Kiedy zastanawiałem się, jaki dać tytuł do tego wpisu, przypomniała mi się stara maksyma z czasów studenckich, spędzonych w krakowskiej Alma Mater, że książki należy przy pierwszym podejściu traktować ad obwąchandum wyłącznie. Bo człowiek wie, czego szuka, tylko nie wie, czy znajdzie to pod danym tytułem i czy poszukiwana wiedza warta będzie zgłębienia. Dorobek intelektualny Stefana Kisielewskiego z pewnością warto zgłębić i może się tego jeszcze podejmę, ale dzisiaj tylko ad obwąchandum dla czytelnika, kilka słów na temat tej barwnej postaci, która moim rówieśnikom jest znana, ale młodzieży pewnie nie za bardzo.
To była w PRLu słynna postać. Przede wszystkim znakomity kardiochirurg, później polityk, namiętny palacz papierosów i człowiek trunkowy, opinia publiczna prześcigała się w barwnych anegdotach, opisujących styl życia Profesora Zbigniewa Religi. Kiedy zmarł w 2009 r., w wieku 70 lat, wszystkie media transmitowały przebieg uroczystości pogrzebowych na warszawskich Powązkach, po czym – jak to zwykle niestety bywa – sylwetka Pana Profesora pomału zaczęła się zacierać w zbiorowej pamięci. Dobrze więc się stało, że ożywił ją niedawno sieciowy portal Źródło Empatii, co udostępniłem na swoim facebookowym profilu i teraz pozwolę sobie zrobić to ponownie:
Ta mistrzowska fotka nie ma podpisu autora. Mój stary kolega redakcyjny, fotoreporter Bogdan Kułakowski, który ma w swoim prywatnym archiwum bogatą dokumentację zdjęciową, m.in. z czasów komuny, pisze mi, że wykonał ją James L. Stanfield (amerykański fotograf, wówczas pracujący dla pisma National Geographic).
To zdjęcie obiegło cały świat… I nikt nie pozostał obojętny.
To nie jest długa ulica, według Wikipedii dwa metry brakują jej do dwóch kilometrów. Budowę Wolki rozpoczęto w 1849 r.; wtedy nosiła ona nazwę Schwientochlowitzerstraße, ponieważ był to teren pruskiego zaboru i droga prowadziła w kierunku Świętochłowic, geograficznie – z północy na południe. Miała na celu skomunikować Królewską Hutę – późniejszy Chorzów – a wówczas Königshütte oraz okoliczne kolonie przemysłowe z nieistniejącym już dziś dworcem kolejowym na północy miasta. Przemysł w regionie rozwijał się – jak by to później wicie rozumicie komunistyczny aparatczyk nazwał – dynamicznie, więc była taka ekonomiczna potrzeba. Budowę najpierw tylko utwardzonej szosy prowadziła pewna spółka akcyjna, która również nią zarządzała i za przejazd pobierała… myto, ponieważ teren był prywatny. W 1871 roku ulica, już jako miejska, została wybrukowana.
Mama wyszła za mąż za Stefana na początku lat 50; chyba wtedy jeszcze nie chodziłem do szkoły, mieszkałem u dziadków na Wesołej i adres na ulicy Wolności to była dla mnie dopiero sprawa przyszłości. Należą się więc Czytelnikowi moje przeprosiny, że wprowadziłem go w pierwszym odcinku w błąd, wspominając, jak to jeździliśmy z mamą za ojczymem po Polsce, a później wracaliśmy na Wolkę. Owszem, jazdy się zgadzały, tylko moim stałym adresem pozostawał nadal jeszcze dom na chorzowskim osiedlu Ruch. Prawdopodobne, że ojczym wynajmował już wtedy tamten pokój w centrum, remontował go, urządzał wspólnie z moją mamą, ale dokładnie tego nie wiem. Czas jest wrogiem pamięci. W każdym razie główną opiekę nade mną sprawowali wówczas jeszcze rodzice mojej mamy.
Od strony ulicy, na parterze, mieści się pod tamtym adresem elegancka kawiarnia, już od wielu lat. Najpierw nazywała się Chopin, a teraz Paterman, od nazwiska właściciela, chorzowianina z dziada pradziada, który stworzył całą sieć tych lokali. Nazwisko ma niemieckie, ale polską duszę, co lubi podkreślać w różnych wywiadach. Kiedy przyjeżdżam do Chorzowa, zwykle zachodzę tam na kawę i sobie wspominam, jak mi się żyło piętro wyżej na przełomie lat 50 i 60.
Do dziś śni mi się tamten adres. Teresa Rudolf w swojej psychoterapeutycznej mądrości może powiedziałaby: to dlatego, że nie przerobiłeś tematu do końca i się odłożył w twojej podświadomości… Dlatego spróbuję tam wrócić, póki jeszcze pamiętam to i owo, może podświadomość mi odpuści i doczekam się kolorowych snów z nowohuckim, albo mazowieckim tłem, bo tam też mieszkałem. Boże, gdzie ja nie mieszkałem…
Przyznam, że nie pamiętałam tego filmu. Ciekawa wycieczka do skansenu pt. PRL. Rok 1977. Starsi i starsze z Was może pamiętają z czasów Gierka takie tytuły gazet przed świętami: Statki z pomarańczami przypłyną jutro do portu w Gdańsku!
Vor ein paar Tagen habe ich im Spiegel einen Artikel mit dem Titel „Ein Teufel von einem Turm“ gelesen. Er handelte von dem Warschauer Kulturpalast und davon, wie dieser Bau, ein Geschenk Stalins, von den Polen zuerst gehasst, dann aber zum Symbol einer selbstbewussten, modernen Stadt wurde; die Warschauer lieben ihn inzwischen und können sich ihre Stadt ohne den protzigen Kolos nicht mehr vorstellen.
Treue Leser:Innen dieses Blogs wissen, dass ich immer ausgerissene Buchseiten auf der Strassen sammele und versuche, den Buchtitel zu finden, dann kaufe das Buch, lese es und darüber schreibe. Oft waren es sehr gute wertvolle Bücher und ich wunderte mich immer wieder, weshalb man solche Bücher nicht behalte, mehr noch, ihnen die Seiten ausreisst?
kiwanie się do muzyki w pełnym przyleganiu ciał i wąskim prześwitem poniżej bioder dwojga ludzi gdzie się działo, zazwyczaj dyskretnie i to się nazywało tango z bolcem
był też płaski plastikowy przedmiot nieco mniejszy od dłoni a na pewno węższy, kształtem nawiązując do rezonansowego pudła gitary z żyletką w środku mówiono o tym temperówka
w kuchni stał rodzaj elektrycznego garnka albo brytfanny z szybką do podglądania i dodatkowym metalowym kubeczkiem służącym między innymi wytwarzaniu ciast z gustowną dziurką ten element był zbędny przy pieczeniu drobiu całą machinę mianowano prodiżem
na podwórku dominował gwar, a to grających w metalowe kapsle i przez pstrykanie w nie palcami i w ten sposób przesuwanie ich po wyznaczonym torze a to piszczących lub skupionych podczas skakania przez związaną gumę na ogół taką od majtek, rozciągniętą między dwoma osobami stojącymi naprzeciwko siebie w odległości około półtora metra
klasy szkolne meblowano drewnianymi, przeważnie zielonymi, ławkami z otworem na kałamarz i wyżłobieniem na obsadkę stalówką wszystko w górnej części blatu a pod nim jeszcze kasetka na drugie śniadanie albo na…
zaznawało się również pozadomowych, częściowo sekretnych rozkoszy podniebienia: jak to woda w saturatora i wielorazowej szklanki określana zresztą gruźliczanką, czasami z sokiem, oraz oranżada nie pita a zlizywana w stanie stałym z brudnej łapy lub świeży chleb z wodą i cukrem
ma już człowiek swoje lata to wie, dopóki pamięta jak i po co przeżył te asanitarne czasy z gębą pełną radochy i z kluczem od mieszkania na szyi
9.04.2024
PS od adminki: Prodiż. Czy wiecie, co znaczy to francuskie pierwotnie słowo? Cud! Tak, kochani, to był cud, garnek, który piecze bez kuchenki.