Dzień babci

To tekst sprzed miesiąca. Ale to bez znaczenia. Czytam to i szlag mnie trafia

Szlag mnie trafia, bo jasne – w Polsce były i są watahy moherowych beretów, ale, OMG, każdy z Was, młodych przemądrzalców, spotkał na swojej drodze niejedną kobietę – babcię, w wieku babci, w funkcji babci, która jest inna – której życia nie określają tylko wnuki, weki i leki, która wyrosła w czasach hippisów i Solidarności, która ma nowoczesne poglądy, słucha Janis Joplin i Nicka Cave’a, jest pacyfistką, nie je mięsa i lubi (a nie tylko toleruje) gejów i przyjaźni się z nimi od czasów, kiedy Wy, smarkacze, jeszcze pieluchy w zębach nosiliście. Ale nie, Wy… Wy wiecie lepiej, bo jakżeby inaczej – świat się zaczął od Was i Waszego aktywizmu, Wy, niedorobione kalki Grety, w większości i tak przecież sporo od niej starsze (zyg zyg marchewka)…

Już o tym pisałam… TU. I naprawdę chyba mam dość Waszego łaskawego protekcjonizmu!

Wszystkiego Najlepszego z okazji Dnia Babci. I uważajcie na doniczki, które zawsze przecież mogą Wam spaść na głowę z jakiegoś balkonu…

PS. Niektóre z nas mniemają, że w Niemczech jest lepiej, mimo że chyba nie obchodzi się Dnia Babci, ale za to szanuje grupę nieformalną Omas gegen Rechts (Babcie przeciwko prawicowcom). Ale i w tym kraju wszechobowiązującej uprzejmości pojawił się pod koniec ubiegłego roku pewien kawałek chóralno-popularny śpiewany przez gromadką przesłodkich dzieci, pod batutą jakiegoś kapelmajstra. To taka tradycyjna piosneczka (tu w tym tradycyjnym wydaniu), która opowiada o różnych przygodach babci, co w zamierzeniu jest śmieszne, bo łączy ową babcię z czynnościami nietypowymi dla jej wieku, a charakterystycznymi tylko dla młodych. Babcia jeździ na motorze, rozrabia, jest bezczelna. Wszystkie zwrotki zaczynają się od słów Meine Oma – moja babcia, a kończą wyrazami uznania: Meine Oma ist ‘ne ganz patente Frau (babcia jest fajowa). Całość przypomina polską zabawę z piosneczką Przepijemy naszej babci domek mały...

Takie rymowanki przy każdej okazji można łatwo zaktualizować. I otóż w trosce o zmiany klimatyczne dziatki zaśpiewały ostatnio teksty takie: „Meine Oma fährt im Hühnerstall Motorrad. Das sind tausend Liter Super jeden Monat. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Albo: „Meine Oma brät sich jeden Tag ein Kotelett, ein Kotelett, ein Kotelett. Weil Discounter-Fleisch so gut wie gar nix kostet. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Czyli babcia jeździ na motorze i truje benzyną, bo jest starą klimatyczną świnią. Albo: babcia zjada masę kotletów, a kupuje je taniej niż wino, bo jest starą klimatyczną świnią…

Wam, drodzy obrońcy środowiska w Niemczech też radzę, żebyście uważali – tu również może Wam spaść doniczka na głowę.

Drzewa (i gender)

O drzewach nazbierało mi się ostatnio tyle różnych informacji, że pewnie zaniedługo staną się niekończącym się tematem tego blogu jak koty czy Don Kichoty.

Jak zwykle – powędruję sobie między drzewa i rozpoczynając peregrynację, nie wiem jeszcze, dokąd mnie ta wędrówka zaprowadzi

Łukasz Łuczaj na łamach Przekroju

Pionierska płeć

Czy wiecie, że twardość drewna można ocenić po tym, jakiego rodzaju jest jego nazwa? Najtwardsze drzewa mają zawsze nazwę męską: cis, grab, dąb, jesion, jawor, klon, buk itd. Drzewa pionierskie, zasiewające się na opuszczonych polach, lekkonasienne i o miękkim drewnie są rodzaju żeńskiego, np. olcha, wierzba, iwa, osika, topola. Żeńskie są także brzoza, jodła i sosna.

Brzoza jest też pionierska, ale drewno ma średniej twardości. Jodła już pionierska nie jest, sosna trochę tak – oba gatunki mają drewno niezbyt twarde, raczej lekkie.

Ta dosyć mocna reguła nie sprawdza się już przy nazwach drzew gatunków obcych. Na przykład akacja (robinia) ma drewno twarde, a nazwę rodzaju żeńskiego.

Drewno, drzewo, las

Norweg Lars Mytting jest nie tylko autorem kilku powieści, wpisujących się w znakomitą nowoczesną tradycję literatury skandynawskiej, lecz jest też autorem publikacji popularno-naukowej o… cięciu i składowaniu drewna.

Nikt z nas, zwykłych ludzi, nie wyobraża sobie, co w książce, która nie jest podręcznikiem dla technologów drewna,  można by napisać o cięciu i składowaniu drewna na sposób skandynawski. Ale można i zapewniam was, że jest to niezwykle wręcz ciekawe.

Mytting wcale jednak nie jest technologiem drewna, nie jest też leśnikiem, botanikiem, cieślą czy stolarzem. Jest dziennikarzem, trochę niespokojnym duchem, zajmuje go wszystko, najbardziej może… muzyka. A jednak jego książka o cięciu drzew (po polsku Porąb i spal) sprzedała się w Norwegii 500 tysięcy razy i stała się jednym z największych sukcesów na norweskim rynku książkowym.

Jeden z recenzentów napisał, że jest to biblia, pieśń pochwalna, podręcznik, poezja, a przede wszystkim najczystsza radość.

Polscy recenzenci podkreślają, że jest to właściwie książka dla mężczyzn. Dlatego proszę koleżanki czytelniczki, by się tu odezwały i powiedziały, czy znają tę książkę, a jak tak, to co o niej sądzą?

Płyń z tonącymi to z kolei (zapewne) książka dla kobiet, bo jest tam wprawdzie prawdziwy mężczyzna, tajemnicza historia i niezwykła pasja, niebezpieczny żywioł, odludne miejsca, wojna, chciwość i nienawiść, ale są też dwie a może nawet trzy historie miłosne.

I są też, a może – przede wszystkim, drzewa, niezwykłe, tajemnicze, niebezpieczne i kosztowne. Oraz, co bardzo niezwykłe, miłość do… ziemniaków. Nie przesadzam – miłość. Już tu o tym dwa dni temu pisałam.

Przyznaję, że dawno nie czytałam tak fascynującej książki i, jak zawsze w takich wypadkach, czekam na moment, kiedy już nie wszystko będę wyraziście pamiętała, bo wtedy będę ją mogła przeczytać po raz kolejny.

O tym, że niemiecki leśnik, Peter Wohlleben, napisał niezwykłą książkę o drzewach i lesie, słyszałam już od dawna, ale jakoś stale się z nią mijałam. I nawet nie wiem, dlaczego.

Las jest dla mnie czymś tajemniczym, niezwykłym i niezwykle ważnym. Moja ukochana cioteczna babcia, Karusia, mówiła, że są ludzie gór i ludzie morza, a ona jest człowiekiem lasu. Myślę, że pod jej wpływem też stałam się człowiekiem lasu. Gdy to piszę, widzę te niezliczone lasy, przez które zdarzało mi się w życiu wędrować. W Polsce i w Nepalu, w Hiszpanii, Niemczech, Irlandii, Austrii, Włoszech, Grecji, Anglii, Portugalii, Francji i Stanach Zjednoczonych.

I kolejne lasy magiczne, literackie, wyobrażone, książkowe, filmowe, jak las w Labiryncie fauna albo w Hobbicie.

 

 

 

 

Wohlleben konstruuje w swej książce teorię o tym, że drzewa nie tylko żyją (to w końcu wszyscy wiemy) i czują (to też już wielu z nas wie), ale że tworzą skomplikowany i skuteczny system społeczny. W lesie Wohllebena drzewa porozumiewają się za pomocą korzeni i… grzybów. Na końcu każdego korzenia mieści się… mózg. Drzewa opiekują się starymi pobratymcami, wspierają chorych i pomagają im wrócić do życia i zdrowia, otaczają opieką dzieci.

Teraz wg książki nakręcono film, w którym pojawia się również Puszcza Białowieska, Adam Wajrak i… Pałac Kultury, i to jest bardzo przyjemne, szkoda więc, że w stosunku do filmu, jaki nasza własna wyobraźnia tworzy podczas lektury tej fantastycznej książki, film jest w gruncie rzeczy przede wszystkim jej dość płytką, a za to nachalną reklamą.

Przypomniał mi się głupi dowcip. Stoją obok siebie dwie kozy, jedna żuje taśmę filmową.
– Co to za film? – pyta druga koza.
Don Kichot – odpowiada pierwsza. – Ale książka była lepsza.

Kocim krokiem z nowym rokiem

Zebrałam obrazy kotów, które nadesłała mi ostatnio

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Tytus Czyżewski (1880–1945)
„Akt z kotem”
1920
olej na płótnie
Muzeum Narodowe w Warszawie

Jane Crowther
Contemporary Artist and designer living in Nottingham, UK

Felix Vallotton
(Swiss, 1865–1925). Laziness (La Paresse), 1896. Woodcut. © Musée cantonal des Beaux-Arts de Lausanne.

In 1891 Félix Vallotton began making woodcuts, a practice that brought him recognition and a steady income throughout the decade. Inspired by Japanese ukiyo-e woodblock prints, which were popular in Paris at the time, Vallotton’s prints captured the many facets of city living.⁣

Franz Marc – Cats on a Red Cloth, 1910

Ernst Kreidolf (Swiss, 1863-1956)
Morgenidyll, 1893

Le chat aux poissons rouges – Henri Matisse

Spotkania z Księciem Ciemności 2

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Miękko ale dostojnie, z dumnie uniesionym ogonem, sierściuch przekracza próg mieszkania, jakby wchodził do siebie. Czekał już pod drzwiami – nie śpi u nas, wszak to nie nasz kot – i teraz korzysta z momentu, gdy one się otwarły. Wciąż majestatyczny, powoli mija w przedpokoju Kropkę, która właśnie wychodzi ze mną na pierwszy poranny spacer… po czym komicznym truchcikiem pędzi do pokoju, wyzyskać tych kilka chwil, kiedy nas nie będzie. Wykorzystać je na to, by wskoczyć na łóżko i pomiziać się trochę z moją Żoną: przytulić, poocierać o żonine plecy, polizać ją w twarz albo w rękę. Tak sumiennie pracuje tym swoim jęzorkiem-tarką, że na skórze, w zgięciu łokcia, pozostawia ślad przypominający malinkę.

Wie, że Kropka by go do swojej ukochanej Pani tak łatwo nie dopuściła: istnieją w końcu jakieś granice gościnności! Jedzenie? Czemu nie: gdy wracamy ze spaceru i gdy napełnię miseczkę jadłem, Książę pierwszy z zapałem zaczyna jeść. A Kropka się temu nie sprzeciwia. Spokojnie, nawet z pewną tkliwą wyrozumiałością, stoi z boku i czeka na swoją kolej. Nie została zdominowana – co to, to nie! Jeśli chce (o czym jeszcze zapewne nie raz opowiem), potrafi użyć ząbków, aby przywołać Księciunia do porządku. Po prostu: to jej nie przeszkadza. No, ale jedzenie jedzeniem. Pani – to inna sprawa. Panią Kropka nie jest już tak skłonna się dzielić. Dlatego Czarniawy musi wykorzystać moment jej spaceru, jeśli chce zażyć pieszczoty: bo też Żona bardzo lubi te wspólne miziania i odwzajemnia je. To się nazywa, że kotek zapracowuje swoje śniadanie!

Najedzone zwierzątka zaczynają zabawę. Książę bezpazurzastymi (bo nie wysunął pazurków) łapkami trąca tu i ówdzie Kropkę, a ona bezzębną (bo nie angażuje uzębienia) mordką sprowadza go do parteru i zabawnie podgryza. Radochy przy tym co nie miara: nie tylko dla nich, ale i dla nas – dwójki starych dziwaków.

Po zabawie czas na odpoczynek. Oczywiście, fotel należy zagospodarować tak, żeby nikt się już na nim, broń boże, nie zmieścił.

Szczęśliwie, nie przeszkadza mi to, bo właśnie przygotowuję się na wyjście do pracy. A kiedy już jestem gotowy, Książę zazwyczaj wyczuwa moment i dumnie podchodzi do drzwi. Niekiedy jednak udaje, że jego sprawa nie dotyczy: leży jakby nigdy nic! Wzięty na ręce miauczy z wyraźnym niezadowoleniem, protestuje przeciw wygnaniu go na zimno i samotność. Trudno: tak czy inaczej, na własnych lub na moich nogach, musi opuścić lokal.

Fartowny poranek to fundament udanego dnia!

1269 (3)

Mieczysław Bonisławski

IV.

Punkt dowodzenia Bolesław założył w karczmie, niemal u podnóża zamku. Po trzech dniach oblężenia, podczas których jego wojska niemal bez przerwy biły w ściany twierdzy z kusz i proc, nieliczna załoga powinna była stracić na tyle bojowego ducha, by nie było już groźby żadnego wypadu w głąb linii oblegających. Obaj dowódcy, Janko kaliski i Przedpełek poznański uważali, że szturmowani od rana Sasi tylko dlatego dają jeszcze odpór atakującym, by wywalczyć sobie w ten sposób jak najłagodniejsze warunki kapitulacji. Książę nie chciał jednak, by załoga poddała się, chciał przede wszystkim całkowicie zniszczyć zamek, a żołnierzy Sabela demonstracyjnie osądzić i ukarać winnych, mszcząc tak międzyrzecką zbrodnię. Dobrowolne zaprzestanie obrony narzucało atakującym obowiązek oszczędzenia ludzi i twierdzy, dlatego Bolesław nakazał tym bardziej nękać przeciwnika, im lżejszy stawał się jego opór. Rozkazał też przygotować już ostatnią fazę szturmu, w której główną role miał odegrać ogień.

W pobliżu książęcego orszaku kręciło się mnóstwo ludzi. Każdy oddział, czy to czekający na swą kolej pójścia do ataku, czy to już zluzowany i wycofany spod obwarowań, każdy wreszcie pojedynczy rycerz czy ciura, chciał być jak najbliżej centrum całej akcji. A centrum takie tworzyło stanowisko w karczmie, toteż jej okolice obsiadł w oczekiwaniu zwycięstwa kto tylko mógł. Jedynie pochołkowie taborowi oraz gońcy, z niechęcią oddalali się, ganiając po całym mieście i wykonując polecenia swych dowódców.

Bolesław wykazywał dużą troskę o swe wojsko, zwłaszcza, że był to już koniec kampanii i dlatego wydzielił oddział mieszczan międzyrzeckich, by zbierał z pola walki i opatrywał rannych. Wśród wyniesionych spod zamku był i młody Piotr Opaliński. Ciężko rannego pomógł przynieść jego jasnowłosy opiekun, Maćko, sam mający tylko parę zadrapań.
– Hej… Pochyl się ku mnie… – poprosił Piotrek. Głos jego uciekał już z tego świata, poparzona głowa sprawiała ból.
Maćko przylgnął do ust leżącego.
– A nie mów nic ojcu…
Chłopak wzruszył ramionami: na cóż ma mówić, skoro się sam dowie i jeszcze złaja, że mu syna nie dopilnował.
Piotr mówił jednak coś jeszcze, Maćko znowu przywarł do jego ust.
– Już prawie, prawie i byłby on nasz… Nie mitręż ciuro tu ani chwili – pędź szybko, złap Sunnenwalda, każ go pachołkom rozpiąć na trawie i niech mu odejmą męskość. Potem by w strachu większym na śmierć nierycerską czekał, oczy mu wyłup…
Podniecenie minęło i ranny zapadł w odrętwienie. Usta znieruchomiały, a reszty twarzy i tak nie można było rozróżnić. Maćko spojrzał tam, gdzie jeszcze rano były oczy chłopca i pomyślał, że młody pan, towarzysz, też swojej śmierci nie zobaczy.
Ucapił jakiegoś ciurę.
– A bacz uważnie, bo tu leży syn jaśnie wielmożnego chorążego międzyrzeckiego. Znajdź Jaksę, Gawła lubo Janika, co służą w domu bnińskim, niech przypilnują trupa. Jak cię znaleźć?
– Jam Odon, u krojczych kasztelana Szymona Nałęcza służę.
– Pamiętaj! – przykazał Maciej i zawrócił ku zamkowi.

Był to czas, gdy smolarze ciągnący zazwyczaj przy taborach, znaleźli się nagle na pierwszej linii.

Książę kazał gotować smołę i robić smolne szczapy. Lano też smołę w nieduże gary, które później procarze mieli miotać niczym ogniste kule. Na kilku przenośnych kozłach umocowano większe zbiorniki z płonącą smołą; te przyciągnięte pod ściany miały dymem i smrodem osłabić obrońców.

Odon tymczasem sprawił się szybko. Nim jeszcze Piotrek zdążył wyzionąć ducha, zabrał go Janik. Wypytywał on wkoło, jaką śmiercią zginął młody panicz, ale Odon nie był przecież w ogóle przy zamku, a ci co leżeli pokotem na błocie, byli już bliżej Boga niż spraw ziemskich. Wreszcie trafił na kuśtykającego ciurę, którego pamiętał z zamku w Międzyrzeczu. Okazało się, że tamten widział rzeczywiście dużo:

– …tak jak książę wielkopolski zawsze każe, na dany rozkaz przystąpiliśmy nakryci sklepieniem z tarcz pod mury. I jedni zaczęli walić obuchami w ścianę, gdy inni toporami odbijali z niej zwierzchnią glinę. Ze wzgórka zaś miotali na Sasów pociski łucznicy kaliscy, a robili to, trzeba było to widzieć, niezwykle celnie i z godną podziwu wytrwałością… Wróg lał na nas z góry ukrop i wrząca smołę, miotał głazy i kamienie… Co odważniejsi, by odwrócić uwagę obrońców, a sobie sławy przydać, jęli przystawiać już drabiny i piąć się po nich na blanki. Pan Piotr był pierwszy wśród nich, ale Bóg nie zechciał mu dać zwycięstwa… Już był panicz na górze, już miał na galeryję przeskoczyć, gdy Sas taranem drabinę odbił i pan musiał równowagę rozpaczliwie łapać. Wykorzystali to tamci, w łeb dali, a za spadającym w dół ciałem polali jeszcze smołą. I tak, panicz nie dość, że gnaty sobie pogruchotał, to jeszcze smoła oczy i uszy wypaliła, bo hełm na górze od ciosu mu z głowy opadł….

Takimi historiami karmiła się cała równina. Ciekawskich było mnóstwo a i opowiadających nie brakowało. Padały ostre słowa pod adresem saskich obrońców i hymny pochwalne ku czci wielkopolskich bohaterów. Omijano tylko jeden temat – strachu, który odczuwali i atakujący, i obrońcy. O nim mówiło się rzadko, prawie wcale. Przed walką i w jej trakcie on sam zamykał usta, później – nie pozwalała duma. Często natomiast modlono się, bo Bóg, przenajświętsza Panienka, święty patron, nie mogli przecież przed nikim zdradzić, dawali natomiast nadzieję na ocalenie, albo przynajmniej na bezbolesną, szybką śmierć. Wielu też właśnie o nią prosiło, zapominając w tej obozowo-bitewnej codzienności, że istniało przecież jeszcze inne, to pozostawione gdzieś przy rodzinie, normalne życie, o które według dowódców właśnie się bili.

W karczmie Bolesław wydawał już ostatnie rozkazy.
– Jak ohydnie cuchnie! – żachnął się kasztelan Janko, powracający spod zamku.
Książę spojrzał znad stołu na dowódcę swych wojsk.
– Czuję w powietrzu, że smolarze już się sprawili, co?
– Tak książę, możemy zaczynać. – potwierdził Janko, któremu podano w międzyczasie puchar wina.
Książę zwrócił się z kolei do siedzącego naprzeciw wojewody poznańskiego.
– Jak długo jeszcze wytrzymają, panie Przedpełku?
– Przed zachodem przyślą posłów z białą chorągwią.
– Trzeba się tedy spieszyć, jeśli mamy ich wyprzedzić – zauważył kasztelan kaliski.
– A zatem panowie – Bolesław wstał, odczekał, aż zrobią to pozostali i dziarskim krokiem wyszedł na środek izby – czas na nas, co. Widać w tym dymie wprawdzie wiele nie będzie, ale i tak na koniec sabelowego gniazda chcę popatrzeć.
– Mości kasztelanie! – zatrzymał się jeszcze przy Janku – a przypilnujcież mi, by nie doszło tam do rzezi…

V.

Na te same dymy spoglądali z Winnej Góry stłoczeni miedzy drzewami Sulęcinianie i pilnująca ich drużyna kaliska.

Najbardziej lamentował karczmarz Szymon, Żyd, którego draby obozowe siłą przywlekły z miasta dopiero przed południem:
– Oj joj, no i na cóż ty Panie dałeś mi tak dobre oczy? – po to bym teraz widział ten dym pod zamkiem? Tam z boku stała sobie spokojnie jeszcze rano moja karczma, o którą od trzydziestu pięciu lat dbałem tak, jak, wybacz mi Panie, nie dbałem nawet o me nieszczęsne dzieci i żonę. Ach i po cóż ja, na moje nieszczęście, to czyniłem?
Rudawy bękart, na którego wołano różnie, w zależności od pory roku, dnia i humoru, biegał znudzony za Żydem i urągliwie mu wymyślał:
– Żydzie, Żydzie, na kolację pieczeń bydzie!
– No i po cóż mi Panie dałeś jeszcze dobre uszy, abym to słyszeć miał…?! – odpowiadał jeszcze głośniejszy lament.
Zmierzający z gorącą strawą do Szymona kupiec Gotlieb, zaszedł chłopaka z tyłu i złapał za uszy.
– A mam cię darmozjadzie…! A masz ty…! – fachowo jął targać dokucznika za kołtuniasty łeb i obijać gdzie popadło.
Zwinny i wyćwiczony chłopak szybko wywinął się z tej opresji. Podkasawszy obszerną baranicę, uciekał kłapiąc drewniakami, że tylko świeciły gołe, brudne łydki.

Szymon zafrasowany nie chciał jeść. Zaraz obok swe koczowisko miała rodzina piwowara, Ulryka. Jego mały synek, Hansik, zdziwiony popatrzył na marniejącą strawę i pociągnął matkę za spódnicę.
– A czego on nie je?
– Bo jego dzieci i wnuki zgubiły się w lesie, a Polacy jak złapią małe Żydki, to pieką je w piecu i zjadają na kolację jako największy przysmak.
– A nie gadałabyś byle głupstw! – krzyknął na żonę Ulryk, ale kobieta spojrzała nań tak zatroskanym wzrokiem, że machnął tylko ręką i ująwszy pełen dzban, podszedł do karczmarza.
– No, masz ci Szymonie. Żyd żeś, ale zawszeć teraz nasz, sulęciński – trącił go by wypił choć trochę – Może twoim udało się uciec? Ho, ho, teraz oni pewno już za Odrą…?
Szymon spojrzał smutno na sąsiada:
– A bo to tam, myślisz panie Ulryk, Żydom jest lepiej?
A rudzielec psocił już w drugim końcu obozu. W tej niecodziennej sytuacji matki solidniej niż zwykle pilnowały swe dzieci i nie pozwalały ani na krok oddalać się od siebie. Mały hultaj ganiał więc sam, z konieczności miedzy samymi dorosłymi.

Szewc Rudolf, radny miejski zwołał swój cech, najliczniejszy w mieście, na skraj lasu, na przeciwległym od miasta stoku.
– Musimy coś postanowić – zaczął. – To już koniec kampanii, Polacy panoszą się, a my sami jeszcze nic nie zrobiliśmy…
– Ktoś zabił w lesie paru zakonników – zauważył młody Anzelm, zięć mistrza Albrechta – Nie polepszy to stosunków księcia z komandorem…
– Podobno zakon poselstwo do księcia wysłał. O litość chcieli błagać.
– A niech to! Honor zupełnie postradali. Kto posłował?
– Brat Gwido…
– Zresztą nieważne… Nie wyręczajmy się losem, nie naszą to będzie zasługą, gdy przez te trupy do czegoś dojdzie…
– Może to sukiennicy? – nie dawał za wygraną Haszek, uciekinier z Czech, którego margrabia Otto osadził w Sulęcinie – W końcu oni najwięcej zyskali na spaleniu Międzyrzecza.
– Nie – zaprzeczył Rudolf – Za dużo wśród nich Słowian i Polaków. Przecież ten ich Bogusław sam stamtąd przybył… Oni nic zresztą nie robią, jeno rozpaczają. Pewnie wszystko stracą – uśmiechnął się – Było im tu po co przyjeżdżać…! Słuchajcie – intrygująco zwiesił głos, po czym z entuzjazmem odkrywcy dokończył – myślę o podpaleniu obozu na Gołębiej Górze…!
– A ty tu czego! – ryknął naraz Anzelm próbując pochwycić rudzielca, ale poślizgnął się – To ten Hanek, bękart topielicy – wyjaśnił pozostałym, grożąc małemu zaciśniętą pięścią.
Chłopiec zatrzymał się w bezpiecznej odległości i krzyknął:
– Książęcy mają czarownicę, złapią was i upieką na kolację, już ogień rozpalili. Ho, ho, jaki duży ogień, taki wielki dym – pokazał rozkładając ręce i czmychnął między drzewa.
– Zostaw ścierwo – Rudolf przytrzymał swego syna, zamierzającego za nim pognać. – Głupek, nie zdradzi… Ale trzeba z nim pogadać, jak się to wszystko skończy. Tego tylko brakuje, by się tu w Sulęcinie spolszczył…

Biwak sulęcińskich mieszczan nie składał się z tak solidnych legowisk jak te na Gołębiej Górze. Raz, że w lesie nie było zasp, nie było też potrzeby ochrony przed wiatrem. Wykorzystywano za to nikłe już resztki umocnień pogańskiego grodu. Ci, co zostali przygnani przez oddział Miedzyrzeczan dopiero rano, odszukiwali swych powinowatych, biwakujących tu dłużej, bądź z konieczności, żywili nadzieję przeczekania szturmu wprost na śniegu, tak jak stali. Wszyscy zdawali sobie sprawę iż najpóźniej następnego dnia w południe wrócą do miasta. Problem był tylko w tym, czy zastaną tam prócz zgliszcz, coś, w czym da się zamieszkać, choćby do końca zimy?

Głodny już Hanek podkradł się ku biwakowi wójta, kowala Gerlacha. Tu zawsze udawało mu się – któryś z kowalików, czy jakaś dziewka służebna często ukradkiem dokarmiali go. Jak mówiono w mieście, syn Bawarczyka Witigo, prócz imienia i stanowiska, dostał od poprzedniego prepozyta jeszcze służącą, matkę Hanka.

Chłopak zatrzymał się kilkanaście kroków od celu. Miast kowalików i dziewek ujrzał kilku opatulonych w futra mężczyzn. Wśród nich był też wójt.

Kowal skończył właśnie opowiadać o wizycie zakonników i zachęcał do zajęcia stanowiska wobec ich rozkazów. Jego rozmówcy to była miejska elita, stanowiąca niemiecką frakcję w Radzie Miejskiej: kupiec August, przybyły z Westfalii, Rajmund Prowansalczyk, zarządzający w imieniu komtura winnicami, ożeniony z siostrą Gerlacha Judytą, i Konrad, drugi po Rudolfie przedstawiciel cechu szewców w Radzie. Towarzyszył im Fryderyk, dowódca straży miejskiej.
– To hańba u Polaków o łaskę się dopraszać – Konrad był oburzony – Niech lepiej już spalą miasto, i tak niczego dobrego nie możemy się po nich spodziewać.
August gwałtownie zaoponował:
– Wy szewcy, chcecie, by wasze swary z sukiennikami miasto zniszczyły. Co nam przyjdzie po spaleniu Sulęcina – straty jeno i poniewierka. My kupcy, nauczyliśmy się jakie korzyści płyną ze zgody…
– Straż wartko skrzyknę – zadeklarował Fryderyk – możemy gasić.
– Po prawdzie, nie honor to na taką łaskę wroga się zdawać, ale racja niechybnie przy naszym Auguście… – podsumował zafrasowany Gerlach – Przede wszystkim trzeba nam miasto ratować. Gdy stracimy winnice i warsztaty, nic nie skorzystamy na spaleniu Międzyrzecza. A i przewagę przy polskiej pomocy, rychło możemy tamtym oddać.
– Nic dobrego z tego nie wyniknie – ponuro wyobraził sobie taką przyszłość Konrad.
– Właśnie! – podchwycił Rajmund – Mówisz zatem zacny Fryderyku, że trzymasz mimo tego wszystkiego co się dzieje straż w gotowości?
Gerlach spostrzegł Hanka.
– A chodźże tu smyku – przywołał go. – Bękart tyś polski po dziadzie i po matce, możesz się teraz im za to wszystko odpłacić, ha, ha – roześmiał się jak z dobrego żartu i skinął na służącą – A nakarm nam tego biedaka. Może Bóg da, że coś jeszcze z tego wyrośnie?

Niedługo potem chłopak najedzony już, znowu hasał po obozie. Nagle z kłębów czarnego dymu nad miastem strzelił w górę olbrzymi płomień. Z ust oglądających to ludzi wydobył się jęk.

Bogusław, sukiennik, zaczął rozpaczać:
– Tyle dobra, tyle dobra na zatracenie…!
– Dziwisz się? – zakpił mistrz Albrecht – Nałęcz mści się za swoje warsztaty sukiennicze. Nie chce wam oddać pierwszeństwa, choć też żeście Polacy.
W kotlinie było już zupełnie ciemno. Po trochu że już zapadał wczesny, grudniowy zmierzch, głównie jednak od dymu i płatów sadzy, od których było gęsto w powietrzu. Za rynkiem niebo gorzało krwiście. Ognisty słup przypominał olbrzymi piorun od nieba do ziemi rozcinający horyzont na dwie połowy. Nie kołysał się, nie zmieniał odcieni – stanął i tak stał nad wszystkim co istniało.
– I na cóż teraz te waśnie mistrzu Albrechcie? – pokiwał głową Bogusław – Módlmy się lepiej o nasze miasto!
Biedniejsi Flamandowie, których komandor lubuski niedawno dopiero sprowadził do Sulęcina, otoczyli obu swarzących się mężczyzn. Posypały się pretensje:
– To przez wasze waśnie wszystko…
– Cały dobytek nam ci Polacy spalą!Po to tu przybyliśmy?
– Czemu Rada nie prosiła o darowanie miastu?
– Co nam do tego czy książę, czy margrabia… Z czego wyżyjemy do lata?
Dołączyły się i kobiety:
– Co będzie z dziećmi?
– Nie ma gdzie strawy przygotować, ni szat jak wyprać.
– Na zabijaków naszych i własnych synów wyprowadzicie! Na zatracenie Bóg tu nas sprowadził! – histeryzowała jakaś bardziej pobudliwa.
Albrecht spojrzał Bogusławowi w oczy. Chwile mierzyli się spojrzeniami, wreszcie Niemiec powoli zaczął mówić:
– W południe byli zakonnicy, ponoć wyjednali u książęcego kapelana, że ludzie będą mogli nie dopuścić ognia do miasta.
Stojący wokół mieszczanie pochwycili tę nowinę:
– Jazda, do gaszenia! Na co czekamy?! Wiwat Bolesław! Ratować co się da…
Z tyłu Rudolf i Konrad nie kryli dezaprobaty:
– Hołota, gotowi wszyscy lecieć na wezwanie Bolesława!
– Fryderyk mądrzej by już tam gasił…
– Czego chcesz, więcej się uratuje, więcej ściągniemy do kasy podatków. I to od Polaków. Ściągniemy tu jeszcze ich trochę z Międzyrzecza i na wieki będziemy pierwszym miastem na pograniczu.
– Tak, jakoś będziemy musieli się jednak z nimi dogadać…
Zatętniły kopyta końskie. Na drodze prowadzącej z miasta ukazał się jeździec w płaszczu zakonnym. Ujrzawszy zebranych, nie dojeżdżał już do nich, tylko zawrócił konia, krzycząc:
– Zamek padł! Na rozkaz komtura – wszyscy do gaszenia pożaru, za mną!

Dom (apel o wsparcie)

Publikowałam już na blogu apel o wsparcie dla projektu wydania książki młodo zmarłego poety, Juliusza Gabryela, i o pomoc dla filmu Andrzeja Titkowa o żydowskich mieszkańcach Lublina, dziś następna prośba, tym razem w sprawie książki o opiekunkach. Temat jest bardzo ważny i może ktoś wpadnie na pomysł, jak pomóc autorce. Bo jedyny sposób, jaki ona może tu zastosować, to oczywiście po prostu znowu pojechać do pracy jako opiekunka!

Uwaga: tłumaczenie na niemiecki jest gotowe, potrzebne są pieniądze na druk i rozpowszechnianie.

Łucja Fice

Z zawodu jestem chemiczką. Obecnie na emeryturze. Moją pasją całe życie była literatura. Wiersze pisałam już jako dziewczynka w szkole podstawowej, a w Technikum miałam na koncie dojrzałe teksty. Od roku 1996 należę do literackiego Stowarzyszenia RSTK i w tym samym roku debiutuję na łamach czasopisma literackiego Własnym Głosem. Od tamtej pory „zainfekowana” literackim bakcylem już na poważnie, puszczam się w wir pisania. Co roku uczestniczę w warsztatach literackich, czego efektem są tomiki poezji, nagrody na ogólnopolskich konkursach literackich. W pewnym momencie życia zmuszona zostałam do wyemigrowania z kraju na Wyspy Brytyjskie, gdzie podjęłam pracę jako opiekunka w Care Home w Walii. Po kilkuletnim pobycie na Wyspach podejmuję ryzyko pracy jako opiekunka seniorów w Niemczech. Emigracja i saksy zaowocowały powieściami PRZEZNACZENIE, WYSPA STARCÓW, OPIEKUNKA, DRUGA STRONA GRZECHU, ale najważniejsza jest dla mnie powieść ZA KRYSZTAŁOWYM LUSTREM – wspomnienia opiekunki. Po drodze były promocje, wywiady, publikacje, recenzje w wielu czasopismach (Polityka, Gazeta Wyborcza, Wysokie Obcasy, czasopisma lokalne). Redaktor naczelny czasopisma Akant, prof. Pastuszewski napisał pracę naukową Portret psychiczny emigrantki zarobkowej po roku 2004 na podstawie moich powieści. W 2016 roku zostałam przez MKiDZN nagrodzona odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej.
W powieściach mówię wprost, chcę zachować szczerość. Przedstawiam świat opiekunki jako rzeczywistość i dostrzegam wynikające z tego dramaty. Starałam się przedstawić ten wybrakowany świat trochę inaczej, więc połączyłam go ze snami, ze wszystkim, co dobre w tej pracy, a więc duchowy rozwój, przystanek i zastanowienie się nad sobą samą.
Świat wewnętrzny Gabrysi, głównej bohaterki powieści Za kryształowym lustrem, jest bardzo bogaty, jest w nim poza realistycznym opisem ciąńkiej pracy, również drugi wątek, metafizyczny, filozoficzny,. Rozmyślania Gabrysi dotyczą sensu egzystencji, co chyba czyni książkę ciekawszą.
Jestem pewna, że powieść warta jest wydania w Niemczech, o co zabiegam. Otrzymałam już zgodę wraz z umową od Redakcji FRANKFURTER VERLAGSGRUPPE GmbH na jej niemieckie wydanie. Jednak koszty edycji książki (7000 lub 12000 euro) nie pozwolą mi na jej wydanie bez finansowego wsparcia. Jestem przekonana, że powieść zdobyłaby uznanie czytelników na księgarskim rynku w Niemczech i krajach niemieckojęzycznych, pozwoliłaby na przybliżenie tematu niemieckim czytelnikom. Powieść ma zwrócić uwagę niemieckiego czytelnika na to, co ważne jest w życiu, na aspekty moralne jego decyzji, gdy decyduje się wynająć opiekunkę z Polski do opieki nas  niepełnosprawnym członkiem rodziny.
W takiej sytuacji zmuszona jestem do szukania innych źródeł finansowania. Proszę tych, którzy zechcieli by mnie wesprzeć w tym projekcie i pomóc, by ta empatyczna powieść mogła się w Niemczech ukazać. Sponsorów na pewno zareklamuję nie tylko w książce, ale również we wszelkich wywiadach czy spotkaniach.
Wierzę w ludzi i ich pomoc w pokonaniu barier, jakimi są pieniądze, bo przecież Unia Europejska jest naszym wspólny DOMEM.

Fragment powieści:

Miedziane słońce wpadało do pokoju przez wszystkie okna. Stałam chwilę przy otwartym oknie, jak zamurowana, sztywna, z uczuciem jakiejś bolesnej rozkoszy. Miło było położyć się do wygodnego łóżka. Nagle zerwałam się. Wydawało mi się, że podopieczny mnie wołał przez aparat babyfon. Włożyłam szlafrok i zeszłam do pacjenta.

Otworzyłam kluczem główne drzwi, weszłam do pokoju chorego, ale nic nie słyszałam oprócz ciszy. Heinz smacznie spał. Chciałam wracać, ale moją uwagę przyciągnęło światło z kuchni. Strugi perłowego światła, które wyglądało jak koraliki zawieszone na niewidocznych sznurkach. Przesunęłam ręką po oczach, czy aby nie śpię. Nie! Byłam zupełnie świadoma. Po przetarciu oczu zauważyłam, że kuchnia tętni życiem.

– Gdzie jest Helga?
– Helga śpi.

Nie wiedziałam, od której osoby pochodził głos. To była odpowiedź, którą najprawdopodobniej słyszałam tylko w mojej głowie, kiedy zaczęłam tę sytuację analizować. I wtedy, właśnie wtedy zauważyłam na dwóch stołach rozciągających się na całej długości kuchni zielony, żywy dywan sadzonek. W tym momencie mnogość obcych mi ludzi w kuchni zafascynowała mnie po raz drugi.

– Kim oni są, co tu robią?

Nagle ze świecą w ręku podeszła Irena. Wtedy pomyślałam, że śpię, ale wcale nie mam zamiaru się obudzić.

– Nie śpisz! – Irena uśmiechała się i podała mi dużą świecę, która płonęła jakoś inaczej. To światło nie przypominało blasku świecy czy refl eksu lampy. Nie miało złocistych odcieni. Było przezroczyste, ale migotało i błyszczało.
– Co ja tu robię? Irciu! Ty nie żyjesz! Irciu! To tylko sen!
– „Mój świat jest tak blisko ciebie, jak twoja koszula przy ciele”. Nagle obraz znikł, a ja znalazłam się w kuchni, którą opuściłam wieczorem.

Znowu sen na jawie – pomyślałam i zamknęłam drzwi na klucz.
Mignęło jeszcze wspomnienie snu i wyszłam na zewnątrz. W pełnym milczeniu nocy posuwałam się w wilgotnej ciemni schodów. Spojrzałam na niebo, na którym (tak mi się zdawało) zabłysła i zaraz zgasła gwiazda.
Chociaż żadnej gwiazdy nie było, to zapamiętałam ją sobie i jakbym ścisnęła ją w dłoni, żeby zrobić miejsce w umyśle dla czegoś, co mogłoby się wydarzyć. Doszłam do metalowych schodów, które prowadziły do mieszkania Klaudii i Martina, gdzie na drugim piętrze był mój pokój. Przeszłam przez duże oszklone drzwi i byłam w pierwszym pomieszczeniu. Spojrzałam jeszcze na szklaną, oświetloną szkatułę, w której znajdowała się rzeźba rumaka i… nagle coś mi się przestało zgadzać.

– Przecież jestem na jawie, jestem tego świadoma.
Wtedy dźgnął mnie strach. Wytężyłam słuch i próbowałam oswoić się z myślą, że słyszę czyjeś głosy. Kiedy próbowałam okiełznać lęk i już myślałam, że jestem nadzwyczaj spokojna, strach powrócił rykoszetem.

Na sofie siedziały dwie młode kobiety, których nigdy nie widziałam. Obie na dużych tamborkach wyszywały kolorowe makaty i rozmawiały.
Na podłodze leżały trzy dywaniki. Były magicznie kolorowe.
Wiedziałam, że są już gotowe. Kobiety nie zwróciły na mnie uwagi, jakbym była przeźroczysta.

– Boże! Co tu się dzieje? To sen! To sen! To tylko sen! Chcę się obudzić! Chcę się obudzić! Chcę się obudzić!
Stałam przy oknie z przyklejonym do szyby nosem, w niemym osłupieniu.
Dotarło do mojej świadomości, że nie obudziłam się w łóżku.
Od kiedy tak stałam? A może jeszcze się nie obudziłam? Moje ruchy zdawały się być osowiałe jak po męczącym dniu. Spoglądałam milcząco na poranny ogród, na te rozlewające się słoneczne plamy. Zdawałam sobie sprawę z własnej obecności TU I TERAZ, choć już nie miałam stuprocentowej pewności. Ten sen był tak fascynujący, że chciałabym jeszcze raz do niego powrócić. Czułam w nim „coś” nie z tego świata, a teraz to „coś” odchodziło, jakbym straciła świadomość własnych myśli, choć moja percepcja była trzeźwa. Trudno mi było wrócić do rzeczywistości, bo w dalszym ciągu czułam, się tak, jakbym znalazła się na przecięciu światów, jak przed zaśnięciem, kiedy wchodzę w stan marzeń. Te wszystkie obrazy, które przepływały przez mój umysł, myśli i głos Ireny podczas tego snu, odbierałam przecież bardzo realnie. Zawsze uwielbiałam spokojną tonację jej głosu, który działał na mnie jak dźwiękowe valium.
A może wcale mnie tu nie ma, może to tylko odbicie mnie samej w szybie, w KRYSZTAŁOWYM LUSTRZE, odbicie mnie w sobie? – pomyślałam. Może potrzebowałam tego snu, by móc zrozumieć coś innego? Muszę go zinterpretować z innej strony. Może jestem w stanie sama zmieniać swoje życie? Może coś wyłapuje moje myśli, które są z tym„czymś” w rezonansie?! Może te sny to jakaś siła przyciągania, o której nie mam pojęcia i mogłabym wszystko do siebie przyciągnąć, o czym tylko pomarzę? Może są połączeniem pomiędzy moimi marzeniami, lękami, a fi zyczną rzeczywistością? Chyba tak! To moje myśli sprowadzają mnie na saksy. Miałam wówczas zbyt dużo mentalnego chaosu w głowie, bym mogła dostrzec spokój.

Ile razy już tak bywało? Czy inni też mają takie stany ducha, jakby byli pogrążeni w półśnie, we mgle? Co u diaska się ze mną dzieje?
Poczułam, jakby granica między snem a jawą zupełnie się zacierała, zaczęłam wątpić, czy w ogóle żyję. Tak bywało w dzieciństwie, a teraz znów wszystko powraca. Z kim mogę o tym porozmawiać? Z kim się tym podzielić? Nie chcę więcej śnić!
To co? Mam się nie kłaść spać? – prowadziłam w myślach dialog ze sobą, jakby były mnie dwie. Przecież te sny to nie sploty luźno poukładanych zdarzeń, to logiczne, sensowne obrazy. Jeszcze raz zdałam sobie sprawę, że byłam z czymś w rezonansie. No właśnie, z czym? Może to był jakiś bank Wszechświata i stamtąd, jak z komputera dostałam tę wiadomość. Przecież prośby o sen z Ireną się spełniły, a w moim mózgu jest rodzaj kryształowego lustra, przez które przepływa jakaś nieznana energia zawierająca informacje. Może miałam w tym śnie dostęp do jakiejś hiperkomunikacji?

Po przeanalizowaniu snu, centymetr po centymetrze, odkryłam:
Zielone sadzonki – wzrastanie we mnie mądrości o mnie samej.
Światło zapalonych świec – wewnętrzny blask, o którym mówił nie tylko Jezus, ale inni prorocy. To przekaz, który ma mnie wprowadzić na następny etap rozwoju, żebym przestała pytać, KIM JESTEM, a zaczęła pytać, KIM lub CZYM mogę się stać. Nastąpiło skojarzenie ze słowami matki ze starego snu: „Dostrzeżesz kim jesteś. Rezultaty już istnieją”. Czyżby życie przynosiło to, co zostało zamówione? Może to przekaz, że muszę zaakceptować, iż jestem procesem, a nie tylko osobą, istotą. Haft owane ręcznie artystyczne dywaniki – to ten fundament pod zrozumienie, to tkanie mądrości, przecież widziałam wzory, które mój umysł rozpoznawał, które oparte na wiedzy i doświadczeniu mogą mi się przydać, tylko muszę z nich skorzystać.

A może ten sen był odpowiedzią na moje wielkie współczucie, na moją pozytywną emocję, jaką obdarzyłam Heinza, uczucie, z którego zdałam sobie sprawę, że płynęło głęboko z mojego serca. Boże! Teraz rozumiem, dlaczego tak rzadko miewam tak piękne sny. No tak! Następna PRAWDA – bo tak rzadko jestem prawdziwie dobra. Nie jestem doskonała. To we mnie tkwi DOBRO I ZŁO. BIAŁE I CZARNE.

Jestem dualna. Choć o tym wiedziałam, jakby od zawsze, dając innym rady, to dopiero TERAZ sama to poczułam. To Irena, moja przyjaciółka, pomogła mi uświadomić sobie, KIM JESTEM. Odeszła, bo bała się, a świat zrobił za nią resztę, zarażając nieuleczalną bakterią.
Zrozumiałam i urodziły się nowe pytania: jak być tylko dobrą?
Czy jest taki świat, nad którym sprawuję władzę? Jak pozbyć się złych myśli, emocji? To są najważniejsze dla mnie, jako dla człowieka w dzisiejszych czasach, pytania.

Przy śniadaniu opowiedziłam sen.
– Gabi! To są wspaniale symbole, spróbuj je rozszyfrować. Może w tych snach widzisz przyszłość?
Nie powiedziałam, że już to zrobiłam.
Zawsze widziałam przyszłość, od dziecka, ale problem w tym, że widziałam ją we fragmentach, jak w okruchu rozbitego lustra. Ilona nie miała racji, mówiąc, że przyszłość jest już zapisana.

***

Dni mijały w spokoju, umilane relaksującą muzyką sączącą się od samego rana z radia lub z płyt CD. Dom pachniał miłością, dobrą kuchnią i kwiatami. Po pięciu latach na saksach zostałam obdarzona szacunkiem i szczerą miłością obcych mi ludzi. Już nie czułam się jak wierny pies, który nie może opuszczać swojego pana, lub pokutująca dusza, która czeka na powrót do DOMU. Wracam do DOMU, w którym czas ma inne znaczenie, jest bardziej realny, nieodbarwiony. Mój DOM w Polsce to świat, z którego pochodzę, ale jestem szczęśliwa, że byłam w domu, w którym zrozumiałam swoje sny. Tam, w cieniu drzew w ogrodzie znalazłam spokój, jakbym urodziła się na nowo. Po szczegółowym rozważeniu planu naprawy siebie samej, zrozumiałam, że droga, którą podążałam, była nie tylko celem dla zdobycia pieniędzy, bo pracując z chorymi i umierającymi, stawiałam siebie na ich miejscu i zrozumiałam, czym jest życie. Wszystko, co mi się przydarzyło, widzę teraz jako doświadczenie. Wszystko, co musiało się wydarzyć, abym mogła uregulować rachunek sumienia. Kocham cię życie ponad życie.

Barataria czyli Chatka Puchatka

Marek Włodarczak

kontynuacja wpisu Klątwa

Kończąc pracę jako nauczyciel fizyki, ostatnią lekcję zapisałem na tablicy i zatytułowałem:

Ostatnia lekcja fizyki

Nie wierzę w fizykę, której was uczyłem. To nie jest Chatka Puchatka. Z tych samych patyków można zbudować inną fizykę. Pytanie tylko – czy to będzie Chatka Puchatka.

Wszyscy ją zapisali, nawet ci, co nie mieli zeszytu.

Na koniec cała klasa ustawiła się z prośbą o autograf. Prawdopodobnie była to jedyna lekcja, którą zrozumieli.

Komentarz:

Pisząc o patykach, miałem na myśli nasze wrażenia wzrokowe, słuchowe, dotykowe itd. Bracia Wachowscy w filmie Matrix pokazali, że źródłem tych wrażeń może być równie dobrze rzeczywistość jak i Matrix. Załóżmy, że źródłem naszych wrażeń jest jeszcze coś innego, a nam się tylko wydaje, że tym źródłem jest to, co nazywamy obiektywną rzeczywistością. Nazwijmy to coś matrixem. To, co nazywamy fizyką nie jest fizyką, to tylko matematyczny opis naszych wrażeń. Właściwa fizyka to próba odpowiedzi na pytanie – co istnieje? Rzeczywistość czy matrix? Pytanie to zostało uznane za jałowe, bo nigdy się tego nie dowiemy. Diogenes Laertios w Żywotach i poglądach słynnych filozofów na str. 388 pisze o Doktrynie Stoickiej. Stoicy uważali, że fizykę logikę i etykę należy wykładać razem, bo się z sobą łączą i przyrównywali „do urodzajnej roli: ustawione dookoła ogrodzenie – to logika, owoce – to etyka, ziemia i drzewa – to fizyka”. Jednak nasza cywilizacja nie jest „Chatką Puchatka” – z tym większość się zgodzi. I jest to cywilizacja oparta na fizyce Demokryta, czyli przekonaniu, że świat to elementy w ruchu. Załóżmy, że jest to fundamentalny błąd, który zgodnie z Doktryną Stoicką, daje owoce, jakie daje.

Czy można inaczej? Inną fizykę a z nią inną etykę? Czy to będzie „Chatka Puchatka”?


PS od Adminki: moi drodzy Ctzytelnicy, zorientowałam się dosłownie kilka dni temu, że wielu z Was, zwłaszcza tych młodych i wszakże nadzwyczaj inteligentnych, nie zna podstawowych tekstów źródłowych, a więc Kubusia Puchatka i Chatki Puchatka. Na wszelki wypadek przypominam tym, co nie wiedzą, jak to było z chatką Puchatka.

Pewnej zimy ktoś (pewnie Krzyś) ustawił w śniegu chatkę dla Kłapouchego. Tymczasem Puchatek i Prosiaczek, nie wiedząc o tym, zatroskali się, że musi być bardzo zimno biednemu filozofowi w jego ponurym zakątku, postanowili więc wybudować mu chatkę niespodziankę. Jeden z nich przypomniał sobie, że za lasem widział stos gałęzi, które świetnie by się nadawały do realizacji ich planów budowlanych. Chodzili więc kilkakrotnie między owym stosem gałęzi a cienistym zakątkiem, gdzie mieszkał Kłapouchy i w końcu ustawili mu chatkę, a właściwie Chatkę! Była ona identyczna, ale przecież inna, na czym zapewne, tworząc niektóre swe dzieła, wzorował się chiński artysta Ai Wei Wei, że przypomnę tu przesypywanie łyżeczkami góry piasku.

Karol Frycz, ojciec polskiej scenografii

Rzadko pojawiający się na blogu piewca Ponidzia, tym razem o wielkim człowieku teatru, którego ukształtowało piękno ponidzkich krajobrazów

Tadeusz Rogala

Z Cieszków do Krakowa

„W piątek 23 marca 1877 roku o godzinie 5-tej po południu we dworze w Cieszkowach przyszedł  na świat pierworodny syn Heleny i Kaźmierza Fryczów. Na chrzcie otrzymał imiona Karol Józef; pierwsze po pradziadkach Fryczu i Dąbskim, drugie po dziadkach Fryczu i Trzetrzewińskim. Chrzest chłopca odbył się 7 października 1877 roku, po raz pierwszy w rodzinie zgodnie z wyznaniem matki: w rzymsko-katolickim kościele parafialnym w Probołowicach, drewnianym, z barokowymi ołtarzami, wystawionym w 1759 roku na lekko wyniesionym wzgórzu przez Proboszcza księdza Jacka Kowalskiego” – pisze o Karolu Fryczu, późniejszym dyrektorze krakowskiego teatru im. Juliasza Słowackiego, Lidia Kuchtówna w książce Karol Frycz.

Rodzina Fryczów pochodziła z Niemiec, z Saksonii, pierwotne nazwisko to prawdopodobnie Fritsch lub Fritsche. Polska linia Fryczów osiadła w Polsce za króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Pradziad Karola, Karol Bogumił, urodził się w roku 1773 w Lublinie, został ochrzczony w kościele kalwińskim w Piaskach Luterskich. Karol Bogumił ożenił się z Marią Bandtke, córką lubelskiego kupca. Rodzina Bandtków była wyznania augsburskiego, pochodziła ze Śląska. W roku 1814  Karol Bogumił zakupił dobra Schöbekirche koło Piotrowic (obecnie w Czechach).

Dwór w Cieszkowach, gdzie urodził się Karol Frycz; zdjęcie z lat trzydziestych, z prawej strony niższa przybudówka z dużymi oknami to oranżeria, w której Karol Frycz jako dziecko tworzył swój teatr

Dobra ziemskie Cieszkowy z przysiółkami Krzyżem i Grabówką w powiecie skalbmierskim, województwie krakowskim Karol Bogumił Fritsch nabył 31 sierpnia 1821 roku od barona Karola Larischa. Fritschowie do Cieszków przenieśli się z majątku na Śląsku.

W XVIII wieku właścicielami Cieszków byli Żeleńscy, przodkowie Tadeusza Boya- Żeleńskiego. Poprzez koligacje rodzinne dobra te przeszły w ręce Karola Larischa.

Karol Bogumił Frycz (używano już spolszczonej wersji nazwiska) zmarł 16 maja 1838 roku w Cieszkowach, dziedzicem dóbr został syn Józef, urodzony na Śląsku. Józef brał udział w powstaniu listopadowym, był porucznikiem pułku piechoty liniowej. Wcześniej studiował na Uniwersytecie Jagielońskim, osiadł w Cieszkowach i miał opinię znakomitego rolnika. W roku 1835 Józef poślubił Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinkowskiego, w Księstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtuti Militari.
Z małżeństwa tego przyszło na świat dziewięcioro dzieci.

Grób Józefa Kalinkowskiego, dziadka Karola Frycza,
na cmentarzu w Probołowicach

W roku 1856 Józef Frycz rozbudował dwór w Cieszkowach według projektu architekta Stanisława Postawki z Gabułtowa, sąsiada i towarzysza z powstania. Wnętrza dworu udekorowano obrazami sławnych artystów – Józef znał się na sztuce. Dzieci dorosły, usamodzielniły się, a dobra Cieszkowy przypadły synowi Kaźmierzowi. W roku 1863 Kaźmierz bierze udział w Powstaniu Styczniowym. W roku 1875 zawiera związek małżeński z Heleną Trzetrzewińską.

„Kiedy panna Helena Trzetrzewińska – katoliczka, wchodziła do rodziny Kaźmierza, Fryczowie byli całkowicie spolonizowani, pomimo kalwińskiego wyznania męskiej lini rodu. Już nie wracali we wspomnieniach do niemieckiej tradycji. Ich korzenie wrosły mocno w szlacheckie gniazdo rodzinne w Cieszkowach na Ponidziu; w rozległy, pofałdowany krajobraz lessowy, i w modrzewiowy dwór stojący w cieniu potężnych lip. A w opowieściach rodzinnych przenoszonych przez pokolenia, kształtujących tożsamość narodową i głębokie przywiązanie do polskiej ziemi i polskiego narodu, kultywowano ofiarny udział przodków w kolejnych zrywach niepodległościowych” – psze Lidia Kuchtówna.

Resztki dawnej alei lipowej ze starymi drzewami, za aleją był ogród z jabłoniami, na których przesiadywał Karol Frycz jako dziecko

Mały Karolek dzieciństwo spędzał na wsi w Cieszkowach, wśród przyrody Ponidzia. A przyroda jest tu szczególnie piękna. Jak opisywał,  w tym czasie  czterdziestoletni Adolf Dygasiński, urodzony także w Niegosławicach na Ponidziu: „Nigdzie tak pięknie nie śpiewają słowiki ani skowronki, nigdzie bzy nie mają woni tak miłej, nigdzie róża rankiem nie przyozdabia świata cudowniej.” Karolkowi zostanie w pamięci piękny modrzewiowy dwór, za którym stał z tyłu zbór ariański, już wtedy przerobiony na lamus, stare aleje lipowe, pamiętające jeszcze innowierców w Cieszkowach – jak mówiono na braci arian – i sad jabłoniowy, rozciągający się na wschód od alej lipowych w dół do stawu rybnego. Z południowej strony sadu, na najwyższym wzniesieniu stał kopiec- kurhan z praczasów – a na nim rósł ponad dwustuletni wiąz. Zapewne pod nim bawił się mały Karlolek, a zimą zjeżdzał stąd na sankach, jak to robiły wiejskie dzieci. Sad słynął jeszcze potem, za czasów, gdy gospodarowali tu Bukowscy, ze smacznych śliwek, z których powidła były znane i doceniane w przedwojennej Polsce, w Krakowie. Sad przetrwał jeszcze do końca lat siedemdziesiątych, kiedy to władza ludowa wykarczowała stare drzewa i posadziła nowe. Teraz ten teren jest porośnięty dzikimi krzakami.

Poczwórna fornalka podczas bronowania na byłych polach majątku Fryczów, zdjęcie z roku 1943, brony pochodzą jeszcze zapewne z czasów gospodarowania Fryczów

Karol pierwsze nauki pobiera w rodzinnym dworze. Dla uzupełnienia nauki sprowadzono  nauczycielkę z Francji tzw. bonne supérieure. Bona tak opisywała wrażenia z polskiej wsi: „Zima była wyjątkowa, długa, poczwórne fornalki w końcu kwietnia borykały się, bronując, z zamarzniętą grudą, proboszcz parafii kwękał długo po przebytej hiszpance, a zawodowa stadnina harcowała po okólniku.  … Mając tu sto rozbieganych koni i stu służących, którzy jeżdżą konno nie spełniając żadnej poważnej pracy…”

Nauczycielka zapewne się z tymi końmi pomyliła. Nic nie wiadomo, aby w Cieszkowach hodowano tyle koni, natomiast w pobliskich Miławczycach w tym czasie Józef Trzebiński posiadał hodowlę koni wyścigowych, jedną z najlepszych w Królewstwie Polskim. W tych właśnie Miławczycach siedział kiedyś na dzierżawie Jan Chryzostom Pasek, a pierwsze dni dzieciństwa spędziła tu profesor Maria Dzielska. Można też przypuszczać, że gościńcem wsi Cieszkowy przejeżdżała latem starsza o dziesięć lat od Karola, Maria Skłodowska, jadąc ze pobliskich  Stawieszyc do  kancelarii notarialnej swego wuja Zdzisława Skłodowskiego do Skalbmierza. Maria Skłodowska spędzała na Ponidziu letnie wakacje.

Karol już jako siedmioletni chłopiec jeździł do Kielc i Krakowa. W wieku dzisięciu lat jest na przedstawieniu teatralnym w Starym Teatrze w Krakowie na sztuce „Rewizor petersburski” Gogola. Wygląd teatru z tego przedstawienia pozostał mu na długo w pamięci. Ogląda następne przedstawienia.

Dawny zbór ariański, z prawej stron widoczne stare lipy, o których wspominał Karol Frycz i fragment budynku szkoły, stojącej na miejscu, gdzie stał kiedyś dwór Fryczów

Po tych pierwszych przedstawieniach odrywa u siebie wielki pociąg do teatru. Po powrocie do domu  odtwarza role widziane w teatrze. Zamienia opustoszałą w lecie oranżerię na fikcyjny teatr, angażuje siostry i krewnych równolatków do gry w tym jego teatrze. Równocześnie ujawniają się zdolności rysunkowe Karola. W domu rodzinnym w Cieszkowach kultywowano tradycyjne patriotyczne i narodowe. „Wszystko, co zaznaczało się swoiście polskim charakterem, co miało jakieś cechy dodatnio wyróżniające nas orginalnością pośród rodziny narodów europejskich, a przede wszystkim słowiańskich, wszystko, co było znamieniem pewnej ciągłości narastających epokami formacji kulturowych czy obyczajowych, doznawało w domu troskliwej opieki. To była jakby kotwica wczepiona w ziemię ojczystą, zarówno w jej hojności, jak i w jej biedy.”

We wrześniu 1887 roku rodzice wysyłają Karolka do gimnazjum w Krakowie – nie chcą, by syn uczył się w Królewstwie Polskim w szkole rosyjskiej. Karolek okazał się się w tych początakach swojej edukacji niezbyt gorliwym uczniem. Klasę III, IV i V przerabia ucząc się w domu w Cieszkowach.

W tym okresie, podróżując z matką, zwiedza prawie całą zachodnią Europę, poznaje języki, do których miał wrodzone predyspozycje. Już w młodości władał niemieckim, włoskim, francuskim i angielskim.

Do Krakowa przyjeżdża tylko dwa razy w roku na egzaminy. W roku 1896 otrzymuje świadectwo ukończenia V klasy. Dalszą edukacje rozpoczął w gimnazjum w Bochni. W maju 1896 roku zdaje egzamin dojrzałości. Zawsze wspominał Cieszkowy, gdzie spędził dzieciństwo, czuł się Polakiem i Europejczykiem. Z maturalnym świadectwem powrócił do Cieszków. W rodzinie zastanawiano się nad dalszą jego edukacją – nie zdradzał bowiem szczególnego zainteresowania do żadnego przedmiotu. Było jednak wiadomo, że chętnie rysował.

W październiku 1896 roku rozpoczął studia na politechnice w Monachium na wydziale architektury. W czasie studiów młody student architektury doszedł do przekonania, że nie interesuje go architektura, lecz historia sztuki. W roku 1898 został wyrzucony ze studiów i powrócił do rodziców. Już zdecydował, że chce podjąć studia w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie.

Nie spełniła się nadzieja ojca Kaźmierza, że jedynak przejmie majątek rodzinny. Karol nie wykazywał żadnego zainteresowania rolnictwem. Rodzice nie sprzeciwiali się wyborowi studiów malarskich. W tej sytuacji Kazimierz Frycz około roku 1898 sprzedał Cieszkowy swojemu siostrzeńcowi, Felicjanowi Mieroszewskiemu i przeniósł się z rodziną do Lublina. I tak kończy się przygoda rodu Fryczów z Cieszkowami na Ponidziu.

Karol Frycz do końca życia będzie z nostalgią wspominał Cieszkowy. „Mając dwadzieścia lat – pisał w jednym z listów – opuściłem pewnego dnia stary, modrzewiowy duży dwór, w którym od dziecka mieszkałem, w którym urodził się mój ojciec, dziad i pradziad, w którym nagromadziły się graty i pamiątki, jak wspomnienia, od piwnic do strychu. Moim  ‘sadem wiśniowym’ były trzechsetletnie lipy, ocieniające stary zbór ariański w głębi parku, pielęgnowany przez moją rodzinę.”

Do Krakowa wyjechał już z Lublina. Zaczął studia w  matejkowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Po śmierci Jana Matejki uczelnią zarządzał wybitny akwarelista – Julian Fałat. Karol studiował pod kierunkiem Alfreda Rollera, który później został scenografen Opery Wiedeńskiej.

Frycz od samego początku wyróżniał się wśród krakowskich studentów malarstwa. Jego profesorami byli m. in. Leon Wyczułkowski i pejzażysta Jan Stanisławski. Karol interesuje się życiem kulturalnym i naukowym w mieście, które gromadziło wówczas znakomite  nazwiska i świetne talenty.  Nadal utrzymuje żywe kontakty rodzinne, szczególnie z Żeleńskimi, z Stanisławem Gabrielem, Edwardem i Tadeuszem. Równolegle do studiów malarskich  w roku 1902 Frycz zapisuje się na Wydział Filozoficzny Uniwerytetu Jagielońskiego, na kurs historii sztuki.  Spotyka się wtedy m. in. z Wyspiańskim i z Jackiem Malczewskim.

Karol Frycz nie kontynuuje jednak studiów na Akademii, lecz zapisuje się do rządowej Szkoły Przemysłu Artystycznego w Wiedniu, gdzie kształci się w kierunku dekoracyjno-przemysłowym. W czerwcu 1903 Frycz roku zalicza w Kunstgewerbeschule rok szkolny 1902/1903 i powraca do Krakowa. Współpracuje z pismem satyrycznym Liberum Veto, a jesienią pojawia się a Akademii na prawach wolnego słuchacza. Wiosnę 1904 roku Karol Frycz spędza w Anglii, dokąd wybrał się w podróż studyjną. Ten wyjazd zamyka lata jego studiów.

W kwietniu 1904 roku Frycz osiada w Krakowie. Jest tu już znany. Kontynuuje współpracę z Liberum Veto, interesuje się teatrem, uczestniczy w życiu kulturalnym Krakowa. Pokrewieństwo z rodziną  Żeleńskich ułatwiało mu wstęp do najlepszych krakowskich salonów. Intelektualiści Młodej Polski spędzają wiele czasu razem – w salonach, kawiarniach, za kulisami teatru. W cukierni Michalika spotykają się malarze, dziennikarze i poeci. Tu, przy wspólnym stoliku powstała myśl powołania kabaretu artystów, wzrorem podobnych przedsięwzieć w Europie Zachodniej. Tak powstał Zielony  Balonik. Od początku działał pod zarządem komitetu w składzie: Edward Żeleński, brat Boya, Nosakowski, Boy, Frycz, Trzciński i Sierosławski. Pierwszy wieczór kabaretowy odbył się 7 października 1905 roku.

Karol Frycz odwiedza często Stanisława Wyspiańskiego, kiedy ten jest już ciężko chory.  Gdy Frycz wyjedzie z Krakowa na pogrzeb stryja, po powrocie nie spotka już przyjaciela – Wyspiański już nie żył.  Fryczowi powierzoną oprawę plastyczną pogrzebu artysty.

W wieku trzydziestu lat Frycz jest już wziętym malarzem, cenionym grafikiem, uznanym dekoratorem teatralnym i wybitną postacią krakowskiego życia kulturalnego. W roku 1906 Ludwig Solski, dyrektor krakowskiego Teatru Miejskiego, daje mu szansę zadebiutowania w prawdziwym teatrze. Frycz przygotowuje scenografię do sztuki Peleas i Melissanda Maeterlincka. W latach 1907-1912 Karol Frycz działa w Krakowie z dużym zaangażowaniem i intensywnością, uprawia plakat, karykaturę grafikę, ilustracje książkowe, malarstwo sztalugowe. Włącza się w ruch Wielkiej Reformy Teatru, proponując tworzenie nowej oprawy plastycznej dla każdego przedstawienia i odejście od konwencjonalnych rozwiązań.

W roku 1912 Frycz przenosi się do Warszawy do otwieranego przez Arnolda Szyfmana Teatru Polskiego, gdzie zostanie zatrudniony jako scenograf.

Okres pierwszej wojny światowej Frycz spędził w Sandomierzu, gdzie w katedrze Narodzenia Najświętszej Maryi Panny odrestaurował średniwieczne freski.

Odzyskanie przez Polskię niepodległości przyniosło artyście nowe wyzwania. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało w 1919 roku misję dyplomatyczną, której celem było nawiązanie kontaktów z admirałem Aleksandrem Kołczakiem, jednym z dowódców Białych i przeciwnikiem bolszewików, który kontrolował znaczne obszary Syberii. Delegacja wyjechała statkiem z Francji przez Kanał Sueski i dalej przez Ocean Indyjski do Chin. Misja nie powiodła się. W Chinach delegaci dowiedzieli się, że bolszewicy rozbili wojska Kołczaka, a jego samego rozstrzelali. Zadaniem Frycza w Azji była także promocja nowopowstałego kraju, poprzez upowszechnianie jego kultury. Frycz jeździł po Chinach i Japonii dając wykłady i spotykając się z politykami i prasą. Już przed wyjazdem Frycz nawiązał kontakty z gazetami, dla których pisał także reportaże z podróży. Powrócił do kraju po dwóch latach, a do końca życia przyrosło do niego przezwisko „Chińczyk”.

W latach 1921-31 działał w warszawskim Teatrze Polskim, realizując ponad 70 projektów.  W roku 1933 Frycz został  ściągnięty przez Juliusza Osterwę z powrotem do Krakowa, do Teatru im. Juliusza Słowackiego. A za dwa lata sam objął stanowisko dyrektora teatru, był też profesorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W roku 1939, po wkroczeniu wojsk niemieckich, zamknięto Akademię Sztuk Pięknych, a teatr Slowackiego zamieniono na scenę impresaryjną dla zespołów III Rzeszy. Frycz spędził wojnę, pracując w bibliotece.

Po wojnie został pierwszym dyrektorem Teatru im. Słowackiego. Dyrekcja stała przed trudnym wyzwaniem, pracownie i magazyny zostały rozgrabione, także aktorów pozostało niewielu. Fundusze na działalność były niewielkie. Przy teatrze powstało Studio Aktorskie, które stało się zaczątkiem późniejszej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Po przejęciu dyrektorstwa teatru przez Osterwę Frycz był dziekanem wydziału scenografii krakowskiej ASP. Wśród jego uczniów znaleźli się Tadeusz Kantor, Andrzej Stopka, Józef Szajna. Frycz kładł nacisk na logikę myślenia, konsekwencję, wyczucie materii teatru. Jego wychowankowie określani są jako przedstawiciele krakowskiej szkoły scenografii.

Pod koniec życia Frycz ciężko chorował. Zmarł w piątek 30 sierpnia 1963 roku w wieku 86 lat. Pochowano go na cmentarzu na Salwatorze w Krakowie, sam wybrał sobie to miejsce pochówku dwa lata przed śmiercią. Spoczął w pobliżu Osterwy, Rostworowskiego, Tadeusza Białkowskiego, Mariana Niżyńskiego. W pogrzebie uczestniczył duszpasterz środowisk twórczych – biskup Karol Wojtyła, także m.in. wiceminister Kultury i Sztuki Zygmunt Garstecki, Balicki, Szyfman, Władysław Daszewski, Andrzej Stopka.

***

Przy pisaniu autor korzystał z książki Lidii Kuchtówny Karol Frycz. Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Tadeusz Rogali.

Spotkania z Księciem Ciemności 1

Ksawery Kopański

Historyjka, którą chcę wam przedstawić, opiera się – jakby na parze filarów – na dwóch paradoksach. A wiadomo, że żaden stół ani żadne krzesło na dwóch nogach w pionie się nie utrzyma. Dlatego nie dziwcie się, jeśli moja gawęda co i rusz fiknie na ryj. Rzecz jasna: są i tacy, którzy stoją pewnie na dwóch nogach. Ale nasza klechda dotyczy akurat czworonogów, więc to żaden argument.
Paradoks pierwszy: diablę, o którym opowiem, choć z piekła rodem, przynosi ze sobą samo najlepsze. Jak to robi? Nie mam pojęcia.
Paradoks drugi: właściwie to ja jestem od dziecka zaprzysięgłym psiarzem. Koty lubię, szanuję, podziwiam i tak dalej; świadczy o tym zresztą choćby niniejsza opowiastka. Ale gdyby postawiono mnie przed twardym, bezalternatywnym wyborem, bez wahania wybrałbym psa. Tym razem – szczęśliwie – nie muszę wybierać.

*****

Książę Ciemności nie był nim od początku. Gdy pojawił się jakiś czas temu w mojej okolicy, wyglądał jak wypłosz: drobny, zagubiony i przerażony. Na małym ciałku Kreator osadził wielką głowę, z której spoglądały jeszcze większe, intensywnie zielone, trochę smutne, a trochę zaciekawione, oczyska. Typowe kilkumiesięczne kocię. Tyle, że uroczo intensywnie czarne. Na boku blizna po sporej ranie: już wygojonej i po części obrośniętej futerkiem.
Skąd się wziął? Co dotąd przeżył? Nie wiadomo. Dlaczego wybrał naszą posesję? To akurat oczywiste. Dom zamieszkany jest przez osiem rodzin, więc szansa, iż ktoś pomoże, spora. Niby miasto, ale okolica o wiejskim charakterze: przy domu cała masa komórek, bud, szopek. Łatwo znaleźć jakiś ciepły i bezpieczny kąt. Wypłosz nie zawiódł się w swych rachubach. Raz ten, raz inny mieszkaniec dom rzucał mu coś do jedzenia, brał na ręce, pogłaskał. A menda jedna potrafiła się przymilić, oj potrafiła!
Przez chwilę zagościła w mojej głowie myśl, aby go po prostu wziąć do siebie. Niestety: mam już sześcioletnią sunię, która w młodości cięta była na koty, że hej. Trochę się tego bałem. Poza tym tryb życia, obowiązki zawodowe – cała ta dolegliwa proza życia – wykluczały możliwość zaopiekowania się znajdką.
Głównymi opiekunami stało się przeto jedno z małżeństw moich sąsiadów. Nie przepadamy za sobą nawzajem, nawet się do siebie nie odzywamy (stara historia; ech, szkoda gadać…), ale lojalnie muszę przyznać, iż wobec czarnego wypłosza zachowali się bardzo ładnie. Regularnie go karmili, a on nocował głównie w ich komórce.
Kropka, nasza ukochana sunia, jest trochę samotna. Ma co prawda dwoje zakochanych w niej starych dziwaków, czyli moją Żonę i mnie, ale to jednak nie wszystko, co małemu pieskowi do szczęścia potrzebne. Łatka (nie była jej biologiczną matką, ale ją wychowała i wychuchała) z którą Kropka była mocno zżyta, dwa lata temu, po siedemnastoletnim pobycie na tym łez padole, przebiegła po tęczowym moście…
Od tego czasu Kropka jest samotna, choć, jak wspomniałem, ma nas. Kropka jest samotna, a czarnuch – uroczy. A może zaryzykować? Jeśli nie domownik, to chociaż kolega do zabawy „na przychodne”?
Pierwsze wizyty kiciuś spędził wyłącznie w moich ramionach, sycząc na Kropkę, która z kolei intensywnie go obszczekiwała: nie ze złości, lecz z dezorientacji. Ale potem, stopniowo, było coraz lepiej. Po jakimś czasie oba zwierzątka radośnie bawiły się, z zapałem turlając razem już to po łóżku, już po podłodze. W tym czasie mały kiciuś wyrósł na pięknego, dużego kota. Czarnego z zielonymi oczyma – o takim zawsze marzyłem. Zaczął też przybierać na wadze. Ale w taki sposób, iż przez chwilę myśleliśmy z Żoną, iż chyba jednak jest kotką, która, jak to się mówi, zaciążyła.
Co teraz? Kto się zajmie tą sprawą? Czy sąsiedzi staną na wysokości zadania?
I wtedy zdarzyło się nieszczęście. Kot(ka) zniknął(ęła). Jeden dzień, drugi… Rozpacz w całym domu, bo wszyscy już zdążyli go (ją) autentycznie polubić. Po czterech dniach sąsiadka – ta, z którą od kilku lat nie rozmawiam – z radością oznajmiła mi na korytarzu, że jest, wrócił! Murzyn jeden! Ciąża? Nie, to kot; przytył po prostu.
Od tego czasu piekielny osobnik ma wolny wstęp do naszego mieszkania. Zazwyczaj podczas spaceru, jaki odbywam z Kropką, przyłącza się do nas i wchodzi z nami „na pokoje”. Nie pyta o pozwolenie. Wchodzi jak na swoje. Z uniesionym dumnie ogonem.
Cała jego czarna sylwetka woła: „Jam jest Książę Ciemności”! Zostaje u nas, ile chce.
Siada, gdzie mu się podoba. Bawi się z Kropką. A potem odchodzi do swych kocich spraw. Drań wie doskonale, co mu wolno i dlaczego. Zna swą wartość.


Ale, formalnie rzecz ujmując, to jednak nie nasz kot, tylko sąsiadów, którzy nazywają go Murzynkiem lub Bambusikiem, a po wspomnianym czterodniowym gigancie wyposażyli go w czerwoną obróżkę z dzwoneczkiem. Czerwień – owszem – dobrze się komponuje z czernią futerka w infernalną, czarcią całość. Ale ten dzwoneczek? Tragedia! Nie zdejmiemy go jednak, bo przecież ostatecznie – to nie nasz kot.

Ale taki układ nam odpowiada. Maksimum przyjemności z wizyt Księcia Ciemności i minimum zobowiązań. Wyjada co prawda cały pokarm Kropce (sąsiedzi, rzecz jasna, też go karmią) – przy całkowitej skądinąd akceptacji zacnej suni – ale to nie problem, stać nas na dodatkową puszkę.
Tyle tylko, że trzeba zachowywać zasady ścisłej konspiracji. Wolę, żeby sąsiedzi nie wiedzieli o jego odwiedzinach, bo trudno przewidzieć, jak by zareagowali. Nikt go co prawda do niczego nie zmusza – przychodzi kiedy chce i wychodzi, gdy ma ochotę – ale jednak lepiej nie ryzykować. Dlatego, choć pięknie tam wygląda, staram się, żeby nie przesiadywał na parapecie okiennym. Przynajmniej dopóki jest jasno.


Ufff… Mamy załatwione to, co niezbędne. Ekspozycja wykonana, akcja opowieści zawiązana. Czekajcie więc, jeśli taka Wasza wola, na kolejne odcinki opowieści o moim życiu z Księciem Ciemności.

1269 (2)

Mieczysław Bonisławski

Obóz po ogłoszeniu rozkazu o przystąpieniu do szturmu zamku wrzał. Służba wraz z giermkami nie kryła podniecenia, nieco bardziej opanowane starało się być rycerstwo. Po sensacji jaka wywołało wyprowadzenie nad samym ranem z lasu przez oddział czat czarownicy i szalonego dziada, kolejnym wydarzeniem stało się wygłoszenie mowy przez księcia Bolesława.

Nie pierwszej już młodości książę kaliski prezentował się na tle śnieżnego pustkowia wspaniale. Wysoki, mocno zbudowany stał przed swym ludem dumnie, w ozdobionej purpurą zbroi, z twarzą zwróconą ku twierdzy Sabela.
– My, książę kaliski, gnieźnieński i poznański, Bolesław, dzięki łasce Bożej możemy prowadzić was dzisiaj, w wigilię świętej Łucji, roku 1269 od narodzenia Jezusa Chrystusa, do szturmu ostatniego już gniazda saskiego na pradawnej ziemi naszych dziadów…
Rycerstwo stało w krąg, już w pełnym rynsztunku. Na lewym skrzydle łucznicy, na prawym – konni a po środku pośledni lud, czyli pospolite ruszenie.
– Wielu z zebranych tu panów – książę zatrzymał wzrok na stojących po swej prawicy – pamięta jeszcze poselstwo z jakim onegdaj do nas przyszliście, prosząc o zaniechanie wojny i ugodę z naszym zięciem, panem Konradem, margrabią brandenburskim. Nie doszło wtenczas do walki i ziemia wasza i dobra wasze wówczas nie ucierpiały. Zgodnie z umową, zamek nasz, Santok, rozebraliśmy, i to samo uczynił margrabia Konrad z zamkiem Drzeń.
Andrzej Zaręba pochylił się do ucha Dargosława ze Skórzewa:
– Nie tak łatwo poszło Sasowi, pamiętasz kumotrze?
– A jakże! – odszepnął zagadnięty – Nie był nasz książę skory do pozbycia się warowni na samej granicy. Po dwakroć Konrad zjeżdżał ze świtą panów do Santoka rozbiórki zamku doglądać.
– A my, w trzy tygodnie go postawilim na powrót – zachichotał Zaręba.
– Oj biedna ta nasza pani Konstancja, jak w niewoli zapewne żyje u takiego męża, co to na Polaków tylko ciągle czyha… – zaczął ktoś z boku biadolić – Wybacz Boże świętej pamięci księciu Przemysławowi, że córkę za mąż tak wydał…
– Cicho! – ofuknął go Zaręba, wspierając się dla wygody na włóczni wbitej w śnieg
– Niedługo jednak, cztery lata ledwie, Sasi wytrwali w pokoju – kontynuował Bolesław – a najlepiej wiedzą o tym dzielni Międzyrzeczanie, przez wojsko Ottonica najechani i haniebnie pobici.

Kasztelan międzyrzecki, Szymon Nałęcz stał pośród świty książęcej, nieco w bok od Bolesława.
– Słusznie pan nasz prawi – odezwał się tak, by go słyszeli – Wpierw Otto zamek na granicy bezprawnie postawił, a gdy książę kaliski, nie chcąc wojny wszczynać, folgował swoje słuszne oburzenie, Niemiec w swej zuchwałości mniemał, że to słabość i ku jeszcze większemu bezprawiu, Miedzyrzecz najechał. A gród bez fos jeszcze był, jeno drewnianymi strzelnicami i wałem otoczony…
– Wróg wpierw tak nieobronne miasto dobył, potem na zamek uderzył a gdy został odparty, z wściekłości to co z grodu zostało, kazał spalić i spod urągającej jego niezaradności warowni jak niepyszny zawrócił. Ale co przy tym zbrodni niepotrzebnej się wydarzyło, ile kobiet haniebnie sponiewieranych i dobitych przez żołdactwo saskie na polach pozostało…

Bolesław gestem nakazał kasztelanowi milczenie, sam zaś mówił dalej:
– Mszcząc naszych poddanych zajęliśmy Ziemię Lubuską, do margrabi przynależną i teraz zburzymy bezprawnie wzniesiony zamek Sulęcin. My, książę Bolesław, nie chcieliśmy tej wojny, ale niechaj każdy kto zechce wyciągnąć rękę po nasze ziemie wie, że będzie dościgniony, łupy będą mu odebrane a on pobity, w sromocie do domu z naszej jeno łaski wolnym zostanie puszczony.
– Za dobry dla wroga jest nasz książę – szepnął Szczerzyk do swego przyjaciela ze Skórzewa.
– By tylko zbrodniarzy wolno nie puścił – frasował się Zaręba, który w Międzyrzeczu poniósł bolesną stratę.
Drogosław przytaknął.
– Tak, nie darmo pana naszego Pobożnym nazywają. Gdy inni Piastowicze rękę nawet na biskupów podnoszą, nasz Bolesław i wówczas, gdy o infułę zabiegał, by po jego myśli została nałożona, dobrym słowem jeno kapitułę i papieża chciał przekonać.
– Prawda to, rzec muszę. Choć to waszego panie syna, prepozyta Piotra przecie kapituła poznańska wybrała, to i książę ma prawo swój głos dać, a nasz Bolesław w święty sposób to uczynił. Dziękować Bogu wypada, że tak dobrego i uczonego a przecie i odważnego księcia nam dał.
– Byle tylko dla niegodnych jego łaski, wilcząt saskich nazbyt miłosierny nie zechciał być…

Słowa Bolesława zdawały się potwierdzać najgorsze obawy jego rycerzy:
– Obiecaliśmy przed ta wyprawą pani księżnej Jolencie, że o ile jeno Bóg, ubłagany modlitwą, zwyciężyć nam pozwoli, okażemy brańcom, litość i miłosierdzie. Toteż rozkazujemy uważnie baczyć na polecenia panów Janka kasztelana kaliskiego i Przedpełka wojewody poznańskiego a i pomniejszych dowódców, w tym względzie się odnoszących. Niepotrzebne okrucieństwo – tak ciury jak i rycerza, głową karać będziemy. A że szkoda przyszłemu świętu takiego smutnego widowiska przydawać, to i folgujcie swoje zapędy.
Wielu ze słuchających wydało nieprzychylne pomruki, bacząc jednak, by nie dotarły one do uszu księcia.
– Jak nam wiadomo od pana Marcina chorążego międzyrzeckiego, w zamku zbrodniarze z Miedzyrzecza się pochowali. Tych ująć należy i pod sąd oddać. Gdyby jednak ucieczką salwować się chcieli, bijcież w nich, życia nie oszczędzając!
– W takim zamku, to muszą być bogactwa… – mały dobosz miejski z Płocka był myślami daleko od krwawych porachunków.

Nie dotknięci bezpośrednio międzyrzecką tragedią pachołkowie z innych miast, byli już nieco znudzeni tym, co mówił książę, toteż szybko podchwycili okazję do pokpienia z chłopca.
– W lochu złote dukaty.
– Całe garnce srebniaków.
– I ozdoby… I co zaczerpniesz swym tarabanem, to pan twój da ci wziąć – może wieś se kupisz?
– U Sasów doboszki, nie doboszów, mają. Musisz taką jeno zdybać i tak ucapić, coby bębnić do boju nie mogła… A jak się sprawisz, to prócz bogactw, książę i wesele wam na zamku wyprawi.
Blondynek mający pomagać młodemu Piotrkowi Opalińskiemu, huknął na trefnisiów i przygarnął ręką małego:
– Nie wierz im. Z zamku pozostawionego na oblężenie wszystko co cenne a i kobiety się wywozi. Ty pierwszy raz na wyprawie?
Chłopiec wykręcił się z uchwytu i spojrzał w górę, szukając oczu tamtego. Zakłopotany wymyślał najbardziej honorową odpowiedź.
Jan, pracujący przy stajniach Nałęczów, potarmosił go za głowę.
– Nie widzisz jak się boi, młokos.
– A ty się nie boisz? – zdziwił się blondynek i spoglądając wokół, tajemniczo szepnął – Czaty złapały w nocy czarownicę, taka może urok rzucić. Szturm się nie uda, a Sasi potrafią się bronić: smołę i ukrop będą na nas lać, głazy na łeb rzucać… – powiódł wzrokiem po przerażonych twarzach i zadowolony z osiągniętego wrażenia roześmiał się – Ale dziad, co to z wiedźmą był, rzekł, co dziś jeszcze zamek książę spali, kto więc przeżyje, ten niech plan już na jutro sobie układa…
Książę tymczasem kończył:
– Zgodnie ze zwyczajem, po walce, w obozie, uświetnimy naszym majestatem pasowanie na rycerzy, tych, co zasługi szczególne osiągną. Temu wspólnemu świętu radości zaś przydamy, dzieląc łupy i razem z wami, podziękujemy Bogu za okazane łaski.Panowie nasi i kmiecie z pospolitego ruszenia, bijcież zatem w imię Boże i Polski, co dziś jeszcze rozdarta niczym ciało świętego Stanisława biskupa! Bijcież Niemca, kęsy ciała owego, chcącego nam wyrywać…!
Ostatnie słowa zginęły w tumulcie wszczętym przez porwanych entuzjazmem słuchaczy.
– Wiwat książę Bolesław!
– Na Niemca!
– Za Polskę, za Międzyrzecz! – zbocza Gołębiej Góry rozbrzmiewały bojowymi okrzykami. Fala oddziałów ruszyła w dół, ku widniejącemu tam miastu i górującemu nad nim zamkowi.
– Za mą matkę, za ogień… – chłopięcy falset załamał się, ale Piotr Opaliński z Bnina dziarsko wymachując włócznią biegł za innymi.

III.

Było już południe. Szturm zamku rozwijał się zgodnie z planem, o czym gońcy przysyłani co jakiś czas ze stanowiska dowodzenia, informowali zebranych w sulęcińskim kościele duchownych. (Przy okazji, w drugą stronę powracało, za ich pośrednictwem, błogosławieństwo i obietnica modlitwy o pomyślność dla Bolesławowych wojsk.)

Na zewnątrz świątyni, na rynku, było głośno od pędzących w różne strony wozów, maszerujących oddziałów, z północy niósł się niskim pomrukiem bitewny zgiełk. W środku panował jednak spokój, grube mury stały na straży majestatycznej ciszy. Raz po raz zabrzęczałnajwyżej łańcuch, szurnęły czyjeś kroki, czy dał się słyszeć przytłumiony szept modlitwy.

Godysław Baszko, rocznikarz kapituły poznańskiej, pozostał w kościele. Za stary już był, by towarzyszyć bezpośrednio zdobywaniu zamku, toteż chętnie pozostał w mieście, gdzie ciekawość przywiodła go do templariuszowskiej świątyni. Już wcześniej upatrzył ją sobie jako swoistą atrakcję, toteż z zainteresowaniem teraz oglądał bezwieżową budowlę, jakiej w Wielkopolsce nigdzie by nie znalazł. Bogatych zakonników – rycerzy stać było na budowę wspaniałego kościoła w mieście, o którego rozwój tak dbali, sprowadzając wielu osadników, Niemców z Saksoni, a nawet Flamandów. Bardziej zresztą do związanych z tym planów niż do rzeczywistości dopasowali wielkość sulęcińskiego kościoła – miasto liczyło dopiero niewiele ponad trzysta dusz, a rozmach architektoniczny mógł przecież zadziwić każdego.

Bogata, kolorowa posadzka z sudeckich piaskowców, leżała bezpośrednio na granitowym cokole, kryjącym piwnice. Mury bazyliki, ułożone z granitowej kostki, wieńczyło oparte na pendentywie krzyżowe sklepienie z kopułką nad skrzyżowaniem nawy głównej z poprzeczną, idącą tuż przed ołtarzem. Za transeptem, małe, niskie prezbiterium kończyła jeszcze niższa, półkolista apsyda, kryta półkopułą. Nawa środkowa, niezwykle wyniesiona względem obu, wąskich naw bocznych, ze swymi okienkami, była głównym źródłem słonecznego światła, zogniskowanego na główny oraz dwa boczne ołtarze. Te ostatnie umieszczono w sporych apsydach na obu końcach transeptu. Nawy oddzielały od siebie granitowe arkady o bogato rzeźbionych głowicach kolumn. Podobna arkada szła w poprzek, po obu stronach transeptu.

Ślepe otwory okienne, tworzące mroczne nisze wzdłuż wydłużonych boków zasadniczego założenia świątyni, obramowane portalitami, były w większości jeszcze puste; zaledwie w kilku wykonano już na tylnej ścianie malowidła. Godysław mijał je szybko i bez zainteresowania. Dopiero gdy przyzwyczaił wzrok do mroku, zaskoczony odkrył fantastyczne plecionki, z wkomponowanymi motywami tworów roślinnych i najprzeróżniejszych figur geometrycznych, pokrywających owe portality. Obszedł cały kościół wkoło jeszcze raz, zwracając teraz na nie szczególną uwagę.

W końcu stanął w wydłużonym kręgu światła, na wprost głównego ołtarza. Przeszedł wzdłuż nawy głównej w stronę wejścia, zagłębiając się w coraz głębszy mrok. Zadarłwszy głowę, z zapartym tchem śledził grę świetlnych nici, jaka odbywała się wysoko ponad nim. Zawrócił.

Ze stall podniósł się prepozyt Pakosław, wyszedł przed ołtarz i skinął na Baszkę.
– Przybyło poselstwo zakonne. Dziekan Falenty pragnie abyś był, panie, obecny przy rozmowach.
Godysław wyszedł przed kościół. Od razu zwrócił uwagę na czarny dym wznoszący się od strony zamku, którego gdy wchodził do świątyni jeszcze nie było. Na długie zastanawianie się nad jego przyczyną nie było jednak czasu. Czterech rycerzy w długich, białych płaszczach z ośmiokątnym, czerwonym krzyżem na plecach, rozmawiało z polskimi księżmi. Nieco z tyłu, stał koniuszy, pilnując koni.

Baszko podszedł do rozmawiających.

– Dobrze, że jesteś Baszko – Falenty postąpił krok ku przybyłemu – Bacz uważnie, byś potem wszystko dokładnie opisał. Zjawili się u nas, jak widzisz, bracia zakonni, właściciele Sulęcina…
– Jestem brat Gwido i występuję w imieniu komandora klucza lubuskiego… – rozpoczął templariusz – Przybywamy do was, zaniepokojeni o los miasta i ludności, które Bóg zechciał zlecić naszej opiece.
– I cóż was tak bracia niepokoi w postępowaniu chrześcijańskiego księcia? – prowokacyjnie przerwał mu niedoszły biskup poznański, Piotr ze Skórzewa.
– Książę wielkopolski Bolesław raczył zakończyć oblężenie zamku i przystąpił do szturmu. Załoga zamku jest niewielka i zmęczona wojną, rychło więc, dziś jeszcze może, poczynania księcia, skutek przyniosą. Chcemy was prosić, księże dziekanie i was panowie duchowni o wstawiennictwo u Bolesława za ludnością i miastem.
– Cóż to, obawiacie się karzącej ręki sprawiedliwości? – drwił Piotr.
– Oby Bóg wybaczył ci bracie twoje intencje – skarcił go, podnosząc ku niebu ręce, drugi z zakonników – Książę Bolesław zwany przecie Pobożnym, owe umiłowanie miłosierdzia zechce nam chyba jednak okazać?
– Nie Zakon prowadzi tę wojnę – dodał Gwido – Czemuż więc karać zgromadzenie Bogu służące?
– Wszyscy służymy Bogu – wtrącił się prepozyt międzyrzecki Pakosław – Tylko czy czyny wszystkich służą Jego chwale? Czy miłe było Panu spalenie Międzyrzecza i zamordowanie bezbronnych mieszczan? Od pół wieku panowie marchijscy wyciągają rękę po polska ziemię!

Na dany przez Gwidona znak, Falentemu podano oprawiony w skórę rulon. Dziekan rozwinął, obejrzał i oddał dokument Baszce. Zakonnik gestem zachęcił do przeczytania; Falenty skinął głową na Godysława.

Ja Mroczek z Pogorzeli, za zgodą brata mego Gerlacha, prepozyta lubuskiego, dla zmazania grzechów moich nadałem Bogu, NMPannie i zakonowi templariuszy dla zbawiennego poratowania ziemi jerozolimskiej, posiadłość moją leżącą między Lubuszem a Santokiem, zwaną Sulęcinem z wsiami i miastem przynależnymi wraz z wszelkimi prawami, tak jak one zostały wyszczególnione w przywileju nadanym mi przez księcia pana. Aby zaś ta dobrowolna darowizna dokonana wobec pana Bolesława księcia Śląska oraz baronów nie uległa zaprzeczeniu, postanowiłem wzmocnić niniejszy dokument przez przybicie pieczęci wymienionego księcia, mojej własnej i pieczęci mojego brata.

Baszko nie odrywając oczu od dokumentu przerwał na chwilę. Nerwowo przełknął ślinę i wobec milczenia pozostałych czytał dalej:

Działo się to we Wrocławiu w roku od Narodzenia Pańskiego 1244, w obecności Bolesława księcia Śląska, pana Henryka, biskupa wrocławskiego i Bogusława, kasztelana w Niemczy, komesa Racława wrocławskiego i Bogusława bytomskiego kasztelanów, pana Bogusława, Przecława, podczaszego Konrada…

– przerwał na znak Falentego. Przez chwilę templariusze czekali na reakcję Polaków, wreszcie odezwał się Gwido:

– Jeno z poszanowania księcia wielkopolskiego i was, księże dziekanie, wynikła nasza chęć pokazania wam tego niezwykle doniosłego dokumentu, z którego jasno wynika iż nie siłą czy podstępem miasto i ziemię nabyliśmy. Dostaliśmy ją na prawie, dla większej chwały Pana naszego, Jezusa Chrystusa…
– Zamilknij bracie…! Nie mieszaj Jego imienia, bo…! – wycedził przez zęby nie wytrzymując Piotr.
– Nie wiesz bracie Gwidonie – spokojnie przejął prowadzenie rozmowy dziekan gnieźnieński – że Bolesława uznano za zdziczałą płonkę szlachetnego rodu Piastów, że w księstwie swym przydomka Rogartki się doczekał? Zuchwały jest książę i dla prywaty, sprawę świętej ojczyzny gotów poświęcić. Niedawno to przecie przyjęto go na powrót do społeczności wiernych, klątwę zdejmując. A i obecnie dziwne rzeczy na Śląsku się dzieją. Chodzą słuchy jakoby książę legnicki niecnie ręki przykładał do śmierci swych konkurentów do władzy nad całą dzielnicą…
– Wy Polacy nigdy nie wiecie, co dla was jest dobre – przerwał mu milczący dotąd zakonnik o kruczoczarnych włosach, mówiący z galijskim akcentem. – Rozbity na dzielnice kraj jest słaby, potrzeba mu władcy, który to zrozumie i silną ręką przywróci na swe czoło koronę. Poprowadzi kraj ku sąsiadom, zajmie się kulturą… Bóg to dopiero doceni, kto najlepiej waszej ojczyźnie służy.
– Kim jesteś panie?
– Bernard de Molay, przybyłem tu z Arginy w pewnej misji i sądzę, że ją spełniam.
Falenty z zainteresowaniem przyjrzał się tajemniczemu zakonnikowi. Zamilkł jednak, gdyż prepozyt Piotr wszczął ostrą wymianę zdań z Gwidonem:
– Jak tu nie mówić o podstępie, gdy arcybiskup magdeburski pożyczył księciu legnickiemu pieniądze pod zastaw Ziemi Lubuskiej a potem zagarnął ją za niespłacone długi i poddał ja margrabi?!
– Gdyby w domu piastowskim nie było kłótni, miast niej zaś przeważyły by potrzeby korony, książę nie musiał by szukać za granicami pieniędzy na bratobójczą walkę.
– Ale to nie jest autorytet na który może powoływać się chrześcijański zakon!
– My mamy nadanie od komesa Mroczka, nie od księcia Bolesława!
– Ciekawe jaki to grzech je spowodował?
– Komes Mroczek…?
– W Polsce mówią: jaki pan, taki kram, bracie Gwidonie.
– A w Bretanii, że ryba psuje się od głowy…
– Nie zakon ojcze prepozycie oddał się Niemcom, jeno arcybiskup – przerwał im znowu de Molay – I nie nam oceniać politykę książąt. Wiem też i ja o walce synów Odonica z Bolesławem Srogim o ich ojcowiznę, wiem o tragedii Międzyrzeczan i wiem o ubiciu wczoraj dwóch naszych braci w lesie, przy polskim obozie, ale to nie powinno nam przesłaniać perspektywy kolejnej, niepotrzebnej masakry, której możemy uniknąć…
Falenty cały czas uważnie słuchał, wyczuwając jakąś ukrytą intencję zakonników. Coś wzbudzało w nim podniecenie, podświadomie przeczuwał jakieś niesamowite rozwiązania. Oczekiwał ich niespokojnie i nie mógł się doczekać!
Gwido pokazał na pokrywające już prawie cały horyzont dymy i krwawą łunę na północnym zachodzie.
– Czy zechcesz księże dziekanie, wstawić się za tym, by miasto nie ucierpiało od tego ognia, przygotowanego po to, by strawić zamek? Czy…
Falenty nie dał mu dokończyć:
– Polacy nie prowadzą wojny tak jak Niemcy. Mieszczanom kazano się zawczasu schronić na Winnej Górze i tam ich możecie odnaleźć. A co do ognia i pustego miasta – wszystko tu już jest w ręku Boga. Możecie tylko przekazać ludziom, by przygotowali się do gaszenia. Na to, daje wam moje słowo, książę się godzi.