Stuart (7)

Every time I look at you I don’t understand
Why you let the things you did get so out of hand
You’d have managed better
if had it planned
Why’d you choose such a back ward time
and such a strange land?

Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę
Nie potrafię zrozumieć
Dlaczego pozwoliłeś, by rzeczy, które robiłeś
Tak bardzo wymknęły ci się spod kontroli
Lepiej byś temu podołał, gdybyś postępował według planu
Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak odległy czas i taki dziwny kraj?

Jesus Christ Superstar, Andrew Lloyd Webber, 1971

Joanna Trümner

Jezus

Święta Bożego Narodzenia i koniec starego roku zbliżały się wielkimi krokami. Na rozgrzanych słońcem ulicach Sydney pojawiły się wielkie, sztuczne choinki z bombkami i brodaci mężczyźni z białymi brodami, poprzebierani za Świętego Mikołaja. Wyglądało to tak egzotycznie, że po raz pierwszy od przylotu do Australii Stuart zdał sobie sprawę z tego, jak daleko jest Anglia i zimowe sztormy w Walton.

Pieniądze, które zaoszczędził dzięki pracy w szkole, topniały w przerażającym tempie i Stuart brał każde zlecenie, żeby poprawić swą sytuację finansową – występował w klubach, kościołach, domach starców i restauracjach. Wpadł w kierat codziennych występów i szukania nowych zleceń – kierat, przez który brakowało mu czasu na pisanie nowych kompozycji. Jego koncerty składały się wyłącznie z piosenek, które przywiózł ze sobą z Anglii, swoich i cudzych utworów, które znał w międzyczasie na pamięć.

Cyniczne słowa ojca, „wszystko w życiu jest ciężką pracą, tymi samymi, wykonywanymi codziennie czynnościami”, zagnieździły mu się w głowie i coraz częściej łapał się na tym, że nie pamięta, kiedy i dla kogo napisał swoje utwory. Codzienne występy nabrały automatyzmu i z przerażeniem zaczął stawiać sobie pytanie, czym ta praca różni się od pracy robotnika na taśmie fabrycznej? Z biegiem tygodni coraz bardziej uświadamiał sobie, że znalazł się w jakiejś ślepej uliczce, która coraz bardziej oddala go od drogi, o której kiedyś marzył.

Podczas występów zmieniała się tylko publiczność i jej reakcje. Najbardziej zaskakiwali go mieszkańcy domów starców, którym śpiewał starsze, spokojne utwory i proste melodie, poznane podczas pierwszych lekcji nauki gry na gitarze. Na jego oczach i dzięki jego muzyce ci zagubieni, nieobecni duchem starsi ludzie wracali do życia i przypominali sobie o świecie, który pulsował przed drzwiami. Stuart widział w ich oczach tyle wdzięczności za poświęcony im czas, że odbieranie gaży wprawiało go za każdym razem w zakłopotanie. W Wigilię sprezentował mieszkańcom dwóch domów wspólne śpiewanie kolęd. Z niedowierzaniem obserwował, jak twarze wiekowych słuchaczy stają się młodsze i pełne radości. Widok ludzi, którym dzięki muzyce udało się na kilka chwil wrócić myślami do najszczęśliwszych dni w życiu utwierdził go w przekonaniu, że nigdy jeszcze nie dał nikomu cenniejszego prezentu.

W sylwestrowy wieczór czekał go pierwszy występ w prestiżowym Królewskim Klubie Jachtowym w północnej części miasta. Kiedy w kilka minut po ósmej wszedł do klubu sala pękała w szwach. Wśród gości byli głównie ludzie w wieku jego rodziców, członkowie najstarszego i najbardziej elitarnego klubu jachtowego w mieście, elita Sydney – nieliczni, którym przez własną pracę albo dzięki przekazywanym z pokolenia na pokolenie pieniądzom udało się znaleźć wśród najbogatszych mieszkańców miasta.

Na myśl o tym, że słuchać go będą ludzie, którzy mieli okazję słyszeć koncerty najlepszych muzyków w najlepszych salach koncertowych świata, ogarnął go niepokój, strach przed tym, że nie uda mu się do nich dotrzeć. Jednak jego pełne melancholii i poszukiwania piosenki przypominały słuchaczom o młodości i pomogły im na kilka godzin uciec od uczucia, że teraz, kiedy mogliby spełnić prawie każde swoje życzenie, tak niewiele rzeczy sprawia im radość.

Gdy dziesięć przed dwunastą kończył koncert, rozległy się głośnie brawa, przez chwilę Stuart odniósł wrażenie, że nawet ściany tego renomowanego klubu, które widziały w swojej historii tak wiele sławnych osób, że nic nie powinno już być dla nich zaskoczeniem, zaczęły lekko drżeć. Zegar wybił dwunastą i zaczął się rok 1972. W kilka minut po północy przy Stuarcie zebrał się tłum słuchaczy, którzy chcieli mu podziękować za wspaniały koncert. Z trudem udało mu się dotrzeć do Iana, żeby złożyć mu życzenia noworoczne.

Ian zajęty był rozmową ze starszym mężczyzną, który właśnie wrócił z samotnej podróży jachtem dookoła świata. Nieznajomy, rzeczywiście przypominający klasycznego żeglarza, zaskoczył Stuarta, witając go słowami: „Powinniśmy porozmawiać o Jezusie”. W momencie, kiedy Stuart zaczął się zastanawiać, czy ma przed sobą nawiedzonego faceta, który zacznie go zaraz namawiać do przyłączenia się do jakiejś nowej sekty, Ian powiedział: „Przepraszam, nie zdążyłem was przedstawić, to Jack Flannagan z Wellington, chciał z tobą porozmawiać o musicalu Jesus Christ Superstar”. Jack był dyrektorem Domu Operowego w Wellington. Bombardował Stuarta pytaniami. Ich rozmowa przypominała raczej egzamin albo wstępną rozmowę o pracę niż przypadkowe spotkanie na imprezie sylwestrowej. Umówili się na spotkanie wieczorem w klubie.

W kilkanaście godzin później popijali dżin z tonikiem i rozmawiali o musicalu. Jack od kilku miesięcy jeździł po całym świecie, szukając odpowiedniej obsady, Sydney było ostatnim przystankiem jego poszukiwań. Podczas podróży po Anglii, Stanach i Kanadzie poznał wielu kandydatów do roli Jezusa, ale kiedy usłyszał Stuarta nie miał wątpilwości, że właśnie on będzie najbardziej autentycznym, nie zepsutym przez godziny treningu wokalnego i dziesiątki występów, trochę zagubionym i szukającym swojej drogi Jezusem. „W Wellington też żyją ludzie” – powiedział, widząc na twarzy Stuarta pewne wahanie, „i żyją lepiej, niż w innych częściach świata. Przekonasz się, jak zobaczysz umowę.” Premiera tego granego na całym świecie musicalu miała odbyć się pod koniec maja, na kilka dni przed Zielonymi Swiątkami, próby miały zacząć się w połowie lutego. Pod koniec rozmowy Jack zaprosił Stuarta na tygodniową wizytę w Wellington. Na koszt teatru.

W drodze powrotnej do schroniska Stuart bił się z myślami, zastanawiając się, czy to przypadkowe spotkanie jest dla niego szansą, łutem szczęścia, o którym marzy każdy człowiek, czy też kolejnym ślepym zaułkiem w życiu. Pierwszą noc Nowego Roku spędził na zwierzaniu się ze swoich wątpliwości Ianowi. Przyjaciele wspólnie rozważali wszystkie „za” i „przeciw” wyjazdu do Wellington i przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca doszli do wniosku, że warto z tej szansy skorzystać.

W dziesięć dni później Stuart znalazł w wynajętej na poczcie skrzynce grubą kopertę z biletem do Wellington i czekiem na 500 dolarów od Jacka. Kilka dni później siedział w samolocie. Podczas lądowania w stolicy Nowej Zelandii przeszła mu przez chwilę przez głowę myśl, że właśnie znalazł się w najgłębszej prowincji świata – miejscu, o którym większa część ludzkości nigdy nie słyszała i nie usłyszy.

Jack odebrał go z lotniska i całe popołudnie minęło im na oglądaniu miasta, które miało duży urok i w miarę poznawania coraz bardziej traciło charakter prowincji. Zarówno Opera House jak i wiele budynków na ulicach Wellington mogłoby równie dobrze stać w Londynie albo Sydney.

Stuart nocował w jednym z najlepszych hoteli w mieście i patrząc na otaczający go komfort, myślał o tym, że los chyba naprawdę się do niego uśmiechnął. Dzień przed powrotem do Sydney podpisał umowę na bardzo korzystnych warunkach, oprócz wysokiego, wypłacanego co tydzień wynagrodzenia, teatr zapewniał mu bungalow na przedmieściach i dawał do dyspozycji samochód. W zamian za to Stuart zobowiązywał się do grania roli Jezusa przez pół roku z opcją na przedłużenie umowy i gościnne występy w innych miastach Nowej Zelandii.

W miesiąc później zaczęła się jego przygoda z Jezusem na drugim końcu świata. Przygoda z najstarszą i najczęściej opowiadaną bajką świata, która dzięki staraniom Jacka miała być opowiedziana w nowoczesny, zrozumiały dla wszystkich sposób.

 

Cdn.

 

Game of thrones once again

…or a plea on George R. R. Martin – please, write like a wind…

I informed you already I belong to a main main stream and look the Game of thrones… Yes I do…

And now there are two more of us, Paul and Storm. They wrote it already some years ago but halas! nothing has changed since 2012!

Tereska, thank you for introducing me in to the world of Seven Kingdoms and now particulary ordering me to find that:

George R. R. Martin, please write, and write faster
You’re not going to get any younger, you know
Winter is coming, I’m growing impatient
And you’ve still got two more damn books left to go
So write, George, write like the wind!

I curse the day that my friend ever loaned me
An old dog-eared paperback called Game of Thrones
How could I know that this seed would grow into
An addiction that held me, right down to my bones

Now, five books later, I lurk with the masses
Indignant, entitled, and waiting for word
That the great Bearded Glacier has finally published
Nine hundred more pages of crack for the nerds

Why does every new verse of your song
Keep taking you so goddamn long?

George R. R. Martin, please write, and write faster
please give us boiled leather, and sigils and steel
We need our allotment of incest and intrigue
And six page descriptions of every last meal
So write, George, write like the wind!

Lewis took five years to chronicle Narnia
Tolkien had twelve years, and Rowling took ten
Lucas spent nearly three decades on Star Wars
And we all know how that one turned out in the end

You’re not our bitch, and you’re not a machine
And we don’t mean to dictate how you spend your days
But please, bear in mind, in the time that you’ve had,
William Shakespeare churned out thirty-five friggin’ plays

And if you keep writing so slow
You’ll hold up the HBO show

George R. R. Martin, please write, and write faster
‘cause we won’t stop whining until we’re appeased
Crap out the chapters–and George, while you’re at it
Stop killing our favorite characters, please
And write, George, write… like the wind!

(George R.R. Martin, please write, and write faster
Before you are dead, George, please write like the wind)

http://www.paulandstorm.com/lyrics/write-like-the-wind-george-r-r-martin/

And they plaed it already two years ago! Nothing changed, George R. R. Martin, please, write like a wind…

Reblog: O muzyce i polityce

michalkurierBogdan Twardochleb i Michał Talma-Sutt

przedruk z Kuriera Szczecińskiego 13 lipca 2016

Debata o Polsce debatą o Europie

– NA RAZIE jest nas niewielu, ale zrobiliśmy już w Berlinie kilka dużych manifestacji, pierwszą – 19 grudnie ubiegłego roku. Otwarcie mówimy, co nam się w Polsce nie podoba i będziemy to robić nadal – zapewnia Michał Talma-Sutt, współtwórca Komitetu Obrony Demokracji w Berlinie.

Ma 47 lat, urodził się w Łodzi, jest kompozytorem. Studiował w rodzinnym mieście, potem w Paryżu, Stuttgarcie i Karlsruhe. Dwukrotnie zdobywał najwyższe nagrody w konkursach Międzynarodowej Trybuny Muzyki Elektronicznej, był stypendystą Fundacji Witolda Lutosławskiego, dyrektorem artystycznym II Międzynarodowego Festiwalu Musica Elektronica Nova we Wrocławiu. W Berlinie mieszka od 2001 roku. Jego utwory były wykonywane podczas Warszawskiej Jesieni, są prezentowane w Polsce, Niemczech, Austrii, w wielu innych krajach aż po Republikę Południowej Afryki.

***

Berliński KOD utrzymuje stałe kontakty z KOD-em w Warszawie. Jest częścią ruchu KOD-Polonia Niemcy. Polonijne KOD-y są też w Londynie, Paryżu, Nowym Jorku, tworzą się innych miastach.

– Bardzo aktywna jest grupa w Kolonii, ostatnio dołączył Heidelberg, grupa z uniwersytetu. Mamy swój newsletter, który prowadzą świetne dziewczyny z Kolonii – mówi Michał Talma-Sutt w kawiarence na Gendarmenmarkt w Berlinie.

Berliński KOD współpracuje ze stowarzyszeniem Mitte 21, którego prezesem jest Łukasz Szopa, 43-letni poeta urodzony w Tychach.Od 1987 roku mieszkał w Wiedniu, potem w USA, a od kilkunastu lat mieszka w Berlinie. Jest autorem tomów wierszy, antologii, esejów o m.in. o poezji i sztuce krajów dawnej Jugosławii. Publikował i publikuje w Polsce, Niemczech, Chorwacji, Bośni-Hercegowinie.

Michał Talma-Sutt jest w zarządzie stowarzyszenia Mitte 21, grupującego ludzi, którzy nie chcą być bierni wobec narastania w Europie nacjonalizmów i populizmów.

– Orientujemy się na środek XXI wieku, stąd nasza nazwa: Mitte 21. Gdy w Berlinie był prezydent Andrzej Duda, manifest stowarzyszenia wręczyliśmy jego małżonce – mówi Michał Talma-Sutt.

Podkreśla, że berlińscy KOD-erzy nie negują wyniku wyborów w Polsce. Czym innym jest jednak stosunek do sposobu sprawowania władzy przez parlamentarną większość.

– To możemy negować i negujemy. Jasno stoimy na stanowisku, że w państwie demokratycznym nie wolno łamać trójpodziału władz, poddawać Trybunału Konstytucyjnego kontroli polityków i skupiać nadmiaru władzy w rękach poszczególnych osób, na przykład ministra Ziobry, którego działania z poprzednich czasów dobrze pamiętamy. Jeśli dodać do tego zmiany w polskich mediach publicznych, zmiany w oświacie, czy uprawnienia, jakie ustawa antyterrorystyczna daje tajnym służbom, stawiając je poza kontrolą, to można mieć obawy, do czego to wszystko może prowadzić.

* * *

Berliński KOD zorganizował już kilka demonstracji przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, lecz – jak mówi Michał Talma-Sutt – nie chce jedynie krytykować, lecz chce rozszerzać zasięg debaty publicznej o sytuacji w Polsce.

– W samym KOD-zie w Warszawie ludzie nie zdają sobie sprawy, co zrobili. Jeśli opowiadam Niemcom, że na ulice Warszawy KOD wyprowadził 50 tysięcy ludzi, mówią, że to niemożliwe. Tu nikomu by się to nie udało. Dlatego uważam, że KOD mógłby być liderem ruchów demokratycznych w Europie, które muszą się obudzić. W przeciwnym razie ruchy narodowe i nacjonalistyczne nas zdominują.

W Berlinie jest sporo różnych organizacji i grup polskich, powstają nowe. Z reguły nie są wielkie. Od dawna działa Klub Gazety Polskiej, niedawno powstał Klub Tygodnika Powszechnego. Polacy uczestniczą m.in. w debatach, organizowanych w ramach tzw. Poli-Tisch, czyli „stolika politycznego”. Kilka tygodni temu była w Berlinie debata o Polsce, w której wzięli udział: publicysta „Polityki” Adam Krzemiński, Monika Sierdzka, była szefowa publicystyki w TVP 2 oraz prawicowy publicysta Cezary Gmyz.

– Powinniśmy zapraszać inne opcje, żeby nie było tak, że dyskutujemy tylko we własnym sosie, bo wtedy nic nie zmienimy. Trzeba zacząć walczyć o innych ludzi, chociaż z niektórymi nie ma rozmowy: powtarzają mantry, dyskusji nie da się prowadzić, ręce opadają. W Berlinie jest duża grupa zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, przychodzą na otwarte spotkania, lecz są też tacy, którzy głosowali na PiS na znak protestu przeciwko polityce poprzedniej ekipy. Z nimi trzeba rozmawiać, można ich przekonywać – podkreśla Michał Talma-Sutt.

Dodaje, że zarówno berliński KOD, jak i stowarzyszenie Mitte 21 to ruch obywateli, którym nie podoba się to, co dzieje się w Polsce.

– Nie jestem malkontentem – mówi – bo cóż z tego, że będziemy tylko narzekać, to niczego nie zmieni. Jeśli chcemy coś zmienić, musimy prowadzić konkretne działania, szerzyć informacje o tym, co dzieje się w Polsce, próbować docierać do tutejszych Polaków. Jednocześnie trzeba myśleć o stworzeniu nowego systemu ekonomicznego dla Europy, bo dysproporcje między beneficjentami obecnego sytemu, których jest coraz mniej, a pozostałymi ludźmi, są coraz większe. Uważam, że trzeba pójść w stronę demokracji głębokiej, oddawać coraz więcej kompetencji jak najniżej, rozbudowywać społeczeństwo obywatelskie, które zmuszałoby ludzi do większej aktywności, bo wiedzieliby, że mogą więcej decydować o sobie. Brexit pokazał, że jeśli Europa chce przetrwać, musi zrobić reformy. Pokazał, że jeśli partie demokratyczne i ruchy obywatelskie nie zagospodarowują przestrzeni ludzi niezadowolonych, wtedy zagospodarowują je populiści. To stało się także w Polsce. Tylko że populiści, jak Prawo i Sprawiedliwość, nie mają żadnego pomysłu, co zrobić z władzą poza tym, żeby dojść do władzy. Dlatego robią z władzą, co chcą, co im się podoba. To są problemy, których łatwo się nie rozwiąże, ale trzeba próbować.

– Czy identyfikuje się pan z jakąś partią, która działa w Polsce?

– Mam z tym duży problem. Rozmawialiśmy o tym w Berlinie z Mateuszem Kijowskim. Główne partie w Niemczech są bardzo liczne, mocno zorganizowane, mają wielu członków, silne zaplecze, są stale obecne nie tylko w życiu politycznym, lecz w szeroko rozumianym codziennym życiu społecznym. W Polsce jest zupełnie inaczej, partie są kadrowe. Przez ćwierć wieku po przemianach demokratycznych peerelowska bierność nie została niestety zmieniona w aktywność. To było dobre dla kadrowych partii, ale teraz mamy tego skutki.

* * *

KOD w Berlinie dopiero się organizuje i we współpracy z Mitte 21 konstruuje projekty przyszłych działań.

– Na razie nie powiem więcej, żeby nie zapeszyć. Wszystko mocniej ruszy po wakacjach – zapewnia Michał Talma-Sutt.

***
O Michale i jego muzyce TU

Letni wiatr

Andrzej Rejman

na początku miał być tytuł “letni niespokojny wiatr”
chciałem uniknąć słowa samego w sobie niespokojnego…
jednak w tym wietrze było coś, jakieś echo wydarzeń…

tyle się dzieje, że nie sposób nawet komentować…
spojrzałem więc w chmury – bo człowiek chyba jednak powinien szukać spokoju…
może to kwestia wieku zresztą, albo jakichś cech wrodzonych?
są ludzie, którzy poszukują niepokoju – i może dlatego wybuchają wojny?

a może są czasy wojny i czasy pokoju?

Reblog: Anhalter Bahnhof

Erinnerung in einem Klavierabend
Die vergessenen Künstler

1943 wird einer der begabtesten deutschen Nachwuchs-Virtuosen wegen “Wehrkraftzersetzung” hingerichtet. Im Rahmen des “Ungespielten Konzert” des Pianisten Florian Heinisch soll nun an ihn erinnert werden.

in der Rubrik Anhalter Bahnhof (Tagesspiegel 24.06.2016)

Am 3. Mai 1943 ist in Heidelberg ein Klavierabend angekündigt. Karlrobert Kreiten, ein Jungstar der deutschen Pianistenszene, soll Werke von Bach und Chopin, Mozart, Beethoven und Liszt spielen. Doch am Abend bleibt das Podium leer. Kreiten ist am Nachmittag verhaftet worden. Vier Monate später wird er zum Tode verurteilt. Sein Verbrechen: „Wehrkraftzersetzung“. „Ein solcher Mann hat sich für immer ehrlos gemacht“, heißt es in dem vom Präsidenten des Volksgerichtshofes, Roland Freisler, unterzeichneten Urteil. „Er ist in unserem jetzigen Ringen – trotz aller beruflicher Leistungen als Künstler – eine Gefahr für unseren Sieg.“

Am 7. September 1943 wird einer der begabtesten deutschen Nachwuchs-Virtuosen hingerichtet – weil er einer Jugendfreundin seiner Mutter gegenüber keinen Hehl daraus gemacht hat, wie sehr er die Nazis und ihren Vernichtungskrieg verachtet. Was der 27-Jährige nicht ahnte: Er saß einer „gläubigen Nationalsozialistin“ gegenüber, wie es im Urteil heißt – die es für ihre politisch-patriotische Pflicht hielt, ihren Gast bei der Geheimen Staatspolizei zu denunzieren. Von Heidelberg wird Karlrobert Kreiten direkt nach Berlin gebracht, ins Gestapo-Gefängnis unweit des Anhalter Bahnhofs, also an jenen Ort, an dem heute die „Topographie des Terrors“ über die Verbrechen informiert, die hier begangen wurden.

63 Jahre nach der Verhaftung des für seine leidenschaftliche Ausdruckskraft gefeierten Pianisten, der es wagte, verbal gegen den „totalen Krieg“ aufzubegehren, ist nun der 25-jährige Pianist Florian Heinisch aufgebrochen, um das Programm, das Karlrobert Kreiten damals nicht mehr spielen konnte, endlich zum Klingen zu bringen. Die Idee zu diesem „Ungespielten Konzert“ stammt vom Hamburger Kinderarzt Moritz von Bredow, der sich sowohl für die Nachwuchsförderung einsetzt wie auch für vergessene Künstler. An diesem Sonntag, dem 100. Geburtstag Kreitens, wird Heinisch in Heidelberg auftreten, am 30. Juni endet die Tournee dann im Berliner Konzerthaus am Gendarmenmarkt. Der legendäre „Frühschoppen“-Moderator Werner Höfer, NSDAP-Mitglied seit 1933, hatte damals im „Berliner 12-Uhr-Blatt“ über Kreitens Verurteilung geschrieben: „Es dürfte niemand Verständnis dafür haben, wenn einem Künstler, der fehlte, eher verziehen würde als dem letzten gestrauchelten Volksgenossen.“ Als ihm die Urheberschaft des Textes – die Höfer bis zuletzt bestritt – 1987 nachgewiesen werden konnte, war er seinen Job bei der ARD los.

***

Infos

Das ungespielte Konzert – Zum 100. Geburtstag des 1943 vom NS-Regime hingerichteten Pianisten Karlrobert Kreiten: Florian Heinis

Programm   Bach: Präludium und Fuge für Orgel D-Dur; Chopin: Drei Etüden aus op. 25, Nr. 6 gis-Moll, Nr. 7 cis-Moll und Nr. 10 h-Moll, Drei Etüden aus op. 10, Nr. 2 a-Moll, Nr. 8 F-Dur und Nr. 12 c-Moll; Beethoven: Sonate f-Moll op. 57 “Appassionata”; Mozart: Sonate C-Dur; Liszt: Rhapsodie espagnole
Do
30.06
20:00

Konzerthaus Berlin

Gendarmenmarkt
10117 Berlin (Mitte)

Florian Heinisch

 Florian Heinisch Foto: promo

Mozart…

Lech Milewski

… w Polsce

Mozart w Polsce?

Ktoś ma wątpliwości? Posłużę się mocnym argumentem – słowami matki…
Pani Mozart w liście do swojego starszego syna pisała – “…Twój brat ma posadę w Polsce“. (Źródła 6)
Rzeczony brat był nieco dokładniejszy. W liście do wydawcy Breitkopf und Hartel pisał: “Informowałem uprzednio Panów ze Lwowa o moim przyjeździe do Galicji“.

Uporządkujmy nieco fakty. Wolfgang Amadeusz Mozart urodził się w 1756 roku. W roku 1772 nastąpił I rozbiór Polski i Galicja ze Lwowem dostała się w austriackie ręce. Mozart miał wtedy już 16 lat a więc wszystko może się zgadzać.
Nie zgadzają się jednak inne dane – Wolfgang Amadeusz Mozart nie miał brata. Wprawdzie Wolfgang był najmłodszy z siedmioosobowego rodzeństwa to jednak pięcioro dzieci zmarło i przy życiu pozostała tylko siostra – Maria Anna znana jako Nannerl.
Autor listu miał 17 lat, ale korespondencja pochodzi z 1808 roku. Matka miała na imię Konstancja.

Skoro już wszystko jasne to mogę wreszcie zacząć pisać bez przekrętów.

Zacznijmy od małżeństwa.
Wolfgang Amadeusz Mozart w wieku 6 lat został zaproszony na cesarski dwór. Cesarzowa Maria Teresa brała go na kolana. Gdy pewnego dnia przewrócił się na śliskiej posadzce pomogło mu wstać piętnaste  z kolei dziecko cesarzowej, starsza od Mozarta o rok córka imieniem Maria Antonina.
Mozart podziękował i zadeklarował: pani jest nadzwyczajna, ja się z panią ożenię.
Małżeństwo nie doszło do skutku. Maria Antonina nie straciła głowy dla muzycznego geniusza, wyszła za mąż z wyrachowania i straciła głowę z innych powodów. Inna rzecz, że i tak przeżyła Mozarta o dwa lata.

Bracia

Wolfgang Amadeusz ożenił się dopiero 20 lat po tej pierwszej deklaracji, w wieku 26 lat, w roku 1782. Na dodatek ożenił się nie z tą panną, z którą chciał. Zakochany był bowiem w Alojzji Weber a ożenił się z jej młodszą siostrą Konstancją.
Podczas dziewięciu lat małżeństwa urodziło im się sześcioro dzieci, z czego przeżyło dwóch chłopców – urodzony w 1784 roku Karl Thomas i urodzony w lipcu 1791 roku, zaledwie cztery miesiące przed śmiercią Mozarta, Francis Xaver Wolfgang.

Wydawać by się moglo, że los chciał wynagrodzić synom swoje zaniedbania w stosunku do ich ojca.
Przede wszystkim Praga. W roku 1795 obu chłopców wziął pod opiekę entuzjasta ich ojca – Franz Xaver Nemetschek. Ich nauczycielem był Frantisek (Xaver) Dušek – jakiś niezwykły krąg Franciszków (I Ksawerych – EMS).
Podczas tego pobytu Francis Mozart wystąpił po raz pierwszy na scenie, na koncercie ku czci swego ojca.

Karl Thomas pozostał w Pradze i zapowiadał się jako świetny pianista. Jednak przed końcem nauki przeniósł się do Włoch i tam zajął się bardziej praktyczną działalnością – KLIK.
Francis Xaver powrócił do Wiednia, gdzie jego nauczycielami byli Antonio Salieri i Jan Nepomuk Hummel.
W roku 1805, w wieku niespełna 14 lat, zadebiutował w Wiedniu jako kompozytor, pianista i dyrygent.
Matka planowała dla niego błyskotliwą karierę. Nazywała go zawsze trzecim imieniem – w dzieciństwie było to Wowi. Później dodała jeszcze Amadeusz. I tak właśnie się podpisywał – W. A. Mozart syn…

Podpis

Podpis Wolfganga Amadeusza Mozarta (ojca) poniżej…

Podpis

W październiku 1808 roku otrzymał posadę nauczyciela muzyki na dworze hrabiego Wiktora Baworowskiego w miejscowości Podkamień w okolicach Lwowa.

Francis, przepraszam Wolfgang Amadeusz syn, pisał do matki: “Od trzech miesięcy nie jestem w naszym ukochanym rodzinnym mieście, ale w Galicji, kilka mil od Lwowa, zatrudniony przez hrabiego, aby dawać dwóm jego córkom 4 godziny lekcji muzyki dziennie. W zamian dostaję: 1000 florenów, mieszkanie, wyżywienie, drewno, pranie, itd. za darmo. Tutaj spróbuję wydoskonalić moją sztukę i wtedy, jeśli okoliczności pozwolą, podejmę podróż“. (Źródła 8)

Matka przyjmowała to sceptycznie. W liście do starszego syna pisze: “Odkąd wyjechał do Polski skomponował 3 sonaty na flet i fortepian. Nie zadowala mnie to. Za mało jak na młodego człowieka, który powinien pracować, aby przynosić chwałę sobie i pamięci swego ojca” (Źródła 6).

Ostatecznym dowodem tego sceptycyzmu może być fakt, że gdy Konstancja Mozart likwidowała swe wiedeńskie mieszkanie (wyszła a mąż za duńskiego dyplomatę i przenosiła się do Kopenhagi), to nie wysłała fortepianu swego męża do Lwowa lecz do Mediolanu gdzie właśnie przebywał starszy syn – Karol.

W wielu źródłach napotkałem wzmiankę, że Franciszek Mozart był bardzo skromny i nie usiłował wyjść z cienia sławnego ojca.
Według mnie wykorzystanie obu imion ojca jest dowodem pewnego oportunizmu, ale i rezygnacji z zademonstrowania własnej osobowości.

Wracam do faktów…
Te “kilka mil od Lwowa” to miejscowość Podkamień – KLIK , obecnie Pidkamin, a kilka mil to ponad 110 km.

Jako ciekawostkę dodam, że nazwa miejscowości pochodzi od kolejnego diabelskiego kamienia. Kolejnego, bo dla mnie pierwszy – to ten w Górach Świętokrzyskich, upuszczony przez diabła, który miał zamiar spuścić go na klasztor na pobliskim Świętym Krzyżu.
Okazuje się, że w Polsce są dziesiątki diabelskich kamieni. I nie tylko w Polsce.

Lwów i jego okolice nie były w tym czasie (rok 1809) dobrym punktem startowym dla kariery kompozytora. Francis Mozart pisał listy do wydawcy swego ojca – Breitkopf und Hartel w Lipsku – z prośbą o dostarczenie mu papieru nutowego gdyż “…nie można go dostać we Lwowie a na drodze do Wiednia są zakłócenia“. Te zakłócenia, to wojna między Francją Napoleona i Austrią.

W 1811 przeniósł się z Podkamienia do niezbyt odległej posiadłości Sarki koło Bursztyna, gdzie przebywał jako nauczyciel muzyki na dworze rodziny Janiszewskich.

Dwa lata później usamodzielnił się, przeniósł się do Lwowa gdzie udzielał lekcji muzyki na arystokratycznych dworach. Bardzo istotna była praca na dworze austriackiego radcy dworu Ludwika Kajetana Baroni-Cavalcabò. Uczył tam dwie jego córki Laurę i Julię. Ta druga zyskała później pewną renomę jako kompozytorka. Ważniejsze było poznanie ich matki – Józefiny – była to prawdopodobnie jedyna miłość jego życia.

We Lwowie włączył się w miejscowe życie kulturalne, owocem było wydanie w 1816 roku sześciu polonezów melancholijnych (Opus 17)…

Ten utwór wydaje mi się być dowodem, że Francis Mozart wyraźnie był pod wpływem polskich nastrojów.
Kolejne sześć polonezów (opus 22) było dedykowanych hrabinie Rzewuskiej, a następne dwa (opus 26) hrabinie Głogowskiej.

W 1818 roku Mozart syn wychylił się poza Lwów – grudzień – występy w Moskwie.
Rok 1819 rozpoczął się czteromiesięczną podróżą koncertową po Rosji. W maju wyruszył z kolei w prawie trzyletnią podróż koncertową do Warszawy, Elbląga, Gdańska, Kopenhagi, Hamburga, Berlina, Lipska, Drezna, Pragi, Wiednia, Triestu, Wenecji, Werony, Mediolanu, Zurichu, Frankfurtu, Monachium i Salzburga.
Podczas pobytu w Warszawie, wzorem swego ojca, wstąpił do loży masońskiej.

Do Lwowa powrócił w październiku 1822 roku i po niepowodzeniu projektu założenia szkoły muzycznej zamieszkał w domu państwa Baroni-Cavalcabò. Stamtąd prowadził dość ożywioną działalność muzyczną. Istotnym osiągnięciem było założenie w 1826 roku Cecylia Verein – stowarzyszenia śpiewaczego pod wezwaniem św. Cecylii, patronki muzyki.
W tymże roku, 5 grudnia, dla uczczenia 35 rocznicy śmierci Mozarta, jego syn poprowadził wykonanie mozartowskiego Requiem w prawosławnej katedrze św Jura. (Źródła 5)

W roku 1835 rozpoczęła się seria podróży do Austrii w towarzystwie rodziny Baroni-Cavalcabò. Ostatnia wzmianka o pobycie we Lwowie dotyczy roku 1838 (maj).

W roku 1839 miasto Salzburg zamówiło u niego kantatę z okazji ceremonii odsłonięcia pomnika Mozarta. Franz Xaver odmówił, tłumacząc się brakiem wystarczających zdolności do wykonania tak szlachetnego zadania.
W 1841 roku został mianowany honorowym dyrygentem salzburskiego Mozarteum.

W roku 1842 zmarła jego matka. W tymże roku sporządził testament, w którym swoją spadkobierczynią mianował Józefinę von Baroni-Cavalcabò. Wszelkie rękopisy swego ojca przekazał do Mozarteum.

W czerwcu 1844 roku pojechał do Karlsbadu (obecnie Karlove Vary) leczyć dolegliwość żołądka. Kuracja nie przyniosła rezultatów, zmarł 29 lipca 1844 w Karlsbadzie i tam został pochowany.

Patrząc na całkiem pokaźną ilość jego kompozycji i listę osiągnięć można uznać, że była to całkiem udana kariera kompozytora “drugiej ligi”. Niestety jeśli się nosi nazwisko Mozart, to gra w drugiej lidze nie może zadowolić.

Znany poeta, Franz Grillparzer, podjął ten temat w nekrologu – KLIK.

Na jego kamieniu nagrobnym widnieje napis – cytuję z wersji angielskiej:
May the name of his father be his epitaph, as his veneration for him was the essence of his life.

Źródła:
1. Wikipedia – KLIK.
2. Karol Stromenger – Mozart – Polski Instytut Wydawniczy 1962.
3. Mozart Sohn – KLIK.
4. Franz Xaver Mozart – biografia – KLIK.
5. Franz Xaver Wolfgang Mozart – The Lviv (Lemberg) Mozart – KLIK.
6. Galicja Histora – Mozart – KLIK.
7. Lviv today – Legendary Leopolitans – KLIK.
8. Mozarteum – Wystawa – Franz Xaver Wolfgang Mozart, kompozytor o niewielkich zdolnościach? – KLIK.

Tajemnice w komputerze…

Kochani czytelnicy. Proszę, byście podczas lektury tego wpisu posłuchali Beethovena. Zanim skończycie, dowiecie się dlaczego?

Ewa Maria Slaska

… czyli poezja i muzyka na niedzielę

Wpis ten zaczął powstawać 4 maja o godzinie 9, zakończyłam jego pisanie 5 maja o godzinie 7; jest zapisem moich poszukiwań, zmierzających do rozwikłania pewnej zagadki. Gdy zaczynałam, nie wiedziałam kompletnie nic.

W przepaściach komputera i szaf, przynajmniej u mnie, kryją się niezwykłe i tajemnicze dokumenty. Wypływają niekiedy na powierzchnię i zadziwiają mnie niezmiernie. Kiedyś tak “spadł mi na głowę” przepisany przez moją Mamę wiersz Krynickiego, znaleziony w pudle z papierami. Dziś poetka z komputera. Właściwie szukałam Emily Dickinson, która zmarła 15 maja 1886 roku (dziś jest 130 rocznica), a znalazłam Ritę Dove. Gołym okiem widać, że Rita będzie tematem obszernym, a Emily się nie zmieści, przypominam więc na wszelki wypadek, że pisałam o niej TU i że jest moim nieodmiennym zachwyceniem.

O Ricie Dove opowiedziała mi Marta, kochająca książki amerykanistka, zajmująca się piszącym w USA kobietami, zaliczanymi do tak zwanej literatury etnicznej i postetnicznej, Louise Erdrich, Amy Tan czy Toni Morrison i Alice Walker. Marta dała mi kiedyś do przeczytania poemat Rity o czarnym muzyku polskiego pochodzenia, nawet była jakaś przymiarka do przetłumaczenia tej opowieści na polski, coś tam przełożyłam i odesłałam do kogoś, ale, jak często – nic z tego nie wyniknęło. I nic też nie pamiętam, wystarczyło jednak, by podczas przeszukiwania komputera nie zadziwić się plikiem zatytułowanym “RitaDoves1” – byłam pewna, że to albo oryginał albo moje próby translatorskie. Przerzuciłam plik na pulpit, by móc do niego szybko wrócić.

Niewiele wiem o Ricie Dove, poza tym, że jest współczesną czarną amerykańską poetką. Piękną. I niech mi wybaczy słowo czarny, bo czarne jest piękne.

A więc… RitaDove napisała kiedyś ów wspomniany już poemat o pochodzącym z Polski muzyku Mulacie, który w czasach Haydna zachwycał Londyn, przede wszystkim zaś – londyńskie damy. A ponieważ tego dnia przy śniadaniu rozmawialiśmy o nim, ucieszyłam się, że nie muszę specjalnie szukać, nawet uznałam, że jak zwykle, skoro czegoś potrzebuję, to się to znajduje. Lecz otóż nie… Otworzyłam plik i zobaczyłam dwa wiersze, których NIGDY nie czytałam, nie widziałam, nie wiedziałam… Ten mały dokument spowodował całą serię zadziwień.

Rita Dove

Black Billy Waters

wersja I

Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali
Wierzą w złoto, władzę, stada na hali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Gram na skrzypkach, lubią mnie wielcy i mali
Daj mi monetę, panie – dzięki i niech Bóg cię chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Wpadł pieniądz do sakwy, słyszęć go z dali
W słodkiej muzyce na nędznej życia bujam się fali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarnym mnie zwali
O łąki zielone walczyłem i stada na hali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg mnie powalił
Jestem Black Billy Waters, tak mnie nazwali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Tu wariat, a tam książę w blasku opali
Londyn kocha nowinki, to mu się chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam, gdy usłucha, Los go nie zwali
Dom swój na plecach dźwigaj, to nikt go nie spali

Tańczę dla was, choć tacy jesteście mali
Śpiewam wam, choć żeście się rumem uchlali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Weź sznura łokci trzy i bicz korali
I tych wspomnij, co tu już przed tobą skonali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

wersja II

Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak
Świat w złoto wierzy, władzę i szubienicy hak
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Gram na skrzypkach, lubi mnie wielki, lubi mały świat
Daj mi monetę, panie – dzięki, dzielny jesteś chwat
Lecz, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Wpadł pieniądz do sakwy, lecz tak czy owak
Mimo słodkiej muzyki nędznego życia znak
Gdy dom na plecach dźwigam, jestem jak ślimak

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarny był mój znak
O łąki zielone walczyłem, władzę i szubienicy hak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg zostawił ślad
Jestem Black Billy Waters, tak mnie zwie świat
I dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Czy książę, czy Turek, czy mały żebrak
Londyn kocha nowinki, światowy blask
A ty, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam, gdy usłucha, nie będzie szczęścia mu brak
Ty też dom swój na plecach dźwigaj i bądź jak ślimak

Tańczę dla was, choć przecież ducha wam brak
i pijani jesteście, a śpiewam wam i tak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Weź sznura łokci trzy i bicz czerwony jak lak
I tych wspomnij, co już przed tobą skonali w łzach
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak
Ty zaś, czyś biały, czy czarny, biedak z ciebie i żebrak

Piękne… nadzwyczajne po prostu, ale… Po pierwsze dlaczego to nie jest poemat o “moim”muzyku”? Dlaczego po polsku? Dlaczego dwie wersje? Kto to przetłumaczył? Kto to był Black Billy Waters? Skąd się to wzięło w moim komputerze?

Zaczynam od pytania najprostszego – kim był Black Billy Waters? Wikipedia natychmiast odpowiada – czarny żebrak mieszkający w Londynie na przełomie wieku XVIII i XIX. Jeden z dziesięciu tysięcy Czarnych mieszkających w owym czasie w Anglii. Był beznogi, stąd to porównanie do ślimaka. Podobno był żołnierzem, pływał na okrętach wojennych i stracił nogę w walkach. Miał żonę i dwoje dzieci. Żył w skrajnej nędzy, żebrał przed wejściem do teatrów, śpiewając dowcipne kuplety i przygrywając na skrzypkach.

Portret namalowany najprawdopodobniej przez Sir Davida Wilkie

Cieszył się ogromną popularnością i został umieszczony co najmniej w dwóch utworach, opisujących życie w Londynie pod koniec XVIII wieku, gdy jeden z nich wystawiono na scenie – Black Billy grał tam sam siebie. Nazywano go królem żebraków.

Tłumaczony w tajemniczym dokumencie tekst był swoistym testamentem Billy’ego.

Thus poor Black Billy’s made his Will,
His Property was small good lack,
For till the day death did him kill
His house he carried on his back.
The Adelphi now may say alas!
And to his memory raise a stone:
Their gold will be exchanged for brass,
Since poor Black Billy’s dead and gone.

Wiem, najprościej byłoby już teraz sięgnąć po pomoc do internetu, i na pewno mnie to nie minie, ale na razie rozmyślam sobie o Ricie Dove bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz.

Oba tłumaczenia na polski są lepsze od zacytowanego tu oryginału,  napisanego przez samego Black Billy Watersa. Ten, kto to przetłumaczył na polski, świetnie się bawił i był mistrzem sztuki wiązania słów. Pierwsza wersja tłumaczenia polskiego jest oparta na jednym rymie będącym polskim odpowiednikiem angielskiego will, druga na rymie lack czyli brak. Tłumacz użył dwóch rymów zastosowanych w oryginale i to jeszcze wybrał rymy męskie, które w polszczyźnie są po prostu przekleństwem i kojarzą się z najtańszymi wypocinami pseudopoetów.

Tyś pchła
Tyś pchła
mię do miłości tej…

Drążę. Czy jest możliwe, by to Rita Doves napisała te dwa doskonałe wiersze po polsku i byłyby to jej wiersze, tak jak spolszczony Giaur był poematem Mickiewicza. Ale oczywiście, nie, nie i jeszcze raz nie. Tak nie potrafiłby chyba pisać żaden cudzoziemiec, a i Polaka zdolnego wykonać taki majstersztyk, długo by szukać.

No ale szukam. Już zaczęłam.

W obu wersjach powtarza się porada Black Willy’ego dla…

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam… / A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam…

To pewnie ten czarny muzyk z Polski, więc może jednak i Billy Black jest częścią tego poematu…

Rita Dove urodziła się w roku 1952. Jest poetką i literaturoznawczynią, pracuje na Uniwersytecie Virginia. Ciekawe, że hasło w polskiej Wikipedii nie wspomina ani słowem o polskich zainteresowaniach artystki. Ze spisu książek artystki wybieram Sonata Mulattica, New York: Norton, 2009. To właśnie ten poemat. Nawet pamiętam, że okładka była biało-niebieska.

Czarny skrzypek George Polgreen Bridgetower (1780–1860) był zdaniem Rity – synem Polki, wiejskiej dziewczyny z okolic Białej Podlaskiej, zdaniem polskiej i niemieckiej Wikipedii – synem Niemki z Budziszyna, niejakiej Schmidt. Ojcem był “African Prince” z Etiopii bądź, jak twierdzi Rita, z Barbadosu. Słabo pamiętam ten poemat, czytałam go w roku 2009, niemal od razu po wydaniu, ale wydaje mi się, że Rita jest zdania, iż George był nieślubnym dzieckiem, a wikipedyści zakładają, że rodzice wzięli ślub i że George miał jeszcze brata, Friedricha Josepha, wiolonczelistę. Ale może było tak, że matką George’a była Polka, a Friedricha – Niemka. Albo, że Polka z Podlasia czy ze Śląska (jak chce Rita) dopiero po urodzeniu pierwszego syna wzięła ślub ze swym czarnym kochankiem, a wikipedystom z Ameryki Polka czy Niemka to za jedno… A polska i niemiecka Wikipedia za nimi jak za panią matką…

Ojciec George’a był służącym księcia Hieronima Wincentego Radziwiłła w jego podlaskich dobrach w Białej Podlaskiej. W roku 1779 papa przenosi się na służbę do księcia Esterhasego,  dzieciństwo chłopca / chłopców upływa więc na Węgrzech, w majątku, gdzie nadwornym muzykiem był Józef Haydn. Stąd znajomość George’a z wielkimi tamtego świata, Haydnem, Beethovenem, ale też Thomasem Jeffersonem. Jefferson był na występie Bridgetowera w Paryżu i wspomina ślicznego dziewięcioletniego chłopca z kaskadą czarnych loków.

W roku 1790 Bridgetower osiadł na stałe w Londynie. Był członkiem orkiestry króla Jerzego IV (tego, który był jednocześnie księciem hanowerskim i odpowiada za związki Windsoru z dynastiami niemieckimi).

W 1802  Bridgetower wyjechał do Drezna, aby odwiedzić matkę i brata. Rok później wystąpił w Wiedniu razem z Ludwigiem van Beethovenem. Wywarł wielkie wrażenie na austriackim kompozytorze, który zadedykował mu Sonatę skrzypcową nr 9 A-dur (op. 47). Po raz pierwszy została publicznie zagrana 24 maja 1803 r. w wiedeńskim teatrze Augarten – Beethoven grał na fortepianie, a Bridgetower akompaniował mu na skrzypcach.

George Bridgetower, autor Henry Edridge

Kompozytor nazwał swoje dzieło Sonata mulattica composta per il Mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico.  Już w dedykacji zapowiedział, że jest to dzieło nadzwyczajnie wręcz trudne czyli praktycznie – nie do zagrania. Wkrótce jednak doszło konfliktu między muzykami, w wyniku czego Beethoven zmienił dedykację i zadedykował sonatę Rodolphowi Kreutzerowi (dziś sonata jest znana właśnie jako “Kreutzerowska”). Dlaczego? Najbardziej znana wersja mówi o tym, że Bridgetower obraził kobiety, które okazały się przyjaciółkami Beethovena. Mniej poprawny politycznie wariant zakłada, że młodszy uwiódł czy też oczarował pannę, która podobała się starszemu. Tak to też jest chyba i u Rity.

Nota bene Kreutzer jej nigdy nie zagrał. A Bridgetower – tak.

W roku 2013 powstał film o poemacie, poetce, geniuszu i zapomnianym czarnym muzyku, którego gra współczesny czarny muzyk – Joshua Coyne.

***

Wszystko to nadzwyczaj ciekawe, ale niestety w ogóle nie tłumaczy, co to są za wiersze, te które znalazłam u siebie w komputerze? Czy są częścią Sonaty mulackiej? Znajduję spis treści poematu, a w nim, o tak, wiersz Black Billy Waters. Dobrze, Ewuniu, bardzo ładnie sobie radzisz.

A więc tak, na pewno, przynajmniej według Rity, Billy Waters i George Bridgetower się znali. Mieszkali w Londynie, a łączył ich nie tylko kolor skóry, ale i instrumentum – skrzypce. O tak, Rita sparafrazowała autentyczny testament Watersa.

All men are beggars, white or black;
some worship gold, some peddle brass.
My only house is on my back.

I play my fiddle, I stay on track,
give my peg leg—thankee sire!—a jolly thwack;
all men are beggars, white or black.

And the plink of coin in my gunny sack
is the bittersweet music in a life of lack;
my only house is on my back.

Was a soldier once, led a failed attack
in that greener country for the Union Jack.
All men are beggars, white or black.

Crippled as a crab, sugary as sassafras:
I’m Black Billy Waters, and you can kiss my ass!
My only house weighs on my back.

There he struts, like a Turkish cracker jack!
London queues for any novelty, and that’s a fact.
All men are beggars, white or black.

And to this bright brown upstart, hack
among kings, one piece of advice: don’t unpack.
all the home you’ll own is on your back.

I’ll dance for the price of a mean cognac,
Sing gay songs like a natural-born maniac;
all men are beggars, white or black.

So let’s scrape the catgut clean, stack
the chords three deep! See, I’m no quack—
though my only house is on my back.
All men are beggars, white or black.

A TU można posłuchać, jak poetka recytuje ten wiersz.

***
Już wszystko wiem. Przez 24 godziny przekopałam się od kompletnej niewiedzy do pełnej wiedzy. Poza jednym – bo kto te wiersze przetłumaczył na polski!? Kto mi je przysłał? Co miałam z nimi zrobić (i dlaczego nic nie zrobiłam)? KTO? CO?

POMOCY!

Festiwal piosenki natrętnej VIII

W niedzielę to ja pisałam o tej podróży…

Tomasz Fetzki

Epitafium dla frajera, czyli natręctwo zapośredniczone

Trzeba powiedzieć otwarcie: ta rajza miała rys szaleństwa, żeby już nie stwierdzić wprost, iż była kompletnie wariacka. W jeden dzień przemierzyć kraj wszerz, poczynając od Lublina, zrobić przy tym krótkie acz treściwe repetytorium z historii Polski (wizyty w Lubartowie, Kocku, Dęblinie, Kozienicach, Warce, Grajewie i Żyrardowie), pozostawić Szefową Blogu w Świebodzinie na blokach startowych do ostatniego skoku ku Berlinowi, i jeszcze zdążyć wraz z Viatorką zasiąść, pięć minut przed rozpoczęciem koncertu, na widowni zielonogórskiej filharmonii! Nooo, chapeau bas!

Koncert dała Piwnica pod Baranami. Jubileuszowy, wszak sześćdziesięciolecie… I jak zwykle pełen prezentacji różnorodnych, a smakowitych.

I dwa natręctwa męczą po tym koncercie Viatora. I trwa to już dwa tygodnie. Jedno wprost związane z Piwnicą, drugie pośrednio. Dziś będzie o tym drugim. Za czas jakiś – o pierwszym.

Piosenka Przyjacielu na błękitach, skomponowana i śpiewana przez Piotra Kubowicza, jest piękna sama w sobie. Ale, skoro przywołuje Jonasza Koftę, musiała Viatorowi przypomnieć inny utwór, jonaszowy właśnie. Zresztą ten utwór i tak by kiedyś w końcu wrócił. Zawsze wraca. Cyklicznie, można by rzecz. Bo też i cyklicznie staje się aktualny. Tak w wymiarze jednostkowym, jak i społecznym. Niestety.

Niestety, można stracić miłość: to nie takie trudne niestety, wystarczy dokładnie przyjrzeć się ludziom. Można stracić wiarę; właściwie to cud, że się ją jeszcze ma! Można nawet stracić nadzieję (to wtedy, gdy nikogo nie ma obok, tylko szepcąca, służalcza próżnia…). Nie można tylko stracić godności. Nie wolno, za żadną cenę!

Ot, frajer z ciebie, mój Viatorze. Nie można? Nie wolno? Popatrz: godność wyprzedaje się na samym początku. Za grosze. Właściwie – srebrniki. Za tak marne grosze, iż litość by brała dla tych sprzedawców, gdyby nie to, że obrzydzenie bierze.

I jeszcze jedno, zanim zaczniecie słuchać, siostrzyczki i braciszkowie spod jednej anatemy. Nie chciałby Viator trącać strun emfazy, ale musi to powiedzieć, gdyż zawsze tak uważał: wykonanie Janusza Gajosa jest absolutnie GENIALNE. Żeby w kilka sekund przeistoczyć się z mędrca i poety w kaprawego, prymitywnego pijaczynę, takiego mrożkowego Edka, który, gdy tylko nadarzy się okazja, weźmie nas za mordę? Nooo, chapeau bas!

***

Video niedostępne. Sorry. 

Słowo o patriotyzmie

Roman Brodowski

Festiwal Poloneza

Historia Polski, historia polskiego narodu, zwłaszcza ta na przestrzeni ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat pokazuje, jak szybko niezgoda społeczna może osłabić znaczenie państwa i to zarówno pod wzgędem militarnym jak i politycznym.

Pomijając okres przedrozbiorowy, czasy Konfederacji Barskiej i I rozbioru pozbawionej już wcześniej suwerenności na rzecz caratu Polski, dokonanego na mocy układu Rosyjsko-Pruskiego zawartego w lutym 1772 roku, przypomnę nieco późniejsze fakty z naszej historii, czyli czas Sejmu Czteroletniego, uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz II rozbioru, będącego następstwem podziałów w narodzie, jakie nastąpiły w wyniku jej uchwalenia.

Odebranie wielu dotychczasowych przywilejów zarówno magnaterii jak i szlachcie (między innym zakaz udziału szlachty w sejmikach, czy też zmiejszenie wpływów magnatów na wybór króla), zniesienie Liberum Veto oraz zapewnienie równości wszystkim wyznaniom religijnym, istniejącym na terenie królestwa, nie były jedyną „kością niezgody”, ale to właśnie te założenia ustawy doprowadziły do zawiązania się wśród jej przeciwników konfederacji zwanej (od nazwy miasteczka, gdzie się zawiązała) Targowicą.

Targowiczanie (w skład których wchodziły wibitne postaci elity polskiego społeczeństwa jak na przykład: Stanisław Szczęsny Potocki, hetman wielki koronny Franciszek Ksawery Branicki, hetman polny koronny Seweryn Rzewuski oraz znakomita elita kościoła katolickiego) nie mając dostatecznej siły, by zapobiec procesowi wdrażania w życie uchwalonych przez Sejm nowych przepisów prawa, zwrócili się o pomoc do carycy Katarzyny, aby ta nie dopuściła do przeprowadzenia reform. W konsekwencji na Rzeczpospolitą ruszyła stutysięczna armia rosyjska. O wiele mniej liczne Wojsko Polskie pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego, mimo spektakularnych zwycięstw pod Dubienką i Zieleńcami, nie było w stanie obronić państwa.

Epilogiem wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku i rządów Targowicy był II rozbiór Polski, dokonany w styczniu 1793 roku przez Rosję i Prusy. W 1795 roku nastąpił kolejny rozbiór, po którym Polska przestała istnieć na geopolitycznej mapie świata. Kolejne 125 lat naród polski walczył różnymi sposobami o zachowanie swojej tożsamości religijnej i społecznej, o zachowanie języka oraz tradycji.

Pominę tu zrywy patriotyczne Polaków w postaci powstań ogólnonarodowych i lokalnych, tym niech zajmują się historycy – broń Boże pseudo, jakich dzisiaj mamy pod dostatkiem, a skupię uwagę na roli ludzi kultury. To właśnie oni wierszem, prozą, muzyką, pobudzali polski naród do trwania, bezustannie przypominając o jego przeszłości, zaszczepiali nadzieję, nawoływali do walki. Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Chopin, Moniuszko, to tyko niektórzy z tych, którym jesteśmy wdzięczni za ich narodowe dzieła.

Wśród nich był ktoś, kogo nie sposób pominąć, ktoś o kim wie prawie że każdy maturzysta, każdy meloman i … każdy Polak. Mowa tu o twórcy Poloneza „Pożegnanie z Ojczyzną”, zwanego potocznie Polonezem Ogińskiego.

Książę Michał Kleofas Ogiński urodził się w 1765 roku był nie tylko kompozytorem, tworzącym polonezy, walce, mazurki czy też marsze (Marsz polskich Legionów w Lombardii), ale był też senatorem w rządzie Aleksandra I, walczącym o sprawy Polaków, żyjących w rosyjskim zaborze.

Dlaczego wspominam właśnie jego i właśnie dzisiaj?

Odpowiedź jest związana z corocznym „Festiwalem Poloneza”, jaki od 23 lat odbywa się w małym prowincjonalnym miasteczku na naszych byłych Kresach a dzisiaj na terenie Białorusi, w Słonimiu nieopodal Kosowa – miejsca urodzin Tadeusza Kościuszki. To właśnie w tym miasteczku przed laty polska patriotka, nauczycielka, więźniarka z Sybiru, pani Leonarda Rewkowska, dla przypomnienia postaci Kleofasa księcia Ogińskiego, zorganizowała po raz pierwszy „Festiwal Poloneza”. Pani Leonarda była pierwszą przewodniczącą oddziału słonimskiego Stowarzyszenia Polaków na Białorusi oraz założycielką Domu Polskiego w Słonimiu. Jako współtwórczyni zespołu folklorystycznego, mimo podeszłego już wieku, do dzisiaj wraz z nim śpiewa nasze polskie narodowe pieśni.

Wracając do festiwalu – na przestrzeni lat z małej lokalnej imprezy przeszkształcił się w wielkie międzynarodowe wydarzenie, odbywające się zawsze w ostatnią sobotę maja. Rozpoczyna się wczesnym porankiem od przemarszu barwnych zespołów folklorystycznych po nadbrzeżnym bulwarze przepływającego przez miasto kanału – Kanału Ogińskiego (nota bene budowniczy kanału, Michał Kazimierz Ogiński, był kuzynem ojca kompozytora).

Następnie na ustawionej na secesyjnym ryneczku scenie odbywa się Konkurs różnych form przedstawiania utworu Ogińskiego (ale nie tylko jego), począwszy od tańca, poprzez interpretacje muzyczne, a na żywym słowie skończywszy. Przegląd trwa zazwyczaj do wczesnych godzin popołudniowych. Po czym zarówno Jury festiwalu jak i jego uczestnicy udają się na wspólny obiad. Po południu wyłonieni zostają laureaci konkursu. Później, po ogłoszeniu wyników i wręczenie nagród (dokonuje tego zazwyczaj przedstawiciel ministerstwa kultury Białorusi), odbywa się występ laureatów. Wieczorem zaś zaczyna się festyn i trwa do północy.

Dzięki moim białoruskim przyjaciołom i ja kolejny już raz będę uczestniczył w tej patriotycznej imprezie, zorganizowanej przede wszystkim dla naszych kresowych rodaków, którzy do dzisiaj walczą o swoją polską tożsamość narodową, przekazując młodszym pokoleniom Kresowian tradycję, kulturę i historię swoich przodków.

Pamięci Żydów kujawskich

Andrzej Rejman

pro memoria

Bez zbędnych komentarzy, pamiętając – próbując nigdy nie zapomnieć – przypominając innym – upominając…

myśląc…
o ofiarach, tej straszliwej wojny, każdej wojny, wszystkich wojen…

udostępniam te wiersze, pieśni i muzykę.

(utwory pochodzą z płyty wydanej przez Centrum Kultury i Sportu w Kruszwicy w 2012 roku)
muzyka: Andrzej Rejman, Alina Sarit Konwińska
wykonanie: Alina Sarit Konwińska i Andrzej Rejman

ELA GALOCH (z tomiku: “Tu zakwitają wiersze”) *

Joel szuka swojej Palestyny
wśród huku wozów, kurzu i obelg esesmana.
Szuka tam, gdzie dzień, godzina,
nawet dziesięć minut może zwolnić.
Bo ma wrażenie, że strach w głowę wkręca śrubkę.
Na każdym kroku czyha brudne miasto,
jak odbicie chaosu panującego w duszy.

Zakłady pogrzebowe obok fryzjera,
prowizoryczny szpital ze stajniami,
a na chodnikach handlarze mydła
i głodni czyściciele butów.
Twarze przechodniów coraz bledsze,
zamazane, jak obrazy na słabo oświetlonej ścianie.

W gettcie już cuchnie z rynsztoków,
ludzie w postrzępionych chałatach
wydają się z innej epoki,
chociaż szewcy wciąż reperują zdarte buty,
krawcy nicują marynarki.
Na progach stare kobiety w połatanych chustach
czekają na Mesjasza.
Jeszcze psy ziewają szeroko,
na niskich dachach wylegające się koty,
Im więcej się wszystko zmienia,
tym bardziej pozostaje bez zmian.

Zielonozłote muchy ścigają się
wokół gasnącej lampy.
Hanah spuszcza głowę:

– Jak będę żyć bez ciebie?
Jak będę żyć…?

Wiem, że kobieta
nie powinna przyznawać się do takich uczuć.
Dziś znów spłonęły tomy kalendarzy do Pisma,
księgi, kabały i traktaty o etyce,
chociaż Żydzi wierzą w siedmioletni ogień,
który urodzi salamandrę.
Mają też swojego rabina- cudotwórcę,
który teraz ociera czoło mycką,
jakby chciał powiedzieć:
Sami sprowadziliście na siebie ruinę.
Bo są już wagony.
Znów są- otwarte
i jeszcze przez chwilę puste…

KRYSTYNA WOŹNIAK (z tomiku: “Ślady dotyku”)*

Boisz się głosu ulicy ,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.
________________________________
* tomiki wydane przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury oddział w Bydgoszczy przy współpracy m.in. Centrum Kultury w Kruszwicy.