Zaduszki 2019. Jesień w ogrodzie.

Ela Kargol

Jesień w moim ogrodzie cała w aksamitkach,
w złocie miłorzębu,
i purpurach wina
nasturcją podszyta
i więdnącą dalią,
ogórecznikiem, który nie rozumie
przesunięcia czasu
i następstw pór roku.
Zwabia pszczoły i trzmiele.
Kwitnieje, młodnieje.

Nad śmiercią słonecznika nikt już nie rozpacza.
Pod nim dynia brzemienna czeka rozwiązania,
W melancholię bluszczu liść klonu się wplątał.
Przy nim chrzan się rozpycha,
pomidor zmaliniał i naprasza się bardzo,
choć muśnięcia ręką.

Róże jak malowane
w okiennicach chatki
nie umieją przekwitnąć
kolcem nie ukłują,
nie zapachną
nie opadną,
a takie są piękne jak z obrazka.

Lawenda wystroiła się w srebrną suknię,
nawłoć posiwiała,
wypiękniała,
kocimiętka koty sprasza,
a jeż pod magnolią szykuje się do snu.

Jesień ciągnie słońce za włosy
i ziemi przybliża,
a ono, choćby chciało, już jej nie ogrzeje.

Wszystko ma swój czas.

Dzień Zmarłych

Teresa Rudolf

Migoczą świeczki,
kolorowo, świątecznie,
zapach wosku topionego.

Cmentarze wystrojone,
napuszone chryzantemy,
jedna piękniejsza od drugiej.

Unosi się pamięć ludzka nagle,
nad codziennym zapomnieniem,
o tych, których już nie ma.

Zbiorowy respekt dla śmierci,
bo ona godzi z góry wszystkich,
uśmiechajac się puka nam w głowę:

“Zmarnowaliście godziny, dni,
lata całe, ale na co, a teraz?
i innym też, a po co, i… teraz?”

Migoczą świeczki,
kolorowo, świątecznie,
zapach wosku topionego…

Na razie jeszcze nie nam…

 

 

 

Poczekalnia

Czekają
lekarza wciąż nie ma,
świergot o dolegliwościach
życia.

Nie przytulałam
mego dziecka, gdy płakało,
uciekałam drżąc cała
z przerażenia.

Nie przyjeżdżałem
do domu starców, tego z matką,
miałem tyle do roboty,
wiadomo.

Ciągle byłem
tylko dla siebie, a tylu już zmarło,
wszędzie za późno niestety,
żyję sam.

Leży
mi dziś na wątrobie,
obdzierałem koty ze skóry,
wiele lat to już.

Na biało weszła
“mam zastępstwo za Boga”,
powiedziała, podobna do anioła,
nazywam się Sumienie.

Muzykę do wpisu wybrała autorka


Przyjdźcie proszę, jak co roku, na grób prof. Brücknera. Spotykamy się dziś na stacji Ullsteinstrasse o godzinie 11 (na peronie!)

Dla tych, którzy nie wiedzą, kto to był Profesor Brückner, jakie zasługi położył dla Berlina, Polaków, historii i nauki, małe przypomnienie TU (po polsku) & HIER (auf Deutsch).

Nowa polska proza z Berlina

Krzysztof Pukański

Mała

Było sobie dziecko. Dziewczynka. Nazwijmy ją Mała. Przypadkowe, niechciane dziecko zbyt młodych rodziców. Pięknych, dwudziestoletnich dzieci-kwiatów, którzy na fali hormonalnego uniesienia przeżyli kilka upojnych chwil i nie chcieli nic więcej, a tu – niespodzianka.
Między rodzicami już w czasie ciąży przestało się układać. Stress, kłótnie, koniec wolności, co robić, presja społeczna, ślub. W efekcie niemowlę urodziło się z zaawansowaną nerwicą skóry. Wyglądało okropnie, niemal jak E.T. Tyle że E.T. wzbudzał przynajmniej sympatię, a niemowlę jak to niemowlę: drze się, sra, wciąż czegoś chce, a w dodatku jest ohydnie brzydkie. I jak tu kochać coś takiego? Matka nie potrafiła. Zajmowała się nią z obowiązku, bo przecież nie mogła jej już wyskrobać ani nikomu oddać. Ale miłość? Nie przydarzyła się.
Dziecka nikt nie kochał, poza dziadkiem impotentem, który na dodatek miał jakowąś, bliżej nie znaną deformację penisa i już z powodu tej przypadłości był podobnym, jak Mała, wyrzutkiem w rodzinie. Nie był w pełni mężczyzną, więc nie wzięli go do wojska ani tym bardziej na wojnę (drugą światową). W pewnym sensie było to gorsze od dezercji. Żona nim pogardzała, nie szanowały dzieci. Był za to organistą i dyrygentem kościelnego chóru, a na co dzień listonoszem. Miał w piwnicy swój azyl, swój świat – małe atelier, gdzie grał na pianinie, malował i uczył Małą wrażliwości na sztukę. Mała do dziś jest dumna, że potrafi rozróżnić np. 12 odcieni czerwieni.
Rodzice wstawili do piwnicy wózek dziecięcy i podrzucali Małą dziadkowi, gdy sami nie mogli się nią zajmować. A nie mogli bądź nie chcieli bardzo często. Mała nie była łatwym dzieckiem. Nie tylko wyglądała szkaradnie, ale jeszcze miała coś z głową. Dziś to coś pewnie nazwalibyśmy ADHD, ale kto wtedy słyszał o takich dziwadłach.
Żyła w poczuciu, że coś z nią nie tak, ale nie rozumiała, dlaczego. Wybrała więc instynktownie ucieczkę do przodu: nie przebywać za długo w jednym miejscu, nie zajmować się zbyt długo jedną rzeczą, jednym człowiekiem – nie dać im czasu na obserwację, może nie zauważą. Bo wtedy zawsze zaczynali coś szeptać, dziwnie na nią patrzyć i robić kółka na czole. Tylko dziadek zawsze był dla niej miły i tylko on potrafił z nią rozmawiać i np. przekonać, aby przestała wrzeszczeć i założyła w końcu wybraną przez mamę sukienkę.
Z dziadkami spędzała też wakacje. Zazwyczaj nad morzem, na wyspie z pensjonatem, gdzie zjeżdżali natchnieni rewolucjoniści pokolenia ‘68. Dziadkowie prowadzili tam dla nich kuchnię.
W wieku ośmiu lat Mała brała już udział w dyskusjach panelowych i była, zgodnie z duchem czasu, zupełnie poważnie traktowana, tym bardziej, że jak na swój wiek była nieźle wygadana i zazwyczaj miała coś interesującego do powiedzenia.
Na wyspie, w domku na uboczu, mieszkał profesor z gatunku szalonych. Nikt go nie odwiedzał, on też z nikim nie utrzymywał kontaktów. Siedział sobie w swoim domku i rozgryzał problemy natury filozoficznej. W powszechnym pojęciu był, ogólnie mówiąc, niedostępnym dziwakiem. Raczej zrażał do siebie ludzi niż ich przyciągał.
Razu pewnego polecono Małej zanieść profesorowi list. Na dworze padało jak co dzień, w powietrzu unosiła się delikatna mżawka. Ani to deszcz, ani mgła – coś pomiędzy. Mała i tak od rana skakała po kałużach, więc niewiele myśląc ścisnęła list w dłoni i dziarsko ruszyła w drogę. Rybacka kurta z kapturem, sięgająca kolan i nieco za duże kalosze znakomicie chroniły przed wszechobecną wilgocią. Gdy dotarła do chatki profesora, stanęła przed drzwiami i zapukała.
– Nie ma mnie – rozległo się ze środka.
Mała poskrobała się po głowie. Właściwie to było jej obojętne, że profesor nie chce jej widzieć. Właściwie to niczego innego się nie spodziewała. Ale był jeszcze list. No i dziadek, który ją posłał. Nie było wyjścia.
– Kłamiesz! – odparła zdesperowana – Nie może Cię nie być, bo właśnie mi POWIEDZIAŁEŚ, że Cię nie ma!
I tu na dłuższą chwilę zaległa dostojna, niczym nie zmącona cisza. Nawet muchy i komary z wrażenia przestały brzęczeć. Wreszcie lekko skrzypnęły uchylające się drzwi. Z wnętrza bardzo powoli wyjrzała najpierw długa, zmierzwiona, czarna broda, następnie rogowe okulary, nieco przekrzywione na wydatnym nosie, a zaraz za nimi równie przekrzywione, duże niebieskie oczy, obrośnięte jeszcze większymi brwiami. Na koniec wychynęła imponujących rozmiarów łysina, okolona kłaczkami niegdyś czarnych, a teraz mocno już posiwiałych włosów. Oczy miały wyraz zdziwiony, acz zaintrygowany.
Mała najchętniej zapadła by się pod ziemię lub wzięła nogi za pas, lecz ponieważ ze strachu nie była w stanie się ruszyć, wyciągnęła jedynie rękę z listem.
Profesor wziął kopertę, obejrzał ją pobieżnie, po czym skinieniem zaprosił Małą do środka. Weszła z wahaniem, na miękkich kolanach. Nie pamiętała, była wręcz pewna, że nigdy nie słyszała, aby ktoś był u Profesora w domu. W jej dziecięcej wyobraźni dom ten był miejscem tajemniczym i niedostępnym, czymś w rodzaju jaskini lwa, smoczej pieczary, a w najlepszym razie Jonaszowym wielorybem z opowieści Dziadka. Tymczasem miała przed sobą zwykłą prostą izbę, bez zbędnych sprzętów, za to z mnóstwem książek, szpargałów, papierów i innych intrygujących przedmiotów leżących, gdzie popadnie. Na stole królowała przedpotopowa maszyna do pisania. Mała rozglądała się z wpółotwartymi ustami – to było jeszcze lepsze niż piwnica dziadka.
Pan Profesor zaś, który w międzyczasie pozbył się jakoś pierwotnej powierzchowności bagiennego potwora i nabrał cech bardziej ludzkich, okazał się być zwyczajnym, trochę zaniedbanym, starzejącym się, postawnym mężczyzną. Trzymając wciąż w ręce list wziął nóż do papieru, rozciął kopertę, otworzył, obejrzał list ze wszystkich stron, po czym zmiął w dłoniach i dorzucił do sterty podobnych papierzysk wylewających się z kosza. Następnie posadził Małą przy stole i nalał jej mleka.
– No to teraz powiedz mi, skąd ty się tu właściwie wzięłaś?
– Nie zaczyna się zdania od „no” – odrzekła Mała, aby zyskać na czasie. – Tata tak mówi. Ale mnie to nie przeszkadza, więc jeśli chcesz…
Profesor przewrócił oczyma. Mała zamilkła nie wiedząc, czy się bać czy roześmiać.
– Masz rację, nie zaczyna się – przyznał Profesor. – Więc skąd się wzięłaś?
Mała już miała wypalić, że nie zaczyna się zdania od „więc”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Zamiast tego powiedziała:
– No coś ty? Nie pamiętasz? Przyniosłam Ci list. O, tam leży. Wyrzuciłeś.
– A tak, słusznie – odparł profesor, jakby lekko nieobecny. Chyba czuł, że to nie będzie lekka przeprawa.
Mała nie potrafi już dziś powiedzieć o czym dalej rozmawiali. Pamięta tylko, że w pewnym momencie z niewinnej mżawki, zrobiła się straszna ulewa. Profesor zrobił gorącej herbaty, którą popijali słuchając deszczu i gawędząc aż do wieczora.
Gdy na dworze było już zupełnie ciemno, ktoś zaczął łomotać do drzwi. Zaskoczony drugimi już tego dnia odwiedzinami Profesor nie zdążył się nawet odezwać, gdy drzwi otwarły się z hukiem i stanął w nich strasznie rozgniewany, ociekający wodą dziadek. Teraz on przypominał bagiennego potwora. Natychmiast zaczął też, nie wiedzieć czemu, strofować pana Profesora i zrobił mu karczemną awanturę, że co on sobie myśli, że późno jest, że ulewa, że tu dziecko, a tam rodzice od zmysłów odchodzą i w ogóle co to ma wszystko znaczyć?
Tu Mała ze zdziwieniem popatrzyła na dziadka, bo był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy to przyłapała kochanego Dziadunia łgarstwie! Rodzice byli mianowicie daleko stąd, czyli w domu i nic nie wiedzieli o całym zajściu, albowiem telefon zamontowano im dopiero dwa lata później.
Pan profesor zaś, biedaczek, usilnie Dziadka przepraszał i po upływie no tak chyba z pół godziny, czerwony ze wstydu wyjął wielką butlę z jakimś mętnym, półprzezroczystym trunkiem. Nalał sobie i dziadkowi i zaczął mu coś tłumaczyć. Dziadek siedział tylko i kiwał głową, jakby dokładnie rozumiał o co chodzi. Od czasu do czasu milkli i spoglądali dziwnie na Małą, zazwyczaj jednocześnie.
Mała zaś siedziała w kącie na podłodze, udawała, że się czymś bawi i czuła, jak nad jej głową gromadzą się wielkie czarne chmury. I, jak zawsze w takich sytuacjach, nie wiedziała, co i dlaczego. Nie miała pojęcia, co źle zrobiła. I co gorsza, nikt nawet nie próbował jej tego wytłumaczyć. A najgorsze było, kiedy szeptali coś do siebie, popatrując na nią znacząco. Tak jak teraz Profesor i dziadek. Wtedy pozostawało tylko skulić się i czekać. Niech już wreszcie skończą mędzić. Niech dadzą jej już tę karę. Niech przestaną tak głupio patrzeć. Czuła się winna, kuliła się coraz bardziej, a chmury robiły się większe i większe.
A przecież zaniosła list, przecież nie dała się spławić jakąś głupią odzywką Profesora, przecież to nie ona chciała z nim rozmawiać i przecież to niegrzecznie nie odpowiadać, kiedy dorośli o coś pytają. I przecież dziadek nigdy jej nie karał. Przeciwnie: kiedy coś zmalowała i babcia była na nią wściekła, dziadek ostentacyjnie odpinał pas, zabierał Małą do piwnicy i grzmocił pasem w najbliższe krzesło, przy czym oboje darli się wniebogłosy, ona niby z bólu, a on w słusznym gniewie. Przecież dziadek zawsze był jej sprzymierzeńcem, więc dlaczego teraz zachowuje się tak jak wszyscy?

Panowie przy stole chyba coś zauważyli, bo nagle zamilkli na dobre. Mała podniosła ostrożnie głowę i zaraz skuliła się jeszcze bardziej, bo teraz po prostu gapili się w nią obaj jak sroka w gnat. Dziadek natychmiast wstał, podszedł do niej i wziął ją na ręce. Przytulił, pogłaskał, podmuchał delikatnie w czółko. I wtedy, wciąż jeszcze zalękniona, poczuła, jak pod wpływem dziadkowego podmuchu czarne chmury znikają, odpływają, nie tłamszą jej już i nie każą się bać. Już dawno nie było jej w dziadkowych objęciach tak dobrze. Wreszcie mogła odetchnąć. Wiedziała już, że nie musi się niczego obawiać i że dziadek nie będzie się gniewał. I że czarne chmury już dzisiaj nie wrócą.

Po upływie kolejnej godziny, gdy dziadek z Profesorem wychylili kolejnych kilka szklanek, a Mała zasnęła z głową na maszynie do pisania, dziadek spojrzał wreszcie na zegarek. I aż podskoczył na krześle na myśl o żonie sekutnicy. Przewrócił przy tym stojącą na stole, na wpół opróżnioną butelkę i zbudził Małą. Dochodziła dwunasta.
Natychmiast pożegnali się z Profesorem i pomaszerowali do domu. Było zupełnie ciemno, tak że musieli uważać, aby nie wyrżnąć w jakieś złośliwie przyczajone drzewo i nie potknąć się na wystających ze ścieżki zdradliwych korzeniach. Padać co prawda przestało, lecz niebo wciąż zasnuwały deszczowe chmury. Nie było widać dalej niż na wyciągnięcie ręki.
Po kilku minutach Dziadek ni stąd ni z owąd zaczął pogwizdywać. Choć spoglądała w górę, nie widziała jego twarzy, lecz czuła, że uśmiecha się pod nosem. Że uśmiecha się z dumą i satysfakcją, jakby nie spodziewając się tego, znalazł kogoś, z kim mógł podzielić się sekretem, który długo musiał chować tylko dla siebie. I jakby, ktoś potwierdził mu czarno na białym, że to, co sobie tam ubrdał w tej starej łepetynie, jednak ma sens.

Od tej pory Mała była już stałym gościem w chatce profesora.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 8

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las lub przez pola. Czasem leśnym duktem, nieraz drożyną polną. A niekiedy – rzadziej – asfaltową szosą. Zależnie od tego, jaką trasę wybiorę. Wszak zmieniam szlaki, aby uniknąć monotonii.
Ot, choćby ten trakt bitumiczny: meandruje od wioski do wioski, to łąkę minie, to pole przetnie, to bór sosnowy trawersuje. Pejzaże różnorodne, wymagania kondycyjne umiarkowanie wysokie. Ideał. Toteż często zeń korzystam. Ale teraz, w okolicach października, ciągnie mnie tu szczególnie. Nie dla piękna krajobrazu. Bynajmniej. Raczej po to, aby trochę podrapać duszę, pamięć, emocje. By, jak rzekł Klasyk, nie zarosły błoną podłości.
O fakcie, że to malownicze miejsce ma złą historię, dowiedziałam się właściwie niedawno. Rok temu. Niby znam dzieje moich okolic dobrze; przed udaniem się na emigrację wewnętrzną udzielałem się jako dość nawet zaangażowany regionalista. Niby orientuję się, że region ma długą, bo wojen napoleońskich sięgającą, tradycję obozów jenieckich. Niby wiedziałem, że podczas ostatniej wojny było ich tu szczególnie wiele: jeden z nich, stalag, który tak naprawdę stalagiem nie był (w rzeczywistości bowiem spełniał wszelkie kryteria oflagu), ma światową – ba, hollywoodzką! – sławę. Ale istnienia tego tu oto obozu stałem się świadom dopiero poprzedniej jesieni. Gdy przy szosie zainstalowano mały drogowskaz, zaś odrobinę w głąb lasu pojawił się pamiątkowy kamień, a przed nim kilka wieńców świeżych kwiatów. Drogowskazu już nie ma, nie przetrwał. Wieńce dawno usunięto. Kamień trwa, na szczęście. Więc zjeżdżam z trasy.


Dulag Kunau. Powstał pod koniec września 1939 roku, gdy jeszcze gdzieniegdzie w Polsce (tu były Niemcy) toczyły się ostatnie walki. Istniał do stycznia roku następnego, kiedy jeńców rozlokowano po okolicznych stalagach, bo też, w rzeczy samej, byli to głównie szeregowcy i podoficerowie.
Stoję przed kamieniem, a pamięć podsuwa mi jeden z najcelniejszych fragmentów mojego ukochanego Abecadła Kisiela. Podsuwa, bo znam go na pamięć. Pod hasłem Kardynał Stefan Wyszyński stoi, między innymi, napisane:
Mnie się podobało, że on miał poczucie humoru. Nie robił z tego dużego użytku, ale pamiętam kiedyś, jak zaprosił posłów koła „Znak” do Lasek, urządził takie rekolekcje swojego rodzaju. Potem przemawiał i mówi, że Polska jest od kilkuset lat pod specjalną opieką Matki Bożej, a ja się nachylam do Stommy i szepczę, że coś nie bardzo Polska wyszła na tej opiece. A on patrzy na mnie, już wiedział, co ja mówię. Mówi: „Pan chce żebym ja pana wyklął, a ja nie. Ja wiem, co pan powiedział”.
Nie dla humoru purpurata cenię sobie ów passus, tym bardziej nie dla nadchodzącej beatyfikacji Kardynała. Nie jest to postać z mojej bajki. W przeciwieństwie do Kisiela. No bo, ostatecznie, który z nich celniej zdiagnozował rzeczywistość?
Mistyczne interpretacje historii już sobie pozwoliłem kiedyś z przekąsem skomentować. Na miejscu dawnego dulagu ogarniają mnie zgoła inne emocje. Skąd one się biorą? Sam w żaden sposób nie mam prawa pamiętać tamtego czasu. Moi rodzice urodzili się w drugiej połowie wojny, już pod jej koniec właściwie, przeto i oni mi tego nie przekazali. Więc skąd? Nie mam pojęcia. Ale stojąc przed kamieniem czuję dotkliwy smutek i złość. Na to, że tak wielu młodych chłopaków skazano, bez żadnej winy z ich strony, na rozpacz klęski. Na strach o przyszłość. Na prawie sześcioletnią rozłąkę z rodziną. Na poniewierkę, na głód, na chłód spania zimą pod namiotami.


Na niewolnictwo i traktowanie jak bydło robocze. Na niepowetowaną utratę najlepszych lat beztroskiej młodości. Bo komuś, kurwa, zachciało się być nadczłowiekiem!
A problem jest uniwersalny. Nie dotyczy jedynie dulagu Kunau i Września owego pamiętnego. Uzurpatorscy nadludzie, którzy uważają, że mają prawo dla swych korzyści rozpieprzyć innym życie, byli, są i będą. Sam znam kilku.
Ach, ulało mi się znowu żółci i goryczy… Tylko spokojnie, pamiętaj Malu Contencie o nadciśnieniu. Posłuchaj kojącego szumu sosen nad głowami.


Te sosny też nie pamiętają obozu, są zbyt młode. Nie słyszały stłumionego wstydliwie płaczu mężczyzn, którzy pierwszy raz w życiu być może, w brutalnych okolicznościach, spędzali Wigilię z daleka od najbliższych. Te sosny i tak mają szczęście. Piją, co najwyżej, łzy i pot, jakie wsiąkły w ziemię osiemdziesiąt lat temu. Ale nie wyrosły na masowych grobach.
I mknę dalej asfaltowym traktem, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że określenie polityka historyczna zawiera truciznę: gloryfikuje wojny, co z tego, że nawet i dla nas zwycięskie. Wojna to wojna. Zawsze jest zła. Pamięć historyczna? Już lepiej – jeśli rzetelną jest i uczciwą. Pamięć ofiar? O tak! Wszystkich.

Barataria: wojna o wyspę (reblog+)

Znalazłam taki obrazek w internecie i przepraszam za błędy, informuję jednak tych, którzy mogliby tego nie wiedzieć, że błędy stanowią (chyba niezbędną) część internetowego folkloru i trzeba się z nimi pogodzić.

Myślałam, że to żarcik – i też by to było zabawne – ale nie, to nie żarcik, to prawda. Czytaj TU (po polsku), TU (po niemiecku) i TU (po angielsku). No i nie ma rady – TU po duńsku.

Jako córka polarnika dodam, że zostawianie alkoholu i pożywienia w stacjach, bacówkach, kolibach, szałasach i innych schronieniach bez obsługi, jest w krainach polarnych bezwzględną normą. A może zresztą jest tak wszędzie, gdzie ludzie mogą się znaleźć głodni i spragnieni. Przybysz zjada i wypija to, co znalazł w schronieniu, a – jeśli ma – zostawia dla następnych swoje napitki i jadło. Jeśli nie ma, to los mu sprzyjał…

A tu jeszcze dokładny kawałek mapy, z którego wyraźnie wynika, dlaczego dwie pozostałe wyspy nie są przedmiotem wojny, a ta – tak.

Ucieczka na Wyspy Szczęśliwe, ciąg dalszy

Przed zapoznaniem się z treścią i przesłaniem tego wpisu, warto sięgnąć do odcinka poprzedniego: TU

Wizja: Marek Włodarczak

reżyseria i scenariusz: Marek
w roli głównej: Marek
ponadto: Aguula Marzycielka / Ewa / Bosman / kot Bosman / Syrena
produkcja, kamera, montaż, postprodukcja: Aga
muzyka: internetowi producenci dźwięków
czas akcji: lato 2019
miejsce: Wdzydzki Kąt
łodzie: Marek
kraj i rok produkcji: Polska 2019
długość: 3:50
dźwięk: oryginalny, podpisy

tytuł:


A tu jeszcze komentarz wizjonera, który w pewnych kręgach ma ksywkę Innowacja:

Na Ziemi nie ma już Wysp Szczęśliwych, ale są w Kosmosie, miliony albo i więcej zielonych planet, nie tkniętych ludzką stopą i niedostępnych dla kolonizatorów, czekają na pierwszych absolwentów kursu, jak nie czynić Ziemi sobie poddaną. No to, na co czekamy? Przystąpmy do egzaminu i w drogę.

Tryptyk jesienny

Teresa Rudolf

Obcinanie serc

Codzienne,
pracowite obcinanie serc,
za dnia lub w nocy,
ktoś przestał kochać głośno
a zaczął zdradzać cicho….

Obcięte
kawałki serc,
leżące raz na psychiatrii,
a raz w kościele, a po nich
przechodzące, obce buty.

Obcięte
serca, szukające
swych części i chirurgów
do przyszywania, z modłami
zaklinającymi zrastanie.

Obcięte
serca, czekające
na powrót swych
zmarłych, bo odfrunęli
wiedząc przecież, że zaboli.

Obcięte
serca, nie rozumiejące
za co, dlaczego, po co,
ciągle ktoś je przycina,
nożycami bezwzględności.

Taniec ze sobą

Taniec ze sobą,
czasem deptanie sobie
po palcach, czasem po sercu…

Zawrót głowy,
życiem zachłyśnięcie,
miękkość muzyki zachwytu…

Taniec ze sobą ,
na dobre i na złe,
i “że Cię nie opuszczę”…

Zawrót głowy,
ciało węża wiotkie,
pozostań mi zdrowe…

Taniec ze sobą,
pod nogami ziemia,
a nade mną niebo…

Oby kiedyś też tak,
tylko tak, tylko tak…
a nade mną niebo!

Odpływanie, przypływanie…

Dziś czytam z białych chmur,
jak z nowych kart, jak z twej ręki,
jak i też z mej…
takie różne są…

Dziś czytam z morskich fal,
jak z oczu zdziwionych kotka,
z jego łapy…
z jego miny…

Dziś czytam z mego smutku,
co przypływa i odpływa,
jak łódeczka…
taka papierowa…

Dziś czytam wiersze
pisane w głowie mojej…
pelne kolorów,
szmaragdowych…

Czytam i jestem.


Wpis został w całości skomponowany przez autorkę!

Apel umarłych

Ewa Maria Slaska

W ciągu niespełna roku umarło osiem osób z mojego najbliższego otoczenia, a cztery inne są ciężko chore. Mam wrażenie, że płynę przez jezioro śmierci, takie, jakie opisałam kilka tygodni temu. O kilkorgu z tych pisaliśmy tu na blogu, pisali inni ludzie, pisałam ja.

Nie jest to jednak tak, że doszłam już do takiego wieku, że naokoło mnie coraz więcej ludzi umiera – to by było normalne. Ale nie – tylko jeden zmarły był naprawdę sędziwy, dwoje zmarłych było nieznacznie starszych niż ja, a pozostali, i ci chorzy, i ci, co odeszli byli lub są młodsi, niekiedy o pokolenie lub półtora. Dwoje z nich odeszło dobrowolnie, ale nie jest tak, że byli to ci najmłodsi, albo starzy i ciężko chorzy.

Ewa, dobra znajoma, 60 lat – TU o niej pisałyśmy – tłumaczka
Krzysztof, znajomy od wielu lat, 55 lat – TU – dziennikarz, zawsze niezależny i zawsze pod prąd
Maryla, bliska przyjaciółka od ponad 30 lat, 62 lata – TU – działaczka Solidarności, tłumaczka, autorka, dziennikarka, pobożny człowiek
Irena, bliska koleżanka, współpracownica, 40 lat – TU
Lonia, bliska osoba z rodziny, 76 lat – TU – artystka, człowiek rodziny, kuchni i ogrodu…
J., syn znajomych, 54 lata, smutny człowiek sukcesu, któremu się nie powiodło…
Jagoda, rzadko spotykana, ale serdeczna znajoma, młoda, chyba nawet bardzo młoda, wesoła, zaangażowana, maszerowała z nami w marszu dla Aleppo, urządzała z nami pikniki dla uciekinierek…
Witek, bliski znajomy od początku mojego pobytu w Berlinie, 72 lata; działacz społeczny, legenda Polonii berlińskiej…

Dlaczego odeszliście wszyscy razem?


Dopiero, gdy ten wpis się ukazał, dowiedziałam się, że przed tygodniem zmarł również prof. Stanislaw Karol Kubicki (Pseudonim: Peter Mantis, urodzony 5 lipca 1926 w Berlinie, zmarł w Berlinie 19 października 2019), ojciec malarza i poety polsko-niemieckiego Stanisława Kubickiego, profesor neurologii, założyciel Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, gdzie studiował z indeksem numer 1, autor artykułów na tym blogu, np. TU

20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK

Zaproszenie w Andy / Einladung in die Anden

Liebe Freunde der Kunst und art.endart,
 
wir freuen uns, euch für die farbenprächtige Herbstkolonie im Oktober eine
kleine Reise in die Anden zu präsentieren:
„Die Anden als kulturelle Grenzzone Perus”
Malerei, Grafik und Kunstobjekte von Maria Eleonora Herbisz
 
Die Vernissage findet am Freitag, dem 25.Oktober 2019 um 19:00 Uhr statt.
Die Ausstellung läuft bis zum 8.November 2019.
 
art.endart ist ein Ort für kulturelle Begegnung und Kunst.Mehr Infos unter:
 
Lucyna Viale
art.endart
Drontheimer Str.22/23
13359 Berlin

Zaproszenie do Szczecina / Einladung nach Stettin

Ich fahre heute um 9.32 Uhr vom Hauptbahnhof nach Stettin und lade Euch ein, spontan mit mir zu fahren. Wir sind um 11:39 Uhr in Stettin. Ich komme erst morgen zurück, man kann aber auch heute um 19:50 Uhr nach Berlin fahren und ist um 21:38 Uhr in Gesundbrunnen.

Wenn ihr zu fünft sein, kostet es pro Person einen Klacks (Brandenburg-Ticket für 28 Euro deckt die Reisekosten für 5 Leute hin und zurück).

Inzwischen kann man bummeln, einkaufen, Pierogi essen und um 18:00 Uhr in die Bibliothek ProMedia gehen, wo ich lesen werde. Ich lese auf Polnisch, aber was soll es? Es geht doch um die Gesellschaft, um Klang der Sprache, Athmosphäre, schöne Stadt, schöne Leute… Und wenn Ihr wirklich kommt, werde ich einen Text auch auf Deutsch lesen – versprochen…