Civil March in Sarajevo

Civil March for Aleppo has reached an important milestone. We are in Sarajevo now.

It is a very special time here. The city is about to commemorate 25 anniversary of the siege. We decided to pay a tribute to the victims in a symbolic way, leaving our footprints on the ground.

#CivilMarchForAleppo

Der Zivile März für Aleppo hat einen wichtigen Meilenstein erreicht. Wir befinden uns jetzt in Sarajevo.

Es ist eine sehr besondere Zeit hier. Die Stadt wird etwa 25 Jahrestag der Belagerung begehen. Wir haben beschlossen, die Opfer auf symbolische Weise zu würdigen und unsere Spuren auf dem Boden zu hinterlassen.

Portrety

Andrzej Rejman

W sierpniu 1944 moi dziadkowie oraz pozostali pracownicy Instytutu Geologicznego w Warszawie, będącego podczas okupacji pod zarządem niemieckim* – wyszli z miasta wraz z innymi mieszkańcami Warszawy. Przez obóz przejściowy w Pruszkowie udało im się dotrzeć do Opoczna, gdzie w majątku zwanym “Zameczek” (prawdopodobnie chodzi o wieś pod Opocznem, o tej samej nazwie, gdzie znajdował się dwór, być może będący wówczas w gestii Rady Głównej Opiekuńczej) przebywali jakiś czas, potem udali się do Krakowa.

Trudno jest dokładnie odtworzyć ich losy w tym okresie, bo zapisy w dzienniku Małgorzaty Hrebnickiej urywają się 2 sierpnia 1944. Moja mama walczyła już wtedy w Powstaniu.

Wszyscy (bez Kazimierza Hrebnickiego, który został rozstrzelany 18 sierpnia 1944) spotkali się dopiero wiosną 1945 roku w Krakowie. Tam też dotarła moja mama, której mimo wielu ran odniesionych w Powstaniu udało się przeżyć.

Będąc w Opocznie, jesienią 1944 roku, Stanisław Hrebnicki wykonał kilka portretów ołówkiem, które przetrwały do dziś. Jeden z portretów (podpisany) przedstawia Mariana Książkiewicza**, geologa, który widocznie też tam wtedy przebywał. Pozostałych postaci nie da się rozpoznać. Może opublikowanie rysunków przyczyni się kiedyś do wyjaśnienia, kogo przedstawiają.

NN, portrety do rozpoznania

3_nn_rys_stanislaw_hrebnicki_1944_2 2_nn_rys_stanislaw_hrebnicki_1944_1 4_nn_rys_stanislaw_hrebnicki_1944_3

*Państwowy Instytut Geologiczny w czasie II wojny światowej został zreorganizowany i przemianowany na Amt für Bodenforschung, stając się częścią niemieckiej służby geologicznej. W tym czasie zatrudnieni geolodzy polscy wykonywali prace głównie z zakresu geologii stosowanej, a badania naukowe zostały znacznie ograniczone. W okresie poprzedzającym wybuch Powstania Warszawskiego najcenniejsze materiały zostały w tajemnicy przed okupantem zakopane, niemniej część dokumentów wywieziono w głąb Niemiec. W czasie okupacji niektórzy pracownicy PIG brali czynny udział w ruchu oporu, specjalizując się głównie w dostarczaniu materiałów kartograficznych oraz planów niemieckich fortyfikacji wojskowych. Sposób kierowania Instytutem przez prof. R. Brinkmanna spowodował, że w tym czasie, poza przypadkiem L. Horowitza, właściwie nie było aresztowań pracowników. Niemniej straty osobowe były dość znaczne. Pracownicy i współpracownicy Instytut ginęli w obozach zagłady w pierwszym okresie wojny, w czasie Powstania Warszawskiego, wskutek przeżyć wojennych lub, jak B. Bujalski, zostali zamordowani przez NKWD.

(Biuletyn Państwowego Instytutu Geologicznego – Losy Państwowego Instytutu Geologicznego w czasie II wojny światowej – wspominając tych, którzy odeszli – autorzy M. Graniczny, M. Miecznik, J. B. Urban, H. Wołkowicz, K. Wołkowicz)

rys_1_marian_ksiazkiewicz_rys_stanislaw_hrebnicki** Marian Książkiewicz (ur. 22 stycznia 1906 w Krakowie, zm. 16 lutego 1981 w Krakowie) – polski geolog, badacz geologii Karpat.

Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, po czym został adiunktem, docentem, a wreszcie profesorem tej uczelni.

W 1942 roku włączył się w konspiracyjny tok nauczania studentów Akademii Górniczej. W latach 1946-1951 i 1957-1971 był kierownikiem Katedry Geologii UJ.

Stworzył krakowską szkołę sedymentologiczną. Prowadził wykłady z geologii podstawowej, geologii dynamicznej i regionalnej oraz sedymentologii.

Członek honorowy Królewskiego Towarzystwa Geologicznego w Londynie, członek korespondent Francuskiego Towarzystwa Geologicznego, prezes oraz członek honorowy Polskiego Towarzystwa Geologicznego.

Brał udział w wyprawie naukowej Ludomira Sawickiego do Dobrudży w 1927 i na Bałkany w 1928 r. Odbył też podróże do Portugalskiej Afryki Wschodniej (obecnie Mozambik, 1939), Algierii (1952) i Syrii (1956). Prof. Książkiewicz opracował szereg rozpraw naukowych i podręczników. Był członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk.

Wspomnienia Mariana Książkiewicza z podróży po Mozambiku znalazły się w książce “Ze wspomnień podróżników” Warszawa 1958, pod redakcją Bolesława Olszewicza.

Spassfaktor

Ewa Maria Slaska

Herbst 2016 in Berlin. Eine Lesung über Spass.

Für Agnieszka und Tomasz

Ich komme von einem Geburtstag zurück. Es war alles elegant, wundervoll elegant, wir aßen kleine Häppchen, tranken Ingwer-Limonade, von der glatten Schokoladentorte ist viel geblieben, die Gastgeberin packt mir ein großes Stückchen in einen großen Karton, in dem sie vorher die ganze Torte von Nikos gebracht hatte.

Es ist Freitagabend, in Berlin gerade Höhepunkt der Völkerwanderung. Alle wollen irgendwohin, um Spaß zu haben.  Es kommt ein kleiner alter Mann in den U-Bahn-Wagen rein. Ich vermute er ist ein Türke, sieht aber wie ein alter Jude aus, ein alter Jude im Warschauer Ghetto. Mir schaudert… So wie er aussieht, ist es noch einigermaßen OK im Ghetto, man stirbt noch nicht auf den Straßen, aber wenn man nicht im vergangenem Leben wohlhabend war, alt ist, zerbrechlich, da ist man schon zum Betteln verurteilt. Er macht beim gehen einen Buckel, damit er uns, die wir auf den Banken sitzen, nicht von oben herab anschaut, sondern unterwürfig, von unten… Erfahrener Bettler also, kennt sein Metier. Aber das denke ich mir jetzt, als ich es schreibe, als wir uns begegneten, war ich nicht imstande auf etwas anderes zu denken, außer meinen Großonkel Stefan in Ghetto. Er war vor dem Krieg so elegant, so gutaussehend, verkehrte in den mondänen Kreisen Warschaus, ging zum Tanzen in die Adria, danach musste er aber so ausgesehen haben, und dann starb er… Ich hoffe, er beugte sich nicht, ich möchte fest daran glauben, dass er stehend um sein Leben kämpfte und nicht, sich beugend. Er gab im Ghetto eine Zeitschrift heraus, sie hieß Żagiew / Die Fackel …

Ich stelle den Karton mit der Torte af den Boden ab und krame in meiner Tasche, suche meinen Geldbeutel, aber natürlich, Scheiße! wie immer! wieso habe ich nie Geld dabei?! Ich nehme den Karton mit der Torte und gebe ihn dem Mann. Bitte, nehmen Sie es, stammele ich, das ist die beste Torte in Berlin… Er schaut mich verwundert aus, ich wiederhole etwas von dem glauben Sie mir, die beste Torte… Ich habe Schweißperlen auf der Stirn. Jakob-Kaiser-Platz, der Mann steigt aus, ich fahre nach Hause, die große Masse fährt weiter, nach Mitte, Friedrichshain, Prenzelberg, um Spaß zu haben…

Den polnischen Film Ida über einer Novizin, die ihre jüdische Abstammung entdeckt, habe ich bei der Vorpremiere im Kino gesehen. Ein schöner, ruhiger, überhaupt nicht aggressiver Film, ich bin jedoch erschüttert von der Geschichte. Ida und ihre Tante fahren nach irgendwohin, in die polnische Provinz, in die Nacht, in die Walachei, um heimlich das Grab der Eltern zu besuchen, ach was, es ist kein Grab, es ist nur ein Beerdigungsort, aus dem ein Bauer die Skelette Idas Eltern ausbuddelt. Ida und ihre Tante besuchen nicht den Ort, sie berauben ihn, das ist das Wort dafür, oder, wenn man Totenköpfe und Gebeine der Leichen aus dem Grab entfernt?

Schwarze Milch der Frühe wir trinken sie abends
wir trinken sie mittags und morgens wir trinken sie nachts
wir trinken und trinken
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Als ich dann in Polen bin, kaufe ich eine Illu mit dem Film. So ist es in Polen oft, dass man beim kaufen einer Zeitschrift noch etwas bekommt, sei es eine Strandtasche, einen billigen Schmuck oder eben einen Film auf DVD. Diesmal kaufe ich Zeitschrift Forum und Ida. In Berlin rufe ich meine Freudinnen an, lade sie zum Filmgucken ein. Wir essen Kuchen, trinken Kaffee. Mitten im Film sagt eine von ihnen, aber Ewa, du siehst es dir schon das zweite Mal, wie kannst du es aushalten, mir macht er keinen Spaß, es ist so langweilig… Ich zucke mit den Armen. Mir gefällt`s, sage ich, weil wenn ich es sage, hütet es mich davon, ihr ins Gesicht zu schreien, dass ich es super finde, dass sie an dem Film keinen Spaß hat… und dass wir den Film zusammen gucken, weil ich Glück habe… weil es genauso gut die Leiche meiner Mutter sein konnte, die sich halt auch den ganzen Krieg verstecken musste… Wie Idas Mutter. Und dann wäre ich nicht geboren…

Natürlich habe ich meinen kleinen Spaß, wenn ein paar Monate später Ida den Oskar gewinnt. Das Ida angeblich ein monotoner langweiliger Film sein sollte, ist offensichtlich ganz vergessen. So ist es mit dem jüdischen Spaß in der zweiten Generation nach Holocaust. Keine einfache Sache. Mal ist er da, mal doch nicht…

Wir waren gerade im Jüdischen Museum. Nach wie vor finde ich das Museumsgebäude schrecklich, preußisch, militärisch und die Ausstellung kindisch, unintelligent, manchenorts gar primitiv. Aber ich habe Gäste aus Polen und die wollen. So ist es. Die Deutschen fahren nach Polen und suchen die Juden, die Polen kommen nach Deutschland und suchen ebenfalls Juden. Mich können sie alle allemal, sie sollen sich zum Teufel scheren und nach Israel fahren… Oder mich mindestens in Ruhe lassen. Aber es gibt kein Auswinden aus der Sache. Wir sind im Museum, schauen uns alles an. Auch das Innere des Holocaustturmes, in dem eine dicke Schicht metallener Gesichter aufgelegt wurde. Dicke knirschende Schicht, jeder Gesicht für einen Ermordeten, alles in der Farben, die letztens fürs Erinnern bestimmt wurden, Betongrau und Rostbraun. Es kommt eine Gruppe der jungen Mädchen rein, eine nach der anderen gehen sie auf die Gesichter, die unter ihren Schritten klingeln. Es macht Spass, klar.

ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen
der schreibt der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
er schreibt es und tritt vor das Haus und es blitzen die Sterne
er pfeift seine Rüden herbei
er pfeift seine Juden hervor läßt schaufeln ein Grab in der Erde
er befiehlt uns spielt auf nun zum Tanz

Wir gehen zum Holocaust-Mahnmal. Pärchen machen sich händehaltend Selfies zwischen den Säulen, Jungs springen obendrein von einer Stele zu der anderen, die Mädchen gucken hinter der Pfeilern vor, lächeln kokett, lassen sich Bilder machen, die sind für Tinder… Es gibt eine besondere Internetseite dafür: tinder holocaust monument. Hat sogar eigenen Namen: tindercaust. Wissen meine Leser überhaupt, was der Tinder ist? Ein Zunder, eine mobile Dating-App… App wisst ihr schon, oder? Eine Applikation… Egal. Man stellt dort ein Foto von sich und gibt ein paar Angaben über sich und ein paar über den, den man daten will. Geschlecht, Alter, Wohnort, Interessen… Aus diesen Angaben stellt das Portal ein Angebot für mich. Das heißt nicht für mich, ich benutze den Tinder nicht, aber egal, es ist einfacher zu schreiben, als ob die Tinder-Offerte für mich gemeint wäre. Und wenn ich einen Mann suchen würde. Klassisch langweilig also. Ich gucke mir das, was für mich ausgesucht wurde und zack, der, der mir nicht gefällt wird von mir nach links verschoben, und nach links, nach links und wenn mir jemand gefällt, dann nach recht. Wenn es auf der anderer Seite zufällig auch nach rechts geschoben wurde, stellt der Portal uns beide auf den Chat-Modus um. Der Rest hängt schon von uns beiden ab.
Und dafür ist es jetzt in Mode für den Zunder die Fotos zu haben, die man im Denkmal geschossen hat.

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich morgens und mittags wir trinken dich abends
wir trinken und trinken

Ich liebe dieses Gedicht, obwohl ich ihn nicht ganz verstehe. Es geht um Musik machen in einem Kazet, das ist klar, Leonard Cohen sang auch ein Lied darüber, dance me dance me to the end of love… Ich found es auf you tube, in Bebilderung ein schönes Paar tanzt, dazwischen kommen Flammen und die Bilder von Auschwitz. Ein der Kommentare darunter: wieso packt ihr Juden immer wieder und überall diese verdammte Bilder?

Na. Ist doch eine Frage… Wieso eigentlich? Meine Mutter und meine Tante schwiegen über den Krieg als ob sie das Schweigen geschworen hätten. Papa übrigens auch. Jeder hatte seine eigene Gründe dafür. Von dem Krieg zu erzählen gehörte zu denen da oben, na, Kommunisten halt, Quatsch, keine Kommunisten, die an der Macht… Unter uns machte man es nicht… Als Kind wollte ich es sowieso nicht, weil ich fürchterliche Angst hatte. Danach fanden wir es einfach peinlich. Wir mochten auch keine Kriegsfilme, bis dann diese Sekunden entscheiden und die Vier Panzersoldaten mit dem Hund produziert wurden. Aber ich hab sie eigentlich auch ungern gesehen. Oder gar nicht. Bohaterszczyzna mag ich nicht. Bo-ha-ter-szczy-zna… Könnt ihr das Wort geniessen. Und dann auch seine Bedeutung. Unschatzbar. Keine Übersetzung, nirgends. Niepotrzebna, właściwa Polakom skłonność do brawury i osiągania mało znaczących zwycięstw kosztem ogromnych strat w ludziach. Unnötige, charakteristische für die Polen Neigung zur leichtsinnigen Kühnheit, um unbedeutende Siege auf Kosten der großen Verluste zu erzielen.

Und viel erzählen darüber! Total uncool.

Ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen der schreibt
der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
Dein aschenes Haar Sulamith
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Also, wie gesagt, es ist jetzt in Mode die Fotos im Denkmal zu schiessen. Zu schiessen. Ja, jetzt kann ich nicht umhin, ich muss einen kleinen Abzweig machen, wegen des Fotosschiessens. In einer Schule hat man mit Hilfe des Googles-Translator einen Zettel für die Eltern übersetzt. Mit solcher Übersetzungen ist immer etwas dabei, was unerwartend komisch sein kann. Als mein Sohn noch klein war, hat man uns, den polnischen Eltern ein höflich gemeinten Briefchen gegeben, das etwa so anfing: Miłość Ojciec Matka (die Liebe der Vater die Mutter). Wir brauchten schon ein Bissl Zeit, um zu verstehen, dass man so mit Hilfe des Wörterbuches die Redewendung Liebe Eltern übersetzt hat. Diesmal wurden die syrischen Eltern auf Arabisch um Erlaubnis gebeten, das Kind in der Schule erschießen zu dürfen… Es war halt in der Schule Fotoshooting vorgesehen.  صور اطلاق النار. Viel Spaß!

Aber Spaß bei Seite, wir sind immer noch im Museum, unsere Runde endet im Raum mit Gästebuch. Hier müssen wir kurz warten bis uns ein Museummitarbeiter abholt und mit dem Fahrstuhl zum Ausgang bringt. Wir sind nämlich zu Dritt und eine von uns sitzt im Rollstuhl. Wir warten, wir sind müde. Ob einem die Ausstellung gefällt oder nicht ist eine Sache, aber auch, wenn sie uns nicht gefällt, müde macht sie trotzdem. Wir lehnen uns an die Wand, nach ein paar Sekunden fahre ich jäh hoch. Wisst ihr was da an der Wand steht? frage ich. Auf der Wand gibt es nämlich drei Fragen, in großen Buchstaben auf Deutsch, in kleineren auf Englisch. WAS HAT EUCH SPASS GEMACHT? Ich schau auf den Englischen Text, vielleicht irre ich mich, vielleicht verstehe ich etwas falsch, aber nein, auf Englisch ist dasselbe gefragt: What was the most fun? Es musste aber ein Mensch übersetzt haben, weil der Google macht daraus die Frage: WHAT HAPPENED?

Ja, Mensch, WHAT HAPPENED? Was willst du eigentlich?

Er ruft stecht tiefer ins Erdreich ihr einen ihr andern singet und spielt
er greift nach dem Eisen im Gurt er schwingts seine Augen sind blau
stecht tiefer die Spaten ihr einen ihr andern spielt weiter zum Tanz auf
Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts

***

Das hier zitierte Gedicht ist die Todesfuge von Paul Celan

Z zapisków stróża (6)

Zbigniew Milewicz

Aniołek

Kiedy niedawno w Kolumbii rozbił się samolot, w którym zginęła prawie cała, pierwszoligowa drużyna brazylijskiego klubu piłkarskiego i napisałem szpunta na ten temat, wytykając europejskim mediom lekkie zignorowanie katastrofy nad równikiem, adminka zaproponowała mi zgłębienie tematu. Mógłbym – sugerowała – napisać np. o obecnym tempie pamiętania i zapominania, albo o szacunku do śmierci, albo o europocentryzmie. Admince się nie odmawia, ale chyba więcej we mnie dokumentalisty, niż moralisty i w zamian dam jej przedświątecznego aniołka.

Zapakowany w złote pudełeczko, leżał w pojemniku przed kontenerem na śmieci, obok innych niepotrzebnych przedmiotów. Figurka wykonana misternie z kryształu trzymała w dłoniach książkę i nie mogłem dopatrzyć się niczego, co dyskwalifikowało by ją w sprzedaży w handlu. Dom towarowy, w którym dorabiam do emerytury zakazuje personelowi przywłaszczania czegokolwiek, co stanowi własność firmy, choćby i rzecz szła na przemiał. Żal mi się jednak zrobiło niebiańskiej postaci i naruszyłem siódme przykazanie.

Drugi anioł, a właściwie anielica stała bardzo smutna na trzecim piętrze domu i pakowała klientom świąteczne prezenty w ozdobne kartony.
– Musisz się do ludzi uśmiechać, to nie są wieńce pogrzebowe – wysyczał jej do ucha kierownik działu, ucharakteryzowany, jako Weihnachtsmann.
– Wiem, ale oni już przecież zapłacili za towar, poza tym boli mnie ząb – poskarżyła się dziewczyna.
– Ho, ho, ho – odkrzyknął kierownik i zadzwonił srebrnym dzwonem. – Jak nie teraz, to kiedy mamy zarabiać, a ona mi tutaj odstrasza klientów – dodał w zamyśleniu.

Jak co roku, kolorowe, bogate wystawy monachijskich sklepów i butików kontrastowały z ponurymi twarzami przechodniów. Każda dzielnica miała swój Weihnachtsmarkt, na którym raczono się grzanym winem i słuchano kolęd płynących z głośników. Nostalgiczna, niemiecka nuta przeplatała się ze skocznym rytmem amerykańskich carols, ale im więcej ludzie mieli w czubie, tym bardziej posępnieli. Nawiasem mówiąc, pod polską choinką nastroje też przeważnie są minorowe, ale to dopiero w wigilię i po pasterce humor rodakom zdecydowanie się poprawia. Stacje niemieckiego radia i telewizji robią wszystko, aby obywatelom BRD umilić przedświąteczny nastrój. Nastrojowe, muzyczne kadry wtapiają się w reklamę wielkich sieci handlowych, aby widzowie i słuchacze nie zamykali portfeli, tylko dalej kupowali świąteczne gęsi, gry komputerowe, perfumy i czekoladki. Serwisy informacyjne skłaniają się bardziej ku pozytywnym przekazom, a negatywne podają oględnie, żeby odbiorca doszedł do wniosku, że przecież mogło być jeszcze gorzej.

Oczywiście nie da się przemilczeć, ani przypudrować krwawiącego dalej Aleppo, kolejnych aktów terroru w Turcji, prześladowania chrześcijan przez islamistów na Bliskim Wschodzie i wciąż trwających walk we wschodniej Ukrainie, gdzie skłócone ze sobą światowe mocarstwa nieodmiennie wspierają dobrych w walce ze złymi, tylko nikt z nas nie wie, kto naprawdę jest kim. Wszystko zależy od tego, w jakim języku nadaje stacja. Co dla członków Nato jest białe, to dla Kremla czarne i odwrotnie. Kanclerz Merkel już oficjalnie, bez ogródek oskarża rosyjskie lotnictwo o bombardowanie ludności cywilnej wschodniego Aleppo i konwojów, które spieszą jej z pomocą humanitarną. Tu bombki na choinkach, tam bomby i śmierć, oby ten konflikt nie przerodził się w III wojnę światową…
– Ty wiesz, że to może być nasza, chrześcijan ostatnia gwiazdka? – pyta przez telefon Marysia, moja stara, monachijska znajoma.
– Jakaś bzdura, kto tak mówi? – reaguję zapalczywie.
– Papież Franciszek – odpowiada.
– Usłyszałaś to od niego osobiście?
– Nie, ale tak podobno miał powiedzieć na Placu Świętego Piotra.

Nie wierzę rzecz jasna Marysi, ale coś tam w głębi duszy, jakieś niedobre ziarno, pozostaje. W godzinach wieczornych, na chwilę przed zamknięciem sklepów, przedświąteczny tłum na monachijskich ulicach jeszcze bardziej gęstnieje. Biedna anielica, zanim pójdzie do domu, jeszcze zapakuje z dwadzieścia prezentów w kolorowy papier i wyda je klientom o twarzach szarych jak ten grudniowy wieczór za oknami. Całe szczęście, że po domu kręcą się także dzieciaki, tylko u nich widać ożywienie i nieudawaną radość, że idą święta, a wraz z nimi oczywiście i prezenty. Trudno wyczuć, ile z nich wie, co to jest Boże Narodzenie, ale w boskiej naturze leży wszak wyrozumiałość.

anioleczek

W domu wyjmuję aniołka z pudełka, żeby przyjrzeć mu się dokładniej i niezgrabiasz upuszczam go na podłogę. Tłucze się książka, którą trzymał w dłoniach, w zamian dostaniesz więc adminko ten tekst, plus napis z pudełka. Wesołych Świąt czytelnikom 🙂

Zamiast życzeń i zamiast prezentów

Krystyna Koziewicz

Apel

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

W okresie przedświątecznym wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej,  jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powoduje, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w sina dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając swoje serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Polskie rytuały Bożonarodzeniowe mają specyficzny podniosły klimat, a przestrzega się ich wszędzie tam, gdzie znajduję się Polacy. Kultywowanie polskich tradycji i zwyczajów religijnych na emigracji to nasz obywatelski, rodzicielski, nauczycielski obowiązek wobec młodego pokolenia. Wszystkie te tradycje, jak ubieranie choinki,  wspólna kolacja, kiedy cała rodzina zasiada do stołu wigilijnego, dzielenie się opłatkiem, śpiewanie kolęd, jasełka są łącznikiem pomiędzy pokoleniami. Jeśli my, dorośli będziemy kultywować świąteczne tradycje, przetrwają nawet wtedy, kiedy już  przeminiemy. Zwyczaje nadal będą żyć w pokoleniach, które po nas przyjdą.

Okres  świąteczny to czas relaksu, odskoczni od codzienności, czas, kiedy człowiek poddaje się magicznej ceremonii starych obyczajów ludowych, na które każdego roku z radością wszyscy czekamy.

My, Polacy w Berlinie tworzymy jedną wielką rodzinę, mamy polskie korzenie i chcemy przy okazji Świąt spotkać się ze sobą, spędzić kilka godzin w przyjaznej atmosferze, pełnej serdeczności i życzliwości. Nie zapominajmy, że to czas pojednania sie z bliźnimi, wzajemnego wybaczania sobie błędów, darowania win. Obdarowujmy siebie życzeniami zdrowia, nie żałujmy sobie dobrych słów, czułych gestów… Nie żałujmy…

Od kilku lat pisze już dla Czytelników tego bloga takie i podobne życzenia i refleksje świąteczne.

W tym roku jednak nad radością tego pięknego czasu zawisł straszny los Aleppo.
To miasto umiera jak Warszawa przed 72 laty. Jesienią i zimą 1944 roku, po upadku Powstania Warszawskiego, świat patrzył bezczynnie, jak okupanci dobijają konającą Warszawę.
Przez dziesięciolecia my, Polacy, nie mogliśmy o tym zapomnieć.

Nie pozwólmy, by teraz, gdy żyjemy w pokoju i dobrobycie, na nas spadła hańba, iż patrzyliśmy bezczynnie na śmierć całego miasta!

Możemy jeszcze uratować 100 000 osób z masakrowanego miasta. To cywile, którzy nie mają jak stamtąd uciec. Otwórzmy drogę do Polski, dla tych, którzy wymagają NATYCHMIASTOWEJ pomocy, przyjmijmy ofiary wojny, rannych i potrzebujących, kobiety i dzieci, osoby starsze, niepełnosprawne, które wymagają natychmiastowej opieki medycznej i zapewnienia im podstawowego bezpieczeństwa.

Pamiętajmy o tych wszystkich, którzy zginęli w Warszawie i pomóżmy Aleppo!

Reblog d. przedruk: Zielonka

Dziś, 8 grudnia, odbywa się w Zielonce prezentacja trzeciego numeru Zeszytów Zielonkowskich. Tym razem jest to książka wspomnieniowa naszej blogowej Mirki

Publikuję tu dwa pierwsze rozdziały tej książki, z dumą podkreślając, że to dzięki moim i naszym blogom Ciocia zaczęła pisać i debiutuje teraz w pięknym wieku 87 lat! Ale jesteśmy wszyscy dumni! Pękamy z dumy!

biala-apaszka

Janina Kowalska

WOJNA

O Zielonce

W moich wspomnieniach okupacyjnych będzie się często przewijała nazwa Zielonka. Muszę wyjaśnić, co to za miejsce i jak się tam znalazła moja rodzina wraz ze mną. A, że zawsze piszę o historii, to i od niej zacznę.

Na rozstaju dróg, jakieś 10 km od Warszawy na północny wschód, stała w XIX wieku karczma, a że stała wśród lasów i pól, nazwano ja Zielonka – Karczma Zielonka. Z czasem powstały wokół karczmy inne zabudowania, bo ziemia była żyzna, co na Mazowszu nie często się spotykało i tak powstała osada, biorąc nazwę od karczmy.

Żyzna ziemia wzięła się stąd, że okolica jest podzielona na wyżynę, którą jest moreną czołową i piaszczystą wydmą, a u “stóp” takiej moreny rozciąga się dolina z żyzną ziemią, czasami podmokłą, z licznymi źródłami wspaniałej wody, czarnoziemem po bagiennym, torfowiskami i polami gliny – nazywa się to Równina Wołomińska.

Torfowiska dawały torf do ogrzewania domów, a glina nadawała się do wyrobu i wypalania cegły. Nic więc dziwnego, że Zielonka szybko sie rozrastała. W okresie międzywojennym liczyła ponad 10 tys. mieszkańców i stała się miejscowością letniskową dla spragnionych świeżego powietrza warszawiaków. Pobudowano domy o kilku kondygnacjach podzielonych na mieszkania i wynajmowano je letnikom.

Przez Zielonkę płynęła nieduża, ale czysta i ciepła rzeka Długa, miejscami płytka, miejscami głęboka, doskonała do kąpieli. Rzeka uchodzi do Kanału Żerańskiego, a wraz z nim do Wisły.

Jak moja rodzina znalazła lokum właśnie w Zielonce zaraz tu opiszę, ale i tu mały wtręt historyczny.

Rodzina, nazwijmy ją W, i rodzina, nazwijmy ją C, miała dwóch dorosłych synów, którzy zapałali do siebie miłością. Miłością bardzo mało zrozumiałą na początku XX wieku. Co poróżniło obu tych panów nie wiadomo, dość, że pewnego dnia znaleziono ich w mieszkaniu martwych z ranami postrzałowymi głów. Przewód sądowy orzekł, że W zabił C i sam popełnił samobójstwo.

Rodzina C była biedna. Matka była wdową i miała jeszcze trzy córki, z których najmłodsza była w początkowych klasach szkoły. Jedynym żywicielem rodziny był syn, zabity przez swojego przyjaciela. Sąd orzekł, że rodzina W musi zabezpieczyć byt rodzinie C. Rodzina W była zamożna i w ramach rekompensaty za śmierć jedynego żywiciela, ofiarowała rodzinie C dom w Zielonce pod Warszawą. Rodzina C wynajęła go i z czynszu się przez jakiś czas utrzymywała. Wkrótce dwie starsze siostry zaczęły pracować i rodzina pomyślała o przeniesieniu się do Zielonki. Sprawę przyśpieszyły zaręczyny starszej z sióstr, a narzeczonym i wkrótce mężem, był brat mojej Mamy. Tak rozpoczęły się nasze związki z Zielonką.

Jako dziecko byłam bardzo chorowita i po jakiejś ciężkiej chorobie zwołane konsylium lekarskie orzekło, że dla ratowania zdrowia dziecka i hartowania go, należy wyprowadzić się z zakurzonej i dusznej Warszawy i przenieść się na stałe gdzieś, gdzie będzie świeże powietrze, las i czysta woda. Wybór moich Rodziców padł na Zielonkę, gdzie mieszkał już brat mojej Mamy z rodziną. On to znalazł nam ładne słoneczne mieszkanie i tak zamieszkaliśmy wśród zielonkowskich lasów nad rzeką. Tu poszłam do przedszkola, tu zaczęłam szkołę i tu mieszkałam całą okupację niemiecką.

Torf

W Zielonce, w jej części wyżynnej, na morenowej wydmie była tak zwana Kolonia Kolejarska. Dyrekcja Kolei okręgu Warszawskiego (nie jestem pewna nazwy) zakupiła od gminy pewien teren, podzieliła go na działki i po niższej cenie sprzedawała je swoim pracownikom z przeznaczeniem na budowę domków jednorodzinnych. Teren był częściowo zalesiony i piaszczysty. Nie wiem czy kolej pomagała i jak przy budowie domów, ale w roku 1932, kiedy my zamieszkaliśmy w Zielonce Kolonia była już zabudowana i tętniła życiem.

Poniżej tej kolonii był spore torfowisko, które podzielono na małe działeczki i każdy właściciel domu na kolonii miał swoje miejsce na torfowisku z pozwoleniem na eksploatacje torfu. Przed wojna nikt się tym torfowiskiem nie interesował, mieszkańcy palili w piecach węglem. Węgla starczyło jeszcze na ostrą zimę 1939/40 r., ale od wiosny na torfowisku rozpoczął sie ruch. Sznurkami zostały wygrodzone poszczególne działki i właściciele ich rozpoczęli przygotowania do eksploatacji.

Teren był zarośnięty różnymi dzikimi krzaczkami, które trzeba było wykarczować, aby kopać torf. Rodzice moi mieli na Kolonii Kolejarskiej znajomych, którzy byli już ludźmi starszymi i na kopanie torfu nie mieli siły zaproponowali, więc żebyśmy kopali ich torf i podzieli się z nami po połowie. Przystaliśmy na taką propozycje, ustalono że torf będzie odwożony na ich posesję, tam ułożony w pryzmy do suszenia. Połowę wysuszonego torfu zabieraliśmy do naszej piwnicy.

Ojciec z powierzchni torfowiska usunął wszystkie krzaki razem z korzeniami, które porąbane też się nadawały do spalenia. Całe lato roku 1940 (4 – 5 dni w tygodniu) obie z Mamą kopałyśmy torf łopatami, tworząc kawałki podobne kształtem i wielkością do cegły, a Ojciec taczką odwoził “urobek” na miejsce składowania i suszenia.

Wożenie było ciężką pracą, bo droga od torfowiska biegła częściowo pod górę. Samo kopanie nie było bardzo ciężkie, trzeba było tylko wyrobić sobie sposób kopania i formowania, torf jest lżejszy od ziemi. Trudność sprawiała nam woda podskórna, która po wykopaniu torfu podchodziła na wolne miejsca. Pracowałyśmy w kaloszach i rękawiczkach.

Potrzeba jest matką wynalazku, Ojciec chcąc ulżyć ciężkiej pracy wożenia taczka, wyciągnął z piwnicy stary rower i dwa kotły do gotowania bielizny (dziś już zupełnie nie znane naczynia), przymocował je grubym drutem z obu stron roweru, w kotły kładł cegły torfowe i tak prowadził rower, odpadło mu dźwiganie taczki. Z wodą, która zalewała torfowisko był kłopot, ale w ciepłe, letnie dni woda szybko parowała i wsiąkała w grunt, należało tylko zawiesić pracę na 2 – 3 dni i już wody nie było. Kopaliśmy tak przez letnie miesiące od lata 1940 do 1943, kiedy to złoże się wyczerpało.

W czasie wojennych zim mieszkaliśmy zawsze w jednym pokoju, gdzie stawiało się tak zwaną kozę która ogrzewała pokój i w której paliliśmy własnoręcznie wykopanym torfem, na kozie też gotowało się posiłki. W pozostałych pomieszczeniach mieszkania suszył sie torf z jesiennego kopania. Cała Zielonka paliła torfem, bo takich torfowisk było kilka, a z kominów leciał dym o charakterystycznym zapachu.

Pro Patria 3

Andrzej Rejman

Profesor Makowski

Znalazłem w zbiorach rodzinnych kartkę pocztową wysłaną przez opiekunkę mojej mamy (ukochaną w rodzinie i nazywaną “Nianią”) – Jadwigę Łomską (zm. 1954). Kartka wysłana została tuż przed wybuchem wojny do moich dziadków przebywających z dziećmi na wakacjach na Wileńszczyźnie. Widoczny stempel z datą 4 sierpnia 1939 roku –

1_jadwiga_lomska_do_hrebnickich

odczytuję napis na stemplu:

“LUDZIE SĄ I PRACE LUDZKIE TAK SILNE I TAK POTĘŻNE, ŻE ŚMIERĆ PRZEZWYCIĘŻAJĄ I OBCUJĄ MIĘDZY NAMI” – Józef Piłsudski

Zwróciła moją uwagę siła tej myśli i zawarta w niej mądrość. Ludzie z pasją, ich niezłomność i konsekwencja tworzą w dużym stopniu wielkość i autorytet każdego kraju, przyczyniając się do jego przetrwania w trudnych momentach.

Warto wciąż mówić o autorytetach oraz o szacunku dla ludzi mozolnie realizujących swe pasje. W trudnych czasach bowiem wartości takie często cichną – przygniecione błyskawicami rewolucyjnych wydarzeń, walk i sporów.

Ostatnio znów częściej cytuje się Marszałka – autorytetu akceptowanego przez ludzi o różnych poglądach.

A więc niech ten przytoczony na wstępie cytat zainspiruje innych i pomoże zapanować nad kompleksami, nad niewiarą i głupotą, które w każdym społeczeństwie są przeszkodami, jednak do pokonania.

Przytaczam krótkie wspomnienie o profesorze Arnoldzie Makowskim, geologu, który był takim właśnie silnym człowiekiem z pasją. Uczonym, którego praca jest przykładem dla następnych pokoleń i wskazaniem, aby stale poszukiwać w sobie napędu i siły, starając się wbrew przeszkodom realizować swe marzenia.

2_arnold_makowski_i_st-_hrebnicki_lata_okupacji

(od prawej) Arnold Makowski i Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki podczas pracy w Instytucie Geologicznym w Warszawie. (prawdopodobnie wczesny okres okupacji, ze zbiorów rodzinnych)

ARNOLD MAKOWSKI 1876-1943

(autor: Stanisław Hrebnicki, na podstawie tekstu z początku lat 50)

Trudno jest pogodzić fakt śmierci z postacią profesora Arnolda
Sarjusz-Makowskiego, tak zawsze żywotnego, tak pełnego entuzjazmu
we wszystkich swoich poczynaniach.
Jego niezmierna pogoda ducha w ciężkich chwilach okupacji
i krzepiący optymizm zjednywały Mu serca tych, z którymi się bliżej
stykał.

Urodzony 11. XII. 1876 w Petersburgu, zmarł w Warszawie
10. IX. 1943.

Umierał w okresie pierwszych klęsk niemieckich i pierwszych
konkretnych oznak przedświtu wyzwolenia, którego był pewny
i o którym bezustannie myślał. Już obezwładniony przez ciężką chorobę
z największą niecierpliwością czekał na codzienny komunikat prasy
podziemnej, aby móc samemu prześledzić rozwój wojennych wydarzeń.

Odszedł w przededniu ziszczenia się swych najśmielszych marzeń:
granic polskich na Odrze i Nysie. I tu brak wśród nas prof. Arnolda
Sarjusz-Makowskiego daje się odczuć szczególnie dotkliwie.
Przesunięcie bowiem granicy na zachód włączyło w obszar Polski
niezmiernie bogate złoża węgla brunatnego, a tym samym wysunęło
nasz kraj na jedno z czołowych miejsc w Europie pod względem
wielkości zasobów tegoż węgla. W historii zaś badań geologicznych
kwestia węgla brunatnego związana jest niepodzielnie z nazwiskiem
Arnolda Sarjusz-Makowskiego.

Od początku swej działalności naukowej na terenie Polski,
A. Sarjusz-Makowski przejawiał szczególne zamiłowanie do tej dziedziny
wiedzy geologicznej. Z podziwu godnym pietyzmem i wytrwałością
gromadził najdrobniejsze wzmianki o charakterze i rozmieszczeniu
węgla brunatnego oraz o nowych odkryciach tej kopaliny.
Zwiedził i przebadał osobiście wszystkie dostępne złoża na terenie
Polski i był czynnym inicjatorem poszukiwań węgla brunatnego
prowadzonych wówczas przez Państwowy Instytut Geologiczny.

Nakładem wieloletniej uporczywej pracy zgromadził olbrzymi
materiał dotyczący tych złóż. W oparciu o powyższe dane rozpoczął
opracowywanie obszernej monografii poświęconej zagadnieniu węgli
brunatnych, która miała obrazować charakter, zasięg i rozprzestrzenienie
złóż, a wreszcie ich wartość przemysłową i zapasy. Dwa zeszyty
Atlasu «Węgle brunatne w Polsce» ukazały się w druku; paru następ­nych
prof. Sarjusz-Makowski już nie zdążył wydać, pozostawiając je
w stadium daleko posuniętego przygotowania. (—)

Drugim zagadnieniem, któremu prof. Arnlod Sarjusz-Makowski
poświęcił się z równym zapałem była geologia Polskiego Zagłębia
Węglowego. Zajął się nią już w pierwszych latach swego powrotu
ze Szwajcarii (1920) jako pracownik Państwowego Instytutu
Geologicznego.

Działalność naukowa prof. Arnolda Sarjusz-Makowskiego wiąże się ściśle z Państwowym Instytutem Geologicznym. Po ukończeniu bowiem studiów uniwersyteckich na wydziale matematyczno-przyrodniczym oraz w Instytucie Górniczym w Petersburgu (1908) i po pobycie na Uniwersytecie w Tybindze (1912-1914) a następnie w Zurychu (1914-1920) przyjeżdża do Polski.

Rozpoczął od ogólnego opisu budowy geologicznej Polskiego
Zagłębia Węglowego i obliczenia jego zasobów. W dalszym toku swej
pracy wykonuje szczegółowe zdjęcia geologiczne w skali 1:25.000
obszaru pszczyńskiego (Stary Bieruń i Lędziny) oraz obszaru rybnickiego
(Wodzisław i Gorzyczki). Na podstawie danych uzyskanych
z szeregu wierceń zarówno płytkich jak i głębokich analizuje szczegóły
tektoniki i stratygrafii karbonu produktywnego. (—)

Proponuje również nową nomenklaturę dla pokładów węgla.

Był jeszcze jeden dział pracy, dla którego prof. Sarjusz-Makowski
czuł głęboki sentyment, jako że była to praca związana
z zaraniem Jego działalności naukowej, kiedy to w 1915 r. jako młody
asystent Uniwersytetu w Zurychu zainteresował się rozwojem linii
zatokowych u amonitów. Zainteresowanie to przerodziło się w prawdziwą
pasję naukową i stało się bodźcem do rozpoczęcia metodycznych
badań, ze szczególnym uwzględnieniem rodzaju Macrocephalites:
badań mających posłużyć podstawą nowej klasyfikacji i nomenklatury
amonitów. Badania te traktował prof. Sarjusz-Makowski ze specjalnym
zamiłowaniem, zbierając podczas swych licznych wycieczek zagranicznych
obfity materiał naukowy.

Ponieważ jednak zajęcia w P. I. G. nie pozostawiały mu na nie
dość wolnego czasu, prof. Sarjusz-Makowski zaplanował, że z chwilą
pójścia na emeryturę zajmie się niepodzielnie zagadnieniem amonitów,
rozbuduje i pogłębi i tak już bardzo obszerne i wyczerpujące dzieło.

Zawierucha wojenna nie oszczędziła dorobku naukowego prof. Arnolda
Sariusz-Makowskiego, podobnie jak i dorobku tylu innych uczonych polskich.

W pierwszych dniach wojny 1939 r. prof. Sarjusz-Makowski
wysłał do Warszawy obszerny materiał dotyczący Polskiego Zagłębia
Węglowego. W zamieszaniu jakie wówczas panowało, bagaż zaginął.
Rozpaczliwie i uparcie szukał go prof. Sarjusz-Makowski przez parę
dni po rozmaitych dworcach kolejowych, narażając się na bombardowanie
i obstrzały, aż wreszcie udało Mu się natrafić na swoje skrzynie
ze zbiorami, wśród tysięcy innych porozrzucanych w nieładzie bagaży.
Przewiózł je do swego mieszkania i zabezpieczył, lecz w czasie oblężenia
miasta, dom Jego został zbombardowany, a materiały spłonęły łącznie
z rękopisem o makrocefalitach. Ten sam los spotkał materiały prof.
Sarjusz-Makowskiego przechowywane w gmachu Wolnej Wszechnicy.

Polskiej geologii stała się krzywda, że ubył przedwcześnie, na
skutek ciężkich przejść wojennych*, naukowiec tak głęboko rzetelny,
tak sumienny i tak bez reszty oddany swemu zawodowi, jakim był
prof. Arnold Sarjusz-Makowski.

(źródło: https://geojournals.pgi.gov.pl/asgp/article/view/11014/9505)

__________

Krótka wzmianka Małgorzaty Hrebnickiej o Arnoldzie Makowskim z dzienników okupacyjnych:

1943 wrzesień

Wieczorem byliśmy z Pciólkiem (mąż, St. Doktorowicz-Hrebnicki, przyp. mój, AR) u p.p. Makowskich. Pan Makowski zmieniony okropnie, dni jego są policzone. Smutne to! Może nie doczeka końca wojny.

10/IX

Przed chwilą otrzymaliśmy wiadomość o śmierci p. Makowskiego. Umarł dziś w nocy w czasie alarmu. Biedny Mak skoszony przed końcem wojny. Nie doczekał się! A jednak Maksio wyzwolił się już od wszystkich mąk cielesnych i duchowych.

13/IX

Byłam na pogrzebie Maksia. Cudowny dzień jesienny, grób zasypany kwiatami – jeden olbrzymi wieniec od kolegów-górników z różowych gladiolusów, drugi biały, reszta – drobne wiązanki. Przemawiał serdecznie pastor.

(Małgorzata Hrebnicka, Dzienniki Czasu Wojny 1939-1944, rękopis, w zbiorach rodzinnych)

_________

* “Wikipedia” uzupełnia – …podczas okupacji prof. Makowski był nadal zatrudniony jako geolog w przejętym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. (…) Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu (zarządcy okupacyjnemu P.I.G.-u, przyp. mój, AR) prof. R. Brinkmanna doprowadziły do jego ciężkiej choroby serca i śmierci…

3_grob_niani_jadwigi_lomskiej_w_warszawieGrób Jadwigi Łomskiej-“Niani”, Powązki, Warszawa; bez “Niani” nie byłoby pewnie tego wspomnienia…

PS EMS: Dla tych, co mogliby nie wiedzieć – tak wygląda amonit:

Pro Patria

Andrzej Rejman

W cyklu wspomnień rodzinnych była już wzmianka o Marcinie Woyczyńskim, towarzyszu broni, przyjacielu i osobistym lekarzu Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Tym razem rozwinięcie tej opowieści autorstwa Marii Chodorek.

***

Pro Patria

Zbliża się 11 listopada, rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 roku, ale także dzień, któremu patronuje śwęty Marcin. Dzień św. Marcina jest wciąż w pewnych regionach Polski obchodzony uroczyście od lat!

Zbieżność tych świąt wydaje się symboliczna w przypadku MARCINA WOYCZYŃSKIEGO, który walczył o wolną Ojczyznę, a potem wiernie Jej służył.

Rodzina

Marcin Woyczyński (1870-1944) był starszym bratem mojej Babki, Marii. Oboje urodzili się w Woroneżu, w rodzinie Ignacego i Kazimiery (z d. Szklennik) Woyczyńskich. Swojego męża, mego Dziadka, Wacława Stankiewicza, Maria poznała poprzez brata w Petersburgu w “Kuchni Polskiej”. “Kuchnia Polska” była rodzajem studenckiego klubu ze stołówką. Organizowano tam różne uroczystości koleżeńskie, rodzinne, towarzyskie, a także konspiracyjne.

W “Kuchni” był punkt kontaktowy z Biblioteką Polską, zasobną w polską literaturę fachową, historyczną i beletrystyczną, wydawaną w Galicji lub na Zachodzie.

Księgozbiór umieszczony był poza klubem, w kilku punktach. W lokalu “Kuchni Polskiej” zbierali się członkowie nielegalnej Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Związku Młodzieży Polskiej ZET.

Obaj – Stankiewicz i Woyczyński należeli do wspomnianego związku i (wg mojej Babci) “sympatyzowali” z socjalistami.

Obaj pochodzili z Wileńszczyzny. Tam były ich korzenie i część rodziny.

1b_waclaw_stankiewicz 1a_marcin_woyczynski

U góry Wacław Stankiewicz
po prawej Marcin Woyczyński

Odmiennie potoczyło się ich życie rodzinne i zawodowe, ale nieodmiennie darzyli się przyjaźnią. Maria i Wacław doczekali się trojga dzieci, najmłodszą była moja Matka – Janina, a Marcin Woyczyński został jej chrzestnym. W 1895 roku adoptował chłopca o imieniu Benedykt, który przyjaźnił się potem z dziećmi Stankiewiczów i przez pewien czas w Moskwie był domownikiem tej rodziny. Nazywano go Benem. Ben Woyczyński ukończył studia filozofii i filologii klasycznej w Wilnie, gdzie w 1925 roku obronił doktorat pod opieką Wincentego Lutosławskiego (1863- 1954). Przedwczesna śmierć Benedykta Woyczyńskiego (leczonego z powodu gruźlicy w Zakopanem i we Włoszech) przerwała jego karierę naukową, a dla rodziny była ciężką strata.

marcin_benedykt

Marcin Woyczyński z matką i pierwszą żoną /Benedykt Woyczyński – “Ben”

4_marcin_woyczynski_kazik_hrebnicki_marysia_stankiewiczoOd góry: Władysław Stankiewicz, Marcin Woyczyński, Kazimierz Hrebnicki, Marysia Stankiewiczówna ok. 1933

Lekarz Marszałka

W tym czasie Marcin Woyczyński został mianowany przybocznym lekarzem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Z Marszałkiem łączyła go wieloletnia przyjaźń. Woyczyński uzyskał dyplom doktora medycyny w 1895 roku w Wojskowej Akademii Lekarskiej w Petersburgu, który nostryfikował w roku 1900 w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mianowany rozkazem Komendy Legionów Polskich z 10.10 1914 roku lekarzem II Batalionu w składzie II Brygady pełnił służbę medyczną uczestnicząc w bitwie o Lwów, a potem w wojnie polsko-bolszewickiej. W listopadzie 1918 roku wstąpił do Wojska Polskiego. Od 1904 działał w Organizacji Bojowej PPS, podlegającej bezpośrednio Piłsudskiemu. Jednostki, w których służył i stanowiska mu przyznane, dostępne są w materiałach encyklopedycznych.

Jako lekarz sprawował opiekę nad zdrowiem Marszałka do 1935 roku. Piłsudski chorobliwie nie znosił doktorów i ich porad, a także zbyt długo zwlekał z badaniem wątroby, na które nalegał dr Woyczyński.

Bratowa mojej Matki Janiny ze Stankiewiczów tak wspomina w książce “Pani na Berżenikach”, wuja swego męża, Marcina:

“Wuj Kazimierza dr Marcin Woyczyński pochodził ze starej szlacheckiej rodziny o tradycjach wolnościowych i niepodległościowych. Jeszcze podczas studiów medycznych wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Po wyjeździe do Galicji był członkiem Organizacji Bojowej w ramach PPS, która skupiała najbardziej ofiarnych i ideowych ludzi. W jej szeregach było około 6000 bojowców podlegających bezpośrednio Józefowi Piłsudskiemu. Wykonywali oni zamachy na carskich policjantów i prowokatorów.

Napadali na pociągi, które przewoziły kasy rządowe i tak zdobywali fundusze. Najgłośniejszym czynem Organizacji Bojowej był napad na pociąg na stacji Bezdany koło Wilna w 1908 r.

Napad przygotował i kierował nim osobiście Józef Piłsudski. Stoczyli formalną bitwę z wojskową załogą pociągu, byli zabici i ranni. Zdobyli kilkaset tysięcy rubli dla organizacji niepodległościowej. Potem wuj był w Związku Strzeleckim i służył w 1. Pułku Legionów. Był jednym z niewielu z którymi Marszałek wypił “braterstwo” jeszcze za czasów PPS.

Piłsudski nie cierpiał lekarzy, tolerował jedynie wuja w tej roli. Miał do niego bezpośredni dzwonek z gabinetu. Często zapadał na grypę, ale nie chciał zażywać lekarstw. Wujaszek musiał mu je aplikować w posiłkach. Był niesłychanie trudnym pacjentem. Nie lubił nawet mierzyć gorączki. Wuja łączyły z Piłsudskim więzy przyjaźni. Marszałek mówił o Nim, “Mój najstarszy towarzysz z żyjących”. Dr Woyczyński jeździł z nim zawsze do ukochanego Wilna, gdzie Marszałek spędzał 19 marca imieniny z Zofią Kadenacową, starszą siostrą. Jeździł szesnaście kilometrów na północ do małego 35 hektarowego majątku Pikieliszki ze starym ogrodem. Wtedy do Berżenik przyjeżdżał na 2-3 dni wuj Woyczyński , któremu Piłsudski pozwalał odwiedzać rodzinę. Prosił jednak, żeby mu przywieźć naszej wędzonej na jałowcu polędwicy i kiełbasy litewskiej. Na jesieni zawsze brał do Wilna skrzynkę Ananasa Berżenickiego dla Marszałka.

Wuj, podobnie jak Marszałek, lubił stawiać pasjanse i przy dobrej pogodzie rozkładał karty na obrośniętym gęsto winem ganku dworu berżenickiego. Najchętniej kładł piramidkę, warkocz Wenery, ogonki Szwoleżerskiego, choinkę, grób Napoleona, prześcieradło.

Na Maderze, zimą roku 1930, podczas trzymiesięcznego urlopu, Marszałek dyktował mu swoją ostatnią pracę “Poprawki historyczne”. Wuj kupił na Sylwestra butelkę wina, a Marszałek miał pretensję , że za drogo zapłacił. Żył nadzwyczaj skromnie i prawie nie pił alkoholu…

…W maju 1931 r. kiedy wuj awansował na pułkownika, urządziliśmy skromną uroczystość rodzinną w Berżenikach…”

(fragmenty wspomnień Heleny z Zanów Stankiewiczowej , “Pani na Berżenikach, W. Wiśniewski, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Kontakty z rodziną Babci Marii

Kontakty dr Marcina Woyczyńskiego z rodziną siostry Marii (Mani) nie były zbyt częste, mimo że odległość z Alej Ujazdowskich w Warszawie, gdzie mieszkał Marcin, jest niewielka.

Kiedy Stankiewiczowie przenieśli się do Anina – wówczas podwarszawskiego letniska, Marcin chwalił ich wybór. Podobał mu się ten lesisty teren.

W 1932 roku gościł tutaj na weselu moich Rodziców – Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów. Do ślubu w kościele św. Aleksandra (Pl. Trzech Krzyży) pojechali kabrioletem Marszałka wypożyczonym przez wuja Marcina.

5_slub_janiny_i_st_tyszkiewiczow

Ślub Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów

Na emeryturze (1935) Woyczyński najchętniej przebywał na Kresach. Wrzesień 1939 roku zastał go prawdopodobnie w Wilnie.

W czasie niemieckiej okupacji bywał w Warszawie i kilkakrotnie w Aninie, ale chyba nigdy u nas nie nocował.

Serdeczny, ale nie wylewny, opiekuńczy i troskliwy wobec kobiet i dzieci, potrafił słuchać i z każdym znajdował wspólny temat. Miałam wtedy (1942-44) około dziesięciu lat i Dziadek Marcin fascynował mnie! Na pewno opowiadania Mamy o jego życiu miały duży wpływ na moją wyobraźnię. Dochowałam obietnicy danej Mamie i nikomu nie powtarzałam rodzinnych “sekretów”. Jeden z nich, to wróżba Cyganki – w czasie, gdy Marcin był jeszcze studentem w Piotrogrodzie, okazała się proroczą. Był żonaty trzykrotnie, a wszystkie jego żony były kobietami nietuzinkowymi (Maria, Ludmiła, Taida).

Marcin Wojczyński zmarł 25 lipca 1944 roku w Warszawie.

W przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego został pochowany na Wojskowych Powązkach. Z Anina na pogrzebie Dziadka był jedynie mój Ojciec, gdyż komunikacja miejska nie działała już sprawnie. Większość drogi przez miasto Ojciec pokonał pieszo. Mówił potem, że na pętli tramwajowej na Gocławku leżały wagony trakcyjne – zwiastun barykady i bliskich wydarzeń zbrojnych.

Dla mojej najbliższej Rodziny Marcin Woyczyński jest prawdziwym patriotą, który swoje życie podporządkował służbie Polsce. Niepodległość Ojczyzny oraz niełatwa codzienna gotowość i lojalność wobec wymagań wieloletniego druha – Marszałka, stanowiły priorytety w wyborach życiowych dr Woyczyńskiego.

Cześć Jego pamięci!

6_dr_marcin_woyczynskiMarcin Woyczyński

Maria Chodorek, Warszawa-Anin, październik 2016

Hermann Stöhr i Stanisław Kubicki

EMS: O Stanisławie Kubickim pisaliśmy tu już wielokrotnie, przede wszystkim dr Lidia Głuchowska, niestrudzona badaczka jego życia i twórczości i propagatorka jego dzieł w Polsce, w Niemczech, w Europie i na świecie. Hermann Stöhr pojawia się na tym blogu po raz pierwszy, natomiast już od wielu lat jego biografią zajmuje się znana berlińska instytucja, związana z Domem Demokracji (Haus der Demokratie), a mianowicie Friedensbibliothek / Antikriegsmuseum. Biblioteka Pokojowa przygotowała i wciąż aktualizuje wystawę o nim. Pierwszą wersję tej wystawy prezentowały w Szczecinie Biblioteka Pokoju w Berlinie, Dom im. Dietricha Boenhoffera w Szczecinie, oraz Stowarzyszenie (któremu od roku przewodniczę) Städtepartner Stettin – Partnerstwo Szczecin – Friedrichshain/ Kreuzberg. Dziś z inicjatywy tego Stowarzyszenia otwarta zostanie dwuczęściowa wystawa o tych dwóch niezwykłych ludziach, którzy się nigdy nie poznali i których pozornie wszystko dzieliło – narodowość, religia i profesja, a jednak łączyło ich zaangażowanie społeczne, działanie na pograniczu polsko-niemieckim i głęboki pacyfizm, a najbardziej dramatycznym znakiem równania między nimi stała się męczeńska śmierć z rąk nazistów. Hermann Stöhr był pierwszym Niemcem straconym za odmowę służby wojskowej, Stanisław Kubicki, działacz AK, został zamęczony na śmierć w więzieniu Pawiak w Warszawie.

stoehr-kubicki-zapr

Bogdan Twardochleb, dziennikarz Kuriera Szczecińskiego pisze na stronie Książnicy:

Książnica Pomorska – Wydarzenia

 Data: 28 października – 25 listopada 2016

Miejsce: Hol przy Czytelni Głównej, wenisaż: 28.10, godz. 12.00

28 października 2016 r. o godz. 12.00 otwarte zostaną dwie paralelne wystawy: Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” – Stanisław Kubicki (1889-1942) i polska awangarda w Niemczech oraz NIE, które na pewno NIE znaczy” – Hermann Stöhr  (1898-1940).

Hermann Stöhr  urodził się 4 stycznia 1898 r. w Szczecinie – został stracony przez hitlerowców 21 czerwca 1940 r. w Berlinie-Plötzensee. Był protestanckim teologiem, publicystą, wydawcą, doktorem nauk o państwie, działaczem niemieckich i międzynarodowych ruchów społecznych i pomocowych, pacyfistą. W Szczecinie mieszkał najpierw przy dzisiejszej ul. Unisławy 7, później przy ul. Juliana Tuwima 12. W sierpniu 1939 r. odmówił stawienia się do armii i nie przyjął karty mobilizacyjnej. 31 sierpnia 1939 r. został aresztowany i po procesach skazany na śmierć „za osłabianie siły bojowej państwa”.

Stanisław Kubicki urodził się w polskiej rodzinie w dniu 20 stycznia 1889 r. w Ziegenhain (Hesja) – został zamęczony na śmierć przez hitlerowców w czerwcu  1942 r. w więzieniu gestapo na Pawiaku. Nie jest znana ani data śmierci, ani miejsce pochówku.

Był malarzem i poetą, ekspresjonistą, członkiem grup Bunt i Zdrój, mieszkał w Berlinie i Poznaniu, w czasie wojny działał w AK, wypełniał misje między Warszawą a Berlinem. Gestapo aresztowało go w Warszawie, gdy przyszedł na pogrzeb przyjaciela, poety ze „Zdroju”, żołnierza AK, Jerzego Hulewicza.

Hermann Stöhr i Stanisław Kubicki prawdopodobnie się nie znali i nigdy nie spotkali. W ich życiorysach i losach jest jednak wiele znaczących wątków wspólnych. Ma to rangę symbolu.

Obaj angażowali się na rzecz na rzecz ludzi biednych i wykluczonych, bliski był im pacyfizm, byli głęboko religijni w duchu chrześcijańskim, występowali na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego, czynnie przeciwstawili się nazizmowi, za co zapłacili życiem.

W Berlinie jest pl. Hermanna Stöhra i stoi kamień, który go upamiętnia. Kamień pamięci (Stolperstein) umieszczono przed berlińskim domem Stanisława Kubickiego. Inicjatorami byli uczniowie jednej ze szkół w dzielnicy Neukölln.

Wystawę o Hermannie Stöhrze przygotowała berlińska Friedensbibliothek (Antikriegsmuseum), a wystawę o Stanisławie Kubickim – Uniwersytet Zielonogórski. Kuratorem pierwszej jest Jochen Schmidt z Friedensbibliothek, który odnalazł wiele materiałów, związanych z Hermannem Stöhrem i pamiątek po nim, drugiej – dr Lidia Głuchowska, autorka głównych opracowań o Stanisławie Kubickim.

Inicjatorem wspólnego zaprezentowania obu wystaw w Szczecinie jest Städtepartner Stettin e.V., stowarzyszenie partnerskie Szczecina, działające w Berlinie (Friedrichshain-Kreuzberg). Na otwarcie przyjadą członkowie stowarzyszenia z jego przewodniczącą, Ewą Marią Slaską.

EMS: Nasze Stowarzyszenie zamierza kontynuować te działania. W maju 2017 roku podwójna wystawa o Hermanie Stöhrze i Stanisławie Kubickim zostanie zaprezentowana w pomieszczeniach Ratusza Kreuzberg w Berlinie. Z tej okazji ma również powstać film o działaniach Hermanna Stöhra, zorganizowane zostaną otwarte dla publiczności spacery śladami obu naszych bohaterów w Szczecinie i Berlinie. Docelowo Stowarzyszenie chciałoby uzyskać upamiętnienie ich obu w nazwach ulic
w obu miastach.

Victor Jara

Cementerio General de Santiago

Dejé el nicho cubierto con una tosca lápida en la que se leía, sencillamente:
VÍCTOR JARA
14 septiembre de 1973

Tak zapisała Joan Jara w przedmowie do książki o Victorze, Un canto truncado

Grobu wielkiego chilijskiego muzyka, bohatera i ofiary puczu Pinocheta, o którym pisze jego żona Joan Jara, takiego, jaki zobaczyła w październiku 1973 roku, już nie ma. Na starym zdjęciu widać symbole pokoju i napis “Do zwycięstwa…” W roku 2009 niszę chroniącą prochy, jedyny grób, jaki reżim pozwolił przygotować dla swej ofiary, zastąpiono dużym grobem ziemnym.

Joan Jara pisze, że na grobie męża widniała data śmierci 14 września 1973 roku, na górnym zdjęciu nie widać w ogóle, jaki to dzień, wikipedia hiszpańska, niemiecka, polska i angielska podają datę 16, a wydaje mi się, że na nowym nagrobku widnieje 13 i tak też informuje wikipedia francuska. Na pewno aresztowano go 12 września, w drugi dzień puczu. Reżim zaczyna rządy od zabicia piewców wolności. Jakie podobieństwo ze śmiercią Federica Garcii Lorki.

jara-12-kleinByli u nas, Victor Jara, jego choreografka, Margot Loyola, jego zespół, Cuncumén. Mama i Ojciec nazywali ich “Chilijcy”. Pisałam już TU o tej wizycie. Teraz w rocznicę śmierci pieśniarza dodam coś nowego, a mianowicie książkę, którą kilka tygodni temu przysłała mi moja siostra.
Joan Jara, żona artysty, wydała ją we wrześniu 1983 roku, w 10 rocznicę śmierci męża. Przyjaciółka Mamy, Janelle, kupiła ją, napisała dedykację i przysłała do Gdańska w maju 1986 roku.

Mama włożyła do książki zdjęcia z pobytu “Chilijców” u nas w domu. Kasia twierdzi, że jedna z tych dziewcząt na zdjęciu to ja, ale nie byłabym tego taka pewna. Gdy nas odwiedzili, miałam 12 lat, ta podobna do mnie dziewczyna jest jednak dużo starsza, może ma nawet 18 lat.

jara-9klein

W książce nie ma mowy o Polsce, o Gdańsku i o nas, chociaż Joan dość dokładnie opisuje kilkumiesięczną podróż zespołu i Victora do Europy, 1 lipca byli w Pradze, 7 września w Odessie. Przy opisie podróży nie znalazłam żadnych uwag Mamy (a często pisała w książkach – mam to po niej), natomiast jest tam zdjęcie, które jednak muszę zreprodukować i zamieścić – ostatnie zdjęcie Victora…

Wszystkie zdjęcia z książki i książki zrobiła Ania. Specjalnie do mnie przyszła, żeby je zrobić! Dziękuję.

jara-11-klein

A to już zdjęcia z Gdańska, poznaję te firany – kupowało się je bodajże w Cepelii, a ponieważ kiedyś pomagałam naszej znajomej je produkować, wiem, że odbijało się je ręcznie z kilku nakładanych po kolei płyt linoleum. Na pierwszym zdjęciu, ten po prawej, to Viktor. Na drugim – ta po lewej to słynna Margot Loyola. Na trzecim, na fotografii po prawej, ta z przodu, pochylona, to teoretycznie mogłabym być ja, ale chyba nie jestem… Szkoda…

jara-8klein jara-7-klein jara-5-klein-dopel jara-4-klein-pion