Barataria 118 Don Kichot w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Tego Don Kichota spotkałam w ratuszu berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. Nawet nie sprawdzałam, kto to. Po prostu zrobiłam zdjęcie plakatu, bo te oczy, to spojrzenie, te zapadnięte policzki i siwy włos, siwy zarost, ten smutek… To Don Kichot tragiczny, Gustav Landauer, rówieśnik mojej prababki, szlachetny żydowski bojownik o wolność i sprawiedliwość społeczną, idealista, anarchista, pacyfista, polityk, działacz społeczny. Został brutalnie zamordowany w więzieniu w Stadelheim, dokładnie sto lat temu, 2 maja 1919 roku. Był też autorem, a jego teksty można uznać za teoretyczne uzasadnienie anarchizmu kulturowego. Po niemiecku znajdzie się w sieci sporo na jego temat, po polsku pisze o nim Wikipedia, podając też, że jest pradziadkiem amerykańskiego reżysera, Mike Nicholsa, tego który nakręcił Absolwenta z Dustinem Hoffmanem i zgarnął wszystkie możliwe nagrody przyznawane w branży filmowej.

Tragiczny Don Kichot. Kto by pomyślał, że najpierw był uważany za idiotę, a potem przez stulecia był figurą komiczną. Od mniej więcej stu lat jest tragiczny, postmodernizm zobaczył w nim figurę tragikomiczną, ale w operze (zapraszamy 30 maja na premierę do Deutsche Oper Berlin) w postaci smętnego rycerza objawi się to, co nas, mieszkańców nowego tysiąclecia najbardziej interesuje – nasz własny smutek.

Tu ten, który mi ten operowy fragment przysłał. Czyż on sam nie wygląda jak Don Kichot, gdy tak siedzi u mnie na balkonie i melancholijnie spogląda w dal, na kwitnące drzewa, gazometr, szpital na Westendzie Berlina, a może jeszcze dalej, na góry Harzu, Holandię, Kanał la Manche, Wyspy Brytyjskie (które wciąż jeszcze operowo spieszą, by wyjść, ale wszak są i są) i wreszcie poprzez mgliste wybrzeża Walii na Atlantyk…?

Ma stole placek z rabarbarem i doniczka kwitnących poziomek (dziękuję Eli Kargol, ale i Bergmann się kłania, a jakże), w kącie balkonu donica z rosnącą coraz wyżej malwą (wszystkie polskie mity wiejsko-sielsko-anielskie się kłaniają, a tymczasem na naszym osiedlu jeden z mieszkańców twierdzi, że to on przywiózł do nas malwy, których w Berlinie wcale nie ma, ale nad Morzem Północnym jest ich pełno, i to wszystko, co rośnie w naszych ogrodach i na naszych balkonach, to malwy, których przodkinie pamiętają Heinego…

Owinięte w obłok szary,
Drzemią w ciszy wielkie bogi,
Słyszę oddech ich ponury,
Wiatr po morzu dmie złowrogi.

Jakiż orkan! Jakie gromy!
Statki mkną na wpół strzaskane,
Któż uśmierzy te żywioły,
Fale morza zbuntowane!

Ja niemogę zakląć burzy,
Ni uśmierzyć morza trwogi,
Owinięty ciepłym płaszczem,
Zasnę — jak zasnęły bogi…

Ale też oczywiście, Heine potrafił i tak o tym morzu zimnym i burzliwym.

Nad morzem panienka stała,
tęsknie wzdychając bez końca,
tak ją głęboko wzruszała
kwestia zachodu słońca.

Dziewczyno, rzecz to nie nowa,
czemuż ta sztuczka cię razi?
Wszak ono z przodu się chowa,
a z tyłu znowu wyłazi.)

***

Następny DK też przyszedł do domu. Też miał na głowie czapeczkę zamiast hełmu, a na czapeczce koty. I też był smutny, choć próbował robić dobrą minę do zabawy z kotem domowym.

Reblog na niedzielę wyborczą

Dlaczego właśnie na niedzielę wyborczę? Bo wpis jest ewidentnie “światowy”, a tego nam w tę niedzielę wyborczą potrzeba… światowej wizji świata.

Wojciech Korsak

Dziś się dowiedziałem, że zmarł IM PEI – a prawie uwierzyłem, że będzie jednym z tych, których czas się nie ima. 102 lata… Wiek historii architektury. Jeszcze jedna wspaniała osoba, którą fotografowałem i która odeszła. Jestem świadomy, że nie wiecie, co robiłem w życiu. Nie dziwię się, nie lubię się chwalić (za bardzo ).
Pracowałem wówczas jako barman w Paryżu (Hotel Lenox przy ulicy l’Universite, Paryż dzielnica Łacińska). Pewnego wieczoru weszła dosyć ciekawa para. On wielki, dosyć obszerny z cygarem w ustach, ona drobniutka (może lepiej powiedzieć filigranowa?) z obszernym biustem. Okazało się, że to klienci naszego hotelu… Szybko się okazało się też, że trafili tutaj absolutnie przez przypadek bo… coś się pochrzaniło z rezerwacją w Hotel de Crillon! Rzadkie – biorąc pod uwagę, że to najdroższy hotel w Paryżu… Miałem wystawę zdjęć w barze i Domitilla (bo tak ma na imię) zwróciła na nie uwagę. Zapytała, czy nie zechciałbym zrobić zdjęć na Sycylii (stamtąd byli), bo jej dom wydawniczy (Novecento) przyznaje nagrodę IM Pei… Przede mną byli tam zatrudnieni tacy fotgrafowie jak JP Sieff i Frank Horvat. Pewnie nic Wam nie mówią te nazwiska… ale to światowa czołówka fotografów i to przez takie wielkie “F”. A gdzie mnie tam robaczkowi do tej elity? Myślałem, że to żart. Okazało się, że nie…. Wtedy nawet nie wiedziałem, kim do licha jest IM Pei??! Zrozumiałem dopiero wtedy, gdy Domitilla zaproponowała, że zorganizuje mi w Palermo wystawę zdjęć, które zrobiłem w Luwrze, gdy pracowałem jako restaurator rzeźb. (OK to też robiłem…) Wystawa miała się nazywać “Wokół Piramidy”… Zaczynacie rozumieć? No dobrze, żeby nie przynudzać – skończyło się na podpisaniu kontraktu na zrobienie reportażu (10 dni) na Sycylii plus wystawa w Palazzo Steri Palermo (wraz z Sieffem i Horwatem – których zdjęcia też tam były). Palazzo to jedno z najbardziej “topowych” miejsc w Palermo… Powiem szczerze, czułem się zakłopotany.
Gdy pracowałem przy renowacji rzeźb w Luwrze (en face Piramidy), nigdy nie pomyślałem (nawet by mi przez myśl nie przeszło!), że poznam i zakoleguję się z jej twórcą. Życie jest ciekawe…
Mogę dodać jeszcze, że zaprzyjaźniłem się też z koleżanką IM Peia, księżniczką Gaetaną Matisse (żona syna Matissa).
Z perspektywy czasu mam wrażenie, że to jakieś bajki. A jednak zdjęcia przywołują wspomnienia – nie będę wkraczał na grząski grunt teorii fotografii. Cholera – przypominają – są dwa moje z IM (słabo widoczna jest Domitilla, foty zrobione w jakiejś knajpie, przez nie pamiętam kogo). Oto one:

No cóż, lżejszy nie byłem, ale na pewno młodszy! A teraz dwie fotki: okładka książki, którą kupiłem, jak się dowiedziałem, kogo będę fotografować, i autograf Peia DLA MNIE! Ileż wspomnień powróciło!!

IM pisał do mi, że te zdjęcia, które zrobiłem jemu i jego żonie, są absolutnie unikatowe… Jej nigdy nie było na zdjęciach – jako dobra chińska małżonka zawsze byla z tyłu za nim… A ja mam ich oboje…


To moje ulubione zdjęcia IM Peia – RIP

IM (mówiliśmy aj em) a tak na prawdę to Ieoh Ming
Tutaj na tle moich zdjęć wystawionych w podziemiach (średniowiecznych) Palazzo Steri w Palermo.

No cóż, Tana Matisse odeszła, IM także, jego małżonka kilka lat wcześniej, Kawalerowicz, Kunc, Lebenstein, Kuncewicz, Jackiewicz, Meller… tylu ludzi, których miałem zaszczyt fotografować odeszło… Bycie fotografem to zaszczyt, ale i ciężkie doświadczenie. Jeżeli związujemy się ze swoimi modelami, to zawsze część z nich zostaje w nas. Są we mnie. Pozdrawiam ich…

PS od admninistratorki: A to praca IM w Berlinie, zaplecze Muzeum Historycznego przy słynnej ulicy Unter der Linden

PS 2:

No niestety, nawet magia wielkiego chińskiego architekta, z którym zaprzyjaźnił się w Paryżu polski fotograf, nie pomogła. Oto wyniki wyborów – omg, jacy my jesteśmy zaściankowi!

Teatr Gdańska w Berlinie

I uwaga – nie jest to teatr z Gdańska, a tak mi cały czas sugeruje wujaszek Google. Wręcz przeciwnie, przybywa z niemieckiego “Zachodu”, z Oberhausen, gdzie na rynku (Altmarkt 3) znajduje się restauracja Gdańska, która wykazuje sią niezwykłymi inicjatywami polonijnymi. Pamiętam organizowane w Oberhausen noce poezji, a jestem pewna, że to restauracja patronowała odjechanej imprezie gitarowej – najwięcej na świecie gitarzystów, którzy razem grali Hej Jude (o ile pamiętam, rzecz  się udała i Polacy z Oberhausen weszli do księgi Guinessa).  Nigdy nie byłam Oberhausen, znam natomiast aktywnie udzielającego się tam Polaka – Leonarda Paszka i być może się mylę, ale wydaje mi się, że to on jest tym zaczynem i zarzewiem…

Tak się Restauracja Gdańska reklamuje w internecie.

Na zdjęciu wygląda dobrze. Pogoda jest dobra, przyjemny wieczór, wszystkie stoliki zajęte, właściciel szuka ludzi do pracy. Może oni tam mają lepsze powietrze w Oberhausen niż my tu w Berlinie. Pierogarnia zlikwidowana, Filafood zlikwidowany, Stary Kraków dawno zamknął podwoje…

Przy restauracji działa hotelik, a gdzie my w Berlinie mamy polski hotelik? No ale my mamy blisko do Polski, a z Oberhausen, które leży w zagłębiu Rury, do granicy z Polską jest 600 kilometrów. Może jak jest daleko, to trzeba się bardziej starać.

Mają polski teatr (my mamy trzy, to prawda) i z polską komedią obyczajową z lat 90 przyjeżdżają dziś do Berlina. Twierdzą, że jest nadal jak najbardziej na czasie. Piszą o sobie bez fałszywej skromności, że czeka nas “wspaniała zabawa, ubaw po pachy, ale również refleksja nad polską zaściankowością”. Grają po polsku.

A nieoceniony Leonard Paszek również gra. Czego ten człowiek już nie robił? To ten owinięty w kołdrę na łóżku…

Czy ktoś chciał się ze mną ostatnio spotkać i okazało się, że nie mam czasu lub nie możemy znaleźć pasującego terminu – to spotkajmy się w teatrze, mam nadzieję, że będę miała czas 🙂

Urodziny jabłonki

Teresa Rudolf

Urodziny Jabłonki

A wczoraj urodziła się,
urodziła się Jabłonka..
Od razu wstała na nogi
i zatańczyła…

Wszystko dookoła
śpiewało z zachwytu,
wszystkie kwiaty, ptaki,
cała przyroda…

Świat zaczął świętować,
nie wiedziała, co to znaczy,
wiedziała tylko, że jest
i to jej wystarczyło.

Świat zapisał w pamięci
dzień urodzin, imię Jabłonka,
wzrost, waga i że słońce
świeciło dość mocno…

A ona tańczyła i tańczyła,
aż przyszedł człowiek
i powiedział, za trzy lata
bedą  już jabłka…

Piękna jabłonka pytała,
co to jabłka, nieważne
tańcz, mówił człowiek,
na razie tańcz w słońcu.

Słowa

Są słowa ciepłe jakby
słońce o poranku,
jak czyjaś ręka
gotowa do uścisku.

Są też słowa jakby
spojrzenia miłosne,
nieśmiałe, wyszeptane
ustami serca i duszy.

Są słowa jak ramiona
otwarte, bezpieczne,
dodające nawet śmierci
otuchy, jak niebo.

Są i też słowa zimne, jak
głazy w lodowatej rzece,
świdrujące, trzeszczące,
lód łamany zimą srogą…

Słowa tylko mówione,
pisane, wykrzykiwane, lub
jakby wysyczane przez węża,
śmiercionośne i trujące.

Są i słowa jak kule, nagłe
strzały i te jak “cegły z dachu
na głowę, nawet w kościele”,
słowa zagłady, ruiny i wojny.

Słowa, władza to wielka bogów,
cesarzy, królów, czarodziei,
ratowników życia, cudotwórców,
i podłych rabusiów i morderców.

I tę władzę możesz mieć
Ty i Ty, on i ona i JA.
Uważajmy na siebie,
uważajmy na innych…

Kino

W snach przychodziła
do niej miłość, lekka
i kolorowa, pachnąca
wiosną, latem i grzechem.

W snach przychodziła
do niej żałoba za kotem,
który siedział wczoraj,
jeszcze na poduszce,

a dziś go nie mogła
nigdzie już znaleźć,

W snach przychodziła
do niej jakaś bardzo
stara przyjaźń, z siwymi
dziś włosami i o laseczce.

W snach przychodziła
do niej jakaś inna
muzyka i instrumenty
nieznane, przedziwne.

Pomyślała kiedyś, ach,
ach, to śni mi się
przecież, ciągle
i ciągle jakieś KINO!

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Reblog: Kot, obraz i poetka

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Wpis z nieistniejącego już bloga “Jak udusić kurę…”, opublikowany w dniu pogrzebu Wisławy Szymborskiej, 9 lutego 2012 roku. Nie ma żadnej rocznicy i żadnego powodu, by ten wpis opublikować dziś i właśnie dlatego go publikuję.

Henriette-Ronner-Knip-Cat

Umrzeć – tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.

Dziś w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim pochowana zostanie Wisława Szymborska. W ostatniej drodze wielkiej poetce towarzyszyć będą przyjaciele, wielbiciele i myśli tych, którzy nie mogą tam być…

Wszystkim pozostaną wiersze, w tym „Kot w pustym mieszkaniu”. Moim zdaniem to jeden z najpiękniejszych wierszy Szymborskiej, opowiadający prostymi słowami, prostymi obrazami, w sposób przeszywający duszę o wielkim bólu tych, którzy pozostają, o nie godzeniu się i nierozumieniu przez najbliższych, że ktoś odchodzi na zawsze.

Po tych co odchodzą pozostają wspomnienia. Ja miałam niezwykłe szczęście, że byłam tam, gdzie powinno się było być podczas kulminacji uroczystości, nazwanych przez poetkę „tragedią sztokholmską”. Byłam w gronie osób, którym dane było wysłuchać na żywo jej niezwykłego wykładu wygłoszonego w gmachu Starej Giełdy dla członków Akademii Noblowskiej, byłam w Filharmonii Narodowej, gdy z rąk króla Karola XVI Gustawa odbierała medal. Mam z tamtego czasu niezwykłą pamiątkę – tomik wierszy poetki po szwedzku z autografem i datą 9.12.1996.

W ostatnich dniach wiele można było usłyszeć i przeczytać o tym, jaką poetką, jaką osobą, była Wisława Szymborska. Przypomniano m.in., że bardzo lubiła malarstwo. Jej ulubionym malarzem był Vermeer, a ulubionym obrazem Vermeera – „Dziewczyna nalewająca mleko”. Kiedyś nawet powiedziała, że istnienie tego obrazu jest wystarczającym powodem, by świat istniał dalej…

Vermeer van Delft, Milkmaid

Moja nieżyjąca od wielu, wielu lat babcia mówiła, że na smutek, a także na przeziębienie, najlepsze jest gorące mleko. Zróbmy więc sobie kubek gorącego mleka i pijąc je pomyślmy o poetce, o malarzu i o dziewczynie nalewającej mleko.

Potrzebne nam są:
– 1 i ½ szklanki mleka
– szczypta cynamonu
– łyżka miodu
– łyżeczka masła

Do garnuszka/rondelka, w którym będziemy podgrzewać mleko wlewamy najpierw łyżeczkę lub dwie wody, dopiero wtedy wlewamy mleko (nie mieszamy). Mleko podgrzewamy powoli na niewielkim ogniu. Gdy będzie już ciepłe, dodajemy miód, masło i cynamon. Gdy masło rozpuści się, mieszamy. Podajemy gorące, ale zdejmujemy z kuchenki nim zacznie kipieć. Wlewamy do kubka, przelewając przez sitko.

400 godzin

Ewa Maria Slaska

Stoję za drzwiami…

Pisałam już, acz przyznaję – po niemiecku – że wielkie wrażenie zrobiło na mnie motto filmu Marka Koterskiego “7 uczuć”: Dzieciństwo to 5000 dni, a pamiętamy z nich około 400 godzin. To zdanie Andrzeja Samsona, nieżyjącego już, kontrowersyjnego psychoanalityka i psychoterapeuty, człowieka uważanego za coś w rodzaju boga polskiej psychoanalizy, który z powodu pedofilii spadł z wyżyn na samo dno, choć sąd nigdy nie zdołał do końca ustalić, ile w tym, co zarzucano Samsonowi, było prawdą (do niektórych działań sam się zresztą przyznał), ile przypuszczeniem, a ile wierutnym kłamstwem. Piszę tu o Samsonie, tylko dlatego że to on powiedział to zdanie i gdybym nie napisała, co się zwykłemu odbiorcy wiadomości kojarzy z tym imieniem i nazwiskiem, to któryś z czytelników mógłby mi zarzucić, że cytuję go, a to wstrętny pedofil (to teraz, nareszcie, bardzo wrażliwy i drażliwy temat), albo przeciwnie – piszę, że pedofil, a przecież wcale… Nie, pedofilia nie jest mi obojętna, nie, nie usprawiedliwiam i nie oskarżam bezpodstawnie, ale w tym co dziś piszę w ogóle nie chodzi mi o to, nie chodzi mi o Samsona, nie chodzi mi o 7 uczuć, chodzi mi tylko o te 400 godzin, które pamiętamy z 14 lat życia. 24000 minut. Każdy epizod, który pamiętamy to na pewno nie więcej niż 3 minuty czyli 8 tysięcy epizodów. A to już wielka powieść, na 8 tysięcy epizodów. Komedia. Boska, nieboska, ludzka… Sprawdzam jakość mojej pamięci na okresie przedszkolnym. Szkołę pamiętam już zupełnie dobrze, ale przedszkole niemal nie istnieje.

Dom

Urodziła się moja siostra. W pokoju w blaszanej wanience odbywa się pierwsza kąpiel. Ja stoję za drzwiami.

Przedszkole

Umarł Stalin. Stoimy w przedszkolu na baczność.

Siedzimy w kółko, każde dziecko na swoim nocniku. Naprzeciwko mnie chłopak, w którym się kocham, Andrzej Jagodziński (ale nie TEN).

Siedzę przy stole i żuję mięso. Wszystkie inne dzieci się bawią, tylko ja tak siedzę. Nie wolno mi wstać, dopóki nie zjem. Ale  nie zjem.

Za murem willi, gdzie mieści się biblioteka pani Kowalskiej rośnie miłorząb japoński. Karusia, moja cioteczna babka, pokazuje mi liść i mówi, że to niby liść, ale tak naprawdę sklejone szpilki. Teraz każdy wie, ale wtedy raczej nie.

Rozdzieram sobie skórę na dłoni, gdy próbuję podskoczyć i ułamać gałązkę rokitnika. Oczywiście mi się nie udaje i spadam.

Karusia uprawia ogród za domem. Kwitną piękne kwiaty, lilie smolinosy, irysy (do dziś bardzo lubię irysy); chowam się w krzakach koło płotu do konsulatu szwedzkiego, próbuję tam posadzić zawilce, które przyniosłam z wycieczki do lasu.

Panie przedszkolanki zawiązały mi prawe oko, żeby sprawdzić, czy to prawda, że nic nie widzę na lewe. Nic nie widzę, uderzam głową o framugę.

W Akademii Medycznej badają mi wzrok. Na czarnym tle migają świetlne zajączki.

Wyłączono prąd. Babcia mówi nam z pamięci wiersz Konopnickiej o rzece. Oj ty rzeko, oj ty sina, lody tobie nie nowina…

Idziemy do fotoplastikonu. Za szybkami pokazują się kolejne bladoniebieskie pocztówki. Byłam dorosła, jak dowiedziałam się, że inni widzą w fotoplastikone trójwymiarowe obrazki.

Panie zaprowadziły mnie do kuchni i pokazały kucharkom mój pierwszy siwy włos.

Mamy przynieść do szkoły wianki. Wszystkie dziewczynki mają wianki z kwiatów, ja – z liści dębu.

Zdechł Merdek, nasz czarno-biały kot; sąsiadka znalazła go w klatce na króliki. Króliki były jej, nasz był kot. Klatki stały też koło płotu, przed wejściem do ogrodu, który uprawia Karusia.

Pomiędzy dwoma drzewami czerwonego głogu na stalowej rurze wisi huśtawka. Latem wszyscy możemy się po kolei huśtać, ale są dzieci, które umieją wzlatywać bardzo wysoko i prawie stanąć na głowie. Ja nie potrafię.

W przedszkolu jest remont, przenoszą nas do innego przedszkola, pod lasem, nad stawem. Moja siostra też już chodzi do przedszkola. Bawimy się we dwie nad stawem. Przy brzegu kołysze się w wodzie drewniana skrzynka. To mogłaby być tratwa. Niestety siostra potyka się i wpada do wody, a ja ją wyciągam. Coś w rodzaju czynu bohaterskiego, ale wstydzę się i do dziś jest mi głupio, gdy o tym myślę. Może było w tym zdarzeniu coś więcej?

Na choince wiszą szóstki. Kiedyś, ale znacznie później, dowiedziałam się, że to z okazji zakończenia planu sześcioletniego.

Ojciec gra w tenisa. Ja siedzę za płotem, czekam na niego i patrzę. Ojciec umie grać w tenisa, ja nie potrafię.

Koniec przedszkola, mam siedem lat, jadę na pierwsze kolonie letnie (mam granatową bluzę-fartuch z satyny, z przypiętą czerwoną kokardką), a po powrocie idę do szkoły.

I to by było na tyle. 18 wspomnień. Wydaje mi się, że nic więcej nie pamiętam. Każdy inny epizod, gdy go wyciągnę i otrząsnę z kurzu, okaże się jednak wspomnieniem z czasów szkolnych. Przedszkola niemal nie ma.

Dotychczas zawsze myślałam, że  moim najdawniejszym wspomnieniem jest śmierć Stalina. Ale to nieprawda. Stalin umarł w marcu 1953 roku, a moja siostra urodziła się dwa miesiące wcześniej, w styczniu. To jej pierwsza kąpiel w domu jest moim najdawniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.

Stoję za drzwiami. Nikt mnie tam nie odesłał. Sama się tam ustawiłam. I tak stoję…*

Stavanger Nomada Gołąb

Ewa Maria Slaska

Czytelnikom tego bloga tytułowe zestawienie słów jest już nieobce. Kilkakrotnie poświęcałam tu wpisy tym wierszom.

Czy znasz norweski czy nie, z książki wydanej po polsku nie dowiesz się, człowieku, więcej o tym polskim poecie, który mieszka w Stavanger, nazywa się Sylwester Gołąb, urodził się w roku 1980 w Kamiennej Górze, kiedyś wydał tomik poetycki Garda, a potem Nomadę.

Stavanger każdy Polak skądś zna, z jakiegoś filmu, norweskiego kryminału czy norweskiej książki kucharskiej, Stavanger, miejsce, gdzie na pewno jest zimno, gdzie produkowano konserwy rybne, ale miasto było tu już w XII wieku.

Zanim jednak napiszę coś o tych wierszach i tym poecie, zacytuję wiersz, który przecież nie dotyczy nas i naszej rodziny, ale…

Za Boguckim polem

wbijam palce do zgięcia w śnieg ze żwiru
albo żegnam ostatni wagon
do Wwy do Mławy na jakąś choćby pozłacaną plażę
gdzie w konkordatowym konkubinacie
dobiją wszystkie marzanny
z olejkiem do rozsmarowania z mleczem we włosach

z kalką ze skóry pod pręgierzem
niech się nam prostuje świat jak loki niech rosną dzieci
do chwili gdy pomrą w drodze do Wwy w drodze do Mławy
na jakąś choćby pozłacaną plażę gdzie odcisną dłonie
zapracują na chwałę pokoleń ugodzą grotem
ojców łuskających powietrze w dzienniki
spuszczających psa na okrążenie osi
odpowiadających polom brzytwy machnięciem

Za Boguckim polem, tak, nie, nie wiem, dlaczego Boguckim polem a nie Boguckich polem, a jeśli to przymiotnik to dlaczego Boguckim z dużej litery, skoro nawet cmentarz boże pole pisze się z małej litery, i co poecie do mnie, to mój ojciec był Bogucki, jego nazywał się (pewnie) Gołąb, i to ja pisałam wiersze o moim ojcu, a on niech pisze o swoim…

Zresztą ten ojciec jest być może i tu, albo jego ojciec lub dziadek…

Co tam Ojciec, Dziadek… Akwarium.

Zaskakuje w tych wierszach surowa jak Stavanger prostota. Chcę wierzyć, że poeta jest surowy i stąd takie a nie inne wybrał miejsce do mieszkania. Choć oczywiście być może był subtelnym wrażliwcem, a to miejsce, od którego poharatał sobie palce, sprawiło, że pisze prosto, a każda linijka jest jak ślad po pługu. A zatem nie mogę już nic z tym zrobić, muszę przypomnieć wiersz Seamusa Heaneya i od razu, zanim go przeczytacie, powiedzieć – to nie tak, to nie tu motyka ojca a tu pióro syna, to tak, że piórem orze się pole, żeby wyrośli ludzie z kamienia i spuścili ci łomot. Ojciec mu mówił, że tak będzie.

W imię ojca, i syna, i córki… Oczywiście mnie mój ojciec nie mówił nic takiego, ale w końcu byłam córką a nie synem, mnie mówił, szanuj głupców, bo oni są w większości, ale robił inaczej niż mówił, i nauczyłam się, żeby nie robić tak jak on mówi, tylko tak jak robi, ale ponieważ umiem tylko mówić, mówię tak jak on robił, nie szanując głupców, którzy są w większości. A oni są najlepsi i żaden sąd ich nie skaże.

Gusła

człowieku
w każdym miejscu w którym krzyżują się
wir z szumem
wypalony zostaniesz jak drewno
jak Aniela Mrowcowa nad głowami dzieci uniesiesz popiół
i nie powstanie więcej żadna zasada ani odczyn więc
przylgniesz do bezdroży jak do szczęścia
czekając na zmrok od czeskiej strony Karkonoszy

I mam za swoje. Łomot. I nawet wypalona jak drewno wbijesz palce w żwir biały jak śnieg, żeby wyciszać kuchnię potencjometrem radia i udawać… Na szczęście mnie już niedługo…

Już tu publikowałam ten wiersz, ale robi on na mnie nieodmiennie wrażenie i ile razy go czytam, widzę tam, po czeskiej stronie, lodowate pola, zimny ostry wiatr, białe pola we mgle i na horyzoncie stada setek saren. I nie zabijasz, bo

ponoć gdy zabijasz stworzenie w zielonym gąszczu
dotykasz źrenic Pana Pól

                            Lindenau

I wreszcie tytułowy Nomada, wiersz dla nas, nie śpiących po nocach ludzi z pogranicza komuny i wolności, Polski i reszty świata, tym którym na progu świat z każdej strony spuści łomot

o każdą rzecz ubiegamy się w kolejkach
i po dwa razy gubimy w życiu
jedziemy przez Opole
wieziemy piec
naszepę ziemniaków wydartych ziemi
za parę lat skończy się ojczyzna ludowa
ojciec umrze na nocnej zmianie
przyniosą nam jego skórzany pasek neseser
nadgryzioną kanapką z ogórkiem
naniosą pyłu nie domkną drzwi zaprowadzą do prosektorium
z okna obserwowaś bądę budynki
zakładu przeróbki
szyb przebijających półmrok
dwusziestą pierwszą gwiazdę nowej konstelacji

a tymczasem jedziemy przez budzące się Gliwice
dom opuszczony przez Hackmanów
dom opuszczony przez nas stoi u podnóża wulkanu


Kupcie sobie koniecznie te wiersze. Sylwester Gołąb, Nomada, Poznań 2018, Biblioteka Poezji Współczesnej tom 167, ISBN  978-83-65772-38-1. A jak w księgarni (już? w ogóle? jeszcze?) nie będzie, to napiszcie do wydawcy – może ma pod biurkiem zapakowaną w szary papier paczkę i wyjmie z niej tę książeczkę, i powie Zenkowi, żeby zapakował i skoczył na pocztę… wydawnictwo@wbp.poznan.pl

Papież, ubogi Żyd Lejzor i szwedzka królowa

Od adminki: Sam nasz autor przyznaje, że spóźnił się z tym wpisem, bo nie tylko, że minął już tegoroczny karnawał, ale i Wielki Post za nami, i Wielkanoc katolicka, a nawet i prawosławna, i powodu nie ma już nijakiego, żeby ten post (jakież trafne słowo!) opublikować i chyba przyjdzie nam poczekać do przyszłego roku, ale ja, wzorem google’a, postanowiłam zignorować brak okazji i stworzyć ją sama. Otóż, skoro w Baratarii pojawił się, i to na wiele tygodni, wątek Sancho Pansy jako Karnawałowego Króla (np. TU), rozważania o walce z karnawałem też mogą zostać zaliczone do baratarystyki. A skoro mogły, to zostały zaliczone.

Ponadto Autor odkrył, że 20 maja – urodziny Mosze Dajana – to też dobre skojarzenie.

Lech Milewski

W Rzymie odbywał się karnawał.
Jakie to, mówiąc nawiasem, smaczne święto! U nas w Homlu telegrafista Zacharow uczęstował mnie takimi blinami, żem o mało co nie uwierzył w to całe jego opium ze śmietaną. Ale jasne, że w każdym kraju ludzie świętują to na swój sposób. W Rzymie po prostu wariowali (…) a wszyscy skakali i wszyscy grali na trąbach, i wszyscy tańczyli tańce rzymskich mniejszości. O kobietach to nawet nie będę panu gadał (…)
Ja tylko panu powiem, że kobiety miały pełne witryny. Co za banany powystawiały one na zewnątrz! Postawmy tu tysiąc kropek…
Oni skakali, śpiewali, całowali się, ale największy szlagier miał dopiero nastąpić. Ja już panu powiedziałem, że w Rzymie mieszkali także Żydzi. To oczywiście bezczelność:  Żydzi ośmielają się mieszkać w tym samym mieście co papież. Cóż jednak począć (…)
Ponieważ papież lubił karnawał więc wymyślił nadzwyczajną sztuczkę: niech Żydzi dostarczą jednego wyścigowca, żeby się wszyscy uśmieli. Niech ten nieszczęsny wyścigowiec obiegnie w karnawale trzy razy dokoła miasta i niech sobie cwałuje na golasa, papież zaś wraz ze swoimi słoniami i damami będzie siedzieć na złotych stołkach i śmiać się na całe gardło.
Jak to się mówi: dla jednego zapusty, a dla drugiego galop na brzuch pusty. Zebrali się Żydzi na postna konferencję: kto będzie tym zamęczonym koniem?

Żydzi bywają rozmaici: jedni nawet na brzuchu mają karaty, a inni tylko bezpłatne łzy. Na przykład ja leżę już na jedenastych drzazgach, a jakiś tam Rotszyld wcina teraz pewnie kozę. W Rzymie również byli kupcy pierwszej gildii, i żebracy z cmentarza, co za kawałek chleba ronią wiadra łez nad każdym wyznaczonym grobem. Któż więc ma cwałować wokół miasta?
Ma się rozumieć, że nie rabin – to przecież mąż uczony i bez niego wszyscy zgłupieją; ma się rozumieć, że nie rzymski Rotszyld – któż, gdyby go zabrakło, będzie raz do roku karmił żebraków zlewkami z kuchni?
Każdy Żyd wysupływał złotą monetę, żeby tylko nie cwałować, dawali i biedacy, bo przecież warto sprzedać szabasowe lichtarze czy surdut albo nawet poduszkę, żeby tylko nie umrzeć na golasa przed zwariowanymi słoniami. Ale się znalazł jeden nieszczęśliwy krawiec, który nie miał ani surduta, ani lichtarzy, ani puchowej poduszki, ani jedwabnego tałesu. On miał tylko żonę, sześcioro dzieci i odpowiednie zmartwienie, a tego nie da się wymienić na odpowiednia monetę. Nazywał się ten krawiec, mam wrażenie, Lejzor  (…)
Nadeszła chwila zapowiadanych wyścigów. Papież przeżegnał się, wychylił jeszcze jedną ćwiartkę wina i wdrapał się na swój stołek, dokoła zaś porozsiadali się różni kapłani oraz ślicznotki z witrynami i po prostu różne malowane łobuzy. Byli to ludzie nabożni, a z nimi sam papież – i dlatego oni wszędzie porozwieszali wizerunki waszego miłosiernego Boga. Wizerunki były zrobione ze złota, ze srebra, z brylantów za cały milion rubli, żeby wszyscy wiedzieli jacy oni hojni i jakiego mają luksusowego Boga. Siedzi sobie papież cały w aksamitach, a nad nim olbrzymi krzyż wprost od jubilera, na krzyżu Chrystus – nie żeby tam pozłacany czy dęty, nie – z masywnego złota całkiem nadzwyczajnej próby. Coś pięknego!

Gdzież jednak, mówiąc nawiasem, ten ludzki wyścigowiec?
Przyprowadzono więc Lejzora, a za nim przyszła żona i cała szóstka dzieci i wszyscy oni okropnie krzyczeli. Wszakże nawet małe dziecko rozumie, że nie można bez wytchnienia oblecieć trzy razy dokoła Rzymu, a niech się tylko przystanie, to natychmiast stajenni papieża zaczynają człowieka ćwiczyć batami. Czyli, że to jest tyle, co iść na pewną śmierć. Lejzor zaczął  ściągać ze sto razy łatane spodnie. Papieża ze śmiechu aż rozbolał brzuch… Widowiski było dość wesołe, bowiem taki nieszczęśnik w spodniach to już niezły kawał, bez spodni zaś – prawdziwie do rozpuku (…)
Lejzor siadł na kamieniu. Objął swe gołe kolana i jeszcze raz westchnął, ale tak westchnął, że wicher wionął przez calutki Rzym: to on się tak żegnał z życiem. A potem to on naturalnie wstał i pobiegł truchtem jak stara szkapa (…)
Tak obleciał jeden raz dokoła Rzymu. Już z trudem unosił nogi i stajenni coraz częściej podcinali go biczami, tak że jego ciało spływało krwią. Ale wszak trzeba było obiec jeszcze dwa razy i Lejzor wiedział, że nie obiegnie (…)
Padł na ziemię i zaczął oczekiwać śmierci. Wtedy właśnie zdarzył mu się ten bezwzględny przesąd.

On raptem widzi, że drogą cwałuje nagi Żyd i że to wcale nie on, Lejzor, tylko jakiś inny Żyd. Co znowu za kawały? Przecież wszyscy Żydzi wykupili się od wyścigu. Przygląda się więc Lejzor temu innemu Żydowi i dziwi się coraz mocniej: “Przecież on jest do mnie podobny, też skóra i kości i pot leje się gradem, i we krwi cały, i też bródka dygocze, że od razu widać: kaput. Ale oczy to ma chyba nie moje i nos innego kształtu. Czyli że to nie ja tylko inny Żyd. Więc ktoż by to mógł być?”…
To z pewnością inny Żyd. I Lejzor go zapytuje:
“Skąd się tu pan wziąłeś? Pan ma znajomą twarz, zdaje mi się, że już pana widziałem, ale ja przecież nie mogłem widzieć, bo ja nigdy nie wyjeżdżałem z Rzymu. A może ja już umarłem i mnie się to tylko śni? I dlaczego to pan cwałuje, kiedy powinienem biegać ja?”
Wtedy ten drugi Żyd mówi do Lejzora:
“Nazywam się Jehoszua i pan mnie nie może znać, ponieważ ja już dawno umarłem, a pan jeszcze żyjesz. Jednak się panu wydaje, że mnie pan zna, boś pan z pewnością widział moje wizerunki. Oni mnie nazywają najśmieszniejszymi słowami, ale ja zaraz panu powiem, kto ja jestem: jestem biednym Żydem. Pan wprawdzie jesteś krawcem, a ja byłem cieślą, ale my się zrozumiemy. Ja pragnąłem, aby na ziemi panowała całkowita prawda. Któryż biedak nie pragnie tego? Ja przecież wiedziałem, że rabin wypowiada mądre słowa i że Rotszyld zjada kaczkę, i że nie ma na ziemi ani sprawiedliwości, ani miłości, ani najzwyklejszego szczęścia (…)
Ja lubiłem, Lejzorze, gdy przygrzewało słońce i gdy śmiały się dzieci, i gdy wszystkim ludziom było dobrze, kiedy wszyscy pili wino, uśmiechali się do siebie, kiedy paliły się szabasowe świece, a na stole leżał rumiany bochen chleba. Ale któryż nędzarz tego nie lubi? Więc mnie wpierw, naturalnie, zabito, a teraz mi nie dają spokojnie leżeć w ziemi (…)
Ja sobie leżę w ziemi i nagle widzę tego rzymskiego papieża. On śmieje się wraz z poprzebieranymi łotrami i obmyśla pańską wesołą śmierć, i cóż – wisi nad nim mój złoty wizerunek, a ja to widzę poprzez cmentarną ziemię. Wtedy przybiegam tutaj i oto pan musisz umrzeć, bo ja marzyłem o całkowitym szczęściu. Biada mi! Biada! Oni powiadają, że jestem wszechmocny. Czy widziałeś pan kiedy biednego Żyda, który by wszystko mógł? Toż gdybym mógł tylko połowę wszystkiego, toż czyżbym nie wykrzyknął: “Dość”! Czyż Rotszyld zjadałby wtedy wszystkie kaczki, czy papież siedziałby na złotym stołku, a pan biegałby dokoła Rzymu? Ja mogę tylko nie mieć chwili spokoju. Ja mogę tylko w dzień i w nocy biec krwawym cieniem, tak jak biegł dzisiaj pan”.
Wówczas Lejzor uniósł się i uściskał tamtego Żyda: “Ja pana żałuję, cieślo Jehoszua, ja przecież już teraz wiem, co to znaczy biegać. Ale ja panu jedno powiem: dzisiaj może pan odpocząć, dzisiaj może pan spokojnie leżeć w swoim grobie. Po cóż mamy biegać we dwójkę? Dzisiaj biegam ja za pana i za siebie”.
Ale martwy Żyd tak odpowiedział Lejzorowi:
“Nie, pan jeszcze może żyć, pan masz sześcioro dzieci, to nie żarty. Wydaje mi się, że nam uda się ich podejść. Nie będą się przygladali naszym nosom, a z daleka jesteśmy do siebie podobni. Więc niechże pan sobie leży w tej głębokiej rozpadlinie, a ja tymczasem obiegnę dwa razy dokoła Rzymu. Niech się pan ze mną nie kłóci: przecież ja i tak będę musiał zaraz gdzieś pędzić, jak nie tu, to w jakimś innym miescie, ponieważ oni z pewnością teraz znów kogoś zabijają i wymawiają przy tym moje imię, żebym ja tylko nie mógł spokojnie leżeć”.
Rzekłszy to popędził wokół miasta i stajenni siekli go batami, i kpiły z niego wszystkie bezwstydne słonie.
………..
Paryż, kwiecień-październik 1927

Ilja Erenburg – Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca
Tłumaczenie: Maria Popowska. Czytelnik 1957

Fakty.
W czasach chrześcijańskich pogańskie saturnalia zostały zastąpione karnawałem – carni vale – czyli pożegnanie z mięsem.
W Rzymie, w X wieku centrum zabawy było Testaccio – miejsce gdzie w dawnych czasach znajdowały się bazary.
Ładowano wozy pełne świń (niektóre źródła podają: dzików), które byki wciągały na szczyt Monte Testaccio. Po czym zrzucano wozy z góry, a biedne prosiaczki spadały w przepaść, roztrzaskując się żywcem. Oszalały lud rzucał się na resztki zwierząt, rozszarpując mięso na kawałki nawet z na wpół żywej zwierzyny i w podskokach wędrował na Piazza Navona, gdzie upijał się do nieprzytomności.

W 1464 roku na Stolicy Apostolskiej zasiada Paweł II Barbo, wenecjanin, papież słynący z zamiłowania do luksusu i zbytku. To on postanawia przywrócić ludowi rzymskiemu igrzyska. Przenosi karnawał z Testaccio do centrum, aby wypromować nowo wybudowany Pałac Wenecki. Z jego balkonu ogląda wyścigi ludzi i zwierząt (stąd nazwa dzisiejszej Via del Corso).
Karnawał rzymski trwał zwykle osiem dni, aż do Tłustego Wtorku (Martedì Grasso).
Wyścigi miały ustalony harmonogram. I tak:
W pierwszy poniedziałek biegli Żydzi, których celowo zmuszano do jedzenia tuż przed biegiem, aby uczynić go trudniejszym.
W pierwszy wtorek biegły dzieci chrześcijańskie.
W środę odbywał się bieg młodzieży chrześcijańskiej.
Tłusty Czwartek biegli starcy po sześdziesiątce.
Drugi poniedziałek biegły osły.
Na zakończenie karnawału odbywał się wyścig byków.

Zawodnicy musieli pokonać dystans 1,5 km, od Porta Flaminia przy Piazza del Popolo do Pałacu Weneckiego, przy obecności dzikiej publiczności rzymskiej, obrzucającej biegaczy, zwłaszcza Żydów, błotem i kopniakami.
Źródło – KLIK.

Jewish Encyklopedia – KLIK – uzupełnia:
Żydzi po raz pierwszy wzięli udział w wyścigach w 1466 roku. Prawo nakazywało Żydom zapłacić daninę 1100 florenów jako subwencję wyścigów.
W pierwszych latach Żydzi lubili tę imprezę. Z czasem jednak zostawali poddawani przez publiczność różnym okrucieństwom. Kulminacja nastąpiła w 1547 roku, gdy żydowski biegacz umarł podczas wyścigu.

W roku 1668 papież Klemens IX zlikwidował bieg Żydów – KLIK.

A gdzie obiecana w tytule szwedzka królowa?
Na wstępie zastrzeżenie – nie mogę znaleźć artykułu, w którym wyczytałem, że Krystyna miała wpływ na decyzję papieża – może ktoś znajdzie, jednak okoliczności przemawiają na moją korzyść.
Oto one:

Krystyna Vasa, córka króla Szwecji Gustawa Adolfa, urodzona 18 grudnia 1626 roku. Położne najpierw powiadomiły rodziców, że urodził im się syn. Dopiero dokładniejsze oględziny wyjaśniły sprawę.
Ojciec przyjął niespodziankę z humorem:
będzie bystra, oszukała nas wszystkich.
Reakcja matki była odmienna: zamiast syna dostałam córkę, ciemną i brzydką,
z wielkim nosem. Zabierzcie ją, nie chcę tego brzydactwa.

Źródło TUTAJ.
Krystyna od najmłodszych lat interesowała się nauką i wiedzą. Jej norma to dziesięć godzin nauki dziennie. Znała siedem języków obcych, w tym arabski i hebrajski.
Po uzyskaniu pełnoletności zaczęła sprowadzać na dwór licznych uczonych i artystów. Jednocześnie gromadziła wiele dzieł sztuki i książek. Zapraszała na występy francuskie teatry i włoskie zespoły operowe.
W roku 1646 rozpoczęła regularną korespondencję z Kartezjuszem. Zaprosiła go do Szwecji, aby zorganizował tu akademię nauk. Uczony przybył do Sztokholmu w grudniu 1649 roku.
Krystyna, której wystarczało cztery, pięć godzin snu, wyznaczyła czas lekcji na 5 rano, ale wkrótce okazało się, że oboje nie żywią do siebie sympatii. Nie dziwię się, o tej porze!
Kartezjusz wspomina, że spotkał się z Krystyną nie więcej niż pięć razy.
Zima w Sztokholmie. Kartezjusz był bliski sformułowania nowej reguły: myślę, więc na luty kupuję dobre buty, ale przedwcześnie zmarł na zapalenie płuc (11 luty 1650).

20 października 1650 roku Krystyna została koronowana na króla Szwecji.
Już rok wcześniej zadeklarowała, że nie zamierza wyjść za mąż. W swoim pamiętniku napisała, że czuje wrodzony wstręt do małżeństwa. Od dzieciństwa podobała jej się religia katolicka i polecany przez nią celibat. Z drugiej strony nie ukrywała swoich uczuć do panny dworu, Ebby Sparre.
W ciągu trzech lat Krystyna straciła całą popularność. Istotnym powodem była rozrzutność. Na dodatek chciała przejść na katolicyzm.
Była na tyle przewidująca, że sama zgłosiła chęć abdykacji, która nastąpiła 6 czerwca 1654 roku. Królem Szwecji został jej kuzyn, znany nam dobrze Karol Gustaw Waza.

W listopadzie 1655 roku Krystyna przeszła oficjanie na katolicyzm i przeniosła się do Rzymu, gdzie została entuzjastycznie przyjęta przez papieża Aleksandra VII, który podczas bierzmowania nadał jej swoje imię – Aleksandra.
Dał jej również do dyspozycji apartamenty w Watykanie, udekorowane na tę okazję przez Berniniego. Po kilku miesiącach Krystyna przeniosła się do Palazzo Farnese, gdzie zorganizowała cośrodowe spotkania artystyczno-kulturalne i założyła Akademię Arkadia.
Oczywiście te inicjatywy wymagały pieniędzy, a z tym było krucho. Parlament szwedzki odmówił wypłacania jej królewskiej renty, liczne lenna poza Szwecją, między innymi na Pomorzu, przeszły w obce ręce. Trzeba było rozejrzeć się za płatną posadą.
W tym celu wyjechała do Francji z zamiarem uzyskania tytułu księżnej Neapolu. Ludwik XIV popierał jej starania, ale głośny skandal i niechęć matki króla, Anny Austriaczki, zmusiły ją do opuszczenia Francji.
Następnym celem była Anglia, ale tam właśnie działał Cromwell, który nie potrzebował petentki katoliczki.
Wróciła do Rzymu, gdzie tym razem została przyjęta bardzo niechętnie.
W roku 1660 zmarł król Karol Gustaw, więc Krystyna wróciła do Szwecji, przypomnieć, że abdykowała na rzecz zmarłego a więc, po jego śmierci, należy jej przywrócić tytuł królewski. Parlament odrzucił jej starania ze względów religijnych.
W roku 1668 abdykował król polski Jan Kazimierz, więc Krystyna zgłosiła kandydaturę na wolną elekcję. Mimo poparcia nowego papieża, Klemensa IX, nie wygrała.
Wróciła do Rzymu, gdzie (znowu) cieszyła się wielką sympatią papieża.
Zmarła 19 kwietnia 1689 roku i została pochowana w Grocie Watykańskiej w bazylice św. Piotra. Tylko dwie inne kobiety (Matylda z Canossy i Maria Klementyna Sobieska) dostąpiły takiego wyróżnienia.

Przyjaźń Krystyny z papieżem Klemensem IX skłania mnie do tezy, że miała ona istotny wpływ na jego decyzję o likwidacji biegu  Żydów. Dodatkowym argumentem może być fakt, że nadano jej przydomek Protektorki Rzymskich Żydów – KLIK.

Wpis wikipedii TUTAJ.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 5

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Akurat mam pod górkę, więc zgrzałem się nieco. Stanąłem (albowiem nie jestem obdarzony małpią zręcznością, pozwalającą mi sięgnąć do plecaczka w trakcie jazdy), wyciągam wodę mineralną. Piję, obserwując przydrożną zieleń.

Wspominam, iż stanąłem, dlatego że to istotna okoliczność. W trakcie jazdy przeoczyłbym bowiem niechybnie to, co zauważam stojąc. Ale zanim zauważam, doznaję poczucia dysonansu. Niezgodności. Coś mi w otoczeniu nie pasuje do kontekstu, ale nie od razu identyfikuję, co konkretnie.

Aha, już wiem! Buk. Młody buczek właściwie. Tyle, że w odmianie czerwonej. Czyli ozdobnej, hodowlanej. A las naturalny. No, może nie dziki, bo ręką ludzką sadzony. Jednak okazów parkowych w nim nie uświadczysz.

Skąd przeto ten cudak tutaj? Sam jeden. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegam podobnego, a na pewno by się na tle zielonych braciszków wyraźnie odcinał. Mutacja? Samosiejka – uciekinier? Ale jak uciekł? To naprawdę dzika gęstwina i do cywilizacji ludzkiej stąd daleko. Fakt: tuż obok, kilkanaście metrów dalej, w głębokim wąwozie przebiegają tory kolei żelaznej. Jako, że przebiegają w wąwozie, na zdjęciu ich nie widać, lecz wysokie sosny w tle, uwierzcie na słowo, porastają już drugi brzeg parowu. To niewątpliwie twór cywilizacji. Ale przecież nikt nie sieje umyślnie wokół torów kolejowych parkowych odmian buka. Raczej przeciwnie: rżnie się bezlitośnie i bezmyślnie wszystko, co wyrosło po brzegach. Zwłaszcza ostatnio. Pod topór kolejowych ekip trafiły w moich okolicach tysiące dorodnych, pomnikowych drzew.

Może i lepiej, że na zdjęciu nie widać wąwozu, bo to karczowisko nie napawa optymizmem.


Nieważne, jak tu trafił. Ważne, że jest malowniczy. Młode, świeże, wiosenne liście w głębokiej barwie zacnego burgunda, tak przeze mnie ukochanego. Już same w sobie są efektowne, a w kompozycji z zielenią sąsiednich buczków, tych naturalnej odmiany, prezentują się jeszcze piękniej.

Chciałoby się umieć opisać to piękno. Ale nic z tego, warsztat nie ten. O czym już zresztą, „źle zadowolony”, wspomniałem w pierwszym sprawozdaniu ze swych przejażdżek.

Z tego samego powodu nie poważę się, choć z żalu serce krwawi, a wątrobę gorzka żółć zalewa, na poważniejsze robótki literackie, choć inspiracja aż dudni!

Można by na przykład pokusić się o ulepienie liryku dumającego nad zagubieniem i alienacją tego drzewka samotnego-odmiennego w gęstym boru.

Albo machnąć kawałek chropawej, twardej prozy, prezentującej marne perspektywy „buka malowanego”, którego niechybnie czeka zagłuszenie przez pleniącą się wokół obficie zieleń.

Lub też skonstruować misterny esej, analizujący z wdziękiem i erudycją zagadnienie możliwości powrotu do natury po latach życia w pobliżu ludzkich siedzib. Czy wydelikacenie będące spuścizną wieloletniego zamieszkiwania parków i ogrodów pozwoli na readaptację w dziczy? I dalej w tym stylu.

Można by spróbować. Ale po co? Impotencję twórczą w takich chwilach czuję wyjątkowo dotkliwie. Efekt pracy byłby jeszcze bardziej karykaturalny, niż przedstawione wyżej projekty. Potraktuję je przeto jako „tematy do odstąpienia”.

Korzystajcie!

I mknę dalej przez las, sprytnie strząsnąwszy z ramion brzemię odpowiedzialności.

11 godzin

Ela Kargol

…czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy

Zaczęło się bólami podbrzusza, kłującymi, przychodzącymi falami. Myślała, że jak weźmie coś przeciwbólowego, to przejdzie. Poszła na zajęcia, ale po kolejnym bolesnym skurczu wybiegła z sali wykładowej. Był piątek, trudny dzień dla pacjentów, nieliczne przychodnie są jeszcze czynne, szpitalne oddziały ratunkowe przepełnione.

Znalazłam ją skuloną z bólu, siedzącą na ławce przy Bayerischer Platz w Berlinie. Miałyśmy do wyboru kilka szpitali, wybrałyśmy właśnie ten.

Taksówka przywiozła nas na miejsce, ale pod złe wejście. Dość długo szukałyśmy budynku nr 8, klucząc ścieżkami, choć są zasadniczo dobrze oznakowane. W końcu znalazłyśmy Szpitalny Oddział Ratunkowy, w skrócie SOR, po niemiecku Rettungsstelle lub Notfallaufnahme. Budynek, do którego jak do Mekki ciągną pacjenci, najtłumniej odwiedzany jest wieczorami, w piątki, soboty i niedziele.

Zaczęła się procedura przyjęcia. Po naciśnięciu przycisku, maszynka wydrukowała numer 69.

Usiadłyśmy w rzędzie krzeseł połączonych. A ponieważ jedna osoba wprawiła krzesła w ruch huśtany, zaczęliśmy bujać się wszyscy. Był huśt i jęk mojej córki Heleny, która w końcu nie wytrzymała i przysiadła obok. Pomiędzy jednym a drugim bolesnym skurczem rozmawiałyśmy między sobą w ojczystym języku, snując przypuszczenia skąd te bóle i jak długo jeszcze przyjdzie nam czekać. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłyśmy, że potrwa to 11 godzin.

Naszej pogawędce przysłuchiwała się rodaczka, dzierżąc w dłoni numer 70. Ponieważ bardzo jej się spieszyło, poprosiła o zamianę numerków, mrucząc coś pod nosem, że musi odebrać jakieś dokumenty, że to nie potrwa długo, że się spieszy… Na moje stanowcze NIE od Helci usłyszała jednoznaczne TAK. Zamieniłyśmy się numerkami. Potem okazało się, że Helcia nie mogła już słuchać jej próśb i zbyt szczegółowych wyjaśnień.

Helcia wzdycha, jęczy, ciężko oddycha, klientów przybywa. Pierwsze pół godziny wydaje się nieskończonością. Wreszcie gong, wyświetlił się nasz numer, którego już nie mamy. Mój wzrok skierowany na rodaczkę powoduje, że natychmiast oddaje nam nasz pierwotny bilet wstępu, my robimy bez słowa to samo.

Zostałyśmy przyjęte. Helcia za dużo opowiada, że wstała i bolało, wzięła prysznic i bolało, poszła na wykłady i bolało, teraz tu jest i boli.

Pani o znudzonym i obojętnym spojrzeniu coś tam notuje i kieruje nas do budynku 35. Szkicuje nam w pośpiechu drogę na wydrukowanej mapie szpitala. Ja domagam się transportu, Helcia skręca się z bólu. Owszem, transport jak najbardziej, ale trzeba poczekać. Nie czekamy, idziemy, błądzimy, w końcu dochodzimy. Wypełniamy kilka formularzy. Ja piszę, Helcia dyktuje. Wszyscy mili, współczujący i z ubolewaniem oznajmiają, że lekarza nie ma, że trzeba się uzbroić w cierpliwość, że czas oczekiwania do czterech godzin.

Biorę wdech i mówię, że córka musi się położyć, że nie da rady usiedzieć. Za chwilę wjeżdża do poczekalni łóżko. Ustawione zostaje z braku innego miejsca na środku pomiędzy innymi cierpiącymi, czekającymi, udręczonymi pacjentami. Helcia wdrapuje się na nie, chwyta mnie za rękę, skula w kłębek i tak trwamy. Za chwilę ma przyjśc mój zmiennik, José, chłopak Helci, odważam się więc opuścić na krótko szpital, aby udać się na umówione spotkanie. W tym czasie Helci pobiorą krew, dwa razy odda mocz do analizy, dwa razy będzie wymiotowała. Zmiennik się spóźnia. Helcia jest u kresu wytrzymałości, dzwoni z płaczem do mnie. Wracam taksówką. Siedzi skulona w kącie, z łóżka zrezygnowała. Po czterech godzinach zjawia się pani ginekolog, która niczego wyjątkowego nie stwierdza, krew w normie, mocz w normie, boli mocno, ale w normie. Wracamy do punktu wyjścia, właściwie wejścia, bo do budynku nr 8, czyli do punktu przyjęć. Budynek długi ze szklanym dachem przypomina palmiarnię, albo świątynię, z główną nawą i dwiema bocznymi oddzielonymi kolumnami.

W nawie głównej ustawione są krzesła, w trzech kolorach, czwórkami, połączone prętem. Kwadrygi? Teraz rozumiem to bujanie na krzesłach, jak na koniach. Ołtarz? A jakże, jest i ołtarz. Na dużym ledowym ekranie przemykają małpy, pływają koniki morskie i delfiny. Są też inne zwierzęta, których nie pamiętam, a potem pojawia się napis: „WIR WÜNSCHEN DIR GUTE BESSERUNG!”, no i chyba specjalnie dla nas i rodaków: „WRACAJ SZYBKO DO ZDROWIA!”

Znowu pobieramy numerek, tym razem 153. Po pół godzinie wchodzimy. Helcia się już prawie wczołguje. Będziemy teraz czekać na chirurga. Pacjentów-klientów przybywa, jest już piątek po południu. Zaczynamy żartować, opowiadać kawały o lekarzach: „Przychodzi baba do lekarza, a lekarza ….nie ma”. Po mojej interwencji w końcu pojawia się pani chirurg, osoba bardzo zajęta, na 24-godzinnym dyżurze, kompetentna, miła, zapracowana. Typuje na wyrostek, choć badanie krwi tego nie potwierdza. Odsyła nas do USG. Nie błądzimy, idziemy szlakiem niebieskich kropek, są jeszcze zielone, ale nie wiem, dokąd prowadzą. Znowu miła osoba zapewnia nas, że trochę poczekamy, bo są pilniejsze przypadki, a wyrostek od razu nie pęka, dopiero po kilku dniach. No więc czekamy, na krzesłach już nie ustawionych w kwadrygi.

W pewnym momencie Helcia zaczyna konwulsyjnie kaszleć. Wiem, zaraz zaczną się wymioty. Zauważa to inna czekająca na łóżku pacjentka, chyba już przyjęta na oddział, bo ubrana w tę paskudną koszulę z rozcięciem z tyłu. Zrywa się z łożka, przynosi nam dwa kubki wody, pouczając, że po wodzie lepiej się wymiotuje. Załatwia też torebkę do wymiotów. Pierwszy raz taką widzę. W tej dziedzinie nastąpił duży postęp. Torebka przypominająca prezerwatywę dla konia (znowu te konie!) spełnia doskonale swoje zadanie. Pacjentka-opiekunka pomaga dalej. Przynosi mokre ręczniki papierowe i kładzie Helci na kark. W odróżnieniu do rodaczki niewiele mówi. Nagle nas opuszcza, wywołana do pana Rentgena. W końcu i Helcię zaprasza do siebie pani USG, by po pewnym czasie kazać nam wrócić do punktu wyjścia – wejścia. Nie biorę numerka. Wchodzę tak, jak nie powinnam wejść. Pytam: „co tetraz?” Odpowiedź: „czekać!”. Stanowczo odpowiadam, że córka nie da rady, że boli, że nie wytrzyma. I staje się cud. Nie musimy już siedzieć w poczekalni pełnej rozhuśtanych kolorowych krzeseł. Udajemy się do jednego z pomieszczń w nawie bocznej. Helcia kładzie się na łóżko i czekamy na anioła, który wkłuje wenflon i podłączy kroplówkę ze środkiem przeciwbólowym. Przychodzi anioł w niebieskim fartuchu i fachowo czyni swoją powinność, czego nie można było powiedzieć o aniele pobierającym krew. Na lewym zgięciu łokciowym Helci powiększa się fioletowy krwiak.

Lek przeciwbólowy kropla po kropli sączy się do krwioobiegu Helci.

Jestem glodna, zmęczona, zła. Kupuję w automacie orzeszki ziemne. Źle rozrywam torebkę i wszystkie lądują na podłodze. Nawet nie próbuję zbierać.

Wracam do mojej Heleny Bolesnej, jej chłopak Hiszpan w lot rozumie parafrazę i nazywa ją Helena de los Dolores. Już prawie cała dawka novalginy wkapała do krwi. Jest lepiej, ból uśmierzony, gdzieś jest, ale jakby stłamszony. Szukam anielicy, która odłączyłaby kroplówkę. Już wiem, że muszę swoje odczekać. Helcia siada, jest bardziej obecna, w jej dłoniach pojawia się komórka. Musi przecież oznajmić światu swój ból i niedolę. Czekamy na chirurga. Z pewnością są już wyniki badań ultrasonograficznych. W końcu przychodzi pani chirurg, ta miła, zapracowana, kompetentna. Ze znawstwem objaśnia zdjęcie USG, na którym nie widać wyrostka, bo schował się za jelito grube. Ale zapalenie wyrostka ma często nietypowe objawy. Pani chirurg proponuje, żebyśmy poczekały na panią ordynator, bo ona jest jeszcze bardziej kompetentna i bardziej zapracowana. Właśnie operuje, znowu więc przyda się cierpliwość. Przygotowujemy się i organizujemy w myślach ewentualne pozostanie w szpitalu. Za wszelką cenę Helcia chce uniknąć wkładania tej paskudnej szpitalnej koszuli z rozcięciem z tyłu.

Na dworze robi się ciemno. Pani ordynator przychodzi i zmusza nas do podjęcia decyzji. Objawy: wyrostek, badania: niewyrostek. Czucie i wiara, czy mędrca szkiełko i oko? Wybieramy to drugie. Pani ordynator z ulgą przyjmuje naszą decyzję i idziemy do domu zaopatrzeni w novalginę i termin na następny dzień o ósmej rano. Noc przebiega spokojnie, zażyte środki przeciwbólowe usypiają i wygaszają ból. Następnego dnia wyrostek pozuje już do zdjęcia, cały i zdrowy. A inna już pani chirurg, miła zapracowana i kompetentna typuje na cystę, która pękła i dlatego bolało.

Trzy liczby, które nam się w tym dniu przytrafiły, towarzyszyły i brały udział w przebiegu dnia nie dają mi spokoju.

Pierwszą była 69, jeśli spojrz na nią do góry nogami, zobaczyć można dokładnie tę samą, wikipedia podaje jeszcze wiele innych interesujących znaczeń. Następną liczbą była 153, nic dla mnie nieznacząca, dopóki nie wysłuchałam w ostatnią niedzielę ewangelii według św. Jana, w którym uczniowie Jezusa wyławiają z Jeziora Tyberiadzkiego 153 ryby. Najciekawszą liczbą jest 11. Jest liczbą pierwszą, palindromiczną („liczbą palindromiczną nazywamy liczbę naturalną, która czytana z prawej do lewej lub z lewej do prawej strony daje tą samą liczbę”), co ciekawe, podniesiona do potęgi drugiej lub trzeciej albo pomnożona przez pierwsze dziewięc cyfr też jest palindromem.

Jest jeszcze park i ogród przyszpitalny, pełen starodrzewia.

Kilka lat temu w ramach „Dnia natury miejskiej” (Tag der StadtNatur) pewien biolog ciekawie o nich opowiadał. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o bożodrzewie, gatunku inwazyjnym, którego ojczyzną są Chiny. Rośnie tu też kilka okazałych czerwonych buków, starych kasztanowców i dębów. Próbowano wtedy wydzielić z części areału ogród dla pracowników szpitala, dzieląc go na mniejsze zagony. Niewiele z tego zostało, są jeszcze ule, domki dla owadów, trochę ziół. W roku 1999 otwarto tzw. Ogród rzeźb (Der Skulpturengarten AVK), dostępny dla wszystkich. Zachęcam i polecam. Moją ulubioną rzeźbą jest „Ludzie i bagaż” Geralda Matznera.

Bzy pachną, kasztany kwitną, ptaki świergocą, czuć wiosnę.

Cytuję za wikipedią:

Wszystko dobre, co się dobrze kończy (ang. All`s Well That Ends Well) – komedia Williama Szekspira, napisana pomiędzy 1601 a 1608 rokiem. Trudno ją jednoznacznie zaklasyfikować do kategorii komedii lub tragedii… Pięć aktów opowiada historię Heleny… Do dnia dzisiejszego sztuka ta nie cieszy się wielkim powodzeniem, jest rzadko wystawiana.”