Baratarysta Regresywny jako Wielki Inspirator Kultury

Od Adminki:

No cóż, plan z reguły jest taki, najpierw wpis na blogu, a potem na Facebooku, chyba, że to reblog…
I oto tymczasem na FB tekst ukazał się już w miniony wtorek, a ja, uparta Adminka, trzymałam się planu. Ma to ponoć być dowód na to, że czas się cofa, co mi przypomniało, że norweska wyspa Sommarøy postanowiła znieść czas i to na pewno jest element baratarystyczny. Z kolei, gdyby tekst nie ukazał się na FB już we wtorek, to Magda Parys być może dopiero dziś odkryłaby powołanie do życia Nieistniejącego Festiwalu Literackiego, czyli pewnie tak po prostu musiało być, bo efekty są fantastyczne.

Jednocześnie informuję, że autor, który postanowił (z powrotem) używać pseudonimu (o ile dobrze pamiętam, jakiś czas temu Facebook zmusił go do rezygnacji z wdzięcznej ksywki), od dziś otrzymał blogowe wtorki dla siebie i swoich projektów, a są to: doktorat z baratarystyki, Kurs Sztuki Żeglowania, połączony z exodusem na Wyspy Szczęśliwe, ocalenie wizerunku Kubusia Puchatka oraz Nieistniejący Festiwal Literatury, połączony z opowieściami o Księżnej Pani. Przydatna we wszystkich tych dziedzinach umiejętność to gotowanie kawy na piecyku z trzech gwoździ.

Wtorki nie będą obowiązkowe. Niektóre będą komentowane już “w rzeczy samej”, jak na przykład ten dzisiejszy

Tabor Regresywny

Dialogi regresywne

Tabor:
Kurs Sztuki Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury.
Ty zostaniesz kuratorką KSŻ.
X
Odp. Adminki:
Tak, jako osoba nie żeglująca świetnie się kwalifikuję do pełnienia funkcji kuratorki kursu żeglowania
X
Tabor:
Proponowałem Ci “siedzenie na Oku”, to jest rozwinięcie tej idei.
X
Odp. Adminki:
Jednooczka na oku 😉 (bo ja nie widzę na jedno oko, o!)
X
X
Odp. Adminki:
Myślę, że rzecz jest przynajmniej po części do zrealizowania – do Berlina da się dotrzeć wodą z Polski, choć raczej nie na lotnisko Tempelhof i już na pewno nie da się wpłynąć przez suchego przestwór oceanu na górę Krzyża (Kreuzberg) w Parku Viktorii na Kreuzbergu, gdzie mieści się – co nazwa góry wszak niemal narzuca – bar Golgota. A trzy gwoździe na Golgocie mogą też posłużyć sztuce gotowania kawy.
X

Tabor:
Nigdy nie płyniemy „do” zawsze w „kierunku”. Wyruszyłem w kierunku Berlina na wykład Mara Jeziornego pt. Murzyńskie prawo pracy… W Berlinie zbiegiem okoliczności nie dotarłem na wykład za to trafiłem w sam środek Nieistniejącego Festiwalu Literatury (bo istniejący właśnie przestał istnieć). Kuratorka zaproponowała mi funkcję konsultanta, a ja w rewanżu zaproponowałem jej funkcję kuratorki Kursu Sztuki Żeglowania. Na znak zgody zrobiliśmy sobie fotki, ja jej na „Kaw/fce” ona mi z „Kaw/fką”. Ustaliliśmy, że KS Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury. Nic nie stoi na przeszkodzie, by NFL towarzyszyły imprezy towarzyszące. Mało tego, Istniejące Festiwale Literatury też mogą być imprezami towarzyszącymi. Natomiast Nieistniejący Festiwal Literatury z racji swojego nieistnienia nie może być imprezą towarzyszącą np. Istniejącemu Festiwalowi Literatury. Objawia się tu nam wyższość nieistnienia nad istnieniem. Wracając do lekcji. Płynąc „do” staramy się dopłynąć, często wbrew przeciwnym wiatrom, często z wielkim trudem i w  końcu często okazuje się, że cel nie był wart tych wysiłków. Lepiej płynąć w „kierunku” z otwartością przyjmując wszystko co nas spotyka, bo to może być to, po co płyniemy.

Dowody na istnienie Nieistniejącego Festiwalu Literatury:

 

 

 

 

 

 

 

Od Adminki: Komentarze “w rzeczy samej”:

1. Poważny. Magda Parys napisała kilka dni temu na FB:

Moi drodzy, nie tak dawno opowiadałam Wam o polsko-niemieckim festiwalu „Literatzky Berlin”. Niestety wszystko wskazuje na to, że festiwal się nie odbędzie. Jeśli jednak dojdzie do skutku, to ani Ewa Maria Slaska ani ja nie będziemy jego organizatorkami. Czasem nie wystarcza fakt, że wpadniesz na pomysł, znajdziesz partnerów, którzy chcą go z tobą wprowadzać w życie, nie wystarczy, że uda się zdobyć na to pieniądze. Czasem zwyczajnie i po prostu zadzieje się coś, na co nie masz wpływu. Cholernie mi przykro, że festiwal, który miał taki potencjał i był w tych trudnych czasach potrzebny i Polsce, i Niemcom, nie może być przez nas zrealizowany. Bardzo Was przepraszam za rozbudzenie nadziei. Wiem, że wielu autorów, dziennikarzy i wydawców szykowało się na wyjazd do Berlina. Trochę opadły mi skrzydła, lecz jest jeszcze tyle innych pięknych nazw festiwali i tyle nieodkrytych pomysłów, że na pewno jeszcze kiedyś stworzymy coś bezinteresownego i trwałego dla polskich i niemieckich czytelników. To nie jest nasze ostatnie słowo.

2. Mniej poważny, ale za to poważnie zainspirowany przez NFL. Magda Parys napisała wczoraj na FB:

Kochani! Parę dni temu na blogu Ewy Marii Slaskiej wpadło mi w oko opowiadanie Tabora Regresywnego o wdzięcznym tytule: “Festiwal”. Już pierwsze słowa inspirują, przyznajcie sami: „Żeby Nieistniejący Festiwal Literatury nabrał rozpędu, potrzebny jest napęd i dobre hamulce. Najlepszym napędem są pieniądze. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nam ich nie da. Na szczęście jest trochę pieniędzy zakopanych na płycie byłego lotniska Tempelhof”.
Niezwykle lubię tego rodzaju literaturę i wszystkim polecam twórczość Tabora Regresywnego. Poza tym nie ukrywam, fakt, że wokół festiwalu “Literatzky Berlin” tworzy się już nowe literackie genre, dał mi kopa i zaintrygował. Lecz pieniądze “na płycie lotniska” intrygują mnie najbardziej. Pomyślałam, wszystko układa sią pięknie, mieszkam blisko i jestem z lotniskiem związana emocjonalnie. Ot, historia! Tempelhof, byłe lotnisko w Berlinie, na którym w latach osiemdziesiątych lądowały uprowadzone samoloty z Polski.
Z paroma młodocianymi pasażerami chodziłam nawet do szkoły. Wkrótce po wylądowaniu, jadąc na rowerze wzdłuż muru berlińskiego udawali, że strzelają do pograniczników enerdowskich. Z kija. Lubili niebezpieczne życie. Zatem im też po starej przyjaźni zadedykuję Nieistniejące.
A teraz Literaturomanie! Książkoznawcy! Książkożercy! Germanofile! Festiwalowcy! Za pozwoleniem Tabora, autora opowiadania „Festiwal”, postanowiłam unieść płyty tempelhofskie. Tym samym posiadłam nieograniczone pieniężne możliwości i zapraszam Polki i Polaków do Berlina do Buchmanna, nieistniejącego Domu Towarowego Książki tuż przy istniejącej Friedrichstrasse. W lśniącym szklanym pięciokondygnacyjnym budynku znajdziecie książki, książki, książki. Oraz książki.
I tam właśnie w nieistniejącym Buchmannie odbędzie się nasz Nieistniejący Festiwal Literatury. Księgarnię Buchmann założą i poprowadzą z nieustającym nieistniejącym sukcesem Wojtek Drozdek i Marcin Piekoszewski. Ci znani berlińscy księgarze jeszcze nie wiedzą, że dzięki Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury zostaną biznesmenami i że zarobią krocie, ale skoro pieniądze na inwestycje pochodzą spod płyt byłego lotniska Tempelhof, na pewno nam to wybaczą.
Nieistniejącym patronem nieistniejącego przedsięwzięcia zgodziła się zostać nie wiedząca jeszcze nic o tym Blanka Lipińska. Blanko, gratulujemy, dziękujemy
i cieszymy się razem z Tobą!
Poza pieniędzmi spod płyt tempelhofskich głównymi sponsorami Nieistniejącego Festiwalu Literatury zostali nieistniejący lobbyści Klubu Polskich Nieudaczników. Zajmują ostatnie piętro księgarni Buchmanna, grają w karty i prowadzą giełdę literacką. Wstęp tylko dla vipów i salonowych tygrysów oraz panter!
Jak udało nam się ustalić, Katarzyna Bonda i Remigiusz Mróz zasiądą w nieistniejącym jury „Tańca z książkami”. Pierwsze znane nazwiska par tanecznych to Manuela Gretkowska i Janusz Leon Wiśniewski, Joanna Bator i Ignacy Karpowicz, Ellena Ferante i Irek Grin, Elżbieta Cherezinska i Stefan Chwin, Zośka Papużanka i Łukasz Orbitowski. Nad nieistniejącą choreografią czuwać będą Marcin Wicha i Katarzyna Puzyńska. Jak donosi dyrektor naczelna całego przedsięwzięcia, Gaja Grzegorzewska, przygotowania trwają całą parą. Mamy nieistniejące zdjęcia, ale boimy się publikować.
Pląsy między reportażem i powieściami odbywać się będą na 1 piętrze w Sali Balowej.
Insider z literackiej rodziny zdradził nam, że Marcin Wilk poprowadzi nieistniejące spotkanie Jacka Dehnela ze Szczepanem Twardochem. Nieistniejący tytuł roboczy: „Wieloryby i potwory na Ziemiach Odzyskanych w literaturze IV RP”
2 piętro, Sala Patriotów
Magdalena Grzebałkowska została gospodynią programu „Bilionerzy”, jak zapewnia, pytania nie będą trudne. Na przykład: jak nazywa się siostra szwagra matki Andrieja Nikołajewicza Bołkońskiego z powieści „Wojna i pokój” albo kim była z zawodu matka siostrzeńca Łokietka. Wiemy już, że do programu udało się zakwalifikować Ewie Winnickiej, Sylwii Chutnik, Dominice Słowik, Marcie Dzido, Grzegorzowi Kasdepke, Jakubowi Żulczykowi i Jakubowi Małeckiemu oraz Pawłowi Goźlińskiemu. Próbowała dostać się też Magdalena Parys, lecz odpadła jako pierwsza. Na nic zdały się znajomości. Sprawę zgłoszono do Prokuratora Generalnego Nieistniejącego Festiwalu, Zbyszka Biodro.
Pytania do programu przygotowywali Zygmunt Miłoszewski, Małgorzata Adamczyk Gutowska, Cezary Łazarewicz pod specjalnym nadzorem Krystyny Chwin i Anny Janko. Konsultacja naukowa: Tomasz Piątek.
Ostatnie piętro, Sala Vipów
Dotarliśmy też do nieistniejących źródeł, z których wynika że Blanka Lipińska poprowadzi warsztaty dla feministek, lekcje empatii da Andrzej Sapkowski, natomiast Rafał Ziemkiewicz opowie o kobietach w literaturze współczesnej. Manuela Gretkowska i Wit Szostak zajmą się nieistniejącą produkcją formatu.
4 piętro, Sala Gender
Barbara Piedgoń, Joanna Fabicka, Małgorzata Buttitta poprowadzą kursy nieistniejącego gotowania, przewidziane jest pieczenie i smażenie polsko-niemieckiego ziemniaka. Jury będzie jedoosobowe: Wojtek Drozdek.
Wolna przestrzeń, okolice Bramy Brandenburskiej (pięć minut od nieistniejącej księgarni Buchmanna).
Będą też przepytywani z nieistniejącego życia osobistego bohaterowie książek Olgi Tokarczuk. Już wiemy że nieistniejący program poprowadzi Dorota Masłowska.
3 piętro, Sala Fikcji
Jedno jest natomiast pewne. Dla najmłodszych nieistniejące kursy rzeźbienia mieczem w drewnie przeprowadzi Wiedźmin.
Parter.
Dorota Danielewicz i Krzysztof Niewrzęda pokażą nam literacki underground stolicy Niemiec. Grażyna Słomka i Ewa Maria Slaska założą kanał na youtubie i tam będą mogli Państwo śledzić nieistniejące festiwalowe ploteczki. Nieistniejącymi korespondentami od zadań specjalnych zostali Małgorzata Rejmer i Ziemowit Szczerek.
Uwaga, będą znienacka pojawiać się wszędzie.
Po Berlinie oprowadzać będą nieistniejący polscy bezdomni.
Na integracyjną nieistniejącą kolację i nieustanną wymianę w dziale kulturalnym między polskim i niemieckimi wydawcami zaprasza Anita Musioł, z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że zainteresowanie jest tak duże, że trzeba wynająć salę kinową w Kinopalast na Kudammie. Za nieistniejącą organizację i zaproszenia odpowiada Wojciech Chmielarz.
Kudamm, Kino, Sala Oskarowa
Niezwykle cieszy nas nieustająca współpraca polskich i niemieckich mediów, dlatego zapraszamy na panel: „Jak zapewnić miejsce niemieckiej książce w polskiej prasie i w telewizji. Oraz polskiej książce w Niemczech.” W nieistniejącej dyskusji udział wezmą Jacek Kurski, Jerzy Wójcik, Wojciech Bonowicz, Uwe Rada, Inga Iwasiów, Agnieszka Debska, Anna Dziewit Meller, Ewa Maria Slaska, Daniel Kehlamnn, inwestor niemieckiego Bildu i polskiego Super expresu oraz zastępujący zastępca zastępcy naczelnych ze Spiegel online. Dyskusję poprowadzą Katarzyna Janowska i Michał Nogaś. Nad wszystkim postara się zapanować reżyser formatu, Emilia Smechowski. Na to nieistniejące spotkanie już od tygodni zabrakło nieistniejących biletów.
Uniwersytet, sala audi max
Katarzyna Tubylewicz, Wioletta Grzegorzewska, Brygida Helbig, Agnieszka Drotkiewicz, Sylwia Zientek, Grażyna Plebanek, Karolina Kuszyk, Joanna Fligiel, Hubert Klimko-Dobrzaniecki wezmą udział w nieistniejącym mulikukulituralnym literackim standupie. Jak udało nam się dowiedzieć reżyserem i scenarzystą ma zostać Bartek Fetysz, doradcą kostiumowym zaś Juliusz Kurkiewicz, cenzorem Janusz Rudnicki. Nieistniejącym dyrektorem artystycznym Mikołaj Łoziński.
Teatr, Sala Rozpraw
W tym roku do Nagrody Imienia Czułego Prześmiewcy nominowani zostali Agata Passent, Olga Kowalska, Justyna Sobolewska, Bernadetta Darska, Anna Dziewit Meller, Paulina Małochleb, Natalia Szostak, Justyna Suchecka, Katarzyna Wężyk, Małgorzata Kąkiel, Michał Nogaś, Max Cegielski, Paweł Sajewicz, Wojtek Szot, Marcin Wilk, Filip Łobodziński, Łukasz Wojtusik. Obradom nieistniejącego jury przewodniczyć będzie Maria Konwicka i Kot Iwan, reszta jury została utajniona (próbujemy dowiedzieć się dlaczego). Nieistniejącą galę wręczenia nagród poprowadzi Agata Pieniążek i Miłka Jankowska. Jeszcze nie jest pewne, czy mowę wygłosi Dariusz Nowacki czy Adam Zagajewski. W każdym razie na pewno zaśpiewa Sylwia Chutnik.
Ratusz, Sala Czułości
Po burzliwych naradach rzecznikiem prasowym Nieistniejącego Festiwalu Literackiego zostali Karolina Sulej i Filip Springer, menadżerem od spraw wizerunkowych Michał Witkowski. W razie nieistniejących niejasności prosimy o kontakt z Michałem Rusinkiem. Szefem nieistniejącego literackiego security został Grzegorz Kozera. Dyrektorem i szefem wszystkich szefów nieznany niemiecki pancernik.
Za nieistniejące zdjęcia, wystawę i być może prawdziwy komiks odpowiedzialna jest Anna Krenz. Nieistniejąca księgowość Moniki Regulskiej sprawdzi czy dokonano prawidłowych przelewów i zapanowały prawo i praworządność.
Dziękujemy. Czekamy. Kochamy.* Tęsknimy.
* Nikogo nie chcieliśmy urazić, wszystko zełgaliśmy. Wasze nazwiska zamieściliśmy z szacunku i miłości do literatury. Pamiętajcie, im złośliwiej tym większa miłość. Przepraszamy, jeśli ktoś poczuł się zraniony, prawie wszyscy powyżej wymienieni byli naszymi potencjalnymi gośćmi. Może w nieco uboższych festiwalowych formatach, ale zaproszenia już niebawem miały do Was dotrzeć. Nie dotarły, nie szkodzi. Bo jak to mówią, najlepsze to te obrazy nienamalowane, książki nienapisane. Jak widać, to samo dotyczy nieistniejących festiwali. Dziękujemy wszystkim za nieistniejącą obecność ❤️
Wasza redakcja.

Błędne mapy (nie ma Baratarii)

Wiadomo Komu w podziękowaniu za wieczór filmowy i film

Ewa Maria Slaska

Obejrzałam film Błędne mapy w reżyserii Szymona Uliasza na podstawie scenariusza Magdaleny Barbaruk, kulturoznawczyni, zajmującej się współczesnym trwaniem dziedzictwa Cervantesa
i nowymi obliczami donkichotyzmu. Film został wyprodukowany już kilka lat temu, po hiszpańsku i po polsku, w ramach projektu badawczego realizowanego dla Narodowego Centrum Nauki. Niestety mimo iż film był sponsorowany przez NCN, a od czasu jego produkcji minęło już siedem lat, nadal nie ma go na youtubie, w cda i na zalukaj.

Szkoda. Opowiem więc wam o tym filmie.

Autorzy wyszli od pierwszego zdania powieści: W pewnym miejscu w La Manchy, którego nazwy nie chcę pamiętać… „W pewnym miejscu”, czyli właściwie gdzie? Od dawna wiele miejscowości w tym regionie Hiszpanii pretenduje do miana „tego miejsca”. Twórcy filmu postanowili to wyjaśnić.

Film jest esejem antropologiczno-kulturoznawczym. Jego twórcy wędrują po La Manchy w poszukiwaniu Don Kichota, próbując powtórzyć słynną podróż literacką zrealizowaną w trzechsetlecie powieści Cervantesa (1905) przez Azorína, którą nazywa się “starą trasą Don Kichota”. Polacy wędrują już jednak po “nowej trasie”. Spotkane przez ekipę filmową postaci, obserwowane wydarzenia (np. Madryt podczas strajku śmieciarzy) stają się okazją do zaktualizowania wzorca podróży sprzed stu lat. Za stolicę nowej trasy, która powstała z okazji czterechsetlecia powieści (2005), uznać można prowincję Ciudad Real, gdzie do 2012 roku zapowiadano utworzenie „Królestwa Don Kichota” i zbudowano lotnisko „Don Kichota”. La Mancha z miejsca tranzytowego miała stać się regionem docelowym setek tysięcy turystów. W obliczu idei budowy gigantycznego parku tematycznego, opartego na figurze błędnego rycerza, spór o to, gdzie leży prawdziwe un lugar de la Mancha nabrał nowego sensu. Podróż stała się również refleksją nad przemianami krajobrazu La Manchy – nie ma już bowiem krajobrazu, który widział Cervantes i po którym wędrował jego bohater. Więc już z góry wiadomo, że nie da się wędrować po śladach Don Kichota. Podobnie jak tak naprawdę nie ma Baratarii, bo baratarystyczna wędrówka prowadzi przez obszary psychologii. Stąd specjaliści w dziedzinie marketingu wymyślili hiszpański narodowy Disneyland  – Królestwo Don Kichota i Park Rozrywki.
***
Ale mimo to wciąż ktoś szuka miejsc, które zdaniem Cervantesa odwiedzili Don Kichot i jego giermek. Kilka lat temu na trasę ruszyli Aron Moses i jego ojciec. Zaczęli za Madrytem. Przeszli tysiąc kilometrów. (Kto zna niemiecki może zajrzeć TU.)
Ale i oni nie dotarli do Baratarii. I… w swej relacji nie zamieścili żadnej mapy 🙂

Mapę znajdę dopiero na oficjalnej stronie rządowej, promującej Hiszpanię.
Trasa obejmuje następujące etapy:

Dzień 1. Alcala de Henares (miejsce urodzin Cervantesa)
Dzień 2. Madryd
Dzień 3. Esquivias – Toledo
Dzień 4. Consuegra – Alcazar de San Juan
Dzień 5. Campo de Criptana – El Toboso
Dzień 6. Argamasilla de Alba – Ossa de Montiel – Villa Nueva de los Infantes
Dzień 7. Ciudad Real – Almagro

Tata i syn Mosesowie zaczynają od wędrówki przez mesetę, bezdrzewną równinę Hiszpanii, świetnie znaną każdemu, kto kiedyś szedł trasą francuską do Santiago de Compostela. Nie tłumaczę opisu ich wędrówki, jest za długi, ale postaram się w skrócie opowiedzieć o ich trasie.

Już z daleka widzimy Toledo, kościoły i domy na wysokiej skale nad Tagiem. Cervantes uważał, że Toledo jest najpiękniejszym miastem hiszpańskim. Być może dlatego cała historia Don Kichota zaczyna się właśnie tu, na targu w Toledo, gdzie narrator kupuje od pewnego młodzieniaszka zapisane po arabsku szpargały, które okazują się ni mniej ni więcej, tylko historią Don Kichota napisaną przez niejakiego Sidi Haméta Benengelíego. Narrator jest więc zaledwie tłumaczem.
Na południe od Toledo Mosesowie powędrują przez la Manczę. To arbskie słowo al-Mansha, które oznacza “suchy kraj”. Latem jest to rzeczywiście archaiczny suchy kraj, podzielony na czerwone i brunatne  kwadraty pól. Na wzgórzu w Consuegra fotografują jedenaście wiatraków, które są prawdziwym cudem techniki, jaki Arabowie zostawili w spadku Hiszpanom. Podobnie jednak jak nie wiadomo, w jakim miasteczku w la Manczy zaczyna się opowieść o Don Kichocie i skąd obaj, on i jego giermek, pochodzą, tak nie wiadomo też, które zachowane jeszcze z czasów Cervantesa wiatraki, stały się wyimaginowanymii wrogami błędnego rycerza. Może właśnie te? Nieważne, ważne że już na zawsze weszły do historii kultury, stając się symbolem wszystkiego, z czym kiedykolwiek przyszło walczyć idealistom.

Wiele scen powieści rozgrywa się w oberżach i zajazdach – w La Manchy niemal w każdym miasteczku można więc zobaczyć blaszane sylwetki Rycerza o Smętnym Obliczu i jego giermka. Tak też jest w Puerto Lápice. Wg powieści tu właśnie, w “Venta de Don Quijote”, Don Kichot został przez złośliwego oberżystę pasowany na rycerza, stoczywszy jednak najpier zaciekłą walkę z bukłakami czerwonego wina.

Wzorem Don Kichota i Sancho Pansy Mosesowie często gęsto śpią na świeżym powietrzu, czasem jednak korzystają z gościny w pensjonatach. Pewnego dnia docierają do Villanueva de los Infantes, małego miasteczka, pełnego domów z czasów reneansu i baroku, jednogo z tych, skąd pochodzić miał błędny rycerz. W Ruidera, gdzie kilkanaście jezior rozciąga się jedno za drugim schodzą do podziemnego labiryntu jaskiń, w którym zbłąkali się też 400 lat temu nasi bohaterowie. Don Kichot wierzył, że znalazł tam kryształowy pałac i spotkał bohaterów legend o Królu Arturze.

W Argamasilla de Alba, w podziemnym więzieniu miał spędzić jakiś czas nie tyle nasz chudy szaleniec, ile sam autor opowieści o nim. Podobno wtedy właśnie zaczął pisać tę historię. Mieszkańcy wioski i pracownicy muzeum wierzą bez zastrzeżeń, że tak właśnie było. Podobno nie ma na to żadnych dowodów. No i co? Idźcie do muzeum, zobaczcie stół, krzesło, kamienną ławę przykrytą matą słomianą, obejrzyjcie, jak przez małe okienko wpadają promnienie słońca i oświetlają stół. Jeszcze macie wątpliwości, że to tu? Doprawdy jesteście niepoprawnymi realistami, jak owi historycy, przykuci do skały dokumentu i dowodu, a całkowicie pozbawieni fantazji.

El Toboso, miasto Dulcynei, wędrowcy uważają z jedno z najpiękniejszych miasteczek La Manczy. W El Toboso mieszkała przed ponad 400 laty Ana Zorca de Morales, z którą Cervantes przeżył podobno gorącą hiszpańską miłostkę. Jej dom to kolejne muzeum na trasie: “Museo Casa Dulcinea”, a parę ulic dalej można jeszcze odwiedzić “Biblioteca Cervantina” – zbiór dzieł sztuki, wydawnictw, karykatur oraz ponad 300 wydań książkowych w 50 językach, w tym po galijsku, arabsku, chińsku, persku, hebrajsku i esperanto. W księdze gości znajdują się podpisy znamienitych osobistości, króla Juana Carlosa, Margaret Thatcher, Ronalda Reagana, Richarda von Weizsäckera i Paula von Hindenburg. Franco, Mussolini i Hitler też się tu wpisali.

Pewnego popołudnia wędrowców zaskakuje burza. Całkowicie przemoknięci spotykają na drodze Frederica, starego wieśniaka z krzywym wąsem, w połatanym kaszkiecie na głowie. Frederico oferuje im nocleg w starej szopie, a potem przynosi im dzban wina i kolację – pieczonego kurczaka z kartoflami. Burza się skończyła, przez ciemne chmury prześwituje wieczorne słońce.

W zamku Belmonte Don Kichot stoczył pojedynek z rycerzem luster, a trasa prowadzi Mosesów dalej, przez pola wyschniętych słoneczników i porośnięte sosnami wzgórza do casas colgadas, wiszących domów w Cuenca. Dalej przez góry i wąwozy docierają do Ocana i Aranjuezu. To miasto letnich rezydencji hiszpańskich królów, malowniczo rozsianych nad brzegiem Tagu. Ani Ocany ani Aranjuezu nie ma na oficjalnej propozycji trasy Don Kichota. Ale co tam, każda trasa i tak doprowadzi wędrowca do  Madrytu i na Plaza de Espana, gdzie stoi wspaniały pomnik Cervantesa i jego błędnych bohaterów.

Tu się zaczyna albo tu się kończy każda wędrówka po błędnych trasach błędnych rycerzy.

PS. Gdy szukałam w internecie wspomnianego na początku filmu, ze zdumieniem stwierdziłam, że istnieje w sieci cała subkultura błędnych map – błędnych celowo i przez przypadek.

Reblog: W pociągu

Julitta Bielak

We śnie podróżuję. Zawsze pociągiem, zawsze nocą. Nie znam miasta ani nie wiem, dokąd jadę. Stoję. Wreszcie jest, na peron wtacza się wielka, czarna lokomotywa, wsiadam do najbliższego wagonu. Przez całą podróż szukam miejsca. Z półmroku przedziałów patrzą na mnie twarze bez wyrazu. Przechodzę dalej.
Budzę się bez tchu.
Czasami pociąg odjeżdża beze mnie. Ciągnę walizkę po ogromnej hali dworca, coś załatwiam, kupuję bilet. Biegnę na peron, odjechał, nie zdążyłam.
Budzę się bez tchu.
Jechałyśmy z mamą nad morze, opowiadała mi o nim przez długie tygodnie: „Zobaczysz morze, jest piękne, modre, pienią go fale, rozbijają się o złoty od słońca brzeg. Szumi wtedy tajemnicą, coś opowiada”. Była noc. Pociąg przyjechał z Wrocławia, zatłoczony do granic, stanęłyśmy w korytarzu. Mama trzymała dłońmi moją głowę, zasypiałam i budziłam się w gmatwaninie jawy z zamroczeniem. W Międzyzdrojach znalazłyśmy lokum, rozpakowałyśmy się. Wieczorem poszłyśmy w stronę plaży. Zaraz zobaczysz morze – powtarzała przez całą drogę mama. Zatrzymałam się na piasku. To? To jest morze? Ciche, płaskie, popielato-zielnonkawe, gubiące się w chmurach, zimne. Ustawiłam twarz na zachwyt.
Bo może nie zdarzyć się nic. Oby nie rozczarowanie.

Pociąg zatrzymał się nagle. Umilkło trzeszczenie, stukotanie i podzwanianie. Słychać było za to syk pary i szum wody, jakby strumyka. Konduktor krzyknął: „Koluszki”. Ktoś biegł tupocąc głucho po betonowych płytach peronu, głośna rozmowa przemknęła pod oknem i rozpłynęła się w smudze dudniących dźwięków nadawanego przez megafon komunikatu. Rozległ się daleki gwizd lokomotywy. *)

Pociąg był bardzo stary. Z niskiego sufitu na korytarzu ich wagonu zwisał rząd lamp naftowych, które kołysały się gwałtownie w przód i w tył, w takt podrygów sędziwego taboru. Tuż przed odjazdem ze stacji Kit w strasznych nerwach – jak przed każdą podróżą pociągiem – wyskoczyła z wagonu, pobiegła do kiosku i kupiła kilka francuskich czasopism. Teraz w mdłym połączeniu gasnącego światła dziennego i żółtego blasku lamp położyła je sobie na kolanach, przewracała kartki i usiłowała coś przeczytać. Widać było jednak tylko zdjęcia w magazynie ilustrowanym „Cine Pour Tous”. **)
Zdjęcie? Też ze snu. Z podróży w przeszłość.


*) Stanisław Dygat, Podróż, PIW, Warszawa 1979.
**) Paul Bowles, Pod osłoną nieba, tłum. Tomasz Bieroń, Świat Książki, Warszawa 2015.

Przedruk: Gombrowicz przyjeżdża do Berlina

To nie jest dokładna rocznica, bo ta wypadnie w najbliższą środę, wtedy minie 55 lat od dnia, gdy wielki pisarz na zaproszenie Fundacji Forda przyjedzie do Berlina. Ale po pierwsze nie bądźmy drobiazgowi, po drugie najbliższa środa przypada Stuartowi, a trudno, żeby niepozbierany angielski pechowiec w ogóle coś o tym wiedział, aczkolwiek przynajmniej Berlin nie jest mu obcy, bo tam od lat mieszka jego siostra. Dziś zresztą też jest rocznica, 73 rocznica zakończenia wojny, dzień, który był w naszych szerokościach politycznych Dniem Zwycięstwa nad faszyzmem. W Niemczech (dawniej RFN) z kolei obchodzi się nie dziś, lecz dopiero jutro – rocznicę Pierwszego Dnia Pokoju. W pięć lat później tego dnia w 1950 roku Robert Schuhmann, francuski minister spraw zagranicznych, proklamuje powstanie Unii Stali i Węgla, która z biegiem czasu przekształciła się w Unię Europejską.  Była to więc data urodzin nowoczesnej Europy, a od roku 1985 – Dzień Europy. Również 10 maja to rocznica – tym razem Wniebowstąpienia Pana Naszego Jezusa Chrystusa, święto ruchome, więc po prawdzie żadna rocznica, obchodzone w Niemczech jako Dzień Ojca, amen…

Wędrowiec wchłaniany przez górskie perspektywy

We wpisie wykorzystałam fragmenty artykułu Magdaleny Kowalskiej, Gombrowicz w Berlinie, czyli Gombrowicz uwikłany w historię, opublikowanego w Pamiętniku Literackim w roku 2004. Zdjęcia pochodzą ze strony witoldgombrowicz.com.

W roku 1963 amerykańska Fundacja Forda zaprosiła pisarza na roczne stypendium do Berlina Zachodniego. 8 kwietnia na pokładzie transatlantyka Federico Costa Gombrowicz wyrusza do Europy. Do Paryża przybywa 24 kwietnia, 16 maja – do Berlina Zachodniego.

Po ponad 23 latach w Argenty­nie Gombrowicz znalazł się z powrotem w Europie. W Berlinie spędził 12 miesięcy, od 16 maja 1963 do 17 maja 1964. Oprócz polskiego pisarza do Berlina przyjechało wówczas dziewięciu innych artystów i pisarzy z całego świata. Projekt Fundacji Forda miał ożywić życie kul­turalne miasta, które po wzniesieniu Muru wyludniało się i izolowało. Mur został wzniesiony 13 sierpnia 1961 roku (i, przypomnijmy, stał formalnie do 9 listopada 1989 roku. Nieformalnie stał trochę dłużej, ale rzeczywiście niewiele, bo i władze miasta, obu jego części, strasznie pospiesznie usuwały jego resztki, czego po dziś dzień, z różnych powodów, wszyscy żałują!).

Początkowo pisarz mieszkał w Akademie der Künste w dzielnicy Hanzy (Hansaviertel). Dwukrotnie zmienia mieszkania, w listopadzie zamieszkał ostatecznie nieopodal, w jednopokojowej pracowni przy Bartningallee 11/13 na 15 piętrze nowoczesnego bloku. Pisze Dzienniki, notatki raczej, bo prawdziwy Dziennik powstanie dopiero po powrocie pisarza do Francji.

Klinika Hygiea, gdzie Gombrowicz z uwagi na powikłania po ciężkiej grypie spędził ostatnie dwa miesiące pobytu w Berlinie; obok: pisarz po powrocie ze szpitala

Po przyjeździe zapisze w Dziennikach słynne zdanie:

Ja, osoba z Argentyny, ahistoryczna raczej i nie przyzwyczajona, wciąż miałem wrażenie, że Berlin, jak Lady Macbeth, bez wytchnienia myje sobie ręce…

Właściwie każdy Polak mieszkający w Berlinie, a po prawdzie to też niemal każdy Niemiec z naszego pokolenia, zna opinie pisarza o Berlinie, i nawet jeśli nic więcej nie pamięta, to zapamiętał przynajmniej to jedno słowo: Geglitzer, błyskotka… Berlin Zachodni ostatnia błyskotka zachodniej Europy, a dalej ciemność aż po Chiny. Gdzie indziej nazwie pisarz to miasto wyspą na szeroko rozlanym Morzu Czerwonym. Patrząc z perspektywy Argentyny Gombrowicz jest już właściwie na granicy z Polską, której od przedwojny nie widział i nie zobaczy.

Ale wtedy zaleciały mnie (gdym spacerował po parku Tiergarten) pewne wonie, mieszanina z ziół, z wody, z kamieni, z kory, nie umiałbym powiedzieć z czego… tak, Polska, to było już polskie, jak w Małoszycach, Bodzechowie, dzieciństwo, tak, tak, to samo, przecież już niedaleczko, o miedzę, ta sama natura… którą porzuciłem przed ćwierć wiekiem. Śmierć. Zamknął się cykl, powróciłem do tych zapachów, więc śmierć. Śmierć.

Umrze w kilka lat później 24 lipca 1969 roku w Vence we Francji. Do Polski nigdy nie pojedzie.

17 maja 1964 roku, Gombrowicz opuszcza Berlin; foto Zuzanna Fels

Ujęła go grzeczność i uprzejmość młodych berlińczyków, ale Historia go nie opuści.

Ręce niemieckie w Berlinie […] gdyż nigdy nie oglądałem młodzieży bardziej humanitarnej i uniwersalnej, demokratycznej i uczciwie a niekłamanie niewinnej […] spokojnej […]. Ale […] z rękami!

Bo te ręce, „ręce Niemców”, przypominają mu ręce sprawców z nazistowskiej przeszłości.

Gomro, który krytycznie ogląda rzeczywistość na Wschód od muru berlińskiego, czyli naszą, Gombro, który tęskni, i Gombro, którego nie opuszcza poczucie, że ci ludzie wokół niego, tak uprzejmi, tak z siebie zadowoleni, są przecież sprawcami czegoś tak niewiarygodnego jak II wojna. Te postawy są nam, Polakom, wciąż jeszcze bliskie, choć w międzyczasie upadła “komuna”, polski mieszkaniec Berlina bez przeszkód żyje okrakiem ponad umowną już dziś granicą, a Niemcy w niestrudzonym wysiłku filozoficznym i wychowawczym “przepracowali” swą historię i swą winę, czego w latach 60 nikt się przecież nie spodziewał.


Gombrowicz na balkonie mieszkania na 15 piętrze domu przy Bartningalee 11/13; foto Zuzanna Fels

Na razie jednak Niemcy nie przepracowali jeszcze swojej historii, winy i odpowiedzialności. Pracują i budują swój kraj, jakby przedmioty mogły i miały zastąpić pamięć, jakby miały zasypać przepaści i wypełnić pustkę.  Pisarz nie rozumie, kiepsko zna niemiecki: „Nie miałem złudzeń co do mojej niemczyzny – ale żeby to miało być aż tak zjadliwe!” pisze. Bariera językowa urasta w Dzienniku do rangi symbolu. Mowa rozbrzmiewająca dookoła, trochę zrozumiała, a trochę niezrozumiała, wzmaga narzucające się poczucie obcości i egzotyki. Gombrowicz kilkakrot­nie powraca do tego problemu, widać, że był on dla niego bolesny. „Poznałem w tym czasie wszystkich prawie czołowych pisarzy i redaktorów […], z którymi, niestety, nie zawsze mogłem się porozumieć. […] moi koledzy po piórze kiepsko władali językiem francuskim”. Na jednym ze spotkań z owymi kolega­ mi po piórze ktoś z obecnych czyta Ferdydurke po niemiecku: „Ale… słyszę, że nie rozumiem. Wtedy poczułem, że moje istnienie tutaj musi być niepełne, fizyczne raczej.”

W Berlinie ciąży pisarzowi Historia, Historia czyli Wojna. Historia, która odrywa go od głównego tematu jego twórczości, jakim jest on sam, on, osoba, pisarz, Witold Gombrowicz. Upomina sam siebie: “Nie, nie piszę o Berlinie, piszę o sobie – tym razem w Berlinie – nie mam prawa pisać o niczym innym. Nie gub swojego tematu”. Berlin jest właściwie pewnym kresem, końcem i kulminacją podróży do Europy. W Berlinie ze szczególną siłą narzuca się Gombrowiczowi wszystko, co go spotyka w Europie, nabiera tam niezwykłego natężenia. Powrót do Europy był po wrotem do historii i czasu – ogólnego i prywatnego – i powrót ten najmocniej dał się odczuć w Berlinie. „Byłem u kresu… może nie tyle sił, co rzeczywistości… Od czasu gdym opuścił Argentynę, Europa wsysała mnie jak wsysa próżnia. Zagubiony w krajach, miastach, tłumach, byłem jak wędrowiec, wchłaniany przez górskie perspektywy”.

Barataria 37 Sualouiga 1 Ze świata podręcznych 7

Z przyczyn od autorki niezależnych, które zwykło się nazywać siłą wyższą, a która to siła przybrała postać Zbyszka Milewicza jako wielbiciela Che Guevary, ubiegły poniedziałek został przeniesiony na dzisiejszy piątek.

Ewa Maria Slaska

Podróże po czarnej półce do krainy przemocy

O czarnej półce już pisałam kilkakrotnie. Gomolicki wziął się z czarnej półki, i Konwicki, i  Varga. Dziś kolejny, zapomniany, nieczytany, może nawet zaginiony, polski pisarz lat minionych, którego przeczytałam ponownie, bo stał na czarnej półce. Zwróciłam na tę książkę baczną uwagę wprawionej w poszukiwaniach baratarystki, z uwagi na to jedno piękne i szalone zdanie: pracuje we Francuskich Indiach Zachodnich nad projektem teatralnym Krzysztof Kolumb (… który) można będzie obejrzeć tylko raz, a mianowicie 31 grudnia 1999 roku w krainie soli Sualouiga (na wyspie St. Martin). Uprzedzam jednak, że sporo czasu upłynie, zanim dotrzemy na wyspę St. Martin, bo błędne ku niej prowadzą ścieżki.

Książka została wydana w roku 1998 roku przez Stowarzyszenie Teatr Cogitatur w Katowicach, które jednak, zanim zdołałam się z nim porozumieć, zniknęło bez reszty z internetu, z książki telefonicznej i z mapy świata. Gdy zaczęłam pisać o Baratarii instytucja jeszcze istniała, zniknęła jednak wkrótce potem.

Nie, proszę państwa, w rzeczywistości nie miałam z tym nic wspólnego, ale myślę, że istnieje rodzaj surrealistycznej odpowiedzialności pisarza za to, że coś zrobił lub czegoś zaniechał, podobnie jak istnieje odpowiedzialność naukowca, za to że od lat szukał wielkiej myszy ogoniastej, a jak ją wreszcie znalazł i zbadał – to mysz zdechła… Bo gdy nauka puści na coś snop światła, zdarza się, że owo światło ów obiekt zniszczy. Wiem coś o tym, jestem archeolożką i to wykształconą w czasach, gdy archeolog chroniąc zabytek przed zniszczeniem, niszczył go bezpowrotnie. Jak to było na przykład w…

Abu Simbel. Dwie najpiękniejsze świątynie egipskie, zagrożone zniszczeniem przez budowę Tamy Asuańskiej i utworzenie Jeziora Nasera; w latach 1964-1968 świątynie zostały przeniesione ponad lustro wody, na miejsce położone o około 65 m wyżej. Kierownikiem prac z ramienia UNESCO był polski archeolog Kazimierz Michałowski. I to przez niego wszystko się stało, bo każdy z nas, dorastających do matury w drugiej połowie lat 60, chciał zostać archeologiem. By zachować naturę świątyń, pierwotnie wbudowanych w skalne zbocza, wybudowano sztuczne wzgórza, otaczające świątynie, a groty pod świątaniami zalano żelbetonem. Zrobiono to z wielką starannością. Uratowano nawet występujące w świątyniach zjawisko astronomiczne – dwa razy w roku, 19 lutego i 21 października, wschodzące słońce oświetlało wizerunki Amona-Ra, Ramzesa i Re-Horachte. Po przeniesieniu świątyni zjawisko zostało przesunięte o jeden dzień.

Wszystko wciąż jeszcze jest, a przecież nic w nowym Abu Simbel nie jest prawdziwe. Nie ma tego, co najważniejsze – magii miejsca i magii wiary. A wtedy wszystko się może zdarzyć. Popatrzmy, co się stało w bojkowskiej wiosce po odsłonięciu jednego tylko grobu, dziewczynki-wróżki…

Zresztą nawet jeśli nie naruszyliśmy magii, to i tak sama obecność nauki i podążających za nią trop w trop turystów, sieje spustoszenia. Grot w Lascaux i Altamirze nie można oglądać, Pieta Michała Anioła stoi w klatce z pancernego szkła, kolumnę mistrza Mateo w katedrze św. Jakuba w Santiago de Compostela otoczono barierką, a przecież trzeba jej było dotknąć czołem, żeby Mateusz, Mistrz Architektów, pomógł nam podjąć decyzję, dokonać zmian i od nowa wznieść solidny gmach naszego życia… Dotykamy, poprawiamy, oglądamy, niszczymy. I wcale nie zawsze przy tym wyjaśniamy, co by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego do diabła w ogóle używamy latarki…

Zmora archeologii, tak jak ją zobaczył Fellini w Romie. Zniszczenie fresków i rzeźb w podziemiach Rzymu.


A więc Teatr Cogitatur przestał istnieć.

A mimo to, sądząc z wpisu w Wikipedii w październiku 2017, świat wciąż jeszcze jest w porządku:

Teatr Cogitatur w Katowicach, założony przez Witolda i Katarzynę Izdebskich. Teatr występuje w Polsce i poza jej granicami, w tym w Niemczech podczas Wystawy Światowej EXPO 2000 w Hanowerze. W Teatrze Cogitatur odbywały się też pierwsze edycje powołanego do życia w roku 1994 Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Alternatywnych „A Part”.
Adres: Katowice, ulica Gliwicka 9a.

Potem jednak świat przestaje być taki prosty. Nie ma strony internetowej teatru, ani własnej, ani w zbiorowych zestawieniach, choć wszędzie Tetar się wymienia. Np. na portalu kulturaonline.pl czy slaskie.travel.pl. Ale i na wielu innych. Nie odpowiada też telefon, nie przychodzą odpowiedzi na maile. Jeden z adresów automatycznie odsyła mi mojego własnego maila. Jako cogitatur.pl strona została przejęta (sprzedana) przez agencję organizującą ewenty i tu przekierowuje się niektóre linki. Inne kończą się znaną wszystkim gołą stroną:


W szczegółowym opisie ulicy pod numerem 9 wspomina się tylko mieszkającego tu w latach 1946−1980 Bolesława Mierzejewskigo. O teatrze i klubie Cogitatur ani słowa. Ani o tym, że był, ani że go nie ma.

I tak jest wszędzie. Jest, choć go nie ma, nie ma też informacji o likwidacji…

Na stronie katowice.naszemiasto.pl  po razu pierwszy i jedyny i znaleźć można informację z roku 2006, że teatr ma kłopoty finansowe.

Koniec teatru Cogitatur? …w budynku wyłączono prąd, a w Urzędzie Miasta czeka wyrok …

Teatr Cogitatur to jedna z ważniejszych scen alternatywnych w Europie, choć – szczerze mówiąc – niespecjalnie znana w rodzinnym mieście. A dokładniej: słabo egzystująca w powszechnej świadomości mieszkańców Katowic, bo wśród młodzieży akademickiej i w środowisku artystycznym, Cogitaur “od zawsze” był sceną kultową. Przed dwudziestu laty była to pierwsza w naszym mieście nieformalna grupa teatralna o tak ambitnym repertuarze. Nawet w przedstawieniach bez słów, źródłem reżyserskiej inspiracji Witolda Izdebskiego pozostawały najwyższej próby źródła literackie, filozoficzne i kulturowe. Wystarczy przypomnieć “Il fondo d’oro”, “Cztery sny Hölderlina” czy “W hołdzie ekspresjonistom”. Spektakle podbijały jurorów na świecie, teatr wygrywał bowiem w cuglach festiwale i występował z powodzeniem od Ameryki Południowej po Azję, triumfu w USA nie wyłączając. Zawarte w czasie tych podróży przyjaźnie owocowały zaproszeniem do Katowic znakomitych zespołów z obu półkul, występujących na firmowanym przez Cogitatur festiwalu “a part”. Na maleńkiej scenie przy ul. Gliwickiej odbywały się też warsztaty, z udziałem artystów Teatru Ósmego Dnia czy Poznańskiego Teatru Tańca. Słowem: artystyczny import i eksport najwyższej próby.

No dobrze. Był teatr, miał problemy finansowe, przestał być. Rozumiem. Ale dlaczego do dziś widnieje wszędzie, skoro od ponad 10 lat go nie ma? A jak już naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, w komentarzu na pełnym hejtów forum gazety pojawia się nagle taki wpis:

Gość: Katarzyna IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 04.11.13, 12:58
Teatr Cogitatur zniknął z Katowic – to jest już faktem. Ponieważ włożyłam weń CAŁE SWOJE ŻYCIE to…bardzo boli. ALe jeszcze bardziej boli zachowanie WItolda Izdebskiego – mojego BYŁEGO męża, który prawdopodobnie w obliczu swoich kłopotów WYPCHNĄŁ mnie z 3-go piętra na beton i zdradziecko uciekł. Teraz szukam go WSZELKIMI MOŻLIWYMI ŚRODKAMI do UKRADŁ WSZYSTKIE PIENIĄDZE!!!nie płaci alimentów, a ja nie mam z czego żyć bo straaciłam NIE MAJĄC PIENIĘDZY mieszkanie. Może Państwo będziecie mogli pomóc proszę?
Katarzyna Mrozińska-Izdebska

Nic nie rozumiem. Jeśli tak było, to przecież internet, przynajmniej w lokalnych wydaniach, powinien huczeć. Wszędzie cisza. Nikt nic nie wie. Dlaczego jest cisza? Czy to żart? Przemoc? Oszustwo? Czyje? Pisarza Izdebskiego? Jest na liście poszukiwanych policji w Katowicach. Ale nie, nie za przemoc, za niepłacenie akcyzy!

Gdzie jest Sancho Pansa, gdzie jest gubernator, gdzie są granice żartu, gdzie zaczynają się schody…?!


 

Jeden fioletowy kwiatek

Wpis miał się nazywać Alcalá de Henares, bo chciałam pisać o rocznicy urodzin Cervantesa, a pisarz się tu właśnie urodził, w tej najpiękniejszej części starego Madrytu (na zdjęciu Casa de Cervantes). Od co najmniej trzech miesięcy było zapisane w kalendarzu, że dziś będzie wpis na ten temat. Niestety zniosło mnie na manowce…

Ewa Maria Slaska

28 września 1547. Urodziny Cervantesa. Dobrze liczę? 470 lat? Nie ufam sama sobie, ale excel, który szybciej liczy niż kalkulatory, potwierdza. 470 lat temu urodził się jeden z najsłynniejszych pisarzy na świecie.

To się tak łatwo mówi. Najsłynniejsi pisarze na świecie. Tacy naprawdę najsłynniejsi… Już o tym TU kiedyś pisałam. Zresztą TU też. Najwyraźniej to jakiś mój problem, ten światowy kanon lektur i lista najważniejszych pisarzy.

Zdumiewa mnie zawsze, jak jest ich niewielu w tej pierwszej dziesiątce, która się nam automatycznie nasuwa, chyba nie ma ich nawet dziesięciu. Homer jakieś 2800 lat temu, plus minus, nie bądźmy drobiazgowi. Cervantes. Szekspir urodzony w roku 1564, małe pokolenie później niż wielki Hiszpan. Dante, 1265, trzysta lat przed Szekspirem, Goethe, Proust, Tołstoj, Joyce… to już całkiem niedawno, prawie nasi rówieśnicy… Ośmiu. Jeśli zacznę teraz dodawać innych, to będą oni z innej półki, i równie dobrze mogę zacząć robić listę ośmiuset.

Ilu z nich jeszcze tak naprawdę czytamy? Ilu z nich ja tak naprawdę czytam? Wyrwana ze snu, odpowiedziałabym, że lubię Homera, ale tylko Odyseję, bo Iliady nie lubię. Odyseję w tłumaczeniu Parandowskiego czyli prozą. Czytałam ją wiele razy. Ale kiedy ostatni raz? Dziesięć lat temu, jak sądzę, a przecież mam książkę w domu, pod ręką i uważam, że jest świetnie przetłumaczona.

Dante? Tu gorzej. Pewnie tak naprawdę jakieś 30 lat temu, a może nawet 40. Oczywiście pomijam kartkowanie w poszukiwaniu cytatu, co mi się zdarza często, zwłaszcza nieustannie szukam tych nieszczęsnych Niemców, którym się od Dantego oberwało i nazwał ich żarłocznymi – Tedeschi lurchi (znowu musiałam poszukać!), ale nie czytam, bo tłumaczenie jest okropne, staroświeckie, niezrozumiałe… Za to wciąż namawiam różnych młodych zdolnych, żeby studiowali włoski (starowłoski) i przetłumaczyli Dantego na miarę naszych czasów.

Szekspir. No tu przynajmniej mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jego to czytam co i raz. Przede wszystkim dlatego, że w Berlinie są dwie świetne grupy teatralne, specjalizujące się w Szekspirze, wystawiające jego sztuki w plenerze, i to jakim! W ruinach średniowiecznego klasztoru, w zamienionych na park pustkach poprzemysłowych, w drewnianym okrągłym teatrze, który jako żywo bardziej przypomina szekspirowski Globe niż nazywający się szekspirowskim teatr w Gdańsku… Szekspir w Berlinie jest ostatnio tak znakomity, że właściwie nie wyobrażam już sobie lata bez Snu nocy letniej, a zimy bez Opowieści zimowej i Wieczoru Trzech Króli. A jak się już idzie do teatru, to się jednak sięgnie i po tekst… Coś sprawdzić, coś sobie przypomnieć… No i jednak wciąż wyciągam z półki, oglądam i czytam, stare wydanie Burzy, które dostałam od Mamy, i które jest jednym z niewielu moich prawdziwych skarbów… Mama też ciągle czytała Szekspira i był dla niej miarą poziomu, do którego nikt z nas nie dosięgnie.

Jak dotąd nienajgorzej, ale dalej to już zpełna klęska. Cervantes… teraz oczywiście, z uwagi na publikowany tu co poniedziałek, meandrowo wędrujący po świecie cykl Barataria, którego pomysł wywodzi się od samego mistrza, czytam go właściwie bez przerwy. Ale przedtem, wstyd się przyznać. Czytałam go tak dawno, że właściwie nieprawda, i jeszcze wcale go nie lubiłam…

Tołstoj, zresztą tylko Anna Karenina, ostatni raz co najmniej dziesięć lat temu i to tylko z uwagi na to niezwykłe zdanie rozpoczynające tę powieść: Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

Joyce! O ten, to jest dopiero miara klęski! Stosunkowo niedawno, dostałam Finneganów tren w tłumaczeniu Krzysztofa Bartnickiego, i próbowałam go czytać… Naprawdę próbowałam, raz, drugi, trzeci, potem stwierdziłam, że nie mogę go czytać w łóżku (a tak przecież wszyscy czytamy – badania to potwierdzają), bo natychmiast zasypiam, ale czytanie na fotelu też nam (Joyce’owi, tłumaczowi i mnie) niewiele pomogło. W końcu, jeśli czytam, to tylko Ulissesa, ale, z ręką na sercu, cała ta lektura sprowadza się zawsze i nieodmiennie do monologu Molly i dwóch irlandzkich śniadań. A przecież wciąż jeszcze mi się marzy wyjazd do Dublina na 16 czerwca, żeby przejść trasę, jaką tego dnia w roku 1904 przebył Leopold Bloom.

Goethe… No Goethe jak Szekspir, jest wciąż obecny, zresztą nawet na stole. Z Schillerem.

Pieprzniczka i solniczka. Na pytanie, który z dwóch poetów soli, a który pieprzy, odpowiadam nieodmiennie, że zgodnie z tytułem filmu (już zresztą trzeciego z kolei) Fack ju Göhte, pieprzy Goethe. Ale szczerze powiem, wiersze pisał fajne, i często je sobie czytam (choć wolę Heinego), natomiast Faust jest, moim zdaniem, mocno przereklamowany, a nawet – w gruncie rzeczy wstrętny.

No i zostaje Proust, intelektualne wyzwanie XX (a i XXI) wieku, wciąż czytany, i na pewno najbardziej z nich wszystkich kochany, ale… Czytany. Schmidt czyta Prousta. Koperski czyta Prousta. Milewski czyta Prousta. Ja też czytam Prousta. Czytałam go w życiu swoim co najmniej dwadzieścia razy, najpierw od początku do końca, od pierwszego tomu do siódmego, potem, nawet nie wiem, kiedy to się stało, chyba już w Niemczech (choć czytam oczywiście po polsku! oczywiście!), zaczęłam, jak Mama, czytać tylko trzy pierwsze tomy, potem już tylko pierwszy, potem już tylko W stronę Swanna, bo Miłość Swanna zaczęła mnie potwornie irytować, aż wreszcie zdarzyło się kiedyś, że zniechęcona odłożyłam proustowską magdalenkę, wywołującą dalekie piękne dzieciństwo narratora w Combray, i jak dotąd jeszcze do niej nie wróciłam. Odkryłam nie tyle, że już mnie owa kraina przestała interesować, ile – że znam ją zbyt dobrze. Nie muszę jej czytać. Jest ze mną zawsze, dostarcza mi rozwiązań i przemyśleń na każdą okazję. Gdy wracamy z wnukiem do domu i zaczyna padać, podaję mu swój szal i opowiadam o tym, jak słynny pisarz, gdy był małym chłopcem, wychodził w Combray na spacer podczas ulewnych deszczy, owijając się w gruby koc…

Zagadka – z jaką sceną z I tomu Prousta może się kojarzyć to zdjęcie? Podpowiem, że jest tu jeden fioletowy kwiatek. Będzie nagroda!

Barataria 25 Piękna Helena i jej mąż rogacz

Po tygodniowej przerwie ciąg dalszy Traktatu o wyspach Leona Gomolickiego

Historia pięknej Heleny

Po zdobyciu i spaleniu Troi wodzowie greccy złożyli dziękczynne ofiary bogom i odpłynęli do domów na swoich okrętach. Tak skończyła się dziesięcioletnia wojna, o której ludzkość zachowa pamięć dłużej niż o innych batalistycznych rzeziach, nawet stuletnich i ogólnoświatowych. Okrutny był los zwyciężonych, ale i zwycięzcy w ukoronowaniu swych trudów nie zaznali pomyślności. Droga ich dłużyła się, najeżona niebezpieczeństwami, a i u mety czekała zdrada żon i gwałtowna śmierć z ręki bratobójczej. O przewrotności losu herosów spod Troi powstały nieśmiertelne tragedie i eposy. Tylko jeden Menelaos zasłużył na nie mniej nieśmiertelną farsę, tymczasem historię jego cechuje zastanawiająca zagadkowość, nie zbadana do końca.

Traf chciał, by przydzielono mu rolę męża rogacza. A rola ta ma swoje tradycyjne miejsce w komedii masek. Nie dochował też ślubu i nie zabił niewiernej żony, wdarłszy się zbrojnie do domu czwartego jej (po Tezeuszu, po nim i po Parysie) małżonka, Deifobosa. Lekkomyślnie wybaczył jej krzywdę i hańbę, którą go okryła, i w obliczu zgorszonej opinii wieków połączył się z nią na resztę swoich dni. I to wtedy, gdy zdrada jej dawno przerosła znaczenie utarczek rodzinnych i stała się przyczyną wydarzeń dziejowych – wciągnęła narody w krwawe tryby wojny. Gdzież były okrutnie poszkodowane miasta? gdzie napastujące skrzydła erynii?

Jest jednak inna wersja, utrzymująca, że Menelaos nie pozbawił Heleny życia, by postawić ją przed trybunałem Achajów. Kiedy flotylla grecka odbiła od spustoszonego brzegu, spowitego w warstwy mgły i dymu, Skamander wciąż jeszcze wyrzucał na fale morskie martwe ciała Trojan. Długo w noc odprowadzały okręty, a stada podnieconych mew krążyły nad zwłokami. Menelaos stał pod napiętym żaglem i patrzył na bałwany połyskujące światłem księżyca. Aż noc uległa przesileniu i zaczęły blednąć gwiazdy cieszące oczy sternika. Wtedy kazał się zaprowadzić do komórki, w której przechowywane zwoje lin i inny sprzęt okrętowy, a w której teraz została zamknięta Helena. Przy świetle kaganka łojowego, a jeśli wtedy nie było jeszcze kaganków łojowych, przy świetle małej smolnej pochodni zobaczył ją, jak spała na zestawionych skrzyniach, okryta starym żaglowym płótnem. Menelaos kazał, aby towarzyszący mu wyszli, i w mylącym świetle przyglądał się znajomym rysom. Zresztą, znajomym! Dziesięć lat temu łaska młodości łagodziła boską ich prawidłowość, jak ranna poświata łagodzi zarys gór. Teraz twarz zaostrzyła się, upodobniona do marmuru posągów. Menelaos ostrożnie odwinął, jak całun, brzeg osłaniającej tkaniny. Helena była w tym samym chitonie, poszarpanym, obryzganym krwią, przepalonym iskrami pożogi. To ona wbiła sztylet w plecy broniącego jej Deifobosa, zdradzając po raz trzeci, tym razem dla zdradzonego prawowitego męża. Menelaos nie mógł zetrzeć z pamięci tej sceny, kiedy stała tak ze sztyletem w ręce, podobna do bogini odwetu, w kłębach dymu unoszącego się z kadzideł boju. Była groźna i piękna, wzbudzała pożądanie i strach. Czy należała do śmiertelników? Czy podlegała sądom ludzkim? Czy nie była narzędziem bogów?

Nagle kamień przejrzał. Obudzona światłem pochodni (zbliżonego do twarzy kaganka) Helena otworzyła oczy westchnęła i ujrzawszy pochylonego nad nią Menelaosa, zarzuciła mu na szyję ręce. A wtedy Menelaos stracił panowanie nad sobą. Sam nie wiedząc, jak to się stało, lata samotności i trudy wojny powetował w objęciach wiarołomnej żony. Dopiero gdy uniesienie opadło, uświadomił sobie nikczemność swego postępku. Szybko wstał, porwał pochodnię i opuścił pływającą celę Heleny. Musiał uporządkować myśli. Mimo późnej pory zastukał do kabiny Nestora, który dzielił z nim powrotną wędrówkę spod Troi. Uwieńczony mądrością siwizny starzec nie spał, utrwalając na piśmie wspomnienia ostatnich wydarzeń. Wejdź, powiedział, szlachetny Atrydo, czemu zawdzięczam tak późne odwiedziny? Nigdy bym nie ośmielił cię niepokoić u schyłku nocy, odrzekł Menelaos, gdyby nie wielka rozterka w mym sercu. Nestor odłożył pracę i zwrócił spojrzenie na wzburzonego gościa, a Menelaos, pokonując skrępowanie i wstyd, w słowach nieskładnych i nie wyważonych opowiedział to, co się stało. Czy oznajmiłeś jej przynajmniej, o co oskarża ją ludzkość, zapytał Nestor, czy coś powiedziała na swoje usprawiedliwienie? Nie, zaczął Menelaos, i dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że wszystko odbyło się między nimi w niewytłumaczalnym milczeniu. Zaczekaj tu, powiedział Nestor, ja pójdę do niej, aby wyrwać z jej ust skruchę. Wziął pochodnię z rąk Menelaosa i oddalił się, a nieobecność jego trwała, jak się wydało czekającemu, niewymiernie długo. Wreszcie starzec wrócił zmieniony, usiadł ciężko i złagodzonym głosem przemówił w ten sposób: Synu, widziałem ją, spała porzucona przez ciebie w swej niewinnej nagości i żadna mara nie mąciła jej snu. A gdy tak siedziałem przy niej zapatrzony, jakiś głos nieziemski natchnął mnie myślami, czy nie jesteśmy w błędzie, rzucając na nią surowe oskarżenie. Jest tylko kobietą posłuszną instynktowi płodności, któremu podporządkowane zostało wszystko, poczynając od potężnych bogów Olimpu, a kończąc na najnędzniejszej roślince.

Mówimy, że to ona wtrąciła narody w okrutną wojnę. Ale czy to nie ty, synu Atreusa, sam z trudem rozpętałeś nienawiść między Grekami a Troją? Zaślepiony zazdrością, sprawę, która powinna była pozostać w ukryciu małżeńskiej alkowy, wyniosłeś na zewnątrz domu. Wciągnąłeś w to mnie i razem szykowaliśmy wielką wyprawę. Ile sił i dni zajęło nam przemierzanie ziem greckich, werbowanie sprzymierzeńców. Wbrew woli bogów i ludzi, podstępem i namową zbieraliśmy siły wielu miast przeciwko jednemu miastu, tylko dlatego że ukrywało w swych murach słabą kobietę. I w czasie niebezpiecznej drogi, i dłużących się walk trwałeś w swoim zacięciu. Powiedz teraz, gdy liczymy zmarnowane ludzkie istnienia, któż naprawdę powinien ponieść karę za te zbrodnie? To pytanie postawię przed trybunałem, a teraz zostaw mnie, jestem bardzo zmęczony.

Gdy Menelaos z jeszcze większym zamętem w sercu opuścił kabinę Nestora, dopadł go kapitan okrętu, który czekał na niego pod drzwiami. Wielki panie, powiedział, kobieta, którą trzymasz w zamknięciu, jest czarownicą, rzuciła urok na całą załogę. Każ zaszyć ją w worek i rzucić do morza, inaczej sprowadzi nieszczęście na nas wszystkich. Sam tracisz rozum, odrzekł Menelaos, ta białogłowa nie jest niczyją branką, jej życie podlega trybunałowi Achajów. Kapitan odstąpił nie przekonany, a trzeciego dnia drogi przeczucia jego spełniły się: powiał tęgi wiatr, rozkołysany żywioł wodny zlał się z powietrznym żywiołem. Bałwany sięgające nieba rzucały okrętem jak trzcinką, odmęty morskie rozwierały paszczę wieloryba, gotowego pożreć zwycięską flotyllę jak stado drobnych płotek. Zwinięto żagle i ścięto maszty, woda zalewała pianą pokład i dostawała się do wnętrz statku jak do przechylonego kubka. Ludzie, bezsilni, by stanąć do nierównej walki, odmawiali modlitwy, aż po trzech dobach wiatr zelżał, rozkołysana powierzchnia uspokoiła się, chmury przebił słoneczny promień i pokazały się stada krążących w powietrzu mew, zwiastujących bliskość nieznanego brzegu. Ujrzano go wkrótce – mglisty zarys niebieskiego wzniesienia, na którego szczycie coś lśniło, jakby był obsypany diamentami. Wszyscy wyszli na pokład, obserwując to zjawisko, i nie od razu spostrzegli, że są sami. Gdzie podziała się reszta flotylli? Została zatopiona? Zniesiona przez wiatr w innym kierunku? Osamotniony okręt Menelaosa, ogołocony, obezwładniony przez burzę, pozostawiony własnemu losowi, kołysał się na martwej powierzchni zatoki nie znanej wyspy.

Brzeg był pusty i załoga spartańska zaczęła szykować się do opuszczenia statku. Wydobyli spod pokładu ocalałe łodzie ratownicze i pierwszy Menelaos dotknął nogą kamienistej ziemi. Nikt nie wyszedł im na powitanie. Na głazach odpoczywały ptaki i wylegiwały się w drzemce jaszczurki. Z trudem, ślizgając się, potykając się na kamieniach, ruszyli onieśmieloną gromadą w kierunku lasu, który okrywał strome zbocza wzniesienia. Oczy wszystkich były zwrócone ku górze, gdzie teraz z bliska wyraźnie rysowały się dziwne połyskujące kształty.

To świątynia, powiedział Nestor, widzę dobrze wysoki portyk i dach iskrzący się srebrem.

Skądże, zaprzeczył Menelaos, to pałac pełen wieżyczek i przerzuconych w powietrzu łuków. To one, wyłożone czymś, iskrzą się w słońcu.

Wielkie nieba, zawołał kapitan statku, nie idźmy tam, to nie żadna świątynia i nie żadna budowa. Na głazach czai się smok i to łuski jego cielska tak błyszczą.

To woda, woda, krzyczeli majtkowie, słodka woda spada ze skały! Byli wielce spragnieni i nie zważając na ostrzeżenia i rozkazy pobiegli naprzód i zniknęli w lesie. Na brzegu w rozterce zostali Menelaos, Nestor i kapitan, który prowadził na lince Helenę z rękami skrępowanymi z tyłu.

W końcu, nie mając odwrotu, musieli i oni ruszyć przed siebie, zostawiając za sobą pusty brzeg morza. Gdy znaleźli się w lesie, ogarnął ich półmrok gęstwiny. W gałęziach karłowatych drzew roiło się od ptactwa i drobnych małp. Pod nogami zdradziecko wiły się korzenie podobne do węży i węże podobne do korzeni. Mylące wołania, zwielokrotnione odgłosami, dobiegały z różnych kierunków. Z początku myśleli, że słyszą głosy majtków, lecz wkrótce zaczęli napotykać ich ciała, rozdęte działaniem trucizny jadowitych gadów, uduszone przez lepkie pnącza, z wydziobanymi oczami, wchłaniane powoli przez bagnisty muł, na którym pleniła się złowroga roślinność wyspy.

Nie pójdę dalej, powiedział kapitan, zginę tu, razem z tą czarownicą. Niech i ona też zginie, przyczyna naszej śmierci. Nie! niech zginie już, złożymy ją w ofierze bogom piekieł, które nas niedługo pochłoną.

Menelaos i Nestor patrzyli na jego szaleńcze poczynania sparaliżowani. On zaś popchnął skrępowaną niewiastę, zmuszając, aby uklękła, zamierzył się ostrzem sztyletu i – chybił. Zamierzył się znowu i po drugim chybionym ciosie spojrzał na swoją dłoń, w której zaciskał zamiast broni gałąź wawrzynu. Wtedy w przerażeniu pobiegł, czując się jak we śnie, potykając się o wężopodobne korzenie.

Tu las niespodziewanie rozstąpił się, odsłaniając marmurowe stopnie prowadzące stromo w górę, przerywane w różnych odstępach tarasami. Na tarasach stały posągi i rzeźbione urny i można było odpocząć na szerokich kamiennych ławkach. Im wspinali się wyżej, tym wspanialszy widok na morze i wyspę otwierał się ich oczom. Tonęła w kwitnących ogrodach, w których ukryte były białe kolumnady i miniaturowe portyki świątyń. Szczyt wzniesienia wieńczył koroną pałac cyklopicznych rozmiarów o dziwnej budowie. Był pokryty kolorowymi kaflami i to one tak mieniły się z odległości. Przy wejściu powitał ich człowiek o ciemnym kolorze skóry, którego języka nie rozumieli. Pokazując im drogę na migi, zaprowadził do sali podobnej do placu wielkiego miasta, otoczonej rzędami kolumn naśladujących rozrośnięte łodygi papirusu. Pośrodku, oświetlony tajemniczym górnym światłem, na skromnym krześle siedział szczupły karzeł z ogoloną głową.

Jestem władcą tej wyspy, powiedział, nazywam się Proteusz. Nie wiem, czy to imię wam coś mówi, ale ja czekałem na Wasze przybycie od dawna. Od czasu gdy burza rzuciła na mieliznę przy moim brzegu okręt Parysa, który płynął ze Sparty do Troi. Wiózł on piękną Helenę, żonę króla Sparty, Menelaosa, którą uwiódł i porwał podstępnie mężowi. Wiem wszystko o tobie, boski Menelaosie, i znam dobrze twoje rozterki. I dobrze się złożyło, że krąg wydarzeń wreszcie zamknął się i wszystko zostanie wyjaśnione. Ale wpierw musicie odpocząć po ciężkiej drodze i srogich przejściach, zaspokoić głód i pragnienie. Zaraz ludzie moi odprowadza niewiastę do kobiecej części domostwa, a dla was przygotują kąpiel aromatyczną, namaszczą oliwą, przebiorą w czyste szaty, abyśmy mogli znów spotkać się przy wspólnej uczcie. Tak też się stało, jak mówił. Zaklaskał w dłonie i weszli czarnoskórzy słudzy, którzy zaprowadzili Helenę do części kobiecej, a mężczyzn do marmurowej łaźni, gdzie ciepła woda przelewała się w czystych basenach. Tam goście wzięli krzepiącą kąpiel, zostali namaszczeni wonnościami i ubrani w śnieżnobiałe chitony i purpurowe peplosy, spinane złotymi szpilkami. Na głowy włożono im wieńce z kwiatów i zaprowadzono do wewnętrznego ogrodu, gdzie wśród bujnej roślinności i posągów przygotowano ucztę.

Kucharze wnieśli i postawili na stole ciężką tace, na której spoczywała skrzydlata ryba, umieszczona na pięciu żółwiach. Wysmukli chłopcy rozlewali z kamiennych kraterów wino. Ruchy ich śledził gospodarz, a gdy skończyli i usunęli się w cień filarów, wzniósł swój puchar ze słowami: Wychylmy puchary tłoczonego w moich winnicach nektaru, by uczcić nasze spotkanie. Zamyka ono łańcuch ludzkich błędów i cierpień, których ukrytymi inspiratorami byli bogowie. Do tej chwili wiązała mnie tajemnica, dziś wolno mi dozwoloną część prawdy wam odsłonić. Po potopie ludzki gatunek wkrótce znów się rozplenił, a na ziemi zapanowały głód i niezgoda. Naradę na szczycie (Olimpu) zamknęła uchwała: przerzedzić ród śmiertelników. Zainspirowano porwanie Heleny jako powód do wojny, ale między bogami nie było całkowitej zgody. Boginie rywalizowały ze sobą i gdy Afrodyta sprzyjała połączeniu występnych kochanków, Hera postanowiła pokrzyżować jej plany. Nasłała burzę, która zniosła okręt Parysa na południe i rzuciła na mieliznę przy brzegu mojej Wyspy. Byłem wciągnięty w te sprawki nieśmiertelnych i w czasie gdy gościłem rozbitków w tym pałacu, w którym i was teraz goszczę, Hera ukryła Helenę, a na jej miejsce podstawiła ulepioną z mary Helenę fałszywą.

Z nią też oszukany Parys odpłynął do Troi. Zjawa ta, powolna każdemu mężczyźnie, zdradziła Parysa z jego bratem, a obu im zgotowała zagładę. Spełniła wolę bogów, siejąc waśń i czyniąc spustoszenie, a dziś wróciła z wami na miejsce swego powstania z nicości, sama nicość rządząca losami świata. A więc stało się tak, jak stać się miało, wyrocznia sprawdziła się i mogę wreszcie zwrócić mężowi jego prawdziwą żonę, która spędziła wszystkie te lata w bezpiecznym zaciszu mego pałacu. Jest niewinna wobec ludzi i nieba, a ponieważ na wyspie tej czas nie ma władzy, pozostała tak samo młoda i piękna jak w chwili, gdy stanęła na moim brzegu. Jutro zobaczysz ją, boski Menelaosie, a teraz wychylmy kielichy, aby uczcić złączenie wiernych małżonków. Tu biesiadnicy strącili z kielichów pierwsze krople wina na cześć sprzyjających im bogów i pili, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci.

Helena Trojańska, obraz pędzla Evelyn De Morgan, 1898

Nazajutrz Menelaos obudził się na szerokim łożu. We śnie leżał pośrodku leśnej polany i słyszał nasilające się glosy ptaków i szum morskiego przypływu. W rzeczywistości były to dźwięki powietrznej harfy, a łoże jego stało pośrodku pustej sali otoczonej podwójnym rzędem kolumn. Menelaos wstał i zszedł do ogrodu. Po wczorajszym pozostało uczucie lekkiego zawrotu głowy i mdłości. Nie mógł myśleć o jedzeniu i piciu i pragnął jedynie rzeźwiącego powietrza. Pogoda sprzyjała – dzień był słoneczny i wietrzny. Drzewa zginały swoje korony, spłoszone ptaki chowały się w wysokiej trawie, w twarz uderzały zerwane z gałęzi liście i kłuł unoszony do góry piasek. Lecz Menelaosowi nie sprawiało to przykrości, oddychał z ulgą. Wciąż jeszcze nie mógł uprzytomnić sobie do końca wczorajszych słów Proteusza. Czekało go dziś wyjaśnienie niezwykłych okoliczności, w które wplątały go nieziemskie moce.

(…) Tu drogę Menelaosowi zaszedł w grzecznych ukłonach piękny młodzieniec, mówiąc, że Proteusz czeka na niego w atrium. Menelaos podejrzliwie oglądał posłańca, lecz nie mając nic do wyboru, posłusznie skierował się za nim. Pałac był tak wielki i miał tyle zawiłych krużganków, przejść í wewnętrznych ogrodów, że gość gubił się w nim jak w gąszczu leśnym.

Proteusz istotnie czekał na niego. (…) A teraz, boski Menelaosie, pokażę ci, na razie z odległości, Helenę, patrz uważnie. Doszedł do zarośli pleniących się zaraz za kolumnami i ostrożnie rozsunął gałęzie, odsłaniając oczom gościa zieloną łąkę przeciętą strumieniem, w którym kąpała się Helena. Nie była sama: z wody na brzeg wyszła razem z nią kobieta, podobna do niej, jak może być tylko podobne odbicie w zwierciadle. Proteusz z satysfakcją śledził zdumienie Menelaosa. Jakże oceniasz naszą robotę, zapytał. Ręczę, że nie znajdziesz żadnej fałdki na ciele, żadnego włoska, żadnego znamienia na skórze, które by nie odpowiadało oryginałowi. Wszystko tu jest identyczne, jak spod pędzla artysty naśladującego naturę. Hera wtedy w pośpiechu dorobiła pępek, zapomniawszy, że Helena nie jest zwykłym noworodkiem, że wykluła się z jajka Ledy. Musiałem natychmiast sprostować ten szczegół. (…)

Menelaos podziwiał podobieństwo, choć bynajmniej nie z zachwytem: takiego spoufalenia jego małżonki, przywróconej mu w swej niepokalanej czystości, ze złowrogą marą wcale nie uważał za wskazane. Jest to godne podziwu, powiedział, wolałbym jednak, aby ta kopia nie zbliżała się do nieskazitelnego oryginału. Masz rację, boski Menelaosie, zgodził się Proteusz, podział ten zostanie dokonany, rzecz jednak w tym, że w tej chwili i ty sam nie potrafiłbyś tu zaradzić. Są tak do siebie podobne, że jedynie ich własne świadectwo mogłoby coś wyjaśnić. Cóż, skoro jedna jest nieświadoma istoty sprawy, druga natomiast podstępna i świadomie kłamie. Musimy uzbroić się w cierpliwość i znaleźć sposób, aby dotrzeć do sedna. Według mnie istnieje tylko jedna możliwość: jeśli zawodzą cechy zewnętrzne, trzeba poddać próbie charaktery. Błąd polega na tym, że pozwolono im się zmieszać, jak dwom ziarenkom grochu. Musimy teraz poczekać na pędy, które ziarenka wypuszczą. Bądźmy dobrej myśli, przyjacielu, a wszystko da się wyjaśnić.

Praktyczne znaczenie tych słów nie było jasne dla Menelaosa. Rozumiał tyle, że musi czekać, ale czekanie dłużyło się w nieskończoność. (…) Menelaos postanowił rozmówić się stanowczo z Proteuszem. Sam teraz szukał z nim spotkania, lecz nigdzie go nie było. Bojąc się zagubić w labiryntach pałacu, stanął wreszcie przed głównym wejściem i głośno wołał, aż usłyszał głos:

Czego żądasz, boski Menelaosie?

Chcę rozmówić się z tobą, przewrotny przemieńcze, rzucasz urok na ludzi, łudzisz obietnicami, ale teraz domyślam się, że to tyś porwał mi żonę, oszukawszy również Parysa. Zwróć mi ją natychmiast albo ujawnij się, abym mógł nauczyć cię uczciwości.

Źle sobie poczynasz, odpowiedział głos Proteusza, tak odwdzięczasz się za moją gościnę – nieufnością i obelgami. Nie wiesz, że robię wszystko, abyś mógł wrócić do twej ojczystej Sparty wraz z prawowitą małżonką. Wysłałem do Pytii posłów i czekam na odpowiedź, jak rozwikłać zagadkę, która z dwóch Helen jest Heleną prawdziwą. Miejże cierpliwość, przyjacielu, i uwierz w moją życzliwą szczerość.

Wszystko to wykręty, nędzny karzełku, wiedziałbym, jak z tobą postąpić, gdybyś przezornie nie zgładził załogi mego statku, ale i sam dam radę, pokaż mi się tylko, pokrętny tchórzu.

Ale Proteusz był wciąż niewidoczny. Głos jego posmutniał, gdy tak mówił dalej: Wszyscy jesteście jednacy, wiarołomni niewdzięcznicy. Czym różnisz się od swego rywala Parysa, który wykorzystując gościnę uprowadzał żony i rabując mordował gospodarzy, jak to uczynił z królem Sydonu. Zamiast żywić do mnie uczucie wdzięczności, że uratowawszy przechowywałem w moim pałacu twoją boską małżonkę, wyrzucasz mi przewrotność i kłamstwo i grozisz gwałtem. Cóż możesz mi zrobić? Proszę, stoję przed tobą.

Tu Proteusz ujawnił się oczom Menelaosa. Zobaczywszy go i myśląc, że z łatwością da sobie radę z mizernym karłem, Atryda rzucił się na niego, lecz karzełek w tejże chwili zamienił się w węża, który owinął się dokoła ciała napastnika, tamując mu oddech. Ze srogim wysiłkiem Menelaosowi udało się rozluźnić potężne pierścienie gada i postawić nogę na jego głowie, aby zmiażdżyć ją. A wtedy wąż zamienił się w żółwia opancerzonego mocną skorupą. Gdy Menelaos poderwał go z ziemi i cisnął co siły o głaz, żółw zamienił się w ptaka, pofrunął, usiadł na skale, gdzie powrócił do kształtu ludzkiego. I tak spoglądając z góry na zadyszanego wysiłkiem Menelaosa, Proteusz mówił: Dziwię się tobie, czy nie słyszałeś nigdy, że mało komu udało się mnie obezwładnić? Jestem nieuchwytny, wielokształtny i nieśmiertelny. To ja z Eurynome stworzyłem ten świat, ja zapłodniłem Matkę Geę i jestem ojcem wszystkiego, co ma kształt i treść, sam natomiast nie mam stałego kształtu, będąc treścią wszelkich możliwych treści. Co możesz wiedzieć o tym, marny wojaku i mężu zdradzany przez żony, nasiąknięty jak gąbka nienawiścią i zżerany zazdrością? Sam sobie tylko potrafisz zgotować zasłużone niesławę. Chętnie pozbędę się ciebie, i to już. Masz, niewdzięczniku, swoją Helenę.

Wypowiedziawszy te słowa zniknął, a razem z nim zniknęło wszystko, co go otaczało, i Menelaos znalazł się w gąszczu dziewiczego lasu. Zamiast wspaniałego pałacu – zwisające nad poplątanymi gałęziami drzew surowe skały, błyszczące warstwami miki. Zdjęty przerażeniem, Menelaos zaczął wołać na cały głos, jak woła człowiek dławiony przez senną marę. A wołając usłyszał znajome wołania, zwielokrotnione w tysiącach odgłosów. Wkrótce zeszli się wszyscy troje z Heleną, wyłaniali się z wysokich zarośli zawstydzeni swoją nagością, bo byli pozbawieni odzieży, zmarznięci, głodni, w krwawiących zadraśnięciach od kolczastych chwastów, z trudem, po długich błąkaniach wydostali się na kamienisty brzeg morza, okrywając nagość swoją ułamanymi gałązkami krzewów. Tu zaspokoili głód mięsem małżów wyrzuconych na brzeg przypływem. A szczęśliwy (podejrzanie) przypadek zrządził, ze jakiś handlowy statek, przepływający obok zaczarowanej wyspy, zauważył ich i wziął na swój pokład. Po nowych długich przygodach, a droga ich trwała jeszcze lat kilka, znaleźli się wreszcie w upragnionej ojczyźnie. Tak skończyła się niezwykła historia Menelaosa, z tym, że już nigdy nie zaznał spokoju, nie mając pewności, czy dzieląca z nim radości i troski małżeńskie kobieta jest Heleną prawdziwą, czy jej złowrogim sobowtórem.

Apokryf o Helenie Nieskalanej, który posłużył jako jedno z głównych źródeł tej historyjki, zmyślił, jak wiadomo, starożytny poeta grecki, Sycylijczyk Stesichoros z Himery. Napisał on, wśród innych epickich utworów, poemat o zburzeniu Troi i poemat o Helenie, potępiający jej czyny, po czym wzrok stracił. Przyczyną utraty wzroku przez nieostrożnego poetę był gniew Heleny, a dowiedział się o tym dziwnym zbiegiem okoliczności Krotończyk Leonimos, który pierwszy ze śmiertelników trafił na wyspę szczęścia Leuke, gdzie wtedy Helena przebywała. (…) Leonimos widział na Leuke sławnych mężów, bohaterów eposu Homera, i rozmawiał z Heleną, która wcale nie wyglądała na tak szczęśliwą. Była podrażniona oszczerstwem Stesichorosa i nakazała Leonimosowi, aby popłynął do Himery í oznajmił poecie, że stracił wzrok z powodu jej gniewu. Wszystko to jest niewątpliwą prawdą, ponieważ opowiadanie uleczonego Krotończyka zapisał Pauzaniasz, umieściwszy je przy samym końcu dziewiętnastego rozdziału trzeciej księgi Wędrówki po Helladzie. Temu szantażowi z pogranicza zaśwíatów zawdzięczamy odwołanie, które napisał Stesichoros. Palinodia jego zaczynała się od słów: „Ta powieść jest jedynie prawdziwa, nigdy nie wstąpiłaś, o boska Heleno, na wielki okręt i nie przypłynęłaś pod mury Troi.” Podobno po ogłoszeniu tego sprostowania, a właściwie nowej wersji historii Heleny, poeta wzrok odzyskał.

Apokryf był atrakcyjny i kuszący. Wielu kronikarzy i poetów podchwyciło go, nawet Platon streścił w Fajdrosie. A i w późniejszych czasach nie brak było naśladownictw i reminiscencji. Tym bardziej że sama postać głównej bohaterki jest niezwykła – fascynowała i wciąż fascynuje ludzkość, mimo że od czasu wojny trojańskiej upłynęły już przeszło trzy tysiąclecia. Stoi za nią opiekuńczy cień Afrodyty. Tak widzimy ją oczami Homera. Ale jeśli spojrzeć w głąb czasów przedhomerowych, postacie te oddalając się zlewają w postać jedną, boską, z księżycem w koronie. Jest bóstwem księżyca, a Helena, Selena, Afrodyta – to jej imiona uświęcone przez kulty lokalne. Roztacza tajemnicze wpływy na przyrodę i ludzi, sprzyja spełnieniu miłości pod osłoną nocy, nasyła marzenia senne. I staje się jasny symbol porwania, kiedy księżyc znika z nieba, a ziemię otacza mrok, sprzyjający gwałtom wojny i upiorom zagłady. Ale księżyc niezmiennie wraca w pełni swej niepokalanej świetności – Helena wraca do swego prawowitego męża. Z jej boskiej przeszłości pozostaje pochodzenie od Olimpijczyka, wyklucie się z jaja ptaka, jak niegdyś wykluł się świat. Jest nieśmiertelna, a jej zmysłowe piękno nieprzemijające. Czy to nie kojarzy się z czymś, co stoi u początków istnienia? Z mitem o tańczącej Eurynome, Substancji Wszechrzeczy. Taniec Eurynome, który tworzy wiry materii, z których powstaje wąż Ofion, który zapładnia Eurynome, która znosi wężowe jajo, z którego wykluwa się Świat, który jest Światłem. Kosmogonia pelasgijska, stworzona przez lud, który osiedlił się w Grecji, a musiał przyjść z kraju leżącego na styku kultur Egiptu i Babilonu.

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do tańca Eurynome, przed którym była próżnia kosmiczna, ujemna materia, nicość. Do pierwszej litery alfabetu, rozpoczynającej Księgę Rodzaju. Przed tą granicą istnienia myśl cofa się i przeskakuje na tory dostępne dla niej, realne, misteryjny taniec Eurynome, powtarzany przez jej kapłanki…

***

A ja jako autorka tych wędrówek po kulturze dodam jeszcze ostatni akapit:

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do Baratarii.
Na pierwszą kolację u Proteusza podano skrzydlatą rybę, umieszczoną na pięciu żółwiach – oczywisty symbol świata starożytnych. Do picia podano wino z najprzedniejszych winnic Proteusza, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci. Toż jest to ten sam, znany nam, opis uczt jakie urządza się na Baratarii! Wszystko złuda i nieprawda, i nie ma nic do jedzenia.

Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

Marokko 2

Monika Wrzosek-Müller

Der Tizi n`Tichka Pass etc…

Natürlich musste sie noch weiter, tiefer in das Land hinein, als sie sich eigentlich in einem schönen Hotel in Marrakesch hätte entspannen und ausruhen können; es zog sie in die Wüste und in das Hohe Atlas-Gebirge. Die Wege waren lang, kurvig, steil und gefährlich, auf schmale Serpentinen folgten langgezogene Anstiegsabschnitte; man sagte den Reisenden, die Fahrt würde vier marokkanische (?) Stunden über dem Tizi n`Tichka Pass nach Ait Ben Haddou dauern, tatsächlich waren es fünfeinhalb, gefühlt sieben Stunden. Sie fuhren von 100 Metern auf über 2.000 Meter, der Pass liegt genau auf 2260 Meter, und rundherum ragen die Berggipfel sogar 4.000 Meter auf. Auf den Gipfeln lagen noch Reste vom Schnee. Die Ausblicke und Panoramen waren wortwörtlich atemberaubend, die Farben pastell, nach oben hin immer gedämpfter.

Sie fuhren im Verlauf der Reise durch alle möglichen Landschaften; bald hinter Marrakesch verließen sie die Palmeria, einen angelegten Palmengürtel um die Stadt, der an Wassermangel leidet, und trafen auf ausgedehnte Getreide Felder; es war noch flach, aber sie bewegten sich jetzt doch unmerklich höher. Bald waren sie in einer paradiesischen Hügellandschaft angelangt, ganz grün und sehr saftig sahen die Obst- und Gemüsegärten um die Häuschen aus, an den Wegrändern wuchsen lila und blaue Schwertlilien, die sie aus der Toskana kannte, sie blühten gerade. Das Grün der sorgfältig beschnittenen Pomeranzen, die übrigens alle Avenues schmücken, war einmalig, wie das Grün der ersten zwei Blättchen der Teeplantagen, frisch, unvergesslich. Sie säumten meistens die Gärten oder auch die Straßen. Langsam gelangten sie höher und die Landschaft veränderte sich merklich, ab und zu sah man rote Felsen, rote Erde, es überwogen Olivenbäume, auch wenn dazwischen noch Gemüse angebaut wurde, hier dienten riesige Rosmarin-Büsche als Hecken. Danach kamen sie in kahlere Gebiete, da wuchsen Wacholder, die wir als Sträucher kennen, zu Bäumen, mit dicken Stämmen erreichten sie beachtliche Größen, dazwischen blühte gerade Lavendel. Der Boden war hier schon ausgetrocknet und steinig, ab und zu sah man Korkeichen, mit abgezogenen Stämmen leuchteten sie unten auch rötlich. Noch etwas höher gab es kaum mehr Vegetation. Sie erreichten den Pass, der in verschiedenen Ockerfarben der Steine, der Felsen und der Erde vor ihnen ausgebreitet lag. Sie befanden sich auf 2260 Meter Höhe, die Stelle wurde durch eine Raststätte mit vielen kleinen Lädchen markiert, wo hauptsächlich Fossilien und Touristen-Attraktionen verkauft wurden. Auf der anderen Seite erwartete sie nur Wüste, zuerst steinig noch mit Steppe und danach ging sie in Sand über; doch zu den Sanddünen gelangten sie nicht, es war einfach zu weit.

Das Weltkulturerbe-Dorf Ait Benhaddou sehen sie nur von weitem; es ist ein Berberdorf aus dunklem Lehm gebaut und gut erhalten, ähnlich den Bauten von Sanaa im Jemen, auch denen von Timbuktu in Mali. Die Kashbahs sind gut erhalten, miteinander verschachtelt, überall ragen die sich verjüngenden viereckigen Türme in den Himmel. Manche der Kashbahs sind bis heute bewohnt; es ist eine Oase, einige Palmen und etwas Grün zeugen von Wasservorräten.

Sie besichtigten noch ein Filmstudio, wo unzählige bekannte Filme gedreht wurden darunter Kleopatra, Spartakus, Babel etc…; in einiger Entfernung waren auch andere riesige Anlagen, die der Filmstudios für Asterix und Obelix und viele Fantasy-Filme zu sehen; es wirkte unwirklich und verrückt in dieser steinigen, gottverlassenen Gegend zu sehen, wie Hollywood das Land für sich einnimmt. Es ist eben Marokko, sie versuchen aus allem etwas Kommerzielles und Urbanes zu machen; auch hier gab es 5-Sterne-Hotels, wo die Stars und Starletts übernachteten, mit Swimmingpools und Bars und echten Grünanlagen rundherum.

Der Weg zurück ging über die gleiche Strecke, aber da sah sie nur schroff zerklüftete Felsenformationen, Geröllplateaus, steil abfallende Hänge, manchmal auch Canyons, zu der Jahreszeit mit Wasser gefüllt. An den steilen Felsen hingen ab und zu Berberdörfchen, ein buntes viereckiges Minarett ragte in die Höhe; die Bauten waren allesamt aus Lehm, den sie geschickt auch färbten; so erhielten die Minarette auch eine dezente Bemalung, sie sahen manchmal wunderschön aus.

Der Tizi n`Tichka Pass ist der Sage nach ein antiker Weg, von Timbuktu nach Marrakesch, der „Ziegenweg“. In der Berbersprache, bedeutet Tizi „Bergwiese“ und tichka „gefährlich“. Allerdings ist nicht ganz klar, ob der Weg wirklich von Timbuktu ausging; Timbuktu wurde wohl als Synonym für einen weit entlegenen Ort benutzt, der gar nicht zu existieren brauchte; in jedem Fall ging es um einen ein weiten Weg. Über diesen Weg, diesen Pass gelangten Karawanen nach Marrakesch, sie waren bis zu einem halbem Jahr mit 80 Mann unterwegs, transportierten ihre kostbare Ware, meist Silber, dann Gold und Edelsteine, dazu noch viele Sklaven und Eunuchen. Sowohl Timbuktu als auch Marrakesch waren Hauptumschlagplätze. Der Handel war das Leben, das Überleben in der trockenen und menschenunfreundlichen Umgebung; der Handel war auch eine ehrenhafte, sehr geschätzte Beschäftigung, die Händler waren hoch angesehene Leute, besonders wenn sie zu Reichtum gelangten. Die Routen der Karawanen waren weit verzweigt, aber sie führten schließlich alle auf den Djemaa el Fna Platz, den Nabel der Stadt Marrakesch; man kann sich heute noch sehr gut das damalige Treiben und Handeln auf dem Platz vorstellen. Selbst heutzutage überkommt einen auf dem Platz immer noch das Gefühl, in der Mitte des Lebens, der Welt der kleinen Geschäfte zu stehen. Der Muezzin ruft wie damals sanft ein paar Mal am Tag zum Gebet, nur dass es jetzt eine vom Band abgespielte Stimme ist; das Treiben ist vielleicht jetzt noch geschäftigter, denn es kommen viele Touristen hinzu, aber die Einheimischen gehen auch gerne dorthin. Auf dem Platz wird gegessen, gehandelt, gekauft, viele Gaukler führen ihre Kunststücke vor, die Schlangenbeschwörer spielen auf ihren Flöten, die Affen hüpfen von der Schulter des Besitzers auf die Schulter des Betrachters (sind aber meistens angekettet und in ein Kleidchen gezwängt, so dass sie nicht flüchten können), alle preisen ihre Waren, es ist bunt, laut bis schrill, heiß, manchmal unmöglich und manchmal magisch.

Der Handel mit Salz lag seit dem 14. Jh. in der Hand der Juden, sie hatten dafür das Monopol von den marokkanischen Königen erhalten. Salz war fürs Überleben von größter Bedeutung, es enthielt Mineralien; es hieß: Salz wurde mit Gold aufgewogen. Die Juden lebten in den Altstädten (medinas) in geschlossenen Vierteln Mellah; das Wort Mellah kommt aus dem Arabischen und bedeutet Salz. Die ersten Mellahs wurden im Mittelalter gegründet und die Juden lebten dort ziemlich abgeschieden, erst nach der Übernahme des französischen Protektorats öffneten sich die jüdischen Gemeinden der marokkanischen Gesellschaft. Während des Zweiten Weltkrieges betrieb der damals regierende Monarch Mohammed V. eine judenfreundliche Politik und beugte sich nicht der Politik des Vichy-Regimes, so fanden viele jüdische Flüchtlinge in den marokkanischen Städten Zuflucht (der Film Casablanca!). Erst nach der Gründung Israels gingen viele Juden aus Marokko weg. Noch heute ist aber die fast verlassene Medina von Marrakesch zu besichtigen, man sieht manchmal ein paar Kinder mit Schläfenlocken, doch die große Blüte jüdischer Geschäfte gehört der Vergangenheit an. Die marokkanischen Juden sind in der ganzen Welt verstreut, auch die Familie von Hilary Clinton stammt aus Marokko.

Elias Canetti, der Nobelpreisträger und vielsprachige Schriftsteller, hat das Leben der Juden in Marrakesch in einem kleinen Büchlein beschrieben, Die Stimmen von Marrakesch; in den fünfziger Jahren schien ihm deren Leben sehr ärmlich und einsam. Sie betrieben Handel, feilschten um völlig wertlose Dinge, waren in dieses kleine verschachtelte Viertel eingeschlossen. Als Jude leidet er mit ihnen, doch er kann nicht mit ihnen kommunizieren, er versteht sie nicht, wird nur zum stillen Beobachter, der ihr Leben von außen beschreibt und als fremd und somit auch exotisch empfindet.

Barataria 14 Insula Barataria

Ewa Maria Slaska

Na wyspie Sancho Pansy

Opowieść o Baratarii, podobnie zresztą jak cała druga część Don Kichota, nie powstałaby, gdyby nie apokryf autorstwa kogoś ukrywającego się pod pseudonimem Alonzo Fernandeza de Avellaneda. Utwór ten, niby to opisujący dalsze przygody hidalga i jego giermka, w istocie wyśmiewał i powieść, i jej autora. Cervantesa tak to rozzłościło, że sam napisał dalszą część przygód obu swoich bohaterów. Druga część ukazała się w dziesięć lat po pierwszej, w roku 1615, a nasi bohaterowie w prologu rozprawiają o tym, że stali się bohaterami powieścidła Avellanedy i zarzekają się, że opowiedziane tam awantury to wierutna bzdura. I rzeczywiście, zarówno sam Don Kichot, jak jego giermek, są w drugiej części powieści ludźmi znacznie rozsądniejszymi, bardziej skłonnymi do melancholii i zadumy, uczciwymi i szlachetnymi. Badacze uważają, że zmiana tonu wypowiedzi jest reakcją na szydzenie Avellanedy, ba, uważa się nawet, że śmierć głównego bohatera miała być sposobem uniknięcia dalszych falsyfikatów.

Zgodnie z tekstem Cervantesa nasi bohaterowie wyruszyli z Manczy do Saragassy, ale w połowie drogi zmienili zdanie i powędrowali do Barcelony. Tym niemniej Saragossa do dziś szczyci się tym, że był tam Don Kichot i że to właśnie w pobliżu tego miasta, w zakolu rzeki Ebro (gmina Alcalá de Ebro) znajdowała się wyspa Barataria – mały półwysep, który podczas wysokiej wody zamieniał się w wyspę pełną ptaków i dzikiej roślinności. Dziś stoi w tym miejscu tak zwana finka Insula Barataria – Centrum Weselno-Bankietowe, a nad samym brzegiem rzeki – pomnik Sancho Pansy. Hiszpański autor Antón Castro nazywa go Frasobliwym.

Wydaje się też, że położony w pobliżu zamek Pedrola mógł zostać opisany jako pałac Księcia Carlos de Borja Villahermosa i jego żony Maríi Luisy.

I wyspa, i zamek są w powieści dokładnie opisane, co sprawia, że mieszkańcy Saragossy są naprawdę przekonani, że może nie tyle Don Kichot tu był, ale na pewno Cervantes. Zresztą Baratario wcale się od czasów Cervantesa nie zmieniło. Wciąż są tam gniazda bocianów w miejscu, gdzie znajduje się miernik wysokości wody w Ebro, rzeka jest wartka i pełna zawirowań.

O czym myśli Sancho Pansa Frasobliwy? O podłym żarcie, jaki zrobili mu Księstwo Villahermosa? Miejmy nadzieję, że nie. Uczeni donkichotianie twierdzą nawet, że giermek przez cały czas trwania tej przygody, a też i nigdy potem, nie zdał sobie sprawy z tego, że był to tylko okrutny żart. Był przekonany, że naprawdę został gubernatorem wyspy i zrezygnował z tej funkcji z własnej woli, gdyż zrozumiał, że było to zadanie nie na jego siły. To wielka mądrość i daj ją, Boże, każdemu władcy. Tak, Sancho to mądry człowiek. Może wyraża się czasem prosto i z chłopska, może zbyt często cytuje przysłowia i na dodatek jeszcze je rymuje, może przedtem, w pierwszym tomie, był niekiedy chciwym, samolubnym i tchórzliwym głupkiem, ale w drugim tomie staje na wysokości zadania. Jest szlachetnym filozofem, który wie, że to wyrzeczenie stworzyło kiedyś kręgosłup moralny naszej europejskiej kultury.


Buszując po tej hałdzie kultury, jaką jest internet, znalazłam taką oto propozycję dla teatrów komediowych: Walter Zitzenbacher, Jeder lügt in Baratario – W Baratario wszyscy kłamią. Jest może jakiś zainteresowany teatr, który chciałby zamówić u mnie tłumaczenie i współpracę? Jeśli tak, to informuję, że zamówiłam sobie tę sztuczkę i opowiem Wam o niej w swoim czasie.

Na razie ją czytam, a o czym jest – opowiem za tydzień czyli 1 maja. Niech się święci i niech (sobie) żyje… 🙂