Alma (3)

Lech Milewski

Żelazny Gustaw

Jako akompaniament do tego wpisu proponuję włączyć to video – KLIK– Gustaw Mahler – Symfonia Nr 3. Uprzedzam – to nie będzie miły akompaniament. Motywacją takiego wyboru była dla mnie informacja opublikowana przed premierą tej symfonii w Krefeld: “… słynny dyrygent, który ma przyjemność komponować monstrualne symfonie i narzucać je innym.”

Poprzedni wpis tego cyklu zakończyły zaręczyny Almy Schindler
z Gustawem Mahlerem.

Najwyższa pora wyjaśnić jedną sprawę – poważną chorobę Mahlera, przed którą ostrzegano Almę jeszcze przed zaręczynami. Były to hemoroidy, które powodowały czasem bardzo intensywne krwotoki. Wygląda jednak na to, że interwencja medyczna podziałała, temat ten nie powrócił podczas małżeństwa z Almą.

Nowy Rok 1902.
“To, co napiszę dzisiaj będzie bardzo, bardzo smutne. Odwiedziłam Gustawa popołudniu. Byliśmy sami w jego pokoju. Oddał mi swoje ciało, a ja pozwoliłam mu się dotknąć. Jego męskość była sztywna i wyprostowana. Przeniósł mnie na sofę i położyl się na mnie. I wtedy – kiedy czułam, że się we mnie zagłębia, stracił całą siłę. Wstrząśnięty oparl głowę na mych piersiach i nieomal płakał ze wstydu. Sama zrozpaczona próbowałam go pocieszyć. …Słowa nie mogą wyrazić, co ja niezasłużenie wycierpiałam. A do tego widzieć jego mękę, jego niewiarogodną mękę. Mój ukochany mąż.”

Środa 3 stycznia.
“Rozkosz i zachwyt.”

Czwartek 4 stycznia.
“Zachwyt bez końca.”

Czwartek 16 stycznia.
“Przez długi czas byłam autentycznie szczęśliwa i dlatego niczego nie napisałam. Ale w ostatnich dniach wszystko się zmieniło. On chce, żebym była inna, zupełnie inna. I ja tego też chcę. Jak długo jestem z nim udaje mi się to, ale gdy jestem sama, moje własne, próżne ja, wychodzi na wierzch i chce swobody… Muszę się wznieść aby być z nim. (Bo żyję tylko w nim).”

Tu pamiętnik się kończy.

Przyjąłem to z ulgą. Moim głównym źródłem informacji do tej serii wpisów jest książka Françoise Giroud – The art of being loved (1). Świetnie napisana, a do tego przez kobietę, co daje szansę, że jest to osoba, która rozumie, jaka była Alma. Do pamiętników Almy zajrzałem, aby wyjaśnić kilka luk i sprzeczności w relacji Françoise Giroud. Zajrzałem i utknąłem.
Do tej chwili Alma kojarzyła mi się z kimś typu Colette/Klaudyna. W miarę czytania jej pamiętników niknął wdzięk paryskiego fin de siècle, a na wierzch wypływała wiedeńska krew i Alma zaczęła mi się kojarzyć z bohaterkami powieści Elfriedy Jelinek.
Wyznam, że czytając tak intymne wspomnienia, czułem się nieswojo. Obawiam się, że w poprzednim wpisie widać to moje nieprzystosowanie do niezgrabnej sytuacji, więc nic dziwnego, że odetchnąłem z ulgą, gdy stanąłem na spokojniejszym gruncie. Ten spokojniejszy grunt to trzy źródła: wspomniana powyżej książka Françoise Giroud i dwie książki autorstwa Amy Mahler: Gustaw Mahler, memories and letters (2) oraz And the bridge is love (3).
W swoich książkach Alma zastosowała bardzo ostrą autocenzurę, więc mogę już spokojnie wrócić do opowieści.

9 marca 1902 roku odbył się cichy ślub, który Alma opisała tak:
“...Mahler poszedl do kościoła na piechotę, w kaloszach bo był duży deszcz. Moja matka, Justyna i ja pojechałyśmy. W kościele Karola nie było nikogo poza nami i świadkami. Było rano. Kiedy trzeba było uklęknąć, Mahler nie trafił w klęcznik i musieliśmy zacząć od nowa. Uśmiechnęłiśmy się wszyscy, nie wyłączając księdza.
Na ślubnym śniadaniu było nas sześcioro i trwało krótko, żeby dać nam czas na spakowanie się na podróż poślubną. W pociągu do St. Petersburga odetchnęliśmy. Jego chmurny duch rozjaśnił się, a ja nie musiałam dłużej ukrywać swojego stanu
(ciąży – przypisek mój).”

Pora przedstawić trochę faktów na temat pana młodego.
Gustaw Mahler urodził się w 1860 roku w biednej, wielodzietnej, żydowskiej rodzinie w małym miasteczku na terenie obecnych Czech. Sześcioro spośród jego rodzeństwa zmarło w dzieciństwie. Zdolności muzyczne wykazywał już w bardzo młodym wieku i ojciec, który stopniowo awansował do klasy drobnego mieszczaństwa, zapewnił mu wykształcenie muzyczne łącznie z wiedeńskim konserwatorium i uniwersytetem. Wkrótce po ukończeniu studiów Gustaw rozpoczął pracę jako dyrygent. Poczynając od orkiestry w niewielkim kurorcie, poprzez Ljublanę, Ołomuniec, Pragę, Lipsk, Budapeszt, Hamburg dotarł wreszcie, w 1897 roku, do wymarzonego Wiednia. Na wszystkich swoich dyrygenckich stanowiskach doświadczył konfliktów z dyrekcją i członkami orkiestry. Jednak dzięki profesjonalizmowi i wielkim wymaganiom od orkiestry zyskał sobie duże uznanie krytyków i publiczności.
Aby objąć posadę dyrektora Dworskiej Opery – Hofoper – musiał się ochrzcić i przyjąć wiarę katolicką. Nie stanowiło to dla niego problemu, gdyż jego rodzice i on sam byli zdecydowanymi agnostykami.

Po powrocie z podróży poślubnej Alma musiała się przystosować do bardzo precyzyjnego rozkładu dnia swojego męża:
7 – pobudka i śniadanie,
8.45 – wyjście do pracy – próby orkiestry,
1 – powiadomienie domu, że wraca na lunch,
1.15 – powrót do domu i powiadomienie kucharki, żeby podawała zupę. W tym czasie Mahler krążyl po wszystkich pokojach, trzaskając głośno drzwiami.
Po lunchu sjesta, a potem długi spacer, w którym Alma musiała mu towarzyszyć.
Spacery z Mahlerem były mocno uciążliwe, gdyż szedł nierównym tempem, czasem bardzo szybko, czasem niespodziewanie zatrzymywał się, by odtworzyć pomysł muzyczny, jaki mu właśnie przyszedł do głowy.
5 – wyjście do opery na występ.
Wieczorem Alma musiała czekać na niego w operze, aby po spektaklu towarzyszyć mu w pieszym powrocie do domu. Tu nie było wymówek typu zła pogoda czy ciąża.
Po powrocie do domu posiłek, po posiłku czasem Alma czytała mu książki.
Sypialnie mieli osobne. Gustaw odwiedzał sypialnię Almy dopiero, gdy był pewien, że zasnęła.
Jeśli chodzi o posiłki, to Mahler życzył sobie, żeby były łagodne i dobrze wygotowane. Dokladne przeciwieństwo gustów Almy.

Jak Alma to znosiła? Fatalnie.

W liście poprzedzającym zaręczyny Gustaw pisał: “… wiem co mogę dać i dam w zamian“.
A co dawał? Brak jest jakichś konkretnych objawów tego uczucia poza może pieszczotliwymi zdrobnieniami imienia żony.
Swoją drogą – jak zdrobnić imię Alma – Almeczka, Almusia?
U Mahlera było to najczęściej – Almschi, ale w porywach dochodzilo do Almschitzitzi… Ilości tych tzitzi nie udało mi się dokładnie zliczyć.
Jednak Alma nie wątpiła w niezwykłą miłość Gustawa i odbierała ją w jakimś mistycznym wymiarze. W związku z tym znajdowała się często w zupełnej rozterce, raz buntując się przeciwko narzuconej jej niewoli, to znowu winiąc się za to, że nie potrafi się wznieść do poziomu swego męża.

Podczas sezonu koncertowego Mahler nie miał czasu na komponowanie. Poświęcał temu letnie wakacje. Lato spędzali nad wodą. Od 1902 roku był to Maiernigg. Mahler kupił tam dom, przy którym kazał zbudować mały domek do pracy – Häuschen.

Hauschen

Wakacyjny rozkład dnia wyglądał następująco:
6 – Gustaw wstawał i dzwonił na kucharkę, żeby przygotowała mu śniadanie w Häuschen. Śniadanie musiało być podane w ten sposób, żeby kucharka, ani nikt inny, nie spotkał się z Mahlerem.
Po śniadaniu praca do południa w absolutnej ciszy. Wszyscy sąsiedzi byli powiadomieni, żeby nie wydawać żadnych odgłosów.
Południe – pływanie w jeziorze. Gustaw był bardzo dobrym pływakiem. Gdy już był w wodzie, gwizdał na Almę, żeby do niego dołączyła.
Po pływaniu lunch, sjesta, niekończący się spacer w towarzystwie Almy.
Alma krytycznie oceniała twórczość swego męża. Gdy prezentował jej partyturę Symfonii Nr 2 przerwała komentarzem – wolę Haydna.

Alma w swym pamiętniku pisała: “…czuję ucięte skrzydła. Czemu przywiązuje do siebie ptaka chętnego do lotu, gdy pasowałoby raczej coś ciężkiego i nudnego. W ostatnich dniach tkam muzykę w głowie, tak głośną… To musi się zmienić.”

Po powrocie do Wiednia nieco się zmieniło. Z jednej strony znajomi Almy, Schönberg i Zemlinsky, założyli grupę kompozytorów, wzorującą się nieco na secesji i zaprosili do niej Mahlera. Z drugiej, Mahler zgodził się na wizyty niektórych starych znajomych Almy.

W 1902 roku twórczość kompozytorska Gusstawa Mahlera zaczęła zyskiwac uznanie i popularność. Punktem przełomowym był czerwcowy koncert w Krefeld i premiera cytowanej na wstępie Symfonii Nr 3. Mimo uprzedzenia miejscowej prasy, publiczność i najlepsi krytycy muzyczni Niemiec przyjęli utwór z ogromnym entuzjazmem.

Czy to uznanie wpłynęło na zmianę bardzo negatywnej oceny twórczości Gustawa przez Almę? Alma miała zaszczepioną przez Burckharda ideę, że Żydzi nie są zdolni do pracy twórczej. W jej pismach można znaleźć stwierdzenia typu: “Żydzi, jak wszyscy mierni ludzie, uwielbiają muzykę włoską.” Ale również: “Nie mogłabym żyć bez Żydów.”

Françoise Giroud (1) – strona 50 – konkluduje, że Almie związek z ludźmi “niższego gatunku” dawał poczucie słodkiej wyższości osoby obdarzonej “chrześcijańskim splendorem”.

W listopadzie 1902 roku urodziła się córka, której nadano imię matki Gustawa – Maria. W domu nazywano ją Putzi. Poród był bardzo ciężki. Gustaw przyjął te narodziny z największym entuzjazmem, Alma obojętnie.
W czerwcu 1904 roku urodziła się druga córka – Anna, którą w domu nazywano Gucki.
Gustaw miał bardzo dobry kontakt z córkami. Znajdował czas wolny na długie rozmowy, z każdą z osobna. Jednak podczas wakacji, w czasie przeznaczonym na komponowanie, dzieci musiały być zamknięte w pokoju i zachowywać się cicho.

Komentarz Almy: “…geniusze to ludożercy, którym wydaje się, że są wegeterianami.”

Latem 1907 roku, podczas tradycyjnego pobytu w Maiernigg, obie dziewczynki zachorowały na szkarlatynę. Maria zmarła z powodu powikłań. Gustaw przeżył śmierć córki bardzo ciężko. Alma wpadła w stan depresji i lekarze zalecili jej wyjazd na odpoczynek.

Korzystając z obecności kilku lekarzy Gustaw poprosił o zbadanie stanu jego zdrowia. Diagnoza była miażdząca – degeneracja zastawek serca i infekcyjne zapalenie osierdzia. Zakaz jakiegokolwiek intensywnego wysiłku fizycznego.
Był to bardzo poważny cios, gdyż Gustaw byl zapalonym rowerzystą i pływakiem. Na szczęście lekarze nie zabronili mu dyrygować z tym, że musi się oszczędzać.

Ciąg dalszy nastąpi.

PS1. Tytuł tego wpisu był dla mnie oczywisty ze względu na charakter głównego bohatera, ale równocześnie w podświadomości brzęczało skojarzenie z tytułem książki Hansa Fallady chociaż jej tematyka jest zupełnie inna KLIK.

PS2. Czy Symfonia Nr 3 nadal trwa (1 godz 45 min)? Jeśli tak, to dobrze, bo to znaczy, że mój wpis nie był zbyt długi.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK
2. Alma Mahler – Gustav Mahler, memories and letters – KLIK
3. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK

Deutsch 1914 Papua Niugini 2014

Seit ein paar Wochen präsentierte ich hier an Mittwochs eine polnische in Berlin lebende Künstlerin /Od paru tygodni prezentowałam tu w środy polską artystką z Berlina / Since some weeks I was presenting here on Wednesdays a Polish artist from Berlin.

Aleksandra Hołownia

Dziś kolejny projekt, w którym Aleksandra bierze udział. Heute ein weiteres Projekt, an dem sich Aleksandra beteiligt. Today another project she is participating in.

Deutsch 1914 Papua Niugini 2014

Sie folgte dem Ruf vom 29.07.2014 / Odpowiedziała na wezwanie, które ukazało się w Berlinie w lipcu 2014 roku / She answered to an open call for participation issued in Berlin on 29th of July 2014

Maske 100kleinProjekt – Współcześni artyści z Berlina w Papua Nowa Gwinea

Do dziewiętnastego wieku Papua Nowa Gwinea była całkowicie niezbadana. Dzisiejsza Papua Nowa Gwinea powstała z połączenia dwóch terytoriów kolonialnych, obejmujących wschodnią część Nowej Gwinei oraz pobliskie wyspy. Początkowo stanowiła kolonię brytyjską. Później została przekazana pod administrację australijską. Północno-wschodnia część wyspy nazwana Ziemią Cesarza Wilhelma należała do protektoratu niemieckiego. Po przegranej I wojnie światowej Niemcy musiały zrezygnować ze swych posiadłości kolonialnych.
W 1914 roku przed wybuchem pierwszej wojny światowej, berlińscy ekspresjoniści, Emil Nolde i Max Pechstein podobnie jak wielu innych awanturników, biznesmenów, misjonarzy, dobroczyńców, pisarzy, podróżników udali się na wyspy zachodniego Pacyfiku. Spragnieni przygody oraz poznania egzotycznych kultur malarze swe spostrzeżenia, badania, i inspiracje pozostawili na znanych europejskiej publiczności płótnach. W latach 1915 do 1918 również polski etnograf i antropolog, Bronisław Malinowski, odwiedził regiony wysp Triobriandzkich należących do państwa Papua Nowa Gwinea. Efektem czego były wydane w 1922 roku w języku polskim i angielskim książki: „Argonauci Zachodniego Pacyfiku”, „Zycie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”oraz „Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich”. Warto przypomnieć, że w 1915 roku, w podróży do krainy Papua Nowa Gwinea Malinowskiemu towarzyszył fotograf Stanisław Ignacy Witkiewicz.

2maski2

W 2004 roku berliński artysta i kurator Alfred Banze wspólnie z antropolożką Marion Struck-Garbe postanowili zrealizować projekt artystyczny konfrontujący prace zafascynowanych kulturą Oceanii, współczesnych artystów berlińskich z dziełami artystów Papua Nowej Gwinei. Dziś, w dobie nieograniczonej komunikacji i podróży, sztuki wizualne są „lingua franca” stosunków międzykulturowych – twierdzą kuratorzy. Do udziału w projekcie zakwalifikowali propozycje 12 artystów, w tym również moje czarno białe rysunki masek z 1994 roku. Ja sama kolekcjonuję maski z Oceanii, Afryki, Azji.

Maski kolekcja AHW 1987 roku lecąc z Moskwy do Warszawy spotkałam szwagierkę operatora filmowego Waldka Czechowskiego. W Moskwie miałyśmy tylko przesiadkę. Ja wracałam ze stypendium w Meksyku a ona z Papua Nowej Gwinei, gdzie towarzyszyła zaprzyjaźnionym etnografom. Jej barwne opowieści rozbudziły moją wyobraźnię. Kupiłam wszystkie dzieła Bronisława Malinowskiego. Do dziś stoją na półce – jeszcze nie przeczytane. Natomiast w latach 90, gdy mieszkałam już w Niemczech, pod wpływem wspomnień związanych z opowieściami owej znajomej, stworzyłam cykl stu rysunków masek inspirowanych sztuką ludów Papua.

Kolekcja masek Aleksandry Hołowni

Seria ta stanowi próbę transformacji na papier ducha nieżyjącej osoby, której odbicie twarzy zostało uwiecznione w masce. Rysunki masek były między innymi dwukrotnie wystawiane w Nowym Jorku w galeriach: Monserat (1994) i The Cork (1999) – tam też naprawdę znalazły uznanie.

Alexandra Holownia Masks  Exhibition, Monserat Gallery NYC 1994Wystawa masek Aleksandry w Nowym Yorku

Pod koniec października 2014 roku kuratorzy, Marion Struck-Garbe i Alfred Banze, jadą do Nowej Gwinei, gdzie zrealizują projekt. W Muzeum Narodowym w Port Moresby i w Wyższej Szkole Sztuki w Gorka zaprezentują prace 12 artystów z Berlina. Są to Barabara Eitel, Juliane Laitzsch, Christine Niehoff, Ingeborg Lockemann, Maurice De Martin, Jacob Roepke, Patrick Jambon, Moritz R., Alexandra Holownia, Ilse Ermen, Michel Aniol, Stephan Gross. W maju 2015 pokaz ten wraz z workshopem i performance będzie można obejrzeć w Projektraum Alte Feuerwache i ZK/U w Berlinie.

2maski1***

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Krzesła

Kasia Krenz & Co

Kasia i ja dedykujemy ten wpis Julicie, która przypomniała Wojaczka, stając się  inspiratorką tego tekstu jako kompozycji z obrazów i poezji oraz z tego, co prywatne i tego, co publiczne

J_Krenz_acryl_Ausencias3xJacek Krenz, akryl na płótnie
Pod spodem: Andrzej Wróblewski, Ukrzesłowienie, olej, płótno, 1956
Muzeum Narodowe w Krakowie


Muzeum podaje do obrazu następujący opis:

Siedząca nieruchomo na krześle kobieta to nie studium postaci, lecz jej relacji z rzeczywistością. W obrazie wyczuwa się stan napięcia, oczekiwania, choć nie wiadomo na co czy na kogo. Ów trop wyznacza stojące obok, puste krzesło. Przedstawiona sytuacja przypomina głośny w owym czasie dramat Samuela Becketta Czekając na Godota (1952). (…) Wydaje się, że Wróblewski podjął artystyczny dialog z Beckettem, tworząc cykl dzieł, w których motyw krzesła symbolizuje stagnację i bliżej nieokreśloną nadzieję. Na opisanie owego stanu oczekiwania wymyślił termin „ukrzesłowienie”, oznaczający trwały stan przymusowego siedzenia, a zatem także w jakimś zakresie – ubezwłasnowolnienia i uprzedmiotowienia.

Rafał Wojaczek – Mimikra

Pani Barbarze Bittnerównie

Prawdziwe jest mistrzostwo śmierci, co wymyśla
coraz to inne formy swojego istnienia:
zostają nieśmiertelne, gdy ona już zmienia
– jak naturalnie metrum zmienia nieumyślna

decyzja precyzyjnie liczącej akcenty
oddechu krwi pisząca dłoń; jak zmienia kostium
tancerka w interwale gry, zezując z boku
do lustra tylko po to, by sprawdzić zapięcie

stanika – nie nagości zawodowej twarz
kontemplować; jak ciekły niepokój poety
znajduje odwołanie wreszcie przy kuchennym

zlewie, gdzie na krawędzi jawnie siedzi ona,
rozkraczona, na pamięć w mózgu wyrzeźbiona
sekunda pożądania, tak śmierć zmienia twarz.

marzec 1968, Kudowa-Zdrój

Kasia Krenz – Mimikra

Siadam na krześle
czuję jego kształt
anatomię małej litery h
kolejne wcielenie
wiotkich włókien
zawiłych sęków lasu
które dawno temu
były koroną pniem
siecią korzeni
płynących na połów
które śniły sen
o czterech porach
każdego roku

Wtapiam się w krzesło
przywieram plecami
do oparcia
wrastam czterema nogami
w podłogę

Znikam w ciszy słów
nigdy niewypowiedzianych
za parawanem czynów
których historia
już tylko milczeniem.
Ludzie przechodzą obok mnie
ten i ów przysiądzie na chwilę
albo kopnie nogę krzesła
odsuwając je ze swej drogi
bez namysłu, niecierpliwie.

Ja – krzesło. Ja na krześle.
Jestem krzesłem.

Różowy network

Aleksandra Hołownia

Alexandra Fly
neofeministyczny projekt artystyczny
lalki odzwierciedlające postać Fly, kostiumy, wideo, zdjęcia
oraz
performance w przestrzeni wystawienniczej

Alexandra Fly, odziana w spektakularny kostium, gęsto obszyty małymi, szmacianymi waginami i penisami, broni praw kobiet.
Podróżując samolotami po Europie i USA, odwiedza wystawy sztuki współczesnej, wywołując zainteresowanie przypadkowych odbiorców.

Usytuowany w przestrzeni publicznej projekt bazuje na:

– świadomej konfrontacji indywiduum z przeciętnym widzem

– reakcjach publiczności, spowodowanych złamaniem tabu oraz

– prowokacji wynikającej z publicznego tematyzowania kobiecych narządów płciowych

Zauważmy, że nie mamy tu do czynienia z nagością, lecz tylko z obrazem abstrakcyjnych form przypominających damskie genitalia. Prezentowany publicznie kostium Fly odtajemnicza waginę, podkreśla że może ona budzić piękne skojarzenia i wcale nie musi być tematem wstydliwych debat.

Fragile1Interakcja z publicznością:

Podczas trwania wystawy, odwiedzającym zostanie udostępniona garderoba z projektu Alexandry Fly. Przymierzając kostiumy publiczność może lepiej zrozumieć protest artystki przeciw dyskryminacji płciowej.

Rzeźba medialna i socjalny network:

Spektakularnej figury artystycznej nie da się nie zauważyć. Artystka spacerując po własnej wystawie, podejmuje dialog z publicznością i odpowiada na pytania zainteresowanych. Chętni mogą sobie zrobić pamiątkowe zdjęcia z Alexandrą Fly, a gdy wstawią je do Internetu, staną się częścią istniejącego już networku.

Dyskurs feministyczny:

Rewolucja obyczajowa 1968 roku zdecydowanie wpłynęła na zmiany obyczajowości i życia mieszkańców Europy Zachodniej. W innych częściach świata ścisły podział ról na męskie i żeńskie nadal obowiązuje. Od lat masowo napływający do Europy migranci z krajów, w których kobieta zajmuje pozycję podrzędną, nigdy nie słyszeli o rewolucji seksualnej. Ludzie ci, mieszkając w Europie, nadal wycinają dziewczętom łechtaczki, praktykują przymusowe małżeństwa i mordy honorowe. A przecież ten, kto używa przemocy wobec kobiet, zastrasza i niszczy źródło energii życia na Ziemi, a tym samym zagraża całemu człowieczeństwu.

Alexandra Holownia as Alexandra Fly, Paris 2013, Foto Jean Baptiste GurliatParyż 2013, Foto Jean Baptiste Gurliat

Wywiad z Aleksandrą (ukaże się w listopadzie w czasopiśmie Artluk – http://www.artluk.com)

Kim jest Alexandra Fly?

Projekt Alexandra Fly powstał w 2006 roku podczas moich studiów podyplomowych na berlińskim UdK (Uniwersytecie Sztuki). Poszukując nowych metod przekazywania zjawisk w sztuce współczesnej, wymyśliłam poruszającą się w przestrzeni publicznej figurę artystyczną, oddziaływującą na odbiorców poprzez spektakularny kostium.

Ubrana w suknię obszytą szmacianymi waginami i penisami postanowiłam prezentować się w kontekście międzynarodowych wystaw artystycznych. Pseudonim Fly miał swoje odniesienie do częstych lotów samolotami, które odbywałam i odbywam, przedstawiając projekt w różnych krajach. W marcu 2007 roku po raz pierwszy poleciałam jako Fly z Berlina do Nowego Jorku. Poza tym co roku odwiedzam targi sztuki w Bazylei, Brukseli, Londynie, Paryżu i Berlinie. Moje wystąpienia są niezapowiedziane, choć coraz częściej otrzymuję oficjalne, płatne zaproszenia do uczestnictwa w festiwalach sztuki.

Jakie przesłanie zawiera projekt Fly?

W projekcie Alexandra Fly chodzi o łamanie tabu. Pokazuję to, co nie przystoi. Jestem kompletnie odziana, ale publicznie obnoszę uszyte z kolorowej tkaniny intymne części ciała. Odtajemniczam waginę, zmieniam ją w widniejące na moim kapeluszu, spodniach, bluzce, kolorowe, intrygujące obiekty. Demonstrując imitujące waginę, zmultiplikowane formy, pragnę sprowokować publiczność do zastanowienia się nad rolą kobiety w globalnym społeczeństwie. Obecnie w dobie zbliżania do siebie narodów, renesans religii oraz postępująca konserwatyzacja doprowadziły do upadku wartości wywalczonych przez rewolucję seksualną lat 60. Zastanawiam się jak dawne hipisowskie hasło Make love not war byłoby przyjęte w objętych obecnie wojną krajach arabskich? Dlaczego mimo rozwoju cywilizacji religie świata nadal przekazują wizje uciskanej kobiety? Moja manifestacja jest nie tylko skierowana przeciw dyskryminacji płci żeńskiej, lecz również stanowi głos domagający się tolerancji dla odmieńców.

 Jak reaguje publiczność na Alexandrę Fly?

Generalnie publiczność nie jest przygotowana na spotkanie z figurą artystyczną. Często widząc mnie w kostiumie ludzie dowcipnie pytają: Czy mamy karnawał? Obyczaje społeczne tolerują przebranie podczas maskardy. Ja natomiast łamię te przyzwyczajenia i pokazuję strój Fly o różnych porach roku, głównie jednak podczas podróży artystycznych. Niekiedy pobłażliwie uśmiechający się odbiorcy proszą o wspólne, pamiątkowe zdjęcie. Zdecydowana większość domyśla się, że chodzi o performance. Niektórzy nawet nazywają mnie żywą rzeźbą. (…) Z pewnością pozytywnie wpływa na widzów użycie odcieni różu, czerwieni i fioletu. (…)

Dlaczego kostium Fly zawiera różne odcienie różu i czerwieni?

Wybierając czerwień i róż chciałam przykuć uwagę publiczności. Te populistyczne, wybitnie kobiece kolory kojarzą się wszystkim z miłością, namiętnością, romantyką, wdziękiem i dziecięcym urokiem. Z drugiej strony wyrażają kicz i tandetę. Poza tym dynamiczna, agresywna czerwień wpływa podniecająco na ludzką psychikę, mówi też o uczuciach seksualnych. Kostium ma mocną wymowę, nie można przejść obok niego obojętnie. Wyzywający różowy kolor przyciąga wzrok. W projekcie Alexandra Fly znaczące treści podporządkowałam wesołej, radosnej formie. (…)

Alexandra Flying Instalation Gallery Szyperska 2014Gallery Szyperska 2014

Więcej na stronie projektu

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Harbin w grudniu

Aleksandra Hołownia

Grudniowa impreza w Harbinie

China Skull 4-Harbin 2011W sierpniu 2011 roku, tuż po powrocie z wakacji otrzymałam maila od chińskiej kuratorki Danyang Zhao. Było to zaproszenie do udziału w wystawie tematyzującącej tęskonoty za demokracją w Chinach. Zawsze pragnęłam odwiedzić Chiny. Jednak sytuacja polityczna tego kraju niewiele mnie obchodziła. Przypomniałam sobie, że podczas Biennale w Wenecji w 2011 roku, płynąc tramwajem wodnym, przeczytałam napis: By by, Ai WeiWei, widniejący na ścianie domu stojącego na wyspie Giudecca. Dowcipny gryzmoł wzmacniało pytanie: Where is Ai WeiWei? umieszczone na noszonych przez gości Biennale szmacianych torbach. Świat sztuki protestował przeciw aresztowaniu krytykującego chiński reżim artysty, Ai WeiWei.

China scull, pencil drawing and
acryl on paper, Harbin 2011

Na Uniwersytecie Sztuki (UdK) w Berlinie oferowano Ai WeiWei nawet profesurę. Lecz ten wielkoduszny gest mało wzruszał rząd chiński. Po kilku miesiącach Ai WeiWei wyszedł z więzienia, lecz natychmiast uznano go winnym nadużyć podatkowych. Wymierzono mu grzywnę 15 milionów yuanów, czyli około 1,8 miliona euro. Do dziś Ai WeiWei nie może opuścić swego ojczystego kraju. (W 2011 roku ArtReview ogłosiło Ai WeiWei najważniejszym artystą świata).

Dzięki wsparciu wielu anonimowych ofiarodawców Ai WeiWei zapłacił ogromną karę w terminie, ale nadal nie może wyjechać z Chin. W roku 2014 wystawy jego prac odbyły się w Berlinie i Londynie (przyp. red.).

Przed laty rozmawiałam z zamieszkałym w Sydney chińskim rzeźbiarzem i dysydentem, Ah Xian, który w 1989 roku, tuż po krwawym stłumieniu protestów studenckich na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, wyemigrował do Australii. Ah Xian opowiadał mi o trudnych czasach dla chińskich artystów i intelektualistów. W Berlinie, na UdK studiowałam z Chińczykami, lubiłam ich, gdyż byli bardziej uczynni od niemieckich kolegów. Poza tym mieli rozwiniętą kolektywną świadomość.

Dlatego, gdy Danyang Zhao zorganizowała dla mnie indywidualny pokaz, połączony z prelekcją i workshopami, postanowiłam polecieć do Chin. Planowanym wystąpieniom miała towarzyszyć także wspólna wystawa zatytułowana I Wish, złożona zarówno z moich prac, jak i czterech pozostałych artystów berlińskich. W pokazie tym kuratorka Zhao połączyła intencje i wymowę instalacji, grafik, malarstwa zaproszonych twórców z zebranymi w internecie marzeniami chińskich obywateli o lepszych, humanitarnych, demokratycznych Chinach.
W dniach 07-08 grudnia 2011 roku w Art and Design Apartment in Degiang College oraz Industry Design Office in Huarui College w Harbinie odbyły się pokazy filmów wideo, przedstawiających moje projekty artystyczne. W obydwu uczelniach przeprowadziłam również wykłady o własnej twórczości jak i minimalizmie w sztuce współczesnej. Liczba zainteresowanych słuchaczy przekroczyła 200 osób. Tłumaczka na chiński, kuratorka, Danyang Zhao poprosiła studentów, by określili, czym jest dla nich sztuka. Sztuka to piękno, powiedział jednen z młodych ludzi. Także pozostali dyskutantci kojarzyli pojęcie sztuki z harmonią i pięknem. Zdziwiło mnie, że pogrążeni w poszukiwaniu estetycznych doznań młodzi ludzie nie chcieli w świecie niczego zmieniać, że zapomnieli o polityce, problemach społecznych czy ekologicznych. Pierwszy workshop w Art and Design Apartment in Degiang College dotyczył mojego, zainaugurowanego w 2004 roku w Berlinie, projektu artystycznego Noc Wspomnień.
Przypomnienie projektu opartego na tradycji polskich Zaduszek, towarzyszyło życzeniom pozwolenia oficjalnego celebrowania w Chinach pamięci zmarłych członków rodziny i przyjaciół. Uczestnicząca w workshopie młodzież paliła świeczki, opowiadała o swych nieżyjących już dziadkach i sąsiadach. Wielką frajdę sprawiało wszystkim malowanie ornamentów na moich rysunkach czaszek. W ten sposób powstały nowe, wspaniałe kompozycje, stanowiące podstawę późniejszej wspólnej instalacji. Kolejny workshop w Industry Design Office in Huarui College związany był z poszukiwaniem graficznego symbolu narodzin i umierania. Tu grupa 20 osób wykreowała wizualne formy obrazujące początek i koniec życia, po czym każdy z uczestników opowiadał przed kamerą, co narysował i dlaczego. Zafascynowało mnie selektywne myślenie moich chińskich studentów. Potrafili oni stworzyć proste znaki, niespektakularne i komunikatywne. Spotkania cechowała przyjazna atmosfera – wszyscy pragnęli wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Przebywanie z otwartą na informacje, komuniktywną grupą dawało pozytywną energię. Zewnętrznie fascynowały mnie ogromne, nowoczesne, przestrzenne budynki harbińskich uniwersytetów. Wielomilionowy Harbin posiada 19 wyższych uczelni, tu studiuje przyszłość Chin. Samo miasto zadziwia niebywałym rozmachem architektonicznym, drapaczami chmur, wspaniałym oświetleniem budynków. Czasami tylko przyjezdnych dziwią opustoszałe, szerokie ulice oraz stojące na wymarłych, bezludnych osiedlach, pozbawione mieszkańców wieżowce.

***
Fotograficzne i filmowe impresje autorki z podróży do Chin.

pekinczyki

***

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Eros i Tanatos

Od kilku lat jesteśmy zaprzyjaźnione na Facebooku, co, jak wiemy, nic nie znaczy i nawet nie wiem, jak to się stało, że FB nas połączył. Nie wtrącałam się jednak i nie zmieniałam tego, bo jest artystką, a to co robi, wydało mi się ciekawe. Przede wszystkim podobała mi się na zdjęciach jej różowa kreacja, ewidentny obiekt artystyczny. Teraz poprosiłam Aleksandrę o przygotowanie wpisu. W trakcie wspólnej pracy nad tym postem, okazało się, że wpisów będzie kilka.

Aleksandra Hołownia o sobie

Urodziłam się we Wrześni, mieszkam w Berlinie, studiowałam w Poznaniu, Warszawie i Berlinie. Uprawiam akcje w przestrzeni publicznej, performance, scenografię, kostiumy, rzeźbę, rysunek, film wideo, projekty artystyczne, teksty.

Wykładam sztukę w Niemczech, ale też w Chinach (Harbin).

Alexandra  Holownia as Alexandra Fly at Tinguely Museum Basel 2013W Muzeum Tinguely’ego w Bazylei

Moje, powstałe na przestrzeni lat, rysunki, rzeźby, obiekty oscylują wokół tematu eros i tanatos. Egzystujące obok siebie odrębne, wykluczające się wątki przedstawiają zmagania dwóch żywiołów wpisanych w życie człowieka. Najczęściej powtarzającym się motywem w mojej twórczości jest symbolizująca instynkt życia i miłości wagina oraz obrazująca popęd śmierci czaszka. Fascynuje mnie  sztuka ulicy, kultura tatuażu jak i bazujące na alternatywnym sposobie docierania do publiczności artystyczne akcje również typu guerilla. Prywatnie jestem weganką. Mam trójkę psiaków: dwa boksery i andaluzyjską wilczycę. Życie psów nie jest mi obojętne. W miarę możliwości staram się wspierać psy w Polsce, Hiszpanii. Jako tzw. matka chrzestna bezdomnych psów w Rumunii (Streunenhunde-Pate) pomagam hamburskiej organizacji Cztery Łapy (Vier Photen) w realizacji idei kastrowania rumuńskich bezdomniaków. I od razu, korzystając z okazji, proszę o zapoznanie się z apelem tej organizacji i wszelką możliwą pomoc.

Kubus i BannyKubuś i Banny

Znaleźć mnie można na licznych portalach, oczywiście wpisując Holownia a nie Hołownia

ZOBACZ

Alexandra Holownia as Alexandra Fly Art Basel 2010Alexandra Holownia as Alexandra Fly Frieze Art Fair London 2013Alexandra Holownia, Smok piersiasty, drawing colour pen, 29,5x42cm Berlin 2003czaszkalezDzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Ogród duszy

Bogumiła Różewicz

Różowa kula

Beacie Pawlikowskiej

Różowa kula widzi Kobietę
błyszczącą w ramionach dżungli
skąpaną w ulewnym deszczu

Amazonia wydaje szelest
pięknej tajemnej muzyki

Kula pęka
rozprzestrzenia się
różowy pył

kobieta odpływa
otoczona skorpionami i piraniami

podróżniczka z lepszego świata

7 marca 2012

Czarny włos

Czarnowłosy chłopiec
spogląda w otwarte okno świata
widzi twarz Księżyca
łzy tworzą kałużę smutku

odpływa łódką do Babilonu

Kiedy obudzi się ranek
słońce zaświeci
zamkną się Zielone drzwi
czarny włos pozostanie na białej pościeli

18 czerwca 2012

Jesień, Jacek Yerka https://i0.wp.com/uploads6.wikiart.org/images/jacek-yerka/autumn.jpg
Jacek Yerka

Ścieżka kropli

Nadchodzi noc
światła gasną w oknach
moje miasto zasypia
zegar wybija północ
tylko Księżyc spogląda
z obłoków na róg ulicy
gdzie suche drzewo
ma na gałęziach krople deszczu

pójdę ścieżką kropli
odnaleźć Muzę która Cierpi

23 listopada 2013

Ogród duszy

W ogrodzie duszy
Anioł rozkłada skrzydła
pióro opada z nieba
konary tańczą walca
liście unoszą się na wietrze

W środku kwiatu
zegar wybija pierwszą

wtedy śpiewają cykady
biegnę zieloną łąką
rosa dotyka mych stóp

14 grudnia 2012

Jacek Yerka, Sad pomarańczowy, https://i0.wp.com/uploads4.wikiart.org/images/jacek-yerka/orange-grove.jpg%21Large.jpg
Jacek Yerka, Sad pomarańczowy

***
U źródeł strumienia
przejrzę się w kropli wody
wzniosę wzrok ku słońcu
zobaczę niebieskie łąki
jak kamień wejdę
w tajemnicę czarnych znaków
na papirusie odkryję siebie

10 lutego 2013

Uśmiech

Elżbiecie Dybalskiej

W dolinie Zielonej
wodospad uderza o skały
Bogini Grecji
ma w sercu niebo
Sukienka w odcieniu Szkocji
łzy tworzą hymn miłości
kamień biały bije
cztery akty dramatu
upadek kończy się uśmiechem

21 maja 2013

***

Niezapomniany dzień
otwiera się miasto
zamknięta w złotej klatce
otulona peleryną szarości
idę po bruku
ze srebrnych nitek
na powitanie
wychodzi Anioł

23 lutego 2013

***
Niebo granatowe
ubiera się w biały szal
spada deszcz meteorytów
kamienie odbijają się od szklanych gór
Kładzie się światło
na ziemię rzuca cień
widać Ludzkie plecy

1 lutego 2013

***
Kropla rosy na liściach
opada w dół
słowa zgrzytają na papierze
nie słychać rytmu
szum nieznośny
słowa Krzyczą
rozsypują się w drobny mak
płaczę nad poległym Słowem

16 lutego 2013

***
Kryształowa kula
widzi niekończący się sen
z otwartego kalendarza
wylatują pożółkłe kartki
tylko trzy daty zapisane w pamięci
3 Stycznia zobaczyłam Ciebie
26 Lutego przy muzyce
zapatrzeni w siebie
29 Lutego dotykamy
czegoś niewidzialnego
W dłoniach zmierzch
sen trwa do dziś
niedokończony

30 czerwca 2013

Jacek Yerka, Wiosna w Milanówku - https://ewamaria.blog/wp-content/uploads/2014/08/98bb7-jacek_yerka_wiosna.jpg
Jacek Yerka, Wiosna w Milanówku

We wpisie pokazuję trzy obrazy Jacka Yerki, fantastycznego malarza fantastyki. Więcej: https://www.facebook.com/Yerkaland

Wielka Wojna (13)

Na razie wydaje się, że rysunkami Kasi kończymy nasz cykl.

Katarzyna Kulikowska

Znamy ją już z różnych wpisów na blogu. Pojawiała się jako autorka wierszy, graficzka, rysowniczka. Teraz wykonała rysunki specjalnie do naszego cyklu wpisów o I Wojnie. Wczoraj w poście o Arturze Chazanowiczu zamieściłam jej rysunek samolotów. Dziś zatopienie Luzytanii, sterowiec na uwięzi i przejmujący żołnierz w okopach.

I tak sobie myślę, że jakby ktoś poszukiwał rysownika lub grafika, to niech się 
skontaktuje z Autorką
.

Tonaca LusitaniaWikipedia pisze: RMS (Royal Mail Steamer) Lusitania – parowiec transatlantycki, zbudowany w stoczni Wallsend w Newcastle i zwodowany 7 czerwca 1906 roku. Wraz z bliźniaczą Mauretanią był to w swoim czasie największy, najszybszy i do momentu zbudowania Olympica i Titanica najbardziej luksusowy statek świata.

Luzytania podczas rejsu próbnego Wikipedia Commons

Lusitania zatonęła dnia 7 maja 1915 roku po storpedowaniu przez niemiecki U-Boot U-20. Był to jej 202 rejs przez Atlantyk. Kapitan okrętu podwodnego Walther Schwieger twierdził później, że wystrzelił tylko jedną torpedę. Jednak statek typu Lusitanii był odporny na trafienie pojedynczą torpedą, zarówno z powodu swojej wielkości, jak i stosowania grodzi wodoszczelnych (pomimo uszkodzeń Lusitania nadal płynęła z prędkością przekraczającą 18 węzłów). Ostatecznie statek poszedł na dno z powodu drugiego wybuchu, którego źródło i przyczyny nie są do końca wyjaśnione. Wymienia się:

  • wybuch pyłu węglowego
  • wybuch amunicji i materiałów wybuchowych przewożonych w ładowni – wbrew zakazom “Lusitania” przewoziła tego typu ładunek
  • wybuch pyłu aluminiowego (46 ton) przewożonego dla Arsenału Woolwich
  • wybuch kotłów parowych po zalaniu ich wodą

Zatonięcie Lusitanii pociągnęło za sobą śmierć 1198 pasażerów, głównie Anglików, ale znalazła się wśród nich duża grupa obywateli amerykańskich. Ocalały 764 osoby. Ta największa od czasu Titanica katastrofa, odegrała ważną rolę we włączeniu się USA do I wojny światowej.

***

sterowiec

Tonąca Luzytania czy sterowiec były, przy całej grozie, jednak zjawiskami wyjątkowymi, natomiast żołnierz w okopie był wszędzie. Zginęło ich w tej wojnie 10 milionów. Pomyślmy o nich, a jeśli umiemy się modlić – to pomódlmy się, za nich, za tych co padli na polach bitew lub umarli z chorób i ran podczas Wielkiej Wojny i wszystkich tych małych wojen po Wielkiej Wojnie, za tych którzy zginęli podczas II Wojny, jaka podobno musiała wybuchnąć, bo I nie załatwiła wszystkich spraw i za tych, co giną co dzień w jakiejś wojnie, na Ukrainie, w Izraelu, w Syrii, w Iraku, jakiejś wojnie, która zawsze gdzieś się tli, a niekiedy tylko czeka, żeby z małego konfliktu przerodzić się w wielką wojnę z następnym numerem.

I niech Ten Na Górze ma nas wszystkich w swojej opiece.
zolnierz w okopach

Wielka Wojna (12)

31 lipca 1944 w tajemniczych okolicznościach zginął Antoine de Saint-Exupéry. Wystartował z lotniska Bastia-Borgo na Korsyce i miał wykonać lot zwiadowczy nad Grenoble. Spadł do morza nieopodal wyspy Riou koło Marsylii. Do dziś nie wiadomo, czy pisarz był już za stary na wykonywanie takich zadań (pomyśleć, że miał zaledwie 44 lata) i zawiodły go siły i umiejętności, czy został zestrzelony, czy popełnił samobójstwo.

Małemu Księciu wpis ten dedykuję.

Ewa Maria Slaska

Przygody pilota Artura Chazanowicza podczas Wojny Światowej

chasanowiczDane mu było żyć bardzo krótko. Urodził się w rodzinie żydowskiej w roku 1982, zginął w roku 1915.
Jego rodzina pochodziła z Grodna i w literaturze (bądź co bądź wymienia się go w dwóch pozycjach książkowych – w obu ze zdjęciem) określa się go jako “Russe” – Rosjanin.  To oczywiście mogło oznaczać rzeczywiście Rosjanina, ale najczęściej oznaczało Polaka. Artur skończył studia, wybuchła wojna i chłopak postanowił zaciągnąć do armii. Był inżynierem, interesowały go maszyny, starał się więc o przyjęcie do jednostek piechoty zmotoryzowanej. Niestety kolejne komisje lekarskie wykrywały u niego niedomogi serca i odrzucały jego wniosek o wcielenie do armii pruskiej. Chłopak był jednak ambitny i uparty. Zgłosił się sam na badania do szpitala Charité, gdzie wydano mu atest, zaświadczający, że cierpi wprawdzie na silną neurozę serca, nie jest jednak chory i nie ma żadnej wady serca. Zaopatrzony w odpowiedni dokument zgłosił się do oddziału pilotażu wojskowego w Adlershof-Johannisthal. Został przyjęty z datą 1 lutego 1915 roku.

samoloty wojenne-kulikowska

Samoloty wojenne, rysunek wykonany przez Katarzynę Kulikowską specjalnie do naszej serii Wielka Wojna.

Przeszedł szkolenie piechura w Alt-Glieniecke koło Adlershofu, po czym zdał egzamin pilota w szkole w Johannisthal i został skierowany do szkoły zwiadowców w Jüterbog. Wysłany jako pilot z Berlina do Wrocławia (był to lot specjalny, ale o tym za chwilę), zginął podczas lotu powrotnego. Samolot nie poderwał się prawidłowo nad lotniskiem Breslau-Gandau (Gądów Mały).

kleingandauTu wszystkie dane są już poplątane. Miał polecieć we wrześniu i umrzeć po 4 dniach od katastrofy, 1 października. Ale może jednak poleciał w sierpniu, a umierał kilka tygodni, a nie kilka dni. Napis na grobie podaje inne dane niż obie książki, w których jego przypadek został opisany. Nie bądźmy drobiazgowi. Był młodym pilotem, został wysłany z “misją specjalną” do Wrocławia i podczas wypełniania obowiązków służbowych zginął.

judischefliegerNie zginął jednak w żadnym wypadku na polu bitwy, lecz…

chazanowiczlistOddajmy głos samemu zainteresowanemu.
W książce Doktora Feliksa Aarona Theilhabera pt. Jüdische Flieger, wydanej w roku 1919 w Berlinie, znalazł się bowiem list napisany przez młodego pilota do rodziców. Artur opisuje lot do Wrocławia i podaje, że następnego dnia leci z powrotem, a mianowicie do Drezna. Tego następnego dnia samolot uległ wypadkowi, a w jakiś czas potem Chazanowicz umarł. Sylwetka młodego pilota została też wymieniona w publikacji Simona i Hank o poległych żołnierzach żydowskich pochowanych na tzw. Polu Chwały (Ehrenfeld) na cmentarzu żydowskim w Weissensee w Berlinie. W obu książkach nie ma mowy na ten temat, dlaczego doszło do wypadku i w rezultacie do śmierci młodego pilota. Czy był zbyt niedoświadczony czy też dostał maszynę, w której coś się zepsuło, czy też zawiodła służba naziemna na lotnisku?

Wrocław, 25 sierpnia 1915 roku.

Kochani Rodzice!

Po czterogodzinnym locie, który cudownym zdarzeniem przebiegał przy wspaniałej pogodzie, wylądowałem we Wrocławiu. Takiego pięknego lotu jeszcze nigdy nie miałem i naprawdę mogłem dziś doświadczyć, jak piękny jest sport powietrzny. leciałem nad Spreewaldem, nad pojezierzem śląskim i dużymi miastami śląskimi, które się bez końca ciągną wzdłuż szos. Najpiekniejszy był jednak widok Sudetów, których sylwetki mieniącym się ciemnym błękitem odcinały się na tle jasnego nieba. Wysoko w górę wznosiła się Śnieżka, którą jakże chętnie odwiedziłbym z powietrza. Równie piękna była zaczynająca się za Sudetami Kotlina Kłodzka i wspaniała panorama Czeskich Gór. Pogoda się wprawdzie popsuła, gdy nadleciałem nad Odrę z jej statkami, które wyglądały jak małe kolorowe punkciki, ale szczęśliwie dotarłem do Wrocławia. Sam lot był wprawdzie nieco męczący, to był też jednakże najpiękniejszy ze wszystkich, jakie do tej pory odbyłem. Na pokładzie miałem porucznika, który nie był najmilszy, ale to mi nie przeszkadzało. W ten sposób bowiem, samolotem, dotarł on z wizytą do Babci, by złożyć jej życzenia z okazji 75 urodzin. Na pewno będzie się tam niemożebnie puszył, czego to on nie może, może sobie na przykład kazać zaprząc do dorożki i wydać polecenie, “Dorożkarz, lecieć prosto do Wrocławia…”

W obu książkach nie pojawia się też pytanie, jak to było możliwe, że jakiś porucznik mógł sobie zaordynować lot samolotem wojskowym do miasta odległego o 400 kilometrów, po to, żeby odwiedzić babcię? Niestety Artur nie podaje nazwiska swojego pasażera. Ale historia podobała by się Szwejkowi i na pewno chętnie by ją opowiadał w sytuacjach, kiedy trzeba by było udowodnić, że prywata i znajomości nie popłacają. I że na takich machinacjach można nie tylko stracić życie, ale i zniszczyć mienie Armii Pruskiej, tak potrzebne na froncie.

***
PS. Z postacią Artura Chazanowicza zapoznałam się pisząc referat na temat tego, co można powiedzieć o obecności Polaków w Armii Pruskiej na podstawie grobów, cenotafów i tablic upamiętniających śmierć żołnierzy poległych podczas I Wojny. Referat zostanie odczytany dziś podczas konferencji, która odbyła się na Uniwersytecie w Kuala Lumpur w dniach od 6 do 8 sierpnia 2014 roku.

Wielka Wojna (9)

Tomasz Fetzki

Leopold brat Maurycego; Polak

Pielgrzym po czasoprzestrzeni tym razem ani na krok nie ruszy się z domu. Jako obszar swojej wędrówki wybiera czas. I jeszcze raz pomaszeruje szlakami Wielkiej Wojny. Lub raczej – jedną z jej ścieżek. Może i nie najważniejszą, ale swą wagę mającą. Może nie całkiem zapomnianą i zielskiem zarosłą, ale żeby znów tak masowo zadeptywaną, to też chyba nie.

Dla Polaka Wielka Wojna to przede wszystkim Legiony. Zacznijmy przeto mocnym akcentem, wyrazistym symbolem.

gottlieb (1) orzelekNie byle jaki to orzełek, bo legionowy!

Mamy go więc przed oczyma: orzełka z szarych, „leguńskich” maciejówek. Nie chodzi o to, że jest zbrojny w tarczę. Ani o to, że dumnie wznosi skrzydła i bez lęku patrzy przed siebie, choć to wszystko, rzecz jasna, prawda. Istotne, że nie ma korony.

Bo to orzełek demokratyczny. Tak jak Legiony, w których służyli przedstawiciele wszystkich warstw społecznych; dominowali inteligenci, ale to oczywiste – byli najbardziej świadomi Sprawy. Zresztą ci inteligenci to zarówno synkowie szlacheccy, jak i potomstwo mieszczan.

Bo to orzełek republikański. Tak jak Legiony, gromadzące wszystkich, którzy czuli, że Ojczyzna to naprawdę res publica: odpowiedzialny jest za nią każdy jej mieszkaniec. Bez różnicy wyznania (weźmy chociażby Ignacego Boernera), bez względu na narodowość. Dlatego, jak podają różne źródła, od trzech do pięciu procent legionistów to byli Żydzi. Ich dziadkowie lub rodzice, pod wpływem ruchu „żydowskiego Oświecenia” – Haskali – opuścili zamknięty świat ortodoksyjnego Sztetl, oni poszli krok dalej: wstępując do Legionów potwierdzili swój wybór polskości, często pieczętując go dodatkowo własną krwią.

Jednego spośród tych Polaków z wyboru chce przedstawić pielgrzym. Właściwie musi koniecznie opowiedzieć o dwóch braciach, bo związek między nimi jest z tych mistycznych (zwykle Viator unika tego określenia, stanowczo się go nadużywa; tu jednak pasuje jak ulał). Literatura i Wielka Sieć pełne są wiadomości na temat Maurycego (1856-1879) i Leopolda (1879-1934) Gottliebów. Dotrzeć do nich łatwo; Viator ograniczy się do spraw najistotniejszych, przepuszczonych (by użyć trywialnej metafory) przez pryzmat swej wrażliwości. Może kogoś zachęci do dalszych poszukiwań?

Rodzina porządna. Ojciec Izaak – zamożny drohobycki przemysłowiec, nafciarz. A syn? Artysta, panie dzieju, malarz. Gorzej nawet, nie tylko pierworodny, ale wszyscy czterej synowie zamiast rafinerią, woleli się zająć pędzlami i sztalugami. Na szczęście tato był człowiekiem na tyle światłym i tolerancyjnym, że przeszkód ani przed najstarszym Maurycym, ani przed pozostałymi nie piętrzył. Kilkuletnia wędrówka między uczelniami artystycznymi Wiednia, Krakowa i Monachium (gdzie młody Gottlieb poznał twórczość Rembrandta, pod której wpływem pozostał do końca). Fascynacja Polską, jaką przeżył podczas spotkania z dziełami Jana Matejki. I związek z samym Mistrzem: początkowo w charakterze ucznia (jedni twierdzili: ucznia umiłowanego, inni: najzdolniejszego spośród uczniów; w każdym z tych określeń jest duża cząstka prawdy), potem współpracownika i przyjaciela. Trudna droga do polskości: wyjazd z Krakowa, spowodowany antysemityzmem kolegów studentów i niektórych profesorów Szkoły Sztuk Pięknych (a dodać trzeba niezbędnie, iż Maurycy był pierwszym żydowskim studentem tej uczelni), przed którym nie był go w stanie ochronić nawet sam Matejko; po kilku latach powrót, spowodowany usilnymi staraniami Mistrza Jana. Wielki projekt wspólnego przedsięwzięcia artystycznego: ukazania historii Polaków i Żydów. I oczywiście twórczość, wyrażająca to zakorzenienie w obu kulturach, penetrująca pogranicze polsko-żydowskie, chrześcijańsko-judaistyczne, orientalno-okcydentalne. Arcydzieła takie, jak choćby Ahaswerus, Żyd wieczny tułacz, miękkością modelunku i wszechogarniającym smutkiem przywołujący Rembrandta (Viator, lata temu zobaczywszy obraz, a nie znając jego autora, głowę dałby, że malował go właśnie van Rijn), czy Autoportret, którego nie powstydziłby się i Georges de La Tour – taki tu mamy światłocień! I tyle planów na przyszłość…

gottlieb (2) maurycyMaurycy Gottlieb, Chrystus nauczający w Kafarnaum (1877 – 1879).
Pewnych niuansów tematu „rdzennie chrześcijański” malarz by nie wyczuł. Tutaj są.

Nagle, wśród tego wytężonego wysiłku, Maurycy umiera. W wieku zaledwie dwudziestu trzech lat. I żeby to chociaż zszedł z tego świata młodo i romantycznie! Gdyby go, jak Władysława Podkowińskiego, zmogła bieda i jej siostra serdeczna, gruźlica! Albo gdyby, jak Witold Wojtkiewicz, od dzieciństwa nosił wypisany na chorym sercu wyrok, nieco tylko odroczony. Tak, to by miało ten niezbędny sznyt romantyzmu. Ale powikłania po banalnej infekcji gardła? Tak nie może odchodzić wielka nadzieja polskiego malarstwa! A jednak: zgasł Maurycy młodo i prozaicznie. Nie zdążył już zobaczyć swego najmłodszego braciszka, urodzonego kilka miesięcy po jego śmierci.

Malec, który przyszedł na świat w takich okolicznościach, pociecha starości swych rodziców, na dobrą sprawę mógłby zostać nazwany Beniaminem, w rzeczywistości jednak otrzymał imię Leopold. Po raz czwarty zagrały geny rodzinne, jeszcze jeden Gottlieb został artystą. Ale cień starszego brata nie przytłoczył go, mimo kultu, jakim pamięć o Maurycym otoczona była w rodzinie i środowisku. Leopold poszedł w malarstwie własną drogą. Uczeń Jacka Malczewskiego i Teodora Axentowicza, na gruncie artystycznym przyjaciel Vlastimila Hofmana czy (wspomnianego już) Witolda Wojtkiewicza, w pierwszych latach dwudziestego wieku tworzył dzieła w nastroju secesyjnym, z czasem sięgając ostrożnie po środki wyrazu właściwe dla fowizmu czy kubizmu.

gottlieb (3) kochankowieLeopold Gottlieb, Kochankowie.
Do daty powstania Viator nie dotarł, ale jego zdaniem (niech fachowcy nie zgrzytają zębami, to jego prywatne odczucie) inspiracje cezannowskie są tu wyraźne, więc chyba rok 1910 lub gdzieś w pobliżu.

Jak przystało na malarza, całe lata przebywał za granicą: Monachium, Paryż, Barcelona. A nawet Ziemia Święta, gdzie w roku 1910 objął stanowisko wykładowcy jerozolimskiej Szkoły Rzemiosł Artystycznych Becalel – pierwszej żydowskiej uczelni artystycznej! Wydawać by się mogło: realizacja marzeń, piastowanych przez pokolenia wygnańców. Wypełnienie życzenia, które od niemal tysiąca dziewięciuset lat rozbrzmiewało podczas święta Paschy: Leszana haba bJiruszalajim! W przyszłym roku w Jeruzalem! Czy można chcieć więcej?

Gdy się jest bratem Maurycego Gottlieba – można, a nawet trzeba. Nie ukoi serca oliwno-cytrusowa Jerozolima, nie zatrzymają w miejscu zaułki i winnica Montmartru. Serce rwie się tam, gdzie pola malowane zbożem rozmaitem. Zwłaszcza, gdy ten kraj pszenno-buraczany jest w potrzebie. Maurycy rozpoczął wędrówkę ku polskości, Leopold ją dokończył: w 1914 roku wstępuje do Legionów. A ma już trzydzieści pięć lat (wiek może nie podeszły, ale znacznie powyżej „średniej legionowej”) oraz, jako się rzekło, spory dorobek i renomę. Dlatego, na życzenie samego Komendanta, chorąży Leopold Gottlieb będzie się zajmował dokumentowaniem epopei I Brygady. Z przyczyn technicznych w grę nie wchodzi malarstwo olejne, ale rysunki oraz litografie – jak najbardziej. Powstało ich około tysiąca, tworzonych w marszu i na kwaterach, zebranych w tece Legiony. Bardzo w kręgach wojskowych cenione, zostały zaprezentowane szerszej publiczności już w roku 1917, na specjalnie zorganizowanej w Lublinie Wystawie Legionów Polskich.

gottlieb 4-5 podwPortretował chorąży Gottlieb zarówno          …jak i tych, którzy pozostali całkiem
tych, co już wówczas, a zwłaszcza później,     nieznani (Portret nierozpoznanego
byli znani (Podpułkownik Kazimierz             oficera Legionów).
Sosnkowski, szef sztabu I Brygady
Legionów
)…

Prace te, tworzone na żywo i na gorąco, niczego nie tracąc na jakości, wiele zyskały na autentyczności. Publicystyczno-dokumentalny charakter nie umniejsza ich artyzmu. Tego, co mówią o legionistach grafiki Gottlieba, nie znajdziemy w pamiętnikach czy powieściach, to coś zupełnie osobnego.

gottlieb6-7odpoczynekXXXXXDokumentował służbęXXXXXXX…i chwile wytchnienia (Odpoczynek
XXXXX(Na posterunku)…XXXXXXXXXna postoju)…

gottlieb8cmentarz…także tego wiecznego (Cmentarz bohaterów).

Jeśli Viator uważa, że warto tyle uwagi poświęcić Leopoldowi, nie chodzi tylko o to, że był on malarzem polsko-żydowskim, ale też o to, że był – po prostu – dobrym malarzem. Gdy wojna się skończyła, znów wyjechał do Paryża, gdzie żył i tworzył do śmierci. Wieloma jeszcze pracami dowiódł, iż posiada talent wysokiej próby.

gottlieb9kobietytulipanCo by tu wybrać z dorobku powojennego? No, niech będzie, specjalnie dla Ewy Marii: Leopold Gottlieb, Kobiety i tulipan (ok. 1934).

Ale wróćmy jeszcze raz na pogranicze kultur. Leopold Gottlieb i pozostali legionowi Machabeusze nabyli sobie prawo do polskości, płacąc za nie najcenniejszym kruszcem. Są i pozostaną niezbędną cząstką polskiej historii i kultury, czy się to komuś podoba, czy nie. Bo zawsze byli tacy, którzy się krzywili z niesmakiem. A i dziś niejeden chętnie by jeszcze pogmerał, pojudził… Na tych opuśćmy zasłonę litościwego, ale niewyrozumiałego milczenia.

**********
Przygotowując tekst powyższy tak się Viator zżył z synem Izaaka z Drohobycza, że właściwie żałuje, iż ani na krok nie ruszył się z domu. Cóż jednak począć: z łużyckich lasów wszędzie tak daleko!

Ale wy warszawiacy? Ale wy krakowiacy? Doceńcie szansę, jaką wam daje miejsce zamieszkania. Odwiedźcie jubileuszowe wystawy, a pospieszcie się, bo niektóre z nich otwarto tylko na kilka dni! Odwiedźcie i potem opowiedzcie o nich czytelnikom tu, na blogu. Viator też chętnie posłucha.

http://www.mkidn.gov.pl/pages/posts/leguny.-wystawa-w-setna-rocznice-czynu-legionowego-4858.php

 http://www.jewishmuseum.org.pl/pl/wydarzenie/zyd-polak-legionista-1914-1920

http://www.muzeum.krakow.pl/Wystawa.585.0.html?&cHash=43fa91ba47b12d27e583c6b4812102f0&tx_ttnews%5BbackPid%5D=26&tx_ttnews%5Btt_news%5D=6477