Bitwa o Szczecin

dzienpodniuDzień po dniu

Książka Michała Rembasa i Grzegorza Ciechanowskiego opowiada o walkach o Szczecin w 1945 roku.

Na 112 stronach znajduje się szczegółowy opis wydarzeń, dziesiątki relacji świadków walk, dzięsiątki planów i zdjęć a także opis pomników, cmentarzy i innych śladów walk.

Michał Rembas
Dziennikarz – podróżnik i historyk. Pasjonat starych cmentarzy, architektury i wojskowości, współpracował między innymi z „National Geographic”, „Gazetą Wyborczą”, „Wędrowcem Zachodniopomorskim” oraz „Aktualnościami Turystycznymi”. Autor książek: „Zachodniopomorskie tajemnice”, „Śladami Lubinusa. Przewodnik niezwykły”, „Cuda na fasadach” oraz współautor  książek: „Nekropolie. Zabytkowe cmentarze wielokulturowej Polski”, „Dąbie. Prawobrzeże Wielkiego Szczecina”. Jego książka „Cuda na fasadach” została w ub. r. nagrodzona na ogólnopolskim przeglądzie książki turystycznej.

Uwaga: W roku 2016 Autor będzie organizował wycieczki na pole bitwy. Chętni mogą się zgłaszać TU. Zainteresowani kupnem książki Czytelnicy polscy mogą szukać książek w księgarniach i na Allegro. Berlińczycy niech się zgłaszają w komentarzach, zorganizujemy dostawę. Książka kosztuje ok. 30 złotych, ale pewnie dojdą jakieś koszty organizacyjne.

bunkier

Grzegorz Ciechanowski
Absolwent Akademii Obrony Narodowej. Oficer WP, służył w jednostkach operacyjnych artylerii, oficer łącznikowy misji Armii USA. Po wejściu Polski do NATO Szef Wydziału Prasowego i Protokołu Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód; Szef Wydziału Współpracy Cywilno-Wojskowej 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej. Doktor historii, Uniwersytet Szczeciński (2006). Od 2008 r. autor książek i artykułów na temat historii wojskowości oraz operacji pokojowych publikowanych w kraju i za granicą, w tym „Kurs bojowy Stettin” (2011).bitwaszczecin1stronaWspółpraca – Piotr Brzeziński.
Prezes Stowarzyszenia Miłośników Archeologii Militarnej „Pomorze”. Znawca historii II wojny światowej na Pomorzu Zachodnim. Od wielu lat zajmuje współpracuje przy ekshumacjach żołnierzy poległych podczas II wojny światowej i ich identyfikacji. Współtwórca portalu Pomorze1945.com.

bitwaszczecin2strony
Z książki

20 kwietnia
Wieczorem, w przedzień ataku wiejący od morza wiatr (tzw. cofka) spiętrzył wodę na Międzodrzu. Rozlokowany tam sowiecki batalion znalazł się w opałach – część żołnierzy musiała nawet schronić się na drzewach.
Dopiero około północy poziom wody się nieco obniżył, ale nadal byl wysoki.
O drugiej w nocy, w absolutnej ciszy (tylko oficerowie mogli wydawać rozkazy, ale szeptem) oddziały sowieckie zaczęły przesuwać się przez Międzyodrze, po obu stronach autostrady. Cel: obsadzić pozycje wyjściowe do natarcia na lewym brzegi Odry Zachodniej.
Wojsko miało do pokonania jedynie 2.5 – 3 km, ale warunki były koszmarnie trudne.
Żołnierze brnęli zanurzeni pas, po szyję w lodowatej wodzie, uzbrojenie, skrzynki z amunicją, przepychali armaty. Nieśli też kołki owinięte szmatami do zatykania przestrzelin w łodziach. Gdy woda była za płytka, musieli przepychać łodzie lub nieść je na ramionach. Niektórzy w błocie gubili buty.
Do godziny 5 przemoczone wojsko było już na lewym brzegu. Jedynym ratunkiem przed zimnem był alkohol – każdy z żołnierzy otrzymal 200 gramów spirytusu.

***
O godzinie 6.30 salwy katiusz rozpoczęły nawałę ogniową, i w tej samej chwili pierwsza fala desantu ruszyła przez rzekę. Ogień strzelającej zza Regalicy sowiewckiej artylerii był bardo silny – na każdy kilometr frontu natarcia przypadało 238 luf.
Artyleria niemiecka dość szybko otworzyła ogień na Międzyodrze i groblę autostrady, bowiem dowódcy niemieccy sądzili, że Sowieci przystąpili do forsowania Regalicy.
Ogień okazał się nieskuteczny. Zaskoczeni Niemcy strzelali po ciemku, nie wiedząc, że swieckie oddziały ulokowane były już pod samym nosem, dowódcy sowieccy też na wszelki wycofali wojsko z grobli i stumetrowych pasów po jej obu stronach.

Po około 20-30 minutach pierwsza fala desantu była już na zachodnim brzegu i to bez większych strat, po czym wioślarze wrócili po resztę wojska.
Około godziny 8 w zdobytych pomieszczeniach filaru mostu na autostradzie ulokował się sztab 108 Dywizji Strzeleckiej. Do godziny 14 cała jednostka była już na przyczółku. Warunkiem powodzenia natarcia było zdobycie wznoszącego się obok mostu na autostradzie wzgórza 65.4 (między autostradą a Siadłem Dolnym).
Ze stanowisk na stokach Niemcy mieli doskonały wgląd na rzekę, Międzyodrze i groblę autostrady i mogli z niego prowadzić celny ogień.
Pierwsze natarcia na wzgórze zostały odparte. Dopiero po południu, gdy na wzgórze spadła nawała ogniowa siedmiu pułków arylerii (ok. 250 dział) piechota sowiecka zdołała je opanowować.
W ciagu dnia w rejonie autostrady kilka razy kontratakują Sowietów oddziały Pułku Policji SS. Bezskutecznie. Powodzenie odnosi za to
Grupa Bojowa “Derriks” (około 350 żołnierzy z 28 Dywizji Grenadierów SS “Wallonien”), która odbija zdobyte wcześniej przez Rosjan Rosówko i spycha ich o 2 km. Zacięte walki toczą się o cegielnię nieopodal Moczył.
W ciągu dnia 65 Armia usadowiła się na lewym brzegu, lecz opanowany przyczółek jest mały: długi na zaledwie 3 km, głęboki na 1.5 km. Zadanie postawione armii nie zostało zrealizowane – według planu jeszcze pierwszego dnia natarcia wojska Batowa miały zdobyć Przecław, Smolęcin i Barnisław. Lecz w porównaniu z sąsiednimi armiami forsującymi Odrę i tak Batow może mówić o sukcesie – zarówno 70 jak i 49 Armia w trakcie całego dnia walk praktycznie nie ruszyły się z miejsca.

Porucznik Oleg Albieński z oddziału pontonierów;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez ostatnie dni naharowaliśmy się jak woły – ciężkie, 500-kilogramowe pontony ciągnęliśmy burłackim zwyczajem – na linach – przez wąskie kanały Międzyodrza, a na niektórych odcinkach musieliśmy nawet brać je na plecy, brodząc po pas w wodzie. I waliła w nas ta cholerna niemiecka artyleria – zniszczyła pięć pontonów. Mamy je na szczęście tu, nad Odrą. Teraz po cichutku, by nie płoszyć przedwcześnie wroga, spuszczamy je na wodę. Niebawem posłużą szturmowym oddziałom piechoty do skoku przez rzekę.
O godzinie 6.30 gruchnęły działa. To była kanonada! Morze ognia! Pod koniec artyleryjskiej nawały ruszyła przez rzekę piechota. Tuż po ostatnich salwach wdarła się na tamten brzeg. Pierwsi ci z 46 Korpusu gen. Erastowa, którzy opanowali polną drogę wiodącą do Kurowa, a następnie przycupnięte tuż nad rzeką budynki Siadła Dolnego. Niemal równocześnie z nimi skoczyły przez Odrę jednostki 105 i 18 Korpusu Piechoty. Niemcy wkrótce otrząsnęli się z zaskoczenia. Cóż to było za piekło!

Sierżant F. Jendiejew, 65 Armia gen. Batowa;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez trzy doby żyliśmy na wysepce znajdującej się w środku błotnistego rozlewiska między dwoma “rękawami” rzeki, jako “niewidzialni”. (…) W nocy podciągamy włókiem łódki do brzegu, do każdej stawiamy jaszczyk nabojów. Każdy bierze ze sobą cztery granaty i piąty przeciwpancerny. (…) Przydzielone plutonowi działo załadowaliśmy na ponton. Przepłynęliśmy rzekę w absolutnej ciszy, bez jednego wystrzału z naszego i niemieckiego brzegu. Przyczajeni zajęliśmy pozycje, czekając na rozkaz do ataku. Niemcy byli w transzejach na stoku wzgórza. Ledwo ciemność ustąpiła szarości ranka, “zagrała” nasza katiusza i jednocześnie uderzyła nasza artyleria. Dziękuję artylerzystom – celnie bili! Zobaczyliśmy później ich robotę – rozwalone niemieckie schrony, zasypane od wybuchów transzeje, trupy żołnierzy wroga. Do ataku rzuciliśmy się z odgłosem ostatnich wybuchów naszych pocisków. Wtedy dopiero fryce zrozumieli, że rzekę sforsowaliśmy już pod samym ich nosem. Na brzegu rzeki rozniosło się głośne i radosne “urrraaa”. Ruszyliśmy w stronę niemieckich transzei.

Ppłk Siemienow
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

40-50 pijanych esesmanów ruszyło na nas z pancerfaustami. Zaczęli strzelać. Widowisko było straszne. Pierwszy raz w ciągu całej wojny widziałem, żeby piechota przystępowała do kontrataku z pancerfaustami. Ale na ich skrzydło wyszedł pluton pieszych zwiadowców na czele ze starszym lejtnantem Smiełym. Jego uderzenia faszyści nie wytrzymali.

Meldunek dzienny Grupy Armii “Weichsel” (sporządzony 21.04.45 o godz. 05.40).
Tłumaczenie Piotr Brzeziński

Korpus Armijny “Oder” melduje godzinny silny ogień artylerii i moździerzy wszelkich kalibrów z punktem ciężkości na odcinek po obu stronach autostrady, Gartz i Mescherin. Ciągłe silne naloty ogniowe dla wsparcia nieprzyjacielskiej przeprawy. Podczas gdy w rejonie Gartz i na zachód od Gryfina przeciwnik został odparty, w lesie pomiędzy Gartz i Mescherin oraz po obu stronach autostrady zdobył brzeg Odry przy pomocy amfibii i ciągle się umacnia. (…) Trwają własne przeciwuderzenia na przemian z natarciami nieprzyjaciela. Położenie w chwili pisania meldunku niewyjaśnione.

Paweł Batow, “W marszu i boju”
– Wiecie, towarzyszu dowódco – mówił Tieremow – (dowódca 108. Dywizji Strzeleckiej do dowódcy 65 Armii, gen. Batowa – przypisek autorów) – o mały włos dwa razy nie musiałem forsować Odry.
– Jakim cudem?
– Ledwo wyskoczyliśmy z łodzi – a ogień, meduję, był silny- rozwinęliśmy Punkt Obserwacyjny, kiedy zjawili się dwaj oficerowie. Meldują, że są z kroniki filmowej. Co za licho was tu przyniosło, myślę sobie… Ale pytam, czym mogę slużyć. Odpowiadają:
– “Towarzyszu generale, chcemy was sfotografować, jak forsujecie Odrę. Nie, nie, prosimy nie odmawiać. Zaraz zdobędziemy łódź… Co wam szkodzi jeszcze raz przeprawić się przez rzekę…”

15 kwietnia
W nocy 14 na 15 kwietnia oddziały rozpoznawcze 65 Armii przeprawiają się łodziami przez Regalicę. W rejonie autostrady kompanię zwiadu ze 108 Dywizji (46 Korpusu Strzeleckiego) ostrzelano z filarów mostu autostrady na Regalicy. Okazało się, że grobla autostrady i podejścia do niej są zaminowane, miny zabiły dwóch sowieckich saperów.

16 kwietnia
Nocą z 15 na 16 kwietnia sowieccy saperzy z 172 Samodzielnego Płońskiego Batalionu Saperów pod ogniem rozminowali podejścia do grobli. Kolejnej nocy batalion 444 Pułku Strzeleckiego (ze 108 Dywizji Strzeleckiej) opanował kilometrowy odcinek autostrady. Ponieważ autostrada była mocno ostrzeliwana, żołnierze sowieccy znależli pomysłowe wyjście – podkopywali się z boku pod betonowe płyty jezdni. Dwudziestocentymetrowa warstwa betonu dawała dobre schronienie.
Ale Niemcy bronili się z mostu autostrady – w betonowych filrach ukryte były (i są nadal) obszerne pomieszczenia, z których otworów strzelniczych Niemcy prowadzili silny ogień. Okazało się, że są one nie do “ugryzienia” przez artylerię – 14 pocisków ustawionej do strzelania na wprost haubicy kalibru 122 mm odbijały się od betonu, nie czyniąc załodze większej krzywdy.

17 kwietnia
W nocy 17 na 18 kwietnia sowieci znów atakują wzdłuż grobli – jedna kompania posuwa się na lewo od autostrady, druga na prawo, a trzecia atakuje wzdłuż samego nasypu.
Żołnierze sowieccy przedostali się samych filarów i zmusili ukrytych w nich Niemców do poddania się. Nad ranem 444 pułk doszedł autostradą do Odry Zachodniej, z Międzyodrza udało się wyprzeć niecały batalion Niemców. Od lewobrzeżnego Szczecina wojska Batowa dzieli tylko kilka kilometrów.

Piotr Tieremow (dowódca 108 Dywizji Strzeleckiej) “Płonące brzegi”,
“Swiridow i Romanienko (dowódcy kompanii – przypisek autorów) zaatakowali Niemców i w decydującym starciu wyszli na podporę brzegową mostu, ale wedrzeć się do jedynego i wąskiego wejścia do kazamaty nie zdołali. Z otworów strzelniczych siekły jak wprzódy niemieckie cekaemy. Lecz tu, przy kazamatach, zarówno nasi, jak i hitlerowcy nie mogli się nawzajem razić, ponieważ i jedni, i drudzy znaleźli się w martwych polach ognia. Saperzy podciągnęli materiał wybuchowy. Grupa szturmowa komunistów była w pogotowiu. I nagle ten napięty i dramatyczny moment rozładował się w zupełnie dramatyczny sposób. Na groblę, z pośpiechem wspinał się, coś krzycząc, podpułkownik Abiłow (dowódca 444 Pułku Strzeleckiego- dopisek autorów)
– Zdejmować watówki! – krzyczał – Podpalać! Wyrzucać z góry do wejścia i otworów strzelniczych! Wykurzać faszystów!

Gryzący dym tlącej się waty przenikał do wnętrza. Zapalone watówki przepchnięto wraz z granatami przez otwory strzelnicze i wrzucono do środka. Podpułkownik zawołał swoim wysokim tenorem:
– Hej, fryce! Jesteście okrążeni przez wojska generała Abiłowa. (Abiłow bleffuje, nie jest generałem, ale tylko pułkownikiem- przypisek autorów) Proponuję przerwać bezsensowny opór! Poddawajcie się, bo spalimy!
Widocznie Niemcy gonili ostatkiem sił w kamiennej pułapce, gdyż ich ogień osłabł, a następnie ucichł. W otworze ukazała się biała szmata. Oficer zastrzelił się, a żołnierze się poddali.

Kresy. Epizod niewiele znaczący…

Andrzej Rejman

Hanka Ordonówna i jej dwa psy Bernardyny
krótkie wspomnienie Krystyny Stankiewicz

Krystyna Stankiewicz, urodzona 10 kwietnia 1931 roku w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie, jedna z trojga dzieci Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów. Dzieciństwo spędziła w rodzinnych Berżenikach. Jako dziecko wielokrotnie odwiedzała Wilno. Po wybuchu wojny Stankiewiczowie zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, przejściowo mieszkali w Wilnie, po aresztowaniu Kazimierza Stankiewicza przez NKWD w styczniu 1945 roku, żona Helena wysłała dwoje dzieci pod opieką bliskiej znajomej p. Wandy Kawalcowej do Polski. Trzecie dziecko – najstarsza córka Maria zmarła w sierpniu 1940 roku na zapalenie opon mózgowych. Helena Stankiewiczowa pozostała w Wilnie, starając się o uwolnienie męża. Niestety wysiłki nie powiodły się. W czerwcu 1945 roku Helena udała się do Warszawy do dzieci, które mieszkały u rodziny w Aninie. Kazimierz powrócił z niewoli jesienią 1948 roku. Po wojnie Krystyna Stankiewicz ukończyła Państwowa Szkołę Pielęgniarską nr 4 na Solcu w Warszawie i pracowała nieprzerwanie ponad 29 lat na oddziale chirurgii jako instrumentariuszka, potem na sali operacyjnej jako oddziałowa w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Mieszka w Warszawie na Żoliborzu.

***

Hanka Ordonówna w Wilnie (źródło: culture.pl)

…Przez kilka pierwszych dni września 1939 roku występowała w teatrzyku Tip–Top. W listopadzie 1939 roku, kiedy zaprotestowała przeciw projekcjom hitlerowskiego filmu o zajęciu Warszawy, aresztowało ją gestapo. Z więzienia na Pawiaku wyszła w lutym 1940 roku, dzięki interwencji męża, hrabiego Michała Tyszkiewicza, obywatela litewskiego (spowinowacony z rodziną Tyszkiewiczów król Włoch Wiktor Emanuel II interweniował u Hitlera). Wyjechała do Wilna, wówczas pod okupacją litewską, gdzie jej pierwszy występ, w sali Teatru na Pohulance stał manifestacją narodową. Tam w latach 1940–1941 grała także w Lutni i w Polskim Teatrze Dramatycznym.

Po aneksji Litwy przez ZSRR, NKWD aresztowało jej męża z powodu zaangażowania politycznego – opieki nad obywatelami polskimi na Litwie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie. Został osadzony na Łubiance w Moskwie. W tym samym czasie władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów w Moskwie. Po początkowych wahaniach artystka zaakceptowała tę propozycję nie do odrzucenia, mając nadzieję na uratowanie męża. Jej występy, znakomicie zresztą przyjmowane, przerwał wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.

Ordonówna próbowała wrócić do Wilna. Tymczasem władze radzieckie nakłaniały ją do przyjęcia obywatelstwa ZSRR. Gdy odmówiła, została aresztowana za… nieposiadanie przynależności państwowej i zesłana do sowchozu – tuczarni świń – pod Kujbyszew nad Wołgą. Tam, ze względu na trudne warunki życia, powróciła jej choroba płuc. Po uwolnieniu w następstwie układu Sikorski-Majski (30 lipca 1941) Ordonówna początkowo zawędrowała do teatru tworzącego się w polskim ośrodku w Tocku.

Przejęta jednak losem najmłodszych, zajęła się organizowaniem pomocy dla osieroconych dzieci polskich wygnańców, które udało jej się wywieźć z ZSRR. Z uwagi na pogarszający się stan zdrowia, wraz z sierocińcem została ewakuowana przez Bombaj w Indiach do Bejrutu w Libanie, gdzie jej mąż – również zwolniony dzięki traktatowi Sikorski-Majski – był wtedy pracownikiem Poselstwa Polskiego w Bejrucie.

Z książki “Tułacze dzieci”, którą Hanka Ordonówna wydała w 1948 roku w Bejrucie pod pseudonimem Weronika Hort, z żywo nakreślonych portretów dziecięcych najbardziej zapada w pamięć postać pięcioletniej Kaziuni, oczekującej pochwał za to, że udało jej się ukraść nieco chleba i kipiatoku jednej z babuszek. Była to postać fikcyjna, na którą złożyło się kilka dziecięcych losów. Wstrząsająca książka, udokumentowana zdjęciami i odbitką rękopisu jednego z opowiadań, opisuje epizod niewiele znaczący dla losów całej wojny. Ale jakże ważny dla ocalonych….

(źródło: culture.pl) http://culture.pl/pl/tworca/hanka-ordonowna

A tu jej najsłynniejszy przebój:

Wojenne wigilie

Andrzej Rejman

Przeglądam dziennik Małgorzaty Hrebnickiej z okresu okupacji (1939-1944). Wynotowuję fragmenty. Znajduję pięknie zachowany notes wydatków domowych.

Fragmenty “Dziennika czasu okupacji” M. Hrebnickiej – pisownia oryginalna.

1939
(…)
13-go listopada
(Hrebniccy wracają do Warszawy po wyjściu z miasta na początku września 1939 po radiowym apelu R. Umiastowskiego, przyp. mój, AR)

Świta. Mijamy Otwock, Wawer. Pod samą Warszawą trzymają nas strasznie długo. Przywożą na dworzec Zachodni. Wynajmujemy furkę na resorach. Sawicki jedzie z nami. Rozstajemy się z Bohdanowiczami. Jedziemy Grójecką, Aleją Niepodległości. Z daleka widzimy Instytut, po drodze kilka domów okropnie zniszczonych. Wjeżdżamy na Rakowiecką, aż niedobrze się robi, podjeżdżamy do Instytutu, nasze okna całe, ale Pciólko mówi, że jakby tam nikt nie mieszka. Podjeżdżamy przed bramkę. Boże! blokada przy naszym mieszkaniu rozbita. (…)
Przez dach głównego Instytutu wpadło 5 granatów, wyrwało wszystkie futryny od drzwi i okien. Na dom spadło 8 bomb zapalających. Do ogródka koło 30. Dwa metry od naszego mieszkania spadła bomba, niszcząc arkadę.
Warszawa poddała się 27-go/IX.

M_Hrebnicka_notes_1939_4

24-go grudnia
Wilja! Mamy grube ryby, karpie. Śledzie, kwasek z uszkami, w których grzybów ilość minimalna, a większa część sucharków, bo grzyby 80 zł. za kg., a więc kupiłam tylko 4 duże. Kisiel kakaowy, kompot, ryż, groch i łamańce. Całkiem wspaniale. Nie spodziewaliśmy się mieć taką porządną wilję, szczególnie siedząc w Biczalu. (chodzi o wrzesień 1939, gdy Hrebniccy po wyjściu z Warszawy dojechali aż na Wołyń, w rej Równego przyp. mój AR)
Na szafce Kazika malutka i milutka choineczka. Kolorowe świeczki. Najedliśmy się, ciepło przytulnie. Jadalny teraz u nas w sypialnym. Jadalny zajęty pod biuro, gdzie Pciólko, Makowski, czasem przychodzi p. Żurawska.
Święta siedzimy w domu.

Na drugi dzień Świąt, t. j. 26-go straszna egzekucja w Wawrze i Aninie. Rozstrzelano koło 120 osób za zamordowanie dwóch Niemców. Podobno brali też z I-szej, II-giej, III-ciej i IV Poprzecznej w Aninie. Umieramy z niepokoju. (Tam właśnie mieszkała rodzina Tyszkiewiczów, kuzyni Hrebnickich, przyp. mój, AR) Na koniec Julcia jedzie 3-go na wywiad. Tyszkiewicz uratował się wprost cudem, już go prowadzili na rozstrzelanie, ale ponieważ sprawdzali przedtem dokumenty, a on miał niemiecki dokument, zwolnili go!

M_Hrebnicka_notes_1939_3
1940
(…)
28-go listopada
Byłam na pokazie gotowania w Związku Pań Domu (Nowy Świat 9). Jadłam prażuchę i kluski. Kupiłam 10 arkuszy przepisów.
Jakiś czas człowiek jest spokojny, wszystko wydaje się snem, albo już nie takie strasznym. Aż tu znowu wstrząs wyprowadza z równowagi i każe przypomnieć sobie koszmarne i potworne czasy, w których żyjemy. Kolega Julci z IF-u nie żyje. (Prawdopodobnie Instytut Fermentacyjny na Krakowskim Przedmieściu w W-wie, gdzie Julia Hrebnicka dostała pracę, przyp. mój AR) Matka otrzymała zawiadomienie, że może wziąć prochy syna za przesłaniem 12 złotych… Czyn niczym nieusprawiedliwiony, nawet wojną.

29-go listopada
Życie jest wiecznym oczekiwaniem czegoś, co ma stać się jutro…. Tak w dobre czasy człowiek żył wciąż przyszłością, jutro będzie to, owo, pojutrze trzeba zrobić to, popojutrze pójść tam, za tydzień jakieś egzamin, wizyty u doktora, zebrania w szkołach, tam jakiś odczyt, sprawunki, smażenie konfitur, kino, teatr itp. Teraźniejszość wymykała się jak woda przez palce, płynęła w przeszłość, do której zwracało się czasem wspomnieniami, tęskniło, ale rzadko. Teraz, gdy się drży o jutro, które jest tak niepewne, a może wręcz okropne, żyje się teraźniejszością, napawa sie człowiek tymi chwilami, które są względnie spokojne w zacisznym, ciepłym pokoju, wśród szklanek, kubeczków, talerzy i kupy książek na końcu, które są do przeczytania, zeszytów, do których zapisuje się to i owo, pudełka do roboty. Czasem rzut pamięci w przeszłość, wspomnienia złe i dobre, ale na krótko. Przeważa chwila teraźniejsza.

30-go listopada
”Natura, która nie znosi próżni fizycznej, czyżby znosiła taki bezsens moralny, jak bezużyteczne dręczenie niezliczonych miliardów istot? …Poza świadomością zmysłów naszych tworzy się w przestrzeni i czasie dzieło jakieś olbrzymie i doskonałe, dla którego potrzebne są jakieś istnienia, cierpienia, umierania, a także – i może nade wszystko – nasza doskonałość”…Tak mówi Orzeszkowa. A może i tak.
(…)
(brak wpisu o Wigilii, może była zbyt smutna… Przyp. mój, AR)

M_Hrebnicka_notes_1939_2

1941

(…)
19-go grudnia
Katastrofalnie przedstawiała się u nas sprawa z kartoflami, a tymczasem nadeszły z Tęczynka i Starachowic. Mamy więc koło 6 metrów!
Zima zapowiada się łagodna. Coś jakby przedwiośnie. Miłosierdzie Boże nad biednymi ludźmi. W Moskwie o tej porze bywały już porządne mroziki i śnieg, jak i chałwa na ulicy. Dzisiejszy dzień – dzień początku ferii świątecznych.
Przed oczami ulica Sretenka u wylotu baszni Sucharewa.

basznia_suchareva(Autorka spędziła wczesną młodość w Moskwie, tam wzięła ślub w 1912 roku. Wspomniana Baszta Sucharewa została zburzona w latach trzydziestych XX w., przyp. mój, AR)* W sklepiku kartonaże na choinkę, między innymi srebrne lampki z czerwonymi i szafirowymi szkiełkami z żelatynowego papieru. Zapach mrozu i śniegu, choinek.

24-25 – go grudnia
Na wilii byliśmy w Aninie. Było bardzo miło, przytulnie, gościnnie, serdecznie. W domu byłoby zbyt ubogo i ciężko.
3-cia wigilia – data niewesoła. Człowiek rad teraz zbiera się do kupy ze swymi. Była i ryba i rozmaite słodkie ciasta. Przenocowaliśmy. Śliczna choinka. Na gwiazdkę dostaliśmy mydło, kawałek boczku, kiełbasy, pończochy (Julcia), notes (Kazik), kawę z Portugalii. Oprócz tego ciocia Mania obdarowała mnie jeszcze jedną parą butów, te będą dla Julci, a poprzednie dla mnie. Kazikowi dała sportowe Wujaszka, obdzieliła bochenkiem domowego chleba, pojechaliśmy do domu obładowani wielce. A na obiad był kocioł z bigosem, pomidorowa zupa z ryżem (!) i czarna kawa z ciastem.

27-go grudnia
Wczoraj byliśmy u Mani na Bielanach. Było smutno, a od wódki wesoło, a od wódki z piwem mdliło. (…) Tramwaj szedł okropnie, musieliśmy się przesiadać i ledwo na 10-tą byliśmy w domu. (Godzina policyjna obowiązywała od 22.00, przyp. mój, AR)

28-go grudnia
Miał przyjść Zdziś i Aciowie, przyszedł Gaweł i Lunia. Przyszykowaliśmy stół z nakryciem na 9 osób. Sałatka, galaretka ze skórek wieprzowych, tort kartoflany i ciasteczka pieczone na patelni (tort też).

* Basznia Suchareva, widok od ul Sretenka, źródło: http://moskva.kotoroy.net/histories/10.html
Niezwykłej architektury budowla – (ros. Сухарева башня) była jednym z najbardziej znanych zabytków i symboli Moskwy aż do jej zniszczenia przez władze sowieckie w 1934 roku, Wybudowana w stylu barokowym w latach 1692 -1695 z polecenia cara Piotra Wielkiego dla upamiętnienia jego tryumfu nad siostrą Zofią. Wieża została nazwana na cześć Sukhareva, którego pułk poparł cara. Nie była to twierdza , ale raczej uroczysta brama do miasta .

M_Hrebnicka_notes_1939_1
1942

(…)

1-go grudnia
A otóż wczoraj i dziś przepalili trochę. Kaloryfery ciepłe. (w 1942 roku w budynku Instytutu Geologicznego były i działały czasami kaloryfery!!! przyp. mój, AR). Radosna niespodzianka. Mają palić po trochę o ile mróz będzie, aby kaloryfery nie popękały. Trochę raźniej na duszy. Otrzymaliśmy paczkę z Raju – groch i pierniki grochowe. Wicher straszliwy. Julcia kupuje dla Kazika masło, bułki, mięso, wpłaciła za niego do szkoły, bardzo poczciwa i na nas tyle na chleb wydaje i słoninę kupuje, a nic, nic dla siebie.

2-go grudnia
1° ciepła, w mieszkaniu 8° R. (skali Réamura używano przed wojną – 1°C odpowiada 0,8° w skali Réaumura. Przyp. mój, AR) Takiej temperatury nie mieliśmy jeszcze jak mieszkamy tutaj. Julcia nakupiła bułek, każdemu po bułce. Z Raju znowu paczka – groch i kawałeczek wędzonki.

4-go grudnia
-8°, ale kaloryfery ku naszej wielkiej radości są ciepłe. (…)
11-go grudnia
Przecudowny dzień, rozsłoneczniony, +15° R na słońcu. A na duszy nieznośny ciężar wojny… (…)

13-go grudnia
Byłam u Baniewiczowej. Obdarowała mnie hojnie: margaryna (ponad kilo), mąka i melasa na piernik świąteczny. (…)

15-go grudnia
(…) Ważę 52 kg. To znaczy od ostatniego ważenia przybyłam 5 kg. A tłuszczu mamy o wiele mniej, chyba w 10 razy mniej niż 2 lata temu, a także prawie zupełnie cukru, a więc albo człowiek przystosował się już do pewnych braków w odżywianiu, albo tuczą kartofle i chleb Julci. Wątroba kosztuje już 60 zł. kg.!

17-go grudnia
Ciekawie zapisać przebieg dnia całego. Wstaję przed 5-tą i biorę się za gotowanie zacierki. Julcię budzę o 5-tej, Stasia i Kazika o 6-tej. Rozchodzą się wszyscy do pracy, a my z niańką z apetytem zabieramy się za zacierkę. Sprzątam i ubieram się. O wpół do jedenastej idę po zakupy. Robi się obiad. O 12-tej Papciólko przychodzi ze swoją zupą i dzieli się z obecnymi. Potem jemy swoją zupę, jak przychodzi Kazik, czasem jest już i Julcia. O 5-tej przychodzi Papciólko i jemy z nim razem drugą potrawę. Kolacja – gotowane kartofle w łupinach lub bez ze skwarkami – bodaj że najprzyjemniejsza część dnia. Wszyscy jesteśmy razem, przegląd dnia, wymiana zdań, dzielenie się wrażeniami i tym co było za cały dzień. Szkoda, że trwa to krótko, bo wszyscy są pomęczeni, najedzeni i chce się spać. W obawie przed alarmami prawie się nie rozbieram. Często przed spaniem łata się i ceruje. Czytać prawie nie ma kiedy. Na kolację Papciólko robi codzień kisiel – z berberysu, w piątek z mleka przydziałowego, z dodaniem olejku migdałowego i z różnych innych zapachów olejkowych. Oprócz tego Papciólko powstawiał szyby w oknach wewnętrznych (szkła do fotografii). Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego!

(…)
Już druga połowa grudnia. Z ulgą obrywa się kartki kalendarza, każdym dniem bliżej do końca wojny. Śmiem wierzyć, że to nastąpi w roku 43-im.

18-go
Jakąś śliczną widziałam kość szpikową! Cud! Kosztowała 5 zł. Nie miałam tyle, aby ją kupić. Trzeba było kupić proszek do zębów, herbatę i już na obiad zostało tylko, tylko. Dobrze trzeba nakręcić głową, obliczyć, przerachować, bo Papciólko wydziela skąpo, a tu takie zawrotne ceny wszystkiego!
(…)

20-go
(…) Wciąż jest ciepło, mrozu nie ma, chociaż noce wyiskrzone księżycem. Już zaledwie kilka kartek dzieli nas od Nowego 43-go Roku. Pokładam w nim wielkie nadzieje! Na stole leży kilka zerwanych kartek kalendarzowych, rozwiane jak liście jesienne, a każdy taki dzień zawierał i niepokój i udrękę i niepewność jutra, a ileż takich było za cały rok! Jednak czas zawsze leci, i to jedyne szczęście, bo co by było, żeby się wlekł? Z Raju paczka – pszenica i grzyby.

24-go
Dziś minęły 3 lata, 3 miesiące, 3 tygodnie i 3 dni od początku wojny! Wilję urządziliśmy w Aninie. Wszystko było jak należy – wspaniała tłusta ryba, kisiele, reszta, śleżyki z makiem, kompot, makowiec, pierniki i ciastka. (…) Nastrój był na ogół smutniejszy niż w roku zeszłym… (…)

25-go
Spaliśmy rzetelnie, od 11-tej do 8-ej, było ciepło. (…) Pochmurno i mrozu wciąż nie ma. (…)

28-go
-7°. Choinkę mamy w tym roku bardzo mizerną i obskubaną, kosztowała 20 zł. a mniejsze nawet były po 40-50 zł. Świeczek kupiło się 5. Ubogo, bo nawet świecidełek jest mniej niż zawsze, potłukło się i już mało zostało. Kazik mówi, że to ostatnia wojenna choinka, a no zobaczymy. Wygra ode mnie może 1 kg. czekolady. Daj Boże!

Malgorzata_Hrebnicka_ok_19391943
(…)

X
12-go
Jest w pół do 7-mej rano. Kazik już wyszedł. Z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej stoję przy oknie – „od wszelakich złych przygód masz go zachować”.

Dnieje, ale jeszcze szaro, jest pochmurno, tylko na wschodzie rozbłysnął pas złocisty. W górze wśród szarych chmur błyszczy gwiazdka, ale chmury ją wkrótce przesłaniają. Boże mocny, ześlij ludziom opamiętanie i rychły koniec wojny, a jeśli tak ma być, niech zabłyśnie jeszcze ta gwiazdka, jako zapowiedź lepszego jutra. Z utęsknieniem spoglądam na szare niebo. – Wśród szarej waty chmur jaśnieje gwiazdka przeczysta, jak objawienie. Otucha wstępuje w serce. A może… Daj Boże!. (…)

15-go
Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. Śpię koło 4-ch godzin i nic. Wstawać trzeba z racji słabego dopływu gazu o w pół do 5-tej. Jemy co dzień z rana zacierkę, lub owsiankę zaprawioną grzybkiem, do tego spuszczane kartofle, przesmażona cebulka. Na obiad zupa ze stołówki mieszana z instytucką, 2-ga potrawa też ze stołówki, czasem do tego mięso. W niedzielę swój obiad, zupa – grochówka lub jarzynowa, fasola lub kasza. No i jakoś żyjemy. A obok w koszarach (niemieckie koszary na ulicy Rakowieckiej nieopodal Instytutu Geologicznego, zajętego przez Niemców, przyp. mój, AR) gęgają gęsi i pobudzają do marzeń o chrupiącej gęsiej skórce… Ale rzeczywistość jest odgrodzona kolczastym drutem… Wieczorem jak zwykle kartofle gotowane, do tego skwarki na konfiturowych spodeczkach rozdzielanych nam z całym pietyzmem przez Papciólka.
(…)

19-go
Pierwsza noc od dłuższego czasu wyiskrzona gwiazdami i półksiężycem. Alarm od 1-szej do 2-giej. Schodziliśmy do schronu, było nas mało, bo alarm był słaby i nie wszyscy słyszeli. (…)

22-go
Silny wiatr, a słońce, wschodząc zabarwia płomienno-różową pożogą południowo-wschodnią część nieba, pokryło szyby różowym matem. Julcia przyniosła z biura puszkę konserw mięsnych i suszonej ryby. Przedtem dali jeszcze mrożone żółtki. Papciólko robił piernik.

24-go
Wigilia! W domu, u siebie. Świat zapuszczony śniegiem. Zadymka, słońce zawieszone jak opłatek, blade, bezpromienne. Dopiero rozjarzyło się, kiedy chodziłam po obiad. Dźwigałam 4 rondle i Papciólko mnie spotkał. Obiad – barszcz i kluski z makiem. Na pierwszy dzień dali bigos, na drugi flaki. Mamy dwie milutkie choineczki (za 20 zł. i za 8 zł). W czasie wilii rozweseliliśmy się po 6-ciu kieliszeczkach. Na zakąskę mieliśmy po bułeczce i stynki marynowane. Potem kwasek grzybowy z uszami, ryba smażona (dorsz suszony) z kapustą kwaśną, pszenica, kisielek żurawinowy, kompot z jabłek suszonych i łamańce. Potem piliśmy herbatę głogową z bułeczkami. Spokojnych Świąt!

25-go
Śliczne śnieżno-białe Boże Narodzenie. Lekki mrozik. Cisza zdaje się potęgować lekką mgiełką. Słońca nie ma. Julcia jeździła do Anina. Przywiozła jabłek. Cały dzień upłynął pod znakiem żarcia. Dojadaliśmy resztki wigilijne, do tego bigos i konina z fasolą. (…)

***
Mój komentarz – Autorka stara się odnaleźć w każdym dniu jakiś promyk nadziei. Mimo oczywistych trudności (uderzające jest, jak wiele czasu poświęca sprawom aprowizacji) sytuacja rodziny Hrebnickich (mimo kilku momentów “krytycznych” opisanych w innym miejscu “Dziennika”) aż do wybuchu Powstania Warszawskiego była względnie stabilna (jeżeli w ogóle można mówić o stabilizacji podczas wojny) . Okupant po zajęciu w 1939 roku Państwowego Instytutu Geologicznego PIG (podczas okupacji pod zarządem niemieckim – jako filia urzędu niemieckiego – Amt für Bodenforschung), pozostawił w nim wielu pracowników przedwojennego Instytutu, zezwalając na przebywanie w dotychczasowych mieszkaniach i zlecając różne prace terenowe lub kartograficzne dotyczące obszaru GG, czyli de facto mogącymi stanowić także wartość dla powojennej Polski. Przekaz rodzinny mówi, że St. Hrebnicki starał się je tak traktować i wykonywać.
Losy pracowników PIG-u były zresztą bardzo różne, np Arnold Makowski (1876-1943) – geolog, specjalista geologii złóż węgla, paleontolog oraz inżynier górniczy – podczas okupacji był nadal zatrudniony jako geolog w prowadzonym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. Napisał w tym czasie pracę o węglach brunatnych w Środkowej Polsce, opublikowaną pośmiertnie przez PIG w 1947 roku. Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu prof. R. Brinkmanna doprowadziły do ciężkiej choroby serca i śmierci.
Mąż autorki Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki (1888-1974) podczas okupacji niemieckiej prowadził m.in. badania złóż rud żelaza pasma tychowskiego w rejonie Starachowic (1940), a w latach 1943-1944 wykonywał zdjęcie geologiczne na zachód od Krakowa, w rejonie Dębnika i Zabierzowa, aż do Wisły.
Z kolei inny geolog – Józef Zwierzycki (1888-1961) – profesor, badacz Archipelagu Malajskiego i Nowej Gwinei. Był konsultantem i rzeczoznawcą Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz Wyższego Urzędu Górniczego. II wojna światowa zastała go w stolicy, gdzie na polecenie dyrektora Karola Bohdanowicza pospiesznie zabezpieczał mienie i archiwum Państwowego Instytutu Geologicznego. Został aresztowany nocą z 28 na 29 kwietnia 1941 roku i osadzony na Pawiaku. Później przewieziono go do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, gdzie przebywał do 3 lipca 1942 roku. Stamtąd został przeniesiony do Niemiec i od tej pory, jako więzień polityczny, pełnił funkcję tłumacza w Niemieckiej Służbie Geologicznej (Reichsamt für Bodenforschung). Wysłany pod eskortą do Warszawy w końcu lipca 1944, uciekł w Krakowie, gdzie ukrywał się aż do stycznia 1945. Od razu po wyzwoleniu Krakowa zaczął wykładać wulkanologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie geologię naftową na Akademii Górniczej.

***

PS. Przygotowywałam wpis na wigilię z moich archiwów rodzinnych – a mianowicie z maszynopisów cioci Heleny Balickiej-Kozłowskiej. Znalazłam tam fragment, który chyba lepiej pasuje tutaj:

W czasie wojny wigilia była smutna, skromna i mimo kolęd cicha, deklamowało się wiersze wojenne. Było nas niewielu, Babcia już przeszło 80-letnia nie wychodziła z domu, jedna z “przyszywanych” ciotek była w getcie, stryj – oficer– błąkał się gdzieś po Bliskim Wschodzie. Ci krewni, którzy z nami spędzali wigilię musieli oczywiście u nas nocować, bo godzina policyjna była wcześnie. Dla oszczędności zamiast dużego świerka kupowało się malutką sosenkę lub tylko kilka dużych gałęzi świerkowych, które rozłożyście mocowałam na ścianie i ubierałam w maleńkie bombki, świeczki i szych.

W roku 1943 zabrakło Ojca, który był w Oświęcimu. Oczywiście talerz i krzesło na niego czekały i mówiło się tylko o Nim…
Po wojnie Ojciec nam opowiedział o tej wigilii w Auschwitz-Birkenau. Urządzili ją z produktów przysłanych w paczkach, siedzieli wokół gałązki choiny wetkniętej w butelkę, łamali się chlebem. Niesamowite było, jak wspominał Ojciec, że gdy oni śpiewali  “Cichą Noc”, z pobliskiego baraku słychać było “Stille Nacht”, śpiewaną przez Niemców.

Wigilię 1944 roku spędzałam w Zakopanem na Olczy, gdzie odwiedziłam przyjaciół wysiedlonych z Warszawy. Do wieczerzy zasiedliśmy z rodziną gazdów. Dziwne, ale nie pamiętam szczegółów owej odmiennej wigilii. Zapamiętałam tylko to, że po kolędach gazda wywołał nas na dwór w roziskrzony gwiazdami śnieg i powiedział, słuchojcie panie jak góry śpiewają. I rzeczywiście śpiewały – może góry, może las a może potoki.

1922 – rocznik tragiczny

Kazik Hrebnicki pojawiał się już we wpisach Andrzeja, gdy była mowa o jego siostrze Julii, łączniczce z Powstania Warszawskiego. Dziś wpis o nim samym.

Andrzej Rejman

Na wszystkich cmentarzach wojennych łatwo zauważyć, że duża część poległych to młodzi chłopcy.  W ostatniej wojnie była to młodzież urodzona w latach 1920-1924. Dotyczy to także cmentarzy niemieckich – zwłaszcza uderzające jest to na cmentarzu pod Mławą (który odwiedziłem kiedyś przypadkowo) – w Mławce, gdzie leżą m.in. polegli w 1939 roku w bitwie pod Mławą właśnie.

4_Kazimierz_Hrebnicki_ok_1926_Boze_NarodzenieW mojej rodzinie w 1922 roku urodził się Kazimierz Hrebnicki, którego los potwierdza tragizm tamtego pokolenia.

Kazik Hrebnicki mieszkał do wybuchu Powstania Warszawskiego z siostrą Julią i rodzicami w budynku Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie, przy ulicy Rakowieckiej 4.

Kazik Hrebnicki, Boże Narodzenie, ok. r. 1926

Chodził do Szkoły Podstawowej nr 33 przy ul. Kazimierzowskiej 60.

Znalazłem w archiwum rodzinnym jego zeszyty szkolne z tego okresu i zdjęcie klasy piątej, rok szkolny 1933/34

1_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_1

1a_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_2_rewersNa odwrocie podpis:

“Zdjęcie V oddziału szkoły powszechnej No 33 1933/34

rząd I od dołu od strony lewej: Piotrowska, Sobocińska, Zagańczykówna, Lisicka, Rymbalska, Kaowska, Senatorówna, x, Czerwińska, x, x,

rząd II – x, Bogacka, Rolewicz (śpiew) Pikulski (kierownik), Dobiszewska (wychowawczyni), Domagalski (gimnastyka), x, Buczyńska, Krakowiakówna, x

rząd III – Hrebnicki, Chincz, Makowski, Łagowski, Organiściak, Filipiak, Tajbert

rząd IV – Mieczkowska, x, Wrona, Dwornik, Masiak, Siejka, Kornacki, Wróblewski, Rychter, Prokopowicz, Szmit, Kęsicki,

u góry: Studencki, Rudziński, Kacperski, Wojdat, Dąbrowski

w środku: p. Perkowska (roboty) ” stempel: Foto ARTOS, Puławska 35 Warszawa

Nie sądzę, aby ktokolwiek ze zdjęcia żył jeszcze. Ale może???

 2_swiadectwo_Kazimierz_Hrebnicki_Szkola_Podstawowa_klasaŚwiadectwo szkolne Kazimierza Hrebnickiego z klasy szóstej tejże szkoły

Po ukończeniu szkoły podstawowej Kazimierz Hrebnicki uczęszczał do Gimnazjum im. Edwarda Rontalera przy ulicy Polnej 46a. Miał niedaleko, wystarczyło przejść przez Pole Mokotowskie, na którym z okazji świąt państwowych odbywały się parady wojskowe.

Budynek szkoły przy ul. Polnej 46A stoi do dziś. Na jego ścianie znajduje się tablica poświęcona Edwardowi Rontalerowi, ufundowana w 1936 r. o następującej treści: “EDWARD-ALEKSANDER RONTALER 1846-1917 / POWSTANIEC 1863 R. / WYCHOWAWCA I PRZYJACIEL MŁODZIEŻY / W OKRESIE NIEWOLI TWORZYŁ SZKOŁĘ DUCHEM POLSKĄ / W 40 TĄ ROCZNICĘ JEJ ZAŁOŻENIA WDZIĘCZNI UCZNIOWIE / 1936.”

3_podrecznik_do_nauki_zawodu_szkola_okupacyjna_K_HrebnicW czasie okupacji był uczniem Prywatnej Szkoły Rolniczej II stopnia inż. Stanisława Wiśniewskiego przy ulicy Pankiewicza 3. (jej nazwa niemiecka wtedy to: Priv. Landwirtschaftliche Fachschule von Ing. St. Wiśniewski).

Niemcy zalegalizowali w Warszawie częściowo szkolnictwo średnie zawodowe (w niektórych zawodach rolniczych i rzemieślniczych) – i korzystając z tego szkoła ta brała udział w tajnym nauczaniu prowadzonym w różnych miejscach przez profesorów warszawskiej SGGW.

Oficjalnie uczono się głównie z książek niemieckich – jedną z nich mam do dziś –

Kazimierz Hrebnicki brał udział w konspiracji, mając za dobry wzór swoją starszą o siedem lat siostrę Julię, późniejszą łączniczkę KG ZWZ i “Radosława”.

Zginął rozstrzelany pod Skierniewicami przez żandarmerię niemiecką 18 sierpnia 1944 roku.

5_Kazimierz_Hrebnicki10

Kazik Hrebnicki uczeń

 

 

 

 

 

 

 

 

6_Julia_i_Kazimierz_HrebniccyKazik Hrebnicki z siostrą Julcią

 

Mgły i chłód…

Andrzej Rejman

Początek listopada. Mgły i chłód. Tuż przed Dniem Niepodległości kolejne wspomnienie rodzinne.

Kazimierz Stankiewicz nazywany w rodzinie “wujaszek Kazik”.

Mimo, iż życie miał niezwykle ciekawe – nie ma zbyt wiele  wspomnień o nim, prócz pięknych relacji żony Heleny – w książce red. Wojciecha Wiśniewskiego “Pani na Berżenikach”.

31 października 1948 roku Kazimierz Stankiewicz wraca z niewoli do Polski.

Żona Kazimierza, Helena (“Pani na Berżenikach”) wspomina:

“…Wróciłam z pracy obładowana pakunkami. Zbliżały się Zaduszki i na te dwa dni świąt trzeba było zaopatrzyć dom. Trzynastoletni Józio już spał. Krysia, która mieszkała u Tyszkiewiczów w Aninie, przyjechała na święta i myła się jeszcze w łazience. Ja z ciocią Wandzią* szykowałyśmy się do snu. Rajmund* snuł się po mieszkaniu, czekając aż wszyscy się ułożą, żeby w spokoju zabrać się do nauki. Studiował już na SGH. Choć było nam ciasno, żyliśmy w zgodzie i miłości. O dziesiątej leżeliśmy już w łóżkach, tylko Rajmund przy małej lampce siedział nad książkami. Wtedy właśnie ktoś cicho zapukał do drzwi. Rajmund wstał i podszedł do przedpokoju. I naraz rozległ się okrzyk: – Mamo! Kazik!

Jednym susem znalazłam się w przedpokoju. W drzwiach stał Kazik. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Stał w czapce-uszance, waciaku i pikowanych portkach, a na nogach miał filcowe walonki. W jednej ręce trzymał szarą drewnianą walizkę, a w drugiej wór z zielonego brezentu. Onieśmielona patrzyłam zamiast rzucić mu się na szyję. Postawił wreszcie bagaż, zdjął czapkę i otarł spoconą twarz. Policzki miał pełne i dopiero potem zorientowałam się, że to opuchlizna z głodu. (…) Dopiero gdy zdjął waciak, zobaczyłam, jak strasznie jest chudy. Nie miał ani jednego zęba, wszystkie zniszczył szkorbut. Śmiertelnie blady sprawiał wrażenie przestraszonego. Nie powiedział jeszcze ani jednego słowa. Siedliśmy do stołu i gdyby nie ciocia Wandzia, pewnie byśmy zaczęli płakać, nie wiadomo czy ze smutku, czy z radości. Ciocia kazała nalewać do kieliszków i wznosiła kolejne toasty za Kazika i za nas. Po paru kieliszkach Kazik się odezwał. Wróciło ich do Warszawy trzech: Antoni Ważyński, doktor Leonard Perepeczko i on. Z 1500 więźniów w jego transporcie, za którym biegłam w Wilnie, zostało tylko 94. Reszta nie wytrzymała nieludzkich warunków, katorżniczej pracy, głodu i zimna…”

* Wanda Kawalcowa i jej syn Rajmund – wielcy przyjaciele Rodziny Stankiewiczów.

Wanda Kawalcowa pochodzila z rodziny Słońskich, którzy mieli trzynaścioro dzieci. Jako mloda kobieta trafila do Poniemunia i wychowywała Helenę i Tomasza Zanów.

O Wandzie Kawalcowej i jej rodzinie, a także o powrocie ojca z niewoli sowieckiej opowiada Krystyna Stankiewicz.

https://youtu.be/McHhJuFflYw

***

Kazimierz Stankiewicz (1894-1973)

(na podstawie własnoręcznie napisanego życiorysu, uzupełnionego o wspomnienia córki, Krystyny)

Kazimierz Stankiewicz urodził się w Berżenikach, na Wileńszczyźnie 23 maja 1894 roku.

Ojciec, Wacław Stankiewicz, był inżynierem leśnikiem. W 1912 roku Kazimierz Stankiewicz zdał maturę, a w 1918 roku ukończył Wydział Techniczny Instytutu Handlowego w Moskwie, otrzymując stopień inżyniera handlowego. Jednocześnie ukończył średnią szkołę leśną.

W latach 1918-20 pracował w charakterze technika leśnego przy urządzaniu lasów w Dyrekcji Lasów Państwowych, następnie w zarządzie Kolei Moskiewsko-Windawskiej w Moskwie.

Po powrocie do Polski w 1920 roku pracował w charakterze technika leśnego w Państwowym Urzędzie Eksportu Drzewa (do czasu jego likwidacji), a od roku 1921 w Polskiej Spółce Handlu Zewnętrznego jako technik leśny.

W latach 1923-39 mieszkał z żoną i dziećmi w rodzinnych majątku Berżeniki.

W 1926 roku wziął ślub z Heleną Zan, prawnuczką Tomasza Zana “Promienistego”, z którą miał troje dzieci, córki: Marię, ur. w 1926 r., Krystynę, ur 1931 r. i syna Józefa, ur. w 1936r.

W dniu wybuchu wojny cała rodzina przebywała w swoim majątku w Berżenikach na Wileńszczyźnie.

K_Stankiewicz_w_obozieKazimierz Stankiewicz został w 1945 roku aresztowany przez NKWD i przebywał w obozach m.in. w Astrachaniu, w Kutaisi, w Gruzji. Zwolniony w październiku 1948 roku, przybył do Polsk, do Warszawy, do swej żony Heleny, i dzieci (do córki Krystyny i syna Józefa, córka Maria zmarła w 1940 roku).

Pracował między innnymi w Biurze Odbudowy Stolicy (w charakterze inspektora urbanistycznego), potem w pracowni zalesień B.U.W. na stanowisku kierownika zespołu, obejmując następnie stanowisko kierownika pracowni.

W Biurze Urbanistycznym Warszawy pracował do emerytury, na którą przeszedł w 1966 roku.

Zmarł 30 lipca 1973 roku.

papierosnica_recznie_wykonana_przez_Kazimierza_StankiewiNa papierośnicy ręcznie wykonanej podczas pobytu w obozie przez Kazimierza Stankiewicza z blachy z elementu samolotu – znajdują się napisy przypominające pobyt w obozach z wyszczególnionymi datami:
1/ 7 lutego – 26 lutego 1945 więzień na Magdaleny 2 w Wilnie
2/ 26 lutego – 15 maja 1945 więzienie na Łukiszkach w Wilnie
3/ 29 maja – 15 września 1945 więzienie w Saratowie
4/ 15 – 29 września 1945 Jełszanka
5/ 19 września 1945 – 13 maja 1947 Kutaisi (Gruzja)
6/ 23 maja 1947 – 8 października 1948 Astrachań

Stankiewicz_Perepeczko_Wazynski

Około roku 1946. Od lewej: Kazimierz Stankiewicz, dr Leonard Perepeczko, Antoni Ważyński w obozie w Kutaisi (Gruzja)

Leonard Perepeczko był kierownikiem szpitala obozowego, dzięki przyjaźni z nim Kazimierz Stankiewicz przeżył zesłanie.
Urodził się 17 grudnia 1900 roku w Petersburgu w rodzinie inteligenckiej pochodzącej z Wileńszczyzny. Uczęszczał do renomowanego katolickiego gimnazjum przy kościele Św. Katarzyny w Petersburgu, gdzie w 1917 roku zdawał rosyjską maturę. W 1919 roku wraz z rodziną przeniósł się do Wilna. W 1920 roku wstąpił do 63 Pułku Piechoty w Toruniu biorącym udział w walkach polsko-radzieckich.

W 1922 roku zdał polską maturę. W 1923 roku podjął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, gdzie w 1930 roku uzyskał dyplom lekarza. W 1931 roku podjął pracę jako dyrektor szpitala w Szumsku na Wileńszczyźnie.

24 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany i przydzielony do kompanii sanitarnej I Dywizji Piechoty w Wilnie. Przeszedł szlak bojowy Pułtusk – Wyszków – Kałuszyn – Kopcie. 14 września 1939 roku dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł 25 września tegoż roku i tego samego dnia został pojmany przez Rosjan. Również i tym razem udało mu się zbiec 8 października i powrócić do rodziny do Sztumska oraz do pracy w szpitalu.

10 stycznia 1945 roku aresztowany przez NKWD bez konkretnego zarzutu i wyroku był więziony w areszcie przy ul. Ofiarnej w Wilnie, a następnie wywieziony w głąb Związku Radzieckiego. Do 1949 roku był więźniem stalinowskich obozów pracy w okolicach Saratowa, a następnie w Astrachaniu. O tym okresie życia mówi napisana przez Leonarda Perepeczkę, wydana w 1993 roku przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, autobiograficzna książka pt. „W łagrach na saratowskim szlaku”.

Do Polski powrócił z początkiem 1949 roku i zamieszkał w Pasłęku. 1 lutego 1949 roku podjął pracę w pasłęckiej służbie zdrowia (…). Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w radach narodowych. Przez kilka kadencji był Prezesem Zarządu Powiatowego PCK.

Odznaczony Krzyżem Zasługi w 1959 roku i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 1971 roku. Zmarł w 1996 r. Honorowy obywatel Pasłęka od 29 października 1993 roku.

źródło: Urząd Miasta i Gminy Pasłęk

Bitwa Narodów czyli szkoda, że Napoleon przegrał

Ewa Maria Slaska

Co by było gdyby

O Bitwie Narodów już pisałam, bo, o, ach, ten książę Józef… Okazało się, że jego śmierć to klasyczny przykład friendly fire, bo zastrzelili go Francuzi, którym osłaniał odwrót. O czym na Wikipedii jest już jest mowa, ale w narodzie trwa legenda bohatera, któremu Bóg powierzył honor Polaków.

No, a co by było, gdyby książę nie zginął, a Napoleon zwyciężył? Może nie pochowano by Lecha na Wawelu, bo to od momentu gdy w roku 1817 złożono tam zwłoki księcia, datuje się tradycja chowania bohaterów w wawelskiej krypcie. Dla księcia był to zresztą trzeci pochówek, bo najpierw pogrzebano go w Lipsku, potem w Warszawie, a dopiero potem w Krakowie. Nie byłoby kultu księcia-bohatera, ale nie byłby może potrzebny, a Napoleon jako władca Europy, bieżącymi zarządzeniami administracyjnymi zapisałby się w pamięci narodów nie jako Wielki Przegrany, lecz jako Wielki Reformator.

My Polacy zawsze myślimy, że to dla nas upadek Napoleona to była klęska i utrata złudzeń na następne sto lat. Ale może warto tu przypomnieć, że i Niemcy, i cała Europa mają powody, by boleć nad tym zwycięstwem. Bo nie było ono wprawdzie ostatnią przegraną napoleońską, ale była to przegrana najbardziej znacząca i symboliczna.

Nowocześnie myślący dalecy od nacjonalizmu Niemcy po dziś dzień opłakują przegraną Napoleona jako ten czynnik, który uformował państwo pruskie w kształt, w jakim w XX wieku znienawidziła je cała Europa. To przez upadek Napoleona Prusy stały się państwem, w którym nacjonalistyczna pycha i arogancja, bezduszny militaryzm, dryl i bezwzględne posłuszeństwo, zastąpiły szlachetność, honor żołnierski i patriotyczną gotowość do poświęceń.

Gdy w stulecie bitwy wzniesiono w Lipsku pomnik ku czci Bitwy Narodów, Prusy były już wcieleniem owego strasznego charakteru. A w rok później rozpętały wojnę, która swym okrucieństwem przekroczyła wszystko, co zdarzyło się przedtem, a zdarzyło się przecież niemało.

Stefan Hertmans w książce “Wojna i terpentyna” pisze, że zetknięcie z armią niemiecką podczas I wojny było dla żołnierzy belgijskich nie tylko przegraną militarną, lecz również szokiem kulturowym. Oni wciąż jeszcze zachowywali się zgodnie z kodeksem honorowym, który obowiązywał w wojnach przez całe stulecia, szanowali wroga, który się poddał lub  ratowali obcego, jeżeli był sam, oszczędzali ludność cywilną, chronili słabych, kobiety, dzieci, chorych, rannych. Armia pruska zaś wykorzystywała te właśnie zachowania, aby w podły sposób zaatakować przeciwnika przez zaskoczenie. Belgowie, a zapewne i żołnierze innych narodowości, byli przerażeni i wstrząśnięci, ale… Ale, żeby się bronić przyjmujesz cechy wroga. Jeżeli podłość sprzyja zwycięstwu, nie ochronisz etyki.  II wojna światowa w swym bezprzykładnym okrucieństwie pokazała, że już każdy reżim i każda armia na drodze do zwycięstwa będzie stosować podłość…

Szkoda, że książę zginął, szkoda, że Napoleon przegrał… Dlatego, gdy w sierpniu tego roku szłam obejrzeć Pomnik Bitwy Narodów, nie martwiłam się o Polskę, bo Polska mimo wszystko odzyskała niepodległość i zupełnie dobrze sobie radzi, ale martwiłam się tym, że to co się wtedy zaczęło, dawno przestało być problemem militarnym czy cywilizacyjnym, a stało się problemem ludzkim, naszym pytaniem o to, jak żyć, a co gorsza, jak wychowywać następne pokolenia. Bo jeżeli podłość wygrywa… Bo może to dlatego z taką nienawiścią patrzymy dziś na uciekinierów…

Szkoda, że Napoleon przegrał.

Na zdjęciach poniżej droga z Niemieckiej Biblioteki Narodowej przez dawne tereny targowe pod pomnik.

bitwanarodow (3)-poczatek2bitwanarodow (2)-poczatek
bitwanarodow (4)srodek1bitwanarodow (5)-srodek2bitwanarodow (6)-dotarlam
bitwanarodow (6)-dotarlam2
bitwanarodow (9)dotarlam-jestem
bitwanarodow (8)-ostatni

Co jest męskie, co żeńskie czyli o Swietłanie raz jeszcze

hand_geschnizter_holzpapagei_1_lgwEwa Maria Slaska

Wojna, śmierć, piłka, papuga

Wiele lat temu znalazłam na ulicy papugę z drewna. Zaniosłam ją mojemu osobistemu narzeczonemu, temu, który w owym czasie pełnił tę funkcję w moim życiu, zgodnie z niemiecką definicją, określającą taką osobę jako Lebensabschnittsgefährte – towarzysz odcinka życia. Był to człek poważny i melancholijny a może nawet ponury, pomyślałam więc, że na pewno się ucieszy, jak dostanie taką świetną papugę, która mu wniesie w życie element żeński i kolorowy. I lekki, bo to musiało być egzotyczne drewno, bardzo lekkie, może nawet owa tajemnicza balsa, o której każdy z nas czytał w opowieści o Kon-Tiki i nawet nie do końca wierzył, że to prawda.

“Narzeczony” spojrzał na mój dar i powiedział, “O, Papagei! fajny facet”. Jak to?, zapytałam, przecież papuga to koleżanka. I tak to zaczęłam zbierać słowa, które po niemiecku są rodzaju męskiego, a po polsku są żeńskie. Pamiętam, że zdumiało mnie, że to wszystko, co jest zajęciem dla mężczyzn – der Krieg, der Kampf, der Tod, der Ball i der Fußball – po niemiecku jest zgodnie ze swym przeznaczeniem męskie, a po polsku czy szerzej – po słowiańsku – żeńskie: wojna, walka, śmierć, piłka i piłka nożna, zastępcza forma wojny na czas, gdy wojna toczy się gdzie indziej. Mało, że u nas słowa te są żeńskie, istnieją jeszcze ich żeńskie formy zdrobniałe, oswajające – wojenka, śmiercicha, piłeczka.  Po niemiecku formy zdrobniałe byłyby nijakie: Kriegchen,  Tödchen… ale i tak ich nie ma. Nikomu w Niemczech nie przyszłoby do głowy, żeby ukobiecać i oswajać wojnę, głód i śmierć. To straszni wojownicy z Apokalipsy, męscy rycerze zagłady, tacy jak u Dürera.

Dlatego też tytuł a i przesłanie najważniejszej książki tegorocznej laureatki nagrody Nobla w dziedzinie literatury, Swietłany Alaksandrauny Aleksijewicz, nie w pełni zostanie zrozumiane na Zachodzie i w Niemczech. Bo dla Niemców wojna nie ma w sobie nic kobiecego. W całym DACHu  (a przy okazji wiecie co to jest DACH? Kraje niemieckojęzyczne – Deutschland, Austria, (C)Helwecja) – wszyscy się zgodzą z autorką, nie wiedząc, że w krajach słowiańskich tytuł ten jest rewelacją. Reportaż Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, napisała Swietłana w 1985 roku. Są to wywiady z kobietami, które walczyły podczas II wojny światowej. “Dostałyśmy plecaki i uszyłyśmy z nich sobie spódnice”, mówią jej bohaterki. Książkę po polsku wydało w roku 2010 wydawnictwo Czarne, a wznowiło ją w roku 2015. Z rosyjskiego przełożył Jerzy Czech.

Jak pisze Wikipedia, autorka miała duże problemy z publikacją tego reportażu, który dwa lata czekał na druk. Ukazał się w ZSRR w 1985 roku i sprzedała się w dwóch milionach egzemplarzy. Była to jednak okrojona wersja, pełna ukazała się dopiero w 20 lat później, w roku 2004. W roku 2011 książka otrzymała Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus oraz Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Na podstawie utworu stworzono cykl filmów dokumentalnych, a w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie zrealizowano także adaptację teatralną w reżyserii Krzysztofa Popiołka.

– Wojna nie ma ludzkiej twarzy – mówi Swietłana Aleksijewiczw wywiadzie dla Gazety Wyborczej po przyznaniu jej Nagrody imienia Kapuścińskiego. – Ale ja patrzę na wojnę oczami kobiet. Daję im prawo głosu, aby opowiedziały o swojej kobiecej wojnie, a nie o męskiej. Kobieta pamięta co innego, inaczej pamięta. Pamięta kolor, zapach, ma dużo uczuć, których nie mają mężczyźni.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego 9

MiastoAndrzej Rejman 

Warszawa, moje miasto

Gdy spaceruję ulicami Warszawy myślę, że nie mógłbym mieszkać gdzie indziej. Tu poznali się i studiowali moi rodzice, tu spoczywają na cmentarzach moi przodkowie.
Przypomniał mi się tekst napisany w 1947 roku przez Salinę Baniewicz, matkę Antoniego Baniewicza (1923-1944), który zginął w walce na Żoliborzu. I o niej, i o nim już tu pisałem.

Pani Baniewiczowa walczyła po wojnie z władzami o różne sprawy, według niej ważne. Przeglądam jej listy – maszynopisy z tamtych lat, które przechowała moja babcia.
Autorka pisze w nich do władz o chuligaństwie wokół jej domu, skarży się w sprawie niewłaściwego, jej zdaniem kształtu pomnika bohaterów Warszawy i przedłużającego się w nieskończoność konkursu (w końcu zwyciężył projekt, stojący dziś – tzw. warszawska “NIKE”), narzeka na bezduszność, egoizm i nieczułość ludzi na sprawy odchodzącego pokolenia.
Przedstawiam jeden z jej tekstów, skierowanych właśnie do mieszkańców mojego miasta – tekst przejmujący i po latach niosący ważne przesłanie.

***

SALINA BANIEWICZ, listopad 1947 r.

Nowy mieszkańcu nowej Warszawy – dokąd tak śpieszysz i po co?
Czy chcesz dogonić tęczę i blaski kolorowego, wymarzonego jutra, pełnego tajemnic i przygód; a może wystraszony uciekasz przed grozą widma krążącej tu wczoraj śmierci?
Zatrzymaj się na chwilę, zaczekaj.

Dzisiaj wysoko nad tobą rozpłakało się niebo pochmurne; za tobą – rozpływające się we mgle cienie poległych tutaj powstańców; pod tobą – szare kamienie.

Brukowy kamień stołecznej ulicy – niemy świadek okrutnych, wyrafinowanych zbrodni, i… wielkich poświęceń, i… bohaterskich zgonów, odgrzebany spod gruzów zburzonych kamienic, obmyty deszczem z zakrzepłej krwi i kurzu, na nowo cierpliwie służy człowiekowi.
Stukają i dudnią koła po bruku, mkną po nim znowu wozy i samochody, a ludzie po zajęciach codziennego dnia – wracają do swoich, do domu. Triumfująco – beztroskie są ich głosy wesołe wobec złowrogiej, martwej ciszy tamtych – zabitych tak wcześnie, tak młodo.
Posuwająca się wolno wśród zgiełku i wrzawy różnobarwnego tłumu jakaś kobieta samotna – nie zwraca niczyjej uwagi. Nogi ociężale prowadzą ją bez celu przed siebie i wszystko jej jedno, w którą skręcić stronę. Wszak nikt już, jak dawniej, nie czeka jej powrotu i nie wybiegnie radośnie na spotkanie. Nie ma ona domu, budowanego przez wiele, wiele lat ciężkiej, jakże często ponad siły, pracy. Nie ma rodziny, bo syna nie ma, tak bardzo, tak bezgranicznie kochanego…

Wielka, potężna, tajemna moc – trzyma ją tutaj, w tym mieście straceń i mogił. Oczy uważnie, uporczywie wpatrują się w każde rumowisko, w każdą płytę chodnika, daremnie szukając śladów niegdyś maleńkich, dziecięcych, a potem chłopięcych – rodzonych, drogich stóp.

Tęsknota bezlitośnie szarpie umęczoną pamięć: ile razy przechodził tędy, w jakich okolicznościach, o czym myślał wówczas, jak wyglądał? Ile razy i kiedy groziła mu tu śmierć zdradziecka z lufy rozpylacza niemieckiego żandarma? Ile razy i kiedy uniknął tu cudem rewizji i nikczemnych ulicznych łapanek? Ile razy… i kiedy…?
Bezpowrotnie minione dni katuszy i trwogi, dni pełne męki niezmiernej, straszliwej, – bolesnym skurczem duszą i dławią, zginają plecy ku ziemi.

Tragiczna rzeczywistość beznadziejnej przyszłości teraz już nikomu niepotrzebnej istoty – nie wzrusza, nie obchodzi nikogo.

O życiu złamanym, o krzywdzie doznanej mówi jej każda sylwetka na tle gęstniejącego mroku, każdy przechodzień, witryna każda, bo przecież tych kwiatów przepięknych w tej narożnej kawiarni – nie zobaczy jej chłopiec już nigdy…
Każde dziecko spotkane, czy uczeń, czy student zawsze jej przypomina, jak dużo jest matek normalnie szczęśliwych na świecie.

Coraz dalej idzie, coraz szybciej, nie czując chłodnego, przenikliwego wiatru późnej jesieni, ani zmęczenia przemokłych, obolałych nóg.

Powiodły one ją wreszcie pod ścianę odbudowanej kamienicy, w której mieszkała długie, długie lata, w której przetrwała i wojnę, i powstanie do końca.

O, właśnie tam, z balkonu tego, w bezsilnej trosce, z obłędnym niepokojem wypatrywała codziennie, co wieczór – swego jedynaka.

W szerokich, oświetlonych oknach krzątają się obecnie nieznani jacyś przybysze; dla nich to teraz powstaje nowe życie, dla nich zacierają się starannie ślady potwornej tragedii tej biednej, tej dawnej, tej obcej im Warszawy.
Tak, tu, w tym miejscu, był przekop wąski, długi, prowadzący do wylotu kanału – burzowca, skąd wysuwały się po kolei skrwawione strzępy młodych straceńców, lecz… ilu z nich tam pozostało na zawsze – nikt tego się nigdy nie dowie…
Dymiła się zgliszcza, waliły się domy, a Oni… ginęli bez jęku.

Już późno jest i zimno. Deszcz mży coraz większy. Ruch uliczny powoli maleje. Jesienny mrok żałobnym kirem osnuwa miasto całe.

Po twarzy płyną łzy, spadając cicho w błoto. Jest ciemno. Tych łez nikt nie dojrzy, nikt nie zliczy. A może… są to zwykłe krople deszczu tylko – duże, czyste, lśniące…

Ledwie widoczna, samotna postać kobieca – nie zwraca niczyjej uwagi.

Foto: autor, Warszawa jesienią 2015 roku

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa… 4

Roman Brodowski był chory i przez ostatnie dwa miesiące nie mógł przysłać nam następnego odcinka dramatycznej opowieści o deportacji Polaków na Syberię. Przypomnę tu, że opowieść o Lidzi Brodowskiej ukazała się TU, TU i TU, a przedtem jeszcze bohaterka tej opowieści jako stara kobieta pojawiła się we wpisie Cioteczka Lidzia

Roman Brodowski

Podróż do piekła

… Nagle poczuła czyjś ciepły, delikatny dotyk na obolałych od chłodu, plecach. To mateńka objęła ją i przytuliła do piersi, do tykającego głośno, rytmicznie serca, tak jak ptak który chowa pod siebie swoje wystraszone, znajdujące się w niebezpieczeństwie, pisklę.
Czas płynął powoli, kolejne ofiary znikały za otwartymi wrotami wagonu, a Lidzia, tak jak wcześniej jej przyjaciółka, z coraz większym niepokojem liczyła po cichu, jego zawartość. – Już dwadzieścia sześć osób – szepnęła do siebie. – Boże! Ojcze kochany! – modliła się w myślach – proszę Cię. Nie zostawiaj mnie. Nie pozwól aby nas rozdzielono. Nie opuszczaj nas. Matka, widząc przerażoną twarz córki, przytuliwszy ją jeszcze bardziej do siebie, zaczęła całować jej kruczo ciemne włosy. – Nie bój się kochanie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić – uspokajała ją. Pan Bóg… – nie dokończyła, bo właśnie stało się to, co chciała powiedzieć – Pan Bóg ich nie zostawił, wysłuchał.

– Bradowskij – usłyszały przeszywający powietrze nieprzyjemny głos wywołującego. Podniosły bagaże, ich cały dobytek, i podtrzymując słaniającego się na nogach Antka, ruszyły przed siebie. – Brodowskij – usłyszały ponownie, wyraźnie zniecierpliwiony głos żołnierza. Ludzie rozsuwali się, pomagając im wydostać się z tłumu. Powoli, przybliżali się do stołu, przy którym siedział „bóg tego systemu”, sprawdzający dokumenty oficer NKWD. Spojrzał na nie, potem do leżących przed nim akt, po czym nie spuszczając z nich wzroku zapytał o nazwisko. – Brodowscy – powiedziała matka – Helena, Lidia i Antoni Brodowscy – dodała, podając dokumenty tożsamości.
– Brodowski – mamrotał pod nosem enkawudzista, porównując treść dokumentów z tym co było zapisane w aktach. – Da, Bradowskij – powtórzył, kierując wzrok na wystraszone kobiety. – A tu stoi napisane – pokazał na akta – że daużno byt czetery czeławieka. – Jak to cztery – zdziwiła się matka. – Da, czetery. Mieczyslaw, Jelena, Lidia i An…toni. – wymienił, po imionach. – Mieczyslawa nieto – kontynuował – Gdzie wasz muż, Jeleno – zapytał zdenerwowany. – Mój mąż pracuje na kolei. Od wczoraj jest w pracy. Proszę sprawdzić – odpowiedziała matka. – To pomyłka, panie oficerze, to musi być pomyłka. Sam pan widzi, że męża nie ma – starała się wyjaśnić. – Małczać – wrzasnął oficer, po czym kiwnął palcem na siedzącego obok niego cywila. Ten przysunąwszy się do niego, otworzył leżący przed nim notatnik, następnie czytając po rosyjku zawartą w nim treść, tłumaczył coś niezrozumiale. Oficer kiwał głową, spoglądając to na cywila, to na matkę, to w akta. Zapanowała cisza, po której enkawudzista jak w letargu zaczął „rzucać gromy” w kierunku czekających na wyrok kobiet. – Wasz muż – zaczął – to bandyta. On pamagal partyzanom. On ubieżal. Kakda soldaty pajechali wczera wieczieram na jewo rabotu, okazałoś, czto jewo tam usze niet. No my najdziom nie tolko waszewo muza, tolko wsjech banditow. Tak czto wy nie piereżywajtie. My ransze ili pozrze jewo wam dostawim. Paka zanimajtie miesta w pierwom klasie etowo priekrasnowo pojezda – wskazał wagon, wrzucając do stojącej obok stołu skrzynki ich dokumenty tożsamości.

Odebrały „prowiant” i wsiadły do wagonu, które przez wiele dni miał być dla nich namiastką domu, więzienia i… kostnicy. Dopiero po przekroczeniu tej granicy, która oddzielała świat zewnętrzny, od zamkniętej przestrzeni wagonu, Lidzia uświadomiła sobie dramat swojego położenia. W końcu mogła zaspokoić ciekawość i na własne oczy zobaczyć wnętrze tej „Jonaszowej Ryby”, odkryć tajemnice, jakie w sobie zawierała. To co zobaczyła, nie napawało optymizmem. Na bocznych ścianach wisiały pozbijane z desek, wiszące na łańcuchach, wzmocnione od podłogi aż po sufit, prycze. Na każdej z nich znajdowały się po trzy lub cztery miejsca do spania, i siedzenia zarazem. Prycze te usytuowane były na trzech wysokościach. Na górne poziomy można było wejść po zbitych z desek, prowizorycznych drabinach. Najniższy poziom znajdował się około sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu centymetrów nad podłogą, a przestrzeń ta spełniała rolę przechowalni bagażu. Na pryczach leżały cienkie materace ze słomy pokrytej materiałem jak na worki.

W lewym rogu, w podłodze, zamontowano coś w rodzaju grubej rury, wychodzącej bezpośrednio na zewnątrz i zakończonej szeroką deską z wyciętym otworem. Rura ta służyła do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Otwór zakrywał dekiel, przypominający pokrywkę do kotła. Były dwie takie rury. Oddzielały je grube, brunatne kotary. Miejsce to, było zarówno ubikacją jak i łazienką. Po przeciwnej stronie wagonu stał pojemnik na wodę – wielka, wydłużona beczka, z wbudowanym w dolnej części kurkiem. Ale wodę można było też czerpać bezpośrednio z pojemnika, korzystając z kilku aluminiowych kubków, przytwierdzonych na długich łańcuszkach.

Pośrodku wagonu, ustawiono na metalowej płycie piec, zwany potocznie „kozą” – gruba, żeliwna rura na nogach, w której paliło się węglem lub drewnem. W dolnej części znajdował się pojemnik na popiół, powyżej palenisko, a na wierzchu płyta, którą odsuwało się, aby uzupełnić opał. Długa rura odprowadzała spaliny na zewnątrz. Tu można było przygotowywać ciepłe posiłki.

Jedynymi oknami na świat były cztery niewielkie otwory wycięte w górnej części bocznych ścian, zabezpieczone kratami z drutu kolczastego. Pomimo tak przerażającego widoku, Lidzię ogarnęła wielka radość. Cała jej rodzina, jako jedna z ostatnich dostała się do tego wagonu, w którym czekały na nich miejsca zarezerwowane przez rodzinę Bigockich. Wiedziała, że już nie jest sama, że mimo nieszczęścia jakiego w tym momencie doświadczają ich rodziny, wspólnie dadzą sobie radę.

Drogi czytelniku witryny ewamaria2013,
kolejny rozdział, dotyczący dramatycznych losów Lidzi oraz jej najbliższych, w ich pierwszej fazie wygnania – czyli podróż do syberyjskich łagrów, ukaże się latem przyszłego roku w książce pod tym samym tytułem, pod jakim ukazywały się tu fragmenty I rozdziału. O terminie promocji poinformuję.
Autor

Z sadów pradziadka do powstania warszawskiego 8

Andrzej Rejman

Ostatnie dni Powstania Warszawskiego

Wrócę jeszcze do tamtych czasów, choć znam je tylko z opowiadań i rodzinnych materiałów archiwalnych.
W przededniu kapitulacji powstańców na Żoliborzu – 29 września 1944 – poległ na Placu Henkla – Antoni Baniewicz, ps. “Wilczyński”. Pisałem już tu o nim, ale jeszcze do niego wrócę.
Antoni Baniewicz przyjaźnił się z Kazikiem Hrebnickim (rocznik 1922), który został rozstrzelany pod Skierniewicami półtora miesiąca wcześniej.

Jeden z tekstów Matki Antoniego – Saliny Baniewicz poświęcony jest Kazikowi Hrebnickiemu

BIAŁY KRZYŻ

Kazikowi Hrebnickiemu- zamordowanemu 18.VIII.1944 r.

Z dala od stolicy, pod Skierniewicami,
Gdzie słania się pole ciężkimi kłosami,
Gdzie złocą się zboża szerokie zagony,
Gdzie czasem odpocznie wędrowiec znużony
Pod gałęziami przydrożnych krzaków,
Gdzie ciszę zamąca jedynie chór ptaków,

Gdzie zapach rumianku się mocny unosi,-
tam znad akacji ramiona swe wznosi
samotny, wysoki, drewniany krzyż biały,
z daleka w słońcu lśniący się cały;
a wieczorami cień jego długi
rzuca na drogę liliowe smugi.

Wskazują one, że to ziemia ta święta
Wchłonęła tutaj polskie orlęta.
Tu barbarzyńsko krew młodą przelano:
Bezbronnych powstańców zamordowano-
Dwóch bohaterów, których szlak krwawy
Prowadził z murów płonącej Warszawy.

Jednego z nich zidentyfikowano,
Drugiego natomiast – nie rozpoznano.
I matka może do dzisiaj czeka
Powrotu syna.. a czas ucieka…
Już nie zobaczy swojego dziecka,
Bo je zabiła kula zdradziecka.

A ty Kaziku, szlachetny, czysty,
Coś umiłował kraj swój ojczysty
Ponad naukę, nad młodość swą jasną,
Nad ukochaną rodzinę własną,-
Nie zawahałeś się w najlepszej wierze
Życie swe złożyć w ofierze.

Kaziku drogi, chłopcze serdeczny,
Za wcześnie cię spokój ogarnął wieczny.
Zbolała matka płacze w żałobie
I niknie w oczach z żalu po Tobie
A tu tymczasem krzyż biały strzeże
Miejsca, gdzie padli nasi żołnierze.

(Salina Baniewicz, Warszawa, 1949 r.)

Obie matki łączyło wspomnienie poległych synów.
Salina Baniewicz przekazała wszystkie swoje teksty w maszynopisie – Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci.

 1_Kazik_Hrebnicki_ok_1927Kazik Hrebnicki koło r. 1927

2._Kazik_Hrebnicki_z_siostra_Julcia_Orawka_ok_1927Kazik Hrebnicki z siostrą Julcią, koło r. 1927

kazik-skierniewiceKazik na wakacjach w Raju / miejsce śmierci Kazimierza Hrebnickiego, Skierniewice (także na zdjęciu poniżej)

5._w_glebi_miejsce_smierci_Kazimierza_Hrebnickiego_Skier

***

Inny, zawsze aktualny wiersz Saliny Baniewicz:

DLACZEGO?

Dlaczego tak trudno jest ludziom dogodzić?
Dlaczego nie zawsze radość dziecka cieszy
i zamiast zły humor uśmierzać, łagodzić –
niektórych drażni, denerwuje, śmieszy.

Dlaczego rodzice różnie rozumieją
szczęście dorosłej córki, czy syna
i szczęścia tego cenić nie umieją;
dlaczego wszystko nudzić ich zaczyna?

I dlaczego jeszcze – nieraz błahe sprawy
rosną niepotrzebnie do wielkich rozmiarów?
Dlaczego z niewinnej na pozór zabawy
wybucha płomień ogromnych pożarów?

Dlaczego tak krwawo dziś słońce zachodzi?
Dlaczego tak szybko mijają zachwyty?
Stłumiony bunt – dlaczego w apatię przechodzi,
w której żal drzemie, głęboko ukryty.

Daleczego człowieka upadla cierpienie?
Dlaczego nad życiem, jak jastrząb, krąży
niespodziewanie, nagłe przeznaczenie?
Dlaczego kropla wody twardy kamień drąży?

Dlaczego w niewoli myśl czynu się rodzi,
a zapał uszlachetnia, wzmacnia i jednoczy;
dlaczego jednak ta zgoda odchodzi,
gdy kraj za wolność już krwią nie broczy?

Dlaczego tych, którzy w walce polegli,
z serc bratnich usuwa pamięć krótkotrwała?
Dlaczego w pośpiechu rodacy nie spostrzegli,
iż mogiła powstańców zdeptana została?

Umarłej wiary, bohaterstwa, poświęcenia –
samotne matki może jeszcze strzegą,
lecz i one odejdą w otchłań nieistnienia…
Czas świętą przeszłość pogrzebie… Dlaczego?

1950 r.

c.d.n. wiersze Saliny Baniewicz będę jeszcze publikował, bo są niezwykłe i wciąż aktualne.