O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym 2

Niedawno postanowiłam, że od czasu do czasu będę tu ponownie publikowała wpisy, któore uważam za najlepsze. Nie zastanawiam się, pozwalam im, by same przychodziły do głowy. Dziś wpis z 8 sierpnia 2013, tamten był w kalendarzu rocznym trochę za późno, czas czereśni dawno już minął, dziś, gdy tamten stary wpis rebloguję, czereśnie wciąż jeszcze są na drzewach, na przykład z tyłu za budynkiem policji…

Ciekawe, że ten wpis musi być dla mnie bardzo ważny, ważniejszy niż bym to świadomie oceniła, bo właśnie odkryłam, że już go raz reblogowałam – w czerwcu 2017 roku. Dopisałam wtedy dedykację dla nas wszystkich, dziś nie zmieniam w niej ani słowa. 

Jeszcze może kilka słów o owocach – wiśnie czy czereśnie? W różnych językach różne się dzieją rzeczy z tym dwoma rodzajami owoców, użytkownicy tych języków plączą je i mieszają, jak nie przymierzając żabę i ropuchę albo żmiję i węża. Na pewno i wiśnie, i czereśnie znane były od starożytności, ale w Europie pojawiły się najpierw na stołach bogaczy. W Wikipedii czytamy, że nazwa czereśnia pochodzi od starożytnego miasta Cerasus (obecnie Giresun w Turcji), skąd rzymski wódz Lukullus przywiózł na zachód pierwsze okazy tej rośliny. Lukullus, wielki pan. A wielcy panowie, wiadomo… Stąd takie niemieckie powiedzonko, cytowane przeze mnie np. TU, że niełatwo jest jeść wiśnie z możnym panem.

Jednak: wiśnie czy czereśnie? W potocznej niemczyźnie to już na pewno wiśnie i, co ciekawe, opuściły już stoły możnowładców – teraz o każdym człowieku z trudnym charakterem można powiedzieć, że to taki typek (albo typica), z którym niełatwo jest jeść wiśnie. Ale u źródeł tego przysłowia tkwi sens zgoła inny – wiśnie i czereśnie były drogie, aby je z możnym panem zjeść, trzeba było zostać przez niego zaproszonym. A jak? Za nazwisko? Za zasługi? Za urodę? Za służalstwo i pochlebstwo? A możny pan zawsze mógł swojemu gościowi, niżej usytuowanemu na drabinie społecznej, napluć w gębę…


„Czas wiśni” czy też “Czas czereśni” odkryłam na facebookowej grupie Anatola Borowika „Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Piosenkę bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie „Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo „Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po pięciu latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas wiśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

***
Gdy rebloguję to po raz drugi, w czerwcu 2018 roku, dziwię się, że nie mogę znaleźć tej piosenki po polsku. Stanisława Celińska mówi w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” z maja 2015 roku, że śpiewała tę piosenkę w roku 1969. W tym samym czasie śpiewał ją też Piotr Loretz. Ale w  sieci nadal ani słów ani nagrań. Jedynie link do mojego własnego wpisu. I jeszcze znaleziony miły wpis z bloga o znamiennej nazwie  – to mój kawałek podłogi! Słów też nie ma, ale jest piosenka po francusku, i lektura romansu w sam raz na lato, i knajpki paryskie nazywające się “Le temps de cerises”…

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym

Ewa Maria Slaska

Wyjeżdżam i jak zawsze podczas wyjazdu – nie wiem, czy uda mi się wstawić jakiś aktualny wpis. Wiem zatem z doświadczenia, że coś trzeba sobie przygotować na zapas. Pomyślałam o recycklingu własnych dokonań. Prowadzę ten blog pięć i pół roku, przedtem prowadziłam dwa inne blogi, oparte na tej zasadzie, że to ja tworzę ramę, ale piszą różni ludzie. Pierwszy zaczęłam 18 czerwca 2011 roku. Wczoraj była rocznica. 8 lat, codziennie wpis. 2920 wpisów. Upał lał się z nieba i rocznice niezbyt mnie obchodziły, ale aby wypełnić letnie dziury, postanowiłam zrecyklingować kilka najlepszych wpisów. Zastanowiłam się, co mogłabym uznać za swój najlepszy wpis. Były takie, których słupki frekwencji czytelniczej przebijały sufity i dachy, ale nie, wcale nie one mi się przypomniały. Z otumanionego upałem umysłu wychynął Mankell. Pisałam o nim przed kilku laty, a powoływałam się na cytat z książki, która się w oryginale ukazała 20 lat temu. Mankell rozmawia z córką.

Najpierw więc cytaty, po niemiecku i po polsku, z mojego wpisu.

Strümpfe stopfen & Cerowanie skarpetek

„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an. „Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen. Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte. Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung! Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“


(…) zapytała go, dlaczego życie w Szwecji jest takie trudne.

– Czasami myślę sobie – powiedział – że powodem może być to, że przestaliśmy cerować skarpety. (…) W czasach mojej młodości w Szwecji nadal cerowało się skarpety. Nawet uczyłem się tego w szkole. Aż nagle z dnia na dzień przestano je cerować. Dziurawe skarpety po prostu się wyrzucało. Przeobraziło się całe społeczeństwo. Zdzieranie i wyrzucanie stało się powszechnie obowiązującą regułą. O tych, którzy obstawali przy cerowaniu, ani się nie mówiło, ani się nie słyszało.


PiatakobietaWbrew temu jednak, co często muszę robić, a mianowicie przepisywać cytaty, które mnie zainteresowały, tu sięgnęłam do dwóch osób, które podobnie jak ja zauważyły ten cytat i uczyniły z niego osnowę swojego wpisu. Polka, Danuta Awolusi, rocznik 86, przez wiele lat prowadziła na blox.pl świetny blog o literaturze (blogu już nie ma – dop. EMS 2021). Jej wpis o Mankellu ukazał się w sierpniu 2011 roku, ja o Mankellu pisałam w sierpniu 2015 roku. Pastor Max Toepffer odkrył cytat o skarpetkach i użył go w pisemku parafialnym zimą 2013 roku. Sama książka ukazała się w Szwecji w roku 1996, ponad 20 lat temu.

Cytat niemiecki zaczerpnęłam z gazetki parafialnej pewnego kościoła ewangelickiego. Redaktorem naczelnym (a zapewne i jedynym) jest pastor, który używa swojego wpisu, by zachęcić wiernych do rozglądania się wokół siebie, do cerowania porozrywanych stosunków międzyludzkich. Polska krytyczka literacka używa tego cytatu, by napisać o Mankellu jako dobrym pisarzu, uważnie obserwującym społeczeństwo. Pod cytatem o skarpetkach pyta: Czy to nie jest znakomita metafora współczesnego społeczeństwa? W tym banalnym przykładzie zawarto praktycznie wszystkie obecne bolączki wielu narodów. Taki właśnie jest Wallander – prosty, ale równocześnie mądry i błyskotliwy.

Zanim przejdę dalej, zatrzymuję na chwilę nad okładkami obu książek. Było ich zapewne więcej, różnych, ale przypadek podsunął mi te dwie. Polska ma sens, szukanie przestępcy to zawsze polowanie na pustyni. Okładka niemiecka odwołuje się do kobiecej erotyki z czasów Rubensa i sensu nie ma w ogóle.


W zeszłym roku usłyszałam od młodej pięknej kobiety z Warszawy, że w Niemczech mamy znacznie większy stopień zużycia przedmiotów i ubrań niż w Polsce. Było to powiedziane z uznaniem. Jesteśmy bogatym krajem, mniej kupujemy tandety, a te dobre rzeczy, które kupujemy nosimy potem bardzo długo. A potem je jeszcze oddajemy.

Tak, jak tego wymagają reguły Zero Waste.

Zero Waste zakłada ograniczanie śmiecenia na wielu etapach – od zakupów, poprzez użytkowanie (czyli właściwe przechowywanie jedzenia, by zdążyć z konsumpcją zanim się zepsuje; pielęgnacja ubrań i konserwacja sprzętu, by służyły jak najdłużej) aż po zagospodarowywanie resztek (czyli kompostowanie odpadków kuchennych, przerabianie przedmiotów i dawanie im drugiego życia).

Nie szukam w internecie reguł Zero Waste w sprawie ubrań. Sama wiem, a Mankell mi tu przewodnikiem.

1/ Używaj ubrań jak najdłużej. Naprawiaj je, przerabiaj. Ceruj skarpetki.
2/ Nie kupuj za dużo, szanuj to, co kupiłeś. Ceruj skarpetki.
3/ Oddawaj innym, myśląc o tym, komu dajesz, wybieraj osoby, które już należą do nowej kategorii i cerują skarpetki.
4/ Noś rzeczy używane, przyjmuj je, wymieniaj się ze znajomymi, bierz również to, co trzeba naprawić: ceruj skarpetki.
5/ Przerabiaj rzeczy całkiem zniszczone na inne – kołdry, kapy, dywany ze szmatek. Ceruj skarpetki.
6/ Nie trzymaj w szafie rzeczy, których na pewno nie będziesz nosić. Zrób coś z nimi, przerob, podaruj, oddaj. Dopiero, jak już naprawdę nie da się z nimi nic zrobić – wyrzuć, ale nie do śmieci, tylko do pojemnika, bo stamtąd pójdą do potrzebujących albo do fabryk jako surowiec wtórny.

Ceruj skarpetki…

Mało nośne hasło, mało patetyczne. Byle jakie w porównaniu z Wolnością, Równością i Braterstwem, Siostrzaństwem, Solidarnością, Sprawiedliwością i Prawem. Ale tych wielkich słów być może nie umiemy wprowadzić w życie, poza tym łatwo je ideologicznie przenicować i wykoślawić. I wtedy nam wyjdą uszami. A cerowanie skarpetek to proste zadanie i jak dotąd nie widzę możliwości, by polityka je zagarnęła. A poza tym wciąż jeszcze, póki jeszcze żyje nasze pokolenie, możemy was nauczyć, jak to robić. Bo my wciąż jeszcze umiemy cerować skarpetki.

A potem można pójść dalej…

 

Reblog: Willa z fortepianem

Znalezione w internecie przez Andrzeja Rejmana

W dzielnicy Ursus, niedaleko skrzyżowania Alej Jerozolimskich z ulicą Ryżową stoi niewielka willa. Z ulicy ledwo ją widać spośród rozbuchanej zieleni. Jednak jeśli wejść w boczną drogę i zajść dom od tyłu, oczom ukaże się ciekawy architektonicznie modernistyczny budynek. Niewiele wiemy o tym domu. Powstał prawdopodobnie w latach 30 XX wieku. Od ok. 2015 roku stoi opuszczony i niszczeje. Naszej dobrej znajomej Laurze Styczeń udało się dostać do środka willi. Znalazła tam istne cuda – wspaniały przedwojenny fortepian wyprodukowany przez warszawską firmę, liczne stare zdjęcia, dokumenty przedwojenne i z czasów okupacji oraz wiele innych przedmiotów o niewątpliwej wartości muzealnej. Ktokolwiek tam mieszkał, musiał być niezwykle interesującym człowiekiem i dbał o swoją przeszłość i dziedzictwo. Niestety dowiedzieliśmy się, że willa, która była wpisana do Gminnej Ewidencji Zabytków, została niedawno z niej wyłączona. Jaki los ją czeka?

Wiśniewski (Reblog z FB)

Radosław Wiśniewski

Zimą napisałem tekst. Miałem poczucie, że jest ważniejszy ode mnie i wszystkiego, co napisałem od lat. Długo szukał sobie miejsca na papierze, w sieci, gdziekolwiek. Sporo osób mówiło po lekturze, że warty jest publikacji, ale jakoś się nie mieścił to w tym to w tamtym formacie. Nie mnie sądzić dlaczego. Ale oto od kilku dni jest, ktoś dał mu miejsce i przestrzeń. Tekst, dodajmy, na tyle dla mnie i paru osób ważny, że założyliśmy nieformalny projekt “Laboratorium Empatii”, na razie tylko na FB (znajdziecie bez trudu).

A tekst idzie bez mała taką ścieżynką:

“[…]
Próbujesz opowiadać o zaangażowaniu poprzez zaprzeczenia, apofatycznie, na przykład, że daleko ci do „Krytyki Politycznej”, ale równie daleko do Wencla, a zarazem nie znaczy to, że interesuje ciebie wyłącznie prywatność albo wyłącznie historyczność. I właśnie od tego napięcia pomiędzy prywatnością, pojedynczością a historycznością trzeba zacząć rekonstrukcję twojego zaangażowania. Bo przecież to, co nie pozwala tobie stanąć ani po lewej i ani po prawej stronie, to wiara oraz ufność jaką pokładasz w jednostce. Dla ciebie nigdy nie ma i nie będzie sześciu, siedmiu, ośmiu milionów – jest osobowa pojedynczość i przemnożenie jej przez dowolna liczbę jej nie unieważnia. Nie ma zatem żadnego zastosowania zdanie, że system był dobry, tylko nie uwzględniał człowieka i tego że jest osoba obdarzona godnością, wolnością wyboru i sumienia. Taki system nie miał i nie ma racji bytu. Żaden system, który opowiada, że tylko odsuniemy, tę lub inną, mniejszość, która nam koła w szprychy postępu sadzi, a już, już jutrzenka wyzwolenia mas, narodu, rasy zabłyśnie nigdy nie zdobędzie twojego zaufania. To zapowiedź krwawych baśni eksterminacji, a do nich czujesz odrazę. Tę, która podpowiada gesty, za które można oberwać. I to całkiem na serio. Tak jak powiedziałem – z lewa i prawa lub z obu stron na raz – bez różnicy.

Spoiwem, które pozwala łączyć prywatność z historycznością jest empatia, czyli współodczuwanie, czasem sprowadzone tylko do próby wyobraźni. I nawet jeżeli jest to tylko wyobrażone współodczuwanie to ma fundament, który trudno podważyć. Każdy człowiek ma ciało, zdolne do odczuwania bólu i chce je przed tym bólem ocalić, na tyle, na ile to możliwe. Ciało oprócz odczuwania fizycznego bólu, potrafi także sprawić, że odczuwasz strach, lęk, niepokój. Owszem, wiele doświadczeń pozostaje na zawsze za murem, ale jeżeli pozwolić, by mówiło ciało, stają się bliższe niż można by sądzić, chociaż przez to wcale nie zrozumiałye. Empatia nie mówi o zrozumieniu, ale o współbyciu. Nie zakłada też gestów zbiorowych, ale pojedynczość, nawet jeżeli dla podjęcia tej próby trzeba uwzględnić szerszy kontekst, to w centrum zawsze pozostanie osoba, jedna, niepowtarzalna.

Empatia, szczególnie w kontekście historycznym, porzuca złudzenie neutralności, równego dystansu, drogi środka i zarazem – chociaż wydaje się to niemożliwe – nie dryfuje w stronę żadnego z biegunów politycznych, prawego, czy lewego. Powołując się w sposób bardzo ogólny na prawa antropologii przestrzennej Victora Frankla, można powiedzieć, że empatia wprowadza trzeci wymiar do dwuwymiarowego sporu. Frankl, tocząc zupełnie inny spór w obrębie psychologii i antropologii, w prosty sposób pokazał jak redukując formę przestrzenną – np. kulę lub stożek, do figury (lub figur) dwuwymiarowych uzyskujemy sprzeczne lub zadziwiająco zgodne obrazy tego samego przedmiotu. Stosując tę analogię do empatii w kontekście zaangażowania literackiego, trzeba było by powiedzieć, że nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, bo pomimo żarliwego zaangażowania nie gra w tę grę, jaką próbują jej narzucić ideologie i jej literackie mutacje. Empatia pracuje na zupełnie innym planie niż ideologie, które zawsze będą miały tendencje do redukowania jednostkowości, niepowtarzalności. Tu jest źródło niepodległości gestu – literackiego, poetyckiego – zakotwiczenie w tym, co jednostkowe. Tylko to pozwala skutecznie detonować przed czasem próby manipulacji, zawłaszczenia pojedynczego śpiewu, lamentu, inkorporowania go do wycia hordy.
[…]”

Gdyby kogoś interesował całokształt – to jest na stronie pozbawionego właśnie ministerialnych dotacji serwisu ArtPapier.pl, co samo w sobie staje się pomału czymś w rodzaju silnej rekomendacji:

Reblog czyli resłuch… Pokraj

Czy najśmieszniejsza książka 2018 roku może być jednocześnie powieścią serio? Na pewno śmiejąc się z Pokrajaków, śmiejemy się z samych siebie.

Andrzeja Saramonowicza, znają wszyscy, jest przecież twórcą kultowych filmów komediowych: „Testosteron”, „Lejdis” i „Ciało” i autorem bestsellerowej książki „Chłopcy”. Teraz “Pokraj”.

Ziemowit Szczerek:

Jeśli ktoś się spodziewał, że Saramonowicz rozprawi się z polskością z wdziękiem Gombracego prowadzącego na kwasie daewoo lanosa, to się dobrze spodziewał. Czyta się to szybciej, niż rzeczony lanos śmiga na tuskostradzie, a wciąga bardziej niż oglądanie pojedynku Pawłowicz–Niesiołowski na TVN24.

Fragmenty powieści “Pokraj” Andrzeja Saramonowicza
Czyta Krzysztof Gosztyła
Wydawnictwo Muza SA
Premiera 23 maja 2018

Resłuch(y) za zgodą Autora – dziękuję!



Wciągnęło? Oczywiście. Reszta w księgarni lub na youtubie, już lub za chwilę… szukajcie a posłuchacie, jak głosi Biblia...

Reblog: Chrześcijanin kulturowy

Kolejny tekst znaleziony na Facebooku

Jacek Wesołowski
dzien-nik:fb.obrazy/teksty, 19 maja 2018

Przymiotnik „chrześcijański” może odnosić się do religii lub do kultury. „Religia chrześcijańska” i „kultura chrześcijańska” nie są określeniami synonimicznymi. Pierwsze oznacza doktrynę określonego wyznania, określonego Kościoła któregoś z licznych odłamów zinstytucjonalizowanego chrześcijaństwa, drugie odnosi się do zespołu tradycji, obyczajów, wartości i norm postępowania, mających owszem swą genezę i umocowanie w religii, ale już od niej bezpośrednio niezależnych, niejako wyodrębnionych, wyalienowanych – w tym sensie ktoś określający się jako chrześcijanin może być nim tylko w rozumieniu kulturowym, a niekoniecznie religijnym. Przyznaje się do korzeni chrześcijańskich, wyznaje wartości chrześcijańskie, lecz może być ateistą czy agnostykiem, i jeśli chodzi niekiedy do kościoła, to nie z wiary, lecz z tradycji, z wychowania, z poczucia więzi kulturowej – z chrześcijaństwem. Jestem chrześcijaninem, a nawet katolikiem – kulturowym. W tym sensie większość chyba chrześcijan dzisiejszej Europy, a w szczególności zachodniej i północnej, to są chrześcijanie kulturowi. Niekoniecznie wierzą w Boga, a już zwłaszcza w takie szczegóły nauki Kościołów jak Piekło, Niebo i Czyściec oraz Sąd Ostateczny – zresztą poszczególne wyznania chrześcijaństwa co do tych szczegółów różnią się między sobą: np. w protestantyzmie nie ma kultu swiętych – stąd w krajach wyznań wyłonionych z Reformacji nie obchodzi się imienin, a tylko urodziny. Premier Morawiecki nie tak dawno powiedział, że widzi przed Polską misję chrystianizacji Europy. Przez ostatnich 35 lat nabyłem spore doświadczenie bezpośrednie, gdy chodzi o Europę zachodnią i stwierdzam, że jej kraje są chrześcijańskie dość – gdy chodzi o kulturę chrześcijańską: o chrześcijańskie wartości i ludzkie zachowania etyczne. Np. Niemcy dzisiejsi pod tym względem wydają mi się przewyższać Polaków. Natomiast z pewnością Niemcy nie są tak chrześcijańskie, jak Polska w sensie uprawiania kultu religijnego i bardzo im w tym polskiemu sąsiadowi daleko. Kościoły w Niemczech (a zwłaszcza wschodnich) – tak ewangelickie jak i katolickie – są pustawe, niektóre od dawna już pełnią funkcje kulturalne, nie religijne. Ja myślę, że polski premier, mówiąc o chrystianizacji Europy miał na myśli nie tyle chrystianizację, ile klerykalizację. Z zamiaru, woli i ambicji naszego pobożnego, bogobojnego narodu, a ścisle polskiego rządu narodowego ramię w ramię z polskim (katolickim) Kościołem, który jest nie tylko instytucją religijną, lecz także w wysokim stopniu polityczną, tak więc kulturową – pod płaszczem religii. Etyka w polityce występuje fasadowo.


Boutique sacré de Jacek Wesolowski, instalacja zbiorcza, fragment (ściana centralna: Ołtarz), Hradczanska Galeria, Praha, 1995

Barataria 66 reblog: Historia świata według EKSK

To jest taka opowiastka, która nie dość, że wyjaśnia powstanie posągów na Wyspie Wielkanocnej, ale jest przy okazji historią, która po prostu dzieje się w Baratarii. Dziwne, że Autor tego nie zauważył. Tę opowieść znalazłam na Facebooku, u człowieka, którego (chyba) nie znam osobiście, ale jest niewątpliwie odpowiednim znajomym odpowiednich znajomych i używa ksywy Tabor Regresywny. Nie wiem, o co chodzi, może o husytów, ale i tak przyznaję, że invidia mnie zalewa na myśl o tym, iż można było wymyślić sobie taki super pseudonim facebookowy. Aha, Autor twierdzi, że napisał historię seksu, a mnie się wydaje, że jest to jednak historia świata. Tak jak się ją rozumie w Baratarii 🙂

Mam wrażenie, że z rozwiązywaniem problemów jest jak z wybieraniem jaj z kurnika. Im więcej jaj wybieramy, tym więcej kury niosą. Spróbujmy łączyć problemy w większe grupy, może same się rozwiążą. Np. mam taki problem. Napisałem historię seksu i wstydzę się ją opublikować. Spróbuję ją połączyć z innym moim problemem. Od niedawna jestem emerytem – mam z tym problem. Gdy łączę ten z poprzednim problemem, robi się jeszcze większy problem. No to dołóżmy jeszcze jeden problem. Kiedyś zostałem mianowany Komandorem i po trzech dniach zdegradowany. Nie ważne , że chodziło o spływ kajakowy. Nie chcę być Komandorem zdegradowanym. Jak połączyć te trzy problemy wychodzi „Historia seksu wg emerytowanego komandora spływu kajakowego.” No i nie ma żadnego problemu. Działa?

No to raz kozie śmierć.

Historia seksu wg EKSK

Rozdział I.
Bóg stwarzając mężczyzn dał im orgazm, ale nie dał im wzwodu. Siłą rzeczy kobiety musiały opanować sztukę dzieworództwa. Cieszyły się dzięki temu niebywałym autorytetem i nieziemską urodą. Dzieci rodziły się ze śmiechem wyskakując niczym korek z butelki szampana. Ojcostwo ustalano w ten sposób, że ojcem zostawał ten, kto złapał takie dziecko w locie. Otrzymywał za to tytuł pomocy kuchennej i prawo do obierania ziemniaków, krojenia cebuli i ucierania marchewki. Niestety, kierowani ambicją mężczyźni wyprosili u Boga wzwód. Bóg postawił dwa warunki. Po pierwsze koniec włóczenia się po lasach, bierzecie się do pracy, po drugie coś wam zabiorę. Bierz, co chcesz, tylko daj nam wzwód – prosili. I Bóg dał im wzwód, a zabrał orgazm.

Rozdział II
Na drugi dzień mężczyźni wzięli się do pracy, po pracy dostali wzwód, pobiegli do kobiet się pochwalić, po czym oświadczyli, że teraz oni będą rządzić. Zajęli pierwsze miejsca przy ognisku i zaczęli rozmawiać o polityce, czyli kłócić się, kto ma dłuższego, szybszego i bardziej błyszczącego. Dziś ten spór nazywamy wyścigiem zbrojeń. Brak orgazmu kompensowali budując piramidy, stawiając posągi na wyspie Wielkanocnej, wznosząc łuki triumfalne i inne kolumny. Budowle te zostały niespodziewanie zaniechane, bo ktoś odkrył sztuczny sposób wywoływania orgazmu. Znalazło to smutne odbicie w architekturze bo przerzucili się na budowę lepianek ziemianek i szałasów. W tym czasie również zaczęło się zastępowanie wiary religią, sprawiedliwości zgodnością z przepisami prawa, mądrości inteligencją a radości życia różnymi uciechami. Aha, zaczęli też oglądać się za kobietami.

Rozdział III i ostatni.
Początkowo kobiety kpiły sobie z mężczyzn, ale życie pod męskimi rządami stawało się coraz bardziej nieznośne. Dzieci przestały się rodzić. W końcu kobiety zwołały Kongres, na którym, po demokratycznym głosowaniu, wybrały mniejsze zło. Uchwaliły, że trzeba poświęcić dziewictwo i w ten sposób wziąć władze w swoje ręce. By mężczyźni się nie zorientowali, pozostawiły im te śmieszne tytuły, którymi kazali się tytułować, te nikomu nie potrzebne stanowiska, na których się osadzili, a nawet pensje, które sobie przyznali, a i tak trafiały potem do kobiet. I wszystko wróciło by do normy, gdyby nie to, że po wypróbowaniu kilku systemów politycznych, mężczyźni wybrali demokracje parlamentarną jako najmniejsze zło. I tak wybierając, co cztery lata, mniejsze zło, wchodzimy w coraz większe g. bagno, a powinniśmy wychodzić. No i mamy, sztuczny wzwód, sztuczny orgazm do próbówki, i tylko czasami tak się zastanawiam – Czy my przypadkiem nie zamieniliśmy siekierki na kijek?

Reblogging trees

Les arbres sont des poèmes que la terre écrit sur le ciel.

Kahlil Gibran


 

 

Budda powiedział, że jeśli uczepisz się jakiegoś wyobrażenia i uznasz je za “prawdę”, stracisz szansę poznania prawdy. Nawet kiedy prawda osobiście zapuka do twych drzwi, nie będziesz chciał otworzyć przed nią umysłu. Jeśli więc masz wyobrażenie tego, co jest prawdą albo jakie warunki muszą zostać spełnione, byś był szczęśliwy – bądź ostrożny.

Thích Nhất Hạnh


Drzewo Mahabodhi w Bodhgaya

Budda pod drzewem bodhi.

Reblog(s) and more: women lib and smoking

Well…
That pic was posted in Facebook, with funny and cute and awesome text underneath: Rosa Luxemburg, Simone de Beauvoir, and Emma Goldman on the beach, smoking pipes (1930’s.)

I shared it on my FB wall and my dear friend Esther Schulz-Goldstein wrote as a comment: Ungefähr 30 Jahre später, habe ich als junge Frau im Museumsrestaurant in Tübingen Zigarre geraucht und da zischte ein für mich damals alter Herr am Nebentisch, “eine deutsche Frau raucht nicht”. Ich zischte zurück, “deutsche Männer hätten lieber nicht soviele Menschen umgebracht”.

I was so taken over by this beautiful foto, that I did not notice, it could be a fake and in fact it is, what my two Polish friends – Ula Ptak and Elżbieta Jagiełło – immediately noticed. Sure it is a fake. The authors do not even try to say you it is not. Just look at it:
Emma Goldman 1869-1940
Rosa Luxemburg 1871-1919
Simone de Beauvoir 1908-1986

But obviously I am not alone in my being mistaked. Somebody found out, that that foto with it’s purposely false caption was shared 13,268 times. Well, so… I was the 13,269th one…

But I found the true story about that pic, it was so called WOPS in Mexico:

The Womens’ Pipe Smoking Group affectionately known as the WOPS or Borkum Riffs because of the sweet smells that trail behind them. They meet every early morning of the week and stroll along Olas Altas smoking and discussing shag tobacco. This wonderfully relaxed group sometime mix a blend of prime Moroccan hashish with their fine Borkum Riff fine cut shag from the Netherlands.

There is a waiting list to join these women of the below the knee dress wearing persuasion who want to become involved in this sedate pursuit of strolling and chatting and puffing away on their smooth Calabash Meerschaum pipes like steam locomotives struggling up a hill. The youthful countenances of this group suggest tobacco smoke is good for the complexion and has general health benefits.

Searching for the text above I found another two interesting texts about women and smoking and pipes and now I am rebbloging them for you: 

Women and Pipes

By Beth Maxwell Boyle

‘The guitar player’ by David Rijckaert III

By 1615 in England, the first consignments of Virginia tobacco for pipe smoking had arrived and some 7,000 shops in London sold tobacco .

Women Pipe smokers are rare today but female smoking was very popular in the 17th and 18th centuries. Respectable women were commonly seen smoking pipes in public. Many famous paintings exist of noble women of the period drinking in the smoke from a clay pipe. The middle classes were eager to enjoy this new pastime as well. In the Elizabethan times clays were quite delicate with graceful thin bowls and long stems. The Dutch redesigned these clays by enlarging the bowl and lengthened the stem.

Dutch, French and English women all enjoyed the “Indian Weed”. For centuries the favorite way of enjoying tobacco was to smoke it in clay pipes. As early as about 1575 pipes were being made in England, but by the 17th century Holland had become the dominant center for the manufacture of clay pipes. Clays were made in many other European countries at this time, as well. Such pipes were usually white, with small bowls and long stems. They were extremely fragile and did not last long. However, by the 1850s, when pipe smoking in general became associated with the working class, female smoking began to decline, at least in public. The acceptance of female smokers seemed to vary between regions at this time. It is believed that many women kept their old habits. It is more than likely it was done in secret while they outwardly treated the act as a disgrace.’

Marquise de Pompadour, the favorite mistress of Louis XV, was a passionate smoker and owned more than three hundred pipes!

In rural areas such as the Highlands of Scotland and in Ireland the women smoked without shame. Women in the Hebrides smoked well into the 1930s due to the cultural isolation just as Appalachian women in the US did. It was seen as a very crude and backwards habit by most of polite society but little changes in any society without contact with urban centers. Today a women smoking a pipe draws immediate notice and sometimes ridicule.

For more women pipes look HERE


And another text I just have to reblog:

I think I need to start smoking: or how to be an artist without a Gauloises hanging from your mouth.

Posted by Lisa Thatcher on January 19, 2012

Simone de Beauvoir – avec Gauloises.

I was rather disturbed to find out recently that some folk I admire are giving up smoking.

I was startled to say the least. No matter what anyone says, smoking remains the hallmark of cool. It’s as synonymous with art as booze, and as chic as any Euro fantasy.

Besides my obvious initial concerns (the loss of revenue for large faceless corporations and a drop in “cool” for those I admire) which are the same I think we all have when a dear one suggests they want to give up smoking, I had some broader concerns after giving the issue some thought.

Clarice Lispector. Smoking.

What about the health care professionals who are kept in a job because they have to care for the ill as a result of smoking all their life? (approx 48 billion a year is spent in smoking related health problems – approximately $11.00 of the cost of your cigarettes goes to health care professionals and their industries). The local tabac merchant, and all the other smaller stores that make the bulk of their revenue from cigarette sales. What of the poor governments loss of revenue (approximately $4 per pack) the drop of approximately 12.4 billion dollars from the advertising industry in the US alone (I think they’d notice this decrease, don’t you?) not to mention the drop in work for the legal industry. Tobacco is grown in 21 states of the United States, a leading producer of tobacco along with China and India. Think of all those farms and farmers, all those small communities kept alive – schools, libraries and hospitals because the local farmers grow tobacco.

Margurite Duras and Michelangelo Antonioni. Both Smoking.

And finally, the most poignant argument of all – almost everyone in Paris smokes.

Or is that all just bullshit?

If existence precedes essence, then I need to smoke in order to ‘be’ the writer I want to be. I know how the writer I want to be appears, because it has been determined (in essence preceding existence) by the writers I most want to emulate. Above you can see images of them smoking in the years before I took to the passion of writing. If I am determined by what surrounds me (according to Spinoza) the pressure to give up smoking is in direct confrontation with my experience of free will. It is in the world being a mirror of my free will that I am obliged to react. To overtake myself. The question here, is what self am I overtaking? Am I oppressed by my desire to give up cigarettes or my desire to smoke them in the first place?

Like Sartre’s waiter, I need to ‘play’ at being a writer until whatever (mysterious) criterion has been fulfilled that will have my inner self belive I am a writer. Scoff if you will, but this is a small charade that works for me. I had a blissful afternoon of writing today, in an atmosphere conducive to writing. Sometimes it is my desk and sometimes I will go mad if I have to look at my desk any longer and sometimes I need to play at being a writer just to feel its direction on my skin for the smallest while. Existence is defined by my concrete interactions with the world. Is it completely absurd that writers usually drink and smoke to excess? Of course it is – but again (if you adhere to the tenants of existentialism) that absurdism gives the action more meaning and puts us in touch with the basic humanity of existence.

Then, of course, we get into the nature of the cigarette itself. Should we roll our own? Can I still be an artist if the Gauloises are replaced by B & H extra mild?

And here comes the unpalatable truth. I have actually tried to smoke at several points in my life, and always given up in bitter disappointment, because I just can’t do it. I tend to be a very healthy person. The slightest upset in health regime sits poorly with me. I’ve never been able to smoke properly. I get too sick. For the most part, I’ve had to hang out with artists who do smoke, drinking in the second-hand, and wishing my little healthy body could tolerate it a little more hard-core.

And perhaps at the end of the day that is the source of my disappointment. Those around me giving up smoking results in me giving up the possibility of smoking. If I don’t see it, I wont remember it and horror of all horrors – I wont’ miss it. Perhaps my primal cry is more about the final shedding of the connection I have with the old artist image that fed me for so long. Just as I know the day of the depressed artist is over, perhaps the day of the drinking, smoking artist is over also.

Reblog (bo nie dało się inaczej): sukienka

Nie dało się inaczej, bo o sukience swojej mamy opowiedziała mi Helena Klitenik, ale jak ją poprosiłam o tekst, to powiedziała mi, że sukienka jest w Muzeum Polin i że mogę tam o niej przeczytać. Helena mieszka w Warszawie i bywa… Bywa w wielu miejscach, na wykładach, w teatrach, w kinie, Helena czyta, słucha, ogląda… Namawiam ją, żeby raz na miesiąc pisała dla nas o nowościach kulturalnych w Polsce czy w Warszawie. Wczoraj przyszedł mail:

Ewa,
pamiętam o Twojej prośbie. Odezwę się po 3 maja.
28 kwietnia będę w Teatrze Na Woli na “Historii Jakuba” Słobodzianka, a 3 maja w Teatrze Nowym na “Francuzach” w reż.Warlikowskiego.
Pozdrawiam.
Helena
P.S.
Mnóstwo pracuję na działce. Przyniosłam na balkon niezapominajki. Na działce już kwitnie miodunka, bratki, trochę tulipanów, niezapominajki, dużo żółtych kwiatów, których nazwa uciekła mi z głowy, niedługo zacznie kwitnąć pełnik europejski. Wzeszła rukola, koperek, rzodkiewka a zeszłoroczny jarmuż odbił świeżymi liśćmi.


Reblog:

Opracowanie i zdjęcie Przemysław Jaczewski, opowieść o sukience: Helena Klitenik

Sukienka Grani Klitenik: Historia Zagłady zapisana w przedmiotach

Grania Klitenik, z domu Juziuk, mieszkała z mężem i małym dzieckiem w Telechanach, niedaleko Pińska (obecnie w granicach Białorusi). Kiedy w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka, zdecydowali natychmiast, że muszą uciekać na Wschód. Klitenik był komunistą, a spodziewano się, że Niemcy aresztują komunistów w pierwszej kolejności. Rodzina zabrała tylko najpotrzebniejsze przedmioty.

W czasie ucieczki rozstali się. Mężczyzna cofnął się do Telechan po swego ojca. Ten jednak zbagatelizował niebezpieczeństwo i zdecydował się pozostać. Uznał, że osobom niezaangażowanym politycznie nic nie grozi. W tym czasie Grani przydarzyła się straszna rzecz – ktoś zabrał jej dziecko, kiedy spała. Nie wiemy jak, ale mężowi udało się później je odnaleźć. Oddał je w Homlu do całodniowego żłobka. Sam wstąpił do armii.

Samotna Grania znalazła się po wschodniej stronie Wołgi. Była krawcową od 17 roku życia, więc udało jej się dostać pracę. Ponieważ z Telechan uciekła latem i bez jakichkolwiek ciepłych ubrań, musiała zdobyć jakieś okrycie na jesień i zimę. Z 50 skrawków szyneli wojskowych uszyła sobie sukienkę. Używała jej przez całą wojnę. Miała ją ze sobą również wtedy, gdy po odnalezieniu męża, przyjechali w 1946 roku do Polski.

Cała rodzina Grani i jej męża z Telechan zginęła, zabita w masowym mordzie ludności żydowskiej jeszcze w sierpniu 1941 roku.

Grania całe życie ich wspomniała – dziadków, mamę, zmarłego wcześnie ojca i siostrę. Siostra wyszła wcześniej niż ona za mąż, urodziła troje dzieci, które Grania bardzo kochała.

Klitenikowie nigdy nie dowiedzieli się, mimo usilnych poszukiwań, co stało się z ich dzieckiem. Żłobek homelski podczas bombardowań przenosił się z mijesca na miejsce, po synku wszelki ślad zaginął.