Es beginnt in den 70ern in Berlin, führt über London in den 20ern letztes Jahrhunderts, ab den Nulle geht es immer wieder nach Polen, und dann noch nach Bulgarien. Es ist interessant, gut und schlicht geschrieben. Der Hauptprotagonist hat keinen Namen, er ist Engländer.Man braucht Zeit um plötzlich einzusehen, dass es ein ungewöhnliches Buch ist, dass die Geschichten erzählt, von denen wir am liebsten schweigen.
Immer wieder ist der narrative Strang mit kleinen Nebengeschichten gespickt.Ich zitiere hier einen der letzten Kapitel, der mit dem Hauptthema des Buches nicht zu tun hat, und gerade deshalb einen regelrecht umhaut.
W lipcu 1936 roku wybuchł bunt nacjonalistów w Barcelonie; podczas Międzynarodowej Olimpiady Robotniczej, w której brali udział również polscy robotnicy sportowcy. Wraz z polskimi emigrantami politycznymi udali się na front aragoński.
Na początku września Grupa 36 weszła w skład kolumny Libertad. W październiku pod przeważającym naporem wroga rozpoczęli odwrót w kierunku Madrytu – na Plaza de Espania krążą sepy wojny, Don Kichocie zrzuć kolczugę, Madryt dzisiaj czeka cudu, spójrz wokoło, na ulicy Twej Stolicy barykady polskiej brygady trzynastej w batalionie Palafoxa.
Gdybyś znów pisać mi chciała, adres mój jest teraz inny: pisz Brygada Dąbrowskiego, Ebra brzeg, na pierwszej linii, ale Dolores Ibarruri nie odpisała, bo walczyć też musiała. I Tak do nas powiedziała: ,,lepiej jest umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach’’
Mogą też zaistnieć jakiekolwiek inne dowody. Szesnastu lingwistów poniosło śmierć na polu semantycznej odbudowy, ktoś umierał ze słownikiem gwary partyjnej pod pachą, teraz z kulą spokojniej. Brał też udział w wojnie domowej Georg Orwell w latach 1936-1937, podczas której walczył w republikańskiej milicji robotniczej, oddał swój hołd dla Katalonii, wstępując do oddziału w Barcelonie . W nagrodę BBC odmówiła Jemu wystawienia pomnika.
Na polach hiszpańskich zaginał Salomon Jaszuński – – skład gleby nie został podany. Ernest Hemingway, korespondent wojenny ,,North American Newspaper Alliance’’ pogrążył się w wojnie domowej Hiszpanii. ‘Słownictwo rewolucyjne z cudzoziemskim akcentem’ Urna z prochami została w armacie. W tym roku obeliski nie zakwitną, bo dzwony zamilkły I nie biją już nikomu…
długie wąskie gardło romantycznej legendy, obecnie zohydzane i przechwycone przez ludzi dobrej zmiany; ze współczesnym celownikiem nakierowanym na odbieranie ulicom ich nazw – w podziękowaniu za dawną ofiarę krwi. Nie mamy dziś wielu dobrych słów dla Dąbrowszczaków. W tej puli krwi – zły człowiek marszczy brwi politycznego wyuzdania, i za dużo znaków zapytania drąży grób niechęci. Należy być przygotowanym na podtopienia pamięci.
Zielony koń w morskim przebiciu nieba W nocy nadaje radiowy krzyk rybitwy Ryby- bitwa ryb w zielonym brzuchu w jednym z tych okien malujesz sobie oczy specjalną szminką dla najemników;
to tam, gdzie najbardziej popielate światło wolności otacza zniewolenie przy drodze, zmęczony już bardzo terrorem czekam
już drugie słońce poczekam jeszcze trzecie, a potem poszukam Ciebie może jesteś zmęczona? – pytałem o dwudziestu dziewięciu towarzyszy, ale nie widzieli. Tam jest błękitna łąka – powiedziano, że jesteś na ulicy drugiej, na ulicy trzeciej; dzieląc środek miasta na dwa, więc kiedy zapalą światła na publicznej drodze; wyjdę po Ciebie, będąc w służbowej koszuli czasu, to ich głosy dogasają przy zwęglonych drzwiach. Dowódca 1 batalionu Józef Mrozek ranny w kwietniu 1937 pod Morata de Tajuna, po upadku Barcelony w styczniu 1939 zgłosił się ponownie na front.
SALUD CAMARADES GUMMERS wymyka się ześrodkowaniu H.
Ta nieletnia piosenka z przestrzelonym górnym C. Tak chciałem sukienek dla niej i pieśni Płaszcz by się przydał. Skoczna piosenka narożników barowych. Sekret skostniałych palców odciąga fortepian z niewygrana oktawą
Opowiem tobie towarzyszu, opowiem o prostopadłych ścianach mroku. Na razie tylko cztery samobójstwa, oporu nie było, jakaś idiotka skoczyła z okna, z czwartego piętra z dzieckiem, nie zrobiła tego specjalnie.
Nic nie mów, na razie tylko nas wysiedlą. Brakuje tylko jednego Żyda, kilkunastu Polaków i ze dwunastu mieszańców ideologicznych, ale i tak by zostali rozstrzelani.
Nie ma co ukrywać, to klęska; od dziś zapomnisz swoje imiona , zmienisz datę urodzenia i rodzaj wierzenia to wszystko. Zostaliśmy zaskoczeni w wieku niespełna szesnastu lat,
Jestem niespełna rozumu bracie i moją piosenkę o zielonym koniu odbierają jako jeszcze – jeszcze objaw choroby, a to przypływ morza przecież. Tak mówią, ale teraz ja mówię do Ciebie!
Rozpoznałem Twoją twarz na murze w rok po wydarzeniach. Dwunastu patriotów stanęło przed sądem na rękach. Trenowałem wtedy prasowy boks, moja legitymacja wpadła na salę rozpraw publicznych i prokuratorowi w środek jego mowy – lewy prosty spotkaniowy.
Zielony koń w morskim przebiciu nieba; tak określił mój stan psychiatra. Więzienny radiowęzeł nadawał specjalnie dla mnie – krzyk rybitwy. Pedał CZAKO, więzienny kizior pomalował nam szminką usta; raz pamiętam był w dobrym humorze … kiedy do naszej celi wszedł osiemnastoletni rekordzista samobójstw po ostatni rekord.
Każda twarz czeka na jego słońce, które nosi na piersiach. Mówię do Ciebie! – patrzyłem na jedną ze ścian tak długo, aż rozpoznałem własną twarz w rok! – To tam, gdzie najbardziej czerwono zanosi się łuna płaczem.
CZAKO mówi, już wigilia chłopaki, gdzieś tam daleko narty zapadają się. Osiemnastoletni chłopak popełnia samobójstwo wieszając swoje ciało Nad stołem wigilijnym, choinka drzewa i kosz krwi. Czasy już nie są właściwe dla wypraw krzyżowych. Uznajemy wszystkie ideologie, te nawet najbardziej skrajne. JEDNAK JEDNAK NIE POZWALAJMY JEDNAK NIE POZWALAJMY, ABY używać instytucji apolitycznych, takich jak wojsko do ich propagowania.
W ten sposób obraził armie młody socjolog – wywołało to silny krwotok; wiemy to od siostry byłego ministra informacji – ANNA FRAGA- ANNA FRAGA w prostopadłych pochwach mroku, zostaliśmy obdarowani tą dziewczyną standard, zatrzymaliśmy ją w łóżku, w jednym z tych okien maluje sobie usta-oczy specjalną szminką; bo my teraz jesteśmy najemnikami, musisz wiedzieć!
ZA OKNEM OD SAMEGO RANA POJAWILI SIĘ RANNI, ALBO RANNI W GŁOWĘ. ZATRZYMANA JEST ZAKONNICA-ROBOTNICA – ANNA FRAGA – ANNA.
Ich schrieb schon über sie, weil ich in Warszawa ihre Ausstellung gesehen habe und war beeindruckt. Als ich zurückkam, erfuhr ich, dass sich diesselbe Ausstellung seit 23. Juni auch in Brücke Museum befindet. Gibt es zwei Ausfürungen oder zwei Versionen? Ich glaube, es sind zwei Versionen. Sicher werde ich es wissen, wenn ich heute hingehe
Jadłem sobie właśnie smacznie, przywiezione przez przyjaciela z Polski, francuskie sardynki. Dotarły one drogą “zrzutów” do Kraju, lecz los kazał im powędrować do mojego żołądka. Żelazna racja przyjeciela zawieruszyła się w mojej lodówce i polepszyła emigracyjną dolę. Mam brzydki zwyczaj czytać przy jedzeniu: tym razem przeglądałem ostatni numer “Poglądu” i… kara boska mnie dosięgła, albowiem zakrztusiłem się straszliwie, czytając “Interlinie”: Kto przewozi do Polski komputery – brzmi myśl przewodnia – wspomaga reżym w Warszawie, ba, w Moskwie,
Pociągnąłem solidnie reńskiego wina i wracając powoli do siebie pomyślałem: ot, jak dobre zamiary i pobożne życzenia prowadzą do mylnych wniosków.
To Kasia Krenz and Marianna Lorenz, who founded it somewhere and posted on Facebook
I don’t think most kids today know what an apron is. The principle use of Mom’s or Grandma’s apron was to protect the dress underneath because she only had a few. It was also because it was easier to wash aprons than dresses and aprons used less material. But along with that, it served as a potholder for removing hot pans from the oven. It was wonderful for drying children’s tears, and on occasion was even used for cleaning out dirty ears. From the chicken coop, the apron was used for carrying eggs, fussy chicks, and sometimes half-hatched eggs to be finished in the warming oven.
Berlin 1985. Ich landete hier als eine politische Emigrantin. Heutzutage nennt man uns Solidarność-Emigranten.
Zuerst eine vorsichtige Erkundung: Ich war doch gegen Kreuzberg als auch gegen Feminismus immun, weil ich aus Polen kam, aus dem Land, in dem Feministinnen wie die Linken ihre tiefste Niederlage erleben mussten. Damals. Ist es jetzt anders?
Nach sechs Monaten fanden wir eine große Wohnung am Chamissoplatz und unsere polnischen bekannten fragten uns, ob wir nicht Angst hätten, weil wir jetzt in Kreuzberg leben müssten, wo so viele Linken, Chaoten und Türken wohnen. Es sei gefährlich.
Alli Neumann – eigentlich Alina-Bianca Neumann – ist ein Phänomen. Schon früh lebte sie ihre Liebe zur Musik aus, brach als Dreizehnjährige dafür sogar vorübergehend die Schule ab und hat mit gerade mal 26 Jahren ihren Kindheitstraum bereits verwirklicht: Sie lebt von der eigenen Musik, tourt durch Deutschland und begeistert mit ihren alternativen aber eingängigen Songs, emanzipatorischen Texten und ihrer Bühnenpräsenz ein größer werdendes Publikum. Obendrein kann die junge Sängerin bereits auf Rollen in drei Spielfilmen zurückblicken. Dabei lief es für die in Solingen geborene Tochter einer polnischen Mutter und eines deutschen Vaters keineswegs immer rosig.
In ihrer Jugend sang Alli Neumann ihre Lieder auf Englisch. Wenn Freund:innen ihr sagten: „Sing doch mal auf Deutsch, das ist bestimmt noch geiler“, konnte sie das nicht nachvollziehen. Bis sie einmal spontan einen Songtext von sich ins Deutsch übersetze, um den Anderen zu zeigen, wie bescheuert das klang. Tat es aber nicht. Sie war selbst erstaunt darüber, wie die Worte nun eine viel direktere Wirkung erzielten.
EMS: Look, what I found in still opened links in my computer. Did I open it and forget to close? Or did it opened itself?
John Hunt
My Joyce Project
In addition to the more obvious literary models for the protagonists of Ulysses found in the Greek Odyssey, the English Hamlet, and the Italian Divine Comedy, it may make sense to ponder also the Spanish Don Quixote. In a stray remark in Scylla and Charybdis, someone suggests that “Our national epic” will be written by drawing inspiration from this hugely influential early novel. Stephen, who has been thinking about how Shakespeare exemplifies the creative process, may well take the hint if he becomes the artist he aspires to be.
Podobnie jak Kapibary, które pojawią się tu za kilka dni, również Las Pando wędruje sobie w dół i w dół po kalendarzu publikacji, co i raz ustępując miejsca jakimś ważniejszym tematom, aż trafił na urodziny syna. Najlepszego, Jacku, myślę, że spodoba Ci się ten las.
Reblog+, czyli drzewo i książka
Gdy otwieram komputer, pojawia się strona Bing i podsuwa mi takie zdjęcie, codziennie inne, czasem kilka:
Myślę wtedy, ach no tak, lasy brzozowe, może w Finlandii. Ale skoro Bing się tak upiera, klikam wreszcie kiedyś na podsuwany mi wraz ze zdjęciami artykuł i zatyka mnie z wrażenia, bo to, co wygląda jak cały las, to w rzeczywistości…
Tak, jedno drzewo! Link prowadzi do niemieckiej Wikipedii, po polsku nie ma jeszcze wpisu. Poniżej tłumaczę dla Was ten niemiecki artykuł.
Pando (z łaciny pandere „rozprzestrzeniać się“) to kolonia klonów (nie klonów-drzew, chodzi o to, że poszczególne niby-drzewa są sklonowane) topoli amerykańskiej (Populus tremuloides), która rośnie w lesie Fishlake National Forest w amerykańskim stanie Utah. Wiek kolonii szacuje się na 14.000 lat, co oznacza, że jest to jedna z najstarszych i największych znanych człowiekowi istot żyjących na Ziemi. Tak jak to napisałam w tytule: gigantyczny gigant.
Poszczególne pnie łączą się ze sobą za pomocą kłączy, tworzących jedną wielką splątaną sieć (nazywam ją żmut, o czym dalej będzie więcej), nie są więc odrębnymi egzemplarzami rośliny, lecz stanowią ten sam organizm. Pojedyncze pnie wprawdzie obumierają, ale ponieważ wciąż dorastają nowe, roślina istnieje nieprzerwanie dalej. Jest to przykład rozmnażania się bezpłciowego, co znamy oczywiście również z innych gatunków roślin.
Kolonia zajmuje około 43 hektarów i liczy około 47.000 pni. Ocenia się, że waży około 6.000 ton. Jednak pojedyncze pnie żyją znacznie krócej, bo co najwyżej 130 lat, ale sama kolonia (genet) jest jednak znacznie starsza – niewykluczone, że jej najstarsze części żyją już nawet od 80.000 lat. Jest to jednak ocena szacunkowa, potwierdzony badaniami wiek tego żmutu wynosi 14.000 lat. Ten gigantyczny drzewolas ma wrogów – są to jelenie zwane mulakami czarnoogonowymi, które wskutek (czy może – dzięki) działalności człowieka utraciły naturalnych wrogów i szybko się rozmnażają, zakłócając równowagę ekologiczną okolicy. Ich pożywieniem jest właśnie żmut topolowy. Fotografie lotnicze pando sugerują, że kolonia od około 40 lat już dalej nie przyrasta, co może oznaczać, że naprawdę powoli obumiera.
***
Ale póki co – wciąż jeszcze jest.
***
Pozwalam tu sobie na pewną zabawę – proponuję mianowicie, żeby dla owego genetu zastosować staropolskie, a może nawet starosłowiańskie słowo żmut. Owo dawno zapomniane słowo wyciągnął z niepamięci pisarz Jarosław Marek, który tak zatytułował swoją, wydanä w roku 1987 książkę o Mickiewiczu. Żmut tropi tajemnice Filomatów i Filaretów, dwóch tajnych organizacji, do których należał Mickiewicz i który za tę działalność został aresztowany i skazany na zesłanie. Z portalu Lubimy czytać dowiemy się, że jest to niezwykła książka opowiadająca o wileńskich i emigracyjnych losach Mickiewicza i jego przyjaciół, która rzuca nowe światło na życie naszego wieszcza narodowego. Pokazuje go jako żywego człowieka, a nie pomnik. Żmut – to taki splatany “kołtun” – splatany, jak losy Mickiewicza.
Portal Culture.pl uzupełnia tę informację o nieco pikantnych ciekawostek:
Pod tajemniczym tytułem (“żmut” to “bezładnie poplątane włosy, sznurki, tasiemki”, a przenośnie – kłębowisko nie do rozplątania) kryje się fascynująca, budowana na przekór romantycznej legendzie opowieść o młodzieńczych miłościach Adama Mickiewicza: o Joasi, Johasi czy może Johalce, Józi czy Zuzi, Anieli czy też może Eli, słynnej Maryli Wereszczakównie oraz znacznie mniej znanej Karolinie Kowalskiej – mężatce z czworgiem dzieci, przez historyków literatury zwanej lekceważąco “panią Kowalską” i usilnie spychanej w cień, ponieważ nie pasowała do kreowanej przez nich legendy Mickiewicza jako dziewiczego “kochanka Maryli”.
Rymkiewicz, tropiąc tajemnice uczuć pana Mićkiewicza, jak go z litewska nazywa, stworzył dzieło, które czyta się jak sensacyjną powieść, pełną śmiałych domysłów i zaskakujących hipotez – jak choćby szokujący domysł dotyczący nieślubnego dziecka Mickiewicza i Maryli. Książka napisana jest pełnym zniewalającego uroku językiem, w którym współczesna polszczyzna przeplata się z niemal doszczętnie zapomnianą już dzisiaj polszczyzną litewską.
Żmut ukazał się po raz pierwszy w 1987 roku w Instytucie Literackim w Paryżu i w drugoobiegowym krajowym wydawnictwie NOWA. Otrzymał Nagrodę Literacką paryskiej “Kultury” i nagrodę “Wiadomości” im. Mieczysława Grydzewskiego za najlepszą polską książkę wydaną na emigracji w roku 1987.
***
Na zakończenie fragment owej książki:
Co to jest żmut? Aleksander Walicki w książce Błędy nasze w mowie i piśmie ku szkodzie języka polskiego popełniane oraz prowincjonalizmy – korzystałem z trzeciego wydania: Kraków 1886 – powiada, że tego wyrazu, używanego tylko na Litwie, a koroniarzom nieznanego, nie da się zastąpić jakimś innym: “wyrazu, zupełnie temu odpowiedniego, w języku naszym nie posiadamy”. Żmut to bezładnie poplątane włosy, sznurki, tasiemki. Można by ewentualnie, zamiast o żmucie, mówić o splocie, ale Walicki uważa, że splot może być również spleciony ładnie i porządnie. “Żmut zaś musi być koniecznie bezładnie zbity”. Na Litwie mówiono – Rozplącz ten żmut nici. – Albo: – Wyrwano mu z głowy cały żmut włosów. – Słowem bliskoznacznym jest kuczma. Kuczma jest jednak czymś nieco innym niż żmut, bowiem to, co splątane, nazywano żmutem, zaś do kuczmy można to było tylko porównać. Mówiono: – Ależ włosy twoje jak kuczma jaka. – “Bo pierwiastkowo – czytamy u Walickiego – wyraz ten oznacza w języku tureckim kosmatą czapkę janczarską”. Włosów, które porównywano do kuczmy, musiało być dużo i musiały być nastroszone. Żmut natomiast to “poplątanie bez względu na ilość włosów lub nici”. Z wydobytego niedawno z papierów po Janie Karłowiczu Podręcznika czystej polszczyzny dla Litwinów i petersburszczan dowiedziałem się, że synonimem kuczmy są czupryna, chachół, kudły. Znaczenie żmutu lub żmotu Karłowicz określa nieco inaczej niż Walicki: żmut to według niego gałka, garść, garstka. To, co splątane, poplątane, zaplątane. Garść czegoś takiego. Poplątanie samo w sobie. To, nad czym pracowałem przez kilka lat, jest właśnie takim żmutem. Tego żmutu nie udało mi się rozplatać – gdybym to zrobił, nie byłby już żmutem – więc książka, która z tego wynikła, także jest czymś w rodzaju żmutu. Ponieważ to, co splątane, pozostało splątane, można by powiedzieć, że poniosłem klęskę: autor, który zajmuje się historią, powinien bowiem – takie jest chyba powszechne przekonanie – uporządkować dany mu materiał. A przynajmniej wykazać chęć zaprowadzenia w nim jakiegoś porządku. Wydaje mi się to dyskusyjne. Żmut, z którym miałem do czynienia, został przeze mnie przedstawiony jako żmut, i nawet jeśli wynikło to z nieładu panującego w mojej głowie lub z tego, że nie dość się starałem, jest w tym coś, co mi odpowiada.
Żmut jako obraz żmutu. Poplątanie jako obraz tego, co splątane. To, co nazywamy przeszłością albo czasem przeszłym, jak jest nam dane? Właśnie pod postacią żmutu, z którego tu i ówdzie wystają jakieś nici czy sznurki, ale nie widać ich drugiego końca, bo wikłają się, plączą, splatają ze sobą. Umysł bezskutecznie próbuje zaprowadzić w tym jakiś porządek – wydaje mu się, nie wiadomo dlaczego, że najlepszy byłby porządek chronologiczny, linearny – ale wygląda mi na to, że żmut też ma w tej sprawie coś do powiedzenia: zachowuje się tak, jakby było w nim trochę życia i jakby wcale nie pragnął zostać rozplatany. Coś w rodzaju kołtuna, którego obcięcie w pierwszej połowie XIX wieku medycy na Litwie uważali za niebezpieczne dla życia tego, któremu skołtuniły się włosy. Kołtun był więc czymś w rodzaju żywej istoty. W Wilnie zajmował się tą problematyką profesor Feliks Rymkiewicz, autor wydrukowanej w “Dzienniku medycyny, chirurgii i farmacji” (rok 1823) pracy Niektóre postrzeżenia ściągające się do choroby kołtunowej z uwagami nad jej naturą. Przeszłość jako żywy kołtun, żywy żmut. Może, jeśli rozplącze się ją, czyli uporządkuje, z tego poplątania ulotni się – jak w wypadku obcięcia kołtuna – ta odrobina życia, odrobina ciepła, która przetrwała w ciemności, w centrum bezładnego żmutu? Podziwiam moją przebiegłość, bo zdaje się, że staram się usprawiedliwić czy wytłumaczyć bałagan panujący w mojej głowie albo lenistwo mojego umysłu. Ale jednak bardzo zależy mi na tej odrobinie życia, która jest tam, w głębi żmutu, kuczmy. Jeśli w ogóle warto zajmować się historią, to tylko dlatego, że niekiedy udaje się dotknąć tego ciepłego, tego, co tam jeszcze żyje. Nie może na to liczyć ten, kto myśli tylko o tym, jak by uporządkować dany mu materiał.
Żmut nie ma końca ani początku. Moja opowieść może więc zacząć się w jakiejkolwiek chwili. Wystarczy pociągnąć jedną z poplątanych nitek. Santiago, rok 1880. Kwitnące kaktusy. Ile mil, ile wiorst jest stamtąd do Polski? Na gałęzi drzewa, którego nazwy Ignacy Domeyko, przez swoich wileńskich i paryskich przyjaciół zwany Żegotą, nie zna, krzyczy ochryple ptak – błękitne podgardle, purpurowe opierzenie u nasady dzioba – i również jego nazwa nie jest Domeyce znana. Pan Ignacy siedzi w trzcinowym fotelu na tarasie i pisze list. Jego śliczna żona, Enriqueta, umarła dziesięć lat temu – miała wtedy tylko trzydzieści pięć lat – i kiedy Domeyko przerywa pisanie i patrzy na obłoki płynące w kierunku oceanu i dalej, ku Litwie, myśli o tym, czy kiedyś zobaczy jeszcze Enriquetę i gdzie się spotkają: na tym tarasie w Santiago de Chile czy raczej gdzieś na Litwie, w Zapolu lub w Zyburtowszczyźnie. Litwa. “Nie uwierzysz mi, jak tu dobrze i ciepło, choć mrozik uparty nie opuszcza nas ni dnia, ni nocą, nie odważa się jednak dotąd przechodzić za 6 do 8 stopni pod zero. Śniegu po uszy; biedne kuropatwy, nie mając posiłku, cisną się dokoła gumna i stodół, nie lękając się nawet ludzi. Jedyna dla mnie bieda, że nie mogę dłuższych używać przechadzek, bo brnąć po śniegu w dużych kaloszach i w futrze to niewygodnie”. To fragment innego listu, który Domeyko napisał sześć lat później, kiedy przyjechał na Litwę i mieszkał w Zyburtowszczyźnie.
Można sobie wyobrazić jego spotkanie – po latach – z Enriquetą. Stoją na śniegu, gdzieś w pobliżu gumna, wokół nich kuropatwy. Jej duch w sukni z czarnej tafty z dużym dekoltem i w czarnych koronkowych rękawiczkach, a jego duch w futrze i w kaloszach. Jego łysa głowa na jej ramieniu, jego usta dotykające czarnego stroiku wpiętego w jej włosy. – Jak tu dobrze i ciepło – mówi po polsku Enriqueta. – El desconfiar de Dios es una maldad – mówi po hiszpańsku pan Ignacy. Jej czarny pantofelek ze srebrnym guziczkiem zapadający się w śnieg, który padał w nocy. Bo nie sądzę, żeby wówczas, kiedy już nas nie będzie, zostały nam odebrane nasze słowa, nasze futra, kalosze, suknie z czarnej tafty, pantofelki ze srebrnymi guziczkami i stroiki, które wpina się we włosy. W każdym razie bardzo bym tego nie chciał. Ale wracam do tego listu, który Domeyko 26 października 1880 roku – upalny dzień, a na Litwie wczesne mrozy i od razu 6 do 8 stopni pod zero – pisze na tarasie swojego domu w Santiago. To, co wydarzyło się na Litwie – w Wilnie, Kownie, Tuhanowiczach, Bolcienikach, Rucie – na początku lat dwudziestych, jest już legendą i historycy literatury szukają właśnie ostatnich, jeszcze żyjących świadków tych wydarzeń, chcąc się od nich dowiedzieć, jak to było naprawdę. W liście Domeyki do księdza Jana Siemieńskiego czytamy: “Dochodzą mnie wieści, że z owej miłości Adama i Maryli niektórzy literaci, pisarze romansów, chcą usnuć jakiś sentymentalny romans na sposób francuskich, niemieckich czy angielskich romansów, wymyślić coś tragicznego, gdzieby się nie mogło obejść bez pojedynku, bez jakiego zagmatwania sytuacji lub zamachów na spokojność naszych staropolskich rodzin”. Rozumiem dobrze zaniepokojenie Domeyki. Przyszłość dowiodła, że miał on po temu całkiem uzasadnione powody. Pisarze romansów – trudno zresztą powiedzieć, dlaczego – oszczędzili co prawda tych dwoje, ale historycy literatury napisali na temat miłości Adama Mickiewicza i Marii z Wereszczaków Puttkamerowej – i wszystkiego, co z tą miłością im się kojarzyło – niezliczoną ilość głupstw. Więc rozumiem Żegotę i doceniam jego intencję: chodziło mu przecież o to, aby legenda o miłości Mickiewicza i Maryli była budująca i aby nie przedostały się do niej jakieś niestosowne domysły, a także – i może przede wszystkim – o to, aby dobre imię jego przyjaciela nie doznało uszczerbku. Dlatego właśnie ostrzegał nas i ostrzega z dalekiego Santiago, zza oceanu, z głębi czasu. – Jeśli chcecie opowiedzieć dzieje tej miłości – mówi – to miejcie na uwadze dobro tych dwojga i nie dawajcie wiary głupim plotkom. – Opowiadając, co mam do opowiedzenia, postaram się pamiętać o tym ostrzeżeniu. Przede wszystkim dlatego, że sam nie wiem, jak to było naprawdę, co naprawdę wydarzyło się w Wilnie, Kownie, Bolcienikach na początku lat dwudziestych minionego wieku. A bardzo chciałbym to wiedzieć. Ale ciekawi mnie także legenda – Domeyko był jednym z jej twórców, a wiedząc więcej niż inni, niejedno przemilczał, co w znacznej mierze zadecydowało o jej kształcie – więc o legendzie także chciałbym opowiedzieć, bowiem uważam, że prawda jest również i w niej. Legenda komunikuje coś – jakąś prawdę – o tych, którzy ją kształtowali i którzy w nią wierzyli. Już choćby dlatego warto się nią zająć. Ale legenda mówi nam też prawdę – można by ją nazwać prawdą symboliczną – o tych, których dotyczy, których ma za przedmiot. Legenda jest figurą prawdy. Można więc iść ku prawdzie – prawdzie wydarzeń i prawdzie istnienia – także poprzez nią. Tak więc, drogi panie Ignacy, drogi mój Żegoto ostrzegający mnie zza oceanu, nie obejdzie się w mojej opowieści bez czegoś tragicznego, bez pojedynku, bez zagmatwania sytuacji, a nawet pewnie bez zamachów na spokojność staropolskich rodzin. Ale postaram się niczego nie zmyślać, a jeśli coś zmyślę, to zaraz powiem, że to jest zmyślone. Po cóż zresztą zmyślać, jeśli to, co się wydarzyło wtedy na Litwie, było tragiczne, zagmatwane i właśnie na – sposób niemieckich, angielskich romansów. Mogły się odbyć – może się odbyły? – dwa albo nawet i trzy pojedynki. Spokojność rodzin została zakłócona i można tylko mieć nadzieję – mam taką nadzieję – że ci, którzy uczestniczyli w tych wydarzeniach, po wielu latach, kiedy to wszystko było już przeszłością, spotkali się ze sobą i wszystko sobie wyjaśnili oraz wybaczyli. Gdzie się spotkali? Przy jakimś gumnie, przy jakiejś stodole w Tuhanowiczach lub w Brażelcach, gdzie śniegu po uszy i kuropatwy cisną się dokoła. Stoją tam wszyscy w futrach i kaloszach – Mickiewicz, Zan, Odyniec, Domeyko, państwo Puttkamerowie, państwo Kowalscy, także Johasia, Józia, Flora i Antosia, także Enriqueta, ale ponieważ nie jest zainteresowana, trochę z boku – i opowiadają sobie, jak to było, i wyjaśniają sobie, co wtedy czuli i myśleli. A potem – filareckim obyczajem – przystępują do całowania. Tomasz Zan do Mickiewicza po pierwszej majówce Promienistych w maju 1820 roku: “Krzyknąłem: «Przystąpcie do pocałowania!» Rzucili się wszyscy i pięćdziesiąt głów ucałowałem. Wystaw sobie, do czego promionki przyszły”. Ale co my wiemy o tych pocałunkach, którymi całują się umarli.