Polacy Żydzi 1

Nie, nie polscy Żydzi, ale właśnie tak: Polacy Żydzi.

Przyszły dwa maile jednocześnie, dlatego publikuję je razem:

Krzysztof Mika

Dwa powstania warszawskie

Rok to fatalny – same żydowskie rocznice: a to 75-lecie powstania w getcie, a to 50-lecie Marca 68, a to Bartoszewski, a to Sendlerowa. Zdrowonarodowy trzon społeczeństwa musi znosić takie okropieństwa! Trudno zatem się dziwić , że dano odpór i któryś z rządowych – narodowych intelektualistów przekonał Naczelnika, a ten wydał odpowiednie dyrektywy i myk, myk, i jest nowela ustawy o IPN-ie. Sukces był nieunikniony.

Ale ja nie o tym. Bo to już wszyscy „obrobili”.

Ja o trwałości pewnych schematów myślowych, które skutecznie wbili nam w głowy Niemcy w ramach Holocaustu. Na początek takie oto pytanie: ile było powstań warszawskich? No wiadomo – jedno w 44. Tak odpowie większość zapytanych. A ja powiem tak: były dwa. Jak to? Przecież tamto to Żydzi i w getcie. No to teraz zamieńmy getto na dzielnicę północną, a Żydom nadajmy ich prawdziwy status , czyli obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. To powstanie to reakcja na zagładę ok. 300 tysięcy obywateli polskich. Tak, obywateli polskich. Sukces niemieckiej socjotechniki wyrażał się m.in. w tym, że przestali oni być postrzegani właśnie jako obywatele, więcej jako ludzie. Do dziś w większości tzw. słusznej narodowej publicystyki obowiązuje dychotomiczny podział: Polacy i Żydzi. Choć to kompletna bzdura, bo tak naprawdę to Polacy i… Polacy. Historycznie to jeszcze bardziej paradoksalne, bo są oni obecni w Polsce od czasów piastowskich. Nawet ostatnio premier wspomniał Ibn Jakuba. Holokaust zatem nie dotyczył Żydów, ale milionów obywateli polskich.

I tu wracamy do powstań warszawskich: zadziwiająca jest symetria beznadziejności i strat. Zresztą powstań w dzielnicach zamieszkałych przez Polaków pochodzenia żydowskiego było znacznie więcej. Były również bunty w obozach. To tak w kwestii podnoszonej ostatnio przez któregoś z tuzów intelektualnych tezy o bierności żydowskiej. Konflikt wokół noweli ustawy natychmiast zaowocował komentarzami nt. mienia żydowskiego i roszczeń. To proponuję znów zmienić kategorie: przecież to mienie polskie, bo obywateli polskich. Nikt jakoś się nie buntuje przeciwko odszkodowaniom z tytułu mienia polskiego pozostawionego na Kresach… Tam można, a tu? Strasznie płyciutka ta nasza sprawiedliwość dziejowa. Z mocy prawa mienie to powinno być traktowane tak samo jak każda inne własność, ale nie: ono jest żydowskie. Zresztą historia w pewnym stopniu powtórzyła się w roku 1968, kiedy to przydzielano mieszkania pożydowskie. Zresztą, jak się bliżej zastanowić, to był to kolejny pogrom, na szczęście bezkrwawy. A zatem Polacy i Polacy.

A teraz odrobinę spraw personalnych, jak mawiają Rosjanie „po otczestwie”. Że różni durnie wypisują bzdury antysemickie – trudno. Ale że facet wykształcony zdolny autor, humanista i polonista bredzi, to straszne. Mowa o Rafale Ziemkiewiczu, z którym kiedyś pracowałem w radio i …było miło. A dziś zamienił się w pieszczocha władzy i i co słyszymy: Żydzi to parchy. W najlepszym przedwojennym stylu pałkarzy Falangi… Wcześniej wypisywał głupoty o gettach ławkowych i numerus clausus przed wojną (historia to jednak dla niego materia zbyt złożona), ale teraz poszedł na całość. A co powiedzieć o tych, którzy ten czarny bełkot drukują? Przecież wszyscy oni to zapewne chrześcijanie i katolicy. Czy Jezus Chrystus to też parch? Jak to się wszystko w tych łepetynach składa do kupy, nie sposób pojąć. Na pewno pomaga w tym ciche przyzwolenie władzy, która głośno deklaruje dezaprobatę dla antysemityzmu, a na boku pozwala robić swoje. Zresztą trudno się dziwić: ideałem Polaka jest osobnik o plemiennym sposobie myślenia, taki kibol narodowy w koszulce z hasłami o białej Europie i ewentualnie żołnierzach wyklętych. To niezwykle wygodne dla władzy, bo działa na prostej zasadzie: my – obcy, a obcych należy lać. Jeśli do tego dołożymy antyelitarność i antyintelektualność to wypisz wymaluj lata 30 w Niemczech i w Polsce, choć tu nieco hamowano, delegalizując ONR. Teraz działa w majestacie prawa, co też o czymś świadczy. O czym dopowiecie sobie sami, jeśli zestawicie to z deklaracjami Naczelnika.

A jeśli jeszcze weźmiecie pod uwagę pewien znany z psychologii model komunikacji bierno-agresywnej, to wszystko się złoży w jedną spójną całość. Z jednej strony strzeliste deklaracje przeciwko faszyzmowi i antysemityzmowi a z drugiej po cichu: róbcie swoje chłopaki moje nacjonalistyczne. Zresztą tę strukturę myślową najlepiej obrazuje wypowiedź naczelnika o obcych przynoszących zarazę i pasożyty. Wypowiedź nota bene katolika. W historii to już było: „Żydzi to wszy”. Ale tamci przynajmniej nie udawali katolików.

***

Ten przejmujący wiersz przysłano mi z tzw. obozu narodowego w kilka dni po koszmarnej wypowiedzi premiera KM, że w roku 1968 to nie Polska zrobiła Marzec tylko komuna, a Polski nie było, wypowiedzi w dzień później “poprawionej” przez premiera stwierdzeniem, że oprócz Niemców byli oprawcy polscy, tak jak byli ukraińscy i żydowscy. I wtedy można sięgać do głębin rozpaczy i bez wstydu wyciągnąć ten wiersz – nie po to, by zastygnąć w grozie, lecz by zrobić z niego propagandową chorągiewkę do wywijania. 
Jak nisko trzeba upaść…

Izaak  Kancenelson

Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim!…

Niech przemówi pamięć poety… Jam jest ten, który to widział,
który przyglądał się z bliska,
Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych
Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał
I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.
Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy
– O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby
– Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom!
Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy
Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli
Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,
Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli.
Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,
Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą.
Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych
Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.
Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,
I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”
Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,
By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.
A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto
Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –
Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –
Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…
W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.
Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.
Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?
Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie! A z boku –
Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,
Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,
On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!

Warszawa 1944

Reblog z dyskusją. Pomnik polskich ofiar wojny w Berlinie

Krzysztof Ruchniewicz

Reblog  Po co jeszcze jeden pomnik w Berlinie?

Czy w Berlinie powinien powstać jeszcze jeden pomnik poświęcony ofiarom II wojny światowej? Chodzi o obywateli polskich, którzy cierpieli i ginęli podczas ostatniej wojny z rąk niemieckiego okupanta. Czy można poświęcić tylko jednej grupie narodowej (lub państwowej) osobny pomnik? Co z innymi pomysłami upamiętnienia, które pojawiły się już wcześniej? Czy nie powinno się postawić pomnika wszystkim ofiarom niemieckiej agresji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej?

Niechęć do pomników?

To prawda, że po 1945 roku w podzielonych Niemczech niechętnie stawiano pomniki ofiarom nazizmu z krajów okupowanych. Pewnego rodzaju wyjątkiem jest pomnik „Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty“, który odsłonięto w 1972 roku w Berlinie Friedrichshain1. Nie jest on jednak związany z upamiętnieniem ofiar nazizmu, a raczej oporu przeciw nim. Dzisiaj pomnik ten jest jedynie świadkiem historii i przykładem dawnej polityki historycznej. Także przebudowa niczego nie zmieni, bo jego symboliczne przesłanie jest jasno określone.

W połowie listopada 2017 roku grupa ponad 80 niemieckich osobistości wystąpiła z nowym / starym pomysłem budowy pomnika poświęconego zamordowanym polskim obywatelom, który miałby stanąć w centrum Berlina. Apel wystosowano do nowego Bundestagu2, trwa obecnie dyskusja na ten temat. W mediach przypomniano, że istnieje już inna inicjatywa upamiętnienia ofiar nazistowskiej okupacji Wschodu3, a pomnik ofiar holokaustu obejmuje także dużą część polskich ofiar4. Każda z tych propozycji jest ważna i godna podkreślenia, jednak moim zdaniem nie oddaje specyfiki problemu.

Vernichtungskrieg

Atak Niemiec hitlerowskich na Polskę w 1939 r., pierwszą ofiarę nowej wojny światowej, różnił się od dotychczasowych konfliktów. Od pierwszego dnia była to wojna zbrodnicza5. Celem była likwidacja polskich elit oraz podporządkowanie reszty społeczeństwa. Symbolem barbarzyństwa jest niewielkie miasto Wieluń, leżące wtedy na pograniczu polsko-niemieckim, które zniszczono niemal całkowicie z powietrza. Następne miesiące stały pod znakiem celowej eksterminacji (egzekucje w Lasach Piaśnickich na Pomorzu, podwarszawskich miejscowościach Wawer i Palmiry) i niszczenia polskiego majątku.

Rozpoczęto szeroko zakrojone przesiedlenia, które trwały całą wojnę. Do pracy przymusowej skierowano miliony obywateli polskich, także w obozach koncentracyjnych. Mimo istnienia silnego oporu, Niemcom udało się dokonać licznych akcji pacyfikacyjnych, mordów na ludności cywilnej. Siłą zdławiono powstanie w getcie w 1943 r., rozpaczliwą walkę resztki polskich Żydów, a w 1944 r. powstanie warszawskie. Podczas jego trwania wymordowano ponad 150 tys. cywilnych mieszkańców.

Zbrodnie ZSRR

Straty z rąk niemieckich nie były przy tym jedynymi. Dwa tygodnie po napaści niemieckiej do wojny przyłączył się ZSRR, który na ziemiach wschodnich Polski rozpoczął – podobnie jak wcześniej Niemcy – politykę eksterminacji i represji, która trwała do czerwca 1941 r. Aresztowania i deportacje objęły ok. 500 tys. osób. Symbolem zbrodni jest Katyń. Tam wiosną 1940 r. zabito strzałem w tył głowy kilka tysięcy Polaków. Stanowili oni część z 22 tysięcy oficerów i cywilów, o których rozstrzelaniu zadecydowało wtedy kierownictwo radzieckie. Warto pamiętać o zmieniającej się roli ZSRR w czasie wojny, w tym właśnie o latach współpracy między Hitlerem a Stalinem w 1939-1941 r.6

Propozycja budowy pomnika poświęconego polskim ofiarom niemieckiej okupacji w centrum Berlina odpowiada skali i znaczeniu w polskiej historii lat II wojny. W wyniku niemieckiego terroru prawie 6 mln. obywateli polskich straciło życie, w tym ok. 3 mln Żydów. Od początku ziemie polskie były laboratorium zbrodni na Żydach i Słowianach, którego „osiągnięcia” zastosowano po napaści na ZSRR.

Pomysłodawcy (wzniesienia nowego pomnika w Berlin – przyp. red. ) jako miejsce lokalizacji pomnika wskazują Askanischer Platz przed ruinami Anhalter Bahnhof. Przypomnijmy, że właśnie tu w 1940 r., okresie niemiecko-radzieckiego współdziałania, spotkali się Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow. Upamiętnienie polskich ofiar może poszerzyć wiedzę o przebiegu okupacji niemieckiemu społeczeństwu. Często bowiem ogranicza się ona do ofiar Zagłady, a pomija polskich obywateli innych narodowości i wyznania7.

Upamiętniać i przypominać

Wzniesienie pomnika jest potrzebne dla relacji polsko-niemieckich. Jak widać, wojna mimo upływu czasu odgrywa w nich nadal znaczącą rolę. Obiekt powinien jednak wyrażać dwie rzeczy, upamiętniać i przypominać. Po 1945 roku, w warunkach głębokich podziałów i wrogości, znalazły się w Polsce i Niemczech osoby, które mimo wszystko dążyły do nawiązania dialogu i pojednania. Ten aspekt powinen być także obecny w przestrzeni publicznej. Do dzisiaj w Niemczech nie ma miejsca pamięci, które byłoby poświęcone takim osobom. A przecież nie chodzi tylko o przypominanie zbrodni i ofiar, ale także o znaki pamięci, dające nadzieje i umacniające wiarę, że możliwy jest pokojowy, przyjazny byt narodów-sąsiadów. Mimo ciężaru historii, nie jesteśmy przecież skazani na konflikt.


Kochani Czytelnicy, przypisy do tekstu Krzysztofa Ruchniewicza znajdziecie na samym końcu tego wpisu. Na razie jeszcze sobie z autorem podyskutuję. Przeczytałam bowiem zreblogowany tu tekst z bardzo mieszanymi uczuciami. I to co najmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze nie lubię pomników i to z tak wielu powodów, że nie sposób ich wszystkich tu przytoczyć. Generalnie jestem zdania, że – oczywiście, musimy pamiętać, o tym co było, aby uczcić tych, których uczcić trzeba i przypomnieć o winie tych, których winy nie daje się zmazać. Ale znacznie ważniejsze wydaje mi się Pojednanie, a najważniejsze jest to, co dzieje się teraz i co zdarzy się w przyszłości. Najważniejsze jest to, że po 250 latach wrogości przez ostatnie 25 lat docieraliśmy krok po kroku do normalności. Zaczęło się od przebaczenia, poprzez likwidowanie uprzedzeń i resentymentów, po współpracę partnerską i dobrosąsiedzką, a zakończyło się przyjaźnią.

I groza mnie ogarnia na myśl, że możemy to wszystko zaprzepaścić wskutek politycznych przepychanek polsko-niemieckich, w których polska strona atakuje stronę niemiecką, a te posunięcia polityki zagranicznej są jednocześnie kolejnym sposobem zniewalania własnego wyborcy w kraju – bo podsuwają mu wroga zewnętrznego, rozdrapując jednocześnie ledwo co zaleczone rany i obiecując za to gratyfikację finansową. Oczywiście od wroga.    

Ale, po drugie, równie straszne mi się wydaje, że polityka niemiecka, która dokładnie wie, co się teraz w Polsce dzieje, zamiast twardo stanąć po stronie najważniejszych wartości europejskich – demokracji, tolerancji, otwartości i poczucia odpowiedzialności, podsuwa politykom polskim kąsek na ułagodzenie ich zajadłej i zapiekłej antyniemieckości. Po co? Bo Niemcy pragmatycznie już dawno rozpoznali, co my Polacy z przerażeniem przełknęliśmy dopiero 10 stycznia – że w Polsce nie ma żadnej opozycji, co oznacza, że sprawująca obecnie władzę formacja polityczna będzie rządziła przez najbliższych 10, 15 a może nawet 20 lat. I że w związku z tym trzeba z nią ustalić nowy model stosunków. Zaaranżować się!
PiS też to zresztą wie, stąd aktualna rekonstrukcja rządu, w której usunięto tych polityków, którzy najgorzej zapisali się w Niemczech i w Europie.

Obie strony porządnie odrobiły lekcję i mogą sobie teraz spokojnie spoglądać w przyszłość. A widomym znakiem odrobionych lekcji będzie pomnik na placu Askańskim w Berlinie. Pomnik postawiony ofiarom koszmarnej wojny w ponad 70 lat po jej zakończeniu. Czy to nie jest ironiczny grymas Historii? I naigrywanie się z ofiar?

Wolałabym, żebyśmy jakoś uhonorowali Pojednanie, List Biskupów, Bartoszewskiego, Mazowieckiego, żebyśmy postawili pomnik Bartoszewskiemu albo nazwali w Berlinie szkołę jego imieniem (to sugestie Krzysztofa Ruchniewicza i bardzo mi się podobają), żebyśmy zorganizowali więcej wyjazdów szkolnych dla młodzieży z Polski do Niemiec i z Niemiec do Polski, żebyśmy w każdej polskiej wiosce, w każdym miasteczku i w każdej dzielnicy w dużych miastach zorganizowali warsztaty demokracji i tolerancji… W takim kontekście ów pomnik wydaje mi się zorganizowanym z przyczyn merkantylnych czołobitnym pokłonem przed konserwatywnym antyeuropejskim nacjonalistycznym opartym na poczuciu krzywdy i tylko krzywdy pseudopatriotyzmem polskim.

PS.

Nie chcę dociekać, czy projekt nowego pomnika w Berlinie jest naprawdę inicjatywą oddolną grupy Niemców, którzy “tylko” znaleźli wsparcie ze strony polityków, bo szczerze powiem – nie wierzę w to. Uważam tę niemiecką narrację za element ugłaskiwania z kolei własnych wyborców. 


Przypisy do artykułu Krzysztofa Ruchniewicza:

  1. Zob. Rafał Żytyniec, „Pomniki polityczne ‘czerwonego Berlina’”, w: Siedlisko. Dziedzictwo kulturowe i tożsamość społeczności na Ziemiach Zachodnich i Północnych, nr 4/2007, s. 24-30; tenże, „Symbol myśli i czynu najlepszych sił obu narodów“ czy „historia polskiej walki z faszyzmem“? Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty w Berlinie-Friedrichhain (1965-1989), w: Historie wzajemnych oddziaływań, pod red. Roberta Traby, Berlin-Warszawa 2014, s. 125-172. ↩
  2. Zob. Bartosz T. Wieliński, Niemcy chcą postawić pomnik Polakom zamordowanym podczas drugiej wojny światowej, „Gazeta Wyborcza“, 7.11.2017. ↩
  3. Zob. Peter Jahn, Erinnern! Aber woran?, „Die Zeit“, 22.11.2017.  ↩
  4. Przykładowo zob. Gabrielle Lesser, Ein Museum der Okkupation tut not, „Jüdische Allgemeine“, 23.11.2017. Stefan Lehnstaedt, Ein Denkmal nur für polnische NS-Opfer? Das wäre ein falsches Signal, „TAZ“, 7.12.2017.↩
  5. Ostatnio: Jochen Böhler, Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce. Wrzesień 1939. Wojna totalna, Kraków 2009. ↩
  6. Zob. Sławomir Dębski, Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939-1941, wyd. II poprawione, Warszawa 2007. ↩
  7. Zob. Katarzyna Woniak, Niemiecka okupacja Polski w niemieckich podręcznikach szkolnych, w: „Fikcyjna rzeczywistość“. Codzienność, światy przeżywane i pamięć niemieckiej okupacji w Polsce, pod red. Roberta Traby, Katarzyny Woniak i Anny Wolff-Powęskiej, Warszawa-Berlin 2016, s. 281-307. ↩

Granada (Advents-Zeit Spendenzeit)

Hallo an ALLE! Helft uns!

Bei der Realisierung eines Doku-filmes – schreibt Dariusz Zalega aus Katowice/Chorzów:

Etwa 200 Einwohner aus Oberschlesien haben am Bürgerkrieg in Spanien teilgenommen. Diese Region war ein Dreiländereck und unter Polen, Deutschen und Tschechen geteilt, die Aktivisten haben  sich nicht auf eine nationalistische Propaganda eingelassen, sondern gemeinsam gekämpft – für Demokratie und soziale Gerechtigkeit. Viele sind in Spanien gefallen und viele haben mit Bitterkeit die Niederlage erlebt. Wir sollten an sie erinnern, gerade jetzt wo sich über Europa dunkle Wolken des Nationalismus sammeln. Deswegen wollen wir über sie einen Dokumentarfilm machen und bitten Euch um Unterstützung.

Im Film “Faust und Dynamit” (Dauer 45 min) wollen wir die Erinnerungen oberschlesischer Spanienkämpfer, sowie Archive und Filme, Lieder aus dieser Zeit und geschichtliche Szenen verwenden.

Warum: “Faust” – weil die Kämpfer nicht zurückschreckten sich dem Faschismus entgegen zu stellen; “Dynamit” – weil die meisten oberschlesischen Kämpfer Bergleute waren.

Dieser Film gehört zu einem erweitertem Projekt, um die Erinnerung an “die rebellische Geschichte Oberschlesiens”, einer industrialisierten Region vieler Nationen, zu erinnern. In diesem Rahmen haben wir bereits u. a. einen Film realisiert:

http://de.labournet.tv/video/6983/rebellisches-schlesien

Nach der Herstellung soll dieser Film auch über das Internet verbreitet werden als auch bei Aufführungen mit anschließenden Diskussionen. Es werden auch Versionen des Filmes mit deutschen, tschechischen, englischen und spanischen Untertiteln erhältlich sein.

Um den Film herzustellen und das Gedenken an diese Menschen zu bewahren brauchen wir Geld: 40.000 zł (10.000 €uro)

Helft uns!

Hier sind die Links zum Trailer und zum Verein:

www.youtube.com/watch?v=CPhjyviZzfM

www.spain-silesia.eu/

www.youtube.com/channel/UCVEoc_sb6_DtDy8jc-fjKiQ/videos

Überweisungen auf das Konto des Vereines sind in der EU gebührenfrei

Stowarzyszenie Grupa Twórcza Ocochodzi
Promenada gen.
J. Ziętka 7, 41-500 Chorzów
Bank account: PL71 1050 1357 1000 0022 9017 5872
BIC: INGBPLPW
Titel des Projektes: Spain-Silesia


Anm. d. Redaktion:

Es gibt ein wunderbares Gedicht von russischen Dichter und Drehbuchautor Michail Swetlow: Grenada. Meine Mutter kannte es auswendig. Das letzte Mal hörte ich sie es vor gefühlt 40 Jahren rezitieren, aber bis heute habe ich in Erinnerung ganz lange Passagen davon in genialer Übersetzung ins Polnische von unseren genialen Dichter Julian Tuwim. Seit ich den obigen Beitrag gelesen habe, liefen mir diese Gedicht-Fragmente stets durch den Kopf. Ich dachte, ich veröffentliche es hier. Zur Erklärung noch – die Ballade ist 1926 geschrieben, der Krieg von dem da die Rede ist, ist der russische Bürgerkrieg und nicht der spanische, aber bei den Kämpfen in Spanien wurde die Ballade von russischen Brigadisten gesungen.
Swetlow ist 1903 geboren, erste Gedichte schrieb er schon als 14-jähriger; er starb 1964 in Moskow. Auf Deutsch habe ich sein Gedicht nicht gefunden.

Мы ехали шагом,
Мы мчались в боях
И «Яблочко»-песню
Держали в зубах.
Ах, песенку эту
Доныне хранит
Трава молодая –
Степной малахит.
X
Но песню иную
О дальней земле
Возил мой приятель
С собою в седле.
Он пел, озирая
Родные края:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Он песенку эту
Твердил наизусть…
Откуда у хлопца
Испанская грусть?
Ответь, Александровск,
И Харьков, ответь:
Давно ль по-испански
Вы начали петь?
X
Скажи мне, Украйна,
Не в этой ли ржи
Тараса Шевченко
Папаха лежит?
Откуда ж, приятель,
Песня твоя:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя»?
X
Он медлит с ответом,
Мечтатель-хохол:
– Братишка! Гренаду
Я в книге нашел.
Красивое имя,
Высокая честь –
Гренадская волость
В Испании есть!
X
Я хату покинул,
Пошел воевать,
Чтоб землю в Гренаде
Крестьянам отдать.
Прощайте, родные!
Прощайте, семья!
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Мы мчались, мечтая
Постичь поскорей
Грамматику боя –
Язык батарей.
Восход поднимался
И падал опять,
И лошадь устала
Степями скакать.
X
Но «Яблочко»-песню
Играл эскадрон
Смычками страданий
На скрипках времен…
Где же, приятель,
Песня твоя:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя»?
X
Пробитое тело
Наземь сползло,
Товарищ впервые
Оставил седло.
Я видел: над трупом
Склонилась луна,
И мертвые губы
Шепнули: «Грена…»
X
Да. В дальнюю область,
В заоблачный плес
Ушел мой приятель
И песню унес.
С тех пор не слыхали
Родные края:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Отряд не заметил
Потери бойца
И «Яблочко»-песню
Допел до конца.
Лишь по небу тихо
Сползла погодя
На бархат заката
Слезинка дождя…
X
Новые песни
Придумала жизнь…
Не надо, ребята,
О песне тужить,
Не надо, не надо,
Не надо, друзья…
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
Jechaliśmy stępa,
pędziliśmy w kłębach
I “Jabłoczko” – piosnkę
trzymaliśmy w zębach.
Ach, piosnkę tę dotąd
na pewno pamięta
Malachit stepowy,
murawa pomięta.
X
Lecz inną pieśń jeszcze,
o obcym narodzie,
Do siodła przytroczył
towarzysz w pochodzie
I śpiewał, choć rodak,
tutejszy jak ja;
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Na pamięć tę piosnkę
Jak pacierz znał Pański,
I skąd do mołojca
Ten smutek hiszpański?
Kijowie! Połtawo!
Od kiedyż w te strony
Przybyły z Grenady
Hiszpańskie canzony?
X
Nie w twoimż to zbożu,
Ukrajno śród żniwa,
Tarasa Szewczenki
Papacha spoczywa?
Więc skąd, przyjacielu,
W piosence twej łka:
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
A chochoł-marzyciel
Po małej chwileczce
Powiada: “Grenadę
Znalazłem w książeczce.
Wysoki to honor
Tak piękne mieć imię,
Jest powiat grenadzki
W hiszpańskiej krainie.
X
Ja chatę porzucił
I walczyć szedł po tom,
Że ziemię w Grenadzie
Ja oddać chcę chłopom.
Żegnajcie, najmilsi,
Powrócę, Bóg da!”
Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Pędziliśmy w znoju,
By poznać dokładnie
Gramatykę boju
I słowa armatnie.
Świt wstawał na niebie,
By znowu się schować,
I koń się utrudził
Po stepie cwałować.
X
Lecz “Jabłoczko” szwadron
Wciąż grał bez wytchnienia
Na skrzypcach epoki
Smyczkami cierpienia.
I gdzież, przyjacielu,
Podziała się ta
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Na ziemię od kuli
Zwaliło się ciało,
Rozstało się z siodłem,
A nigdy nie chciało.
Nad trupem się księżyc
Potoczył jak łza,
I wargi martwiejąc
Szepnęły: „Grena…”
X
Daleko, za chmury,
Unosząc swa mękę,
Przyjaciel mój poszedł
I zabrał piosenkę,
I nikt już nie słyszał
Od tego dnia:
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
A szwadron kolegę
Bez żalu pogrzebał
I “Jabłoczko” – piosnkę
Do końca dośpiewał.
I tylko z niebiosów
Opadła nad nami
Łza deszczu maleńka
Na zmierzchu aksamit.
X
I cóż wy, najmilsi?
Za pieśnią tęsknicie?
Nie wolno! Pieśń nową
Złożyło nam życie!
I składa, i składa,
I naprzód nas gna!
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!

Reblogi na cztery nogi czyli Gurlitt i Siemiradzki…

Newsweek

Nie tylko Siemiradzki. Jak wygląda walka o odzyskanie słynnych polskich obrazów?

“Taniec wśród mieczów” – Henryk Siemiradzki

Obraz zaginiony od II WŚ nagle się pojawił na aukcji wystawiony przez niemieckiego kolekcjonera…// Dieses herrliche Gemälde von bekanntem, polnischen Maler, Henryk Siemiradzki war seit dem II WK in Polen verschollen… Jetzt wird es plötzlich von einem deutschen Sammler zum Kauf angeboten… Beutekunst?


Marta Grzywacz 10.11.2017

Ministerstwo ma tylko trzy tygodnie na zablokowanie sprzedaży w Londynie zaginionego w czasie wojny obrazu Siemiradzkiego „Taniec wśród mieczów”. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Siemiradzki był celebrytą – Sienkiewicz zainspirowany jego „rzymskimi” obrazami napisał „Quo Vadis”.

***

Lato 1939 r: Warszawiacy tłumnie zmierzają do Zachęty na wystawę dzieł Henryka Siemiradzkiego, ulubionego malarza Polaków i Rosjan. I jedni i drudzy uważają go za swojego. Rosjanie, bo urodził się jako syn Hipolita Siemiradzkiego, carskiego oficera w Charkowie, Polacy – bo jego matka, Michalina z Prószyńskich, wychowywała go w tradycji własnego kraju, a poza tym sam Siemiradzki chętniej przyznawał się do polskich korzeni.

Na wystawie prezentowany jest między innymi „Taniec wśród mieczów” – scena ze starożytnego Rzymu, namalowana przez Siemiradzkiego już po jego osiedleniu się we Włoszech.

Siemiradzki stworzył cztery wersje tego obrazu, które różnią się rozmiarem i drobnymi szczegółami, ale temat jest ten sam: naga kobieta na tarasie willi tańczy pomiędzy sześcioma wbitymi w ziemię krótkimi, rzymskimi mieczami, przygrywa jej kobiecy tercet, obserwujący taniec mężczyźni piją wino, a w tle widać zatokę, którą otaczają łagodne, górskie szczyty. Najmniejsza rozmiarem wersja „Tańca…” widziana jest wówczas publicznie w Polsce po raz ostatni. Wkrótce obraz zaginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Zniszczony wybuchem bomby? A może zagrabiony przez Rosjan lub Niemców,

Nie byłoby w tym nic dziwnego. Grabili i jedni i drudzy z tym, że naziści byli do tego wyjątkowo dobrze przygotowani. Na kilka lat przed wojną do Polski przyjeżdżali niemieccy i austriaccy historycy sztuki i muzealnicy, którzy pod pretekstem współpracy z polskimi kolegami po fachu katalogowali cenne dzieła, żeby potem łatwo je było zlokalizować i wywieźć. Kiedy więc we wrześniu 1939 r. do Polski wkroczyła regularna niemiecka armia, tuż za nią podążały zastępy wykształconych złodziei gotowych kraść wszystko, co wpadnie im w ręce.

Siemiradzki w Londynie: To ten sam!

Kilka tygodni temu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dostało informację, że „Taniec…” Siemiradzkiego pojawił się na aukcji Sotheby’s w Londynie. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Dzieło otrzymał od rodziców, którzy mieli je kupić w 1960 r. Aukcja zaplanowana jest na 28 listopada, Ministerstwo podjęło więc kroki, żeby ją zablokować i odzyskać obraz. Jesteśmy niemal pewni, że to ten sam, który był wystawiony w Zachęcie w 1939 r. i należał do polskich zbiorów – mówi rzeczniczka MKiDN Monika Pętas-Kurek, i liczy, że to się uda, bo Sotheby’s nie odmawia współpracy z polskim MKiDN.

Siemiradzki – celebryta

Henryk Siemiradzki jest po Tamarze Łempickiej najdroższym polskim malarzem. Od jego śmieci w 1902 r. minęło w sierpniu 115 lat, tymczasem w latach 2002-2012, pięć jego obrazów sprzedało się za kwotę 7 mln dolarów.

Tryumfalna kariera Siemiradzkiego rozpoczęła się w Rzymie, gdzie malarz osiedlił się w 1872 r. Nie miał zamiaru opuszczać na zawsze Warszawy, chciał tylko zobaczyć Wenecję, Weronę, Florencję i wybuch Wezuwiusza w Neapolu. Ale gdy odwiedził Rzym, nagle poczuł, że dotarł do kresu podróży. Jak wspomni po latach jego córka Wanda: „Oprócz Rzymu nic się już nie liczyło, to był jego świat. Jego powołanie jako artysty”. Malarza od początku fascynował antyk i życie Rzymian w czasach wczesnego cesarstwa. I to właśnie ten okres pokazał w serii czterech obrazów „Taniec wśród mieczów” (1897-1880), w „Antoniuszu i Kleopatrze”, czy „Pochodniach Nerona”. W swoich pracach sięgał też do tematyki starożytnej Grecji, mitologii, motywów biblijnych.

Siemiradzki mieszkał początkowo w samym centrum Rzymu, przy Placu Hiszpańskim, ale dwa lata później, już po ślubie ze swoją 18-letnią kuzynką Marią Prószyńską, wybudował willę na przedmieściach, przy położonej na wzgórzu ulicy Via Gaeta, skąd miał widok na dachy rzymskich kamienic i Góry Albańskie, widoczne na wielu jego obrazach. Uznanie jakim darzyli go wielbiciele sztuki sprawiło, że stał się celebrytą swoich czasów. Jego salon odwiedzały słynne postaci epoki: Ignacy Jan Paderewski, królowa Włoch Małgorzata, brat cara Rosji, wielki książę Paweł czy Henryk Sienkiewicz, który, zainspirowany „rzymskimi” obrazami malarza, napisał „Quo Vadis”. Koronowane głowy przychodziły też na wystawy Siemiradzkiego w stolicach Europy, akademie sztuk pięknych przyznawały mu honorowe członkostwa, a międzynarodowe wystawy sztuki obsypywały nagrodami.

Nigdy nie stracił więzi z Polską

W 1879 podczas krakowskiego jubileuszu Józefa Ignacego Kraszewskiego ofiarował „narodowi polskiemu” swój monumentalny obraz „Pochodnie Nerona”, inicjując tym samym utworzenie Muzeum Narodowego w Krakowie. 15 lat potem Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie dostał od niego kurtynę – olejny obraz na płótnie rozciągniętym na drewnianym blejtramie, który do dziś otwiera i zamyka przedstawienia. Teraz jest szansa, że do Polski wróci kolejne dzieło mistrza – utracony w czasie wojny „Taniec wśród mieczów”.

Gigantyczna skala grabieży

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które gromadzi dane na temat dzieł sztuki zaginionych podczas II wojny światowej szacuje, że na skutek zniszczeń i grabieży straciliśmy około 500 tysięcy bezcennych zabytków, w tym takich mistrzów jak Rafael, Breughel, van Dyck, Matejko, Malczewski, Kossak i Wyspiański. Ich wartość sięga 11,4 mld dolarów.

O ich odzyskanie zaczęto walczyć już w czasie wojny. W Londynie, przy Ministerstwie Prac Kongresowych powstało Biuro Rewindykacji Strat Kulturalnych, którym kierował polski historyk sztuki Karol Estreicher. W oparciu o własną wiedzę, a także raporty muzealników, bibliotekarzy i archiwistów przesyłanych do Londynu za pośrednictwem AK opracował „Katalog Strat Kultury Polskiej pod okupacją niemiecką 1939-1944”, który miał stanowić podstawę przyszłych polskich roszczeń. On też uporczywie poszukiwał cennych dzieł zrabowanych przez nazistów. W efekcie, 30 kwietnia 1946 r. do Krakowa, w 26 wagonach przyjechały odnalezione w Niemczech polskie zabytki, wśród nich ołtarz Wita Stwosza, obrazy Canaletta, czy „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Po powrocie do kraju Estreicher odbył jeszcze kilka podróży rewindykacyjnych, zawsze przywożąc ze sobą zagrabione dzieła, ale wraz z opadaniem żelaznej kurtyny rewindykacja stawała się coraz trudniejsza. W końcu, w latach 50 uznano, że jego biuro nie ma już racji bytu i zlikwidowano je.

Do sprawy grabieży dzieł sztuki wrócono w 1992 r. W MKiDN powstał wówczas zespół nazwany Wydziałem Strat Wojennych, który na powrót zaczął poszukiwania, w myśl przepisów, że grabież dóbr kultury się nie przedawnia.

Jak szukać?

Jednak jak szukać zagrabionych dzieł kilkadziesiąt lat po ich zaginięciu? Obserwować rynek sztuki – odpowiada MKiDN. Każdego dnia pracownicy Wydziału Strat Wojennych sprawdzają obiekty wystawione na sprzedaż w 4500 domach aukcyjnych w 72 krajach, które tylko w ubiegłym roku wystawiły na sprzedaż 938,000 dzieł sztuki. Analizują też uważnie wszystkie informacje napływające od muzealników, konserwatorów, historyków i pasjonatów sztuki. A przede wszystkim próbują zaangażować w poszukiwania zwykłych obywateli. Dlatego w maju 2016 r. powstała aplikacja telefoniczna ArtSherlock, która umożliwia automatyczne rozpoznawanie dzieł sztuki z dziedziny malarstwa, rysunku i tkaniny, zrabowanych z polskich zbiorów podczas II wojny światowej. Obiekty można weryfikować w dowolnym miejscu i czasie.

Czasem jednak, żeby trafić na ślad zaginionego dzieła potrzeba trochę szczęścia albo dobrej woli ze strony obecnego posiadacza. Jak w przypadku żony amerykańskiego dyplomaty, która zwróciła kupioną kiedyś przez męża martwą naturę gdy dowiedziała się, że jest to strata wojenna. W efekcie obraz „Bukiet kwiatów” holenderskiego malarza Jacoba van Walscapelle od 2001 r. znowu wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Biurko z pałacu w Wilanowie dostrzegli pod koniec 2014 r. uczestnicy projektu badawczego „Daphne” poświęconego m.in. inwentaryzacji eksponatów. Prowadziły go Państwowe Zbiory Sztuki w Dreźnie. Uwagę badaczy zwróciły ślady papierowych etykietek na meblach, nawiązali więc kontakt z Muzeum Pałacu, a gdy własność dzieła się potwierdziła, w lutym 2016 r. land Saksonii zwrócił je Polsce.

Aresztować ten obraz!

Bywa i tak, że dzieło trzeba „aresztować”. Pewnego dnia ktoś zadzwonił do Muzeum Narodowego w Warszawie z informacją, że chciałby pośredniczyć w sprzedaży obrazu. Z nadesłanych zdjęć wynikało, że może to być zaginiona w czasie wojny „Pomarańczarka” Aleksandra Giermyskiego.

Wydział Strat Wojennych przez jakiś czas prowadził z ewentualnym pośrednikiem korespondencję, ale po jakimś czasie kontakt się urwał. Polska strona poprosiła o pomoc policję, jednak interwencja nie poskutkowała. Tymczasem obraz pojawił się na aukcji, w małym, prowincjonalnym miasteczku Buxtehude pod Hamburgiem, gdzie niezależnie od siebie zauważyło go kilku prywatnych kolekcjonerów sztuki. Dom aukcyjny, a raczej antykwariat, nie chciał jednak negocjować z polskim MKiDN twierdząc, że posiadaczka obrazu odziedziczyła go po babce, która w 1948 r. wyszła za mąż za przemysłowca i kolekcjonera z Duesseldorfu. Do aukcji pozostały dwa dni. Polska strona zwróciła się więc do niemieckiego adwokata Petera Raue, który specjalizował się w szybkim zajmowaniu mienia i natychmiast uzyskała decyzję sądu niemieckiego o zatrzymaniu sprzedaży. „Pomarańczarka” wróciła do Polski w 2011 r.

Trudno było też o zwrot dwóch obrazów Juliana Fałata „Naganki na polowaniu w Nieświeżu” i „Przed polowaniem w Rytwianach” zrabowanych w czasie II wojny światowej z Zachęty i wystawionych w 2006 r. na aukcji w Nowym Jorku. MKiDN udało się powstrzymać ich sprzedaż, ale żeby obrazy zwrócono Polsce, trzeba było prosić o pomoc federalną agencję dochodzeniową Immigration & Customs Enforcement. ICE przejęła oba dzieła i dopiero gdy zakończyła dochodzenie w ich sprawie, decyzją amerykańskiego sądu, w 2011 r. obrazy wróciły do Polski.

Meklemburska klempa

Z upływem czasu odzyskiwanie zagrabionych dóbr kultury jest więc coraz trudniejsze. Powodzenie w dużej mierze zależy od tego czy dane dzieło znajduje się w zbiorach publicznych jakiegoś kraju, czy w rękach prywatnych. W tym pierwszym przypadku negocjacje odbywają się na szczeblu rządowym. MKiDN przygotowuje wniosek o restytucję, w którym musi udowodnić, że zabytek należał do polskiej kolekcji, i przedstawić w jakich okolicznościach został utracony. A potem czekać na decyzję władz strony przeciwnej. Jeśli posiadacz dzieła jest osobą prywatną, sprawa jest jeszcze trudniejsza. Kilkadziesiąt lat po wojnie nie ma już tych co kradli, są tylko ich spadkobiercy, albo osoby, które kupiły dany zabytek na rynku i często nie chcą go zwrócić.

Na początku roku syn Otto Wächtera gubernatora dystryktu krakowskiego, Horst Wächter zdecydował się oddać Polsce trzy dzieła wywiezione pod koniec wojny przez jego rodziców: akwarelę Julii Potockiej przedstawiającą Pałac Potockich pod Baranami, XVIII-wieczną mapę Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także rysunek renesansowego Krakowa. Podczas okupacji Krakowa, jego matka Charlotte Wächter – nazywana przez krakowian złośliwie „meklemburską klempą”, przychodziła do Muzeum Czartoryskich w nocy, żeby nikt jej nie przeszkadzał i przyświecając sobie latarką, wyszukiwała co cenniejsze dzieła do dekoracji swojego mieszkania w kamienicy „Pod Baranami”, a przed końcem wojny zabrała je do Niemiec.

W latach 2011-2016 udało się zakończyć 24 postępowania restytucyjne i odzyskać 23 dzieła. To znakomity wynik – mówi MKiDN. Do Polski wróciły m.in. „Murzynka” Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, „Św. Iwo wspomaga biednych” – dzieło Jacoba Jordaensa, rokokowy stolik z kolekcji Stanisława Augusta w Łazienkach i obraz Francesco Guardiego „Schody Pałacowe”, zrabowane przez gubernatora części okupowanych ziem polskich Hansa Franka w Warszawie.

Utracony Rafael?

To wszystko mało – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z 2016 r. I wylicza, że wartość odzyskanych dzieł sięga 7,3 mln zł, a koszty poniesione w związku z ich odzyskiwaniem – czyli pensje prawników, delegacje, zewnętrzna obsługa prawna, koszty pozyskania dokumentacji czy odbitek fotograficznych wyniosły 1,16 mln.

To bardzo niewielka kwota – mówi rzeczniczka MKiDN, Monika Piętas – Kurek, tym bardziej, że rachunek ekonomiczny nie może nas powstrzymać przed próbą odzyskania dzieła, bo oprócz wartości materialnej zabytki mają znaczenie dla kultury, artystyczne i historyczne. Piętas-Kurek podkreśla przy tym, że MKiDN nigdy nie wykupuje dóbr kultury, które zostały zagrabione wskutek wojny. Dlatego starania o zwrot niektórych zabytków trwają wiele lat. W nielicznych skrajnie niekorzystnych sytuacjach wypłacana jest rekompensata kosztów konserwacji lub ułamek kwoty, za którą nabywca dokonał zakupu. Zanim jednak rekompensata zostanie wypłacona, polska strona musi mieć pewność, że posiadacz dzieła kupił je w dobrej wierze, nie wiedząc, że pochodzi z kradzieży. Kwotę rekompensaty pokrywają sponsorzy.

Spośród zarejestrowanych w bazie danych 63 tysięcy zaginionych w czasie wojny dóbr kultury, udało się odzyskać 360 obiektów. Jednak większości z nich już nigdy nie zobaczymy, bo nie zostaną odnalezione – zostały zniszczone lub ukryte, albo też nie będziemy mieć wystarczających dowodów, że pochodziły z polskich kolekcji. Zachowane opisy są często zbyt fragmentaryczne, aby udało się nam udowodnić nasze racje – mówi rzeczniczka MKiDN.

Symbolem tych utraconych i wciąż nie odzyskanych dzieł stał się “Portret młodzieńca” Rafaela Santi, także wywieziony przez Hansa Franka z Krakowa, z Muzeum Czartoryskich. Twarz młodego mężczyzny w czarnym berecie widnieje na stronie Wydziału Strat Wojennych, w informatorach muzealnych, w aplikacji ArtSherlock, na widokówkach. „Portret młodzieńca” jest jednym z najbardziej znanych obrazów w polskich zbiorach, choć większość z nas nigdy go nie widziała. MKiDN wciąż ma nadzieję, że to się kiedyś zmieni.


Die andere Seite der polnischen Bemühungen bildet Cornelius Gurlitt (1932–2014), ein quasi “normaler” Deutsche, der sich während des Kriegs eine riesige Kunstsammlung der entartete Kunst zugelegt hat.

Seine Sammlung wird gerade in der Bundeskunsthalle Bonn und in Kunstmuseum Bern  gezeigt. 2014 vermachte Gurlitt  testamentarisch seine Sammlung dem Kunstmuseum Bern. Bei der Ausstellung werden rund 250 Werke gezeigt, die man auch online mit detaillierten Fotos und ausführlichen Provenienzangaben, die den aktuellen Stand der Forschung angeben, betrachten kann (Datenbank Gurlitt). Die Kuratoren der Ausstellung in Bonn sind Rein Wolfs und Agnieszka Lulińska, eine Polin.


Agnieszka Lulińska jest kuratorem wystaw w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów. Polka na takim stanowisku to wielka rzadkość.

Agnieszka Lulińska w jej bońskim muzeum

Agnieszka Lulińska jest piękną, elegancką kobietą około czterdziestki. Mimo, że większą część życia spędziła za granicą, mówi przepiękną, literacką polszczyzną.

Jej pasją od najmłodszych lat była historia sztuki. I zawsze jak sięgnie pamięcią, chętnie chodziła na wystawy. Dziś organizuje je w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów – Kunst- und Ausstellungshalle der Bundesrepublik Deutschland w Bonn.

więcej


 Aber zurück zu Gurlitt.

Als im November 2013 bekannt wird, dass die bayrische Staatsanwaltschaft die Kunstbestände von Cornelius Gurlitt (1932–2014) beschlagnahmt hat, ist das öffentliche Aufsehen groß. Denn die 1500 Kunstwerke, die der zurückgezogen lebende Sohn des Kunsthändlers Hildebrand Gurlitt (1895–1956) von seinem Vater geerbt hatte, sind verdächtig: Handelt es sich um Raubkunst aus der Zeit der national-sozialistischen Gewaltherrschaft?

Um diesem Verdacht nachzugehen, stellte der deutsche Staat die für die Forschung nötigen Mittel zur Verfügung, während sich Cornelius Gurlitt verpflichtete, als Raubkunst identifizierte Werke zu restituieren. So konnten bislang vier Werke an die Nachfahren der rechtmäßigen Besitzer zurückgegeben werden.


Ja, vier… Vier Werke aus der Fülle von 1500 Stück. Vier Werke in vier Jahre. Bedeutet es, man würde 1500 Werke aus der Gurlitts kollektion in 1500 Jahre richtig einordnen können? Man gibt doch zu, dass bei 200 von 255 Werken, die in Bonn gezeigt werden, besteht nach früheren Angaben der Kuratoren ein NS-Raubkunstverdacht. OK, Papierkramm ist zu erledigen. Aber ein Bild in einem Jahr?

Jetzt aber Ausstellung!
Bestandsaufnahme Gurlitt. Der NS-Kunstraub und die Folgen:

Die Bundeskunsthalle in Bonn und das Kunstmuseum Bern präsentieren in zwei zeitgleichen Ausstellungen eine Auswahl aus diesem umfangreichen Nachlass. Unter dem Titel »Entartete Kunst«– beschlagnahmt und verkauft liegt der Schwerpunkt der Berner Ausstellung auf der von den Nationalsozialisten verfemten Moderne, während Bonn den Fokus auf den NS-Kunstraub und die Folgen legt. Eingebettet in den historischen Kontext, zeichnet diese Ausstellung den Werdegang Hildebrand Gurlitts nach. Gurlitt, obwohl ein leidenschaftlicher Verfechter der Moderne, stieg er zu einem der wichtigsten Kunsthändler im nationalsozialistischen Deutschland auf. Nach dem Krieg konnte er ungeachtet der Schuld, die er auf sich geladen hatte, weitgehend problemlos an seine Vorkriegskarriere als Museumsdirektor anknüpfen. Parallel zu Gurlitts Lebensweg werden exemplarische Biografien von Zeitgenossen vorgestellt. Ein besonderes Augenmerk liegt dabei auf den Schicksalen der verfolgten, meist jüdischen Künstler, Sammler und Kunsthändler, die dem NS-System zum Opfer fielen.

Die Ausstellung Bestandsaufnahme Gurlitt – Der NS-Kunstraub und die Folgen zeigt somit nicht nur eine Auswahl an Kunstwerken, die – von Dürer bis Monet, von Breughel bis Beckmann – ein breites Spektrum der Kunstgeschichte abbilden und jahrzehntelang dem Blick der Öffentlichkeit entzogen waren. Indem die Herkunft jedes Kunstwerks thematisiert wird, eröffnet sie auch einen spannenden Blick in die Geschichte der Objekte.

Bundeskunsthalle Bonn 3. November 2017 bis 11. März 2018

Kunstmuseum Bern 2. November 2017 bis 4. März 2018

und demnächst auch in Berlin. Für Herbst 2018 wird eine weitere Ausstellung zum Thema angesagt, im Martin-Gropius-Bau. 

Bracia Mann 2

Lech Milewski

Wielki brat wielkiego brata

Skutki Wielkiej Wojny

Po pierwsze materialne. Dochody z tytułu sprzedaży książek spadły prawie do zera. Tomasz dodatkowo martwił się, że jego willa traci na wartości.
Po drugie – ocena sytuacji. Henryk oceniał ją w sposób w jaki oceniła ją później historia, bardzo krytycznie. Tomasz przeciwnie – dla niego była to: “…wielka, na wskroś uczciwa, ba, uroczysta wojna.”
Tomasz nie ograniczył się do uczestnictwa w “podniosłych nastrojach inteligencji niemieckiej“, ale starał się zrobić coś praktycznego. Zgłosił się na ochotnika do landszturmu – wojsk obrony terytorialnej. Poczucie wstydu, że nie jest na froncie skompensował artykułem Refleksje wojenne. O wojnie pisał jako o “świętej wojnie narodowej”, sławił czyny niemieckiego oręża i decyzje władz.
Artukuł ten został oceniony bardzo krytycznie przez świat literacki, szczególnie przez Romain Rollanda.
Henryk był oburzony i Niemcami, i Tomaszem.

W tej atmosferze euforii i konfliktu w bratem, szarpany wewnętrznymi wątpliwościami i gnębiony licznymi chorobami dzieci, Tomasz pogrążył się w pracy nad Czarodziejską Górą.

Henryk napisał książkę Der Untertan – Poddany – ostrą krytykę Cesarstwa Niemieckiego. Cenzura zakazała jej rozpowszechniania.
Życie rodzinne jednak kwitło. W 1916 roku Mimi urodziła córkę Carlę Marię Henriette Leonie, którą rodzice nazywali Goschi.

Konflikt między braćmi miał odbicie w ich publicystyce.
Tomasz zaczął pisać Rozważania człowieka apolitycznego, Henryk opublikował esej o Emilu Zoli, w którym włożył w usta słynnego pisarza swoje argumenty przeciwko niemieckiemu militaryzmowi. Tomasz otrzymał esej brata okrężną drogą i ogromnie go on zdenerwował. W rezultacie praca nad Rozważaniami przeciągała się, gdyż wplatał tam polemikę z poglądami brata. Ostatecznie zostały opublikowane dopiero w 1918 roku. Wkrótce potem nastąpiła kapitulacja Niemiec i abdykacja cesarza Wilhelma. Rozważania straciły jakiekolwiek znaczenie.

W grudniu 1918 roku cenzura zezwoliła na rozpowszechnianie książki Henryka – Poddany, a książka okazała się przebojem. W pierwszym tygodniu sprzedano 80.000 egzemplarzy. Z dnia na dzień Henryk nie tylko potwierdził swoją pozycję jako pisarz, ale został również uznany za bardzo znaczącego aktywistę społecznego.

Do roku 1922 bracia unikali się.

Następnych kilka lat lat Henryk Mann poświęcił rodzinie. W tym samym czasie Tomasz dzielił czas między rodzinę i pracę nad Czarodziejską Górą.
Opublikowana w listopadzie 1924 roku, do Bożego Narodzenia sprzedano 25,000 egzeplarzy. Był to ogromny sukces – dwutomowa powieść o trudnej tematyce, do tego dość droga. Tomasz stał się zamożnym człowiekiem, kupił samochód i zatrudnił szofera.

Warszawa

W marcu 1926 roku Tomasz Mann przyjechał do Warszawy na zaproszenie polskiego PEN-Clubu. Z tej okazji opublikowano w Wiadomościach Literackich jego szkic o Józefie Conradzie, pomyślany jako wstęp do niemieckiego tłumaczenia Tajnego agenta. Wizyta miała bardzo oficjalny charakter – spotkanie w Zamku Warszawskim, bankiet rządowy w Wilanowie.
W oficjalnym przemówieniu Tomasz Mann położył główne akcenty na rolę Polski …w zachodnio-wschodniej syntezie, rzuceniu pomostu nad istniejącymi w świecie gwałtownymi i napiętymi przeciwnościami.
Z mniej formalnych ceremonii warto wspomnieć biesiadę literacką w winiarni Fukiera, podczas której Wiliam Horzyca wygłosił po niemiecku prelekcję o pobycie E.T.A. Hoffmanna w Warszawie pod koniec XVIII wieku.

Zaskoczył mnie ten esej, wstęp do tłumaczenia Tajnego Agenta, gdyż po publikacji książki (rok 1907) Tomasz Mann zarzucał Conradowi “patologiczną rusofobię”.
W roku 1946 Tomasz Mann relacjonuje powrót to książek Conrada, …którego bardzo wiele albo nawet i wszystko czytywałem teraz przed zaśnięciem. Zacząłem od Lorda Jima (…) i tak w ciągu paru tygodni przeczytałem cały ten szereg powieści, zainteresowany, przejęty, a jako Niemiec również jakoś zawstydzony tą męską, awanturniczą, doskonałą językowo, głęboką pod względem tak psychologicznym jak moralnym sztuką narratorską, która nie to, że jest u nas rzadka, lecz której po prostu nie ma.

Opowieść podręcznej.

Na początku 1929 roku Henryk rozwiódł się z Mimi Panovą. Ugoda rozwodowa przewidywała jednorazową wypłatę 500 marek a następnie 300 marek alimentów miesięcznie plus pokrycie kosztów edukacji córki.

W czerwcu 1929 roku, w lokalu rozrywkowym Kakadu (być może była to sąsiadująca z Kakadu Bajadera), Henryk poznał Nelly Kröger.

Kakadu

Nelly Kröger – urodzona 15 lutego 1898 jako Emmy Johanna Westphal. Nazwisko ojca nieznane. Moje główne źródło informacji, Evelyn Juers, nie ma wątpliwości, że był nim Noah Troplowitz z Gliwic, z zamożnej żydowskiej rodziny. Jego przodek zbudował gliwicką synagogę. Dokumenty rodzinne potwierdzają, że matka Emmy, Berta, pracowała w domu Troplowitzów jako służąca.

Po urodzeniu dziecka Berta wróciła do rodzinnego Niendorf, niewielkiej wioski rybackiej. Tam wyszła za mąż za rybaka – Nicolausa Wilhelma Heinricha Krögera. Ojczym zgodził się, aby Emma przyjęła jego nazwisko.
W 1919 roku Emma opuściła dom i przeniosła sie do Berlina. Miała nieco odłożonych pieniędzy. Podjęła pracę jako krawcowa. Jej partnerem został Werner Schmidt – urzędnik. Urodziło im się dziecko. Ojciec wycofał się ze związku, pojawiły się kłopoty finansowe. Dziecko ciężko rozchorowało się i zmarło podczas snu w objęciach również śpiącej matki.

Henryk i Nelly

Emma zmieniła imię na Nelly. W porównaniu z ciężkim “m” podwójne “l” wydawało się lżejsze (leichter) i jaśniejsze – heller.

Podjęła pracę w Kakadu Bar jako Animierdame – dama, która miała za zadanie ożywić (animować) klientów. Jednym z klientów był Henryk Mann.

To zdjęcie z okładki książki, która jest moim głównym źródłem informacji na temat poplątanych losów braci Mann.

Na wyżynach

W listopadzie 1929 nazwisko Mann znowu trafiło na pierwsze strony gazet – Tomasz Mann otrzymał literacką Nagrodę Nobla.

Kilka miesięcy później Henryk zaczął gonić słynnego brata – w kwietniu ukazał się na ekranach i zyskał wielką popularność film Błękitny Anioł – KLIK – oparty na jego książce Profesor Unrat.

Na początku 1931 roku Henryk został mianowany prezydentem sekcji literackiej Pruskiej Akademii.
Popularny działacz pacyfistyczny Kurt Hiller publikuje artykuł Prezydent, w którym sugeruje, że Henryk Mann to jedyna w Niemczech osoba zdolna zjednoczyć prawicę i lewicę, jedyna osoba zdolna zastąpić Hindenburga na stanowisku prezydenta i zapewnić stabilizację Niemiec.

W 1932 roku na półkach księgarskich ukazuje się nowa książka Henryka – Ein ernstes Leben – Poważne życie. A może Życie na serio.

Pożar

30 stycznia 1933 roku – Adolf Hitler zostaje kanclerzem Niemiec.

Kilka dni później na słupach pojawiły się plakaty podpisane przez Alberta Einsteina, Henryka Manna i Kathe Kollwitz, wzywające Socialistów i Komunistów do stworzenia jednolitego frontu.

15 lutego – Henryk zostaje usunięty z Akademii Pruskiej. Tydzień później wyjeżdża do Francji. Nelly pozostaje w Berlinie, by pilnować mieszkania.

27 lutego – pożar Reichstagu.

Tomasz z rodziną wyjeżdżają do Szwajcarii. W tym samym czasie Mimi i Goschi wyjeżdżają do Pragi, gdzie zamieszkają u rodziców Mimi.

Władze publikują listę zakazanych autorów. Henryk Mann zajmuje trzecią pozycję, za Karolem Marksem i Karlem Kautskim.

10 maja, na placu przed operą w Berlinie, studenci palą 25,000 książek zakazanych autorów. Równocześnie powstaje lista zakazanych książek. W ciągu roku lista osiągnęła 4,100 pozycji, nie było wśród nich książek Tomasza Manna.

Henryk zostaje pozbawiony niemieckiego obywatelstwa.

Opowieść podręcznej

Henryk wyjechał w samą porę. Następnego dnia jego mieszkanie odwiedziła policja z nakazem aresztowania. Nie zastawszy właściciela zrobili gruntowną rewizję i straszliwy bałagan.

Nelly brakuje pieniędzy. Zostaje aresztowana, gdy próbuje podjąć pieniądze z konta bankowego Henryka.
Konto jest zablokowane, ale wypłacane są regularne należności, na przykład alimenty dla Mimi. Nelly pisze do Henryka, żeby ją oficjalnie zatrudnił jako osobę opiekującą się mieszkaniem i wyznaczył pensję, ma nadzieję, że pensja będzie wypłacana z konta Henryka.
Henryk traktuje tę propozycję podejrzliwie i odwleka decyzję.
Nelly ponownie podejmuje pracę jako krawcowa. Jest pod obserwacją policji, sąsiedzi traktuja ją podejrzliwie, zostaje ponownie aresztowana. W marcu traci przytomność i spędza kilka dni w szpitalu – wyczerpanie nerwowe. Prosi Henryka żeby załatwił jej wyjazd do Francji. Dotarła tam w lipcu. Zamieszkali w Nicei.

Kilka lat później w tym samym domu w Nicei wynajęli mieszkania dwaj emigranci z Czechosłowacji – Joseph Roth – KLIK – i Hermann Kesten – KLIK. Wieczory spędzali na długich rozmowach z Henrykiem i Nelly.
Nelly była urodzonym gawędziarzem.
Poniższą opowieść usłyszał jednak tylko Hermann Kesten.
Henryk był oczarowany barwnymi opowieściami Nelly. Wiele razy namawiał ją, żeby je zapisywała.
Pod koniec roku 1931, gdy Henryk był w Paryżu, zabrała się do tego poważnie. Gdy wrócił pokazała mu. Przeczytał w ciągu jednego dnia. Był zaskoczony – to prawie powieść – powiedział.
– Powieść? To jest moje życie – odpowiedziała. Żartem zapytała czy znalazłby się wydawca dla tej “powieści”.
Następnego dnia Henryk zabrał się do pisania. Nelly ze zdumieniem zauważyła, że kartki z jej opowieściami lądują w palenisku kominka. Henryk wytłumaczył, że książka typu Życie Nelly Kröger nie zainteresuje wydawców. To jest opis poważnego życia i taki będzie tytuł książki – Ein ernstes Leben. Zasady nie pozwalają mu opublikować jej wspomnień pod swoim nazwiskiem, dlatego pisze wszystko od nowa.

Wspomnienie H. Kestena TUTAJ.

Życie na emigracji

Jak już wspomniałem Henryk i Nelly osiedlili się w Nicei, Tomasz z żoną zamieszkali w Küsnach (okolice Zurichu).

Tomasz nie czuł się bezpiecznie w Szwajcarii. Miał wciąż poczucie, że jest śledzony przez hitlerowskich agentów, że może zostać porwany lub zamordowany.
Z drugiej strony nie mógł się pogodzić z utratą majątku pozostawionego w Niemczech – willa, meble, samochód.
W rezultacie nie udzielał się publicznie i nie deklarował oficjalnie swojego stosunku do nazistowskich Niemiec.
Powodowało to niemałą konsternację w świecie literatury. Starsze dzieci, Klaus i Eryka, nalegały na ojca, żeby się oficjanie zdeklarował. Tomasz Mann odpowiadał, że ma większy wpływ na życie umysłowe Niemców, jeśli jego książki są publikowane w kraju.
Publikuje w tym czasie, w Niemczech, kolejne tomy tetralogii Józef i jego bracia. Książka została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników.
Zaskoczeniem było, że władze zezwoliły na wywiezienie z jego willi wielu sprzętów i mebli. Najbardziej ucieszyła go kołdra. Gdy do niego dotarła, spał już spokojniej.

Henryk działał bardzo aktywnie. Został członkiem brytyjskiego PEN-clubu, honorowym prezydentem Związku niemieckich pisarzy na uchodźtwie.
Stwierdził, że włada językiem francuskim równie dobrze jak niemieckim i opublikował książkę La Haine – Nienawiść. Książka nie zyskała popularności wśród czytelników francuskich, niemieckich czytelników było na emigracji niewielu, Anglia nie była zainteresowana tłumaczeniem.
Nelly wróciła do zawodu krawcowej.
Henryk zaczął pisać książkę Henryk IV.

Połowa roku 1934 – pierwsze spotkanie Hitlera z Mussolinim, we Włoszech. Hitler jest pełen podziwu dla spadkobiercy antycznych cezarów i filozofów. Opinia Mussoliniego o Hitlerze: szalony mały klown.
Miesiąc później zamach stanu w Austrii, zabójstwo kanclerza Dollfussa. Mussolini oskarża Niemcy o zamach i zapowiada wojnę, jeśli Niemcy wkroczą do Austrii.

Pod koniec 1934 roku Henryk odwiedził swoją byłą żonę Mimi i córkę Goschi w Pradze. Córka wykazywała wielkie zainteresowanie tańcem.
Nelly przepisuje na maszynie zakończony manuskrypt Henryka IV.

Rok 1935 – Tomasz Mann odwiedza Stany Zjednoczone.
Henryk publikuje Henryka IV. Książka zyskuje bardzo wysoką ocenę krytyki – świetne analogie polityczne, literatura najwyższego lotu. Tomasz wypowiada się z wielkim szacunkiem o książce brata, ale czuje, że to już ostatnie słowo Henryka. Wielki brat nie zagrozi pozycji Tomasza w literaturze niemieckiej.

W lutym 1936 roku Tomasz Mann złożył oficjalną deklarację potępiającą władze w Niemczech.
W listopadzie 1936 przyjął obywatelstwo czeskie (Henryk przyjął je kilka miesiecy wcześniej), zaraz potem pozbawiono go wraz żoną i dziećmi obywatelstwa niemieckiego. Jego książki trafiły na listę utworów zakazanych. Uniwersytet w Bonn odebrał mu honorowy doktorat.

Henryk przemawia w Paryżu na na międzynarodowym kongresie pisarzy, w Brukseli – na światowym kongresie pokojowym. Wygłasza przemówienie w Lidze Narodów.

W tym czasie Tomasz z żoną odwiedzają Czechosłowację i Węgry. W Pradze tamtejsi pisarze dyskutują z nim szanse Henryka na literacką Nagrodę Nobla. Tomasz nie widzi żadnych szans.

Chmury przed burzą

Włochy wkroczyły do Etiopii. W Hiszpanii wybucha wojna domowa.

Ideowy marksista Wiktor Serge – KLIK – pisze do Leona Trockiego: Drogi Leonie Dawidowiczu. Martwię się o Was. Czy otrzymaliście mój poprzedni list? Widzę, że tu szykuje się akcja fizycznej likwidacji Zinowiewa i jego grupy. Bierność naszych towarzyszy w obliczu nadchodzących represji to zbrodnia…
W Moskwie odbywa się proces 16 czołowych działaczy komunistycznych, zostają skazani na śmierć. Po procesie odbywa się “wielka czystka”, ginie około miliona działaczy komunistycznych.

Wiktor Serge do Andre Gide’a: … pamiętam strony pańskiego Dziennika, w którym w roku 1933 zadeklarował pan przynależność do komunizmu, gdyż zapewnia on swobodny rozwój osobowości… czytam to w chwili, gdy nikt dookoła mnie nie odważyłby się prowadzić dziennika.

Dokończenie za tydzień

Źródła:

1. Evelyn Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus.

Ludzie, których już nie ma…

Andrzej Rejman

Odwiedziliśmy z rodziną Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Wystawa zrobiona świetnie, wielokrotnie opisywana i chwalona.

Oby nikt jej nie zepsuł!

Przerażające i silne wrażenie robią wielkie plansze z dziesiątkami portretów – ludzi, którzy zginęli.

(Podobnie wygląda wystawa w muzeum w Waszyngtonie, United States Holocaust Memorial Museum, Washington. Też setki twarzy ludzi z obozu w Terezinie/ Getto Theresienstadt)

Niektóre postacie są tak wyraziste, fizjonomia tak żywa i współczesna, że miałem wrażenie, że widziałem tych ludzi niedawno na ulicy, w autobusie, w metrze, w Warszawie… w Berlinie…

Z przedwojennych zdjęć spoglądały wprost na mnie oczy spokojne, ufne, zdradzające siłę, a może i jakieś słabości charakteru, lecz oczy ludzi pewnych siebie i swojej przyszłości, gotowych żyć długo i intensywnie, ludzi nie przeczuwających niczego złego.

Postanowiłem wracać do nich, lub im podobnych, i jakoś połączyć się z nimi myślą, gdziekolwiek by nie byli… No i w końcu kiedyś zrobić coś pozytywnego, “dla nich”, “za nich”… …

Na stronie ofiar deportacji wojennych z Francji są setki takich zdjęć …

https://phdn.org/archives/holocaust-history.org/klarsfeld/French%20Children/html&graphics/T0433.shtml

Jedno z nich, zrobione w październiku 1943, przedstawia dzieci z ochronki dla dzieci żydowskich w Saint-Mandé, prowadzonej przez UGIF ( l’Union générale des israélites de France), organizacji powołanej przez rząd Vichy.

Tylko jedna z dziewczynek – pierwsza z lewej w drugim rzędzie – trzynastoletnia Rose (Rosette) przetrwała…

http://www.convoi77.org/pl/deporte_bio/korman-henriette/

Przypomniałem sobie opowieść mego ojca, o przedwojennej Polsce, o szkole, o ludziach, o społeczności żydowskiej z regionu z którego pochodził – z Łańcuta.

W Łańcucie przed wojną było co najmniej 30% Żydów.

Podobne zdjęcie z Łańcuta, ale wcześniejsze – dziewczynki również uśmiechnięte nie mają jeszcze przyszytych Gwiazd Dawida na sukienkach…

http://shtetlroutes.eu/pl/yizkor-book-of-lancut/

Ojciec sporo mówił o swojej klasie w Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza w Łańcucie. Nie zapisałem wielu ciekawych faktów, sięgam jednak do zdjęcia tej klasy – rocznik maturalny 1933/34.

Wiele osób z tej klasy zginęło podczas wojny.

 

Wśród nich był także Emanuel Mechlowicz, kolega szkolny mojego ojca. Z tego co pamiętam, został rozstrzelany zaraz po wkroczeniu Niemców do Łańcuta.

A Scott Mechlowicz, młody, ale już dosyć znany aktor amerykański (m.in. Dr House, Czekając na wieczność, Droga donikąd) pewnie jest jakimś jego kuzynem, bo, jak czytam, jego babcia pochodziła z rejonu Przemyśla.

c.d.n.

Wspomnienie o mojej Mamie (4)

Janina Kowalska

Daleka droga

Był początek sierpnia 1944 roku, wojsko niemieckie w popłochu uciekało na Zachód. W Warszawie było Powstanie, którego pożary i wybuchy dobrze było słychać w położonej na prawym brzegu Wisły Zielonce. Obie z Mama wróciłyśmy już z kilkumiesięcznej tułaczki, musiałyśmy się ukrywać, bo po tym jak nas obie wykupiono z Pawiaka, Gestapo nas poszukiwało, mając nadzieję, że uda się za nas ponownie dostać pieniądze.

Teraz w Zielonce i okolicach był front, w nocy podchodzili bolszewicy, a w dzień wracały wojska niemieckie. 4 września Niemcy wyrzucili nas wszystkich z domów i kazali iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Udało się nam “odłączyć” od kolumny wypędzonych, eskortowanej przez patrole niemieckie na motocyklach i dotrzeć do brata Mamy, Edwarda, który z żoną mieszkał na Pradze. Oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym na ul. Ząbkowskiej. Razem z bratem ciotki i jego żoną było nas sześć osób – mieliśmy dołączyć do pracowników Monopolu, których za trzy dni czekała ewakuacja do Żyrardowa, gdzie znajdowała się podległa Monopolowi gorzelnia. Cała grupa miała ciężarówką przejechać przez Warszawę podczas 24-godzinnego zawieszenia broni. Tak znaleźliśmy się w Żyrardowie.

16 stycznia 1945 roku wojska sowieckie zajęły Żyrardów, Niemcy oddali miasto bez jednego wystrzału. Przez główną, przelotową ulicę, przy której mieszkaliśmy, jechały przez 40 godzin sowieckie czołgi, dosłownie jeden za drugim, “zderzak w zderzak”. Pogoda była cały czas piękna, ale mróz siarczysty, siedzieliśmy w domu i cały czas paliliśmy w piecyku, aby nie zamarznąć. Dołączyła do nas kuzynka ciotki, a więc było nas razem siedem osób w dwóch malutkich pokoikach, ale ważne, że byliśmy razem. Niestety wciąż jeszcze nie mieliśmy żadnych wieści o Ojcu, którego z Pawiaka wywieziono do obozu koncentracyjnego nad Bałtykiem, w Stutthofie. Wielkich nadziei na to, że zobaczymy go jeszcze żywego, nie mieliśmy.

Wszyscy martwiliśmy się też tym, z czego będziemy żyć, bo gorzelnia, w której pracowali dwaj wujkowie i ciotka, była zamknięta. Na szczęście mieliśmy sporo butelek spirytusu, który rozdano pracownikom przed wejściem wojsk sowieckich, a w tamtym czasie była to dobra “waluta”, bo za nią od żołnierzy rosyjskich można było kupić każde jedzenie. Nie wiedzieliśmy nic o najstarszym bracie Halszki i Edwarda, Ryszardzie, który mieszkał pod Tarczynem, trzeba było się z nim jakoś skontaktowac, ale jak? Front był niedaleko, poczta nie działała, pociągi nie chodziły, a mróz nadal trzymał i było dużo śniegu i lodu.

Gdzieś chyba w połowie lutego Mama oznajmiła, ze pójdzie do brata na piechotę, “to będzie jakieś 30 kilometrów, w dwa dni zajdę”. Edward chciał iść z Mamą, ale stanowczo się temu sprzeciwiła. Teraz wszyscy wyciągali, co mieli ciepłego do ubrania, żeby Halszka w tej drodze nie zmarzła.

Wyszła z domu o świcie, ubrana w dwa swetry, żakiet i jesionkę, a na to wszystko miała chłopską chustę zawiązaną na głowie i spadającą na ramiona. Wyglądała jak wiejska babina i dobrze, bo nie wyróżniała się wyglądem. W kieszeniach żakietu i palta miała dokumenty, pieniądze i coś do jedzenia. Trasę omówiono już w dniach poprzednich, ale jak ją wytyczono, tego nie wiem, bo nikt nie miał żadnej mapy. Poszła na “czuja”, “na nos”, no i “koniec języka za przewodnika”. Bardzo się o nią martwiłam, znała język rosyjski (urodziła się przecież i wyrastała w zaborze rosyjskim), ale w tamtych czasach przyznawanie się do tego było ryzykowne, bo znających rosyjski często brano za szpiegów, a jak kończyli szpiedzy w czasie wojny, wszyscy wiemy. Całą nadzieję pokładałam w tym, że Mama będzie wiedziała, kiedy się można przyznać do znajomości języka, a kiedy nie.

Wróciła cała i zdrowa po tygodniu, ale bardzo zmęczona. Powitaliśmy ją jak bohaterkę, a wieczorami opowiadała nam o tej trudnej drodze.

W tamtą stronę szła dwa dni, nocowała w jakiejś wsi. Były to czasy, kiedy każdego wędrowca przyjmowano na nocleg, bo dużo ludzi chodziło, poszukując swoich bliskich wypędzonych z Warszawy i okolic przez Niemców. Opowiadała, że kilka razy podwoziły ją samochody wojskowe, które często zatrzymywały się, żeby podwieźć pieszego kilometr albo dwa. Czasem ona sama machnięciem ręki zatrzymywała samochód.

Ryszard oniemiał, ujrzawszy Mamę w drzwiach swego domu, ostatnio widzieli się jakieś dwa lata wcześniej. Radość była ogromna, ale i zdziwienie, że przebyła taką drogę w taką mroźną pogodę. Po czterech dniach ruszyła w drogę powrotną, którą przebyła w… jeden dzień.

Wdała się w rozmowę z żołnierzem rosyjskim, kierowcą ciezarówki, którą zatrzymała. Rozmawiała z nim po rosyjsku, a on najpierw przestraszony, zapytał ją, czy nie jest szpiegiem, bo tak dobrze zna język. Wtedy Halszka zrobiła mu wykład, jak to za cara gnębiono Polakow i kazano mówić po rosyjsku, nawet w szkole lekcje były w tym języku i wszyscy z jej pokolenia go znają. Chłopina zrozumiał i wyłożył jej swój propagandowy pogląd na carat. Wzruszył się tak tą opowieścią, że zboczył z drogi, którą miał jechać i podwiózł ją pod Żyrardów. Mama spytała, czy nie będzie miał kłopotów, bo jedzie nie tą drogą, co trzeba, ale ją uspokoił, mówiąc, że w zimie drogi zawiane śniegiem i jest nakaz, by jechać tak, aby nie utknąć w zaspie. Ostatni odcinek drogi przebyła na piechotę, ale leciała jak na skrzydłach z radości, że wyprawa, acz ryzykowna, tak się pomyślnie kończy.

Szopa w salonie 9

Die deutsche Version – siehe Link ganz unten

Łukasz Szopa

Nigdy więcej wojny?

Ledwo co minął 17 września, 78 rocznica napaści na Polskę i tym rozpoczęcia wojny z naszym krajem. Związku Radzieckiego. Nikogo z Polaków mieszkających w Niemczech (ani z post-Sowietów, bo to nie tylko Rosjanie w owej wojnie brali udział) nie dziwi fakt, iż nikt tego dnia tutaj nie wspomina. Nie ich wojna, nie ich rocznica.

Trochę bardziej dziwi fakt, iż ponad dwa tygodnie temu, 1 września, też mało kto w Niemczech wspiminał rozpoczęcie innej, własnej wojny. Też co prawda z Polską, ale to tak na marginesie. Jakoś albo mnie to ominęło, albo za mało oglądam telewizję i czytam gazety, za mało na miasto wychodzę – nic szczególnego nie zauważyłem. Pewnie coś było i wina moja – jednak na pewno, jeśli jakieś wspomnieniowe akademie czy wykłady były, złożenia wieńców i takie tam – to z pewnością mniej rozreklamowane i mniej prominentne niż obchody tamtej wojny zakończenia – czyli 8 maja (albo i dziewiątego, Niemcy w zależności od pochodzenia geopolitycznego, różnie na to patrzą). No tak, Niemcy najwyraźniej, jeśli już o wojnie mówić muszą, wolą jej koniec, niż początek. I bardzo dobrze, są tutaj najwyraźniej bardziej pouczeni historią niż choćby Rosjanie, Amerykanie czy Izraelczycy.

Jednak od dłuższego czasu mam wrażenie, że Niemcy nie lubią wojny do tego stopnia, że unikają nie tylko rocznic jej rozpoczęcia, ale i – samego słowa. Wiadomo, nie unikają kompletnie, tym mniej w kontekstach historycznych, jednak w odniesieniu do wojen aktualnych, jakoś tego słowa nie lubią.

Wystarczy zerknąć do gazet czy TV-Newsów. Taka Ukraina. Wojna trwa tam – z przerwami, ale jednak – od ponad trzech lat, a Niemcy wolą jednak mówić o tym „Konflikt“ czy „Krise“. No tak, nie ma co udawać, błędne to nie jest, bo sytuacja na Ukrainie to niewątpliwie „konflikt“, i jak najbardziej kraj ten znajduje się w sytuacji kryzysowej.

Ponad dwa lata temu (patrz link na dole do artykułu) zrobiłem małe badanie, może nie całkiem obiektywne, ale na pewno wymowne: na ile w kontekście tego, co dzieje się na Ukrainie, media w danych krajach piszą o tym „konflikt“, „kryzys“, czy właśnie „wojna“. Oto wyniki:

Süddeutsche Zeitung: 383 / 543 / 49

Spiegel Online: > 10 Seiten (stron) / > 10 Seiten / 2 Seiten

ARD: 1640 / 2750 / 72

Der Standard (Österreich): 340 / 670 / 15

NZZ (CH): 5930 / 5250 / 10500

Sputnik-News: 1399 / 2283 / 604

Nowaya Gazeta (Russland): 4 Seiten / 3 Seiten / 6 Seiten

The Moscow Times: 2 Seiten / 3 Seiten / 2 Seiten

Kiyiv Post (Ukraine): 353 / 706 / 508

Daily Telegraph (GB): 520 / 643 / 776

Gazeta Wyborcza (Polen): 1690 / 1546 / 421

CNN.com: 565 / 996 / 862

Global Times China: 690 / 723 / 709

Al Arabija: 23 Seiten / 33 Seiten / 34 Seiten

Der Freitag: 258 / 349 / 36

Wychodzi jasno, że nie tylko Niemcy, ale i Austriacy słowa „wojna“ boją się jak samej wojny. Całkiem inaczej Amerykanie, Brytyjczycy, Arabowie, Chińczycy, a nawet taka Szwajcaria. Co znamienne, nawet tak zaangażowany polski dziennik jak „Gazeta Wyborcza“ o wojnie – podobnie jak Niemcy – niechętnie wspomina.

Czyżby więc działał mechanizm, że im bliżej, tym lepiej siedzieć cicho? I – jak tego nie wypowiemy, to tego nie ma?

A może to – przynajmniej w Niemczech, może i w Austrii – efekt „alianckiej reedukacji“ po roku 1945?

Chyba tak, bo wspominałem już tutaj na blogu o pewnej „zielonej“ Niemce, którą spotkałem w świeżo-powojennym Sarajewie w 1996, która – odwrotnie niż ja – była przerażona obecnością niemieckich wojsk (w ramach pokojowej misji IFOR pod egidą UNO) w Bośni-Hercegowinie. Przerażony z kolei był – również w Bośni – niejeden Niemiec mojego lub podobnego rocznika, gdy opowiadałem nie tylko o kolekcjach zabawkowych żołnierzyków czy czołgów, i wspaniałych piaskownicowych bataliach (im rodzice za żadne skarby takich zabawek by nie kupili), ale i o zabawach na podwórku. Które – właśnie zabawy „w wojnę“ – stanowiły 70% naszego czasu przeznaczonego na zabawę, bijąc szukanie skarbów á la Pan Samochodzik, kopanie w piłę, wyścigi kolarskie, wspinanie się po drzewach, pogrzeby martwych żab, ptaków i kotów, czy wkradanie się do pobliskich Browarów Tyskich. A ja z niemal sadystycznym umiłowaniem relacjonowałem im nasze walki indiańskich plemion (Winnetou, Tecumseh), bitwy ze Szwedami, Rosjanami i Tatarami (tak, cała Trylogia), no i oczywiście serię walk – frontowych czy partyzanckich – rodem z II Wojny Światowej (Czterej Pancerni, Kapitan Kloss, itp). Dla nich takie zabawy były nie do pomyślenia.

Dziwili się więc, jak to możliwe, że ktoś tak „wojennie“ (nie)wychowany, znalazł się dobrowolnie na Bałkanach by jako „peacenik“ starać się o pokój i powojenne pojednanie.

A odpowiedź jest może prosta. Bo jednym wyżej wymienione zabawy, inspirowane książkami i filmami z dzieciństwa, a drugim relacja osoby, która to przeżyła.

Jakoś tak się złożyło, i była to jedna jedyna taka rozmowa, że w wieku chyba 11 czy 12 lat zapytałem dziadka (który miał „szczęście“ być i w Wehrmachcie, i u Andersa), jak to było na tej wojnie, jak się człowiek czuje, czy jest się bohaterem, czy i jak odczuwa się „honor za ojczyznę“, czy to tak jak na filmach?

Dziadek odpowiedział spokojnie i dobitnie, i zostało mi to na zawsze w pamięci: nic takiego nie ma, żadnego honoru, bohaterów, miłości do ojczyzny, nawet nienawiści do wroga. Siedzisz przemoknięty i zziębnięty w okopie, portki masz ze strachu pełne wiadomo czego, i tylko czekasz aż się to wszystko skończy.

I powiedział to człowiek, dla mnie największy autorytet w wielu kwestiach (polityka, literatura, filozofia), który jako cywil ani za okupacji niemieckiej, ani za komuny, nie bał się mówić swojego zdania – również organom państwa, który był odważny (ale i równocześnie rozważny), który był patriotą w sensie mądrym, obywatelskim, chrześcijańskim, humanistycznym.

Dlatego i dziś – gdy widzę chłopców czy to w Polsce, czy w Berlinie, latających ze spluwami po ulicy, nie razi mnie to. Uśmiecham się nawet, gdy zauważam, że czasem to właśnie dzieciaki „antywojennych“, „alternatywno-lewicowych“ rodziców, uwielbiają paradować uzbrojone po zęby w okolicach byłego muru. Dadzą sobie radę.

Nie uśmiecham się, gdy w grę (lecz nie „zabawę“) wchodzą chłopcy więksi, jak polski minister obrony Macierewicz i jego „chłopcy od Obrony Terytorialnej“. Im też się najwyraźniej nudzi, lecz w tym przypadku obawiam się, że życie już ich nic nie nauczy, nie zmieni, że oni rady sobie nie dali – i nie dadzą. Też dlatego, że nie mają już żadnego dziadka, a jeśli go mieli, to może niedokładnie słuchali.

Link do artykułu podobnej treści z „Der Freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-scheu-vor-dem-gewissen-k-wort


PS od Adminki: Tak się złożyło, że mam, od ponad 20 lat ten sam, numer telefonu komórkowego, złożony z prefiksu i końcówki, pomiędzy którymi ulokował się wyraźnie i rozłożyście (rok, no bo jakżeby inaczej) 1939. Jestem osobą publiczną i nader często dyktuję ten numer i Niemcom, i Polakom: 01 tam tam 1939 tam tam tam. Polacy wszyscy (naprawdę wszyscy) wzdragają się, jak słyszą te cztery cyfry, i prawie zawsze to komentują, Niemcy nie komentują tego nigdy, bo przecież, statystycznie rzecz biorąc, trzy lub cztery osoby w ciągu ponad  20 lat po prostu się nie liczą…

Jak to wszystko nicią powiązać?

Andrzej Rejman

Powiązania

Antoni Bogusławski             Nić
(o Teresie, fragmenty)

Moja mała córeczka, poetka,
wątły promyk na mrocznym Pawiaku,
wije rymy w półsłowach, pólszeptach,
łuska perły w więziennym przetaku…
…
Co to będzie? Hymn buntu i burzy?
Co to będzie? Stęskniona śpiewanka?
– Bóg ze słońca wieczystej podróży
złotą nitkę daj jej tego ranka.

***
Jak to wszystko nicią powiązać?
Dwoje młodych, niewiele różniących się wiekiem, Teresa Bogusławska i Antoni Baniewicz żyli obok siebie w przedwojennej i okupacyjnej Warszawie.
W ostatnich latach swego krótkiego życia zostali wystawieni na ciężką próbę walki za Ojczyznę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jakże podobni byli do siebie…

Teresa Bogusławska, (rocznik 1929) wstąpiła do tajnego harcerstwa w 1941 roku. Zbiórki odbywały się w mieszkaniach, a także “w terenie”, gdzie dziewczęta ćwiczono w orientowaniu się w mieście, uczono zapamiętywać szlaki ewentualnej ucieczki, wysyłano z przesyłkami do nieznanych osób.
Młode harcerki patrzyły zazdrośnie na chłopców, których – jak podejrzewały – włączano do ciekawszych i bardziej odpowiedzialnych zadań. Postanowiły ich naśladować, wykonując różne akcje “małego sabotażu”. Nie zawsze o akcjach wiedzała drużynowa. A tymczasem dziewczęta, wymknąwszy się z domów przed godziną policyjną, tłukły gdzie trzeba szyby, rozrzucały ulotki, ochlapywały farbą lub jajkami szyldy, wypisywały hasła. Jesienią 1943 roku, zapragnęły dokonać czegoś szczególnego z okazji przyrzeczenia, które właśnie złożyły przed komendantką hufca, Anną Zawadzką. 17 października idąc na imieniny koleżanki natknęły się na kordony policyjne w okolicy skrzyżowania ulic Piusa XI (dziś Piękna) i Kruczej. Usłyszały salwę, jedną, drugą… Tamtego dnia Niemcy rozstrzelali na Piusa dwudziestu zakładników. Dziewczęta były wstrząśnięte. Zamierzały postawić tam krzyż, ale odradzono im to ze względu na zbyt duże niebezpieczeństwo. Zdołały wszakże położyć przed murem kwiaty. Teresa napisała potem tren poświęcony rozstrzelanym, który zatytułowany jest po prostu “17.X.”

Teresa Bogusławska                   17. X.

Stanęli już szeregiem. Jeszcze czas. Za chwilę.
Głowa pęka od myśli natłoczonych huku…
Jakże drogie są płyty warszawskiego bruku
I jakie o tej porze dziwnie lśniące w pyle…
Po kamiennych kwadratach cień wieczoru kroczy…
Kontur płyt pamięć chłonie, bezwolnie, uparcie…
Ot, tak by dobrze było stać tutaj na warcie
W wygodnej rogatywce zsuniętej na oczy…
Lęk…
Lęk zdradziecki, upiorny, nikczemny,
Wewnętrzną, a żelazną przytłaczany wolą
Nagle wypełza zewsząd nieujęty, ciemny…
Jakże drżą nogi, jak ciążą i bolą…
Już czas…
Jak dobrze by zobaczyć tej chwili ostatniej
Jakiś znak siły własnej i pamięci bratniej,
Choćby maleńki skrawek purpurowo-biały…
Już czas…
Stłum, o miasto, codzienną swą wrzawę,
Stań zamarłe w tę chwilę jedyną…
Wszak za Ciebie, za Ciebie to giną!…
Oni giną za Ciebie, Warszawo…
Czy już?…
………………………………………………………
Miota się oficerek, komendant eskorty,
Zapieniony wściekłością, w chodnik wali nogą:
„Ulica obstawiona!? Nie puszczać nikogo!
Stać tu równo! Warować! Warszawskie wy czorty!”
………………………………………………………
Już czas…
Nie myśleć…
Gdyby tak można skłuć bagnetami,
Bić w gotowe do strzału czarne karabiny
I nie czuć w sobie grozy, lęku przed kulami,
Ani bezsiły strasznej jako tej godziny
Już czas…
Daj Matko Boża, polskiemu ludowi
Przeświętą moc wytrwania na płonące dni,
Daj, niechaj się duch jego wzmocni i odnowi,
I niechaj serce jego czystym ogniem lśni…
Już czas …
Śmierć tuż… przebiega tuż…
…………………………………………………………
Salwa …
Warszawo święta! Warszawo…
… to już …

22.X.1943
Dokładnie tego samego dnia moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka pisze w swoim dzienniku czasu wojny:

Cudne, pogodne, ciepłe dnie październikowe. Zazłociły się liście, rzeźwiący wietrzyk niesie ostry zapach jesieni. Liście zaczynają opadać… Swoich kartofli wyrosło u nas 6 i pół metra, na kartki dali 2 x 80. Na mieście psy gonią zające. Już od tygodnia tak. Blady strach pełznie po ulicach. Jeżdżą budy. To tu, to tam padają strzały. Nie chybione, o nie!… Co to będzie? W głowie zamęt i rozpacz. Tyle co dzień trwogi i obawy o istoty najdroższe. A polowanie wciąż trwa… Jesienne złote pogodne barwy plami czerwień krwi… Bo liście jesienne bywają też czerwone… Boże, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią!
Tak się niepokoję o Kazika, bo wyszedł na miasto. A tu patrzę na ławeczce w ogródku Kazik siedzi. Już wrócił, a ja nie wiedziałam, bo dopiero co też przyszłam. Nie posiadam się z radości. „Chodź pić mleko” wołam. …

Były to najcięższe miesiące okupacji w Warszawie.
W masowych egzekucjach okupanta ginie w samym mieście co najmniej 1200 niewinnych osób, a w całym dystrykcie – co najmniej kilka tysięcy.

Teresa Bogusławska mieszkała z matką podczas okupacji na Mazowieckiej 19.
W tym samym okresie w odległości kilku minut pieszo od Mazowieckiej pracował na Wareckiej* starszy od niej o sześć lat Antoś Baniewicz – potem Powstaniec Warszawski, ps. “Wilczyński”, uczestnik walk na Żoliborzu, poległy w ostatnim dniu Powstania na Placu Henkla.

Matka Antoniego – Salina Baniewicz tak pisze o synu, we wspomnieniach wydanych w 1948 roku nakładem własnym:

…W nocy w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu, gdzie nie można było ani ukryć nikogo, ani nic schować – uczył się, przygotowując do egzaminów w podchorążówce, albo powielał odezwy, ulotki, zarządzenia, biuletyny. A w dzień i wieczorami odbywały się także komplety tajnego nauczania oraz zbiórki kolegów z konspiracji. Dla uzyskania niezbędnego wówczas świadectwa, rzekomo gwarantującego pewne bezpieczeństwo, – pracował ostatnio w biurze Związku Rewizyjnego Spółdzielni (ul. Warecka 11) pośród grona rodaków, gorąco popierających bohaterskie czyny młodzieży polskiej. Cieszył się Antoś wśród nich, jak i przed tym wszędzie, sympatią ogólną i zaufaniem. Lubiono jego dowcip zdrowy, pogodny, wesoły, szczery, jednocześnie wyczuwając w nim powagę i stanowczość przedwcześnie dojrzałego i zahartowanego moralnie człowieka…

(Salina Baniewicz, “Na wołanie moje – nie odzywasz się…” Warszawa 1948)

Taka sama była Tereska Bogusławska:

… odznaczała się żywym temperamentem, energią, śmiałością, nawet zuchwalstwem. Lubiła się bawić i żartować. Jako uczennica gimnazjum im. Cecylii Plater-Zyberk (które w czasie wojny oficjalnie występowało pod szyldem szkoły krawiecko-bieliźniarskiej), była duszą klasy. Zdolna, o wyraźnie określonych zainteresowaniach humanistycznych, a przy tym wrażliwa i delikatna, zwróciła na siebie uwagę polonistki prof. Heleny Młynarskiej. Stale otaczało ją grono koleżanek i był ktoś, kto wzbudził jej pierwsze, młodzieńcze uczucie…

Może się znali…
Jest prawdopodobne, że wielokrotnie przechodzili koło siebie…
Salina Baniewicz po wojnie stara się ocalić od zapomnienia pamięć o synu.
Pisze do niego kilkadziesiąt wzruszających, smutnych wierszy-listów, które już tu kilkakrotnie publikowałem.

Salina Baniewicz          Czy jesteś?

Nie trzeba się spieszyć do obcego domu,
W którym od dawna nikt na mnie nie czeka.
Już niepotrzebna jestem nikomu…
Myśl w przeszłość bezładnie ucieka.
Nie trzeba się martwić, że słota na dworze,
Ani się cieszyć z pięknej pogody.
Obojętnością tęsknotę zamrożę..
Gdzie jesteś – Syneczku młody?
Nie trzeba opieką otaczać Twej doli,
troszcząc się wiernie o Twoje zdrowie.
Jakże tu pusto i serce tak boli…
Gdzie jesteś – kto mi odpowie?
Nie trzeba, jak dawniej, z zapałem się trudzić…
Wolno, bez celu idę przed siebie.
O, jakże ciężko codziennie się budzić,
By stwierdzić, że nie ma Ciebie.
Nie trzeba się dziwić, że w wielkim zamęcie.
Z pamięci rodaków zastałeś skreślony;
Wszak oni o własny dobrobyt zawzięcie
Walczą…, Syneczku rodzony.
Za świętą sprawę zginąłeś w męce,
Lecz Twe marzenia sie nie ziściły.
Nie można tej rany dotykać więcej…
Synku, – tak malo mam siły.
Poległeś w ostatnim, nierównym boju;
Konaleś może długie godziny…
Moja samotność – nie zazna spokoju,
Gdyż nie wiem, czy jesteś, jedyny
Na Twojej nieznanej mogile złożę
Z naszego ogrodu kwiaty pachnąc
I jeszcze raz wówczas zapytam w pokorze –
– gdzie serce jest Twoje…płonące?
1951

A Teresa Bogusławska pisze tego samego roku w którym poległ Antoni – wiersz o Matce:

Teresa Bogusławska           Matce

Spłynie ku Tobie jego Anioł Stróż,
By Ci powiadać o wieczornej porze,
Że mu jest dobrze wśród niebieskich zórz,
Gdzie go uśmiechy błogosławią Boże…
A kiedy zaśniesz, da Ci jasne sny,
I nad Twą głową skrzydła swe roztoczy,
I tchnie synowskim pocałunkiem z mgły…
Na Twe matczyne wypłakane oczy…

Wiersz zatytułowany “Matce” wydany przez ojca autorki Antoniego Bogusławskiego po raz pierwszy tuż po wojnie w Londynie, przetłumaczony został także na język angielski przez L.E.Gielguda (First and Last Poems, Frederick Muller, London 1947)
Wiersze T. Bogusławskiej i inne fakty – na podstawie książki “Wołanie z nocy” –
T. Bogusławska, PAX 1979, wstęp Józef Szczypka

Szopa w salonie 6

Łukasz Szopa

Ludwik czyli chęć życia

Tydzień temu, w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, pomyślałem, jak często tego dnia, o Ludwiku. I przypomniałem sobie jego niekoniecznie przez wszystkich lubiane słowa: „Dobrze, że wtedy byłem w Oświęcimiu – gdyż inaczej niechybnie zginąłbym w powstaniu!“

Ale zacznijmy od początku.

Ludwik był wieloletnim, bardzo bliskim przyjacielem – najpierw mojego taty, potem całej naszej rodziny. Niesłychanie ciepły człowiek, zabawny, pełen anegdot, opowieści, ale i wdzięku, którym oczawrowywał nie tylko kobiety – ale dosłownie każdego. O bardzo dobrej twarzy, miękkich oczach, pełen życia i humoru.

Z tatą poznał ich – jak to w Polsce – oczywiście przypadek, zawodowy. Firma, którą Ludwik reprezentował, szukała pod koniec lat 70 kogoś, kto znał się na tworzywach sztucznych, a równocześnie byłby skłonny dużo jeździć po Polsce – i nie tylko. Jakimś cudem Ludwik dowiedział się o facecie, który „właśnie wrócił z Indii, dokąd wyruszył małym fiatem, a który częściowo przebudował dzięki własnym patentom z tworzyw sztucznych“ (jak słynny bagażnik dachowy).

I tak właśnie pewnego letniego wieczoru Ludwik dotarł do Tychów w okolice naszego domu, parkując samochód nieopodal Browaru Książęcego. Niecałe pięćdziesiąt metrów od wielkiej bramy browaru, z której wychodziły tory pociągów regularnie rozwożących „Tyskie“ w Polskę, i ustawionej kilka metrów obok wielkiej tablicy drogowej „Oświęcim – Muzeum Auschwitz, 20 km“.

Podczas kolacji Ludwik zdjął marynarkę, a że lubił nosić koszule z krótkim rękawem, w chwilę potem pewien siedmioletni chłopak zapytał go, widząc tatuaż na ramieniu: „A co to za numerki?“

Rodzice nie zdążyli rzucić na mnie zgorszonego spojrzenia, gdyż Ludwik już zaczął historię swojego życia – czyli że był więźniem Oświęcimia (wiem, powinno się mówić „więźniem obozu Auschwitz“, lecz sam Ludwik tak się wyrażał). I jak do tego doszło.

Dla mnie, dziecka wychowanego nie tylko na telewizyjnych filmach dokumentalnych o II wojnie światowej, temat nie był szokujący. Szokujący był styl, w jakim Ludwik o tym opowiadał. Ani cienia etosu, ani krzty złości na Niemców, żadnej chęci odwetu, żadnej bohaterskiej retoryki. Opowiadał o tym jak o anegdocie, przypadku wakacyjnym, lekko. Właśnie tym podkreślając – że to daleka przeszłość. I owszem – ważna część jego życia, lecz na pewno nie jedyna, na pewno nie ta dominująca. Gdyż – jak było widać – obóz i wojnę przeżył, i siedział tu teraz z nami, opowiadał, zajadał i popijał.

Jak opowiadał Ludwik – miał szczęście, że dostał się do Oświęcimia. A wszystkiemu winna… kobieta, miłość.

Gdyż jako siedemnastolatek, żyjąc w Warszawie, wpadł w 1943 w „kocioł“ zastawiony przez Gestapo. Gdzie tu miłośc, kobieta? Ano, tłumaczył, wszystko jego własna w końcu wina. Gdyż „kocioł“ przygotowany był na spotkanie konspiracyjne grupy AK, w ramach której miał mieć jakieś tajne szkolenie. Ale wypadło tak, że w wieczór szkolenia akurat umówił się z jakąś wspaniałą dziewczyną – no i postanowił zamienić się z kolegą dniem (gdyż te same szkolenia odbywały się w dwa różne dni tygodnia). No i zamienił się – by tego feralnego drugiego maja 1943 zamiast spotkać się z laską – mieć randkę z Gestapo.

W tej chwili opowieści wtrącił się równocześnie nie tylko mój tata (często to robi w rozmowach), ale i polski przypadek. Tata przerwał Ludwikowi, mówiąc, że to niesamowite, gdyż oznacza to, że aresztowanie miało miejsce w dniu jego, taty, urodzin. Nie tyle w dniu, a właśnie w dzień, w którym mój tata przyszedł na świat. To zaskoczyło również samego Ludwika – gdyż dnia urodzin mojego ojca nie znał, jedynym „CV“ które posiadał o nim była wyżej wspomniana „rekomendacja o facecie z maluchem do Indii“. Cóż, był to początek wspaniałej przyjaźni – i Ludwik oczywiście nocował u nas na gościnnej kanapie.

Z Ludwikiem spotykałem się od tamtego czasu sam już nie wiem jak często, jako dorosły już chłopak odwiedzając go, gdy była okazja w Warszawie. Zawsze zafascynowany jego ciepłem, prostotą słów, lekkością z którą opowiadał i wypowiadał najważniejsze rzeczy.

Nigdy nie nienawidził Niemców – a wręcz uwielbiał jeździć do Niemiec, nie miał problemu z faktem, że jego córka poślubiła Niemca.

I zarówno zaszokowamym Niemcom jak i zaszokowanym Polakom tłumaczył, dlaczego dla niego obóz w Oświęcimiu był szczęściem. Bo był większą szansą na przeżycie (oczywiście chodziło o obóz Auschwitz I, gdzie dostał się jako „polityczny Polak“, nie o Birkenau). Gdyż po owym aresztowaniu w 1943 dostał się najpierw na Pawiak. A tu było dla każdego warszawiaka jasne, że szanse przeżycia – niższe niż w Oświęcimiu. Tym bardziej po pierwszych dniach, gdy co dnia stawiano go z grupą więźniów pod ścianę, po czym przypadkowo, wyrywkowo, wyprowadzano co trzeciego na rozstrzelanie. (Ponoć jego rodzice wręcz dali łapówkę, by ich syna po kilku tygodniach przeniesiono do obozu).

A o tym numerze na ramieniu też lubił opowiadać – nie tylko w Niemczech, gdzie oczywiście też jak gdyby nigdy nic lubił chodzić w koszulach z krótkim rękawem. Właśnie opowiadając o tym tatuażu, podkreślał, że nigdy nie chciał go usunąć. Ale też przypominał chwilę, gdy w pierwszym dniu mu ten numerowy tatuaż robiono. Poprosił wtedy oddelegowanego do tej roboty więźnia, by… robił to ładnie, uważnie, by cyferki nie były nakłute byle jak, ale – by to w miarę dobrze wyglądało, kaligraficznie. Tamten zdziwił się. Ludwik wytłumaczył mu: No, bo jeśli stąd wyjdę, a to niewykluczone – to chcę by to moje ramię jakoś przyzwoicie wyglądało!

To właśnie taka Ludwikowa nie tyle sentencja, co esencja: w jednym zdaniu humor, ale i powaga. Gdyż już wtedy powiedział sobie, że chce żyć, że wierzy w to, że kiedyś wyjdzie, że się to skończy, że Hitler przegra. Nigdy nie zwątpił. I ta irracjonalna, błaha wiara, ta optymistyczna wizja – stała się jedną z psychologicznych podstaw do tego, że rzeczywiście te niemal dwa obozowe lata przeżył.

Niecałe dwa lata – gdyż w miarę zbliżającego się frontu wschodniego Ludwika razem z częścią więźniów przenoszono coraz to dalej na zachód – to pociągami, to pieszo. I tu też ani słowa skargi z Ludwikowych ust. A nawet kolejna anegdota: O tym, jak mimo walącej się Trzeciej Rzeszy, nalotów, paniki wśród wojska i ludności – „z niemiecką dokładnością“ działała… niemiecka poczta. Gdyż paczki, wysyłane do niego przez rodzinę do Auschwitz, też szły dalej „za adresatem“ – aż do Dachau, gdzie w końcu przyszło wyzwolenie.

Po którym wcale od razu do Polski nie pojechał. Oczywiście, jako członek AK i będąc w strefie amerykańskiej – ponad półtora roku zastanawiał się, czy do kraju wrócić, czy jest sens, czy warto ryzykować. No i oczywiście również ten epizod swojego życia potrafił opisać na swój sposób: Jak już nauczyłem się niemieckiego, byłem dorosły, do tego korzystając z mojego niemieckiego nazwiska – postanowiłem zakosztować trochę życia, i włóczyłem się trochę po zachodnich zonach Niemiec, poznając masę wspaniałych Niemców.

I tak też należy rozumieć jego „żart – nie żart“, że „dzięki“ obozowi czy w ogóle aresztowaniu, dzięki kobiecie i zakochaniu i własnej naturze lekkoducha – przeżył wojnę. Gdyż dla młodego chłopca z AK w Powstaniu Warszawskim, w którym na pewno brałby udział – szanse na przeżycie były gorsze niż w Auschwitz czy na Pawiaku.

Na koniec dodam tylko, że Ludwik dożył prawie 90 lat. Sami zgadnijcie, czym tłumaczył swoją dobrą kondycję, nie tylko fizyczną. Ale co ważniejsze, i do samego końca, gdy była mowa o czasach II wojny światowej, wolał poruszać temat jako „pełną anegdot gawędę o młodości“, a i tak dużo bardziej wolał rozmawiać o teraźniejszości odnawianej i rozkwitającej w latach 90 i potem rodzinnej Warszawy, o otwierającej i łączącej się Europie, o wreszcie wolnej Polsce, w której po prostu pięknie i spokojnie się żyje.

Tekst po niemiecku / Text auf Deutsch Freitag 29.01.2015
https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/ludwik