Alma (9)

Lech Milewski

Niejedno życie Almy

Jako akompaniament proponuję ostatnią część Symfonii Nr 45 Józefa Haydna – Pożegnanie. Powodów mam aż trzy. Po pierwsze przypominają mi się słowa Almy, gdy Gustaw Mahler prezentował jej swoją kolejną symfonię – wolę Haydna. Ja też. Po drugie ten post to moje pożegnanie z tą serią wpisów. Po trzecie… to wyjaśnię w zakończeniu. Teraz czas na muzykę…

Pierwsze życie Almy.

Benedictine

Prawie 30 lat życia z Franzem Werflem zakończone. Alma miała już 66 lat, stopniowo traciła słuch, przybrała znacznie na wadze, nie rozstawała się z butelką Benedictine. Jednak energia jej nie opuściła.
Pierwsza sprawa to proces z siostrą Franza o prawa autorskie po zmarłym. Alma wygrała.
Kolejna sprawa – łatwa do przewidzenia – ktoś rozpuścił plotkę, że Alma zamierza wyjść za mąż za słynnego dyrygenta Bruno Waltera – KLIK. Według moich obliczeń to już szósta propozycja małżeństwa nie licząc tych, które doszły do skutku. Alma zdementowała te pogłoski.

W 1947 roku Alma uzyskała obywatelstwo USA i wybrała się do Europy. W Londynie odwiedziła córkę Annę, zamężną po raz czwarty, ale nie ostatni. Córka Anny nie spodobała jej się. Status babci był dla niej nie do przyjęcia. Szybko opuściła Londyn i pojechała do Wiednia.
Tam spotkało ją szereg rozczarowań. Po pierwsze, miasto jej wspomnień leżało w ruinach – opera, katedra, Burgtheater. Jej rodzinny dom częściowo zburzony, jej dom w Semmering sprzedany Rosjanom, którzy zamalowali freski Oskara Kokoschki nad kominkiem. Jej ojczym Carl Moll – nazista z przekonań – popełnił wraz ze swoimi synami samobójstwo w dniu wkroczenia Armii Czerwonej do Wiednia. Na dodatek, jeszcze za życia, sprzedał wszystkie dzieła sztuki, które Alma oddała pod jego opiekę. Próby odzyskania tych dzieł były skazane na niepowodzenie, gdyż wszelkie instytucje, do których zwracała się Alma i jej adwokat, były nadal obsadzone przez osoby o poglądach nazistowskich, traktujące Almę z najwyższą nieufnością, wręcz pogardą. Opuściła Wiedeń w gniewie i przez resztę swojego życia już tu nie wróciła.

Namiętności i pasje wygasły – Alma była wreszcie wolna – bez mężą, bez kochanka, bez zależności od kolejnego wielkiego człowieka. Nie wiadomo, czy rozważała możliwość poświęcenia się swojej pasji z młodości – muzyce. Pewnie było już na to za późno. Pozostała jej do odegrania tylko jedna rola – wdowy. Czas przewartościował wiele dzieł sztuki, twórczość Franza Werfla szybko blakła i odchodziła w zapomnienie, za to twórczość Gustawa Mahlera zaczynała przeżywać prawdziwy renesans. Wybór był prosty – wdowa po Mahlerze. Alma przeniosła sie do Nowego Jorku i urządziła salon podobny do tego wiedeńskiego, z końca lat 20. Dzieła sztuki, rękopisy dzieł Mahlera, ubrana na czarno wdowa – niektórzy nazywali ją Wdową Czterech Sztuk – KLIK.

Alma zapraszano jako honorowego gościa na każde wykonanie utworów Mahlera. Do jej drzwi pukali wszyscy, którzy chcieli poznać kulisy powstania dzieł jej pierwszego męża – Bernstein, Solti, Britten. Stała się instytucją. Stosownie do tej roli zrobiła porządek w papierach, czystkę w listach i pamiętnikach, wydała dwie książki – Gustav Mahler, memories and letters i And the bridge is love.

Walter Gropius podczas pobytów w Nowym Jorku odwiedził kilkakrotnie Almę. Mieszkający na stałe w Szwajcarii Oskar Kokoschka pisał do niej listy do końca życia. Nie wiem, czy na nie odpisywała. Pewnego dnia przyjechał do Nowego Jorku i napisał kartkę do Almy prosząc o spotkanie.
Przypomniała mi się wypowiedź Almy:
Nigdy nie lubiłam muzyki Mahlera, nigdy nie interesowało mnie co napisał Werfel – (mogłaby dodać – nigdy nie obchodziło mnie co robił Gropius), ale Kokoschka, tak, Kokoschka zawsze wzbudzał we mnie emocje.
W tym kontekście oczywiste było, że Alma odmówiła.

Alma zmarła 11 grudnia 1964 roku w wieku 85 lat – zatem w tym roku przypada 135 rocznica jej urodzin i 50 rocznica śmierci.
Nie znalazłem żadnych informacji o jej pogrzebie poza wzmianką, że wybierając muzykę na swój pogrzeb, nie włączyła do niej żadnego utworu Mahlera.
Udało mi się znaleźć treść nekrologu opublikowanego w The New York Times w niedzielę 13 grudnia 1964 roku. Znając dbałość Almy o formę wszelkich oficjalnych deklaracji, jestem przekonany, że to ona była jego autorką a więc przytoczę go w całości.
Mrs. Alma Mahler Werfel, widow of the writer Franz Werfel and earlier of the composer Gustav Mahler, died Friday in her apartment at 120 East 73d Street. Her age was 85. She had also been married to Walter Gropius, the architect. Mrs. Werfel, who was once described as <<The most beautiful girl in Vienna>>, recalled in her autobiography that she had always been attracted to genius. She noted that she had once confided to her first husband, Mahler, that what she really loved in a man were his achievements. <<The greater the achievements>>, she told the great German composer, <<the more I love him>>. And genius also seemed to have been attracted to Mrs. Werfel. The former Alma Schindler, the daughter of Emil J. Schindler, a landscape painter in Austria, she grew up in Vienna surrounded by art and artists. Her intellect, which was nurtured by her brilliant father, complimented her beauty. She was a 21-year-old music student in 1902 when she met Mahler, who was 41 years old and director of the Court Opera House. He had already made his mark in the music world. After a short courtship they were married. Alma traveled with her husband on conducting tours in Europe and the United States. They had two daughters, but only one, Anna, survived. She became a sculptor. While still married to the composer, she met Walter Gropius, then a little known architect. She described him in her diary as an <<extraordinarily handsome German>>, and added that the night of their first meeting wore into sunrise. <<There remained no doubt>>, she wrote, <<that Walter Gropius was in love with me and expected me to love him>>. Mahler found out about their affair, brought the architect to their home and asked Alma to make a choice. She chose to remain with the compooser, but Gropius continued to write love letters to her. She said in her book And the Bridge is Love, published in 1958, that Mahler read Gropius’s correspondence and <<wrote beautiful poems about it>>. Mahler died in 1911 and his widow returned to Vienna to live with her parents. One day her father told her of <<a poor starving genius>> who painted. Later he brought Oskar Kokoschka home to paint her picture. She wrote that after he had finished sketching her he stood up, embraced her and walked out. He then started sending love letters and they became lovers. The affair lasted three years until Kokoschka joined the German Army. Shortly afterward Alma began corresponding with Gropius, who had become successful, and they were married in August 1915. They had a daughter, Manon, who died in her teens. While still married to Gropius she met Franz Werfel and had a son by him. The child died in infancy. Gropius and Alma finally agreed to divorce in 1918. She then moved in with Werfel, and they were married in July, 1929. She also wrote in her diary that she was pursued by other geniuses. The following was dated 1926 and referred to a conversation she had with Gerhart Hauptmann, the German drammatist and poet: <<‘It’s a pity’, he said to me, ‘that the two of us don’t have a child together. That would have been something You, you my great love…’ (…) ‘In another life’, he once told me, ‘we two must be lovers. I make my reservation now’. <<His wife heard it. ‘I’m sure Alma will be booked up there too.’ she said flippantly. He and I only smiled…>> She also wrote that other great men who were in love with her were Dr. Paul Kammerer, the biologist, and Ossip Gabrilowitsch, the Russian pianist and conductor who later married Mark Twain’s daughter. Werfel and Alma fled Nazi Germany in the late nineteen-thirties. Their experiences prompting Franz to write The Song of Bernadette and Jacobowsky and the Colonel. They came to the United States in 1940 and settled in California, where Werfel died in 1945. She moved to New York in 1952. Besides And the Bridge is Love, Mrs. Werfel wrote Gustav Mahler: Memories and Letters.

Alma została pochowana na cmentarzu Grinzing w Wiedniu, tym samym, na którym pochowani są Gustaw Mahler i jej dzieci.

Drugie życie Almy.

W nekrologu Almy była stosowna wzmianka na ten temat i wiemy na pewno, że Gerhardt Hauptmann dokonał stosownej rezerwacji.

Jestem przekonany, że drugie życie Almy jest niemniej urozmaicone niż pierwsze i gdy tylko uzyskam informacje z pierwszej ręki, pospieszę się nimi podzielić.

Trzecie życie czyli Problem pod tytułem Alma.

Jak wspomniałem na początku tego projektu, głównym źródłem moich informacji była książka Françoise Giroud – The art of being loved. Znalazłem gdzieś dość sceptyczną ocenę tej książki i podstawowy zarzut – książka słowem nie wspomina o “Alma Problem”. Rzeczywiście nie wspomina. Wrzuciłem więc haslo do google i zakotłowało się – 32 miliony trafień!

O co chodzi? Skonsolidowana odpowiedź jest w wikipedii – KLIK.

Jak wspomniałem nieco wyżej Alma przez 20 lat była instytucją. Na podstawie jej wspomnień, listów i książek dwie generacje muzykologów i krytyków muzycznych kształtowało obraz życia i twórczości coraz bardziej popularnego kompozytora. Aż nagle (wikipedia nie podaje kiedy) wyszło szydło z worka. Z ponad 350 listów otrzymanych od Gustawa Mahlera Alma ukryła/zniszczyła prawie 200. Spośród 159 opublikowanych 122 zostało zmienionych.
Jej książki zawierają wiele przeinaczeń. Lista innych przewinień podana jest na zlinkowanej powyżej stronie.

Jak to zwykle bywa, ludzie mediów, zamiast w cichości przeżywać swoją porażkę i wstyd, rozgłośnili ja ponad wszelką miarę. Miliony trafień google są tego dowodem. Z jednej strony Alma jest przedstawiana jako potwór, który wyssał wszelkie siły i życie geniusza, z drugiej jako ofiara zbyt silnych charakterów, którymi była otoczona. Napisano o niej kilka książek, zrobiono kilka filmów, napisano tysiące artykułów.

Dla mnie jednak książka Françoise Giroud pozostaje nadal najpełniejszym obrazem życia Almy. Nie pomija ani nie ukrywa żadnych czynów czy wad Almy, ale przedstawia je w logiczny i wyważony sposób.

Prawdę mówiąc gdybym od początku wiedzial o “Alma problem” nie zdecydowałbym się na opracowanie tego cyklu wpisów. Zrobiło to już tak wiele osób. Jednak błogosławieni naiwni – poznawanie życia Almy oraz osób i wydarzeń z nim związanych było i nadal jest dla mnie emocjonująca przygodą, której najbardziej esencjonalny fragment przedstawiłem w moich wpisach.

Dziękuję Ewie Marii za danie mi szansy na publikację moich odkryć, a wszystkim czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość.

Czas na Pożegnanie…

Trzeci powód włączenia Symfonii Pożegnalnej do tego wpisu. Symfonia została napisana w okresie służby Haydna na dworze księcia Esterhazy – na plus księcia należy zapisać, że Haydn był tam trzecim najwyżej płatnym pracownikiem. Zwyczajem księcia było przenosić się na lato wraz z dworem do letniej posiadłości. W 1772 ten letni pobyt przedłużał się ponad zwykłą miarę i członkowie orkiestry byli mocno znużeni długim rozstaniem z rodzinami. Wtedy to Haydn skomponował tę symfonię, w której ostatniej części muzycy kolejno opuszczają scenę pozostawiając na niej ostatecznie tylko dyrygenta i pierwszego skrzypka (Haydna). Książę pojął aluzję i orkiestra dostała wkrótce zasłużony urlop. Tyle komentatorzy muzyczni.
A mnie kołacze się po głowie myśl, że może ten przedłużony pobyt dworu na wsi wiązał się w jakiś sposób z obowiązkami księcia na dworze cesarskim. Przecież tam pracowano wtedy nad bardzo poważnym projektem – pierwszy rozbiór Polski został oficjalnie podpisany 5 sierpnia 1772 roku w Petersburgu.
Oczywiście nie mam żadnych podstawy do takich przypuszczeń. Po prostu na stare lata wszystko co jest dla mnie istotne, kojarzy mi się z wszystkim.

W zlinkowanym video ucieczka ze sceny rozpoczyna się w 3 minucie i 20 sekundzie.

Tym razem to ja mam ostatnie słowo, a więc odchodzę ostatni.

Alma (8)

Lech Milewski

Wielka ucieczka

Jako podkład muzyczny proponuję Symfonię Nr 9 Antoniego Dworzaka – Z Nowego Świata. Wybór dość oczywisty gdyż tam właśnie zakończyła się ucieczka głównych bohaterów tej serii wpisów.

Ostatnim wydarzeniem w poprzednim odcinku było morderstwo kanclerza Dolfussa. Cofnijmy się o rok i przenieśmy do Niemiec.
8 kwietnia 1933 roku Studenckie Biuro Propagandy ogłosiło Akcję przeciwko nie-Niemieckiemu Duchowi.
Nie-niemiecki Duch objawiał się w:
– książkach zdrajców oczerniających Nowe Niemcy,
– literaturze komunistycznej i pacyfistycznej,
– literaturze liberalnej popierającej Republikę Weimarską,
– literaturze propagującej sztukę dekadencką lub czysto konstruktywistyczną (np. Bauhaus)
– literaturze stworzonej przez żydowskich autorów bez względu na jej zawartość.

Uczelnie otrzymały listę najgroźniejszych autorów. Na pierwszych trzech pozycjach znaleźli się: Karol Marks, Karol Kautsky i Henryk Mann. 10 kwietnia zapłonęły stosy. Największy na Opernplatz w Berlinie.

Zwróciłem uwagę na nazwisko Henryka Manna, pierwszego literata na tej liście. Już rok wcześniej, na łamach pisma Die Weltbühne, pojawił się artykuł A. Hitlera pod tytułem – Prezydent? Autor przeprowadzil całkiem logiczny dowód, że Henryk Mann jest lewicowcem nie uwikłanym w żadne układy partyjne i byłby w stanie doprowadzić do porozumienia szerokiego frontu lewicowego z komunistami i w rezultacie objąć stanowisko prezydenta Republiki Weimarskiej.

Na szczęście w 1933 roku Henryk Mann przebywał we Francji, gdyż w innym przypadku nie skończyłoby się tylko na paleniu książek.
Henryk Mann już od młodych lat demonstrował niezwykły instynkt polityczny w przeciwieństwie do swojego dużo słynniejszego, brata Tomasza, który każdą sytuację polityczną oceniał błędnie i potem wielokrotnie zmieniał zdanie.
W przypadku nazizmu było podobnie. Henryk Mann stał się przywódcą antyfaszystowskiego ruchu intelektualistów. Tomasz Mann, podobnie jak większość Niemców, w pierwszej chwili wiązał pewne nadzieje z Hitlerem. Nadzieje bardzo szybko się skończyły, ale słynny pisarz bardzo długo grał z nazistami w kocie łapki. Przezornie przebywał poza granicami Niemiec, ale bardzo długo zwlekał z podpisaniem listu intelektualistów antyfaszystowskich, twierdząc, że więcej pożytku przyniesie Niemcom możliwość dostępu do jego książek. Uległ dopiero naciskowi własnej rodziny, która była mocno zażenowana jego postępowaniem.
Rzeczywistość okazała się bardzo okrutna dla Henryka, który po zaprzestaniu publikacji jego książek w Niemczech, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji materialnej i utrzymywał się na powierzchni dzięki ciężkiej pracy żony i regularnej pensji wypłacanej mu przez brata.
Natomiast Tomasz Mann stał się ambasadorem niemieckich intelektualistów i artystów szukajacych bezpiecznej przystani w USA.

Wróćmy jednak do ducha nie-niemieckiego. Muszę stwierdzić, że zaskoczyło mnie zaliczenie do tej kategorii Bauhausu. Wszak propagował on funkcjonalność, ergonomię, czystość konstrukcji. To całkiem podobne do koncepcji samochodu dla ludu – volkswagena, który był ulubieńcem Hitlera i został skonstruowany i wprowadzony do produkcji przez nie byle kogo lecz samego doktora-inżyniera Ferdynanda Porsche.
Nie mogę się oprzeć nie popartemu żadnymi dowodami podejrzeniu, że w przypadku Bauhausu i Waltera Gropiusa jakąś rolę mogła odegrać osoba naczelnego architekta Rzeszy, Alberta Speera, który miał zupełnie inne koncepcje architektoniczne.

Walter Gropius bardzo szybko pozbył się złudzeń i w 1934 roku wyjechał do Anglii, a trzy lata później do Stanów Zjednoczonych, gdzie kontynuował swoją błyskotliwą karierę. Na początek zaprojektował i wybudował dom dla swojej rodziny (po rozwodzie z Almą ożenił się powtórnie i miał córkę z adopcji). Ten dom i jego otoczenie uchodzą do dzisiaj za wzór budownictwa funkcjonalnego – KLIK.
Kilka dni temu zapytałem żonę mojego bardzo młodego kuzyna, z zawodu architektkę, czy zna nazwisko Gropius. Spojrzała na mnie z urazą – też mi pytanie.
Proszę podać w google hasło “Gropius doorhandle” albo “Gropius chair” a może się okazać, że bez Waltera Gropiusa nasze warunki życiowe mogłyby być zupełnie inne…

Oskar Kokoschka nie miał żadnych złudzeń co do nazizmu. Przecież już w 1911 roku arcyksiążę Ferdynand (ten zastrzelony trzy lata później w Sarajewie) oglądając obrazy Kokoschki powiedział – ktoś powinien połamać temu człowiekowi wszystkie kości. Teraz czas wiedeńskiej operetki się zakończył, przyszedł czas na łamanie kości.
W 1934 roku Oskar przeniósł się do rodzimej Czechosłowacji. Powstała tam grupa artystów ekspatriantów, która przyjęła nazwe Oskar Kokoschka Bund. W Czechosłowacji ożenił się z Olgą Pavlovską. W 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wyemigrował do Anglii, gdzie jego twórczość była zupełnie nieznana i wraz z żoną do końca wojny żyli w biedzie. Po zakończeniu wojny jego dzieła szybko wróciły do czołowych galerii Austrii, Włoch i Niemiec, a on sam osiedlił się w Szwajcarii, gdzie zmarł w wieku 93 lat.

Manon Gropius

Wracam do głównej postaci tej opowieści. Wiadomość o zabójtwie kanclerza Dolfussa niezbyt przejęła Almę i jej rodzinę, gdyż przeżywali swoją własną tragedię. 17-letnia Manon została porażona paraliżem dziecięcym i całkowicie sparaliżowana. Manon – cudownie wrażłiwa dzieczynka, która potrafila się porozumiewać z roślinami i zwierzętami, która po wizycie za kulisami teatru czuła się na scenie jak we własnym domu, została przykuta do wózka inwalidzkiego. Walter Gropius przyjechał z Londynu odwiedzić córkę. Lekarze byli pełni optymizmu. Alma wierzyła, że Manon wyzdrowieje, bo ona, Alma, tego chce. Przyjaciel domu – ksiądz Hollnsteiner – radził, żeby jej znaleźć męża, Manon prosiła tylko o jedno – pozwólcie mi umrzeć w spokoju. Pocieszała też na swój sposób Almę – zapomnisz o tym, Mamusiu, tak jak zapomniałaś o wszystkich innych.
Manon umarła w Poniedziałek Wielkanocny 1935 roku. Została pochowana na cmentarzu Grinzig tak jak Gustaw Mahler i piewsza córka Almy. Pogrzeb odbył się tak pospiesznie, że Walter Gropius nie zdążył przyjechać na czas. Za to Alma była pierwszy raz na pogrzebie. Elias Canetti (literacki Nobel 1981 – KLIK) – bezlitosny krytyk Almy – wspomina pogrzeb tak: …tym razem, też, wszystko było zrobione dla efektu. Cały Wiedeń był tutaj. (…) Ona (Alma) płakała i uderzyło mnie, że nawet jej łzy były ogromnie duże. Nie było ich zbyt wiele, ale ona potrafiła tak płakać, że one płynęły razem, niezwykłego rozmiaru. Takich łez nie widziałem nigdy w życiu, jak niezwykłe perły, drogocenna ozdoba…

Franz Werfel był bardzo blisko Almy. Starał się ją wesprzeć w każdy możliwy sposób, ale teraz to on był gwiazdą. To o nim pisały gazety, to on zostal zaproszony do Nowego Jorku, to dla niego Ormianie, wdzięczni za pokazanie ich losu w książce 40 dni Musa Dag, organizowali specjalne akademie. To on został zaproszony przez Ligę Narodów na dyskusję na temat roli literatury.
Alma pisała: Moje małżeństwo nie jest już małżeństwem. Żyję nieszczęśliwie przy Werflu, którego monologi zdają się nie mieć końca. Jego zamiary, jego słowa, wszystko jego, jego, jego! Zapomniał jak ważne były kiedyś dla niego moje słowa.

W 1938 roku, podczas pobytu we Włoszech, dotarła do nich wiadomość o spotkaniu kanclerza Schuschniga z Hiltlerem. Anschluss Austrii był kwestią dni. Alma zostawiła męża we Włoszech, a sama udała się do Wiednia, ratować co się da. Na wszelki wypadek zamieszkała w hotelu. Z wystaw sklepowych spoglądały na nią portrety Hitlera. A jednak jej córka, Anna, nie zdawała sobie ciągle sprawy z tego, że bycie dzieckiem Mahlera jest niebezpieczne. Jednym z pierwszych posunięć nowej administracji była zmiana nazwy Mahler-Strasse.
Ksiądz Hollnsteiner przygotowywał kazanie na temat wielkości faszyzmu. Rodzina jej ojczyma, Carla Molla, świętowała. Alma wyciągnęła wszystkie swoje oszczędności z banku, zaszyła je w pasie i poprosiła swoja służącą o przewiezienie ich do Szwajcarii. Pożegnała się z matka, a ojczymowi przekazała pod opiekę wszystkie swoje dzieła sztuki.
Z wielkim trudem przekonała swoją córkę do wyjazdu. Na ulicach Wiednia rozwieszano ogłoszenia o mającej nastąpić za kilka dni wizycie Hitlera, gdy Alma z Anną jechały na dworzec.
Przez Pragę, Budapeszt, Zagrzeb i Triest dotarły do Mediolanu, gdzie czekał na nie Franz.
W Zurichu odebrali oszczędności Almy i przez Paryż pojechali do Londynu. Anna mówiła biegle po angielsku, Franz miał zdolności do języków, a nowe otoczenie mobilizowała go do działania. Alma natomiast oczekiwała nadal, że wszyscy będą do niej mówić w jej języku. Tak się nie stało i wkrótce znienawidziła Londyn. Powrócili więc do Paryża. Tam Almie udało się odzyskać pozostawiony w Wiedniu manuskrypt III symfonii Brücknera, ulubionego kompozytora Hitlera.
We wrześniu wybuchła wojna i nagle stali się we Francji cudzoziemcami z wrogiego kraju. Dlaczego natychmiast nie wyjechali do USA? Jakaś wiara w siłę euroejskiej tradycji kulturalnej? Podjęli decyzję dopiero gdy Niemcy opanowały Francję, ale wtedy było już za późno. Nie posiadali francuskiej wizy wyjazdowej i musieli uciekać przez “zieloną granicę”. Po kilku tygodniach oczekiwania w Lourdes trafiła się wreszcie okazja. Wraz z Henrykiem Mannem, jego żoną i synem Tomasza Manna – Golo – przekradli się do Hiszpanii a dalej, już legalnie, do Portugalii i USA. Ucieczkę tę opisałem szczegółowo w pierwszym odcinku opowieści.

Po sukcesie Pieśni Bernadetty ich sytuacja materialna była bardzo dobra. Kupili duży dom w Beverly Hills. Mieli dobre ksiązki, fortepian, służbę. Byli w centrum życia niemieckiej emigracji. A jednak: Franz jest zmęczony. Zamknięty w sobie. Jak martwy. Chyba potrzebuje nowej miłości albo czegoś podobnego. A ja, ja nie potrzebuję i nie szukam już nikogo ani niczego.

26 sierpnia 1945 roku Franz Werfel zmarł na skutek ataku serca. Problemy z sercem odczuwał już od kilku lat. A przecież w dniu, gdy Alma dostała krwotoku i przedwcześnie urodziła synka, złożył ślub, że jej nie opuści i rzuci palenie. Wypełnił tylko pierwszą część tego ślubowania.

Pogrzeb odbył się trzy dni później. Tomasz Mann wspomina go tak:
Uroczystość pogrzebowa odbyła się w kaplicy Towarzystwa Pogrzebowego w Beverly Hills; obfitość kwiatów była wielka a grono żałobników, liczące wielu muzyków i pisarzy, bardzo liczne. Wdowa, wdowa po Mahlerze, a obecnie i po Werflu nie była obecna. ‘Nigdy przy tym nie bywam’ – powiedziała ta wspaniała kobieta – a słowa te, w całej swej szczerości, wydały mi się tak komiczne, że nie wiedziałem właściwie, czy szloch, czy śmiech, wstrząsnęly moją piersią nad trumną. W sąsiednim pomieszczeniu śpiewała Lotta Lehman przy akompaniamencie (Bruno) Waltera. Mowa pogrzebowa abbe Moeniusa długo się odwlekała…, gdyż Alma w ostatniej chwili zażądała nagle rękopisu celem energicznej cenzury. (Bibliografia 3)

P.S. Dla osób, które poczuły nieco sentymentu do bohaterów tej opowieści mam prezent – nagrania głosów Almy Mahler, Waltera Gropiusa, Oskara Kokoschki, Franza Werfla, Anny Mahler (córki Gustawa i Almy) – KLIK.

Zakończenie za tydzień.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Evelyn Juers – House of Exile – KLIK.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus.

Alma (7)

Lech Milewski

Koniec cesarskiego walca

Jako podkład muzyczny proponuję oczywiście Cesarskiego Walca…

Czy Alma wiedziała czyje dziecko nosi w swoim łonie? Być może nie. Z poprzednich odcinków wiemy, że decyzja o przerwaniu ciąży, z wiedzą czy bez wiedzy biologicznego ojca, nie przysparzała jej wielkich dylematów. Co więc zaważyło? Rozbudzone przez Manon Gropius uczucia macierzyńskie? Ciekawość? Zdanie się na łaskę losu?

A co myślał o tej ciąży jej mąż? Trudno odgadnąć. Wiadomo, że Walter Gropius był cały czas zazdrosny o miniony związek Almy z Oskarem Kokoschką. Wracał często do niego w korespondencji, a kiedyś, w napadzie gniewu, podarł jeden z papierowych wachlarzy podarowanym Almie przez Oskara na pożegnanie.
Temat kontaktów z Franzem Werflem nie pojawial sie w korespondencji Almy z mężem. Być może Walter zdawał sobie sprawę ze swojej bezradności. Przeszłość okazywała się łatwiejsza do kontrolowania niż teraźniejszość.

Rok 1917 przyniósł znaczne pogorszenie sytuacji finansowej Almy. Małżeństwo z Gropiusem oznaczało utratę wdowiej renty. Inflacja zmiejszyła dochody z wykonań i publikacji utworów Mahlera. Alma przeniosła się do swojego domu w Semmering. Spowodowało to pewne scementowanie rodziny. Starsza córka Almy – Anna Mahler – miala 13 lat, była wszechstronnie utalentowana, akceptowała i miała bardzo dobry kontakt z kolejnymi partnerami matki i darzyła wielką sympatią swoją młodszą (jednoroczną) siostrę.

W lipcu, gdy Alma była w 7 miesiacu ciąży, odwiedził ją Werfel. W pamiętniku zapisał: “Straciłem kontrolę nad sobą. Kochaliśmy się! Nie oszczędzałem jej...”

Kilka godzin później Alma dostała silnego krwotoku. Służąca posłała Franza po lekarza. Po ciemku zbłądził, zabłąkał się na jakieś mokradła. Zdesperowany złożył ślub – jeśli wszystko zakończy się pomyślnie, to nigdy nie opuści Almy i rzuci palenie.
Na szczęście córka Almy – Anna – nie straciła głowy i wezwała telefonicznie lekarza z Wiednia. Gdy wreszcie Franz wrócił do domu, Alma poprosiła go do swojego pokoju. Była tak piękna, że Franz miał łzy w oczach. Powiedział Almie, że czuje się winny tego co się wydarzyło.
Odpowiedź Almy: “Winny. Jesteś tak samo winny jak ja. A ja nie jestem wcale winna. Wina! Dla mnie takie pojęcie nie istnieje.”

Alma została przeniesiona do szpitala w Wiedniu. Franz próbował dodzwonić się do szpitala, żeby dowiedzieć się o stan jej zdrowia. Dodzwonił się następnego dnia o 9 rano. Telefon odebrał… Walter Gropius. Dziwnym trafem dostał właśnie przepustkę i przyjechał niezapowiedziany. Grzecznie poinformował Franza: “To była bardzo trudna noc. Dziecko urodziło się żywe. Alma czuje się dobrze, jak można się było spodziewać.”

Franz odwiedził ją w szpitalu następnego dnia…
“Z jej twarzy odpłynęła wszelka krew, ale nigdy nie była tak piękna. Kobieta, którą kochałem… a ja musiałem udawać obojętnego znajomego.”
Pierwsza refleksja Werfla na widok nowonarodzonego dziecka była – “nie miałem watpliwości, ten chłopiec należał do mojej rasy.”
Blade, milczące, niemowlę deprymowało go. Żeby chociaż płakało.

Kilka dni później Alma rozmawiała przez telefon z Franzem. Dyskutowali, jakie imię dać chłopcu. W tym momencie do pokoju wszedl Walter i usłyszał, że Alma zwraca sie do Werfla per Ty. Na widok męża odłożyła słuchawkę. To Twój kochanek? – spytał Gropius. Alma nie odpowiedziała.
Tego samego dnia Walter zapukał do drzwi apartamentu Franza. Nikt nie otworzył więc zostawil w drzwiach list następującej treści – “błagam Pana na miłość boską – bądź ostrożny z Almą, łatwo o nieszczęście i możemy stracić dziecko” – podkreślenie moje.
Refleksja Franza Werfla – “gdy przeczytałem ten szlachetny list, nie wiedziałem gdzie się podziać.”

Alma naradzała się z Franzem, jakie imię nadać synowi? Nie znalazłem wzmianki o tym, żeby naradzała się na ten temat z mężem. Wybrano imię Martin, które jest imieniem stryjecznego dziadka Waltera, również słynnego architekta – KLIK – ale może to tylko przypadek.

W pierwszych dniach listopada 1918 roku Walter został zwolniony z wojska, odwiedził Franza Werfla i razem zapukali do drzwi domu Almy.
“Wynoście się!” – krzyknęła Alma – “wynoście sie obaj. Nie chcę mieć nic wspólnego ani z Tobą Walterze, ani z Tobą Franz. I nie tkniesz moich dzieci. One są moje!”

12 listopada 1918 roku abdykował następca Franciszka Józefa, cesarz Karol I, Austria stała się republiką. Tłumy pod nową czerwono-biało-czerwoną flagą ruszyły pod budynek parlamentu. W zamieszaniu komuniści wydarli z flagi biały pas i szczepili ze sobą dwa pozostałe. Franz Werfel, który w swojej dotychczasowej twórczości głosił hasła braterstwa ludzi, wpadł w euforię. Następnego dnia zgłosił się do Almy w mundurze Czerwonej Gwardii, prosząc ją o błogosławieństwo. Alma pocałował go w czoło bez wiekszego przekonania. Gdy wrócil do niej wieczorem, brudny, cuchnący tytoniem i tanim alkoholem, odesłała do z powrotem, tam gdzie należy. Stał więc cały dzień na ławce w parku krzycząc – precz z kapitalizmm i wzywając tłum do wzięcia banku siłą.

Jednak rewolucja potoczyła się swoim torem i ostatecznie władzę przejęło zamożne mieszczaństwo. Franza spotkało powszechne potępienie, poszukiwała go policja. Na szczęście znalazł się poręczyciel – Walter Gropius ze swoją nieskazitelną kartą z frontu – cztery razy ranny, dwa razy odznaczony Krzyżem Żelaznym.
Po tym szlachetnym czynie Walter wyjechał do Belina, żeby zdobywać środki na utrzymanie swoje i rodziny.

W styczniu 1919 roku Martin poczuł się źle i został zabrany do szpitala. Alma pojechała odwiedzić męża. Gropius był pełen entuzjazmu – przeniosą się do Weimaru. Przedstawił jej swój nowy projekt – Bauhaus – KLIK.
Reakcja Almy – Co? Wegetować do końca życia z Walterem w Weimarze? Nigdy!
W następnych dniach Walter otrzymał z Wiednia depeszę powiadamiającą go o śmierci syna. Nienaganny jak zawsze, powiadomił o tym fakcie Franza Werfla.

W tym momencie Alma miała wszystkiego dosyć. Wiedziona nagłym impulsem, pozostawiła Waltera z córką, a sama pojechala do Wiednia odwiedzić… Oskara Kokoschkę, który zasypywał ją błagalnymi listami twierdząc, że bez niej nie jest w stanie niczego namalować.
Na szczęście dla stanu moich nerwów nie zastała go. Wróciła do męża z ostateczną decyzją – chce się rozwieść. Walter był właśnie całkowicie pochłonięty swoją pracą, sprawy rodzinne zeszły na drugi plan, był więc skłonny zgodzić się na rozwód. Pod jednym warunkiem – Manon zostanie pod jego kuratelą.

Alma wróciła do Wiednia, gdzie czekał na nią Franz Werfel zakochany jeszcze bardziej niż przedtem. W liście do Almy przedstawił bardzo logiczne argumenty:
“Almitschka, żyj dla mnie. Swoją przyszłość widzę tylko w Tobie. Chcę się z Tobą ożenić. Nie tylko dlatego, że Cię kocham, ale ponieważ wiem, że jeśli jest na świecie osoba, która może przynieść mi samorealizację i zrobić ze mnie artystę, to jesteś nią Ty.”

Alma ocenila tę deklarację bardzo trzeźwo:
“Franz to mały ptaszek w mojej dłoni, z bijącym sercem i rozbieganymi oczami, którego muszę chronić przed pogodą i kotami. Czasem udaje bohatera, ale wolę go uważać za małego ptaszka, gdyż w gruncie rzeczy nie potrzebuje on mnie, ani nikogo innego.”

Na początek narzuciła Franzowi bardzo ostrą dyscyplinę twórczą. Sytuacja materialna nie zmuszała go do wytężonej pracy, gdyż ojciec wypłacał mu regularną pensję. Teraz Alma uzależniała częstotliwość spotkań od postępów w pracy. Efekty nie kazały na siebie długo czekać. W pierwszej połowie 1919 roku Franz napisał adaptację Trojanek Eurypidesa i dwie sztuki teatralne wystawiane w Lipsku, Monachium i Pradze.

W połowie lipca 1919 roku Walter Gropius postanowił ostatecznie zakończyć swoje, zakrawające na farsę, małżeństwo. Aby oszczędzić Almie wystąpień w sądzie, wziął całą winę na siebie. W tym celu zaaranżował spotkanie z prostytutką w obecności świadków, którzy złożyli w sądzie odpowiednie zeznanie. Zrezygnował również z żądania kurateli nad Manon, domagał się jedynie regularnych wizyt. Alma nie spełniła nawet tego żądania. W ciągu następnych lat Manon spędziła u ojca tylko jeden dłuższy okres. W międzyczasie Walter wysyłał córce regularnie drobne prezenty, w których znajdowały się listy ukryte przed czujnym wzrokiem Almy.

Nieco inaczej postąpił Oskar Kokoschka. Po zakończeniu wojny przeniósł się z Wiednia do Drezna, gdyż bliska obecność Almy mąciła mu spokój. W Dreźnie zamówił lalkę wielkości człowieka przypominająca Almę. Woził ją ostentacyjnie powozem, zabierał do opery, siedziala wraz z nim przy stole podczas posiłków. Jednak i to się skończyło. Któregoś wieczora Oskar urządził wielkie przyjęcie, przygrywała orkiestra kameralna drezdeńskiej opery. Wino lało się strumieniami plamiąc garderobę lalki. W końcu rzucono ją w krzaki urywając przy okazji głowę. Sen o powrocie Eurydyki się zakończył.
Wyjaśnienie: Kokoschka napisał sztukę Orfeusz i Eurydyka. W 1923 roku została ona przerobiona na operę. Muzykę napisał Ernst Krenek – mąż Anny Mahler, córki Almy. Na marginesie zaznaczę, że to był już drugi mąż 19-letniej wówczas Anny. Córka wyraźnie prześcignęła matkę.

Franz Werfel nieustannie namawial Almę do małżeństwa – przecież złożył ślub, że jej nie opuści. Alma nie była do tego przekonana. Być może zadawała sobie sprawę, że status wdowy po Mahlerze daje jej wyższą pozycję społeczną.

Salon pani Almy był miejscem spotkań przedstawicieli rządu, kościoła, świata dyplomacji, literatury, muzyki, teatru – każdy kto się liczył, tam był. Pani domu, wysoka, nienagannie ubrana, nadal imponująca twarzą i figurą, krążyła między nuncjuszem papieskim, Ryszardem Starussem, Arnoldem Schönbergiem. Między ministrem a czołowym tenorem, arystokratami i obecującymi poetami – pisał Klaus Mann.

W swoim salonie Alma prezentowała niczym Artemida, bogini polowania, swoje trofea – portert autorstwa Oskara Kokoschki przedstawiający ją w roli Lukrecji Borgii i rękopis X symfonii Gustawa Mahlera strategicznie otwarty na stronie z pamiętną dedykacją: „Boże, Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Do widzenia moja liro! Żyć dla Ciebie, umrzeć dla Ciebie, Almschi!”

Jednak Alma nie czuła się dobrze w Wiedniu po upadku cesarstwa. Być może to zadecydowało o ostatecznej decycji poślubienia Franza. Bardziej praktycznym powodem tej decyzji mogła być chęć stworzenia stabilnego domu rodzinnego dla 13-letniej wówczas Manon. Córka Almy i Waltera Gropiusa była niezwykłym dzieckiem. Podczas pierwszego spotkania z teatrem w wieku 5 lat wykazała ogromną wrażliwość i talent aktorski. Matka stworzyła jej warunki do bliskich kontaktów z naturą. Manon czuła się doskonale w świecie roślin i zwierząt.

Ostatnią przeszkodą był napisany przez Werfla wiersz z okazji rocznicy śmiercu Lenina, ale Alma pokonała i tę przeszkodę. Śłub odbył się 8 lipca 1929 roku. Alma miała wtedy 50 lat.

W podróż poślubną wybrali się do Egiptu, Palestyny i Libanu. Tam Werfel zapoznał się z tragedią armeńskich uchodźców. Rezultatem była książka 40 dni Musa Dag – KLIK. Warto wspomnieć, że w tym czasie Werfel był jednym z najpopularniejszych pisarzy niemieckich. Stawiano go w jednym rzędzie z Tomaszem Mannem. Książka 40 dni Musa Dag przyniosła mu światowy rozgłos. Zgłoszono jego kandydaturę do Nagrody Nobla.
To było trochę za wiele dla Almy. Znalazła się w cieniu słynnego pisarza. Kompensowała to gorliwością religijną. Codziennie uczestniczyła w mszy świętej odprawianej przez Johannesa Hollnsteinera. Po mszy odwiedzała go w jego apartamencie, a popołudniu limuzyna duchownego stała pod jej domem.
“Moje całe jestestwo domaga się, abym mu się poddała, ale muszę stawić opór tym żądaniom. To pierwszy mężczyzna, który mnie podbił.” Pierwszy?

Tak nadszedł rok 1933, książki Franza Werfla znalazły się na stosie. Werflów odwiedzili H.G. Wells, Dorothy Thompson i Sinclair Lewis, którzy zostali właśnie wydaleni z Niemiec i opowiadali, co tam widzieli. Alma i Franz byli oślepieni społecznymi osiągnięciami faszyzmu i nie słuchali ich argumentów. Franz nie miał oporów, żeby zgłosić swoją kandydaturę do Nazistowskiego Związku Pisarzy Niemieckich. Jako obywatelstwo podał – mniejszość niemiecką w Czechosłowacji. Podpisał deklarację lojalności wobec Hitlera. Dopiero gdy jego kandydatura została odrzucona, zaczęły go nachodzić wątpliwości.

Walter Gropius zachował się podobnie. W kwietniu 1933 roku policja wkroczyła do Bauhausu i aresztowała 30 studentów. Nazistowska prasa określała Bauhaus jako wylęgarnię bolszewizmu i źródło zdegenerowanej sztuki. Walter nie był już wtedy dyrektorem Bauhausu, nie doświadczył żadnych prześladowań i nadal uważał, ze architektura jest niezależna od polityki. Zgłosił swoje projekty na nazistowską wystawę sztuki.

W lipcu 1934 roku austriaccy naziści zamordowali kanclerza Dolfussa. Wiedeński walc się skończył.

PS. Jako przeciwwagę dla zdetronizowanego Cesarskiego Walca proponuję utwór Maurycego Ravela – La Valse – KLIK – dla którego inspiracją był pobyt w Wiedniu. Artysta mieszkał wtedy w domu Almy Mahler. Wybrałem transkrypcję fortepianową Glenna Goulda, która według mnie odkrywa wnętrze tego utworu. La Valse był powodem gniewnego zerwania kontaktów Ravela z Diagilewem i nieomal doprowadził do pojedynku, ale to już nie należy do tej historii.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Dorota Seydenmann z domu Berlinerblau

Tomasz Prot

Dalszy ciąg opowieści o rodzinie Berlinerblau

dorotasedenmann-berlinerblauSiostrą Anieli, drugą córką Józefa Berlinerblau’a była Dorota, (w domu mówiono o niej Dosia), urodzona 1 sierpnia 1898 roku. Po matce, która uzyskała dyplom warszawskiej Szkoły Rysunku, odziedziczyła talent i po ukończeni w Warszawie na pensji 6 klas, studiowała w Krakowie na Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Po studiach w 1925 roku przeniosła się do Paryża, przystując do Komitetu Paryskiego tj. do grupy polskich malarzy działających w stolicy Francji pod patronatem Józefa Pankiewicza i ówczesnego rektora ASP w Krakowie A. Szyszko-Bohusza. W skład Komitetu Paryskiego wchodzili między innymi Jan Cybis i jego żona Hanna Rudzka-Cybisowa. Nazwa ugrupowania – kapiści – pochodzi od liter KP, które oznaczały Komitet Paryski czyli Komitet Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów
na studia malarskie do Francji
.

Kapiści byli grupą artystyczną, malującą zgodnie zasadami pointylizmu, polegającym na kładzeniu obok siebie podobnych w formie, jednakowej wielkości małych plamek czystego koloru, dzięki czemu powierzchnia obrazu stwarza wrażenie barwnej wibracji. Jest to metoda charakterystyczna dla twórczości neoimpresjonistów, a wywodząca się z francuskiego impresjonizmu. Kapiści organizowali wspólne wystawy, pierwsza odbyła się w 1930 roku w Paryżu, następna w galerii Moos w Genewie. Powrót kapistów do kraju nastąpił w 1931 roku, wtedy grupa „KP” miała wystawę w Polskim Klubie Artystycznym w Warszawie, następna wystawa tej grupy była zorganizowana w 1934 roku w Warszawie w Instytucie Propagandy Sztuki, a ostatnia w Salonie 35 w Poznaniu.

Dorota Berlinerblau poślubiła Mieczysława Seydenmanna i stąd, w pracach naukowych pojawia się często jako polska malarka Dorota Seydenmann. W czasie II Wojny Światowej Hanna Rudzka-Cybis, która pomagała prześladowanym Żydom, ukrywała Dorotę, która dzięki temu nie poszła do getta. Na skutek denuncjacji, Dorota Seydenmann nie chcąc ryzykować życia Rudzkiej-Cybis, wyjechała do kuzynki do Rabki, tam jednak została wydana i mimo dobrych dokumentów, osadzona w więzieniu w Nowym Sączu. Została zgładzona koło Nowego Roku. Miejsce jej grobu nie jest znane.

Na aukcjach jej obrazy pojawiają się niezwykle rzadko i są przez znawców bardzo cenione.

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932

Alma (6)

Lech Milewski

Pieśń Almy

Wygląda na to, że Alma wzięła swój los we własne ręce. Teraz inni będą tańczyć tak jak ona zagra. Jako podkład muzyczny proponuję zatem pięć pieśni jej autorstwa…


Z książki Almy:
“Pod koniec roku 1914 moja znajoma wspomniała, że pewien młody architekt, niejaki Walter Gropius, osiągnął ogromny sukces na wystawie Deutscher Werkbund. Walter Gropius… moja krótka, poważna przyjaźń z Tobelbad rozpłynęła się gdzieś w mgle czasu, ale nigdy nie wątpiłam w jego talent. Napisałam list z gratulacjami… Otrzymałam odpowiedź, że porucznik Gropius, z takiego to regimentu, przebywa w szpitalu lecząc kontuzje, których doznał podczas działań wojennych” – bibliografia (2).

Niejaki Walter Gropius? Według Francois Giroud – bibliografia (1) – Alma nigdy nie straciła kontaktu z Gropiusem. Dowodem są jej listy, które Gropius skrupulatnie przechowywał. Alma przeprowadziła drastyczną cenzurę swojego archiwum korespondencji, ale nie przewidziała, że Walter zachował nie tylko otrzymane od niej listy, ale również kopie swoich listów do niej.

Przenieśmy się na chwilę na solidniejszy grunt oficjalnych faktów.

W 1914 roku Deutscher Werkbund – stowarzyszenie artystów, architektów, projektantów – zorganizowało w Kolonii, przy wydatnej pomocy wiceburmistrza miasta Konrada Adenauera, pierwszą swoją wystawę – KLIK. Architekci Walter Gropius i Adolf Meyer zaprezentowali tam swoją modelową fabrykę.

Czytając powyższą informację przetarłem oczy ze zdumienia – Konrad Adenauer?!
Konrad Adenauer – ten sam, którym często nas straszył towarzysz Wiesław Gomułka?
Ten sam.
Dopiero ten fakt uświadomił mi, jak bliskie czasowo są opisywane tu historie.

Walter odpowiedział na list z gratulacjami chyba dość chłodno, gdyż Alma skomentowała to tak:
Luty 1914: “Czuję, że mnie nie kocha. Będę musiała zrobić wiele, żeby znowu zaistnieć w jego oczach. Ten Niemiec nie będzie tak niewierny jak Oskar Kokoschka (…). Nie powinno zająć mi zbyt długo żeby go znowu zdobyć.”

“Pojechałam do Berlina z bewstydnym zamiarem odzyskania tego syna muz z wyższych sfer. Spędziliśmy dni na bolesnych pytaniach i noce na płaczliwych odpowiedziach. Walter Gropius nie może przejść do porządku nad moim związkem z Oskarem Kokoschką.”

Tak minęło kilka dni. Pożegnalny wieczór spędzili w restauracji. Stamtąd pojechali na stację kolejową odprowadzić Waltera, który wyjeżdżał odwiedzić matkę w Hanowerze. Przy pożegnaniu Walter trzymał Almę tak mocno w uścisku, że musiała wskoczyć do pociągu. “…bez koszuli nocnej, bez neseseru. Stałam się jego łupem. I podobało mi się to.”

Po kilku dniach spotkali się znowu. Gropius wyglądał bardzo dobrze w oficerskim mundurze.
“Nagle zaczął się zachowywać, jakby był moim mężem – robił wszystko żeby mnie poślubić, a ja dostaję dreszczy na myśl, że to może się rzeczywiście zdarzyć.”

Walter Gropius in his sergeant uniform in World War I.jpgZa kilka dni Walter pojechał na front. W liście napomknął o zazdrości, jaką nadal budzi w nim jej związek z Kokoschką. Komentarz Almy:
“Oskar miał prawo być nietaktowny, ale nie ten człowiek, ten tak zwyczajny człowiek.”

Walter Gropius – tak zwyczajny człowiek?

19 sierpnia 1915 roku Alma zapisała w swoim pamiętniku:
“18 sierpnia wzięłam ślub z Walterem Gropiusem. Nic nie odwiedzie mnie z mojego kursu. Moja wola jest jasna – nie pragnę niczego tylko uczynić tego człowieka szczęśliwym. Niech Bóg ochrania moją miłość.”

Urlop z okazji ślubu trwał tylko kilka dni. Walter musiał przy okazji uzupełnić swoje wyposażenie. “Było duszno, wyszłam na zewnątrz. I wtedy przytrafiło się, że zauważyłam ulicznego handlarza książkami. Kupiłam magazyn literacki a ten otworzył się na poemacie Franza Werfla – Der Erkennende.”

Ten przypadek jest na tyle istotny, że przytoczę wiersz w całości:

Ten, co rozpoznał

Ludzie nas kochają, nieszczęśliwi
Wstają od stołu, by płakać przez nas.
A my wciąż siedzimy pochyleni nad obrusem,
Tak, jesteśmy chłodni, możemy ich zanegować.

Odrzucamy to, co nas kocha
Nawet zimno nas nie zmiękczy ni o jotę.
To, co kochamy wyzwoli się od słów i miejsc,
utwardzi się i nigdy już nie będzie nasze

A słowo, najważniejsze, znaczy – samotnie
płoniemy ku sobie w bezsile.
Wiem jedno – nic nigdy nie będzie moje.
A com posiadł jedynie, to tego rozpoznanie.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Tekst oryginału tutaj – KLIK.

Przypadek na tyle istotny, że Alma wykorzystała wiersz do jednej ze swych pieśni – proszę przestawić wideo na 9 min 6 sek.

Następne miesiące to czekanie na kolejne krótkie wizyty Waltera. Po kilku miesiącach małżeństwa Alma zaszła w ciążę – to już po raz siódmy.

Latem 1916 roku gazety podały wiadomość, że Oskar Kokoschka zginął w bitwie pod Łuckiem. Alma miała klucze do pracowni, więc pospieszyła tam i zabrała wszystkie swoje listy. Po chwili zastanowienia zabrała również kilkaset rysunków i szkiców.
Ale Oskar nie zginął. Miał płuco przebite bagnetem i postrzał głowy. Uznany za zabitego, spędził noc na polu bitwy, lecz następnego dnia został zabrany do szpitala. Po kilkunastu dniach przewieziono go do szpitala w Wiedniu. Za pośrednictwem przyjaciół dał Almie znać o swoim miejscu pobytu i poprosił o wizytę. Alma stanowczo odmówiła. Widocznie wzięła sobie do serca nietzscheańską zasadę, której nauczył ją Burckhard – jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to znaczy, że na nią nie zasługuje.

W październiku 1916 roku urodziła się córka, której nadali imię matki Waltera – Manon.
Walter był na froncie i nie mógł odwiedzić Almy, ale kupił jej w prezencie obraz, który bardzo lubiła – Edward Munch – Nocne Słońce…

Munch - The Night Sun

Spotkanie nastąpiło kilka dni później. Walter jechał lokomotywą całą dobę z frontu zachodniego. W pierwszym odruchu Alma nie pozwoliła mu zobaczyć dziecka. Dopiero po długich prośbach pozwoliła mu popatrzeć na córkę z odległości. Walter powiedział jej później, że wyglądała jak tygrysica stająca w obronie swoich dzieci, Alma tłumaczy to inaczej:
“…prawda leży głębiej. Sama nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, ale to nie była kwestia higieny. Nie chciałam mu pozwolić na dostęp do dziecka gdyż instynktownie czułam, że to już zmierzch naszego związku, że nie potrafię żyć w tym małżeństwie dużo dłużej.”

Jednocześnie:
“Czy ja jestem tą samą kobietą, która chciała się wznieść z Gustawem Mahlerem? Wszystko wokół zadziwia mnie. Opiekuję się dzieckiem i nie potrafię zrozumieć tej zmysłowości, której nauczyło mnie życie.”

To jest rzeczywiście zupełnie inna Alma, ale jednak:
“Czasem mam dosyć tej prowizorycznej egzystencji i mam ochotę zrobić coś złośliwego. Och, odrobina złośłiwości. Moja miłość do Waltera ustąpiła miejsca znużeniu małżeństwem. Małżeństwo nie może funkcjonować na odległość.”

Alma prowadziła nadal ożywione życie towarzyskie. W jej salonie, dotychczas odwiedzanym głównie przez ludzi związanych z malarstwem lub muzyką, zaczęłi pojawiać się również literaci.

Franz Werfel

Pewnego dnia Franz Blei – wydawca i krytyk literacki – “…przyprowadził swojego znajomego, masywnego mężczyznę o zmysłowych wargach i pięknych niebieskich oczach pod goetheańskim czołem. To był Franz Werfel.”

Tak – autor wiersza Der Erkennende, który wpadł Almie przypadkowo w ręce tuż po ślubie.

“Mój zachwyt jego twórczością spowodował, że od razu poczuł się swojsko. Był nieprzeciętnie muzykalny, kochał muzykę Mahlera i wyznał, że chciał mnie już wcześniej poznać z tego powodu. Miał piękny głos i był nadzwyczajnym mówcą, wykładowcą, gawędziarzem.”

Franz Werfel, młodszy od Almy o 11 lat, był typowym wiedeńczykiem, chociaż urodził się w Pradze, gdzie jego ojciec posiadał fabrykę rękawiczek. Nonszalancki, dogadzający sobie, spędzał czas w kawiarniach, palił za dużo, za bardzo lubił wino, kochał kobiety i wszelkie przyjemności życia.
Powołany do wojska, podczas pierwszego urlopu doznał kontuzji, za co został postawiony przed sądem wojennym. Dzięki wstawiennictwu wpływowego admiratora został oczyszczony z zarzutów i przeniesiony na najlepsze możliwe stanowisko – oficer prasowy z siedzibą w Wiedniu.

Wkrótce stał się stałym gościem w domu Almy.

Któregoś dnia w listopadzie (1917), gdy Gropius był na przepustce w domu, odbyło się urocze spotkanie towarzyskie. Przybyli Blei i Werfel – grali, śpiewali. Wieczorem nadeszła burza, goście nie mogli powrócić do domu, impreza przeciągnęła się do późnej nocy…
“…staliśmy się nagle tak intymnie połączeni; to było duchowo-muzyczne cudzołóstwo na oczach wszystkich. Franz Werfel jest cudownym skarbem. Gdy w końcu udałam się z mężem do sypialni miałam bardzo dziwne uczucia.”

Dwa miesiące później:
“Jestem szalona… Werfel też. Gdybym była 20 lat młodsza rzuciłabym wszystko, żeby iść za nim. A tak muszę pozostać z płaczącym sercem, gdy on zajmuje się swoją karierą wybrańca bogów.”

Alma odwiedzała Franza codziennie w jego apartamencie w hotelu Bristol. Kochali się, po czym Alma pilnowała, żeby wziął się do pracy i spędził nad nią przyzwoitą ilość czasu.
W ramach swych obowiązków wojskowych Franz został wysłany z misją do Szwajcarii. Miał tam wygłosić serię prelekcji, promujących zaangażowanie Austrii w wojnę. Franz był jednak zdecydowanym pacyfistą i dał temu wyraz w swoich prelekcjach, wywołując oburzenie lokalnych Austriaków i entuzjazm szwajcarskiej klasy robotniczej. Został w trybie pilnym odwołany do Wiednia.

Walter walczył na froncie zbyt odległym od Wiednia, żeby mógł odwiedzić Almę. Na początku 1918 roku Alma pojechała spotkać się z mężem w Berlinie. Miała mu do zakomunikowania istotną wiadomość – jest w ciąży.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Ausstellung / Exhibition / Wystawa: Bruno Schulz

Lidia Głuchowska

Foto oder Grafik? »Kabinett der historischen Fototechniken« von Mariusz Kubielas bei dem Europäischen Monat der Fotografie in Berlin 2014

Der Fotozyklus „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ ist das Ergebnis eines 2004 initiierten Kunstexperiments, das vom literarischen und bildkünstlerischen Werk des polnisch-jüdischen Künstlers Bruno Schulz aus Drohobytsch (früher Österreich-Ungarn und Polen, heute Westukraine) inspiriert wurde. Sein Effekt bilden inszenierte und auf dem Negativ festgehaltene Szenen aus dem Grenzbereich zwischen Performance und Pantomime, die an eingefrorene Bildausschnitte aus einem Stummfilm erinnern.

Schulz 1Dieses transmediale Projekt, das auch durch Auszüge aus Schulz’s Prosa und die metaphorischen Titel der Arbeiten bereichert wird, dient der Aktivierung des internationalen und generationsübergreifenden Diskurs über das multinationale und multikonfessionelle Kulturerbes Mittelosteuropas.

Schulz 2Die größte Attraktion dieser Fotoschau ist jedoch das »Kabinett der historischen Fototechniken«, welches ca. 20 einmaliger Aufnahmen umfasst, welche Zeichen des persönlichen Stils des Künstlers tragen. Wie kaum einem zeitgenössischen Fotografen ist es Kubielas (geb. 1953) gelungen, einige um die Wende des 19. und 20. Jahrhunderts verwendete manuelle Techniken der Fotografie und deren Varianten zu rekonstruieren. Damit erreichte er Effekte von genauester Wiedergabe der Wirklichkeit sowie schärfster Licht-Schatten-Kontraste oder bis zur „impressionistischen“ Körnigkeit und edlen Matts der Bildoberfläche.

Der Realisierung des Kabinetts gingen Kubielas Studien zur Rekonstruktion archivalischer Technologien zur Schaffung von Lichtbildern voraus, die er 2004 an der Hochschule für Fotografie in Jelenia Góra/Hirschberg begann und bis heute in Zusammenarbeit mit führenden polnischen Experten, wie Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki und Rafał Warzecha weiterführt. Der Initiator dieser Arbeiten war Andrzej Pytliński, Patron des informellen Freundeskreises der historischen Fototechniken.

Das „Kabinett der historischen Techniken” von Mariusz Kubielas ist ein offenes Projekt: auch nach Ablauf des Europäischen Monats der Fotografie wird es fortgeführt und um weitere Varianten derselben Motive in weiteren Techniken ergänzt. In näherer Perspektive ist die Präsentation des Zyklus in Belgrad, Helsinki, Brüssel, Bratislava und Prag geplant – vorbereitet von dem Künstler in Zusammenarbeit mit der Kuratorin Dr. Lidia Głuchowska.

Ausstellung Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu

Kuratorin: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Donnerstag, 2. Oktober 2014, 19.00 Uhr
Ausstellungsdauer: 4. Oktober bis 14. November 2014

Begleitpublikation:
Lidia Głuchowska (Hg.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Über das Projekt wurde schon auf diesem Blog berichtet
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/18/bruno-schulz-reloaded/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/22/kobieta-i-kon-rewers/

Ein Projekt im Rahmen des Europäischen Monats der Fotografie Berlin
http://www.mdf-berlin.de
und des Berliner Kunst- und Kulturfestivals Kunstkreuz: 10. bis 12. Oktober 2014
http://www.kulturring.org/kunstkreuz/

Vorbereitet vom Kultur- und Kunstzentrum OKiS in Wrocław
Mitfinanziert aus den Mitteln der Woiewodschaft Niederschlesien
http://www.okis.pl/site/zapowiedzii/n/1/n/1/951/n.html

Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Öffnungszeiten: Di, Mi, Fr, Sa 14 bis 18 Uhr, Do 10 bis 18 Uhr
Tel. (030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- und U-Bahnhof Warschauer Straße, Tram M10 und M13

Abbildungen

1. Mariusz Kubielas, Das große Glas oder Damals war die Mutter noch nicht da, jedoch…, 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Aufnahmen aus dem „Kabinett der historischen Techniken”
2. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi
-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (Im Rahmen).
2a. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi
-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (ohne Rahmen)

***

Photo or Graphics? “Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas during the European Month of Photography in Berlin 2014

Schulz2aThe photography cycle „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ is a result of an artistic experiment inspired by the literary and fine arts oeuvre of the Polish-Jewish artist of Drohobycz (previously Austria-Hungary and Poland, today located in Western Ukraine). Its result are scenes from the edge of performance and pantomime, recorded on the negative, which resemble the stopped frames of a silent movie.
That trans-media project also comprises fragments of Schultz’s poetry and metaphorical titles of the works. It aims at activating an international and beyond-generational discourse about a collective future, and the future of the multicultural and multi-confessional cultural heritage of Central-Eastern Europe.
The very special attraction of the show is the “Cabinet of Historic Techniques”, to which belong c. 20 versions of the unique photographs, which carry the hallmarks of inimitability as well as the artist’s style. Unlike many contemporary artists, Kubielas (1953) has managed to reconstruct numerous photographic methods from the turn of the 19th and 20th centuries, as well as their abbreviations. Using traditional manual techniques, he achieved not only a precise reflection of details of the reality or the sharp light-shadow effects but also the sophisticated mat of the picture’s surface up to its “impressionist” graininess.
The development of “Cabinet” was preceded by Kubielas’ study on the reconstruction of archival methods of creating photographs which he had started in 2004 at the Photography Professional School in Jelenia Góra and has continued up to today in cooperation with leading Polish experts, such as Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki and Rafał Warzecha. The initiator of these works was Andrzej Pytliński, patron of the informal Society of Historic Photographic Techniques.

“Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas is an open project: also continued after the end of the European Month of Photography it will be enriched by further variants of the same motifs in other techniques. In the nearest future it will be shown in Belgrade, Helsinki, Bratislava and Prague prepared by the artist in cooperation with the curator Dr. Lidia Głuchowska.

Curator: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Thursday, Oktober, 2nd, 2014, 7 pm.

4th of October until 14th of November 2014

Related publikation:

Lidia Głuchowska (ed.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Projekt in the framework of the European Month of Photography Berlin
http://www.mdf-berlin.de
and the Berlin Art- and Culture Festival „Kunstkreuz“: 10- 12. Oct. 2014
http://www.kulturring.org/kunstkreuz/

Prepared by the Culture and Art Office OKiS in Wrocław
Supported by the of the Województwo Lower Silesia
http://www.okis.pl/site/zapowiedzii/n/1/n/1/951/n.html

Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Opening times: Tuesday, Wednesday, Friday, Saturday 2-6pm, Thursday 10am-6pm
Tel.
(030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- and U-Station Warschauer Straße, Tram M10 and M13

Images
1.
Mariusz Kubielas, The Great Glazing – The Mother Was Still not Present Then, Though 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Photographs from the “Cabinet of Historic Techniques”
2.
Mariusz Kubielas, Bathed, gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2009/14 (in the frame)
2a. Mariusz Kubielas, Bathed,
gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2011/14 (without the frame)

Reblog: Hiszpańskie dzieci

It’s About Time – hier the same in English

Kilkakrotnie już odwiedzaliśmy wspólnie ten niezwykły blog o sztuce, odkryty parę lat temu przez moją siostrę. Dziś XVI i XVII-wieczne hiszpańskie dzieci, i nie myślmy, że skoro znamy infantki w czarnych i białych sukniach oraz obraz ze służącymi, to już znamy hiszpańskie dzieci. Blog prowadzi

Zanim jednak podążymy tropem hiszpańskich obrazów wybranych przez Barbarę, spójrzmy na dwa obrazy namalowane przez Włoszkę – Sofonisbę Anguissolę.

Rok 1555. Trzy siostry Anguissola przy partyjce szachów (nota bene – obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu!) Jakie te dziewczynki są tu żywe, wesołe, przekorne i filuterne. Malarka miała zaledwie dwadzieścia kilka lat. W cztery lata później wezwano ją na dwór królewski w Toledo – została nadworną malarką Filipa II i nauczycielką jego młodziutkiej, smutnej żony Izabeli. Izabela, a właściwie Elżbeta Walezjanka, była trzecią żoną Filipa – miała 14 lat, gdy wysłano ją jako królową do Hiszpanii.

Gdy w roku 1570 Sofonisba namalowała infantki hiszpańskie, Clarę Eugenię  i Catalinę Micaelę, dziewczynki nie były ani figlarne, ani ożywione, jak siostry Anguisolla, tu już mamy rzeczywiście dzieci złapane w pułapkę. Portrety dzieci Filipa II zostały namalowane przez Alonso Sancheza Coello, malarza hiszpańskiego (1531-1588). Barbara przypisuje mu również i ten podwójny portret księżniczek hiszpańskich, o którym ja wiem, że namalowała go Sofonisba. Ale jakaż różnica między wesołymi siostrami włoskimi, a smutnymi infantkami z Hiszpanii.

Dzieci renesansowych władców – pisze Barbara – ubierano jak małych dorosłych, a ich strój świadczył o statusie majątkowym i społecznym rodziców. Portrety te powstawały być może jako informacja dla rodziców przyszłego małżonka. Był to czas, gdy małżeństwa, zwłaszcza królewskie, kojarzono gdy kandydaci do ślubu byli właściwie jeszcze dziećmi. Takie kontrakty małżeńskie miały cementować koalicje społeczne, polityczne i majątkowe obu królewskich rodów. Portret infanta zaświadczał więc o zamożności, pozycji i wysokim urodzeniu. Zwyczaj portretowania dzieci przeszedł z rodów królewskich do kręgów arystokracji i szlachty. Tu już jednak nie można było aż tak przechwalać się luksusem, w którym pławią się dzieci królewskie. W wieku od XVI do XVIII w całej niemal Europie obowiązywały surowe prawa, dozwalające poszczególnym grupom społecznym noszenie odpowiadających ich stanowi strojów i biżuterii. Bogate tkaniny, koronki i biżuteria miały być zastrzeżone dla arystokracji, były więc jeszcze jednym elementem podkreślającym zróżnicowanie społeczne. Jednak niestety, a może raczej “stety”, prawa te były nader trudne do wyegzekwowania. Miłośnicy literaury polskiej na pewno przypomną sobie, że na owe surowe prawa skarżyła się piękna pani Flora, wdowa po majstrze passamonniku, w gdańskiej powieści Deotymy “Panienka z okienka”.

Ale oczywiście drakońskie prawa nie dotyczyły królów i ich dzieci.

Ciekawy komentarz do tego wpisu znalazł się na Facebooku, tak ciekawy, że postanowiłam go tu dołączyć. Piotr Loch napisał mianowicie:

Sofonisba Anguissola ciekawie sportretowana została w książce Roberta C. Davisa i Beth Landsmith “Ludzie renesansu – Umysły, które ukształtowały erę nowożytną”. Próbują oni tłumaczyć tę dość niezwykłą umiejętność oddania emocji na twarzach portretowanych dzieci. Sofonisba, ze względu na to, że była kobietą nie mogła wynajmować obcych mężczyzn w charakterze modeli przez co nie mogła podejmować poważniejszych tematów religijnych czy historycznych. Z konieczności zajmowała się malarstwem portretowym – odpowiednim dla szanowanej arystokratki. “Początkowo oznaczało to malowanie bez końca członków własnej rodziny i samej siebie, dzięki czemu wypracowała własny styl, w którym na plan pierwszy wysuwała się charakterystyka psychologiczna postaci ukazanych z czułością i dbałością o szczegóły. Na niektórych jej rodzinnych portretach widać upodobanie do żartobliwych scen z życia codziennego, w czym o ponad pokolenie wyprzedziła twórczość holenderskich malarzy rodzajowych zwanych “bamboccianti.” Sofonisba korespondowała z Michałem Aniołem. Hołd złożył jej osobiście Peter Paul Rubens, który zajął jej miejsce nadwornego malarza na dworze Hiszpanii, a także Antoon van Dyck. Jej życie to gotowy scenariusz filmowy. Ostatni autoportret namalowała w wieku 90 lat. Malując infantki w Hiszpanii chyba poddała się sztywności etykiety. A może te hiszpańskie córy tak wcześnie weszły w swoje monarsze role – i Sofonisbie nie pozostało nic innego jak je w nich odmalować. I jeszcze jedna ciekawa (tak sądzę) informacja. Skąd to dziwne imię? “Anguissolowie, ród drobnej szlachty z położonej na północy Italii Cremony, mieli zwyczaj nazywać swych potomków na cześć starożytnych kartagińskich bohaterów. Hamilkar Anguissola, syn Hannibala, nazwał swojego syna Hazdrubalem, a córkę Sofonisbą.”

Po lewej u góry datowany na rok 1550 portret Carlosa, księcia Asturii (Don Carlos, szalony infant), dziedzica króla Filipa II. Po prawej – Rudolf II, cesarz świętego cesarstwa rzymskiego, król Czech, Węgier i Chorwacji, arcyksiążę austriacki (portret z roku 1560). Poniżej infantki Izabela oraz Izabela Clara Eugenia z małpką, córki króla Filipa II, te same, które kilka lat wcześniej sportretowała Sofonisba. Również Coello namalował podwójny portret obu dziewczynek.

 

Infanci Don Diego i Don Felipe na portrecie podwójnym, a poniżej sam infant Filip, synowie czwartej żony króla, Anny Austriaczki. Nota bene, król był wujkiem swej małżonki.

Infant Filip został rzeczywistym następcą tronu Filipa II i odziedziczył po nim największe państwo na świecie, obejmujące Hiszpanię, Austrię, Bałkany i Niederlandy, Burgundię, całe południowe Włochy, posiadłości w Nowym Świecie i Filipiny, nazwane tak zresztą na cześć jego ojca. W ciągu swego panowania postradał większą część schedy znajdującej się poza Półwyspem Iberyjskim, zdobywając za to Portugalię. Przegrał też większość wojen, z których do historii przeszła zwłaszcza wojna z Anglią (pamiętamy, oczywiście, Francis Drake, golibroda króla Hiszpanii). No ale też przyznajmy, miał z kim przegrywać – królowa Elżbieta, król francuski, Henryk IV (ten, który stwierdził, że Paryż wart jest mszy) i wreszcie Wilhelm Orański. Miał pecha, biedny Filip.

Filip ożenił się z Małgorzatą Austriaczką. Dano mu do wyboru trzy siostry. Spodobała mu się najmłodsza, jednak ojciec zadecydował, że najstarsza siostra bardziej się nadaje. Czyli wybór był taki raczej pozorny. Na szczęście, jeśli można to nazwać szczęściem, najstarsza księżniczka umarła i królowi pozwolono ożenić się z wybranką. Urodziła mu ona ośmioro dzieci. Portretowali je już jednak inni malarze. Po śmierci królowej Izabeli wyjechała z Hiszpanii Sofonisba, a Coello zmarł w roku 1588. Filip został królem w roku 1598 i rządził do roku 1621. Jego dzieci malowali Juan Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé González y Serrano (1564–1627).

Pokażę je następnym razem.

Alma (5)

Lech Milewski

Narzeczona wiatru

Jako akompaniament proponuję utwór napisany w czasie, gdy rozgrywała się akcja tego wpisu, będący całkowitym zaprzeczeniem muzyki Gustawa Mahlera, natomiast w swojej gwałtowności zgodny z charakterem bohatera dzisiejszego odcinka – Święto Wiosny Igora Strawińskiego…

Spełniając życzenie zmarłego męża Alma nie nosiła żałoby. Zgodnie z konwencją przez sześć miesięcy trzymała się z dala od życia towarzyskiego i kulturalnego. Koniec okresu żałoby wypadł późną jesienią, w pełni sezonu kulturalnego. 32-letnia Alma znalazła się w zupełnie nowej sytuacji. W każdym towarzystwie, na każdej imprezie, stawała się centrum zainteresowania – wdowa po słynnym kompozytorze.

Oczywiście nie zapomniała o Walterze Gropiusie. Ich spotkanie po wielu miesiącach rozłąki było pełne wspomnień i wzruszeń. Zresztą Walter był też w żałobie po niedawno zmarłym ojcu, rozumieli się więc doskonale. Snuli plany małżeńskie. I wtedy Gropius zadał o jedno pytanie za dużo – czy w czasie romansu z nim Alma miała również fizyczny kontakt z Mahlerem? Alma nie chciała, może nie potrafiła kłamać. To był cios. Gropius czuł się oszukany, zdradzony, wykpiony. Rozstali się chłodno. Po kilku dniach Alma wznowiła kontakt korespondencyjny.

W międzyczasie odbierała hołdy jako wdowa i jako kobieta. Nie minęło wiele czasu a otrzymała kilka propozycji małżeństwa. Na marginesie wspomnę, że jej sytuacja materialna była dość dobra. Dostawała cesarską rentę po mężu, miała spore oszczędności w bankach i posiadłość w Semmeringu. W swojej książce wspomniała, że w momencie ślubu z nią Mahler tonął w długach. Nie znalazłem nigdzie wzmianki czy wniosła coś w posagu. Niewątpliwie ascetyczny styl życia z Mahlerem pozwalał na zrobienie oszczędności.

Jednym z jej gorących wielbicieli był znany biolog Paul Kammerer – KLIK. Nie mógł zaproponować jej małżeństwa, bo był żonaty, ale żeby mieć stały kontakt z Almą zaproponowal jej pracę (bezpłatną) w swoim laboratorium. Alma przyjęła tę propozycję. Codzienne spotkania służbowe nie wystarczały Kammererowi; pisał do Almy długie listy, w których zwracał się do niej “moja ukochana Almo” i groził, że jeśli nie odwzajemni jego miłości, popełni samobójstwo na grobie jej męża.
Na marginesie dodam, że Kammerer był wielkim miłośnikiem muzyki Mahlera i że popełnił samobójstwo, chociaż z zupełnie innego powodu.
Mnie zainteresowało jedno zdanie z jego pamiętnika – Wiem, że każde spotkanie z Almą Mahler odświeża zapasy energii potrzebne do mojej pracy.

W styczniu 1912 roku Alma spotkała się z Gropiusem w Berlinie. Walter zaprezentował się jej jako pan domu, człowiek oddany rodzinie, czuły syn. Matka Waltera poczuła do Almy niechęć od pierwszego wejrzenia. I wzajemnie. Po wyjeździe Walter długo nie odpisywał na jej listy. Wreszcie napisał:
Nic już nie będzie tak jak przedtem. Wszystko się zmieniło od podstaw.

Wkrótce potem Alma poznała w pracowni malarskiej swojego ojczyma kogoś nowego. Według relacji Almy ubrany był w wytarty garnitur, buty miały zdarte obcasy, często wycierał usta chusteczką, na której pozostawiał ślady krwi. Miał przy sobie arkusz papieru i zaczął szkicować jej portret. Alma pozowała przez chwilę nieruchomo, wreszcie wstała, żeby przejść do fortepianu. W tym momencie młody człowiek objął ją. Alma zachowała spokój i wyzwoliła się z tych objęć.

Relacja drugiej strony jest nieco inna:
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju, gdzie grała na fortepianie i śpiewała dla mnie Śmierć Izoldy. Gdy powiedziała, że chce, żebym ją malował w jej domu, poczułem się szczęśliwy i zmieszany. Po pierwsze, nie malowałem nigdy kobiety, która się we mnie zakochała od pierwszego wejrzenia. Po drugie byłem trochę przestraszony – jak można być szczęśłiwym, jeśli się ma zastąpić kogoś, kto niedawno umarł?

Po powrocie do domu młody człowiek napisał do Almy list, w którym nie widać zmieszania ani strachu: Jeśłi chcesz zachować respekt do mnie i być tak czysta jak byłaś wczoraj, to poświęć się dla mnie i zostań moją żoną. Będziemy to trzymać w sekrecie tak długo jak będę biedny.

Oskar Kokoschka był prawie zawsze biedny…. Ooooops, sekret się wydał.

Wysoki, ze skośnymi oczami, odstającymi uszami i czerwonymi dłońmi nie wyglądał atrakcyjnie. Jednak niefrasobliwość jego zachowania stwarzała klimat pewnej elegancji. Jego malarstwo było brutalne i gwałtowne, podobnie jak charakter.

Wojownik

Żył w biedzie i nie wahał się tego demonstrować. W Wiedeńskiej Szkole Sztuki wyjął nóż i zagroził samobójstwem, jeśli nie dostanie stypendium.
W 1909 roku odbyła się w Wiedniu duża międzynarodowa wystawa malarstwa, na której wystawiono dzieła Klimta, Gaugina, Matissa, Vlamincka, Van Gogha. Dzięki rekomendacji nauczycieli przydzielono tam wstępnie jedną małą salę Kokoschce. Natychmiat zamknął ją na klucz i zapowiedział, że nie otworzy, jeśli komisja kwalifikacyjna zdecyduje umieścić tam czyjeś inne prace. Klimt, który przewodniczył komisji powiedział – zostawcie chłopaka w spokoju, niech go rozszarpią krytycy.

Poszarpali. Pojawiły się komentarze: wódz dzikusów, oszalały Gaugin, izba koszmarów. Ale znaleźli się też admiratorzy, wśród nich znany architekt Loos, który zakupił autoportret Oskara – rzeźbę Wojownik – patrz wyżej.

Kokoschka próbował również sił jako dramaturg. Jego sztuka Morderca, nadzieja kobiet wywołała awanturę, która przekształciła się w bitwę, trzeba było wzywać policję – KLIK. Wyjaśnienie Kokoschki – nie stać mnie na bilet do teatru, więc napisałem sztukę, żeby się tam dostać.
Na marginesie dodam, że Święto Wiosny wywołało podobnie gwałtowne protesty chociaż Igor Strawiński nie mial problemów z zakupem biletu do teatru.

Co połączyło Almę, która twierdziła, że jedyna rzecz, której teraz potrzebuje to spokój, z takim gwałtownikiem?

Bo połączyło.

W swojej książce (bibliografia – 2) Alma pisała:
Miał wszystko, czego potrzebuje człowiek, żeby byc wielkim. Kochałam go za to, a także za to , że był jak niesforne, uparte dziecko. Byliśmy ze sobą zgodni do ostatniego włókna naszych istot. Nasz katolicyzm pochodził z tych samych źródeł. W ten sam sposób odbieraliśmy Boże Narodzenie i Wielkanoc. Nie jako radośc z prezentów i ozdób, ale z przenikającej nas mistycznej światłości.

Alma spędzała całe dni w pracowni Kokoschki, gdzie na przemian – kochali się lub Oskar malował jej portrety. Kłócili się często, ale Alma była przekonana o niezwykłym talencie Kokoschki i trwała przy nim, nie szczędząc pomocy finansowej. Spędzili razem kilka tygodni we Włoszech. Potem krążyła między kochankiem i własną córką, która spędzała wakacje nad morzem. W międzyczasie poddała się aborcji. Oskar o tym nie wiedział. On z kolei wykradł jej świadectwo urodzenia i wykorzystał je do opublikowania zapowiedzi ich ślubu. Alma ukarała go limitując spotkania – jedno na trzy dni.

Matka Oskara nie znosiła Almy do tego stopnia, że wysłała jej ostrzeżenie – jeśli nie przestanie Pani spotykać się z Oskarem, to Panią zastrzelę. Rzeczywiście, kilka dni później pojawiła się pod domem Almy, kryjąc pod płaszczem coś długiego. Oskar pospieszył ją rozbroić – był to kawałek drewna.

Alma nie rezygnowała jednocześnie ze swej roli wdowy po geniuszu. Była zapraszana na wiele koncertów, na których wykonywano utwory jej zmarłego męża. Gdy proponowała Oskarowi, by jej towarzyszył ten wybuchnął:
Almo, nie zaznam spokoju, dopóki wiem, że ktoś inny jest w Tobie, żywy czy martwy. Dlaczego zaprosiłaś mnie do tańca śmierci i każesz mi godzinami patrzeć jak Ty, jak duchowa niewolnica, naginasz się do rytmu narzuconego przez człowieka, który był Ci obcy.

I jeszcze:
Jeśłi nie zostaniesz moją żoną, mój talent zgaśnie. Karmisz mnie energią podczas wspólnie spędzonej nocy. Tylko wtedy mogę pracować cały dzień, przetwarzając to co wchłonąlem w nocy.

Alma – źródło energii – nie pierwszy raz to słyszę. Nie na darmo imię Alma znaczy żywicielka.

Odpowiedź Almy:
Wyjdę za Ciebie jak namalujesz arcydzieło.

I Oskar namalował…

'Bride of the Wind', oil on canvas painting by Oskar Kokoschka, a self-portrait expressing his unrequited love for Alma Mahler (widow of composer Gustav Mahler), 1913.jpg
Źródło tutaj – KLIK.

Gdy arcydzieło wyłaniało się spod pędzla Oskara, Alma była skłonna dotrzymać swej obietnicy. Była w kolejnej ciąży. Oboje przyjęli ten fakt z radością. Alma wprowadziła się właśnie do nowego domu. Trwało urządzanie. Oskar malował freski na gzymsie kominka – Alma w płomieniach wznosiła się do Raju, pozostawiając Oskara w piekle, otoczonego wężami.

W tym czasie nadeszła niespodziewana przesyłka – maska pośmiertna Gustawa Mahlera. Oskar wpadł w gniew – nie będzie tolerował trwałych wspomnień przeszłości. Alma postawiła maskę na honorowym miejscu. Wybuchła awantura. Kilka dni później Alma pojechała do kliniki dokonać aborcji. Oskar nigdy nie pogodził się z tym faktem.

Kilka tygodni później wybuchła I Wojna Światowa.
Komentarz Almy – czasem sobie wyobrażam, że to ja spowodowałam ten cały zamęt.
Reakcja Oskara – nie będę czekać na pobór, zgłoszę się jako ochotnik.

Na swoje 35 urodziny – 31 sierpnia – Alma zapisała w pamiętniku:
Chciałabym zerwać z Oskarem. Odbiera mi energię. Musimy to zakończyć… ale ja go tak lubię, za bardzo go lubię.

Wigilię 1914 roku spędzili razem, była to noc pełna pasji, ale zaraz potem Alma zaczęła naciskać Oskara, żeby się zgłosił do wojska.
To nie było takie proste. Nie przyjęto go do piechoty ze względu na słabe zdrowie. Nie przyjęto do artylerii ze względu na brak zdolności do matematyki. Pozostała kawaleria – prestiżowy pułk dragonów. Kłopot w tym, że ochotnik musiał mieć własnego konia, mundur i całe wyposażenie. Oskar zdobył pieniądze na konia sprzedając Narzeczoną Wiatru aptekarzowi z Hamburga. Mundur uszył mu krawiec, który lubił malarstwo.

Przed założeniem munduru… ale oddajmy głos Almie:
Przed założeniem munduru dał mi pożegnalny prezent niewyobrażalnej piękności: siedem wachlarzy. W jarzących sie kolorach, z delikatnością, o którą nikt by go nie podejrzewał, namalował historię naszej miłości na siedmiu kawałkach papieru.

Wachlarz

Alma pożegnala go z pewnym roztargnieniem, w głowie układała list do Waltera Gropiusa.

PS. Obszerne uzasadnienie mojego wyboru akompaniamentu można znaleźć tutaj – KLIK – pierwsze 6 minut.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Prezent na urodziny czyli…

Ewa Maria Slaska o roli przypadku w ludzkim życiu

dedykuję Marynie Over

Były moje urodziny. Nie mogłam w nocy spać. Nie mogłam i nie mogłam. Gdy już się zorientowałam, że to takie niespanie, kiedy nic nie pomoże, zapaliłam światło i sięgnęłam po książkę. Było to jednak poważne dzieło, a gdy nie można spać, nie można czytać Dzieł, tylko książki znane i lubiane. Tak to po latach zapewne 30 sięgnęłam po Opowieści mojej żony. Przeczytałam kilka opowiadań, po kolei, bo ja nie lubię skakać z rozdziału do rozdziału, tylko lubię, żeby wszystko było po kolei. Ciekawe, że jak sama piszę, to nie piszę po kolei. Ale to akurat w tym miejscu nieważne. Czytałam więc, a oczy powoli zaczęły mi się kleić. Gdy skończyłam czytać, zasnęłam.

Mirosław Żuławski

KER

Odbywały się właśnie Dni Książki i rozmowa dotyczyła różnych korzyści, jakie przynosi lektura, oraz roli książki w podnoszeniu kwalifikacji osobistych. Panie robiły na drutach, a mężczyźni nie robili nic, tylko wałkonili się w słońcu.
– Jeśli o mnie chodzi – powiedziała moja żona – to zawsze byłam zapaloną czytelniczką, ale pewnego razu czytanie książek nie tylko nie pomogło mi i nie wyszło na dobre, ale nawet poważnie przeszkodziło w nauczeniu się czegoś, na czym mi ogromnie zależało. Stąd wniosek, że nie należy generalizować i przesadzać, przypisując książkom i lekturze same dobre strony.
– Opowiedz! Opowiedz! – zawołały panie.
Moja żona szybko policzyła drutem oczka w robótce, którą zaraz przełożyła z jednego druta na drugi.
– Było to – powiedziała moja żona – w pierwszych latach po wojnie. Dziwnym zbiegiem wypadków, możliwym tylko w owych czasach, mój mąż został skierowany do pracy w ambasadzie w Paryżu. Z wyjazdu pamiętam tylko tyle, że przez cały dzień biegałam po Warszawie za jakimś kapeluszem, bo jeżeli wtedy w Paryżu modne były kapelusze, to żadna kobieta nie pokaże się bez kapelusza. Teraz zresztą, znowu są modne.

Po przyjeździe czułam się bardzo nieszczęśliwa, bo nie rozumiałam nic z tego, co do mnie mówią, chociaż w gimnazjum miałam zawsze piątkę z francuskiego. Wobec tego mąż mój postanowił, że pojadę na dwa miesiące letnie do Bretanii, i to zupełnie sama, tak żebym miała od rana do wieczora do czynienia wyłącznie z językiem francuskim. Pojechałam więc do takiej małej, rybackiej dziury i zamieszkałam w hoteliku, który stał nad samym morzem.

Właścicielką tego hoteliku była pani Cochennec. Miała lat osiemdziesiąt, nosiła wysoki, koronkowy czepek, który nazywa się bigouden, i nie umiała ani czytać, ani pisać. Wieczorami zapraszała mnie na rozmówkę i kieliszek wiśni w koniaku, co bardzo lubiła. I to była moja jedyna konwersacja w ciągu dnia!

Przesiadywałam całymi dniami na plaży, czytając książki i patrząc na przypływy i odpływy morza. Zmieniały one zupełnie wygląd zatoki, bo w czasie wielkich przypływów morze wypełniało ją aż po samą plażę, a w czasie odpływów ocean uciekał daleko, odsłaniając skały, pośród których brodzili ludzie w poszukiwaniu krabów, małży i krewetek.

Byłam zupełnie samotna. Do tej miejscowości przyjeżdżały przeważnie matki z dziećmi, była to tak zwana plaża rodzinna, nikt się mną nie interesował, przesiadywałam więc całymi godzinami nad morzem, czytając książki i martwiąc się, że tak nigdy nie nauczę się francuskiego. Na pewno było tam ładnie i ciekawie, ale kiedy człowiek jest taki zupełnie sam, to czuje się nieszczęśliwy nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Powiedziałabym nawet, że im gdzieś jest ładniej, tym więcej dokucza samotność. A ponieważ tam było naprawdę bardzo ładnie, więc samotność dokuczała mi ogromnie. W dodatku nie robiłam żadnych postępów we francuskim, a przecież pojechałam tam po to, żeby język właził mi przez cały dzień do głowy przez uszy. Mój mąż twierdził, że to jest jedyna metoda i że on tak właśnie nauczył się francuskiego, kiedy za studenckich czasów spędził jakiś czas w Paryżu. Dziś jestem prawie pewna, że musiał sobie sprawić jakiś słownik, którego z całą pewnością nie wkładał na noc pod poduszkę, lecz postępował z nim wprost przeciwnie.

Obruszyłem się, bo w pobliżu znajdowały się osoby nieletnie i strzygły uszami, ale moja żona spojrzała tylko na mnie i powiedziała:
– Ale on się i tak nigdy do niczego nie przyzna.
Wolałem więc nie wchodzić na ten grząski grunt, na którym nikt nie może czuć się pewnie, i puściłem to mimo uszu, a moja żona powiedziała:

Powiedziałam o tym wszystkim pani Cochennec, która zamyśliła się na króciutko, nigdy nie widziałam, żeby zamyśliła się na dłużej niż na króciutko, i zapytała, co robię całymi dniami na plaży. Kiedy jej powiedziałam, że czytam książki, podniosła obie ręce i oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi, bo to się działo przy kontuarze, na którym stały nasze wiśnie w koniaku, i zawołała: “Książki! Dobry Boże! Któraż szanująca się matka rodziny podejdzie do kobiety, trwoniącej czas na czytanie książki!”
I kazała mi zabrać ze sobą na plażę wełnę i druty. Powiedziałam jej, że nie umiem robić na drutach. Odpowiedziała, że to bardzo dobrze, że nie umiem robić na drutach, i poradziła, żebym usiadła na dobrze widocznym miejscu i manipulowała drutami tak, żeby z daleka było widać, że nie umiem robić na drutach. Tak też uczyniłam i gdy tylko te panie zobaczyły, że chciałabym robić na drutach, ale nie mam o tym zielonego pojęcia, zleciały się ze wszystkich stron i zaczęły mówić do mnie jedna przez drugą, tak że do końca pobytu miałam już konwersację i kiedy mój mąż po mnie przyjechał, paplałam już z tymi paniami tak, że nie mógł się zupełnie połapać, o co chodzi. Tak to nauczyłam się robić na drutach i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o wkraczaniu cudownych przypadków w życie ludzkie, o czym wam może kiedyś opowiem.

Ale panie chciały koniecznie usłyszeć natychmiast o cudownych interwencjach przypadku w życie ludzkie, bo tak naprawdę to jest właśnie to, na co wszyscy liczymy, choć nie lubimy się do tego przyznawać. Gromadzimy więc po kryjomu wszelkie fakty świadczące o takich przypadkach w nadziei, że i nam się także coś podobnego przytrafi.
Moja żona policzyła znowu oczka w robótce, dotykając ich po kolei drutem, i powiedziała:
– W czasie naszych wieczornych posiedzeń przy wiśniach w koniaku pani Cochennec opowiedziała mi swoje życie ze szczegółami. Ja już mam takie szczęście, że kogo tylko spotkam, to zaraz opowiada mi swoje życie ze szczegółami, ale to chyba dlatego, że, jak wam już mówiłam, ludzie obchodzą mnie najbardziej ze wszystkiego na świecie. Nikt przecież nie wpadnie na pomysł opowiadania o sobie komuś, kogo interesują tylko ryby albo znaczki pocztowe, czy też komuś, kto interesuje się tylko samym sobą, to jest niczym, jak nie wskazując palcem niektóre osoby.

Postanowiłem udawać, że drzemię na leżaku, więc moja żona ciągnęła dalej:

– Pani Cochennec pochodziła z biednej, ale za to licznej rodziny, więc od dziecka była służącą u jednych państwa w Quimperlé, bo te właśnie biedne, ale liczne rodziny bretońskie dostarczają Francji od wieków marynarzy, żołnierzy i pracownic domowych. Kiedy miała lat osiemnaście, poznała młodego cieślę, który pracował przy restauracji katedry w niedalekim Quimper. Cieśla miał złote włosy i niebieskie oczy, których pani Cochennec nigdy nie mogła zapomnieć, więc ślub odbył się w kościele w Quimperlé i zaraz potem urodziła się Jeannette. W czasie mojego pobytu miała już własne dzieci, ale to nie ma nic do rzeczy, wróćmy więc do czasów, kiedy była maleńkim, ślicznym noworodkiem. Wówczas bowiem wydarzyło się nieszczęście: złotowłosy i niebieskooki cieśla zabił się spadając z wieży katedry w Quimper, pozostawiając żonie i córeczce w spadku jedynie mały domek, w którego kupnie ulokował wszystkie swe oszczędności. Pozostawszy bez środków do życia pani Cochennec zamieszkała w tym domku, zajmując wraz z córeczką kuchnię a jedyną izbę i co parę lat wyklejała jej ściany nowymi, czystymi tapetami. Ale któregoś lata tapicer oświadczył, że nie można naklejać tak bez końca jednych tapet na drugie, że trzeba zedrzeć te, które już zostały naklejone, i zacząć wszystko od nowa. Pani Chochennec targowała się z nim zawzięcie, bo powiększyło to znacznie koszty przygotowania izby do sezonu, ale tapicer był nieugięty i postawił na swoim.
Poczęli więc zrywać tapety, a mała Jeannette dzielnie im w tym pomagała. Oderwała z wielkim trudem płat tapety, ale zaraz przestała, bo zobaczyła pod nią kawałek czyjejś nogi.
Krzyknęła z wrażenia, więc pani Cochennec i tapicer przybiegli kolejno i wtedy oni także zobaczyli tę nogę. Wyglądała spod zdartej tapety wymalowana na murze olejną farbą i choć nie była tak całkiem podobna do prawdziwej nogi, można się było domyślać, że to ma być noga.
Moja żona przerwała i popatrzała na nas, jakby chciała sprawdzić, czy wyobrażamy sobie należycie tamtą izbę i tamtych troje oglądających namalowaną na ścianie nogę, a my widzieliśmy to wszystko tak dokładnie, jak widzi się zawsze bardzo dawne wydarzenia i ludzi, których nie spotkało się nigdy.
– Wtedy – mówiła dalej moja żona – tapicer zerwał własnoręcznie resztę tapety ze ściany, odkrywając w całej okazałości wielkie malowidło, płaskie i bez perspektywy, na którym niebo miało kolor, jaki powinna mieć ziemia, a za to ziemia była czerwona i niebieska, jak niebo o zachodzie słońca.
“Trzeba będzie zamazać wapnem – powiedziała ze zmartwieniem pani Cochennec. – Bohomaz taki jakiś.”
Ale tapicer powiedział surowo, żeby się nie ważyła dotknąć tego malowidła, dopóki on nie wróci, a jeśliby go broń Boże dotknęła, to on więcej ręki nie przyłoży do tapetowania izby, co było wystarczającą groźbą, bo drugiego tapicera nie było w całej okolicy. Wsiadł na rower i pojechał do Quimperlé, skąd wrócił pod wieczór prowadząc ze sobą brodatego malarza w rozwianej pelerynie i w ogromnym berecie. Malarz zażądał zaraz cidre’u, bo dzień był upalny, pani Cochennec miała w piwnicy dobry, musujący i chłodny cidre chowany dla letników, więc ten malarz wypił cztery butelki tego cidre’u i kiedy już miał dość, powiedział, że nie dałby ani czterech sous za bohomaz na ścianie, po czym wsiadł na rower i odjechał z powrotem do Quimperlé.

Pani Cochennec wiedziała z góry, że tak się to skończy, i zaczęła użalać się na niepotrzebną stratę czasu i cidre’u, lato już się zaczynało, w kiosku naprzeciwko ustawiano już ruszt do smażenia bretońskich naleśników, a tapetowanie pokoiku jeszcze się nawet nie rozpoczęło. Ale tapicer tylko na nią popatrzył, ale za to tak, że umilkła od razu. Poszedł do sklepikarza, zastawił rower, żeby mieć na bilet do Quimper, i wrócił nazajutrz w południe prowadząc ze sobą trzech panów ubranych z miejska, którzy ledwie rzucili na obraz okiem, zaraz zaczęli wydawać okrzyki i podnosić w górę ramiona, jakby stało się jakieś nieszczęście, nie chcieli pić cidre’u, tylko zaraz zabrali się z powrotem, a nazajutrz powrócili z wozem transportowym i czterema murarzami, którym kazano wyciąć obraz wraz ze ścianą i załadować na wóz, a pani Cochennec kazali coś podpisać krzyżykami przy świadkach i dali jej czterdzieści tysięcy franków w złocie, co było bardzo dużą sumą, jako że działo się to wszystko przed pierwszą wojną światową, kiedy pienądz był jeszcze coś wart. Za te pieniądze pani Cochennec wybudowała pensjonat, w którym mieszkała, a Jeannette poszła do szkoły i została nauczycielką, potem wyszła za mąż i miała dużo dzieci.

Moja żona umilkła i najwyraźniej uważała opowiadanie za skończone. Widać to było po jej minie i ze sposobu, w jaki zabrała się do robienia na drutach.
– No dobrze – spytaliśmy. – A co to był za obraz?
– To nie ma nic do rzeczy – powiedziała moja żona – co to był za obraz. Nie zmienia bowiem w niczym sensu opowieści, której treścią jest ingerencja przypadku w życie ludzkie, a nie przyczynek do historii sztuki. Ale jeśli już chcecie koniecznie wiedzieć, to wam powiem: to był najprawdziwszy Gauguin. Powstał zapewne w czasie drugiego pobytu malarza w Bretanii. Gauguin musiał nie mieć któregoś dnia na płótno, co mu się często zdarzało, i począł malować na ścianie izby, którą wynajmował, żeby dać upust rozsadzającej go pasji twórczej. W ten sposób, gdyby Gauguin miał dość pieniędzy na płótno, pani Cochennec tapetowałaby do końca życia swój jedyny pokoik. Być może, jakiś inny przypadek sprawił, że Gauguin nie miał na płótno akurat wtedy, kiedy miał natchnienie. Być też może, że młody cieśla całkiem przypadkowo kupił właśnie ten domek, a nie inny, bo tam było zawsze pełno domków do kupienia. Ale nie było przypadkiem, że tapicer nie pozwolił zamazać obrazu wapnem, jak chciała pani Chochennec, i może to on jest właściwym bohaterem tej historii, obok domku oczywiście, a domek po bretońsku nazywa się “ker”. Już jesteście zadowoleni?
Potaknęliśmy chórem, a wtedy moja żona podniosła wzrok znad robótki, popatrzyła na nas i powiedziała:
– Cóż to za przerażający brak wyobraźni! Myślicie naprawdę, że to jest wszystko, co na ten temat można powiedzieć? Nikt z was nawet nie pomyślał o człowieku, który był przekonany, że zrobił świetny interes, sprzedając młodemu cieśli z Quimperlé za parę franków walący się domek, zawierający coś, co warte było czterdzieści tysięcy franków w złocie. Ale to już zupełnie inna historia i może ją jeszcze kiedyś opowiem.

Rano mogłabym napisać Wam w ramach porad kulturalnych, że zapewne nikt już nie czyta Opowieści mojej żony, a szkoda, bo to dobra literatura i warto do niej po latach zajrzeć ponownie. Albo po raz pierwszy. I wtedy się okaże, że nie pojedliśmy wszystkich rozumów i przed nami też był już ktoś, kto rozmyślał o sprawach gender, nie wiedząc zapewne, że słowo takie w ogóle istnieje, albo że może być problemem.

I na tym by się skończyło. Ale nie, bo oto – i możecie mówić co chcecie, ale jeśli to nie jest cudowny przypadek, to jest to jeszcze bardziej cudowna telepatia. Bo oto w urodzinowy poranek Maryna Over przysłała mi na Facebooka ten oto obraz:

Paul Gauguin, Mulatka z rudą małpeczką

Wszystko się zgadza, jest nawet noga jak żywa. Nie mam pojęcia, jaki obraz Gauguina odkrył tapeciarz pani Cochennec, nie wiem nawet, czy to była prawda, czy opowieść. Ważne jednak, że Maryna przysłała mi na urodziny właśnie ten obraz!

Parę słów o Dziadku…

agatadziadek2 (2)Kolejny wpis, który to już!, że udało mi się namówić kogoś, by spisał wspomnienia rodzinne. Wciąż bowiem powtarzam, piszmy o naszych przodkach, rozmawiajmy z nimi, pytajmy, zapisujmy to, co o nich wiemy, bo inaczej zaginą w niepamięci…

Agata Kopydłowska

… Bogusławie Kopydłowskim

Dziadek urodził się w 1920 roku w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Był najstarszym z rodzeństwa – miał młodszego brata Mirosława i siostrę Danutę. W czasie wojny uczył na tajnych kompletach języka polskiego i historii. Po wojnie ukończył historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i pracował w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zajmował się kowalstwem artystycznym/architektonicznym oraz średniowiecznymi srebrami (w tamtym czasie był cenionym znawcą w tej dziedzinie). Na temat kowalstwa wydał książki:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27309/kowalstwo-artystyczne-tom-1

http://www.arkady.com.pl/product/912,polskie_kowalstwo_architektoniczne.html

MINOLTA DIGITAL CAMERA MINOLTA DIGITAL CAMERADziadek ożenił się z Babcią, Aleksandrą Czarnecką (również historykiem sztuki) w 1959 roku, a rok później urodził się ich syn Marek, a mój Tata.

W 1965 roku przeprowadzili się do Olsztyna, gdzie Dziadek został dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur. Niestety był nim tylko kilka lat. W wyniku prowadzenia prac badawaczych na historią tego terenu, które kolidowały z interesami “ziemiaństwa” niemieckiego, w 1969/70 roku został odwołany z funkcji z “wilczym biletem”. Niemieckiej części mieszkańców nie zależało, aby wykazać, że ziemie Warmii i Mazur były zamieszkiwane przez Słowian aż od okresu średniowiecza, a Dziadek był historykiem, więc nastąpił konflikt interesów. Jednocześnie Dziadek nie należał do partii.

kopydlowski (1)Dziadkowie przeprowadzili się z powrotem do Warszawy, jednak Dziadek nie miał pracy przez prawie dwa lata. W końcu znalazł ją w cechu zegarmistrzowskim. Założył Muzeum Zegarów, znajdujące się na warszawskiej Starówce. Następnie pracował jako dyrektor w “Desie” – państwowym antykwariacie z dziełami sztuki i antykami, a potem w dziale kultury w NIKu czyli Najwyższej Izbie Kontroli.

kopydlowskiWłaśnie czasie pracy w “Desie” zaczął malować pierwsze obrazy. Dostał dokument Artytysty Plastyka (w tamtym czasie był on konieczny, aby np. mieć wystawy lub dostęp do artykułów plastycznych). Jeździł niejednokrotnie do Zalesia oraz nad Pilicę w okolicę Warki, skąd czerpał inspirację. Nad Pilicą wynajmował domek i tam malował, zbierał zioła, gdyż z zamiłowania był również zielarzem i przyrodnikiem.

Najczęstszymi tematami były pejzaże, martwa natura, a także malarstwo symboliczne. Stworzył cykl “Strachów”, który był odpowiedzią na sytuacje polityczną związaną ze stanem wojennym i nastrojem w społeczeństwie. Miewał wystawy w warszawskich domach kultury.

Zmarł w 1992 roku w Warszawie.

Dziadek był bardzo skromnym człowiekiem, nie starał się zaistnieć jako malarz i nie zabiegał o popularność. Malował dla przyjemności. Potem po prostu wpadał na pomysł, że można by było zrobić wystawę.

agatadziadekpodwW celu zebrania tych informacji musiałam się konsultować z Tatą, gdyż niestety prawie nie pamiętam Dziadka. Miałam 6 lat, jak umarł. Pamiętam, że lubił się z nami bawić (ze mną i moją siostrą), jak przyjeżdzaliśmy ich odwiedzać oraz że miał miły głos