Tibor, Marek, Ewa

Poeta pamięta

Tibor Jagielski

barbarzyńcy na lesbos

kije bejsbolowe
wchodzą do ogrodu poezji

harfa gra wrzask nędzników
miotanych w te i we wte
koncertem fal epoki plastyku

nie
nie dopadną sapho
nie poruszą nawet
niewdzialnego dla nich świata
tak zadecydowali bogowie

06/03/20

Ewa Maria Slaska

Dobrze, że poeta pamięta. Bo my zapomnieliśmy.

Wirus sprawił, że zapomnieliśmy o pożarach w Australii, więc informuję: skończyły się, za to są powodzie, które rozwlekły szlam ze spalenizną na tereny, które pożar łaskawie ominął. Na szczęście rośliny odrastają. Miliard spalonych zwierząt nie wstanie jednak z martwych.

Zapomnieliśmy o troskach o klimat i zrównoważoną gospodarkę, że nie wspomnę o zrównoważonym odżywianiu. Tłum w Polsce i w Niemczech wykupuje mąkę, makaron i ryż, a im bardziej wykupuje, tym bardziej my, ci, którzy nie wykupują, pytamy sami siebie, czy nie powinniśmy jednak czegoś kupić, bo albo nie będziemy mieli co jeść, albo, gdy w sklepach zabraknie jedzenia, okaże się, że w sklepikach i na straganach możemy jednak kupić to samo, tylko 5 albo 10 razy drożej. Na razie uciekamy się do jakichś drobnych zakupów, typu dwa kilo mąki więcej. Myślę, że wstydzilibyśmy się, gdybyśmy kupili 50 kilo na raz. Zastanawiam się, czy jesteśmy idiotami, czy zakłamani, a może jesteśmy zakłamanymi idiotami. No, ale może jesteśmy jedynymi rozumnymi ludźmi i do nas będzie należało zrównoważone królestwo niebieskie.

Zapomnieliśmy też o tym, co się dzieje na Lesbos. Pamiętają tylko poeci i aktywiści. Tibor już dziesięć dni temu przysłał wiersz, Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, bierze udział w organizacji Walk of Shame.

Tabor Regresywny (czyli Marek)

Wszyscy myślą tylko, jak się uchronić przed wirusem, albo jak nad nim zapanować. Jako baratarysta sprobuję postawić inne pytanie. Czy ten wirus atakuje ludzi, a narastające problemy gospodarki są skutkiem ubocznym, czy odwrotnie? A może wirus atakuje gospodarkę, a ludzie są tylko narzędziem? Nie było by to głupie z jego strony, biorąc pod uwagę problemy z klimatem i ciągle nie rozwiązany problem śmieci. Załóżmy baratarystycznie, że tak jest. Co w tej sytuacji robić? Może spróbować wirusów, wyjść naprzeciw i przestawić się na gospodarkę regresywną? Może wtedy odpuści, wiedząc, że my to zrobimy rozsądniej. Może to nie jest taki głupi wirus, na jakiego wyglada?

EMS

Myślę, że dawno przestaliśmy być tym, co się w prasie szumnie nazywa Twierdzą Europa, i, wręcz przeciwnie, jesteśmy Oblężonym Miastem Europa, którego nie da się ocalić. Od Zachodu odgryzł nam spory kęs terytorium biały, paskudny, ujadający piesek, poszczuty przez rudego kundla. Hapnęli i nazwali to Brexit. Od Wschodu zimny drań, który fantastycznie gra w szachy, rozgrywa swoją partię biednym polskim staruszkiem-pionkiem w kapciach i jego dwoma srebrnymi wieżami, a z Chin nadciągnął ukoronowany wirus. Król Korona. Od Południa kolejny zimny drań spotęgował wirusa falą nieszczęsnych uchodźców napędzonych przez szmuglerów ludzi. Przywozi ich atobusami na granicę z Europą i im więcej wśród nich przerażonych dzieci i zgwałconych kobiet, tym dla niego lepiej. W obozach uchodźców wirus zapewne już zbiera śmiertelne żniwo, tylko nikt nie chce tego widzieć, bo jak zobaczy, to musiałby zareagować. To straszne ludzkie nieszczęście to broń Czarnego Króla, młot na Królową, jedyną, jaką jeszcze mamy.

TR

Przedstawiłaś wiele problemów do pilnego rozwiazania. Proponuję podejście baratarystyczne. Nie rozwiązywać. Spróbować je połączyć. Może zaczną się same rozwiązywać.
EMS

To nie jest lista problemów do rozwiązania. To ocena sytuacji.
TR
Fritjof Capra w ksiazce Punkt zwrotny opisuje praktyki pewnych plemion w sytuacji, gdy ktoś zachoruje. Nikt nie przejmuje sie chorym, natomiast plemię zbiera się i zaczyna dyskutować, co złego zdarzyło się w naszej społeczności, że pojawiła się choroba. Choroba jest traktowana jako symbol (ja bym powiedział: jako komunikat) jakiegoś zła czy naruszenia ładu kosmicznego.

EMS

Tak, na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny.

TR

Odoradzałbym wejscia na drogę zrównoważonego rozwoju. Z dwojga złego lepszy jest ten niepohamowany. Mówię to w związku z eksperymentem z żabami. Żaby wrzucone do gorącej wody, natychmiast wyskakują, żaby wrzucone do chłodnej, którą następnie powoli się podgrzewać, dają się ugotować. Chrześcijaństwo nie do tego zostało powołane, byśmy kroczyli drogą zrównoważonego rozwoju. Zostało powołane po to, byśmy zaczęli wyskakiwać w związku z gwałtownym wzrostem temperatury.

EMS

Będę się upierała – na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny i póki go nie przywrócimy, świat się nam będzie rozpadał w strzępy.

 

Utopia i alternatywa

Składam życzenia koleżance. Kończy 76 lat, życzę jej samopoczucia, jakby miała lat 40. Solenizantka dziękuje za życzenia, ale podkreśla, że młodość nie była utopią. Myślę sobie: “no, kochana, nawet jeśli świat, jak miałyśmy lat 40, nie był optymalny, to jednak byłyśmy młode, mogłyśmy bez trudu włożyć rajstopy, zapiąć sukienkę na plecach, wyjść z wanny, otworzyć słoik, chodzić do pracy w butach na obcasie i przetańczyć całą noc”.  Sprawność fizyczna nie jest utopią. Ale utopia, jak rozumiem, przestała być miejscem bez lokalizacji, a stała się synonimem czegoś idealnego.

Kilka dni później w lokalnej lewicowej gazecie taz znajduję artykuł-pytanie – co nam zostało z “alternatywy”? Kontekst jest oczywisty – tryumfalny pochód AfD czyli nacjonalistycznej i ksenofobicznej partii Alternative für Deutschland, której siłę mogą wzmóc kolejne fale uchodźców na granicy Europy. Założyciele partii użyli słowa alternatywa jako innej opcji czy innego rozwiązania, tymczasem niemiecka lewica odczytała to słowo tak jak sama go używała przed pół wiekiem. Lewica przypomniała sobie swą młodzieńczą filozofię i poczuła się okradziona. Dzisiejsza lewica niemiecka wyrosła przecież w atmosferze protestów politycznych i społecznych podczas i po rozruchach studenckich w roku 1968. Ich owocem była zarówno kultura alternatywna, jak i sama partia, która nazwała się wówczas Lista Alternatywna (LA). Potem berlińska LA połączyła się z zachodnioniemieckiem ruchem Zielonych, powstała partia Zielonych, a potem jej ideały zmieszczaniały, a partia doszła do władzy. Lub może było na odwrót – partia doszła do władzy, a jej ideały zmieszczaniały. Z alternatywnej koncepcji życia pozostało müsli na śniadanie. A teraz taz pyta o to, czyją własnością jest słowo “alternatywa” i nie ma na myśli innej opcji, tylko swoje własne korzenie.

Dwa słowa, które zmieniły znaczenie. Oba związane z ideałami społecznymi mojej młodości, czasu gdy miałam lat 30, 35, 40…

Na pytanie, do kogo należy “Alternatywa” odpowiedziało kilka osób. Oto pierwsza z odpowiedzi, którą pozwoliłam sobie przetłumaczyć, wydała mi się ciekawa, bo dotyczy alternatywy, utopii, lewicy i jeszcze na dodatek literatury, co, jako żywo, składa się na baratarystykę. Wyślę linka do tego wpisu do autora, mam nadzieję, że będzie zadowolony. Zresztą, czy ma alternatywę?

Enno Stahl

Utopijne projekty społeczne

Czy Literatura jest z natury rzeczy czymś Innym? Tym, co się, pozytywnie lub negatywnie, odróżnia od Normy? Bo jeśli tak, to właśnie Literatura byłaby Alternatywą – nie służy bowiem pragmatycznym celom. Jednak raczej tak nie jest, tak tylko może być. Prawo bycia Alternatywą trzeba sobie wypracować. Również Literatura musi na to miano zasłużyć, uwolnić się od towarowości, która jej niemal nieustannie towarzyszy, nawet jeśli towarem ma być tylko uwaga czytelników.

Stosunek Literatury i Alternatywy może przyjąć dwojaką formę. Literatura może bezpośrednio kształtować Alternatywę, tworząc utopijne projekty społeczne. Może też sama w sobie – w treści i formie – stać się Alternatywą do literackiego (a przeto i spoiłecznego) mainstreamu. Utopia literacka należy do klasyki, Thomas Morus, Tommaso Campanella, Francis Bacon. Ex negativo klasyką będzie też literacka dystopia, ukazująca Alternatywę społeczną, po to by przestrzec społeczeństwa przed konsekwencjami ich decyzji –  np 1984 Orwella czy Nowy Wspaniały Świat Huxleya.

Jeśli Literatura chce być sama w sobie Alternatywą, musi zrezygnować z tematów i form powszechnie akceptowanych przez Rynek. Język, narracja, przedstawione osobowości muszą być inne niż to, co jest, eksperymentalne. Trzeba sięgnąć do alienacji, zwiększyć stopień trudności odbioru, stworzyć dzieło hermetyczne lub przeciwnie akrobatyczne. Można użyć treści subwersywnych politycznie, lub naukowo analitycznych. Tylko tak może się jeszcze zdarzyć, że Literatura dołoży swoją cegiełkę do procesu zmian cywilizacyjnych – nawet jeśli będzie wkład minimalny.

Obawiam się, że Redakcja taza obcięła autorowi dalszą część wywodu. Zastanawiam się, co pan Stahl chciał nam w tym tekście jeszcze powiedzieć. A zatem pytam, czy pan Stahl jest baratarystą czy też nie jest?

Barataria w wersji Cervantesa była wg klasyfikacji autora utopijnym projektem społecznym, ale była też okrutną dystopią. Gdy Don Kichot uczy giermka, jak ma postępować, żeby być dobrym gubernatorem, widzi wyspę Sancho Pansy jak państwo idealne, samego zaś poczciwego wieśniaka plasuje w roli idealnego władcy. Gdy jednak okazuje się, że wyspa Barataria nie jest wyspą, doradcy szkodzą władcy, nikogo nie obchodzi los poddanych, a właściciele miasteczka okrutnie sobie ze wszystkich kpią – idealne państwo przestaje być utopią i staje się dystopią. Nie wierz bogatym, przestrzega autor, bo zawsze cię wystrychną na dudka. Jeśli coś dadzą, to zrobi ci to krzywdę, jeśli coś miałeś, to ci to odbiorą, i nawet jeśliś mądry i przebiegły, to na nic ci się to nie przyda. Jak w filmie Parasite – bogaci i biedni żyją na dwóch odrębnych planetach, nigdy się nawzajem nie zrozumieją i nigdy nie dojdzie między nimi do porozumienia. Bogaci wykorzystują biednych, żyją ich kosztem i bawią się ich kosztem. Biedni oszukują bogatych, ale też oszukują siebie nawzajem. Nawet śmierć, morderstwo, przelana krew niczego tu nie zmienią. Co najwyżej możesz dołożyć wszystkich starań, żeby przestać być biednym i stać się bogatym. Przegrasz i tak, a rzadko kto ma tyle mądrości, by, jak Sancho Pansa, dobrowolnie z tego bogactwa zrezygnować.

Sanczo padł na kolana przed Księciem i Księżną, i rzekł:
– Obdarzyliście mnie, wasze wyniosłości, tym urzędem, którego w głupocie swojej
pragnąłem, ale już nie pragnę i nie zapragnę. Jak rządziłem, doniosą wam inni; choćby mylili się lub łgali, ich sąd o mnie będzie bardziej się liczył niźli mój własny. Co na wyspie zostanie po moich rządach, okaże się później; mnie nie zostało nic; goły do Baratarii przybyłem i goły powracam; trochę nawet straciłem na ciele dzięki medykowi przybocznemu i innym; tego sobie już nie odbiorę, niech będzie moja strata; zresztą źle mówię, bo jest i coś, co zyskałem – to przekonanie, że nie zależy mi na rządzeniu ani wyspą, ani królestwem, ani całym światem.
Dziękuję tedy waszym podniosłościom za wszystkie dobrodziejstwa, jakimi mnie obsypali, całuję wasze ręce i stopy, i jak dzieci, gdy się bawią w komórki do wynajęcia, opuszczam tę komórkę, niech w nią wskoczy kto inny, a ja wskakuję w moją starą komórkę, czyli przechodzę na giermkowanie panu mojemu, Don Kichotowi z La Manczy, zwanemu też Rycerzem Lwów, za którym strasznie się stęskniłem, nie mówiąc o tym, że, jak mi szepnął, oczka mu puściły na zielonej pończosze i nie miał ich kto załapać, ale zdaje się, że za długo już przemawiam, więc na tym kończę.

Na tym i ja zakończę dzisiejszy wpis, pokażę jedynie znaleziony ostatnio w sieci kolejny autoportret Jacka Malczewskiego, tym razem w jakuckiej czapce. Pisałam już o autoportretach tego artysty, bo często wyglądał na nich jak Don Kichot, ale tego akurat wtedy nie pokazałam.

Chiny. Dwa dni w lutym 2020 roku

Reblogs

Jeśli myślicie, że Koronawirus, to wszystko, czym nas mogą przerazić Chiny…

1/ Artur Cieślar 
20 lutego 2020
Stracić twarz
codziennie, a raczej conocnie śledzę chińskich blogerów i vlogerów, którzy cudem pańskim omijają cenzurę komunistycznych władz i przemycają swoje relacje do sieci, do youtuba, nam, ludziom Zachodu. coraz mniej tych relacji, bo ci, którzy wykładali karty na stół i wprost mówili o manipulacjach władz dot. działań przeciwko wirusowi, ci, którzy wprost mówili: “hej, komunistyczny rządzie, ja się śmierci nie boję, a ty myślisz, że ciebie będę się bał!”, oni wszyscy zapadli się pod ziemię, znikali jeden po drugim, a ich relacje ustawały. i warto wiedzieć, warto przekazywać dalej, że mamy do czynienia z powtórką a la Czarnobyl, fałszowaniem danych, i aresztowaniami oraz mordami ludzi, którzy dla chińskich władz, ich wizerunku i podejścia, które nam jest obce – “za wszelką cenę nie można przed innymi stracić twarzy”, że komunistyczne Chiny prędzej cały świat zakażą wirusem niż przyznają się do swojej tępej polityki i odpuszczą sobie własne stołki, powołując do życia demokratyczne mechanizmy, których Chińczycy od wieków zwyczajnie nie znają – a bo cesarze, a bo Mao, a bo komuniści zaraz po nim.
przeraża mnie jako zwyczajnego konsumenta informacji o tym, co wydarza się na mojej planecie, że wszystkim rządzą pieniądze, że nawet w naszych mediach dziennikarze głównie martwią się stratami w gospodarce, spowodowanymi blokadą Chin w związku z wirusem. przeraża mnie, że jakoś nie słyszę o wielkich działaniach humanitarnych na rzecz walki z wirusem i pomocy. oni, czytaj Chińczycy, przemycają światu piękne obrazki z najnowocześniejszych szpitali, gdzie personel przypomina astronautów z NASA, gdzie wszystko lśni i jest na glanc monitorowane, zdjęcia ozdrowieńców, którzy z wdzięcznością machają lekarzom bukiecikami kwiatów i opuszczają szpital. tymczasem tam jest Armagedon. tam wszystkiego brakuje. większość Chińczyków jest zakażona i przebywa chorobę we własnych domach, całe bloki, osiedla chorują i nie ma szansy na ambulans ani miejsce w szpitalu. albo chorują na prowizrycznych łózkach polowych, gęsto porozstawianych w salach gimnastycznych szkół. cała masa przypadków zgonów jest nieopisana i nieudokumentowana. ciała zmarłych są zabierane bezpośrednio do krematoriów, a pracownicy tychże nie nadążają ze spalaniem zwłok, są przemęczeni i zdruzgotani tym, że oficjalne dane komunistów nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i że nikt im nie pomaga.
to jedna z najbardziej przerażających pułapek, jakie ludzie zastawili na ludzi w XXI w. to pułapka władz państwowych na własnych obywateli, gdzie metody sowieckie są stosowane na co dzień i po dziś dzień. nota bene: wydalono właśnie wczoraj amerykańskich dziennikarzy z Wall Street Journal, bo zbyt krytycznie przedstawiali sytuację w Chinach! to “mocarstwo”, gdzie ludzi się łamie, a ci, którzy znajdują w sobie pokłady siły i odwagi i nazywają rzeczy wprost, znikają w tajemniczych okolicznościach.
i światu nie przeszkadza handlować i przyjaźnić się z chińskimi władzami, które z każdym kolejnym sprzedanym iPhonem, parą butów, koszulką, garnkiem i samochodem, obrastają w tłuszcz mocy i jeszcze szczelniej obudowują własną twierdzę. twierdzę, która jest pułapką dla ponad miliarda mieszkańców naszej planety.

2/ Andrzej Titkow
23 lutego 2020
Jestem Ujgurem

Koronawirus zwrócił oczy całego świata na Chiny. Ale ten kraj próbuje ukryć przed nami inny horror: chińskie władze wtrąciły do brutalnych „obozów reedukacyjnych” już milion Ujgurów.

Kobiety się gwałci i torturuje, dzieci przemocą odbiera rodzicom.

Trudno uwierzyć, że coś tak makabrycznego może mieć miejsce w 2020 roku przy milczącej akceptacji naszych rządów. Ale my nie będziemy milczeć! Za kilka dni w ONZ może się odbyć debata w tej sprawie. Wierzymy, że światowy apel może skłonić kilka wpływowych państw, by sprzeciwiły się chińskiej bezwzględności. Jeśli każdy, kto to czyta, podpisze naszą petycję, zbierzemy milion podpisów i dostarczymy je na forum ONZ – po jednym podpisie za każdego zatrzymanego Ujgura!

Następnie dostarczymy świadectwa samych Ujgurów do parlamentów całego świata. Będziemy naciskać na globalne koncerny, by przestały uczestniczyć w tym kulturowym ludobójstwie. Pokażmy Chinom i całemu światu, że żądamy, by Ujgurzy odzyskali wolność.

Podpisz

Do Rady Praw Człowieka ONZ, parlamentów naszych państw oraz do przedsiębiorstw prowadzących interesy w Chinach:

Brutalne internowanie i „reedukacja” co najmniej miliona niewinnych ludzi to zbrodnia przeciwko ludzkości. Żądamy reakcji. Apelujemy o potępienie tej potworności, nałożenie sankcji na osoby odpowiedzialne oraz o wycofanie inwestycji – po to, by nakłonić rząd Chin do respektowania fundamentalnych praw człowieka i prawa międzynarodowego. Nie możemy pozwolić na nieustanną inwigilację, reedukację, masowe internowanie, zorganizowane gwałty i tortury i na kulturowe wyniszczenie całego narodu.
Historia będzie pamiętać o Ujgurach – i o tym, co w ich sprawie zrobiliście.

Podpisz petycję

Coś się dzieje, nie wiadomo co

Redakcja

Do redakcji dotarł pewien list otwarty, adresowany jednak wcale nie do Ewy Marii i Przyjaciół tylko… Ale to zaraz, trzeba bowiem zacząć od pewnego wyjaśnienia natury ogólnej.

W roku 2019 w polskich placówkach dyplomatycznych dało się zaobserwować niespodziewane, niekiedy z dnia na dzień, i nie wyjaśniane odgórnie zwolnienia ambasadorów. Kijów i Tokio, o których za chwilę, to nie jedyne takie przypadki. Ciekawe, że zwolnienia dotyczą dyplomatów, którzy zostali mianowani już za czasów rządów PiSu, ambasadorów spoza podwórka PiS, których Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło do pracy jako ekspertów. Niestety, słowo “ekspert” po raz kolejny okazało się dla pisowskich urzędników wrednie niewygodne, zapewne dlatego że sami eksperci okazali się “zasobem ludzkim” za słabo podatnym na naciski z góry.

A zatem list…

Powrót barda

Piękna dziś data, prawda? 02.02.2020
Zobaczcie TU
Ponadto jest to 33 dzień roku i do końca roku pozostały 333 dni

Kiedyś pisał tu co miesiąc, potem stał się bardem opozycji i zniknął, teraz wraca. Za pierwszy z opublikowanych poniżej wierszy dostał wczoraj, po raz kolejny zresztą, jak to sam określił, “bana na Facebooku”. Poczułam, że nie mam wyjścia, muszę poprzestawiać zaplanowane wpisy i natychmiast zamieścić te wiersze.

Roman Brodowski

Taka sobie polityczna rymowanka

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Może ktoś mi zrozumieć pomoże
Jak to jest że nad naszą Ojczyzną
Kaczor krąży nie polski zaś orzeł.

W Sejmie PiSu czcigodni posłowie
Uczą nowych zasad konwersacji
Język płynąć ma prosto z rynsztoka
Mowa kłamstwa pomówień dewiacji

W rządzie także są sami kaczyści
Klub wzajemnej siebie adoracji
Rządzą w imię swej części narodu
Uwalniając ich z pęt demokracji.

Obiecują więc dają… na krechę
Pięćset plus dotacje socjalne…
Choć z pustego Salomon nie nalał
Oni leją – cud Tadka? – normalne?

Poza Sejmem też nowe zwyczaje
Faszyzm śmiało kroczy do wielkości
Krzyże w dłoniach różańce na szyjach
Wartko płyną słowa kat kaczo – miłości.

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Bo zrozumieć nie potrafię tego
Skąd się biorą jednostki społeczne
Które mówią być z PiSem? – nic złego

Berlin 24.01.2019

A teraz kolejne wiersze już z tego roku, ale też jeszcze z ubiegłego.

To tylko sen

Przebudziłem się ciszą
Niby w domu a bezdomny
Odziany w wolność słowa
Krzywego zwierciadła prawd

Ruszyłem w ponad światy
Do ziemi bogatej w jutro
Do nowych lepszych idei
Do wspólnoty bez wad

W gniazdach bogobojnych
Plaga fałszywej miłości
Rozpoczęła kolejny już akt
Ojczyźnianej tragedii jutra

Przebudziłem się płaczem
Przodków czasem pokorny,
Głosem przestrogi wnętrza.
Pamięcią proszącą o trwanie

Berlin 07.01. 2020

Hobbysta

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Prawie za bezcen
Jak zużyty stary łach

Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
A jednak to smutne
Powiedziałem ciszy
Podnosząc nabytek

Jak szalony zbieram
Sentyment wartości
Człowieczego “wczoraj”
Na pokarm filozofii

W mojej kolekcji
Jest wiele homo nihil
Pordzewiała prawda
Namiastka empatii

Jest zużyta tolerancja
I starcza życzliwość
Do oddania młodym
Jako relikt przemijania

Lecz nikt nie chce
Dziwny świat z lamusa
Stał się niemodny
Dla karłowatej pustyni

Dziś niepotrzebne
Zwierciadło bożych łask
Dobro tonie w rynsztoku
A przed nami?…. “lepszy” czas.

Berlin 09 .11. 2019

Na zawsze Ona

Odnalazłem poszarzały
Obleczony w przeszłość
List zapisany strofami
Młodzieńczego patosu

Kilka prostych rymów
W Intymności serca
Romantycznej duszy
Na przedsionku trwania

Odnalazłem czas miłości
Odziany w tęsknotę
Jęczącą pokorą wnętrza
I to pytanie – Dlaczego?

Tylko Jej uśmiech wędruje
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
A zegar wybija kolejny rok.

Berlin 22. 06. 2019

A w nowym roku inaczej

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i była “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiSu dyktator ulica

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność jedność demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu populizm dewiacja

Żal mi naszej polskiej tożsamości
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiSu władza
Dumnie kroczy nacjonalizm faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają: gorycz i oczu łzawienie

Berlin, Grudzień 2019

Moja Żoneczka

Moja Żoneczka jak przed laty,
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy…. tylko dla iej
Ona jest moim dobrym duszkiem

Światełkiem w mroku mego życia
Lekarstwem na jesienny smutek
Płomieniem w czasie niepogody
I zbiorem najpiękniejszych nutek

Jest taka sama jak przed laty
Gdy ją ujrzałem tam… na kresach
Wierny Towarzysz na czas słoty
Który pociesza i rozgrzesza

Berlin 13. 04. 2019

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
Purpura sprzedaje
Zmienia się wiara
Zmienia przeszłość
Płyną złowieszcze
Chmury nad krajem

Na horyzoncie
Armia zbawienia
Czeka na wiernych
Miecza i krzyża
Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Lecz nikt nie wierzy
Że mrok się zbliża

Kroczy przed siebie
„Pierwiastek“ ludu
Z hasłem na ustach
„Bóg, honor, Ojczyzna“
A dla mnie słowa
Dumne, szlachetne
W tym towarzystwie
Brzmią jak „obczyzna“

Nie ma tam Boga
Gdzie nienawiść kwitnie
I nie ma honoru
Gdzie kłamstwo zwycięża
A Ojczyzna umiera
Gdy język wspólnoty
Miast mową przyjaźni
Jest językiem węża

Berlin, wrzesień 2019

Fińska lekcja

Jarosław Suchoples

W ostatnich dniach przez polską prasę przetacza się dyskusja o tym, jak to możliwe, że Finlandii premierem została 34-letnia kobieta, a większość członków jej gabinetu to również panie. Wśród głosów zdziwienia lub zachwytu nie znalazłem jednak właściwie niczego, co tłumaczyłoby polskim czytelnikom w sensowny sposób ten fiński, a w nieco szerszym kontekście północnoeuropejski fenomen.

Dlaczego więc w Finlandii 34-letnia kobieta na czele rządu to nic dziwnego (nic dziwnego dla Finów)? Polscy dziennikarze właśnie po raz kolejny odkryli Amerykę. I nie bardzo wiedzą, jak to odkrycie wytłumaczyć. Próbują konstruować swoje teksty albo w oparciu o biadolenie, że na szczytach władzy na świecie za mało jest kobiet, a Europa Północna to chlubny wyjątek (niestety, nie tłumaczą, z czego się ten wyjątek wziął), albo wpisują się w feministyczną narrację o tym, że świat jest zbyt mało kobiecy, tylko akurat na północy Europy jest bardziej kobiecy (i też nie tłumaczą dlaczego).

No właśnie, dlaczego światem Europy Północnej, bardziej niż gdzie indziej, rządzą kobiety? Odpowiedź jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Najkrócej można by powiedzieć – “historia (i geografia, i klimat), głupcze!”

Zacznijmy od historii, trwających dziesiątki, a nawet setki lat procesów emancypacyjnych. Gdy w XVI wieku do władzy w Królestwie Szwecji, którego częścią Finlandia była wtedy, doszedł Gustaw Waza, skoncentrował się on na ugruntowaniu swej władzy monarszej,  założeniu dynastii i umocnieniu państwa, które dzięki temu nie mogło już stać się łatwym łupem zaborczych sąsiadów (brzmi znajomo, co?) Po to, by mieć pieniądze na utrzymanie dworu, administracji i armii, król przeszedł na luteranizm i skonfiskował majątek kościoła. Pastorzy stali się z czasem urzędnikami państwowymi, których państwo wynagradzało, ale i od których wymagało. Wymagało między innymi transmitowania do głów ludu bożego (wolnych chłopów – Szwecja i Finlandia nie znały pańszczyzny) treści zgodnych z programem państwa, a był on na wskroś pragmatyczny: czasy wikingów się już dawno skończyły, lud boży ma pracować, wystrzegać się pijaństwa, złodziejstwa i wszelkiego występku, przestrzegać prawa i płacić podatki.

W zamian władca otaczał poddanych opieką, tworząc sprawnie funkcjonujące państwo, co leżało i w jego interesie, i w interesie poddanych (zapewniał porządek prawny, spokój wewnętrzny, udział we władzy ustawodawczej i możliwość szybkiego wzbogacenia się poprzez udział w łupieżczych wyprawach wojennych, których ofiarą w wieku XVII stała się również Polska, ale przecież strach przed szwedzkim orężem znali też Duńczycy, Rosjanie, Niemcy, a nawet Czesi). Królowie, opierający swoją władzę na wsparciu otrzymywanym od stanu trzeciego, mogli pokusić się zarówno o złamanie potęgi arystokracji (z czasem stała się ona bazą warstwy urzędniczej, korzystającej nadal ze swego bogactwa, wykształcenia i ogłady, ale pozbawionej już władzy politycznej), jak i próbę stworzenia przynajmniej regionalnego mocarstwa. Niejako przy okazji chłopi i mieszczanie również korzystali z  wolności. Jedni lepiej, inni gorzej, jedni wykorzystując nadarzające się okazje, a inni tracąc je lub przeoczając, ale czyniąc to na własny rachunek i odpowiedzialność.

Tutaj dochodzimy do pierwszego warunku emancypacji kobiet z północy kontynentu. Skoro chłopska rodzina musiała się na własny rachunek utrzymać na gospodarstwie, którego ziemia specjalnie urodzajna nie była, a warunki klimatyczne (długie zimy) nie rozpieszczały, to stała ona przed prostym wyborem: albo wszyscy razem pracujemy po to, żeby razem przeżyć, albo razem zginiemy, jeśli zaczniemy “wydziwiać”, np. dzielić prace na męskie i kobiece. Mróz i głód nie zapytają czyś mężczyzną, czy kobietą. Spiżarnia musi być przed zimą pełna, dom zaopatrzony i wyremontowany, a kto to zrobi (lub nie), to już Wasza sprawa.

Wojny prowadzone przez Szwedów i Finów (tak, tak, szwedzka kawaleria składała się głównie z Finów, którzy na swoich małych, a silnych koniach siali, tak jak niegdyś Mongołowie, popłoch w szergach przeciwników) kosztowały jednak życie wielu ich żołnierzy, a ubytek ten w słabo zaludnionym Królestwie Trzech Koron trudny był do zrekompensowania. Mąż ruszał na wojnę, żona i dzieci zostawały same. Czasem na wiele lat, a czasem na zawsze. To ona musiała przejąć wszystkie obowiązki, nakarmić rodzinę i zapłacić podatki. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że falę funkcjonalnej emancypacji Szwecja, a wraz z nią Finlandia praktykowała przez całe stulecia, począwszy od wieku XVI, podzas gdy reszta Europy miała z nią do czynienia dopiero w wieku XIX, w epoce napoleońskiej (ok. 25 lat) i w wieku XX, w czasie I wojny światowej (4 lata).

Przejście ziem fińskich w roku 1809 pod panowanie rosyjskie nie oznaczało zerwania z dotychczasowymi schematami. W Finlandii nadal obowiązywało szwedzkie prawo, a kraj cieszył się autonomią, która szczególnie po 1863 roku zataczała coraz szersze kręgi. Przydał się tutaj bardzo zależny od państwa (również od Cesarstwa Rosyjskiego) kościół luterański. To w oparciu o jego struktury stworzono efektywny system wiejskiej edukacji (w kraju, gdzie miast prawie nie było, można w zasadzie uznać go za system edukacji narodowej). To wiejski pastor organizował szkołę i uczył dzieci. Religii również, ale przede wszystkim pisania, czytania i podstawowej wiedzy o świecie. Z czasem, po sieci szkół elementarnych, zaczęto tworzyć sieć szkół średnich. Zwieńczeniem systemu było istnienie znakomitego Uniwersytetu Helsińskiego, kuźni kadr administracji kraju, który był oczkiem w głowie wielkich książąt Finlandii, czyli carów Rosji.

Ludzie, którzy umieją czytać, muszą mieć co czytać. I co robić. Nie dziwi więc eksplozja fińskiej prasy, dla kobiet i mężczyzn, rozwój klubów i stowarzyszeń, a wreszcie partii politycznych. Wszędzie tam fińskie kobiety były aktywne w zasadzie od samego początku. Przy tym miały one, moim przynajmniej zdaniem, pewną przewagę. Wciąż było ich więcej. Mężczyźni wędrowali często za pracą, chociażby do pobliskiego St. Petersburga. Nierzadko też emigrowali za ocean, pozostawiając rodziny. I znowu to kobiety musiały stawić, często samotnie, czoła życiowym wyzwaniom. Nic więc dziwnego, że symbolem fińskiej kobiety są jej niezliczone klucze i kluczyki od drzwi, szaf i szuflad całego domostwa. To ona zań odpowiadała. A mąż? Nawet jeśli wrócił, to i tak nie wiedział, gdzie i co się znajduje, a poza tym, to nie on już w domu rządził. W domu był gościem i to nieraz kłopotliwym (ach to pijaństwo i skłonność do przemocy!)

Czymś naturalnym było więc, że kiedy w 1906 roku przeprowadzono reformę parlamentu i systemu wyborczego, kobiety uzyskały w Finlandii prawo do wybierania posłów i prawo bycia wybieranymi jak posłanki. W pierwszym powołanym według nowych zasad parlamencie było ich 19, to znaczy 9,5% ogółu posłów. To był rok 1907. A później już poszło… Jeszcze nie w okresie międzywojennym (wtedy kobiety działały w partiach politycznych i w parlamencie), ale jakieś 25-30 lat po II wojnie światowej już tak, i to nie tylko coraz aktywniej w polityce, ale i w biznesie. Przyszedł czas na pierwsze kobiety ministrów, przewodniczące parlamentu i piastujące urząd prezydenta czy prezesek i członkiń zarządu dużych firm. Dlatego powołanie Sanny Marin na stanowisko premiera rządu to najnaturalniejsza sprawa pod słońcem. I chyba tylko w tak bardzo zajętej sobą Polsce może to stanowić sensację.

Jej premierostwo to również egzemplifikacja fińskiego pragmatyzmu i koncepcji społeczeństwa. Przecież pięcio i pół milionowy naród nie może zrezygnować z połowy, z grubsza rzecz biorąc z połowy, talentu, pracowitości i poświęcenia swoich obywateli (przepraszam, obywatelek). Nie może też powiedzieć połowie z nich, że są gorsi albo że się do czegoś nie nadają. W państwie, którego fundamentem są dwie zasady: poszanowanie prawa i bezwględna równość wszystkich jego dzieci, to po prostu niemożliwe. Czasem wydaje mi się, że ta równość, to jakiś fetysz Finów, ale chyba lepiej tak, niż jakieś dziwaczne podziały na pierwszy sort i inne, panów i chamów, patriotów i zdrajców itd.

Chyba dlatego Polacy Finlandii mogą zazdrościć (przynajmniej niektórzy). Jednak trzeba mieć świadomość, że w Polsce szybko drugiej Finlandii czy Szwecji dla kobiet i wszystkich innych jej mieszkańców nie stworzymy. Najpierw musielibyśmy przekształcić w ekspresowym tempie nasz katolicki kościół w instytucję służącą państwu na wszystkich frontach (kościół luterański jako element systemu obrony państwa – zgrabny temacik na zupełnie inną pogadankę; inną, ale jakby nie do końca), stworzyć rozsądny system edukacji i nie “reformować” go co 4 albo 8 lat, i jeszcze mieć rządy, których absolutnym priorytetem byłoby umacnianie praworządności w kraju i świadomości prawnej wśród jego obywateli oraz koncepcji równości, równości wobec prawa i siebie nawzajem z żelazną konsekwencją, nieznającą albo prawie nieznającą wyjątków. Pewnych spraw nie przeskoczymy. Trzeba je w mozole przerobić i przetrawić. I chociaż dzisiaj wszystko dzieje się dużo szybciej niż w XVII wieku, to wciąż mówimy o czasie liczonym nie w latach, a w pokoleniach. Równość płci nigdy nie była w Finlandii czy w ogóle w Europie Północnej celem samym w sobie. To “tylko” efekt pewnej drogi rozwoju państwa i społeczeństwa. Tylko tyle i aż tyle. To trochę jak z hokejem. W 1976 roku w czasie mistrzostw świata w Katowicach Polska grała z Finlandią dwa razy. Było 3:3 i 5:5. Dzisiaj Finlandia jest mistrzem świata, a gdzie jest polski hokej? Niestety, bez pracy, konsekwencji, wysiłku popartego dobrym planem…, ale o czym ja właściwie piszę.

A tak w ogóle to Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Hyvää joulua ja onnellista uutta vuotta!


Jarek Suchoples jest profesorem wizytującym w Instytucie Sztuki, Muzyki i Badań nad Kulturą Uniwersytetu w Jyväskylä. W latach 2017-2019 był Ambasadorem RP w Finlandii

Giermek na białym ośle (Barataria)

Ewa Maria Slaska

Wiadomo Komu

Przyjechał z daleka Wiadomo Kto – Wieczny Giermek na białym ośle, i uwiecznił to zdarzenie odpowiednią ilustracją.

Bardzo mnie rozbawił ten obrazek, wręcz ponad i tak dobrze zasłużoną normę, bo odczytałam, że to Wieczny Gieremek. Przybył, pomyślałam, by wspomóc Rycerza Grodzkiego, jak to w legendach bywa, dla wspomożenia nowych, wstają duchy dawnych rycerzy, te które śpą pod Giewontem i nawet piorunów się nie boją, i te, które z Barbarossą w Kyffhäusen, i te gliniane nieopodal Shaanxi.

No, ale doczytałam się, i to był jednak Wieczny Giermek, co zresztą i nieprawda, bo czasem już mu bardziej pasuje hełm-kapelusz Don Kichota niż czapka giermka, i jest na to dowód nawet tu na tym blogu i kto chce niech go szuka w kilkuset Baratariach, które się już w międzyczasie objawiły. Choć, jak go znajdziecie, to na głowie będzie miał czapkę.

Przywiózł on był z daleka prezent znacznie powiększający prywatną mą kolekcję donkichotystyki, a mianowicie Don Kichota w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa i z ilustracjami Wojciecha Siudmaka.

Ale sprawił jednocześnie, że w podręcznej biblioteczce baratarystycznej ziać jęła wielka i dojmująca dziura. Przybył bowiem mianowicie tom pierwszy, a Barataria, jak wszystkim wiadomo, znajduje się w tomie II, czemu jednakowoż dało się zaradzić, bo natychmiast ten brakujący tom zamówiłam  i poń pojechałam, przywożąc przy okazji również kota Iwana, który, jak się kochani Czytelnicy za kilka dni przekonacie, też okazał się niezbędny… I tak to z jednego prezentu wyniknęły dwa zakupy i na dodatek jeden wyjazd do księgarni, co jest jeszcze przyjemniejsze, bo dobrze jest dostać nieznane dzieło, ale  lepiej jest mieć przed sobą trzy takie książki.

Tak więc tym razem Barataria w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa.

Mam na półce tłumaczenie Anny i Ludwika Czernych, w internecie, w Wolnych lekturach, bez trudu można sięgnąć po wersję najpopularniejszą czyli przekład Zakrzewskiego. Na chomikuj.pl znalazłam kiedyś tłumaczenie Woroszylskiego, ale translacji Charchalisa nie da się znaleźć, mimo iż tłumacz w wywiadach zapewnia, że wszystko jest. No, ale może było, a nie jest i nie pisze się w rejestr, nie wiem, w każdym razie ja nie znalazłam i dopiero teraz mogłam zobaczyć, co recenzenci mieli na myśli, pisząc (bądź z uznaniem, bądź krytycznie), że język przekładu jest mocny, rubaszny, zrozumiały i zwięzły, tak iż nawet maluczcy mogliby byli poczytać sobie Don Kichota i nader dobrze by go pojęli.

I tak owszem jest, co wydaje mi się zabawne, acz jednak tylko do pewnego momentu. Bo nie spodobało mi się nazwanie Sancha Brzuchaczem, Rosynanta Chabetą, a Dulcynei Cudenią, chociażby dlatego, że jeśli już, to powinna była chyba zostać nazywana Słodyczką. Jeszcze większą zakawykę mam z Sancho Brzuchaczem, bo panza to nie tylko brzuch ale i wątpia, czyli z jednej strony proste flaki, z drugiej jednak również budzące wątpliwości i wynikające ze zwątpienia wróżby ze zwierzęcych wnętrzności, które owym wątpiom nadały nazwę. Wątpia czyli wyciągnięte z brzucha wróżebne mięsiwo dla tych, którzy wątpią w pomyślną przyszłość. W hiszpańszczyźnie też coś z tego można znaleźć, bo panza to brzuch, a pensere – myślenie. Tak więc Brzuchacz jako imię mówiące jest zdecydowanie zbyt ciasne i powinno by brzmieć na przykład Brzumysł. Ale pomysł dosłownego tłumaczenia nie podoba mi się również z innych powodów. Po pierwsze uważam za ryzykowne nadawanie nowych imion z dawna znanym bohaterom książek. Jesteśmy ludkiem konserwatywnym i nie chcemy zbytecznych nowinek. Po co nazywać Sancha inaczej, skoro imię Sancho Pansa świetnie się sprawdziło? Fredzi Phi Phi zamiast Kubusia Puchatka też nie chcieliśmy. Podobnie jak wstrząsnęło by nami, gdyby jakiś tłumacz nazwał Harry Pottera Heniem Ceramiczkiem, a Bilba Bagginsa Torbaczem. Zresztą nie nazywamy Stefana Koronatusem, Leona Lwiskiem, ani Ewy Babą czy Kobietą. A słynny szeryf Brown to przecież Brown (czytany jednak po polsku) a nie Brąz czy Brązowy, a wierna Penelopa zwaliłaby nas z nóg jako kochająca Kaczka. I tak dalej, i tak dalej…
Ale mój opór ma jednak jeszcze i inne przyczyny. Bo imiona i nazwy z innych krajów mają w sobie zapach i smak odmiennych światów, podobnie jak niedubbingowane filmy. Surabaja Johnny, ileż w tym egzotyki, to angielskie imię, przydomek jak indonezyjskie miasto i jeszcze przybył z Birmy… Podobnie jak dźwięki i brzmienia obcej mowy. W W Pustyni i w puszczy Idrys i Gebhr krzyczą na wielbłądy jalla, jalla i to przecież nie jest na miły Bóg to samo, co hejta, wiśta, wio.

Tak sobie myślę, że nie trzeba wszystkiego zbyt przybliżać i zmieniać w swojską wioskę, bo kończy się to tak, że cały świat to jedna wielka Polska, pełna Marysiek, co porodziły syna i Józków, co dziecię pielęgnują. Spolszczony świat traci wyraziste kontury i głębie, uteraźniejsza się i rozrasta. I wtedy okazuje się łacno, że Polska zawsze była, jest i będzie wielka.

Aleć to wszystko furda w porównaniu z tym, że jak się wreszcie dorwę do drugiego tomu i dopadnę Baratarii, to nazywa się ona Bakszysz! Bakszysz! Bakszysz! Po co? Dlaczego? Dlaczego? Po co?

Ależ to jest jeszcze gorzej niż bigos zamiast olla podrida czyli zgniłego garnka, z którego często gęsto pojadają bohaterowie Cervantesa. Choć przynajmniej i bigos, i olla podrida to potrawy z resztek. Jest jednak tak źle, że tylko płakać. Bo nie dość, że bakszysz to nie oszustwo jak hiszpańska Barataria, co tłumacz wie i w przypisie wyjaśnia, to jest to przecież jałmużna, a tymczasem wyspa, którą dostaje Sancho, jest z góry przyobiecaną zapłatą, a jej oszukańczość leży w złych zamiarach pary książęcej, a nie w dobrodusznym Sanchu. Ta wyspa “mu się należy”, jak nagrody pewnej pani i jej kolegom.

W ostatnim akcie opery Julesa Massenet, Don Quichotte, umierający Don Kichot mówi do giermka:

Sancho, obiecałem ci ongi wzgórza zielone i zamki,
nawet wyspę ci obiecałem kwitnącą…
Wciąż leży w mej mocy, by ci ją dać.
Weź tę wyspę, jest twoja.
Błękitne fale rozbijają się o jej brzeg,
jest tak piękna, tak przyjazna…
Weź ją, to Wyspa Marzeń!

Błędny rycerz nie płaci swojemu giermkowi żołdu, byłoby to nieromantyczne i zgoła drobnomieszczańskie, w nagrodę za wierne służby błędny rycerz daje swemu towarzyszowi i przyjacielowi co najmniej zamek lub posiadłość, najchętniej jednak wyspę, a czasem nawet jakieś niewielkie państewko.

Jest to tak nagminne w opowieściach, że wcale nie powinno dziwić nikogo, że w drugiej połowie drugiego tomu Sancho jednak dostaje tę swoją wyspę i sprawuje na niej godne rządy, choć przecież wszystko jest tylko złośliwym żartem Księcia i Księżnej. Problem z nazwą tej wyspy jest jednak dwojaki. Bo to z jednej strony Kraina Kłamczuchów i Oszustów, po drugie jednak – i jest to nader ważne – jej nazwa pojawia się w książce tylko raz i to mimochodem. A tu tłumacz używa sobie do woli na oryginale i szafuje nazwą Bakszysz na lewo i prawo.

I dlaczego to wszystko takie ma być znowu ważne? Ano dlatego, że ta Barataria raz jeden jedyny nazwana w powieści, nie umknęła i nie przepadła. Nie! Barataria obrosła w prawdziwym świecie setką a może tysiącem znaczeń, i to zarówno namacalnie i fizycznie, jak i metaforycznie.

Na jej cześć nazwana została wyspa, zatoka, okoliczne przesmyki i kanały, rezerwat przyrody na wyspie. O tych miejscach powstały książki, filmy, scenariusze teatralne.
Ponieważ przez kilkanaście lat mieszkał tu słynny pirat, Barataria stała się wzorem wszystkich Wysp Skarbów na świecie i zainspirowała pisarzy i reżyserów do napisania i nakręcenia różnych korsarskich opowieści.
Ponieważ była krainą oszustów, była kontynuacją, ale też i wzorem następnych naśladownictw, w których chciano przedstawić świat łgarzy.
Ponieważ jej gubernator okazał się władcą mądrym, sprytnym i uczciwym, stała się kolejnym wcieleniem Raju na Ziemi czyli Utopii. Powieliła wzory, ale też sama stała się wzorem. Była też, dodajmy, modelem kraju dalekiego i egzotycznego, w którym można było osadzić każdą opowieść.
Ponieważ Sancho chętnie czerpał z mądrości ludowych jakimi są przysłowia, pojawiła się co najmniej jedna antologia przysłów, na tle których osnute zostały niewielkie zgrabne sztuki teatralne – nazwana Dwór Barataria.
Ponieważ władza Pansy jako Gubernatora rychło się skończyła, okazało się, że Pansa to wcielenie Salomona, a zarazem Karnawałowy Król, prawdziwy władca pozbawiony władzy lub jego zamiennik. Mityczny władca zabijany raz na rok na taką prawdziwą dobrą wróżbę, a nie te nasze głupkowate lania wosku w Andrzejki i topienie ołowiu w Sylwestra.
Powstało kilkadziesiąt książek, obrazy i gobeliny, koszulki trykotowe i flagi. Opery, balety, marsze i utwory jazzowe, a także kilka sztuk teatralnych, realistycznych, przygodowych, fantastycznych, szalonych, a nawet naukowych, które opisują Baratarię. I wcale nie mam tu na myśli prac naukowych na temat Cervantesa i jego bohaterów.

Powstały hippisowskie komuny i miasta, tak nazwane. Hotele, osiedla, restauracje i sklepy z pamiątkami. Pomniki. Nawet nie silę się, by sporządzić jakąkolwiek listę.

Fascynujące jest śledzenie, ile przemian i wcieleń może mieć jedno jedyne słowo wymyślone przez pewnego pisarza 400 lat temu. To tak, jakby po całym świecie rozprzestrzeniło się, zawsze używane w języku oryginału czyli po polsku, słowo “blaskomiotny” wymyślone przez Waldemara Łysiaka.

Tymczasem Charchalis pozbawił Czytelnika tych radosnych skojarzeń, tej swobodnej i pełnej fantazji wędrówki po krętych ścieżkach, jakimi wędrują motywy i tematy literackie, posyłając Czytelnika w diabły, czyli do krainy natrętnych żebraków, zawodowo domagających się bakszyszu. Och, Panie Wojciechu, jaka szkoda, jaka wielka szkoda.

Byłam tym Bakszyszem zamiast Baratarii tak rozżalona, że ofiarodawca ułożył nawet limeryk na ten temat:
Była pewna Ewa Maria
Jej to była Barataria
Czasem w głos krzyczała “kysz!” –
Określenia typu Bakszysz
Były dla niej jak malaria.

Wszystkie zdjęcia we wpisie (prócz globusa) – Wiadomo Kto: A.Ł.

“Sprawą Charchalisa” zajmuję się jeszcze w kolejnych wpisach: TU  i TU


A skoro już tam na górze wspomniałam Tomasza Grodzkiego, dzisiejszego naszego Rycerza Szlachetnego Oblicza, to pomyślałam, że może chcecie na spokojnie przeczytać orędzie, które Marszałek Senatu wygłosił w TVP kilka dni temu, albo go posłuchać. To proszę – TU jest tekst, a TU nagranie.

Księgi Jakubowe. Co napisaliśmy kilka lat temu?

Dwa nienowe, sprzed kilku lat, głosy o Księgach Jakubowych. Lecha Milewskiego i mój. Ciekawe, że oboje porównaliśmy tę powieść z inną, o dobre 130 lat starszą…

Lech Milewski

1 września 2016

Przeczytałem Księgi Jakubowe

– To jest nikwe detom rabe – droga do przepaści, ta Częstochowa, 
ta Jasna Góra. To jest Brama Rzymska, przy której, według innych 
słów Zoharu, siedzi Mesjasz, rozwiązując i zawiązując…
To jest ciemne miejsce, przedsionek do otchłani, 
w którą musimy my iść, żeby uwolnić uwięzioną tu Szechinę…
(…) bo tu więziona jest Szechina, na tej nowej górze Syjon, 
schowana pod malowaną deską, pod obrazem, jest Panna…

Olga Tokarczuk – Księgi Jakubowe

Tytuł wpisu brzmi nieco jak triumfalny anons.
Słusznie, zacząłem bowiem je czytać jeszcze w zeszłym roku.

To nie jest recenzja książki bo nie potrafię takowych pisać. Na ogół już po kilku stronach wiem, czy w opowieści jest dla mnie miejsce. Jeśli jest, to wchodzę i trudno mnie stamtąd wygonić. Jeśli nie ma to… czasami zmykam, czasami przyglądam się jak turysta.

W przypadku Ksiąg Jakubowych był to ten ostatni przypadek.

Z pozycji turysty oceniałem bardzo staranne wydanie książki. Przyjemnie na nią patrzeć, przyjemnie dotykać. Dwa detale nieco mnie zaskoczyły…


Zdjęcie górne z Blogu Poly Jazyk, dolne – z Allegro

Jak widać powyżej pod ostatnią linią każdej strony znajduje się, wydrukowane słabiej, pierwsze słowo strony następnej. I odwrotnie, przed pierwszą linią nowej strony, wydrukowane jest słabszym drukiem ostatnie słowo strony poprzedniej.

W pierwszej chwili wydało mi się to sympatycznym objawem troski o czytelnika. Na dłuższą metę wydało mi się pretensjonalne.

Druga sprawa to numeracja stron. Na pokazanym powyżej górnym lewym rogu strony widnieje numer 783-781.

Dlaczego najpierw większy numer? Ano dlatego – strony numerowane są “po żydowsku” Na pierwszej stronie numer 993, na ostatniej numer 1.

Autorka wyjaśnia, że miała na celu uświadomienie różnic językowych, strony książek w języku hebrajskim przewraca się od prawej do lewej.

To stwierdzenie dyskwalifikuje cały pomysł. Tak, strony książek w języku hebrajskim przewraca się od prawej do lewej i tak własnie, kolejno, sa ponumerowane. Strony książka Ksiąg Jakubowych przewraca się od lewej do prawej, więc taka numeracja nie ma sensu.

To znaczy, pewien sens jednak ma – czytelnik w każdej chwili zdaje sobie sprawę, ile jeszcze zostało mu do przeczytania. Dużo.

A co też turysta wyczytał?

Treści za dużo żeby o niej pisać. Wspomnę tylko gdzie byłem.

Bliski Wschód – Smyrna, Saloniki, Nikopol, Craiowa. Egzotyczne zapachy i smaki, barwne stroje i dekoracje. Tutaj wszystkie postacie i sytuacje mają w sobie coś z opowieści Szeherazady – tu mógłbym pozostać dłużej.

Kresy – Rohatyn i okolice – tu poczułem się jak wśród obrazów Marka Chagalla. Ciekawie, tajemniczo, trochę się w głowie kreci.

Polska Centralna – poczułem się obco. Tu warto było być tylko, żeby zarobić pieniądze.

Brno w Cesarstwie Austro-Węgierskim i Offenbach w Niemczech. Operetka i to raczej tandetna.

Mistyka judajska – w Salonikach i Rohatynie robiła wrażenie, ale już we Lwowie, Częstochowie czy Brnie, zupełnie nie, a może nawet odwrotnie.

Ludzie. Dużo ich. Najważniejszy Nachman z Buska, później Piotr Jakubowski. Zagubiony w książkach i magicznych formułach. To była bliska mi osoba.

Jeszcze Antoni Kossakowski – Moliwda – w Turcji, Grecji, Rumunii miał w sobie coś z Aladyna. We Lwowie zmienił się w dworskiego intryganta, w Warszawie w autora książki – Suplement “Przewodnikowi warszawskiemu” przez innego Autora wydany w tymże roku 1779 – będącej przewodnikiem po domach publicznych i salonach prostytutek.
Jakub Frank – obawa mieszana z obrzydzeniem.

Żeby jednak dostarczyć czytelnikom jakiejś pożywnej treści podaję linki do dwóch prawdziwych recenzji:

– eseisty Adama Lipszyca – KLIK. W tej recenzji znalazłem uwagi krytyczne bardzo podobne do moich.

– literaturoznawcy Przemysława Czaplińskiego – KLIK. Tu już drugie zdanie mnie “rewoltuje”.

Nie mogę się oprzeć przed kolejnym cytatem:
…optujesz Pani jak inne białogłowy, za tym, żeby się do polszczyzny w piśmie przyznawać więcej. Ja do polszczyzny nic nie mam, ale jak w niej mielibyśmy mówić, skoro słów nam nie starcza? Czyż nie lepiej powiedzieć Rhetoryka niż Krasomówstwo? Albo Philosophia niżeli Miłość mądrości? Astronomia niż Gwiazdarska nauka? I czasu się zaoszczędzi i języka nie łamie.
Według mnie ta recenzja zbytnio koncentruje się na sytuacji społeczno-ekonomiczej Żydów w Rzeczypospolitej obojga Narodów i po pierwsze – zbyt krytycznie ocenia te stosunki, a po drugie – umniejsza bajkowo-mistyczny aspekt całej historii, z czego można wyciągnąć wniosek, że cały frankizm była to finezyjna manipulacja, której jedynym celem było uzyskanie polskich nazwisk i możliwości bogacenia się.
Według mnie nie ma to pokrycia w treści książki.

Księgi Jakubowe nie powędrują jeszcze na półkę. Już się stęskniłem za niektórymi miejscami, osobami i sytuacjami.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat:

Simon ben Jochai, wielki rabbi co żył okropnie dawno temu
i wiedział wszystko, co na niebie i na ziemi dzieje się, powiedział: ‘Talmud – to nikczemna niewolnica, a Kabała – to wielka królowa’.
Czym Talmud napełniony? On napełniony bardzo małymi,
podrzędnymi rzeczami. On uczy, co czyste jest, a co nieczyste,
co pozwolone, a co niepozwolone, co skromne, a co nieskromne.
A czym Zohar, święta księga blasku, księga Kabały, napełniony?
On napełniony wielką nauką: czym jest Bóg i jego sefiroty…
Wiem ja, że wielu Izraelitów mówi, że Talmud ważniejszy,
ale oni wszyscy, co tak mówią, głupi są i nie wiedzą o tym,
że póty ziemia trząść się będzie od wielkich boleści i póty Bóg i Izrael, Ojciec i Matrona, nie połączą się pocałunkiem miłości, dopóki niewolnica nie ustąpi przed królową, Talmud przed Kabałą.

Przepraszam, to z innej książki…

Komitet Upowszechnienia Książki – rok 1951 – tak, wtedy książkami zajmowały się komitety. Bardzo skromne wydanie, żółkniejący, zgrzebny papier. Brzegi kartek nieco nierówne, poszarpane. Bo tę książkę nabywca musiał sam sobie rozciąć. Czyta się dobrze. Do tego ten język, jakiś taki – bardziej żydowski.

P.S. 11 paździenika 2019.
Widzę, że zgubiło się ostatnie zdjęcie. Wyjaśniam więc, że to było  zdjecie okładki Meira Ezofowicza.
PS do PS – od Adminki. Wszystkie zdjęcia się pogubiły – dodałam. Meir Ezofowicz zaraz pojawił by się i tak, bo ja też o nim piszę.

*****
Ewa Maria Slaska

23 października 2015

Reblog: Meir Ezofowicz

Powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe przeczytałam już dawno, zanim ktokolwiek z moich znajomych ją przeczytał, zanim mianowano ją do Nike, zanim ją jej przyznano i zanim w Polsce rozpętała się niebywała akcja nienawiści. Tak niebywała, że jej echa docierają do Europy, która nie może zrozumieć, o co właściwie tym Polakom chodzi? Prawdę mówiąc i mnie jako Polce trudno to pojąć. Oczywiście nikt z tej zgrai nienawistników, która zapluwa internet, nie przeczytał ani słowa z tej książki, nikt nie wie więc, jaką niebywałą historię opowiada. Zresztą w nagonce na Tokarczuk w ogóle nie chodzi o jej powieść, lecz o  jedno zdanie, jakie wygłosiła podczas wręczania nagród, a wręcz o kilka słów: zniewoliliśmy naszych poddanych, zabijaliśmy Żydów.

To oczywiście udowodniona historycznie prawda, ale prawda żadnego z plwaczy i szczwaczy nie interesuje.

Tokarczuk nie jest pierwszą polską autorką, która na temat Żydów napisała Dzieło.  Pierwszym takim Dziełem był Meir Ezofowicz. Wydany w 1878 roku Meir… został uznany przez wielu za „objawienie”. Pisarkę od dawna interesowało życie, kultura i religia Żydów i w tej powieści starała się je wiernie odtworzyć. Prace nad powieścią Orzeszkowa poprzedziła studiami kultury i religii judaistycznej oraz wyprawami do miasteczek żydowskich. Opowiedziana przez Orzeszkową historia małego miasteczka przekształca się powoli w parabolę, stając się przypowieścią o odwiecznym zmaganiu się dobra ze złem, mądrości z ciemnotą i miłości z nienawiścią…

Olgo, teraz też o to chodzi, o spór między ciemnotą a mądrością…

Eliza Orzeszkowa

Meir Ezofowicz

Raz na koniec przybyła z Warszawy do Szybowa kartka papieru zżółkłego i zmiętego w długiej podróży, a na niej wypisanymi były następujące wyrazy:
„Wszelkie różnice w ubiorze, języku i obyczajach pomiędzy Żydami a miejscową ludnością zachodzące znieść. Wszystko, co się religii tyczy, pozostawić nietykalnym. Sekty nawet tolerować, jeżeli te nie będą wpływać szkodliwie na moralność. Żadnego Żyda, zanim dojdzie dwudziestu lat życia, do chrztu nie przyjmować. Prawo do nabywania gruntów Żydom udzielić, a nawet tych, którzy by się rolnictwem zatrudniać chcieli, na pięć lat od podatków uwolnić i inwentarzem rolnym obdarzyć. Wzbronić zawierania małżeństw przed rokiem dwudziestym dla mężczyzn, a osiemnastym dla kobiet”.
Kartkę tę noszono po ulicach, placach i domach, czytano po setne razy, powiewano nią w powietrzu niby chorągwią triumfu lub żałoby dopóty, aż w tych tysiącach rąk niecierpliwych i drżących rozpadła się ona w drobne szmatki, ulotniła się w żółtawy pył i — zniknęła.
Zdania jednak o tym, co przeczytanym zostało, ludność Szybowa nie wyrażała zrazu. Część jej, znacznie mniejsza, pytające spojrzenia zwróciła ku Herszowi, inna, ogromnie większa, badała twarz reba Nochima.
Reb Nochim wyszedł przed próg swej lepianki i chude ręce swe w znak grozy i rozpaczy wznosząc nad głowę okrytą siwymi włosy, zawołał po razy kilka:
— Asybe! Asybe! Dajge!
— Nieszczęście! nieszczęście! biada! — powtórzył za nim tłum zalegający w dniu owym podwórzec świątyni. Ale w tej samej chwili Hersz Ezofowicz stojący u samych drzwi domu modlitwy założył białą rękę za szeroki pas atłasowego chałata, drugą powiódł po śniadej, rudawej bródce, podniósł wysoko głowę okrytą cenną bobrową czapką i nie mniej donośnie od rabina, innym tylko wcale głosem zawołał:
— Ofenung! Ofenung! Frajd!
— Nadzieja! Nadzieja! Radość! — nieśmiało trochę, z cicha i z ukośnym na rabina wejrzeniem powtórzyła za nim nieliczna gromadka jego przyjaciół.
Ale stary rabin słuch miał dobry. Usłyszał. Biała broda jego zatrzęsła się, czarne oczy rzuciły w stronę Hersza wejrzenie pełne błyskawic.
— Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić — zawołał żałośnie i gniewnie.
— Rozum nasz uczynią dłuższym i serca w piersiach naszych rozszerzą — odpowiedział mu od drzwi świątyni doniosły głos Hersza.
— Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać krainę wygnania! — krzyczał reb Nochim.
— Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jej, aby ojczyzną nam była! — wołał Hersz.
— Zabronią nam koszery[ zachowywać i z Izraela uczynią lud chazarników!
— Dla dzieci naszych szkoły pobudują i z Izraela uczynią cedr libański miasto tarniny!
— Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im będzie żony pojąć sobie!
— Kiedy pojmą oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w ich rękach będą już wyrosłe!
— Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z sodomskiej winnicy!
— Przybliżą do nas Jobel-ha-Gadol, święto radości, w którym jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa!
— Herszu Ezofowiczu! Herszu Ezofowiczu! Przez usta twoje mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić chciał do cudzych płomieni!
— Reb Nochim! Reb Nochim! Przez oczy twoje patrzy dusza twego pradziada, który wszystkich Żydów zatopił w wielkich ciemnościach!
Tak wśród ogólnej głębokiej ciszy tłumu, z dala od siebie stojąc, rozmawiali ze sobą dwaj ci ludzie. Głos Nochima stawał się coraz cieńszy i ostrzejszy, Hersza brzmiał coraz silniejszymi, głębszymi tony. Żółte policzki starego rabina okryły się plamami ceglastych rumieńców, twarz młodego kupca zbladła. Rabin trząsł nad głową wyschłymi dłońmi, rzucał postać w tył i naprzód, a srebrna broda jego rozwiała mu się na oba ramiona; kupiec stał prosto i nieruchomo, w szarych oczach jego błyskało gniewne szyderstwo, a ręka za pasem tkwiąca odbijała białością od głębokiej czerni atłasu.
Parę tysięcy oczu szybkimi spojrzeniami biegało od twarzy jednego z dwóch przywódców ludu ku twarzy drugiego, parę tysięcy ust drżało, lecz — milczało.
Na koniec rozszedł się po podwórzu świątyni przeszywający powietrze, ostry, przeciągły krzyk reb Nochima:
— Asybe! Asybe! Dajge! — jęczał starzec z łkającą piersią i załamanymi nad głową rękami.
— Ofenung! Ofenung! Frajd! — podnosząc w górę białą rękę i głosem radością brzmiącym wykrzyknął Hersz.
Tłum milczał jeszcze chwilę i stał nieruchomy, potem głowy jego pochylać się zaczęły ku sobie na kształt fal kołysanych w przeciwne strony i na kształt wód szemrzących szemrać poczęły usta, aż nagle parę tysięcy rąk podniosło się w górę z gestem trwogi i bólu i parę tysięcy piersi wydało chóralny ogromny okrzyk.
— Asybe! Asybe! Dajge!
Reb Nochim zwyciężył.

Potem jednak wszystko przepadło. Tak Orzeszkowa zaznaczyła w powieści cezurę, jaką były zabory. Role się odwróciły. Teraz Hersz Ezofowicz, zwolennik asymilacji, płakał i wołał Asybe! Asybe! Dajge. A reb Nochim nie posiadał się z radości.

— Frajd! Frajd! Frajd! — wołał do ludu stary rabin, dowiedziawszy się, że „wszystko przepadło”, że zatem ci, którzy mieli rozkazywać Żydom, aby brody golili i krótkie suknie nosili, krajowym językiem mówili i w szkołach krajowych się uczyli, roli się imali i w dziecinnym wieku małżeństw nie zawierali — rozkazywać już prawa nie mają.
— Frajd! Frajd! Frajd! Zbawione są brody i długie chałaty; zbawione kahały, chajrymy, koszery, zbawione od zetknięcia się z nauką Edomu święte księgi Miszny, Gemary i Zohar! Zbawionymi od ciągnięcia pługu dłonie wybranego ludu! Zbawionym więc od zagłady lud Izraela!

Cała powieść dostępna jest bezpłatnie w serwisie Wolne Lektury.

Idę na wybory

Ewa Maria Slaska

Uwaga: Agitacja przedwyborcza!

No więc tak – na pewno każdy, kto mnie zna i tak to wie, ale może trzeba to jednak powiedzieć głośno i wyraźnie: jestem lewaczką i będę głosowała na Lewicę. A ponieważ mieszkam w Berlinie i z przyczyn zawodowych nie mogę wyjechać do Polski i głosować w Gdańsku, będę głosowała na Joasię…

Joanna reprezentuje lewicę – to jest oczywiście powód.
Znam ją osobiście – to też jest powód.
Ma dobry program – to powód zapewne najważniejszy.
Ale przede wszystkim… – o tym “ale” za chwilę, bo najpierw może jednak trochę agitacji wyborczej.

Strona na FB 


Joanna Bronowicka – Kandydatka Lewicy do Sejmu i Antoni Komasa-Łazarkiewicz nakręcili wspólnie spot przedwyborczy Joanny. Jeśli chodzicie na demonstracje w Berlinie, to znacie ich oboje.
Antoni jest kompozytorem muzyki filmowej, stworzył między innymi muzykę do filmu “Pokot” Agnieszki Holland. Joanna i Antoni poznali się, organizując w Berlinie Łańcuch Światła w obronie niezależnych sądów. Razem protestowali przeciwko anty-demokratycznej polityce PiS. Angażują się na rzecz Polski otwartej i tolerancyjnej. Ich przesłanie:
Nadchodzące wybory to szansa, by znowu pokazać, że nasz głos się liczy.
13 października, wybierzmy Polskę, w której przestrzegane są prawa człowieka, a sądy, media i kultura są wolne od politycznych wpływów.
W Polsce i na całym świecie – zagłosujmy na Lewicę!

Ale przede wszystkim…

Joanna jest naszą polonijną kandydatką. Nie jestem polityko-znawczynią, nie wiem więc, czy dobrze myślę, ale wydaje mi się, że Joanna jest pierwszą w XXI wieku “naszą” kandydatką – naszą polonijną. Jest młodą, inteligentną, zaangażowaną, miłą kobietą, ma lewicowe poglądy – to wszystko za nią przemawia, ale  ja osobiście uważam, że najważniejsze jest, że reprezentuje Polonię! I – uwaga! – nawet jeśli Joanna przegra i nie wejdzie do Sejmu, to głosy, jakie na nią oddamy nie pójdą na marne. Myślę sobie, że jeżeli Joanna dostanie od nas, Polaków i Polaczek 🙂 z zagranicy, ogromne mnóstwo głosów, to przy następnych wyborach partie walczące o prawo i sprawiedliwość w Polsce będą wiedziały, że muszą uwzględnić również nas – 20 milionów Polaków mieszkających poza granicami Polski.

My wszyscy, Polacy głosujący poza Polską, jeśli nie pojedziemy do naszych własnych okręgów wyborczych, głosujemy na okręg 44 w Warszawie. Tam naszą kandydatką jest Małgorzata Kidawa-Błońska. Jest na pierwszym miejscu, na pewno wejdzie i głosując na nią wzmacniamy opozycję w Polsce. Myślenie strategiczne skłaniałoby więc nas do głosowania właśnie na nią. Dlatego tak ważne wydaje mi się, żeby powiedzieć – tak, dla wygranej opozycji w Polsce będzie się liczył każdy głos oddany na najważniejszą kandydatkę Koalicji Obywatelskiej, ale my, Polacy za granicą mamy też nasz dalekosiężny cel do osiągnięcia – powinniśmy pokazać, że jesteśmy mocni i trzeba się z nami liczyć, a to znaczy, że trzeba głosować na Joannę.

Цензура b Советском Союзе

Kozlov A.A. Control of the information space of the BSSR by local censorship
authorities in 1966–1987

The article discusses the activities of the regional offices for the protection of state
secrets in the press at the regional executive committees (blip) to exercise control
over the information space in the period 1966 – 1987. The methods and scope of
censor control are shown, the positive and negative sides of censorship are shown. It
justifies the thesis that, despite the changes in Soviet society, there was a tendency to
reduce preliminary censorship control. The study was conducted on the basis of
archival materials of the National Archives of the Republic of Belarus, as well as the
State archives of the Vitebsk, Brest and Mogilyov regions.

КОНТРОЛЬ ИНФОРМАЦИОННОГО ПРОСТРАНСТВА БССР
МЕСТНЫМИ ОРГАНАМИ ЦЕНЗУРЫ В 1966–1987 ГГ.

В Советском Союзе для контроля над информационными потоками существовала цензура. Причин этому несколько: средства массовой информации способны активно воздействовать и изменять мировоззрение человека; публичная передача данных могла облегчить доступ к государственным секретам, что могло причинить ущерб в военной, экономической и научной сферах, а также нанести удар по престижу советского государства. Понимая это, власти стремились держать СМИ под тотальным контролем. На местном уровне цензорский контроль осуществляли обллиты. В настоящее время проблема охраны государственных тайн актуализировалась из-за значительного расширения информационного пространства.
К теме политической цензуры обращались белорусские исследователи
А.А. Гужаловский, Л.Л. Смиловицкий, В.К. Ракашевич и др. Но контроль
информационного пространства местными органами цензуры в период 1966-
1987 гг. объектом отдельного исследования не был.

Цель статьи – показать контроль информационного пространства
областными управлениями цензуры в 1966-1987 гг.
Для решения поставленных задач был привлечен документальный
материал из Национального архива Республики Беларусь (фонд 1195),
Государственного архива Витебской области (фонд 3991), Государственного
архива Могилевской области (фонд 1195), Государственного архива Брестской
области (фонд 794). Однако репрезентативность материалов архивов
ограничена, так как копии многих документов, как «не представляющие
исторической ценности» не были приняты на хранение и уничтожены. Но, тем
не менее, архивные источники позволяют рассмотреть изменения в контроле
информационного пространства областными управлениями цензуры в 1966-
1987 гг.
Исследование основано на принципах объективности и историзма. В работе были использованы как общенаучные (анализ и синтез), так и специально-исторические методы (историко-генетический, ретроспективный, историко-сравнительный).
В сентябре 1963 г. Главлит был включен в состав Государственного комитета Совета Министров БССР по печати. На несколько лет его роль и статус снизились [1]. После того, как в 1966 г. органы цензуры вновь были выведены в самостоятельное учреждение, на обллиты легла ответственность за упорядочение издательской деятельности. Теперь им самим приходилось решать все вопросы [2]. Когда им этого сделать не удавалось, необходимо было использовать связь с партийными органами. Тем более, что не редкостью были столкновения редакторов и цензоров. Так, в 1966 г. цензор по г. Новополоцку жаловался в Витебский обллит на редактора Л., которого обвинял в заносчивости и препятствии цензорским вмешательствам в материалы местной газеты. При контроле сложных материалов, в которых содержались государственные или военные тайны, цензор и редактор неоднократно вступали в конфликт. Цензор П. даже отказывался подписывать полосу, так как редактор не захотел снимать нужные сведения, а более того обвинял работника обллита в необоснованных вмешательствах. С подобным отношением столкнулся и
цензор по г. Орше, которому «не удавалось призвать директора местной типографии т. М. к порядку». В обоих случаях обллит призвал своих работников, в случае если общий язык не будет найден, обращаться за помощью в ГК КПБ [2, л. 12–15].
Иногда доходило до прямого противостояния работников радиовещания с органами цензуры и на областном радио. Без представления на цензорский контроль передавались в эфир многие материалы. Таким образом, в 1968 г. был передан репортаж о торжествах в честь 25-летия освобождения Лиозно.
Работники цензуры ознакомиться с текстом передачи не смогли – его не обнаружили, а пленка с записью была уничтожена. 4 июля 1969 г. по радио
была раскрыта величина воинского гарнизона в г. Витебске. На замечания
цензоров работники радиовещания отвечали «грубостью и угрозами» [3, л. 11].
В качестве арбитра снова выступил областной комитет партии, на заседании
которого рассматривался вопрос о нарушениях установленных требований со стороны работников радиовещания [3, л. 4]. Но и после разговора в ОК КПБ
отдельные работники радиовещания продолжали «практиковать» передачу в
эфир без цензорского контроля, затем подкладывали их в свежие выпуски,
чтобы «залитовать» задним числом. Таким образом, были представлены на
контроль репортажи о пребывании в Витебске и Полоцке польской делегации и
ее отбытии [3, л. 18–19].
Частыми были нарушения с несоблюдением сроков подачи материалов,
предназначенных для открытого вещания в эфир, которые должны были
представляться на контроль не позднее, чем за 1,5-2 часа до передачи в эфир.
Но, например, редакция областного радиовещания г. Могилева, как правило,
представляло на контроль обллиту только за 30-40 минут до передачи в эфир, а
в отдельные дни за 10-20 минут. 4 августа 1969 г. материалы были доставлены в
19.50, а в 20.00 началась передача в эфир [4, л 14]. 2 февраля 1970 г. материалы
выпуска радиовещания поступили на контроль в 20.05. Они еще лежали на
столе цензора, а в 20.10 прозвучали позывные областного радио и началась
передача незавизированного текста [5, л 1]. Главлит БССР постановил, что с 5
августа 1971 г. предварительный контроль всех материалов, в том числе и
вестников областного радиовещания должно было проводиться только в
рабочее время [6, л. 25]. Последующий контроль за материалами областного
радио и телевидения должен был осуществлятся в порядке периодического
просмотра выданных в эфир передач. Так должны были пресекаться случаи
передачи в эфир материалов без прохождения предварительного контроля
[7, л.7].
На недостатки в работе областного радио указывал и Брестский обллит в
1971 г. Сообщалось также, что «выпуски радиопередач идут к микрофону
грязными с множеством правок, от которых выпуски становятся не
читабельными как со стороны цензоров, так и дикторов». Кроме того, Брестское
управление обращало внимание партийных и советских органов на отсутствие
продуманной пропагандистской работы местного радио. По мнению обллита,
во время работы съезда редакция радио «не организовала глубоких и
содержательных передач из важнейших предприятий и строек области». Таких
строек в области было немало: например, как Барановичского
хлопчатобумажного комбината, Пинского комбината верхнего трикотажа,
Березовской ГЭС, Электромеханического и электролампового заводов. Вместо
этого под рубрикой «Съезду – достойную встречу!» давались, например, такие
материалы, как репортаж из пиввинкомбината, репортаж по пожарному спорту
и ряд других подобного рода материалов [8, л. 3].
Что касается местного телевидения, то в период с 1960 по 1973 гг. оно
постепенно появилось во всех областях БССР. Причем оно имело связи с
зарубежными странами. Например, журналисты округи Франкфурта-на-Одере
(который являлся городом-побратимом Витебска) специально готовили
тележурнал для Витебского телевидения. Коллегия Гостелерадио БССР
требовало от местных комитетов, наряду с улучшением качества передач,
сконцентрировать усилия на освещении основных направлений идеологической
и массово-политической работы. Таких как: формирование марксистско-
ленинского мировоззрения рабочих, показ социально-экономических
завоеваний реального социализма, советского образа жизни, пропаганда идей
социалистического интернационализма, советского патриотизма,
контрпропагандисткая работа по раскрытию «человеконенавистнической»
сущности империализма и т.д. В связи с этим обращалось особое внимание на
содержание таких телерадиоциклов как «Идеологическая работа и опыт»,
«Диалог», «Человек и коллектив» [9, л. 3].
Среди телепередач для цензоров наибольшие проблемы представляли
передачи новостей, которые требовали оперативного контроля, что увеличивало
возможность проникновения в эфир запрещенных сведений. Так, в выпуске
теленовостей Витебского комитета по телевидению и радиовещанию за 2
октября 1973 г. в процессе предварительного контроля была выявлена
политически вредная информация, сопровождаемая кинокадрами (текст не
сохранился). Витебским обллитом были поставлены в известность
ответственные работники отдела пропаганды и агитации ОК КПБ. Автор
информации и руководство телестудии были подвергнуты «серьезному
наказанию» [7, л. 8].
С остальными передачами местного телевидения у цензоров обллитов в
большинстве случаев не возникало таких проблем. Телепередачи приходили на
контроль местных органов цензуры за несколько дней до эфира по заранее
заготовленному сценарию.
Время средней областной телепередачи составляло 10–15 минут (5 страниц машинописного текста). Приуроченные к праздникам (1 мая, 7 ноября) передачи достигали хронометража 1 час 20 минут – 1 час 30 минут (68-140 страниц машинописного текста). На первой странице ставилась виза уполномоченного Главлита и роспись цензора на каждой странице текста [10].
В марте 1982 г. было разработано «Положение о порядке подготовки
областными комитетами по телевидению и радиовещанию передач для
Республиканского телевидения». Согласно ему киноматериалы из областей
были обязаны поступать в Главную редакцию местного телевидения и
радиовещания в следующем виде: кинофильм в ящике, паспорт,
«залитованный» обллитом сопроводительный текст в двух экземплярах.
Телепередачи были обязаны сопровождать «залитованный» сценарий и
микрофонная папка [11, л. 124].
В обязанности органов цензуры входила и защита приоритета советской
науки и техники, предотвращение безвозмездного использования советских
изобретений за рубежом. С этой целью работники областных управлений по
охране государственных тайн осуществляли проверки работы экспертных
комиссий и ведения документации. При проверках выборочно просматривались
акты экспертизы. После каждой проверки проводились совещания с членами
экспертных комиссий, в ходе которых давался анализ оформления протоколов и
актов, излагались рекомендации по соблюдению «Положения о порядке
подготовки материалов к открытому опубликованию», требований по
промышленным образцам и т.д. [12, л. 4].

Экспонаты, представленные на научно-технические выставки, также
получали заключения экспертных комиссий предприятий о возможности
экспонирования для широкого обозрения. На экспонаты издавались
информационные листки или указание на то, что их конструкции были описаны
в технических издания [13, л. 19].
Основным документом по охране государственных интересов в области
изобретений и и изобретательства были «Указания о порядке подготовки к
опубликованию сведений о технических достижениях СССР, которые могут
быть признаны достижениями или открытиями». Однако далеко не всегда
обллиты, имевшие большой объем работы уделяли должное внимание работе с
«Указаниями».
Так, несмотря на неоднократные требования Главных управлений Союза и республики о проведении с экспертами-рецензентами занятий по разъяснению требований Витебский обллит не проводил. Не проводилось изучение «Указаний» и в самом аппарате. Гомельский обллит также не уделял должного внимания разъяснению «Указаний». В результате многие акты экспертизы, составленные предприятиями и организациями Гомеля, Главлит БССР отправлял на переоформление [14, л. 8].
В 1985 г. Брестский обллит осуществил 10 проверок деятельности экспертных комиссий и ведения документации. Такие проверки состоялись на Брестских заводах «Цветотрон» и «Текстильмаш», ковровом объединении, швейной фабрике и фабрике верхнего трикотажа, ЦНТИ, БИСМ, Барановичских СКБ завода автоматических линий и производственном хлопчатобумажном объединении, Лунинецком заводе электродеталей.
В результате было установлено, что в ряде мест экспертные комиссии не
имели «Положения» («Текстильмаш» и ковровое объединение Минлегпрома),
не было ведомственных «Перечней» и на «Текстильмаше», Барановичских
ПХБО, СКБ автоматических линий (Министерства станкостроительной и
инструментальной промышленности). Председателям экспертных комиссий
было предложено запросить ведомственные «Перечни» и «Положение».
Работники обллитов контролировали акты экспертизы и в случае замечаний возвращали их составивших их научно-исследовательским учреждениям, предприятиям и объединениям. А так как защиты приоритета советской науки и техники имела важное значение, то малейшее отклонение от установленных правил оформления приводило к отклонению акта экспертизы [12, л. 4–5]. 1971–1985 гг. характеризуются усилением в стране военно-промышленного комплекса, оборонных программ. Наличие в республике предприятий, информация о которых требовала мер по усилению секретности, без сомнения добавляло трудностей в работе работников цензуры. К числу таких относились, например, радиотехнический завод «Мегом» в Витебске, Витебский завод технологического оборудования («Эвистор», основан в 1966 г.), завод Электронной вычислительной техники в д. Никрополье, Витебский телевизионный завод [15,л. 8–9], рогачевский завод «Диапроектор», лидский завод «Оптик», речицкий «Ритм». Многие предприятия автомобильной промышленности выпускали военную технику. Среди них Минский, Белорусский (г. Жодино) и Могилевский им. С.М. Кирова автомобильные заводы, Борисовский автотракторного оборудования, Гродненский карданных валов, 2 подшипниковых завода [16, с. 394].
Основным в работе цензоров был предварительный контроль, но его объем постепенно уменьшался. Так, если в 1950–1960-е гг. предварительным
контролем читались областные газеты, многотиражные газеты, передачи радио
и телевидения, районные газеты (там, где были райцензоры), брошюрно-
плакатные издания и мелкопечатная продукция, то затем, по мере того как
постепенно был ликвидирован институт цензоров-совместителей, сокращались
цензорские пункты – районные газеты освобождались от предварительного
контроля [16, л. 1]. В результате из издававшихся в 1988 г. в республике 120
районных и городских газет, 77 многотиражных газет, без предварительного
контроля органов Главлита выпускались 119 районных и 41 многотиражная
газета [16, л. 33]. Объем предварительного контроля сократился в 1988 г. также
в связи с освобождением от предварительного контроля служебных документов
партийных, советских и комсомольских органов [18, л. 4].
Предварительным контролем в областных управлениях занимались все
работники (в каждом обллите к 1980 г. осталось по четыре цензора). Его объем
год от года в каждом управлении мог меняться, но был в пределах 2000–2800 учетно-издательских листов в год (44000 – 61600 страниц машинописного
текста). Постановлением Коллегии Главлита СССР «О штатной численности и
нагрузке в местных органах» от 28 декабря 1982 г. нагрузка редакторского
состава обллитов была выравнена. Например, в 1982 г. Витебском обллите на
начальника управления приходилось 559 уч. изд. листов, на редакторов – 784,
720 и 725 соответственно в год [19, л. 9]. Таким образом, в среднем каждый
цензор предварительного контроля ежедневно вычитывал 2,4 учетно-издательских листа (50–55 страниц машинописного текста).
Последующий контроль превосходил предварительный в несколько раз.
Его объем даже в одном обллите в различное время колебался. Например, в
Брестском управлении он был от 6330 до 9267 учетно-издательских листов в год
(139260–203874 страниц машинописного текста), т.е. каждый день на одного
сотрудника в среднем приходилось от 6 до 9 учетно-издательских листов (132–198 страниц машинописного текста) [20, л. 6].
Если сравнивать объем работы обллитов и Главного управления
республики, то норма дневной выработки цензора Главлита БССР в 1987 г. на
предварительном контроле была 10 для цензора книжно-журнальной группы, 7
для цензора газетной группы, 12 для цензора участка в БелТА. Нормы
последующего контроля в Главлите для тех цензоров, что читали вёрстки,
совпадали с нормами предварительного контроля. А для тех, кто читал
подписанные к печати издания, дневные нормы были увеличены до 50 листов
[21, с. 50]. То есть, по показателям предварительного контроля обллиты
значительно уступали Главлиту. Но учитывая то, что сотрудники обллитов
занимались одновременно и предварительным и последующим контролем, то
объем их работы был сопоставим, а порой им приходилось вычитывать даже больше материала, чем в аппарате Главного управления. Если сравнивать показатели объема работы с периодом 1953–1964 гг., то тогда, например, в Брестском обллите, в
среднем на одного цензора приходилось около 1045,12 печатных листов и 351,7 наименований мелкопечатных изданий [22, л. 8].
То есть тогда объем предварительного контроля составлял около 972 учетно- издательских листов. Даже с учетом шестидневной рабочей недели ежедневная
нагрузка на цензора в 3,16 учетно-издательских листа (около 69 страниц
машинописного текста) была больше. При осуществлении контроля
требовалось, чтобы последующий контроль осуществлял более опытный
работник. Но это правило обллитами соблюдалось не всегда. Так, в Витебском
обллите в 1973 г. оперативный последующий контроль за начальником
осуществлял цензор, что считалось недопустимым [7, л. 19].
После того, как в 1987 г. М.С. Горбачев утвердил политику гласности,
средствам массовой информации позволили начать широкую компанию
критики существующего общества и его истории под лозунгом
«возвращения к ленинским нормам». Журналисты сначала осторожно, а потом все смелее начали критику советского государства [21, с. 159]. С 1988 г. началась
ликвидация цензорских пунктов в издательских учреждениях и СМИ. В БССР
первым из них 30 сентября 1988 г. исчез цензорский пункт в минской
типографии «Красная звезда» [21, с. 16.].
Таким образом, отход от принципов «оттепели» отразился в первоначальном увеличении количества вмешательств в контролируемые материалы. При этом основные принципы деятельности не были затронуты.
Органы цензуры получили самостоятельность, но так как по-прежнему
подконтрольные объекты не находились в подчинении органов цензуры, это
порождало возможность противодействия редакторов СМИ сотрудникам
обллитов. Происходившие время от времени конфликты вынуждали партийные
органы вмешиваться в их взаимоотношения.
Следует отметить, что обеспечить полный контроль информационного
пространства обллитам не удавалось. Особенно, это касается радиовещания,
требующего оперативного контроля. Областное телевидение, уже
существовавшее во всех областях, еще не достигало больших масштабов. Это
позволяло заблаговременно в большинстве случаев проконтролировать
материалы телепередач.
Возрастает сложность работы, что было связано с усложнением обстановки в республике. Рост военно-промышленного комплекса осложнял работу обллитов, так как материалы, касающиеся закрытых предприятий, относились к «перечневым» ограничениям. И, в отличие от других объектов контроля, предприятия, имеющие отношения к ВКП, действительно имели стратегическое значение, а потому и нуждались в наиболее строгом контроле со стороны органов цензуры.
Цензура скрывала множество тайн, но необходимость защиты приоритета советской науки не вызывает сомнения. Однако работа порой была плохо организована, не имелось нужных документов, что могло привести к проникновению в открытую печать запрещенных сведений.

Объем наиболее важного компонента в работе любого обллита–предварительного контроля, по сравнению с периодом «оттепели» в 1966 – 1987 гг. даже уменьшился. Сравнение показателя объема выявило, что нагрузка по этому компоненту в обллитах была значительно меньше, нежели у сотрудников Главлита БССР. Что касается последующего контроля, то и он был несколько меньше, чем в Главном управлении республики. Но за счет отсутствия разделения контроля объем работы составлял в местных органах цензуры, как и в Главлите БССР около 200 машинописных страниц в день. Начавшаяся в 1987 г. политика гласности привела к ослаблению контроля информационного пространства, открыла новые возможности для журналистики.

Список использованных источников:
Список