Nikko. Nemuri neko

Powsinoga i koty

Powsinoga przygotowała tu już kiedyś wpis-pies-napis, dziś jej wpis o kotach.

Obejrzałam zdjęcia z Nikko, zanurzyłam się w tamtej atmosferze i usiadłam do napisania “paru słów” o  Nemuri neko.

Problem w tym, że jak sobie przejrzałam wszystkie materiały na temat śpiącego kota i jego twórcy, to najtrudniejszą rzeczą stało się ograniczenie pisania do kilku słów.

Chce się gadać o samym Nikko, i o kompleksie świątyń z mauzoleami szogunów rodu Tokugawa, i o bardzo prostym, sympatycznym kocie, dziwnym na tle szaleńczo stylizowanej – z wpływami chińskimi – sztuki tamtego okresu, i o niezwykłym artyście Hidari Jingoro, miłośniku kotów, który postanowił rzeźbić je “jak żywe”, czym zmienił w Japonii stylistykę portretowania zwierząt…

***

Wśród kotów w sztuce jest jeden, z którym spotkałam się oko w oko, tyle tylko, że on miał oczy zamknięte. Bo to jest „śpiący kot”, czyli „Nemuri neko”.

Spotkanie miało miejsce w ogromnym zespole świątyń i mauzoleów szogunów rodu Tokugawa w Nikko – pięknym, starym, pełnym zabytków japońskim mieście, do którego trafiłam bardzo prozaicznie – z wycieczką.

Mauzolea szogunów, razem z całym kompleksem powstałych wokół nich sakralnych budynków, mają wyjątkowo bogaty wystrój – były przecież finansowane przez kolejnych szogunów, praktycznie rządzących Japonią w okresie Edo. Ornamentyka wykazująca silne wpływy chińskie, kapiąca od złoceń, jest pełna postaci zwierząt tak mocno stylizowanych, że czasem trudnych do rozpoznania. Chłonęłam tę masę wrażeń, ale czułam się już nieco zmęczona obcą sobie stylistyką tego miejsca. W pewnym momencie zobaczyłam grupę turystów wpatrzonych w małą, dość niepozorną rzeźbę na bramie prowadzącej do kolejnej świątyni. Tam, otoczony kwiatami – złoconymi, jak wszystko dookoła – spał zwinięty w kłębek łaciaty, czarno-biały, zwyczajny kot. Miło zaskoczona jego prostotą, przyjrzałam mu się z wielką sympatią, zrobiłam mu kilka zdjęć i ruszyłam dalej.

Dopiero po powrocie z wycieczki, porządkując wrażenia, fotografie, pamiątki i broszury informacyjne, zaczęłam dowiadywać się więcej na temat kota, który potrafi tak spokojnie i ufnie spać od stuleci w otaczającym go artystycznym zgiełku. Jest to słynny, wręcz legendarny Nemuri neko, co znaczy dosłownie „śpiący kot”. Jego autorem jest enigmatyczny rzeźbiarz, malarz i architekt Hidari Jingoro, w którego rzeczywistą tożsamość niektórzy historycy powątpiewają.

Według Wikipedii – Jingoro działał we wczesnym Edo (około 1596-1644), kochał koty i bardzo chciał je rzeźbić „jak żywe”, bez stylizacji. Poświęcił wiele miesięcy na naukę rzeźbienia w drewnie, jako modele wybierając koty – różnych kształtów, w różnych pozach, ale zawsze jak najbardziej zbliżone do rzeczywistego wyglądu. Twórczość Jingoro wpłynęła na powstanie nowego, zbliżonego do realizmu, stylu portretowania zwierząt w japońskiej sztuce, a Nemuri neko jest uznany za japoński skarb narodowy.


ToshoguTempel Nikko Nemuri neko nad brama

Wejście do świątyni Toshogu w Nikko. Nemuri neko nad bramą. Rzeźba kota to “jeden z największych skarbów Japonii”.

Nikko.Nemuri nekoZbliżenie, a poniżej trzy małpki, w tej samej, powściągliwej stylistyce co nemuri neko – nic dziwnego, bo i je wykonał Hidari Jingoro.

Nikko-monkeysthreeKoty na wystawach sklepowych. Jest ich w Nikko bardzo dużo. Na samym dole żywy kot, jedyny, który nie spał.

Nikko koty w sklepie5862.Nikko kot
Nikko kot zywyA ja dodam jeszcze, że żywy kot stąpa po złotych liściach miłorzębu japońskiego.

Na zakończenie zdjęcie, które znalazłam na Facebooku – nie ma na nim kotów, ale jest Japonia – Kitakyūshū – i kwitnące krzaki wisterii. Była tam też informacja, że zdjęcie to dostało 43.834 lajków (dane z piątku, 2 maja, o 4.11 rano)! Czujecie powiew grozy? Bo ja tak.

wisteriahttps://www.facebook.com/greenrenaissance

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
– W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejscach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
– zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
– “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
– wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4 – 12 lipca 2015 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.

In Sarmatien

Tak się nazywa ten film. W Sarmacji. Pokazano go w ubiegłym roku na festiwalu filmów dokumentalnych w Dreźnie. Od dziś wchodzi do kin niemieckich.
So hieß der Film: In Sarmatien. Wurde auf dem Dokumentar Film Festival in Dresden im letzten Jahr gezeigt. Ab heute kommt er in Kinos.

***

Der Titel des Filmes vebindet ihn mit dem Gedichtband von Johannes Bobrowski – Sarmatische Zeit aus dem Jahre 1961.
Das Motto des Filmes ist ein Zitat aus Novalis: Alle Erinnerung ist Gegenwart.
Motto filmu zostało zaczerpnięte z Novalisa: Wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością.

***
Originaltitel / Tytuł oryginalny: In Sarmatien Foto1199
Land / Kraj: Deutschland
Jahr / Rok: 2013
Sprache / Język: deutsch, rumänisch, russisch, ukrainisch (niemiecki, rumuński, rosyjski, ukraiński)
Untertitel / Podpisy: deutsche, englische (niemieckie, angielskie)
Laufzeit / Czas: 120 Minuten
Regisseur / Reżyser: Volker Koepp
Musik / Muzyka: Rainer Böhm
Kamera / Operator: Thomas Plenert

***

Foto1200Dla Polaków Sarmaci to przedstawiciele kultury sarmackiej czyli szlacheckiej kultury polskiej w okresie między Renesansem a upadkiem Rzeczpospolitej. Dlatego pozwoliłam sobie przypomnieć tu zaczerpnięty z Wikipedii opis geograficznej Sarmacji, bo o nią w tym filmie chodzi.

Sarmacja to pojęcie geograficzne pierwszy raz użyte w starożytności przez geografa aleksandryjskiego Klaudiusza Ptolemeusza. Kraj na krawędzi Europy, od Morza Czarnego i Kaspijskiego ku północy do Zatoki Wenedzkiej (Wenedyjskiej) nad Oceanem Sarmackim, dokąd wpadała rzeka Vistula, Chron, Rudon, Turunt i Chesin. Zachodnią granicą Sarmcji była Wisła, wschodnią – Don.
Informacje te powtórzył i poprawił Maciej Miechowita w swym Traktacie o dwóch Sarmacjach z 1517 r.

Foto1201Film Koeppa to spotkania z ludźmi zamieszkującymi Sarmację, które zostały nakręcone, gdy Sarmacja, pozornie, była jeszcze szczęśliwą krainą zamieszkaną przez szczęśliwych ludzi. Gdy jeszcze nikt nie musiał wiedzieć, kto to jest Janukowicz, ani co to znaczy majdan. Dziś, niespełna rok później, po odrzuceniu przez Janukowicza opcji europejskiej, po trzech miesiącach pokojowych protestów na Majdanie w Kijowie, po krwawych walkach, rozejmie i wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę, nikt nie wie, jak się rozwinie sytuacja i jak tu będzie w przyszłości wyglądalo. Możliwe, że Koepp nakręcił ostatni “przedwojenny” film o Ukrainie.

***

Foto1202Auf der Festiwalseite schreibt Ralph Eue über den Film:

Es gibt zwei gegensätzliche Arten, Sarmatien zu beschreiben: als eine Gegend am Rande der bekannten Welt – so sahen es die alten Griechen –, oder als jenen Teil Europas, wo sich das einst sorgfältig vermessene geografische Zentrum des Kontinents befindet. Im Register des aktuellen „Diercke Weltatlas“ wird man Sarmatien indes vergeblich suchen, als Verwaltungseinheit ist es inexistent, und auch Google Maps vermag kein Stück weiterzuhelfen. Dennoch ist Sarmatien kein Hirngespinst.
Für seinen neuen Film ist Volker Koepp dorthin aufgebrochen und lässt uns mit großzügiger Geste teilhaben an seinen Eindrücken und Begegnungen in einer ebenso unbekannten wie eigentlich nahegelegenen Region zwischen Litauen und Weißrussland, zwischen der Ukraine und Polen, welche im Norden an die Ostsee grenzt und im Süden ans Schwarze Meer. Seit langem, mindestens seit 1972, als er „Grüße aus Sarmatien für den Dichter Johannes Bobrowski“ drehte, ist die historische Landschaft in seinem Werk immer wieder präsent. Ähnlich wie Bobrowski sieht auch Volker Koepp hier „jenes Traumland, in dem sämtliche Völker und Religionen ihren Platz fänden, wenn nicht die Geschichte alles eins ums andere Mal umgepflügt hätte“. Die Verwerfungen, die das hinterlassen hat, auch und gerade in den Menschen, die dort leben, und wie diese Menschen trotz allem von innen heraus strahlen, das ist hier aufs Schönste zu erfahren.

***

Z filmu zapisałam kilka zdań i sytuacji, które zwróciły moją uwagę. Aus dem Film habe ich ein paar Sätze und Situationen notiert, die meine Aufmerksamkeit weckten.

Ukraina

Ukraina wird sich (an die EU) angliedern, da lernen alle Deutsch.
Ukraina włączy się (do EU), wszyscy uczą się więc niemieckiego.

Wir haben immer die Hoffnung, dass wir näher an Europa kommen.
Wszyscy mamy nadzieję, że zbliżymy się do Europy.

65 % der Jugend möchte Ukraina verlassen.
65% młodzieży chce wyjechać z Ukrainy.

Wir sollen nach Europa, aber es wird nichts daraus werden.
Mamy wejść do Europy, ale z tego nic nie będzie.

Der Druck seitens Russland ist zu groß, man kann nicht atmen.
Presja Rosji jest zbyt mocna, nie można oddychać.

Moldavien / Mołdawia

Moderne Zeit vernichtet schlimmer als Türken und Russen.
Współczesne czasy niszczą gorzej niż Turcy i Rosjanie.

Eigentlich hat sich Europa von uns getrennt.
Europa się od nas właściwie odwróciła.

Königsberg / Królewiec

Schwere Zeiten bringen Menschen dazu, über das Leben nachzudenken.
Ciężkie czasy sprawiają, że ludzie zaczynają się zastanawiać nad życiem.

Es muss besser werden, sonst muss man das Land verlassen, und das möchte ich nicht.
Musi być lepiej, inaczej musielibyśmy wyjechać, a tego nie chcę.

Und am Ende des Filmes, schon nach dem Abspann, sagt Herr Zwilling – der Pessimist aus dem Film “Herr Zwilling und Frau Zuckermann” desselben Regisseurs Volker Koepp: Es wird alles gut werden.
Na zakończenie, już po końcowych napisach, pan Zwilling, pesymista z filmu tegoż reżysera “Herr Zwilling und Frau Zuckermann” mówi: Wszystko będzie dobrze.

Dass es so sein wird.
Oby.

O pewnym wyjeździe do Goslar

Posypaliście głowy popiołem?

Ewa Maria Slaska

Napomknęłam o tym wyjeździe we wprowadzeniu do wpisu Krysi Koziewicz, co wywołało komentarze Lecha Milewskiego, które zaowocowały najpierw jego wpisem, a teraz moim. Kto by pomyślał, że tyle można napisać o Goslar, maleńkim miasteczku w Niemczech. Zastanawiam się, że może jest ono, na podobieństwo Wrzeszcza, dzielnicy Gdańska, jak u Grassa, symbolicznym światem całym, a może nawet Wszechświatem. Było sobie kiedyś miasto, które obok przedmieść Orunia, Siedlce, Oliwa, Emaus, Pruszcz, Święty Wojciech, Młyńska i Nowy Port miało przedmieście o nazwie Wrzeszcz. Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło się lub mogło byłoby się wydarzyć we Wrzeszczu.

Wydarzyło się więc w Goslar, że:

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Był rok 1986.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała Krysia Koziewicz.

Pojechaliśmy, bo na ulotce reklamowej była mowa o obiedzie za darmo i prezentach, ale było też piękne zdjęcie domków zbudowanych, jak to w Polsce mawiamy – z pruskiego muru. Mur nie jest pruski, a oficjalnie budownictwo takie nazywa się w Polsce “ryglówka”, ale bogdajże!, każdy wie, że to pruski mur. W Gdańsku za komuny mieliśmy jeden taki domek.

Radunia_25

Winiarnia Vinifera w Gdańsku, na drugim planie kościół św. Katarzyny.

W Goslar są ich całe masy. Myślałam wtedy, że to coś nadzwyczaj specjalnego, jakieś takie niemieckie Carcassone, tyle że z ryglówką i dopiero wiele lat potem dowiedziałam się, że takich miasteczek w Niemczech są setki… Ale o tym potem, na razie po raz pierwszy wyjeżdżamy z Berlina i jedziemy do Goslar.

quer_tourismus2

Przyjechaliśmy do Berlina przed rokiem, ale przez ten rok widzieliśmy tylko Berlin. Czekaliśmy na azyl i nie mieliśmy prawa opuścić miejsca zamieszkania. Ci którzy mieszkali w Niemczech też podlegali takim restrykcjom, ale w końcu nikt nie musiał się dowiedzieć, że wyjechali na dwa dni z Bamberga do Bayreuth. Natomiast azylant z Berlina nie mógł pojechać do Bamberga (podobnie zresztą jak do Bromberga), bo po drodze było NRD i kontrola dokumentów przeprowadzana przez oba państwa niemieckie. A to, co posiadał azylant, nie przeszłoby ani przez kontrolę zachodnią, ani wschodnią.

Gdy więc ruszyliśmy o świcie na miejsce zbiórki, byłam dosłownie w euforii. Zdziwiło mnie wprawdzie, że czekają na nas aż dwa wielkie, piętrowe autobusy i że wszyscy pasażerowie są starzy. Mąż i syn strasznie wydziwiali, ale mnie to nie ruszało. Była ładna pogoda, późna wiosna, wszędzie kwitły maki i rzepaki, na końcu drogi czekało czarodziejskie miasto Goslar, jechaliśmy!

Dojechaliśmy i wepchnięto nas natychmiast do jakiejś wielkiej mrocznej jadłodajni. Nie dałabym głowy, czy długie stoły ustawione w trzy wielkie litery U, nie były przykryte papierem pakowym, ale może był to i biały obrus. Zaserwowano nam obiad, a kelnerka zebrała zamówienie na picie. Wokół nas wszyscy pili piwo, też szok kulturowy, bo dla Polaka z dobrego domu, Polki zresztą też, piwo to napój plebejski, a już na pewno nie pije się go w południe. Zamówiliśmy soczek, herbatę i kawę i to okazało się naszą klęską. Piwo też byłoby klęską, bo naprawdę nie wolno było zamówić nic i to pod karą obowiązkowego uczestnictwa w imprezie, która trwała w sumie pięć godzin. Zjedliśmy, a tymczasem na scenie dorodna seksowna blondyna koło pięćdziesiątki, taka pani bywająca w solariach i siłowniach, ubrana w obcisłe spodnie “w lamparta” oraz dwaj młodzi panowie krzątali się zaaferowani po scenie. Przynosili, odnosili, ustawiali, przesuwali. Było jasne, że będzie jakiś program. Nie mieliśmy ochoty na żaden program, wstaliśmy więc od stołu, żeby pójść pozwiedzać Goslar.

I… O nie! Nie wolno było wyjść bez zapłacenia za napoje, bo tylko obiad był za darmo. Tak zresztą było napisane na ulotce, ale skąd mogliśmy wiedzieć, że darmowy obiad oznacza jadło bez napoju. Za napoje nie wolno było zapłacić przed końcem imprezy! Nie wolno było wyjść! Zwiedzania Goslar w programie nie było.

Wróciliśmy jak niepyszni do stolika i zaczęło się panopticum sprzedaży elektrycznych kocy i poduszek oraz brodzików z elektrycznie napędzanym masowaniem stóp.  Pani i dwaj panowie, jak się okazało, synowie, uwijali się po scenie, opowiadali, kręcili się jak frygi, dorzucali tu jasiek, a tu ręcznik, budowali jakieś piramidy z pudełek, dodawali coś, ujmowali… Gdy zakończyła się część ogólna, sceniczna, kobieta i synowie jak psy gończe ruszyli na indywidualny połów. Dosiadali się do ludzi i namawiali, grzecznie, ale, rzekłabym, nadzwyczaj agresywnie.

O nie, powiedział mąż, wychodzimy! Zły Slaski jest jak głodny niedźwiedź polarny, nie należy mu wchodzić w drogę. Duży zły Slaski zabrał małego złego Slaskiego i wyszli nie bacząc na protesty obsługi i cerberów, zostawiając mnie jako zakładniczkę, która pod koniec imprezy zapłaci za soczek, herbatę i kawę. Po dwóch godzinach duży zmiłował się nade mną, i wymienił siebie jako żywą tarczę za mnie. Wyszłam do syna, który czekał przed wejściem i powiedział radośnie, że jest tu bardzo miło, jest rynsztok, a w każdym razie strumień wody płynący wzdłuż ulicy, zrobili z tatą łódki z kory i urządzili regaty. Dwadzieścia siedem razy. Z tego tata wygrał dwadzieścia razy. Ale ze mną będzie znacznie łatwiej, jestem w końcu Bogucka a nie Slaska, i rzeczywiście też urządziliśmy regaty dwadzieścia siedem razy, ale tym razem syn wygrał dwadzieścia razy.

Było już ciemno, jak nas wreszcie wszystkich skasowali i wypuścili do autobusów. Pani, panowie i kelnerki pchali naładowane po brzegi wózki, pełne kocy, brodzików i nocników, które przez godzinę upychali w czeluściach bagażników, a w międzyczasie każdy z nas dostał prezent – po sześć kieliszków do białego wina z lanego pseudokryształu, wartość, jak sądzę, 2 marki za komplet.

Poza rynsztokiem i jadłodajnią w pięknym mieście Goslar nie obejrzeliśmy nic. Ale i tak, dzięki duchowi bojowemu Slaskich, byliśmy lepsi niż reszta uczestników wycieczki, bo oni, biedacy, nawet rynsztoku nie obejrzeli.

W kilka lat później, gdy pisaliśmy z Martinem Ryzinskim książkę Jak podróżować po Niemczech, ponownie dotarłam do Goslar. To rzeczywiście piękne stare miasto, o pięknej i chlubnej historii, owianej mitem cesarstwa i srebra. Bardzo mi się podobało, ale nie aż tak, jak wtedy spodobało mi się czarodziejskie zdjęcie czarodziejskiego miasta Goslar na zaczarowanej ulotce. Martin był miłośnikiem małych niemieckich miasteczek i w międzyczasie widziałam ich już kilkaset. Wszystkie są takie same, odmalowane, kolorowe, ozdobione jak bombonierki, niektóre rzymskie, inne cesarskie, książęce i królewskie, inne biskupie, jeszcze inne uniwersyteckie, miasteczka dobrych niemieckich produktów, wspaniałych niemieckich piw i znakomitych średniowiecznych rzeźbiarzy. W Niemczech są 2062 miasta, z tego kilkanaście jest dużych i wielkich, a reszta to małe miasteczka. Proszę, lista jest TU. 320px-LohmuehleTU natomiast przeczytać można obszerny wpis z polskojęzycznej Wikipedii na temat Goslar. Tak obszerny, że nie warto nic dodawać. Wikipedia wymienia wszystkie warte obejrzenia obiekty w miasteczku, nawet jeden z miejskich rynsztoków – tzw. Lohmühle – choć akurat nie ten, nad którym mój syn spędził swój pierwszy dzień w Niemczech Zachodnich.

Na zakończenie zimy i tłusty czwartek

W Berlinie już wiosna, kwiaty kwitną, ptaki śpiewają, koty wrzeszczą. Mimo to… W sprawie pytania, wiosna to już, czy zima jeszcze pozwolę sobie przytoczyć rozmowę z wnukiem, która jest majstersztykiem erystyki.

Dziecię: kupa śniegu, zima!
Ja: kwiatki kwitną, wiosna!
Dziecię: lód na rzece, zima!
Ja: niedźwiedzie się obudziły, wiosna!
Dziecię: zimno, zima!

Ma dziecię rację, niestety.

Ale przecież się kończy. No kończy się, mówię! Dziś tłusty czwartek.

Na zakończenie zimy przytoczę tu więc maila, którego dostałam już jakiś czas temu – zima była wtedy w pełni – ale wciąż pojawiały się jakieś pilniejsze sprawy, a doprawdy to najwyższa pora, żeby go opublikować.

R.D.

Hallo,
urlop, urlop i po urlopie, a teraz kilka z niego reminiscencji.
Po raz 28 bylismy na nartach w Nauders, w małej wiosce/miasteczku w Austrii, w trójkącie Austria, Włochy, Szwajcaria. Mieszka tam 1.500 osób i mają 5 kościołów oraz jedną murowaną kapliczkę. Z tych kościołów, najstarszy jest nieustająco zamknięty, gdyż restauruje się tam nieustająco zabytkowe polichromie.

Jak zawsze będąc w Nuders odbywamy tam nasze tradycyjne rytuały.

SAMSUNG CAMERA PICTURESPo pierwsze – odwiedzamy zawsze nasz ulubiony kościółek (panoramiczne zdjęcia o kącie widzenia 220 stopni), w którym może się pomieścić aż 12 osób.

SAMSUNG CAMERA PICTURESWystawiony w nim na ołtarzu stary obraz, przedstawia Marię ze zmarłym Jezusem.

25 marca 1799 roku, podczas wojny francuskiej, jeden z żołnierzy przebił bagnetem policzek Marii (skąd my to znamy?). Maryja skierowała oczy ku niebu, a z oczu popłynęły jej łzy. W odpowiedzi Bóg spowodował, iż Francuzi zostali z Nauders wyparci. G. zapalała w tym kościółku zawsze jeden znicz (kiedyś 5 szylingów, a teraz 0,50 €), a w tym roku wznieciła aż dwa, jeden za żyjących a drugi za zmarłych (w 2013 roku zmarły dwie bliskie nam osoby oraz dwoje krewnych). Ja, ateista, zawsze wprawiam w ruch mały dzwon umocowany w małej dzwonnicy.

Mój znajomy z czasów “partyzanckich” w latach 197-1979, katolicki ksiądz, twierdzi, iż dzwonienie dzwonami kościelnymi jest też modlitwą (!). No i w ten sposób i ja staję się agnostykiem.

Po drugie – odwiedzamy murowaną kapliczkę postawioną w miejscu, gdzie w 1308 roku zeszła lawina i zabiła trzy osoby. Po raz drugi zdarzyło się to w 1988 roku, ale już bez ofiar w ludziach. Zapalamy tam zawsze jedną świeczkę.

W trzecim pod względem wielkości kościele wystawiona jest zawsze w grudniu i styczniu szopka. Wynika z niej jednoznacznie, iż Jezus byl Austriakiem urodzonym w Nauders. Dowodzi tego panorama szczytów oraz model głównego kościoła w Nauders znajdujące się w tle stajenki.

SAMSUNG CAMERA PICTURESPozwalam sobie przesłac Wam jeszcze panoramiczne zdjęcie z najwyższego punktu na który da się wjechać i zjechać nartami – 2850 m.

SAMSUNG CAMERA PICTURESŻyczymy wam zdrowia i może się kiedyś spotkamy w Nauders na nartach.

Poezja / Czesław Niemen / Stare Wasiliszki

Nasz Autor, Zbigniew Milewicz, odwiedził w 2012 roku Stare Wasiliszki czyli – Старыя Васілі́шкі – wieś na Białorusi, w obwodzie grodzieńskim, w rejonie szczuczyńskim, do 1945 w Polsce, w województwie nowogródzkim, powiecie lidzkim. Jest to osada z XV wieku, część miasteczka Wasiliszki, ale odrębna parafia kościoła rzymskokatolickiego. Miejsce urodzin Czesława Niemena, który chodził też do szkoły w Wasiliszkach. Od śmierci artysty – 17 stycznia 2004 roku – toczyły się dyskusje na temat utworzenia jego Muzeum w domu rodzinnym Wydrzyckich. W czerwcu 2009 roku, w czasie spotkania Polsko-Białoruskiej Komisji Konsultacyjnej ds. Dziedzictwa Kulturalnego, ze strony polskiej wyszła inicjatywa, by muzeum powstało w ramach współpracy polsko-białoruskiej, a polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nad powstaniem muzeum objęło patronat. Otwarcie muzeum i odsłonięcie pamiątkowej tablicy na budynku odbyło się 20 lutego 2011 roku. Wszystkie mądrości zaczerpnięte z Wikipedii – autor napisał o tym miejscu znacznie serdeczniej:

Zbigniew Milewicz

W Starych Wasiliszkach

17 stycznia minęła dziesiąta rocznica śmierci Czesława Niemena – Wydrzyckiego, 16 lutego wybitny muzyk ukończyłby 75 lat. Z tej okazji pragnę podzielić się kilkoma zdjęciami, zrobionymi w Starych Wasiliszkach na ziemi grodzieńskiej, gdzie artysta się urodził i mieszkał w młodości. Odwiedziłem tę miejscowość w trakcie kolejnej wyprawy berlińskiej „Oświaty“ na dawne, polskie Kresy Wschodnie, w 2012 roku.

Nieduża, uboga wieś białoruska, zamieszkała niemal w całości przez ludzi z polskimi korzeniami, na ogół już w podeszłym wieku, szczyciła się od roku posiadaniem muzeum ich znanego ziomka, którym był dom rodzinny Wydrzyckich. W nim proste sprzęty gospodarskie, parę osobistych rzeczy młodego Czesia, rodzinne zdjęcia i największy niegdyś rodzinny skarb – lampowe radio z magicznym okiem. Rozmawialiśmy z mieszkańcami wsi o Czesławie, jego rodzicach i siostrze Jadwidze, wspominali ich serdecznie, byli jednymi z nich. Mama Anna była z domu Markiewicz, ojciec Antoni uchodził za świetnego rzemieślnika, zajmował się między innymi strojeniem fortepianów i naprawą zegarów. Czesław śpiewał w szkolnym zespole, udzielał się jako organista w kościele św. Piotra i Pawła, w rodzinnej miejscowości, później zdał egzamin do szkoły muzycznej w Grodnie. Na szkolnych występach grał na bajanie, guzikowym, rosyjskim akordeonie, ale za wagarowanie na zajęciach, po roku edukacja się skończyła. W 1958 r., w ramach ostatniej fali masowych wysiedleń Polaków z Kresów Wschodnich, rodzina Wydrzyckich wyjechała do PRL. W Starych Wasiliszkach został ich dom.

Urodziny Zosi 227  Urodziny Zosi 239Urodziny Zosi 228Urodziny Zosi 231 Urodziny Zosi 233 Urodziny Zosi 234 Urodziny Zosi 235 Urodziny Zosi 236 Urodziny Zosi 237 Urodziny Zosi 238Urodziny Zosi 244  Urodziny Zosi 240 Urodziny Zosi 241 Urodziny Zosi 242 Urodziny Zosi 243***
A ja, żeby niedzielnej tradycji stało się zadość, dodam tu jedną z rosyjskojęzycznych piosenek Niemena, najbardziej chyba znaną – czyli Bradiagę (Бродяга). Na teksty w różnych językach tym razem nie starczyło miejsca.

Ucho jaka

Anna Nacher i Marek Styczyński pojawili się w naszym berlińskim życiu jako Karpaty Magiczne, zespół grający muzykę świata, przy czym ten świat był rozległy aż po Ural i Himalaje, a zarazem karpacki i folkowy, górski i bagienny, archaiczny i nowoczesny, wyrażany przedziwnym instrumentarium i połączony z niezwykłymi projektami. Czy to była muzyka, nauka, rekonstrukcja świata nieistniejącego, fantasy czy kolekcjonerstwo?

Jestem człowiekiem konkretnym i ta przedziwna mieszanina, którą uprawiali / uprawiają Ania i Marek powodowała w moim umyśle niezwykły zamęt. A do tego, po czasie, doszły książki. Czasem zwykłe, np. Przewodnik po okolicach Nowego Sącza, czasem niezwykłe, jak etnobotanika i marginesy popkultury. Podstawowe pytanie brzmiało od zawsze: Jak im się to łączy?

Kiedyś tłumaczyłam na niemiecki kilka wierszy Ani. Szukam ich teraz po komputerze. Pamiętam jeden – żuraw, autobus, deszcz, żuraw na lewym ramieniu. Wielka Bogini Matka jedzie autobusem do Nowego Targu. Piękne. To zdanie tam nie pada, tej bogini w autobusie czytelnik musi się domyślić sam, ale przecież tak jest, starożytne religie to nie rekwizyty i eksponaty w Muzeum, ale ich trwanie po dziś dzień, w rozklekotanym autobusie i plastikowej butelce z wodą.

Znalazłam, i tłumaczenie, i wiersz. W wierszu nie ma autobusu, jest za to wąż.

Bajka

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw.
Na drugim ramieniu usiadł mi wąż.
Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Wąż ma wciąż coś do powiedzenia, żuraw tylko rozkłada skrzydła.

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Mój Boże, żeby było cieplej.
To wtedy śmiać się można będzie więcej.

Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka.
Jest to co jest to co jest to co jest
Jest to co jest to co jest to co jest
co jest co jest co jest co jest co jest
Jest to co jest

uchojakaPrzed 10 laty dostałam od Ani i Marka “Ucho jaka”, książkę o kolekcjonowaniu instrumentów muzycznych. Miała zieloną okładkę. Po kilku miesiącach nie pamiętałam już, gdzie leży, a chciałam komuś pokazać. Szukałam, nie znalazłam, zmartwiłam się. Usiadłam na podłodze i zaczęłam słuchać, tak jak Kubuś Puchatek nasłuchiwał, jak go wołają baryłeczki z miodem. “Tej książki tu nie ma”, zawyrokowałam, “nie warto szukać”. I rzeczywiście, w kilka miesięcy później odkryłam ją przypadkowo w domu przyjaciół. Podeszłam do półki i od razu ją zobaczyłam. Stała wśród innych domowych książek. Miała dedykację dla mnie. Nie zapytałam, czy pożyczyli ją sobie, pytając mnie o zgodę, czy nie pytając. Nie miało to znaczenia. Znaczenie miał fakt, że istniał związek między mną a tym konkretnym egzemplarzem książki i że mogliśmy ze sobą rozmawiać. Było tak, jakbym wcale tej książki nie potrzebowała, bo miałam ją w sobie. Ucho jaka. Dobry tytuł. Byłam w Himalajach, ale czy widziałam jaka? Wydaje mi się, że tak. Mój syn twierdzi, że nie. Kupiliśmy sobie w Himalajach pęczek fletów od białego człowieka, który w samodziałowym gieźle szedł przez las i grał.

Jeden z tych fletów mam do dzisiaj, resztę rozdaliśmy w prezencie. Nie umiem grać na flecie. Na klarnecie też nie. W ogóle nie umiem grać na żadnym instrumencie.

Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe

uchojaka-ania-marekPiękne opowieści o podróżach poza szlakami turystycznymi. O klasztorach zamkniętych na głucho, z drewnianym kluczem na bramie, pilnowanych przez starą szaloną kobietę. Klasztor otaczają stare drzewa. Kilkunastometrowe i żylaste pnie potrzebowały setek lat, by wyrosnąć na wysokości 4000 m i nie poddać się zimnym wiatrom. Może pamiętają założyciela klasztoru, który medytował wytrwale w tej okolicy. Trwał w swej praktyce tak niestrudzenie, że yeti zaczął mu przynosić do jaskini wodę i pożywienie. Kiedy współczujący człowiek śniegu umarł, lama przechował jego rękę i skalp jako świadectwo tej zadziwiającej historii.
uchojaka-yetiA do tego muzyka, nagrania, kolekcja instrumentów. Większości nie znam, choć przecież studiowałam etnografię. Didżeridu, burczybas, warkotka, na tym chyba się kończy moja wyniesiona ze studiów wiedza. I kalimba, która pojawiła się kilkadziesiąt lat później, gdy moja przyjaciółka używała jej do usypiania małego chłopczyka. Tymczasem Ania i Marek w “Uchu jaka” omawiają budowę, sposób gry i wykorzystanie prawie stu instrumentów, wielu w Polsce zupełnie nie znanych.

uchojaka-instrumentyKsiążka czyli tradycyjny obiekt do czytania z dołączoną płytą jest wyczerpana, ale na stronie księgarni można odsłuchać kilku nagrań muzyki z Himalajów (niestety wordpress nie chce tego zapisać ani odtwarzać, szkoda): http://wsm.serpent.pl/sklep/album.php?alb_id=5414. Tak czy owak warto tam wejść.

Natomiast teraz, zgodnie z wymogami czasu, ukazał się ebook, który można kupić tu: http://bezdroza.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm?nr=6148k&url=ucho. Cena: 31,90 złotych

Lub tu: http://ebookpoint.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm

Kupcie sobie. Ja kupiłam.

W Toronto i Nowym Jorku

Ciąg dalszy opisu podróży do USA i Kanady, opublikowanego przed tygodniem pod znamiennym tytułem “Mówcie mi mierzwa”

Zbigniew Mierzwa

Najstarszy w Toronto, polonijny kościół – Św. Kazimierza – mieści się w dzielnicy Roncesvalles, wśród naszych rodaków bardziej jest znanej, jako Kazimierzowo; prowadzą go misjonarze Oblaci. Sakrament chrztu poprzedza niedzielne nabożeństwo, dziecko bez protestów wstępuje do katolickiej wspólnoty.

toronto-chrzcinyJak więc na dobrych chrześcijan przystało jedziemy uczcić ten fakt. Niestety już bez Adasia, bo musi wracać do NY, nazajutrz ma te swoje badania lekarskie. Włoska restauracja, w której zarezerwowano nam stół, karmi tak skutecznie, że drogę powrotną na Russel Hill Road postanawiam odbyć pieszo. Od kościoła do restauracji a stamtąd do domu nie jest daleko, tak mi się przynajmniej wydawało z okien samochodu. Syn tłumaczy mi, jak iść, żeby się nie zgubić, w razie czego miałem do niego zadzwonić z komórki. No tak, gdybym miał roaming na Kanadę, to bym mógł dzwonić. Na szczęście kompas w głowie jeszcze funkcjonuje w miarę sprawnie i po godzinie jestem na miejscu. Widok grubasa w garniturze, drepczącego wzdłuż nowoczesnej architektury ulicy, mógł dziwić. Krawaciarze (przepraszam warszawiaków, ale nie o nich mowa) siedzieli za kierownicami limuzyn, żeby jednak nie obrosnąć w tłuszcz, regularnie uprawiali sport, zwłaszcza popularny za oceanem jogging. Widziało się to na każdym kroku, szczególnie w weekendy. Od młodzieży po ludzi w mocno zaawansowanym wieku, naród przebierał się w dresy i biegał, gdzie się tylko dało, po skwerach, parkach, chodnikami wśród drapaczy chmur.

toronto-butelkiPo południu żegnają się z nami goście z Pensylwanii, jutro normalny, roboczy dzień. W poniedziałek, 14 października Kanada obchodzi natomiast swój Thanksgiving Day, czyli Święto Dziękczynienia i jest to dzień wolny od pracy. Syn z tej okazji spróbuje nam pokazać parę rzeczy w mieście. Jego teściowie goszczą już tutaj drugi tydzień, więc trochę już je poznali, natomiast my z Mirą chętnie wjedziemy np. na wieżę telewizyjną i zobaczymy Toronto z góry. Wjazd nie jest jednak tani i zadowalamy się panoramą miasta z wysokości 50 piętra wieżowca, gdzie mieści się biuro syna. Widok jest piękny, choć nie tak romantyczny, jak z Wieży Eiffla. Zjeżdżamy windą do piwnic biurowca, żeby zobaczyć słynny PATH – podziemne miasto, rozciągające się pod centrum Toronto.

Ten komunikacyjny system spełnia tutaj ważną rolę, szczególnie podczas męczących upałów, burz i zamieci śnieżnych. Łączna długość jego ulic wynosi około 27 kilometrów. Wszystko jest monitorowane przez kamery i ochronę poszczególnych budynków. Pierwszym, który sobie zafundował podziemne połączenie z nowym aneksem był dom towarowy Eaton Centre i miało to miejsce w 1900 r. Właściwa sieć podziemnych ulic powstała wraz z rozwojem Financial District, stworzonym głównie w czasie boomu lat 70. Każdy nowy biurowiec przeznaczał jedno, lub dwa piętra pod ziemią na ciąg handlowy i przyłączał się do sąsiednich biurowców. Tak powstało podziemne miasto, które mogłoby funkcjonować autonomicznie. Wikipedia podaje, że posiada ono ponad 1100 sklepów, domów towarowych i centrów handlowych, ma 5 stacji metra, stację kolejową, stację autobusów dalekobieżnych, obiekty sportowe, filharmonie, teatry, kina, restauracje, kawiarnie, 52 biurowce, giełdę papierów wartościowych, hotele i parę domów mieszkalnych. Ogarnąć tego wszystkiego samemu, na szybko nie sposób, podziwiam wyrazistość oznakowań drogowych. Trudniej zgubić się na powierzchni, niż tutaj.

toronto-kolumnaNad jeziorem Ontario nogi wchodzą mi już… nie powiem, gdzie. Biesiadne kalorie trzeba jednak spalić, zwłaszcza, że Ewa została z wnukiem i pitrasi obowiązkowego indyka, w końcu jest Thanksgiving Day. We wtorek wraca razem z mężem i synem do Monachium, ja dzień później do Nowego Jorku. Zostawię wnuka mojej byłej żonie i poszwendam się jeszcze przez parę dni po starych tropach sprzed dziesięciu lat. Przez internet kupuję sobie za 55 dolarów bilet na autobus, kursujący parę razy dziennie na Manhattan, syn w drodze do pracy zawozi mnie na dworzec i już jadę sobie wygodnie w piętrowym wehikule, który pierwszy przystanek ma w Buffalo, na granicy z Ameryką.

Drugi raz przechodzę dokładną kontrolę graniczną, pierwsza była w Atlancie, gdzie przyleciałem z Monachium i miałem przesiadkę do NY. Tam funkcjonariuszka odprawy paszportowej mówiła na szczęście po niemiecku i rozumiałem, co znaczy złożyć odciski palców na specjalnych czujnikach i rzucić okiem we wziernik, który je prześwietli aż do najskrytszych zakamarków myśli. Z jej kolegą w Buffalo miałem jednak pewne lingwistyczne problemy. Pytał mnie o coś po raz kolejny, ja mu na to za każdym razem, że jadę na tydzień w odwiedziny do przyjaciół. Przeszedł więc na język migowy, najpierw pstryknął znacząco kciukiem w szyję, a później pokazał, że pali papierosa. Mógł tak od razu, kiwnąłem przecząco głową. Nie przewoziłem w bagażu żadnego alkoholu ani papierosów.

Po ponad dwunastu godzinach jazdy autobusem wysiadam na ostatnim przystanku, nieopodal wejścia do metra. Z nieznanych powodów nie jest to jednak 42 ulica, gdzie mieści się centralny dworzec, tylko trzydziesta czwarta. Muszę skorygować marszrutę dojazdu na Queens, którą dał mi Adaś, bo stąd linia E nie kursuje. Moja komórka jest w Stanach równie bezużyteczna, co w Kanadzie, a w kieszeni brak ćwierćdolarówek na automat, żeby zadzwonić do przyjaciela. Sprzedawca hot-dogów w narożnej budce nie rozmieni mi dolarowego banknotu na monety, bo sam ich nie ma, a przechodnie słysząc słynną frazę koników spod PRL- owskiego Pewexu tylko szczerzą do mnie zęby. Schodzę więc do metra, studiuję mapę dojazdów i znajduję połączenie na 42. Trzeba tylko wybrać właściwy peron i pociąg, a wcześniej kupić w automacie bilet za 2,75$, za który dojadę na Queens. Wtedy poznałem Leslie, mojego Anioła Stróża, bez którego dalsza droga byłaby problematyczna.

Trzydziestoparoletnia z wyglądu, ciemnoskóra piękność stała w tłumie innych pasażerów na peronie. Dlaczego akurat ją zagadnąłem, czy czekamy na właściwy pociąg, tego nie wiem. Potwierdziła i jak to ciekawska kobieta zapytała, skąd przyjechałem. Aaaaaach z Niemiec – ożywiła się – więc możemy rozmawiać po niemiecku. Bywa od czasu do czasu służbowo w Hamburgu i Berlinie i zna ten język.

Mieszkała na Queens, jechaliśmy w tym samym kierunku. Na 42 ulicy trzeba było kawałek podejść do linii E, ale na Roosvelt Avenue, gdzie była kolejna przesiadka, nie dojechaliśmy. Z przyczyn technicznych pociąg zakończył bieg na jakiejś stacji za East River i dalej mieliśmy jechać zastępczym autobusem. Moja waliza, wypakowana w połowie markowymi dżinsami i kurtkami od syna, w których już nie chodził, ważyła coraz więcej. Ruchome schody w metrze nie działały, zejście w dół, później gramolenie się w górę, na powierzchnię dały mi nieźle popalić, ale taki już był ten mój syn. Widywaliśmy się dwa – trzy razy w roku i zawsze dostawałem podobne prezenty. Niektóre z tych rzeczy służyły mi dobrze, inne oddawałem bardziej potrzebującym, jednak tym razem była to wyjątkowo uciążliwa filantropia.

Autobus podstawiono i to nie jeden, niestety żaden nie jechał na Roosvelt Avenue. Trzeba było wziąć taksówkę i dobra setka pasażerów, która okupowała chodniki przy wyjściu z metra próbowała zrobić to samo. Wtedy z komórki Leslie zadzwoniłem do Adasia, żeby przyjechał po nas swoim samochodem i nagle zdarzył się cud. Zatrzymała się przy nas jakaś bardzo wysłużona toyota, z Arabem za kierownicą i  podchmieloną dziewczyną na tylnym siedzeniu, była to bez wątpienia najlepsza taksówka w Nowym Jorku. Na Roosvelt Avenue sięgnąłem po portfel, ale Leslie nie pozwoliła mi płacić za kurs. Kosztował kilkanaście dolarów, uregulowała należność kartą kredytową, a później czekała ze mną tak długo, póki nie zjawił się mój przyjaciel. Mieszkała parę kroków stąd. Pożegnaliśmy się serdecznie, jak byśmy byli starymi znajomymi. Na odchodnym dostałem od niej bilet wizytowy, z którego wynikało, że zajmuje się marketingiem w wydawnictwie płytowym, przy Madison Avenue. Wcześniej była wokalistką, ale o tym porozmawiamy może kiedyś, przy okazji spotkania w Niemczech.

Ula jeszcze nie śpi, w kłębach dymu pochłania z You Tube najnowsze doniesienia komisji Macierewicza.

– Cześć, obiad jest na kuchence, tylko sobie podgrzej – rzuca, nie odrywając
wzroku od ekranu laptopa.

Bardzo lubię karkówkę, tylko kto to je o północy. Robię gryza, reszta będzie na jutro. Jestem w bardzo gościnnym domu, parę dni przed moim przylotem do Stanów Ula pożegnała swoją siostrzenicę z Polski, śpię na skórzanej kanapie w gościnnym pokoju. Rano Sowa jedzie po wyniki badań, Ula, jak w każdy czwartek, ma wolne w pracy i może trochę poleniuchować, a ja do metra i na Manhattan. Mój lewy staw biodrowy klnie jeszcze na wczorajszą walizę i tym bardziej trzeba go rozruszać. Pogoda dalej sprzyja ludzkiemu mrowisku, uwijającemu się po ulicach, tylko jest już chłodniej, niż przed tygodniem. Od Hudsonu wieje, żeglarze mają powody do radości, zastanawiam się, czy nie ruszyć jednym ze statków wycieczkowych, kursujących wzdłuż Manhattanu, ale wybieram World Trade Center.

Półtora roku po terrorystycznym zamachu na Centrum Handlu Światowego, w którym zginęło prawie 3 tysiące osób, zobaczyłem tutaj tylko tragiczny krater. Dziś uwagę turystów przyciągał przede wszystkim 7 WTC, pierwszy biurowiec z nowo budowanego kompleksu, który został oddany do użytku w 2006 roku. Ma ponad 227m wysokości, 56 kondygnacji i stoi w miejscu swojego poprzednika o podobnej nazwie, który zawalił się po Twin Towers. Bliźniacze Wieże – w swoim czasie budowle najwyższe w świecie – w które ugodziły samoloty z pełnymi zbiornikami paliwa, runęły na sąsiednie budynki. Spadające odłamy elewacji i kolumny rdzenia zmiażdżyły hotel Mariott i WTC7 oraz mocno uszkodziły Financial Center 3, Deutsche Bank Building, Winter Garden, pobliską cerkiew prawosławną a także liczne domy mieszkalne. Władze Stanów Zjednoczonych podjęły decyzję, że nie będzie się odbudowywać Twin Towers. W ich miejscu, według projektu Daniela Liebeskinda, do 2015 roku ma powstać zespół budynków, w którym główny – Wieża Wolności – sięgać będzie 541 m, a więc jeszcze wyżej, niż Bliźniacze Wieże.

pomnik0Pamięci ofiar poświęcony jest park-muzeum 9/11, otwarty w dziesięciolecie zamachu. W miejscu fundamentów zburzonych budynków powstały dwa baseny, woda spływa po wewnętrznych krawędziach większego, tworząc w dole taflę, w środku której czernieje wlot mniejszego. Wygląda, jak studnia, albo otwarty grób, dna nie widać. Wymowna symbolika pustki po Twin Towers i ludziach, których pogrzebały. Ich nazwiska wyryte są na tablicach z brązu, rozmieszczonych wokół większego basenu, dostrzegam na nich także polskie. Wejść do muzeum trudno, jest kontrola, jak na lotnisku i trudno się temu dziwić. Wstęp w zasadzie darmowy, jednak grupa młodych ludzi z pojemnikami z plexiglasu, gorąco wszystkich namawia, żeby wspomóc fundację, która zajmuje się ochroną tego miejsca pamięci. Za banknot o większym nominale dostaje się się ciepłe, gulgoczące podziękowanie, za jakiś bilon – mocno wymuszony uśmiech.

W starej, protestanckiej kaplicy św. Pawła przy Church Street, oddalonej o kilkadziesiąt metrów od WTC, czynna jest wystawa pamiątek ze Strefy Zero. Jest wśród nich hełm i sprzęt strażacki, popalony mundur, są zdjęcia z akcji ratowniczej, kartki od rodzin i przyjaciół, poszukujących swoich bliskich, które wieszano na ogrodzeniu kaplicy oraz przeróżne wota i podziękowania zanoszone Bogu i ludziom za uratowanie życia. XVIII-wieczna świątynia zrządzeniem Opatrzności przetrwała zamach. Krucha, bardzo kontrastująca architekturą z nowoczesną zabudową Lower Manhattan, była pierwszy schroniskiem dla strażaków, policjantów, ich psów ratowniczych, żołnierzy i licznych wolontariuszy, którzy pospieszyli na ratunek ofiarom, ocalałym z zamachu i do odgruzowywania. W kaplicy wydawano im posiłki, była ona jednocześnie noclegownią.

Podobną funkcję pełnił pobliski, katolicki kościół św. Piotra, do którego przeniesiono zwłoki franciszkanina Mychala F. Judge`a, uznanego symbolicznie za
pierwszą ofiarę śmiertelną Ground Zero. Z pochodzenia Irlandczyk, pełnił funkcję kapelana nowojorskiej straży pożarnej. Bardzo lubiany przez swoich podopiecznych, przybył na miejsce zamachu wraz z pierwszą grupą ratowników. Spowiadał i udzielał rozgrzeszenia rannym i umierającym, najpierw na ulicy, później w lobby Północnej Wieży. Zginął, kiedy runęła południowa i jej gruzy śmiertelnie raniły wiele osób. Zdjęcie kapłana, niesionego przez pięciu mężczyzn przez zgliszcza, zrobione obiektywem fotoreportera z Agencji Reutera jest jednym z najbardziej znanych obrazów, związanych z 11 września, uważa się je za amerykańską Pietę.

Wśród śmiertelnych ofiar zamachu ponad czterysta stanowili ci, którzy pośpieszyli innym na ratunek, co nie znaczy, że jest to lista zamknięta. Wśród ludzi, którzy w krytycznym czasie mieszkali w rejonie WTC oraz brali udział w różnych akcjach ratunkowych, czy porządkowaniu terenu, z roku na rok przybywa zgonów – zwłaszcza na choroby płuc i nowotworowe, których nabawili się wdychając toksyczny pył. Dziewięć lat po zamachu rząd USA przyznał żyjącym poszkodowanym fundusz w wysokości 4 mld. dolarów, z którego finansuje się obecnie pomoc medyczną i odszkodowania za utratę zdrowia. Sowie dawano jednorazowo 50 tysięcy, ale nie przyjął, uważa, że powinien dostać więcej. Ewentualnie mogłaby to być jakaś przyzwoita, dożywotnia renta.

Wyniki badań są OK, czekają go jeszcze badania psychologiczne. Póki co jedziemy do psychiatryka na Bronx, gdzie pracuje jego brygada. Chce mi pokazać, jak wygląda robota przy ściąganiu azbestu. Tym razem jest to pryszcz – kawałek rury w kotłowni szpitala, który trzeba oczyścić i zabezpieczyć. Zajmuje się tym już drugi dzień pięciu emigrantów z Serbii i Polski. Najpierw musieli zbudować z folii trzy namioty – przepisy mówią, że w jednym robotnicy przebierają się z cywilnych ubrań w robocze, w drugim czyszczą skażone azbestem przedmioty, w trzecim myją się po pracy. Do tego zamontowali wyciąg powietrza, żeby ulotniły się zawarte w nim toksyny. Przede wszystkim jednak każdy musi pracować w masce, aby nie zachorować na pylicę azbestową albo inne świństwo i Sowa za te wszystkie sprawy odpowiada, bo jest kimś w rodzaju inspektora bezpieczeństwa i higieny pracy. Na wypadek związkowej kontroli z zewnątrz wszystko musi być formalnie zapięte na ostatni guzik, ale życie rządzi się swoimi prawami. Kiedy gonią terminy, pracuje na równi z innymi, a jak przepisy ochronne hamują tempo robót, to je sam omija.
Przeżył osiemdziesięciu kolegów, z którymi zaczynał na azbestach – chwali się. Widocznie starszy Pan na górze jeszcze czegoś od niego chce.

Mikrej postury blondas o komicznie zakrzywionym nosie, któremu zawdzięczał swój ptasi pseudonim, uchodził cało z najgorszych opresji. Parę tygodni temu, gdy stał na rusztowaniu, przeżył bez szwanku przelatujący mu tuż obok głowy nóż monterski, który niechcący upuścił jakiś pracujący wyżej słowacki robotnik. Oczywiście Adaś nie miał wtedy hełmu na głowie, bo było upalnie. Przed moim przyjazdem natomiast o mało nie wypadł z windy z XVII piętra. Na pomoście pracowali, jak zwykle, we dwóch. Winda zawalona była gruzem z azbestem, który ściągali z elewacji biurowca. Kiedy zjeżdżali w dół, trzeba było nogami równomiernie i z czuciem odpychać się od ściany, żeby nie zahaczyć o wystające klimatyzatory. Za którymś razem nie udało się. Jedna noga się spóźniła, winda zaczepiła wewnętrzną krawędzią o skrzynkę, gruz przesunął się po podłodze tam, gdzie stał Sowa i znaleźli się prawie w pionie. Gdyby nie zapięte pasy bezpieczeństwa, na dole nie byłoby czego zbierać. Oczywiście pytam, jak z tego wyszli. Adaś na to, że nie wie i rechocze po swojemu. Jakoś tak pomału, nie nerwowo udało im się tę windę w końcu wypoziomować – mówi.

Uświadamiam sobie, że ja właściwie nigdy nie widziałem go zdenerwowanego. Czasami miewał doła, ale w przeciwieństwie do mnie, zawsze potrafił trzymać na wodzy negatywne emocje. Miał naturalny talent komiczny, umiał każdego rozweselić, więc może i starszemu Panu na górze podoba się oglądanie go dalej na scenie życia. Tego lata, na początku sierpnia, wybrał się na przejażdżkę motorowym pontonem po dzikich rozlewiskach niedaleko Queens. Jest tam trochę niezamieszkałych wysepek z rezerwatami wodnego ptactwa i na którąś z nich dotarł.
Wciągnął ponton na brzeg, rozebrał się do naga i skoczył do wody. Jak każdy pływak, po pewnym czasie sprawdził, jak daleko odbił od brzegu i wtedy zobaczył swój ponton w wodzie. Zapomniał, że istnieje coś takiego, jak przypływ. Przeszedł w szybki crawl, ale podwodny prąd był silniejszy. Stracił ponton z oczu, od wysepki dzieliła go już spora odległość, więc zaczął płynąć po prostu przed siebie, na przetrwanie. Czasami w pobliżu pojawiała się jakaś motorówka, wtedy machał ręką, wołał o pomoc, tylko nikt go nie słyszał, ani nie widział. Uratował go dopiero kuter rybacki, płynący z turystami na wycieczkę.

– Rzucili z pokładu koło ratunkowe i wyłowili z morza starego, nagiego
człowieka – ironizuje Sowa. – Przy trapie dostałem zaraz jakiś koc, bo oczywiście byłem turystyczną atrakcją, poszły w ruch fotoaparaty. Prawie nic nie widziałem, morska sól zalepiła mi oczy. Poprosiłem o coś do picia, dostałem papierosa. Na brzegu czekała już na mnie policja. Opisałem całe zdarzenie, wysłali łódź na poszukiwanie pontonu i nawet szybko go znaleźli. Cały poobijany, był już prawie na pełnym morzu. Fale zmyły z burty wszystkie moje rzeczy, które zostawiłem – ciuchy, portfel, okulary, komórkę… Tylko sandały zostały, bo je wrzuciłem na pokład. Sporządzili protokół, zadzwonili do Uli, do pracy, zawieźli do domu, porządne chłopy. Możesz sobie wyobrazić zdziwienie Uli, jak mnie zobaczyła czekającego przed drzwiami, w policyjnym dresie i w klapkach. Moja lekarka, do której zgłosiłem się na badania, na następny dzień, zapytała mnie, jak długo mniej więcej płynąłem. Powiedziałem, że orientacyjnie około trzech godzin. To nieźle, jak na faceta po zawale, z bajpasami – usłyszałem. EKG wypadło w każdym razie bez zarzutu.

W sobotę rano na niegdyś bardzo polskim Green Point można kupić w hurtowni świeżuteńkie, dobrze uwędzone ryby. Brygada Sowy kończy pracę na Bronx i zbieramy zamówienia, komu łososia, komu dorsza. Polacy zaczęli się pomału wyprowadzać z tej dzielnicy, kiedy gruchnęła pogłoska, że w pobliżu powstanie wysypisko śmieci i część domów zostanie zburzona. Okazało się to zwykłą plotką, a grupa przedsiębiorczych biznesmenów, która ją rozpowszechniała, wykupiła pustostany i zrobiła z Green Point małe Las Vegas, z kultowymi kawiarniami, salonami gry, nocnymi barami i dyskotekami. Widać to zwłaszcza przy Bedford Avenue. Ceny nieruchomości w dzielnicy poszły mocno w górę i kogo nie było stać na wyższy czynsz, wyprowadzał się, ale polskich akcentów nadal na Green Point nie brakuje. Widać je na szyldach sklepów, biur podróży, banków, restauracji, słychać na ulicy.

Ryby podzielone, należność od kolegów skasowana, możemy jechać na zaplanowaną wycieczkę do ważnego dla tutejszej Polonii maryjnego sanktuarium w Doylestown, zwanego amerykańską Częstochową. To niedaleko od Nowego Jorku, około 100 mil. Pogoda dalej dopisuje, ale niestety dobry fart opuszcza Sowę. Na przedmieściach Doylestown przejeżdża skrzyżowanie na czerwonym świetle i zalicza stłuczkę. Tęgi brodacz z terenówki, który miał już zielone światło i nie zdążył wyhamować, ma ledwo porysowany zderzak, za to Sowa będzie miał chyba tylny wahacz i drzwi do wymiany, a na pewno nie wróci tym autem samodzielnie do domu. Jęczy, że nówka Honda i tak potrzaskana, a powinien się przede wszystkim cieszyć, że nikomu się nic nie stało. W drugim samochodzie jechała cała rodzina, poza ojcem za kierownicą – matka w zaawansowanej ciąży i dwie dziewczynki. Wszyscy zachowali spokój; przyjechała policja, zrobiła, co do niej należało, brodacz pojechał w dalszą drogę, a my z Sową policyjnym autem na parking.

W sumie byłoby to banalne wydarzenie, warte może tylko krótkiej wzmianki, gdyby nie godne laurki zachowanie miejscowego stróża prawa. Pierwotnie auto miało zostać na parkingu, a my mogliśmy wracać do domu i organizować transport Hondy do zaprzyjaźnionego warsztatu, co wiązało się z podwójnymi kosztami. Miejscowa pomoc drogowa nie wyjeżdżała poza granice miasta. Emerytowany sergeant o wyglądzie Clinta Estwooda, który na pół etatu dorabiał jeszcze w służbie, dał się jednak uprosić i zaczął ze swojej prywatnej komórki obdzwaniać znajomych, żeby nam pomóc. Udało się, przyjechała dwuosobowa ekipa, wciągnęli auto na pakę, Sowa zajął trzecie miejsce w kabinie, a ja znów do autobusu. Pojechaliśmy najpierw do jakiegoś sklepiku, który pełnił również funkcję kasy biletowej, policjant sprawdził, o której mam połączenie do Nowego Jorku, a później zawiózł na przystanek, przykazując, żebym się stąd nigdzie nie ruszał. Skromnie licząc poświęcił ponad dwie godziny prywatnego czasu na pomoc obcym bliźnim. Thank you sergeant!

Autobus zatrzymywał się w każdym miasteczku, przez które przejeżdżaliśmy. W sobotni wieczór ruch pasażerów był umiarkowany. Wejścia do domów i witryny sklepów były już udekorowane na nadchodzący Halloween najwymyślniejszymi straszydłami; w jakimś otwartym, rzęsiście oświetlonym garażu, długowłosy artysta o końskiej twarzy rzeźbił drewniane figury, w innym muzykowała grupa country, a wszędzie widać było niezliczone lampiony, wykonane z pomysłowo wydrążonych dyni. Tym razem autobus zakończył kurs, gdzie trzeba, na 42 ulicy i na Queens dotarłem bez problemów. Uszkodzona Honda stała na parkingu stacji benzynowej niedaleko domu; póki nie zostanie naprawiona, Ula z Adasiem będą korzystać z ich starej Hondy, która działała bez zarzutu. W niedzielę jedziemy nią na Green Point, do polskiego kościoła, wypada podziękować Bozi za to, żeśmy wyszli cało z wypadku.

Droga powrotna do Europy zaczyna się na lotnisku La Guardia, niedaleko od Queens. Z okien samolotu, przy bezchmurnym niebie, podziwiam Statuę Wolności, której tym razem nie udało mi się zobaczyć z bliska, ruch statków po Hudsonie, panoramę metropolii. Spędziłem w tym ponad 8-milionowym mieście okrągły tydzień, nie obejrzałem Manhattanu z wody, za to powłóczyłem się późnym wieczorem po rzęsiście oświetlonym Broadwayu i za dnia po Parku Centralnym. Nie zwiedziłem żadnego ze słynnych muzeów, nie zarobiło na mnie żadne biuro turystyczne, ale byłem pełen wrażeń. Kocham chodzić bez celu po obcych ulicach, obserwować różne ludzkie typy, łowić zapachy dolatujące z knajp, perfumerii, dźwięki muzyki z tanecznych parkietów, przycupnąć w jakiejś przydrożnej kafejce.

Któregoś dnia zaniosło nas z Adasiem na Brighton Beach, na południowym cyplu Brooklynu, za którym już tylko Atlantyk. Na ulicy nikt nie mówił po angielsku, był za to bazar za bazarem, jeden kusił cytrusami, drugi wódeczką, jakiej byś nie zapragnął, w następnym mogłeś sobie kupić kożuch, bo przecież szła pomału zima, a w każdym poczęstować cię mogli czajem, jeżeli oczywiście byłeś poważnym klientem. Nie bez powodu nazywano tę dzielnicę Małą Odessą, tu skupia się od pokoleń rosyjska – w szerokim tego słowa znaczeniu – emigracja. Było więc swojsko. Przy szerokim deptaku nad piaszczystą plażą rozsiadły się restauracje i bary, w których zjeść można było soljankę albo pielmieni, napić się zimnej baltiki, posłuchać kawałów, opowiadanych rosyjsko-żydowskim żargonem, albo popatrzeć, jak walczy z kielichem starszy jegomość. Purpurowa od wódeczki twarz, jakby wycięta z kreskówki o wilku i zającu, zdradza pełną determinację. Kolega w kaszkiecie nalewa z karafki, żołądek już nie przyjmuje, ale hańba odmówić, więc walczy. Co zwróci, to uzupełni, zuch! Ponoć ziąb nadchodzi i słoty, dobrze byłoby wykąpać się jeszcze w morzu, na pamiątkę pobytu w Brighton Beach. Idziemy więc na plażę i nura do wody, ale jest dosyć chłodno i długo sobie nie popływamy.

– Proszę, jacy ci mężczyźni odważni – zaczepia nas piegowata plażowiczka.

lilianaJej śpiewny angielski zdradza, że nie urodziła się na Brooklynie. Przechodzimy na rosyjski, Liliana jest naszą rówieśniczką i pochodzi z Mińska. W Stanach mieszka od 13 lat, podobnie jak Adaś ma amerykańskie obywatelstwo i pracuje jako pielęgniarka w szpitalu na Coney Island. W Mińsku była lekarzem, tutaj nie uznano jej dyplomu, więc skończyła studium pielęgniarskie i mówi, że jest zadowolona. Zarabia dobrze i dalej pomaga ludziom. Jest wdową, mąż był Irlandczykiem i pracował w policji. Zapraszamy Lilianę na kawę, a ona nas później na ukraiński barszcz, który kupuje w swoim sprawdzonym sklepie. Jemy go z plastikowych pojemników, na ulicznym skwerze i rozmawiamy o życiu.

Międzylądowanie znowu w Atlancie. Ogromne jest to lotnisko, z terminalu na terminal jedzie się podziemną, ekspresową kolejką, są oznaczone kolejnymi literami alfabetu, jak osiedla w Tychach. Podobnie, jak w tamtym kierunku, korzystam z porządnego serwisu amerykańskich linii Delta Airlines. Po kilkunastu godzinach lotu wita nas Europa, już spowita jesiennymi szarugami. Nad Monachium burza i gęsta mgła. Przy optycznie zerowej widoczności pilot pewnie osadza maszynę na płycie lotniska. Kiedy wraz z innymi pasażerami stoję w kolejce do odprawy paszportowej, wchodzą bocznymi drzwiami – kapitan samolotu wraz z załogą, wszyscy niemłodzi, a stewardessy wyraźnie zmęczone. Pierwszy pilot, o szerokiej, ogorzałej twarzy, z siwą grzywą włosów opadających na kołnierz munduru, niesie niedbale swój wiekowy kuferek, który gdyby mógł mówić… Drugi przypomina starego pirata, nie mają w sobie nic z tych irytujących, operetkowych póz, tak często odgrywanych przez ich młodszych kolegów.

– Jak było? – pyta mnie po powrocie młodszy syn, Mikołaj.
– Przejechaliśmy na czerwonym świetle, jest mandat za 126 baksów, ale na szczęście wszyscy zdrowi – odpowiadam.

Za tydzien jeszcze raz Nowy Jork

W Nowym Jorku i Toronto

Zbigniew Mierzwa

Właściwie nie planowałem tej podróży. Zdecydowany byłem przegonić złego z kruchej, niemowlęcej skorupki na odległość, choćby przy pomocy skype`a. Panu Bogu w końcu powinno być obojętne, gdzie modli się dziadek chrzczonego dziecka, w Kanadzie, Niemczech, czy w Polsce. Gabriel wziął mnie jednak sposobem. Przysłał mi ozdobną kartkę, z treści której wynikało, że wraz z rodzicami z radością zaprasza dziadka na uroczyste przyjęcie Sakramentu Chrztu Świętego. Następowała data: 13 października 2013 roku i adres polskiego kościoła w Toronto. Nie było innej rady, trzeba było lecieć. Trzęsącymi się ze starczego sknerstwa rękami wysupłałem na bilet lotniczy i 10 października ruszyłem z Monachium za ocean.

Wstępnie do Nowego Jorku, bo do Toronto nie było już wolnych miejsc. Na lotnisku Newark, w sąsiednim New Jersey, czekał na mnie zgodnie z obietnicą mój przyjaciel z dawnych czasów, który zobowiązał się dostarczyć mnie osobiście swoim samochodem do Toronto. Ponieważ dżentelmeńsko wywiązał się z danego słowa, trochę go teraz dla niepoznaki przebiorę i ucharakteryzuję, żeby mógł pozostać w tym reportażu anonimowy, jak tego chciał. Z całym jednak szacunkiem dla faktów. Tak więc Adaś – zwany od dzieciństwa Sową – w towarzystwie swojej przyjaciółki Uli, wpakowali mnie razem z moim bagażem na tylne siedzenie Hondy Accord, która jeszcze pachniała fabryką. Następnie powieźli przez Holland Tunnel biegnący pod Hudsonem, dolny Manhattan, Williamsburgbridge nad East River, na Brooklyn. Stamtąd już tylko kawałek do Quins, gdzie mieszkają. Miałem wrażenie, że przez te dziesięć lat od mojego pierwszego pobytu w nowojorskiej metropolii nic się tutaj nie zmieniło. Ten sam zwariowany ruch na ulicach, niemilknące klaksony, jarzące się światłami wieżowce i mosty, czułem się, jak bym stąd w ogóle nie wyjeżdżał. Ula i Adaś też wizualnie za bardzo się nie zmienili w ciągu tych dziesięciu lat. Nadal szczupłe sylwetki, może się bardziej przygarbiły, jej jakby przybyło sceptycyzmu w kącikach ust, jemu ubyło włosów, ale duchowo nadal byli w dobrej formie.

Ula, o ile się nie mylę, po krakowskiej ASP i z dobrymi, arystokratycznymi korzeniami, po staremu pracowała w hotelarstwie, jako dyspozytorka służb sprzątających pokoje. Adaś, na azbestach. Mieszkali w solidnej kamienicy z cegły, przy Yellow Stone Blvd., w dwóch pokojach z kuchnią, które mieli na własność. W starym mieszkaniu na Green Point, gdzie wcześniej waletowałem, byli tylko lokatorami. Teraz mają więcej przestrzeni i wyższy standard, ale gościnność jest ta sama. Kiedy wchodzimy do mieszkania, Ula natychmiast włącza laptopa i zapala papierosa. Alkoholu prawie nie pije, ale niebieskiego dymka nie może sobie odmówić. W internecie śledzi od dawna namiętnie wszystkie doniesienia komisji Macierewicza na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej.

– Co ja o tej tragedii myślę? – pyta. Kiedy zgodnie z prawdą deklaruję się po stronie niedowiarków teorii spiskowej, wywiązuje się ożywiona dyskusja, która pewnie trwałaby do rana, gdyby nie fakt, że na 5.30 Adaś nastawił budzik. W końcu rano jedziemy do Toronto. Ula nie pojedzie z nami, bo w piątki pracuje. Sowa ma kilka wolnych dni w pracy, w związku z okresowymi badaniami lekarskimi w programie World Trade Center, którym jest objęty. Uczestniczył w porządkowaniu cmentarzyska po zamachu 11 września 2001, widział wiele okropności i mówi o tym niechętnie, bo mimo upływu lat trauma trwa.

– Pamiętasz, Guerra, jak mnie w Nowej Hucie chciałeś zamordować? – zmienia temat i rechocze charakterystycznym, przeciągłym śmiechem.

Dorabialiśmy obydwaj w studenckiej spółdzielni pracy Żaczek w jakiejś nowohuckiej papierni i z całego majątku mieliśmy tylko dwa złote. Mnie chciało się sakramencko palić, a Sowie jeść, więc mieliśmy problem, co kupić – dziesięć Sportów, czy jakąś kanapkę, bo na obydwa luksusy nie starczało forsy. Przekonałem go, żeby kupił fajki, przyniósł bułkę i kawałek kaszanki, cały Sowa. Dwa lata młodszy ode mnie, studiował prawo na UJ, ja – bułgarystykę. Nie należał do szczególnie pilnych studentów, ja prymusem także nie byłem, ale udało mi się obronić pracę dyplomową z kilkumiesięcznym poślizgiem. Sowie zajęło to więcej czasu, bo wiadomo, studia prawnicze to nie jakaś filologia. Kiedy pokazał swojej mamie dyplom, odetchnęła z ulgą. Była wdową po ogólnie znanym i szanowanym adwokacie w średniej wielkości galicyjskim mieście i marzyła o tym, aby jej syn jedynak objął schedę po ojcu. Niestety nie objął, poszedł budować gierkowską Drugą Polskę, wyjeżdżał na kontrakty do Kraju Rad, trochę zajmował się interesami, ale przede wszystkim ostro balował. Do tego zawsze miał słabość. Z racji swojej kierowniczej funkcji w jednej z krakowskich organizacji młodzieżowych, bywał na PRL-owskich salonach, poznawał prominentów władzy, znanych aktorów, dziennikarzy. Kiedy system się zmienił, wyjechał do Stanów, nie miał innych pomysłów na dalsze życie.

– Ot tak po prostu, wyjechałeś? – zapytałem.
– Oczywiście musiałem najpierw uzyskać wizę, co nie było proste – odparł. –
Pod amerykańskim konsulatem stały dniem i nocą tasiemcowe kolejki, obowiązywały zapisy, ale woźnym był mój dobry znajomy i pomógł mi wejść do środka. Przyjął mnie Rudy, największy służbista w konsulacie, znany z tego, że dawał prawie zawsze odmowy. Rutynowo otaksował mnie spojrzeniem, byłem ubrany elegancko, w najlepszy garnitur z angielskiej wełny. Ludzie na dworze, głównie z prowincji, prezentowali się inaczej, przychodzili roztrzęsieni, a ja pewny siebie. „W jakim celu wybiera się pan do Stanów Zjednoczonych?” – zapytał. „Turystyczno- biznesowym“ – odpowiedziałem niedbale. „Taaaaaak, a jaki biznes?” „Chciałbym otworzyć w Krakowie sieć koszernych restauracji i szukam chętnych biznesmenów, którzy partycypowaliby w tym pomyśle.” „To bardzo ciekawe”, ożywił się konsul, „radziłbym panu udać się wobec tego na Florydę.”

Był gojem, ale miał żonę Żydówkę i bez ociągania przyznał Adasiowi wizę, a że z restauracji wyszedł całkiem niekoszerny azbest, to już zupełnie inna sprawa. Na usuwaniu szkodliwego dla zdrowia tworzywa, który pokrywał niezliczoną ilość budynków w Nowym Jorku, można było pod koniec ubiegłego wieku nieźle zarobić i zarabia się nadal. Kiedyś monopol na te prace mieli polscy emigranci i przybysze z innych krajów Europy wschodniej, ale zwłaszcza nasi rodacy, dziś coraz mocniej wypychają ich Latynoso. Są najsilniejszą liczebnie mniejszością etniczną w Stanach i widać to w zatrudnieniu, w każdej branży.

Do Toronto mamy z NY niecałe 800 kilometrów. Droga wiedzie znów przez Holland Tunel, do New Jersey i przez Pensylwanię do stanu New York, a więc wydawałoby się – pokrętnie. Tak jednak dziwnie biegną granice tych trzech stanów, bo szlak sam w sobie jest prosty. Wodospad, a właściwie wodospady Niagara, bo są to trzy kaskady, witają nas piękną, słoneczną pogodą, jest ciepło, jak latem. Daruję sobie opis tego powszechnie znanego cudu natury, wpisanego w amerykańską symbolikę. Powiem tylko, że stojąc na tarasie widokowym nad Niagarą, po stronie amerykańskiej – kanadyjska panorama jest jeszcze ładniejsza – zastanowiłem się, jaką miałbym szansę przeżycia, gdybym sobie ni stąd, ni zowąd wszedł do tak leniwie płynącej przed progiem urwiska rzeki. Niagara, płynąca z jeziora Erie do jeziora Ontario musi pokonać prawie stumetrową różnicę poziomów. Gdzieś tak w połowie drogi rzeka rozwidla się na dwie części i spada kaskadami, które mają od 50 do 60 metrów wysokości i do 900 m szerokości. Adaś mówi, że nie miałbym szans, bo to jest mniej więcej dwudzieste piętro, a jednak różni już próbowali, olbrzymka kusiła.

W 1829 r. niejaki Sam Patch skoczył z wysokiej wieży do wodospadu i przeżył ten skok. W 1859 r. znany linoskoczek Jean F. Gravelet przeszedł po linie nad wodospadami, bez zabezpieczenia. Na początku XX wieku 63-letnia nauczycielka Annie E. Taylor zmierzyła się z Niagarą, w specjalnie do tego celu skonstruowanej beczce. Choć poraniona, wyszła z tego eksperymentu z życiem, ale przestrzegła innych przed naśladownictwem. Na próżno, wielu śmiałków próbowało jeszcze na różne sposoby pokonać Niagara Falls i większość przypłaciła to życiem.

Adaś funduje bilet na statek, który podpływa aż pod Wyspę Kozią, rozdzielającą kaskady po stronie amerykańskiej i kanadyjskiej. Na pokładzie prawie sami turyści z Japonii, wszystkich nas jednoczą błękitne, nieprzemakalne peleryny, bo niedługo będzie prysznic. Rejs trwa niewiele ponad pół godziny i pozostawia w uszach dudnienie młota wody o skały. Pod wyspą weszliśmy w wodną mgławicę i przez dobrą chwilę nie było nic widać. Kadłub statku dygotał cały na wirach, byłem pod wrażeniem. Nie bez powodu Irokezi nazywali to miejsce Grzmiącą Wodą.

niagara-sebronHippolyte Victor Valentin Sebron (1801-1879) – “Wodospady Niagara zimą”, olej na płótnie, 1853, Musee de Beaux Arts, Rouen – obraz prezentowany aktualnie w Berlinie na wystawie Irokezi.

Pora ruszać w dalszą drogę. Granicę między USA i Kanadą wytyczają wodospady, za mostem pobieżna kontrola paszportów, mamy jeszcze do zrobienia około 125 kilometrów. Toronto jest największym miastem Kanady, zamieszkałym – na całym administracyjnym obszarze – przez około 6 milionów ludzi i największym na świecie tyglem multi-kulti, w którym znajduje się ponad 150 grup etnicznych. Angielski jest językiem ojczystym dla mniej, niż 52 procent mieszkańców Toronto. Ponad połowa z nich jest emigrantami, co daje miastu drugie miejsce na świecie co do ich liczby, po Miami w Stanach. Według statystycznych danych Polonia liczy w tej aglomeracji blisko 300 tys. osób, ale nieoficjalne dane mówią, że jest ich dwa razy więcej. Do Kanady nie potrzebujemy wizy.

Kiedy jeździ się po takim dużym, obcym mieście samochodem dobrze jest mieć elektroniczną nawigację, a przynajmniej zwykłą mapę, a tego niestety nie posiadamy. Mój syn nie może nas znikąd odebrać i poprowadzić, ponieważ, tak jak zapowiadał, poszedł z żoną i szwagrem na mecz koszykówki. W końcu udaje się jednak odnaleźć jego adres, ale trochę to trwa. Młodych jeszcze nie ma w domu, dziecko zostawili pod opieką rodziców żony syna i mogą użyć trochę wolności. Teść Tadeusz, techniczna dusza, chodzi po mieszkaniu metrowymi krokami i liczy, ile może ono mieć metrów kwadratowych. Zięć mu powiedział, że sto pięćdziesiąt, a jemu wydaje się, że jest więcej. Tak, czy owak, miejsca dla gości nie powinno zabraknąć, jest gdzie spać i biesiadować. Obowiązki szefowej kuchni pełni gościnnie jego żona, Ewa, której talentom kulinarnym nie sposób się oprzeć. Obydwoje są z Podlasia i choć od 30 lat mieszkają w Monachium, w śpiewności mowy tego nie słychać. Ich dzieciom, które urodziły się już poza krajem, łatwiej między sobą komunikować się po niemiecku, w domu jednak zawsze mówiły tylko po polsku.

Zakradam się na palcach do pokoju Gabrysia, śpi, jak suseł. Rzekomo do mnie podobny, ja tego jakoś nie widzę. Dopiero nazajutrz, jak się rozkrzyczy i trzeba będzie coś z tym fantem zrobić, pomoże muzyka. Biorę małego na ręce i coś tam podśpiewując tańczę w rytm, wtedy się uspokaja. Mnie można było kiedyś tak samo przekupić, więc faktycznie wykapany z niego dziadek. Przed południem przylatuje do Toronto babcia Mira. Nasz młodszy syn nie mógł dotrzeć, prowadzi w Monachium własną firmę i interesy nie pozwalają. Później zjawiają się goście ze Stanów, dom się zapełnia. Jagoda, przyjaciółka Ewy, jeszcze z rodzinnych stron mieszka od lat w Mayfield w Pensylwanii, niedużym mieście, rzekomo podobnym trochę do Karpacza. Przyjechała samochodem z córką i synem, którzy są mniej więcej rówieśnikami naszych dzieci. Jagoda pracuje jako pielęgniarka w hospicjum, Nicole w firmie farmaceutycznej a Patryk ma własny biznes ogrodniczy. Towarzyszy im koleżanka Nicole z pracy i jednocześnie narzeczona jej brata, Stefanie, która jest najprawdziwszą Amerykanką, nie rozumie ani słowa po polsku, ale z naturalnym wdziękiem udaje, że w ogóle jej to nie przeszkadza.

Siedząc na tarasie przy kawie i domowym serniku gawędzimy sobie zresztą najpierw w grupach, młodzi między sobą po angielsku, starzy po polsku. Za to wieczorem, przy szaszłykach z rożna i wodzie rozmownej nastąpi prawdziwa integracja i pomieszanie języków. Stefanie nauczy się mówić bezbłędnie na zdrowie, swojemu chłopakowi powie kocham cię, a byli żołnierze przy stole odśpiewają kilka marszowych pieśni. Próbujemy It`s a long way to Tipperary, ale ze słowami kłopot, za to Pałacyk Michla i Katiuszę znamy na pamięć, echo pięknie niesie te pieśni z tarasu na ósmym piętrze. Szkoda, że nie ma z nami Krzyśka, męża Jagody, który nie rusza się nigdzie bez akordeonu, ale gra właśnie na jakimś polskim weselu w Nowym Jorku.

– Zdrastwujte, a wy otkuda tak choroscho znajete russki? – pozdrowił nas nazajutrz w windzie skośnooki sąsiad z siódmego.

Wybieraliśmy się właśnie z Mirą i małym na spacer. Trochę zmieszany podziękowałem sąsiadowi za komplement, przeprosiłem za zakłócenie ciszy nocnej.

– Nic się nie stało – powiedział uprzejmie już po angielsku. – Jestem z Kazachstanu i z wykształcenia muzykiem, gdybyście fałszowali, wezwałbym policję.

Mieszkanie, w którym mieszkał mój syn z rodziną, zlokalizowane było niedaleko centrum miasta, w ładnie zadrzewionej, eleganckiej dzielnicy i należało do jego pracodawcy, sporej, skandynawskiej firmy, prowadzącej interesy na międzynarodową skalę. Działał w niej już sporo czasu, zaczynał w Monachium, później jeździł służbowo także do Berlina, Frankfurtu, Stuttgartu. Od dwóch lat firma zdobywa rynek kanadyjski i syn tym kieruje. Mówi mi, że zawodowo czuje się zrealizowany. Ma dobrą i urodziwą żonę, była informatykiem w pewnej amerykańskiej korporacji, a kiedy została mamą, przeszła na urlop macierzyński. Ich syn jest zdrowym dzieckiem i prawidłowo się rozwija, żyją dostatnio, mogę się tylko cieszyć. Też tak chcieliśmy, gdy przed laty oboje z Mirą wyjeżdżaliśmy na Zachód.

– Będziecie mierzwą dla swoich dzieci – przepowiadał nasz tyski sąsiad, Krystian.

Był przyrodnikiem z wykształcenia i zamiłowania, więc takie porównanie i aluzja do mojego nazwiska w jego wykonaniu nie dziwiły, ale osobiście mnie wkurzały. Buntowałem się na myśl, że wyjeżdżam z kraju tylko po to, żeby zostać jakimś nawozem dla swoich dzieci. Prawda, nie miałem żadnych konkretnych planów na swoją emigracyjną przyszłość, tylko naiwnie, po polsku wierzyłem, że jakoś to będzie, a z pewnością dużo lepiej, niż w kraju. No i rzeczywiście jakoś mi się wiedzie. Dziś z przekonaniem mogę powiedzieć: mówcie mi mierzwa, czyli nawóz!

Ciąg dalszy w przyszłym roku

Ten wpis został opatrzony “tagiem” porady kulturalne, a to dlatego że koniecznie trzeba iść na wystawę o Irokezach. Kto więc mieszka w Berlinie, albo się tu w najbliższych dniach wybiera, to niech pospiesza do Martin Gropius Bau. Wystawa jest czynna do 6 stycznia. Więcej informacji w linku (proszę kliknąć na słowo Irokezi w podpisie pod obrazem zimowej Niagary).

Wpis na poniedziałek

Ewa Maria Slaska

O toaletach

Każdy z nas to pamięta. Te jakieś straszne toalety gdzieś w Polsce, obesrane i cuchnące. Niekiedy wciąż jeszcze można je zobaczyć w pociągach PKP. Tak bywa, o czym mogę  się naocznie przekonać, bo właśnie jadę pociągiem.

Ale wszyscy też wiemy, że to już dawno nie jest normą, że nowoczesność kroczy jak bogini Wolności. Albo zamiast niej.

Dziś buduje się nowocześnie, wszędzie szkło, stal i szlifowany kamień. Wszędzie stawia się wielkie szklane wazony z nowoczesnymi bukietami, a te muszą być przede wszystkim wielkie. Ogromne gladiole, orchidee, pędy bambusa. Wszystko super eleganckie. Toalety ze szklanymi drzwiami. Podwórko z kunsztownymi grupami roślin. Na talerzach wraps z kiełkami. A obok… A obok coś przaśnego, co kobietom w jednakowych czarnych garniturach i mężczyznom, którzy właśnie już nie muszą mieć jednakowych czarnych garniturów, nawet krawatów nie muszą… Ich uniformizm zawiera się w jednakowej myśli, w jednakowych słowach. W Polsce słowem tym jest korporacja, w Niemczech co trzy lata musi się tu pojawić jakieś nowe słowo, wytrych i remedium rozumienia i rozwiązywania problemów społecznych. Harmonisieren, Nachhaltigkeit, Vernetzung, passgenaue Qualifizierung. Kwalifikacje na miarę. A więc jak już tym kobietom i mężczyznom znudzi się omiatanie wzrokiem szlifowanych granitów i stali, mogą odpocząć patrząc na zdjęcia zardzewiałych łyżek na obdrapanych parapetach. Do jedzenia oprócz wrapów jest grochówka. To nowa wersja pajdy chleba ze smalcem do czytania poezji. Wysokie szklane drzwi w toaletach sprawiają, że goście czują się niepewnie. Zwłaszcza Gościce. Niby wiadomo, że szkło jest nieprzezroczyste, ale przecież jednak podstawowe skojarzenie szkła to czystość, klarowność, nie zakłócone możliwości widzenia. Podczas obrad Gościce wymykają się chyłkiem i podążają ku szklanym drzwiom. Nieobecność innych jest też rodzajem ochrony przed nieproszonym spojrzeniem. Ale ciężkie drzwi wymykają się z rąk i z hukiem uderzają o framugę. Po przerwie obsługa konferencji przyczepia do szklanych drzwi szmatki na sznurkach. Designera szlag by trafił.

Wieczorem, a jakże, wieczór poetycki. Sala nobliwie monotonnie antracytowo szara. Dopasowane do entourage’u suknie Gościc. Mężczyźni tak czy owak od dwustu lat w takich tonacjach. Na scenie czerwona gaśnica. Cały czas czekam, czy ta techniczna czerwień nie okaże się jednak rekwizytem, który ma głęboki sens. Ale nie, po prostu designer sobie, a przepisy przeciwpożarowe sobie. I już.

Przedstawienie jest nudne i – jak gaśnica – bez sensu, ale ma też inny sens, głęboki „sens żydowski”, nie śmiemy więc głośniej odetchnąć. Takim okazjom w Berlinie może towarzyszyć tylko nabożne skupienie. Cisza, szacunek, pochylenie głowy, cisza. Kobieta w rzędzie za mną charczy nagle potwornym, przepotwornym charczeniem.  Charczenie wyrywa ze skupienia całe audytorium. Ze sceny wylewa się na nas właśnie czarne mleko świtu, pijemy je nocą, twoje szare włosy, Margarete, twoje czarne włosy, Sulamitko. W powietrznym grobie nie jest nam ciasno. Charczenie się ponawia. Straszne potworne. Kobieta, która charczy ma dziś popielate włosy jak Margarete, ale kiedyś, gdy była młoda, była Sulamitką. Przerwa. Po przerwie Margarete nie wraca już. Zastanawia jednak, dlaczego tu była? Takie charczenie nie pojawia się znienacka. Była chora, dlaczego więc w ogóle przyszła?

Latami nie byłam w stanie chodzić do filharmonii, bo w berlińskiej filharmonii w mini przerwach pomiędzy kawałkami muzyki waliły się na człowieka ze wszystkich stron zmasowane ataki kaszlu. Nie pomagało zaciskanie zębów ani zatykanie uszu. Zawsze przypominało mi się, że, Graves tak twierdził, Kalligula kazał zamordować Gemellusa, bo kaszlał. Wreszcie dyrekcja zrozumiała, że masowy kaszel przekracza ludzką wytrzymałość i rozprawiła się z problemem jedną kartką: Zabrania się kasłania w przerwach. I pomogło. Dziś już nikt nie kaszle.

Nie rozumiem. To dlaczego przedtem kasłali? Ale też – jak to możliwe, że jednak nie muszą kaszleć?

Behawioryzm kaszlu, fizjologia designu. Rok zajmowania się tematem kościelnego obozu pracy przymusowej pozwala na odkrycie specjalnego designu przeznaczonego dla miejsc pamięci. Potrzebny jest beton, dużo betonu i zardzewiałe żelazo. Godna podziwu jednorodność stylistyczna. Co to za kierunek w sztuce? Postpamiętnik?

Więc  toalety. Mam jakieś niepewne wspomnienie z czasów załatwiania odmownie terenów postenerdowskich za pieniądze europejskie, inwestowane na Wschodzie przez inwestorów z Zachodu. W jakimś miasteczku, gdzie nie było nic, a właśnie zlikwidowano jedyne w okolicy kino, zbudowano automatyczną toaletę ze szlifowanej stali i marmuru. Przeczytałam kiedyś zdanie, że brandenburskie wioski to jakieś UFO, odcięte od świata, zamknięte w sobie, bez życia politycznego, społecznego i gospodarczego.  Dodałabym jeszcze, bez kina i biblioteki, ale z marmurową toaletą.

Ale mam i wspomnienia jak najbardziej aktualne. Na Zachodzie Niemiec w restauracjach przy autostradach jak epidemia ospy  rozpowszechnia się system nowoczesnych toalet w pełni zautomatyzowanych. Kosztują chyba 70 centów, z  tego 50 centów otrzymuje się z powrotem w charakterze bonu do wykorzystania w tychże restauracjach. No i dobrze, może nawet bardzo dobrze. Może lepiej zautomatyzowana toaletyzacja niż owe przedpotopowe toalety, do których trzeba było wyjść poza budynek, zaopatrzywszy się uprzednio u barmana w klucz z zawieszką o rozmiarach łopatki mamuta. Ale jak wiadomo nie każde nowe jest lepsze od starego. W toaletach w okolicy miasteczka Fläming 20 lat temu pozwolono się wyszaleć designerowi, który skorzystał z tego prawa w obowiązującym wówczas stylu post-op-artu, któremu patronował post-post-Andy-Warhol. Była więc toaleta Jamesa Deana, Marylin Monroe, Charliego Chaplina i Elvisa Presleya. Były śmieszne i kolorowe. U mężczyzn inne niż u kobiet. Po jednej stronie autostrady inne niż po drugiej. Toalety na trasie z Berlina do Fläming odwiedziłyśmy z Lidą i Dorotą w marcu tego roku jadąc do Halle. Toalety po przeciwnej stronie zachwaliłam jakbym to ja sama je zaprojektowała, Kindze i Włodkowi, gdy w lipcu wracaliśmy z Francji. W marcu świat fizjologiczny po zachodniej stronie autostrady był jeszcze pełen barw, w lipcu ściana wschodnia okazała się już w pełni zautomatyzowana, a paleta barw pomiędzy papugą a pawiem, sprowadziła się do obowiązującej już na całym Zachodzie sterylnej kombinacji szklanej zieleni i mlecznej bieli.

Zapytałam sprzątacza, co się stało? Nie wiedział, o co mi chodzi. Nie ma racji Dorota, twierdząc, że pamięć społeczna się skurczyła i obejmuje teraz siedem lat. Pamięć społeczna nie obejmuje nawet siedmiu miesięcy.