128 (Reblog)

Für Dorota Kot mit dem Dank für ihr Geschenk zum Frauentag 🙂

coverfrauen128128 ist das Magazin der Berliner Philharmoniker, entsprechend der Anzahl der Musiker des Orchesters. Das Magazin widmet sich aktuellen Debatten aus der Welt der Klassik, berichtet über die Berliner Philharmoniker und bespricht kulturelle Themen über den philharmonischen Kosmos hinaus. Es erscheint 4-mal pro Jahr in der Auflage von 15.000 Exemplaren.

Die Nr. 1 im Jahre 2015 wurde den Frauen in der Klassik gewidmet, Sängerinnen, Komponistinnen, aber auch Musikjournalistinnen. Eine von ihnen, Eleonore Büning, schrieb einen Text, der mich heute, ein Jahr später, als ich ihn gelesen hat, sehr stark getroffen hat. Online habe ich ihn nicht gefunden, ich fotografiere also, lasse durch OCR laufen und korrigiere. Eine Arbeit, sage ich Euch.

bueningbeethoven winietaES IST SCHON EIN PAAR JAHRE HER. Bei einem  Beethoven-Symposion an der amerikanischen Ostküste lernte ich einen Armvoll neuer, verrückter Theorien kennen, die Musik betreffend, die ich liebe. Damals war der Begriff Genderstudies in Deutschland noch nicht in  Gebrauch, aber in der Neuen Welt hatte Susan McClarys  Buch ››Feminine Endings‹‹ längst Furore gemacht und  eine Fülle an weiteren Grundlagenforschungen zum Sexismus in der Musik nach sich gezogen. Nur für die Praxis  war dies vorerst noch folgenlos. Nach wie vor wurde das  New York Philharmonic von einem kurzen, rundlichen  und – streng gendermäßig sowie unter Vermarktungsgesichtspunkten doch eher unauffälligen – männlichen Dirigentenexemplar angeleitet; wohingegen die Person,  die den Solopart des Beethovenschen Klavierkonzertes am Flügel bestritt, wie so oft weiblich, gertenschlank, höchst  attraktiv und in Glitzerstoff verpackt war. Auch hierzulande  gab es vorerst nur zwei weibliche Dirigenten,  also etwa 0,1 Prozent, die es geschafft hatten, ein eigenes Orchester zu leiten. Sie hießen Pfund und Mounk. In Boston sagte man mir, Beethoven sei schuld an dieser beklagenswerten Quote.
Ein male chauvinist par excellence, habe Beethoven  eine virile Instrumentalmusik geschaffen, die, postum  weltweit durchgesetzt und zu einem Leitbild für andere  Komponisten, ja, zur Alphatier-Musikform eines neuen  Klassikzeitalters geworden, Ausdruck eben dessen sei:  frauenfeindlich. Die Durchführung des ersten Satzes der  Neunten wurde analysiert als die gewalttätigste Episode der Musikgeschichte überhaupt. In der Struktur der

Sonatenhauptsatzform, wie sie den meisten ersten Symphoniesätzen seit Beethoven zugrunde liegt, mit ihrem männlichen und weiblichen Thema, erkannte man den Reflex der hierarchischen Denkformen einer männlich dominierten alten Welt, welche demnächst dem Untergang geweiht sei. Und sogar die hehre Idee der absoluten Musik entpuppte sich, mit ihrer philosophisch unterfütterten Meinungsherrschaft, als ein verkapptes Unterdrückungsinstrument.
Natürlich konnte ich, nachdem ich zurückgekehrt war, Beethovens Neunte oder auch Schumanns Vierte nicht mit anderen Ohren hören als zuvor. Ich sah auch nicht plötzlich weniger Musikerinnen in den großen Symphonieorchestern herumsitzen, es wurden, im Gegenteil, nach und nach immer mehr. Hier hatten administrative Gleichstellungsmaßnahmen offenbar teilweise Erfolg. Es gibt mittlerweile Orchester, bei denen Probespiele hinter einem Vorhang stattfinden, womit die Fragen, ob Frauen emotionaler phrasieren oder Männer sich von Geigerinnendekolletés ablenken lassen, ebenso obsolet geworden sind wie die, ob ein Kontrabassist den Betriebsablauf stört, wenn er seine Tage hat. Geschlechtszugehörigkeit ist kein relevantes Kriterium mehr für die (Nicht-)Einstellung. Für die Beförderung aber mitunter doch noch.
Auch di Zahl der Dirigentinnen hat sich seither vervielfacht, in der laufenden Opernsaison haben zum Beispiel gerade drei neue junge Generalmusikdirektorinnen im deutschsprachigen Raum ihre Arbeit aufgenommen. Trotzdem ist die Quote hier immer noch mies. Was Führungspositionen anbelangt, hinkt der Musikbetrieb anderen Kulturbereichen mit kreativem Personal hinterdrein. Es gibt ganz selbstverständlich erfolgreiche Museumsdirektorinnen, Intendantinnen, Pilotinnen, Regisseurinnen. Wir haben eine Kanzlerin. Eine Verteidigungsministerin. Aber eine Wunschkandidatin für die Rattle-Nachfolge? Die ist so was von nicht in Sicht, dass ich mich selbst ein bisschen auslachen muss in dem Moment, da mir der Gedanke kommt und ich ihn aufschreibe.

Nur, was kann Beethoven dafür? So durchgeknallt, wie mir diese Frage einst vorkam, ist sie vielleicht doch nicht. Einerseits wird der Kanon des Orchester-Repertoires, dieser großartige erfolgreiche Fortsetzungsroman der Symphonie, von Überwältigungsmetaphern und antagonistischen Prinzipen geradezu durchwuchert. Überall tummeln sich Helden. Fast alle groß besetzten, öffentlichen Instrumentalmusiken des 19. und 20. Jahrhunderts berichten von Märschen, Kämpfen, Opfern, Krieg und Sieg, Überwindung und Apotheose, das reicht von Beethoven über Mahler bis Schostakowitsch. Gewiss ist das genuin kein Genderproblem, eher ein wie auch immer gebrochener Spiegel der realen Zeitläufte, und betroffen sind von solchen politischen und sozialen Erschütterungen Männer, Frauen und Kinder gleichermaßen. Allerdings werden Kriege nicht von den Krankenschwestern geführt, sondern von Generälen. Auch in diesem gesellschaftlichen Bereich ist Gleichberechtigung noch lange keine Selbstverständlichkeit.
Dagegen herrscht sie in der Vokalmusik zu fast hundert Prozent, zumal in der Gattung Oper schon seit über vierhundert Jahren (oder, enger gerechnet, wenigstens seit die letzten Kastraten, immerhin auch eine Art Mann, haben abtreten müssen). Madrigalkomponistinnen reüssierten in der Renaissance. Operndiven regierten die Barockoper, und sie gaben diese Führungsrolle auch nicht auf in der französischen Revolutionsoper, in der Grand Opéra, im Belcanto, bei Rossini, Donizetti, Verdi und Wagner, wo die stärkste Figur, die am Ende fackelschwingend übrig bleibt, Brünnhilde heißt, nicht Siegfried.
Dieser Siegfried ist ein Kindskopf, Wotan impotent. Von der Oper lernen, heißt siegen lernen. Möglicherweise war es also doch kein Zufall, dass ausgerechnet Beethoven, der Held der absoluten Instrumentalmusik, nur ein einziges Werk zu dieser zukunftsträchtigen Gattung hat beisteuern können, und das auch noch unter heftigen Wehenschmerzen. Doch drückte er dabei, und das war gut so, der Frau die Pistole in die Hand.

Zimowe, dusznickie śpiewanie

Zbigniew Milewicz

W rocznicę urodzin Chopina, który jak (nie) wiadomo urodził się 22 lutego, a może
jednak dziś czyli 1 marca 1810 roku

Doroczne, Międzynarodowe Festiwale Chopinowskie w Dusznikach Zdroju zbliżają się pomału do siedemdziesiątki. Okrągły jubileusz wypadnie na początku sierpnia b.r., w 190 rocznicę przyjazdu młodego kompozytora do „wód szlązkich“. Jest to najstarszy w świecie, nieprzerwanie organizowany festiwal pianistyczny i zarazem najstarszy polski festiwal muzyczny. W miejscowym Centrum Informacji znajdują się szczegółowe opisy, dotyczące pobytu Fryderyka Chopina w uzdrowisku.

Tak więc wiemy, że szesnastoletni Fryderyk wybrał się wraz z matką do kurortu w Reinerz po ukończeniu ostatniej klasy w Liceum Warszawskim i droga zajęła im około tygodnia. Dziś z Warszawy jedzie się parę godzin. Był wątłego zdrowia, więc przyjechał tutaj, żeby je wzmocnić. W pobliskiej Kudowie przebywali już hr. Fryderyk Skarbek, ojciec chrzestny kompozytora, wraz z rodziną oraz Ludwika Chopin, najstarsza siostra, której zawdzięczał swoje pierwsze lekcje muzyki. Reinerz zatrzymali się w Domu Bürgla, pensjonacie, jak na owe czasy wygodnym i nowoczesnym, oferującym swoim gościom poza noclegami także pełne wyżywienie, o porach dostosowanych do zalecanego rytmu kuracji wodami zdrojowymi.

W liście do swojego przyjaciela, Wilusia Kolberga, Fryderyk detalicznie relacjonuje plan dnia w uzdrowisku, nie szczędząc ironii w opisie miejscowych tradycji : Rano, najpóźniej o godzinie 6, już wszyscy Chorzy przy zrzedle; tu dopiero kiepska dęta muzyka – z kilkunastu karykatur w rozmaitym guście złożona, (…) przygrywa wolno spacerującym Kur-gästom; (…) Taka promenada po ślicznej alei łączącej Anstalt z miastem trwa zazwyczaj do ósmej, stosownie do kubków, ile kto ma rano wypić, potem udają się (każdy do siebie) na śniadanie. – Po śniadaniu idę zazwyczaj przejść się, chodzę do 12, o której obiad jeść trzeba dlatego, że znów po obiedzie idzie się do Brunu. Po obiedzie (…) znów muzyka paskudzi, a tak chodzi się już do samego wieczora. Jak ja, ponieważ tylko dwie szklanki Lau-Brun piję po obiedzie, więc wczas idę do domu na kolacją, po kolacji spać.

Nudę kurortowego życia i codzienny obowiązek picia wód ze źródła Laubrunn (z dodatkiem serwatki z koziego mleka i ziół) rekompensowały mu wycieczki w okoliczne góry. Ubolewał nad tym, że nie pozwalano mu na wędrówki w Sudety, wymagające większej tężyzny fizycznej. O wspólnej z rodziną Skarbków wyprawie do pustelni na górę Einsiedelei (według Fryderyka zwanej Wzgórzem Rozalii) oraz innych wydarzeniach lata 1826 r. dowiadujemy się z zapisków panny Ludwiki. Poza talentem muzycznym miała i literacki, jej mentorem był tutaj hr. Skarbek, ekonomista, historyk, polityk i pisarz w jednej osobie, autor dziennika „ Podróż do wód szlązkich i (miast?) okolicznych w lecie 1826 r.” Dzięki siostrze i ojcu chrzestnemu kompozytora wiele możemy więc dowiedzieć się o pobycie towarzystwa w kurorcie.

Najważniejszym wydarzeniem był oczywiście występ Fryderyka, wielokroć opisywany, więc dam sobie spokój ze szczegółami. Godną pochwały tradycją śląskich uzdrowisk była zawsze obecność muzyki, której poziom wykonawczy niestety często pozostawiał wiele do życzenia. Wreszcie zdarzył się cud, w osobie czternastoletniego Feliksa Mendelsohna, który dał brawurowy recital w dworku, położonym w centrum dusznickiego Parku Zdrojowego, gdzie skupiało się życie kulturalne uzdrowiska. Młody pianista zrezygnował z akompaniamentu półamatorskiego zespołu i zdecydował się improwizować solo na tematy z Mozarta i Webera. Trzy lata później olśnił tam swoim talentem młody Chopin, choć instrument, na którym przyszło mu zagrać przegrywał z dobrą jakością. Istnieją hipotezy dotyczące nawet dwóch recitali. Występy zarówno Feliksa Mendelsohna, jak i Fryderyka Chopina miały charakter koncertów dobroczynnych. Kuryer Warszawski w numerze 22 sierpnia 1826 r. pisał : „gdy kilkoro dzieci przez śmierć ojca do wód na kurację przybyłego sierotami stały się, P. Chopin, ośmielony przez osoby talent jego znające dał 2 koncerta na dochód tychże, co jemu wiele chwały, a tym nieszczęśliwym wsparcie przyniosło”.

Pobyt wybitnego artysty w Dusznikach upamiętnia obelisk, pomnik, zdrój nazwany Pieniawą Chopina i wreszcie Dworek jego imienia, z początku XIX w., w którym wystąpił i gdzie odbywają się słynne festiwale pianistyki. Mimo szacownego wieku, ten lekki w swoim architektonicznym stylu i – co najważniejsze – obdarzony znakomitą akustyką „kursal“, pulsuje młodzieńczym wigorem przez okrągły rok.

onaspiewawdusznikach

Foto. Zbigniew Milewicz

Mam niebywałe szczęście, bo kiedy w pierwszej połowie lutego spontanicznie postanawiam spędzić w Dusznikach kilka dni, jak to mówią, dla zdrowotności, w Dworku akurat trwa XXXIV Zimowy Kurs Wokalny, zorganizowany przez wrocławską Akademię Muzyczną i Polskie Stowarzyszenie Pedagogów Śpiewu. W kursie uczestniczą studenci i absolwenci uczelni muzycznych, uczniowie i absolwenci klas śpiewu solowego szkół muzycznych II stopnia, osoby uczące się śpiewu prywatnie oraz przygotowujące się do egzaminów wstępnych na wydziały wokalne. Rozpiętość muzycznej wiedzy i możliwości wykonawczych wśród uczestników jest więc ogromna i to widać na wieczornych koncertach. Nieszczęśni nowicjusze idą na sceniczne podium często jak na stracenie, dla wielu jest to pierwszy kontakt z szerszą publicznością. Jeszcze nie potrafią radzić sobie z tremą przed występem, dławi im ona całkiem dobre głosy, plącze ruchy, wykrzywia twarze. Minie jeszcze trochę czasu, zanim nauczą się ładnie uśmiechać do jednego człowieka na widowni, który wyda im się przychylny, nim uzmysłowią sobie, że do nich należy scena i to oni rządzą publicznością, kiedy wreszcie dadzą z siebie wszystko, na co ich stać. Ale to kosztuje lata mrówczej pracy nad sobą i muzycznym tworzywem, bez której żaden talent nie może w pełni rozbłysnąć i nie wszyscy jej podołają.

Szlifierze artystycznych diamentów obowiązkowo obecni na widowni. Są m. in. profesorowie Eugeniusz Sąsiadek, nestor PSPŚ i twórca tych kursów, Bogdan Makal, ich kierownik, Izabela Kłosińska, Eytan Pessen… Uciekły mi niestety trzy pierwsze koncerty, w tym poświęcony sztuce bel canto w rzymskiej Arkadii i koncert w 205 rocznicę urodzin Ferenca Liszta, ale przecież zdążyłem na bardzo udany wieczór wokalny młodych talentów Akademii Operowej przy Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Najbardziej utkwiła mi w pamięci profesor Izabela Kłosińska, która siedząc w pierwszym rzędzie, z ogromnym zaangażowaniem niemo podpowiadała swoim uczniom, jak otwierać usta i budować ekspresję poszczególnych fraz. Jakże piękna to była suflerka.

Kolejny wieczór stał pod znakiem wyjątkowo nie klasycznej, a estradowej, jazzowej i musicalowej muzyki. Ładnie zabrzmieli Miłosz Gałaj w Something new in my life Michela Legranda i Dagmara Dorda w Cheek to cheek Irvinga Berlina, gromkie brawa dostała Iza Zając za Love you madly „Duke‘a“ Ellingtona, ale mnie najbardziej spodobała się Małgorzata Gąś, która wspólnie z Michałem Bojarskim zaśpiewała pięknie nastrojowy utwór p.t. Czas rozpalić piec, skomponowany przez Włodzimierza Nahornego do tekstu Jana Wołka. I gdybym później nie usłyszał Patrycji Rutkowicz w znanym przeboju J. Petersburskiego, Ja się boję sama spać, to pewnie Małgosia zdobyłaby całą moją sympatię.

Patrycja Rutkowicz, zdjęcie z jej profilu na Facebooku

Później do Dworku wróciła klasyka. Przez dwa dni żółtodzioby artystyczne prezentowały się na zmianę z bardziej doświadczonymi wokalistami, w trzecim, ostatnim wystąpili najlepsi. W programach koncertów stawiałem sobie kreski przy nazwiskach wykonawców, cztery były moją najwyższą, subiektywną oceną. Większość artystów stanowili Polacy, śpiewający głównie utwory kompozytorów języka niemieckiego, włoskiego i angielskiego, w oryginale. Kilku Rosjanom, bądź Ukraińcom, którzy wystąpili na podium, przypadło w udziale zaśpiewanie polskich kompozycji. Mój przyjaciel Edmund, towarzyszący mi w kuracji i na koncertach, był zdania, że za tymi językowymi wyborami stoi polityka. A może tylko komercja? – spekulowałem. Polscy artyści próbują robić karierę na Zachodzie, na ich miejsce przyjeżdżają za chlebem muzycy z Kijowa i St. Petersburga… Jednym niemiecki i angielski potrzebny, drugim polski.

Dworek Chopina

Spodobał mi się m.in. sopran Natalii Piątkowskiej z Łodzi, baryton Piotra Danieluka z Białegostoku, bas Sławomira Brosia z Krakowa i niepomiernie – mezzosopran Natalii Orłów z Warszawy. W końcowej Gali Młodej Wokalistyki musiałem sięgnąć po zapasowy długopis, bo zwielokrotniłem ilość kresek przy nazwiskach. Widownia była zachwycona m.in. występem Pawła Trojaka z Warszawy, w recytatywie i arii Janusza z opery „Halka“ St. Moniuszki, Agaty Chodorek z Wrocławia i Aleksandry Bałachowskiej z Poznania. Obydwie panie miały piękne soprany, ale sam przy goleniu śpiewam basem, więc stronniczo powiem tak : gdybym był bogaczem (if i were a rich man…), to ufundowałbym trzy równorzędne, pierwsze nagrody dla Dominika Kujawy i Pawła Kołodzieja z Wrocławia oraz Sławomira Brosia z Krakowa, mimo że ten ostatni trochę się potknął w wykonaniu arii Waregi z opery Sadko M. Rimskiego-Korsakowa i poprosił akompaniatora o powtórkę, ale czapki z głów proszę Państwa. Klasa!

***
PS administratorki: Niestety w sieci nie ma ani jednego nagrania – ani z konkursu, ani wykonań ulubieńców autora czyli Patrycji Rutkiewicz i Sławomira Brosia. Trochę to zaskakuje w epoce, kiedy prymitywnego nagrania można dokonać przy pomocy komórki. Dziwne więc, że ani organizatorzy konkursu, ani młodzi ludzie, szykujący się do kariery profesjonalnego muzyka, nie zadabali o odrobinę autoreklamy. Na pociechę więc ulubiona piosenka Autora, Ja się boję sama spać Petersburskiego, wielki przebój Zuli Pogorzelskiej, w wykonaniu Kasi Sobczyk.

Festiwal piosenki natrętnej V

Tomasz Fetzki

Przedwiośnie, czyli natręctwo sprowokowane

Decyzja zapadła. Szefowa w profetycznym uniesieniu śmiało zarysowała wizję i precyzyjnie wytknęła kierunek marszu: witamy wiosnę!

Na Łużycach co prawda przyroda jeszcze nie wariuje tak jak w Berlinie, ale pewne zwiastuny zmian i tutaj można już zaobserwować. Niby zimno, ale w niektóre dni niebo wygląda jak lapis lazuli. Niby szaroburo, lecz gdzieniegdzie z błocka wychynęły zielone lance przebiśniegów – jeszcze nie kwitną, ale jaka to intensywna zieleń! Słowem, nie ma co grymasić. Wiosna to wiosna. I o niej opowie dzisiejszy tekst. Zresztą: poprzedni pomysł na wpis i tak był do chrzanu, trzeba to uczciwie przyznać…

Dziarskie hasło padło, a sprowokowane nim natręctwo natychmiast przybyło. Inna sprawa, że i tak by przyszło, tylko może nieco później. Bo przyplątuje się co roku na przedwiośnie. Wtedy, gdy kwiecie jeszcze nie kwitnie a dnie wciąż krótkie, ale już pyli leszczyna, zaś dreszczyki ciepła co i raz wstrząsają powietrzem. Zawsze w tym czasie Viator lubi sobie posłuchać kompozycji Czesława Wydrzyckiego, stworzonej do wiersza Jarosława Iwaszkiewicza. Taki duet musiał zaowocować powstaniem czegoś jedynego w swoim rodzaju. Chciałoby się stwierdzić: nie ma co dłużej gadać, po prostu słuchajcie. Poczujecie niepowtarzalną atmosferę głębokiego, jeszcze sekretnego przedwiośnia. Usłyszycie tęsknotę za wiosną: nie tylko tą klimatyczną skądinąd.

Chciałoby się, ale Viator, jak to on, musi pofilozofować. To silniejsze od niego. Przebóg! Jakże nie filozofować, gdy okoliczności aż się o to proszą? Nie chodzi tylko o ten bonus w postaci napisu Interwizja, pojawiającego się co pewien czas w tle scenografii. Nie idzie jedynie o zaskakującą refleksję, iż czym ta Interwizja była, tym była, ale kudy utworom z festiwali Eurowizji do takiej perełki…

Przemyśleń ma Wędrowiec więcej. Kiedyś obiła się o jego uszy opinia, iż powstanie piosenki było zaprawione odrobiną wazeliny. Że był to ponoć nieco wymuszony – czy raczej wyperswadowany – hołd dla sędziwego, a wciąż wpływowego Iwachy. Jeśli tak, to daj nam Panie nieco tego samego. Prawdziwego talentu nic nie ukatrupi. Ale może było zupełnie inaczej?

To wszystko jednak drobiazgi. Oto teraz Viator pozwoli sobie na świętokradztwo: ma odwagę nie godzić się z Autorem! Chyba dlatego, iż przeżył już kilka zim, które to i owo w nim wymroziły. Jestem w nieskończoności, w morzu miłości do ludzi… Ludzi, ludzkości… Nie przemawia ta fraza do Pielgrzyma, brzmi cokolwiek fałszywie: kto ludzkość miłuje, rzadko potrafi kochać konkretnego człowieka. Morze miłości skurczyło się Wędrowcowi do rozmiarów jeziora. Aralskiego. Sama sobie ludzkość winna.

Rozpacz to? Cynizm? Może jednak realizm? Na pociechę trzeba wszak dodać, iż nie jest Viator zupełnie pozbawiony zdolności do ciepłych uczuć. Ludzkości raczej nie lubi, ale kilkoro ludzi, których prawdziwie kocha, dałoby się odnaleźć. Będzie ich nawet więcej, niż tych sprawiedliwych, których Awraham szukał w Sodomie.

Zresztą, z czego chciałby się teraz wstydliwie zwierzyć, także Viator każdego dnia zanurza się w morzu czułości. Nie zdziwaczał do tego stopnia, żeby męczyć codziennie wszystkich wokół opowieściami o swej suczce, albo zasypywać serwisy społecznościowe jej fotografiami. Ale do kroćset! Raz na piętnaście lat chyba można?!

Łatka: jubilatka piętnastolatka. Patrząc w te oczy nie sposób nie zanurzyć się w morzu czułości.

Dość filozofowania. Idzie wiosna! Słuchajmy.

 

Festiwal piosenki natrętnej IV

Tomasz Fetzki

Cavatina, czyli nieodwołalnie utracona beztroska

Dziś piosenka nietypowa. Właściwie: w ogóle nie piosenka, tylko miniaturka instrumentalna. Wszelako natrętna. I to bardzo.

Gdy słuchamy utworu tekstowo-muzycznego, sprawa jest jasna, a treści oczywiste. Jednak go braknie słów… Mówią, że muzyka to najbardziej czysta, abstrakcyjna spośród sztuk wszelakich. Niczego nie przedstawia, niczego nie oznacza, po prostu wyraża ukrytą harmonię kosmosu. Skoro mówią, pewnie tak jest!

Jednak, od czasu do czasu, ktoś melodiom usiłuje nadać znaczenie; bywa, że z dobrym skutkiem. Gdyby Rudy Ksiądz z Wenecji nie opatrzył swego koncertu skrzypcowego E-dur dodatkowym tytułem, czy ta muzyka przywodziłaby nam na myśl powiew zefirka, trzepotanie motylich i pszczelich skrzydełek oraz taniec promyków młodego słoneczka? Może tak, może nie. Ale skoro kompozytor nazwał utwór Wiosną, to już się nam tak ona nieodparcie będzie kojarzyć. Podobne przykłady można mnożyć, ale to by było przeładowanie tekstu ornamentyką, a przecież ostatnio podnosiły się na blogu głosy sprzeciwu wobec barokizowania. Niechże przeto za cały barok Vivaldi wystarczy!

Albo taka, panie dziejaszku, muzyka filmowa. Siłą rzeczy, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z dziełem wybitnym (a przecież jednym z elementów dobrego filmu jest sugestywna ścieżka dźwiękowa), melodia, choć sama w sobie nic nie znaczy, już na zawsze kojarzyć się będzie z treścią obrazu. Pozostaje tylko kwestia tego, jaką kto treść z jakiego filmu wysnuł dla siebie. Bo można różne.

Łowca jeleni. Budzi skrajne oceny. Dla niektórych synonim dłużyzny i nudy. Dla innych arcydzieło pod każdym względem. Wiadomo, de gustibus… Viator nikogo przekonywać nie ma zamiaru, ale chce zadeklarować: on należy do owych innych. Jego osobisty ranking od wielu lat niezmiennie plasuje ten film w pierwszej trójce najlepszych. Bo to dzieło znacznie głębsze, niżby się na pozór wydawało.

Można, rzecz jasna, skupić się na najbardziej zewnętrznej, publicystycznej warstwie, i potraktować go jako rozliczenie Amerykanów z wojną w Wietnamie. I będzie to oczywiście prawda. Ale jakże powierzchowna! Kontakt naskórkowy. Bo przecież nie przeżycia potomków łemkowskich imigrantów z Pensylwanii, wysłanych nad Mekong, są tu najistotniejsze. Gdyby zamiast nich ukazać młodzieniaszków z Karlsruhe zamarzających pod Stalingradem? Albo chłopców z Irkucka, walczących w Kabulu? Czy też dandysików z Bordeaux tonących w lodowatych nurtach Berezyny? Lub dziewczyny spod Tarnopola, które po latach poniewierki wstąpiły do Platerówek? Czy to byłoby coś innego? Łowca jeleni jest filmem o tym, jak wojna nieodwracalnie niszczy osobowość. Tylko wojna? Wojna to symbol zaledwie! Chodzi o zło. Nie takie zło zwykłe, codzienne, ale to stężone, dotkliwe i, co najistotniejsze, niezawinione. W miejsce wojny wstawcie sobie gwałt, zdradę (zwłaszcza doznaną od tych, od których najmniej się jej spodziewało), długotrwały mobbing, czy co tam jeszcze chcecie. Zło rani wszystkich, nawet odpornych. Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Wolne żarty! Oto najsilniejszy z gromady przyjaciół: Michael. Wrócił z Wietnamu lepszy? Co najwyżej – nie gorszy. A na pewno bardziej cierpiący. O tym jest ten obraz.

Powiadają ludziska, że początkowe sceny Łowcy jeleni – wizyta na sali bilardowej, wesele, polowanie – są zdecydowanie za długie i właściwie w ogóle niepotrzebne. Viator pozwala sobie zaprotestować: oto mamy do czynienia z najbardziej przejmującymi fragmentami filmu. To, co się wtedy rozgrywa między bohaterami (a co oddano subtelnie ukradkowymi spojrzeniami, znaczeniem ukrytym pomiędzy zdawkowymi dialogami, zatrzymanymi wpół gestami): lęk przed przyszłością, przeczucie nieuchronnego końca młodości – to istota Łowcy jeleni. Najlepiej widać ów strach w zachowaniu Stevena, tego spośród przyjaciół, który charakteryzował się najsłabszą konstrukcją psychiczną. Inna sprawa, że i spadło się na niego najwięcej. Nie tylko powołanie do wojska. Wszak to jego ślub i jego wesele. Których właściwie w ogóle być nie powinno. I teraz sami powiedzcie: jakiż to z Łowcy jeleni film wojenny?!

Takie treści wysnuł z niego Viator. Dlaczego właśnie te? Może dlatego, że, gdy oglądał go pierwszy raz, sam był w chwili przełomu, właśnie zdał maturę i musiał decydować, co dalej? Swoją drogą: słusznie ktoś już zauważył, że paradoksem, ironią losu i piekącą niesprawiedliwością jest fakt, że kluczowe decyzje, które na długo i głęboko zaważą na naszym życiu, musimy podejmować w momencie, gdy to życie i samych siebie, póki co jeszcze, exusez le mot, gówno znamy. No naprawdę – rosyjska ruletka!

Takie treści przemieszały się w umyśle Viatora z muzyką ilustrującą film. Żal za kończącą się młodością. Ściślej – za odchodzącą w przeszłość beztroską.

Może, gdyby Wędrowiec był wyznawcą cyklicznej teorii czasu, byłoby mu łatwiej. Tkwi jednakże po czubek głowy w teorii linearnej, czuje wyraźnie, iż nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy; z tej przyczyny utrata beztroski jest tak dotkliwa.

Kilka miesięcy temu jadł Viator jabłka maczane w miodzie, celebrując Rosz ha-Szana. Kilka dni temu pił szampana, świętując imieniny Sylwestra. To wszystko daty wybrane arbitralnie, jest pewnie jeszcze kilkanaście innych potencjalnych początków nowego roku, które można sobie obejść. Ale każdy z nich przypomina niestety, że czas nieubłagalnie płynie, a czarodziejska epoka beztroski odpływa coraz dalej. I w takich chwilach natrętnie brzmi Pielgrzymowi w uszach Cavatina.

Nie chciałby jednak Viator kończyć swej opowiastki zbyt pesymistycznie. Przemijanie, utrata – zgoda. Ale ta muzyka ma w sobie coś jeszcze, choć ciężko to coś określić. Nadzieja? Może raczej pogodna zgoda na nieuchronne. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Tak, chyba o to właśnie idzie. To się w tej melodii natrętnej ukrywa.

Nic się nie ukrywa! Niczego tam nie ma, poza dźwięków cudowną harmonią. I Tobie może zupełnie inne natrętne myśli przyniesie ze sobą Cavatina? Przekonaj się.

Festiwal piosenki natrętnej III

Tomasz Fetzki

Śmiech

Dziś będzie o natręctwie niemalże mistycznym. Wyrosłym, by tak to ująć, na enologicznym podglebiu.

Żyjemy w kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej? Żyjemy. Jesteśmy spadkobiercami kultury grecko-rzymskiej? Jesteśmy. Należy to dziedzictwo kultywować? Należy. Toteż nie miejcie do Viatora pretensji o to, iż od czasu do czasu – nie za często przecież – kultywuje. Że przenosi swoją duszę utęsknioną do tych pagórków attyckich, drzewami oliwki porośniętych, by dołączyć do orszaku szlachetnego Dionizosa. By ująć krzepką dłonią tyrs. By w korowodzie menad i satyrów przemierzać w uniesieniu wzgórza i doliny Lidii, Frygii oraz Tracji!

Tyle, jeśli chodzi o Greków. A Rzymianie? Są i oni! Wszak pierwsi stwierdzili: in vino veritas! A prawda rzadko bywa radosna. Tym bardziej, że te smuteczki, które pragnął był Viator utopić, są, co już dawno ktoś dostrzegł, wybornymi pływakami. O czym się Wędrowiec wciąż na nowo, za każdym razem z naiwnym zdziwieniem, przekonuje. Nie on jeden. A każdy wyraża to inaczej, wszak z obfitości serca mówią usta. Może to być: słuchaj rodaku, czerwone maki, serce, ojczyzna… albo coś zupełnie innego.

Niedawno – przed miesiącem zaledwie – podczas jednego z takich nostalgicznych misteriów dionizyjskich, usta Wędrowca wypowiedziały (tak to trzeba określić; nie sam Viator, ale coś w nim, poza jego wolą, powiedziało) słowa od wielu lat zapomniane, ukryte skrupulatnie gdzieś w najciemniejszych zakamarkach mózgu: Nie umieraj, Pinokio! Skąd właśnie one? Dlaczego? Dionizos jeden raczy wiedzieć. Już samo to było tajemnicze, ale misterium miało trwać dalej. Pamięć, jakby uwolniona zaklęciem, zaczęła, zwrotka po zwrotce, wyrzucać z siebie tekst i melodię piosenki – precyzyjnie i bezbłędnie. Co jest o tyle niezwykłe, że ostatni raz słyszał Viator tę piosenkę (czy może nawet sam zaśpiewał) około trzydziestu lat temu. Od tego czasu, tak się złożyło, ani razu się z nią już nie zetknął.

Chce uwierzyć Wędrowiec, iż poczuł muśnięcie mistyki, ale nic z tego. Wie przecież, że to jedynie procesy biochemiczne, które uruchomił nieopatrznie w swych neuronach. Do bólu naturalne i doczesne, choć mimo to niezwykłe.

A piosenka? Od tamtego tajemniczego wieczora regularnie prześladuje Viatora. Nie ma w tym niczego dziwnego. Skoro tak dokładnie i długo przechowała ją pamięć, by teraz natrętnie podsuwać, należy przyjąć, iż utwór był i pozostał dla Pielgrzyma ważny. I tak jest w istocie.

Viator był młodzieńcem sympatycznym, lecz snobowatym; może nawet dość inteligentnym, ale na pewno niezbyt bystrym. O ile potrafi zrekonstruować swój ówczesny, sprzed trzech dekad, stan świadomości, musiałby chyba przyznać, że nie bardzo wiedział wtedy, kto jest autorem czy oryginalnym wykonawcą piosenki. Znał ją tylko z interpretacji starszych, obytych w świecie kolegów, którzy mu imponowali. Nieszczególnie też rozumiał jej treść. Ale mu to nie przeszkadzało. Ważny był nastój. Czysta poezja.

Czegoś się tam zapewne domyślał. Ale co może pojąć z życia oszczędzany przez nie dotąd nastolatek? Jednak to, co żółtodziób turysta przeczuwał zaledwie, Wędrowiec, który już przekroczył półmetek, rozumie znacznie lepiej – choć też nie do końca. Smarkacz mógł się niepewnie półuśmiechnąć, słysząc o umieraniu… Pinokia (no bo czemu Pinokia, u diabła?!) Pielgrzym, gdy słyszy – czemu żyć chcesz, Pinokio? – z kamienną twarzą doda: właśnie, dlaczego? Wie już przecież, jak bardzo złe potrafią być te dni i w jak długie, ponure korowody potrafią się ustawiać.

Teraz Viator rozumie, dlaczego właśnie Pinokio. I ma już świadomość, że w realnym świecie Wróżka rzadko zwycięża – znacznie częściej tryumfują Lis z Kotem. Szczerze mówiąc – tryumfują prawie zawsze.

Nie umieraj, Pinokio! Czternaście lat temu odszedł Pinokio, który napisał tekst. Nie żyje już dwóch spośród Pinokiów, wykonujących piosenkę, zaś trzeci też był bardzo blisko. My żyjemy! A miasto wciąż nam się śni.

Skąd wziąć na to wszystko siły? Autor podpowiada – z autoironii. Nie można pokonać przeznaczenia, trzeba je z twarzyczką zapłakaną wyśmiać. Na nic innego nie zasługuje.

Pinokio, jeszcze jedną noc trwaj! I jeszcze następną. Może doczekasz nocy prawdziwie mistycznej?

Festiwal piosenki natrętnej II

Tomasz Fetzki

Piosenki

Pojawiają się nie wiadomo skąd. Przybywają, kiedy same zechcą: czasem przy okazji ważnej rocznicy, niekiedy sprowokowane jakimś wydarzeniem. Natrętne piosenki. Niegdyś usłyszane, raz po raz wracają.

Balast to czy bogactwo? Viator skłania się osobiście ku pierwszej opcji; z biegiem lat coraz mocniej dochodzi do przekonania, że im kto głupszy, tym szczęśliwszy. Ale to obojętne – w każdym z przypadków warto się z tych wizyt natrętnych zwierzyć Czytelnikom. Jeśli są ciężarem, łatwiej go będzie wspólnie nieść. Jeżeli zaś  to skarb – niechże się mnoży przez podział!

Ogłasza przeto Wędrowiec inaugurację festiwalu piosenki natrętnej. Ściślej, zaczęła się ta gala nieco wcześniej – stąd dwójka w tytule dzisiejszego tekstu – refleksją wysnutą na rocznicę wrześniowej inwazji Sowietów. Bo już piosenka Grechuty, zamieszczona przy okazji rozważań o destrukcyjnej naturze władzy, to nie pomysł Viatora, lecz Samej Szefowej Bloga. Rzecz nie w tym, jakoby była to inicjatywa nietrafiona (bo jest wprost przeciwnie), lecz w tym, że Wędrowiec czuje głęboką niechęć do przypisywania sobie cudzych inicjatyw.

Ale teraz zaczynamy na serio. Co nie znaczy bynajmniej – systematycznie. Natręctwo to natręctwo, pulsuje własnym rytmem, za którym podążać będziemy.

Jutro 11 listopada. U nas, co zrozumiałe, to dzień refleksji nad odzyskaną niepodległością. Tak jest i tak być powinno. Ale gdzieś niesłusznie umyka nam to, co stało się treścią tego święta we wszystkich innych krajach świata: koniec Wielkiej Wojny. Koniec koszmaru. Koniec rzeźni. Niesłusznie i niepotrzebnie nam umyka, bo warto się czasem – a teraz wszak czas najlepszy – zastanowić nad skutkami, jakie ten konflikt zbrojny wywarł, i wywiera właściwie do dziś, na nasze życie. Ale o tym, że Wielka Wojna, choć tak ważna, pozostaje z niezrozumiałych względów zapoznana i pomijana, snuł już Viator refleksje w stulecie jej wybuchu (i kto zechce, może je sobie przeczytać). Teraz nie zamierza się ponownie nad tematem nadmiernie pochylać. Teraz czas na piosenkę natrętną. Poznał ją Wędrowiec wiele lat temu, gdy zdarzyło mu się zamieszkać na dłużej w Słodkiej Francji, więcej nawet – zrządzeniem przewrotnego losu usłyszał ją po raz pierwszy w Compiègne, miejscu podpisania zawieszenia broni 11 listopada 1918 roku. Ma owa piosenka już 25 lat, ale może ktoś jej dotąd nie poznał? Może jednak będzie Viator oryginalny?

Jej treść dotyczy tematu zakończenia I Wojny Światowej choć wyraziście, to jedynie pośrednio. Ale i tak co roku, w tych właśnie dniach, utwór natarczywie powraca. Dlaczego? Trudno orzec: natręctwo to natręctwo, rządzi się własną logiką.

Nie powie Wędrowiec niczego odkrywczego jeśli stwierdzi, że istnieją piosenki, które są autonomiczne wobec swych wykonawców i wielu może je zaśpiewać z doskonałym skutkiem. Oraz że stworzono takie, które, z różnych skądinąd względów, są przypisane do konkretnego artysty, zrośnięte z nim na zawsze. Nic odkrywczego, po co więc Viator o tym mówi? Ano dlatego, że może się zdarzyć sytuacja, gdy ktoś spośród Czytelników nie miał dotąd okazji spotkać się z wykonawcami dzisiejszej piosenki natrętnej. A ich postacie są tutaj kluczowe: trzeba znać pewne szczegóły, aby wyczuć wszystkie smaczki, wyłapać wszelkie konteksty, słowem – aby utwór w pełni odebrać. Voila, Messieurs-Dames: trio Fredericks Goldman Jones, działające w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku!

Założyciel, główny kompozytor i autor grupy to Jean-Jacques Goldman, poniekąd jeden ze znaków firmowych współczesnej francuskiej muzyki rozrywkowej. Francuz, a jakże! Syn żydowskich imigrantów – ojciec przybył nad Sekwanę z Polski, matka z Niemiec. Swoją drogą – jaka byłaby francuska piosenka bez tych wszystkich mniej rdzennych – bez Nany Mouskouri, Yvesa Montanda, Dalidy, Jacquesa Brela, Georgesa Moustaki czy Charlesa Aznavoura. No, jaka? Francja dla Francuzów? Powodzenia, chłopaki!

Carole Fredericks, najmłodsza z trójki, spadkobierczyni dziedzictwa afrykańskich niewolników, urodziła się w wolnym, północnym stanie Massachusetts; ona też najwcześniej odeszła. Trochę symbolicznie, bo na afrykańskiej ziemi, podczas tournée w Senegalu, mając zaledwie 49 lat.

No i Michael Jones – rudawy (w młodości, rzecz jasna, bo dziś raczej mocno szpakowaty), zadziorny, chciałoby się rzec: typowy Irish! I niewiele byśmy się pomylili. Nie Irlandczyk co prawda, ale jednak Celt. Tyle, że łaskawy los dał mu ojczyznę na drugim brzegu Morza Irlandzkiego, w Walii.

Viatorka twierdzi, że taki zestaw wykonawców jest zbyt łopatologicznie oczywisty, zaś muzyka na kilometr pachnie Eurowizją. Ale to chyba przesada: biografie artystów przydają piosence autentyzmu, a muzyka brzmi po prostu przestrzennie, pomaga gładko przemierzać bezkresy czasu i obszarów, po których prowadzą nas wykonawcy. Zaś aranż jest perfekcyjny!

Tekst? Nie oczekujcie wyrafinowanej poezji. Zamiast niej otrzymacie słowa bezpretensjonalne i proste, ale szczere. I chyba dlatego właśnie przekonujące. Mocne.

Dla słuchacza wersji oryginalnej, tak jak dla Polaka, niemieckie słowo Leidenstadt, jest obce i nic nie znaczy. Dlatego Viator nie zdecydował się na jego przetłumaczenie. Choć być może warto by tak uczynić. Bo nie ma takiego miasta – to nazwa symboliczna, stworzona przez autora. Tylko jak ją przełożyć? Bolesty? Cierpiętopol? Zostawmy to germanistom. I słuchajmy.

https://dailymotion.com/video/x8r6p

A jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?

Wykołysany upokorzeniem, nienawiścią i niewiedzą
Wykarmiony marzeniami o zemście
Czy miałbym tę niemożliwą świadomość
Kropli w potoku?

A gdybym dorastał pośród doków Belfastu:
Bojownik wiary i klanu
Czy miałbym na przekór wszystkiemu siłę,
By stanąć przeciwko swoim
I zdradzić – uściskiem dłoni?

A gdybym przyszła na świat biała i bogata
W Johannesburgu, między władzą i strachem
Czy słyszałabym te skargi niesione przez wiatr?
Nic już nie będzie takie, jak dawniej.

Nie dowiemy się nigdy, co czai się w naszych wnętrzach
Ukryte pod płaszczykiem pozorów:
Duch bohatera czy wspólnik kata
To, co najgorsze, czy to, co najpiękniejsze.
A gdyby wymagano od nas czegoś więcej, niż słowa
Stawilibyśmy opór, czy poszli, jak barany w stadzie?

Jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?

I niech nam będzie zaoszczędzona
Tak długo, jak możliwe
Konieczność stanięcia przed tym wyborem.

17 września 1939

Wpis numer 1000!

Tomasz Fetzki

Nieprzeliczone dzieci Soso

Jacek Kaczmarski tworzył trzy rodzaje utworów: dobre, bardzo dobre i wybitne. Ten, którego za chwilę, Gościu, wysłuchasz, plasuje się gdzieś między drugą a trzecią kategorią. Co jest tym bardziej wyczynem, że powstał w konwencji doraźnej publicystyki, a właściwie – tępej propagandy. Mógłby się obejść bez słowa komentarza z mojej strony, a i tak ciary by Cię, drogi Słuchaczu, przeszły we wszystkich kierunkach.

I taki był pierwotny plan. Zmienił się ze względu na jubileusz tysiącwpisu i na kilka innych okoliczności, o które mniejsza… Ale obiecuję, będzie krótko.

Po co w ogóle obchodzić rocznice, zwłaszcza złe i smutne? Zdarza mi się w różnych okolicznościach, bardziej lub mniej profesjonalnych, popularyzować wśród młodzieży wiedzę historyczną. A młodzież, jak to młodzież, zazwyczaj ma historię w nosie. Nie o to idzie, że zła, zdemoralizowana czy z wypranymi mózgami jest ta dzisiejsza młodzież. Ich po prostu nie interesuje minione, bo nie dostrzegają żadnego przełożenia dawnych wydarzeń na swoje życie. Trzeba im jakoś (łatwo powiedzieć: jakoś!, jak?!) uświadomić, że historia trwa i wszyscy tkwimy w niej po szyję. A to się nijak nie uda bez własnego osobistego przetrawienia przeszłości.

Sporo przeczytałem i obejrzałem na temat Września. Sam, rzecz jasna, nie doświadczyłem tego czasu (łaska późnego urodzenia), więc usiłowałem się wczuć w przeżycia Ówczesnych. I wciąż jestem na początku drogi, jednak wydaje mi się, że musiało być tak: Pierwszy Września to wielki strach, ale podszyty nadzieją i rozgrzany patriotyzmem. Siedemnasty to zimna, bezsilna, naga rozpacz: samobójstwa (z tym najsłynniejszym, w Jeziorach) zaczęły się właśnie wtedy. Pieśń Jacka wyraża tę rozpacz tryumfem i bezsiłę potęgą: à rebours, o ileż dobitniej!

Są tacy, nawet dosyć liczni, którzy, zwłaszcza na okoliczność ostatnich i najbliższych wyborów, śpiewają ochoczo po kościołach Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie! Chciałoby się im powiedzieć: Stuknijcie się w durnowate łby! Nie da się ukryć, są w Ojczyźnie rachunki krzywd, naprawiajcie je, jeśli potraficie. Ale nie bluźnijcie! Bo zedrzecie gardła na tym zbyt głośnym i zbyt wysokim, kompletnie nie w tonacji, śpiewie. I gdy przyjdzie prawdziwa potrzeba, nie wydacie z siebie nawet jęku. A ona może przyjść, wszak Fortuna dicitur caeca, ostatnio widać to wyraźnie. Dzieci Soso naprawdę są nieprzeliczone, co więcej, w wielu miejscach Ziemi trwa permanentny casting na nowego Soso.

Tak by się chciało im powiedzieć, ale po co? Oni raczej nie zbłądzą na ten blog. Lecz Ty, miły Gościu, słuchaj, pomyśl, poczuj.

Dwie dziewczyny z cmentarza w Gatow (2)

Ewa Maria Slaska

Tam gdzie rosną miłorzęby…

Pisałam już o dziewczynach z cmentarza w Gatow, ale zrobiłam to jak zwykły dziennikarz – sprawdziłam, co znajdę w internecie i z tego, co znalazłam, ułożyłam wpis. Jednak nie dawała mi spokoju myśl, że normalnie tak nie pracuję i że jeżeli piszę o otaczającej mnie rzeczywistości, to zawsze przecież sprawdzam, jak ona wygląda. W każdym razie staram się sprawdzić. Gatow nie dawało mi więc spokoju. To bardzo odległa część miasta i na dojazd tam trzeba poświęcić kilka godzin. Raz już dotarłam nawet do Spandau, leżącego na odległych zachodnich rubieżach miasta i poczciwie poczekałam pół godziny na autobus jadący do Poczdamu przez Gatow, a gdy wreszcie podjechał, lunął tak potworny deszcz, że choćbym nawet znalazła cmentarz i groby, to i tak raczej utopiłabym aparat niż zrobiła jakąkolwiek fotę. Wróciłam więc do domu. Jak niepyszna.

Po raz drugi dotarłam do Spandau 23 lipca, bo miałam na 19 bilety na koncert Van Morrisona w Szpandawskiej Cytadeli. Tym razem pogoda dopisała. I szczęście też. Cmentarz jest wielki i pusty, i nie ma tam żadnych informacji, ponad to, co być musi. Są ogłoszenia, plan i pożółkła kartka o Yun I-sang (1917–1995), koreańskim muzyku, najbardziej prominentnej osobistości, którą tu pochowano. Nigdy o nim nie słyszałam, co oznacza zapewne, że nie słyszałam też niczego, co skomponował, tymczasem lista jego kompozycji jest długa, poczynając od kompozycji solowych a na czterech operach kończąc.

***
Kręcę się niepewnie przy wejściu na cmentarz, nie bardzo wiem, dokąd mam iść. W internecie znalazłam numer kwatery, gdzie pochowano Hatun Sürücü, ale nigdzie nie ma informacji, gdzie leży anonimowa syryjska uciekinierka z dzieckiem. Pytam dwoje czy troje ludzi wychodzących z cmentarza. Nikt nic nie wie. Wreszcie rezygnuję z prób dowiedzenia się czegokolwiek, idę w prawo i na sam koniec cmentarza, bo tam leży Hatun.

gatow-hatunJuż po wizycie na cmentarzu, ale jeszcze zanim opublikuję ten wpis, w berlińskim brukowcu pojawi się 29 lipca imię Hatun i informacja, że jej brat-morderca, który mieszka teraz w Istambule i prowadzi tam budkę z jedzeniem oraz pracuje dorywczo jako bodyguard, został niedawno – podobno przez pomyłkę – zatrudniony jako ochroniarz podczas jakiejś uroczystości urządzanej przez Ambasadę RFN w Turcji. Chyba dość poważne zaniedbanie, na ale cóż, każdy robi błędy, nawet Bóg…

Chodzę po cmentarzu mając nadzieję, że przez przypadek znajdę też  grób owej Syryjki. Zakładam, że jest nowy i że będzie go łatwo odróżnić. Założenie słuszne, ale nie do końca, bo ani po drodze, ani tam gdzie leży Hatun, nie ma nowych grobów. Nie ma też nikogo, kogo można zapytać.

Wracam, przy wyjściu spotykam Araba w bojówkach i zielonej koszuli. Nie wiem dlaczego, ale dochodzę do wniosku, że to pracownik cmentarza. Pomyliłam się. Nie jest pracownikiem cmentarza i nic nie wie o grobie. Idę dalej, niezadowolona z siebie, marny ze mnie dziennikarz, skoro nie umiem znaleźć miejsca, o którym niespełna miesiąc temu trąbiła cała prasa niemiecka. Pytam w kwiaciarni. Sprzedawczyni marszczy czoło, zamyśla się wyraziście, wreszcie mówi, na samym końcu, po lewej stronie, tam są nowe groby. Być może jest to kwatera 11 A. Wracam, nie ma, nie ma nowych grobów, nie ma tabliczek, trzej grabarze, którzy kopią nowy grób też nic nie wiedzą. I wtedy z daleka widzę “mojego” Araba w zielonej koszulce. Obok stoi jakiś drugi, w koszuli w kratę. Obaj machają bardzo podekscytowani. Już wiem, że znaleźli dla mnie ten grób. Wcale mnie to nie dziwi. Zapytałam, rzuciłam pytanie w przestrzeń, i grób się znalazł. Jak masz do zrobienia coś ważnego, to świat się tak właśnie spolegliwie układa.

Dróżki nie utwardzone, pełne kałuż po porannym deszczu. Błoto. Idę. Arab w koszuli w kratę prowadzi mnie kawałek dalej. Tu, mówi. Tu ona leży. A obok jej dziecko.

gatow-syryjka-2grobyWyższy grób to Mama, niższy – dziecko.
Niech odpoczywają w pokoju.

Nie ma żadnej informacji ani napisu. Nadal nie wiem, jak się dziewczyna nazywała. Nie wiem nawet, czy to na pewno jej grób. Ale wtedy widzę, że przy obu mogiłach posadzono drzewka miłorzębu japońskiego. Symboliczne drzewo, nie tylko zresztą w Berlinie, symbol zmartwychwstania i sił natury zdolnych pokonać zło, sprawione przez ludzi. W Berlinie powszechnie używany przez osoby zaangażowane politycznie. Kiwam głową, dziękując mojemu przewodnikowi. Tak, to na pewno tu.

gatow-gingko-grob gatow-gingko

Kwatera 12-A-20 i 21

Berliner Strassenmusik

Für Sigrid

Letztens bin ich zu einem sehr gelungenem Geburtstag eingeladen und Mo Calaz war eine der mehreren Trophäen, die ich von diesem Event so zu sagen “nach Hause” genommen habe. Er sang dort, er ist nämlich, wie er selber sagt, “buchbar”, und in der Woche trifft man ihm auf dem sog. Türken Markt. Immer Dienstag und Freitag, zwischen 12:00 und 14:00 Uhr.

Der Markt am Maybachufer in Neukölln ist mit der U-Bahn Linie 8 (U-Bhf. Schönleinstraße) zu erreichen. Außerdem hält dort der Bus 140.

maybachufer