzętom i ludziom przynosi więcej korzyści aniżeli strat. Z jednej strony ziemia pod śnieżnym przykryciem odpoczywa, regeneruje siły na kolejny płodny rok, z drugiej zaś mróz w sposób jak najbardziej naturalny redukuje nadmiar owadów, złożonych przez nich jesienią jaj oraz wszelakich groźnych dla zdrowia i przyrody pasożytów.

Niestety globalne ocieplenie, związane (także) z przemysłową dzialnością człowieka, negatywnie wpływa na atmosferę, zakłócając cykliczne następstwo pór roku.

Dzisiaj ze świecą szukać wśród młodzieży kogoś, kto mógł by opisać z autopsji, jak wygląda przedwiośnie czy też przedzimie. Niestety obecnie takie zjawiska atmosferyczno-astronomiczne w strefie naszego, umiarkowanego, klimatu, praktycznie są już niezauważalne.

Wiosna zlewa się z latem, lato z jesienią, a i zima coraz częściej bardziej przypomina deszczową, szarą jesień.

Zimy jakie pamiętam, zwłaszcza te z okresu mojego dzieciństwa, zawsze były i mroźne i śnieżne. Temperatura, począwszy od trzeciej dekady grudnia, a na pierwszej dekadzie marca skończywszy, w nocy rzadko kiedy była wyższa niż 10° poniżej zera, a bywało (i nie było to niczym nadzwyczajnym), że spadała do minus dwudziestu i więcej. Śnieg natomiast, jak poprószył w okresie wigilijnym, tak (zazwyczaj) pokrywał ziemię do końca lutego lub początku marca. Bywało, że w związku z niską temperaturą, odwoływano zajęcia w szkołach. Zgodnie z zaleceniem kuratora oświaty zamykano szkoły, gdy temperatura powietrza przez trzy dni utrzymywała się na poziomie – 15°C.

Z początkiem marca jak w zegarku, bez większego opóźnienia następowało wybudzanie się przyrody. Spod śniegu wychodziły zwiastuny przedwiośnia – krokusy, przebiśniegi, zawilce. Na wierzbach pojawiały się bazie, a w rzekach, potokach i na stawach topniała kra. Życie w przyrodzie powoli wracało do wiosennej normy.

Tak, tamte zimy były nieporównywalnie mroźniejsze niż tegoroczna.

Doskonale pamiętam tę w moim życiu najcięższą, zwaną „zimą stulecia”.

Polarny mróz zaatakował Polskę na przełomie 1978 i 1979 roku. To dziwne, ale tamte święta, święta Bożego Narodzenia nie zapowiadały niczego szczególnego. Ba, temperatura utrzymywała się w zimowej, grudniowej normie. Gwałtowny spadek temperatury nastąpił dopiero w nocy z 27 na 28 grudnia. Od północy nadszedł arktyczny front atmosferyczny sprowadzając masy zimnego powietrza. Deszcz zaczął przechodzić w śnieg, a gwałtowny wiatr powodował zaspy. W ciągu trzech dni mróz ogarnął cały kraj. Kilkudniowe, intensywne opady opady śniegu sparaliżowały komunikację. Na wielu odcinkach dróg kolejowych pękały szyny a na torach pojawiły się sięgające półtora metra śnieżne zaspy. Dodatkowo zawieje spowodowane przez silny, arktyczny wiatr utrudniały normalne funkcjonowanie społeczeństwa.

Ze wzgędu na utrudnienia w prawidłowym funkcjonowaniu państwa wprowadzono stan klęski żywiołowej. Temperatura powietrza w wielu miejscach osiągnęła wartości syberyjskie, w Białymstoku i Suwałkach zanotowano − 36 °C.

Zamknięto większość szkół, kin, teatrów i muzeów. Wstrzymywano lub ograniczano produkcję w fabrykach, tak z powodu braku energii elektrycznej, paliw i ciepła, jak i dlatego że wielu pracowników nie mogło dojechać do pracy. Codziennie na wiele godzin wyłączano prąd. Zaopatrzenie sklepów, które nawet przy sprzyjającej pogodzie było marne, zostało jeszcze bardziej ograniczone, tak że brakowało podstawowych artykułów. Składy opału oblegane były przez tłumy ludzi chcących kupić cokolwiek nadającego się do ogrzewania mieszkań, nawet niskokaloryczny miał węglowy..

Mieszkańcy zasypanych miast i wsi z pomocą wojska odśnieżali ulice chodniki, torowiska. Wszędzie widać było wysokie, białe zaspy śnieżne

Stare, polskie przysłowie, że „ gdy święta po wodzie, to nowy rok po lodzie” w tym przypadku spełniło się w stu procentach.

Przy okazji spełniło się także i inne, a mianowicie to, że „ przyjaciół poznaje się w biedzie”. Tak ,w tamtym dramatycznym dla wielu z nas czasie, pomagaliśmy sobie bezinteresownie, począwszy od naszego najbiższego kręgu przyjaciół, a na wspólnocie narodowej skończywszy.

W wyniku zagrożeń, jakie niosła ze sobą aura, potrafiliśmy się zjednoczyć, by przetrwać ciężkie dla nas chwile. Pamiętam, że na przystankach autobusowych, peronach oraz miejscach publicznie ogólnodostępnych poustawiano koksowniki – metalowe kosze z płonącym koksem, dla tych, którym doskwierał mróz. W wydzielonych miejscach (tak przynajmniej było w Bytomiu) stały tzw. garkuchnie z gorącą herbatą dla każdego, kto o nią poprosił. Dyrektor naszej kopalni, w której właśnie podjąłem pracę, wydelegował kilkadziesiąt osób do pomocy dla miasta przy odśnieżaniu ulic, usuwaniu częstych , spowodowanych przez mróz awarii ciepłowniczych czy też rozbijaniu w wagonach zamarzniętego węgla, przeznaczonego dla potrzeb społecznych. W całej Polsce setki zakładów pracy delegowały swoich pracowników dla potrzeb sztabów kryzysowych utworzonych na terenie wszystkich miast wojewódzkich. Pamiętam, że dział socjalny naszej kopalni wyasygnował kilka ton ziemniaków i jabłek dla swoich byłych pracowników, będących już na emeryturach. Wiem, bo sam wraz z innymi górnikami, rozwoziłem te produkty po domach.

Widziałem wielu żołnierzy, milicjantów, a nawet więźniów, pomagających przy usuwaniu skutków zimy. Pracowali mimo trzaskającego mrozu w miejscach, które wymagały ludzkiej siły, pomagając „innym” przetrwać ten ciężki okres, Ci „inni” zaś często podchodzili do nich, nie tylko z dobrym słowem, ale i z ciepłą strawą.

Tak, zimy w tamtym okresie były naprawdę długie, mroźne i śnieżne.

Jednak, tak jak to było podczas „zimy stulecia”, taka zima jednoczyła naród. W tamtej cholernej, komunistycznej rzeczywistości potrafiliśmy być dla siebie jedną, narodową rodziną.

Dodam może jeszcze, że podczas tamtej zimy, zmarzło na śmierć oficjalnie 18 do 25 0sób, nieoficjalnie – 45. W obecnych czasach natomiast, podczas nieporównywalnie łagodniejszych zim, umiera z wyziębienia około 150 biednych dusz.

Tak, w tej podłej komunie każdy musiał pracować i mieszkać, a eksmisje były zakazane, chyba że z zamianą na inny, zastępczy lokal. Dzisiaj natomiast, w naszym kapitalistyczno-demokratycznym raju, każdy może wyeksmitować ( a więc po prostu wyrzucić na bruk) każdego. Dlatego mamy obecnie w Polsce około 60 – 70 tysięcy bezdomnych. A ilu naszych rodaków, nie mających warunków do egzystencji w Ojczyźnie, żyje pod mostami Europy.

Zapraszam do Berlina.