Sowie koty, sowy i zające…

Ewa Maria Slaska (przy ogromnym współudziale Maryny Over)

koty-sowyJasne, musiało się znaleźć w sieci i takie zdjęcie. Wydaje się, że zestaw “koty – sowy” zastąpił ostatnio typowych ulubieńców sprzed 100 i nawet jeszcze sprzed 10 lat czyli psy i konie. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że zamiast zwierząt silnych i związanych z naturą wybieramy teraz puchate zwierzaczki do głaskania. Powierzchownie – pewnie tak. Ale jak się zastanowimy – to pies i koń są zwierzętami podległymi człowiekowi, natomiast kot i sowa są niezależne czyli mają nas w nosie. Pies ma panią albo pana, kot służącą lub lokaja. Pies nas kocha, bo myśli, że jesteśmy bogami, kot wie, jacy jesteśmy naprawdę i nie da się zwieść pozorom.

No a sowa…

To Vlastimil Hoffmann, Starość i młodość (1922), ale sowa, symbol mądrości, wcale nie towarzyszy starcowi, lecz młodości.  
Historycy sztuki chcą wierzyć, że to starzec przekazał dziewczynie swą mądrość, ale nie byłabym tego taka pewna. Mi to raczej wygląda na nowoczesną świadomość, i sowy, i dziewczyny.

Ale tak naprawdę asumpt do napisania tego wpisu dał podesłany przez Marynę kot Michaela Sowy.

Michael-sowaNiezależne kocisko całkowicie ignorujące ciekawskiego psa. Podoba mi się, choć z życia znam sytuację akurat całkiem odwrotną. Było to wiele lat temu, moja kotka, Schyzia, była jeszcze młodą i niedoświadczoną panną, która na zabój zakochała się w Soni, mieszkającej piętro wyżej suce owczarka węgierskiego. Czuło się, że kocica wie, że pora na miłość, ale najwyraźniej była całkowicie zdezorientowana i nie wiedziała, że pies to nie kot, a suczka to nie kocur. Przy lada okazji uciekała z mieszkania, biegła na górę i kładła się, cicho wzdychając, na wycieraczce sąsiadów, tęsknie wyczekując znaku wzajemności od Soni. Kiedyś wreszcie postanowiliśmy z sąsiadem, że zwierzaki powinny się ze sobą poznać, ale, jak to w życiu bywa, nic dobrego z tego nie wyszło. Kotka nafuczała na psicę i tak się skończyły kocie miłostki.

Michael Sowa (niemiecki malarz, rocznik 1950), namalował zresztą więcej kotów, a także psów, zajęcy i innych stworzeń dwu- i czworonożnych, a gdy maluje ludzi, to i tak wyglądają oni jak zwierzaki.

Za to, oczywiście, maluje sowy, które wyglądają jak sowy:

No i ponieważ jest dziś Niedziela Palmowa i zaczynamy święcić najpierw Paschę a potem Wielkanoc, to przypomnijmy jedną z najsłynniejszych postaci Sowy, zająca Esterhazy (co oznacza w jidisz zająca wielkanocnego):

Irene Dische, Hans Magnus Enzensberger, Michael Sowa: Esterhazy. Eine Hasengeschichte, wyd. Sauerländer w Aarau,  Frankfurt am Main i Salzburg, 1993.

Esterhazy – arystokratyczna rodzina węgierska – nie do końca chce się identyfikować z małym zajączkiem wielkanocnym, który jest tak mały, że gdy wpada do kosza na śmieci, to nie można go tam w ogóle znaleźć. Dlatego dziadek Esterhazy (zając a nie arystokrata) wysyła małego zwierzaczka na poszukiwanie dużej narzeczonej. Im większa, tym lepiej!

Ale książka stała się w międzyczasie nadzwyczaj sławna i żaden hrabia nic już na to nie poradzi.

Akcja historyjki rozgrywa się jeszcze przed upadkiem Muru i gdy mały Esterhazy dociera do Berlina, stwierdza, że jest to raj dla zajęcy, które żyją tu sobie jak u Pana Boga za piecem, bo opanowały tzw. strefę śmierci między zewnętrzną i wewnętrzną linią Muru. Zwierzaki są tak lekkie, że nie powodują wybuchów min, mają do dyspozycji wspaniałe porośnięte trawą przestrzenie i żadnych wrogów. Rozmnażają się więc na potęgę, o czym polscy artyści nakręcili film Królik po berlińsku. Mały Esterhazy zakochuje się w dużej Mimi. I wszystko jest super oprócz tego, że autorzy książki – Irene Dische, Hans Magnus Enzensberger i Michael Sowa – podobnie jak autorzy filmu – Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski – nie rozróżniają królika od zająca. Esterhazy to zając wielkanocny, a w berlińskiej strefie śmierci mieszkały króliki.

Zając to nie królik. Wąż to nie mąż żmii, jeleń nie jest mężem sarny…

No trudno. Błądzić jest rzeczą ludzką, a i boską też. Pan Bóg również się mylił. Pisałam już o tym na blogu i w tamtym wpisie można obejrzeć film.

Zając czyli królik czyli kot. Fajna historia i fajny film. Po polsku Esterhazy, historia o zającu ukazała się w roku 2010 w Wydawnictwie: Nisza.

Pogodnej Niedzieli Palmowej!

Metro i Fangor…

Ewa Maria Slaska

…czyli jednak koty

Warszawskie metro i koty w sztuce, ewidentnie wpis dla Maryny Over

Postanowiłam przypomnieć koty. Po pierwsze – bo marzec, a koty jak wiadomo w marcu, podczas gdy Lenin, jak już zapewne nie każdemu wiadomo, w październiku. Po drugie – bo  Fangor, Wojciech Fangor, rzecz jasna, bodaj czy nie najstarszy z żyjących polskich malarzy, który w tym roku skończy 93 lata.

Fangor zaprojektował liternictwo stacji nowego metra w Warszawie, a ja właśnie byłam w Warszawie, obejrzałam nowe metro, otwarte dopiero co, i myślę sobie, że to ciekawe, iż Polska postkomunistyczna i nawet posttransformacyjna, i postakcesyjna, a na pewno – komercyjna, sięgnęła po artystę tak wielokrotnie źle widzianego. W końcu był typowym przedstawicielem socrealizmu. Tak typowym, że dziś jego dzieła wydają się parodią a nie apoteozą ideologii. Potem, w latach 60, wyjechał na kilka lat do Berlina Zachodniego, a – wiem coś o tym – wyjazd do Niemiec przez dziesięciolecia uważany był za zdradę polskości i polskiej martyrologii, i to nie tylko przez partię, ale również przez naród. Bo w tym wypadku było jak z hasełka, partia z narodem a naród z partią. No i na dodatek w roku 1970 jako jedyny polski artysta miał wystawę w Muzeum Guggenheimów w Nowym Jorku. Tego się w polskim światku też tak łatwo nie wybacza.

Czyli z jednej strony dziwne, bo artysta na pewno kontrowersyjny. Z drugiej jednak strony komercja  sięgnęła po całościowy plan artystyczny, po wielkie dzieło wielkiego malarza, a ostały się z tego jeno sznurki kolorowych liter i dachy w kształcie kolorowych liter M jak metro.  No i wreszcie z trzeciej strony (jeśli w takich chwytach literackich ma prawo istnieć i trzecia strona) wydaje mi się jednak interesujące, że ktoś zaprosił Fangora do współpracy i że linię metra zaprojektował artysta z najwyższego rejestru, a nie panna Agnieszka, przyjaciółka głównego inwestora.

Postaci, 1950 - Wojciech Fangor

Dla mnie jednak Fangor to przede wszystkim namalowane w roku 1950 Postaci, obraz przedstawiający elegancką kobietę w okularach słonecznych, typową przedstawicielkę zgniłego kapitalizmu, skontrastowaną z krzepkimi postaciami robotnika i robotnicy – najlepsze polskie malarstwo socrealistyczne! – i kobieta z kotem. Zresztą sam Fangor, podobnie jak Picasso, często fotografowany jest z kotem.

Wojciech Fangor

Wydaje mi się, że ta kobieta z kotem na kolanach to Madzia, żona Fangora. Madzia była młodą, ekstrawagancką dziewczyną, co wiem, bo chodziła do jednej klasy z moją ciocią. Potem Madzia wyszła za mąż, po jakimś czasie zniknęła i, jak się okazało, zostawiła męża dla Fangora, z którym wyjechała do Ameryki. Och, takie to życie.
A Madzia nazywana jest przez przyjaciół Kocią Mamą. Co widać na załączonym obrazku pod tym właśnie tytułem:

I żeby nie było wątpliwości – to obrazek Madzi Shummer-Fangor a nie obraz Wojciecha Fangora.

Continue reading “Metro i Fangor…” →

Alexandras Wohnung / Alexandra’s flat

Von der Redaktion über Aleksandra Hołownia

Heute gibt es Alexandras Veranstaltung in der Regenbogenfabrik. Man braucht sie hier, auf diesem Blog nicht vorzustellen- sie ist bei uns so wie in Berlin und in der ganz großen Welt sehr bekannt. Sehet nur HIER, und HIER, und HIER, und HIER, und HIER. Unsere Autorin, Johanna Rubinroth, machte für Kowalski und Schmidt einen Film über sie – Provokation in pink.

Kommt alle, es wird kleine Filme geben, Gespräche, künstlerische Interaktionen, eine Mini-Ausstellung, Kostümanprobe, Verkauf…

Wo: Kino in der Regenbogenfabrik / Lausitzer Str. 22 (im Hof) / Berlin 10999

Und als Kostprobe – ein paar Fotos von der Alexandras Wohnung in Prenzlauer Berg. Verrückt!

w kuchni X aleksandra-pokoj-doppelX Alex Stube 3 X Alex Zimmer 2-doppeltX Alex Zimmer 7X

 

Wszystkie dzieci są nasze

Ewa Maria Slaska

O dzieciach

Wszystkie dzieci są nasze. Pamiętacie to hasło? A czy ktoś pamięta, co ono właściwie miało znaczyć? Dziś myślę, że był to, musiał być, imperatyw moralny, żebyśmy nie przechodzili obojętnie obok krzywdy dzieci. Ale możliwe, że chodziło o podniesienie produkcji śpioszków i kaftaników.

W moim, nader współczesnym, przypadku oznacza to po prostu, że najbardziej lubię dzieci mniej więcej w tym wieku, w jakim jest w tej chwili mój wnuk. Czyli koniec przedszkola początek szkoły. I wszystkie te dzieci są “moje”. I takie właśnie dziecko, chłopczyk, Szymek, stanęło mi na drodze tydzień temu. Właściwie to stanęło mi nie tyle na drodze, co w progu kuchni. Popatrzyłam na Szymka i pomyślałam Malarz.  Czy on jest jakoś specjalnie uzdolniony?, zapytałam, a starsze siostry z dumą odpowiedziały, tak, bardzo dobrze rysuje. Czy miałam rację i czy moja intuicja się sprawdzi, okaże się pewnie za 10 lub 20 lat. W końcu Szymek ma w tej chwili tych lat siedem, ale rzeczywiście bardzo ciekawie rysuje.

rys-szymkaWieje wiatr, powiedziały dziewczyny, zwiał w jednym kierunku wszystkie szaliki i włosy. Patrzę na te włosy, na flagi na masztach, na chłopaków na szczotkach. Chłopaków, choć to przecież czarownice latają na miotłach. Ale tu są na pewno chłopaki. Zanim jednak zadam pytanie, które odarło by mnie ze wszelkiego szacunku, Szymek i jego siostry, wyjaśniają, że to oczywiście mecz quidditcha. Oczywiście!

Mija dobra chwila, nim dotrze do mnie nie ta udawana na użytek maluczkich, lecz prawdziwa oczywistość tego, co widzę. Mecz quidditcha. Harry Potter. W pierwszym tomie Harry Potter złapał znicz. Bogu niech będą dzięki, ten pierwszy tom czytałam. Chłopaki na miotłach grają tak długo, aż któryś z graczy złapie znicz. Wikipedia podaje, że najdłuższy mecz quidditcha trwał trzy miesiące! Znicz jest złoty i nadzwyczajnie szybki.

W międzyczasie Szymek dyktuje Ani tekst wyjaśniający, o co chodzi na rysunku.

tekst-szymkaDawno dawno temu żył sobie Harry Potter i był mecz quidditcha i była straszna burza. Harry jeszcze miał trudniejszą sprawę, bo był turniej trójmagiczny, a wtedy Bazyliszek zaatakował Harrego i o mało co Harry nie zginął, gdyby nie użył patronusa na dementorów, bo dementory wspierali bazyliszka. Bez dementorów bazyliszek nie mógł żyć i bez Lorda Voldemorta i Harry Potter zabił bazyliszka i wszyscy jego zwolennicy poumierali i mecz znowu się zaczął i zaczął padać wielki deszcz i 10 m później mecz się zakończył bo HP złapał znicza.

No!

***
O sztuce dzieci pisałam już TU i TU. A Lech jeszcze komentował sztukę dzieci TU.  Chętnie opublikowałabym kolejne wpisy.

 

 

Pieredwiżniki III

Tomasz Fetzki

Sięgnąłem przed dwoma tygodniami po starą księgę, aby wspominać. Tego, który mi ją dyskretnie położył przed oczyma. Ale też siebie samego z tamtych lat, z czarodziejskiej krainy dzieciństwa, gdzie czułem się bezpiecznie, bo On był obok.

Które obrazy wtedy wywierały na mnie najsilniejsze wrażenie? Chyba te najbardziej efekciarskie, bo takie najłatwiej przemawiają do wyobraźni dziecka. Prawdopodobnie z tego samego względu są to najlepiej i najpowszechniej znane oraz kojarzone prace Pieredwiżników. Wielkie, kolorowe i bogate freski historyczne: Bojarynia Morozowa i Poranek kaźni strzelców Surikowa czy Procesja w guberni kurskiej Riepina. Bez problemu znajdzie je w Wielkiej Sieci, kto zechce; ja poprzestanę na przywołaniu ich tytułów.

Jako się rzekło, najpierw był gruby kaliber. Gust zaczął mi się wydelikacać i uwrażliwiać z czasem. Dlatego dopiero później potrafiłem należycie docenić prace kameralne, ciche w treści, a w kolorystyce stonowane. Choć to nie do końca prawdziwe stwierdzenie… bo poza wspomnianymi już pracami Riepina i Surikowa od najwcześniejszego dzieciństwa tkwi mi w pamięci inny obraz: historyczny co prawda, a w żadnym wypadku nie pompatyczny ani nie tętniący akcją. Przeciwnie.

po-bitwie-orly(1)Wiktor Michajłowicz Wasniecow,
Po bitwie Księcia Igora Światosławowicza z Połowcami
temat ze „Słowa o wyprawie Igora”

Godzinami potrafiłem wpatrywać się we wschodni przepych zbroi i tarcz, w zadziwiająco młode i blade oblicze poległego rycerzyka na pierwszym planie oraz w ten łuk, zwrócony w kierunku lecącego sępa. Ciągle się zastanawiałem: resztkami sił chce wojownik ustrzelić ptaszysko, czy po prostu w takiej pozie zastygł po śmierci? Byłem za mały na to, by przeczytać tytuł pod reprodukcją (inna sprawa, że te podpisy są jedynie po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku, więc i tak bym nie zrozumiał), przeto dodatkowo dręczyło mnie pytanie: kto tu z kim walczył i dlaczego.

Zdecydowanie, obrazy Pieredwiżników potrafią przyciągać uwagę już samą kompozycją, kolorem, nastrojem. A kiedy się dorośnie do pojęcia treści i wymowy szczegółów, kiedy się zaczyna rozumieć ich kontekst, ukryte znaczenia, cieniutkie aluzje… wtedy kontakt z tymi dziełami niechybnie wpływa na ukształtowanie określonej wrażliwości, pomaga wypracować pewne postawy i normy moralne. Tym bardziej, że, jak wspomniałem, prawdę na temat biedy, wyzysku, ludzkich słabości czy obłudy członkowie Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych dostrzegali bez złudzeń i pokazywali ją bez ogródek, choć nie używali w tym celu prymitywnej łopatologii – byli na to zbyt wielkimi artystami.

A że były to z grubsza te same postawy i normy, że była to taka sama wrażliwość jak ta, którą kształtował we mnie swoim przykładem Tato? Przypadek? Chyba nie…

przyjecie(2)Wasilij Grigoriewicz Pierow, Refektarz

Ta wrażliwość od niektórych ludzi (nie idzie tu oczywiście o profesję, problem tkwi głębiej) każe się trzymać z daleka…

pracekolejowe(7)Konstantin Apołłonowicz Sawicki, Prace remontowe na kolei żelaznej
…a stawać zawsze po stronie innych.
(Tak na marginesie: gdybyż Sawicki, albo inny Pieredwiżnik mógł przewidzieć budowę Biełmorkanału!)

Wrażliwość moralna swoją drogą, zaś artystyczna swoją. Najlepiej, jeżeli sobie towarzyszą. U kogoś, komu książkę o Pieredwiżnikach podsunął taki człowiek, jak mój Tato, tak być musi. Po prostu. Dlatego nie dziwi fakt, że teraz, jako duży chłopiec, godzinami mógłbym się wpatrywać w inny obraz, choć pozornie nic się na nim nie dzieje.

samowar(5)Wasilij Nikołajewicz Bakszejew, Proza życia

Nic się nie dzieje… Dobre sobie! Tylko, że takie NIC trzeba umieć dostrzec. Aż się prosi o postawienie hipotezy, że Bakszejew namalował go po lekturze Czechowa. Ale to chyba nieprawda: Iwanow już co prawda istniał, lecz Czajka, Wiśniowy sad i Trzy siostry powstaną dopiero za kilka lat.

facet-z-kijem(3)pionWrażliwość artystyczna… Mówią, że Pieredwiżniki byli realistami, naturalistami – to prawda, choć nie do końca. Na światło wrażliwość mieli nie mniejszą od impresjonistów. Tylko, że to rosyjskie światło ponad sto lat temu, to coś zupełnie innego niż w kraju Gallów.

Mykoła (Nikołaj) Ołeksandrowicz Jaroszenko, Palacz

Oto Georges de la Tour, któremu przyszło tworzyć gdzieś nad Wołgą (a może i w Donbasie).

Mało było tego światła. A na dodatek widok tego, co oświetlało, też nie napawał nadzieją. Ale światło to zawsze światło! Nawet, gdy wpada tylko przez jedno, małe okienko.

w-celi(4)-pionpranie(6)pion

X

X

X

X

X

X

X

X

Mykoła Ołeksandrowicz Jaroszenko                         Abram Jefimowicz Archipow
Więzień                                                                                                                                  Praczki

Zdarzyło się kiedyś, że Ten, którego pamięć przywołuję tutaj już trzeci tydzień, jechał pociągiem z wizytą do dziewczyny (kilka lat później to właśnie ona zostanie moją Mamą). W metafizycznym momencie, gdy noc jeszcze nie odeszła, a dzień jeszcze nie powstał, gdy światło i mrok walczą ze sobą, rozmywając kształty i kolory świata, wyjrzał przez okno. Co zobaczył, namalował.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy w takich okolicznościach ja mógłbym na światło pozostać niewrażliwy? Talentu malarskiego po Nim nie odziedziczyłem, ale na szczęście to nie jedyny sposób ekspresji wrażliwości.

autor-z-tata(7)-pion …gdzieżeś jest, jeśliś jest…

 I tyle. Już.

Pieredwiżniki II

Tomasz Fetzki

Wędrujmy dalej po kartach starej księgi. Jeżeli będziemy uważni, odkryje ona przed nami jeszcze niejedną tajemnicę.

Tydzień temu wspominałem o wrażliwości malarzy z kręgu Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych na biedę i jej skutki. Ten temat pojawiał się w ich pracach bardzo często, a widzieli go ostro i bez złudzeń. Chłopstwo, depozytariusz, jak chciał Dostojewski, największych wartości moralnych Świętej Rusi? Nic z tych rzeczy! Ci biedni i rzeczywiście uciemiężeni ludzie byli w swej biedzie i w swym człowieczeństwie, chciałoby się rzec, arcyludzcy. Za pierzynę czy strzęp odzieży mogliby się chyba pozabijać… a już znienawidzić na lata – z pewnością!

Wasilij Maksimowicz Maksimow, Podział spadku

Zresztą, tak było właściwie w każdym przypadku. Chłopi, arystokraci czy artyści, wielka historia czy miałka codzienność: we wszystkich tych pretekstach tematycznych Pieredwiżniki widzieli przede wszystkim człowieka. Tylko człowiek jest ciekawy. Popatrzmy i my. Na jeszcze jednego cara i jeszcze jednego carskiego syna.

Mówią poniektórzy, że współcześni lekarze są w stanie precyzyjnie rozpoznać, na jakie choroby (zwłaszcza weneryczne) cierpieli krakowianie, pozujący Mistrzowi Veitowi Stoßowi, rzeźbiącemu Ołtarz Mariacki. Mistrz Riepin także nie pozostawia wątpliwości co do przyczyn, jakie zabiją jego modela cztery dni po ukończeniu tego obrazu… Bo Mistrz to Mistrz.

Ilia Jefimowicz Riepin, Portret kompozytora Mussorgskiego
Niestety, nie pierwszy to i nie ostatni artysta, który nadwrażliwość duszy odartej ze skorupy cynizmu leczył alkoholem.

O Modeście Mussorgskim wiem to i owo. Ale Pelagia Strepetowa? Nic mi to nazwisko nie mówi. Nie znam tej postaci w ogóle. Za to pewien malarz rodem z ukraińskiej Połtawy poznał tajniki jej duszy, jak się wydaje, bardzo dokładnie. Wręcz niebezpiecznie blisko.

Taka intymność w pewnym momencie zaczyna trochę ciążyć. Ostatecznie – ile można patrzeć z bliska na emocje, namiętności, cierpienie? Wyjdźmy na czyste powietrze, pospacerujmy wśród łanów zboża, powdychajmy aromat igliwia… Przyroda, pejzaż – to dla Pieredwiżnika nic obcego, zwłaszcza, jak się jest Szyszkinem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Iwanowicz Szyszkin, Żyto
Ale dla mnie w tym obrazie najważniejsze są jednak sosny.

A w taki sposób sosny zobaczył i namalował Ten, któremu zawdzięczam zażyłość z Pieredwiżnikami. Ten, któremu tak naprawdę poświęcony jest tekst niniejszy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASosny widziane i zinterpretowane przez mojego Tatę.

 Za tydzień wspomnień serdecznych odcinek trzeci i ostatni.  

Pieredwiżniki I

Tomasz Fetzki

Odszedł za wcześnie. Sześćdziesiąt dwa lata to nie jest wiek na umieranie (inna sprawa, że trudno stwierdzić, kiedy ten wiek nadchodzi – jednak na pewno nie wtedy). Kto go znał, wiedział, z jakim gigantem ducha i intelektu (mimo formalnie skromnego wykształcenia) i z jakim wielkim sercem ma do czynienia. Niewielu go jednak znało – szkoda, ich strata. Skromny i dobry (po prostu – dobry) jako człowiek, dyskretny i nienachalny był także jako ojciec. Właśnie: BYŁ, znacznie bardziej, niż działał. BYŁ, a nie kształtował. Ale to całkowicie wystarczyło. Patrzę na siebie i bez fałszywej kokieterii, bez szczypty kabotyństwa stwierdzam: efekty takiego wychowania okazały się być bardziej, niż zadowalające. Co jest oczywiście zasługą wychowującego, nie wychowywanego.

A dziś mija dokładnie dziesięć lat, odkąd już nie mamy okazji spojrzeć sobie w oczy i pogadać o czymś ważnym, lub choćby ciekawym. Bardzo mi go brakuje. Ojciec. Tato…

Dziesięć lat temu wyszedłem na ulicę. I co? I nic. Ciemność nie zaległa całej ziemi, choć powinna. Nie zaćmiło się słońce i nie rozdarła się zasłona świątyni na dwoje, mimo, że był powód. Ziemia się nie zatrzęsła i skały nie popękały, chociaż tak należało. Samochody jeździły jak przedtem, ludzie chodzili, jakby nigdy nic. Oczywiście, nie ma niczego oryginalnego w tej konkluzji, nie ja pierwszy doświadczyłem takiego zdumienia. Co gorsze, nie ja ostatni również… trzymajcie się, moi przyszli młodsi bracia i siostry w przykrym zaskoczeniu.

Wtedy nikt niczego nie zauważył. Tym bardziej dziś, gdy czarną dziurę drąży nieubłagalny czas. A co mi tam – nieubłagalny czy ubłagalny – trochę z nim powalczę! Tylko jak wspominać, żeby nie popaść w banał, ale też i nie wystawiać na widok publiczny intymnych części duszy? No, jak?

************************

Co mi po nim zostało? Fascynował się malarstwem, sam czasem chwytał, z interesującymi efektami, za pędzel. I namiętnie gromadził albumy z reprodukcjami. W latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego kupić dobry album nie było wcale tak prosto. A On kupował. Na przykład luksusowe (jak na owe czasy), eksportowe wydawnictwa radzieckie.

Od zawsze (od mojego zawsze, rzecz jasna) leżały na półkach. Nikt nie bronił do nich dostępu, mimo ryzyka, jakim było znalezienie się, drogiego bądź co bądź, woluminu w rękach kilkulatka, który już to okładki nie uszanuje, już to wzbogaci reprodukcję własną kredkową twórczością, już to… strach nawet pomyśleć, co jeszcze. A malec brał album, coś tam faktycznie uszkodził, ale czego się napatrzył i nachłonął, to mu zostało na resztę życia.

Dziś część tych zbiorów należy do mnie. Szczególny sentyment czuję do jednego z tomów. The Itinerants. Pieredwiżniki. Towarzystwo Objazdowych Wystaw Artystycznych. Wydawnictwo Aurora, Leningrad, rok 1974. Jeżeli tu i ówdzie rozlegną się ciche pomruki zdegustowanych miłośników awangardy i nowoczesności, odpowiadam im po prostu: tylko jedno kryterium liczy się przy ocenie sztuki. Ona dzieli się wyłącznie na dobrą lub złą. Styl nie ma tu nic do rzeczy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWygląd obwoluty to efekt grzechów dzieciństwa. Gdyby tak człowiek wiedział wtedy to, co wie teraz… Wnętrze przetrwało na szczęście bez strat.

Wielokrotnie i od dziecka oglądane obrazy, zwłaszcza wybitne, muszą jakoś kształtować osobowość. A w moim albumie co reprodukcja, to arcydzieło. Niektóre bardzo znane. Inne mniej, albo i wcale – na nich chciałbym się skupić. Ale zacznę niekonsekwentnie, od pracy dość popularnej. Bo zawsze, ilekroć na nią patrzyłem, robiła na mnie kolosalne wrażenie. Największe spośród wszystkich zamieszczonych w książce.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Nikołajewicz Kramskoj, Chrystus na pustyni

Możliwe chyba tylko w rosyjskiej duszy pomieszanie boskiego i ludzkiego. Coś tutaj niepokoiło mnie od zawsze, ale dopiero gdy dorosłem, potrafiłem ten niepokój nazwać: toż to nie Jeszua, ale Dostojewski z twarzą napiętnowaną epilepsją i z głęboką znajomością mroków ludzkiej natury. I ta Pustynia Judzka, skalista oraz zimna! Zmrok, a może przedświt. Samotność, która aż boli.

A teraz dwa obrazy znacznie mniej znane. Każdy z nich przykuwa uwagę z osobna, ale zestawione ze sobą (jam to, nie chwaląc się, sprawił, w albumie znajdują się daleko od siebie) przemawiają jeszcze głośniej. Za jakość fotografii przepraszam: jeśli czytelnik zechce, znajdzie w Wielkiej Sieci reprodukcje lepszej jakości. Ja też mogłem, ale wtedy to by już nie była TA KSIĄŻKA…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Pietrowicz Bogdanow, Nowicjusz

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAntonina Leonardowna Rżewskaja, Wesoła minutka
(a może lepiej byłoby Chwilka wytchnienia?)

Bieda biedą, ucisk uciskiem, opresja opresją, a przecież ostatecznie zawsze decydujące jest to, co człowiek ma w sobie. Prawda? I niech ktoś spróbuje jeszcze pleść bzdury o tym, że Pieredwiżniki byli protoplastami realizmu socjalistycznego.

Na koniec jeszcze jeden obraz. Car Iwan Groźny solidnie zapracował na swój przydomek. Grozę roztaczał także wśród swych najbliższych. Zdarzyło mu się na przykład pobić brzemienną synową. Gdy zaś jego własny syn, następca tronu, carewicz Iwan stanął w jej obronie, został przez rozwścieczonego Groźnego zakatowany na śmierć. Temat sam w sobie mroczny, a gdy jeszcze dodatkowo za jego przedstawienie weźmie się Mistrz nad Mistrze… Studium miłości, nienawiści i szaleństwa. A wszystko to skupione jedynie w oczach cara.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIlia Jefimowicz Riepin, Iwan Groźny i jego syn Iwan
16 listopada 1581 roku

Zaiste, przewrotnie przywołałem ten obraz! Nie ma tu bowiem żadnej aluzji. Przeciwnie: uświadamiam sobie, że z moim Tatą nigdy się nawet tak na serio nie pokłóciłem. Nie mówiąc już o konflikcie pokoleń, wybijaniu się na niezależność, czy wyrywaniu spod przytłaczającego autorytetu. Nie było takiej potrzeby, On zawsze szanował moją wolność.
I dlatego tak bardzo mi Go brak…

Za tydzień wspomnień serdecznych ciąg dalszy.

Przemiany (Wandlungen)

Dariusz Kacprzak Przemiany / Wandlungen

auf deutsch siehe: wandlungen-in-stettin

GPS_18596 CorinthLovis Corinth, Odyseusz i Nauzykaa, 1918, litografia, papier, 378 x 507 (453 x 561), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Wystawa, zorganizowana przy współpracy Fundacji Ernsta Barlach w Güstrow, prezentuje wielowątkową panoramę sztuki niemieckiej drugiej połowy XIX i pierwszych dekad XX wieku. Sztuka ta rozwijała się w wielu ówczesnych centrach twórczych – Monachium, Düsseldorfie, Berlinie, Dreźnie, Wiedniu, Stuttgarcie, jak i w wielu odległych od nich koloniach artystycznych, reprezentujących rozmaite tendencje, kierunki i prądy artystyczne – od późnego romantyzmu przez symbolizm, impresjonizm w swej szczególnej niemieckiej odmianie, wyróżniający się na tle europejskim niemiecki ekspresjonizm po właściwy dla kraju nad Renem, Łabą i Szprewą nurt Nowej Rzeczowości.

GPS_18265 NoldeEmil Nolde, Hamburg. Pomost portowy, nie wcześniej niż 1914 (według wersji 1910), akwaforta, akwatinta, gruby papier welinowy, 312 x 412 (450 x 650), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Na wystawie obejrzeć można grafiki wyszystkich wybitnych artystów niemieckich, jak Maks Liebermann, Käthe Kollwitz, Maks Klinger, Lovis Corinth, Maks Pechstein, Maks Slevogt, Emil Orlik, Egon Schiele, Otto Hettner, Emil Nolde, Ernst Barlach, Alfred Kubia, Paul Klee, Alexander Kanoldt.

Autorzy wystawy piszą, że oferują one wędrówkę po zakamarkach niemieckiej duszy, której przewodnikiem mianowany został Ernst Barlach, a ściślej – jego cztery książki opublikowane w berlińskiej oficynie Paula Cassirera. Ich tytuły – traktowane zarówno dosłownie jak i metaforycznie – stały się inspiracją dla autorów polsko-niemieckiego przedsięwzięcia oraz określiły dukt myśli nad wystawą i publikacją: „Przemiany Boga”, „Czas wojny i niedoli”, „Do radości” oraz “Głowa”.

GPS_18226 kollwitzKäthe Kollwitz, Śmierć z kobietą na kolanach, 1920/1921, drzeworyt, papier czerpany, 241 x 287 (340×460), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Grafiki w cyklu „Przemiany Boga” to panteistyczne dostrzeganie Boga we wszelkich przejawach istnienia świata w sztuce – materialnego i duchowego, ludzkiego i pejzażowego. Wśród wybranych kompozycji cyklu „Czas wojny i niedoli” znalazły się charakterystyczne dla sztuki przełomu XIX i XX wieku prace opowiadające o sytuacjach egzystencjalnych, w których człowiek osaczony jest przez niszczycielskie siły fizyczne i moralne. W cyklu „Do radości” umieszczono różnie rozumiane obrazy świata idelistycznego od sielanki inspirowanej kulturą antyczną,  poprzez biblijny raj, po namiastkę raju czyli egzotyczne podróże. W cyklu „Głowa” zaś obok portretów uczonych i artystów znajdują się twarze osób nieznanych, czasem anonimowych.

GPS_18206 OrlikArtyści przełomu wieków nie szukają nowej ideologii, zajmuje ich raczej poszukiwanie nowej formy, która jest najważniejszym wyznacznikiem nowych grup i formacji. Secesja to nie przewrót ideologiczny, to walka o własne, indywidualne, nowe sposoby wyrazu, wyzwolone ze sztywnego gorsetu konwenansu i mieszczańskich upodobań. Artysta szuka inspiracji poza konwencja, w innym miejscu, w innym czasie.

Emil Orlik, Feluka na Nilu,1915, akwaforta, akwatinta, sucha igła, ruletka, akwarela, gruby papier welinowy w tonie kremowym, 297 x 199 (399 x 293), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Wystawa stanowi swego rodzaju kontynuację projektu „1913. Święto wiosny”, gdyż w dużym stopniu oparta jest na dziełach grafiki zgromadzonych przez Waltera Riezlera, pierwszego dyrektora szczecińskiego muzeum, admiratora i propagatora twórczości współczesnych mu awangardowych niemieckich artystów.

***
Wystawie towarzyszy bogato ilustrowany dwujęzyczny katalog, który prezentuje sylwetki artystów, a poprzez ich losy zarysowuje panoramę życia twórczego w Europie Środkowej na przełomie XIX i XX wieku.

GPS_18245 KanoldtAlexander Kanoldt, Hiddensee IV, 1927, litografia, cienki papier japoński, 303 x 454 (373 x 514), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

 

Ocalałe / Salvaged

O wystawieSylwia Kościuszko

W niedzielę 1 lutego oglądałam razem z koleżankami i kolegami ze Stowarzyszenia Drugie Pokolenie wystawę „Ocalałe” („Salvaged”) w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Było to niezwykłe przeżycie, móc oglądać obrazy artystów żydowskich, powstałe w latach 1890-1939 oraz w okresie wojennym, w towarzystwie kuratorki wystawy i zarazem Kierowniczki Działu Sztuki w Żydowskim Instytucie Historycznym, Teresy Śmiechowskiej. Teresa, która, jak sama powiedziała, czuje się jedną z nas, w niezwykle interesujący sposób opowiadała o poszczególnych twórcach i ich dziełach, przez co pozwoliła nam umieścić oglądane obrazy w konkretnym kontekście oraz głębiej przeżyć i zrozumieć to, co widzieliśmy. Nie ukrywała swoich emocji – czuliśmy, że ma osobisty stosunek do tej wystawy, dzieliła się z nami tym, co na niej zrobiło największe wrażenie, zwracała uwagę na szczegóły, które mimo woli mogły nam umknąć.

SeksztajnPierwsza część wystawy poświęcona jest obrazom i rysunkom z lat 1939-1945. Ich siła wyrazu, niezależnie od wartości artystycznej, była porażająca. Jak choćby prace Geli Seksztajn umieszczone obok jej swoistego testamentu, w którym pisała „nie proszę o pochwały, lecz tylko o zachowanie pamięci o mnie i o mojej córeczce”, „ muszę zginąć, ale swoje zrobiłam. Chciałabym, aby przetrwała pamięć o moich obrazach”. To się udało – jej obrazy ocalały ukryte w zbiorach Podziemnego Archiwum Getta Warszawskiego. Ze wzruszeniem ściskającym gardło oglądałam portrety dzieci, w tym także jej córeczki Margolit, rysowane ołówkiem, kredką, węglem.


Gela Seksztajn

Wszystkie prace w tej części wystawy miały przejmujące historie, przedstawiały w sposób niezwykle oszczędny w formie i mocny w ekspresji tragizm tamtych czasów – głód, cierpienie, samotność, śmierć. Powstawały w gettach – łódzkim, białostockim, warszawskim jak np. prace Rozenfelda (artysty o nieznanym imieniu i biografii), który do swoich rysunków dołączył komentarze opisujące rzeczywistość getta warszawskiego. Duże wrażenie zrobiły na nas rysunki Henryka Becka, lekarza i malarza, składające się na cykl „Bunkier 1944 roku”, dokumentujący miesiące, gdzie ukrywał się w opuszczonej po upadku powstania Warszawie.

Beck_BunkierHenryk Beck, „Bunkier 1944 roku”

Oglądaliśmy prace Witolda Lewinsona, Józefa Kownera, Stanisławy Cetnerszewerowej, Icchaka Braunera, Izraela Lejzerowicza, Maksymiliana Eljowicza, Romana Kramsztyka – żadne nie pozwalają przejść obok obojętnie.

***

ocalale-zwiedzanie
Druga część wystawy obejmowała prace powstałe w latach 1890-1939, autorstwa pierwszego pokolenia artystów pochodzenia żydowskiego, którzy tworzyli niesakralną sztukę żydowską. Większość z nich nie przeżyła Holokaustu.

Hirszenberg_Uliczka w KazimierzuZgromadzone na wystawie obrazy – portrety, pejzaże, martwe natury, widoki małych miast, w tym liczne Kazimierza Dolnego, malarstwo rodzajowe, akt, pokazywały znakomity kunszt ich twórców oraz przynależność do różnych stylów lub co najmniej otwartość na nie – od XIX-wiecznego realizmu, przez ekspresjonizm, kubizm aż po konstruktywizm. Teresa także o tych artystach i ich dziełach opowiadała ciekawie i z przejęciem, pozwalając nam miękko przejść od ciemności, smutku i cierpienia poprzedniej sali w świat kolorów i nowoczesnego patrzenia na przestrzeń i formę. Zapytani przez Teresę o dzieło, które zrobiło na nas największe wrażenie wymienialiśmy różne prace

Samuel Hirszenberg, Uliczka w Kazimierzu

Guterman_Portet kobiety – „Portret kobiety” Abrahama Gutermana >>
czy „Ekstazę” Norberta Strassberga, „Kabalarkę” Jana Gotarda (którą, po wnikliwym przyjrzeniu się obrazowi, twórcy wystawy przemianowali na „Zielarkę”), któryś z pejzaży Kazimierza Dolnego. Wybór nie był łatwy spośród obrazów takich artystów jak Maurycy Trębacz, Samuel Hirszenberg, Abraham Berman, Samuel Finkelstein, Zygmunt Menkes, Józef Badower, Sasza Blonder, Bruno Schultz, Roman Kramsztyk i Maksymiliana Eljowicz. Mogliśmy także podziwiać rzeźbę Henryka Glicensteina „Mesjasz”.

Eljowicz_Rabin

A co ja bym wybrała?

Coś mnie fascynuje w obrazie Maksymiliana Eljowicza “Rabin”, który łączy obie galerie.
Wisi w holu do sali z pracami 1939-45, bo był na zdjęciu/w kadrze z niemieckiego filmu propagandowego o Judenracie w getcie warszawskim, wisiał w gabinecie Czerniakowa, ale jest w stylu bardzo nowoczesnym.

Jest dla mnie łącznikiem miedzy obiema galeriami.
Samsung022015 133Z czym wyszłam z wystawy? Z dumą, że wśród polskich artystów XX wieku tylu było wspaniałych twórców żydowskiego pochodzenia. Z głębokim smutkiem, że życie większości z nich zostało w tak okrutny sposób przerwane. Z nadzieją, że kolejne pokolenia będą to, co po sobie pozostawili, odkrywały, przeżywały i podziwiały, tak jak to tej niedzieli stało się to moim udziałem. Z wdzięcznością, podziwem i szacunkiem wobec tych wszystkich, którzy ocalili tę sztukę i udostępniają ją publiczności. Z radością, że swoimi wrażeniami mam się z kim podzielić…

Józef Badower, „Nosiwoda” / Jan Gotard, „Kabalarka”
badower-gotard
X

X

X

X

X

X

X

***
Wystawa w Żydowskim Instytucie Historycznym
poniedziałek – piątek w godz. 8.00–18.00
i w niedzielę w godz. 10.00–18.00
ul. Tłomackie 3/5
00–090 Warszawa
tel.: (22) 827 92 21
fax: (22) 827 83 72

Wystawę można oglądać do końca marca.