Zawał w Bundestagu

Ewa Maria Slaska

czyli o wystawie na temat stosunków polsko-niemieckich

Wiem, jak wyglądały stosunki polsko-niemieckie w jubileuszowym ćwierćwieczu 1991-2016, i to poniekąd wiem z pierwszej ręki. Byłam przy tym, jak się z mozołem wyzwalały z retoryki powojennej, gdy z opisów naszych wspólnych działań odpadały po kolei takie słowa jak “zbrodnie” i “nie zapomnimy”, jak pojawiało się słabsze jednak w wymowie “pamiętamy”, zastąpione w latach 80 “budowaniem zaufania” i “likwidacją uprzedzeń”, by około roku zerowego przejść do słów-kluczy “partnerstwo, przyjaźń, dobre sąsiedztwo”. Dziś, nie, no nie dziś, kilka dni temu, 18 czerwca 2016 roku lokalny berliński KOD wraz z partnerami powiedział, “a co tam przyjaźń, przyjaźń to było wczoraj, my głosimy miłość!”

Myślę, że nie będzie to zbytnim zarozumialstwem, jeśli powiem, że w jakimś minimalnym stopniu i ja współtworzyłam te stosunki polsko-niemieckie. I mogę/możemy być dumni, bo do niedawna były wspaniałe. Dlatego nie wybierałam się na wystawę w Bundestagu. Co jakaś wystawa “stamtąd” może powiedzieć praktykowi tu?

Wystawę „Polacy i Niemcy. Historie dialogu” – przygotowało Muzeum Historii Polski w ramach uroczystości 25-lecia podpisania polsko-niemieckiego „Traktu o dobrym sąsiedztwie”. Oglądać ją można było w jednym z budynków niemieckiego parlamentu. 3 czerwca otworzyli ją wspólnie przewodniczący parlamentów Polski i Niemiec: Marek Kuchciński (PiS) oraz Norbert Lammert (CDU).Kurator wystawy: dr hab. Waldemar Czachur, prof. UW
Organizator wystawy: Muzeum Historii Polski w Warszawie
Sfinansowano ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Sejmu RP
Współpraca: Ambasada RP w Berlinie

AAAwystawabundestag2016 (1)Wielokrotnie powtarzałam, jak ja osobiście to widzę: najpierw my, zwykli ludzie coś robimy, jest nas niewielu i patrzy się na nas jak na rarogi, ale w pewnym momencie jest nas już tylu, że nie ma wyjścia i polityka musi nas zauważyć. Polityka zauważa więc,  uznaje, że jest to dobry pomysł i go nam zabiera. Bielecki i Kohl podpisują polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i wzajemnej współpracy. A potem co jakiś czas spotykają się kanclerz i premier, albo prezydent z prezydentem, ktoś komuś wręcza nagrody i odznaczenia, ważni znajomi prezydentów robią za ważne pieniądze ważne projekty, a my dalej robimy swoje, wypełniając zwykłą praktyczną pracą wielkie słowa i zadania polityczne.

Ale to nie o tym ta wystawa. O tym to jest chyba wystawa we Wrocławiu, która właśnie została udostępniona w sieci dla szkół i instytucji.

AAA2wystawabundestag2016 (4)Nie wybierałam się więc, ale zaczęły do mnie docierać coraz gorsze opinie o tej wystawie w Bundestagu. Krystyna Koziewicz napisała

…obecna władza i jej sympatycy przefiltrowali fakty i zdarzenia, obalając dotychczasowy dorobek, nie tylko historyków, ale po prostu Polaków.
Widziałam reakcje zaskoczenia nie tylko wśród Polaków, także niemieccy opozycjoniści, politycy poczuli się mocno dotknięci.  Jak wytłumaczyć Niemcom, że w części wystawy o Solidarności pominięty został Lech Wałęsa? Wszyscy w Niemczech i na świecie dobrze wiedzą, że  to właśnie Wałęsa dźwigał ciężar przemian ustrojowych.
Prawda jest teraz inna. I co jest najgorsze… zafałszowaną narrację historyczną przenosi się na grunt europejski.
Trzeba mieć dużo odwagi i arogancji,
by fałszowanie historii pokazywać
w niemieckim parlamencie.

AAA1wystawabundestag2016 (40)Krzysztof Ruchniewicz zatytułował swój blogowy wpis o wystawie Dialog głuchych, dodając znak zapytania.

Czy to uczucie irytacji i bezsensu jest potrzebne? W tym roku Polska i Niemcy obchodzą 25 rocznicę podpisania traktatu o dobrym sąsiedztwie i wzajemnej współpracy. Przewidziano z tej okazji liczne imprezy. Powstała strona internetowa, która miała stać się platformą wymiany opinii i informacji. Z wielkich planów niewiele zostało. Zmiana rządu w Polsce unieważniła je niemal automatycznie tak jakby nagle okazało się, że nie ma czego uczcić, a nawet o czym rozmawiać. Można teraz odnieść wrażenie, że obie strony, i polska, i niemiecka, działają w tej kwestii nie razem, a obok siebie. (…)  Jak ów dialog wygląda w tym ujęciu?
Czy już mamy o czynienia z „nową narracją“?

AAAZwystawabundestag2016 (76)Nie jest to jednak pytanie retoryczne, oczywiście, że mamy już do czynienia z “nową narracją”. W jej centrum znalazło się wykreślanie Solidarności i mniejszości niemieckiej, ale ja bym do tego dodała brak I wojny światowej, brak niepodległości Polski, brak okresu międzywojennego, brak Żydów podczas II wojny światowej, brak Holokaustu i powstania w Getcie Warszawskim, tak że nawet nie wiadomo, dlaczego, po co i gdzie klęka Willy Brandt, który jednak na tej wystawie klęka, brak nie tylko Wałęsy ale całego okresu Solidarności, brak Jesieni Narodów i wyzwolenia Europy… Brak Wałęsy to zresztą nie tylko dziura w narracji o naszej historii, bo jest to dziura w niemieckiej narracji o ich niemieckiej historii. Niemcy nie mają wątpliwości, że bez strajków, stoczni, Wałęsy i Okrągłego Stołu nie byłoby zjednoczonych Niemiec.


Puste miejsce w historii ukazało się na wystawie zgoła praktycznie. Jak zauważyła Dorota Cygan, która jest autorką tych zdjęć, wystawa zajmuje tylko połowę przeszklonego foyer nowoczesnego budynku Bundestagu. Druga połowa pozostaje pusta, a byłoby tu dużo miejsca, by pokazać to, czego się jednak nie chciało pokazać.

W nowej narracji historia zaczyna się od II wojny światowej i koncentruje się na walkach Polaków, martyrologii Polaków, bohaterskiej walce Polaków ze Związkiem Sowieckim (tu się plasują nieszczęśni “żołnierze wyklęci”)… Ta narracja po roku 1945 sprowadza się do tego, że całą naszą powojenną historię zrobiły środowiska katolickie. Nie ma lewicy, nie ma prób odnowy podejmowanych w partii, nie ma Okrągłego Stołu, nie ma społeczeństwa pluralistycznego ani obywatelskiego… Najpierw była martyrologia, potem polscy katolicy walczyli o wolną i suwerenną Polskę, a skoro prezentuje się tę wystawę tu i teraz, to okazuje się, że tylko polskie środowiska katolickie dążyły do pojednania z Niemcami.

A my, Polacy w Niemczech?

Na zakończenie tej opowieści premier Szydło spotkała się w Berlinie z Angelą Merkel, żeby… nie do wiary: rozmawiać o kryzysie migracyjnym.

Przypomina mi się pytanie z żydowskiego dowcipu: co to jest hucpa? Hucpa jest wtedy, gdy ktoś zabił ojca i matkę a w sądzie prosi o łagodny wymiar kary, bo jest sierotą…

AAAtwarze

PS 1. Narracja narracją, ale ten język! Podpisy i opisy wystawy układał najwyraźniej współczesny tekściarz, który używa języka pełnego nieporadności stylistycznych i aktualnej nowomowy. Najśmieszniejsza jest informacja, że … twarzami zbierania darów w Niemczech po wprowadzeniu stanu wojennego byli Mazowiecki i Bartoszewski. Biedny niedouczek nie wiedział, co w jego własnej nowomowie znaczy “być twarzą”, i miał na myśli, że na jednej z ulotek o tym, żeby pomagać Polakom, umieszczono zdjęcia obu panów jako ważnych przedstawicieli “Solidarności”…

PS 2. Wyjaśnienie: otóż tytuł wpisu nie jest jedynie metaforyczny, zawału wprawdzie nie dostałam, ale naprawdę byłam blisko. Nigdy nie myślałam, że mogę się tak potwornie przejąć byle jaką wystawą. Serce zaczęło mnie boleć w momencie, gdy stanęłam przed tablicą przedstawiającą II wojnę światową bez Żydów, trzęsłam się jak osika i z każdą tablicą czułam się gorzej, najgorzej, gdy się okazało, że w wyliczaniu ważnych lat na osi czasu zabrakło roku 1980! Jeszcze nigdy na żadnej wystawie nie odczułam fizycznie takiego poczucia krzywdy.

osczasu-wystawa

Kilka dni temu pisałyśmy tu z siostrą o naszych książkach, zawłaszczonych przez prawicę. Ale dziś piszę o czymś jeszcze gorszym, o tym, że zabrano nam nasze działania, nasze dokonania i nasze życie. TO JEST NASZA HISTORIA, A ONI JĄ NAM ZABRALI i przerobili na swoją.

Dwie Siostry o książkach i nie tylko. Wpis na niedzielę.

Katarzyna Krenz (i Ewa Maria Slaska)

My books are my power

W ostatnich, dość przygnębiających, miesiącach głównym zajęciem naszego społeczeństwa jest śmiech. Nie jest to jednak wyraz radosnej beztroski („Wiosna, panie sierżancie”), lecz reakcja skomplikowana i nieoczywista: z jednej strony pobrzmiewa w nim nuta prześmiewcza i pogardliwa, z drugiej – bardzo poważny niepokój o naszą wspólną przyszłość. Tak więc wszyscy się śmieją, jedni, żeby okazać swoją butę i bezkarność, inni, by się przed tym obronić. Polski śmiech to znak czytelny i oczywisty, jak sienkiewiczowska kometa, symptom chorobowy: Ojczyzna w potrzebie, trudne termina na nas przyszły.

Nie biorę udziału w tym powszechnym zajęciu, nie umiem. Zamiast tego (który to już raz w życiu?) ratuję się bronią naszych dziadków i rodziców – lekturą. Uciekam w krainę ukochanych książek, które zawsze były, nie tylko w mojej rodzinie, źródłem naszej wspólnej wewnętrznej siły, naszymi barykadami, naszą twierdzą. My home is my castle. My books are my power. Stara zasada, ale działa. Pomaga. Pozwala uciec, nie uciekając, a przy okazji odświeżyć pamięć (i dzieła autorów) sprzed wielu lat.

Lista remediów literackich jest długa. Dzięki naszym Rodzicom w dzieciństwie miałyśmy z Siostrą otwarty dostęp do księgozbioru dorosłych, a zważmy, że była to jeszcze epoka, gdy każdy szanujący się oczytany człowiek miał obowiązek poznać tak zwany „kanon” czyli dzieła światowych klasyków. Homer i Wergiliusz, Dante i Petrarka, Montaigne i Rabelais, Proust, Zola i Balzac, Goethe, Heine i bracia Mannowie, Sienkiewicz, Prus i trzej wieszczowie, Skamandryci i poezja hiszpańska, Dickens i Galsworthy, Tołstoj i… I tak dalej. Potężna dawka wiedzy o świecie, doświadczenie egzystencjalne, ale też odpowiedź na pytanie o to, kim jestem. Ludzie oczytani to była kasta wybrańców, którzy porozumiewali się jasnym dla siebie kodem, rozpoznawali się w tłumie, samoistnie dobierali w grupy ponad podziałami klasowymi, niezależnie od profilu wykształcenia i wykonywanego zawodu, nieważne: inżynier czy humanista, lekarz czy prawnik. Vide: nasz Ojciec – inżynier budowy okrętów, który czytał zawsze i wszędzie, w najdziwniejszych warunkach i sytuacjach, na środku oceanu i w lodach Arktyki i Antarktydy – godzinami mógł rozmawiać o wojnach punickich, a z dorobku dwóch ukochanych autorów, Conrada i Lema, przeczytał wszystko, co napisali.

G.K. Chesterton pojawił się w naszej rozmowie niespodziewanie. À propos, oczywiście, i jako dowód. Rozmowa dotyczyła naszych czasów i literatury. Że dziś oferta na rynku wydawniczym jest tak ogromna, że właściwie nie wiadomo, co czytać. Wszystkie książki są naj-, a większość autorów – nieznana, dlatego trudno ocenić, czy to sezonowa efemeryda czy też prawdziwe odkrycie i nowe spojrzenie, świeży powiew. Recenzjom trudno wierzyć, dziś książka to taki sam towar jak świeże kaszubskie truskawki, musi się sprzedać. Rynek jest tak „szybki”, że książki „żyją” przeciętnie trzy tygodnie, potem znikają, umierają. O żadnym kanonie współczesności nie ma co marzyć, tout casse, tout passe, tout lasse. I wtedy ktoś otwarcie przyznał, że on się nie ściga. Nie dlatego, że nie potrafi, tylko dlatego, że nie chce. Zamiast tego wybiera i czyta „swoje”, i często nie są to wcale autorzy żyjący, tylko właśnie klasycy świętej pamięci. I że niezawisłość w doborze lektury jest przyjemnością nie do przecenienia. Tak powiedział. Zwłaszcza teraz.

Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), pisarz angielski. Reprezentował poglądy konserwatywne, przeciwstawiał się ideom socjalizmu i agnostycyzmu. Był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. W młodości sam agnostyk, z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Pod wpływem katolickiej nauki społecznej stworzył (współtwórcą był Hilary Belloc) teorię tzw. dystrybucjonizmu, odrzucającą zarówno kapitalizm, jak i socjalizm, głoszącą potrzebę budowy społeczeństwa opartego na upowszechnieniu drobnej własności. Był sympatykiem Polski, którą odwiedził w 1927 roku, co przyczyniło się do jego popularności w naszym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym. Listę jego dzieł można znaleźć w wikipedii (skąd pochodzą powyższe informacje); dla niewtajemniczonych: jego znakiem firmowym jest cykl nowel detektywistycznych z postacią ojca Browna.

Latająca gospoda to była jedna z ulubionych książek w naszym domu. Nie z powodu katolicyzmu angielskiego autora. Po prostu. Mądra jak Colas Breugnon, zabawna jak Klub Pickwicka, inteligentna jak Trzech panów w łódce, jak… Jednym słowem: kanon, może nie ten wysoki, klasyczny niczym XIX-wieczna idea Grand Tour, co to każdy kulturalny człowiek… Ale kanon. I moja Siostra właśnie czyta. Znak jakże znaczący, przynajmniej dla mnie. Przypomnienie.

Kanon literatury światowej? Chesterton? Świat pędzi jak oszalały ku wielorakim zagładom, a my tutaj rozmawiamy o jakimś starociu sprzed 102 lat! A jednak… Nostalgia ma swoje prawa, a ponieważ egzemplarz „Latającej gospody” z jakiegoś powodu nie stał na półce angielskiej, tam, gdzie powinien, odruchowo zajrzałam do internetu. Znalazłam, weszłam na odnośną stronę i – oniemiałam. Z początku czytałam spokojnie:

Gilbert Keith Chesterton, Latająca gospoda. Średnia ocena 6,87 (30 ocen i 7 opinii). Zobacz oceny. Gdzie kupić książkę. Szczegółowe informacje: Obowiązkowa Msza Święta w kościele w Beaconsfield oraz kufel dobrego angielskiego piwa w miejscowej gospodzie – oto jak dla G. K. Chestertona wyglądać musiała niedziela. Jedno zresztą związane było z drugim, gdyż według brytyjskiego pisarza właśnie chrześcijaństwo uzbraja człowieka w umiejętność prawdziwego korzystania z życia. To połączenie było dla niego wyznacznikiem old merry England – starej, wesołej Anglii: tradycyjnej, chrześcijańskiej, plebejskiej krainy, w której ludzie potrafili się prawdziwie cieszyć… – Czytaj więcej.

Nacisnęłam strzałkę „rozwiń”:

Taki też właśnie obraz kreśli w swej LATAJĄCEJ GOSPODZIE, sowizdrzalskiej powieści, opartej na motywie buntu trzech kompanów wobec administracyjnego nakazu prohibicji. Na znak protestu wesołkowie przemierzają kraj z wielką beczką rumu i ogromnym kawałem sera, urządzając obok zamkniętych gospód szalone biesiady. Książka Chestertona to sprzeciw wobec postoświeceniowych „racjonalistycznych” trendów, które całe bogactwo ludzkiego doświadczenia chciałyby pozamykać w sztywnych ramach procedur i kodeksów.

Moja książka! Jest! Już zamierzałam przejść do procedury kupowania, gdy nagle mój wzrok przykuły dwie małe linijki: Seria: Powieści z krzyżykiem. Wydawnictwo: Fronda.

No i teraz już nie kupię. Pożyczę z biblioteki, poszukam na pchlim targu, przepiszę na maszynie, ale tego wydania nie kupię. Wiem, literatura to dobro wspólne, ale Chesterton wpisany w formułę, cytuję:

Od debiutu w 1994 roku aż po dzień dzisiejszy wydawnictwo Fronda wydaje awangardowy kwartalnik oraz nietuzinkowe książki w trzech głównych kategoriach: publicystyka konserwatywno-prawicowa, książki historyczne odkłamujące historię Polski i świata, literatura katolicka podawana w nowatorskiej formie. Czytelnicy doceniają publikacje wydawnictwa Fronda za niezaprzeczalną wartość merytoryczną oraz wyrazistość. Nie byłoby to możliwe bez znakomitych autorów, takich jak: Gilbert Keith Chesterton, Szymon Nowak, Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Płużański, Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz, Piotr Gontarczyk.

to uzurpacja. Bezpodstawne zawłaszczenie. Jakbym usłyszała czyjś szyderczy śmiech. Bo to była „nasza” książka.

PS KK: Nie wspomniałam o okładce, ale to dlatego, że brak mi słów.

Islam ante portas

PS EMS: Czytam Latającą gospodę (w naszym wydaniu! w naszym, a nie tej wstrętnej Frondy), bo to książka o tym, jak dwóch mężczyzn i kobieta przeciwstawili się całemu państwu (inna wersja Kohlhaasa, który w Niemczech był tak tragiczną postacią, a w Anglii jest dowcipny i surrealistyczny), a ja lubię opowieści o tym, że warto się przeciwstawiać.

Ale czytam też dlatego, a może przede wszystkim, bo wszyscy teraz czytają Uległość Michela Houellebecqa. A ja nie, nie czytałam, nie chce mi się, wystarczy mi, że wiem, iż jest to, jak pisze Wikipedia, fikcyjna opowieść z 2022 roku, gdy prezydentem Francji zostaje muzułmanin, który zamienia Francję w kraj wyznaniowy. Bo to jest właśnie taka sama historia, w Latającej gospodzie cichcem, za plecami społeczeństwa zislamizowano Anglię, o czym cytowany przez moją Siostrę tekścik wydawnictwa Fronda w ogóle nie wspomina. Kawał sera i kufel piwa w pubie okazują się siłą sprawczą i falą nośną buntu społecznego. Wspaniała książka, poczytajcie sobie. Najlepiej poszukajcie tego wydania, które myśmy obie czytały jako młode panny i nie kupujcie wydania Frondy, bo – moja siostra ma racje! – to nasza książka, a Fronda to bezwstydna uzurpacja. 

Nota bene, przypominam, że kilka tygodni temu mahometanin został burmistrzem Londynu i że nie zanosi się przez to na islamizację Anglii. A Chesterton w Latającej gospodzie nie jest prorokiem i nie walczy z islamem, lecz występuje w obronie prawa człowieka do radości życia, a sprzeciwia się oszustwom politycznym i obłudnym fanatykom. Jakiejkolwiek religii.

Zanim nadejdzie jutrzenka

Z zapowiedzi: VOR DER MORGENRÖTE opowiada w krótkich epizodach o życiu austriackiego pisarza Stefana Zweiga  na emigracji. Film jest historią uciekiniera, historą o tym jak traci się ojczyznę i nie można jej nigdzie znaleźć.

Dorota Cygan

Film Marii Schrader “Vor der Morgenröte”: Josef Hader jako Stefan Zweig i  Aenne Schwarz jako Lotte Zweig 

Po ostatniej scenie, gdy wybudzamy się z filmu, który nas przez cały czas uwodził obrazami i spowalniał zgonione myśli do spokojniejszej refleksji, człowiek dwóch kontekstów, czyli taki jak my, polscy berlińczycy, czuje, że film ma – niezamierzenie – dwa różne przesłania, inne do widza polskiego, inne do niemieckiego. To nic dziwnego, ma przecież inne przesłanie do każdego odbiorcy, ale jednak aktualność migawek biograficznych pisarza, któremu nic nie było bardziej wstrętne od aktualności, nasuwa sie natrętnie jeszcze przy czytaniu napisów końcowych. Dla niemieckiej publiczności kluczowe może być zdanie: Połowa kontynentu chciałaby uciec na inny kontynent, gdyby tylko mogła. Zdanie to zastępuje cały wielopoziomowy kontekst niemieckiej dyskusji o uciekinierach i odsyła bezpośrednio do obrazów, które widz niemiecki (inaczej niż polski) w dużej ilości codziennie ogląda, a zarazem do niemieckiej historii. Polakowi serce zaś drży, gdy projektuje los pisarza na rzeczywistość polską, bo skojarzenie, że ludzie niewłaściwej opcji politycznej, bywa, że muszą kraj opuścić, ma tutaj swoje uzasadnienie i akurat dziś powraca natrętnie każdorazowo przy zetknięciu się z epitetem “gorszy sort”. Co zaś łączy w odczuciach widza niemieckiego i polskiego? Jest to film o bezradności. Nie pragnie pokazać życiowego dramatu wyostrzając wymowę poszczególnych jego etapów, lecz poprzestaje na pokazaniu sytuacji pisarza i intelektualisty, który nie potrafi życzyć nazistom klęski a swojemu krajowi zniszczenia, bo jest pacyfista i boli go, że nie dostrzega nigdzie wokół siebie generalnej opozycji przeciw wojnie. Pokazuje jego przemożną niechęć do zaostrzającej sie polaryzacji i kibicowania “swoim” w czasie wojny, czyli organiczną niezdolność do radości z porażek i zwycięstw jednej strony. To także film o nieumiejętności włączenia sie w główny nurt dyskursu, w którym chodzi o przerzucanie się osądami i retoryczna mobilizacje, nawet jeśli chodzi o poparcie słusznych racji, ale wyrażanie go w atmosferze dysputy, wiecu i dziennikarskiej gorączki. Film nie ma ambicji pokazania całości, syntetycznego spojrzenia na historie i człowieka w niej uwięzionego. Wybiera jedynie niespecjalnie spektakularne migawki z jednego życia, z którego uciec nie sposób, bo dosięga bohatera również na emigracji (w postaci listów proszących o ratunek i wsparcie). Ta niemożność “życia na zewnątrz” natury introwertycznej, nieumiejętność włączenia się w główny nurt prowadzi jednak w konsekwencji do śmierci samobójczej. Bowiem opór wewnętrzny, przyzwoitość i powściągliwość jednostki to nie cechy, na których historia może sie oprzeć, a zatem i nie cechy, które pozwalają w takich czasach odnaleźć swoje miejsce w historii. Pozostanie przesłanie dla widza, ze bezradność może być cechą wybitnych ludzi, którzy jednak do końca nie będą potrafili wejść w polityczną rolę – jako pisarze, przywódcy, postacie życia publicznego, bo ona wymaga także podniesionego tonu i efekciarstwa, a tego natury wycofane i skupione nie tylko nie maja w swoim repertuarze gestów i chwytów retorycznych, ale zwyczajnie w swojej naturze, nastawionej na sąd wyważony i różnicowanie racji. W konsekwencji jest to przesałanie, że milczenie i wahanie nie muszą oznaczać przyzwolenia dla brutalnych posunięć, ale mogą wynikać z podszytego melancholią poczucia, że to wszystko nie tak, że to ma by inaczej. Ale jak? No właśnie, na to każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam.

Na zakręcie

Konrad Sałagan    

czyli poszukiwanie Warszawy

Przełom maja i czerwca 2016 – i oto jesteśmy trochę dalej, dwa kroki za progiem, w epoce „dobrej zmiany”, tu w Warszawie. W Polsce również, nie przeczę. Zatem jako pospolity dreptak peregrynuję sobie po Warszawie, by np. uchwycić lub wyczuć ducha epoki. Niestety nie mam ani drugiego dziecka, ni trzeciego, czyli nie należy mi się subsydium a la „dobra zmiana”. Skazany więc jestem w swych peregrynacjach na miejską komunikację. Może to i dobrze, bo bliżej do zwykłej rzeczywistości, tu i teraz, do codziennego życia mojego ukochanego miasta.

Sen o Warszawie

Tak, tak jak o Warszawie śpiewał Czesław Niemen („Sen o Warszawie”, 1969) – w pewnym sensie szukam pozostałości tej pieśni, na Bielanach (gdzie mieszkam), Żoliborzu, Mokotowie i dalej. Permanentnie szukam od lat, i muszę stwierdzić, że śladów pieśni o Warszawie Czesława Niemena, które mogłyby np. pozostać w zaułkach, zakręconych ulicach, parkach i skwerach, a przede wszystkim w twarzach ludzi, tych śladów jest coraz mniej. Indywidualne odczucie? Tak i nie.

Co ma do tego epoka „dobrej zmiany”? W ramach gry pionkami i figurami na szachownicy? Przesada. Gra toczy się wyłącznie pionkami w politycznej socjotechnice, jako prymitywne i szybkie warcaby. Co to ma do rzeczy?

Odpowiem nie wprost, z perspektywy śmietników na osiedlach – aktualnie brak selekcji śmieci, walająca się żywność, chleb, a to trwa już od epoki Gierka. Na kontenerach nie ma precyzyjnej informacji, jakie wyrzucać śmieci i gdzie – co tam dyrektywa Unii Europejskiej. Pamiętam z lat 60 śmieciarzy, którzy objeżdżali np. Marymont (Kotku, to taka elitarna zona, pełna legendy i znaczenia, kiedyś wypełniona ogrodami, sadami i prywatnymi warsztatami). Śmieciarze należeli w tamtych czasach do majętnych, z „niczego” potrafili robić pieniądze. Teraz nawet punkty skupu na wtórne materiały są nieliczne.

Legendarny, a zarazem socrealistyczny dworzec PKS Marymont rozebrano jeszcze przy końcu lat 90 XX w. vis a vis ul. Marymonckiej, początek ul. Żeromskiego. Nikogo nie pytając o zgodę. Tam w dworcowym barze leczył kaca ciemnym piwem np. Zdzisław Maklakiewicz „Maklak” (1927-1977). A przecież w latach 50 XX w. zbierano na ten budynek społeczne pieniądze, w formie tzw. cegiełek. Na tym terenie wybudowano, przełom 2014/2015, nowe i olbrzymie bloki, projektowane z szablonów komputerowych. A w pasie parteru ciąg siedzib banków (Kotku, gorący kartofel – bierz natychmiast kredyt na powyższe dziuple). Ten bankowy ornament u podstawy powtarza się w Warszawie w prężnie budowanych „na dziko” ruderach, które mają ponoć znamiona nowoczesności.

Piruety bez roweru

Jednak rower należy zostawić w domu, iść lekką stopą, nie zapominając o piruetach. Decyduje o tym nadmiar samochodów, dość podłej marki, rozsypanych wszędzie, gdzie tylko wolne miejsce na chodniku. Kierowcy takich „rzęchów”, kiedy już im się uda wytoczyć na prostą, nie honorują praw rowerzystów, ni pieszych. No rzeczywiście, ponoć w takim Kairze samochody jeżdżą na ulicach we wszystkich kierunkach świata plus dodatkowe, bliżej nieokreślone. W Warszawie jest zarejestrowanych ok. trzy razy więcej samochodów w stosunku do mieszkańców – i zagracone ulice to pokazują. Idylliczny „resorak” jako gadżet z przedszkola, fantazmat dobrobytu, trzyma w ryzach polskie społeczeństwo od 27 lat. Oczywiście, patrzę przez pryzmat Warszawy (tylko jakiej Warszawy?). To nie dzieje się samo – są to raczej efekty socjotechniki, efekty społecznych warcabów.

Oprócz nadmiaru zdezelowanej blachy, dla której właściwym miejscem jest złomowisko, a nie ulice Warszawy, znakomicie rozwija się, powiedzmy, subkultura przeglądaczy komunikatorów elektronicznych. Zjawisko, jak wydaje się, ma jakiś aspekt erotyczny, coś w konwencji psychologicznej Sigmunda Freuda. Nieprzespany sen na jawie z przykrótką koszulką nocną. Szczególnie dotyczy to homo pauperis. Ach, zapomniałbym – a do tego wszechobecna latająca budka telefoniczna, autentycznie żywa, nieprzeliczona liczba głów, zmora Warszawy tu i teraz. Piruety, uniki, omijanie łukiem są skutecznymi sposobami poruszania się po mieście, by gdziekolwiek dotrzeć, choćby do kina „Wisła” na pl. Wilsona. „Wisła” przetrwała. Tak, bo kina: „Tęcza” i „Światowid” od lat nie istnieją. Zostały zniszczone, by można było założyć wyszynki z panienkami.

Pałac Stalina i trzy kolumny

2 czerwca 2016 byłem na ul. Szkolnej, blisko od ul. Świętokrzyskiej i ul. Marszałkowskiej, Śródmieście. O godz. m/w 19, już po załatwieniu spraw spojrzałem przed wejściem do stacji Metro Świętokrzyska na Pałac Kultury i Nauki im. tow. Stalina (Kotku, nikt nie wyrzucił patrona z ewidencji). A dalej w podniebnej perspektywie trzy kolumny, hotel Marriott i dwa nowe budynki, jakieś poskręcane w tęsknocie za natchnieniem i harmonią. Pomyślałem, ot, strzelista konkurencja wobec socrealistycznego Pałacu Stalina, zarazem symbolu zniewolenia Polski, Warszawy, antytezy wobec potęgi smaku, a nawet absurdu technologicznego. Chodzi o zużycie energii oraz mediów, a także produkcję ścieków. Najwyższy wodospad ścieków w Polsce. Dwa budynki, trochę na prawo, oczywiście z mojego punktu widzenia, wydawały się jeszcze większym nieporozumieniem. Jak ktoś nie ma poczucia proporcji, wiedzy o kompozycji przestrzennej, ba, a przenosi reguły świata wirtualnego w konkretną rzeczywistość, to „masz jak w mordę”, i oto masz – ale decyzję o budowie podejmują notable i biurokraci. Oto symptomy choroby psychicznej, która stymuluje przygodność życia codziennego w Warszawie, jak przypuszczam.

Wyjście z kanału

Na stany nieważkości, te kreowane przez chaos architektoniczny Śródmieścia, jest lekarstwo. Wchodzimy do Metra, czyli wycofujemy się do kanału. W zasadzie lubię wynurzać się z warszawskiego Metra na Ursynowie (Kotku, to na południe od Śródmieścia, w prostej linii, zapytaj ludzi, to powiedzą, na której stacji kanału wyjść). Gdy już jestem na powierzchni, szukam ławki, palę papierosy i zagłębiam się w lekturę, powiedzmy, poematy chińskich mistrzów zen (Wu Yansheng, Potęga oświecenia. Poematy chińskich mistrzów zen, Warszawa 2015). Tak zakonspirowany obserwuję ludzi. Na Ursynowie często spotyka się, nawet w nadmiarze, ludzi szczupłych lub o korpulencji normalnej; piękne dziewczyny i chłopaki; z inteligentnym wyrazem twarzy ludzi starszych, w średnim wieku, młodych. Rozmawiają ze sobą, prowadzą dzieci i uczą ich świata – tu prawie nie ma latających żywych budek telefonicznych, ni otumanionego swoim gadżetem elektronicznym homo pauperis. Ursynów jest raczej zoną Carla Gustava Junga, jeśli chodzi o preferencje psychologiczne. I epoka „dobrej zmiany” może się tu nie zainstalować. Brak śmieci – pilnie więc gaszę papierosa w wyznaczonym miejscu.

Królowa pustyni

8 kwietnia 2016 byłem na premierze filmu (premierze w polskich kinach) Wernera Herzoga „Królowa pustyni” (premiera, Berlin 2015), oczywiście, że w kinie „Wisła”. Rzecz opowiada o przełomie epok, o zmianach politycznych na Półwyspie Arabskim u początku XX w., o tworzeniu granic przy pomocy ekierki, narodzin potęgi dynastii Saudów, regresie Imperium Osmańskiego – na kanwie biografii Gertrude Margaret Lowthian Bell (1868-1926) – brytyjskiej podróżniczki, pisarki, alpinistki, doradcy politycznego i archeolog. Plemiona zamieszkujące Półwysep Arabski nazywały Gertrudę Bell Królową Pustyni, jako znawczynię kultury, różnorodności etnicznej i obyczaju. Brytyjscy politycy nie słuchali zbyt uważnie Królowej Pustyni, nie korzystali z jej wiedzy o mozaice kultur Półwyspu Arabskiego. Traktowali ją raczej przedmiotowo. W efekcie złych decyzji politycznych przerwano ciąg tradycji, a konsekwencje tego uczyniły pustynię płaską i pustą. Film przedstawia przyczyny współczesnej totalnej emigracji – ludzi wykorzenionych. Przyszła więc epoka płaska i pusta, a właściwie została politycznie sprowokowana.

Czarna flaga na plaży

Warszawa przekształca się w betonową pustynię. Przestaje być również miastem, a staje się zbiorowiskiem ruder, architektury z szablonów wirtualnej przestrzeni. Na wybiegach, szczególnie na szerokim chodniku przy dawnych Domach Towarowych Centrum (wzdłuż ul. Marszałkowskiej od Rotundy PKO na północ do ul. Świętokrzyskiej) kroczą dziewczyny: zbyt chude na wysokich koturnach; te o krótkich i grubych łydkach na umiarkowanie płaskim obuwiu; bliżej nieokreślone, przebiegają staccato z naręczem pękatych toreb. Interesujący materiał, inspirująca sekwencja klatek taśmy filmowej, moim zdaniem, dla takich twórców – Peter Bogdanovich (film „Papierowy księżyc”, 1973), Werner Herzog (film „Szklane serce”, 1976), David Lynch (film „Człowiek słoń”, 1980).

Rzeczywiście (Kotku, stan z 1 czerwca 2016, godz. 21:45-22:15) nad budynkami byłych Domów Towarowych Centrum wisi papierowy księżyc. A na powierzchni przed budynkiem staccato kroków, rzeczywiście, które stymuluje szklane serce. A przy okazji, ludzie-słonie niepostrzeżenie wciągnęli na maszt czarną flagę. Pływanie i kąpiel zabronione. Tak, na naszej plaży. Jest inaczej, Kotku?
Warszawa, 5 czerwca 2016

Uzupełnienie

  1. „Kotku” – to również odniesienie do Witkacego, Stanisława Ignacego Witkiewicza (1885-1939), który wychował się w Warszawie, ul. Hoża 11 (dziś ten budynek nie istnieje), a potem w latach 20 i 30 XX w. mieszkał na ul. Brackiej 23 (zachowały się jedynie oficyny). Odniesienie do Witkacego jest tu istotne – mój sposób patrzenia na Warszawę ma charakter m/w ekspresjonistyczny. A do tego wspominam o twórcach filmowych, którzy inspirowali się i kinem ekspresjonistycznym, teatrem oraz malarstwem.
  2. Pod spodem zamieszczam specjalnie dobrany link na YouTube do utworu Czesława Niemena „Sen o Warszawie”, jego wypowiedzi jak powstał ten utwór, filmie, który pokazuje Warszawę i ludzi z okresu PRL.

Reblog: Pani Irenka 3

Karolina Kuszyk

W tych ich tropikach

Długo coś pani nie było… za granicą? A gdzie? A, w Niemczech. W Niemczech to już teraz żadna zagranica, pani. A o, jak raz syn z synową w Berlinie byli, jak to wolne było przez Boże Ciało. Spali tam u takiego jednego Mietka kolegi, co aż za stanu wojennego wyjechał. Dom ten jego kolega pod Berlinem wystawił, podobnież córce, ale córka do Brukseli z mężem wyjechała, to teraz tam sami z żoną siedzą, i miejsca mają a miejsca, i już ich od lat tak zapraszali, to w końcu Mietek mówi, nie ma co, jedziemy. I pojechali.

A najbardziej ze wszystkiego to im się podobało na takim basenie wielkim, hangar tam taki ogromny pobudowany, a w środku same różności. Tropikalna wyspa, pani. Wygląda jak naprawdę gdzieś w tych ich tropikach z tymi palmami. Była pani? Nie? Niech pani jedzie koniecznie, z dziećmi najlepiej, bo tam ślicznie! Zdjęcia syn pokazywał, to wiem. Pawie sobie chodzą, pani, piękne, ogromne, z tymi ogonami, zupełnie jak na wolności, papużki też są, i te inne ptaszki, takie różowe, fikuśne, z takimi szyjkami powyginanymi, ale zapomniałam, jak się nazywają. O, właśnie, flamingi. Synowa mówi, mamusiu, jakie tam cuda, i roślinki, i rybki, i baseny najprzeróżniejsze, i plaże, i ślizgawki takie do wody, na takiej małej to nawet żeśmy się przejechali, i pojeść można, piwo wypić i nawet na zewnątrz wyjść, bo na dworze też tam teraz baseny powystawiali, coś pięknego. Tylko jak tam do tej ich sauny poszli, to im strasznie głupio było, bo zaraz tam jakiś Niemiec do nich wystartował, żeby do gołego rozbierali się, wyobraża sobie pani coś takiego? Syn coś tam nawet próbował dyskutować, że przecież stroje mają na sobie do kąpania, ale ten Niemiec tylko że nein i nein. To wyszli z tej sauny, ale potem zaraz skargę napisali przez internet, no bo kto to widział,  żeby tak ludzi zmuszać, w dodatku Polaków, prawda? Ja nie wiem, czy ci Niemcy to się tak nie wstydzą na goło latać, pani? Synowa tylko głową kręciła i mówi, no mówię mamusi, wszyscy w tych saunach porozbierani do rosołu, nawet takie starszawe, co to już w wieku mamusi, za przeproszeniem, piersi do pasa, co tam jeszcze innego do kolan, i na goło! A im, starsze tym bardziej pokazują! Ale to tylko to jedno, co im się nie podobało. Wszystko inne chwalili, a nie mogli się nachwalić. I pytałam synową szczególnie o te roślinki, co tak tam rosną, sztuczne czy niesztuczne, a ona mówi, mamusiu, prawdziwe najprawdziwsze, sama oglądałam, dotykałam!

Ja to się cieszę, pani, że syn z synową trochę urlopu mieli, odpoczęli sobie, bo teraz syn bez przerwy w niepewności, w nerwach, zwolnią go, nie zwolnią. A Dawidek co i raz biega na te demonstracje, marsze, kody nie kody… syn to się zaraz denerwuje o to, zamiast z nami do Niemiec pojechać, tropiki zobaczyć, to ten zostaje i politykuje. Ja to się tylko tak śmieję po cichu, ale nic nie mówię, bo Mietek, jak był taki dwudziestolatek jak Dawidek, to też tylko polityka i polityka, okrągły stół, wolne wybory, nowej Polski budowanie. Ja tam wszystko pamiętam, pani.

4 czerwca / 4. Juni / 4th of June

W Polsce i w Berlinie

Z Warszawy…

Zdjęcia z sobotniej manifestacji, było pięknie, myślę, że było około 50 tysięcy osób.

5.06.2016

Andrzej Rejman

32 2 3 7 8 11 12 13 18 25 27 30 31

Z Berlina (reblog)…

04 czerwca w Berlinie, pikieta demokratyczna pod budynkiem byłej Ambasady RP na ulicy Unter den Linden

Pikieta w odbyła się w pięknej, ciepłej i serdecznej atmosferze. Mamy w Berlinie przyjaciół demokracji i ludzi rozumiejących o co toczy się gra.
Przyszliśmy świętować pierwsze wolne, bądź jak niektórzy chcą częściowo wolne, wybory z 1989 roku. Wybory, które zmieniły Polskę, Europę i w konsekwencji świat. Ten czas w Polsce, ta energia i ci ludzie dokonali czegoś wielkiego. Wywalczyli nam bez rozlewu krwi prawdziwą wolność.

Dla mnie czymś niesamowitym jest fakt, że mogłam stać z mikrofonem w ręce, parę metrów od Bramy Brandenburskiej i głośno po polsku mówić o tym czym jest wolność i demokracja. Fakt, że mogliśmy się właśnie w tym miejscu spotkać, gdzie 27 lat temu byłoby to absolutnie niemożliwe! Nie ma już Niemieckiej Republiki Demokratycznej i nie ma wrogich Zachodnich Niemiec. Nie ma granic.
Po pikiecie pożegnaliśmy się z przesympatyczną ekipą policyjną, która ochraniała nasze spotkanie i spokojnie przeszliśmy przez Bramę i zjedliśmy bagietkę w Tiergarten. Ta zwykła scena z życia mówi więcej czym jest sukces projektu Europa niż tysiące haseł.

Zawaliliśmy przez lata sprawę tworzenia naszego, polskiego mitu wolności, mitu zwycięstwa. Jesteśmy niesamowitym narodem, który nie wie, bądź nie dowierza, jak wielki jest. Nie wierzymy, że i od nas zależy powodzenie tego, czym jest wspólna Europa. Zachowujemy się jakbyśmy nie wiedzieli, że wygraliśmy w roku 1989 mistrzostwa świata i ciągle oczekujemy, że inni nas dowartościują. Czas z tym skończyć. Osiągnęliśmy sukces, którego nikt nam nie odbierze.
Podkreślaliśmy, że jesteśmy częścią wspólnej Europy. Podkreślaliśmy dumę z osiągnięć Polski wypracowanych przez ostatnie 27 lat. Pokazaliśmy, że jesteśmy. My, Polacy, obywatele Europy.

Dziękujemy każdemu, kto się do nas w to upalne popołudnie dołączył! Dziękujemy za mocne wsparcie i obecność grupy KOD z Kolonii. Rozmawialiśmy o tym czym jest wolność, pisaliśmy „Jakiej Polski chcemy”. Byliśmy razem.

Na koniec wspomnieliśmy też i tych, którym się nie udało w 89 roku i chwilę później spotkaliśmy, stojącego dosłownie sto metrów od nas, samotnego chłopaka z Chin z plakatem o masakrze na placu Tienanmen w 89 roku. Dziękował nam Polakom za słowa wsparcia, powiedział, że przez cały dzień podchodzą do niego Polacy i z nim o tym rozmawiają. Bardzo, ale to bardzo poruszyło mnie to spotkanie.
Wolność jest jak powietrze.

Ula Ptak
Berlin, 5.06.16

W Gdańsku… Piknik w parku Reagana

Pięknie i wesoło. Mnóstwo znajomych. Kto chce – może się zapisywać do KOD! Podobno formularze są już na stronie KOD, ale tak naprawdę to jeszcze nie ma…

piknik

piknikkolage

5.06.2016 Ewa Maria Slaska

Kolejne lektury sprzed lat

Lech Milewski

Dutch doll looking face

Pod koniec 1934 roku Australia spodziewała się wizyty niebezpiecznego osobnika. To były jeszcze czasy gdy chętnie proszono o radę Wielką Brytanię. Oto rezultat – depesza otrzymana od oficera brytyjskiego wywiadu o pseudonimie Snuffbox:

October 12th. Referring to your telegram October 11th. Egon Erwin Kisch, Czechoslovak, born Prague April 29th, 1885, important member International Society Proletarian Authors. International speaker for anti-war and anti-Fascist cause. Has specialised in Far Eastern social and political conditions. His landing in the United Kingdom is prohibited. Description — about 5 feet 8 inches, sturdy, thick set build, black hair, straight, parted on the right, black eyebrows and moustache, swarthy, slightly hooked nose, slight frown between eyes, Dutch doll looking face.

Po prawej – holenderska lalka.

Poniżej – osoba specjalnej troski na pokładzie statku w Melbourne – listopad 1934.
Podobieństwa do holenderskiej lalki nie zauważyłem.

Egon Kisch urodził się w 1895 roku w Pradze, w zamożnej żydowskiej rodzinie.
Jeszcze jako uczeń pisał i publikował wiersze, pod imieniem Erwin gdyż szkoła zabraniała uczniom publikacji w prasie. I tak już zostało – Egon Erwin Kisch.

W wieku 20 lat rozpoczął pracę w niemieckojęzycznej praskiej gazecie – Bohemia. Publikował tam cotygodniowy felieton, ale jego pasją były reportaże z życia praskiego półświatka – drobnych przestępców, prostytutek.
Reportaże te wydał później w książkach: Aus Prager Gassen und Nächten (Z praskich ulic i nocy), Abenteuer in Prag (Przygody w Pradze), Der Mädchenhirt (Opiekunek dziwek).

Do jego znajomych zaliczali się Franz Kafka, Rainer Maria Rilke, Jarosław Haszek.

Już trzy dni po wybuchu I Wojny Światowej – przypomnę, że działania wojenne zaczęły się atakiem Austrii na Serbię – Kisch został powołany do wojska i wysłany na serbski front.
Było to wyjątkowo okrutne miejsce. Propaganda austriacka rymowała – Serbien muss Sterbien – Serbia musi umrzeć – żołnierze wykonywali. Kisch notował – potyczki, bitwy, egzekucje ludności cywilnej. Koledzy frontowi, głównie Czesi, ponaglali – Napis to Kischi. Rezultatem tych notatek była książka – Als Soldat im Prager Korps, natomiast to ponaglanie przez kolegów zostało uwiecznione tytułem książki – Schreib das auf, Kisch! – polski tytuł: Zapisz to KischKLIK.

W marcu 1915 roku Kisch został ciężko ranny na froncie rosyjskim, uznano go za niezdolnego do walki i oddelegowano do pracy na zapleczu. W 1917 roku na własną prośbę został przeniesiony do Biura Prasowego w Wiedniu. Zatrudnione tam było niezłe towarzystwo – Robert Musil, Hugo von Hoffmanstahl, Rainer Maria Rilke i Franz Werfel.
O pracy Franza Werfla w Biurze  pisałem już na tych łamach tutaj – KLIK.
Godny przypomnienia może być fakt, że Biuro wysłało Werfla do Szwajcarii w celu wygłoszenia cyklu odczytów propagujących austriacki wysiłek militarny. Zamiast tego wygłosił pacyfistyczne przemówienie, które zyskało mu sporą przychylność słuchaczy, natychmiastowe odwołanie i areszt.
Z Kischem było podobnie – w Biurze ugruntowały się jego lewicowe poglądy, wszedł w skład Komitetu na Rzecz Radykalnej Lewicy i został wybrany członkiem trzyosobowej komisji, której celem było zorganizowanie Rady Robotników i Żołnierzy wzorowanej na radach sowieckich.
1 listopada 1918 roku został wybrany na Pierwszego Komisarza Czerwonej Gwardii. Tu jego podkomendnym był wspomniany przed chwilą Franz Werfel.
Czerwona Gwardia wkrótce się rozpadła, Franz Werfel ustatkował się ideologicznie, natomiast Egon Erwin Kisch zapisał się do Komunistycznej Partii Austrii.

Kolejne kroki jego politycznej kariery to udział w pracach Kominternu – KLIK i założenie Stowarzyszenia Pisarzy Proletariacko-Rewolucyjnych – KLIK. Tutaj jego współpracownikiem był Johannes Becher – powojenny protektor Hansa Fallady, o którym pisałem tutaj – KLIK.

W 1921 roku Kisch przeniósł się do Berlina, gdzie pracował jako zagraniczny korespondent czeskich gazet. Jednocześnie publikował zbiory swoich wcześniejszych reportaży i odbył szereg podróży zagranicznych.

Europa, Północna Afryka, ZSRR, USA, Chiny. Szczególnie owocna była podróż do Republiki Rad – dwie książki – Zaren, Popen und Bolschewiken (O carach, popach i bolszewikach) oraz Asien gründlich verändert (Azja odmieniona) – azjatyckie republiki ZSRR.
Książki te pełne są zachwytów nad przemianami w Związku Radzieckim, zachwytu nie pozbawionego akcentu zazdrości – przecież to my, Europa Zachodnia, to wymyśliliśmy a wprowadził ktoś inny.
Kisch nie wspomniał słowem o terrorze, głodzie, prześladowaniach. Niemożliwe, aby dziennikarz obdarzony takim instynktem reporterski tego nie zauważył. Według mnie przeważyła naiwna wiara w słuszność idei i potraktowanie tych spraw jako problemy dojrzewania.
Mimo tej autocenzury książek tych nie wydano w ZSRR, gdyż zawierała zbyt wiele odniesień do spraw religii.
Natomiast relacja z pobytu w USA – Paradies Amerika (Raj amerykański) – pisana była z pozycji proletariusza i bez żadnych zahamowań.
Warto wspomnieć, że Kisch, jako komunista, nie mial prawa wjazdu do USA. Do USA wjechał pracując na statku, a na lądzie występował pod nazwiskiem dr Becker.

Po podpaleniu Reichstagu (luty 1933) Kisch został aresztowany, ale jako obywatel Czechosłowacji został wydalony z Niemiec bez prawa powrotu. Od tego czasu zaangażował się bardzo aktywnie w działalność antyfaszystowską.
Po procesie domniemanych sprawców pożaru Reichstagu grupy lewicowych prawników i artystów zorganizowały w Londynie “anty-proces”, na którym Kisch miał być głównym świadkiem. Jednak władze brytyjskie nie dały mu wizy za względu na “działalność wywrotową”.

W ten sposób wróciliśmy do początku tego wpisu – depeszy angielskiego agenta.

Melbourne – w 1835 roku wylądował w tych okolicach John Batman z Tasmanii i stwierdził – dobre miejsce na wioskę.
Pod koniec 1934 roku rozpoczęły się przygotowania do obchodów 100 rocznicy tego wydarzenia. Rząd organizował królewską wizytę. To był okres Wielkiej Depresji, więc aż prosiło sie o jakąś alternatywę hucznych ceremonii. Ruch przeciw Wojnie i Faszyzmowi postanowił zorganizować międzynarodowy kongres intelektualistów. Najpoważniejszym gościem z Europy mial być Egon Erwin Kisch.

Statek z E.E. Kischem na pokładzie przybił do brzegów Australii w Fremantle – na zachodnim wybrzeżu, nieco na północ od Perth. Na pokład wkroczyli przedstawiciele rządu z powiadomieniem, że Kisch został uznany za osobę niepożądaną i nie ma prawa wstępu na ląd australijski. Polecono mu nie opuszczać statku i pozostawili pod nadzorem kapitana.

12 listopada 1934 statek przybił do portu w Melbourne gdzie został przywitany przez liczne rzesze sympatyków. Następnego dnia Kisch spróbował jednak postawić stopę na australijskiej ziemi – wyskoczył ze statku. Lądowanie było bolesne, złamał sobie prawą nogę, natychmiast ujęła go policja i zaniosła z powrotem na statek. Opiekę medyczną musial sobie zorganizować sam.

Statek z Kischem na pokładzie pożeglował w stronę Sydney. Jednocześnie sympatycy Kischa zdołali wnieść jego sprawę do Sądu Najwyższego, który zadecydował, że reporter powinien mieć prawo odwiedzić Australię pod warunkiem, że będzie przestrzegał miejscowych praw.
W odpowiedzi rząd postanowił wykorzystać Immigration Restriction Act – KLIK. Było to główne narzędzie polityki Białej Australii.
Aby ustrzec się od oskarżeń o rasizm i nie urazić potężnego sąsiada – Japonii – wymyślono bardzo praktyczną procedurę: urzędnik imigracyjny miał prawo zadać każdemu imigrantowi dyktando w wybranym przez siebie języku europejskim.

To była bardzo skuteczna metoda. Na przykład irlandzkiemu działaczowi antywojennemu zadano dyktando w języku holenderskim – poległ.
Z Kischem była trudniejsza sprawa, wiadomo było, że posługuje się kilkoma językami. Holenderski też odpada – przecież reporter był podobny do holenderskiej lalki. Co mu zadać? Proste – dyktando w języku gaelicko-szkockim.

Przeżyjmy to sami – proszę wziąć kartkę papieru, długopis i zapisać recytowany poniżej tekst – modlitwa Ojcze Nasz w języku gaelicko-szkockim…

A teraz proszę porównać swoje notatki (jeśli komuś udało się zapisać jakikolwiek wyraz poza końcowym Amen) z poprawną odpowiedzią – KLIK.

Kisch odmówił poddania się testowi i został aresztowany a następnie wypuszczony za kaucją 200 funtów.

A więc jednak był na ziemi australijskiej, uczestniczył w spotkaniach i imprezach organizowanych przez  Ruch przeciwko Wojnie i Faszyzmowi.
W międzyczasie jego zespół adwokatów wniósł do Sądu Najwyższego sprawę ważności przeprowadzonego dyktanda. Sąd stwierdził, że urzędnik, który zarządził dyktando sam nie znał języka szkocko-gaelickiego, a poza tym uznał, że język szkocko-gaelicki nie jest językiem europejskim w zrozumieniu przepisów. Dyskusja na ten temat trwa w Australii do dziś.

Jednak rząd nie dawał za wygraną. Na podstawie inaczej sformułowanych zarzutów Kisch został uznany za “prohibited immigrant” i skazany na trzy miesiące ciężkich robót.
Prawnicy reportera złożyli apelację do Sądu Najwyższego, który unieważnił wyrok. Kisch mógł swobodnie działać a cała sprawa zyskała mu wielką popularność. Odbył spotkania w kilku stanach Australii. Na spotkanie w Sydney przybyło 18,000 osób.

Widząc, że nie wygra w sądzie, rząd spróbował metody łagodnej perswazji – oferował Kischowi anulowanie wszystkich wyroków i 450 funtów rekompensaty za poniesione koszty pod warunkiem szybkiego opuszczenia Australii. Reporter przyjął ofertę i opuścił Australię w pierwszych dniach marca 1935 roku.

Rząd australijski “uszczelnił” test językowy. Był on stosowany aż do 1958 roku.
Egon Erwin Kisch opisał całą sprawę w książce – Landung in Australien.

Następny, prawie dwuletni rozdział życia E. E. Kischa to Hiszpania podczas wojny domowej, z której pisał liczne reportaże.
Po układzie monachijskim i wkroczeniu Niemiec do Czechosłowacji Kisch nie mógł wrócić do swojego kraju. Zresztą nigdzie w Europie nie było bezpiecznego miejsca dla Żyda-komunisty. Zdecydował się na emigrację do USA. Oczywiście nie wpuszczono go, spędził kilka miesięcy na Ellis Island i wreszcie uzyskał wizę do Meksyku, gdzie spędził resztę wojny.

W Meksyku przebywało w tym czasie sporo europejskich intelektualistów. Kisch prowadził działalność społeczną, pisał reportaże, wydał też zbiór wcześniejszych reportaży w formie książkowej – Marktplatz der Sensationen – Jarmark sensacji.

Man at the crossroads

Nie znalazłem informacji czy spotkał się z Trockim, a więc zapewne nie. Wiem, że spotkal się kilkakrotnie z Diego Riverą i znał jego mural Człowiek na rozdrożu.
Przypomnę, że mural zamówił Nelson Rockefeller dla Rockefeller Center w Nowym Jorku. Jeszcze przed zakończeniem prac podniosły się głosy protestu, gdyż Rivera umieścił na muralu wizerunki czołowych działaczy komunistycznych. Nelson Rockefeller zarządził zniszczenie nieukończonego muralu – szczegóły tutaj – KLIK.

Diego Rivera odtworzył mural w Meksyku. Kisch zauważył postać Trockiego i skomentował: ilu tu dobrych ludzi.
W kilku źródłach znalazłem wzmiankę, że wielokrotnie, gdy pytano Kischa, co myśli na temat takiej czy innej inicjatywy Związku Radzieckiego, odpowiadał – ja nie myślę, Stalin za mnie myśli.
Niektórzy uważają to za dowód zniewolenia umysłu, inni określają jako cynizm. Mnie wydaje się, że był to gorzki sarkazm.

Po zakończeniu wojny Egon Erwin Kisch powrócił do Czechosłowacji, gdzie kontynuowal pracę jako reporter. Zmarł 31 marca 1948 roku.

Źródła:
1. Wikipedia – KLIK.
2. 12 listopada 1918 – Czerwona Gwardia w Wiedniu – KLIK.
3. E.E. Kisch – The Raging Reporter – Bio-antologia – KLIK.
4. Radio Prague – KLIK.

Reblog: Czterdziestolatek

Szymon Hołownia przedwczoraj na Facebooku

W ubiegłym tygodniu miałem osiem spotkań autorskich w środkowej Polsce, na Podlasiu i na Śląsku. W sumie tysiąc – dwa tysiące ludzi. Gdy w debacie pojawiały się wątki bieżące, mówiłem (oczywiście machając rękami) o tym, jak zmęczeni chyba jesteśmy polityką. A mimo to wciąż o niej gadamy, bo jest ona jak wrzód na wiadomo czym, o którym człowiek sobie przypomina zawsze, gdy tylko siada. Z jednej strony nas to wyniszcza, z drugiej – jesteśmy jak alkoholik, który nie umie nie pić, bo jeszcze nie zaliczył dna, więc powtarza sobie że da sobie jeszcze z tym radę.

Znaczna część publiczności potakiwała, powtarzała: “dokładnie!”. Robiła to z takim entuzjazmem, że nawet mnie, spotkaniowego wyjadacza, musiało to zastanowić. Kurde, żyjemy w wolnym państwoe, nie ma wojny, a ludzie sprawiali wrażenie śmiertelnie swoim krajem zmęczonych. Jakby nie było już obywateli, a poborowi przymusowo wcieleni do wojska (kilku plemiennych wojsk), tęskniący za odebraną im podmiotowością.

Co daliśmy z sobą zrobić, że już nawet o pogodzie nie można porozmawiać spokojnie. Że jest jak w czasach mojej zamierzchłej młodości, gdzie wszystko było pretekstem do tego, by dowalić komuchom. Tyle że dziś komuchy od dawna są w muzeum, a od paru lat śmiertelną wojnę toczą w Polsce dwie frakcje wywodzące się z “Solidarności”, dzięki którym z tego pojęcia nie zostały nawet strzępy.

Coraz częściej spotykam ludzi, którzy wycofują się za swój płot, budują prywatne szczęście, odpuszczając sobie kontekst wspólnoty. Są zmęczeni widokiem szalejących tam egotyków, szczerze przekonanych że władza to nie służba a majestat. Ci co mieli zapewnić wodę w kranach uznali w końcu państwo za swój akwapark, ci co mieli posklejać Polaków, rozpętali nowe wojny i samomianowali się mesjaszami.

Jedni mają program: “Precz z tamtymi”. Drudzy: “Precz z tymi, co mówią: precz z tamtymi”. Nic nie zmienią kolejne audyty ani marsze. Polska – to moje zdanie – nie potrzebuje Zbawcy ani Obrońcy Przed Zbawcą. Polska potrzebuje SOLIDARNOŚCI.

Przez ostatnie ćwierć wieku wypracowaliśmy tylu nowych Piłsudskich i Che Guevarów, Robin Hoodów i Adamów Smithów, Bolków oraz Lolków, że moglibyśy ich eksportować. Nam teraz przydałby się ktoś, kto realnie umiałby zlepić Polaków wokół jedynej wspólnej idei, jaka nam jeszcze w genach została. Nie wokół historii, narodu, wiary, Europy czy portfela, a wokół solidarności.

Skąd wiem, że jeszcze ją tam mamy? Bo w realu widzę jak zachowują się rodacy, nie gdy każe im się wziąć udział w dyskusji o pomocy innym, ale gdy stają twarzą w twarz z człowiekiem, który znalazł się opałach. Zwykle kończy się jałowe pitolenie na fejsbuniu czy heheszki na twitterkach, ktoś idzie po bandaż, ktoś inny po herbatę, ktoś dzwoni do syna, żeby natychmiast leciał z kocem.

Ten oddolny instynktowny odruch należy na maksa rozdmuchać i przenieść wyżej, jak najwyżej. My się już nigdy nie dogadamy przy użyciu obecnie używanych w debacie publicznej narzędzi. To co sobie nimi możemy zrobić to wyłącznie wzajemna okupacja. Powinniśmy więc cofnąć się o krok i sięgnąć po te, których jako ostatnich umieliśmy używać wspólnie. Właśnie po solidarność. Tę, o której w swoim eseju pisał ks. Tischner – a la Miłosierny Samarytanin, który gdy ktoś krwawi, nie wygłasza przemówień, nie leci tropić winnych, tylko pochyla się i jak umie, tak bandażuje. Tę, o której pisał Karol Wojtyła w “Osobie i czynie” a później w encyklikach: solidarności społecznej, kiedy to ludzie razem biorą odpowiedzialność za to, co mają razem i w ten sposób powstaje coś, czego wcześniej nie było – dobro wspólne. Bo przecież nie wszystko trzeba koniecznie mieć na własność, żeby się tym cieszyć (patrz Tatry albo Półwysep Helski), a jak ja ze swojej dychy oddam złotówkę i sąsiad też odda, to każdy z nas ma odtąd siłę nabywczą jedenastu zeta, tylko się trzeba dogadać.

Czy to się da zrobić, gdy ludzie mają różne poglądy? Jasne, że się da. Żeby zmienić żarówkę nie trzeba się zgadzać w sprawie in vitro. A my mamy w Polsce naprawdę sporo spraw do załatwienia zanim dojdziemy do tych, co do których nigdy się nie zgadzaliśmy i zawsze nie będziemy się zgadzać.

Do tego potrzeba by jednak było kogoś, kto umie zrobić coś więcej niż odbijać kraj, założyć kolejną partię buntu, albo powtarzać, że wszystko jakoś samo sie ułoży, byleby był hajs. Trzeba by było znaleźć gdzieś polityków, o których wierze będziemy się przekonywać nie podczas transmisji wielkich celebracji (wierzący urzędnik z pewnością znajdzie czas na codzienną Eucharystię przed pracą, a nie w ramach pracy), a po tym czy realnie dają ludziom nadzieję (uwaga: kasa to nie to samo co nadzieja), a nie powiększają ich lęki. Trzeba by było znaleźć takich, dla których jedynym pomysłem na europejskość i humanizm nie jest straszenie Ciemnogrodem i powtarzanie banałów o orgazmie jaki zapewnią każdemu pieszczoty św. Postępu oraz niewidzialnych czułych dłoni rynku.

Producenci kos (na sztorc), męczennicy, pasterze owiec, wesołe Romki i posępni Janusze – już byli. Teraz popękanemu krajowi potrzebny jest ktoś, kto oprócz polityki gospodarczej, międzynarodowej oraz historycznej, przede wszystkim umiałby robić klej. Kogo ludzie nie będą wyznawać albo podziwiać, ale zwyczajnie lubić. Kto przypomni, że człowiek najpierw jest człowiekiem, a później wyborcą. Kto umiałby pokazać szacunek, zanim pokaże, że ma rację. I kto oprócz spraw zasadniczych i wielkich, byłby też specem od nie mniej ważnych drobiazgów. Np. organizowałby comiesięczne spotkania liderów partii, Kościołów i (reprezentatywnych) stowarzyszeń przy winie i grillu. Wprowadziłby dla urzędników “erki” obowiązkowy coroczny wolontariat w świetlicy środowiskowej lub w hospicjum. A do bezdomnych nie jeździł opancerzoną kolumną na Wigilię, ale organizował ją w rządowych pałacach, pokazując w ten sposób wszystkim innym, że nie tylko ci co płacą PIT albo mają siłę dźwigać jakiś sztandar, są obywatelami.

Ja – choć jestem obecnie w fazie zbrzydzenia polityką do poziomu zwracania treści – dałbym takiemu komuś wszystko, co może dać szary obywatel, któremu wystarczy, że ma prawo czynne, a nie kręci go bierne. Czyli głos.

I tak sobie w tym ostatnim tygodniu jeżdżąc po kraju pomyślałem, że kurka wodna dość półśrodków i wydawania kasy na znachorów – teraz to ja wytrzymam tak długo, aż przyjedzie LEKARZ. Przez całe dorosłe życie głosowałem nie za kimś, ale przeciw komuś. A dziś mam 40 lat i chyba dorosłem do tego, żeby serdecznie olać “panów mniejsze zło”, i poczekać na kogoś, kto wreszcie zrozumie, że pokoju nie osiąga się wywołując wojnę.

Solidarność o muerte! Że zacytuję klasyka. 🙂

Reblog: Pani Irenka 2

Karolina Kuszyk

Targowica

Ooo, w kościele to ja już, pani, dawno nie byłam, bo ciągle mam z tym biodrem. Ale Dawidek mi opowiadał, że ludzie u nas na mszy wychodzili. Na mszy po prostu wychodzili z kościoła. Nie żeby normalnie, na papierosa czy żeby na tych tam komórkach coś napisać. Wychodzili i nie wracali. Tego to jeszcze nie było. Pani do kościoła nie chodzi? Ale tak po prostu niepraktykująca czy jakiegoś innego wyznania pani jest? A, niewierząca. No, ja przecież nic nie mówię, każdy musi po swojemu i ze swoim sumieniem. Ale też czasy teraz takie, że wierzyć trudno. W telewizji pani widziała?

Ja nastawione na jedynkę mam, chociaż syn mówi, niech mamusia już tej jedynki nie ogląda, bo to teraz inna telewizja jest zupełnie. No ale jak tu nie oglądać, jak ja przyzwyczajona jestem całe życie, prawie dzień w dzień. Kazik mój mnie tak przyuczył, zawsze mówił, Irenka, trzeba patrzeć, żeby człowiek wiedział, co się dzieje na świecie, nie tak tylko, jak to mówią, czubek własnego nosa i koniec. Patrz ze mną, aby do tej pogody, sportu już nie musisz przecież. No i ja tak przy nim zawsze dziennik i dziennik. Chociaż czasem to mi nawet ździebko się przykrzyło przy tym dzienniku, do kuchni sobie chciałam wyjść, robotę miałam czy coś, a on tylko siedź i siedź. I jak umarł, to ja już potem nie umiałam bez tego patrzenia. Bo jak sobie na dziennik siadam, to mi się tak nawet jakby ździebko zdaje, że Kazik zaraz też przyjdzie i usiądzie. Czasem to nawet co powiem do tego jego fotela starego.

Ale z tym z kościoła wychodzeniem to znowu o tą całą aborcję się rozchodzi, pani. Podobnież teraz takie ma nastać prawo, że już wcale a wcale ta kobieta nie będzie mogła usunąć, nawet jak dziewczynka taka, nastolatka, pani przecież sama wie, jak jest na świecie, różne rzeczy się zdarzają. Z tych dyskotek wracają. Gwałty nie gwałty, albo tak jest, że dziecko zagrożone albo matka. No a ta sprawa co była, jakiś rok temu czy dwa, co w Faktach o niej pisali i w ogóle wszędzie. Pani! Ja tam nie mówię, życie poczęte musi mieć uszanowanie, ale jak od początku wiadomo, że ono nie przeżyje, to życie, to na co kobiecie było rodzić? Lekarze sumienia nie mają, pani. Ale podpisują. Jak to jest – sumienia nie ma i podpisuje, że coś tam, sumienia. Jak pani mówi? Klauzulę? Niech będzie i klauzulę. Ale sumienia to w tym nie ma żadnego.

wiadomosci

I znakiem tego protestu teraz to z kościoła wychodzenie, i nawet nie że same kobiety, mężczyźni też, nie powiem, i to mi się nawet bardzo podobało, że oni tak też za tymi kobietami. No bo jaki to porządek, pani, żeby księża takie rzeczy nakazywali i jakieś baby takie stare z tej ich partii, jak ja, co już dawno po tym, jak to mówią, klimaterium, co już im się tam mało co przytrafi. Śmieje się pani, a mnie wcale nie jest do śmiechu. No, i jak ta jedna kobieta krzyczała i wyszła z kościoła w końcu, a raczej tak ją bardziej wyprosili, to taka inna wychodzi z ławki i krzyczy za nią targowica, targowica. To się w końcu syna pytam, Mietek, co to ta targowica, czy to jakieś brzydkie słowo obraźliwe jest. Bo to nie pierwszy raz słyszałam, w telewizji ostatnio ciągle targowica to, targowica tamto. A Mietek mówi, że teraz tak oni mówią na tych wszystkich, co przeciwko rządowi są. I że ta targowica to taka umowa była zdradziecka, ale aż dawno, dawno, jeszcze jak ta szlachta była, panowie i wszystko, i jak oni tym zaborcom, Ruskim przede wszystkim, i Niemcom, Polskę oddali na podzielenie, zdradzili można powiedzieć, i to się właśnie nazywało targowica. I potem od tego w Polsce zabory nastały. To ja się pytam, czy to w tym sensie, że się targowali o Polskę z tymi zaborcami, bo czego targowica. Targowica to najprędzej od targu pochodzi. I czy tu też jakieś targowanie odbywa się. Ale syn mówi, że mamusiu, to tak się to miasto nazywało, gdzie oni te rozbiory jakby podpisywali. A potem jeszcze powiedział, i od tego czasu to ja coś za bardzo spać nie mogę, mamusiu, tych zdrajców to oni potem karali przez powieszenie. Żeby z tej targowicy, pani, czasem znowu jakiego wieszania nie było. Tylko co targowica ma do aborcji, tego to już nie bardzo zrozumiałam, a pani wie może?

***
I jeszcze raz to samo? To proszę TU, na blogu o Pani Irence…