Festiwal piosenki natrętnej X

Tomasz Fetzki

Kicy bidy i bokha, czyli natręctwo poza nadzieją

Przychodzi Viator do biura, gdzie Viatorka zwija i jeszcze przez kilka najbliższych tygodni zwijać będzie swą działalność, zanim odejdzie z dumnie uniesioną głową. Zwija i słucha muzyki. Podoba się Viatorowi ta muzyka, ale nie jest pewien jej kompozytora ani tytułu. Zgaduje przeto: Carmina Burana? Nie. Cóż więc, do diaska? Ta melodia, ten nastrój… Moment! No jasne – Preisner! Oczywiście, mój Viatorze.

I w tym momencie nieszczęsny, przeładowany balastem mniej lub bardziej wartościowych wspomnień, łeb Pielgrzyma produkuje asocjację. Podsuwa jeszcze inny utwór innego kompozytora. Inny, choć w nastroju zbliżony, a przy tym piękny i wart wspominania, nawet natrętnego. Ostatniemi laty, dzięki filmowi Papusza stała się ta pieśń nawet dość znana (w niektórych kręgach przynajmniej). Ale Viator wypina dumnie pierś, czuje się jak weteran, niemal tak, jakby wraz z Pierwszą Kadrową wymaszerował ongiś z Oleandrów. BO ON WŁASNĄ OSOBĄ BYŁ W NOC ŚWIĘTOJAŃSKĄ 1994 ROKU NA KRAKOWSKICH BŁONIACH I SŁUCHAŁ, I OGLĄDAŁ, PRAWYKONANIE HARF PAPUSZY! Ze swoją ukochaną Młodszą Siostrzyczką i jej najlepszą przyjaciółką, taką od zawsze i na zawsze.

Byli tam i chłonęli. Muzyka potężna, scenografia przytłaczająca (twórczość Hasiora przypadła skądinąd Viatorowi do gustu od wczesnej młodości; widocznie współgrała dobrze z jego pokręconą psychiką), któżby tam myślał wówczas o cykaniu fotek. A teraz nawet w Wielkiej Sieci trudno znaleźć zdjęcia z tego koncertu. Wtedy, o ile pamięć Wędrowca nie myli, najbardziej spodobał mu się utwór Traden Roma – Jadą Cyganie. Można go sobie posłuchać i zobaczyć, jak to wyglądało.

Za to bez żadnej wątpliwości Viator pamięta, iż był wówczas w tym szczególnym momencie swego jeszcze dość młodego, choć już dorosłego istnienia, gdy człowiek po raz pierwszy na serio zdaje sobie sprawę, że życie nie jest obietnicą beztroski, że lekko nie będzie, bo głuchy jest los i nadaremnie wzywasz go.

Co się od tamtego czasu zmieniło? Chyba tylko to, iż dziś Viator czuje się bogatszy o tę wiedzę, że los jest nie tylko głuchy, ale także ślepy, głupi i parchaty. Viatorka zwija swą działalność, przyjaciele na zawsze dawno gdzieś się zawieruszyli…

I jedynie wędrówka trwa. W taborze wygnańców, którzy tego losu nie wybierali. A wokół kicy bidy i bokha, ileż bied, ile głodów! Trwa wędrówka, przy dźwiękach natrętnej pieśni. Nie w beznadziei, ale w bez – nadziei. Nie w rozpaczy, lecz w gorzkiej i spokojnej świadomości, iż wiedzie donikąd. A warte uwagi jest tylko piękno. Gdy zaś połączą się dwa piękna – poezja Bronisławy Wajs i muzyka mistrza Jana czy Kantego, nie pamiętam tego… Drogi nie wskażą, ale nogi jakby mniej kamienne.

Lorenzo da Ponte przybywa do Triestu.

Lech Milewski

Przełom lat 1791-1792 – Lorenzo da Ponte przybywa do Triestu.

Spotkał tam wielu starych znajomych, atmosfera jak kiedyś w Wenecji. Da Ponte jednak zerkał w stronę Wiednia – czy zyska zaufanie Leopolda II?
Wydawało się, że tak. Leopold II odwiedził Triest, przyjął da Ponte na audiencji i rozmawiał z nim sympatycznie. Jednak na pytanie: czy mam wrócić do Wiednia? – odpowiedział: jeszcze nie przyszła na to pora.
Pora na powrót do Wiednia nie przyszła nigdy – Leopold II zmarł 1 marca 1792 roku, tron po nim przejął kolejny syn Marii Teresy – Franciszek II.
To robiło się skomplikowane, lepiej było rozejrzeć się za jakąś okazją na miejscu.

Znalazła się bardzo szybko.

Lorenzo poznał w Trieście rodzinę Grahl. Ojciec był zamożnym kupcem. Miał córkę Annę Celestynę Anastazję, którą nazywano Nancy. Podczas pierwszego spotkania Nancy miała twarz zakrytą welonem. Lorenzo zwrócił jej uwagę, że ma welon upięty w niemodny sposób.
– A jaki jest modny sposób? – spytała naiwna Nancy.
– Zaraz pani pokażę – odpowiedział Lorenzo i pod pretekstem poprawiania welonu obejrzał jej twarz – Nancy była piękna i młoda.
Oczywiście bardzo rozgniewał ją ten podstęp, ale, jak to zwykle bywa, Nancy i Lorenzo wkrótce bardzo się polubili. Ona uczyła go języka francuskiego, on ją włoskiego.
W niejasnych okolicznościach Lorenzo pełnił rolę swata Nancy ze swoim przyjacielem, mieszkającym w Wiedniu. Pośredniczył w przekazywaniu korespondencji. Coś dziwnie to podobne do przekazywania listów brata Angioletty w Wenecji. Wszystko było na dobrej drodze do czasu, gdy kandydat z Wiednia nie zapytał jaki też posag otrzyma jego wybranka. Ojciec Nancy wpadł w gniew, podarł list i zapytał Lorenzo:
– Czy chce pan moją córkę za żonę?
Lorenzo nie miał ani grosza, był o 20 lat starszy od Nancy, wiedział, że o posag nie należy pytać, poprosił tylko, żeby spytać Nancy o zdanie.
Zgodziła się. Cichy ślub odbył się 12 sierpnia 1792 roku.

Wkrótce potem udali się w podróż. Lorenzo zdecydował, że będzie to Paryż, wszak miał list polecający od zmarłego cesarza Józefa II do jego siostry Marii Antoniny, której bardzo podobała się opera La cosa rara.
Przed wyjazdem Lorenzo dostał na drogę 25 cekinów od miejscowego biskupa oraz 100 suwerenów od hrabiego Saur.
Jestem mocno zgubiony w różnorodności walut przepływających przez dłonie Lorenzo.
Cekin to była złota moneta bita w Wenecji. Nosiła również nazwę dukata.
Suweren to z kolei moneta brytyjska. Skąd się wzięła w Trieście? Wikipedia podaje, że została wprowadzona dopiero w 1815 roku. Wydaje mi się, że Lorenzo, pisząc pamiętniki w latach 1803-23, przeliczał darowizny na monety będące aktualnie w obiegu.

W Lichtenbergu – to już prawie Czechy – obawiali się grabieży i Nancy dała Lorenzo woreczek z pieniędzmi, aby je schował pod płaszczem. Zrobił to tak niezręcznie, że woreczek gdzieś wypadł. Poprosili lokalnego proboszcza, żeby ogłosił zgubę w kościele i ruszyli dalej – do Czech żeby odwiedzić Casanovę, który był winien Lorenzo kilkaset florenów. Spotkali go w Pradze. Okazało się jednak, że na zwrot pieniędzy nie ma co liczyć, Casanova miał mniej pieniędzy niż Lorenzo.
Korzystając z ich obecności Casanova poprosił, żeby nieco nadłożyli drogi i podrzucili go do Duchcova koło Teplic, gdzie pracował jako bibliotekarz u księcia Waldsteina.
Podróż nie była zbyt szczęśliwa, mieli wypadek i Lorenzo musiał ponieść dodatkowe koszty. Gdy dał Casanovie pieniądze na opłacenie wymiany karety, ten zabrał dla siebie dwa piastry.
W zamian dał Lorenzo aż trzy rady:
– nie jedź do Paryża, jedź do Londynu
– gdy będziesz w Londynie trzymaj się daleko Italian Cafe
– nikomu niczego nie podpisuj

Znowu nowa moneta – piastr. Słowo to po włosku oznacza cienką metalową płytkę. Moneta była srebrna i pochodziła z Hiszpanii. Jakże to stosowne, że pierwowzór Don Juana operuje właśnie taką monetą.
Dodam jeszcze, że w języku potocznym nazywano piastry – pieces of eight, lub hiszpańskimi dolarami. Że też trzeba było Casanowy, żebym się dowiedział co miał na myśli kapitan Flint – papuga Johna Silvera z Wyspy Skarbów. W polskim tłumaczeniu woła ona: talary, talary.

Lorenzo nie posłuchał pierwszej rady Casanowy i kontynuował podróż do stolicy Francji. Relacjonuje, że ich ostatnim przystankiem przed wjazdem do Paryża było Spires – nie znalazłem takiej miejscowości.

W gospodzie poznał młodego człowieka, ubiegającego się o względy pięknej panny. Gdy ten dowiedział się, że Lorenzo jest poetą, poprosił o napisanie wiersza, który pomoże mu w zalotach.
Proszę bardzo – Lorenzo od ręki napisał sonet – poskutkowało. Młody człowiek był tak szczęśliwy, że obdarował Lorenzo złotym zegarkiem, co było istotnym wzmocnieniem finansowym.
Następnego dnia dowiedzieli się o aresztowaniu Marii Antoniny.
Zdziwiło mnie to. Był już wrzesień 1792 roku, rewolucja francuska wybuchła trzy lata wcześniej. Maria Antonina została pierwszy raz aresztowana 21 czerwca 1791 roku. Od tego czasu stosunki francusko-austriackie były bardzo wrogie. W kwietniu 1792 roku Austria wypowiedziała Francji wojnę.
Wprawdzie królowa odzyskała pewną swobodę ruchów, ale chyba ostatnią rzeczą, na którą Lorenzo mógł liczyć, to zatrudnianie przez nią librecisty.
Drugie, ostateczne, aresztowanie Marii Antoniny nastąpiło 13 sierpnia 1792 roku czyli około miesiąca wcześniej.

W sumie, nie posłuchanie rady Casanowy wyszło jednak Lorenzo na dobre. I tak wylądowali w Londynie, a przy okazji zyskali złoty zegarek. Szczególnie zadowolona była Nancy, gdyż w Londynie mieszkała jej siostra.

W Londynie istniała opera włoska, mieściła się w King’s Theatre na Haymarket. Jej dyrektorem był William Taylor.
Stanowisko librecisty nie było obsadzone, ale Lorenzo dowiedział się, że ubiega się o nie niejaki Badini. Nie chciał zaczynać kariery w nowym miejscu od konfliktu z osiadłą tu osobą i poprosił o umowę na dostarczenie dwu librett na rok. Propozycja została odrzucona.

Równie bezowocne okazały się kontakty z tutejszą arystokracją, która nie wykazywała żadnego zainteresowania sztuką.
To również wydaje mi się dziwne. W tym okresie – 1792-95 – przebywał w Londynie Józef Haydn. Był to bardzo udany pobyt – Haydn skomponował w Londynie dwanaście symfonii, wszystkie spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem. Z Anglii wyjechał z 12,000 funtów oszczędności.
Niestety Lorenzo nie wspomina w pamiętnikach żadnej osoby ani wydarzenia, które jego osobiście nie dotyczyło.
Casanova radził, żeby został nauczycielem języka włoskiego. Odpowiedź Lorenzo: włoskiego uczą się tu tylko lokaje, szpiedzy i bandyci.

Mimo bardzo ostrożnego wejścia na londyński grunt Lorenzo wkrótce stał się celem ataków Badiniego, który produkował paszkwile, zarzucające Lorenzo rozpustę, kwestionujące jego małżeństwo, wypominające zdradę stanu kapłańskiego.

We wrześniu 1793 roku Lorenzo pojechał do Holandii, mając nadzieję, że otrzyma zlecenie na założenie włoskiej opery w którymś z bogatych miast niederlandzkich.
W trakcie tych zabiegów otrzymał dobrą wiadomość od Nancy – znalazły się pieniądze, które uważali za zagubione, uczciwy znalazca przesłał je do Anglii – całe 100 funtów.
Nancy przyjechała do Holandii, by towarzyszyć mężowi. Plany założenia opery zawiodły. Był już listopad, chłody, żyli o chlebie i wodzie. Jak zawsze praktyczny Casanova sugerował, żeby Nancy zaczęła sprzedawać swoje wdzięki. Na szczęście nadeszła radosna wiadomość od siostry Nancy z Londynu – przyjeżdżajcie natychmiast, Taylor zatrudnił Lorenzo. Do listu dołączone było 20 gwinei na podróż.

King’s Theatre finansowany był przez arystokrację, która miała tam wykupione na cały sezon loże, gdzie ucztowało się z zaproszonymi gośćmi, od czasu do czasu zerkając co też dzieje się na scenie. Oczywiście, że taka publiczność nie potrzebowała nowych oper.
Zadaniem Lorenzo było robienie składanek aktów czy scen z różnych oper. Nie satysfakcjonowało go to zupełnie, pisał listy do przebywającego w Petersburgu Martina y Soler, namawiając go do przyjazdu do Londynu. Ale Martin mial jeszcze kontrakt na rok i był bardzo zadowolony z pracy, cieszył się wielkim uznaniem Katarzyny Wielkiej, która nawet napisała libretto do jego opery Niefortunny bohater KosmetowiczKLIK.

Martin przyjechał na początku sezonu 1794/95, na początku zamieszkał w domu da Ponte. Wspólnie napisali operę La scala de’maritali, która odniosła duży sukces.
Sprawy artystyczne wyglądały dobrze, na dwanaście oper wystawionych w następnym sezonie połowa była autorstwa da Ponte.
Nancy i jej siostra Luise prowadziły kawiarnię w operze. Lorenzo założył drukarnię.

Być może te sukcesy uśpiły jego ostrożność, nie posłuchał ostatniej rady Casanovy – nie podpisuj niczego i podpisał weksle Taylora. Ten zreważował się polepszeniem warunków kontraktu a następnie zaproponował da Ponte wyjazd do Włoch w celu znalezienia dwóch śpiewaków dobrej klasy.

Otrzymał zaliczkę, wzięli wraz z Nancy wszystkie swe oszczędności i pojechali. Najpierw do rodzinnego Ceneda, zajechali 2 listopada 1798 na 76 urodziny ojca.
Nancy została z rodziną da Ponte, a on pojechał szukać śpiewaków w Wenecji. Było to dla Lorenzo wielkie przeżycie, wizyta po 20 latach wygnania. Spotkanie z wieloma przyjaciółmi. Pierwsze wrażenie z placu św Marka: dziobaty nos ogromnych rozmiarów – Gabriele Doria – to on wrzucił anonim do lwiej paszczy.
Nie minęło wiele czasu gdy pewnego wieczora Doria zastukał do jego drzwi, towarzyszył mu policjant – da Ponte ma do rana opuścić Wenecję.

Lorenzo udał się na poszukiwanie śpiewaków do Bolonii i Florencji, bez rezultatu. Zbliżała się zima, Nancy była w ciąży. Zdesperowany zaangażował dwójkę śpiewaków drugiej kategorii i udali się w drogę powrotną do Londynu. Wrócili w marcu 1799 roku z resztkami oszczędności.

Taylor był bardzo niezadowolony z przywiezionych śpiewaków. Tenor nie wystąpił ani razu, sopranistka tylko raz – zupełna klapa. Taylor odesłał ich oboje do domu, wkrótce potem zakończył kontrakt z da Ponte.

10 marca 1800 roku Lorenzo przygotowywał się do celebracji urodzin, gdy do drzwi zastukała policja i aresztowała go za poręczony przez niego weksel Taylora.
Dopiero po 24 godzinach wypuścili go z aresztu za kaucją, ale przez następne trzy miesiące aresztowano go jeszcze kilka razy.
Aresztowani zostali również Fedrici i Gaellini – obaj też podpisali weksle Taylora. Ten ostatni został kilka miesięcy wcześniej wybrany do parlamentu i chronił go immunitet poselski.

Przez pewien czas sprawy szły w dobrym kierunku. Da Ponte założył księgarnię, do której sprowadził cenne włoskie książki.
Taylorowi skończyła się kadencja w parlamencie, nie chronił go już immunitet poselski, w związku z czym uciekł do Francji. Da Ponte objął po nim stanowisko dyrektora King’s Theatre. W krótkim czasie wystawił trzy opery, do ktorych napisał libretta. Były to jego ostatnie libretta. W ciągu 27 lat napisał ich 50.

Księgarnia prosperowała dobrze i da Ponte postanowił przenieść ją w lepsze miejsce – znowu nie posłuchał rady Casanovy – w okolice Caffe Degl’Italiani.
Nie miało to żadnego związku z lokalizacją księgarni, ale jednak… Wróciły problemy weksli bez pokrycia. Trzeba było wszystko sprzedać. Nancy z czwórką dzieci pojechała w sierpniu 1804 z wizytą do rodziców, którzy przenieśli się na stałe do Nowego Jorku.

W kwietniu 1805 roku da Ponte miał spotkanie z wierzycielami – przedstawił swój stan majątkowy i plan spłaty długów. Tej samej nocy odwiedził go policjant i ostrzegł, że rano zostanie aresztowany. Zdołał jeszcze pobrać 100 gwinei a konto pensji i 7 kwietnia pożeglował na statku Columbia do Filadelfii.
Warunki podróży były fatalne – prycze bez materaca, fatalne jedzenie. Prócz Lorenzo na statku był tylko jeden pasażer – większość czasu spędzali grając w karty. Do Filadelfii Lorenzo dojechał z długiem 32 dolary 31 centów. Towarzysz podróży pożyczył mu pieniądze na dyliżans do Nowego Yorku.

Spotkanie z rodziną było dla obu stron miłym zaskoczeniem – z jednej strony była to całkowita niespodzianka, z drugiej – w ciągu 10 miesięcy Nancy zdołała odłożyć $7,000.

Za namową teścia Lorenzo założył sklep spożywczy w ELisabethtown, w sąsiednim stanie New Jersey.
W pamiętniku pisze: ja, który nie tak dawno pisałem ody dla koronowanych głów, tutaj piszę zamówienia na kiełbasę i suszone śliwki.
Nie wpomina, jak szedł mu handel, chyba obroty były spore, bo po kilku miesiącach, operując z właściwą mu zdolnością kredytami i pożyczkami, uzbierał $4,000 długu.
Trzeba było wszystko sprzedać i wrócić do Nowego Jorku.

Tu urodziło się piąte, ostatnie, dziecko – syn Charles, którego w domu nazywano Carlo.
W księgarni Lorenzo spotkał przypadkowo pana Clementa Clarke Moore. Ten zaprosił go na obiad u swego ojca – biskupa, który był również prezydentem Columbia College.
Nie minęły trzy dni, a Lorenzo zaczął prowadzić lekcje włoskiego w Columbia College dla dwunastu uczniów. Po tygodniu klasa się podwoiła.

Przed Nancy otworzyły się drzwi domów dobrego towarzystwa. Imponowała znajomością sześciu języków i umiejętnością gotowania.
Wkrótce Lorenzo założył Manhattan Academy for Young Gentlemen, a przy niej Nancy otworzyła Duponte Ladies Academy, gdzie uczono francuskiego, włoskiego, tańca i układania kwiatów.

W październiku 1810 roku Lorenzo da Ponte otrzymał obywatelstwo amerykańskie. Jego biografowie zauważają, że wbrew pozorom Lorenzo był nieomal modelowym Amerykaninem – energiczny, pełen energii i optymizmu. Bez wahania podejmował wyzwania w nieznanych sobie zawodach i dziedzinach.

Jednak znowu wykończyli ich wierzyciele. Musieli zlikwidować obie akademie. Lorenzo zdecydował sie, na przeprowadzkę do Sunbury, gdzie mieszkał ojciec Nancy.
Powód – być bliżej teścia, bo zbliża się czas na pisanie testamentu.
Lorenzo założył tu sklep spożywczy, firmę kurierską – L. de Ponty’s Wagons, zakład kapeluszniczy, gorzelnię. W roku 1814 był drugim największym podatnikiem w miasteczku.
Nadzieje na testament spełzły na niczym, teść go pominął.
Trudno to pojąć, ale w roku 1818 rodzina da Ponte przeniosła się do Filadelfii z niczym. W kwietniu 1819 roku wrócili do Nowego Jorku.

Lorenzo da Ponte

Lorenzo da Ponte. Opinia lekarza – świetna figura i zdrowie mimo 71 lat, tylko całkowicie bezzębny. Zapadnięte policzki i płonące oczy upodobniają go do Woltera.

Przez osiem lat Nowy Jork bardzo się zmienił. Dotkliwa zmiana to przybycie wielu Włochów. Szkoły włoskiego nie były już nowością. Co gorsza, znowu pojawiły się pamflety, wypominające przeszłość Lorenzo. Życzliwi rodacy wysyłali je do rodziców uczniów szkoły da Ponte.

Lorenzo zgromadził ponad tysiąc włoskich książek i znowu założył ksiegarnię, a przy niej stancję dla uczniów. W sąsiednim budynku była ciastkarnia i czasem, przez pomyłkę, klienci pytali w księgarni o ciastka.
Nasz klient, nasz pan. Lorenzo wywiesił tabliczkę – włoskie słodycze. Gdy ktoś o nie pytał wyciągał tom poezji Petrarki – to największa włoska słodycz.

W 1825 roku śpiewak i impresario operowy Garcia postanowił wystawić w Nowym Jorku Cyrulika Sewilskiego. Zwrócił się do Lorenzo da Ponte o pomoc…

Gdy przeczytałem powyższe nie wiedziałem czy śmiać się, czy płakać, czy zapaść pod ziemię jak Don Giovanni.

Toż cały ten cykl wpisów powstał w wyniku impulsu po przeczytaniu słów: “W roku 1825 włoska trupa operowa dawała w Nowym Jorku przedstawienia, między innymi Don Juan Mozarta ze sławną Malibran-Garcia w partii Donny Anny. Zjawił się na nich stary Włoch osiadły w Nowym Jorkui dziękował wykonawcom – jako autor opery! Myślano, że stary jest niespełna zmysłów...”

Karol Stromenger – Mozart.

Więc to wszystko pomyłka? Tylko i wyłącznie to wydarzenie spowodowało moje zainteresowanie pochodzeniem i losami Lorenzo da Ponte.
Najmocniej przepraszam, daję słowo, że dowiedziałem się o tym dopiero pisząc trzeci odcinek. Skoro zacząłem to już dokończę.

Opera włoska w Nowym Jorku – Lorenzo wreszcie poczuł się w swoim żywiole. To była zupełnie nowość w Ameryce. Znaleźć sponsorów, rozreklamować, skompletować orkiestrę. To ostatnie było najtrudniejsze. Lorenzo wspomina, że w całej Ameryce Północnej był tylko jeden oboista. Ostatecznie skład orkiestry był dosyć nietypowy, ale projekt zakończył się sukcesem.
25 listopada 1825 wystawiono Cyrulika Sewilskiego – było to pierwsze przedstawienie operowe w historii USA.
Na skutek nalegań Lorenzo opera wystawiła również Don Giovanniego. Został bardzo dobrze przyjęty i wystawiono go cztery razy.

Rok 1825 był bardzo szczęśliwy. Columbia College zaoferowało Lorenzo da Ponte pierwsze w historii USA stanowisko profesora języka włoskiego.
Wprawdzie kurs był nieobowiązkowy, a stanowisko bezpłatne, ale wydarzenie przeszło do historii.

W grudniu 1831 roku zmarła, młodsza od niego o 20 lat, żona – Nancy. Brat Nancy przyznał Lorenzo pensję w wysokości $200 rocznie.
W roku 1832 przybyła do USA kolejna włoska grupa operowa – Montresori. Lorenzo ponownie zaangażował się w jej promocję. Niestety tym razem było to niepowodzenie, po raz kolejny stracił pieniądze.

W tym samym roku, już 84-letni Lorenzo postanowił wybudować w Nowym Jorku gmach opery. Znalazł sponsorów, w krótkim czasie zgromadził $150,000.
Otwarcie Opera House nastąpiło 18 listopada 1833 roku, wystawili La gazza landra (Sroka złodziej) Rossiniego. Mimo początkowych sukcesów opera zakończyła pierwszy rok działalności deficytem $30,000 a po dwóch latach zbankrutowała.

Lorenzo napisał: Ja, który wprowadziłem włoską kulturę do Ameryki, nauczyciel 2,000 uczniów, poeta, autor 36 dramatów dla Salieriego, Weigla, Martina y Soler, Mozarta. Ja, nie mam w Ameryce chleba.

Chyba nie było aż tak źle. Z pamiętników Lorenzo nie wiemy prawie nic o jego dzieciach, ale do ostatnich lat życia otaczała go liczna rodzina.
Zmarł 17 sierpnia 1838 roku. W przeciwieństwie do Mozarta, pogrzeb Lorenzo na cmentarzu katolickim na Manhattanie był bardzo uroczysty, uczestniczyło w nim wielu profesorów Columbia University, wiele osobistości ze świata kultury.

A jednak, co za ironia losu, podobnie jak Mozart Lorenzo da Ponte nie ma grobu.
W związku z rozwojem miasta cmentarz na Manhattanie zlikwidowano. Szczątki pochowanych tam osób przeniesiono na Calvary Cemetery w dzielnicy Queens. Tylko nieliczni, którzy mieli okazałe grobowce rodzinne, zachowali indywidualne groby. Resztę pochowano bezimiennie.

W pażdzierniku 1987 roku, w 177 rocznicę uzyskania przez Lorenzo obywatelstwa USA, z ninicjatywy miejscowej gminy żydowskiej umieszczono na cmentarzu tablicę pamiątkową…

Grób L da Ponte

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok.
Anthony Holden – The man who wrote Mozart.

Lorenzo da Ponte przybył do Wiednia

Lech Milewski

Lorenzo da Ponte przybył do Wiednia na przełomie 1782-83 roku.

Salieri przeczytał list polecający, porozmawiał uprzejmie, poprosił o podanie adresu i obiecał skontaktować się, gdy będzie trzeba.
Potrzeba nadeszła dopiero za kilka miesięcy. Przez ten czas da Ponte żył w biedzie, na szczęście dzięki protekcji przyjaciół z Wenecji i Treviso znalazł ludzi, którzy go utrzymywali.
Wreszcie nadeszło wezwanie od Salieriego, a wkrótce potem spotkanie z cesarzem – Józefem II.

Jożefowi II warto poświęcić kilka słów. Był on najstarszym synem cesarzowej Marii Teresy i od dziecka przygotowywano go do przejęcia po niej tronu. Edukacja prowadzono duchu Oświecenia.
W roku 1765, w wieku 24 lat, został koronowany we Frankfurcie na Cesarza Świętego Imperium Rzymskiego. Przez 15 lat piastował to stanowisko wspólnie z matką, jako regent.
Po śmierci Marii Teresy – 29.10.1780 – zaczął panować samodzielnie i wprowadził wiele radykalnych reform – tolerancja religijna (Maria Teresa była zaciekłą przeciwniczką Żydów i prostestantów), ograniczenie roli kościoła, zniesienie feudalizmu i restrykcji w handlu, reformę systemu prawnego, likwidację cenzury, poparcie dla nauki. Był przy tym zwolennikiem władzy absolutnej i żywił przekonanie, że jego ród jest przeznaczony do sprawowanie takiej roli.
Wprowadzanie reform nie było łatwe, spotkały się z silnym sprzeciwem, wymagały wiele wysiłku i negocjacji. Na przykład likwidacja feudalizmu, która nie powiodła sie na Węgrzech. W Galicji chyba nawet nie próbowano jej wprowadzać. Do tego skomplikowana sytuacja międzynarodowa – konflikt z Prusami, wojna z Turcją. Zadziwiające, że przy tych wszystkich obowiązkąch Józef II znajdował tyle czasu na zajmowanie się sztuką, szczególnie muzyką.
Już po roku samodzielnego sprawowania władzy zdecydował się restaurować włoską opera na cesarskim dworze, właśnie w tym okresie spotkał się z Lorenzo da Ponte.
Więcej szczegółów tutaj – KLIK.

Da Ponte zrobił bardzo dobre wrażenie na cesarzu, który przyjął go na stanowisko poety cesarskich teatrów z bardzo dobrą pensją – 1200 florenów – i zachowaniem licznych swobód twórczych takich jak prawa autorskie i możliwość przymowania zleceń z innych źródeł.
Pierwsze służbowe zlecenie przyszło od Salieriego, efektem była opera Il ricco d’una giornoBogacz na jeden dzień. Salieri był zadowolony z libretta, jednak publiczność oceniła operę bardzo źle.
Cesarz nie był tak krytyczny, chciał zobaczyć następną operę autorstwa da Ponte.
Następną operą była Il burbero di buon cuoreMruk o dobrym sercu – oparta na sztuce Goldoniego. Kompozytorem muzyki był Vinzente Martin y Soler.
Ta opera odniosła duży sukces ku satysfakcji cesarza, który podwyższył da Ponte pensję. Należało iść za ciosem, ale kto ma być kompozytorem?

Salieri, po niepowodzeniu Il ricco d’una giorno, związał się z Giambattista Casti i razem z nim stworzyli kilka oper.
Dość przypadkowo nawinął się W. A. Mozart. Mozart nie miał zbyt wielkiego doświadczenia operowego. Ostatnią jego operą było napisane w roku 1782 Uprowadzenie z Seraju, które cieszyło się umiarkowanym powodzeniem.
Teraz przyszła kolej na operę włoską. Zaczęli pracę nad operą według pomysłu Mozarta, ale po napisaniu uwertury i kilku arii zrezygnowali.

W tym czasie powodzeniem u wiedeńskiej publiczności cieszyła się opera Paisiello – Cyrulik Sewilski oparta na sztuce Pierre’a Beumarchais. Ten sam autor napisał ciąg dalszy Cyrulika – Wesele Figara. Mozart postanowił napisać operę opartą na tej sztuce.
Czytelników, którym Cyrulik Sewilski kojarzy się z Rossinim, uspokajam – mają rację. Rossini napisał w roku 1816 Cyrulika Sewilskiego, który nadal cieszy się wielkim powodzeniem. Cyrulik autorstwa Paisiello poszedł w niepamięć, ale nie tak szybko. Podczas premiery opery Rossiniego zwolennicy Paisiella zorganizowali bardzo gwałtowny protest. Dopiero drugie przedstawienie osiągnęło pełen sukces.

Mozart prawdopodobnie nie znał, albo nie potrafił ocenić, treści Wesela Figara. Jej istotnym elementem jest krytyka uprzywilejowanej roli arystokracji. Nawet w Wiedniu rządzonym przez postępowego Józefa II ta sztuka była zakazana.
Niektórzy uważali ją za zwiastuna Rewolucji Francuskiej (1789). Danton powiedział o niej – likwidacja szlachetnie urodzonych.
Hrabia Wetzlar – sympatyk do Ponte i wielbiciel Mozarta – sugerował, że należy się nastawić na wystawienie opery w Paryżu lub Londynie i był gotów to sfinansować.
Da Ponte zapewnił go, że w jego libretcie sztuka zostanie skrócona i zmodyfikowana na tyle, że nie przysporzy żadnych problemów. Co istotne to zdołał o tym przekonać cesarza.

Mozart uważał, że w operze słowa są córą muzyki i bardzo się angażował w tworzenie libretta. Da Ponte dodał do tego sceniczną formę, dowcip i osobowość głównych postaci.
O wpływie Mozarta na kształt libretta może świadczyć statystyka – w librettach da Ponte dla innych kompozytorów arie stanowią 65% czasu trwania opery, u Mozarta – poniżej 50%.

Premiera opery 1 maja 1786 roku była wielkim sukcesem. Jeszcze większy sukces opera osiągnęła w Pradze, gdzie została wystawiona w styczniu 1787 roku. Efektem było zamówienie kolejnej opery tych samych autorów. W Pradze istniała tradycja wystawiania premier kolejnych operowych wersji historii pewnego rozpustnika. Do tego czasu wystawiono już dwie. Logiczne było, że u Mozarta zamówili właśnie Don Giovanniego.
Mozart odwiedził Pragę w styczniu 1787 roku, z okazji wykonania jego Symfonii nr 38, z tego powodu nosi ona nazwę Symfonii Praskiej.

Póki co Da Ponte kontynuował współpracę z Martinem y Soler – ich wspólna opera Una cosa raraKLIK – była ogromnym sukcesem. Ciekawe, że główną postacią męską w tej operze jest uwodziciel – książę Don Giovanni. Drugim istotnym faktem jest, że opera bardzo spodobała się najmłodszej siostrze cesarza – Marii Antoninie.
Podczas pisania tej opery zgłosili się do Lorenzo Salieri a po nim Mozart – z zamówieniem opery Don Giovanni.
Da Ponte cieszył się ogromnym powodzeniem – odrobina statystyki – w 1786 roku wystawiono w Wiedniu 32 opery w tym 10 to były opery nowe, 6 z nich miało libretta autorstwa Lorenzo da Ponte.

Cesarz Józef II śmiał się, że da Ponte nie da sobie rady z trzema operami naraz. Da Ponte odpowiedział: operę dla Mozarta będe pisał w nocy, inspiracją będzie Piekło Dantego, dla Martina y Soler będę pisał rano czytając Petrarkę, dla Salieriego – wieczorem – przy lekturze Torquato Tasso.
Być może natchnienia dodawało mu również zauroczenie 16-letnią córką gospodyni domu, w którym mieszkał.
W pamiętnikach wspomina, że pracował 12 godzin dziennie, a piękna panna musiała cały czas przebywać w pobliżu, w sąsiednim pokoju, aby móc przynieść mu napoje lub owoce. Czasem, często, musiała po prostu być blisko niego, czytać książkę lub patrzeć przez okno.

Przy tej okazji należy chyba wspomnieć, że również w Wiedniu życie uczuciowe Lorenzo da Ponte kwitło. Jego ukochaną była Adriana da Bene zwana La Ferrarese – KLIK. Mozart uważał ją za śpiewaczkę drugiej kategorii, cesarz Józef uważał, że jest brzydka, Lorenzo da Ponte w dużej mierze się z nimi zgadzał, ale jednak serce nie sługa – zakochał się. Był to znowu romans pełen emocji – zdrad i awantur. Istotne jest, że wystąpiła w pierwszoplanowych rolach w Weselu Figara i Cosi fan tutte.

Skoro zszedłem na tematy życia osobistego, to wspomnę również pewną słabość Mozarta. Były nią żakiety. Nawet wiedeńczyków szokowały swoim krojem, intensywnymi kolorami, wykończeniem.
Poniżej fragment listu Mozarta do baronessy von Waldstatten:
… piękny czerwony żakiet bezlitośnie łaskocze moje serce. Gdzie można go kupić i za ile? Muszę mieć taki żakiet żeby był warty moich zabiegów, żeby dostać do niego te guziki, o ktorych nie mogę zapomnieć – widziałem je w sklepie z guzikami Brendau, naprzeciw Milano na Kohlmarkt. Biały, z macicy perłowej z białymi kamieniami na krawędzi i żółtym w środku…
Baronessa aluzję zrozumiała – żakiet z wymarzonymi guzikami dostarczono kompozytorowi w ciągu kilku dni.
Sprawdziłem na internecie – na Targu Węglowym w Wiedniu nie ma obecnie sklepu Brendau ani sklepu Milano. Najnowsze fasony z Mediolanu oferuje Dolce & Gabbana.
Poniżej scena z filmu Amadeus, też ciekawy żakiet…

Amadeus

Wracam do tematu – Don Giovanni – opera, od której ta seria wpisów się rozpoczęła.
Opowieść o rozpustniku, którego podboje zakończyły się wizytą kamiennego gościa, została po raz pierwszy spisana około roku 1630 przez Tirso de Molina.
Inspirowała ona wielu twórców, najbardziej znana jest zapewne sztuka Moliera – Don Juan.

Dla Mozarta była to okazja do włączenia do opery muzyki poważnej a nawet pełnej grozy. Salieri dodał do tego wiele żartobliwych akcentów. Według mnie właśnie to połączenie buffa-seria nadaje operze wyjątkowy smak.
Wesele Figara i Cosi fan tutte są według mnie lepsze muzycznie, ale jeśli chodzi o operę jako całość to pierwszeństwo daję Don Giovanniemu.

Termin premiery ustalono na 14 października 1787, gdyż na ten dzień zaplanowana była wizyta w Pradze Marii Teresy – bratanicy cesarza Józefa.
Mozart nie był w stanie dotrzymać tego terminu, gdyż zamówienie dotarło bardzo późno. Podobno zostało złośliwie przetrzymane w dworskiej kancelarii. W rezultacie 14 października zamiast Don Giovanniego wystawiono Wesele Figara.
Aby nadrobić opóźnienie Mozart i da Ponte w październiku 1787 roku przebywali już w Pradze. Odwiedził ich tam najbardziej stosowny gość – Giacomo Casanova. Nie ulega wątpliwości, że jego liczne i powszechnie znane podboje miłosne zostały wykorzystane w operze.
Casanova wspomina w pamiętnikach, że orkiestra opery w Pradze była zdenerwowana opóźnieniem w tworzeniu opery. Mozart codziennie dostarczał fragmenty kompozycji na kolejne próby i zdesperowani członkowie orkiestry uwięzili go w pokoju i obiecali wypuścić dopiero jak dostarczy kompletną partyturę. Casanova twierdzi, że uwolnił Mozarta z “aresztu”.
Faktem jest, że uwertura do opery została napisana w przedzień jej premiery – proszę posłuchać – KLIK .
Chyba dopiero w 1948 roku, podczas przeglądania archiwów zamku książąt Waldsteinów w Duchcovie, znaleziono dokumenty Casanovy, który tam mieszkał i pracował do śmierci. Wśród nich znajdowały się szkice dwóch scen drugiego aktu Don Giovanniego, które zostały wykorzystane w operze.
Warto zauważyć, że Da Ponte w tym samym okresie współpracował z Salierim i był często wzywany przez niego do Wiednia. W tej sytuacji pomoc librecisty amatora była bardzo pomocna.

Poniżej zamek w Duchcovie – ostatnia przystań Casanovy…

Duchcov

Premiera Don Giovanniego odbyła się 29 października 1787 roku i była ogromnym sukcesem. Da Ponte nie był na premierze, kilka dni wcześniej został wezwany przez Salieriego do Wiednia.
Praga była tak oczarowana muzyką Mozarta, że proponowano mu przeniesienie się tam na stałe.
Nie przyjął tej propozycji. Po pierwsze Praga była tylko prowincjonalną stolicą, brakowało arystokracji, która była w Wiedniu jego głównym sponsorem. Istotny pewnie był również fakt, że w tym czasie zmarł Christoph Wilibald Gluck, dyrektor muzyczny na cesarskim dworze w Wiedniu i cesarz Józef II zaproponował to stanowisko Mozartowi – dożywotnio – z pensją 800 florenów rocznie, znacznie mniej niż wynosiło wynagrodzenie Glucka czy Da Ponte.
Warto wyjaśnić, że dyrektor muzyki nie miał nic wspólnego z operą, zajmował się doborem muzyki na dworskie imprezy, czasem komponował tańce na bale, a zatem nie stanowił konkurencji dla Salieriego.
Wykorzystam tę okazję żeby nieco rozwiać mit o niechęci Salieriego do Mozarta, ich wzajemnej konkurencji a nawet podejrzenie, że Salieri przyczynił się do śmierci Mozarta.
Ten ostatni paszkwil to – jakżeby inaczej – wina Putina…
…to znaczy Puszkina, Aleksandra, ale w obecnych czasach Putin lepiej się rymuje.
W 1830 roku Aleksander Puszkin napisał sztukę Mozart i Salieri, w której ten ostatni truje Mozarta. To bardzo dobrze wpisywało się w klimat romantycznych tragedii i stało się powszechnym przekonaniem.

Wróćmy do opery. Premiera Don Giovanniego odbyła się w Wiedniu w maju 1788 roku i została przyjęta z pewnym zaskoczeniem. Cesarz pocieszał Mozarta – wiedeńczykom jeszcze nie urosły zęby do zgryzienia tej opery. Zresztą Wesele Figara, ktorego premiera była wielkim sukcesem, też nie zyskało wielkiej popularności. Podczas życia Mozarta wykonano je 15 razy.
W sumie, w latach 1785-90, opery Mozarta wystawiono w Wiedniu 25 razy. Czołówkę kompozytorów operowych stanowili: Paisiello – 160 spektakli, Salieri – 138, Cimarosa – 124.

Rok 1788 – Austria toczyła wojnę z Turcją i w skarbie zaczęło brakować pieniędzy. Cesarz Józef nosił się z zamiarem zamknięcia opery. Lorenzo da Ponte poprosił o pozwolenie znalezienia sponsorów, którzy sfinansują operę. Znalazł dość szybko, opera została uratowna. Być może w rewanżu cesarz zamówił u duetu Mozart-da Ponte kolejną operę – Cosi fan tutte.
Wybór tematu dość zaskakujący – naiwna intryga dobra dla teatrzyku marionetek. Jednak duet autorów zabrał się do pracy z entuzjazmem. Sprawa stała się poważna, gdy zmęczony trudami wojny z Turcją cesarz zapadł na poważną chorobę. Koniec roku 1790. Trzeba się spieszyć, żeby wystawić operę jak najszybciej, niech nie daj Boże cesarz umrze, to cały wysiłek pójdzie do kosza.
Zdążyli – premiera Cosi fan tutte odbyła się w styczniu 1790 roku, Józef II zmarł 20 lutego. W sumie wystawiono operę 4 razy i nie cieszyła się powodzeniem. Zła passa Cosi fan tutte trwała przez cały wiek XIX. Środowiska protestanckie uważały, że jest wulgarna i relatywizuje tradycyjną moralność. W rezultacie wystawiano tylko jej fragmenty uzupełniane wstawkami z innych oper. Premiera opery w USA odbyła się dopiero około 1920 roku.

Rok 1791 – ostatni rok życia Mozarta – zapomnijmy na chwilę o Lorenzo da Ponte.
W tym roku napisał on dwie opery – La clemenza di Tito – znowu zamówienie z Pragi – na ceremonię koronowania Leopolda, następcy cesarza Józefa II, na króla Czech. Libretto napisał wspominany już w tym cyklu przyjaciel Lorenza da Ponte – Mazzola. Premiera odbyła się 6 października 1791 roku, kilka godzin po koronacji Leopolda. W kolejnych latach opera cieszyła się dużym powodzeniem, była pierwszą opera Mozarta wystawioną w Londynie (1806).
W tym samym czasie Mozart pracował nad Czarodziejskim Fletem zamówionym przez Emanuela Schikanedera, który napisał libretto, wystawił operę w swoim teatrze i na premierze (30 września 1791) wystąpił w roli Papageno.
Opera została przyjęta bardzo dobrze, w ciągu roku po premierze została wystawiona ponad 100 razy. Niestety Mozart już wtedy nie żył – zmarł 5 grudnia 1791 roku.

Ostatnie dwa miesiące życia Mozarta są nieco zagadkowe. Nie mam tu na myśli tajemniczego klienta, który zamówił Requiem, pozostaję przy sprawach codziennych – brak pieniędzy. Zachowało się wiele listów kompozytora z prośbami o pożyczenie pieniędzy i odroczenie terminów spłat długów. A co się stało z dożywotnią pensją, z honorariami za Łaskawość Tytusa i za Czarodziejski Flet?
Tragedii dopełnia legenda o pochówku we wspólnym grobie dla biedaków.
To ostatnie to całkowita pomyłka,  jest to błędna interpretacja terminu – grób komunalny. Taki grób, w przeciwieństwie do grobów prywatnych, był po dziesięciu latach przekazywany administracji cmentarza.
W tamtych czasach prywatne groby kupowała tylko arystokracja i bardzo bogaci mieszczanie. Klasy średnie zadowalały się grobem komunalnym i na ogół po dziesięciu latach nie wykupowały go na własność. Tak właśnie stało się z grobem Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Poniżej pomnik na przypuszczalnym miejscu grobu Mozarta na St Marxer Friedhof w Wiedniu…

Grób Mozarta

Wracam do tematu.
Lorenzo da Ponte był jednym z niewielu, którzy wykazali się lojalnością w stosunku do cesarza Józefa II w ostatnich godzinach jego życia i po śmierci. Wszyscy na dworze wiedzieli, że następca Józefa – Leopold II – zazdrościł starszemu bratu i czekał na objęcie po nim tronu.
Dworacy się nie mylą. Lorenzo da Ponte popadł w niełaskę i wkrótce stracił posadę. Nieco wcześniej porzuciła go jego ukochana Ferrarese i wyjechała do Wenecji. Nie minęło wiele czasu, a nie wpuszczono go na cesarski dwór.
Wyjechał do ostatniej przystani wielu wygnańców – do Triestu.

Zakończenie w następnym odcinku.

Żródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard, Londyn 1929
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte
Rodney Bolt – The libretist of Venice

Lorenzo da Ponte (2) Tułaczka

Lech Milewski

Kara

Rok 1776 – Lorenzo utracił pracę w Treviso – przeniósł się do Padwy.
Odetchnąłem z ulgą. Na początku poprzedniego wpisu wyrażałem wątpliwości, czy Lorenzo da Ponte mógł mieć kwalifikacje do pisania o grzechu czy rozpuście. Po zapoznaniu się z faktami wykrzyknąłem – ma, aż nadto, dosyć tego, basta!
Zagłębiłem się ponownie w materiałach źródłowych, oczekując, że teraz znajdę informacje o karze – drugiej połowie kwalifikacji autora libretta do opery z podtytułem rozpusta ukarana.

Oto co znalazłem –

Padwa (to nadal Republika Wenecka)

Najmłodszy brat Lorenzo, Luigi, studiował tu medycynę. Był to bardzo trudny okres. Mimo bardzo skromnych oszczędności Lorenzo starał się utrzymywać wysoki standard życia. Większość czasu spędzał w kawiarniach literackich, gdzie brylował w środowiskach literatów i intelektualistów. Budżet reperował wygranymi w domino i warcaby.
Koło fortuny przekręciło się na dobrą stronę, gdy jego przyjaciel Mazzola załatwił mu posadę sekretarza u wysoko postawionej weneckiej rodziny Zaguri.

Wenecja

Da Ponte otrzymał również posadę nauczyciela w domu szlachetnie urodzonego Giorgio Pisani. Prócz powyższych zajęć pełnił oczywiście obowiązki kapłańskie – regularnie odprawiał msze w kościele św. Łukasza (San Luca) – KLIK.

Casanova

Od razu wpadł w wir kontaktów literackich. Z racji pracy u Giorgio Pisani zainteresował się również sprawami polityki.
W Wenecji spotkał się po raz pierwszy z Giacomo Casanovą.
Casanova znał i cenił twórczość poetycką da Ponte. On sam w tym okresie (miał 50 lat) wycofał się z aktywnego życia, publikował nieco, ale bez powodzenia, jego głównym źródłem utrzymania była regularna pensja wypłacana przez władze miasta za pisanie donosów o tym, co też usłyszał od swoich znajomych.

Przypuszczalny portret Casanovy, przypisywany Alessandro Longhi lub Pietro Longhi

Da Ponte zamieszkał w domu pani Laury Bellaudi. Mieszkał tam również jej syn Carlo z żoną Angiolettą. Lorenzo da Ponte nie wspomina o niej w swoich pamiętnikach, dotyczących tego okresu, dopiero dokumenty znalezione 150 lat później wyjaśniły tę sprawę.
W 1942 roku ukazał się artykuł La vera ragione della fuga di Lorenzo da Ponte da Venezia (Prawdziwe powody ucieczki Lorenzo da Pointe z Wenecji). Była to relacja oparta na protokołach zeznań świadków przed Esecutori contro la bestemmia – Trybunałem do spraw moralności. Trybunał działał na podstawie anonimowego donosu wrzuconego do paszczy lwa przed kościołem San Moise (św. Mojeżesz). To był wtedy przyjęty zwyczaj.

Z donosu, potwierdzonego później zeznaniami świadków, wynikało, że Lorenzo miał romans z piękną Angiolettą, mimo że była ona już w piątym miesiącu ciąży.
Carlo, mąż Angioletty, miał w tym okresie również romans i korzystał z usług da Ponte w przesyłaniu swojej kochance listów.
Pewnego razu, Lorenzo – oczywiście niechcący – zajrzał do listu i przeczytał, że Carlo obiecuje kochance, że aby się z nią na stałe połączyć, zabije własną żonę. Dobrą okazją będzie poród.
Lorenzo natychmiast powiadomił Angiolettę o niebezpieczeństwie, oboje uciekli z domu Bellaudi i przenieśli się do domu kuzyna Lorenzo. Tam nastąpił poród.

Następnego dnia kuzyn Lorenzo i położna zanieśli dziecko do domu ojca, Carla Bellaudi, ale ten odmówił jego przyjęcia i zostało oddane do zakładu dla podrzutków.
Istnieje uzasadnione podejrzenie, że ten list ze wzmianką o zamiarze morderstwa, został sfabrykowany przez Lorenzo, gdyż napisany jest poprawnym jezykiem, podczas gdy oryginalne listy Carla były pełne błędów.

Lorenzo wynajął mieszkanie, w którym zamieszkali razem. Wkrótce Angioletta ponownie zaszła z ciążę.
Mieszkania zmieniali dość często, przez pewien czas mieszkali w burdelu. Lorenzo nie wykazywał zazdrości z powodu swobodnych kontaktów Angioletty z klientami, mało tego – przygrywał gościom lokalu na skrzypcach – w sutannie, gdyż innego ubrania nie posiadał.
Sprawa była na tyle znana, że proboszcz kościoła św Łukasza zabronił Lorenzo odprawiania nabożeństw.

W czerwcu 1779 roku Lorenzo da Ponte stanął przed sądem.
Według niego przyczyną pozwu były jego poematy popierające Giorgio Pisani, który w tym czasie ostro atakował władze za korupcję. Poematy te były bardzo popularne zarówno w kołach artystycznychy jak i wśród pospólstwa. Władze, chcąc uniknąć oskarżenia o proces polityczny, postawiły mu zarzut niemoralnego życia.

W pamiętnikach Lorenzo bardzo szeroko rozpisuje się o działalności Giorgio Pisani. Wyrok wspomina wzmiankowo, jako główną przyczynę opuszczenia Wenecji podaje niechęć życia w mieście, które tak potraktowało człowieka formatu Giorgio Pisani.

Lorenzo z Angiolettą przenieśli się do Padwy gdzie urodziło im się dziecko – oddali je do zakładu dla podrzutków.

W grudniu 1779, ogłoszono wyrok – 15 lat banicji z Serenìsima Repùblica Vèneta. W przypadku przebywania na terenie Republiki 7 lat więzienia w celi bez światła.
Uzasadnienie wyroku – mala vita oraz rapto di donna honesta.

W momencie ogłaszania wyroku Lorenza już nie było na terenie Republiki, uciekł do miasta Gorizia – KLIK – obecnie we Włoszech, na granicy ze Słowenią, wtedy była to Austria.
Piękna choć lekkomyślna Angioletta nie pozostała długo w Padwie. Jej mąż Carlo zabrał ją do domu i żyli razem długo i szczęśliwie.

Angioletta pojawia się w pamietnikach Lorenzo da Ponte dopiero w relacji z wizyty we Włoszech 20 lat po opisywanych tu wydarzeniach. Wspomina o jej dramacie i odkryciu morderczego planu jej męża. Twierdzi, że pomógł jej znaleźć mieszkanie i odwiedzał ją często z bezinteresownej troski, w której pewnie był element idealistycznej miłości.

Gorizia

Gorizia

Austria pod srogimi rządami Marii Teresy była znacznie mniej tolerancyjna od Wenecji, szczególnie dla księży. Jednak pierwsza relacja Lorenzo z gospody, w której się zatrzymał była nastepująca:
Gospodyni była bardzo piękna, młoda, o dobrej cerze i żywym charakterze. Ubrana na sposób niemiecki: na głowie czepiec ze złotą lamówką, wokół alabastrowej szyi bogaty wenecki łańcuch zwijający się conajmniej trzydzieści razy i opadający zwojami na jej kusząco zakryty biust. Obcisły żakiet ze swawolną elegancją podkreślał jej zgrabną figurę a jedwabne pończochy zdążające do różowych bucików prezentowały pożądliwemu oku zgrabny kształt jej stóp.

Gorizia była bardzo dobrym miejscem. Niezbyt odległa od Wenecji, umożliwiała łatwy kontakt ze starymi przyjaciółmi. Miała bardzo dobry klimat, dzięki czemu była miejscem wypoczynku popularnym wśród Włoskich notabli. Według Lorenzo była miejscem gdzie erudycja i miłość do literatury były znacznie wyżej cenione niż pieniądze czy pozycja społeczna.
Była również od wielu lat uznanym centrum wydawniczym.

Da Ponte rzucił się w wir twórczości, publikował liczne wiersze, napisał dwie sztuki teatralne. Co istotne, zyskał sobie sympatię hrabiego Torriani, który zaoferował mu gościnę.
Od przejeżdżającego przez Gorizię przyjaciela, Caterino Mazzola, dowiedział się, że Giorgio Pisani został aresztowany.
Mazzola udawał się do Drezna, co skłoniło da Ponte do rozważań, czy by nie przenieść się do tego miasta o dużo większym potencjale niż Gorizia. Dziwnym trafem dwa miesiące później otrzymał z Drezna list zapraszający i wzmiankujący o posadzie na dworze Elektora Saksonii.
Liczni przyjaciele żegnali go bardzo serdecznie i szczodrze wspomogli listami polecającymi oraz pieniędzmi na drogę.
Po drodze zatrzymal się na kilka dni w Wiedniu, pogrążonym właśnie w żałobie po śmierci Marii Teresy (29 listopada 1780).
Bardzo użyteczny okazał się list polecający do księcia Cobelnz (sic), który przyjął go miło i dał mu w prezencie książkę z dołączonymi 100 florenami na dalszą drogę.

Drezno

Pierwsze kroki skierował do Mazzoli, który był bardzo zaskoczony tą wizytą. Na dworze elektorskim nie było żadnej wolnej posady, nie sposób było zidentyfikować autora listu otrzymanego przez Lorenzo.
Według niego była to zemsta jakiegoś wroga w Gorizia.

Mazzola zaoferował mu jednak gościnę, a da Ponte pomagał mu w licznych zadaniach pisarskich. Istotną ich część stanowiły libretta.
Mazzola wysoko oceniał prace Lorenzo i dziwił się, dlaczego dotąd nie zrobił kariery jako librecista. Według Lorenzo był to zawód podle opłacany przez dyrektorów oper, którzy wszystkie pieniądze przeznaczali na wynagrodzenie dla śpiewaków.
Współpracując z Mazzolą korzystał często z biblioteki włoskich sztuk teatralnych wykorzywanych w librettach operowych. W pamiętnikach pisze, że załamał ręce i poczuł ogromny wstyd, że włoska kultura wyprodukowała tak słabe dzieła.
Jeśli chodzi o same libretta to stwierdził, że dyrektorzy oper i kompozytorzy nie zwracają wiele uwagi na treść opery, całe zainteresowanie koncentrują na ariach. Często się zdarza, że na żądanie solisty tworzy się arię nie mającą żadnego związku z treścią sztuki. Podaje przykład śpiewaczki, która odniosła wielki sukces wykonaniem sceny szaleństwa. Gdy miała wystąpić w nowej operze, zażądała aby jej centralnym punktem była scena szaleństwa.

Dość szybko Lorenzo poczuł, że Mazzola nie jest zadowolony z jego pobytu w Dreźnie. Obawiał się, że da Ponte może łatwo stać się jego poważnym konkurentem.
Osobna sprawa to kolejna przygoda miłosna. Lorenzo poznał malarza, który miał żonę “chociaż około 40-tki to nadal bardzo piękną” oraz dwie córki Rosinę i Camilettę.
W obu śmiertelnie się zakochał – z wzajemnością. Jednocześnie flirtował z ich matką.
Tego było za dużo – matka postawiła mu ultimatum – musi wybrać jedną z córek. Ojciec był bardziej stanowczy – przyprowadził obie córki i polecił im pożegnać Lorenzo, gdyż już go więcej nie zobaczą.
Lorenzo zdołał jeszcze przekazać matce panien list pożegnalny: …pierwszy raz wymawiam to słowo – pokochałem je. Mam nadzieję, że te dwa ziemskie anioły i moje serce już nigdy nie pomyślą o miłości.
Nic dziwnego, że po takim przeżyciu Drezno go przygnębiało.

Wkrótce potem Mazzola, w formie żartu, przeczytał mu fragment listu, jaki otrzymał z Wenecji: …ten da Ponte przybył do Drezna żeby cię wysadzić ze stanowiska dworskiego poety. Przyjacielu strzeż się, ci da Pontowie są niebezpieczni o czym dobrze wiesz.

Żart czy nie, należało znaleźć nowe miejsce i wybór padł na Wiedeń.
Podobnie jak w Gorizia znowu został na drogę szczodrze wyposażony przez przyjaciół. Najważniejszy był jednak list polecający od Mazzoli do Antonio Salieri – kompozytora na cesarskim dworze:
Drogi Salieri,
…przedstawiam ci mego przyjaciela Lorenzo das Ponte, zrób dla niego wszystko co zrobiłbyś dla mnie. Jego serce i talent zasługują na to. Jest on – pars animae dimidium mea (połową mej duszy).

Ciąg dalszy nastąpi.

Kilka słów o pamiętnikach Lorenzo da Ponte. Rozpoczął pisanie ich w 1807 roku, ukończył w roku 1823 czyli 15 lat przed śmiercią. Opisuje w nich szczegółowo swoją twórczość, liczne kontakty w świecie artystycznym oraz niezliczoną ilość skierowanych przeciw niemu intryg.

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte
Anthony Holden – The man who wrote Mozart

Autor najlepszych oper Mozarta

Z Australii tekst(y, bo będą przez trzy czwartki) dokładnie wpasowane w początek sezonu operowego w Berlinie. W Deutsche Oper w niedzielę odbyła się premiera Cosi fan tutte Mozarta z librettem Lorenza da Ponti. Najbliższe wystawienia 1, 8, 11 i 14 października

Lech Milewski

W roku 1825 włoska trupa operowa dawała w Nowym Jorku
przedstawienia, między innymi Don Juan Mozarta
ze sławną Malibran-Garcia – KLIK – w partii Donny Anny.
Zjawił się na nich stary Włoch osiadły w Nowym Jorku
i dziękował wykonawcom – jako autor opery!
Myślano, że stary jest niespełna zmysłów, bo przecie
Don Juana napisał Mozart,
nieżyjący już wówczas
od lat trzydziestu czterech.
Okazało się, że…
Karol Stromenger – Mozart – PIW 1962

Opera Don Juan a raczej Don Giovanni, jak to właściwie było z tym autorstwem?
Sięgnijmy do źródeł. Oto plakat z października 1788 roku, premiera opery w Dreźnie…

don_giovanni-german_advertkl

Rozpusta ukarana albo Don Juan. Wielka śpiewogra w dwóch aktach.

Uwaga, mamy go –

Die Poesie ist von dem Kais. Konigl. Theaterdichter Herrn Abe da Ponte eigehändl. verfertiget
Und die ganz neue vortreffliche Musik ist von dem beruhmten Kapellmeister Herrn Mozart, ebenfalls ausdrucklich dazu komponiert worden.

Poezja autorstwa cesarsko-królewskiego librecisty pana opata da Ponte własnor. przygotowana.
Całkiem nowa nadzwyczaj stosowna muzyka autorstwa sławnego dyrygenta pana Mozarta, równie dokładnie do niej skomponowana.

Dziękuję Ewie Marii za pomoc w odcyfrowaniu i przetłumaczeniu nieco archaicznego tekstu.

Na plakacie z o pół roku wczesniejszej premiery w Wiedniu kolejność autorów opery jest taka sama. A więc sprawa jest jasna – ten stary Włoch z Nowego Jorku to był opat da Ponte. Jego roszczenia były jak najbardziej uzasadnione, przecież na plakacie figuruje na pierwszym miejscu.

Rozpusta ukarana – zadumałem się – co też opat mógł wiedzieć o rozpuście? Świątobliwa osoba, do tego, jak nazwisko wskazuje, z arystokratycznego rodu. I jeszcze to imię – Lorenzo – skojarzenie z weneckim Il Magnifico jest nieuniknione.

Więc powtarzam – cóż szlachetny opat Lorenzo da Ponte mógł wiedzieć o rozpuście? Nie dopuszczam myśli, że ujawnił wysłuchane w konfesjonale wyznania.

Zajrzyjmy ponownie do źródeł…

W starożytnym miasteczku Ceneda – KLIK, w żydowskim getcie, żyła rodzina biednego garbarza Jeremiasza Conegliano. Mieli trzech synów – urodzonego w 1749 roku Emanuela i młodszych – Barucha i Ananie.

24 sierpnia 1763 roku, w dzień świętego Bartłomieja, w cenedeńskiej katedrze, tutejszy biskup – Lorenzo da Ponte, celebrował przyjęcie nowych dusz na łono Kościoła-Matki. Wśród ochrzczonych byli równiez synowie garbarza Conegliano.
Zgodnie z tradycją biskup nadał swoje nazwisko wszystkim nowoochrzczonym, Synowie Jeremiasza Conegliani otrzymali chrześcijańskie imiona – odpowiednio: Lorenzo, Girolamo i Luigi.

Biskup Lorenzo da Ponte słynął ze swojej szczodrości w finansowaniu instytucji kulturalnych i oświatowych oraz z działalności charytatywnej.
Nie poprzestał na ochrzczeniu – trzej bracia Conegliani, przepraszam – da Ponte, zostali przyjęci do szkoły seminaryjnej, w której wszyscy wykazali się doskonałymi postępami.
Po dwóch latach nauki Lorenzo da Ponte władał łaciną i greką, znał doskonale twórczość Dantego, Petrarki, Wergiliusza i Horacego. Potrafił napisać kilkusetwierszowy poemat na zadany temat.

Lorenzo był tak zafascynowany literaturą, że któregoś dnia ukradł z ojcowskiego warsztatu czekające na wygarbowanie skóry i zapłacił nimi księgarzowi za książki. Sprawa się wydała i dotarła do wiadomości biskupa. Ten nie dość, że za własne pieniądze wykupił od księgarza skóry, to jeszcze polecił lekkomyślnego Lorenzo specjalnej uwadze nauczycieli.

Dobry biskup Lorenzo zmarł w 1768 roku. Młody Lorenzo da Ponte miał wtedy 19 lat. Z jednej strony nie wyobrażał sobie, aby mógł przerwać naukę, z drugiej…
Pod naciskiem ojca zdecydował się na przyjęcie ślubów zakonnych. Miał o to pretensję do końca życia, ale czy przedstawił jakieś własne propozycje?

Teraz jego kariera potoczyła się szybko. Po dwóch latach został wykładowcą, po następnych dwóch wicerektorem uczelni. W tym samym czasie otrzymał święcenia kapłańskie, został księdzem.
I wtedy…
Trzy lata wcześniej, w 1770 roku, Lorenzo przebywał na dwutygodniowej kuracji w Wenecji. Poznał tam panią Angiolę Tiepolo, żonatą, matkę dwojga dzieci. Najwidoczniej oboje przypadli sobie do gustu, gdyż prowadzili korespondencję i właśnie teraz Angiola powiadomiła Lorenza listownie, że porzucił ją mąż, który postanowił pozostać księdzem.
Zadziwiająca sytuacja – nie jestem pewien, czy Lorenzo uznał, że jego obowiązkiem jest zastąpić księdz,a czy przeważyły względy osobiste, w każdym razie porzucił świetnie zapowiadającą się karierę i przeniósł się do Wenecji. Zamieszkał z piękną Angiolą i jej bratem, zubożałym arystokratą Girolamo.

Girolamo zaliczał się do Barnabotti – KLIK – zubożałych członków Wielkiej Rady Wenecji. Ludzie ci mieszkali z dala od centrum, w pobliżu kościoła św. Barnaby, gdzie czynsz był nieco niższy, stąd nazwa. Jako członkom Wielkiej Rady nie wolno było im podjąć żadnej pracy zarobkowej, otrzymywali stałą rentę od miasta.

Lorenzo szybko znalazł pracę jako nauczyciel dzieci zamożnej i pięknej wenecjanki. Swoje zarobki musiał dzielić ze swymi gospodarzami.

W swoich pamiętnikach Lorenzo wspomina, że Wenecja było to miasto muzyki i hazardu. Do tego ogromne rozluźnienie obyczajów. Praktycznie karnawał trwał tu cały rok. Maski były zawsze na porządku dziennym i dla wielu osób stwarzały poczucie uwolnienia od wszelkich zasad i odpowiedzialności.

Miasto hazardu – Angiola i jej brat byli od niego uzaleznieni, Lorenzo szybko do nich dołączył. Domów gry było wiele, ale prawdopodobnie ze względu na wysoką pozycją społeczną Girolamo głównym miejscem, które odwiedzali regularnie było ridotto – skrzydło pałacu, w którym rząd wenecji zorganizował kasyno – KLIK.
Da Ponte opisuje w pamiętnikach swoje przygody w kasynie. Czasem było tak źle, że musiał pożyczać pieniądze od gondolierów, czasem tak dobrze, że wspierał innych graczy.
Musiał też dzielić się wygranymi z bratem Angioli.
Dzielić? Musiał je w całości oddawać. Opisuje szczegółowo taką scenę. Moją uwagę zwróciło, że Girolamo traktuje da Ponte jak poddanego, a Lorenzo tytułuje go Wasza Ekscelencjo i posłusznie wypełnia każde polecenie.
Zapewne bliskość Angioli rekompensowała wszelkie upokorzenia, chociaż…
Któregoś dnia, w Caffe de’Letterati podszedł do niego posłaniec i powiadomił, że ktoś na niego czeka w pobliżu, w gondoli. Była to elegancka dama, twarz ukryta za maską. Okazało się, że to nieporozumienie, ale najwyraźniej Lorenzo zdołał szybko zyskać zaufanie tajemniczej damy bo wyznała mu co następuje – pochodzi z bogatej rodziny, matka chciała ją wydać na siłę za mąż. Odmówiła, matka chce ją oddać do klasztoru, więc uciekła i szuka protektora.
Nie była gołosłowna – pokazała szkatułkę pełną kosztowności i rulony banknotów w torbie. Podzieli się chętnie tym wszystkim z Lorenzo i na dodatek ofiaruje mu serce.

To wymagało rozważenia.
Angiola nie była wysoka, ale za to piękne jasne włosy, rumiana buzia, karminowe usta, rozkoszne dołeczki, wykształcenie niewielkie, ale jaki temperament.
Matylda była znacznie wyższa, nosiła sie z godnością, ciemne włosy, rysy twarzy nie tak regularne – to ostatnie to chyba nie zaleta.
Ale ta szkatułka z kosztownościami, te rulony banknotów. Lorenzo poprosił o trzy dni czasu do namysłu. Spotykali się codziennie co wywoływało ataki zazdrości Angioli.
Dopiero po tygodniu Lorenzo zdecydował – Matylda!
O drugiej w nocy pospieszył do jej hotelu. Za późno, dwie godziny wcześniej porwali ją nasłani przez jej matkę mężczyźni.

W tak urozmaiconej atmosferze minęły dwa lata. Prócz pracy, miłości i hazardu Lozenzo spędzał wiele czasu na kontaktach towarzyskich z weneckimi intelektualistami i artystami i zyskał sobie w tym środowisku dużą popularność.

Pewnego razu, po kolejnej przygodzie, która nieomal nie skończyła się małżeństwem z bogatą panną, Angiola rzuciła w niego celnie kałamarzem, a potem, gdy spał, obcięła mu włosy. Lorenzo porównuje to z biblijna historią o Samsonie. Rzeczywiście, skutek był podobny choć odwrotny. Samson po obcięciu włosów stracił swą moc, Larenzo odzyskał – posłuchał rady brata, Girolamo, który kontynuował karierę naukową w Ceneda i nęcił Lorenzo powrotem na łono tutejszej uczelni.

Lorenzo wrócił i wkrótce otrzymał pozycję wykładowcy na uczelni w Treviso. Dwa lata później otrzymał tytuł profesora retoryki.
Kariera rozwijała się dobrze, ale być może rozzuchwalony sukcesem, a być może na skutek weneckich fanaberii, Lorenzo zaczął głosić dość radykalne poglądy, które nie podobaly się jego zwierzchnikom.
Czarę cierpliwości przelał poemat napisany na okoliczność końca roku akademickiego…

La natura dentro it petto
una legge sol mi die
di non far in atto o in detto
Quel che poi non piace a me .

Dunque sono in questo seno
Questa legge a me vivra
E tu poi da un duro freno
Cerca pur felicita.

Natura w mym sercu
daje mi jedyne prawo
nie robić w czynie lub słowie
tego czego nie lubię.

Dlatego wyłącznie to prawo
będzie żyło w mym sercu
a ty możesz w twardej powściągliwosci
szukać czystego szczęścia.

W rezultacie zakazano mu zajmowania jakiegokolwiek stanowiska w instytucjach naukowych w Republice Weneckiej.

da Ponte

Na razie żył w blasku wcześniejszej popularności.
O pociągłej twarzy, orlim nosie, hipnotyzującym spojrzeniu. Do tego niezwykle elokwentny i dowcipny. Na dodatek dobry głos i wielki talent improwizacyjny. Konflikt z senatem uczelni zyskał mu popularność w sferach artystycznych i intelektualnych.
Ważnym wydarzeniem tego okresu był kontakt z poetą i librecistą Caterino Mazzola, który nauczył go jak pisać drama buffo.

Przez pewien czas produkował się wraz z bratem – Girolamo grał na skrzypcach, a Lorenzo śpiewał na poczekaniu wymyślane teksty. Zaprzestali jednak gdyż nie licowało to z profesorskim stanowiskiem Girolamo i obniżało poetyckie loty Lorenzo.

Od czasu usunięcia z pracy mieszkał u swojego przyjaciela Memmo, który również go utrzymywał. Nie trwało to długo. Memmo mieszkał z kochanką, Teresą Zerbin. Według Lorenzo Teresa nie lubiła go i uważała, że ma on zły wpływ na Memmo. Według plotkarzy miał on z nią romans. W każdym razie musiał pospiesznie opuścić dom przyjaciela.

Rozpoczęła się wędrówka, która będzie trwała do końca życia.

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok.
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte.
Anthony Holden – The man who wrote Mozart.

Victor Jara

Cementerio General de Santiago

Dejé el nicho cubierto con una tosca lápida en la que se leía, sencillamente:
VÍCTOR JARA
14 septiembre de 1973

Tak zapisała Joan Jara w przedmowie do książki o Victorze, Un canto truncado

Grobu wielkiego chilijskiego muzyka, bohatera i ofiary puczu Pinocheta, o którym pisze jego żona Joan Jara, takiego, jaki zobaczyła w październiku 1973 roku, już nie ma. Na starym zdjęciu widać symbole pokoju i napis “Do zwycięstwa…” W roku 2009 niszę chroniącą prochy, jedyny grób, jaki reżim pozwolił przygotować dla swej ofiary, zastąpiono dużym grobem ziemnym.

Joan Jara pisze, że na grobie męża widniała data śmierci 14 września 1973 roku, na górnym zdjęciu nie widać w ogóle, jaki to dzień, wikipedia hiszpańska, niemiecka, polska i angielska podają datę 16, a wydaje mi się, że na nowym nagrobku widnieje 13 i tak też informuje wikipedia francuska. Na pewno aresztowano go 12 września, w drugi dzień puczu. Reżim zaczyna rządy od zabicia piewców wolności. Jakie podobieństwo ze śmiercią Federica Garcii Lorki.

jara-12-kleinByli u nas, Victor Jara, jego choreografka, Margot Loyola, jego zespół, Cuncumén. Mama i Ojciec nazywali ich “Chilijcy”. Pisałam już TU o tej wizycie. Teraz w rocznicę śmierci pieśniarza dodam coś nowego, a mianowicie książkę, którą kilka tygodni temu przysłała mi moja siostra.
Joan Jara, żona artysty, wydała ją we wrześniu 1983 roku, w 10 rocznicę śmierci męża. Przyjaciółka Mamy, Janelle, kupiła ją, napisała dedykację i przysłała do Gdańska w maju 1986 roku.

Mama włożyła do książki zdjęcia z pobytu “Chilijców” u nas w domu. Kasia twierdzi, że jedna z tych dziewcząt na zdjęciu to ja, ale nie byłabym tego taka pewna. Gdy nas odwiedzili, miałam 12 lat, ta podobna do mnie dziewczyna jest jednak dużo starsza, może ma nawet 18 lat.

jara-9klein

W książce nie ma mowy o Polsce, o Gdańsku i o nas, chociaż Joan dość dokładnie opisuje kilkumiesięczną podróż zespołu i Victora do Europy, 1 lipca byli w Pradze, 7 września w Odessie. Przy opisie podróży nie znalazłam żadnych uwag Mamy (a często pisała w książkach – mam to po niej), natomiast jest tam zdjęcie, które jednak muszę zreprodukować i zamieścić – ostatnie zdjęcie Victora…

Wszystkie zdjęcia z książki i książki zrobiła Ania. Specjalnie do mnie przyszła, żeby je zrobić! Dziękuję.

jara-11-klein

A to już zdjęcia z Gdańska, poznaję te firany – kupowało się je bodajże w Cepelii, a ponieważ kiedyś pomagałam naszej znajomej je produkować, wiem, że odbijało się je ręcznie z kilku nakładanych po kolei płyt linoleum. Na pierwszym zdjęciu, ten po prawej, to Viktor. Na drugim – ta po lewej to słynna Margot Loyola. Na trzecim, na fotografii po prawej, ta z przodu, pochylona, to teoretycznie mogłabym być ja, ale chyba nie jestem… Szkoda…

jara-8klein jara-7-klein jara-5-klein-dopel jara-4-klein-pion

XXXII Festiwal Szantowy w Tychach

Zbigniew Milewicz

Port Pieśni Pracy 2016

Taaaaaak, zaraz mnie adminka oskarży o uprawianie prywaty i patriotyzm lokalny. Nie mogę jednak nie odnotować przynamniej w wielkim skrócie wydarzenia, które na trzy dni zamieniło ciche Jezioro Paprocańskie w burzliwy ocean, a jego żeglarzy i kajakarzy w nieustraszone wilki morskie.

szanty (3)
Impreza odbywa się w dwóch miejscach jednocześnie, na centralnym Baczu, czyli Placu Baczyńskiego w Tychach i Dzikiej Plaży w Paprocanach. Dostaję identyfikator z napisem Media i ochrona pozwala wejść za kulisy sceny, ustawionej nad samym brzegiem jeziora. Zanim rozpocznie się trzeci dzień festiwalu, chwilę sobie porozmawiamy z Wojciechem Hermansą, artystyczna ksywa Muzyk, z zespołu Perły i Łotry. Jest to tyska grupa, istniejąca na muzycznej scenie od 1998 roku, śpiewają a capella pieśni kubryku, o żeglarskich trudach i radościach; jednocześnie są współorganizatorami festiwalu, jego pomysłodawcami i opiekunami artystycznymi, od pierwszej edycji.

szanty

Muzyczny wehikuł rockowo-folkowej grupy “Gilflof”

Aktualnie zjechało do Tychów 16 zespołów szantowych i szantowo-folkowych, niestety tym razem brakuje wśród nich debiutantów, których organizatorzy chętnie promują i przyuczają, jak się po wantach bez wyblinek wspinać na artystyczne reje. Trudno, taki rok. Za to są stare wilki morskie, m.in. Trzecia Miłość, Formacja, Samanta, Ryczące Dwudziestki, Brasy, Andrzej Korycki & Dominika Żukowska, Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, są z Wybrzeża, Wrocławia, Górnego Śląska…

szanty (2)
Storm Weather Shanty Choir przyżeglował aż z Norwegii. Pełni mocy Wikingowie zasłużenie podbili serca publiczności, ale mnie najbardziej spodobała się Trzecia Miłość z Katowic. Nie ukrywam, że głównie za sprawą jej dwóch uzdolnionych, pełnych wdzięku skrzypaczek i wokalistek, Jolanty Gacki i Justyny Rodasik, których prościutka, piękna opowieść o syrence, warszawskiej panience do dziś dźwięczy mi w uszach. Byłem pod wrażeniem Formacji z Gdańska, z jej leaderami Krzysztofem Jurkiewiczem Jurkielem i Jackiem Jakubowskim. Kiedy zaśpiewali swoje sztandarowe Przeznaczenie, autorstwa Jurkiela, które znam i cenię, zwłaszcza za mądry, przejmujący tekst, bardzo się wzruszyłem. A jak genialnie Jacek Jakubowski zaśpiewał Starego dziadka, przebój diamentowego super szanty-mana Jurka Porębskiego, ale to miało miejsce wieczór wcześniej, w paprocańskim pubie Tawerna, gdzie po sobotnim koncercie, do białego świtu trwała afterwork party. Tam brać żeglarska udowodniła, że potrafi nie tylko dzielnie stawiać czoła Neptunowi, ale i Bachusowi.

szanty (1)“Formacja” z Gdańska

Trzydniowy festiwal zwieńczyło ogłoszenie werdyktu jury, kto wyjedzie z Portu z Wielkim Dzwonem. Grand Prix XXXII Festiwalu Szantowego w Tychach otrzymali Andrzej Korycki i Dominika Żukowska, występujący od dziesięciu lat w duecie, obydwoje rodem z Żyrardowa. Poza nurtem szantowym pięknie śpiewają rosyjskie ballady, z repertuaru Bułata Okudżawy, Włodzimierza Wysockiego i Żanny Biczewskiej. Nagrodę wręczyli im zastępca Prezydenta Miasta Miłosz Stec oraz Paweł Drzewiecki, dyrektor Miejskiego Centrum Kultury, które było głównym organizatorem imprezy. Współfinansowali ją poważni sponsorzy, m.in. Grupa FCA Poland i tyskie browary. Gdybym był dystrybutorem nagród w tyskim Porcie Pieśni Pracy, przyznałbym jeszcze jedną, Michałowi Gramatyce i Muzykowi z Pereł i Łotrów, za lekkie, dowcipne prowadzenie festiwalu, który zgromadził sporo publiczności, miejscowej, tyskiej, ale i spoza miasta. Pogoda dopisała, piwo było zimne, więc nikogo nie trzeba było specjalnie namawiać, żeby śpiewał wspólnie z artystami refreny piosenek. Słowem – piszę się na następne, paprocańskie szanty w przyszłym roku. Ahoj!

szanty (4)

Trzy pokolenia marynistyczne rodziny Porębów

Przeczucie
Autor: Krzysztof Jurkiewicz

Kiedy wojna zakończyła się na dobre,
Dziadek zebrał wszystkich i wyruszył w drogę,
Pojechali szukać szczęścia na północy,
Pełni marzeń, pełni chęci do roboty.
Na tym zdjęciu, na nabrzeżu, czwarty z lewej,
Podpis: „w Gdańsku, 1947”.

Kręci, kręci się busola naszych marzeń,
Nikt nie zgadnie, jaką drogę nam pokaże,
Jakim kursem przeznaczenie się potoczy,
Jakim wiatrom powierzymy nasze losy…
Kiedy w chłodnej morskiej wodzie moczę dłonie,
Mam przeczucie, że to jeszcze nie jest koniec…

Ojciec całe swoje życie związał z morzem,
Kilka nawet niezłych statków ma na koncie,
W kilku stoczniach nad kreślarską siedział deską,
Tak mu wreszcie do emerytury zeszło.
Na tym zdjęciu z podniecenia oczy im się świecą,
Podpis: „Stocznia Gdynia, sierpień ‘80”…

Kręci, kręci się busola naszych marzeń…

Teściu całe życie pływał na „rybakach”,
Czasem jeszcze coś dorabia na kontraktach,
Kiedy wreszcie z wielkim workiem wraca z morza,
Zawsze coś dla jedynego wnuka chowa.
Na tym zdjęciu dziadek z wnuczkiem w marynarskiej czapce,
Podpis: „Operacja Żagiel, Westerplatte”.

Kręci, kręci się busola naszych marzeń…

Dookoła wszystko pachnie morską wodą,
Ciężką pracą, marzeniami i przygodą…
Szare fale ciągle niosą mi piosenki,
Już gitary prawie nie wypuszczam z ręki.
Na tych zdjęciach obok innych widzę siebie,
Podpis: „ciągle w drodze, kiedy koniec – nie wiem”…

Koncert poranny

Tomasz Fetzki

Normalni ludzie o tej porze śpią. Nienormalni muszą, nieco jeszcze otumanieni, dreptać wśród przedporannych mgieł. Ale to ich wina, dobrze im tak! Normalny człowiek nie wkłada sobie na plecy dodatkowego obowiązku w postaci dwóch piesków – suczek konkretnie – z których jedna jest, od szczenięcia począwszy, anarchistką, a druga małą prowokatorką i zakapiorkiem. O spaniu nie ma mowy. Nawet gdyby człowiek chciał cisnąć kapciem w awanturnice i jeszcze, na moment choćby, przytulić zbolały łeb do poduszki, to nic z tego: spotyka wzrokiem spojrzenie dwóch par pięknych, kochanych, czarnych ocząt i… drepta, nieco jeszcze otumaniony, wśród przedporannych mgieł.

1poranek

Spacer z psem może być oczywiście przyjemnością i relaksem. Ale nie kwadrans po piątej rano (czasem nawet wcześniej). Wtedy to wyłącznie obowiązek. Chociaż… jeśli nieszczęsny człowiek zmusi się od otwarcia zaspanych, spuchniętych ślepi, otrzyma rekompensatę za swą rzetelność. Banał nad banały, ale działa. Wschód słońca.

2poranek
3poranek
4poranek

Normalny człowiek popatrzy, zachwyci się, et voilà. Nienormalnemu uruchamia się i zaczyna wirować cały balast nadbudowy, edukacji, doświadczeń, dziedzictwa kulturowego, superego i czegóż tam jeszcze! Pół biedy, jeśli zaczyna jedynie nucić Radość o poranku. To akurat dość powszechne i niegroźne. Gorzej, gdy łapie się na tym, iż pogwizduje pod nosem motyw Poranek z suity Peer Gynt. Ale i Griega da się jeszcze zaakceptować.

Zupełnie źle jest wtedy, gdy przez nieszczęsny łeb galopuje rydwan Heliosa, Ra zakrywa swe zagniewane oblicze, a Jozue zatrzymuje bieg ognistej tarczy po nieboskłonie. Chwilami znękanemu człekowi wydaje mu się wręcz, iż stoi przed Krzewem Gorejącym.

5poranek

O ileż szczęśliwsze są te dwa pieski, które brykają sobie beztrosko, ciesząc się świeżością świtania! Bez znaczeń dodatkowych.

A tu jeszcze pod czaszką zaczynają brzmieć frazy: kiedyś, gdzieś nieopatrznie wchłonięte. Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło czy też Jego ludowi dasz poznać zbawienie (…) dzięki litości serdecznej Boga naszego. Przez nią z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju. I takie tam różne. Ale, żeby unaocznić grozę tego niemal klinicznego stanu, trzeba dorzucić, iż z owemi dostojnemi biblijnemi frazy mieszają się w głowie nienormalnego człowieka słowa lekko ironiczne, ale mocno goryczą doprawione: Na pewno znasz te poranki gdy wszystko co widzisz obietnicą cudu jest (…) Poranki gdy czujesz że na obraz Boga stworzono cię, jeśli wiesz co chcę powiedzieć…

By gorycz nieco przytłumić, nuci biedak, udręczony nadmiarem skojarzeń, wersety pięknej a tęsknej polskiej parafrazy starego i czcigodnego hymnu protestantów Amazing Grace:

Nim świt obudzi noc dotykiem ciepłych mgieł,
Nim dzień ożywi świat, Panie, przyjdź,
Wołam: przyjdź. Uciesz mój wzrok spokojem jasnych barw.
Nim mnie zachwyci kwiat, Ty przyjdź.

I gorzka tęsknota zmysły miesza. I nieszczęsny człowiek już widzi słoneczny szlak, prowadzący, a jakże, ku świetlanej przyszłości.

6poranek

Spokojnie. Wiadomo, że cud nie nastąpi, przyszłość będzie… jaka będzie, a Pana się nie doczekamy; nawet na Godota nie ma co liczyć.

Wystarczy uspokoić wyobraźnię, poskromić nadzieję, biorąc ją na krótką smycz (a pieski przeciwnie – niech brykają do woli) i już można się cieszyć koncertem światłocienia. Bez znaczeń dodatkowych.

7poranek

 

Stuart (7)

Every time I look at you I don’t understand
Why you let the things you did get so out of hand
You’d have managed better
if had it planned
Why’d you choose such a back ward time
and such a strange land?

Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę
Nie potrafię zrozumieć
Dlaczego pozwoliłeś, by rzeczy, które robiłeś
Tak bardzo wymknęły ci się spod kontroli
Lepiej byś temu podołał, gdybyś postępował według planu
Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak odległy czas i taki dziwny kraj?

Jesus Christ Superstar, Andrew Lloyd Webber, 1971

Joanna Trümner

Jezus

Święta Bożego Narodzenia i koniec starego roku zbliżały się wielkimi krokami. Na rozgrzanych słońcem ulicach Sydney pojawiły się wielkie, sztuczne choinki z bombkami i brodaci mężczyźni z białymi brodami, poprzebierani za Świętego Mikołaja. Wyglądało to tak egzotycznie, że po raz pierwszy od przylotu do Australii Stuart zdał sobie sprawę z tego, jak daleko jest Anglia i zimowe sztormy w Walton.

Pieniądze, które zaoszczędził dzięki pracy w szkole, topniały w przerażającym tempie i Stuart brał każde zlecenie, żeby poprawić swą sytuację finansową – występował w klubach, kościołach, domach starców i restauracjach. Wpadł w kierat codziennych występów i szukania nowych zleceń – kierat, przez który brakowało mu czasu na pisanie nowych kompozycji. Jego koncerty składały się wyłącznie z piosenek, które przywiózł ze sobą z Anglii, swoich i cudzych utworów, które znał w międzyczasie na pamięć.

Cyniczne słowa ojca, „wszystko w życiu jest ciężką pracą, tymi samymi, wykonywanymi codziennie czynnościami”, zagnieździły mu się w głowie i coraz częściej łapał się na tym, że nie pamięta, kiedy i dla kogo napisał swoje utwory. Codzienne występy nabrały automatyzmu i z przerażeniem zaczął stawiać sobie pytanie, czym ta praca różni się od pracy robotnika na taśmie fabrycznej? Z biegiem tygodni coraz bardziej uświadamiał sobie, że znalazł się w jakiejś ślepej uliczce, która coraz bardziej oddala go od drogi, o której kiedyś marzył.

Podczas występów zmieniała się tylko publiczność i jej reakcje. Najbardziej zaskakiwali go mieszkańcy domów starców, którym śpiewał starsze, spokojne utwory i proste melodie, poznane podczas pierwszych lekcji nauki gry na gitarze. Na jego oczach i dzięki jego muzyce ci zagubieni, nieobecni duchem starsi ludzie wracali do życia i przypominali sobie o świecie, który pulsował przed drzwiami. Stuart widział w ich oczach tyle wdzięczności za poświęcony im czas, że odbieranie gaży wprawiało go za każdym razem w zakłopotanie. W Wigilię sprezentował mieszkańcom dwóch domów wspólne śpiewanie kolęd. Z niedowierzaniem obserwował, jak twarze wiekowych słuchaczy stają się młodsze i pełne radości. Widok ludzi, którym dzięki muzyce udało się na kilka chwil wrócić myślami do najszczęśliwszych dni w życiu utwierdził go w przekonaniu, że nigdy jeszcze nie dał nikomu cenniejszego prezentu.

W sylwestrowy wieczór czekał go pierwszy występ w prestiżowym Królewskim Klubie Jachtowym w północnej części miasta. Kiedy w kilka minut po ósmej wszedł do klubu sala pękała w szwach. Wśród gości byli głównie ludzie w wieku jego rodziców, członkowie najstarszego i najbardziej elitarnego klubu jachtowego w mieście, elita Sydney – nieliczni, którym przez własną pracę albo dzięki przekazywanym z pokolenia na pokolenie pieniądzom udało się znaleźć wśród najbogatszych mieszkańców miasta.

Na myśl o tym, że słuchać go będą ludzie, którzy mieli okazję słyszeć koncerty najlepszych muzyków w najlepszych salach koncertowych świata, ogarnął go niepokój, strach przed tym, że nie uda mu się do nich dotrzeć. Jednak jego pełne melancholii i poszukiwania piosenki przypominały słuchaczom o młodości i pomogły im na kilka godzin uciec od uczucia, że teraz, kiedy mogliby spełnić prawie każde swoje życzenie, tak niewiele rzeczy sprawia im radość.

Gdy dziesięć przed dwunastą kończył koncert, rozległy się głośnie brawa, przez chwilę Stuart odniósł wrażenie, że nawet ściany tego renomowanego klubu, które widziały w swojej historii tak wiele sławnych osób, że nic nie powinno już być dla nich zaskoczeniem, zaczęły lekko drżeć. Zegar wybił dwunastą i zaczął się rok 1972. W kilka minut po północy przy Stuarcie zebrał się tłum słuchaczy, którzy chcieli mu podziękować za wspaniały koncert. Z trudem udało mu się dotrzeć do Iana, żeby złożyć mu życzenia noworoczne.

Ian zajęty był rozmową ze starszym mężczyzną, który właśnie wrócił z samotnej podróży jachtem dookoła świata. Nieznajomy, rzeczywiście przypominający klasycznego żeglarza, zaskoczył Stuarta, witając go słowami: „Powinniśmy porozmawiać o Jezusie”. W momencie, kiedy Stuart zaczął się zastanawiać, czy ma przed sobą nawiedzonego faceta, który zacznie go zaraz namawiać do przyłączenia się do jakiejś nowej sekty, Ian powiedział: „Przepraszam, nie zdążyłem was przedstawić, to Jack Flannagan z Wellington, chciał z tobą porozmawiać o musicalu Jesus Christ Superstar”. Jack był dyrektorem Domu Operowego w Wellington. Bombardował Stuarta pytaniami. Ich rozmowa przypominała raczej egzamin albo wstępną rozmowę o pracę niż przypadkowe spotkanie na imprezie sylwestrowej. Umówili się na spotkanie wieczorem w klubie.

W kilkanaście godzin później popijali dżin z tonikiem i rozmawiali o musicalu. Jack od kilku miesięcy jeździł po całym świecie, szukając odpowiedniej obsady, Sydney było ostatnim przystankiem jego poszukiwań. Podczas podróży po Anglii, Stanach i Kanadzie poznał wielu kandydatów do roli Jezusa, ale kiedy usłyszał Stuarta nie miał wątpilwości, że właśnie on będzie najbardziej autentycznym, nie zepsutym przez godziny treningu wokalnego i dziesiątki występów, trochę zagubionym i szukającym swojej drogi Jezusem. „W Wellington też żyją ludzie” – powiedział, widząc na twarzy Stuarta pewne wahanie, „i żyją lepiej, niż w innych częściach świata. Przekonasz się, jak zobaczysz umowę.” Premiera tego granego na całym świecie musicalu miała odbyć się pod koniec maja, na kilka dni przed Zielonymi Swiątkami, próby miały zacząć się w połowie lutego. Pod koniec rozmowy Jack zaprosił Stuarta na tygodniową wizytę w Wellington. Na koszt teatru.

W drodze powrotnej do schroniska Stuart bił się z myślami, zastanawiając się, czy to przypadkowe spotkanie jest dla niego szansą, łutem szczęścia, o którym marzy każdy człowiek, czy też kolejnym ślepym zaułkiem w życiu. Pierwszą noc Nowego Roku spędził na zwierzaniu się ze swoich wątpliwości Ianowi. Przyjaciele wspólnie rozważali wszystkie „za” i „przeciw” wyjazdu do Wellington i przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca doszli do wniosku, że warto z tej szansy skorzystać.

W dziesięć dni później Stuart znalazł w wynajętej na poczcie skrzynce grubą kopertę z biletem do Wellington i czekiem na 500 dolarów od Jacka. Kilka dni później siedział w samolocie. Podczas lądowania w stolicy Nowej Zelandii przeszła mu przez chwilę przez głowę myśl, że właśnie znalazł się w najgłębszej prowincji świata – miejscu, o którym większa część ludzkości nigdy nie słyszała i nie usłyszy.

Jack odebrał go z lotniska i całe popołudnie minęło im na oglądaniu miasta, które miało duży urok i w miarę poznawania coraz bardziej traciło charakter prowincji. Zarówno Opera House jak i wiele budynków na ulicach Wellington mogłoby równie dobrze stać w Londynie albo Sydney.

Stuart nocował w jednym z najlepszych hoteli w mieście i patrząc na otaczający go komfort, myślał o tym, że los chyba naprawdę się do niego uśmiechnął. Dzień przed powrotem do Sydney podpisał umowę na bardzo korzystnych warunkach, oprócz wysokiego, wypłacanego co tydzień wynagrodzenia, teatr zapewniał mu bungalow na przedmieściach i dawał do dyspozycji samochód. W zamian za to Stuart zobowiązywał się do grania roli Jezusa przez pół roku z opcją na przedłużenie umowy i gościnne występy w innych miastach Nowej Zelandii.

W miesiąc później zaczęła się jego przygoda z Jezusem na drugim końcu świata. Przygoda z najstarszą i najczęściej opowiadaną bajką świata, która dzięki staraniom Jacka miała być opowiedziana w nowoczesny, zrozumiały dla wszystkich sposób.

 

Cdn.

 

Game of thrones once again

…or a plea on George R. R. Martin – please, write like a wind…

I informed you already I belong to a main main stream and look the Game of thrones… Yes I do…

And now there are two more of us, Paul and Storm. They wrote it already some years ago but halas! nothing has changed since 2012!

Tereska, thank you for introducing me in to the world of Seven Kingdoms and now particulary ordering me to find that:

George R. R. Martin, please write, and write faster
You’re not going to get any younger, you know
Winter is coming, I’m growing impatient
And you’ve still got two more damn books left to go
So write, George, write like the wind!

I curse the day that my friend ever loaned me
An old dog-eared paperback called Game of Thrones
How could I know that this seed would grow into
An addiction that held me, right down to my bones

Now, five books later, I lurk with the masses
Indignant, entitled, and waiting for word
That the great Bearded Glacier has finally published
Nine hundred more pages of crack for the nerds

Why does every new verse of your song
Keep taking you so goddamn long?

George R. R. Martin, please write, and write faster
please give us boiled leather, and sigils and steel
We need our allotment of incest and intrigue
And six page descriptions of every last meal
So write, George, write like the wind!

Lewis took five years to chronicle Narnia
Tolkien had twelve years, and Rowling took ten
Lucas spent nearly three decades on Star Wars
And we all know how that one turned out in the end

You’re not our bitch, and you’re not a machine
And we don’t mean to dictate how you spend your days
But please, bear in mind, in the time that you’ve had,
William Shakespeare churned out thirty-five friggin’ plays

And if you keep writing so slow
You’ll hold up the HBO show

George R. R. Martin, please write, and write faster
‘cause we won’t stop whining until we’re appeased
Crap out the chapters–and George, while you’re at it
Stop killing our favorite characters, please
And write, George, write… like the wind!

(George R.R. Martin, please write, and write faster
Before you are dead, George, please write like the wind)

http://www.paulandstorm.com/lyrics/write-like-the-wind-george-r-r-martin/

And they plaed it already two years ago! Nothing changed, George R. R. Martin, please, write like a wind…