Barataria 12 reblog Bestiariusz kulturalny

Z przyjemnością informuję, że pod wpisem Barataria 11 zgłosił się autor blogu Bestiariusz kulturalny, który, podobnie jak ja, wędruje sobie po różnych zakątkach kultury i dotarł również do Baratarii. Tu reblog jego wpisu z 20 stycznia 2016 roku. W ogóle blog bardzo interesujący, polecam!

Insula Barataria czyli władztwo Sancho Pansy

I choć był to jedynie okrutny żart Księcia i Księżnej, Sancho Pansa otrzymał osta­tecz­nie obiecane przez Don Kichota władztwo nad wyspą. Błędny giermek wyruszał ze swoim błęd­nym panem na dwie wyprawy licząc na łupy (które naprawdę zdobył) i na zdobycie gubernatorstwa wyspy, którą „zwykle błędni rycerze nagradzali swoich giermków w romansach rycerskich”.

Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria. („Don Kichote” w tłumaczeniu W. Zakrzewskiego)

Miłośnicy Don Kiszota zidentyfikowali większość miejsc gdzie toczyła się powieść Cervantesa oraz sporządzili przy pomocy Google Earth prezentację, opierajac się na bardzo szczegółowej mapie Hiszpanii z 1798: http://trv-checkin.s3-eu-central-1.amazonaws.com/wp-content/uploads/sites/12/2015/04/Mapa.png

Wyspa Barataria została zaś zidentyfikowana jako miasteczko Alcala de Ebro. http://cultura.elpais.com/cultura/2015/08/22/actualidad/1440259627_292359.html

https://www.google.com/maps/search/41.814036,-1.194081+alkaba/@41.8180204,-1.1840198,3098m/data=!3m1!1e3

Jak nazwa wskazuje mieści sie przy rzece Ebro w północnej Hiszpanii. Rzeka ta w tym miejscu meandruje, tworząc półwyspy, które w trakcie powodzi zamieniają się w wyspy. Tereny te znał dobrze Cervantes i być może dlatego umieścił tutaj jeden z epizodów swojej genialnej książki.

El río Ebro desde la Insula de Barataria (Alcalá de Ebro). España.

Jak to wspomnieliśmy na początku, przyznanie gubernatorstwa wyspy Sanchowi, było jedynie spowodowane tym że w swoim szaleństwie Książe i Księżna chcieli szydzić z naszego Giermka, gdy będzie – przekonany o swojej ważności – sprawował rządy nad podłą mieściną.

I choć Sancho na żarcie się nie poznał, to rozumiał, że takie nagłe jego wyniesienie jest wbrew naturze. Zrezygnował mówiąc:

— Żegnam was, panowie, każcie otworzyć mi bramę i pozwólcie wrócić do dawnej swobody. Nie jestem stworzony na gubernatora, nie umiem bronić wyspy przeciw napastnikom. Moim rzemiosłem jest uprawa ziemi, a nie obrona królestw i praw dyktowanie. Świętemu Piotrowi dobrze w Rzymie, a mnie w chacie mojej w dymie. To ma znaczyć: niech każdy siedzi, gdzie mu należy i nigdzie dalej nie bieży; niech strzeże swego powołania i chroni się górę sięgania. Mnie bardziej przystał sierp do ręki, niż królewskie berło, wolę też co dzień najeść się barszczu ze szperką, niż dać się zamorzyć doktorowi, który nim znajdzie dla mnie potrawę, brzuch mi pozielenieje z głodu. Żegnam was, panowie, raz jeszcze, powiedzcie ode mnie księciu, że nagi przyszedłem na świat i nago zeń wychodzę, to ma znaczyć, że objąłem rządy bez grosza i tłumoczka i bez grosza i tłumoczka z nich wychodzę, zupełnie przeciwnie, niż wszyscy gubernatorowie. Dzień dobry i dobranoc wam, panowie! Puśćcie mnie; muszę kazać się obandażować, bo dzięki nie­przy­ja­cio­łom, którzy potratowali mnie i więcej niż sto razy prze­spa­ce­ro­wali się po mnie, mam prawie wszystkie żebra popękane.

Reblog z reblogu: Podróże

Żelazną drogą do Berlina

Ponowne otwarcie połączenia kolejowego Wrocław-Berlin przypomniało mi o jednym z pierwszych artykułów w mojej karierze historyka. Dotyczył wyjazdów Polaków do Berlina na przełomie XIX i XX wieku i został napisany do pracy zbiorowej poświęconej podróżowaniu. Dość skrupulatnie zbieram „owoce“ mej produkcji, ale niestety tego akurat artykułu nie zachowałem. Tekstu w wersji elektronicznej też nie mogłem już znaleźć. Trzeba było udać się więc do biblioteki. I to w dodatku aż w Poznaniu. Za pomoc w odszukaniu tej, jak się okazało, rzadkiej książki, dziękuję pani Agnieszce, bibliotekarce naszego Centrum. Pozwalam sobie udostępnić tekst sprzed 20 już lat w nadziei, że może sięgnie po niego ktoś, kto rozważa wizytę w stolicy Niemiec. Podąży tam po ścieżkach wydeptanych już przez wielu naszych rodaków z różnych generacji.

Rozwój komunikacji pod koniec XIX w., zwłaszcza kolejowej, umożliwił masowy ruch ludności i przewóz towarów. Podróż pociągiem była tańsza i dostępna dla różnych grup społecznych, była wygodniejsza i — co było rzeczą ważną — trwała krócej. Różne były powody, dla których Polacy udawali się do Berlina na przełomie wieków. Jedni szukali w mieście nad Szprewą pracy lub załatwiali „interesa”, inni szukali wiedzy, a jeszcze inni przybywali w celach turystycznych. (Ciekawe, że w wielotomowej encyklopedii Orgelbranda z 1898 r. na próżno szukać hasła „turystyka”).

Z podróży prof. Bronisława Gustawicza do Lubeki, Trawemünde, Kilonii i Hamburga zachował się ciekawy tekst wspomnień, w którym autor tak opisuje potrzebę wyjazdów za granicę:

Cudze chwalicie, swego nie znacie, Sami nie wiecie, co posiadacie. Tak mówi nasz poeta. Piękna w tym dwuwierszu zawarta myśl, ale w piękniejszą jeszcze ubrana szatę! Lecz aby swoje dokładnie znać, trzeba i cudze koniecznie poznać. Stąd wyłania się potrzeba zwiedzania obcych krajów, przebywania wśród obcych wykształconych narodów. Każdy, co wyjeżdża za granicę, nie bezmyślnie, nie dla zabicia czasu i trwonienia pieniędzy, lecz z pewnym wytkniętym celem, żądzą wzbogacenia swej wiedzy, musi odnieść dla siebie w niejednym kierunku wielkie korzyści i wraca do kraju swego, jeżeli już nie bogaty w doświadczenie, to przynajmniej pełen wrażeń, które pozostaną mu na długie lata bardzo miłym wspomnieniem.

Dzisiaj taki sposób podróżowania nazwalibyśmy podróżą studyjną.

Podobny cel podróżowania postawił sobie Emanuel Dworski, który w swych wspomnieniach z podróży, opublikowanych w 1904 r. we Lwowie, tak to scharakteryzował:

Jeżeli podróżowanie może się stać przyzwyczajeniem, które ma swoje źródło w żądzy nowych wrażeń, potęgującej się z czasem aż do nałogu, to ja mam na swe usprawiedliwienie nie tyle upodobanie w nowych wrażeniach, ile cel wytknięty moich podróży. Albo zwiedzam — kontynuował Dworski — muzea i szkoły, albo biorę udział w zjazdach towarzyszy zawodowych, a co widzę i słyszę obok tego, to materiał przygodny.

W podróż studyjną do Berlina udała się także komisja miasta Lwowa, której celem było zbadanie wybranych urządzeń sanitarnych pod względem ich przydatności dla stolicy Galicji. W skład komisji wchodzili: I wiceprezydent miasta, dr Tadeusz Rutkowski, fizyk miejski, dr Wiktor Legieżyński i radni, dr Szczepan Mikołajski, dr Wilhelm Pisek i dr Józef Starzeski. Podczas pobytu w Berlinie komisja zwiedziła miejski zakład higieny, obejrzała zakład badania środków spożywczych, zapoznała się z organizacją i funkcjonowaniem berlińskiego pogotowia ratunkowego, odwiedziła szpital miejski im. Virchowa oraz jeden z przytułków dla bezdomnych.

Jest to jedna z najpiękniejszych instytucji humanitarnych Berlina — pisał autor sprawozdania, dr Szczepan Mikołajski. Wszystko w niej wzorowo urządzone, sale noclegowe, sale jadalne, kąpiele, kuchnie, pralnia, wszędzie jak największa czystość i porządek.

Mając na uwadze problemy finansowe miasta Lwowa, które nie rozporządzało wystarczającymi środkami, aby na wzór Berlina zorganizować pomoc dla bezdomnych, Mikołajski stwierdzał, „że niektóre szczegóły organizacji berlińskiej można będzie i u nas z pożytkiem zastosować”.

Tak szczytne cele podróży, jak zbieranie wrażeń, konfrontowanie opinii o sąsiadach czy podziwianie ich zdobyczy cywilizacyjnych, stawiali przed sobą tylko zamożni podróżnicy. Ubodzy Polacy, przybywając do Berlina, mieli na uwadze raczej praktyczne względy:

„Cel był ten, żeby tam, jako w środowisku przemysłu, w swoim fachu gruntowniej się wydoskonalić i możliwie uciułać trochę grosza, gdyż słyszałem, że zarobki są znacznie wyższe niż gdzie indziej” — tak wyjaśniał powody swego wyjazdu do Berlina Władysław Berkan, w przyszłości znany mistrz nożyc, na razie ubogi aspirant krawiecki.

Niestety, ubodzy polscy podróżnicy — poszukiwacze lepszego życia — rzadko pozostawiali po sobie wspomnienia. Stąd też artykuł ten oparty jest głównie na spuściźnie po zamożniejszych naszych rodakach.

Najwięcej trudu zajmowały same przygotowania do podróży. W interesujących notatkach Bolesława Prusa z podróży do Berlina, którą odbył w dniach od 17 maja do 17 czerwca 1895 r., znajduje się opis w Almanachu Hachette’a, w którym w rubryce pt. „Co należy kłaść do walizki?” można dowiedzieć się o następujących szczegółach:

W walizce Madame’y — cytuję za Prusem — powinno znajdować się: 35 gatunków bielizny, obuwia i odzieży (np. kostium kąpielowy, penivar kąpielowy, gorsety, kapelusz itd.), 28 gatunków przedmiotów tualetowych (np. lustro potrójne, woda kolońska, waselina itd). 34 gatunki przedmiotów różnych (np. szpilki i lampka spirytusowa, książka do nabożeństwa, fotografie męża i dzieci itp.).

W sumie kobieta wybierając się w podróż, zabierała ze sobą ponad 100 przedmiotów. Nie mniejszą liczbę rzeczy zabierał ze sobą w podróż mężczyzna. Jeszcze raz przytoczę fragment Almanachu Ilachette’a:

(…) Do walizki Monsieur’a należy włożyć: 31 gatunków bielizny, obuwia i odzieży (kostiumy do jazdy konnej, welocypedu, tenisa, polowania, fechtunku, pływania, kąpieli i alpinistowskie (…). 31 gatunków przedmiotów tualetowych (np. pumeks, szczoteczka do paznokci, pilniczek do paznokci, kleszczyki do paznokci, puder ryżowy itp.). Wreszcie — 24 gatunki przedmiotów różnych, a między nimi: budzik, kawałek flaneli, nici czarne i białe (…).

Razem mężczyzna winien zabrać ze sobą ok. 100 przedmiotów. Dodatkowo winien uwzględnić w swoim bagażu, według tegoż Almanachu, ok. 15 środków aptekarskich, jak: „kitajkę, bizmut, ołówek antimigrenowy, »mamcze szpilki« itp.”.

Tak więc kobieta i mężczyzna, udając się w podróż, winni w sumie zabrać ponad 200 przedmiotów. Niektórzy podróżnicy niewiele przejmowali się takimi zaleceniami. Wspomniany tutaj Prus zbagatelizował zupełnie rady Almanachu i udał się w podróż za granicę bez pościeli i jedynie z małą walizką. Podobnie postąpił przyjaciel Prusa dr Gustaw Gebethner, współwłaściciel firmy „Gebethner i Wolf”, z którym pisarz wybrał się w podróż do Berlina.

Sędzia G. — pisał Prus — także nie posiadał owych 100 przedmiotów wymaganych przez prawidła dobrego tonu. Za to miał na głowie powiewną czapeczkę bez daszka, z której w razie potrzeby można było sporządzić kubek wody, rondelek do nelsońskich zrazów, duży pugilares itd.

Możliwe, że zawartość owego pugilaresu w razie potrzeby mogła zastąpić przedmioty zalecane przez wspomniany Almanach. Między godziną 4 i 5 po południu udał się Prus wraz z rodziną i przyjaciółmi na dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Podróż do Berlina miała trwać ok. 12 godzin. (Dla porównania dzisiaj pociąg potrzebuje na pokonanie tej odległości ok. 8 godzin!). Autor Lalki szczególną uwagę w swoim dzienniku poświęcił opisowi wagonu.

Kilka razy w życiu jeździłem Koleją Warszawsko-Wiedeńską pisał Prus — ale jeszcze wagonami starego typu. Były to budy podzielone na cztery części. Każda część miała zewnątrz swoje własne drzwi, a wewnątrz dwie ławy, na których przez 12 godzin mordowały się cztery pary ludzkich istot nie mogących nawet nóg wyprostować bez wkroczenia w granicę indywidualności swoich sąsiadów.

W porównaniu do tych starych wagonów, nowe „mają również po 4 przedziały, a każdy przedział po dwie czteroosobowe kanapki. Ale przedziały te są otwarte na kurytarzyk, po którym można spacerować”.

Ponadto każdy wagon posiadał umywalnię z lustrem i wodą. Przechodzenie między wagonami nie było zbyt bezpieczne. Brak było bowiem ochrony harmonijkowej między nimi. Tę posiadała już kolej pruska.

Pierwsze godziny podróży minęły Prusowi na rozważaniach o charakterze państwa pruskiego, które w tym miejscu pominę. Polacy z terenów zaboru austriackiego podróżujący do Niemiec, przejeżdżali przez Śląsk. Wielu doznawało wtedy wzburzenia uczuć patriotycznych, obserwując „odwieczną dziedzinę Piastów, zagrabioną przez niemieckich zaborców” (E. Dworski). B. Prus i jego towarzysz przekraczali granicę w Toruniu. Tam przeszli skrupulatną kontrolę celną. Przyjaciel Prusa był zmuszony do zapłacenia cła za przewóz zbyt dużej ilości papierosów. Po krótkim postoju na granicy, który obaj podróżni spędzili w knajpie dworcowej, oddając się browarnianym uciechom, i po kupieniu biletów (bilet kosztował 24 marki) wsiedli do nowego pociągu i wyruszyli w dalszą podróż.

Dla Prusa dużym zaskoczeniem było to, że pociąg ruszył bez „dzwonień” i „gwizdań”. Następnie stwierdził:

Nieszczęśliwy podróżny musi pilnować się tabliczki opiewającej: dokąd? i minuty: o której odchodzi pociąg?.

Cytat ten dowodzi dużej punktualności pociągów pruskich. Także i tym razem Prus opisuje wygląd wagonu. Pozwolę sobie przytoczyć obszerne fragmenty tego opisu:

Nasz wagon jest »nowego typu«, czyli posiada kurytarz, po którym można spacerować tak wygodnie jak po warszawskich, a może i wygodniej. Szyby są wielkie, sklepowe, przez które w tej chwili widać tylko noc.

Prus jechał w przedziale II klasy. Wyposażenie przedziału składało się z lampy gazowej z trzema płomieniami, która paliła się przez cały okres przejazdu i fioletowej zasłony. Ponadto w przedziale znajdowały się wygodne kanapy obite pluszem w kolorze oliwkowym, przy oknie był mały stolik, na którym można było grać w szachy. W kącie stała natomiast spluwaczka, na ścianie wisiało lustro, a przy drzwiach widać było guziczek dzwonka elektrycznego na służbę. Uwagę Prusa zwróciły także napisy informujące podróżnych, aby nie otwierali okien, nie wyrzucali przez nie butelek oraz nie wychylali się. W końcu pytał zdziwiony:

Cóż to znowu za ograniczenie swobody osobistej?

W innym miejscu swego dziennika Prus tak opisał przedziały pozostałych klas:

Obok nas, z jednej strony jest przedział pierwszej klasy z amarantowymi pluszowymi kanapami, a ze strony przeciwnej — trzecia klasa z żółtymi drewnianymi ławkami.

Warto dodać, że istniała także cztwarta klasa w pociągu, którą podróżowała najbiedniejsza część ludności, a więc także polscy wychodźcy. Był to najczęściej zwykły wagon, pozbawiony miejsc siedzących (tzw. wagon bydlęcy). Wiele uwagi poświęcił Prus konduktorowi.

Jest to piękny chłop — pisał Prus — tęgo zbudowany, na gębie czerwony i pyzaty, na głowie szatyn, na reszcie ciała granatowy z metalowymi guzikami tam, gdzie były potrzebne. Może mieć 30-40 lat, a odznacza się zadziwiającym spokojem fizjognomii i całej postaci.

Także i w tym opisie Prus nie stronił od porównań.

Przeciętny konduktor naszych dróg żelaznych — dodawał Prus — wyglądałby przy nim na człowieka mizernego i nerwowego.

Po sprawdzeniu biletów, konduktor zapytał autora dziennika, czy chce siedzieć na tym miejscu, które zajmuje. Uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, konduktor zażądał 2 marki opłaty, wydał kwit oraz wysunął numer nad miejscem zajmowanym przez Prusa. Około godz. 6 rano pociąg zaczął zbliżać się do Berlina.

Okolica zmieniła się zupełnie: zamiast pól, drzew, zapachów — występują place, murowane budynki, hałasy i dymy. Plant kolei z obu stron gęsto zabudowany robi chwilami wrażenie, jakbyśmy dojeżdżali do Warszawy od rogatek Jerozolimskich.

Ciekawymi spostrzeżeniami dzielił się z czytelnikiem wspomniany wyżej prof. Gustawicz, który przybył do Berlina przez Galicję i Śląsk.

Wreszcie zbliżamy się do Berlina. Olbrzymia stolica państwa wywiera swój wpływ abstrakcyjny na wiele, wiele kilometrów wokoło, bo okolice Berlina, jako nieurodzajne i błotniste, wcale gęsto nie są zaludnione; ale natomiast jak raz wjedziemy w obręb tego miasta i gdy widzimy, jak pociąg nie zwalniając biegu, dalej pędzi ponad dachami domów, a jak tylko oko sięgnie, wszędzie ulice i ulice, poprzeplatane obszernymi placami, pełne rojów ludzi, wozów, tramwajów elektrycznych, omnibusów konnych, gdy mijamy stacyą za stacyą, a my ciągle w Berlinie, — to nie dziw, że nie przyzwyczajonemu zaczyna się w głowie mącić.

Podobnych zawrotów doznawał tak wielokrotnie przeze mnie już cytowany Prus.

Wtem — co u Pana Boga! (…) Mijamy dziwny most, pod którym (…) chodzą ludzie i jeżdżą dorożki (…) A teraz nasz pociąg toczy się tak blisko domów, że z okien wagonu mogę zaglądnąć w okna mieszkań, ale nie parterowych tylko… leżących na pierwszym piętrze! (…).

Nasi podróżni wysiedli na Dworcu Friedrichstrasse. Obaj przekazali interesujące opisy tego miejsca. Wspólne dla obu tych opisów było podkreślenie ożywionego ruchu na dworcu. Gustawicz pisał:

Oto nasz pociąg wpada w olbrzymie arkady dworca na Friedrichstrasse, a pod kołami dudnią rozległe sklepienia mostu, dookoła zaś hałas, krzyk, zgiełk nie do opisania. Ledwie człowiek zdoła wysiąść z wagonu, a pociąg już rusza i po niewielu sekundach znika na drugim końcu krytej hali, by ustąpić miejsca drugiemu, trzeciemu, dziesiątemu pociągowi.

Prus natomiast pisał:

(…) Sędzia G. (Gustaw Gebethner – K.R.) i ja wysiedliśmy z wagonu i, niby dwa kwiaty, znaleźliśmy się w budynku przypominającym olbrzymią oranżerię. Jest to dworzec kolei miejskiej Friedrichstrasse Bahnhof. (…) Wagony, lokomotywy, podróżni wyglądają tu jakby pod kloszem. Dworzec ma ze 200 kroków długości i ze 60 szerokości, jego zaś podłoga dzieli się na trzy pasy: prawy i lewy — po którym jeżdżą wagony i środkowy — gdzie czekają podróżni.

Warto może wspomnieć, że niektóre pociągi z Polski zatrzymywały się także na Lehrter Bahnhof. Wysiadali z nich liczni wychodźcy polscy udający się przez Hamburg do Ameryki.

W polskim przewodniku po Berlinie z 1913 r. można przeczytać takie rady dla wysiadających podróżnych:

Stanąwszy na dworcu woła się do pociągu tragarza (Gepäktreger), w zielonej bluzie z numerem u czarnej czapki, a zapamiętawszy sobie dobrze numer powierza mu się bagaż. Tragarz ma do żądania od każdej lekkiej sztuki 30 fen., za cięższą 5O fen. Za przeniesienie rzeczy do pobliskiego hotelu trzeba się z nim osobno ułożyć. Chcąc wziąć dorożkę, co przy wielkim natłoku przejezdnych czasami nie jest łatwą rzeczą, trzeba odżałować 25 fen. dodatku do taksy i wziąć od stójkowego (Schutzmanna) u wejścia z dworca blaszkę z numerem jednej z czekających dorożek, do której tragarz nosi bagaż. Kto ma więcej pakunków, może powierzyć ‚Bz Bg’, towarzystwu przewozowemu, które ma swe biura na każdym większym dworcu Berlina i które za małą opłatą podług starej taksy dostarczy rzeczy w krótkim czasie na miejsce przeznaczenia.

Na osobną uwagę zasługuje personel dworca Friedrichstrasse, a zwłaszcza woźni.

Jest tu zawiadowca w czerwonej czapce — pisał Prus — sztywny w karku, jakby połknął repetierowy karabin z bagnetem. Jest tu i jego biuro, drewniany budyneczek przypominający warszawskie »szalety«. Nie widzę jednak ani śladu policji, ani konduktorów, pomimo, że kręci się mnóstwo podróżnych. (…) Idziemy tedy; sędzia z torebeczką, a ja z laseczką (obaj podróżni powierzyli już swoje bagaże tragarzowi — K.R.) i — z biletem kupionym w Toruniu. Wciąż śmiać mi się chce z tutejszych porządków i rozmyślam: czy rzucić bilet na podłogę, czy też zachować go jako dowód, że i ja byłem kiedyś za granicą?

Prus nie wyrzucił biletu i jak się później okazało — postąpił rozważnie.

Na nieszczęście przed schodami — kontynuował opis — stoją niby dwa kojce, a w każdym woźny. Rad nierad, wsuwam się między owe kojce, a tymczasem woźny bardzo grzecznie prosi, ażebym mu oddał bilet… Ciż sami woźni oglądają bilety osób przychodzących tutaj z dołu.

Za nieposiadanie takiego biletu woźni mogli nie wpuścić podróżnego na peron. A korzystający z metra bez biletu byli zmuszani do zapłaty za jazdę, co było połączone z wywołaniem małego skandalu.

Nie zawsze woźni wykonywali swoją pracę sumiennie, często nadużywali swoich uprawnień.

Na tym Bahnhofie (na Lehrter Bahnhof — K.R.) — pisał Ludwik Krzywicki w swoich wspomnieniach — wysiedli także liczni wychodźcy polscy (…). I widzę — od każdego przy wyjściu na górną platformę, gdzie odpowiedni dozorca odbiera bilety, ten żąda od każdego 10 fenigów. Widzę i ja, ale przechodzę nie zaczepiony. Dozorca poznał, że przyjechałem inną klasą i że nie jestem bezbronny. Zapytuję się go, jakim prawem pobiera silbergrosze. W pierwszej chwili mina zakłopotana, a później bezczelna odpowiedź: »Dają mi przez grzeczność«. Przy czym odchodzi polecając odbieranie biletów drugiemu dozorcy. Naturalnie, nikt z dalszych wychodźców nie składał tej daniny (…).

Wielu Polaków przybyłych do Berlina zaskakiwał ogromny ruch na ulicach.

Przemykamy się pod szeroką arkadą wiaduktu — zanotował w dzienniku Prus — po którym w tej chwili przejeżdża pociąg i — znajdujemy się na Friedrichstrasse. Jest to jedna z pierwszorzędnych ulic w Berlinie, charakteryzuje się zaś wielkim ruchem i wielką ciasnotą. W tym miejscu nie jest ona szerszą od naszej Chmielnej ulicy, a ruch na niej no mniej więcej taki, jak u nas na Żabiej.

Nie była to jednak jedyna cecha tych ulic. Inną była ich czystość.

Berlin — pisał Paderewski — był już wtedy dużym miastem, z wielkim parkiem i kilkoma pięknymi budowlami. Najpiękniejszym ze wszystkich był naturalnie zamek królewski. (…) Nie mogę powiedzieć, by miasto było wówczas ładne, ale porządek, czystość na ulicach sprawiały, że odnosiło się jednak wrażenie pewnego piękna. Ulice były tak niezwykle czyste, że wzbudziły podziw.

Dokąd udawali się Polacy w poszukiwaniu noclegów? Jak spędzali pierwsze godziny po przyjeździe do Berlina? Jakimi środkami lokomocji jeździli po mieście? Jak spędzali pierwszy wieczór w Berlinie? Co zwiedzali w dniu następnym? Prus i Gebethner udali się do pobliskiego hotelu. Nie wszystkich jednak było na niego stać.

Pobyt w hotelu berlińskim jest wcale wygodny — informował wspomniany przewodnik po Berlinie — ale na dłuższy dystans za drogi. Naturalnie, kto na jeden lub dwa dni wpadł do Berlina, to mu wszystko jedno, ale kogo interesy, czy kuracja, czy jakie studia zatrzymują dłużej nad Szprewą, ten szuka w Charlottenburgu, lub w pobliżu uniwersytetu pokoju umeblowanego, do którego otrzymuje każdego rana kawusię cieniuchną taką, że Boże zmiłuj się!

Ubodzy podróżnicy skazani byli na znacznie gorsze warunki. Tak opisuje miejsce swych pierwszych po przyjeździe noclegów W. Berkan:

Przed pójściem spać trzeba było kierownikowi gospody oddać zegarek, kosztowności i pieniądze do przechowania, bo nuż mogłoby komu w tak licznem i »doborowem« towarzystwie co zginąć, za co kierownik nie brał odpowiedzialności. »Hotel« nasz znajdował się pod dachem i tworzył jeden wielki »salon«, w którym wszyscy się mieścili. Przespanie się w tym salonie kosztowało od trojaka (10 fen.) do trzech trojaków. (…) Wszyscy musieli jak na komendę o jednej godzinie iść spać. (…) Ci, którzy oszczędniej się urządzali, tj. za trojaka, byli »rewidowani« przez »domowych«. Musieli rozebrać się zupełnie do naga i w tym stroju adamowym do łóżka, raczej na pryczę się kłaść, aby zmniejszyć niebezpieczeństwo udzielenia legowisku »współtowarzyszów« noclegowych.

Po zakwaterowaniu się w hotelu albo na stancji, zmęczeni podróżą, udawali się Polacy na odpoczynek, by — późnym popołudniem — udać się do centrum miasta. Do wybranych miejsc mogli dotrzeć różnymi środkami lokomocji: dorożką, kolejką naziemną i podziemną, tramwajem, omnibusem lub parowcem. Ceny biletów były zróżnicowane. Według taryfy dorożkarskiej z 14 maja 1880 r. za przejazd dorożką pierwszej klasy w obrębie dzielnicy policyjnej (do 15 min) podróżny musiał uiścić opłatę 1 marki za jedną albo dwie osoby, 1,5 marki za trzy albo cztery osoby. (Za przejazd drugą klasą: za jedną albo dwie osoby 60 fen., za trzy albo cztery 1 markę).

Dorożki I klasy były elegantsze niż II klasy. Dorożkarz I klasy był ubrany w niebieski mundur z kołnierzem ze srebrną lamówką. Taryfa znajdowała się w dorożce. Dorożkarz musiał jechać z prędkością przynajmniej 160 m na minutę. Do kontroli jazdy służył plan miasta, który posiadał każdy dorożkarz. Na tym planie były zaznaczone długości ulic w metrach, które — dla większej przejrzystości — były podzielone na kolorowe pola. Gdy dorożkarz zażądał za przejazd wygórowaną opłatę — a zdarzało się to podobno często — podróżny mógł poprosić o wystawienie rachunku (czasami dorożkarze obniżali wtedy należność), z którym można było udać się do Prezydium Policji Królewskiej, Oddział Komunikacja, i zgłosić nadużycie. Po kilku dniach podróżny otrzymywał z powrotem nadpłacone pieniądze oraz zawiadomienie, że niesumienny dorożkarz został ukarany. O wiele tańsze były ceny biletów w pociągach śródmiejskich.

W pociągach śródmiejskich — pisał Prus — chodzą tylko wagony II klasy po 10 fenigów miejsce i I po 15 fen., jeżeli nie zawodzi mnie pamięć. W każdym razie jest to jazda bardzo tania, szybka i bezpieczna, o ile kiedy jakiemu pociągowi nie przyjdzie fantazja zeskoczyć z wiaduktu na bruk.

Pierwsze kroki kierowali turyści „pod Lipy” i na „Frydrychówkę”, używając określeń epoki. Tam też mogli spotkać tysiące cudzoziemców oglądających okna wystawowe.

„Brat-Polak — pisał autor przewodnika po Berlinie – dostrzega nagle coś, co omal nie wyciska mu łzy rozczulenia w oku… Oto dojrzał napis: »Tu si mówi po polsku!« Jak się tam po polsku mówi — dodawał — to już inna rzecz, ale w każdym razie mówi się i kwita! Najczęściej mówi tylko kupujący, podczas gdy sprzedający rozumie go zaledwie, a w końcu powiada mu »Do swidania!« Ale dobre chęci są!” Wieczorem, po kolacji, podróżni mogli wybrać się albo do teatru, jak to uczynił cytowany już Emanuel Dworski, albo na spacer „pod Lipami”.

Zresztą do teatru — informował przewodnik po Berlinie — nie zawsze chodzi się w Berlinie wieczorem. Inna jest publiczność nad Szprewą, a inna nad Wisłą, nie mówiąc o Pełtawie. Podczas gdy w Warszawie reżyser farsy lęka się wystawienia czteroaktowej sztuki ze względu na to, że w czasie ostatniego aktu część publiczności stale znika z widowni, w Berlinie nawet tragedia może mieć osiem aktów, a nikt temu nie zaoponuje.

W ten sposób mijał pierwszy dzień pobytu w Berlinie. Kolejne były przeznaczane na zwiedzanie zabytków, oglądanie wystaw, spacery po mieście i wizyty w bardzo licznych restauracjach i kawiarniach.

Wykorzystane źródła i opracowania:

W. Berkan, Życiorys własny, Poznań 1924; E. Dworski, Wrażenia i wspomnienia (kartki z podróży), Lwów 1904; B. Gustawicz, Z wycieczki do Lubeki, Trawemundy, Miel i Hamburga. Wspomnienia z 67. zjazdu niemieckich przyrodników i lekarzy, Kraków 1896; W. Kossak, Wspomnienia, wstępem i przypisami opatrzył K. Olszański, Warszawa 1971; J. 1. Kraszewski, Listy do rodziny 1863-1886, cz. 2: Na emigracji, opr. S. Burkot, Wrocław 1993; L. Krzywicki, Wspomnienia, t. 1, Warszawa 1957; S. Orgelbranda Encyklopedia Powszechna z ilustracjami i mapami, t. 2, Warszawa 1898; I. J. Paderewski, Pamiętniki, spisała M. Lawton, Kraków 1967; Plan-Anhang zu Berlin, Leipzig: Karl Baedeker, 1880; B. Prus, Kartki z podróży, t. 2, Warszawa 1950; Przewodnik po Berlinie i okolicy z planem miasta, Berlin 1913; S. Przybyszewski, Moi współcześni. Wśród swoich, Warszawa 1930; A. Rubinstein, Erinnerungen. Die frühen Jahre, Frank-furt/M. 1973; Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, pod red. F. Sulimirskiego, t. 1, Warszawa 1980; J. Weyssenhoff, Mój pamiętnik literacki, Poznań b.r.; S. Mikołajski, Z wycieczki naukowej komisyj, wysłanej przez Prezydium miasta Lwowa, w celu zbadania pewnych urządzeń sanitarnych. Spostrzeżenia i wrażenia z Gracu, Wiednia, Monachium, Norymbergi, Beyreuthu, Drezna, Berlina, skreślił…, Lwów 1909; T. Szarota, Berlin w oczach Polaków — przyczynek do stereotypu Niemca, w: Mity i stereotypy w dziejach Polski, Warszawa 1991; W. Schivelbusch, Geschichte der Eisenbahnreise. Zur Industrialisierung von Raum und Zeit im 19. Jahrhundert, Frankfurt/M. 1979.

Wizyta w Davos

Tekst w pierwotnej wersji był dawno temu na innym blogu (TU), ale tak się zmienił, że po namyśle postanowiliśmy nie dodawać mu wyrazu “reblog”. 

Lech Milewski

Drogie syreny…

Drogie syreny, tak musiało być,
kochane fauny, wielmożne anioły,
ewolucja stanowczo wyparła się was.
Nie brak jej wyobraźni, ale…

… byłby to żart
i nadmiar wiekuisty, i kłopoty,
których przyroda mieć nie chce i nie ma.
………………

Dobrze, że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,
jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.
Mogłaby się sprzeciwić – i któż z nas by odkrył,
że jest obrabowany?

A najlepsze to,
że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssak
z cudownie upierzoną watermanem ręką.

Wisława Szymborska – Tomasz Mann – z tomu Widok z ziarnkiem piasku.

Zestawienie Tomasza Manna z dziobakiem jest dla mnie, mieszkańca Australii, bardzo inspirujące. Prawdę mówiąc to i bez tego podświadomie próbuję kojarzyć przeróżne informacje z twórczością tego autora. Oczywiste więc było, że gdy przeczytałem we wspomnieniu Ewy Marii, że jej pradziadek Stanisław Leopold Lubliner udał się (po 1904 roku) do Davos żeby zapoznać się z kuracją płuc za pomocą sztucznej odmy – KLIK – to przypomiało mi się, że pewnego lipcowego dnia 1907 roku…

Młoda wysoka dziewczyna w zielonym swetrze, źle uczesana i z głupkowatymi, na wpół tylko otwartymi, oczami, przeszła tuż obok Hansa Castorpa, dotykając go prawie ramieniem. Przy tym gwizdała… Nie, to było coś niesłyczanego! Gwizdnęła wyraźnie na niego, ale nie ustami, bo wargi miała zaciśnięte, bynajmniej nie wysunięte. Coś w niej gwizdało…
Był to gwizd wybitnie niemiły – chropowaty i ostry, chociaż pusty i przeciągły…
Stał osłupiały…
– Dlaczego masz taką minę?- zapytał (Joachim)
– Ona gwizdała! – odrzekł Hans Castorp. – Ten gwizd wychodził jej z brzucha, kiedy przechodziła koło mnie…
– Ach – powiedzial Joachim i roześmial się pogardliwie. – Nie z brzucha, nonsens. To była Hermina Kleefeld, gwiżdże sztuczną odmą…
Mogę ci to wyjaśnić… to jest coś z dziedziny chirurgii, jak się pewnie domyślasz, operacja, którą tutaj w górze często się stosuje. Behrens ma w tym wielką wprawę…

…ma w tym wielką wprawę – no to nic dziwnego, że aż z Polski przyjeżdżali tu po naukę.

Miałem szczęście do Tomasza Manna gdyż nie zacząłem kontaktu z nim od Buddenbrooków. Moja Matka poleciła mi Czarodziejska Górę, znalazłem ją w bibliotece w domu akademickim i zaczarowała mnie.

Gdy zastanawiam się nad szczegółami, widzę w Czarodziejskiej Górze wiele słabych punktów, ale wydaje mi się, że osoba zakochana lubi czasem wynajdywać drobne skazy w obiekcie swoich uczuć.

Bohater powieści przyjeżdża odwiedzić swojego kuzyna przebywającego w sanatorium dla gruźlików w Davos. Przyjeżdża na 3 tygodnie. W sanatorium odkrywa urok wolności jaką daje choroba – rozluźnienie obyczajów, brak poczucia odpowiedzialności. Odkrywa też wspomnienie młodzieńczego niepokoju, które tutaj przybrało postać zielonookiej Rosjanki i które wywołuje w nim typowy dla tego miejsca stan podgorączkowy.

Co jest skutkiem a co przyczyną? Nieważne, ważne, że nie chce się z tego wyleczyć. Z chęcią przyjmuje ofertę przedłużenia pobytu do 7 tygodni, aby poddać się medycznej obserwacji. Ani się spostrzega a mija 7 miesięcy tego chorobliwego stanu. Dopiero 29 lutego czyli w dniu, który jest również wybrykiem kalendarza, odważa się odezwać się do obiektu swoich uczuć. I to jak – “…gruntownie, iście po niemiecku”.
Następnego ranka jego ukochana wyjeżdża. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci.
Nasi pacjenci zawsze w końcu tu wracają – stwierdza naczelny lekarz sanatorium – radca Behrens. I Hans Castorp pozostaje. Pobyt w sumie trwa 7 lat. Ta pasja Tomasza Manna do liczb wydłużyła książkę poza granice cierpliwości.

Ja czekałem jeszcze dłużej. W roku 2003, czyli sześciokroć po 7 lat od chwili zaczarowania, odbyłem pielgrzymkę do Czarodziejskiej Góry. Pretekstem był kolejny wyjazd na maratony narciarskie. Zamiast, jak Hans Castorp, z Hamburga startowałem z lotniska Okęcie.
Była Środa Popielcowa. Czekając na lotnisku oglądałem telewizyjny dziennik – na ekranie kardynał Glemp posypywał wiernym głowy popiołem. Trzy dni wcześniej słyszałem ewangelię o tym jak Jezus tłumaczył, dlaczego apostołowie nie przestrzegają postu – gdy są blisko mnie, nie muszą pościć.
Za 2 godziny byłem w Zurychu. Słonecznie. Na dworcu kolejowym odbywał się kiermasz żywności. Pachniało piwem i wędlinami.
– Czyżby Szwajcarzy byli bliżej Boga? – pomyślałem.
Zamiast prosto do Davos jechałem w kierunku St Moritz. W którymś momencie zaczęły się góry…

Moim pierwszym celem w Szwajcarii był Engadin Maraton – cudowna zabawa w niesamowitej scenerii.
Następnego ranka po wyścigu wsiadłem w pociąg do Davos. Trasa prowadziła w dół, co wydało mi się ogromnie śmieszne bo niweczyło cały patos powtarzanego często w książce zwrotu: ...u nas na górze. Wysiadłem, tak jak Hans, w Davos-Dorf…

Po wyjściu z pociągu rozejrzałem się – …skręcili w lewo przez tor, przecięli rzekę… – to zupełnie nie miało sensu, bo wtedy wylądowaliby na północnym stoku góry, gdzie nie dochodzi słońce, a zatem nie ma żadnych sanatoriów.

Po kilku krokach ulicami Davos zauważyłem plakaty informujące, że właśnie jest tydzień braci Mann i co wieczór będą odczyty, dyskusje, czytanie książek itp. Ogromnie mnie to podekscytowało i już chciałem przedłużyć pobyt, gdy zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie, przecież nie znam niemieckiego na tyle, by cokolwiek skorzystać.
No tak, dla mnie Tomasz Mann pisze… po polsku. Znane mi tłumaczenia na angielski robią na mnie smutne wrażenie. Trudno mi zresztą uwierzyć, aby jego książki można było napisać równie dobrze po niemiecku.

Po zakwaterowaniu w hotelu młodzieżowym udałem się prosto do Waldhotel Bellevue. Spacer pod górę stromą Buolstrasse..
…nasze sanatorium, jak widzisz, leży jeszcze wyżej niż ta miejscowość – ciągnął Joachim. – Wyżej o pięćdziesiąt metrów. W prospekcie podane jest sto, ale naprawdę jest tylko pięćdziesiąt… 

Pani w recepcji była przygotowana na takie wizyty i najpierw sprzedała mi książkę Tomasz Mann i Davos, a potem skierowała do korytarza, gdzie były pamiątki hotelowe sprzed 90 lat; na końcu pokój z oryginalnym wyposażeniem:
… białe metalowe łóżko, umywalka z niklowanymi kranami… przedwczoraj umarła tu jedna Amerykanka, naturalnie wszystko poddano gruntownej dezynfekcji.

Była jednak niespodzianka – nocnik! Ten szczegół Tomasz Mann pominął w swojej powieści.

Zajrzałem do sali restauracyjnej. Była pusta. Również w barze nie było nikogo. Wróciłem do recepcji
– Czy w barze macie państwo kulmbacheńskie piwo? – zapytałem.
– Kulmbacheńskie piwo? – zdziwiła się recepcjonistka. – Nie słyszałam o takim. Bar otwierają o 5, proszę przyjść i sprawdzić, ale wątpię.
Nie słyszała o kulmbacheńskim piwie???

– Czy nie ma przypadkiem porteru? – zapytał grzecznie karlicy. Niestety porteru nie było. Ale obiecała podać mu piwo kulmbacheńskie i rzeczywiście natychmiast je przyniosła. Było gęste, czarne, z brązową pianą i doskonale zastępowało porter. Hans Castorp pił chciwie z wysokiej półlitrowej szklanki.
Nieco zawiedziony opuściłem hotel i zszedłem na dół do miasta. Wstąpiłem gdzieś na lunch. Tam też nie słyszeli o kulmbacheńskim piwie, więc w zastępstwie zamówiłem ciemne piwo – Perla – nie umywało się do tego, które podano Hansowi.

W hotelu przejrzałem nowonabytą książkę i już na pierwszych stronach wybuchnąłem śmiechem. Otóż Mann celowo pozmieniał topografię Davos, aby zapobiec plotkom i niezdrowej sensacji wokół istniejących obiektów. A więc wyjaśniło się moje zdziwienie na dworcu.

Samo Davos – typowy resort narciarski, tyle że może trochę większy i z dużą ilością normalnych domów mieszkalnych…

No i oczywiście centrum kongresowe, w którym odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne i wiele innych międzynarodowych spotkań, ale to nie należy do tej historii.

Ludzie? Masa młodzieży z nartami i snowboardami. Niepretensjonalny tłum. Na internecie znalazłem wzmiankę, że życie nocne w Davos nie jest zbyt ekscytujące.
A ci… “Anglicy z białymi zębami, silnie wyperfumowane panie, Amerykanie o małych głowach… tłum ludzi dość podejrzanych”? Jeśli już gdzieś ich spotkałem to nie w Davos, lecz w hotelu Kempinski w St Moritz.

Następny dzień spędziłem na nartach zjazdowych, ale nie siliłem się, aby odszukać szlak, na którym Hans przeżył swój dziwny sen.

Ostatniego dnia wróciłem do Berghoffu, przepraszam do Waldhotel Bellevue. Znalazłem Hohe Promenade i ruszyłem na spacer śladami bohaterów książki.
Droga była wystarczająco szeroka dla trzech osób, więc Hans Castorp oraz panowie Settembrini i Naphta szli obok siebie, a ja trochę z tyłu. Słuchając ich dyskusji ani się spostrzegłem jak dotarliśmy do hotelu Schatzalp…

Najwyżej położone jest sanatorium Schatzalp, tam, po tamtej stronie, stąd go nie widać. Ci muszą ekspediować swoje zwłoki na bobslejach, bo drogi są zasypane.

Jeszcze jeden dowód potwierdzający celowe pokręcenie topografii przez autora. Schatzalp jest na tym samym zboczu co Waldohtel Bellevue. Musi tu być, bo tylko ten stok jest skierowany na południe.
Zamiast toru bobslejowego znalazłem ulicę Bobbahnstrasse oraz tor saneczkowy, z którego od dawna nikt nie korzystał…

W drodze powrotnej odwiedziłem cmentarz, ale nie znalazłem żadnego z wymienionych w książce nazwisk…

Dwie godziny później zjeżdżałem na dół, tym razem “właściwą trasą” przez Lanquart do Zurychu. Od tego czasu często wspominam tę wizytę. Jej suchy opis wygląda niezbyt ciekawie. Ale nie rozczarowałem się.
A teraz? Zaczarowanie trwa już nieomal osiemiokroć po 7 lat. Rozpoczął się kolejny rok, a więc doskonała pora, żeby przypomnieć sobie, jak: Było to w środku lata. Pewien zwyczajny sobie młody człowiek jechał z Hamburga, swego rodzinnego miasta, do uzdrowiska Davos w kantonie Graubunden…

***

PS. Zapytałam Autora, co to była ta odma? Odpowiedział:

T. Mann chciał uchodzić za doktora wszechnauk tak jak Goethe i pewnie dlatego nie szczędzi szczegółowych opisów różnych teorii naukowych, procedur i aparatów. Czasami są cudowne czasami trochę żenujące – np. opis prześwietlenia klatki piersiowej. Celem odmy jest dać choremu płucu trochę odpoczynku. Wypełnia się je azotem i w ten sposób wyłącza z działania. Po pewnym czasie (pół roku), gdy ubytki spowodowane chorobą zwapnieją, można płuco włączyć do pracy. Odmę trzeba co kilka tygodni uzupełniać – dopompowywać – gdyż azot ulatnia się. Gwiżdżąca Hermina Kleefeld musiała być dopompowywana co tydzień.

Auf den Spuren der Dichter

Edda Frerker

Drei Wochen in Masuren

bocianIch habe es geahnt. Keiner glaubt mir, wenn ich berichte, dass in jedem Dorf Masurens mindesten 30 Storchennester zu finden sind. Besetzt von je einem Storchenpaar. Der Himmel würde verdunkelt sein, wenn all die Störche auf einmal zum Flug abhebten. Sie brüten. Allenfalls zu einem Stelldichein mit einem Fuchs lassen sie sich überreden. Ich schreibe die Wahrheit: links der Straße auf einem Feld ein Storch – 20 m daneben ein Fuchs – und rechts der Straße eine Vogelscheuche. Ein Storch ist durch nichts zu erschüttern. Daher bringt er ja auch die Babys. Jedenfalls in Deutschland. Wie es in Polen ist, weiß ich nicht. Vielleicht aber ist es in Masuren so. Aus alter Gewohnheit.

Es war eine wunderbare Reise durch Masuren. Drei Wochen voller Anstrengung, Überraschungen, Begegnungen, neuen Einsichten. Ohne Ewa hätte ich das alles nicht erleben können. Sie war diejenige, die mich durch das chaotische Labyrint der polnischen Sprache geführt hat und die mit unermüdlicher Neugier Menschen für sich eingenommen und für uns zu Lotsen gemacht hat durch Dörfer, Städte, Museen, Friedhöfe und Wälder. Ich bin ihr unendlich dankbar.
RIMG0076Denn welch` ein Glück. Da schäumende Grün der Wälder. Auch wenn der Himmel schwer mit Wolken verhangen ist. Und wenn die Sonne scheint, dann singt die Erde. Dann glühen die Farben des Mohn. Dann steigen Schwäne aus dem See wie Pfönix aus der Asche. Wobei ich zugeben muss, dass ich noch keinen Vogel Phönix gesehen habe. Aber so kann es gewesen sein: Die Flügel riesig weit ausgestreckt, den Hals unendlich lang hochgereckt und die Füße den Bruchteil einer Sekunde über dem Wasser schwebend.

Nun bietet Masuren keine lieblichen Landschaften. Aber die tiefe Schwermut, die einen hinabzieht beim Lesen der Bücher Ernst Wiecherts, in denen er seine Heimat immer wieder beschreibt, habe ich nicht gefunden. Es ist wohl der besondere Blick eines Menschen wie Ernst Wiechert, dessen Leben schwer gezeichnet war durch den Selbstmord von Mutter und Ehefrau und den Tod des einzigen Kindes nur einen Tag nach seiner Geburt.

wiechert-galcz

Links: Erinnerungsstücke an Ernst Wiechert in Forsthaus Piersławek (Kleinort), rechts: Erinnerungsstücke an Konstanty Ildefons Gałczyński in Forsthaus Pranie.

Auf den Spuren der Dichter Ernst Wiechert und Gałczyński habe ich Gräber gefunden und lebendige Menschen. Einen Pfarrer der Evangelischen-Augsburgischen Kirche in Mrągowo, der im Gottesdienst eine Predigt hielt wie ein gesungenes Gedicht – natürlich auf Polnisch. Ich habe nur sehr wenig verstanden, aber wieder einmal bestätigt bekommen: Polnisch ist eine wunderbar klingende Sprache.
Eine pensionierte Ethnologin, Barbara, die mit unendlicher Hingabe das Eisenbahnmuseum in Angerburg (Węgorzewo) betreut und die uns den Weg wies ins weite Land Richtung russische Grenze auf halber Strecke nach Goldap, wo die Straßen schlechter, die Dörfer kleiner und ärmer werden, der Himmel aber gleichbleibend großartig ist. Dort fanden wir die Republika Ściborska des Dariusz Morsztyn. Ein Sammler und Kenner der indianischen Alltags- und Volkskunst. Und der Eskimos. Ein Besessener von der Idee des einfachen Lebens. Ein Kämpfer für Gerechtigkeit und Frieden. Old Shatterhand und Winnetou in einer Person. Leider habe ich nicht daran gedacht, ihn zu fragen, ob er die berühmten Winnetou-Bücher von Karl May gelesen hat. Ein Mann der Grundsätze: kein Alkohol, kein Nikotin, kein Fluchen, kein Fleisch, keine negativen Worte.
Dariusz Morsztyn sammelt alles, was er über und von Maria Rodziewiczówna ergattern kann. Bruchstücke der Orte, wo sie gelebt hat. Bruchstücke der Gegenstände, die sie einmal berührt hat. Er wird ein Museum für die Schriftstellerin gründen. Soweit ich dies mitbekommen habe, ist sie wohl die Courts-Mahler der polnischen Literatur. Aber da gebe es einen Roman, sagt man mir, der sei mehr. Sommerwaldmenschen ( Lato leśnych ludzi). Es ist die Geschichte vom einfachen Leben, die fasziniert und den herausfordert, der die zerstörerische Lebensweise der modernen Welt nicht mehr erträgt.
Der Dichter Ernst Wiechert, in Kleinort (heute Piersławek) im tiefsten Masuren geboren, hat sich damit auseinandergesetzt in seinem Roman „Das einfache Leben“. Auf seinen Spuren waren wir fast drei Wochen unterwegs. Wir haben Menschen gefunden, die das Andenken an ihn bewahren in kleinen Museen. In Deutschland ist er schon fast vergessen, obwohl er uns viel zu sagen hat. In Polen ist er geachtet. Das tut gut. Das Walddorf Sowiróg, in dem Teile seines großen Romans „Die Jeromin-Kinder“ angesiedelt sind, gab es wirklich einmal. Seine letzten Bewohner haben es nach 1945 in Richtung Deutschland verlassen. Die Spuren des Dorfes haben wir gesucht und nach mehrstündiger Wanderung durch einen grandiosen Wald gefunden. In der Nähe von Jaśkowo. Brennesseln habe die wüste Stätte gekennzeichnet. Daneben ein Friedhof, der von deutschen, polnischen und russischen Jugendliche vor einigen Jahren wieder hergerichtet nun doch seinem Vergehen anheimgefallen ist. Die Natur wird ihn gnadenlos überwuchern. So wie es vielen Dörfern in Europa ergeht.

martwanaturawhoteluEs muss noch über Essen geschrieben werden. Gibt es die polnische Küche? Wohl doch. Die deutsche? Vielleicht eher nicht mehr – wenn man die schlechten Gewohnheiten berücksichtigt. Wie auch immer. Ich habe in Polen vorzüglich gegessen. Wie man vielleicht hochgestochen sagen würde: klare Texturen. Oh diese Pieroggi – süß oder salzig gefüllt! Die wunderbaren Kartoffeln. Die so kernig schmecken. Und der Fisch, frisch aus dem See. Nicht in Becken gemästet oder gezüchtet. Aus der tiefen Flut der Seen. Er schmeckte herrlich: der Hecht , der Barsch, der Zander, die Maräne. Allein um diesen Geschmack wieder zu erleben lohnt sich die Reise nach Masuren. Denn wie lange noch wird man diese Geschmackserlebnisse haben können? Der europäische Markt ist unaufhaltsam auf dem Marsch in die Gleichmacherei. Der die Voraussetzung dafür ist, dass die Erträge sich erhöhen. Immer „besser“, immer schneller, immer billiger. So wird es auch in Masuren werden.

kwiatymydwieVielleicht aber gibt es doch eine Hoffnung. Wenn wir uns der Dichter erinnern, die in diesem wunderbaren Land gelebt haben, und sei es auch nur in ihren Träumen.
An Ernst Wiechert, der sich sein Leben lang nach Masuren zurückgesehnt hat. Den die deutsche Verbrecherbande ins Konzentrationslager Buchenwald einkerkerte. Und der vor der bösartigen Dummheit und Beschränktheit der Deutschen nach dem Ende des 2. Weltkriegs in die Schweiz emigrierte, wo er nur 63-jährig an Krebs starb – oder vielleicht auch an gebrochenem Herzen
An Konstanty Ildefons Gałczyński, dessen Zufluchtsort vor dem Chaos des Großstadt und den Erinnerungen des 2. Weltkrieg – er war Kriegsgefangener u.a. im Stalag 11a in Altengrabow – in den masurischen Wäldern in Pranie ich mit Ewa besucht habe. Nur drei Jahre konnte er sich dort ausruhen. Auch er starb an gebrochenem Herzen, mit nur 48 Jahren. So will ich es nennen, wenn man nach einem dritten Herzinfarkt zusammenbricht.

 

Lato leśnych ludzi

Odwiedziłam na tzw. Dzikich Mazurach, nieopodal granicy polsko-rosyjskiej, małą, niemal opuszczoną wioskę – Ściborki. Została uratowana od losu Sowiegorogu przez dwoje zapaleńców – Dariusza Morsztyna i jego żonę, Justynę. Przyjechali tu z dwoma synami (dziś jest już ich trzech), doprowadzili do porządku kilka chat, stworzyli muzeum indiańskie i eskimoskie, prowadzą warsztaty dla młodzieży, hodują psy husky, Dariusz jest zawodowym maszerem – człowiekiem, kierującym saniami zaprzężonymi w psy. Podczas wypraw maszerskich w ekstremalnych warunkach on i jego psy pokonują ponad 1000 kilometrów.

wilk2

Morsztynowie przygarnęli na dożywocie stare zwierzęta, psy, koty, konie, zakładają muzeum rodzinne i muzeum Marii Rodziewiczówny. Założyli Republikę Ściborską, położoną w najbardziej dzikim rejonie Mazur Garbatych, na terenie gminy Banie Mazurskie. To autentyczne odludzie, kilometr od malutkiej wioski Ściborki, zamieszkałej głównie przez ludność pochodzenia ukraińskiego, na skraju Lasów Skaliskich i Gór Klewińskich. Tu samochody mogą dojechać dopiero od niedawna, nie ma zasięgu telefonu, a wokół tylko las, pasące się krowy i dzikie zwierzęta…

wilk1Nie da się o wszystkim, co robi rodzina Morsztynów, napisać w jednym poście.

SONY DSCRepublika Ściborska Morsztynów i oni sami będą powracać na tym blogu jeszcze nie raz. Dziś najbardziej palący i aktualny ich zdaniem temat – Muzeum Marii Rodziewiczówny. Ten temat jest bliski również mnie samej. Wielokrotnie w tym wpisie wspominana powieść Lato leśnych ludzi była w dzieciństwie i młodości moją ulubioną książką. Rodziewiczówna była też ukochaną pisarką mojej teściowej.  Mój (były) mąż ma na imię Marek, a dostał je na cześć bohatera powieści Dewajtis, wzruszającej kresowej historii o miłości, odpowiedzialności i cudownej przyrodzie. Egzemplarz książki, zaczytanej w strzępy przez moją ukochaną teściową, znajduje się od roku w moim posiadaniu.

Dariusz Morsztyn / Biegnący Wilk

baner_rodziewiczonwa

MARIA RODZIEWICZÓWNA
1863-1944
Przed wojną uznawana była za jedną z najwybitniejszych polskich pisarek. Jedyna autorka, która dosłownie wprowadzała w czyn głoszone przez siebie treści. Niezwykle zaradna, pracowita kobieta. Jako siedemnastolatka, po śmierci ojca przejęła bardzo zadłużone 1500-hektarowe gospodarstwo – wyprowadziła je z długów (co nie udało się ani ojcu ani starszemu bratu), spłaciła brata i siostrę, budowała kościoły, pomniki (m.in. Traugutta), zakładała polskie szkoły, prowadziła organizację wspomagającą ziemian na Polesiu, napisała 44 powieści. Była pisarką, rolniczką, ogrodniczką, zarządczynią, pszczelarką, wyrabiała sama meble, ubierała się w tradycyjne stroje poleskie, całe miesiące spędzała w chacie leśnych ludzi, znała się na zwierzętach, była ornitologiem. Przez całe życie oddana pracy społecznej, nawet w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego z noszy pomagała powstańcom. Niezwykła patriotka, określana „strażniczką kresowych stanic”. Jej powieści, bardzo realistyczne i prawdziwe, są niezwykłą skarbnica wiedzy o przedwojennej Polsce, a szczególnie wsi.
Po wojnie znalazła się na indeksie, co związane było z faktem, że była reprezentantką Kresów i osobą antysowiecką. Dlaczego jednak to trwa aż do dziś? A przecież tak jest. Rodziewiczówna nie ma nigdzie swojego miejsca, nawet najmniejszej izby pamięci. Jej dom (zachował się nawet jej pokój) na Białorusi w Hruszowej (obecnie Gruszewo) to ruina i slums. Po leśniczówce Leonów, w której zmarła, nie ma śladu.
Dla dzisiejszego społeczeństwa to doskonały nauczyciel, patriota i Wielka Polka.
Jej powieść „Lato Leśnych Ludzi” – uznawana za najlepszą polską powieść na temat przyrody – jest już zupełnie zapomniana, tak jak inne jej dzieła…
W Ściborowie chcemy to zmienić, już teraz jest tu izba pamięci, a ma powstać poświęcone Rodziewiczównie muzeum.
Rok 2014 jest do tego idealnym momentem. To 150 rocznica jej urodzin (urodziła się po Powstaniu Styczniowym, a jej matka po urodzeniu dziecka została zesłana na Syberię) i 70 rocznica śmierci (zmarła w wyniku trudów Powstania Warszawskiego i obozu dla Warszawiaków w Pruszkowie).

Idea Muzeum Marii Rodziewiczówny

Nawet w chwili śmierci Maria Rodziewiczówna wspominała ze swoją dozgonną przyjaciółką – Jadwigą Skirmunttówną – najwspanialsze chwile w życiu, czyli te spędzone w chacie leśnych ludzi. Książka Lato Leśnych Ludzi jest niezwykła właśnie dlatego, że jest to wierny opis autentycznych przeżyć trzech wspaniałych osób. Dlatego jest taka głęboka, prawdziwa i opisuje przyrodę „od środka”. Nazywana jest „księgą ksiąg”, „leśną biblią”, „polską Księgą Dżungli”. Różnica między rzeczywistością, a opisem jest tylko taka, że w książce przygody przeżywają trzej mężczyźni (Rosomak, Żuraw, Pantera), a w rzeczywistości pod tymi postaciami ukrywają się trzy kobiety: Maria Rodziewiczówna, Jadwiga Skirmunttówna, Maria Jastrzębska.
Zarówno powieść, jak też sama autorka mogą w dzisiejszych „wirtualnych”, oddalonych od przyrody czasach odegrać niezwykle ważną rolę wychowawczą i edukacyjną. Muzeum Marii Rodziewiczówny będzie żywym elementem stałej pracy edukacyjnej i wychowawczej. Będzie można „dotknąć prawdziwej historii”, a też przywrócimy polskiemu społeczeństwu pisarkę i jej dzieło, a w szczególności powieść „Lato Leśnych Ludzi”.

page2Kogo to zainteresuje?

1. Młodzież. Dla nich powieść „Lato Leśnych Ludzi” wręcz powinna stać się lekturą obowiązkową. Byłaby to alternatywa do komputerowego świata, w którym uczestniczą. Urealnienie świata, przybliżenie do przyrody, a także przeniesienie w autentyczny świat Przygody jest dla współczesnej młodzieży niezwykle ważny z punktu widzenia współczesnych pułapek cywilizacyjnych.

2. Harcerze. To „Lato Leśnych Ludzi” (pierwsze wydanie w 1920 roku) miało bardzo duży wpływ na rozwój kierunku wychowawczego w harcerstwie zwanego „puszczaństwem”. Jest to system wychowawczy oparty na pracy z przyrodą, pozbawiany elementów militarystycznych. Dzisiaj niestety traktowany bardzo marginalnie. To najdoskonalszy system wychowawczy wobec przyrody, otaczającego świata.
republika-zasady
3. Kresowiacy. Maria Rodziewiczówna, to ich sztandarowa postać, ich przewodniczka i „Strażniczka Kresowych Stanic”. Większość osób związanych z Kresami jest już w podeszłym wieku i należy się spieszyć z budową Muzeum Marii Rodziewiczówny, aby jak najwięcej osób mogło je zobaczyć. Zobaczyć swój świat i swoją ziemię z jej historią.

Taka tablica wita podróżnika u wejścia do Republiki Ściborskiej

GORĄCY APEL O WSPARCIE I POMOC
przy
  społecznej budowie Muzeum Marii Rodziewiczówny

Od 6 lat prowadzimy badania związane z książką Lato Leśnych Ludzi i Marią Rodziewiczówną. Im więcej się zajmujemy tym tematem, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że tak genialne dzieło i tak niezwykła postać nie mogą pójść w zapomnienie.

Powstał unikalny zbiór eksponatów i ciągle przybywają nowe. Tylko w ostatnich miesiącach udało się zakupić m.in. książkę lato Leśnych Ludzi z 1943 roku – wydaną w Jerozolimie przez Armię Andersa! – kilka zupełnie nieznanych zdjęć Rodziewiczówny i chaty leśnych ludzi.

Zatem kolekcja do muzeum stale się powiększa – mamy już ponad 270 autentycznych eksponatów, związanych z pisarką lub jej niezwykłym dziełem – zapraszamy do Republiki Ściborskiej, gdzie można je obejrzeć.

Nie ma co do tego wątpliwości – Muzeum Marii Rodziewiczówny i książki Lato Leśnych Ludzi – musi powstać aby było miejsce gdzie tą wiedzę można będzie stale stosować do rozwijania puszczańskich i ekologicznych idei oraz aby wiedza o polskiej księdze dżungli nie wygasła.  Do działań włączyli się pierwsi wolontariusze. Ale sami nie damy rady – potrzebujemy Waszej pomocy.

Co teraz robimy?

Ten rok to 150 rocznica urodzin pisarki (jej rodzice za udział w Powstaniu Styczniowym zostali zesłani na Syberię. Matce pozwolono tylko urodzić córkę Marię i 10 dni później musiała udać się na wschód…) i 70 rocznica śmierci (trudy Powstania Warszawskiego wykończyły już i tak wiekową pisarkę – można w najnowszym filmie “Powstanie Warszawskie” zobaczyć autentyczne kadry z jej udziałem).

Czyli – jak nie teraz, to kiedy?

Przygotowujemy cały cykl upamiętnienia udziału Marii Rodziewiczówny w Powstaniu Warszawskim. Będzie specjalna gra miejska śladami pisarki z udziałem grup rekonstrukcyjnych, wystawa, uroczystości na Powązkach przy grobie Rodziewiczówny oraz spotkanie z prezentacjami na jej temat. Już teraz zapraszamy do udziału w tych działaniach.

Udało się nam przekonać władze, parafię, gimnazjum i radnych gminy Skierniewice aby upamiętnić miejsce śmierci pisarki w Żelaznej – powstaną dwa obeliski, Gimnazjum w Żelaznej zorganizuje konferencję, a także są plany stworzenia szlaku edukacyjnego – wszystko w dniu jej śmierci – 6 listopada.

Trwają prace nad projektem architektonicznym budowy repliki chaty leśnych ludzi jako miejsca Muzeum Marii Rodziewiczówny.

Wszystkie dotychczasowe badania, działania, zakupy eksponatów są realizowane ze środków prywatnych. To działalność niekomercyjna – jakże jednak potrzebna.

My angażujemy w to bardzo dużo swoich środków – niestety budowa muzeum przekracza nasze możliwości.

To od nas wszystkich zależy czy chcemy aby tak wspaniała powieść – Lato Leśnych Ludzi i jej autorka – nie odeszły do historii.

Teraz szczególnie potrzebujemy pomocy:

– przy promocji zbiórki funduszy

– wolontariackiej pomocy przy promocji projektu oraz oprawie graficznej, (sami jesteśmy słabymi internautami….. i mamy zbyt wolny internet)

– organizacji spotkań autorskich z których dochód zostanie przekazany na budowę muzeum.

ZA WSZELKĄ POMOC W IMIENIU IDEI DZIĘKUJEMY.

Na naszych stronach internetowych publikujemy felietony związane z Marią Rodziewiczówną, naszymi badaniami. Będziemy podawali tam informacje zupełnie dotąd nieznane – ZAPRASZAMY DO CYKLICZNEJ LEKTURY i przekazywanie tych informacji dalej.

Justyna i Dariusz Morsztyn

kontakt: 0604 29 29 97, biegnacy-wilk@post.pl

Najświeższe relacje   będą ukazywały się na naszym FB  https://www.facebook.com/biegnacywilk

Der Weg nach Sowiróg

Edda Frerker

SOWIROG (2) SOWIROG (1)
SOWIROG (5)Der Ort existiert nicht mehr, gibt das Internet Auskunft. 1939 hatte er 169 Einwohner.

Er existiert nur noch in der Dichtung von Ernst Wiechert: Sowirog – die Heimat der „Jerominkinder“. Spuren des verschwundene Dorfes haben wir gefunden anhand von Brennnesselgebüsch, Reste von Häusern waren nicht zu entdecken. Aber ein Friedhof. Er war 2009 im Rahmen des Projekts „Verschwundene Dörfer“ von Jugendlichen aus Polen, Deutschland und Russland „ausgegraben“ und wiederhergerichtet worden. Ein Schild vor dem Friedhof weist darauf hin. Man wünscht sich, dass dieser Hinweis auch schon auf den Fahrradwegeschildern steht,
die an verschiedenen Stellen
im Waldgebiet aufgestellt sind. SOWIROG (4) SOWIROG (3)

Ohne die freudliche Hilfe einer Waldwegeradfahrerin, die eine maßstabskleine Waldkarte zur Verfügung hatte und ohne die Auskunft einer Lehrerin einer Schule in Pisz, hätten wir den Friedhof nicht gefunden. Diese Frau half heute ihren Eltern beim Verkauf in dem kleinen Geschäft in Jaśkowo. Sie wusste von Sowiróg und von dem Friedhof.

In diesem Masuren findet sich immer ein Mensch, der uns weiterhilft. Wir fanden den Friedhof auf dem Weg, den uns die junge Frau bezeichnet hatte.

Vorher waren wir einen anderen Weg gegangen und kehrten um, obwohl wir ahnungslos schon ganz in der Nähe des Friedhofs waren.

Wir glauben, wir sind 10 km gewandert.

Egal – es war ein Weg voller Ruhe, nur das Rauschen des Waldes und das Geschwitzer der Vögel war zu hören. Ein Reh schaute uns neugierig nach und wir entdeckten eine schnurgerade gezogene Allee mehrerer Reihen herrlicher Birken.
SOWIROG SOWIROG (7)SOWIROG (6)birken

Wiechert i Gałczyński

Ewa Maria Slaska

Ernst Wiechert. Konstanty Ildefons Gałczyński. Już kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, podróżowałam ich śladem. Mój syn miał właśnie iść do szkoły, jeździliśmy maluchem po Mazurach pod koniec sierpnia, jarzębiny czerwieniały, w Puszczy Boreckiej, czarnej jak wnętrze pieca chlebowego, wśród dymiących kup żubrzych rosły wielkie białe muchomory sromotnikowe, nad Bełdanami latały żurawie i czaple, w  klasztorze starowierów w Wojnowie żyły jeszcze starutkie siostrzyczki zakonne, w Ukcie pachniało miętą, a w Przykopie wspaniały wujek pisarz smażył nam brunatne muchomory jadalne, o czym już TU kiedyś pisałam. Szukaliśmy wówczas Sowirogu z powieści Wiecherta Dzieci Jeronimów, ale nie znaleźliśmy. Była to pierwsza moja podróż literacka, w której mi się nie powiodło, owszem trafiliśmy do leśniczówki Pranie, ale nie była to żadna wielka sztuka dojechać do Prania i zobaczyć Chmiel na jelenich rogach.  Ale Sowirogu nie było. Wiele lat później, już w innym towarzystwie szukałam na wyspie Ios grobu Homera i też go nie znaleźliśmy. W lesie mazurskim nie było nic w leśnej przecince nad jeziorem, a miały być przynajmniej fundamenty wiejskich chat. Na greckiej wyspie nie było nic oprócz skał, nad którymi latały, krzycząc przeraźliwie, wielkie czarne ptaki. A przecież spotkany po drodze staruszek na ośle, uśmiechając się bezzębnie, radośnie do nas pokrzykiwał, że tak tam, i machał rąką, tam Όμηρος!, co, jak każdy wie, znaczy przecież Omiros czyli Homer. Skaliste bezdroża i leśny dukt, a jeszcze powinnam przypomnieć tu samotne i równie nieudane łażenie po polach w poszukiwaniu kopalni krzemienia pasiastego w Krzemionkach Opatowskich, które wprawdzie również zakończyło się porażką, ale przynajmniej nie była to porażka literacka.

Tak więc oczywiście ma sens, że zgodziłam się w trzydzieści lat później uczestniczyć w prowadzonym przez Zosię Wojciechowska z Mrągowa i Bogusława Flecka z Berlina projekcie Śladami poetów. Bo widziałam już w międzyczasie Krzemionki Opatowskie, za kilka dni zobaczę Sowiróg, a wtedy pozostanie mi jeszcze tylko wyjazd na Ios i wreszcie czar pokonam zły...

domgalczynskiegoNa zdjęciu moja koleżanka z projektu, Edda Frerker, przed biblioteką miejską w Aninie, gdzie do początku wojny stał domek Gałczyńskiego, a kilka lat temu umieszczono kamień pamiątkowy ku czci poety. Mieszkańcy Anina ustawili cztery takie kamienie – ku czci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego przed biblioteką, ku czci księdza Jerzego Popiełuszki przed kościołem, ku czci księdza Jana Twardowskiego przed domem Aldony Kraus, lekarki, przyjaciółki poety, u której ksiądz spędzał miesiące letnie i wreszcie ku czci Juliana Tuwima, który mieszkał w domu zajętym później przez Piotra Jaroszewicza. Ponieważ Jaroszewicz i jego żona zostali tu okrutnie zamordowani, kamień został ustawiony tuż obok, przed szkołą.

Po Aninie oprowadził nas, przypadkowo spotkany malarz, wnuk słynnego rysownika Jerzego Zaruby, autora mojej ulubionej książki “Z pamiętników bywalca”. Zaprosił nas do Warszawy, proponując, żebyśmy odwiedziły na Pradze antykwariat, kawiarnię i galerię Stara Praga. Starszy pan zachwycił nas erudycją – sam zresztą powiedział skromnie, że wie o Aninie wszystko. No i wspaniale, bo bez niego nie znalazłybyśmy ani domu Tuwima, ani Gałczyńskiego, ani pamiątkowych kamieni, ani starych domów, ani… Czyli Anin.

Zobacz też: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ernst_Wiechert

 

O wyjeździe na Mazury, poecie, pisarzu, malarzach, księdzu i pogromie, a także o pielgrzymce do Santiago de Compostela

zeszytymojeEwa Maria Slaska

Dwa dni temu wyjechałam z Berlina na kilka tygodni. Wrócę 25 czerwca. Na ten czas przygotowałam kilkanaście wpisów-pewniaków. Są poniedziałkowe wiersze Kasi Krenz o Starym Poecie, są w środy teksty Doroty Cygan o życiu, co pewien czas pojawią się wiersze i/lub grafiki Kasi Kulikowskiej, jest felieton Zbyszka i wreszcie długo wyczekiwane opowiadanie Joasi. Na wtorki przyobiecał się Tomasz Fetzki z tekstami o Kresach Zachodnich. Ale zostaje kilka wolnych dni. Mamy zamiar, moja towarzyszka podróży, Edda Elsa i ja, wypełnić te dni zapiskami, zdjęciami, filmami z naszych przedsięwzięć mazurskich. Zasadniczo będziemy poszukiwać na Mazurach śladów Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, ale już wiemy, że chcemy zrobić i zobaczyć trochę więcej, trochę inaczej, trochę gdzie indziej.  Mamy oczywiście w planie odwiedziny w Sowirogu i Praniu, ale na pewno wybierzemy się też na Wielki Błękit – polsko-litewski plener malarski w Jędrychowie, na pewno odwiedzimy Gałkowo, koło Rucianego-Nidy, gdzie znajduje się dwór hrabiny von Dönhoff. Pojedziemy do Warszawy na spotkanie Kirą Gałczyńską…

zeszytbabciZ przerażeniem i niechęcią, ale i poczuciem, że nie da się inaczej, myślę o tym, że zamierzamy odwiedzić Jedwabne. Postanowiłam tak w kwietniu, podczas spotkania Drugiego Pokolenia w Śródborowie. Organizatorki przygotowały dla nas rozmowę z księdzem Wojciechem Lemańskim. Ksiądz Wojciech opowiadał o tym, dlaczego jeździ do Treblinki i dlaczego do Jedwabnego, nie opowiadał natomiast ani o tym, dlaczego arcybiskup Hoser go nie lubi, ani dlaczego wyrzucono go z parafii. Jednakże odpowiadał na nasze pytania, a te siłą rzeczy dotyczyły tego problemu. Ksiądz Lemański ujął nas wszystkich spokojem. Odpowiadał na pytania rzeczowo, bez emocji, bez nienawiści czy poczucia krzywdy, ale w głębokim poczuciu, że jeśli chce się żyć i pełnić posługę kapłańską w zgodzie z sumieniem, nie można inaczej. Jaki piękny był to język, jakie było w nim poszanowanie ludzkiego życia i ludzkiej śmierci.

Mamy więc intensywne plany.

zeszytmamyNa wszelki wypadek jednak, gdyby się okazało, że nie zdążyłyśmy przygotować aktualnego wpisu, postanowiłam zostawić w sieci zabezpieczenie w postaci przygotowanych wpisów “na zaś”. Długo zastanawiałam się nad tym, co mam przygotować. I w końcu postanowiłam sięgnąć po prostu do moich starych zeszytów. Są one pełne zapisków, niekiedy konsekwentnych, niekiedy chaotycznych i sama już nie pamiętam, co i kiedy w nich zapisywałam. Zeszyty, jak zawsze, okazały się skarbem i skarbcem. Nie wszystkie są zresztą moje. Jest na przykład zeszyt mojej Mamy ze szkicami z Libanu. Są notatki mojej Babki o mnie, ale i chyba w ogóle o naszym życiu w Gdańsku, gdy byłam bardzo mała. Na pierwszej stronie Babcia zanotowała, wyrazy, jakie mówiłam i zapisała, że miałam wtedy 2 lata i 3 miesiące. Cecez – przecież, bonzaj – zawiąż, gadio – radio, i Hewa Bucka. To ja, Ewa Bogucka.

Znalazłam też swój zeszyt do polskiego sprzed 50 lat. Lekcja 1 z dnia 2 września 64. Dzień moich urodzin, ale to chyba nie miało znaczenia. Temat: Jakie jest znaczenie języka w życiu człowieka jako jednostki, w życiu społeczeństwa i narodu.

Byłam w drugiej klasie liceum, temat wypracowania musiała nam podyktować nasza polonistka, moja ukochana nauczycielka, Halina Mierzwińska. Była w Gdańsku słynną osobą, słynną z niekonwencjonalnych zachowań. Gdy nas uczyła, była niezamężna (nie była starą panną, o nie!, składając podanie o przyjęcie jej do DKF w klubie Żak, napisała w uzasadnieniu, że prosi o przyjęcie, bo jest… rozwódką!) i żyła w związku partnerskim z niejakim Kasprem. Poznaliśmy go kiedyś, gdy Mierzwa zaprosiła nas do siebie do domu. Niech Was, proszę, nie myli pozornie obelżywe przezwisko, jakie jej nadaliśmy. Nie było obelżywe, po prostu z jej nazwiska można było zrobić tylko taką ksywkę, nie było na to żadnej rady.

Mierzwińska umarła jesienią 2014 roku. Wspominają ją jako wspaniałą polonistkę profesor Ewa Nawrocka i Włodzimierz Machnikowski.

zeszytszkolnyMyślę, że do tego zeszytu jeszcze wrócę. Niemal nie zmieniłam poglądów. Jest wiele czynników łączących naród, ale prawie wszystkie można zniszczyć. Najtrudniej jest zniszczyć język, zapisałam w wypracowaniu. Libelt pisze, że “naród żyje dopóki język jego żyje, bez języka narodowego nie ma narodu.”

Na początek jednak postanowiłam, że spiszę wreszcie porządnie zapiski z drogi do Santiago de Compostela. Byłam tam po raz pierwszy jesienią 2007 roku, po raz drugi – latem 2012 roku. Po raz drugi poszłam z Kingą, która robiła piękne zdjęcia, co skłoniło mnie do w miarę szybkiego spisania moich wrażeń i zilustrowania ich owymi zdjęciami.Tak powstał blog Camino Costa Portuges.

zeszytmojTymczasem owa pierwsza pielgrzymka została spisana nadzwyczaj strzępiaście. Kilka wpisów, ostro ocenzurowanych przeze mnie samą, przetłumaczyłam na niemiecki i opublikowałam na blogu Halka (Halka-PL), kilka urywków po polsku ukazało się na blogu “Kura…” no i było opowiadanie pod tym tytułem. Do nich wrócę w odpowiednim czasie, bo są, łagodnie mówiąc, poplątane chronologicznie. A tymczasem spiszę tu, po siedmiu latach, po prostu zapiski z drogi.

Czyli, jeśli w najbliższych tygodniach pojawi się tu Santiago de Compostela, wiedzcie, że Mazury tak nas pochłonęły, Eddę i mnie, że nie było czasu, żeby pisać na bieżąco.

Albo nawaliło łącze z internetem.

Uściski

Wasza Ewa (Edda przesyła ukłony)

PS. Zdjęcia zeszytów. Na samej górze zeszyty na biurku. A potem z góry na dół: zeszyt Babci, zeszyt Mamy, mój zeszyt szkolny i moje zeszyty z pielgrzymki.

GrGrGo

Lech Milewski

Graham Greene w Goslar

Na początku kwietnia 1950 roku w angielskiej prasie ukazała się informacja o pobycie Grahama Greene w hotelu Klause w Goslar, w górach Harzu, blisko granicy między zachodnimi i wschodnimi Niemcami. Informacji towarzyszyły domysły, że pisarz pewnie zbiera tu materiał do kolejnej powieści sensacyjnej rozgrywającej się w zimnowojennym klimacie.

799px-Goslar_Panorama
Ta poprzednia powieść to oczywiście The Third Man, której akcja rozgrywała się w podzielonym na cztery strefy okupacyjne Wiedniu.
Swoją drogą to zastanawiające, że wszyscy dokładnie wiedzą o podziale, a jeszcze bardziej o połączeniu, Niemiec a prawie nikt nie pamięta, że Austria, i osobno Wiedeń, była również podzielona na strefy okupacyjne i to w pewnym sensie dłużej niż Niemcy. Dwa państwa niemieckie zostały utworzone już w 1949 roku zaś neutralna Austria, na szczęście tylko jedna, dopiero w roku 1955.

Spekulacje angielskich gazet były słuszne. Film The Third Man wyprodukowany na podstawie książki Grahama Greena osiągnął wielki sukces i producent Alexander Korda oraz reżyser Carol Reed postanowili iść za ciosem. Żeby zachęcić pisarza Carol Reed wspominał mu, że sama Greta Garbo wyraziła zainteresowanie rolą w takim filmie.

Góry Harzu wydawały się idealnym miejscem na mistyczną i dwuznaczną sensacyjną opowieść. Granica między brytyjską i sowiecką strefą okupacyjną przebiegała u podnóża legendarnego szczytu Brocken, miejsca corocznego wiosennego (30 kwietnia) sabatu czarownic – Nocy Walpurgii  – uwiecznionej w Fauście Goethego.
Tu znowu dygresja. Imię Walpurgia kojarzyło mi się z jakąś rozpasaną germańską Babą Jagą, tymczasem okazuje się, że była to pobożna angielska mniszka – KLIK – która przybyła do królestwa Franków nawracać pogan. Natomiast pogańskie pochodzenia Nocy Walpurgii jest oczywiste – wiosenne święto ognia, zwierciadlane odbicie jesiennego Halloween, który celebrowany jest dokładnie 6 miesięcy później.
Dodatkowym istotnym elementem były informacje o złożach uranu odkrytych w pobliżu miejscowości Eisleben, co podnosiło rangę działania angielskiego wywiadu. Proszę zresztą zajrzeć tutaj – KLIK – żeby przekonać się jak poważna była to wtedy sprawa. Na szczęście dla historycznego miasta (miejsce urodzin Marcina Lutra) oczekiwania były mocno przesadzone, złoża były tak ubogie, że nie nadawały się do eksploatacji.

Efektem wizyty Graham Greena w Goslar było “film treatment” pod tytułem No Man’s Land. Termin “film treatment” nie ma dokładnego odpowiednika w innych językach. Wikipedia wyjaśnia – KLIK – że jest to coś pośredniego między katalogiem scen a scenariuszem. Nie jestem znawcą kulis kinematografii i według mnie No Man’s Land to krótka powieść nie sugerująca w żaden sposób filmowych aspiracji, raczej przeciwnie – książka zawiera wiele refleksji niemożliwych do wizualnej prezentacji.

Projekt zakończył się niepowodzeniem – filmu nie wyprodukowano, książke wydano dopiero w 2004 roku czyli 13 lat po śmierci autora.

Moje osobiste wrażenie – to na pewno jest Graham Greene – pracownicy wywiadu, dwuznaczność moralna, zdrada, uczucia religijne. Jednak przeżyłem rozczarowanie – to nie był Graham Greene, który w innych książkach obdarowywał mnie tyloma silnymi i sprzecznymi emocjami.

Recenzenci książki tłumaczą to rozwijającym się w tym okresie romansem żonatego Grahama Greena z, również zamężną, Catherine Walston. Podczas pobytu w Goslar Greene przeżywał poważne rozterki. Z jednej strony, w swoich listach do Catherine, snuł plany małżeństwa i szczęśłiwej przyszłości. Z drugiej, otrzymywał informacje, że Catherine spotyka się z jakimś angielskim oficerem, a ona sama pisała mu jakie dywany i zasłony kupuje do nowej rezydencji swojego męża.
W listach do Carola Reeda i do Catherine Walston Greene wielokrotnie wspomina o zmęczeniu. To zmęczenie widać w powieści bardzo wyraźnie. Sceny romansu między głównymi bohaterami powieści – Brownem i Clarą – wydają się być pisane jakoś pospiesznie, czasem zakrawają na parodię, można odnieść wrażenie, że autor nie miał do nich cierpliwości, jakby chciał, żeby to wszystko jak najszybciej pomyślnie się zakończyło.

Jak widać plany filmowe zakończyły się wprawdzie szybko, ale całkiem niepomyślnie. Co innego osiągnięcia literackie – wydana dwa lata później powieść The End of Affair inspirowana tym samym romansem osiągnęła spory sukces i doczekała się dwóch adaptacji fimowych – KLIK.

Wracając do No Man’s Land…
Po pierwsze znalazłem w tej książce typowy dla Greena lekko ironiczny dystans do bohaterów i okoliczności. Informacje o znaczeniu militarnym uranu w Górach Harzu Greene kwituje komentarzem, że obie strony są gotowe spalić ludzkość w nuklearnym piecu.
Po drugie – przewrotność – największy wróg, oficer KGB Starhov, to najbardziej sympatyczna postać powieści. Jego nazwisko to mutacja nazwiska Stachov z powieści Turgieniewa – W przededniu. Odwołania do Turgieniewa są zresztą bardzo częste. Dominuje w nich to, co Greenowi najbardziej było potrzebne – spokój.
Po trzecie – nurt religijny, oczywiście katolicki. Tu znowu rozczarowanie – cudowna grota maryjna w Ilsenhoff jest wyłącznie miejscem gwałtownych akcji, nie posiada żadnego mistycznego czy religijnego wymiaru. Również rozczarował mnie zignorowanie sąsiedztwa nawiedzanej przez czarownice góry Brocken.
Po czwarte – topografia. Akcja powieści rozgrywa się na niewielkim terenie między resortem wypoczynkowym Bad Harzburg, w którym stacjonują wojska brytyjskie, wioską Hoffengeise i stacją kolejową Walkenried. Jak wspomniałem wcześniej cudowna grota znajduje się w Ilsenhoff. Nie znalazłem takiej miejscowości na mapie, podejrzewam że inspiracją do tej nazwy była miejscowość Ilsenburg, w której jednak nie ma i nie było żadnej cudownej groty.

640px-GoslarInnenstadtCzemuż więc czytelnicy tego blogu zawdzięczają tak rozczarowujący wpis? Podczas mojej lektury No Man’s Land ukazał się na tym blogu wpis Ach jak przyjemnie – KLIK – w którym autorka wspomina o górach Harzu i Goslar po czym… zmienia temat. Uznałem to za przewrotność godną Grahama Greenea i postanowiłem odpłacić pięknym za nadobne.

PS. No już dobrze, dobrze, za tydzień w tym samym miejscu i o tej samej porze  moja opowieść o Goslar i okolicach. Groty Maryjnej nigdy nie widziałam, chyba GrGr sobie wymyślił.