Polka niepodległa

Anna Krenz (Dziewuchy Berlin)

List do polityków / Brief an die Politiker: 2021 bobowska list

Irena Bobowska – Die vergessene Heldin / Zapomniana bohaterka
11 March 2021
Przypominamy o brakującej połowie dziejów. Nadajemy twarz herstorii. 

W naszych działaniach mówimy często o kobietach zapomnianych, anonimowych bohaterkach, jako, że w cywilizacji opartej na patriarchacie, historia pisana jest przez zwycięzców – mężczyzn. Zapisana historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, gdzie dominują bohaterowie – generałowie, przywódcy, żołnierze, papieże. Im stawia się pomniki, o nich pisze.
Dopiero od ok 100 lat kobiety są pełnoprawnymi obywatelkami, dopiero od ok 100 lat mogą studiować i pracować w zawodzie. Tym bardziej, by nadgonić stracone lata, należy pisać i mówić o bohaterkach, też tych dnia codziennego. Nikt za nas tego nie zrobi.

Przez ostatnie lata w Berlinie odbywała się debata na temat miejsc pamięci i możliwej lokalizacji pomnika polskich ofiar nazizmu. Debata była długa, toczyła się wśród mężczyzn na różnych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, szczególnie młode, nie brały w niej udziału.

Kiedy Bundestag debatował pod koniec października 2020 na temat miejsca pamięci polskich ofiar nazizmu, my odprawiłyśmy ceremonię Dziadów (1.11.2020) pod Pomnikiem Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty (Volkspark Friedrichshain), przypominając w spektaklu postaci kobiet w historii, polityce i kulturze: https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Natomiast 11 listopada, w Święto Niepodległości Polski, nieformalnie zmieniłyśmy nazwę pomnika na Pomnik Walczących o Naszą i Waszą Wolność, ujmjując i podkreślając brakującą połowę społeczeńswa – kobiety*, które również walczyły, również przyczyniły się do odzyskania niepodległości Polski, ale nie wspomina się o nich na kartach historii. Podobnie o wolność walczą kobiety w Polsce dziś. I im poświęcamy również symboliczną przestrzeń wolności.

Z powodów politycznych odmówiono nam (w ostatniej chwili) udziału w uroczystym zasadzeniu Drzewa Polonii w grudniu 2020, podczas którego planowałyśmy odczytać wiersze polskich migracyjnych poetek – w tym, Ireny Bobowskiej. Dla Biura Polonii poezja kobiet okazała się problematyczna. Dlatego…

Podczas performance, jaki zorganizowałyśmy 8 marca 2021 w Berlinie, przypomniałyśmy postać poznańskiej antyfaszystowskiej działaczki, Ireny Bobowskiej (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee). We wrześniu 1942 r. przed gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee stanęła Irena Bobowska, młoda poznańska poetka, w wieku 22 lat skazana na karę śmierci za wydawanie niepodległościowej gazety Pobudka.

W wieku dwóch lat przeszła chorobę Heinego-Medina, w wyniku której do końca życia jeździła na wózku inwalidzkim. Przez rodzinę i przyjaciół nazywana była Nenią. Po klęsce wrześniowej 1939 r., już w pierwszych tygodniach okupacji Irena Bobowska przystąpiła do działalności konspiracyjnej pod pseudonimem „Wydra”. Od listopada 1939 r. stała na czele redakcji podziemnego pisma pt. Pobudka. Irena zajmowała się także pisaniem artykułów oraz powielaniem i kolportażem gazet – do tego służył jej wózek inwalidzki. Przewoziła w nim także broń.

20 czerwca 1940 r. została aresztowana przez Niemców wraz z pozostałymi członkami redakcji Pobudki i osadzona w Forcie VII w Poznaniu. Wówczas mogła jeszcze przesyłać rodzinie paczki z brudną bielizną i otrzymywać je wypełnione tylko chlebem, kilkoma dekagramami tłuszczu, cebulą oraz cukrem bądź słodkim pieczywem. Irena chowała w tych opakowaniach krótkie grypsy, w których pisała rodzinie, że wszystko jest w porządku. W Forcie VII zarekwirowano jej wózek inwalidzki, mimo że przez chorobę nie umiała chodzić. Była tam bita, głodzona i torturowana.

Następnie przeniesiono ją do więzienia we Wronkach, potem w Spandau, a w końcu do szpitala więziennego w Alt-Moabit, w Berlinie. Tam 12 sierpnia 1942 r. stanęła przed sądem wojskowym. W trakcie rozprawy pozwolono jej zabrać głos. Wypowiedź trwała 30 minut i nie było w niej ani jednego słowa usprawiedliwienia, czy prośby o ułaskawianie. Bobowska mówiła o czasie zaborów, germanizacji, okrucieństwach trwającej wojny. Otrzymała wyrok śmierci, który wykonano przez ścięcie na gilotynie 26 września 1942 r. Pozostawiła po sobie więzienne wiersze i wiele rysunków.

Wiersz Bo ja się uczę…, napisany w Forcie VII w Poznaniu, na wolność wyniosła w bucie jej ciotka, zwolniona z więzienia we Wronkach. Wiersz ten, pełen bólu, ale i nadziei, krążył anonimowo po więzieniach i obozach koncentracyjnych. Czytały go więźniarki w Oświęcimiu, czytały go więźniarki w powojennym Fordonie.

Przypominamy. Bo była istotna. Bo jest istotna.

****************
Bo ja się uczę największej sztuki życia:

Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!
Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno),
I wiem, jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony
Uchronić się od chłodu.
I wiem, co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.
I nauczyłam się popędzać myślami
Czas, co bezlitośnie lubi się dłużyć,
I wiem, jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…
I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie,
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!

(Fort VII, Poznań)

Wir erinnern Sie an die fehlende Hälfte der Geschichte. Wir geben Herstory ein Gesicht.

In unseren Aktionen sprechen wir oft über vergessene Frauen*, anonyme Heldinnen, denn in einer Zivilisation, die auf dem Patriarchat basiert, wird die Geschichte von den Siegern – Männern – geschrieben. Die aufgezeichnete Geschichte basiert auf einer Abfolge von Kriegen, Konflikten, Gewalt, in der Helden dominieren – Generäle, Führer, Soldaten, Päpste. Ihnen werden Denkmäler errichtet, über sie wird geschrieben.

Erst seit etwa 100 Jahren sind Frauen* vollwertige Bürgerinnen, erst seit etwa 100 Jahren können sie studieren und in ihren Berufen arbeiten. Um die verlorenen Jahre aufzuholen, ist es umso wichtiger, über Heldinnen zu schreiben und zu sprechen, auch über Alltagsfrauen. Niemand wird das für uns tun.

In den letzten Jahren gab es in Berlin eine Debatte über Gedenkstätten und den möglichen Standort eines Denkmals für polnische Opfer des Nationalsozialismus. Die Debatte war lang, sie fand unter Männern in verschiedenen Positionen statt, unter Politikern, im Bundestag. Frauen*, insbesondere junge Frauen*, nahmen daran nicht teil.

Als der Bundestag Ende Oktober 2020 über die Gedenkstätte der polnischen Opfer des Nationalsozialismus debattierte, veranstalteten wir am Vorabend des polnischen Soldaten und deutschen Antifaschisten (Volkspark Friedrichshain) die “Totenfeier” (1.11.2020) und erinnerten an die Figuren von Frauen* in Geschichte, Politik und Kultur in der Aufführung. > https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Am 11. November, dem Unabhängigkeitstag Polens, haben wir den Namen des Denkmals informell in Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit geändert, um die fehlende Hälfte der Gesellschaft einzufangen und hervorzuheben – Frauen*, die ebenfalls gekämpft haben, haben ebenfalls zur Wiedererlangung der Unabhängigkeit Polens beigetragen, aber Sie werden auf den Seiten der Geschichte nicht erwähnt. Frauen in Polen kämpfen heute auf ähnliche Weise für die Freiheit. Und wir widmen ihnen auch einen symbolischen Raum der Freiheit.

> https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/10/11-11-2020-za-nasza-i-wasza-wolnosc-fur-eure-und-unsere-freiheit/

Aus politischen Gründen wurde uns (in letzter Minute) die Teilnahme an der feierlichen Pflanzung des Polonia-Baumes im Dezember 2020 verweigert, bei der wir die Gedichte polnischer Migrantinnen Dichterinnen – darunter Irena Bobowska – lesen wollten. Für die Biuro Polonii Verein erwies sich die Poesie der Frauen* als problematisch. Deswegen…

Während der Aufführung, die wir am 8. März 2021 in Berlin organisierten, erinnerten wir an Irena Bobowska (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee), eine polnische Dichterin, die während der nationalsozialistischen Besatzung Mitgliederin von Untergrundorganisationen in Posen war.

Am 26. September 1942 stand Irena Bobowska, eine junge Dichterin aus Posen, im Alter von 22 Jahren wegen Veröffentlichung der Unabhängigkeitszeitung „Pobudka“ zum Tode verurteilt, vor der Guillotine im Berliner Gefängnis Plötzensee.

Im Alter von 2 Jahren litt sie an der Heine-Medina-Krankheit, wodurch sie bis zu ihrem Lebensende im Rollstuhl fuhr. Sie wurde von ihrer Familie und ihren Freunden Nenia genannt.

Nach der Niederlage im September 1939 begann sie in den ersten Besatzungswochen unter dem Pseudonym “Wydra” unterirdische Aktivitäten. Ab November 1939 leitete sie die Redaktion der Untergrundzeitschrift “Anreiz”. Irena schrieb auch Artikel sowie vervielfältigte und verteilte Zeitungen – dafür war ihr Rollstuhl gedacht. Sie trug auch Waffen darin.

Am 20. Juni 1940 wurde sie von den Deutschen zusammen mit anderen Mitgliedern der Redaktion von “Pobudka” festgenommen und in Fort VII in Posen inhaftiert. Zu dieser Zeit konnte sie noch Päckchen mit schmutziger Wäsche an ihre Familie senden und sie nur mit Brot, ein paar Dekagrammen Fett, Zwiebeln und Zucker oder süßem Brot gefüllt erhalten. In diesen Paketen hielt Irena kurze Nachrichten, in denen sie ihrer Familie schrieb, dass alles in Ordnung sei. In Fort VII wurde ihr Rollstuhl beschlagnahmt, obwohl sie wegen einer Kinderkrankheit nicht laufen konnte. Sie wurde dort geschlagen, verhungert und gefoltert.

Dann wurde sie in das Gefängnis in Wronki, dann in Spandau und schließlich in das Gefängniskrankenhaus in Alt-Moabit, Berlin, gebracht. Dort wurde sie am 12. August 1942 vor ein Militärgericht gebracht. Während der Anhörung durfte sie sprechen. Die Erklärung dauerte 30 Minuten und es gab kein einziges Wort der Entschuldigung oder der Bitte um Verzeihung. Bobowska sprach über die Zeit der Teilung, die Germanisierung und die Gräueltaten des andauernden Krieges. Sie wurde am 26. September 1942 durch Guillotine Schneiden zum Tode verurteilt. Sie hinterließ Gefängnis Gedichte und viele Zeichnungen.

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen.

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

****************
… Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:

Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!
Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.
Und ich weiß, was es bedeutet, Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.
Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…
Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Übersetzung: Ewa Maria Slaska


Fotos: Gabriella Falana

Chodzenie po mieście. Wilsnacker Straße

Ela Kargol

Berlin, Moabit, więzienie, sąd, szkoła, kościół, cmentarze, lew, wąż i ubodzy poeci.

Lubię Berlin, teraz tym bardziej, gdy wiem, że nie mogę się z niego ruszyć, nie tylko ze względu na pandemię. Odkrywam nowe rzeczy, ulice, dzielnice. A klatka schodowa u mojego lekarza na Moabicie przy Rathenower Straße zachwyca mnie za każdym razem, kiedy po niej stąpam.

To tam przy tej ulicy, na rogu z Alt-Moabit kiedyś znajdował się budynek sądu karnego. Niestety nie przetrwał wojny, a imponująca wielkością i treścią rzeźba autorstwa Alberta Wolfa przedstawiająca lwa walczącego z wężem w obronie swoich lwiątek zmieniała kilka razy swoje miejsce i teraz stoi przy Wilsnacker Straße przed kompleksem budynków też sądu karnego, wybudowanych trochę później i rozbudowanych jeszcze później. Lwa odkryłam niedawno, spacerując po Moabicie, wokół więzienia, sądu, szkoły, kościoła, a więc instytycji stojących na straży prawa, moralności i sprawiedliwości. Lew ma symbolizować prawo i sprawiedliwość, a wąż nikczemność zło, kłamstwo i podstęp. Nie zawsze jednak to pierwsze jest prawe, a jeśli jest prawe, to nie zawsze zwycięża. Rozwścieczony lew z łapą uniesioną do góry, z rozwartą paszczą walczy z równie rozjuszonym wężem w obronie swoich lwiątek. Wąż trzyma już w uścisku jedno lwiątko, drugie schowane za tylnymi łapami lwa, nie bardzo wie o co chodzi i w jak wielkim jest niebezpieczeństwie.

Lew i wąż na cokole nie przerywają walki, a więc trudno przewidzieć, jak ona się skończy. Żal mi wprawdzie lwiątek, ale dlaczego miałabym stanąć po stronie lwa?

Ciekawe, że ten sam symbol walczącego z wężem lwa umieściło w swoim nagłówku, dzisiaj można byłoby powiedzieć, użyło jako loga jedno z pierwszych czasopism dla homoseksualistów, które pojawiło się w Niemczech w czasach Republiki Weimarskiej Die Freundschaft. Monatsschrift für den Befreiungskampf andersveranlagter Männer und Frauen.

Na przeciwko „lwa i węża” jest plac zabaw. Mało kto wie, że kiedyś w tym miejscu znajdował się budynek gimnazjum (Königliches Luisen-Gymnasium)

Gimnazjum, jedno z pierwszych w Prusach, gdzie kobiety mogły przystąpić do egzaminu dojrzałości. 29 marca 1896 roku maturę zdało tutaj 6 kobiet: Ethel Blume, Johanna Hutzelmann, Irma Klausner, Else von der Leyen, Margarete von der Leyen und Katharina Ziegler. Popiersie Wilhelma Schwartza, długoletniego dyrektora gimnazjum, a przedtem dyrektora gimnazjum w Poznaniu (Königliche Friedrich-Wilhelms-Gymnasium Posen, dzisiejsza „Trójka”, budynek stoi do dziś) stoi przed placem zabaw, w miejscu dawnej jego szkoły. Wyobrażam sobie, że wiosną i latem, wśród bujnej zieleni jeszcze trudniej będzie je dostrzec. Główny budynek szkolny nie przetrwal do dzisiejszych czasów. Można go tylko zobaczyć na starych widokówkach. Jednak po drugiej stronie Wilsnacker Straße, tuż za „lwem i wężem” zachował się jeden z budynków szkolnych przynależących do luizjańskiego gimazjum, w tej chwili przylegający do budynku wymiaru sprawiedliwości i przez ów wymiar użytkowany.



Gimazjum, a teraz plac zabaw od północnej strony sąsiaduje z cmentarzem przy kościele pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Jest to jeden z czterech kościołów zaprojektowanych dla przedmieść Berlina przez Karla Friedricha Schinkla. Kościół był kilka razy przebudowywany i rozbudowywany przez takie sławy jak Friedrich August Stüler i Max Spitta, a po zniszczeniach wojennych odbudowany według planów Ottona Bartninga.

 

Cmentarz przy kościele projektował Peter Joseph Lenné. Jedynie stare drzewa, których coraz mniej, wyznaczają dawne aleje cmentarne. Cmentarz zamknięto w roku 1904, nie niszcząc wszystkich grobów, w 1935 roku roku zlikwidowano jego część, graniczącą z Wilsnacker Straße. I właśnie tu pochowano ponad 300 osób, które zginęły krótko przed zakończeniem II wojny światowej, cywilów i żołnierzy, dzieci i starców, ofiary i katów. Tutaj spoczął również Albrecht Haushofer, antynazista, geograf, pisarz, autor Sonetów Moabickich (Moabiter Sonette), więziony w moabickim więzieniu przy Lehrter Strasse (w tej chwili w tym miejcu znajduje się park historyczny, a fragment sonetów Haushofera zapisany jest na murze więiennym).

Haushofer wraz kilkunastoma innymi więźniami został rozstrzelany krótko przed końcem wojny, 23 kwietnia 1945 roku w pobliżu więzienia, na zbombardowanym obszarze tzw. Ulap-Gelände (Universum Landes-Ausstellungs-Park). Obecnie na części tego dawnego terenu wystawienniczego znajduje się park. W kieszeni płaszcza zamordowanego Haushofera znajdowały się kartki z 80 sonetami. Grób Haushofera jest honorowym grobem miasta Berlina. Na tablicy na murze cmentarnym cytowany jest fragment jego Sonetów moabickich:

Der Wahn allein war Herr in diesem Land.
In Leichenfeldern schliesst sein stolzer Lauf,
Und Elend, unermessbar, steigt herauf.

(Sam obłęd w tym kraju panował.
Stos trupów jego dumny krok pokona,
I rozleje się nędza, niezmierzona.)

Z postacią Haushofera i z jego miejscem pochówku związana jest historia zmarłego w 2004 roku Rainera Hildebrandta, znanego przede wszystkim jako założyciel muzeum Muru Berlińskiego „Dom przy Checkpoint Charlie” (Mauermuseum – Museum Haus am Checkpoint Charlie). Hildebrandt był studentem Hauhofera, sam uważał się za jego przyjaciela, był związany z ruchem oporu, działającym w kręgu Hauhofera.

Życzeniem Hildebrandta było, aby po śmierci został pochowany na cmentarzu wojennym przy Wilsnacker Straße, obok Haushofera. Poniewaz jest to cmentarz dla ofiar wojny i jej terroru władze miasta nie dały zezwolenia wdowie po Hildebrandcie na pochowanie męża w tym miejscu. Do dziś urna z prochami Hildebrandta znajduje się w berlińskim krematorium w Ruhleben i czeka na pogrzeb.

Gdy stoję przed grobem Haushofera, twidzę, że miejsce dla jego studenta byłoby z każdej strony.

Na części cmentarza przy Kościele św. Jana Chrzciciela oprócz grobów najstarszych, między innymi rodziny Gericke oraz fabrykanta Pfluga, są dwa groby dość nowe, przy murze graniczącym z dawną szkołą powszechną, grób Ronalda Holloway’a i jego żony Dorothei. Oboje byli związani z filmem, z Berlinale, z filmem niemieckim i wschodnioeuropejskim, byli świadkami upadku Muru Berlińskiego i czasu przemian, co zarejestrowali na taśmie filmowej. Są autorami filmu Die Mauertänzerin.

Prawie naprzeciwko cmentarza mieszkała rodzina Wirpszów. Witold Wirpsza zapomniany poeta, prozaik, tłumacz literatury niemieckiej, którego przypomniała mi ostatnio adminka i zaprowadziła pod dom, w którym mieszkał wraz ze swoją żoną Marią Kurecką, również pisarką i tlumaczką. Maria Kurecka przeżyła męża kilka lat, ale nawet po jego śmierci, jak wspomina adminka, często z nim rozmawiała, częstując Ewę Marię zupą z homara, taką z proszku, za kilkadziesiąt fenigów. Na inną pewnie nie było Wirpszów nigdy stać, oboje byli biednymi poetami.

https://ewamaria.blog/2021/02/08/biedny-poeta-der-arme-poet-the-poor-poet/

Kintsugi – dwa teksty

Kasia Krenz

Kiedy ją kupowałam w sklepiku ze starociami, porcelanowa patera była stara, ale cała. Nim doniosłam ją do domu, uszko plastikowej torby urwało się ni stąd ni zowąd, torba spadła na chodnik i patera się nadtłukła. Do domu doniosłam potłuczony antyk w porwanej torbie. Nie byłam szczęśliwa, nie znoszę tłuc i niszczyć, nie lubię nadtłuczonych filiżanek i talerzy i zwykle je wyrzucam, żeby o nich szybko zapomnieć. Patera z nadtłuczonym brzegiem stała się smutnym wspomnieniem tamtej chwili satysfakcji, kiedy wypatrzyłam ją pośród wielu innych przedmiotów.

Foto: Kasia

Takie nie-lubienie zniszczonych przedmiotów to, naturalnie, zadawniona trauma, w tym kraju (TYM Kraju), w pełni uzasadniona, niemały w tym udział miały przemarsze wojsk wszelakich formacji i narodowości: tureckich, szwedzkich, napoleońskich, rosyjskich, pruskich, austriackich, niemieckich, sowieckich (lista jest nieskończenie długa) – wszyscy wiemy, po takich przejściach z rodzinnych serwisów, misek i salaterek niewiele pozostawało. Podobnie „na pierwszy ogień” szły witraże. I drewniane rzeźby.

A więc patera. Obłupaną, ustawiałam tak, żeby nie było widać, czego jej brak. Owoce układane w piramidy też pomagały. Nie pamiętam, jak to się stało, że pewnego dnia w polu mojej wiedzy o świecie, czytaj: o naszym życiu w perspektywie Europy, pojawiła się perspektywa Japonii. Kintsugi! Kintsugi czyli starodawna sztuka naprawiania ceramiki: 金継ぎ (“złote złączenie”), znane także jako kintsukuroi 金繕い (“naprawiać złotem”).

Foto: Kasia

Podobno… Początki stosowania kintsugi sięgają XV wieku, kiedy to siogun Yoshimasa Ashikaga stłukł swoją ulubioną chińską miseczkę do herbaty. Gdy miseczka wróciła z naprawy w Chinach nie był zadowolony: skręcona metalowymi obejmami, zatraciła elegancję linii, lekkość formy. Wtedy pojawił się pomysł, by zamiast metalowych obejm, zastosować żywicę, a linię sklejenia zaznaczyć szlachetnym metalem: srebrem, złotem platyną. Metoda wzbudziła taki zachwyt, że byli tacy, którzy celowo rozbijali cenne sztuki ceramiki, aby można je było naprawić złotymi szwami kintsugi.

Kintsugi jako Sztuka Sklejania Życia. Japońska filozofia wabi-sabi uczy nas zachwytu nad tym, co kruche, codzienne i niedoskonałe, ceni ślady wynikające z użytkowania przedmiotu. Trwałe, wieczne i doskonałe jest tylko wtedy, gdy ustawimy przedmiot w muzealnej gablotce. A nasza codzienność jest właśnie taka: ruchliwa, łamliwa i przez to niedoskonała. Ale jest. I jest naszym życiem. Ślady napraw i sklejania stają się podporą naszej pamięci. Ilekroć układałam owoce na mojej paterze, myślałam o tamtym dniu, kiedy ją kupiłam. A teraz ją skleję i ślad sklejenia podkreślę złotą farbką. Ku pamięci. A ponieważ, w zgodzie z myślą o „przemijaniu postaci tego świata”, tak naprawionemu przedmiotowi tradycyjnie przypisuje się większą wartość artystyczną, niż posiadał on przed zniszczeniem, moja naprawiona patera nabierze nowego znaczenia. I nowej treści.

Za co dziękuję mojej Siostrze.

A jak już skleję paterę, wtedy zajmę się Sashiko (刺し子, lit., “little stabs” „małe ściegi”) – sztuką cerowania.

Materia naszego życia. Krucha – jak ludzkie życie.

Ewa Maria Slaska

Materia naszego życia, napisała moja Siostra. Krucha – jak ludzkie życie.

Krucha, łamliwa, delikatna, ale jak ją skleimy złotem, staje się mocna, może stawić czoło wichrom historii.

Gdy moja Siostra powiedziała, że marzy o Kintsugi, uświadomiłam sobie, że właśnie niedawno widziałam takie złote sklejenie, takie, które nie udaje, że nie ma rany, tylko przeciwnie – właśnie ją podkreśla. Zdjęcie zrobił Konrad, pewnego grudniowego wieczora w Berlinie. Poprzedniego dnia miasto przypomniało rocznicę ataku terrorystycznego, jednego z tych, jakie przed kilku laty wstrząsały Europą. Paryż, Marsylia, Kopenhaga, Londyn, Berlin, Sztokholm, Bruksela, Nicea.

Foto: Konrad

Pamięć o tragedii, która się tu wydarzyła przed czterema laty, 19 grudnia 2016 roku, została sklejona złotym metalem.

Był to największy atak terrorystyczny w Niemczech. Anis Amri, 24-letni Tunezyjczyk, członek organizacji bojowej ISIS (Państwo Islamskie) wzorował się najprawdopodobniej na ataku w Nicei pięć miesięcy wcześniej.

Amri porwał na parkingu 40-tonową ciężarówką Scania (był to tzw. ciągnik siodłowy z naczepą) na polskich numerach rejestracyjnych, zabił kierowcę i wjechał na teren Jarmarku Bożonarodzeniowego w centrum Berlina, na Breitscheidtplatz, tuż koło słynnego Kościoła Pamięci. Ciężarówka staranowała tłum ludzi i stoiska. W ataku zginęło 11 osób oraz ów Polak, Łukasz Urban, kierowca ciężarówki. 67 osób było rannych. W doniesieniach prasowych dziennikarze pisali, że ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie bohaterska postawa Polaka, który próbował powstrzymać terrorystę i spowodował, że nie udało mu się wjechać w głąb jarmarku.

Amri przyjechał do Niemiec w lutym tego roku i zarejestrował się w Berlinie jako uchodźca. Generalnie w Niemczech uważa się, że jego zamach w Berlinie zakończył zainicjowaną przez kanclerz Merkel rok wcześniej przychylną uchodźcom politykę “Damy radę”.

Foto: Konrad

Konkurs na upamiętnienie ofiar ataku ogłosiły władze Berlina w rok po zamachu. Wygrał projekt berlińskiego Biura Architektonicznego Merz / Merz, pilotowany przez dyrektora artystycznego biura, Pabla von Frankenberg. Na pomnik składa się 12 fragmentów białych stopni wmontowanych w szare schody wiodące z ulicy do Kościoła Pamięci. Prostą czcionką na każdym stopniu zapisano nazwiska ofiar w porządku alfabetycznym, a obok kraj ich pochodzenia. Jarmark Bożonarodzeniowy na placu koło Kościoła Pojednania to miejsce masowo odwiedzane przez turystów z całego świata, wśród ofiar było więc wielu cudzoziemców. W poprzek stopni i na skos przez plac wiedzie szczelina o długości 14 metrów, połączona zaprawą, pokryta złocistym metalem – stopem metali szlachetnych i półszlachetnych, w tym złota. Zamach zadał nam jako społeczeństwu symboliczną ranę, mówi von Frankenberg, ranę która musi się zagoić. Zaproponowałem tu starą japońską technikę Kintsugi, która pozwala leczyć rany, ale nie próbuje ich ukryć, jest zatem stałym przypomnieniem. Złoto użyte do “gojenia” ran przeszłości jest metalem, który nie koroduje, przez co od tysięcy lat jest w wielu kulturach i religiach na świecie uważane za nosiciela magicznej mocy.

Foto: Biuro Architektoniczne Merz / Merz

May the force be with us.

Biedny poeta / Der arme Poet / The poor poet

Auf Deutsch – unten  & In English – beneath

Ela Kargol bywa teraz często na Moabicie, o czym wczoraj pisała. To dzielnica, którą bardzo lubię. Mieszkałam kiedyś dość długo w domu niemal naprzeciwko więzienia Moabit, a przedtem jeszcze, na samym początku mego pobytu w Berlinie, bywałam często u Marii Kureckiej-Wirpszowej, która miała mieszkanie w przylegającej do więzienia kamienicy na ulicy Alt-Moabit, (bodaj czy nie numer 22?). Mąż pani Marii, Witold Wirpsza, był znanym opozycjonistą z lat 70 i 80. Oboje byli rodzicami Leszka Szarugi i to on mnie przedstawił swojej mamie. Gdy zaczęłam bywać u pani Marii, Wirpsza już nie żył, ale pamiętałam go z Polski, przede wszystkim z powodu słynnej książki, którą wszyscy po prostu pożeraliśmy – Polaku, kim jesteś? Wirpsza napisał kiedyś wiersz o tym, jak wychodzi z domu i on, człowiek, dla którego tak ważna była wolność, idzie na spacer wzdłuż więzienia.

Ela fotografuje Moabit  i znalazła tam mural z biednym poetą, który dziwnie pasuje do moich wspomnień o dzielnicy Moabit, a może, zwłaszcza, do mojej pamięci o Witoldzie Wirpszy i Marii Kureckiej. Oboje byli przecież “biednymi poetami”. 

Zapraszam na wędrówkę tropem biednego poety. Od razu powiem, to postać symboliczna, obraz nie oznacza (a w każdym razie nie musi oznaczać), że kiedyś poeci żyli aż w takiej nędzy. Choć jeśli przypomnimy sobie choćby Sceny z życia Cyganerii we Francji (tu o tym piszę), to możemy przypuszczać, że i w Niemczech nędza artysty nie była mniej dotkliwa.

Mural na Moabicie, styczeń 2021
Mural in Moabit, Seydlitzstraße, Januar 2021
Foto: Ela Kargol
Mural jest już tu od kilku lat, bo znalazłam w sieci zdjęcie z roku 2015.

Original, Der arme Poet / Oryginał, Biedny poeta /Original, The poor poet
Carl Spitzweg (1808-1885)
1839
Neue Pinakothek München / Monachium / Munich
The best known and most popular painting in Germany / Najbardziej popularny obraz niemiecki i najlepiej znany obraz w Niemczech / Das bekannteste und beliebteste Bild in Deutschland
I przy okazji przypomnienie, że kilka dni temu obchodziliśmy 213 rocznicę urodzin autora obrazu.

Creatobil by Reinhard Heel

Famous figures re-constructed with playmobil / Słynne postaci zrekonstruowane za pomocą klocków playmobil / Bekannte Figuren rekonstruiert mit Playmobil


Vita imitatur artem

Bild Komposition Valentin Abgottspon (November 2006 in Freiburg im Üechtland, court-chemin 15, Dachstockwohnung), Foto Eva Dietl. / Kompozycja Valentin Abgottspon, Foto Eva Dietl, Freiburg im Nov. 2006 / Picture setting Valentin Abgottspon, Foto Eva Dietl


JK

Art Cornelius

Auf Deutsch:

1976 entführte der Performancekünstler Ulay das Spitzweg-Gemälde “Der arme Poet” aus der Neuen Nationalgalerie. Ulay, eigentlich Frank Uwe Laysiepen, spazierte am 12. Dezember 1976 in die Neue Nationalgalerie, reißt Carl Spitzwegs Gemälde “Der arme Poet” (1839) von der Wand und rennt los. Durch die Feuertür entkommt er, rutscht aber vor dem Museum aus. Einer der Wachmänner hält ihn an der Jacke fest: “Jetzt haben wir ihn!“ Doch Ulay kann sich losreißen und springt in seinen schwarzen Citroën. Mit höchster Vorsicht vor Taxifahrern, die nicht selten die Polizei informieren, fährt der Wahl-Amsterdamer nach Kreuzberg. Dort parkt er den auffälligen Fluchtwagen und stapft durch den Schnee – das Biedermeier-Original unter den Arm geklemmt. Ulays Ziel: die Wohnung einer türkischen Gastarbeiterfamilie. Dort platziert er den armen Poeten einfach über dem Sofa im Wohnzimmer.Für die Medien der 70er-Jahre war der Kunstraub ein gefundenes Fressen. Die Bild schrieb “Linksradikaler raubt unser schönstes Bild”, die Berliner Zeitung “Irrer raubte in Berlin das weltberühmte Spitzweg-Gemälde”. Dass das Kunst war, verstand offensichtlich keiner. Und das, obwohl der Aktionskünstler zuvor europaweit sowohl Presse als auch Kunstinstitutionen mit einem Brief informiert hatte. Auch der sofortige Anruf bei Dieter Honisch, damaliger Direktor der Neuen Nationalgalerie, schützte Ulay nicht vor der U-Haft und einer Geldstrafe.

Dokumentiert wurde die gesamte Aktion vom Kameramann Jörg Schmidt-Reitwein, der Ulay mit einem Van folgte. Im Museum machte die Künstlerin und damalige Lebenspartnerin Ulays, Marina Abramović, heimlich Aufnahmen. Der Berliner Galerist Mike Steiner übernahm die Finanzierung des Videos “Da ist eine kriminelle Berührung in der Kunst” sowie den Schnitt – zusammen mit der Fernsehregisseurin Wilma Kottusch. Ulay hat seine Motive klar formuliert: Angeblich war der Künstler schockiert darüber, dass eines von Hitlers Lieblingsbildern in einem zukunftsorientierten Museum Westberlins hing. Tatsächlich war der Kunstraub aber nur ein Teil der Aktion “Da ist eine kriminelle Berührung in der Kunst”.

In English:

Ulay (Frank Uwe Laysiepen, b. 1943), a German artist, based in Amsterdam and Ljubljana, is photographer, performance artist (collaborating f.e. with Marina Abramović). His work continuously deal with politics, identity and gender.In 1976 Ulay decided to steal the painting ‘Der arme Poet’ (The Poor Poet) (1839) by Carl Spitzweg, which was said to be Hitler’s favorite painting, from the Neue Nationalgalerie (New National Gallery) in Berlin. After he succeeded in getting the painting out of the museum, Ulay drove – with the museum guards at his heels – to Kreuzberg, which was known as a ghetto for immigrants. Here, Ulay ran through the snow with the painting under his arm, first to Haus Bethanien (now Kunstquartier Bethanien) and then to a Turkish family living in Muskauerstraße, who had agreed to let him shoot a documentary film in their home – however unaware that it involved a stolen painting. Before entering the family’s home, the artist called the police from a phone booth and asked for the director of the museum to pick up the painting. He then hung up the painting in the home of the family “for the reason to bring this whole issue of Turkish discriminated foreign workers into the discussion. To bring into discussion the institute’s marginalization of art. To bring a discussion about the correspondence between art institutes from the academy to museums to whatever.” Marina Abramović photographically documented the entire action, while Werner Herzog’s former cameraman Jörg Schmidt-Reitwein recorded the action from a vehicle following Ulay’s van. It was a part of the project “criminal touch to art”.

Artystka z Turmstraße

Ela Kargol

Nie wiem kim jest artystka, wiem tylko, że jest kobietą. Sztukę swoją wystawia na i przy Turmstraße w Berlinie, nie zważając na jej ulotność.
A ulotność bierze się stąd, że, jak każdy rodzaj street art, narażona jest na działanie warunków atmosferycznych, zamierzony lub niezamierzony czas jej trwania i ingerencję osób trzecich.
Artystka z Turmstraße jest konsekwentna w tym co robi, nie dbając o poklask i zachwyty.

Zamalowywuje kartki papieru słowomalunkami. Gdy jedne znikają, powstają nowe. Napisy na starych słupach ogłoszeniowych zniknły wraz z nimi, sztukę na trotuarach zmył deszcz i przydeptali przechodnie.

Ostatnio artystka znalazła miejsce, którym zawładnęła. Jest to prawdopodobnie pustostan o nazwie, z której byłaby dumna niejedna galeria – „Milano”.

Zwiedzającego lub przechodnia, któremu niespieszno i który choć trochę zna język polski, zdumiewa, fascynuje, zachwyca konsekwencją i „dowolnością wyrazu artystycznego, zerwaniem z wszelką tradycją i swobodą twórczą, odrzucającą istniejące kanony”, jak w dadaizmie, powtarzalnością jak u Opałki, pasją jak u Nikifora…

Jej notatki, które nazwałam słowomalunkami, są zaszyfrowane dla odbiorcy, może dla niej samej też, pisane najczęściej wielkimi literami, czarnym flamastrem, rzadziej kolorowym.

Pewne słowa powtarza jak mantrę, jakby chciała je szczególnie uwypuklić nadać im ważność, zapewnić im dotarcie do odbiorcy ze swoim przesłaniem.

Turmstraße, ulica, którą wytyczono prawie dwieście lat temu, nazwę swoją, jak podaje wikipedia, zawdzięcza dwóm kościelnym wieżom kościołów dość daleko położonych od siebie. Jeden z nich to kościół św Zofii położony w berlińskiej dzielnicy Mitte, a drugi to kościół św. Mikołaja w Spandau. Wydawało się wtedy, że obie wieże łączy oś widokowa, wzdłuż której wytyczono ulicę Wieżową (Turmstraße). Według Wolfganga Herrmanna, z zamiłowania historyka, było podobno inaczej. Przy Turmstraße były prochownie z czterema prochowymi wieżami i stąd wzięła się nazwa ulicy. Część ulicy, która zniknęła z mapy miasta, przebiegała przez dzisiejszy park Fritz-Schloß-Park, wcześniej koszary Drugiego gwardyjskiego pułku ułanów i dochodziła w pobliże dzisiejszego Dworca Głównego (Berlin Hauptbahnhof).

Przy Turmstraße jest kilkanaście miejsc i budynków wpisanych do tzw. rejestru zabytków, miejsc z historią tą bliską i dalszą.

Do monumentalnego wnętrza gmachu sądu karnego, budynku z początku XX wieku przy Turmstraße prowadzi tylko jeden portal, pozostałe są zamknięte. Wchodzę do środka, żeby zachwycić się znanym mi z fotografii „pałacowym” holem i klatką schodową. Niestety zdjęcia zrobić nie mogłam, czemu się dziwię, sąd to przecież budynek użyteczności publicznej. Do budynku, a ściślej do księgarni (Dorotheenstädtische Buchhandlung) położonego na przeciwko sądu można wejść, a gmach sądu odbija się w dużych oknach wystawowych księgarni.

Idąc dalej mijam budynki do niedawna jeszcze szpitala Moabit, park Kleiner Tiergarten, który w przeszłości cieszył się dużo lepszą renomą, dostrzegam ustawione na cokole półpiersie nieznanego mi dotąd filologa, pisarza, zbieracza baśni i legend, Wilhelma Schwartza, rektora gimnazjum (Luisengymnasium), przy Turmstrasse, które mogę zobaczyć tylko na starej widokówce. Za nią stoi do dziś budynek dawnej szkoły parafialnej, Szkoła graniczy z cmentarzem przy kościele Jana Chrzciciela (Johanniskirche w dzielnicy Moabit) ).

Spotykam szczura, umykającego w zarośla parku i wreszcie widzę z daleka „galerię Milano“ i kartki, napisy, jeden na drugim, jeden obok drugiego, poprzylepiane, podopisywane, zaklejone, odklejone, niby bez składu i ładu.

Są przekazem, niekoniecznie zrozumiałym, są życiorysem, manifestem, pamiętnikiem, zapisem myśli, przestróg i obaw, są sztuką i niesztuką, literaturą i nieliteraturą, o której na pewno warto wspomnieć i ją zapamiętać, bo jest ulotna i ograniczona w czasie. I tak jak wielkie dzieła Christo i Jeanne-Claude, Banksy’ego, czy artystów z berlińskiej East Side Gallery, i wielu innych, tutaj nie wspomnianych, warto ją zatrzymać w pamięci i udokumentować, żeby gdzieś pozostał po niej ślad.

Do widzenia, Viki

Umarła w grudniu, dziś o 12 jest jej pogrzeb. Okazuje się, że podczas pandemii nawet pogrzeby są dobrem limitowanym, na które trzeba czekać w kolejce, bo jedno jest prawo dla żywych i umarłych, a koronnemu królestwu nie będzie końca. Ciekawskim, którzy wciąż mnie o to pytają, odpowiadam: nie, nie umarła na koronę, choć jakie to ma teraz znaczenie. Kolejna przyjaciółka, która odeszła. Ewa Bielska, Maryla Ciechomska, Lonia Krenz, Basia Owsiana, Joasia Trümner, Viki Korb. Do widzenia, dziewczyny. Niedługo się spotkamy.

Odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukkową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Cześć jej pamięci!

12 grudnia 2020 napisałam na Facebooku:

Viktoria Korb (1945 – 2020)

Ale zanim napiszę trochę o Viki i zacytuję kilka jej świetnych bonmotów, zdjęcie, które przypomni nam, jaka naprawdę była (zdjęcie znalazłam na FB jej siostry):

Fajne nogi, dużo blond włosów, czasem uczesanych w dwie puszyste kitki, uśmiech. No i to jej świetne mieszkanie. Prawdziwe wielkie berlińskie mieszkanie, wielkie okna, wysokie sufity ze stiukami. Miała tam osobny pokój na ciuchy, a tam te wszystkie zwykłe i niezwykłe sukienki, o których niekiedy pisała. O tym na przykład, że jakiś pan na jakimś dyplomatycznym przyjęciu patrzy jej w dekolt i żeby to zatuszować, mówi, że ma na sukni bardzo oryginalny ażurowy haft. “Tak”, odpowiada Viki, “to ta siatka, przez którą można patrzeć na świat, jak się jest Afganką i nosi się burkę”.

Jej siostra Lusia na portalu dzismis też pisze o ekstrawaganckich strojach Viktorii: Wiki nienawidziła staników i była prekursorką nienoszenia tego instrumentu tortur. Ubierała się ekstrawagancko, co nie było proste w tamtych czasach, ale ona dawała radę, zresztą miała do tego odpowiednią figurę. To powodowało, że panowie ją często zagadywali. Wiki nazywała to „końskimi zalotami”, do dzisiaj nie wiem dlaczego.

Lusia zamieściła tam takie zdjęcie. Takiej Viki ja, a pewnie my wszyscy, jej berlińscy znajomi, nie znaliśmy. To może nawet fota jeszcze z czasów, kiedy Viki była studentką na wydziale handlu zagranicznego na SGPIS-ie w Warszawie i miała burzliwy romans z pewnym młodym człowiekiem. W mieście tymczasem szaleli hunweibini Moczara i wyrzucali Żydów z partii, stanowisk i studiów. Viki opisała to świetnie w powieści Ni pies, ni wydra, a motywem przewodnim tej książki jest śpiewana przez Barbarę Rylską piosenka Blady Niko. Do dziś, ile razy myślę o Viktorii, słyszę w głowie ten erotyczny refren, blady Niko, blady Niko…

W wyniku wypadków marcowych, w roku 1968 Viki wyleciała dyscyplinarnie ze studiów, wkrótce potem rodzina podjęła decyzję o emigracji i tata z dwiema córkami wyjechał do Wiednia. Blady Niko został w Warszawie, a gdy po jakimś czasie przyjechał do Wiednia, okazało się że niestety stracił cały ów nieprzeparty czar, jak niepyszny musiał więc wynieść się z życia Viki.
Wiki skończyła studia w Wiedniu i wyjechała z ojcem do Kolonii (Lusia pojechała na studia do Izraela), a stamtąd do Londynu. Gdy wróciła, nie pojechała z powrotem do Kolonii, wylądowała w Berlinie, wyszła za mąż, zrobiła doktorat na Freie Uniwersität i rozwiodła się. Zaczęła pracę w Unido, w sekcji pomocy krajom rozwijającym się. Wyjechała do pracy tam gdzie pieprz rośnie, jak to kiedyś sama określiła, pracowała w Indonezji, na Filipinach, a potem w centrali w Genewie. Lusia pisze, że Viki świetnie pasowała do tego rodzaju życia, na dyplomatycznym parkiecie poruszała się z ogromna swobodą i wdziękiem.

Po roku 89 Wiki zamieszkała na dwa lata w Warszawie, gdzie wykładała coś związanego z transformacją ustrojową, ale nie pamiętam co. Tak czy owak wróciła dość szybko i wtedy właśnie się poznałyśmy. Przypadkiem tak się złożyło, że obie nosiłyśmy się z pomysłem założenia czasopisma. Ja próbowałam to zrobić, szukając wsparcia w biurze Barbary John, ówczesnej pełnomocniczki władz Berlina do spraw cudzoziemców, Wiki myślała, że uda się jej namówić na takie przedsięwzięcie Ambasadę Polską. Obie strony nam odmówiły, tak to w życiu jest. W każdym razie spotkałyśmy się na jakimś przyjęciu w Ambasadzie. To były czasy! Po latach komunistycznej inwigilacji pracownicy Ambasady, częstokroć wciąż jeszcze ci sami ludzie, starali się nam, politycznym emigrantom z PRL, nieba przychylić – jeden z nich powiedział mi nawet kiedyś, wie pani, pani Ewo, kiedyś musieliśmy się wami “opiekować”, a teraz mamy się opiekować. I to nie jest ten sam wyraz.
I zaiste nie był. Choć może teraz znowu tak jest, jak było kiedyś. Ale to już zupełnie inna historia.

Stałyśmy obok siebie w tej Ambasadzie, popijałyśmy i zakąszałyśmy jak, nie przymierzając, tatulo Beni Krzyka z Opowieści odeskich Babla, i rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo potrzebne jest w Berlinie porządne polonijne czasopismo społeczno-kulturalne. Nie utrzymujące się z reklam kolorowe magazyny, tylko porządne czasopismo.

Gdy więc zaczęłam zakładać czasopismo, dla którego potem Britta Wuttke zaproponowała tytuł WIR (bo to wyraz, który i po polsku, i po niemiecku coś znaczy), było oczywiste, że Viki będzie w tym brać udział. Pierwszy numer WIRu, zatytułowany Dwujęzyczność – Podwójna tożsamość prezentowałyśmy w marcu 1995 roku w Ambasadzie Polskiej. Był tłum ludzi, bigos, wódka, książki za darmo i inauguracyjny wieczór autorski. Czytały Viki i Edda Zint. Edda była wówczas współpracownicą pani John z biura ds. cudzoziemców. Pisała fajne eseje pod wspólnym tytułem Mój polski referat, a referat znaczy po niemiecku i referat, i wydział w biurze. Edda odpowiadała w biurze pani John za “polski referat” i wszyscy ją znaliśmy.

Tak to zjednoczyłyśmy tego wieczora nasze plany. Współpracowała z nami osoba z Biura ds. Cudzoziemców, a byłyśmy w Ambasadzie Polskiej. Nota bene, pismo założyłyśmy (właściwie same kobiety, nie licząc jednego dość przypadkowego mężczyzny) bez pomocy finansowej z którejkolwiek z tych instytucji – to tak dodaję, żeby była jasność. I w ogóle bez pomocy żadnej instytucji. Przez 18 lat istnienia WIR utrzymywał się z żebraniny, czyli  wiecznego składania podań o pieniądze na projekty.

Piszę to już po raz trzeci, widzę. Byłyśmy w Ambasadzie, a to polska instytucja. I, jak to zawsze w polskiej instytucji, nic przecież nie może być normalnie, skoro coś może nawalić (Murphy się kłania) – tym razem nawalił mikrofon. Był to zatem jeden z tych tzw. niezapomnianych wieczorów. W wielkiej sali pełnej ludzi trzeba było donośnie mówić, żeby było cię słychać w pierwszych rzędach, o tym żeby człowieka słyszały lub słuchały tylne rzędy nie było co marzyć. Ja, jako prowadząca, mówiłam bardzo głośno, Edda Zint się nie przejmowała, Viki prawie płakała. Była tak ładnie ubrana, miała przeczytać taki ładny tekst, i nikt jej nie słyszał.

Wiki współpracowała ze mną w WIRze, a gdy z publikacji na papierze przerzuciłam się na almanach kulturalno-społeczny na blogu, współpracowała ze mną na wszystkich moich kolejnych blogach, na Kurze, Qrze i tu, czyli u ewymarii. Wpisy z Kury i Qry zniknęły, gdy Agora, która prowadziła blox.pl, po prostu wyrzuciła miliony wpisów w przestrzeń kosmiczną. Tu można je wciąż jeszcze czytać. Po prostu wpiszcie w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko: Viktoria Korb.

I na koniec kilka obiecanych celnych zdań Viki:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Reblog+ (Matka Boska Solidarności 2)

Ewa Maria Slaska

Im Sommer 2018 erzählte mir Tibor Jagielski, dass sich in der Polnischen Kirche ein Bild befindet, das von den sog. Solidarność-Flüchtlinge in den 80ern bestellt und der Kirche übergeben wurde. Einer der Initiatoren dieser Spende waren seine Eltern, Frau Magdalena Jagielska und Herr Krzysztof Jagielski, dessen Memoiren aus der Streik-Zeiten in Stettin (August 1980) ich HIER publizierte (bitte auch vier weitere Posts lesen; jeweils eine Woche später). Wir gingen in die Kirche, um uns das Bild anzuschauen. Es gab es aber nicht. Die Büroangestellte in der Kirche wusste sogar nicht, wovon wir überhaupt reden. Erst Herr Priester, der bald kam, wusste Bescheid. Die polnisch-solidarische Mutter Gottes hing in der Garderobe, versteckt hinter einer Reihe der weißen Messdienerkleider.
Damals schrieb Tibor den folgenden Text:

Tibor Jagielski
Das Bild wurde von einer Vereinigung der polnischer Exilanten in Auftrag gegeben und in Westdeuschland, von einem Flüchtling aus, durch den Kriegszustand (1981-83) erschütterten, Polen gemalt. Wie die Ikone genau enstanden ist, weiss ich nicht zu berichten, ausser dass hier auch meine Mutter, Magdalena Jagielska, eine Rolle gespielt hat.
Die Einweihung fand (1985?) in der kleinen polnischen Kirchengemeinde in Mariendorf statt, und es hing dort, bis zum Mauerfall an der Wand und fand allgemeines gefallen sowie genoss Verehrung. Doch, vermutlich nach dem Umzug der Gemeinde in die geräumige Basilica in Kreuzberg verschwand es, wie ich und Frau Ewa Maria es neulich festellen mussten, in der Rumpelkammer.
Persönlich finde ich das Bild schön, harmonisch, sanft und milde, und vielleicht gerade deswegen passt
sie, diese Mutter der Hoffnung, nicht in die, ehrlich gesagt, grauenvolle und gruftartige Austattung der Kirche.

Ewa Maria Slaska:
Jetzt, als wir uns mit Tibor wieder trafen
, schmieden wir den Plan, wie wir das Bild aus der Vergessenheit holen sollen und wollen. Zeit wäre’s, dass es bald anders wird.


Tibor Jagielski

porca madonna!
krzyczy się zazwyczaj nie tylko w italii, gdy czas biegnie, a ty stoisz;
serio nie wiem, co zrobić: obraz matki boskiej “solidarności” jest nadal pod kluczem!
oczywiście kościół zdobią teraz imponujące witraże, ale serce jest nadal w szafie
– ponad ćwierć wieku!
wyrwijmy wreszcie to światło z  ciemności!

Dziewuchy Berlin Oświadczenie Stellungnahme Statement

Ruchy emancypacyjne od samego początku cechuje wielka dynamika, emocje i …

Kolejne fale zmieniają i rozwijają feminizm w różnych kierunkach. I to jest jego bogactwem. Czasem niedocenianym. Nie ma bowiem jednego słusznego nurtu feminizmu. Wielość i różnorodność poszerza pole naszej walki o prawa kobiet*, prawa LGBT+, prawa człowieka ogólnie. I nawet różnice ideowe, które tak bardzo obecne są na niemieckiej scenie feministycznej, w polskiej już powoli też, nie muszą stanowić barykady ani dzielącego nas muru. Możemy ze sobą rozmawiać, wymieniać się poglądami, przekonywać (lub nie), uczyć się wzajemnie od siebie. Możemy się też kłócić, jeśli potrafimy radzić sobie z konfliktami. Tego co prawda w tradycyjnych społeczeństwach nie uczono ani w szkole, ani w domu.

Szacunek do herstorii, do kultury, a tym samym do nas samych. 

Ale bardziej nam zależy na wspólnych ważnych działaniach, niż na zajmowaniu się pretensjami osób, które tak haniebnie się zachowały wobec nas. Działamy dalej! Co nas nie zniszczy, to nas wzmocni. Wiele się nauczyłyśmy dzięki temu doświadczeniu, szkoda tylko naszej pracy, z której nas obrabowano, którą straciłyśmy. Na szczęście mamy dużo energii i chęci i będziemy tworzyć, działać i organizować dalej. 

Oświadczenie
W sprawie kanału na Instagramie i Twitterze Dziewuchy Berlin

13.1.2021

Kolektyw Dziewuchy Berlin utworzony został 2 kwietnia 2016 roku, jako berliński oddział ruchu społecznego Dziewuchy Dziewuchom. Najpierw jako grupa na Facebooku, a w stałym składzie działałyśmy od 2017 roku. Przez te 4 lata pracowałyśmy na rzecz praw kobiet* i LGBT+ w Polsce i  Niemczech. Organizowałyśmy różne akcje solidarności, np. artystyczne czy protesty. Brałyśmy udział w niezliczonych debatach i dyskusjach, podpisywałyśmy listy i petycje. Naszym celem było, jest i będzie wspieranie kobiet*, społeczności LGBT+ w walce o prawa zarówno w Polsce, Niemczech i innych krajach.

Dziewuchy Berlin to osoby o różnych poglądach, płci, wieku, profesji – zawsze widziałyśmy to jako wzbogacenie, uzupełnienie i możliwość poznania się i wzajemnej nauki. Łączy nas wspólny cel, drogi mamy zbliżone, czasem wspólne. Jednak różnice są ważne i je doceniamy. Można mieć różne widzenie feminizmu, dyskutować, sprzeczać się i wymieniać argumenty, przekonywać lub nie. Dopóki są to merytoryczne rozmowy o sprawie, a nie awantury na poziomie personalnym, to wszystko jest OK. Feminizm, jego fale i nurty – jak wszystko w życiu – jest zróżnicowany. Różnorodność naszą siłą. Tak przynajmniej myślała część z nas. Niestety nie wszystkie osoby.

W kwietniu coś zaczęło się psuć, nasze drogi zaczęły się rozchodzić w różnych kierunkach. Od października do grudnia, podczas organizowania “Krwawych Tygodni” stało się to jeszcze bardziej zauważalne. W naszą przestrzeń, która miała być bezpieczna, solidarna, przyjazna, wkradły się obelgi, pogarda, brak szacunku i agresywna krytyka na każdym kroku ze strony części grupy. Tej, która już od pewnego czasu działała poza naszym kolektywem i formowała się w nową jakość, korzystając z dorobku, kontaktów i wspólnej pracy Dziewuchy Berlin.
Byłoby uczciwe, gdyby te kilka osób, dla których główny cel Dziewuchy Berlin (czyli działanie na rzecz Polski i Polek), nie jest interesujący, po prostu podziękowały za wspólny czas, kontakty, możliwość zaistnienia w mediach i brania udziału w akcjach na rzecz praw kobiet* w Berlinie, z godnością odeszły i założyły swoją inicjatywę.

Jednak one, te którym ufałyśmy, wybrały inną metodę odejścia i założenia nowej inicjatywy  – najpierw poprzez wywołanie sztucznych konfliktów, szantaży, oskarżeń – by budować coś nowego na cudzym dorobku. Mianowicie: utraciłyśmy dostęp do naszych grupowych kanałów na Instagramie i Twitterze. Po niezwykle chamskim i ohydnym szantażu, osoby te stwierdziły, że odchodzą z grupy i zabierają ze sobą te 2 kanały social media, bo im się to należy (!). Zmieniono hasła, maile i numery telefonów. Usunięto wszystkie grafiki i zdjęcia z ostatnich kilku lat, które wstawiałyśmy lub były na nich inne członkinie. Oczywiście, nasze kanały uzyskały ogromną ilość obserwujących po “Krwawych Tygodniach” i stały się “smakowitym kąskiem”. Po zmianie haseł, wyrzuceniu naszego grupowego dorobku Dziewuchowego do kosza, przyszedł czas na zmianę nazwy tych kont. Czyli dokonania Dziewuchy Berlin zostały wymazane z przestrzeni Instagrama i Twittera.

Ponadto przywłaszczono część wspólnych funduszy, zebrane podczas zrzutek. Zawłaszczono część wspólnych transparentów. To wszystko jest własnością Dziewuchy Berlin. Nie pojedynczej osoby czy dwóch, bo mają taką chęć.

Dla tych osób feminizm to tylko hasła na transparentach. To tylko mikrofon, scena i okrzyki. A przecież feminizm to także wspólne działania i wzajemne traktowanie się z szacunkiem. Jego brak, przemoc słowna, hipokryzja, kłamstwa i tak nikczemne “zabieranie” wspólnej własności nie było, nie jest i nie będzie częścią filozofii ani metodologii działania Dziewuchy Berlin.

Czujemy się (bo jesteśmy) okradzione. Bo tak się stało. Najbardziej z poczucia godności i tego, że zaufałyśmy. Był to błąd. Czegoś takiego się nie spodziewałyśmy. My działać będziemy nadal, oczywiście, choć obrabowane z naszej własności, części naszej pracy, w którą włożyłyśmy wiele czasu i energii.

Na pewno pojawią się na nasz temat pomówienia i oszczerstwa ze strony osób, które odeszły. Tych wszystkich, którzy chcą poznać naszą wersję lub dowiedzieć się jak było naprawdę – zapraszamy do kontaktu.

Aktualnie próbujemy odzyskać dostęp do konta na Instagramie “Dziewuchy Berlin” oraz na Twitterze DziewuchyBerlin @DziewuchyBLN
Nie poddamy się bez walki!

Dziewuchy Berlin
www.dziewuchyberlin.org 


Statement
Regarding the Instagram and Twitter accounts of Dziewuchy Berlin

13.1.2021

The collective Dziewuchy Berlin was formed on April 2, 2016, as the Berlin branch of the Polish feminist movement Dziewuchy Dziewuchom. First as a Facebook group, and since 2017 we were active in a permanent line-up. During these 4 years we worked for women*s and LGBT+ rights in Poland and Germany. We organized various solidarity actions, demonstrations, artistic actions. We took part in countless debates and discussions, signed letters and petitions. Our goal was, is and will be to support women* and the LGBT+ community in the fight for rights in Poland, Germany and other countries.

Dziewuchy Berlin are people of different views, gender, age, profession – we’ve always seen it as an enrichment, complement and opportunity to get to know and learn from each other. We share a common goal, our paths are similar, sometimes common. However, differences are important and we appreciate them. We can have different views on feminism, discuss, argue and exchange arguments, be convinced or not. As long as they are substantive discussions about the issue, and not brawls on a personal level, then everything is OK. Feminism, its waves and currents – as everything in life – is diverse. Diversity is our strength. At least that’s what some of us thought. Unfortunately, not all of us. 

In April something started to break, our paths started to diverge in different directions. From October to December, while organizing “Bloody Weeks” it became even more noticeable. Into our space, which was supposed to be safe, supportive, friendly; crept insults, contempt, disrespect and aggressive criticism at every turn from a part of the group. The one that had been operating outside our collective for some time and was forming itself into a new initative, using the achievements, contacts and joint work of Dziewuchy Berlin.

It would be fair if those few people for whom the main aim of Dziewuchy Berlin (i.e. solidarity with Poland and Polish women*) is not interesting, simply thanked for their time in the group, for the contacts, possibility of appearing in the media and taking part in actions for women’s rights* in Berlin, left with dignity. 

But they, the ones we trusted, chose a different method of leaving and founding a new initiative – first by creating artificial conflicts, blackmail, accusations – in order to build something new on someone else’s achievements. Namely: we lost access to our group feeds on Instagram and Twitter. After extremely rude and obnoxious blackmail, these people stated that they were leaving the group and taking these 2 social media channels with them, because they were entitled to it (!). Passwords, emails and phone numbers were changed. All graphics and photos from the past few years that we had inserted or other members were on were removed. Of course, our channels gained a huge amount of followers after “Bloody Weeks” and became a “tasty morsel”. After changing the passwords, throwing our group Dziewuchy achievements in the trash, it was time to rename these accounts. That is, the achievements of Dziewuchy Berlin were erased from the Instagram and Twitter space. 

In addition, some of the collective funds, raised during the airdrops, were appropriated. Some of the shared banners were appropriated. All of this is the property of Dziewuchy Berlin. Not a single person or two because they feel like it. 

For these people, feminism is just slogans on banners. It is just a microphone, a stage and shouts. But feminism is also about acting together and treating each other with respect. LAck of respect, verbal abuse, hypocrisy, lies and such a despicable “taking over” of common property was not, is not and will not be a part of Dziewuchy Berlin’s philosophy and methodology. 

We feel (because we are) robbed. Because we have been robbed. Mostly from our sense of dignity and the fact that we have trusted. It was a mistake. We did not expect such a thing. We will continue to be active, of course, although robbed of our property, a part of our work in which we put a lot of time and energy.

Certainly there will be slanders and libels about us from those who have left. If you want to know our side of the story or what really happened, please contact us.

Currently we are trying to regain access to the account on Instagram “Dziewuchy Berlin” and on Twitter DziewuchyBerlin @DziewuchyBLN
We will not give up without a fight!

Dziewuchy Berlin
www.dziewuchyberlin.org 


Stellungnahme
Bezüglich des Instagram- und Twitter-Accounts von Dziewuchy Berlin

13.1.2021

Das Kollektiv Dziewuchy Berlin wurde am 2. April 2016 als Berliner Zweig der polnischen feministischen Bewegung Dziewuchy Dziewuchom gegründet. Zunächst als Facebook-Gruppe, und seit 2017 waren wir in einer festen Besetzung aktiv. In diesen 4 Jahren haben wir uns für die Rechte von Frauen* und LGBT+ in Polen und Deutschland eingesetzt. Wir organisierten verschiedene Solidaritätsaktionen, Demonstrationen, künstlerische Aktionen. Wir nahmen an unzähligen Debatten und Diskussionen teil, unterschrieben Briefe und Petitionen. Unser Ziel war, ist und wird es sein, Frauen* und die LGBT+ Community im Kampf um Rechte in Polen, Deutschland und anderen Ländern zu unterstützen.

Dziewuchy Berlin sind Menschen mit unterschiedlichen Ansichten, Geschlecht, Alter, Beruf – wir haben es immer als Bereicherung, Ergänzung und Möglichkeit gesehen, uns kennenzulernen und voneinander zu lernen. Wir haben ein gemeinsames Ziel, unsere Wege sind ähnlich, manchmal gemeinsam. Aber Unterschiede sind wichtig und wir schätzen sie. Wir können unterschiedliche Ansichten über Feminismus haben, diskutieren, streiten und Argumente austauschen, überzeugt sein oder nicht. Solange es sachliche Diskussionen zum Thema sind und keine Schlägereien auf persönlicher Ebene, ist alles in Ordnung. Der Feminismus, seine Wellen und Strömungen sind – wie alles im Leben – vielfältig. Vielfältigkeit ist unsere Stärke. Zumindest dachten das einige von uns. Leider nicht alle von uns.

Im April begann etwas zu zerbrechen, unsere Wege begannen, in verschiedene Richtungen auseinanderzugehen. Von Oktober bis Dezember, bei der Organisation der “Blutigen Wochen”, wurde es noch deutlicher. In unseren Raum, der eigentlich sicher, unterstützend und freundlich sein sollte, schlichen sich Beleidigungen, Verachtung, Respektlosigkeit und aggressive Kritik auf Schritt und Tritt von einem Teil der Gruppe ein. Derjenige, der schon seit einiger Zeit außerhalb unseres Kollektivs agierte und sich zu einer neuen Initiative formierte, die die Errungenschaften, Kontakte und gemeinsame Arbeit von Dziewuchy Berlin nutzte.

Es wäre fair, wenn die wenigen Menschen, für die das Hauptziel von Dziewuchy Berlin (d.h. die Solidarität mit Polen und polnischen Frauen*) uninteressant ist, sich einfach für ihre Zeit in der Gruppe, für die Kontakte, die Möglichkeit, in den Medien aufzutreten und an Aktionen für Frauenrechte* in Berlin teilzunehmen, bedankten und in Würde gingen.

Aber sie, die, denen wir vertrauten, wählten eine andere Methode, um zu gehen und eine neue Initiative zu gründen – indem sie zunächst künstliche Konflikte, Erpressung, Anschuldigungen schufen, um auf den Errungenschaften anderer etwas Neues aufzubauen. Nämlich: Wir verloren den Zugang zu unseren Daten in den Gruppenfeeds auf Instagram und Twitter. Nach extrem unhöflicher und widerwärtiger Erpressung erklärten diese Personen, dass sie die Gruppe verlassen und diese 2 Social-Media-Kanäle mitnehmen würden, weil sie ein Recht darauf hätten (!). Passwörter, Emails und Telefonnummern wurden geändert. Alle Grafiken und Fotos aus den letzten Jahren, die wir eingefügt hatten oder auf denen andere Mitglieder waren, wurden entfernt. Natürlich gewannen unsere Kanäle nach den “Blutigen Wochen” eine riesige Menge an Followern und wurden zu einem “Leckerbissen”. Nachdem wir die Passwörter geändert und die Errungenschaften unserer Gruppe Dziewuchy in den Papierkorb geworfen hatten, war es an der Zeit, diese Accounts umzubenennen. Das heißt, die Errungenschaften von Dziewuchy Berlin wurden aus dem Instagram und Twitter Raum gelöscht.

Darüber hinaus wurden einige der kollektiven Gelder, die während der Airdrops gesammelt wurden, angeeignet. Einige der gemeinsamen Banner wurden angeeignet. All das ist Eigentum von Dziewuchy Berlin. Nicht eine einzelne Person oder zwei, weil sie Lust dazu haben.

Für diese Menschen ist Feminismus nur Slogans auf Transparenten. Es ist nur ein Mikrofon, eine Bühne und Schrei. Feminismus heißt aber auch, gemeinsam zu handeln und sich gegenseitig mit Respekt zu begegnen. Respektlosigkeit, Beschimpfungen, Heuchelei, Lügen und eine solch verachtenswerte “Vereinnahmung” von Gemeingut war, ist und wird nicht Teil der Philosophie und Methodik von Dziewuchy Berlin sein.

Wir fühlen uns beraubt (weil wir es sind). Denn wir sind beraubt worden. Vor allem unseres Gefühls der Würde und der Tatsache, dass wir vertraut haben. Es war ein Irrtum. Wir haben so etwas nicht erwartet. Wir werden natürlich weiterhin aktiv sein, obwohl wir unseres Eigentums beraubt wurden, eines Teils unserer Arbeit, in die wir viel Zeit und Energie gesteckt haben.

Sicherlich wird es Verleumdungen und Verleumdungen über uns von denen geben, die uns verlassen haben. Wenn Sie unsere Seite der Geschichte wissen wollen oder wissen wollen, was wirklich passiert ist, kontaktieren Sie uns bitte.

Derzeit versuchen wir, den Zugang zum Account auf Instagram “Dziewuchy Berlin” und auf Twitter DziewuchyBerlin @DziewuchyBLN wiederherzustellen

Wir werden nicht aufgeben!

Dziewuchy Berlin
www.dziewuchyberlin.org

Nasza książka / Unser Buch

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku Berlińskiego Muru.
Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem »30 lat temu upadł Mur Berliński«. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, autorki wybrały kilka, ich zdaniem, najciekawszych fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i flmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.
Z góry było wiadomo, że teksty zostaną umieszczone na tym blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również opublikować, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. Zadania dopowiedzenia historii o murze podjęła się Krystyna Koziewicz.
Całość zredagowałam ja i poprosiłam jednego z przyjaciół Joanny, żeby złożył książkę.
Jej wydanie zostało sfnansowane dzięki wpłatom przyjaciół Joanny w ramach tzw. fundraising zorganizowanego na portalu GoFundMe w styczniu 2021 roku.

Taka zbiórka pieniędzy ma swoje wymagania, na pewno trzeba osoby, które już wpłaciły, ale też potencjalnych następnych donatorów ciągle informować, coś im nowego oferować, coś dodawać, wyjaśniać…

Tu przykład takiej korespondencji z darczyńcami z wczoraj, czyli 13 stycznia.

Kochani! Dziękuję! Danke, meine Lieben! Für das Buch von Joanna Trümner & Freundinen haben wir schon mehr als 3000 Euro angesammelt! Na książkę Joasi Trümner & Przyjaciółek zebraliśmy już ponad 3000 euro! Jesteście fantastyczni! Ihr seid fantastisch! Das Buch kommt also auch auf Deutsch! Wydamy więc książkę również po niemiecku!
Tu link do platformy fundraisingowej. Hier der Link zu Fundraising-Seite.
Może ktoś jeszcze zechce się dołożyć! Vielleicht wird noch Jemand etwas dazu geben.

Ich spende / Wpłacam

Dobro wraca! Das Gute kommt zurück!

Wir haben schon, wie gesagt, mehr als 3000 euro! Mamy już, jako się rzekło, ponad 3 tysiące euro! “Niestety” grafik wybrał TAAAKI papier, że na dwie książki, po polsku i po niemiecku, potrzebujemy cztery tysiące!“Leider” hat der Graphiker SOLCH Papier ausgesucht, dass wir, um beide Bücher herauszugeben, vier Tausend Euro brauchen.
No, a jak się rozpędzimy i zbierzemy jeszcze więcej, to wydamy książkę również po angielsku! A potem to już pójdzie, mandaryński, suahili… Nun ja, es geht so gut, dass wenn es weiter so gut gehen wird, werden wir noch ein Buch auf Englisch herausgeben. Und danach werden wir problemlos Weiteres herausbringen können, auf Mandarin etwa, oder Suahili… Każdy, kto nas wesprze, dostanie książkę. Das Buch wird jeder bekommen, der eingezahlt hatte, egal wieviel. Wszyscy, co dali ponad 50 euro mogą /jeśli chcą/ znaleźć się na liście sponsorów, za 100+ można umieścić swoje logo. W obu wydaniach… Alle die 50 Euro eingezahlt haben, werden (falls sie so was wünschen) auf der Sponsorenliste erwähnt. Mit 100+ Euro ist man auch mit Logo dabei. In beiden Sprachversionen 🙂

Eure Ewa Maria / Uściski – Ewa Maria

Apel-Ksiazka-Mur        Aufruf-Mauerbuch-Deutsch

 

Audycja po polsku o książce

W Kurierze Szczecińskim o naszej inicjatywie: KurierAsiaElaKrysia

Mur po raz kolejny, czyli początek nowych czasów

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od wielu lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem „30 lat temu upadł Mur Berliński”. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, Joasia i Ela wybrały kilka fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.

Z góry było wiadomo, że teksty zostaną opublikowane tu na blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również wydać jako książkę, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. O dopowiedzenie historii o murze poprosiłam Krysię Koziewicz.

Książka ukaże się w najbliższych tygodniach, właśnie przygotowujemy ją do druku.
Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć finansowo w tym przedsięwzięciu, bardzo proszę
– oto link
Każde 5 euro bardzo się przyda!


Krystyna Koziewicz

A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Słowa piosenki Lluisa Lllacha w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego zaczęły żyć własnym życiem w Polsce podczas Sierpnia 80, dziesięć lat później, w roku 1990 w sąsiadującym z Polską kraju – NRD, gdy 30 lat temu nadszedł czas przełomu: upadek Muru! Tak się złożyło, że od tego momentu datuje się mój pobyt w Berlinie, ba, to właśnie upadek Muru mój przyjazd tu sprowokował. Mur runął w listopadzie 1989 roku, połączenie Niemiec oznaczało dla mnie, jak i dla wielu Polaków koniec bezwizowej jazdy do Berlina. Geograficznie, politycznie i mentalnie Berlin roku 1990 nadal był podzielony na WEST i OST, choć formalnie należał do RFN czyli kraju, gdzie obowiązywać ruch wizowy. Wzięliśmy ślub, po to bym ja swobodnie mogła wjeżdżać do Berlina, a my oboje mogli równie swobodnie podróżować do Polski. I tak oficjalne Zjednoczenie Niemiec nastąpiło 3 października 1990 roku, ja z moim narzeczonym Bartkiem wzięliśmy ślub miesiąc później czyli 3 listopada 1990 roku.

Mój świeżo poślubiony małżonek zaraz po Zjednoczeniu oszalał na punkcie odnajdywania śladów przeszłości, w tym wypadku poznawania historii podzielonego Berlina, ekscytowała go nowa sytuacja po upadku muru. I ja połknęłam tego samego bakcyla, od tej pory dokumentowałam wszystko, co spotykałam na swej drodze. Ślady minionego czasu widoczne były na każdym kroku, warto było oczywiście zobaczyć życie mieszkańców zza muru. Teraz myślę nawet, że te wędrówki po byłych terenach NRD, zwłaszcza wzdłuż Muru zastąpiły nam podróż poślubną.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy do Wandlitz – leśnej rezydencji rządu Ericha Honeckera, strzeżonego osiedla dla kierownictwa NRD.

Osiedle składało się z 23 jedno- i dwupiętrowych domów jednorodzinnych z 7 i 15 pokojami, klubu z gabinetem lekarskim, basenu, sauny, kina i restauracji, strzelnicy, boiska sportowego, kortu tenisowego, kąpieliska nad pobliskim jeziorem Liepnitzsee, przychodni zdrowia, budynków mieszkalnych i socjalnych dla personelu obsługi (około 650 pracowników) i ochrony (140 żołnierzy), którą zabezpieczał Główny Zarząd Ochrony Osób. Pewien odcinek drogi do Wandlitz (F 273) prowadzącej w bok od autostrady Berlin – Szczecin był przystosowany do lądowań i startów samolotów. Byłam nieco zaskoczona wyposażeniem willi, nie było tam widać wielkich luksusów, jedyne co mnie zaszokowało to wykładziny dywanowe w garażach, a tak poza tym żadna rewelacja. Żałuję, ale z tego okresu nie posiadam żadnych zdjęć, ale, cóż, robienie tam zdjęć było zabronione! Taka pozostałość po minionych czasach.

Schyłek socjalizmu w Berlinie Wschodnim był pełen zaskakujących obrazów, z jakimi przyszło nam się konfrontować. Zazwyczaj był to świat niezwykle smutny, szary, ponury, pustki w sklepach, zwłaszcza ulice, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dominowały na nich śmierdzące i wydające terkoczące dźwięki „trabiki” oraz Wartburgi – szczyt marzeń, luksusu i elegancji. Z jednej takiej wycieczki udało nam się zrobić fotkę parkujących aut na głównej ulicy Berlina – Unter den Linden.

Trabiki w miarę szybko popadły niełaskę, krótko po Zjednoczeniu porzucano je bezpańsko na ulicach, w lasach i na wolnych placach. Kto by pomyślał, że kiedyś wyśmiewany trabant, ma dzisiaj grono oddanych fanów.

Ciekawym śladem po komunie był wielki pomnik Marksa i Engelsa, usytuowany pomiędzy wieżą telewizyjną a Pałacem Republiki. Nowe władze Berlina chciały pomnik usunąć, gdyż ich zdaniem nie można było „honorować despoty i mordercy“. Dochodziły jednak również głosy samych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy wiązali z tym miejscem konkretne wspomnienia. Ludzie uważali, że pomnik jest integralną częścią historii miasta, a jego usunięcie spowoduje zmianę charakteru tego fragmentu przestrzeni miejskiej i będzie pogwałceniem prawa mieszkańców do jej określania. Pomnik pozostawiono i dzisiaj stanowi ważną atrakcję turystyczną.

W samym centrum Berlina uwagę przykuwał Pałac Republiki – duma mieszkańców wschodniej części Berlina. Podczas jednej z wędrówek mieliśmy okazję wejść do środka. Mieszkańcy cenili ten prestiżowy obiekt głównie dlatego, że znajdowały się tam restauracje, odbywały się imprezy kulturalne i można było nawet bez problemu pograć w kręgle. Nam też się udało „bez żadnego trybu” znaleźć się w tym miejscu. W Pałacu Republiki występowali tacy artyści jak Harry Belafonte, Katja Ebstein i Udo Lindenberg. Myślałam, że to Bóg wie, jakie cudo, tymczasem „sklep z lampami Ericha Honeckera”, jak berlińczycy nazywali ten obiekt, wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ani lampy, ani sala koncertowa. Do budowy Pałacu Republiki wykorzystano biały marmur, pod sufitem zawieszono ponad 10 tysięcy kulistych lamp. Ten kolos z betonu i szkła o długości 180 metrów i szerokości 86 metrów wybudowano w ciągu zaledwie 32 miesięcy. Do ochrony przeciwpożarowej zastosowano 5 tysięcy ton azbestu. Tuż po obaleniu muru właśnie z powodu azbestu Pałac Republiki zamknięto. Potem rozgorzała gwałtowna dyskusja na temat jego przyszłości.

W 2006 Bundestag zadecydował o rozbiórce Pałacu. Dla wielu Niemców wschodnich równała się to likwidacji części historii NRD. Skruszony w zgniatarce beton wykorzystano do budowy dróg. Z tego okresu zachowało się zdjęcie, gdzie widać na parkingu trabiki na tle Pałacu Republiki w pełnej jeszcze krasie. (Trabant jako dzieło sztuki to okres późniejszy – zdjęcie Ela Kargol)

 

Mieszkaliśmy na Kreuzbergu, około 100 metrów od muru, na Koethenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się widok na Potsdamer Plac. Tak właśnie oglądaliśmy legendarny koncert „The Wall” 21 lipca 1990 roku ze sztandarową piosenką Pink Floyd „The Wall” (“Mur”) Rogera Watersa. W widowisku udział wzięły orkiestra dęta Armii Czerwonej i muzyczne znakomitości, takie jak Bryan Adams, Cyndi Lauper czy zespół Scorpions. I choć ten symboliczny mur składał się nie tylko z ran i pamięci, oferując szeroki wachlarz możliwych interpretacji, w Berlinie w 1990 roku dominowała ta jedna – mur jako symbol bolesnych wspomnień, rozdartych biografii i realiów życia, a także ideologicznej samoizolacji tej części Niemiec. Pod tym względem zakończenie koncertu może być również rozumiane jako historyczna terapia zbiorowa dla jednoczących się Niemiec. W tym gigantycznym rockowym spektaklu w obecności 350 tysięcy fanów na widowni i setek milionów widzów przed telewizorami, Berlin doświadczył wspólnie nowej formy porozumienia ponad wszelkimi podziałami.

W pobliżu naszego mieszkania znajdowała się słynna ulica Niederkirchnerstrasse, gdzie znajduje się dziś parlament Berlina – Abgeordnetenhaus. To ciekawy budynek o ciekawej, zmiennej historii, pamiętający pięć epok w dziejach miasta. Zbudowany został za czasów cesarstwa, w roku 1899 jako gmach drugiej izby parlamentu pruskiego. Gdy w roku 1918 w dniu zakończenia I wojny światowej cesarz abdykował, Niemcy przestały być monarchią, a gmach stał się siedzibą Parlamentu Republiki. Drugą fazę “życia” parlamentu zakończyło dojście Hitlera do władzy w 1933 roku. W maju tego roku odbywa się ostatnie posiedzenie domokratycznego parlamentu. Do roku 1941 w budynku mieściło się kasyno oficerskie, a przez ostatnie trzy lata wojny gmach został przemianowany na “Haus der Flieger” (Dom Lotników). Podczas walk o Berlin budynek został uszkodzony. Po koniecznej odbudowie przeprowadzonej przez Sowietów, od roku 1953, w gmachu zainstalował się I rząd NRD. Gdy rząd przeniósł się do innej siedziby, w gmachu działała Komisja Planowania i mieściły się biura osławionej enerdowskiej StaSi (Staatssicherheit, czyli mówiąc prosto: bezpieka). W piątej epoce swych dziejów, po Zjednoczeniu, budynek został ponownie odremontowany i od roku 1993 mieści się tu parlament Berlina.

Mur


     

Dawniej wokół parlamentu berlińskiego przebiegał MUR, gdzie turyści niczym dzięcioły stukali młotkami, zabierając kawałki muru na pamiątkę.

Niemal codziennie mijałam Niederkirchenstrasse idąc na zakupy do Aldika, który był bardzo popularny wśród Polaków w czasach transformacji ustrojowej. Na parkingi zjeżdżały dziesiątki autokarów z firankami w oknach, ale przyjeżdżali też drobni handlarze papierosów, którzy gromadzili się wokół metra Gleisdreieck na polskim targowisku (Polnischer Flohmarkt). Obciach był nieprzecięty, gdy się widziało handlarzy, którzy zza pazuchy pokazywali sztangi Marlboro. Niemcy pogardliwie spoglądali na Polaków (choć papierosy kupowali), rzeczywiście trzeba było kryć się z mową polską, choć ja osobiście nie miałam z tym problemu.

Dworzec kolejowy – Lichtenberg

To właśnie z tego dworca we Wschodnim Berlinie, w dzielnicy Lichtenberg jeździłam pociągami tam i z powrotem z Opola do Berlina. W początkowym okresie po upadku muru, w pobliżu dworca spotkać można było stacjonujące samochody wojskowe i żołnierzy rosyjskich, tak samo na całej długości Stresemannstrasse. Granicznicy pojawiali się dla postrachu, ale już nie mieli żadnych sił sprawczych. Armia Czerwona opuściła Niemcy 31 sierpnia 1994 roku.

Checkpoint Charlie i Muzeum Muru

Checkpoint Charlie – było to legendarne i najpopularniejsze przejście graniczne między Wschodem i Zachodem Berlina. Na zdjęciach widać ślady amerykańskiej strefy wojskowej, budkę celników, oraz symboliczny znak polskiej Solidarności. Tutaj turyści z całego świata z uśmiechem pozują do zdjęć, wiele elementów ówczesnej scenerii jeszcze istnieje, choć polski napis niestety zniknął. Mur od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku odgradzał hermetycznie wschodnią część miasta od zachodniej. Tylko czerwono-brązowe kostki bruku przypominają o przebiegu muru w tym miejscu. Także charakterystyczna budka amerykańskich strażników została zlikwidowana krótko po obaleniu muru. Dziś na jej miejscu, na dawnym Checkpoint Charlie stoi kopia postawiona 13 sierpnia 2000 – biała budka z megafonem, reflektorami i tablicą z napisem “US Army Checkpoint” na dachu oraz barykadą worków z piaskiem przed drzwiami. Worki wypełnione są jednak tak naprawdę betonem, ponieważ prawie żaden turysta nie omieszka nie oprzeć się o nie pozując do zdjęcia. 

Jedno ze zdjęć wykonane zostało w Muzeum Muru gdzie oglądam auto, które posłużyło do ucieczki do lepszego świata.

Reichstag!

Zdjęcie zostało zrobione podczas naszego pierwszego spotkania z Bartkiem, czyli moim przyszłym mężem. Poszliśmy na spacer w pobliżu jego domu i zwiedziliśmy jedną z najsłynniejszych budowli Berlina, czyli Reichstag z ogromnym placem zieleni, na którym mieszkańcy grali w piłkę nożną. Zdziwił mnie ten widok, bo przecież w Polsce trawniki były miejscem świętym – z zakazem deptania, a tu proszę bardzo – teren do rekreacji. Ciekawiło mnie, że gmach został wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem znajdował się pałac polskiego arystokraty, dyplomaty pruskiego i historyka sztuki – Atanazego Raczyńskiego.

Ludzie przed Reichstagem gromadzili się tłumnie, kiedy Christo i Jeanne Claude w 1995 roku opakowali budynek srebrną ognioodporną folią związaną mocnym sznurem. Niezapomniane przeżycia towarzyszyły tej niezwykłej atrakcji, a wielu berlińczyków było zdania, że tak właśnie, zapakowany, Reichstag wygląda najlepiej i spokojnie może zostać w opakowaniu jeszcze długi czas.

PS. Jednak nie został. Został najpierw odpakowany, potem odrestaurowany, a wreszcie w roku 1999 stał się siedzibą rządu Niemieckiej Republiki Federalnej, a jednocześnie jednym z najczęściej zwiedzanych przez turystów miejsc w Berlinie.


W lustrach kolumny wspierającej kopułę Reichstagu odbija się nowe, beztroskie życie nowego demokratycznego Berlina, który na szczęście ma za sobą wszystkie epoki przemocy i tyranii.
I oby tak było dalej…